Pierwsze
PIERWSZE
Najtrudniej jest zacząć. Tak mówiło wielu. Słyszał te słowa bardzo
często. To zapamiętał z dzieciństwa i wczesnej młodości. Gdy w przedszkolu podczas przedstawienia przygotowanego specjalnie dla
rodziców, ubrany w fartuszek z naszytym muchomorkiem, miał powiedzieć
wierszyk, nachyliła się nad nim jego wychowawczyni i szepnęła:
"Najtrudniej jest zacząć". Uśmiechnęła się, przypomniał sobie. To
pozwoliło mu wtedy rozpocząć deklamować: "Mam fartuszek z muchomorkiem,
do przedszkola chodzę z workiem". To było miłe wspomnienie. Później, w podstawówce, na szkolnych akademiach, apelach i innych pokazówkach,
także słyszał podobne zdanie z ust nauczycieli.
- Najtrudniej jest zacząć - zaczął słowami zapamiętanymi z przeszłości.
- Potem, gdy jesteś przygotowany do tego, co masz zamiar zrobić, na
pewno już nie będzie trudności. Tak mówią. Owszem, napotykamy od czasu
do czasu przeciwności losu, lecz gdy będziemy dążyć do celu, widzieć go
przed sobą, z pewnością nie będzie chwili zawahania. Lecz aby iść
wyznaczoną, nawet powiedziałbym, przeznaczoną drogą, trzeba zacząć.
Zgodzisz się ze mną? - zadał pytanie.
Nie uzyskał na nie odpowiedzi.
- No tak, to oczywiste - odpowiedział sam sobie. - Każda czynność wymaga
początku. I to rozpoczęcie działania jest najtrudniejsze. Uczą nas tego
od najmłodszych lat. Dlaczego właśnie początek jest najtrudniejszy?
Można by odpowiedzieć - właśnie z uwagi na to, że to początek. Zanim coś
zaczniemy, mamy obawy. Czy podołamy? Czy nie za dużo bierzemy sobie na
głowę? Czy ja to potrafię? Rozterki z perspektywy czasu wydają się
całkiem niepotrzebne. A jednak niekiedy biorą górę nad pewnością siebie.
Poczucie wstydu deprymuje. A nie powinno tak być, nie sądzisz? -
ponownie zadał pytanie.
Teraz jednak czekał dłużej na odpowiedź, która znowu nie padła. Nic nie
przerwało wszechogarniającej ciszy. Jeszcze jakiś czas temu nie było tu
tak cicho. Gwar, głośna muzyka, irytujące towarzystwo. Czekał
cierpliwie, aż to wszystko się skończy. Aż ci, co go denerwują, pójdą
sobie. Unikał ich, siedział w ciemnym kącie pomieszczenia na jakimś
pufie. Nie chciał się rzucać w oczy. Z oczywistych powodów. Wiedział, że
nie może być zapamiętany przez to całe tałatajstwo pijące na umór i faszerujące się środkami odurzającymi. Całe te anturaż, pozerka i udawana dobra zabawa go złościły. Lecz wiedział, że nie może tego dać po
sobie poznać. Widział, że to, co zakłócało jego myśli, musi się
skończyć. I tak się stało. Teraz był sam na sam z tym, z kim musiał być.
Cisza była kojąca. Uspokajała go. Dzięki niej koncentrował się na tym,
co miał do wykonania. Wsłuchiwał się w nią przez jakiś czas, choć może
trafniejsze byłoby stwierdzenie, że wsłuchiwał się w swoje myśli. A cisza mu w tym nie przeszkadzała.
- To ciekawe - mówił dalej, nie doczekawszy się odpowiedzi. - Nie
powinniśmy się wstydzić tego, że w coś wierzymy. Wiara jest mega,
powiedziałbym: kurewsko, istotna - zaklął, żeby podkreślić, jak jest
ważna.
Przerwał. Chwilę nad czymś myślał.
- Albo wiesz co, zapomnijmy o słowie "kurewsko". Nie powinienem go
używać. To dobre dla bałwanów, którzy w żaden inny sposób nie potrafią
wyrazić tego, co czują, opisać swoich emocji. Podobnie jest ze
sformułowaniem "zajebiście". Słowo wytrych. Wszystko takie może być. O,
nawet na twoim podwórku, muzyka jest według niektórych zajebista.
Przyznasz mi na pewno rację.
Tym razem nie czekał na odpowiedź. Kontynuował:
- Ilu jest takich, co to potrafią wyrazić emocje tylko w taki sposób.
Ale zajebista ta muza. Normalnie ten kawałek jest zajebisty. A gdzie
podziały się inne epitety? Przecież można powiedzieć, że utwór jest
znakomity, rewelacyjny, robi ogromne wrażenie... Wgniata w fotel - jak
ktoś opisuje mocną, żywiołową, nawet agresywną muzykę. Taką właśnie
tworzysz, prawda?
Znowu brak odpowiedzi.
- No dobrze - machnął ręką mówca. - Wracajmy do głównego tematu.
Najtrudniej jest zacząć. To prawda powtarzana od najmłodszych lat. I utrwalana. Być może, tak się zastanawiam, właśnie przez to ludziom
czasami nie chce się w ogóle czegoś zaczynać. Lecz gdy ma się powód,
cholernie ważny powód, to nic nie powinno nam przeszkodzić, żeby w końcu
zacząć. To właśnie wiara, o której wspominałem wcześniej, może być tym
powodem. Wiara w to, że się uda. Wiara, że to, co robimy, ma sens. Bo w ten sposób świat dzięki nam... Tak, świat wraca na właściwe tory.
Rozumiesz mnie, prawda?
Człowiek, do którego mówił, wciąż się nie odzywał, bo nie mógł. Był
nieprzytomny. Jego ciało bezwładnie leżało w fotelu. Odrobinę groteskowo
przekrzywiona głowa spoczywała na oparciu. A ze zwisających rąk kapała
krew.
- Nie wyglądasz za dobrze - powiedział do nieprzytomnego, patrząc na
zakrwawione ręce. Wiedział, skąd ta krew. Był w końcu sprawcą ran. Z obrzydzeniem wykrzywił twarz. - Nie podoba mi się to, podobnie jak
tobie. Zakładam, że tobie także się nie podoba. Chyba się nie mylę, co?
Nie czekając już na odpowiedź, kontynuował.
- Nic na to, niestety, nie poradzę. To, co robię, a chcąc być
precyzyjnym należałoby powiedzieć, to, co zacząłem w końcu robić, jest
ważniejsze. O wiele ważniejsze niż ty czy ja. Bo to On w końcu dał nam
wskazówki. W myśl tej nauki należy postępować. Nie mogę się uchylać od
odpowiedzialności. Postanowiłem kierować się tym, co On dał nam jako
przewodnik po życiu. Tak, przewodnik życia. Nawet jeśli do pełni życia
będziemy wędrować przez śmierć. Po trupach do celu, tak się niekiedy
mówi, prawda?
Tu się na chwilę zatrzymał. Spojrzał na nieprzytomnego.
- Hej - potrząsnął jego ramieniem. - Żyjesz? Obudź się! Nie możesz tego
przegapić.
Coraz energiczniej potrząsał nieprzytomnym mężczyzną w fotelu. Ten w końcu zaczął dawać jakieś znaki życia. Otworzył oczy. Jeszcze
niewidzącym wzrokiem omiótł pokój. Nie bardzo wiedział, gdzie jest.
- No to jesteśmy w domu. Widzę, że już przytomniejesz. To ważne.
Słyszałeś, co do ciebie mówiłem?
Nie całkiem przytomny mężczyzna pokręcił przecząco głową.
- Mówiłem, że najtrudniej jest zacząć, nie sądzisz?
Zakrwawiony siedzący w fotelu jednak go nie słuchał. Przypominał sobie,
gdzie jest i co się stało wcześniej. Nie obchodziły go rzeczy, które
wygłaszał do niego szaleniec. Bo przecież to musiał być szaleniec.
Mężczyzna spróbował się podnieść.
- Nie, nie... Siedź spokojnie. To się nie uda. Lek na zwiotczenie mięśni
cały czas działa. Przecież inaczej nie poradziłbym sobie z tobą, co nie?
Posłuchaj mnie - nachylił się nad swoją ofiarą. - Dziękuję ci, naprawdę
- powiedział już szeptem. - To ty właśnie sprawisz, że w końcu zacznę.
Bo ile mogę czekać na uświadomienie światu, że do reguł, zwłaszcza tych
najważniejszych, trzeba się stosować. Rozumiesz, co do ciebie mówię?! -
jego głos z szeptu przeszedł niemal w krzyk. - "Nie będziesz miał bogów
cudzych przede mną!", tak nam powiedział Pan. I tego powinniśmy się
trzymać. A ty co? Sam siebie zrobiłeś bogiem! Plugastwo! Bluźnierstwo!
Wstyd! Słyszysz, co narobiłeś?! Teraz muszę działać. Muszę zacząć. A Bóg
mi świadkiem, jeśli nie musiałbym, tobym nawet nie zaczynał. Rozumiesz,
co narobiłeś swoim zachowaniem?!
