26 słońc - Jani Adler
28.27 zł
23.46 zł
(28,27 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
I kto by pomyślał w roku 2026, że zaledwie dekadę później - w roku 2036 - dojdzie do wynalezienia bezodrzutowego, bezpaliwowego i w pełni ekologicznego sposobu poruszania się w kosmosie? Dlaczego w ogóle do tego doszło? Dlaczego te zdarzenia nabrały tak zawrotnego tempa?
Jedną z przyczyn było tak zwane przeludnienie Ziemi, kłopoty z wyżywieniem blisko ośmiomiliardowej populacji, regionalne braki wody oraz wojny wywoływane pod najróżniejszymi pretekstami. W rzeczywistości chodziło wyłącznie o władzę, kontrolę nad surowcami energetycznymi i dostęp do wody pitnej. Na Ziemi od lat faktyczną władzę sprawowała wąska grupa kilku rodzin miliarderów. Miewali oni bardzo różne pomysły - z depopulacją na czele.
Wykorzystywano najróżniejsze metody sprawdzania, na jak wiele pozwoli sobie ludność świata. Były sterowane pandemie, inżynieria klimatyczna, straszenie ociepleniem klimatu za pomocą CO2 oraz masowe przemieszczanie ludności z regionów biednych, ale silnych genetycznie, do obszarów z narastającymi problemami demograficznymi.
Ludzie w większości początkowo wpadali w szok i strach. Manipulowano nimi jak myszami w laboratorium. Przekupywano rządy i polityków poszczególnych krajów, by cały ten proces przeprowadzić jak najłatwiej za pomocą odgórnych rygorów i obostrzeń. Przecież wystarczyło tylko regulować przyrost naturalny w dwóch kluczowych państwach, bo w tak zwanym trzecim świecie umieralność i tak była spora ze względów klimatycznych i epidemiologicznych. Patrząc z dystansem na ówczesne wydarzenia, łatwo dostrzec, że właśnie te dwa państwa z czasem stały się potęgami intelektualnymi i gospodarczymi. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa słowa mojego dziadka, który po powrocie z pracy w pewnym potężnym wówczas mocarstwie powtarzał, że "żółta rasa zaleje świat".
Próby dostosowania świata do założeń nielicznej grupy bogaczy przybierały na sile. Napędzano je przede wszystkim wojnami, bo te przynosiły gigantyczne zyski finansowe, niszcząc przy tym ludność - a zwłaszcza jednostki zdolne do oporu. Napędzano wybrane gospodarki, bezwzględnie eliminując konkurencję. Obniżano także wartość młodego pokolenia poprzez ograniczanie rzetelnej wiedzy i uzależnianie od sztucznej inteligencji, co skutecznie ograbiało ludzi z samodzielnego myślenia. Wcześniej zlikwidowano renomowane, tradycyjne uczelnie, zastępując je komercyjnymi firmami sprzedającymi dyplomy. Społeczeństwo myślało wyłącznie o konsumpcji: praca, grill, urlop w modnych miejscach na pokaz oraz nasycenie dzieci byle czym i danie im ekranu z internetem dla własnego spokoju. Totalny konformizm przez całe dekady.
Aż w końcu coś pękło.
Młodzi ludzie zaczęli się budzić. A wraz z nimi ci starsi - ludzie z doświadczeniem, którzy znali metody polityków od podszewki. Stworzono podziemie umysłowe, wyzwolono myślenie i wybuchł powszechny bunt. Doszło do serii przewrotów na całym świecie. Naród wreszcie wziął władzę we własne ręce, tworząc hybrydowy system rozpięty między żelazną dyscypliną Singapuru a demokracją bezpośrednią Szwajcarii. Wyniki okazały się rewelacyjne. Odrzucono dominację Doliny Krzemowej i dawnych elit finansowych, przejmując ich kluczowe aktywa na rzecz prawdziwego rozwoju technologii.
Grupy młodych, zdolnych ludzi z nieograniczonym dostępem do świetnych laboratoriów zaczęły ciężko pracować, aby nadrobić wieloletnie zaległości i zwiększyć potencjał ludzkiego umysłu. Jedno z nowych centrów badawczych utworzono z dala od wielkich miast i dawnych ośrodków politycznych. Nie miało imponującej siedziby ani reprezentacyjnych gabinetów. Miało za to wszystko, czego naukowcom brakowało przez dekady: finanse, aparaturę, otwarty dostęp do wiedzy i przede wszystkim absolutną swobodę myślenia.
Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że największe odkrycie tej dekady nie powstanie w wyniku realizacji wielkiego programu kosmicznego. Ono nawet nie było jego celem.
Do pierwszego zespołu wybrano ośmioro ludzi z różnych części świata. Nie dobierano ich według narodowości ani tytułów naukowych. Liczyło się to, co potrafili.
Była wśród nich fizyczka z Polski, specjalizująca się w mechanice i zachowaniu materii w ekstremalnych warunkach. Był Japończyk zajmujący się polami elektromagnetycznymi, młody matematyk z Indii, niemiecka specjalistka od materiałów, informatyk z Nigerii, chilijska astrofizyczka, chiński inżynier energetyk i Amerykanin, który przez kilka lat pracował nad konstrukcjami przeznaczonymi do lotów kosmicznych.
Różnili się niemal wszystkim. Wiekiem, charakterem, sposobem pracy, doświadczeniem, a nawet tym, co uważali za możliwe.
I właśnie dlatego ich połączono.
Nie mieli skonstruować statku kosmicznego. Ich zadanie wydawało się znacznie bardziej przyziemne: znaleźć sposób na ograniczenie ogromnych strat energii związanych z przemieszczaniem dużych mas. Świat potrzebował transportu, który nie pochłaniałby kolejnych zasobów planety. Po latach chaosu energetycznego był to jeden z najważniejszych problemów do rozwiązania.
Pracowali osobno, później parami, wreszcie wszyscy razem. Każdy próbował spojrzeć na problem ze swojej dziedziny.
Pierwsze miesiące nie przyniosły niczego szczególnego.
Aż podczas jednego z doświadczeń wydarzyło się coś, co początkowo uznano za błąd aparatury.
Niewielki obiekt znajdujący się wewnątrz stanowiska badawczego został poddany działaniu układu pól, nad którym pracował zespół. Miał się tylko nieznacznie przesunąć.
Przesunął się.
Problem polegał na tym, że urządzenia pomiarowe nie wykazały reakcji, której wszyscy się spodziewali.
Powtórzyli doświadczenie.
Wynik był taki sam.
Za trzecim razem nikt już nie patrzył na ekran komputera. Wszyscy patrzyli na obiekt.
- To jest niemożliwe - powiedział ktoś w końcu.
Nikt mu nie odpowiedział.
Bo jeśli pomiary były prawidłowe, nie mieli przed sobą nowego rodzaju silnika.
Mieli coś znacznie dziwniejszego.
Obiekt poruszył się, ale układ zachowywał się tak, jakby przez krótką chwilę część praw związanych z jego bezwładnością przestała działać w sposób, który znali.
Założenia misji były równie odważne, co wypracowana technologia. Główny projekt badawczy nie przewidywał celów komercyjnych ani politycznych - chodziło o konfrontację dotychczasowej wiedzy z fizyczną rzeczywistością.
Plan wyprawy podzielono na trzy główne filary:
Statek wyposażono we wszystko, co pozwalało na wieloletnią, całkowicie niezależną obecność w kosmosie, a skład załogi / ośmioro mądrych i odważnych naukowców / był już ustalony i sprawdzony. Tylko lecieć: w nieznane, wprost na spotkanie z odpowiedziami, na które ludzkość czekała od zawsze. I na drugą Ziemię?
Statek nie mknął przez kosmos tak, jak wyobrażali sobie dawni wizjonerzy - nie było tu oślepiających smug światła ani wycia silników. Wewnątrz obszaru objętego działaniem pola czasoprzestrzeń po prostu układała się inaczej. Przeskok przez setki tysięcy, a potem miliony lat świetlnych stał się kwestią krótkiej chwili. Cała nasza Droga Mleczna, a po niej cała Grupa Lokalna Galaktyk, stała się otwartym poligonem badawczym.
Na pokładzie Astraea panował nastrój naukowej ekscytacji. Załoga nie musiała być wciskana w fotele przez potworne przeciążenia. W punkcie obserwacyjnym pod wielką kopułą z przezroczystego kompozytu fizycy i astronomowie po prostu stali z kubkami parującej kawy i patrzyli na spektakle, do których dotąd brakowało ludziom skrzydeł.
- Pomyśleć, że przez całe wieki patrzyliśmy na to wszystko przez "dziurkę od klucza" - powiedziała fizyczka, patrząc na gęstniejącą strukturę odległej mgławicy. - Najpierw Henrietta Leavitt i jej Cefeidy, bez których w ogóle nie wiedzielibyśmy, jak mierzyć odległości do innych galaktyk. Potem Hubble, potem te pierwsze, ziarniste zdjęcia z Webba... Całe to dziadostwo, te próbniki ślimaczące się przez dekady tylko po to, żeby złapać parę fotonów z przeszłości. A my dzisiaj po prostu tu podjeżdżamy.
- I nie musimy zgadywać, co jest na obrazku z teleskopu, tylko mierzymy to na miejscu - odparł astronom, wywołując na ekranie dane z czujników.
Życie na statku podczas tej wielkiej pionierskiej wyprawy przypominało pobyt w perfekcyjnie wyposażonym instytutem badawczym. Finansowanie projektu nie miało ograniczeń - naukowcy dostali wszystko, o czym marzyli. Mieli czas na analizy, badania, treningi i zwykłe zachwycanie się Kosmosem.
Przelatywali przez Mglawicę Orła, gdzie wewnątrz gigantycznych filarów pyłowych na ich oczach rodziły się nowe systemy gwiezdne. Oglądali paszcze supermasywnych czarnych dziur w centrach obcych galaktyk, z których wyrywały się potężne dżety promieniowania. Brali na warsztat pierwotne chmury wodorowe i obserwowali skład chemiczny materii, z której dopiero miały powstać przyszłe światy.
Głównym celem misji nie było po prostu "latanie po widoki". Zespół chciał dotknąć samej tajemnicy powstania Wszechświata. Zamiast analizować mikrofalowe promieniowanie tła na ziemskich komputerach, kierowali się w stronę najbardziej odległych, najstarszych struktur kosmicznych - miejsc, w których światło i materia dopiero układały się w pierwsze historyczne galaktyki.
Planowali podróż etapami: najpierw dokładne zbadanie granic naszej lokalnej supergromady, potem przelot w stronę Głębokiej Pustki - gigantycznych, tajemniczych obszarów pomiędzy włóknami kosmicznej sieci, gdzie gęstość materii spada niemal do zera i gdzie najłatwiej badać zachowanie samej próżni oraz pierwotnej geometrii czasoprzestrzeni.
Lecieli dalej i dalej, przeskakując kolejne tysiące lat świetlnych, zbierając próbki, prowadząc pomiary i ciesząc się swobodą, jakiej żaden człowiek w historii nigdy nie doświadczył. Świat stoi przed nimi otworem, a Wszechświat dopiero zaczyna odkrywać swoje prawdziwe oblicze.
Astrofizyczka nie zdążyła dokończyć myśli o najstarszych galaktykach. Na ekranie nawigacyjnym pulsowały dane dotyczące obiektów, które według ziemskich teleskopów miały być pierwotnymi, wygasającymi skupiskami materii z samego początku czasu. Z bliska okazały się czymś zupełnie innym - młodymi, gęstymi systemami, pełnymi obfitych w ciężkie pierwiastki gwiazd. Kolejny ziemski mit kosmologiczny rozpadł się w pył na ich oczach.
Wtedy inżynier pokładowy, nie odrywając wzroku od trójwymiarowej mapy otoczenia, odchrząknął cicho.
- To wszystko jest absolutnie fascynujące - zaczął, przenosząc wzrok po twarzach pozostałych siedmiorga badaczy. - Ale powiedzcie mi jedno... Kiedy właściwie zaczynamy szukać tych naszych planet ziemiopodobnych?
W centrum kontroli zapadła nagła, niemal fizycznie odczuwalna cisza.
Naukowcy popatrzyli po sobie ze zdumieniem, jakby to jedno proste pytanie wybudziło ich z głębokiego transu. Wszyscy byli tak pochłonięci podziwianiem widoków, weryfikacją starych hipotez i zachwytem nad samą potęgą nowego napędu, że na chwilę stracili poczucie skali.
- Dziesięć minut - powiedziała cicho fizyczka, przerywając milczenie. - Dokładnie tyle zajęło nam przebycie dystansu całej naszej Galaktyki.
Astrofizyczka spojrzała na stoper systemowy i pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Od momentu, gdy minęliśmy Cefeidy, przegoniliśmy najstarsze czerwone karły, zbadaliśmy krystalicznego diamentowego olbrzyma i zostawiliśmy za sobą granice Drogi Mlecznej... minęły zaledwie cztery godziny.
Trudno było to objąć umysłem. Pokonali dystans dziesiątków tysięcy lat świetlnych w czasie krótszym niż trwa wielogodzinny wykład akademicki. Dla obserwatora na Ziemi minęłyby eony, ale dla nich - wewnątrz ustabilizowanego pola - czas i przestrzeń straciły swoje dawne, bezwzględne reguły. Wszechświat nie przypominał już groźnej, nieprzebytej otchłani, lecz gigantyczną bibliotekę, w której wystarczyło sięgnąć po odpowiednią książkę.
- Cztery godziny... - powtórzył inżynier, kręcąc głową z cichym uśmiechem. - W takim razie przepraszam. Cofam pytanie. Mamy jeszcze mnóstwo czasu.
Siedzący przy konsoli nawigator uśmiechnął się, spoglądając na czarną, pełną gwiezdnych pyłków przestrzeń rozciągającą się za przezroczystą kopułą.
- Wprowadzam nowe współrzędne - powiedział, a jego palce szybko przeskoczyły po interfejsie. - Obieramy kurs na krawędź Lokalnej Supergromady. Zobaczmy, co kryje się dalej.