10 przykazań. Mówią na nią Furia - Robert Kilen

Kup ebooka

29.99 zł
26.09 zł (24,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwsze

PIERW­SZE

Naj­trud­niej jest zacząć. Tak mówiło wielu. Sły­szał te słowa bar­dzo czę­sto. To zapa­mię­tał z dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści. Gdy w przed­szkolu pod­czas przed­sta­wie­nia przy­go­to­wa­nego spe­cjal­nie dla rodzi­ców, ubrany w far­tu­szek z naszy­tym mucho­mor­kiem, miał powie­dzieć wier­szyk, nachy­liła się nad nim jego wycho­waw­czyni i szep­nęła: "Naj­trud­niej jest zacząć". Uśmiech­nęła się, przy­po­mniał sobie. To pozwo­liło mu wtedy roz­po­cząć dekla­mo­wać: "Mam far­tu­szek z mucho­mor­kiem, do przed­szkola cho­dzę z wor­kiem". To było miłe wspo­mnie­nie. Póź­niej, w pod­sta­wówce, na szkol­nych aka­de­miach, ape­lach i innych poka­zów­kach, także sły­szał podobne zda­nie z ust nauczy­cieli.

- Naj­trud­niej jest zacząć - zaczął sło­wami zapa­mię­ta­nymi z prze­szło­ści. - Potem, gdy jesteś przy­go­to­wany do tego, co masz zamiar zro­bić, na pewno już nie będzie trud­no­ści. Tak mówią. Ow­szem, napo­ty­kamy od czasu do czasu prze­ciw­no­ści losu, lecz gdy będziemy dążyć do celu, widzieć go przed sobą, z pew­no­ścią nie będzie chwili zawa­ha­nia. Lecz aby iść wyzna­czoną, nawet powie­dział­bym, prze­zna­czoną drogą, trzeba zacząć. Zgo­dzisz się ze mną? - zadał pyta­nie.

Nie uzy­skał na nie odpo­wie­dzi.

- No tak, to oczy­wi­ste - odpo­wie­dział sam sobie. - Każda czyn­ność wymaga początku. I to roz­po­czę­cie dzia­ła­nia jest naj­trud­niej­sze. Uczą nas tego od naj­młod­szych lat. Dla­czego wła­śnie począ­tek jest naj­trud­niej­szy? Można by odpo­wie­dzieć - wła­śnie z uwagi na to, że to począ­tek. Zanim coś zaczniemy, mamy obawy. Czy podo­łamy? Czy nie za dużo bie­rzemy sobie na głowę? Czy ja to potra­fię? Roz­terki z per­spek­tywy czasu wydają się cał­kiem nie­po­trzebne. A jed­nak nie­kiedy biorą górę nad pew­no­ścią sie­bie. Poczu­cie wstydu depry­muje. A nie powinno tak być, nie sądzisz? - ponow­nie zadał pyta­nie.

Teraz jed­nak cze­kał dłu­żej na odpo­wiedź, która znowu nie padła. Nic nie prze­rwało wszech­ogar­nia­ją­cej ciszy. Jesz­cze jakiś czas temu nie było tu tak cicho. Gwar, gło­śna muzyka, iry­tu­jące towa­rzy­stwo. Cze­kał cier­pli­wie, aż to wszystko się skoń­czy. Aż ci, co go dener­wują, pójdą sobie. Uni­kał ich, sie­dział w ciem­nym kącie pomiesz­cze­nia na jakimś pufie. Nie chciał się rzu­cać w oczy. Z oczy­wi­stych powo­dów. Wie­dział, że nie może być zapa­mię­tany przez to całe tała­taj­stwo pijące na umór i fasze­ru­jące się środ­kami odu­rza­ją­cymi. Całe te antu­raż, pozerka i uda­wana dobra zabawa go zło­ściły. Lecz wie­dział, że nie może tego dać po sobie poznać. Widział, że to, co zakłó­cało jego myśli, musi się skoń­czyć. I tak się stało. Teraz był sam na sam z tym, z kim musiał być. Cisza była kojąca. Uspo­ka­jała go. Dzięki niej kon­cen­tro­wał się na tym, co miał do wyko­na­nia. Wsłu­chi­wał się w nią przez jakiś czas, choć może traf­niej­sze byłoby stwier­dze­nie, że wsłu­chi­wał się w swoje myśli. A cisza mu w tym nie prze­szka­dzała.

- To cie­kawe - mówił dalej, nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi. - Nie powin­ni­śmy się wsty­dzić tego, że w coś wie­rzymy. Wiara jest mega, powie­dział­bym: kurew­sko, istotna - zaklął, żeby pod­kre­ślić, jak jest ważna.

Prze­rwał. Chwilę nad czymś myślał.

- Albo wiesz co, zapo­mnijmy o sło­wie "kurew­sko". Nie powi­nie­nem go uży­wać. To dobre dla bał­wa­nów, któ­rzy w żaden inny spo­sób nie potra­fią wyra­zić tego, co czują, opi­sać swo­ich emo­cji. Podob­nie jest ze sfor­mu­ło­wa­niem "zaje­bi­ście". Słowo wytrych. Wszystko takie może być. O, nawet na twoim podwórku, muzyka jest według nie­któ­rych zaje­bi­sta. Przy­znasz mi na pewno rację.

Tym razem nie cze­kał na odpo­wiedź. Kon­ty­nu­ował:

- Ilu jest takich, co to potra­fią wyra­zić emo­cje tylko w taki spo­sób. Ale zaje­bi­sta ta muza. Nor­mal­nie ten kawa­łek jest zaje­bi­sty. A gdzie podziały się inne epi­tety? Prze­cież można powie­dzieć, że utwór jest zna­ko­mity, rewe­la­cyjny, robi ogromne wra­że­nie... Wgniata w fotel - jak ktoś opi­suje mocną, żywio­łową, nawet agre­sywną muzykę. Taką wła­śnie two­rzysz, prawda?

Znowu brak odpo­wie­dzi.

- No dobrze - mach­nął ręką mówca. - Wra­cajmy do głów­nego tematu. Naj­trud­niej jest zacząć. To prawda powta­rzana od naj­młod­szych lat. I utrwa­lana. Być może, tak się zasta­na­wiam, wła­śnie przez to ludziom cza­sami nie chce się w ogóle cze­goś zaczy­nać. Lecz gdy ma się powód, cho­ler­nie ważny powód, to nic nie powinno nam prze­szko­dzić, żeby w końcu zacząć. To wła­śnie wiara, o któ­rej wspo­mi­na­łem wcze­śniej, może być tym powo­dem. Wiara w to, że się uda. Wiara, że to, co robimy, ma sens. Bo w ten spo­sób świat dzięki nam... Tak, świat wraca na wła­ściwe tory. Rozu­miesz mnie, prawda?

Czło­wiek, do któ­rego mówił, wciąż się nie odzy­wał, bo nie mógł. Był nie­przy­tomny. Jego ciało bez­wład­nie leżało w fotelu. Odro­binę gro­te­skowo prze­krzy­wiona głowa spo­czy­wała na opar­ciu. A ze zwi­sa­ją­cych rąk kapała krew.

- Nie wyglą­dasz za dobrze - powie­dział do nie­przy­tom­nego, patrząc na zakrwa­wione ręce. Wie­dział, skąd ta krew. Był w końcu sprawcą ran. Z obrzy­dze­niem wykrzy­wił twarz. - Nie podoba mi się to, podob­nie jak tobie. Zakła­dam, że tobie także się nie podoba. Chyba się nie mylę, co?

Nie cze­ka­jąc już na odpo­wiedź, kon­ty­nu­ował.

- Nic na to, nie­stety, nie pora­dzę. To, co robię, a chcąc być pre­cy­zyj­nym nale­ża­łoby powie­dzieć, to, co zaczą­łem w końcu robić, jest waż­niej­sze. O wiele waż­niej­sze niż ty czy ja. Bo to On w końcu dał nam wska­zówki. W myśl tej nauki należy postę­po­wać. Nie mogę się uchy­lać od odpo­wie­dzial­no­ści. Posta­no­wi­łem kie­ro­wać się tym, co On dał nam jako prze­wod­nik po życiu. Tak, prze­wod­nik życia. Nawet jeśli do pełni życia będziemy wędro­wać przez śmierć. Po tru­pach do celu, tak się nie­kiedy mówi, prawda?

Tu się na chwilę zatrzy­mał. Spoj­rzał na nie­przy­tom­nego.

- Hej - potrzą­snął jego ramie­niem. - Żyjesz? Obudź się! Nie możesz tego prze­ga­pić.

Coraz ener­gicz­niej potrzą­sał nie­przy­tom­nym męż­czy­zną w fotelu. Ten w końcu zaczął dawać jakieś znaki życia. Otwo­rzył oczy. Jesz­cze nie­wi­dzą­cym wzro­kiem omiótł pokój. Nie bar­dzo wie­dział, gdzie jest.

- No to jeste­śmy w domu. Widzę, że już przy­tom­nie­jesz. To ważne. Sły­sza­łeś, co do cie­bie mówi­łem?

Nie cał­kiem przy­tomny męż­czy­zna pokrę­cił prze­cząco głową.

- Mówi­łem, że naj­trud­niej jest zacząć, nie sądzisz?

Zakrwa­wiony sie­dzący w fotelu jed­nak go nie słu­chał. Przy­po­mi­nał sobie, gdzie jest i co się stało wcze­śniej. Nie obcho­dziły go rze­czy, które wygła­szał do niego sza­le­niec. Bo prze­cież to musiał być sza­le­niec. Męż­czy­zna spró­bo­wał się pod­nieść.

- Nie, nie... Siedź spo­koj­nie. To się nie uda. Lek na zwiot­cze­nie mię­śni cały czas działa. Prze­cież ina­czej nie pora­dził­bym sobie z tobą, co nie? Posłu­chaj mnie - nachy­lił się nad swoją ofiarą. - Dzię­kuję ci, naprawdę - powie­dział już szep­tem. - To ty wła­śnie spra­wisz, że w końcu zacznę. Bo ile mogę cze­kać na uświa­do­mie­nie światu, że do reguł, zwłasz­cza tych naj­waż­niej­szych, trzeba się sto­so­wać. Rozu­miesz, co do cie­bie mówię?! - jego głos z szeptu prze­szedł nie­mal w krzyk. - "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!", tak nam powie­dział Pan. I tego powin­ni­śmy się trzy­mać. A ty co? Sam sie­bie zro­bi­łeś bogiem! Plu­ga­stwo! Bluź­nier­stwo! Wstyd! Sły­szysz, co naro­bi­łeś?! Teraz muszę dzia­łać. Muszę zacząć. A Bóg mi świad­kiem, jeśli nie musiał­bym, tobym nawet nie zaczy­nał. Rozu­miesz, co naro­bi­łeś swoim zacho­wa­niem?!

Męż­czy­zna w fotelu, wciąż otu­ma­niony, powoli zaczy­nał rozu­mieć, do czego zmie­rza sza­le­niec. Zwłasz­cza gdy zoba­czył w jego dłoni coś na kształt mie­cza. A może to była maczeta? Wzrok mu się jesz­cze roz­jeż­dżał. Roz­my­wał. Nie był cał­kiem ostry. I taki pozo­stał. Do końca. Do czasu, aż zapa­dła ciem­ność.

- Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną! - wrza­snął oprawca i zamach­nął się ostrzem. Głowa sie­dzą­cego w fotelu spa­dła na dywan. - Naj­trud­niej jest zacząć - dokoń­czył mor­derca już cichym, bez­na­mięt­nym, spo­koj­nym gło­sem.

***

Anna Kro­len naj­pierw nie mogła długo zasnąć. A potem, gdy wresz­cie się jej udało, czę­sto się budziła. Z pokoju obok docho­dziły jakieś wrza­ski. Ktoś krzy­czał coś o Bogu. Gdy za pierw­szym razem usły­szała, zdaje się, "nie będziesz miał bogów cudzych przede mną", chciała nawet wal­nąć butem w ścianę i krzyk­nąć, żeby ci, co hała­so­wali, w tych swo­ich roz­wa­ża­niach teo­lo­gicz­nych nie zapo­mi­nali o bliź­nich. Lecz nie krzyk­nęła, nie ude­rzyła butem o ścianę. Jedy­nie cicho jęk­nęła: "Daj­cie innym spać". Potem pomy­ślała, że to pew­nie ekipa tego roc­ko­wego bandu Ich­Gott, który wczo­raj wie­czo­rem wystę­po­wał na festi­walu w Gdyni. Po kon­cer­cie pew­nie popili, upa­lili się albo i naćpali i zaczęły się roz­wa­ża­nia o egzy­sten­cji oraz isto­tach wyż­szych. Wła­śnie ta myśl spra­wiła, że zre­zy­gno­wała z pomy­słu z butem w roli głów­nej.

Nie chciała oce­niać czy zwra­cać uwagi, zwłasz­cza że sama wczo­raj wie­czo­rem nieco zaba­lo­wała. Spo­tkała się z dawno nie­wi­dzia­nymi kum­pe­lami. Tak, kum­pe­lami. Wolała to okre­śle­nie niż "psiap­siółki", które koja­rzyło się raczej z infan­tyl­nymi, krzy­kli­wymi nasto­lat­kami. A ona i kum­pele były prze­cież już świa­do­mymi, odno­szą­cymi suk­cesy mło­dymi kobie­tami pną­cymi się po szcze­blach kariery. Ewa pra­co­wała w służ­bach, czę­sto poma­gała bratu, który był gwiazdą w ABW. A Domi­nika stała się wziętą archi­tektką, zna­ko­mi­cie pro­spe­ro­wała w roz­bu­do­wu­ją­cej się ostat­nio mod­nej Gdyni. Ile to już czasu minęło, odkąd poznała je w klu­bie Remont na kon­cer­cie jakiejś pun­kroc­ko­wej kapeli. Wszyst­kie trzy były wtedy na pierw­szym roku stu­diów. Wkra­czały w doro­słość. Wów­czas doj­rza­łość koja­rzyła im się z pew­nego rodzaju wol­no­ścią. Przede wszyst­kim wol­no­ścią wyboru. O ile w cza­sach liceum impre­zo­wało się wyłącz­nie w week­endy, to na stu­diach można było uma­wiać się prze­cież na nocne domówki nawet w środku tygo­dnia. Ile razem nocy zarwały, ile wina wypiły. To wła­śnie te wszyst­kie myśli, które kotło­wały się w jej gło­wie, nie pozwa­lały na początku zasnąć. Teraz, już kilka lat po stu­diach, cały czas sta­rały się trzy­mać razem. Nie bar­dzo to wycho­dziło. Ale przy­naj­mniej się sta­rały. Choćby teraz. Odwie­dziły z Ewą Domi­nikę nad morzem. To wła­śnie do niej przy­je­chały z War­szawy. Bez zapo­wie­dzi. Tro­chę ją zasko­czyły. Miały nawet w pla­nach wybrać się na kon­cert Ich­Gott, bo ponoć Domi­nika była ich fanką. Lecz doszły do wnio­sku, że pod­czas roc­ko­wego występu trudno będzie poroz­ma­wiać, a nie chciały się prze­krzy­ki­wać przez muzykę. Wybrały więc spo­koj­niej­sze roz­wią­za­nie. Bar z dobrymi drin­kami. Tak dobrze się roz­ma­wiało, że nawet nie zauwa­żyły, że minęła druga w nocy. Ponie­waż pani archi­tekt jesz­cze nie zapro­jek­to­wała i nie zbu­do­wała sobie domu z sypial­niami gościn­nymi, Anna, nie chcąc się narzu­cać, prze­no­co­wała w hotelu. Ewa po wie­czor­nych sza­leń­stwach zamie­rzała wró­cić od razu pocią­giem do War­szawy. Cie­kawe, swoją drogą, jak jej poszło.

Furia spoj­rzała na zega­rek. Było już dobrze po siód­mej rano. Za ścianą pano­wała cisza. Chyba roc­kan­drol­lowcy poszli spać, pomy­ślała. Cie­kawe, o któ­rej można zejść na śnia­da­nie? Nie­mal natych­miast jed­nak wpa­dła na to, że z pew­no­ścią godziny ser­wo­wa­nia posił­ków podano w infor­ma­to­rze hote­lo­wym. Wstała z łóżka, pode­szła do biurka. Leżał na nim segre­ga­tor, dzięki któ­remu zaraz wszyst­kiego się dowie. Ucie­szyła się - na śnia­da­nie można będzie pójść już za kilka minut. Posta­no­wiła się wyką­pać. Lecz naj­pierw spraw­dzi, jak sobie pora­dziła Ewa.

- Halo - usły­szała po wybra­niu numeru przy­ja­ciółki.

- Sły­szę, że pani nie w for­mie? - wno­sząc po nie­mra­wym tonie Ewy, bar­dziej stwier­dziła, niż zapy­tała.

- Obu­dzi­łaś mnie, Furia - odburk­nęła.

- Prze­pra­szam - skru­cha nie była uda­wana. - Chcia­łam spraw­dzić, co u cie­bie. Sły­szę, że doje­cha­łaś i dotar­łaś do domu.

- Nie dotar­łam, śpię na bocz­nicy kole­jo­wej - zaprze­czyła przy­ja­ciółka.

- Żar­tu­jesz?! - nie­mal krzyk­nęła Anna.

- Pew­nie, że żar­tuję - głos Ewy na­dal brzmiał sen­nie. - Jestem w domu. I śpię dalej. Pa.

- Pa. Jesz­cze raz sorka - rzu­ciła do słu­chawki. Lecz Ewa już tego nie sły­szała, bo wcze­śniej prze­rwała połą­cze­nie.

Anna wstała z łóżka. Cał­kiem już roz­bu­dzona i pocie­szona wia­do­mo­ścią, że Ewa dotarła bez prze­szkód do domu, raź­nym kro­kiem ruszyła do łazienki. Zdjęła wczo­raj­szą pod­ko­szulkę i weszła pod prysz­nic. Odkrę­ciła kran i usta­bi­li­zo­wała tem­pe­ra­turę wody.

- Tak, tego mi było trzeba - powie­działa sama do sie­bie, gdy cie­pło spły­nęło na jej nagie ciało. Stała pod roz­grze­wa­ją­cym stru­mie­niem wody jesz­cze przez chwilę, zanim się namy­dliła. Wspo­mi­nała wczo­raj­szy wie­czór. Było miło, bez dwóch zdań. Jed­nak o ile z Ewą widy­wały się czę­ściej i wciąż nada­wały na tej samej fali, o tyle Domi­nika, przez wypro­wadzkę do Gdyni, stra­ciła już z nimi ten prze­lot. Gdy stu­dio­wały, mimo że na róż­nych kie­run­kach, rozu­miały się naprawdę bez słów. Wczo­raj już tak nie było. Każda, co oczy­wi­ste, podą­żyła swoją drogą życiową. Domi­nika opo­wia­dała nie­mal cały czas o pro­jek­tach, które roz­wija. Ewa o spra­wach, o któ­rych - jak wie­lo­krot­nie zazna­czała - nie powinna nawet wspo­mi­nać.

- Musia­ła­bym cię zabić, gdy­bym ci zdra­dziła tę tajem­nicę - powtó­rzyła na pewno z pięć razy, jak nie wię­cej. Anna tylko kiwała głową z dez­apro­batą, sły­sząc po raz kolejny ten czer­stwy tekst z jakie­goś filmu. O dziwo, nie wpa­dła w furię, mimo że kil­ka­krot­nie wszystko się w niej goto­wało. Goto­wało, jed­nak nie wyki­piało. W końcu była z kum­pe­lami na bab­skim wie­czo­rze. A ten rzą­dzi się swo­imi pra­wami.

Wyszła spod prysz­nica zre­lak­so­wana. Usta­liła ze swoim wewnętrz­nym "ja", że nie żałuje tego wyjazdu. Nawet jeśli był tro­chę nudny, to nie żałuje. Nie wie­działa, że jesz­cze zanim zej­dzie na śnia­da­nie, nie będzie mogła mówić o jakiej­kol­wiek nudzie.

***

Gdy komi­sarz Radek Droz­dow­ski, zwany przez kole­gów Droz­dem, wszedł do pokoju hote­lo­wego, omal nie zwy­mio­to­wał. Obraz, który uka­zał się jego oczom, na pewno był naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym wido­kiem w jego życiu. Zda­wało mu się, że całe pomiesz­cze­nie jest ską­pane w krwi. To nie było prawdą. Lecz zawodne ludz­kie oko cza­sem widzi to, czego w rze­czy­wi­sto­ści nie ma. Krew, ow­szem, była - i to w znacz­nej ilo­ści - na fotelu sto­ją­cym nie­opo­dal dużych, zaczy­na­ją­cych się przy samej pod­ło­dze prze­suw­nych drzwi bal­ko­no­wych. I na całym kre­mo­wym dywa­nie roz­ło­żo­nym mię­dzy fote­lem a brze­giem łóżka. Samo łóżko już nie było ubru­dzone krwią. Czer­wień, którą widział na nim, to po pro­stu barwa narzuty. Podob­nie zasłony, krwi­sto­czer­wone od zawsze. Bo wła­śnie w takiej kolo­ry­styce deko­ra­tor wnętrz urzą­dził hote­lowy pokój. Z pew­no­ścią prze­ko­ny­wał wszyst­kich, uza­sad­nia­jąc swój wybór, że tego typu barwy dzia­łają na czło­wieka ener­ge­ty­zu­jąco. Nie mylił się. Fak­tycz­nie, to, co zda­rzyło się w tym pokoju, miało nie­zwy­kle ener­giczny prze­bieg, pomy­ślał Drozd.

- Dzień dobry, panie komi­sa­rzu - powie­dział tech­nik, widząc wcho­dzą­cego Radka.

- Na pewno dobry? - spy­tał reto­rycz­nie Droz­dow­ski.

- Niech pan nie mówi, że z pana taki deli­ka­cik...

- Ni­gdy nie widzia­łem mor­der­stwa przez deka­pi­ta­cję.

- De... co? - zdzi­wił się tech­nik.

- Deka­pi­ta­cja, czyli metoda zada­wa­nia śmierci przez oddzie­le­nie głowy od reszty ciała - wygło­sił for­mułkę Radek.

- Fiu, fiu - pokrę­cił głową z podzi­wem zbie­ra­jący ślady tech­nik. - Komi­sarz Wiki­pe­dia we wła­snej oso­bie. A wie pan, kie­dyś na Wybrzeżu, nawet nie tak dawno temu, jakieś... pięć, sie­dem lat temu, sza­lał taki wariat. Zdaje się Abdul, tak go nazwali śled­czy. Też obrzy­nał ludziom łby.

- Ludzie nie mają łbów - zauwa­żył Radek. - Cza­sem mnie ta wasza obo­jęt­ność prze­raża.

- Nasza? - zdzi­wił się tech­nik. - Jak za daw­nych cza­sów. Niech pan jesz­cze powie do mnie "wy, towa­rzy­szu" - zaśmiał się męż­czy­zna.

Drozd spoj­rzał na niego. Oce­nił, że ma ponad pięć­dzie­siąt lat. Pracę z pew­no­ścią zaczął jesz­cze w Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, więc pew­nie pamięta PRL i to, jak zwra­cano się do funk­cjo­na­riu­szy.

- Mia­łem na myśli tech­ni­ków - wytłu­ma­czył.

- Nie bar­dzo rozu­miem - roz­mówca odwró­cił się w jego stronę, prze­ry­wa­jąc na chwilę to, co robił.

- Mówiąc, że wasza obo­jęt­ność mnie prze­raża, mia­łem na myśli ogól­nie tech­ni­ków - wyja­śnił Drozd. - Stąd liczba mnoga.

- Aaa... A pan by nie zobo­jęt­niał? Pra­wie codzien­nie jakieś takie atrak­cje w pracy. Co zro­bić? Taka robota.

Radek poki­wał głową. Rze­czy­wi­ście. Trudno nie zwa­rio­wać. Taka robota. Trzeba to wszystko brać na chłodno.

- Co możesz już powie­dzieć?

- Ostre, pie­kiel­nie ostre narzę­dzie. Pew­nie coś w rodzaju maczety. Duża siła. Więc z pew­no­ścią śmierci nie zadała fili­gra­nowa kobieta.

- Nie zabiła kobieta... - machi­nal­nie ode­zwał się Droz­dow­ski.

- Tego nie wiemy - prze­rwał mu tech­nik. - Mia­łem na myśli, że nie była to mała i słaba osoba. Jed­nak wśród pań też są prze­cież te... hetery, co nie?

- Rozu­miem. Mor­derca był silną osobą.

- Nawet nie musiał być spe­cjal­nie silny. Bo wydaje mi się, że jakoś zneu­tra­li­zo­wał ofiarę.

- Jak? - zapy­tał Radek.

- Nie mnie oce­niać. To wykaże sek­cja. Ja jestem tylko skrom­nym zbie­ra­czem. Pan dok­tor się wypo­wie... Oczy­wi­ście jak już nas zaszczyci swoją obec­no­ścią.

Dopiero teraz komi­sarz zauwa­żył, że na miej­scu nie ma jesz­cze leka­rza. To dla­tego kor­pus ofiary spo­czy­wał na­dal w fotelu, a głowa nie­opo­dal na pod­ło­dze. Tech­nik i poli­cjanci obecni w pokoju nie chcieli niczego ruszać, zanim lekarz medy­cyny sądo­wej nie dokona oglę­dzin zwłok.

- A kiedy możemy spo­dzie­wać się pana dok­tora? - spy­tał Drozd.

- O wilku mowa - kiw­nął głową tech­nik, zwra­ca­jąc wzrok w stronę drzwi pokoju.

- Raczej o wil­czycy - uśmiech­nęła się na oko czter­dzie­sto­latka, która od razu po wej­ściu do pomiesz­cze­nia zało­żyła ręka­wiczki, maseczkę i ochra­nia­cze na buty. Droz­dow­ski przy­glą­dał się jej przez chwilę. Ruchy kobiety świad­czyły o tym, że wie, co robi. Stą­pała deli­kat­nie, żeby nie zadep­tać ewen­tu­al­nych śla­dów.

- Tu już zro­bione - tech­nik wska­zał wąskie przej­ście mię­dzy biur­kiem a fote­lem. - Żeby pani dok­tor mogła bli­żej podejść.

- Dzię­kuję - powie­działa. Wyda­wało się, że z uśmie­chem. Lecz nie było go widać, bo twarz miała ukrytą za maseczką. - Taaak - prze­cią­gle ode­zwała się po chwili. - Rany kłute i cięte zadane na jakiś czas przed śmier­cią. Są wcze­śniej­sze, bez wąt­pie­nia. Więc mor­derca jakiś czas bawił się ze swoją ofiarą - mówiła, nie odwra­ca­jąc głowy w stronę Droz­dow­skiego. - Cię­cie dość pre­cy­zyjne, wie­dział, gdzie ude­rzyć. Od przodu, bo miał miękko. Maczeta, czy co to tam było, nabrała roz­pędu przez mięk­kie tkanki. Mogła się zatrzy­mać na krę­go­słu­pie szyj­nym. Ale się nie zatrzy­mała.

- I o czym to świad­czy? - spy­tał Drozd.

- O tym, że nie zro­biła tego słaba babka - powie­działa kobieta, zdej­mu­jąc maseczkę z twa­rzy i odcho­dząc od zwłok. - Może­cie go już uprząt­nąć. Nic wię­cej tu nie widać. Reszta po sek­cji - ode­zwała się zarówno do poli­cjan­tów zabez­pie­cza­ją­cych miej­sce zbrodni, jak i ofi­cera pro­wa­dzą­cego.

- Droz­dow­ski - wycią­gnął rękę Radek. - Nie mie­li­śmy jesz­cze oka­zji się poznać.

- Czyż, Bogna Czyż - podała mu dłoń. - Lecz to nie ma zna­cze­nia. I tak nie będziemy współ­pra­co­wać.

- Dla­czego? - zdzi­wił się.

- To wszystko - prze­le­ciała wzro­kiem po pokoju - przej­mie z pew­no­ścią War­szawa. Przy­ślą kogoś z ABW - wyja­śniła.

- A dla­czego niby z ABW?

- Nie­czę­sto zda­rza się gość z ode­rżnię­tym łbem...

- Ludzie nie mają łbów - prze­rwał jej Droz­dow­ski.

- ...z ode­rżnię­tym łbem - powtó­rzyła, jakby na złość akcen­tu­jąc słowo "łeb" - a w pobliżu wyzna­nie "Allah akbar". I to jesz­cze napi­sane krwią.

Droz­dow­ski uniósł brwi ze zdzi­wie­nia.

- Nie zauwa­żył pan? - spy­tała zło­śli­wie, uda­jąc zdzi­wioną. Ski­nęła głową w stronę zasłon. Dopiero teraz dostrzegł wyraź­nie: na wszech­ogar­nia­ją­cej czer­wieni mate­riału, krwią, wiel­kimi lite­rami były napi­sane dwa słowa. Na pierw­szy rzut oka zle­wały się z barwą zasłon. Jed­nak teraz widział to w pełni. Ludz­kie oko cza­sem widzi to, czego nie ma, a cza­sem nie widzi tego, co jest, pomy­ślał. Zdał sobie sprawę z tego, że rze­czy­wi­ście śledz­two w tej spra­wie naj­praw­do­po­dob­niej przej­mie War­szawa.

***

- Wybacz mi, ojcze, bo zgrze­szy­łem - słowa, które usły­szał, prze­rwały jego myśli.

Tomasz sie­dział w kon­fe­sjo­nale, jak to miał w zwy­czaju po nie­dziel­nej sumie, i cze­kał na chcą­cych się wyspo­wia­dać. Lecz po mszy rzadko kto tu zaglą­dał. Miał więc czas, żeby zagłę­bić się w swo­ich myślach. A tych nie bra­ko­wało. Cza­sem miał wąt­pli­wo­ści, czy to, co spra­wiło, że poszedł do semi­na­rium, było rze­czy­wi­ście powo­ła­niem. Gdy tam był, myślał, że tak. Sta­rał się wypeł­niać posługę naj­le­piej, jak mógł. Choć w miarę upływu czasu coraz bar­dziej mu to cią­żyło. Psy­chicz­nie, nie fizycz­nie oczy­wi­ście. Ludzie tak czę­sto przy­cho­dzili ze swo­imi pro­ble­mami i zrzu­cali ich cię­żar wła­śnie na niego. Naj­pierw ocho­czo poma­gał, dora­dzał. Myślał, że w ten spo­sób popra­wia świat, czyni go lep­szym. Lecz z bie­giem kolej­nych mie­sięcy pro­ble­mów przy­by­wało, zamiast uby­wać. Wyda­wało mu się, że świat jest coraz gor­szy. To go fru­stro­wało. Wie­dział, że sam jeden, a nawet z pomocą wszyst­kich księży na ziemi, nie zmieni jego obli­cza. To, był tego pewien, dopro­wa­dziło go do depre­sji.

Zupeł­nie się zatra­cił w życiu. Poin­for­mo­wał biskupa o swoim sta­nie. Hie­rar­cha zgo­dził się, żeby Tomasz odpo­czął. To zde­cy­do­wa­nie pomo­gło. Poukła­dał sobie wszystko w gło­wie. Pod­jął decy­zję. A ostat­nio był nawet na krót­kim urlo­pie na Mal­cie. Odwie­dził tam dwie para­fie i posta­no­wił kon­ty­nu­ować swoje dzieło. Ale zupeł­nie ina­czej niż do tej pory. Jak to mówią: punkt widze­nia zależy od punktu sie­dze­nia. Być może piękno Malty natchnęło go, by po powro­cie zacząć dzia­łać nie­sza­blo­nowo. Zro­zu­miał, że do tej pory był spę­tany ogra­ni­cze­niami. Teraz posta­no­wił je odrzu­cić. Trudno byłoby mu wyja­śnić, na czym pole­gały róż­nice. Lecz prze­niósł swój mal­tań­ski pomysł na rodzimy grunt.

Oczy­wi­ście w pochmur­nej Gdyni było zupeł­nie ina­czej. Choć i tam, i tu widział morze, to na połu­dniu było ono soczy­sto­nie­bie­skie. Błę­kitne niebo odbi­jało się chęt­nie w bez­kre­snych wodach. A chmury rzadko mąciły czy­stość tego odbi­cia. Poza tym widok skał wyspy, nęka­nych przez nie­sforne wody, skał kre­mo­wo­żół­tych niczym papie­ska kre­mówka, napa­wał go jakąś rado­ścią życia i chę­cią dzia­ła­nia. Widział w nich to życie, ten ruch, to piękno natury, te wszyst­kie dzieła Stwórcy. Czy tak będzie w raju? Zasta­na­wiał się nie­jed­no­krot­nie. Gdy wró­cił, po nie­ca­łych trzech tygo­dniach wybrał się na samotny spa­cer, nad morze. Pomy­ślał wtedy, że pew­nie i tu dostrzeże boską moc stwo­rze­nia. Nic z tego. Szare wody roz­bry­zgi­wały się o brudny brzeg. Pła­wiące się w falach pla­sti­kowe butelki dodat­kowo wzma­gały poczu­cie bez­na­dziei. Bure chmury uno­szące się czę­sto nad głową, gdy cho­dził uli­cami, spra­wiały, że zamy­kał oczy i w myślach prze­no­sił się na Maltę. Teraz też był w takiej wewnętrz­nej podróży, z któ­rej wyrwał go ten głos.