Mężczyzna w fotelu, wciąż otumaniony, powoli zaczynał rozumieć, do czego
zmierza szaleniec. Zwłaszcza gdy zobaczył w jego dłoni coś na kształt
miecza. A może to była maczeta? Wzrok mu się jeszcze rozjeżdżał.
Rozmywał. Nie był całkiem ostry. I taki pozostał. Do końca. Do czasu, aż
zapadła ciemność.
- Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną! - wrzasnął oprawca i zamachnął się ostrzem. Głowa siedzącego w fotelu spadła na dywan. -
Najtrudniej jest zacząć - dokończył morderca już cichym, beznamiętnym,
spokojnym głosem.
***
Anna Krolen najpierw nie mogła długo zasnąć. A potem, gdy wreszcie się
jej udało, często się budziła. Z pokoju obok dochodziły jakieś wrzaski.
Ktoś krzyczał coś o Bogu. Gdy za pierwszym razem usłyszała, zdaje się,
"nie będziesz miał bogów cudzych przede mną", chciała nawet walnąć butem
w ścianę i krzyknąć, żeby ci, co hałasowali, w tych swoich rozważaniach
teologicznych nie zapominali o bliźnich. Lecz nie krzyknęła, nie
uderzyła butem o ścianę. Jedynie cicho jęknęła: "Dajcie innym spać".
Potem pomyślała, że to pewnie ekipa tego rockowego bandu IchGott, który
wczoraj wieczorem występował na festiwalu w Gdyni. Po koncercie pewnie
popili, upalili się albo i naćpali i zaczęły się rozważania o egzystencji oraz istotach wyższych. Właśnie ta myśl sprawiła, że
zrezygnowała z pomysłu z butem w roli głównej.
Nie chciała oceniać czy zwracać uwagi, zwłaszcza że sama wczoraj
wieczorem nieco zabalowała. Spotkała się z dawno niewidzianymi
kumpelami. Tak, kumpelami. Wolała to określenie niż "psiapsiółki", które
kojarzyło się raczej z infantylnymi, krzykliwymi nastolatkami. A ona i kumpele były przecież już świadomymi, odnoszącymi sukcesy młodymi
kobietami pnącymi się po szczeblach kariery. Ewa pracowała w służbach,
często pomagała bratu, który był gwiazdą w ABW. A Dominika stała się
wziętą architektką, znakomicie prosperowała w rozbudowującej się
ostatnio modnej Gdyni. Ile to już czasu minęło, odkąd poznała je w klubie Remont na koncercie jakiejś punkrockowej kapeli. Wszystkie trzy
były wtedy na pierwszym roku studiów. Wkraczały w dorosłość. Wówczas
dojrzałość kojarzyła im się z pewnego rodzaju wolnością. Przede
wszystkim wolnością wyboru. O ile w czasach liceum imprezowało się
wyłącznie w weekendy, to na studiach można było umawiać się przecież na
nocne domówki nawet w środku tygodnia. Ile razem nocy zarwały, ile wina
wypiły. To właśnie te wszystkie myśli, które kotłowały się w jej głowie,
nie pozwalały na początku zasnąć. Teraz, już kilka lat po studiach, cały
czas starały się trzymać razem. Nie bardzo to wychodziło. Ale
przynajmniej się starały. Choćby teraz. Odwiedziły z Ewą Dominikę nad
morzem. To właśnie do niej przyjechały z Warszawy. Bez zapowiedzi.
Trochę ją zaskoczyły. Miały nawet w planach wybrać się na koncert
IchGott, bo ponoć Dominika była ich fanką. Lecz doszły do wniosku, że
podczas rockowego występu trudno będzie porozmawiać, a nie chciały się
przekrzykiwać przez muzykę. Wybrały więc spokojniejsze rozwiązanie. Bar
z dobrymi drinkami. Tak dobrze się rozmawiało, że nawet nie zauważyły,
że minęła druga w nocy. Ponieważ pani architekt jeszcze nie
zaprojektowała i nie zbudowała sobie domu z sypialniami gościnnymi,
Anna, nie chcąc się narzucać, przenocowała w hotelu. Ewa po wieczornych
szaleństwach zamierzała wrócić od razu pociągiem do Warszawy. Ciekawe,
swoją drogą, jak jej poszło.
Furia spojrzała na zegarek. Było już dobrze po siódmej rano. Za ścianą
panowała cisza. Chyba rockandrollowcy poszli spać, pomyślała. Ciekawe,
o której można zejść na śniadanie? Niemal natychmiast jednak wpadła na
to, że z pewnością godziny serwowania posiłków podano w informatorze
hotelowym. Wstała z łóżka, podeszła do biurka. Leżał na nim segregator,
dzięki któremu zaraz wszystkiego się dowie. Ucieszyła się - na śniadanie
można będzie pójść już za kilka minut. Postanowiła się wykąpać. Lecz
najpierw sprawdzi, jak sobie poradziła Ewa.
- Halo - usłyszała po wybraniu numeru przyjaciółki.
- Słyszę, że pani nie w formie? - wnosząc po niemrawym tonie Ewy,
bardziej stwierdziła, niż zapytała.
- Obudziłaś mnie, Furia - odburknęła.
- Przepraszam - skrucha nie była udawana. - Chciałam sprawdzić, co u ciebie. Słyszę, że dojechałaś i dotarłaś do domu.
- Nie dotarłam, śpię na bocznicy kolejowej - zaprzeczyła przyjaciółka.
- Żartujesz?! - niemal krzyknęła Anna.
- Pewnie, że żartuję - głos Ewy nadal brzmiał sennie. - Jestem w domu. I śpię dalej. Pa.
- Pa. Jeszcze raz sorka - rzuciła do słuchawki. Lecz Ewa już tego nie
słyszała, bo wcześniej przerwała połączenie.
Anna wstała z łóżka. Całkiem już rozbudzona i pocieszona wiadomością, że
Ewa dotarła bez przeszkód do domu, raźnym krokiem ruszyła do łazienki.
Zdjęła wczorajszą podkoszulkę i weszła pod prysznic. Odkręciła kran i ustabilizowała temperaturę wody.
- Tak, tego mi było trzeba - powiedziała sama do siebie, gdy ciepło
spłynęło na jej nagie ciało. Stała pod rozgrzewającym strumieniem wody
jeszcze przez chwilę, zanim się namydliła. Wspominała wczorajszy
wieczór. Było miło, bez dwóch zdań. Jednak o ile z Ewą widywały się
częściej i wciąż nadawały na tej samej fali, o tyle Dominika, przez
wyprowadzkę do Gdyni, straciła już z nimi ten przelot. Gdy studiowały,
mimo że na różnych kierunkach, rozumiały się naprawdę bez słów. Wczoraj
już tak nie było. Każda, co oczywiste, podążyła swoją drogą życiową.
Dominika opowiadała niemal cały czas o projektach, które rozwija. Ewa o sprawach, o których - jak wielokrotnie zaznaczała - nie powinna nawet
wspominać.
- Musiałabym cię zabić, gdybym ci zdradziła tę tajemnicę - powtórzyła na
pewno z pięć razy, jak nie więcej. Anna tylko kiwała głową z dezaprobatą, słysząc po raz kolejny ten czerstwy tekst z jakiegoś filmu.
O dziwo, nie wpadła w furię, mimo że kilkakrotnie wszystko się w niej
gotowało. Gotowało, jednak nie wykipiało. W końcu była z kumpelami na
babskim wieczorze. A ten rządzi się swoimi prawami.
Wyszła spod prysznica zrelaksowana. Ustaliła ze swoim wewnętrznym "ja",
że nie żałuje tego wyjazdu. Nawet jeśli był trochę nudny, to nie żałuje.
Nie wiedziała, że jeszcze zanim zejdzie na śniadanie, nie będzie mogła
mówić o jakiejkolwiek nudzie.
***
Gdy komisarz Radek Drozdowski, zwany przez kolegów Drozdem, wszedł do
pokoju hotelowego, omal nie zwymiotował. Obraz, który ukazał się jego
oczom, na pewno był najbardziej przerażającym widokiem w jego życiu.
Zdawało mu się, że całe pomieszczenie jest skąpane w krwi. To nie było
prawdą. Lecz zawodne ludzkie oko czasem widzi to, czego w rzeczywistości
nie ma. Krew, owszem, była - i to w znacznej ilości - na fotelu stojącym
nieopodal dużych, zaczynających się przy samej podłodze przesuwnych
drzwi balkonowych. I na całym kremowym dywanie rozłożonym między fotelem
a brzegiem łóżka. Samo łóżko już nie było ubrudzone krwią. Czerwień,
którą widział na nim, to po prostu barwa narzuty. Podobnie zasłony,
krwistoczerwone od zawsze. Bo właśnie w takiej kolorystyce dekorator
wnętrz urządził hotelowy pokój. Z pewnością przekonywał wszystkich,
uzasadniając swój wybór, że tego typu barwy działają na człowieka
energetyzująco. Nie mylił się. Faktycznie, to, co zdarzyło się w tym
pokoju, miało niezwykle energiczny przebieg, pomyślał Drozd.
- Dzień dobry, panie komisarzu - powiedział technik, widząc wchodzącego
Radka.
- Na pewno dobry? - spytał retorycznie Drozdowski.
- Niech pan nie mówi, że z pana taki delikacik...
