Poezja i nauka
Nauka to rachunek różniczkowy umysłu,
sztuka to rachunek całkowy; osobno mogą być
piękne, ale wielkie - tylko wtedy, gdy są razem.
sir Ronald Ross
Niezwykłą wartość wiedzy naukowej
Mało kto rozumie - człowiek,
Który nie jest botanikiem, nie potrafi pojąć,
Że wiedza specjalistyczna może pogłębić
Estetyczną satysfakcję z oglądania kwiatów.
Częściowo dlatego, że aby nazwać roślinę,
Musisz przyjrzeć się jej dokładniej
Niż zazwyczaj, a wtedy
Zobaczysz subtelne kolory, proporcje i kształty,
Zbyt małe, żeby je ot tak zauważyć.
Co więcej - wydaje się, że wiedza botanika
O wszystkich aspektach struktury roślin
(Podobnie jak wiedza rzeźbiarza o budowie kości i mięśni),
Wiedza o układzie korzeni rozwidlających się pod ziemią,
O wyrastaniu łodyg,
O ukrytych w przylistkach pąkach i
Rozkładzie żyłek na liściu,
Wzbogaca i nadaje trójwymiarowości
Temu, co już wiemy o ich skomplikowanym pięknie.
Dlatego też moim celem jest poezja faktów. Nawet
Najgłębsze powinowactwo wszystkich żywych organizmów
Staje się jasne, jeśli wiemy o krążeniu w nich związków chemicznych.
Bez choćby podstaw chemii człowiek pozostanie
Oniemiałym z wrażenia dzikusem,
Który przygląda się decydującym o życiu reakcjom.
Te piękne zależności,
Które ukazuje nam tylko biochemia,
Zastąpią oszałamiające poczucie cudu
Czymś bardziej cudownym,
Bo naturalnym i dającym się zrozumieć.
Przyroda jest większym cudem,
Kiedy może być zrozumiana, przynajmniej po części.
Takie rozumienie rodzi się
W laiku, kiedy czyta on
O biochemii gruczołów,
O ich związkach z chorobowymi zmianami takimi jak wole
I wpływie, jaki mają na wzrost, seks i reprodukcję.
Zaczyna wtedy co nieco rozumieć
Z subtelności i piękna działania
Enzymów, wirusów i bakteriofagów,
Tych substancji na granicy
Świata żywego i nieożywionego.
Zrozumie, dlaczego biochemik
Może zastanawiać się nad możliwością
Syntezy życia i nie bać się,
Że plecie androny lub bluźni.
Zrozumie, że, przeciwnie,
Odkrywa on coraz więcej,
Bo szuka nieskończonego -
"Nawet nasze najgłębsze emocje
Mogą zależeć od obecności
Pochodnych fenantrenu!".
Hugh MacDiarmid
Inca
Imperium Inków ze stolicą w Cuzco, Peru, osiągnęło największy zasięg w XV wieku, rozciągając się od północnego Chile do Ekwadoru. Pomimo braku koła oraz systemu pisma charakteryzowało się wysokim poziomem cywilizacyjnym.
Longman's English Larousse
Inca. Teraz jest tylko to.
Skoro przeszłość już przeszła,
przyszłość staje się fikcją:
ogród otoczony murem,
gdzie stoję w innym życiu,
pełen blasku leżak,
nieruchomy jak świerszcz
w dusznej poświacie księżyca.
Zegar słoneczny zapisuje cienie
wyblakłe od świateł pobliskich domów.
A łabędzie wystawiają na pokaz
ociekające dzioby,
lecz twoje wargi rozchyliły się,
by całować lub mówić.
Nie wiem sam. Inca.
Teraz jest tylko to:
derwisz w ogrodowej polewaczce,
palisandrowy taktomierz,
od którego kluczyk gdzieś zaginął
i nigdy się nie odnajdzie.
Inca. Będziemy patrzeć na gołębie
zmieniające szarość na biel,
jakby je kto szarpnął
niczym żaluzje
w tej drugiej sypialni.
Gdzie śpi dziecko. Inca.
Zagubiłem się w myślach,
próbując pisać.
Beczka pełna wody żongluje
kroplami deszczu. Inca.
Łzy zbierają się w twoich oczach,
kiedy czytasz pustą kartkę,
nie wiedząc, co chce ci powiedzieć.
Teraz jest tylko to:
długi, nienapisany wiersz,
który nieomal czci
pasternakowe pięty mojej córki
i jej doskonałe, blade brodawki,
jak blizny, które zostały po liściach.
Inca. Jak unosi się jej nocna koszulka...
gdy nadchodzi z poważną miną
ze wszystkich stron ogrodu,
w garści trzymając sekret,
który chce mi pokazać,
jak gdyby w jakiś sposób
wynalazła koło. O, Inca.
Craig Raine
Las Trampas, USA
dla Roberta i Priscilli Bunkersów
Przedzieram się przez malwy
w suchym ogrodzie, do
domu,
pukam, potem proszę
po angielsku o klucze
do kościoła w Las Trampas.
Stara kobieta
mówi do mnie po hiszpańsku: ja
nie mówię po angielsku,
pytam więc: gdzie
są klucze do kościoła,
po hiszpańsku.
Widzisz tych
trzech robotników: ty
ich spytaj. Wchodzi
do środka, ja
ruszam za nią,
mam zamiar zapytać
ich po hiszpańsku:
serwus, mówią
po amerykańsku. Witam,
mówię i pytam
po angielsku:
gdzie są klucze
do kościoła, a oni mi
mówią: on je ma,
i wskazują na czwartego,
który pracuje z motyką na polu
niedaleko, a do niego
(po hiszpańsku): gdzie są
klucze do kościoła? A on:
ja mam. - Okej,
mówią
w hiszpańskiej angielszczyźnie:
przynieś je (a do mnie po angielsku)
przeniesie ci je. Ty
poczekaj na niego
przy drzwiach kościoła.
Dziękuję, mówię, a oni
odpowiadają mi po amerykańsku:
nie ma za co. Idę
tam znowu i
czekam w cieniu na
klucze: facet,
który mi je przynosi, to nie ten
z motyką, ale
jeden z trójki
robotników,
z kastylijskim wdziękiem
wpuszcza mnie do
środka,
gdzie chłód, z dala
od tego sierpniowego słońca.
Charles Tomlinson