- Wybacz mi, ojcze, bo zgrze­szy­łem - zda­nie brzmiało chro­po­wato, nie­czy­sto. Jakby nie­wy­raź­nie. Czyżby wypo­wia­da­jący te słowa celowo zmie­niał swój natu­ralny głos? Niby po co? Jego wyzna­nie wyda­wało się jed­nak szczere. Ten, kto je wypo­wie­dział, zapewne rze­czy­wi­ście żało­wał swego czynu. Tomasz, po mie­sią­cach spę­dzo­nych w kon­fe­sjo­nale, potra­fił to wyczuć.

- A czymże obra­zi­łeś Pana Boga, synu? - zadał stan­dar­dowe pyta­nie.

- Śmier­cią bliź­niego - odparł głos nie­mal szep­tem.

- Co przez to rozu­miesz?

- Zabi­łem bliź­niego, odcią­łem mu łeb jak Abra­ham baran­kowi.

- Co zro­bi­łeś? - Tomasz nie mógł uwie­rzyć w to, co sły­szy.

- Wszech­mocny naka­zał Abra­ha­mowi zło­żyć w ofie­rze swego syna, czyż nie? - spy­tał głos. Lecz nie ocze­ki­wał odpo­wie­dzi. Kon­ty­nu­ował. - W ostat­niej chwili miło­sierny Bóg posłał jed­nak anioła, by powstrzy­mał zada­nie śmierci. Ojciec nie zło­żył ofiary ze swego syna. Zamiast Iza­aka, Abra­ham zło­żył w ofie­rze baranka, któ­rego wska­zał Pan.

- Tak było - cicho przy­tak­nął Tomasz.

- Ja nie mia­łem tyle szczę­ścia. Musia­łem to zro­bić. Bo Bóg nie dał mi znaku, żebym tego nie robił. Ale prze­cież tym razem nie cho­dziło o ofiarę. Albo o jakąś próbę. Tylko o war­to­ści fun­da­men­talne. Zro­bi­łem to w obro­nie wiary, w obro­nie war­to­ści, któ­rych należy prze­strze­gać.

- Zabi­łeś syna? - upew­nił się, bo przy­bysz wciąż jakby szep­tał.

- Tak. Zabi­łem syna, bo wszy­scy jeste­śmy synami Ojca. I win­ni­śmy prze­strze­gać reguł usta­lo­nych przez niego. Dla­tego musia­łem synowi ściąć głowę.

Tomasz, oblany zim­nym potem, nie mógł wykrztu­sić słowa. Wszystko, co chciał, miał zamiar powie­dzieć, wię­zło mu w gar­dle. Wszyst­kie słowa były nie­od­po­wied­nie. Po pro­stu nie wie­dział, jak zare­ago­wać na takie wyzna­nie.

- Czy się mylę, ojcze? - spy­tał głos.

- Wzglę­dem czego?

- Czy nie powin­ni­śmy się sto­so­wać do reguł? Wszy­scy?!

Mor­derca pró­buje się uspra­wie­dli­wić, pomy­ślał Tomasz. Już wie­dział, co mu powie.

- Nie.

- Nie mylę się? - zare­ago­wał głos.

- Nie, nie można zabi­jać bliź­nich. To grzech ciężki.

- Czyli nie ma dla mnie ratunku.

- Nie ma - przy­znał Tomasz. - Popeł­ni­łeś grzech ciężki, śmier­telny.

- Trudno - powie­dział głos. Zda­niem spo­wied­nika zbyt lekko to zabrzmiało. - Nie ma dla mnie ratunku, poświęcę się i będę kon­ty­nu­ował swe dzieło. Muszę napra­wiać ten świat.

Tomasz po tych sło­wach usły­szał jedy­nie odda­la­jące się kroki. Stu­kot cięż­kich butów na kamien­nej posadzce kościoła. "Muszę napra­wiać ten świat". Przy­po­mniał sobie ostat­nie zda­nie. Przy­bysz nie cze­kał na roz­grze­sze­nie, bo nie mógł go dostać. Wie­dział o tym. Czy ruszył dalej wypeł­niać swoją chorą misję? Tomasz, będąc w szoku, nie wyj­rzał nawet z kon­fe­sjo­nału. Nie ruszył za przy­by­szem. "Muszę napra­wiać ten świat". Te słowa wciąż brzmiały w jego gło­wie. Chore, nie­bez­pieczne, ozna­cza­jące, że ten czło­wiek wkrótce będzie czy­nił kolejne pod­ło­ści. Jakże teraz chciałby być na Mal­cie... Zamknął oczy. Lecz nie zoba­czył ani bez­tro­skiego błę­kit­nego nieba, ani bia­łych bał­wa­nów fal roz­bi­ja­ją­cych się o malow­ni­cze skały. Wciąż za to sły­szał: "Muszę napra­wiać ten świat". Tomasz prze­cież też chciał to robić. Jesz­cze nie­dawno wie­rzył, że się da. Że z każ­dym dniem, roz­wią­zu­jąc czy­jeś pro­blemy, radząc ludziom, jak żyć, da się. Dopiero sto­sun­kowo nie­dawno prze­stał w to wie­rzyć. Wła­śnie wtedy uznał, iż stra­cił powo­ła­nie. Bo czyż sługa Boży może prze­stać wie­rzyć? Nie. Posta­no­wił dzia­łać. Zerwał się na rów­nie nogi, nie­mal wybiegł z kon­fe­sjo­nału. Szybko, w stronę drzwi kościoła. Już był na ulicy. Rozej­rzał się wokoło. Jed­nak nie wie­dział nawet, jak wygląda ten, który zabił. Ten, który szu­kał pomocy, a on mu jej nie udzie­lił. Tak myśląc, spoj­rzał w niebo. Szare, zasnute chmu­rami. Czuł, że poniósł kolejną klę­skę w napra­wia­niu świata.

***

Kobieta była piękna. Regu­larne rysy w połą­cze­niu z pro­stymi, dłu­gimi wło­sami. Myślące, bystre, brą­zowe oczy, które teraz go prze­wier­cały na wylot. To wszystko spra­wiło, że komi­sarz Droz­dow­ski stra­cił pew­ność sie­bie.

- Pro­szę stąd wyjść - powie­dział, lecz nie tak sta­now­czym tonem, jak zamie­rzał.

- Co tu się stało? Mam prawo wie­dzieć - oznaj­miła kobieta.

- Tu nie ma nic do oglą­da­nia - pró­bo­wał swoim cia­łem zasło­nić widok pokoju.

- Pro­szę mnie nie zby­wać - powie­działa sta­now­czo. - Nazy­wam się Anna Kro­len, jestem dzien­ni­karką por­talu Wtem.pl, pro­szę o infor­ma­cje. Co się tu wypra­wia?

- Pani... pani jest dzien­ni­karką? Z Wtem.pl? - na to komi­sarz Rado­sław Droz­dow­ski nie był przy­go­to­wany.

- Wła­śnie to panu przed chwilą zako­mu­ni­ko­wa­łam. Może pan się zre­wan­żo­wać?

- Czym?

- No tym, jak pan się nazywa i co pan tu robi. To chyba oczy­wi­ste?

Kobieta zbiła go z tropu. Zawsze, odkąd pamię­tał, był nie­śmiały wobec płci pięk­nej. Nie­śmiały wobec całej płci. A jeśli przed­sta­wi­cielka tejże była rze­czy­wi­ście piękna, to w ogóle tra­cił rezon i sta­wał się małym chłop­cem. Teraz wła­śnie tak się czuł. Mimo że był komi­sa­rzem poli­cji, ta atrak­cyjna kobieta dzia­łała na niego depry­mu­jąco.

Anna wie­działa, co się dzieje w gło­wie poli­cjanta. Wszystko było ele­gancko wyma­lo­wane na jego twa­rzy. Nie­raz już miała z tym do czy­nie­nia. Onie­śmie­lała męż­czyzn. Lecz ten tu był wyjąt­ko­wym oka­zem. Nie robiła sobie wyrzu­tów. Ot, po pro­stu miała nad nim prze­wagę - dzięki matce natu­rze - i zamie­rzała to wyko­rzy­stać.

- No więc, panie komen­dan­cie? Gene­rale? Byłby pan tak uprzejmy? - uśmiech­nęła się nawet, pró­bu­jąc ośmie­lić Droz­dow­skiego.

- Nie jestem ani komen­dan­tem, ani gene­ra­łem. Po co te drwiny?

- Jakby się pan przed­sta­wił, tobym wie­działa, a nie strze­lała, panie... detek­ty­wie.

- Jestem komi­sa­rzem. A to, co się stało, chyba nie jest sprawą dla prasy - Radek pró­bo­wał odzy­skać pew­ność sie­bie.

- Czyżby? - Anna się ziry­to­wała tą głu­pią uwagą. - A od kiedy to poli­cja ustala, co się nadaje, a co nie nadaje dla prasy? Czy to pana ofi­cjalne sta­no­wi­sko? Czy poli­cjant teraz będzie cen­zu­ro­wał tre­ści dzien­ni­kar­skie? - zasy­pała go pyta­niami.

- To nie tak - pró­bo­wał się rato­wać. - To pani nazy­wana jest... Furią? Ja czy­ta­łem wiele pani tek­stów. Ale to, pani Anno, co tu się wyda­rzyło... Nie, nie mogę pani nic powie­dzieć.

- Czy­tał pan moje tek­sty? - roz­ch­mu­rzyła się Furia. - To miłe. Dobrze, niech pan mnie nie wpusz­cza, bo pew­nie mia­ła­bym potem pro­blem ze zje­dze­niem śnia­da­nia...

- Bez wąt­pie­nia - prze­rwał jej Droz­dow­ski.

- Ale może pan powie­dzieć, co się stało - dokoń­czyła Anna.

- Chyba nie mogę - Radek spoj­rzał jej w oczy.

- Chyba? - spy­tała.

- Dobrze, skon­tak­tuję się z prze­ło­żo­nymi i ABW i... - ugryzł się w język, bo wie­dział, że przez przy­pa­dek chlap­nął coś, czego nie powi­nien mówić.

- ABW? - Furia unio­sła brwi. - To wie pan co, komi­sa­rzu...

- Droz­dow­ski, ale mówią na mnie Drozd - wtrą­cił Radek.

- ...komi­sa­rzu Droz­dow­ski. Zro­bimy tak, że od ABW to ja się już sama dowiem. Nie będą to jakieś tam sraty-pier­daty, które pan by mi tu poci­snął. Idę na śnia­da­nie - powie­działa i odwró­ciła się na pię­cie w stronę wind.

- Smacz­nego! - krzyk­nął za nią po chwili Radek.

***

Trudno sobie wyobra­zić lep­szą sie­dzibę dla Komendy Miej­skiej Poli­cji. Gdy­nia ma to szczę­ście, że poli­cjanci pra­cują tu w zabyt­ko­wym gma­chu Berg­transu, miesz­czą­cym się w cen­trum mia­sta, przy ulicy Por­to­wej 15 róg Świę­tego Woj­cie­cha. Cie­kawe są losy nie tylko spraw, które roz­wią­zy­wano w tym budynku, lecz także sam budy­nek wiele by powie­dział, gdyby mógł. Został wybu­do­wany w poło­wie lat trzy­dzie­stych ubie­głego wieku przez nor­we­sko-pol­ską firmę makler­ską, Towa­rzy­stwo Żeglu­gowe Berg­trans, któ­rej więk­szo­ścio­wym udzia­łow­cem była firma żeglu­gowa Det Ber­gen­ske Damp­skibs­sel­skab z miej­sco­wo­ści Ber­gen. Udzia­łow­cem tego inte­resu był mię­dzy innymi Wła­dy­sław Potocki, pol­ski ary­sto­krata i przed­się­biorca. W cza­sie wojny gmach Berg­transu zajęło Pre­zy­dium Poli­cji, zaś po II woj­nie świa­to­wej, oczy­wi­ście zna­cjo­na­li­zo­wany, gościł Żeglugę Pol­ską, Pol­sko-Bry­tyj­skie Towa­rzy­stwo Okrę­towe, a nawet Kon­su­lat Wiel­kiej Bry­ta­nii. Potem zatrosz­czył się o te mury Urząd Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego. To chyba naj­mrocz­niej­szy okres dla budowli. Aż w końcu zna­la­zła się tu Komenda Miej­ska Poli­cji w Gdyni. Tomasz nie wie­dział tego, gdy wcho­dził do gma­szy­ska i zamie­rzał odna­leźć ofi­cera dyżur­nego.

- Szczęść Boże - zwró­cił się do mło­dego poli­cjanta.

- Dzień dobry - odpo­wie­dział ofi­cer.

- Przy­sze­dłem tu, choć biłem się z myślami. Wie pan, tajem­nica spo­wie­dzi. Lecz z dru­giej strony to wła­ści­wie nie była spo­wiedź, jedy­nie wyzna­nie grze­chu. Cięż­kiego... Naj­cięż­szego. Śmier­tel­nego. Nie mogło być mowy o poku­cie. Zwłasz­cza że ten, który grzech popeł­nił, ulot­nił się. Rozu­mie pan? - spy­tał ksiądz.

Poli­cjant nic nie rozu­miał. Ale w imię świę­tego spo­koju ski­nął głową.

- Może, pro­szę księ­dza, zacznijmy od początku. W czym mogę pomóc? - spy­tał.

- Chciał­bym o tym komuś opo­wie­dzieć. Cho­dzi naj­praw­do­po­dob­niej o grzech, któ­rego nie zmyje żadna pokuta.

- Taaak - prze­cią­gle wes­tchnął ofi­cer dyżurny. - Może ksiądz usią­dzie na chwilę, a ja się zorien­tuję, co mogę w tej spra­wie zro­bić.

Poli­cjant wska­zał krze­sła po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Nie bar­dzo wie­dział, z czym ma do czy­nie­nia. Zadzwo­nił do prze­ło­żo­nego i po cichu zdał rela­cję z tego, co usły­szał. Nie spusz­cza­jąc z oczu Toma­sza, wyszep­tał, że praw­do­po­dob­nie na komen­dzie zja­wił się nie­zbyt zdrowy na rozu­mie ksiądz, który coś opo­wiada o grze­chu śmier­tel­nym. Prze­ło­żony kazał wysłu­chać księ­dza, bo ni­gdy nic nie wia­domo, jak się wyra­ził, a potem grzecz­nie podzię­ko­wać za zezna­nia i koniecz­nie pod­kre­ślić, że zaj­miemy się tą sprawą.

- Pro­szę księ­dza - zawo­łał, gdy skoń­czył roz­ma­wiać z prze­ło­żo­nym. - Chęt­nie posłu­cham, o co cho­dzi, choć dziś mamy urwa­nie głowy...

- Ja wła­śnie w tej spra­wie - powie­dział Tomasz.

- W jakiej spra­wie? - zdzi­wił się poli­cjant.

- W spra­wie urwa­nia głowy. Wiem, kto to zro­bił - powie­dział z pew­no­ścią w gło­sie. - No może nie wiem, kto kon­kret­nie, lecz wiem, że był to męż­czy­zna.

- Nie bar­dzo w dal­szym ciągu rozu­miem - poli­cjant wyda­wał się zdez­o­rien­to­wany. - Jaki męż­czy­zna? I jakie urwa­nie głowy?

- To może po kolei - wes­tchnął. - Do spo­wie­dzi dziś przy­szedł męż­czy­zna, który przy­znał się, że ściął komuś głowę. Waha­łem się, czy tu przy­cho­dzić, bo prze­cież grzesz­nicy idą do kościoła ze skru­chą w sercu, wie­dząc, że jest tajem­nica spo­wie­dzi i nic poza kon­fe­sjo­nał się nie wydo­sta­nie. Jed­nak w tym przy­padku nie było skru­chy, żalu za grze­chy. A wręcz zapo­wiedź następ­nych czy­nów.

Poli­cjant nie słu­chał. Wystar­czyła mu infor­ma­cja, że ktoś komuś ściął głowę. Nie inte­re­so­wała go już moty­wa­cja księ­dza.

- Ktoś ściął komuś głowę? Tak ksiądz twier­dzi? - spy­tał dla pew­no­ści.

- Ja tak twier­dzę - odparł.

- Ksiądz tak twier­dzi?

- Ja, jako osoba, a nie jako ksiądz, tak twier­dzę - powtó­rzył Tomasz.

Ofi­cer dyżurny przy­jął to do wia­do­mo­ści i wykrę­cił jakiś numer tele­fonu. Zre­la­cjo­no­wał opo­wieść księ­dza i z każdą sekundą, gdy słu­chał kogoś po dru­giej stro­nie apa­ratu, na jego twa­rzy malo­wało się coraz więk­sze zdzi­wie­nie.

- Gdzie to było? - spy­tał.

- Nie wiem, gdzie ściął tę głowę, jeśli o to pan pyta.

- To aku­rat wiemy. Gdzie ten męż­czy­zna do księ­dza przy­szedł? - dopy­ty­wał się poli­cjant.

- Wie­cie? - zdzi­wił się Tomasz.

- Tak, w jed­nym z hoteli w Gdyni. Ale gdzie się przy­znał do tego czynu?

- W kościele pod wezwa­niem Matki Boskiej Nie­usta­ją­cej Pomocy. Jed­nak temu czło­wie­kowi nie można już pomóc - cicho dokoń­czył Tomasz.

***

Furia naja­dła się do syta. Prze­py­chanka z komi­sa­rzem Droz­dow­skim nie pozba­wiła jej ape­tytu. Zwłasz­cza że bufet śnia­da­niowy był impo­nu­jący. Jajka w trzech posta­ciach. Kla­syczne na twardo z majo­ne­zem i szczy­pior­kiem, jako pasta jajeczna i dodat­kowo takie prze­zna­czone do usma­że­nia czy ugo­to­wa­nia na miękko. Nie było, co nieco ją zdzi­wiło, zwy­kłej jajecz­nicy. Jakże powszech­nej w hote­lo­wym śnia­da­niowym menu. Może to i dobrze, pomy­ślała. Zwy­kle hote­lowa jajecz­nica jest prze­su­szona i nie­smaczna. Oprócz jajek na sto­łach leżały roz­ma­ite wędliny i pasz­tet, który Furia uwiel­biała. To pozo­sta­łość z mło­do­ści, kiedy z rodzi­cami czę­sto bywali w Zako­pa­nem i w ulu­bio­nym hotelu na śnia­da­nie zawsze był pasz­tet. Kła­dli go sobie na kanapki, na wierz­chu umiesz­cza­jąc pla­ste­rek oscypka. Sen­ty­men­ta­lizm, może tani, lecz od tej pory, gdy w hotelu na śnia­da­nie był do wyboru pasz­tet, auto­ma­tycz­nie uzna­wała, że spę­dziła noc w zacnym miej­scu. Spró­bo­wała jesz­cze sałatki jarzy­no­wej, wie­rząc, że jest świeża, a nie przed­wczo­raj­sza. Musiała być świeża, w końcu mieli na śnia­da­nie pasz­tet, a to zobo­wią­zuje, pomy­ślała. Popiła wszystko aro­ma­tyczną kawą. Już miała wsta­wać od stołu, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Spoj­rzała, kto dzwoni, i się uśmiech­nęła.

- Wsta­łaś, ska­co­wany śpio­chu? - rzu­ciła do słu­chawki.

- Musia­łam. Dzwo­nił Witucki - odpo­wie­działa Ewa. - Co tam się wypra­wia?

Mimo że przy­ja­ciółka, wła­ści­wie dla Furii kum­pela, nie spre­cy­zo­wała gdzie, to wia­domo było, że cho­dzi jej o gdyń­ski hotel, w któ­rym Furia spę­dziła noc.

- Nie bar­dzo jesz­cze wiem, wła­śnie mia­łam dzwo­nić do gene­rała, lecz jak sły­szę, on mnie uprze­dził i zadzwo­nił do cie­bie, żebyś ty zadzwo­niła do mnie - odpo­wie­działa pokręt­nie.

- Nie pochle­biaj sobie. Witucki nie wie, że noco­wa­łaś w tym hotelu. Podobno ktoś uciął komuś głowę i naba­zgrał "Allah akbar" na ścia­nie czy zasło­nach.

- Co ty wyga­du­jesz?! - Furia nie­mal zakrzyk­nęła. - To takie klocki.

- Ano takie. Coś zauwa­ży­łaś? Bo nie­bie­scy twier­dzą, że skoro to jakiś muzuł­ma­nin, z pew­no­ścią powinni zająć się tym ci z ABW, a nie oni.

- Mogę się zorien­to­wać w sytu­acji, jeżeli chcesz. Tylko że pan komi­sarz Droz­dow­ski jest zawsty­dzony moją osobą - powie­działa Anna.

- Jaki komi­sarz? Kurwa, Furia, do brzegu. Jaśniej. Ja jesz­cze dzie­sięć minut temu smacz­nie spa­łam. Nie jestem do końca roz­ja­rzona.

- Roz­ja­rzona? Jak jarze­niówka?

- No, wyobraź sobie, takie poetyc­kie porów­na­nie. Jestem roz­ko­ja­rzona, czyli nie roz­ja­rzona, więc mów do mnie dużymi lite­rami, OK?

Anna ski­nęła głową. Ale zorien­to­waw­szy się, że roz­ma­wia z Ewą przez tele­fon, natych­miast powtó­rzyła, już wer­bal­nie, do słu­chawki.

- OK. No więc komi­sarz, który pro­wa­dzi śledz­two, nazywa się Droz­dow­ski. Wycho­dząc na śnia­da­nie, zauwa­ży­łam, że coś się dzieje w pokoju obok. Jed­nak niczego się nie dowie­dzia­łam, poza tym, że sprawa jest chyba wła­śnie dla two­jej agen­cji. Zresztą i to wiem przez przy­pa­dek, bo się wypa­plał nie­chcący - wyja­śniła Anna.

Na chwilę popa­dła w zadumę, jakby ukła­da­jąc sobie coś w gło­wie, i po chwili znowu zaczęła mówić.

- Ale wiesz, ja w nocy coś sły­sza­łam.

- Co? - zain­te­re­so­wała się Ewa.

- Krzyki zza ściany. Ktoś wrzesz­czał: "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną".

- To by się zga­dzało - powie­działa agentka.

- Jesteś pewna?

- A ty nie? Po tym, co mi wła­śnie powie­dzia­łaś?

- Nie, może być sporo innych moż­li­wo­ści.

- Dobra, ale mogę je dopiero roz­pa­trzeć na miej­scu, a nie przez tele­fon.

- No raczej - przy­znała Furia. - To co, do zoba­cze­nia jesz­cze dziś w Gdyni?

- Na to wygląda - mruk­nęła przy­ja­ciółka.

- Ooo, sły­szę, że nie cie­szysz się na nasze spo­tka­nie?

- A z czego tu się cie­szyć? Jesteś dzien­ni­karką. Będziesz jak wrzód na dupie. Co, ja cię nie znam?

Furia roze­śmiała się do słu­chawki.

- Masz rację, nie odpusz­czę ci. A tym­cza­sem zadzwoń pro­szę do tego Droz­dow­skiego, żebym mogła zorien­to­wać się w spra­wie.

- Furia, nie prze­gi­naj - ziry­to­wała się Ewa. - Nic nie możesz opu­bli­ko­wać. Dla dobra śledz­twa.

- Dla dobra śledz­twa - powtó­rzyła Anna. - Zadzwoń, to nic nie opu­bli­kuję aż do czasu roz­wią­za­nia, może być?

- Myślę, że Witucki na to pój­dzie. Już dzwo­nię. Tylko nie zrób mu krzywdy.

- Komu? Droz­dowi? Moi? - spy­tała, uda­jąc słodką idiotkę. - Chyba nie przy­pusz­czasz, że mogła­bym...

- ...zabić Drozda? - dokoń­czyła Ewa.

- Wystar­czy na dziś tru­pów - powie­działa, śmie­jąc się z alu­zji do zna­nej powie­ści. - Obie­cuję, że nie... skrzyw­dzę Drozda - dokoń­czyła. Nie wie­działa, że ktoś w Gdyni nie zgo­dziłby się z nią, gdyby usły­szał, że już wystar­czy na dziś tru­pów.

***

Janusz Got­tlieb doro­bił się na han­dlu. Potem roz­wi­nął biz­nes i zajął się także pro­duk­cją. Posta­wił na nowe tech­no­lo­gie. Uwa­żał, że Gdy­nia to mia­sto, które daje nie­sa­mo­wite moż­li­wo­ści, zwłasz­cza jeśli ktoś jest zaradny. A Janusz był. Gdy był młody, zamu­stro­wał się na sta­tek i wiele lat pły­wał po morzach i oce­anach. Nie tylko dla­tego, żeby był cie­kawy świata. To też. Ale przede wszyst­kim dla­tego, żeby ten świat zro­zu­mieć. Mecha­ni­zmy, które nim rzą­dzą, fascy­no­wały Janu­sza. A mecha­ni­zmami rzą­dziły zwy­kłe ludz­kie cechy, takie jak: zazdrość, próż­ność, pycha, pod­łość. To z nich wyra­stała chęć boga­ce­nia się, pogrą­że­nia kon­ku­ren­cji, walka nie­kiedy na śmierć i życie. Być albo nie być. Nie, to nie miłość, miło­sier­dzie czy wyro­zu­mia­łość rzą­dziły ludz­kimi umy­słami. To złe cechy spra­wiały, że ludzie chcieli mieć cią­gle wię­cej i wię­cej. Wie­dział, że ta gorączka, chęć zdo­by­wa­nia coraz więk­szych pie­nię­dzy, dopa­dła także jego. Wie­dział rów­nież, że tego, co już zgro­ma­dził, star­czy mu do końca życia. A jed­nak coś go popy­chało dalej. Po kolejny kon­trakt, po kolejny milion na kon­cie.

Pły­wa­nie nauczyło go wszyst­kiego. Sztuczki, zagrywki, stra­te­gię biz­ne­sową prze­niósł z pokładu statku na ląd stały. Znał się na ludziach. I dla­tego osią­gnął suk­ces w biz­ne­sie. Czy był szczę­śliwy? Nie zasta­na­wiał się nad tym. Nie miał czasu. Wciąż pędził do przodu. Jedy­nie w nie­dziele miał zwy­czaj się zatrzy­my­wać. Nie było go dla nikogo. Poświę­cał się temu, co lubił. Naj­czę­ściej pły­wał w przy­do­mo­wym base­nie, a potem wygrze­wał się w sau­nie, wspo­mi­na­jąc lata na morzu. Cza­sem zresztą jesz­cze żeglo­wał. Kupił jakiś czas temu nie­wielką łajbę, którą cumo­wał w gdyń­skim por­cie. Tam zresztą czę­sto można było go spo­tkać, gdy w przy­brzeż­nym barze wraz z innymi "wil­kami mor­skimi", jak ich nazy­wał, prze­sia­dy­wał i sączył jasne pełne. Dziś też tak było. Ale jego kom­pani szy­ko­wali się do jutrzej­szego rejsu, zdaje się do Jastarni, on nato­miast musiał być wtedy w fir­mie na spo­tka­niu z jaki­miś nud­nymi ana­li­ty­kami. Poza tym do baru nie­opo­dal jacht­klubu przy­szedł dziś jego rywal biz­ne­sowy, Ryszard Milke, któ­rego nie zno­sił. Nie dla­tego, że z nim rywa­li­zo­wał. Nie lubiłby go, nawet gdyby facet nie miał nic wspól­nego z biz­ne­sem. Cza­sem po pro­stu tak jest. Nie lubi się czło­wieka i tyle. Na doda­tek Janusz był pewien, że uczu­cie nie­chęci jest odwza­jem­nione.

- Pan, drogi kolego, pły­nie jutro do Jastarni? - spy­tał Milke, niby obo­jęt­nie, gdy tylko zja­wił się w barze. Na pozór zwy­kłe pyta­nie, lecz Got­tlieb wyczuł fał­szywą nutę.

- Nie płynę - odpo­wie­dział.

- Ano wła­śnie, tak sły­sza­łem. Podob­nie jak ja.

A mnie to, pro­szę sza­now­nego pana, chuj obcho­dzi, czy pan pla­nuje, czy nie pla­nuje pły­nąć, chciał odpo­wie­dzieć Janusz. Jed­nak w porę ugryzł się w język. Po co jątrzyć? Skoro był odosob­niony w nie­chęci do pana Mil­kego.

Ponie­waż kom­pani od piwa i żeglugi roz­pra­wiali jedy­nie o pla­no­wa­nym rej­sie, a na doda­tek poja­wił się w barze ten pro­stak, bo wła­śnie tak o nim myślał, Janusz czuł się zbędny i wró­cił do domu.

Żona nie rozu­miała jego świata. Poru­szała się po zupeł­nie innych życio­wych dro­gach. Była nauczy­cielką w liceum. Czę­sto wycho­wy­wała tak zwaną trudną mło­dzież, pró­bu­jąc ukie­run­ko­wać złość, agre­sję, która ich prze­peł­niała, w stronę sztuki. Kilku jej pod­opiecz­nych oka­zało się naprawdę zdol­nymi arty­stami. Nie­któ­rzy posta­wili na sztuki piękne, inni na muzykę. Nawet dwóch z nich grało w zespole syna.

Janu­sza nie inte­re­so­wała taka muzyka. Nie odnaj­dy­wał w niej melo­dii, wolał już, jak Zenek zawo­dził skrze­czą­cym gło­sem o zie­lo­nych oczach. Syn i żona się śmiali, że w tej dzie­dzi­nie Janusz oka­zał się praw­dzi­wym Janu­szem. Nawet nie wie­dział, co to zna­czy. Dziś żona poje­chała do jakiejś dawno nie­wi­dzia­nej zna­jo­mej, syna też nie było. Nie wie­dział nawet, co robi. Nie inte­re­so­wało go to, zwłasz­cza że czę­sto zni­kał na całe week­endy. Naj­waż­niej­sze było to, że po powro­cie z portu miał cały dom dla sie­bie. Włą­czył tele­wi­zor, nalał sobie kolejne piwo (pierw­sze wypił z kole­gami w por­cie) i już miał usiąść na kana­pie, gdy zadzwo­nił dzwo­nek do drzwi.

- Kogo nie­sie? - spy­tał gło­śno sam sie­bie. Poszedł do przed­po­koju. Zało­żył kurtkę i buty, bo wie­dział, że być może będzie musiał iść do furtki, żeby prze­ko­nać się "kogo nie­sie". Kilka dni temu zepsuł się wide­odo­mo­fon. Wła­ści­wie nie wia­domo było, czy się zepsuł. Cza­sem coś w nim nie sty­kało. A innym razem dzia­łał bez zastrze­żeń. Tak czy owak, przy­zwy­czaił się już, żeby za każ­dym razem wyglą­dać za drzwi i spraw­dzać, czy domo­fon zadzia­łał, jak należy, czy stroi fochy. Nie wie­dzieć czemu nie zle­cili jesz­cze naprawy. Widocz­nie ani jemu, ani jego żonie ta nie­do­god­ność nie prze­szka­dzała tak bar­dzo. Nie mieli zresztą zbyt wielu gości. Może gdyby czę­ściej ktoś do nich wpa­dał, pro­blem z domo­fonem stałby się bar­dziej uciąż­liwy. Otwo­rzył drzwi. Jakież było jego zdzi­wie­nie, gdy tuż za pro­giem zoba­czył męż­czy­znę. Nie trzeba więc było iść aż do furtki, żeby prze­ko­nać się, kto dzwo­nił. Tym razem domo­fon zadzia­łał.

- Ty? - spy­tał zdzi­wiony.

- Ja - odpo­wie­dział męż­czy­zna. Janusz zawie­sił się na chwilę i patrzył na świat za sto­ją­cym w progu gościem. Jesień spra­wiła, że liście już pożół­kły, nie­które ude­rzały w oczy żywio­łową czer­wie­nią. Z pół­nocy wiał silny wiatr, pró­bu­jąc je zerwać z drzew. Szu­miące gałę­zie i sły­szalny z oddali szum mia­sta w połą­cze­niu z wido­kiem jesien­nych liści spra­wiały jakieś nie­po­ko­jące wra­że­nie. A nawet zło­wro­gie.

- Co tu robisz? - spy­tał ziry­to­wany wizytą.

- Przy­sze­dłem kon­ty­nu­ować to, co zaczą­łem - odparł gość.

***

Anna Kro­len nie bar­dzo lubiła cze­kać. Jej ener­giczna oso­bo­wość dała o sobie znać zaraz po wci­śnię­ciu guzika przy­wo­łu­ją­cego windę. Ponie­waż ta nie chciała zje­chać na par­ter, gdzie ser­wo­wano śnia­da­nie, a na wyświe­tla­czu nad drzwiami wciąż poja­wiały się liczby więk­sze od zera, domy­śliła się, że dźwig zbiera pasa­że­rów z róż­nych pię­ter. Spoj­rzała na chwilę w stronę par­kingu. Był zna­ko­mi­cie widoczny przez całą prze­szkloną ścianę nowo­cze­snego budynku hotelu. Zauwa­żyła tylko jeden ozna­ko­wany samo­chód poli­cyjny. Spryt­nie, pomy­ślała. Nie chcą siać paniki wśród gości. Winda wciąż nie przy­jeż­dżała. Anna się znie­cier­pli­wiła i posta­no­wiła pójść na pie­chotę. Led­wie kil­ka­dzie­siąt sekund póź­niej była już na trze­cim pię­trze, na któ­rym miesz­kała i na któ­rym gość z pokoju obok został zabity. Wszystko robiła szybko. Lecz zara­zem dokład­nie. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że tak nauczył ją w dzie­ciń­stwie ojciec, tajem­ni­cza postać, która znik­nęła z jej życia, gdy miała pięt­na­ście lat. Być może za wszelką cenę sta­rała się być wciąż córeczką tatu­sia. Dla­tego, tak jak on w prze­szło­ści, dzia­łała z jed­nej strony impul­syw­nie, z dru­giej dokład­nie i meto­dycz­nie. To spra­wiało, że nie miała zbyt wielu zna­jo­mych wśród kobiet, które na ogół były dla niej nie­kon­kretne. Ona zaś ocze­ki­wała od ludzi (także od tych, z któ­rymi się znała bli­żej) logiki i nie­owi­ja­nia niczego w bawełnę. Chciała znać prawdę, nawet jeśli ta była nie­wy­godna. Być może wła­śnie dla­tego była zna­ko­mitą dzien­ni­karką.

- Jak tam, panie komi­sa­rzu, już pan nie będzie pod­cho­dził do mnie jak do jeża? - spy­tała, gdy tylko zoba­czyła Droz­dow­skiego.

- Nie pod­cho­dzi­łem do pani jak do jeża - zaprze­czył Radek.

- Oczy­wi­ście, tak coś pal­nę­łam bez sensu - mach­nęła ręką. - Chcia­łam się dowie­dzieć, czy dzwo­nili do pana z ABW?

- Dzwo­nili. Musi pani mieć nie­złe chody.

- No, fak­tycz­nie wycho­dzi­łam te chody przez kilka lat stu­diów z tą, która do pana dzwo­niła - przy­znała mu rację. - Ale do rze­czy. Mogę się panu przy­dać.

- Tak? - zdzi­wił się.

- Ano tak. Sły­sza­łam w nocy gło­śne wrza­ski z tego pokoju - powie­działa Anna. - Ktoś wykrzy­ki­wał pierw­sze przy­ka­za­nie.

- To cie­kawe... Nawet bar­dzo - zamy­ślił się Droz­dow­ski.

- Ow­szem, zwłasz­cza że nie pasuje to panu do kon­cep­cji z ter­ro­ry­stami, co?

- Skąd pani wie? - zdzi­wił się i spoj­rzał na nią z zacie­ka­wie­niem.

- Panie komi­sa­rzu, ja tylko tak wyglą­dam. Ale pod tą uro­czą powłoką - wska­zała na sie­bie - kryje się cał­kiem cwana gapa - powie­działa z prze­ko­na­niem. - Oczy­wi­ście, że panu nie pasuje, bo jaki arab­ski fun­da­men­ta­li­sta wykrzy­ki­wałby przed deka­pi­ta­cją pierw­sze przy­ka­za­nie? Ryczałby na cały głos "Allah akbar". A poza tym dla­czego miałby ści­nać jakie­goś muzyka?

- Wła­śnie - przy­znał z uzna­niem Droz­dow­ski.

- To skoro ja pomo­głam, czas na pana - skwi­to­wała Furia. - Oko za oko, ząb za ząb, infor­ma­cja za infor­ma­cję, jak mawiają.

- Kto tak mawia?

- Ja, to wystar­czy.

Droz­dow­ski się przez chwilę zasta­na­wiał.

- Teraz myśli pan o tej kobie­cie, która dzwo­niła? Czy to rze­czy­wi­ście agentka ABW, czy może ją pod­sta­wi­łam? A może to byłam ja, zmie­ni­łam głos i zadzwo­niłam z lobby?

Przej­rzała go. Wie­dział o tym.

- Nie, ja tylko... Zasta­na­wia­łem się, od czego zacząć - tłu­ma­czył się nie­po­rad­nie i dosko­nale zda­wał sobie sprawę z tego, że mu nie uwie­rzyła.

- Wiem, wło­ży­łam sobie do ust klu­skę, żeby zmie­nić głos, i z hote­lo­wej restau­ra­cji zadzwo­ni­łam do pana, a numer mia­łam z por­talu rand­ko­wego - wypa­liła.

- Ja nie mam konta na żad­nym por­talu rand­ko­wym - pró­bo­wał się bro­nić.

- Nie? - unio­sła brwi ze zdzi­wie­nia. - To jak pan funk­cjo­nuje w dzi­siej­szym świe­cie? Dziew­czyny poznaje pan w biblio­tece?

- Mam żonę, nie muszę pozna­wać dziew­czyn - odparł czer­wie­niąc się.

- Nie. Nie ma pan - poki­wała głową. - Spraw­dzi­łam.

- Gdzie?

- Na Face­bo­oku, Insta­gra­mie... to oczy­wi­ste. Same zdję­cia bez kobiety, gdzieś na jakichś sam­czych wypa­dach na ryby. Albo z psem na spa­ce­rze.

- O czym my tutaj roz­ma­wiamy! - ziry­to­wał się Droz­dow­ski.

- O tym, że skoro zła­pa­łam pana na kłam­stwie, to nie mogę być pewna, czy prze­każe mi pan praw­dziwe infor­ma­cje na temat śledz­twa. A w związku z tym nie wiem, czy będę mogła odwieść tę agentkę ABW od przy­jeż­dża­nia do Gdyni. Jak przy­je­dzie, to pan pój­dzie w odstawkę. No, chyba że pan tak chce, poje­dzie pan sobie znowu na ryby z kole­gami. Pyk­nie kilka zdjęć na Face­bo­oka - jaw­nie drwiła.

Chwilę mil­czał po tym, co usły­szał.

- A niby dla­czego mia­łaby pani ją odwo­dzić?

- Bo prze­cież to nie jest sprawa dla ABW, zwy­kły kry­mi­nał, co nie? - powie­działa Anna. Radek ponow­nie spoj­rzał na nią z uzna­niem.

- Z logiki mia­łam piątkę na stu­diach - uśmiech­nęła się. - Więc może, panie komi­sa­rzu Droz­dow­ski, zaczniemy zna­jo­mość raz jesz­cze. Już bez maca­nia się, tylko sobie zaufamy, co?

Poki­wał głową na znak, że się zga­dza.

***

Gene­rał Witucki cze­kał na Ewę w swoim gabi­ne­cie. Nie lubił, gdy mu cokol­wiek prze­ry­wało week­end. Rano jed­nak z Gdyni dostał wia­do­mość o rze­ko­mym ataku muzuł­mań­skiego fun­da­men­ta­li­sty. Wie­dział, że wolny dzień prze­stał być wol­nym. Mógłby oczy­wi­ście omó­wić wszystko z Ewą w domu, zapra­sza­jąc ją do swo­jej sze­re­gówki na war­szaw­skiej Sady­bie. Lecz jesz­cze bar­dziej niż prze­ry­wa­nia week­endu nie zno­sił pracy przy­no­szo­nej do domu. Dla­tego sta­ra­jąc się nie budzić żony, umył się, ubrał, zro­bił sobie pro­ste kanapki na śnia­da­nie, popił kawą i wyru­szył do biura. Ruch był mały, jak to w nie­dzielę, toteż nie­długo potem był już w swoim gabi­ne­cie.

- Czo­łem - ode­zwał się, gdy zoba­czył w drzwiach swoją naj­ład­niej­szą i zara­zem naj­lep­szą agentkę.

- No to sobie odpo­czę­li­śmy - marud­nie odpo­wie­działa na powi­ta­nie Ewa.

- Co zro­bić, taka robota - wzru­szył ramio­nami. - Nie wiem, jak to trak­to­wać - mówiąc to, miał na myśli zabój­stwo w gdyń­skim hotelu. - Wciąż cze­kam na jakieś szcze­góły.

- Ja rów­nież.

- Ty? - zdzi­wił się. - A od kogo?

- Furia tam jest - odpo­wie­działa krótko Ewa.

- Furia tam jest? - powtó­rzył. - A skąd ona tam się wzięła?!

- Ja także tam byłam. No, nie­do­kład­nie tam. Lecz nie­da­leko.

Witucki nie prze­ry­wał. Słu­chał. Choć był nieco zdzi­wiony wyzna­niami.

- Poje­cha­ły­śmy po pro­stu do Gdyni. Ja i Anka. Odwie­dzić przy­ja­ciółkę ze stu­diów. Trzy­ma­ły­śmy się razem przez kilka lat. Przez pierw­sze lata doro­sło­ści. Dosko­nale się czu­ły­śmy w swoim towa­rzy­stwie, a potem Domi­nika, urze­czona moder­ni­styczną Gdy­nią, posta­no­wiła się tam wynieść i reali­zo­wać jako archi­tekt. Zosta­ły­śmy w War­sza­wie tylko we dwie - Ewa ude­rzyła w sen­ty­men­talny ton.

- Jakże mi przy­kro. Dwie samotne dziew­częta w War­sza­wie - iro­ni­zo­wał Witucki. - Posta­no­wi­ły­ście więc odwie­dzić trze­cią musz­kie­terkę?

- Zgadł pan, gene­rale. Furia na to wpa­dła. Poje­cha­ły­śmy już w pią­tek wie­czo­rem. Z Domi­niką spo­tka­ły­śmy się jed­nak dopiero w sobotę. Szwen­da­ły­śmy się cały dzień, a potem przy­sia­dły­śmy w jakimś barze i zaczęły się wspo­minki przy napo­jach roz­luź­nia­ją­cych. Mia­ły­śmy nawet iść na kon­cert tego zamor­do­wa­nego... Jego zespół nazywa się Ich­Gott. Domi­nika jest ich fanką. Lecz uzna­ły­śmy, że to prze­szko­dzi nam w roz­mo­wie. Wia­domo, na kon­cer­cie jest gło­śno.

- I to wszystko było wczo­raj wie­czo­rem?

- Tak jest.

- Po wie­czor­nej zaba­wie, jak grzeczna dziew­czynka, posta­no­wi­łaś wró­cić do domu. A Furia została w hotelu. Tak się zło­żyło, że w tym samym, co zespół?

- Tak jest - powtó­rzyła Ewa.

- Przy­padki jed­nak cho­dzą po ludziach - powie­dział sen­ten­cjo­nal­nie gene­rał.

- No nie, bo gdyby w tym hotelu nic się nie wyda­rzyło, nie byłoby żad­nego przy­padku. Anka po pro­stu zeszłaby na śnia­da­nie, spa­ko­wała się i wró­ciła do domu. A tak...

- Masz rację - przy­znał Witucki.

Zamil­kli. Gene­rał z pewną nie­cier­pli­wo­ścią patrzył na sto­jący na biurku tele­fon. Chciał jak naj­szyb­ciej otrzy­mać jakieś infor­ma­cje. Nie­cier­pli­wość brała się po pro­stu z tego, że nie lubił, gdy mu cokol­wiek prze­ry­wało week­end.

- Dzwo­ni­łam już do niej - ode­zwała się po chwili, widząc, że jej zwierzch­nik wpa­truje się w apa­rat tele­fo­niczny.

- No i? - spy­tał, pod­no­sząc wzrok.

- Jesz­cze nic nie wie. Lecz wypyta pro­wa­dzą­cego docho­dze­nie poli­cjanta.

- A ten potulny jak bara­nek wszystko jej opo­wie? Dzien­ni­karce? Tak? - poki­wał głową gene­rał.

- Tak - potwier­dziła Ewa. - Już o to zadba­łam.

- Och, zapo­mnia­łem, jaką siłę mają współ­cze­sne kobiety - odrzekł Witucki. Lecz Ewie wyda­wało się, że wyczuła w tym zda­niu nieco iro­nii.

- Pozo­staje więc nam tylko cze­kać - dodał. - Chcesz her­baty? Albo kawy?

- Nie, już piłam. Ina­czej nie zwle­kła­bym się z łóżka.

- No jasne - przy­tak­nął Witucki. - W ogóle dzi­wię się, że się już obu­dzi­łaś po tak upoj­nym sobot­nim wie­czo­rze.

***

Radek wszedł pierw­szy do pokoju, w któ­rym zamor­do­wano Geralda Got­tlieba, lidera, gita­rzy­stę i woka­li­stę roc­ko­wej grupy Ich­Gott. Już to wie­dział, bo na takie nazwi­sko wyna­jęto ten pokój hote­lowy. Usta­lono rów­nież, że zespół miał wczo­raj kon­cert na jakimś gdyń­skim festi­walu odby­wa­ją­cym się w Teatrze Muzycz­nym. Po kon­cer­cie chyba cały skład przy­był do apar­ta­mentu, który wyna­jął lider, i balo­wali do póź­nej nocy. Tak przy­naj­mniej twier­dziła obsługa hote­lowa. Nie­któ­rzy goście się skar­żyli, lecz do bawią­cych się muzy­ków nikogo nie wysłano z inter­wen­cją.

- Tak to wygląda - wska­zał Annie zakrwa­wiony fotel, na któ­rym wciąż były zwłoki. Głowa na szczę­ście już została uprząt­nięta przez tech­ni­ków. - Tu go zamor­do­wano.

- Raczej zaszlach­to­wano - powie­działa Furia, krzy­wiąc się z obrzy­dze­nia po tym, co zoba­czyła. - "Allah akbar" - prze­czy­tała z zasłon. - No rze­czy­wi­ście, ktoś usi­łuje nam wmó­wić zwią­zek z dżi­ha­dem.

- To pani tak twier­dzi - powie­dział Drozd.

- Czyżby? Tylko ja? Pan tak nie uważa? - spy­tała Anna.

- Na razie muszę brać pod uwagę wszyst­kie ewen­tu­al­no­ści. A o tym, że z pokoju ktoś wykrzy­ki­wał pierw­sze przy­ka­za­nie, wiem jedy­nie od pani. Sama więc pani rozu­mie.

Rozu­miała. Nie mógł kie­ro­wać się jedy­nie tym, co ona mówi. A znaki wska­zy­wały jed­no­znacz­nie, że to robota zacie­trze­wio­nego isla­mi­sty. Miała więc prze­wagę nad poli­cją, pomy­ślała.

Była abso­lut­nie prze­ko­nana, że w pokoju widzi grę pozo­rów. Prawda była daleko stąd. W końcu wie­działa, co sły­szała. A komu ufać, jak nie sobie.

- Rozu­miem, że pan nie musi wie­rzyć w to, co mówię - odpo­wie­działa po chwili. - Tylko to by zna­czyło, że pan nie wyklu­cza, że moty­wem jest dżi­had. A to z kolei pro­wo­kuje kolejne pyta­nie, po co pan mnie tu wpu­ścił? Tylko dla­tego, że otrzy­ma­łam reko­men­da­cję ABW?

- Nie. Oczy­wi­ście, że nie. Tak naprawdę wie­rzę pani, zwłasz­cza że mamy inną poszlakę świad­czącą o tym, że rze­czy­wi­ście sły­szała pani zza ściany pierw­sze przy­ka­za­nie.

- Drugi gość hote­lowy też sły­szał głosy? I stąd wnio­sek, że nie zwa­rio­wa­łam? - uśmiech­nęła się.

- Lepiej - powie­dział tajem­ni­czo Radek.

Z zacie­ka­wie­niem prze­krzy­wiła głowę. Lecz nic nie powie­działa. Cze­kała, aż on to zrobi.

- Ksiądz - wypa­lił po chwili. - Mor­derca poszedł tuż po zbrodni do kościoła wyspo­wia­dać się.

- Nie?! - była naprawdę zasko­czona.

Droz­dow­ski ski­nął na potwier­dze­nie głową.

- Ja pier­dolę! - krzyk­nęła. - Prze­pra­szam za język, ale to jakieś popa­prane do końca. Zabija, a potem idzie po odpusz­cze­nie grze­chów? Czy to w ogóle moż­liwe?

- Tego zaraz się dowiemy. Ksiądz już tu jedzie. Mam nadzieję, że zaspo­koi pani i moją cie­ka­wość - powie­dział komi­sarz. - Tym­cza­sem możemy gdzieś wyjść. Nie chciał­bym roz­ma­wiać z duchow­nym w takiej... - szu­kał odpo­wied­niego słowa. - W takiej sce­no­gra­fii jak z hor­roru.

- Kiedy to wła­śnie hor­ror. Maka­bra - odrze­kła Furia. - Lecz naj­zu­peł­niej rozu­miem.

- Może w takim razie zaprosi mnie pani do swo­jego pokoju? - zapro­po­no­wał Droz­dow­ski i zaczer­wie­nił się ze wstydu, zro­zu­miaw­szy dru­gie zna­cze­nie tej prośby.

- Ooo! Nie zapra­szam do sie­bie męż­czyzn na pierw­szej randce - Furia bez­li­to­śnie wyko­rzy­stała wpadkę poli­cjanta.

- Prze­cież wie pani... - zaczął nie­śmiało Radek, pró­bu­jąc ukryć swoje zakło­po­ta­nie.

- Wiem, podo­bam się panu. Nie winię pana za to. Wielu męż­czyzn pożera mnie wzro­kiem - mówiła zmy­słowo, mając przy tym sporo zabawy. Przy oka­zji odgar­nęła włosy i mru­gnęła zalot­nie w stronę poli­cjanta.

- Niech pani prze­sta­nie - jego prośba zabrzmiała, jakby był małym chłop­cem.

- Popsuł pan całą zabawę - jej głos był znowu zwy­czajny. - Chodźmy już do tego pokoju - powie­działa, odwra­ca­jąc się w stronę wyj­ścia.

- Dzię­kuję - ledwo usły­szała, będąc już na kory­ta­rzu. Musiał za nią nie­mal biec.

- Co wia­domo o dena­cie? - spy­tała, gdy wcho­dzili do jej pokoju.

- Nazy­wał się Gerald Got­tlieb. Był muzy­kiem i synem zna­nego biz­nes­mena.

- Może więc moty­wem są pie­nią­dze? Niech pan spraw­dzi, kto dzie­dzi­czy.

- Już to robimy.

Poki­wała głową.

- Niech pan nie zamyka drzwi - powie­działa. Spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

- Ten ksiądz, co tu jedzie, niech przyj­dzie od razu do tego pokoju. Pan krzyk­nie chło­pa­kom, żeby go pokie­ro­wali.

Lecz Droz­dow­ski nie musiał wcale krzy­czeć. W progu poja­wił się wła­śnie męż­czy­zna w sutan­nie, eskor­to­wany przez jed­nego z poli­cjan­tów.

- O wilku mowa - powie­dział, uśmie­cha­jąc się. - Mam na imię Tomasz.

- Pro­szę, niech ksiądz wej­dzie - Droz­dow­ski zapro­sił duchow­nego do środka.

- Niech szata was nie zwie­dzie. Księża to też ludzie. Mam na imię Tomasz - powtó­rzył.

- Anna - powie­działa Furia, wycią­ga­jąc rękę na przy­wi­ta­nie. - A to kapi­tan Droz­dow­ski - wska­zała na poli­cjanta.

- Radek - przed­sta­wił się, zro­zu­miaw­szy, że duchowny woli być po imie­niu.

Widocz­nie w ten spo­sób będzie się czuł mniej skrę­po­wany, pomy­ślał Droz­dow­ski.

- Czy to nie dziwne, że mor­derca po zabój­stwie idzie od razu się wyspo­wia­dać? - spy­tała Furia pro­sto z mostu, prze­cho­dząc do meri­tum spo­tka­nia.

- Tego nie wiem - odrzekł Tomasz. - Ja w każ­dym razie pierw­szy raz się z tym spo­ty­kam.

- Co księ­dzu powie­dział? - spy­tał komi­sarz.

- Tomasz - przy­po­mniał duchowny.

- Co w takim razie ci powie­dział? - Droz­dow­ski zadał już wła­ści­wie pyta­nie.

- Z jego słów wyni­kało, że pro­wa­dzi jakąś kru­cjatę w imię praw, które zesłał Bóg. Mówił, że nie miał tyle szczę­ścia co Abra­ham i Pan nie zawró­cił go z drogi śmierci... I że zabił syna w imię zasad. Bo każdy powi­nien kie­ro­wać się w życiu regu­łami zesła­nymi przez Pana.

- Rozu­miem - machi­nal­nie potwier­dził poli­cjant.

- Zaraz, zaraz... - wtrą­ciła się Furia. - Zabił syna? Dobrze usły­sza­łam?

Teraz i Droz­dow­ski nad­sta­wił ucha. Zro­zu­miał, do czego zmie­rza dzien­ni­karka.

- Tak, dokład­nie. Powie­dział, że zabił syna - potwier­dził Tomasz.

Furia spoj­rzała na Radka, a on na nią. Zro­zu­mieli się bez słów. Wybie­gli z pokoju, zosta­wia­jąc nic nie­ro­zu­mie­ją­cego duchow­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki