Hegel w któremś z swoich dzieł powiada, że wszystkie
wielkie historyczne zdarzenia i osobistości powtarzaja się w
dziejach dwukrotnie. Zapomniał on dodać, że co pierwszym razem było
tragedyią, w powtórnym występie na scenie zmienia się w farsę.
Caussidi?re zamiast Dantona, Louis Blanc w roli Robespierra,
Montagne 1848 - 51 roku w miejsce Montagne 1793-95 roku,
siostrzeniec w roli wujaszka. Tego samego kroju karykaturę widzimy
również w warunkach, wśród których zostało opublikowane drugie
wydanie ośmnastego Brumaire'a.
Ludzie sami robią swoja historyję, lecz nie z wolnej woli
i nie w wybranych przez siebie, ale w bezpośrednio przekazanych
historyją okolicznościach. Tradycyja zmarłych pokoleń cięży jak
zmora, na żyjących. W chwili, gdy ci ostatni zdają się być zajęci
przewrotem otaczającego świata i własnego umysłu, stworzeniem
czegoś niebywałego, w chwili tej właśnie - powtarzamy - w epoce
rewolucyjnego kryzysu, przywołują oni trwożliwie na pomoc duchy
przeszłości, zapożyczają u nich imiona, hasła bojowe, kostjumy, aby
w tem starożytno-czcigodnem przebraniu, naśladując przodków, dać
światu nowe historyczne widowisko. I tak: Luter włożył na siebie
maskę apostoła Pawła, - rewolucyja 1789 - 1814 drapowała się
naprzemian jako rzymska rzeczpospolita lub rzymskie cesarstwo, a
rewolucyja 1848 nie umiała się na nic lepszego zdobyć, jak na
sparodyjowanie bądź roku 1789. bądź rewolucyjnych tradycyj z lat
1793 - 95. W podobny sposób postępuje początkujący, który nie dawno
wyuczył się nowego języka. Tłomaczy on zawsze wyuczone wyrazy na
swojską mowę. Lecz właściwy duch nowego języka wówczas dopiero nie
będzie mu obcym, skoro przyswoi go sobie o tyle, że władając nim,
zapomni na chwilę o mowie rodzinnej.
Przy rozpatrywaniu owego historycznego zaklinania duchów
zmarłych, okazuje się natychmiast uderzająca różnica dziejowych
epok. Kamil Desmoulins, Danton, Robespierre, St. Just, Napoleon -
pojedyńczy bohaterowie, partyje, jak również i masy ludu w okresie
pierwszej francuskiej rewolucyi w rzymskie przebrani kostjumy, z
rzymskimi frazesami na ustach spełnili zadanie współczesnej im
doby, zadanie, polegające na rozkuciu z więzów i powołaniu do życia
mieszczańskiego społeczeństwa. Jedni zgruchotali podwaliny
feodalizmu, kosząc feodalne głowy, na starym gruncie wyrosłe, drugi
zaś stworzył na wewnątrz Francyi warunki, które z kolei umożliwiły
rozwój wolnej konkurencyi, pozwoliły wyzyskać rozparcelowana
własność ziemską i zużytkować produkcyjnie rozkiełzaną siłę
przemysłową. Zniósł on wszędzie poza granicami Francyi feodalne
instytucyje, o ile tego wymagały interesy mieszczańskiego
społeczeństwa i tym sposobem przyczynił się do wytworzenia zgodnych
z tendencyją owego czasu warunków na kontynencie europejskim. A
skoro raz już ułożoną została nowa społeczna formacyja, wówczas
znikły przedpotopowe kolosy, a wraz z nimi i Rzym na chwilę
zmartwychwstały; znikli Brutusowie, Gracchowie, Publicole, trybuni,
senatorzy i sam cezar nareszcie. Społeczeństwo mieszczańskie,
trzeźwe w swem codziennem, rzeczywistem życiu, wydało własnych
prawdziwych tłomaczy swych dążeń i mówców. Przewodzili mu:
Say'owie, Cousin'owie. Royer-Collard'owie, B. Constant'owie i
Guizoci, - prawdziwi wodzowie wojenni siedzieli za stołami w
biurach, a tłusta głowa
[Speckkopf] Ludwika XVIII była polityczną głową narodu.
Pogrążone zupełnie w produkcyi bogactw, zajęte pokojową walką
konkurencyi społeczeństwo zapomniało o tem, że duchy rzymskich
czasów strzegły jego kolebki; dziś stały się one dla niego
niezrozumiałymi. Jakkolwiek społeczeństwo mieszczańskie nie
odznacza się wcale heroizmem, mimo to jednak potrzeba było
heroizmu, poświęcenia, strachu, wojny domowej i bitew narodów,
ażeby nowy ustrój wszedł w życie. Gladyjatorowie nowej epoki w
klasycznie surowych tradycyjach rzymskiej rzeczypospolitej
odnaleźli ideały, którymi oszołomiać się musieli, ażeby w ten
sposób zasłonić przed własnym wzrokiem mieszczańskie, ciasne
ideały, przyświecające w walce społecznej i utrzymać swój zapał na
wysokości wielkiej tragedyi historycznej Podobnie i Cromvell w raz
z angielskim ludem opromienili cele mieszczańskiej rewolucyi mową,
zapałem i iluzyjami, zaczerpniętemi z ksiąg starego testamentu.
Skoro atoli prawdziwy cel został osiągnięty, skoro mieszczańska
rewolucyja w angielski m społeczeństwie stała się ciałem, zaraz też
i Locke wyparł Habakuka.
Wskrzeszanie zmarłych w rewolucyjach owych nie miało tedy
na celu parodyi dawnych przewrotów społecznych, lecz służyło ku
uświetnieniu nowych walk; nie odstraszało ono wcale od
urzeczywistnienia nowych dążeń, lecz opromieniało je w wyobraźni
ludzkiej.Potrzeba było wyprowadzić ponownie na widownię ducha
rewolucyi i zrozumieć go, nie zaś marę jej okrażać zdaleka.
W r. 1848-51 wystąpiły na scenę tylko mary dawnej
rewolucyi. Szereg ich rozpoczął Marrast,
Républicain en gants jaunes (republikanin w żółtych
rękawiczkach) w roli widma starego Bailly, zakończył go zaś
awanturnik, ukrywszy swe trywialno-wstrętne rysy za żelazną,
śmiertelną maskę Napoleona. Społeczeństwo, któremu zdawało się, że
rewolucyja użyczy mu sił nowych, przyspieszy ruch ogólny, ujrzało
się nagle przeniesionem w okres martwoty.
Odwieczna rachuba czasu, dawne imiona, zaśniedziałe
edykty, nad którymi od dawna siedzą uczeni antykwaryjusze, i stare
zbiry, którzy-zdawało się-że dawno gdzieś zgnili, wszystko to
zmartwychwstaje, nie pozwalając społeczeństwu łudzić się co do
rzeczywistego stanu. Z narodem w tym razie dzieje się to samo, co
z owym obłąkanym anglikiem w Bedlam, któremu się zdaje, że żyje w
czasach dawnych faraonów i lamentuje codziennie, wprzągnięty do
ciężkich robót, jako górnik w etiopskich kopalniach złota, gdzie
zamurowany w podziemnem więzieniu, z przymocowana do głowy, słabo
świecącą lampą, widzi obok siebie dozorcę niewolników z długim
biczem, słyszy dziki gwar barbarzyńskich pachołków, którzy ani
robotników w kopalniach , ani siebie samych zrozumieć nie mogą, nie
maja bowiem wspólnego języka.
- I to wszystko - wzdycha oszalały anglik - wszystko to
spada na mnie, wolnego bryta, którego zmuszają do wydobywania złota
dla faraonów...
- Do spłacenia długów familii Bonapartych... - wzdycha
naród francuski.
Obłęd robienia złota prześladował anglika, dopóki nie
stracił zdolności myślenia; francuzów, dopóki robili rewolucyje,
nie opuszczały napoleońskie wspomnienia, jak tego dowodzi wybór z
10 go grudnia. Wśród niebezpieczeństw rewolucyi ukazywały im się
ponętne garnki z mięsem Egiptu, a 2-gi grudnia 1851 był wyrazem ich
tęsknoty. To też mają teraz już nietylko karykaturę starego
Napoleona, lecz własną jego osobę, skarykaturowaną przez
nieodpowiednie otoczenie z połowy XIX stulecia.
Rewolucyja społeczna XIX wieku nie może poezyi swej
zapożyczać u przeszłości, lecz musi zwrócić sie do przyszłości.
Nie może sama wystąpić, dopóki nie odrzuci wszelkich zabobonów
przeszłości. Dawniejsze rewolucyje potrzebowały historycznych
wspomnień, żeby zapomnieć o własnej treści. Rewolucyja XIX stulecia
powinna pozwolić żyjącym trupom, aby pogrzebali zmarłych i wówczas
dopiero odsłonić swe zamiary. Tam górował frazes nad treścią, tu
treść potężna frazesami zagłuszyć się nie da.
Rewolucyja lutowa zaskoczyła nagle stare społeczeństwo, a
lud ogłosił ten niespodziany zamach, jako czyn historyczny, wstęp
do nowej epoki. 2 go grudnia nieuczciwy gracz eskamotuje rewolucyję
lutową, niszcząc liberalne zdobycze, o które walczono w ciągu
całych wieków. Oczekiwano, że społeczeństwo samo wywalczy sobie
nowa treść, ale stało się inaczej , zamiast zmian społecznych
widzimy tylko, że państwo przybrało najstarszą formę, powróciło do
bezwstydnie prostego panowania szabli i kaptura. Oto odpowiedź
coup de téte w grudniu 1851 r. na
coup de main w lutym 1848 r.
Mimoto czas między jednym a drugim wybuchem nie był
stracony. Społeczeństwo francuskie w latach 1848-1851 zdobyło, i
to podług skróconej, bo rewolucyjnej metody, doświadczenie i naukę,
które przy prawidłowem, że tak powiemy, wyszkoleniu powinny były
poprzedzić rozwój rewolucyi lutowej, jeżeli miała ona być czemś
więcej, niż lekkiem wstrząśnieniem. Zdaje się, iż społeczeństwo
cofnęło się obecnie poza poprzedni rewolucyjny punkt wyjścia, w
rzeczywistości jednak musi ono dopiero znaleść takowy, a
mianowicie wytworzyć sytuacyję, okoliczności, warunki, słowem
otoczenie niezbędne dla nadania współczesnej rewolucyi poważnego
znaczenia.
Rewolucyje mieszczańskie, np. z XVIII stulecia, szybciej
kroczą od jednej zdobyczy do drugiej, coraz silniejsze dramatyczne
efekty wstrząsają ich akcyja, ludzie i rzeczy zdają się lśnić
ognistymi brylantami, ekstaza jest chlebem codziennym, lecz za to
trwają one krótko. Punkt kulminacyjny zbliża się wielkimi krokami,
przechodzi, a długotrwały przesyt ogarnia społeczeństwo, które nie
nauczyło się jeszcze przyswajać i zużytkowywać rezultatów okresu
burzliwych wybuchów. Rewolucyje proletaryjatu przeciwnie, jak
dowiodły tego rewolucyje XIX wieku, krytykują nieustannie same
siebie, przerywają bieg własny, powtarzają to, co napozór
dokonanem już zostało, wyszydzają okrutnie połowiczność, słabość i
marność pierwszych prób, zdają się obalać przeciwnika w tym jedynie
celu, by wyssał nowe siły z ziemi i jak olbrzym, przeciwko nim
powstał, cofają się ciągle przed nieokreśloną potwornością własnych
środków, dopóki sytuacyja sama nie zagrodzi im drogi, nie
dopuszczając odwrotu, a wówczas:
-
Hic Rhodus, hic salta!.. Zresztą każdy jako tako wyćwiczony spostrzegacz, nawet
jeżeli nie śledził rozwoju Francyi, przeczuwać musiał, że grozi
rewolucyi niesłychana kompromitacyja. Dość było słyszeć zadowolone
z siebie zwycięzkie ujadanie, którem panowie demokraci winszowali
sobie wzajemnie łaskawych skutków 2-go maja 1852. Dzień ów (2-go
maja 1852) był w ich głowach jakąś
idée fixe, dogmatem, czemś w rodzaju owego dnia, w którym,
podług wiary chiliastów, Chrystus miał się znowu ukazać i rozpocząć
tysiącletnie państwo. Słabość, jak zwykle, szukała ucieczki w
cudach, nieprzyjaciel zdawał się jej być pokonanym, gdy wyobraziła
sobie jego ucieczkę przed marami rewolucyi. Rzeczywistość przestała
być dla słabości zrozumiała wobec bezczynnego uwielbienia
przyszłości, która ją oczekuje i czynów, które ma wykonać
niezawodnie, ale na które jeszcze czas nie przyszedł.
Pseudo-bohaterowie, którzy niewątpliwą niezdarność swoją starali
się pokryć przez wzajemne współczucie i skupienie się w jednę
grupę, przygotowali tłomeczki, schowali przedwcześnie przygotowane
laury i krzątali się właśnie na rynku wekslowym, dyskontując
respubliki
in partibus, dla których po cichu, ze zwykłą skromnością,
troskliwie już byli zorganizowali personal rządowy. 2 grudnia spadł
na nich, jak piorun z jasnego nieba, a ludy, które w czasach
małodusznego rozstroju, pod wpływem wewnętrznego strachu, chętnie
pozwalaja się ogłuszać najdonośniejszym krzykaczom, przekonały się
może nareszcie, że czas, kiedy głosy gęsi mogły uratować Kapitol,
dawno już do przeszłości należy.
Konstytucyja, zgromadzenie narodowe, partyje dynastyczne,
republikanie błękitni i czerwoni, afrykańscy bohaterowie , grzmoty
trybuny, błyskawice prasy codziennej, cała literatura, imiona
głośne w polityce i znakomitości umysłowe, burżuazyjne ustawy,
niedogodne prawo,
liberté, egalité, fraternité i 2 maja 1852 - wszystko
zniknęło, jak senne widziadło pod zaklęciem jednego człowieka,
którego nieprzyjaciele nawet nie uważają za czarownika. Ogólne
prawo wyborcze żyło tylko chwilę dłużej, jakby dla tego, by przed
oczyma całego świata zrobić własnoręczny testament, i powiedzieć w
imieniu samego ludu:
Alles, was besteht, ist werth, das es zu Grunde geht. Nie wystarcza tu tłomaczenie, do którego uciekają się
francuzi, że naród ich zaskoczonym został znienacka. Narodowi i
kobiecie nie przebaczają chwil nieopatrznych w których pierwszy
lepszy awanturnik mógł zgwałcić jednę lub drugi. Takie zwroty nie
rozwiązują zagadki, ale tylko ja formułują w odmienny sposób.
Należałoby jeszcze wyjaśnić, jakim sposobem trzej rzezimieszkowie
mogli zaskoczyć 36-milijonowy naród i wziąć go bez oporu w niewolę.
Powtórzmy w ogólnych zarysach fazy, które francuska
rewolucyja przebyła od 23 lutego 1848 do grudnia 1851 r.
Trzy różne peryjody występują tu wyraźnie: peryjod lutowy;
od 4 maja 1848 do 29 maja 1849: peryjod konstytuowania
rzeczypospolitej albo konstytującego zebrania narodowego; od 29
maja 1849 do 2 maja 1851 r. peryjod konstytucyjnej rzeczypospolitej
albo prawodawczego zebrania narodowego.
Pierwszy peryjod od 24 lutego, albo od upadku Ludwika
Filipa, do 4 go maja 1848 roku, czyli do początku konstytuanty,
właściwy peryjod lutowy, nazwać można prologiem rewolucyi.
Charakter tego okresu oficyjalnie wyraził się w tem, że rząd
improwizowany sam się nazwał tymczasowym, a za przykładem rządu
wszystko, cokolwiek w tym czasie poruszano, czego probowano,
wszystko, co wypowiedzianem zostało, uważało się za tymczasowe. Nic
i nikt nie miał odwagi zażądać prawa trwałej egzystencyi, porwać
się do prawdziwego czynu. Wszystkie elementy, które przygotowały
rewolucyję lub nadały jakiś odcień jej barwie, jako to: dynastyczna
opozycyja, republikańska burżuazyja, demokratyczno republikańskie
mieszczaństwo, socyjalno demokratyczni robotnicy, znalazły
tymczasowe stanowisko w lutowym rządzie.
Nie mogło być inaczej. Pierwotnym celem dni lutowych była
reforma wyborcza, która miała rozszerzyć koło
polityczno-uprzywilejowanych wśród samej klasy posiadającej i
znieść wyłączne panowanie finansowej arystokracyi. Wszakże gdy
przyszło do istotnego starcia, gdy naród rzucił się do barykad, a
gwardyja narodowa zachowała się biernie, gdy armija nie stawiła
poważnego oporu a monarchizm uciekł, zdało sie, jakoby respublika
była naturalnem następstwem takiego obrotu rzeczy. Każde
stronnictwo tłomaczyło ją na swój sposób. Proletaryjat, zdobywszy
respublikę z bronią w ręku, wycisnął na niej swe piętno i
proklamował jako socyjalną rzeczpospolita. Tak wskazanym został
zarys treści współczesnej rewolucyi, treści, która w dziwnej
sprzeczności stała ze wszystkiem, co mogłoby być stworzonem
natychmiast z istniejącego materyjału, na danym stopniu
wykształcenia masy, w danych warunkach i okolicznościach. Z drugiej
strony zostały uwzględnione roszczenia wszystkich innych elementów,
które przyczyniły się do wybuchu rewolucyi lutowej. Otrzymały one
mianowicie lwią część w rządzie. Dlatego też nie znajdujemy w
żadnym innym okresie bardziej pstrej mięszaniny górnolotnych
frazesów z rzeczywistem niedołęztwem i niepewnością, więcej
entuzyjastycznego dążenia do innowacyi i gruntowniejszego panowania
starej rutyny, takiej pozornej harmonii całego społeczeństwa wobec
nieharmonijnych obcych sobie wzajemnie składników. Podczas kiedy
proletaryjat paryski, mając przed oczyma szeroki widnokrąg, który
się przed nim otworzył, zatopił się w poważnem rozstrząsaniu
socyjalnych problematów, odwieczne siły społeczeństwa ugrupowały
się, namyśliły i znalazły niespodziewaną podporę w masie narodu,
we włościanach i drobnych mieszczanach, cisnących się gromadnie na
polityczną arenę, gdy runęła monarchija lipcowa.
Drugi okres od 4 maja 1848, do końca maja 1849 roku, jest
okresem ukonstytuowania , założenia mieszczańskiej
rzeczypospolitej. Bezpośrednio po dniach lutowych nietylko
dynastyczna opozycyja zaskoczona została przez republikanów, a
republikanie przez socyjalistów, ale cała Francyja przez Paryż.
Zgromadzenie narodowe, które rozpoczęło swoje posiedzenia 4 maja
1848 r., reprezentowało naród, jako wybrane głosami narodu.
Stanowiło ono żywy protest przeciwko postulatom dni lutowych i
następstwa rewolucyi przykroić miało do mieszczańskiej miarki.
Proletaryjat paryski, który pojął natychmiast charakter tego
zgromadzenia narodowego, napróżno usiłował w kilka dni po
rozpoczęciu jego posiedzeń 15 maja, gwałtownie zaprzeczyć jego
istnieniu, rozwiązać takowe, rozbić na cząstki składowe organizm, z
którego groźnie poglądał ku niemu reakcyjny duch narodu. Jak
wiadomo, jedynym rozultatem 15 maja było usunięcie Blanqui'ego i
jego towarzyszy, prawdziwych wodzów partyi politycznej z publicznej
areny, na cały czas trwania rozpatrywanego przez nas okresu.
Po mieszczańskiej monarchii Ludwika Filipa nastąpić mogła
tylko mieszczańska rzeczpospolita, t. j. jeżeli w imieniu króla
panowała ograniczona cząstka burżuazyi, w imieniu narodu panować
musiała cała burżuazyja. Żądania proletaryjatu paryskiego
przedstawiono jako utopijne mrzonki, z któremi skończyć należy. Na
to oświadczenie konstytującego zebrania narodowego, odpowiedział
proletaryjat paryski powstaniem czerwcowem, najkolosalniejszem
zdarzeniem w historyi europejskich wojen domowych. Rzeczpospolita
mieszczańska zwyciężyła. Po jej stronie stała arystokracyja
finansowa, przemysłowa burżuazyja, stan średni, drobne
mieszczaństwo, armija,
Lumpenproletariat, zorganizowany jako gwardyja ruchoma,
potęgi umysłowe, klechy i włościanie. Po stronie paryskiego
proletaryjatu nie było nikogo. Stał on odosobniony. Przeszło 3,000
powstańców zamordowano po zwycięstwie, 15,000 było deportowanych
bez wyroku. Po tej porażce proletaryjat ustępuje w głąb
rewolucyjnej areny. Każdym razem, gdy ruch się wzmacnia, usiłuje
on wysunąć się naprzód, ale z coraz słabszem natężeniem sił i
osiągając za każdym razem mniejsze rezultaty. Jak tylko która z
wyżej położonych klas społecznych buntować się poczyna, łączy się z
nią i podziela w ten sposób wszelkie porażki, spotykające kolejno
różne partyje. Wodzowie jego, odznaczający się na zgromadzeniach i
w prasie, padają po kolei ofiarą sadów, a coraz bardziej dwuznaczne
osobistości stają na czele proletaryjatu. Rzuca się on po części na
doktrynerskie eksperymenta, banki zamienne i asocyjacyje
robotnicze, zrzekając się stopniowo przewrotu starego świata,
przewrotu, który uskutecznić zamierzał zapomocą własnych potężnych
a radykalnych środków i usiłuje oswobodzić się za plecami
społeczeństwa prywatną drogą, nie wychodząc poza ciasne granice
jakie mu warunki bytu zakreśliły, - nic więc dziwnego, że wreszcie
upada w walce. Zdaje się on nie odnajdywać w samym sobie
rewolucyjnej wielkości, ani módz wydobyć nowej energii z nowych
związków, dopóki wszystkie klasy, z któremi walczył w czerwcu, nie
legną trupem obok niego. Ale ulega on przynajmniej z honorami w
wielkiej historycznej walce, nietylko Francyja, lecz cała Europa
drży przed czerwcowem trzęsieniem ziemi, podczas kiedy następujące
za tem rozgromy klas wyższych tak mało kosztowały wysiłku, że
potrzeba było bezczelnej przesady ze strony zwyciężającej partyi,
aby mogły wogóle uchodzić za wypadki historyczne i staja się tem
sromotniejszemi, im dalej partyja zwyciężona stoi od proletaryjatu.
Porażka czerwcowych powstańców przygotowała, zrównała
wprawdzie grunt, na którym mogła być założoną i zbudowaną
mieszczańska rzeczpospolita; ale wskazała ona zarazem, że chodzi w
Europie o inne kwestyje, jak o pytanie: "rzeczpospolita czy
monarchija?" Wyjaśniła ona, że rzeczpospolita burżuazyjna, to
nieokiełzany despotyzm jednej klasy nad wszystkiemi innemi.
Dowiodła, że w krajach ze starą cywilizacyją, z wyraźną odrębnością
klas, wobec współczesnych warunków produkcyi i umysłowej
świadomości, wytworzonej przez wiekową pracę wszystkich
przekazanych idej, rzeczpospolita oznacza wogóle tylko polityczną
formę przewrotu w mieszczańskiem społeczeństwie, nie stała zaś
formę jego istnienia, jak np. w Stanach Zjednoczonych Ameryki
północnej, gdzie istnieją już wprawdzie klasy, ale
nieskonsolidowane jeszcze klasy, które w ciągłym ruchu wciąż
zmieniają swe składowe części i odstępują je sobie wzajemnie, gdzie
nowoczesne środki produkcyi zamiast być przyczyną ciągłego
przeludnienia, zastępują raczej względny brak głów i rąk i gdzie
nareszcie gorączkowo - młodzieńczy ruch materyjalnej produkcyi,
który zdobywać sobie musi świat nowy, nie ma ani czasu, ani chęci
do walki ze starym światem upiorów.
Wszystkie klasy i partyje złączyły się podczas dni
czerwcowych w jednę partyię porzadku przeciwko proletaryjatowi,
jako partyi anarchii, socyjalizmu, komunizmu. "Zbawiły" one
społeczeństwo od jego wrogów. Rozdały parole starego społeczeństwa:
"własność, familija, religija, porządek", jako hasła swemu wojsku,
zawoławszy do kontrrewolucyjnych krzyżowców: "Pod tym znakiem
zwyciężysz!"
Od tej chwili, z licznych partyj, które pod tym znakiem
zgromadziły się przeciwko czerwcowym powstańcom , skoro tylko stara
się opanować we własnym klasowym interesie rewolucyjny plac boju,
ustąpić musi przed okrzykiem: "własność, rodzina, religija,
porządek." A społeczeństwo tyle razy uratowanem zostaje, ile razy
ścieśni się koło panujących w niem jednostek, ilekroć razy interes
osobisty zwycięża dążenia ogólniejsze.
Wszelkie żądanie najprostszej mieszczańskiej reformy
finansowej zwykłego liberalizmu, republikanizinu, polegającego
wyłącznie na formach najtrywialniejszej demokracyi, bywa karane,
jako "zamach na społeczeństwo" i napiętnowane mianem "socyjalizmu."
Nakoniec sami arcykapłani "religii i porządku" padają ofiarą losu;
zrzucają ich kopnięciem noga z pityjskich trójnogów, wyciągają z
łóżek, wsadzają na więzienne wozy, zamykaja do więzienia lub
wypędzają z kraju, a świątynie ich zrównane z ziemia. I oto usta
arcykapłanów zapieczętowane, pióro złamane, prawo rozdarte - a
wszystko to w imię religii, własności, rodziny i porządku.
Fanatycznych zwolenników porządku wśród burżuazyi zabijają na
własnych ich balkonach pijane hordy żołdaków, rodzinne ich
świątynie bezczeszczą, domy bombardują dla rozrywki - w imię
własności, rodziny, religii, porządku. Nareszcie wyrzutki
mieszczańskiego społeczeństwa tworzą święta falangę i bohater
Krapuliński wstępuje do Tuillerjów jako "zbawca
społeczeństwa."FF