- Nigdy nie widziałem morderstwa przez dekapitację.
- De... co? - zdziwił się technik.
- Dekapitacja, czyli metoda zadawania śmierci przez oddzielenie głowy od
reszty ciała - wygłosił formułkę Radek.
- Fiu, fiu - pokręcił głową z podziwem zbierający ślady technik. -
Komisarz Wikipedia we własnej osobie. A wie pan, kiedyś na Wybrzeżu,
nawet nie tak dawno temu, jakieś... pięć, siedem lat temu, szalał taki
wariat. Zdaje się Abdul, tak go nazwali śledczy. Też obrzynał ludziom
łby.
- Ludzie nie mają łbów - zauważył Radek. - Czasem mnie ta wasza
obojętność przeraża.
- Nasza? - zdziwił się technik. - Jak za dawnych czasów. Niech pan
jeszcze powie do mnie "wy, towarzyszu" - zaśmiał się mężczyzna.
Drozd spojrzał na niego. Ocenił, że ma ponad pięćdziesiąt lat. Pracę z pewnością zaczął jeszcze w Milicji Obywatelskiej, więc pewnie pamięta
PRL i to, jak zwracano się do funkcjonariuszy.
- Miałem na myśli techników - wytłumaczył.
- Nie bardzo rozumiem - rozmówca odwrócił się w jego stronę, przerywając
na chwilę to, co robił.
- Mówiąc, że wasza obojętność mnie przeraża, miałem na myśli ogólnie
techników - wyjaśnił Drozd. - Stąd liczba mnoga.
- Aaa... A pan by nie zobojętniał? Prawie codziennie jakieś takie atrakcje
w pracy. Co zrobić? Taka robota.
Radek pokiwał głową. Rzeczywiście. Trudno nie zwariować. Taka robota.
Trzeba to wszystko brać na chłodno.
- Co możesz już powiedzieć?
- Ostre, piekielnie ostre narzędzie. Pewnie coś w rodzaju maczety. Duża
siła. Więc z pewnością śmierci nie zadała filigranowa kobieta.
- Nie zabiła kobieta... - machinalnie odezwał się Drozdowski.
- Tego nie wiemy - przerwał mu technik. - Miałem na myśli, że nie była
to mała i słaba osoba. Jednak wśród pań też są przecież te... hetery, co
nie?
- Rozumiem. Morderca był silną osobą.
- Nawet nie musiał być specjalnie silny. Bo wydaje mi się, że jakoś
zneutralizował ofiarę.
- Jak? - zapytał Radek.
- Nie mnie oceniać. To wykaże sekcja. Ja jestem tylko skromnym
zbieraczem. Pan doktor się wypowie... Oczywiście jak już nas zaszczyci
swoją obecnością.
Dopiero teraz komisarz zauważył, że na miejscu nie ma jeszcze lekarza.
To dlatego korpus ofiary spoczywał nadal w fotelu, a głowa nieopodal na
podłodze. Technik i policjanci obecni w pokoju nie chcieli niczego
ruszać, zanim lekarz medycyny sądowej nie dokona oględzin zwłok.
- A kiedy możemy spodziewać się pana doktora? - spytał Drozd.
- O wilku mowa - kiwnął głową technik, zwracając wzrok w stronę drzwi
pokoju.
- Raczej o wilczycy - uśmiechnęła się na oko czterdziestolatka, która od
razu po wejściu do pomieszczenia założyła rękawiczki, maseczkę i ochraniacze na buty. Drozdowski przyglądał się jej przez chwilę. Ruchy
kobiety świadczyły o tym, że wie, co robi. Stąpała delikatnie, żeby nie
zadeptać ewentualnych śladów.
- Tu już zrobione - technik wskazał wąskie przejście między biurkiem a fotelem. - Żeby pani doktor mogła bliżej podejść.
- Dziękuję - powiedziała. Wydawało się, że z uśmiechem. Lecz nie było go
widać, bo twarz miała ukrytą za maseczką. - Taaak - przeciągle odezwała
się po chwili. - Rany kłute i cięte zadane na jakiś czas przed śmiercią.
Są wcześniejsze, bez wątpienia. Więc morderca jakiś czas bawił się ze
swoją ofiarą - mówiła, nie odwracając głowy w stronę Drozdowskiego. -
Cięcie dość precyzyjne, wiedział, gdzie uderzyć. Od przodu, bo miał
miękko. Maczeta, czy co to tam było, nabrała rozpędu przez miękkie
tkanki. Mogła się zatrzymać na kręgosłupie szyjnym. Ale się nie
zatrzymała.
- I o czym to świadczy? - spytał Drozd.
- O tym, że nie zrobiła tego słaba babka - powiedziała kobieta,
zdejmując maseczkę z twarzy i odchodząc od zwłok. - Możecie go już
uprzątnąć. Nic więcej tu nie widać. Reszta po sekcji - odezwała się
zarówno do policjantów zabezpieczających miejsce zbrodni, jak i oficera
prowadzącego.
- Drozdowski - wyciągnął rękę Radek. - Nie mieliśmy jeszcze okazji się
poznać.
- Czyż, Bogna Czyż - podała mu dłoń. - Lecz to nie ma znaczenia. I tak
nie będziemy współpracować.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- To wszystko - przeleciała wzrokiem po pokoju - przejmie z pewnością
Warszawa. Przyślą kogoś z ABW - wyjaśniła.
- A dlaczego niby z ABW?
- Nieczęsto zdarza się gość z oderżniętym łbem...
- Ludzie nie mają łbów - przerwał jej Drozdowski.
- ...z oderżniętym łbem - powtórzyła, jakby na złość akcentując słowo
"łeb" - a w pobliżu wyznanie "Allah akbar". I to jeszcze napisane krwią.
Drozdowski uniósł brwi ze zdziwienia.
- Nie zauważył pan? - spytała złośliwie, udając zdziwioną. Skinęła głową
w stronę zasłon. Dopiero teraz dostrzegł wyraźnie: na wszechogarniającej
czerwieni materiału, krwią, wielkimi literami były napisane dwa słowa.
Na pierwszy rzut oka zlewały się z barwą zasłon. Jednak teraz widział to
w pełni. Ludzkie oko czasem widzi to, czego nie ma, a czasem nie widzi
tego, co jest, pomyślał. Zdał sobie sprawę z tego, że rzeczywiście
śledztwo w tej sprawie najprawdopodobniej przejmie Warszawa.
***
- Wybacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłem - słowa, które usłyszał, przerwały
jego myśli.
Tomasz siedział w konfesjonale, jak to miał w zwyczaju po niedzielnej
sumie, i czekał na chcących się wyspowiadać. Lecz po mszy rzadko kto tu
zaglądał. Miał więc czas, żeby zagłębić się w swoich myślach. A tych nie
brakowało. Czasem miał wątpliwości, czy to, co sprawiło, że poszedł do
seminarium, było rzeczywiście powołaniem. Gdy tam był, myślał, że tak.
Starał się wypełniać posługę najlepiej, jak mógł. Choć w miarę upływu
czasu coraz bardziej mu to ciążyło. Psychicznie, nie fizycznie
oczywiście. Ludzie tak często przychodzili ze swoimi problemami i zrzucali ich ciężar właśnie na niego. Najpierw ochoczo pomagał,
doradzał. Myślał, że w ten sposób poprawia świat, czyni go lepszym. Lecz
z biegiem kolejnych miesięcy problemów przybywało, zamiast ubywać.
Wydawało mu się, że świat jest coraz gorszy. To go frustrowało.
Wiedział, że sam jeden, a nawet z pomocą wszystkich księży na ziemi, nie
zmieni jego oblicza. To, był tego pewien, doprowadziło go do depresji.
Zupełnie się zatracił w życiu. Poinformował biskupa o swoim stanie.
Hierarcha zgodził się, żeby Tomasz odpoczął. To zdecydowanie pomogło.
Poukładał sobie wszystko w głowie. Podjął decyzję. A ostatnio był nawet
na krótkim urlopie na Malcie. Odwiedził tam dwie parafie i postanowił
kontynuować swoje dzieło. Ale zupełnie inaczej niż do tej pory. Jak to
mówią: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Być może piękno Malty
natchnęło go, by po powrocie zacząć działać nieszablonowo. Zrozumiał, że
do tej pory był spętany ograniczeniami. Teraz postanowił je odrzucić.
Trudno byłoby mu wyjaśnić, na czym polegały różnice. Lecz przeniósł swój
maltański pomysł na rodzimy grunt.
Oczywiście w pochmurnej Gdyni było zupełnie inaczej. Choć i tam, i tu
widział morze, to na południu było ono soczystoniebieskie. Błękitne
niebo odbijało się chętnie w bezkresnych wodach. A chmury rzadko mąciły
czystość tego odbicia. Poza tym widok skał wyspy, nękanych przez
niesforne wody, skał kremowożółtych niczym papieska kremówka, napawał go
jakąś radością życia i chęcią działania. Widział w nich to życie, ten
ruch, to piękno natury, te wszystkie dzieła Stwórcy. Czy tak będzie w raju? Zastanawiał się niejednokrotnie. Gdy wrócił, po niecałych trzech
tygodniach wybrał się na samotny spacer, nad morze. Pomyślał wtedy, że
pewnie i tu dostrzeże boską moc stworzenia. Nic z tego. Szare wody
rozbryzgiwały się o brudny brzeg. Pławiące się w falach plastikowe
butelki dodatkowo wzmagały poczucie beznadziei. Bure chmury unoszące się
często nad głową, gdy chodził ulicami, sprawiały, że zamykał oczy i w myślach przenosił się na Maltę. Teraz też był w takiej wewnętrznej
podróży, z której wyrwał go ten głos.
- Wybacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłem - zdanie brzmiało chropowato,
nieczysto. Jakby niewyraźnie. Czyżby wypowiadający te słowa celowo
zmieniał swój naturalny głos? Niby po co? Jego wyznanie wydawało się
jednak szczere. Ten, kto je wypowiedział, zapewne rzeczywiście żałował
swego czynu. Tomasz, po miesiącach spędzonych w konfesjonale, potrafił
to wyczuć.
- A czymże obraziłeś Pana Boga, synu? - zadał standardowe pytanie.
- Śmiercią bliźniego - odparł głos niemal szeptem.
- Co przez to rozumiesz?
- Zabiłem bliźniego, odciąłem mu łeb jak Abraham barankowi.
- Co zrobiłeś? - Tomasz nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Wszechmocny nakazał Abrahamowi złożyć w ofierze swego syna, czyż nie?
- spytał głos. Lecz nie oczekiwał odpowiedzi. Kontynuował. - W ostatniej
chwili miłosierny Bóg posłał jednak anioła, by powstrzymał zadanie
śmierci. Ojciec nie złożył ofiary ze swego syna. Zamiast Izaaka, Abraham
złożył w ofierze baranka, którego wskazał Pan.
- Tak było - cicho przytaknął Tomasz.
- Ja nie miałem tyle szczęścia. Musiałem to zrobić. Bo Bóg nie dał mi
znaku, żebym tego nie robił. Ale przecież tym razem nie chodziło o ofiarę. Albo o jakąś próbę. Tylko o wartości fundamentalne. Zrobiłem to
w obronie wiary, w obronie wartości, których należy przestrzegać.
- Zabiłeś syna? - upewnił się, bo przybysz wciąż jakby szeptał.
- Tak. Zabiłem syna, bo wszyscy jesteśmy synami Ojca. I winniśmy
przestrzegać reguł ustalonych przez niego. Dlatego musiałem synowi ściąć
głowę.
Tomasz, oblany zimnym potem, nie mógł wykrztusić słowa. Wszystko, co
chciał, miał zamiar powiedzieć, więzło mu w gardle. Wszystkie słowa były
nieodpowiednie. Po prostu nie wiedział, jak zareagować na takie
wyznanie.
- Czy się mylę, ojcze? - spytał głos.
- Względem czego?
- Czy nie powinniśmy się stosować do reguł? Wszyscy?!
Morderca próbuje się usprawiedliwić, pomyślał Tomasz. Już wiedział, co
mu powie.
- Nie.
- Nie mylę się? - zareagował głos.
- Nie, nie można zabijać bliźnich. To grzech ciężki.
- Czyli nie ma dla mnie ratunku.
- Nie ma - przyznał Tomasz. - Popełniłeś grzech ciężki, śmiertelny.
- Trudno - powiedział głos. Zdaniem spowiednika zbyt lekko to
zabrzmiało. - Nie ma dla mnie ratunku, poświęcę się i będę kontynuował
swe dzieło. Muszę naprawiać ten świat.
Tomasz po tych słowach usłyszał jedynie oddalające się kroki. Stukot
ciężkich butów na kamiennej posadzce kościoła. "Muszę naprawiać ten
świat". Przypomniał sobie ostatnie zdanie. Przybysz nie czekał na
rozgrzeszenie, bo nie mógł go dostać. Wiedział o tym. Czy ruszył dalej
wypełniać swoją chorą misję? Tomasz, będąc w szoku, nie wyjrzał nawet z konfesjonału. Nie ruszył za przybyszem. "Muszę naprawiać ten świat". Te
słowa wciąż brzmiały w jego głowie. Chore, niebezpieczne, oznaczające,
że ten człowiek wkrótce będzie czynił kolejne podłości. Jakże teraz
chciałby być na Malcie... Zamknął oczy. Lecz nie zobaczył ani beztroskiego
błękitnego nieba, ani białych bałwanów fal rozbijających się o malownicze skały. Wciąż za to słyszał: "Muszę naprawiać ten świat".
Tomasz przecież też chciał to robić. Jeszcze niedawno wierzył, że się
da. Że z każdym dniem, rozwiązując czyjeś problemy, radząc ludziom, jak
żyć, da się. Dopiero stosunkowo niedawno przestał w to wierzyć. Właśnie
wtedy uznał, iż stracił powołanie. Bo czyż sługa Boży może przestać
wierzyć? Nie. Postanowił działać. Zerwał się na równie nogi, niemal
wybiegł z konfesjonału. Szybko, w stronę drzwi kościoła. Już był na
ulicy. Rozejrzał się wokoło. Jednak nie wiedział nawet, jak wygląda ten,
który zabił. Ten, który szukał pomocy, a on mu jej nie udzielił. Tak
myśląc, spojrzał w niebo. Szare, zasnute chmurami. Czuł, że poniósł
kolejną klęskę w naprawianiu świata.
***
Kobieta była piękna. Regularne rysy w połączeniu z prostymi, długimi
włosami. Myślące, bystre, brązowe oczy, które teraz go przewiercały na
wylot. To wszystko sprawiło, że komisarz Drozdowski stracił pewność
siebie.
- Proszę stąd wyjść - powiedział, lecz nie tak stanowczym tonem, jak
zamierzał.
- Co tu się stało? Mam prawo wiedzieć - oznajmiła kobieta.
- Tu nie ma nic do oglądania - próbował swoim ciałem zasłonić widok
pokoju.
- Proszę mnie nie zbywać - powiedziała stanowczo. - Nazywam się Anna
Krolen, jestem dziennikarką portalu Wtem.pl, proszę o informacje. Co się
tu wyprawia?
- Pani... pani jest dziennikarką? Z Wtem.pl? - na to komisarz Radosław
Drozdowski nie był przygotowany.
- Właśnie to panu przed chwilą zakomunikowałam. Może pan się
zrewanżować?
- Czym?
- No tym, jak pan się nazywa i co pan tu robi. To chyba oczywiste?
Kobieta zbiła go z tropu. Zawsze, odkąd pamiętał, był nieśmiały wobec
płci pięknej. Nieśmiały wobec całej płci. A jeśli przedstawicielka tejże
była rzeczywiście piękna, to w ogóle tracił rezon i stawał się małym
chłopcem. Teraz właśnie tak się czuł. Mimo że był komisarzem policji, ta
atrakcyjna kobieta działała na niego deprymująco.
Anna wiedziała, co się dzieje w głowie policjanta. Wszystko było
elegancko wymalowane na jego twarzy. Nieraz już miała z tym do
czynienia. Onieśmielała mężczyzn. Lecz ten tu był wyjątkowym okazem. Nie
robiła sobie wyrzutów. Ot, po prostu miała nad nim przewagę - dzięki
matce naturze - i zamierzała to wykorzystać.
- No więc, panie komendancie? Generale? Byłby pan tak uprzejmy? -
uśmiechnęła się nawet, próbując ośmielić Drozdowskiego.
- Nie jestem ani komendantem, ani generałem. Po co te drwiny?
- Jakby się pan przedstawił, tobym wiedziała, a nie strzelała, panie...
detektywie.
- Jestem komisarzem. A to, co się stało, chyba nie jest sprawą dla prasy
- Radek próbował odzyskać pewność siebie.
- Czyżby? - Anna się zirytowała tą głupią uwagą. - A od kiedy to policja
ustala, co się nadaje, a co nie nadaje dla prasy? Czy to pana oficjalne
stanowisko? Czy policjant teraz będzie cenzurował treści dziennikarskie?
- zasypała go pytaniami.
- To nie tak - próbował się ratować. - To pani nazywana jest... Furią? Ja
czytałem wiele pani tekstów. Ale to, pani Anno, co tu się wydarzyło...
Nie, nie mogę pani nic powiedzieć.
- Czytał pan moje teksty? - rozchmurzyła się Furia. - To miłe. Dobrze,
niech pan mnie nie wpuszcza, bo pewnie miałabym potem problem ze
zjedzeniem śniadania...
- Bez wątpienia - przerwał jej Drozdowski.
- Ale może pan powiedzieć, co się stało - dokończyła Anna.
- Chyba nie mogę - Radek spojrzał jej w oczy.
- Chyba? - spytała.
- Dobrze, skontaktuję się z przełożonymi i ABW i... - ugryzł się w język,
bo wiedział, że przez przypadek chlapnął coś, czego nie powinien mówić.
- ABW? - Furia uniosła brwi. - To wie pan co, komisarzu...
- Drozdowski, ale mówią na mnie Drozd - wtrącił Radek.
- ...komisarzu Drozdowski. Zrobimy tak, że od ABW to ja się już sama
dowiem. Nie będą to jakieś tam sraty-pierdaty, które pan by mi tu
pocisnął. Idę na śniadanie - powiedziała i odwróciła się na pięcie w stronę wind.
- Smacznego! - krzyknął za nią po chwili Radek.
***
Trudno sobie wyobrazić lepszą siedzibę dla Komendy Miejskiej Policji.
Gdynia ma to szczęście, że policjanci pracują tu w zabytkowym gmachu
Bergtransu, mieszczącym się w centrum miasta, przy ulicy Portowej 15 róg
Świętego Wojciecha. Ciekawe są losy nie tylko spraw, które rozwiązywano
w tym budynku, lecz także sam budynek wiele by powiedział, gdyby mógł.
Został wybudowany w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku przez
norwesko-polską firmę maklerską, Towarzystwo Żeglugowe Bergtrans, której
większościowym udziałowcem była firma żeglugowa Det Bergenske
Dampskibsselskab z miejscowości Bergen. Udziałowcem tego interesu był
między innymi Władysław Potocki, polski arystokrata i przedsiębiorca. W czasie wojny gmach Bergtransu zajęło Prezydium Policji, zaś po II wojnie
światowej, oczywiście znacjonalizowany, gościł Żeglugę Polską,
Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe, a nawet Konsulat Wielkiej
Brytanii. Potem zatroszczył się o te mury Urząd Bezpieczeństwa
Publicznego. To chyba najmroczniejszy okres dla budowli. Aż w końcu
znalazła się tu Komenda Miejska Policji w Gdyni. Tomasz nie wiedział
tego, gdy wchodził do gmaszyska i zamierzał odnaleźć oficera dyżurnego.
- Szczęść Boże - zwrócił się do młodego policjanta.
- Dzień dobry - odpowiedział oficer.
- Przyszedłem tu, choć biłem się z myślami. Wie pan, tajemnica
spowiedzi. Lecz z drugiej strony to właściwie nie była spowiedź, jedynie
wyznanie grzechu. Ciężkiego... Najcięższego. Śmiertelnego. Nie mogło być
mowy o pokucie. Zwłaszcza że ten, który grzech popełnił, ulotnił się.
Rozumie pan? - spytał ksiądz.
Policjant nic nie rozumiał. Ale w imię świętego spokoju skinął głową.
- Może, proszę księdza, zacznijmy od początku. W czym mogę pomóc? -
spytał.
- Chciałbym o tym komuś opowiedzieć. Chodzi najprawdopodobniej o grzech,
którego nie zmyje żadna pokuta.
- Taaak - przeciągle westchnął oficer dyżurny. - Może ksiądz usiądzie na
chwilę, a ja się zorientuję, co mogę w tej sprawie zrobić.
Policjant wskazał krzesła po drugiej stronie korytarza. Nie bardzo
wiedział, z czym ma do czynienia. Zadzwonił do przełożonego i po cichu
zdał relację z tego, co usłyszał. Nie spuszczając z oczu Tomasza,
wyszeptał, że prawdopodobnie na komendzie zjawił się niezbyt zdrowy na
rozumie ksiądz, który coś opowiada o grzechu śmiertelnym. Przełożony
kazał wysłuchać księdza, bo nigdy nic nie wiadomo, jak się wyraził, a potem grzecznie podziękować za zeznania i koniecznie podkreślić, że
zajmiemy się tą sprawą.
- Proszę księdza - zawołał, gdy skończył rozmawiać z przełożonym. -
Chętnie posłucham, o co chodzi, choć dziś mamy urwanie głowy...
- Ja właśnie w tej sprawie - powiedział Tomasz.
- W jakiej sprawie? - zdziwił się policjant.
- W sprawie urwania głowy. Wiem, kto to zrobił - powiedział z pewnością
w głosie. - No może nie wiem, kto konkretnie, lecz wiem, że był to
mężczyzna.
- Nie bardzo w dalszym ciągu rozumiem - policjant wydawał się
zdezorientowany. - Jaki mężczyzna? I jakie urwanie głowy?
- To może po kolei - westchnął. - Do spowiedzi dziś przyszedł mężczyzna,
który przyznał się, że ściął komuś głowę. Wahałem się, czy tu
przychodzić, bo przecież grzesznicy idą do kościoła ze skruchą w sercu,
wiedząc, że jest tajemnica spowiedzi i nic poza konfesjonał się nie
wydostanie. Jednak w tym przypadku nie było skruchy, żalu za grzechy. A wręcz zapowiedź następnych czynów.
Policjant nie słuchał. Wystarczyła mu informacja, że ktoś komuś ściął
głowę. Nie interesowała go już motywacja księdza.
- Ktoś ściął komuś głowę? Tak ksiądz twierdzi? - spytał dla pewności.
- Ja tak twierdzę - odparł.
- Ksiądz tak twierdzi?
- Ja, jako osoba, a nie jako ksiądz, tak twierdzę - powtórzył Tomasz.
Oficer dyżurny przyjął to do wiadomości i wykręcił jakiś numer telefonu.
Zrelacjonował opowieść księdza i z każdą sekundą, gdy słuchał kogoś po
drugiej stronie aparatu, na jego twarzy malowało się coraz większe
zdziwienie.
- Gdzie to było? - spytał.
- Nie wiem, gdzie ściął tę głowę, jeśli o to pan pyta.
- To akurat wiemy. Gdzie ten mężczyzna do księdza przyszedł? - dopytywał
się policjant.
- Wiecie? - zdziwił się Tomasz.
- Tak, w jednym z hoteli w Gdyni. Ale gdzie się przyznał do tego czynu?
- W kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Jednak
temu człowiekowi nie można już pomóc - cicho dokończył Tomasz.
***
Furia najadła się do syta. Przepychanka z komisarzem Drozdowskim nie
pozbawiła jej apetytu. Zwłaszcza że bufet śniadaniowy był imponujący.
Jajka w trzech postaciach. Klasyczne na twardo z majonezem i szczypiorkiem, jako pasta jajeczna i dodatkowo takie przeznaczone do
usmażenia czy ugotowania na miękko. Nie było, co nieco ją zdziwiło,
zwykłej jajecznicy. Jakże powszechnej w hotelowym śniadaniowym menu.
Może to i dobrze, pomyślała. Zwykle hotelowa jajecznica jest
przesuszona i niesmaczna. Oprócz jajek na stołach leżały rozmaite
wędliny i pasztet, który Furia uwielbiała. To pozostałość z młodości,
kiedy z rodzicami często bywali w Zakopanem i w ulubionym hotelu na
śniadanie zawsze był pasztet. Kładli go sobie
na kanapki, na wierzchu umieszczając plasterek oscypka. Sentymentalizm,
może tani, lecz od tej pory, gdy w hotelu na śniadanie był do wyboru
pasztet, automatycznie uznawała, że spędziła noc w zacnym miejscu.
Spróbowała jeszcze sałatki jarzynowej, wierząc, że jest świeża, a nie
przedwczorajsza. Musiała być świeża, w końcu mieli na śniadanie
pasztet, a to zobowiązuje, pomyślała. Popiła wszystko aromatyczną kawą.
Już miała wstawać od stołu, kiedy zadzwonił telefon. Spojrzała, kto
dzwoni, i się uśmiechnęła.
- Wstałaś, skacowany śpiochu? - rzuciła do słuchawki.
- Musiałam. Dzwonił Witucki - odpowiedziała Ewa. - Co tam się wyprawia?
Mimo że przyjaciółka, właściwie dla Furii kumpela, nie sprecyzowała
gdzie, to wiadomo było, że chodzi jej o gdyński hotel, w którym Furia
spędziła noc.
- Nie bardzo jeszcze wiem, właśnie miałam dzwonić do generała, lecz jak
słyszę, on mnie uprzedził i zadzwonił do ciebie, żebyś ty zadzwoniła do
mnie - odpowiedziała pokrętnie.
- Nie pochlebiaj sobie. Witucki nie wie, że nocowałaś w tym hotelu.
Podobno ktoś uciął komuś głowę i nabazgrał "Allah akbar" na ścianie czy
zasłonach.
- Co ty wygadujesz?! - Furia niemal zakrzyknęła. - To takie klocki.
- Ano takie. Coś zauważyłaś? Bo niebiescy twierdzą, że skoro to jakiś
muzułmanin, z pewnością powinni zająć się tym ci z ABW, a nie oni.
- Mogę się zorientować w sytuacji, jeżeli chcesz. Tylko że pan komisarz
Drozdowski jest zawstydzony moją osobą - powiedziała Anna.
- Jaki komisarz? Kurwa, Furia, do brzegu. Jaśniej. Ja jeszcze dziesięć
minut temu smacznie spałam. Nie jestem do końca rozjarzona.
- Rozjarzona? Jak jarzeniówka?
- No, wyobraź sobie, takie poetyckie porównanie. Jestem rozkojarzona,
czyli nie rozjarzona, więc mów do mnie dużymi literami, OK?
Anna skinęła głową. Ale zorientowawszy się, że rozmawia z Ewą przez
telefon, natychmiast powtórzyła, już werbalnie, do słuchawki.
- OK. No więc komisarz, który prowadzi śledztwo, nazywa się Drozdowski.
Wychodząc na śniadanie, zauważyłam, że coś się dzieje w pokoju obok.
Jednak niczego się nie dowiedziałam, poza tym, że sprawa jest chyba
właśnie dla twojej agencji. Zresztą i to wiem przez przypadek, bo się
wypaplał niechcący - wyjaśniła Anna.
Na chwilę popadła w zadumę, jakby układając sobie coś w głowie, i po
chwili znowu zaczęła mówić.
- Ale wiesz, ja w nocy coś słyszałam.
- Co? - zainteresowała się Ewa.
- Krzyki zza ściany. Ktoś wrzeszczał: "Nie będziesz miał bogów cudzych
przede mną".
- To by się zgadzało - powiedziała agentka.
- Jesteś pewna?
- A ty nie? Po tym, co mi właśnie powiedziałaś?
- Nie, może być sporo innych możliwości.
- Dobra, ale mogę je dopiero rozpatrzeć na miejscu, a nie przez telefon.
- No raczej - przyznała Furia. - To co, do zobaczenia jeszcze dziś w Gdyni?
- Na to wygląda - mruknęła przyjaciółka.
- Ooo, słyszę, że nie cieszysz się na nasze spotkanie?
- A z czego tu się cieszyć? Jesteś dziennikarką. Będziesz jak wrzód na
dupie. Co, ja cię nie znam?
Furia roześmiała się do słuchawki.
- Masz rację, nie odpuszczę ci. A tymczasem zadzwoń proszę do tego
Drozdowskiego, żebym mogła zorientować się w sprawie.
- Furia, nie przeginaj - zirytowała się Ewa. - Nic nie możesz
opublikować. Dla dobra śledztwa.
- Dla dobra śledztwa - powtórzyła Anna. - Zadzwoń, to nic nie opublikuję
aż do czasu rozwiązania, może być?
- Myślę, że Witucki na to pójdzie. Już dzwonię. Tylko nie zrób mu
krzywdy.
- Komu? Drozdowi? Moi? - spytała, udając słodką idiotkę. - Chyba nie
przypuszczasz, że mogłabym...
- ...zabić Drozda? - dokończyła Ewa.
- Wystarczy na dziś trupów - powiedziała, śmiejąc się z aluzji do znanej
powieści. - Obiecuję, że nie... skrzywdzę Drozda - dokończyła. Nie
wiedziała, że ktoś w Gdyni nie zgodziłby się z nią, gdyby usłyszał, że
już wystarczy na dziś trupów.
***
Janusz Gottlieb dorobił się na handlu. Potem rozwinął biznes i zajął się
także produkcją. Postawił na nowe technologie. Uważał, że Gdynia to
miasto, które daje niesamowite możliwości, zwłaszcza jeśli ktoś jest
zaradny. A Janusz był. Gdy był młody, zamustrował się na statek i wiele
lat pływał po morzach i oceanach. Nie tylko dlatego, żeby był ciekawy
świata. To też. Ale przede wszystkim dlatego, żeby ten świat zrozumieć.
Mechanizmy, które nim rządzą, fascynowały Janusza. A mechanizmami
rządziły zwykłe ludzkie cechy, takie jak: zazdrość, próżność, pycha,
podłość. To z nich wyrastała chęć bogacenia się, pogrążenia konkurencji,
walka niekiedy na śmierć i życie. Być albo nie być. Nie, to nie miłość,
miłosierdzie czy wyrozumiałość rządziły ludzkimi umysłami. To złe cechy
sprawiały, że ludzie chcieli mieć ciągle więcej i więcej. Wiedział, że
ta gorączka, chęć zdobywania coraz większych pieniędzy, dopadła także
jego. Wiedział również, że tego, co już zgromadził, starczy mu do końca
życia. A jednak coś go popychało dalej. Po kolejny kontrakt, po kolejny
milion na koncie.
Pływanie nauczyło go wszystkiego. Sztuczki, zagrywki, strategię
biznesową przeniósł z pokładu statku na ląd stały. Znał się na ludziach.
I dlatego osiągnął sukces w biznesie. Czy był szczęśliwy? Nie
zastanawiał się nad tym. Nie miał czasu. Wciąż pędził do przodu. Jedynie
w niedziele miał zwyczaj się zatrzymywać. Nie było go dla nikogo.
Poświęcał się temu, co lubił. Najczęściej pływał w przydomowym basenie,
a potem wygrzewał się w saunie, wspominając lata na morzu. Czasem
zresztą jeszcze żeglował. Kupił jakiś czas temu niewielką łajbę, którą
cumował w gdyńskim porcie. Tam zresztą często można było go spotkać, gdy
w przybrzeżnym barze wraz z innymi "wilkami morskimi", jak ich nazywał,
przesiadywał i sączył jasne pełne. Dziś też tak było. Ale jego kompani
szykowali się do jutrzejszego rejsu, zdaje się do Jastarni, on natomiast
musiał być wtedy w firmie na spotkaniu z jakimiś nudnymi analitykami.
Poza tym do baru nieopodal jachtklubu przyszedł dziś jego rywal
biznesowy, Ryszard Milke, którego nie znosił. Nie dlatego, że z nim
rywalizował. Nie lubiłby go, nawet gdyby facet nie miał nic wspólnego z biznesem. Czasem po prostu tak jest. Nie lubi się człowieka i tyle. Na
dodatek Janusz był pewien, że uczucie niechęci jest odwzajemnione.
- Pan, drogi kolego, płynie jutro do Jastarni? - spytał Milke, niby
obojętnie, gdy tylko zjawił się w barze. Na pozór zwykłe pytanie, lecz
Gottlieb wyczuł fałszywą nutę.
- Nie płynę - odpowiedział.
- Ano właśnie, tak słyszałem. Podobnie jak ja.
A mnie to, proszę szanownego pana, chuj obchodzi, czy pan planuje, czy
nie planuje płynąć, chciał odpowiedzieć Janusz. Jednak w porę ugryzł się
w język. Po co jątrzyć? Skoro był odosobniony w niechęci do pana
Milkego.
Ponieważ kompani od piwa i żeglugi rozprawiali jedynie o planowanym
rejsie, a na dodatek pojawił się w barze ten prostak, bo właśnie tak o nim myślał, Janusz czuł się zbędny i wrócił do domu.
Żona nie rozumiała jego świata. Poruszała się po zupełnie innych
życiowych drogach. Była nauczycielką w liceum. Często wychowywała tak
zwaną trudną młodzież, próbując ukierunkować złość, agresję, która ich
przepełniała, w stronę sztuki. Kilku jej podopiecznych okazało się
naprawdę zdolnymi artystami. Niektórzy postawili na sztuki piękne, inni
na muzykę. Nawet dwóch z nich grało w zespole syna.
Janusza nie interesowała taka muzyka. Nie odnajdywał w niej melodii,
wolał już, jak Zenek zawodził skrzeczącym głosem o zielonych oczach. Syn
i żona się śmiali, że w tej dziedzinie Janusz okazał się prawdziwym
Januszem. Nawet nie wiedział, co to znaczy. Dziś żona pojechała do
jakiejś dawno niewidzianej znajomej, syna też nie było. Nie wiedział
nawet, co robi. Nie interesowało go to, zwłaszcza że często znikał na
całe weekendy. Najważniejsze było to, że po powrocie z portu miał cały
dom dla siebie. Włączył telewizor, nalał sobie kolejne piwo (pierwsze
wypił z kolegami w porcie) i już miał usiąść na kanapie, gdy zadzwonił
dzwonek do drzwi.
- Kogo niesie? - spytał głośno sam siebie. Poszedł do przedpokoju.
Założył kurtkę i buty, bo wiedział, że być może będzie musiał iść do
furtki, żeby przekonać się "kogo niesie". Kilka dni temu zepsuł się
wideodomofon. Właściwie nie wiadomo było, czy się zepsuł. Czasem coś w nim nie stykało. A innym razem działał bez zastrzeżeń. Tak czy owak,
przyzwyczaił się już, żeby za każdym razem wyglądać za drzwi i sprawdzać, czy domofon zadziałał, jak należy, czy stroi fochy. Nie
wiedzieć czemu nie zlecili jeszcze naprawy. Widocznie ani jemu, ani jego
żonie ta niedogodność nie przeszkadzała tak bardzo. Nie mieli zresztą
zbyt wielu gości. Może gdyby częściej ktoś do nich wpadał, problem z domofonem stałby się bardziej uciążliwy. Otworzył drzwi. Jakież było
jego zdziwienie, gdy tuż za progiem zobaczył mężczyznę. Nie trzeba więc
było iść aż do furtki, żeby przekonać się, kto dzwonił. Tym razem
domofon zadziałał.
- Ty? - spytał zdziwiony.
- Ja - odpowiedział mężczyzna. Janusz zawiesił się na chwilę i patrzył
na świat za stojącym w progu gościem. Jesień sprawiła, że liście już
pożółkły, niektóre uderzały w oczy żywiołową czerwienią. Z północy wiał
silny wiatr, próbując je zerwać z drzew. Szumiące gałęzie i słyszalny z oddali szum miasta w połączeniu z widokiem jesiennych liści sprawiały
jakieś niepokojące wrażenie. A nawet złowrogie.
- Co tu robisz? - spytał zirytowany wizytą.
- Przyszedłem kontynuować to, co zacząłem - odparł gość.
***
Anna Krolen nie bardzo lubiła czekać. Jej energiczna osobowość dała o sobie znać zaraz po wciśnięciu guzika przywołującego windę. Ponieważ ta
nie chciała zjechać na parter, gdzie serwowano śniadanie, a na
wyświetlaczu nad drzwiami wciąż pojawiały się liczby większe od zera,
domyśliła się, że dźwig zbiera pasażerów z różnych pięter. Spojrzała na
chwilę w stronę parkingu. Był znakomicie widoczny przez całą przeszkloną
ścianę nowoczesnego budynku hotelu. Zauważyła tylko jeden oznakowany
samochód policyjny. Sprytnie, pomyślała. Nie chcą siać paniki wśród
gości. Winda wciąż nie przyjeżdżała. Anna się zniecierpliwiła i postanowiła pójść na piechotę. Ledwie kilkadziesiąt sekund później była
już na trzecim piętrze, na którym mieszkała i na którym gość z pokoju
obok został zabity. Wszystko robiła szybko. Lecz zarazem dokładnie.
Prawdopodobnie dlatego, że tak nauczył ją w dzieciństwie ojciec,
tajemnicza postać, która zniknęła z jej życia, gdy miała piętnaście lat.
Być może za wszelką cenę starała się być wciąż córeczką tatusia.
Dlatego, tak jak on w przeszłości, działała z jednej strony impulsywnie,
z drugiej dokładnie i metodycznie. To sprawiało, że nie miała zbyt wielu
znajomych wśród kobiet, które na ogół były dla niej niekonkretne. Ona
zaś oczekiwała od ludzi (także od tych, z którymi się znała bliżej)
logiki i nieowijania niczego w bawełnę. Chciała znać prawdę, nawet jeśli
ta była niewygodna. Być może właśnie dlatego była znakomitą
dziennikarką.
- Jak tam, panie komisarzu, już pan nie będzie podchodził do mnie jak do
jeża? - spytała, gdy tylko zobaczyła Drozdowskiego.
- Nie podchodziłem do pani jak do jeża - zaprzeczył Radek.
- Oczywiście, tak coś palnęłam bez sensu - machnęła ręką. - Chciałam się
dowiedzieć, czy dzwonili do pana z ABW?
- Dzwonili. Musi pani mieć niezłe chody.
- No, faktycznie wychodziłam te chody przez kilka lat studiów z tą,
która do pana dzwoniła - przyznała mu rację. - Ale do rzeczy. Mogę się
panu przydać.
- Tak? - zdziwił się.
- Ano tak. Słyszałam w nocy głośne wrzaski z tego pokoju - powiedziała
Anna. - Ktoś wykrzykiwał pierwsze przykazanie.
- To ciekawe... Nawet bardzo - zamyślił się Drozdowski.
- Owszem, zwłaszcza że nie pasuje to panu do koncepcji z terrorystami,
co?
- Skąd pani wie? - zdziwił się i spojrzał na nią z zaciekawieniem.
- Panie komisarzu, ja tylko tak wyglądam. Ale pod tą uroczą powłoką -
wskazała na siebie - kryje się całkiem cwana gapa - powiedziała z przekonaniem. - Oczywiście, że panu nie pasuje, bo jaki arabski
fundamentalista wykrzykiwałby przed dekapitacją pierwsze przykazanie?
Ryczałby na cały głos "Allah akbar". A poza tym dlaczego miałby ścinać
jakiegoś muzyka?
- Właśnie - przyznał z uznaniem Drozdowski.
- To skoro ja pomogłam, czas na pana - skwitowała Furia. - Oko za oko,
ząb za ząb, informacja za informację, jak mawiają.
- Kto tak mawia?
- Ja, to wystarczy.
Drozdowski się przez chwilę zastanawiał.
- Teraz myśli pan o tej kobiecie, która dzwoniła? Czy to rzeczywiście
agentka ABW, czy może ją podstawiłam? A może to byłam ja, zmieniłam głos
i zadzwoniłam z lobby?
Przejrzała go. Wiedział o tym.
- Nie, ja tylko... Zastanawiałem się, od czego zacząć - tłumaczył się
nieporadnie i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mu nie uwierzyła.
- Wiem, włożyłam sobie do ust kluskę, żeby zmienić głos, i z hotelowej
restauracji zadzwoniłam do pana, a numer miałam z portalu randkowego -
wypaliła.
- Ja nie mam konta na żadnym portalu randkowym - próbował się bronić.
- Nie? - uniosła brwi ze zdziwienia. - To jak pan funkcjonuje w dzisiejszym świecie? Dziewczyny poznaje pan w bibliotece?
- Mam żonę, nie muszę poznawać dziewczyn - odparł czerwieniąc się.
- Nie. Nie ma pan - pokiwała głową. - Sprawdziłam.
- Gdzie?
- Na Facebooku, Instagramie... to oczywiste. Same zdjęcia bez kobiety,
gdzieś na jakichś samczych wypadach na ryby. Albo z psem na spacerze.
- O czym my tutaj rozmawiamy! - zirytował się Drozdowski.
- O tym, że skoro złapałam pana na kłamstwie, to nie mogę być pewna, czy
przekaże mi pan prawdziwe informacje na temat śledztwa. A w związku z tym nie wiem, czy będę mogła odwieść tę agentkę ABW od przyjeżdżania do
Gdyni. Jak przyjedzie, to pan pójdzie w odstawkę. No, chyba że pan tak
chce, pojedzie pan sobie znowu na ryby z kolegami. Pyknie kilka zdjęć na
Facebooka - jawnie drwiła.
Chwilę milczał po tym, co usłyszał.
- A niby dlaczego miałaby pani ją odwodzić?
- Bo przecież to nie jest sprawa dla ABW, zwykły kryminał, co nie? -
powiedziała Anna. Radek ponownie spojrzał na nią z uznaniem.
- Z logiki miałam piątkę na studiach - uśmiechnęła się. - Więc może,
panie komisarzu Drozdowski, zaczniemy znajomość raz jeszcze. Już bez
macania się, tylko sobie zaufamy, co?
Pokiwał głową na znak, że się zgadza.
***
Generał Witucki czekał na Ewę w swoim gabinecie. Nie lubił, gdy mu
cokolwiek przerywało weekend. Rano jednak z Gdyni dostał wiadomość o rzekomym ataku muzułmańskiego fundamentalisty. Wiedział, że wolny dzień
przestał być wolnym. Mógłby oczywiście omówić wszystko z Ewą w domu,
zapraszając ją do swojej szeregówki na warszawskiej Sadybie. Lecz
jeszcze bardziej niż przerywania weekendu nie znosił pracy przynoszonej
do domu. Dlatego starając się nie budzić żony, umył się, ubrał, zrobił
sobie proste kanapki na śniadanie, popił kawą i wyruszył do biura. Ruch
był mały, jak to w niedzielę, toteż niedługo potem był już w swoim
gabinecie.
- Czołem - odezwał się, gdy zobaczył w drzwiach swoją najładniejszą i zarazem najlepszą agentkę.
- No to sobie odpoczęliśmy - marudnie odpowiedziała na powitanie Ewa.
- Co zrobić, taka robota - wzruszył ramionami. - Nie wiem, jak to
traktować - mówiąc to, miał na myśli zabójstwo w gdyńskim hotelu. -
Wciąż czekam na jakieś szczegóły.
- Ja również.
- Ty? - zdziwił się. - A od kogo?
- Furia tam jest - odpowiedziała krótko Ewa.
- Furia tam jest? - powtórzył. - A skąd ona tam się wzięła?!
- Ja także tam byłam. No, niedokładnie tam. Lecz niedaleko.
Witucki nie przerywał. Słuchał. Choć był nieco zdziwiony wyznaniami.
- Pojechałyśmy po prostu do Gdyni. Ja i Anka. Odwiedzić przyjaciółkę ze
studiów. Trzymałyśmy się razem przez kilka lat. Przez pierwsze lata
dorosłości. Doskonale się czułyśmy w swoim towarzystwie, a potem
Dominika, urzeczona modernistyczną Gdynią, postanowiła się tam wynieść i realizować jako architekt. Zostałyśmy w Warszawie tylko we dwie - Ewa
uderzyła w sentymentalny ton.
- Jakże mi przykro. Dwie samotne dziewczęta w Warszawie - ironizował
Witucki. - Postanowiłyście więc odwiedzić trzecią muszkieterkę?
- Zgadł pan, generale. Furia na to wpadła. Pojechałyśmy już w piątek
wieczorem. Z Dominiką spotkałyśmy się jednak dopiero w sobotę.
Szwendałyśmy się cały dzień, a potem przysiadłyśmy w jakimś barze i zaczęły się wspominki przy napojach rozluźniających. Miałyśmy nawet iść
na koncert tego zamordowanego... Jego zespół nazywa się IchGott. Dominika
jest ich fanką. Lecz uznałyśmy, że to przeszkodzi nam w rozmowie.
Wiadomo, na koncercie jest głośno.
- I to wszystko było wczoraj wieczorem?
- Tak jest.
- Po wieczornej zabawie, jak grzeczna dziewczynka, postanowiłaś wrócić
do domu. A Furia została w hotelu. Tak się złożyło, że w tym samym, co
zespół?
- Tak jest - powtórzyła Ewa.
- Przypadki jednak chodzą po ludziach - powiedział sentencjonalnie
generał.
- No nie, bo gdyby w tym hotelu nic się nie wydarzyło, nie byłoby
żadnego przypadku. Anka po prostu zeszłaby na śniadanie, spakowała się i wróciła do domu. A tak...
- Masz rację - przyznał Witucki.
Zamilkli. Generał z pewną niecierpliwością patrzył na stojący na biurku
telefon. Chciał jak najszybciej otrzymać jakieś informacje.
Niecierpliwość brała się po prostu z tego, że nie lubił, gdy mu
cokolwiek przerywało weekend.
- Dzwoniłam już do niej - odezwała się po chwili, widząc, że jej
zwierzchnik wpatruje się w aparat telefoniczny.
- No i? - spytał, podnosząc wzrok.
- Jeszcze nic nie wie. Lecz wypyta prowadzącego dochodzenie policjanta.
- A ten potulny jak baranek wszystko jej opowie? Dziennikarce? Tak? -
pokiwał głową generał.
- Tak - potwierdziła Ewa. - Już o to zadbałam.
- Och, zapomniałem, jaką siłę mają współczesne kobiety - odrzekł
Witucki. Lecz Ewie wydawało się, że wyczuła w tym zdaniu nieco ironii.
- Pozostaje więc nam tylko czekać - dodał. - Chcesz herbaty? Albo kawy?
- Nie, już piłam. Inaczej nie zwlekłabym się z łóżka.
- No jasne - przytaknął Witucki. - W ogóle dziwię się, że się już
obudziłaś po tak upojnym sobotnim wieczorze.
***
Radek wszedł pierwszy do pokoju, w którym zamordowano Geralda Gottlieba,
lidera, gitarzystę i wokalistę rockowej grupy IchGott. Już to wiedział,
bo na takie nazwisko wynajęto ten pokój hotelowy. Ustalono również, że
zespół miał wczoraj koncert na jakimś gdyńskim festiwalu odbywającym się
w Teatrze Muzycznym. Po koncercie chyba cały skład przybył do
apartamentu, który wynajął lider, i balowali do późnej nocy. Tak
przynajmniej twierdziła obsługa hotelowa. Niektórzy goście się skarżyli,
lecz do bawiących się muzyków nikogo nie wysłano z interwencją.
- Tak to wygląda - wskazał Annie zakrwawiony fotel, na którym wciąż były
zwłoki. Głowa na szczęście już została uprzątnięta przez techników. - Tu
go zamordowano.
- Raczej zaszlachtowano - powiedziała Furia, krzywiąc się z obrzydzenia
po tym, co zobaczyła. - "Allah akbar" - przeczytała z zasłon. - No
rzeczywiście, ktoś usiłuje nam wmówić związek z dżihadem.
- To pani tak twierdzi - powiedział Drozd.
- Czyżby? Tylko ja? Pan tak nie uważa? - spytała Anna.
- Na razie muszę brać pod uwagę wszystkie ewentualności. A o tym, że z pokoju ktoś wykrzykiwał pierwsze przykazanie, wiem jedynie od pani. Sama
więc pani rozumie.
Rozumiała. Nie mógł kierować się jedynie tym, co ona mówi. A znaki
wskazywały jednoznacznie, że to robota zacietrzewionego islamisty.
Miała więc przewagę nad policją, pomyślała.
Była absolutnie przekonana, że w pokoju widzi grę pozorów. Prawda była
daleko stąd. W końcu wiedziała, co słyszała. A komu ufać, jak nie sobie.
- Rozumiem, że pan nie musi wierzyć w to, co mówię - odpowiedziała po
chwili. - Tylko to by znaczyło, że pan nie wyklucza, że motywem jest
dżihad. A to z kolei prowokuje kolejne pytanie, po co pan mnie tu
wpuścił? Tylko dlatego, że otrzymałam rekomendację ABW?
- Nie. Oczywiście, że nie. Tak naprawdę wierzę pani, zwłaszcza że mamy
inną poszlakę świadczącą o tym, że rzeczywiście słyszała pani zza ściany
pierwsze przykazanie.
- Drugi gość hotelowy też słyszał głosy? I stąd wniosek, że nie
zwariowałam? - uśmiechnęła się.
- Lepiej - powiedział tajemniczo Radek.
Z zaciekawieniem przekrzywiła głowę. Lecz nic nie powiedziała. Czekała,
aż on to zrobi.
- Ksiądz - wypalił po chwili. - Morderca poszedł tuż po zbrodni do
kościoła wyspowiadać się.
- Nie?! - była naprawdę zaskoczona.
Drozdowski skinął na potwierdzenie głową.
- Ja pierdolę! - krzyknęła. - Przepraszam za język, ale to jakieś
popaprane do końca. Zabija, a potem idzie po odpuszczenie grzechów? Czy
to w ogóle możliwe?
- Tego zaraz się dowiemy. Ksiądz już tu jedzie. Mam nadzieję, że
zaspokoi pani i moją ciekawość - powiedział komisarz. - Tymczasem możemy
gdzieś wyjść. Nie chciałbym rozmawiać z duchownym w takiej... - szukał
odpowiedniego słowa. - W takiej scenografii jak z horroru.
- Kiedy to właśnie horror. Makabra - odrzekła Furia. - Lecz najzupełniej
rozumiem.
- Może w takim razie zaprosi mnie pani do swojego pokoju? - zaproponował
Drozdowski i zaczerwienił się ze wstydu, zrozumiawszy drugie znaczenie
tej prośby.
- Ooo! Nie zapraszam do siebie mężczyzn na pierwszej randce - Furia
bezlitośnie wykorzystała wpadkę policjanta.
- Przecież wie pani... - zaczął nieśmiało Radek, próbując ukryć swoje
zakłopotanie.
- Wiem, podobam się panu. Nie winię pana za to. Wielu mężczyzn pożera
mnie wzrokiem - mówiła zmysłowo, mając przy tym sporo zabawy. Przy
okazji odgarnęła włosy i mrugnęła zalotnie w stronę policjanta.
- Niech pani przestanie - jego prośba zabrzmiała, jakby był małym
chłopcem.
- Popsuł pan całą zabawę - jej głos był znowu zwyczajny. - Chodźmy już
do tego pokoju - powiedziała, odwracając się w stronę wyjścia.
- Dziękuję - ledwo usłyszała, będąc już na korytarzu. Musiał za nią
niemal biec.
- Co wiadomo o denacie? - spytała, gdy wchodzili do jej pokoju.
- Nazywał się Gerald Gottlieb. Był muzykiem i synem znanego biznesmena.
- Może więc motywem są pieniądze? Niech pan sprawdzi, kto dziedziczy.
- Już to robimy.
Pokiwała głową.
- Niech pan nie zamyka drzwi - powiedziała. Spojrzał na nią ze
zdziwieniem.
- Ten ksiądz, co tu jedzie, niech przyjdzie od razu do tego pokoju. Pan
krzyknie chłopakom, żeby go pokierowali.
Lecz Drozdowski nie musiał wcale krzyczeć. W progu pojawił się właśnie
mężczyzna w sutannie, eskortowany przez jednego z policjantów.
- O wilku mowa - powiedział, uśmiechając się. - Mam na imię Tomasz.
- Proszę, niech ksiądz wejdzie - Drozdowski zaprosił duchownego do
środka.
- Niech szata was nie zwiedzie. Księża to też ludzie. Mam na imię Tomasz
- powtórzył.
- Anna - powiedziała Furia, wyciągając rękę na przywitanie. - A to
kapitan Drozdowski - wskazała na policjanta.
- Radek - przedstawił się, zrozumiawszy, że duchowny woli być po
imieniu.
Widocznie w ten sposób będzie się czuł mniej skrępowany, pomyślał
Drozdowski.
- Czy to nie dziwne, że morderca po zabójstwie idzie od razu się
wyspowiadać? - spytała Furia prosto z mostu, przechodząc do meritum
spotkania.
- Tego nie wiem - odrzekł Tomasz. - Ja w każdym razie pierwszy raz się z tym spotykam.
- Co księdzu powiedział? - spytał komisarz.
- Tomasz - przypomniał duchowny.
- Co w takim razie ci powiedział? - Drozdowski zadał już właściwie
pytanie.
- Z jego słów wynikało, że prowadzi jakąś krucjatę w imię praw, które
zesłał Bóg. Mówił, że nie miał tyle szczęścia co Abraham i Pan nie
zawrócił go z drogi śmierci... I że zabił syna w imię zasad. Bo każdy
powinien kierować się w życiu regułami zesłanymi przez Pana.
- Rozumiem - machinalnie potwierdził policjant.
- Zaraz, zaraz... - wtrąciła się Furia. - Zabił syna? Dobrze usłyszałam?
Teraz i Drozdowski nadstawił ucha. Zrozumiał, do czego zmierza
dziennikarka.
- Tak, dokładnie. Powiedział, że zabił syna - potwierdził Tomasz.
Furia spojrzała na Radka, a on na nią. Zrozumieli się bez słów. Wybiegli
z pokoju, zostawiając nic nierozumiejącego duchownego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki