30 lat Ligi Mistrzów. Tom 2 - Leszek Orłowski

Kup ebooka

47.99 zł
35.99 zł (33,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2007/08 Manchester United, czyli Cristiano przeciw wszystkim

Kiedy Edwin van der Sar odbił uderzenie Nicolasa Anelki, co było równoznaczne ze zwycięstwem Manchesteru United w finale Ligi Mistrzów, wszyscy piłkarze tego zespołu, a także członkowie sztabu szkoleniowego, pobiegli w kierunku holenderskiego bramkarza, by wspólnie z nim cieszyć się z triumfu. Wszyscy poza jednym. Cristiano Ronaldo bowiem, zamiast dołączyć do partnerów, postał chwilę w środkowym kole, po czym rzucił się na murawę twarzą do niej i zastygł tak na dłuższy czas. Wolał być sam w swoim świecie niż z partnerami. Dla niego ten mecz był zwycięstwem, ale i zarazem porażką. Choć strzelił gola na 1:0, to potem zmarnował rzut karny w konkursie jedenastek. Dlatego miast się cieszyć, płakał. Był inny niż większość. Chciał wszystkiego. Miał obsesję doskonałości. Właśnie tego dnia pokazał to światu po raz pierwszy. Ale nie ostatni.

Debiutancki mistrz Polski nie poprawił nastrojów naszych kibiców. Zagłębie Lubin w pierwszym meczu przedostatniej rundy eliminacji Ligi Mistrzów sezonu 2007/08 przegrało u siebie 0:1 z dysponującą pięć razy większym budżetem Steauą Bukareszt. W rewanżu do 82. minuty utrzymywał się remis 1:1 i można było mieć nadzieję, że w końcu padnie gol dla Zagłębia, które grało dobrze, ostatecznie jednak bramkę zdobyli gospodarze. W taki oto sposób po raz pierwszy przedstawiciela Polski zabrakło w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.

Niespodzianką decydującej serii, choć nie sensacją wielkiego kalibru, było wyeliminowanie Ajaxu przez Slavię Praga. Artur Boruc został bohaterem rzutów karnych podczas rywalizacji ze Spartakiem Moskwa, w którego bramce stał Wojciech Kowalewski, i to Celtic awansował do fazy grupowej. Mieliśmy w niej czterech bramkarzy: regularnie bronił także Tomasz Kuszczak w MU, Dudek w Realu i Fabiański w Arsenalu na ogół grzali ławę.

Największym nieobecnym rozgrywek był Bayern Monachium, który na mecie sezonu 2006/07 Bundesligi zajął dopiero czwarte miejsce i zakwalifikował się jedynie do Pucharu UEFA. Kibice niemieckiego futbolu mogli tylko boleć nad tym faktem, bo latem klub z Bawarii dokonał świetnych transferów i gdyby grał w Lidze Mistrzów, byłby jednym z jej faworytów. Występy VfB, Schalke i Werderu chluby natomiast nie przynosiły - wszystkie trzy drużyny zaczęły od porażek, a do fazy pucharowej przeszło jedynie Schalke.

Przed startem tej edycji LM za faworyta uznawano obrońcę trofeum - Milan, gdyż włoskiemu klubowi udało się zatrzymać Kakę, mógł już grać Ronaldo, a ponadto sprowadzono brazylijską gwiazdę najmłodszego pokolenia - Pato. Ale bohaterem świetnego inauguracyjnego meczu z Benficą, wygranego 2:1, okazał się Andrea Pirlo. Drugi zespół z Mediolanu, Inter, przegrał 0:1 w Stambule z Fenerbahçe. Ani jeden z 14 posłanych do boju przez Roberto Manciniego graczy nie był Włochem, co rozsierdziło media z Italii. Mancini chyba nie planował wtedy objęcia posady selekcjonera Azzurri. Skoro jesteśmy przy reprezentacji Włoch, to w bramce Lazio stanął Marco Ballotta, który tego dnia został najstarszym uczestnikiem meczu Ligi Mistrzów. Ostatecznie bronił w całej fazie grupowej, a jego do dziś niepobity rekord to występ w wieku 43 lat, 8 miesięcy i 8 dni, ustanowiony 11 grudnia w meczu z Realem.

W barwach Barcelony świetnie zaprezentował się jej nowy gwiazdor, Thierry Henry, który strzelił ostatniego gola w wygranym 3:0 spotkaniu z Lyonem. W meczu Sporting - Manchester United zwycięskie trafienie dla Diabłów zaliczył wychowanek ekipy z Lizbony; Cristiano Ronaldo uderzył do siatki głową, po asyście Wesa Browna, co miało się zdarzyć także w ostatnim meczu MU w tej edycji LM. Bohaterem serii był jednak Cesc Fabregas, który poprowadził Kanonierów do wygranej 3:0 nad Sevillą.

Chelsea na starcie rozgrywek, mimo stworzenia 20 sytuacji bramkowych, zremisowała u siebie z Rosenborgiem 1:1; wyrównującego gola w 53. minucie strzelił słabo ostatnio grający Szewczenko. Drużyna José Mourinho w lidze prezentowała futbol i nieskuteczny, i bezbarwny. Drugiego września, przy wyniku 0:2 z Aston Villą, Abramowicz na kwadrans przed końcem spotkania opuścił swą lożę. Na mecz z Norwegami przyszło na Stamford Bridge zaledwie 25 tysięcy widzów, remis zaś skwitowała fala gwizdów. Atmosfera w ekipie The Blues stała się bardzo napięta. Zresztą zaczęła gęstnieć już dawno, gdyż Roman Abramowicz i Mourinho w pewnym momencie przestali nadawać na tych samych falach, poróżnili się między innymi w kwestii transferu Andrija Szewczenki, którego Portugalczyk nie potrzebował, ale Rosjanin się uparł, by go kupić. Momentem przełomowym było zatrudnienie 26 czerwca 2007 roku Avrama Granta na stanowisku dyrektora sportowego. Mou nie zamierzał tolerować nad sobą kolejnego nadzorcy, od razu ostrzegł Izraelczyka, by nie mieszał się do spraw sportowych. Dwa lata wcześniej identycznie zareagował na zatrudnienie w klubie jako szefa skautów i pionu młodzieżowego Franka Arnesena i długo nie umiał sobie ułożyć relacji z Duńczykiem, któremu zabronił nawet oglądania treningów zespołu. Teraz bał się, że będzie jeszcze gorzej.

Dzień po starciu z Rosenborgiem, 19 września, gruchnęła zaskakująca wieść, że José Mourinho odchodzi z Chelsea. Portugalczyk lekce sobie ważył zagrożenie, bo nie spodziewał się, że Abramowicz zgodzi się na wypłacenie mu odprawy w wysokości 13 milionów funtów, Rosjanin jednak zdobył się na taki gest. A miejsce Mou na ławce zajął Avram Grant. Któż mógł się wtedy spodziewać, że Chelsea pod wodzą tego mało znanego szkoleniowca osiągnie to, czego nie udało się dokonać z charyzmatycznym Mourinho, czyli dotrze do finału Ligi Mistrzów? Co ciekawe, Mou był jednym z aż czterech trenerów, którzy stracili pracę po pierwszej kolejce tych rozgrywek; spotkało to także Gheorghe Hagiego ze Steauy, Anatolija Demianienkę z Dynama Kijów oraz Alberta Emona z Olympique Marsylia, zwolnionego jednak z powodu wyników ligowych.

Grant zaczął swą kadencję od porażki w Premier League 0:2 na Old Trafford. W debiucie w Lidze Mistrzów, w drugiej serii, już wygrał, a postawa graczy The Blues w Walencji sugerowała, że i oni chyba mieli dosyć Mourinho, bo pod wodzą Granta walczyli i biegali z miłym dla oka entuzjazmem. W drugiej kolejce Milan przegrał 1:2 w Glasgow z Celtikiem, a gdy Scott McDonald strzelił w 90. minucie zwycięskiego gola dla gospodarzy, na murawę wtargnął jakiś szalony kibic The Bhoys i uderzył w twarz bramkarza Didę. Celtic został za to srogo ukarany. Włoskie media pisały po tym meczu, że drużynie świetnie by zrobiło, gdyby Didę wymieniono na Boruca, który znów rozegrał bardzo dobry mecz. Tomasz Kuszczak, zastępujący w bramce MU van der Sara, został wybrany najlepszym graczem starcia z Romą.

Na półmetku tym razem zaledwie dwie ekipy miały komplet zwycięstw. Były to grający owej jesieni wyborny futbol Manchester United oraz Arsenal, w którym brylowała młodzież. W wygranym 7:0 meczu ze Slavią (wyrównanie rekordu Ligi Mistrzów z rozgrywek 2003/04, kiedy Juve w takim samym stosunku rozgromił Olympiakos) po dwie bramki zdobyli 18-letni Theo Walcott i 20-letni Cesc Fabregas, a jedną dołożył 19-letni Nicklas Bendtner. Z kolei w meczu Realu z Olympiakosem (4:2) bodaj najlepszą partię dla Los Blancos rozegrał ich młody gwiazdor Robinho: strzelił dwa gole, dwa wypracował i jeszcze wywalczył rzut karny. W ten sposób odegrał się za wykluczenie z poprzedniego meczu ligowego, będące karą za balowanie. Milan pokonał 4:1 świetnego dotychczas Szachtara w meczu, w którym Mariusz Lewandowski nie zatrzymał Kaki, choć obiecywał, że nie da Brazylijczykowi poszaleć.

MU i Arsenal także jako pierwsze, już po czwartej serii, zakwalifikowały się do fazy pucharowej. Piłkarze z Old Trafford zwycięstwem 4:0 nad Dynamem uczcili 21. rocznicę objęcia posady trenera Czerwonych Diabłów przez Alexa Fergusona. Liverpool szybko rozprawił się z rekordem Arsenalu, gromiąc Beşiktaş 8:0! Hat tricka strzelił Yossi Benayoun. Ta wiktoria jednak zaledwie przywróciła szanse finalisty na wyjście z grupy, niemal pogrzebane fatalnym początkiem.

W piątej serii CR7 znów strzelił zwycięskiego gola w meczu ze Sportingiem (2:1), tym razem z wolnego. "On zawsze chce grać dobrze przeciwko swojemu byłemu klubowi. Dużo zawdzięcza Sportingowi. Teraz dojrzał. My tylko pomogliśmy mu dorosnąć" - powiedział wtedy Alex Ferguson.

Sytuacja w większości grup była przed ostatnią serią niezwykle skomplikowana, kilku faworytów miało kłopoty. Ostatecznie obyło się bez wielkich sensacji. Liverpool wygrał 4:0 w Marsylii i przebił się dalej, co ocaliło Rafę Beníteza przed utratą posady. Podobnym szturmem promocję uzyskało Schalke, które w meczu o wszystko pokonało 3:1 Rosenborg, oraz Lyon, dla którego dwa gole w decydującym spotkaniu z Glasgow Rangers strzelił młody Karim Benzema, dzięki czemu goście wygrali 3:0. Czerwonym Diabłom nie udało się skompletować sześciu zwycięstw, a w zremisowanym 1:1 meczu z Romą bramkę zdobył dla nich niejaki Gerard Piqué.

Przed startem fazy pucharowej można było wskazać kilku faworytów, a wszyscy wywodzili się z Premier League. MU i Arsenal prezentowały cały czas futbol niezwykle urodziwy i liderowały krajowym rozgrywkom. Chelsea nie miała już szans na mistrzostwo Anglii, ale też nie mogła raczej wypaść poza strefę Ligi Mistrzów, więc celem numer jeden Avrama Granta stał się triumf w obecnej edycji tej imprezy.

Manchester jednak dopiero w końcówce uratował remis 1:1 w Lyonie, a w rewanżu wygrał ledwo co, choć w sumie przewaga była większa, niżby sugerował wynik 1:0.

Chelsea też została zatrzymana w pierwszym, bezbramkowym meczu w Pireusie, który był bodaj najlepszym pucharowym występem Michała Żewłakowa. Rewanż należał jednak zdecydowanie do podopiecznych Avrama Granta, którzy wygrywając wysoko 3:0, ucięli łeb pogłoskom, że nie chcą pracować z izraelskim trenerem, bo ten miał jakoby stracić panowanie nad zespołem.

Arsenal nie zdołał w pierwszym spotkaniu pokonać Milanu, w którego barwach mecz życia rozgrywał rezerwowy bramkarz Zeljko Kalac. Mediolańczycy do wiosennych bojów przystępowali bez Ronaldo, który zerwał więzadła i już miał w tym sezonie na boisko nie wrócić. W rewanżu sprawiedliwości stało się zadość, a Kanonierzy mogli przypisać sobie honor zostania pierwszą angielską drużyną, która ograła Milan na jego terytorium. Dla Rossoneri porażka 0:2 była definitywnym końcem pewnej epoki; średnia wieku wyjściowej jedenastki wyniosła 31 lat i natychmiastowe zmiany stały się konieczne.

Inter natomiast poległ na Anfield 0:2, głównie dlatego, że od 30. minuty grał w osłabieniu po czerwonej kartce dla Marco Materazziego. W rozgrywanym tydzień później niż inne mecze rewanżu walczył o zatrzymanie Anglików, którzy mieli już trzy ekipy w ćwierćfinale. I czwarta też się tam przedostała, a zdobywający w Serie A tytuł za tytułem Inter powoli popadał w europejskie kompleksy. Massimo Moratti marzył o wygraniu Ligi Mistrzów, ale w 2008 roku jego zespół był daleko od realizacji tego celu, prezentował bowiem futbol archaiczny.

Barcelona grała w Lidze Mistrzów o posadę Franka Rijkaarda. Media plotkowały, że Joan Laporta pozostaje w stałym kontakcie z José Mourinho i jest gotów zatrudnić go u siebie. Na Celtic Park, gdzie holenderski szkoleniowiec musiał zasiąść na trybunach, a zespół poprowadził Johan Neeskens (przed sezonem zastąpił w roli asystenta Henka ten Cate), Barça jednak wygrała 3:2. Artur Boruc, mimo puszczenia trzech goli, został uznany najlepszym graczem spotkania. W rewanżu, naznaczonym kontuzją Leo Messiego, też spisał się wybornie, chroniąc zespół przed wyższą niż 0:1 porażką.

Inne hiszpańskie drużyny zawiodły, choć Sevilla pozostawała faworytem po 2:3 w Stambule z prowadzonym przez słynnego Brazylijczyka Zico Fenerbahçe. W rewanżu sama wygrała w tym stosunku dzięki fatalnym błędom tureckiego golkipera Volkana Demirela, który jednak okazał się bohaterem serii rzutów karnych, gdyż z pięciu obronił aż trzy.

Real natomiast pierwszy raz w historii przegrał w Rzymie z Romą (1:2). W rewanżu zamiast odrobienia strat przydarzyła mu się druga porażka, a bohaterami Giallorossi trzeba było obwołać bramkarza Doniego oraz kierującego grą ofensywną Francesco Tottiego. Ekipie Luciano Spallettiego ułatwiła sprawę czerwona kartka dla Pepe w 71. minucie.

Faworyzowane Porto nieoczekiwanie odpadło z Schalke. Bohaterem został Manuel Neuer. To po rewanżowym spotkaniu na Estádio do Drag?o usłyszał o nim cały świat, gdyż najpierw świetnie spisywał się przez 120 minut meczu, a potem w serii jedenastek odbił strzały Lisandro Lópeza i Bruno Alvesa.

Nadeszła pora ćwierćfinałów. Manchester trafił na Romę i w pierwszym meczu znów wygrał (2:0), nie pokazując niczego spektakularnego. Do ostatnich godzin przed meczem na Stadio Olimpico liczyliśmy na występ Kuszczaka, ale van der Sar znów zdążył wyzdrowieć. O rezultacie zadecydowały indywidualności - Cristiano Ronaldo i Wayne Rooney. Ten pierwszy strzelił Romie gola głową, co jeszcze nie było jego specjalnością, ale już powoli stawało się kolejnym znakiem firmowym Portugalczyka. Cały świat podziwiał, jak Cristiano się wybił i zawisł w przestworzach, by uderzyć. Wayne Rooney w autobiografii tak opisał tę bramkę: "Był to jeden z najpiękniejszych goli zdobytych głową, jakie widziałem w życiu. (...) Alan Shearer lepiej by nie potrafił". Imponowało jednak nie tylko samo uderzenie Portugalczyka, ale też 40-metrowy sprint w pole karne, który je poprzedził. To był prawdziwy pokaz mocy.

W rewanżu Alex Ferguson był tak pewny swego, że w jedenastce nie umieścił CR, Rooneya oraz Paula Scholesa. Jak się okazało, nie przeszkodziło to Diabłom w odniesieniu zwycięstwa 1:0. Faktem jednak pozostaje, że gdyby Daniele De Rossi w 30. minucie wykorzystał rzut karny, wiele mogłoby się wydarzyć.

Najsłabsze w stawce ćwierćfinalistów Fenerbahçe pokonało 2:1 Chelsea dzięki cudownej bramce Deivida zdobytej strzałem z dystansu. Zico wyrastał na nową gwiazdę zawodu trenera. W rewanżu Chelsea udało się odrobić straty i wygrać 2:0, ale przed meczami półfinałowymi u The Blues pojawił się problem z bramkarzami: Petr Čech doznał na treningu urazu twarzy i głowy, trzeba mu było założyć 50 szwów, a w spotkaniu przeciwko Turkom kontuzja przytrafiła się Carlo Cudiciniemu. Na szczęście dobrze zaprezentował się Hilário. Ale czy to golkiper na miarę finału Ligi Mistrzów? - pytano. Ostatecznie Čech wrócił między słupki szybciej, niż sądzono.

Arsenal i Liverpool na Etihad zmierzyły się po raz 200. w historii, lecz pierwszy w europejskich pucharach. Bliżsi zwycięstwa byli Kanonierzy, ale nie dostali ewidentnego karnego za faul na Alaksandrze Hlebie, a poza tym świetnie bronił José Reina, i skończyło się na 1:1. W rewanżu przychylność sędziego też była zdecydowanie po stronie The Reds. Tuż po tym jak Adebayor w 84. minucie strzelił gola na zwycięski dla Arsenalu remis 2:2, prowadzący mecz Peter Fröjdfeldt ze Szwecji dał gospodarzom rzut karny za wydumany faul Kolo Touré na Ryanie Babelu. VAR na pewno podważyłby tę decyzję. Gerrard jednak jedenastkę wykorzystał, a potem jeszcze sam Babel przybił pieczątkę na awansie Liverpoolu. Ars?ne Wenger był zniesmaczony - i słusznie. Trzeba też zauważyć, że Arsenal miał świetną podstawową jedenastkę, ale gorszych zmienników i po wspaniałej jesieni wiosną grał o wiele gorzej, bo liderom drużyny brakowało sił.

Barcelona w pierwszym, wyjazdowym starciu pokonała Schalke głównie wskutek nieskuteczności napastników niemieckiej ekipy, a zwłaszcza Kevina Kurányiego. Nie zagrali kontuzjowany Messi oraz skłócony z Rijkaardem Ronaldinho, ale zastępujący go Bojan Krkić strzelił zwycięskiego gola, więc Holender triumfował. Rewanż, również wygrany przez Katalończyków 1:0, był meczem bez historii.

Jak przed rokiem w półfinale znalazły się trzy ekipy angielskie i łaciński rodzynek - w tym przypadku z Katalonii, a nie z Lombardii. Liverpool z Chelsea miały zagrać ze sobą na tym szczeblu rozgrywek po raz trzeci w ostatnim czteroleciu, przy czym w dwóch poprzednich takich starciach triumfowali The Reds. Chelsea w ogóle w ostatnich pięciu sezonach cztery razy dotarła do półfinału, ale ani razu nie potrafiła przebrnąć tej fazy. Manchester też blokował się na tym etapie: za kadencji Alexa Fergusona na cztery próby tylko raz przedarł się z półfinału do decydującego boju, w 1999 roku, a odpadał w 1997, 2002 i 2007.

Chelsea w pierwszym meczu z The Reds straciła gola po fatalnym błędzie Franka Lamparda, który dał sobie odebrać piłkę w okolicach własnego pola karnego. Kibice zespołu jednak usprawiedliwili lidera za tę pomyłkę, gdyż wiedzieli, że jego matka znajduje się na łożu śmierci (umarła dwa dni później). Gospodarze mogli prowadzić wyżej, ale sędzia Konrad Plautz nie podyktował karnego za faul Ashleya Cole'a na Kuycie. Kiedy wydawało się, że mimo to znów, choć nieznacznie, zatriumfuje myśl taktyczna Rafy Beníteza, skrzydłem przedarł się Salomon Kalou, zacentrował, a Riise trącił piłkę i wbił ją do własnej bramki. Ten gol całkowicie zmienił oblicze dwumeczu. Wszak za kadencji Hiszpana Liverpool tylko raz wygrał na Stamford Bridge.

Tym razem też nie zdołał tego dokonać. Nieprzewidywalność futbolu została zaś zaakcentowana faktem, że w rewanżu padło aż pięć bramek. Wszyscy spodziewali się kolejnej partii szachowej, a tymczasem na murawie rządziły emocje. W ulewnym deszczu dwa gole strzelił Didier Drogba, a Lampard swoje trafienie z karnego zadedykował oczywiście zmarłej mamie. Ostatecznie The Blues wygrali 3:2 po dogrywce. Fani Manchesteru United przyjęli awans Chelsea z zadowoleniem, gdyż porażka z tym rywalem w meczu o taką stawkę jak puchar Ligi Mistrzów nie byłaby dla nich hańbą, w przeciwieństwie do przegranej z Liverpoolem.

Nazajutrz po zwycięskim półfinale gościliśmy trenera Chelsea w Polsce. Przybył do Oświęcimia, by wziąć udział w dorocznym Marszu Żywych. Ojciec Granta urodził się bowiem w naszym kraju, tu przeżył też okupację. Jeszcze dzień wcześniej szkoleniowiec na kolanach niemal płakał ze szczęścia po awansie do finału Ligi Mistrzów, a teraz z pełną powagą maszerował wśród Tych, Którzy Przeżyli.

Barcelona grała z Manchesterem, a Alex Ferguson określił tę rywalizację jako przedwczesny finał, zmagania, na które wszyscy na Starym Kontynencie czekali najbardziej. Była to też pierwsza wielka potyczka dwóch najlepszych przez następną dekadę piłkarzy świata - Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, czego nikt wtedy nie wiedział, acz wielu przeczuwało. Duma Katalonii podejmowała MU w dzień Sant Jordi, patrona miasta, ale w kiepskich nastrojach. Ronaldinho balował, udawano jednak, że ma kontuzję i dlatego nie może grać. Media kopały dołki pod Frankiem Rijkaardem. Mimo awansu do półfinału Ligi Mistrzów w klubie dawało się wyczuć nastrój dekadencji. Już w drugiej minucie goście otrzymali karnego za rękę Gabiego Milito, wywalczoną przez Cristiano Ronaldo. Portugalczyk, grający tego dnia znów na środku ataku, sam podszedł do piłki, uderzył jednak obok bramki. Nie wszyscy wiedzieli, że CR gnębiła wtedy kontuzja kostki i żeby mógł wystąpić na Camp Nou, brał dużo leków przeciwzapalnych, poddawano go rozmaitym zabiegom i prawie wcale nie trenował. Tak miało być z resztą już do końca sezonu. Po tym pudle działo się niewiele, Barça próbowała atakować, ale Manchester umiejętnie zamknął się przed własną bramką i wywiózł remis 0:0. Specyficzną rolę do odegrania dostał tego dnia Wayne Rooney, który nominalnie pełnił funkcję prawego pomocnika, ale de facto był drugim prawym obrońcą, harował niesamowicie przez cały mecz, mimo że przecież miał w zespole status gwiazdy. "Zawsze wierzyłem trenerom. Gdy szef kazał mi grać na jakiejś pozycji, to tam grałem" - powiedział w 2016 roku w rozmowie z "The Independent".

W ten sposób Barça po raz pierwszy w tym sezonie nie wygrała u siebie w pucharach. W rewanżu jedynego gola, już w 14. minucie, strzelił uderzeniem z daleka Paul Scholes. Dla tego 34-letniego zawodnika był to bardzo ważny moment, bo dopiero niedawno wygrał walkę z chorobą oczu, która groziła mu nawet ślepotą. Po roku powiedział w wywiadzie dla "Guardiana": "Z perspektywy czasu trzeba ocenić, że Barcelona nie była wtedy taka silna". Tak czy owak, Czerwonym Diabłom nie było łatwo. A bohaterów znalazło się więcej: całą grą obronną gospodarzy wzorowo sterował Rio Ferdinand, w środku pola rządził Michael Carrick, w ataku zaś kłopoty obrońcom rywali stale sprawiał Carlos Tévez. Wes Brown powiedział w 2019 roku w wywiadzie dla manutd.com: "To był najlepszy mecz w moim życiu. Po golu Scholesa cała drużyna skoncentrowała się na niezwykle trudnym ze względu na klasę rywali zadaniu, jakim była obrona własnej bramki. Wykonaliśmy je perfekcyjnie". Rzeczywiście, choć jeden gol dla Barçy wprowadziłby ją do finału, nikt nie miał wrażenia, że może on paść w każdej chwili. Rio Ferdinand zapytany w 2021 roku przez FourFourTwo o swój najlepszy mecz w MU wymienił pierwsze spotkanie z Barçą, lecz docenił też rewanż: "Rywale mieli wielu wspaniałych zawodników, a jednak przez 180 minut nie zdołali strzelić nam gola. Zagraliśmy wspaniale w obronie, a podstawą była pełna koncentracja - najważniejsza rzecz dla obrońcy".

W 2008 roku Manchester United był już całkiem innym klubem niż w 1999, gdy po raz pierwszy pod wodzą Alexa Fergusona wygrał Ligę Mistrzów. Przełomową datą w historii Czerwonych Diabłów jest 12 maja 2005, kiedy to amerykański miliarder Malcolm Glazer poprzez swoją spółkę Red Football Ltd. kupił za około 800 milionów funtów 75 procent akcji MU, co dało mu prawo wycofania klubu z giełdy. W ten sposób dobiegł końca okres istnienia United jako spółki akcyjnej. Glazer ze swoich funduszy zapłacił 200 milionów, reszta to były drogie kredyty bankowe, które należało spłacać. Od tego momentu pieniądze stały się "jedynym i najważniejszym celem" - jak napisał w książce Manchester United. Diabelska biografia Jim White. Kredyt spłacały nie tylko stacje telewizyjne (czyli ich widzowie), ale też bywalcy Old Trafford. W 1994 roku karnet na sezon kosztował 266 funtów, w 2009 już 750 i nie obejmował meczów Pucharu Anglii, na które posiadacze abonamentu mieli obowiązek kupić dodatkowo wejściówki. Kibice oczywiście się burzyli, Alex Ferguson natomiast bardzo sobie chwalił nowy układ z powodu krótszej ścieżki decyzyjnej i możliwości bardziej energicznego działania na rynku transferowym. Jeden z informatorów powiedział White'owi: "Glazerowie nie znają się na piłce nożnej, więc we wszystkich sprawach polegają na Fergusonie. W rezultacie robi on wszystko według własnego uznania i nikt nie podważa jego decyzji. (...) Ferguson był w nowych właścicielach po prostu zakochany". Dodajmy, że z wzajemnością. A że od bardzo dawna "od jego [Fergusona] nastroju zależała ogólna atmosfera panująca w klubie", Manchester po 2005 roku wszedł w okres swego rodzaju transu, euforii nakręcanej przez menedżera.

Wyniki nie przyszły jednak od razu. W lutym 2006 roku wydawało się nawet, że czas Szkota w klubie dobiega końca. Zespół prezentował kiepską piłkę i osiągał fatalne rezultaty. Z Ligi Mistrzów odpadł w fazie grupowej, z Pucharu Anglii w 1/8 finału, w Premier League był daleko za Chelsea. Ale menedżer wiedział, że dla jego zespołu wkrótce wzejdzie słońce. Drużyna się bowiem zgrywała, piłkarze wchodzili w najlepszy wiek. No i miał rację - kolejne rozgrywki ligowe to był popis Czerwonych Diabłów. W 2007 roku udało się im odzyskać mistrzostwo Anglii. "Po zdobyciu tego tytułu miałem przeczucie, że w następnym sezonie osiągniemy jeszcze więcej" - powiedział w 2020 roku Michael Carrick w rozmowie z manutd.com.

Zespół przygotowany na sezon 2007/08 bardziej niż kiedykolwiek był autorskim projektem sir Alexa. Szkot zdążył wcześniej pozbyć się czarnych owiec, czyli piłkarzy uważających, że są ważniejsi niż klub, i krytykujących publicznie kolegów, a więc Roya Keane'a i Ruuda van Nistelrooya oraz celebryty Davida Beckhama, który poczuł, że znaczy więcej od menedżera. Kupieni natomiast zostali wszyscy zawodnicy, których zażyczył sobie Ferguson i jego zaufany współpracownik Carlos Queiroz. Portugalczyk po nieudanej przygodzie w roli pierwszego trenera Realu powrócił na Old Trafford i nie sposób nie docenić roli, jaką odegrał w sukcesach MU - po pierwsze, miał głowę pełną ciekawych rozwiązań taktycznych, po drugie, umiał świetnie pracować z młodzieżą.

Latem 2007 roku szefowie MU wydali na transfery blisko 100 milionów funtów, sprowadzając Naniego, Andersona (obaj od razu zostali przyłapani przez paparazzich wraz z Cristiano Ronaldo w towarzystwie płatnych dziewcząt i trafili na pierwszą stronę "News of the World"), Carlosa Téveza, a także Owena Hargreavesa. Wcześniej bez dyskusji zapłacili też niemałe pieniądze za wybranych przez Fergusona Patrice'a Evrę, Nemanję Vidicia, Michaela Carricka, Park Ji-sunga i Tomasza Kuszczaka. Stworzyli oni wspaniałe tło dla pozyskanych jeszcze za czasów spółki akcyjnej gwiazdorów ataku: Cristiano Ronaldo oraz Wayne'a Rooneya i ostatnich czynnych członków klasy 1992, czyli Ryana Giggsa oraz Paula Scholesa. Dwaj ostatni weszli w okres kariery, który można określić jako złotą jesień. Przede wszystkim zaś Ferguson miał do dyspozycji bardzo szeroką i wyrównaną kadrę, dzięki czemu mógł rotować piłkarzami bez spadku jakości gry, co było bodaj największym atutem zespołu z Manchesteru.

Dziesięć dni przed decydującym starciem obaj finaliści Ligi Mistrzów stoczyli korespondencyjny pojedynek o mistrzostwo Anglii, po porażce 26 kwietnia z Chelsea 1:2 na Old Trafford MU roztrwonił bowiem prawie całą przewagę nad rywalem. Przed ostatnią kolejką obie drużyny miały tyle samo punktów, ale w Anglii w tej sytuacji liczy się nie bilans bezpośrednich spotkań, lecz całkowity bilans bramkowy, a w tym zdecydowanie górowali United. Tak więc zwycięstwo nad Wigan dawało Czerwonym Diabłom tytuł, o ile Chelsea nie wygrałaby z Boltonem co najmniej 12 bramkami. Ponieważ menedżerem Wigan był Steve Bruce, wychowanek Fergusona z MU (Blackburn prowadził wówczas Mark Hughes, a Sunderland Roy Keane, inni jego byli zawodnicy), wyznawcy spiskowej teorii dziejów twierdzili, że Chelsea nie ma najmniejszych szans. MU wygrał 2:0, Cristiano Ronaldo tym razem strzelił karnego, drugiego gola dołożył Giggs, w swoim występie numer 768 dla United, czym wyrównał rekord Bobby'ego Charltona. Dominacja MU była wyraźna, a tytuł mistrza Anglii dał zespołowi z Manchesteru przewagę psychologiczną przed finałem Ligi Mistrzów. "Żeby być najlepszym na świecie, muszę wygrywać takie rozgrywki jak Premier League i Liga Mistrzów. Jestem zwycięzcą i w tym sezonie marzę o podwójnej koronie" - powiedział między oboma wydarzeniami Cristiano Ronaldo. Jego koledzy też uważali się za najlepszych.

Finał zaplanowano na Łużnikach w Moskwie, w domu Abramowicza, można by powiedzieć, i tam się odbył, chociaż Anglicy mocno walczyli o to, by wobec tego, że pierwszy raz w historii miał on być ich wewnętrzną sprawą, przenieść mecz na Wembley. Chelsea debiutowała na tym szczeblu, Manchester wracał nań po dziewięciu latach. Z powodu różnicy czasu w 2008 roku odbył się najpóźniejszy finał w historii Ligi Mistrzów. Gdy sędzia gwizdał po raz pierwszy, była wszak 22.45 czasu lokalnego.

Ze względu na pewną koincydencję doszło do ciekawego układu między angielskimi a rosyjskimi władzami. Ponieważ Zenit Petersburg kilka dni wcześniej rozgrywał w Manchesterze finał Ligi Europy, wzajemnie zniesiono obowiązek wizowy dla fanów podróżujących między oboma krajami, jeśli tylko mieli bilet na jeden z tych meczów. Do rosyjskiej stolicy przyjechało sporo kibiców z Anglii, choć mniej, niż się spodziewano. Znajdowali się wśród nich agenci policji w cywilu, mający wyłapywać najbardziej agresywnych fanów. Nie mieli wiele roboty, podobnie jak rosyjscy żołnierze obstawiający miasto, a zdaniem White'a, który był na meczu, w stolicy Rosji odbyła się największa mobilizacja "oddziałów wojskowych od czasu inwazji na Czechosłowację". Ulewa też "spadła z nieba na życzenie burmistrza Moskwy", obawiającego się słynnych angielskich hoolsów - i też niepotrzebnie. Wycieczka do Moskwy z powodu cen połączeń lotniczych była tak droga, że zdecydowali się na nią tylko zamożniejsi kibice MU i Chelsea, a więc przeważnie ludzie starsi i spokojni. I w tej grupie byli tacy, którzy kombinowali, jak obniżyć koszty, i lecieli do Warszawy, skąd podróżowali 22 godziny pociągiem, albo do Rygi czy Wilna i potem jechali autobusami. Na ulicach, a także na środku placu Czerwonego, tuż obok Mauzoleum Lenina, gdzie UEFA zainstalowała swoje miasteczko z licznymi atrakcjami dla fanów (kolejka do zrobienia sobie zdjęcia z Pucharem Europy zdecydowanie przewyższała tę do zobaczenia zabalsamowanych zwłok wodza rewolucji - jak donosił wysłannik "Piłki Nożnej" Michał Czechowicz), kibice obu zespołów mieszali się swobodnie i nie dochodziło do żadnych rozrób. Tym razem nie zarobiły koniki, bilety po cenie pierwotnej można było kupić godzinę przed meczem w każdej kasie i każdym hotelu. Ale stadion ostatecznie jakoś się zapełnił.

Spotkanie Alexa Fergusona, pracującego na Old Trafford od 22 lat, i Avrama Granta, zatrudnionego w Chelsea ledwie we wrześniu 2007 roku, miało oczywiście swoje smaczki. Dumny Szkot, prawdziwy szef w swoim klubie, zażartował, że Grantowi skład ustala właściciel zespołu. Media też poniewierały Izraelczykiem, pisząc, że jest figurantem, a drużynę prowadzą za niego asystenci. Trochę się to zmieniło po półfinale, gdy okazało się, że to, czego nie udało się dokonać magicznemu José Mourinho, skromny trener z Izraela osiągnął za pierwszym podejściem. Mr. Nobody okazał się skuteczniejszy od The Special One i to on dał upragniony finał Abramowiczowi, który do tego czasu wydał na klub już pół miliarda funtów. Właściciel Chelsea nie liczył się z możliwością porażki. Przed meczem pozapraszał gości na bankiet, planowany po finale w hotelu Ritz, a właściwie na serię bankietów w różnych modnych lokalach; doszło do tego, że amerykańscy właściciele MU z rodziny Glazerów uznali, że ewentualny triumf opiją dopiero w Manchesterze, a w Moskwie pozwolą poszaleć samym piłkarzom.

Wychodzących z szatni graczy United przywitał napis "Believe" (Wierzymy), ułożony z kartoników przez ich kibiców. I bez tego zastrzyku byli bardzo zmotywowani. Carrick opowiedział po latach: "Gdy w 2007 roku zdobyliśmy mistrzostwo, wkrótce potem z powodu rozluźnienia przegraliśmy finał Pucharu Anglii. Teraz też zostaliśmy mistrzami, ale byliśmy już mądrzejsi i nie pozwoliliśmy sobie na utratę koncentracji przed meczem w Moskwie. Ja w każdym razie nie mogłem na to pozwolić kolegom". Owen Hargreaves w 2020 roku w rozmowie ze SkySports, nie wymieniając nazwisk, zdradził, że w przeddzień spotkania doszło na Łużnikach do bójki między zawodnikami dwóch składów podczas treningowej gierki. Powodem była nadmierna agresja na murawie. Gdyby Ferguson nie wkroczył na czas, mogłoby się to źle skończyć. "Wszyscy byli tak podekscytowani meczem, który miał się odbyć nazajutrz, że nie myśleli o zdrowiu kolegów. Po tym incydencie menedżer nie musiał już w żaden sposób nas motywować. Byliśmy gotowi" - zakończył Hargreaves.

Na sprowadzonej specjalnie na ten mecz ze Słowacji nawierzchni, która zdaniem White'a tak wspaniale wyglądała w TV, gdyż została pomalowana na intensywną zieleń, od pierwszych minut trwała zażarta walka, a że zarówno całą dobę przed meczem, jak i w jego trakcie padał deszcz, murawa nie wytrzymywała i po prostu odłaziła od podłoża, z którym nie zdołała się związać. W pierwszej połowie wyraźnie lepszy był Manchester, chociaż Cristiano miał zrazu olbrzymie kłopoty z ustawionym nieoczekiwanie w defensywie Michaelem Essienem. W 26. minucie akcję prawą stroną przeprowadzili Scholes i Brown, a po centrze tego drugiego Cristiano Ronaldo wzbił się w powietrze niczym Air Jordan i uderzył nie do obrony. Gra toczyła się pod dyktando MU. "To był futbol zapierający dech w piersiach, wszystko, o czym można było sobie zamarzyć przy tak znamienitej okazji. Ze dwa gole powinien strzelić Tévez, bramkę powinien też zdobyć Carrick, ale przy jego strzale niewiarygodną wręcz interwencją popisał się bramkarz Chelsea, Petr Čech" - dał właściwe świadectwo prawdzie White, bo Carrick we wspomnianym wyżej wywiadzie też stwierdził, że nie wie, jak Čech odbił piłkę po jego uderzeniu. Tymczasem zmarnowane okazje się zemściły. W 45. minucie, po strzale Essiena i zbyt krótkim wybiciu piłki przez obrońców, wyrównał Frank Lampard, wykorzystując też to, że van der Sar się poślizgnął. A w drugiej połowie role się odwróciły i to Chelsea wyraźnie dominowała, stwarzając sobie kilka znakomitych okazji. Alex Ferguson mówił po meczu o drugiej odsłonie spotkania: "Mieliśmy szczęście. Na tym poziomie jest ono jednak niezbędne". Carrick zaś wspominał: "W pewnym momencie zaczęliśmy sobie zdawać sprawę z tego, że jedyną naszą nadzieją są karne. W dogrywce już myślałem też o tym, jak strzelę swojego".

Dodatkowe 30 minut przyniosło największe emocje, gdyż w nich oba zespoły zagrały bardzo dobrze i ofensywnie. Strzał Giggsa wybił z linii bramkowej Terry, Lampard przymierzył w słupek, podobnie jak wcześniej Drogba. W 116. minucie czerwoną kartkę za niesportowy gest wobec Nemanji Vidicia zobaczył właśnie napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej, co zaburzyło plan Granta na rzuty karne. Był pod tym względem remis, gdyż Ferguson na pewno wyznaczyłby Scholesa, lecz ten zszedł z boiska w 87. minucie ze złamanym przez Claude'a Makélélé nosem.

"Pomyślałem sobie: teraz albo nigdy. Spod linii środkowej biegłem, bo chciałem mieć strzał już za sobą. Uderzyłem, gdzie zaplanowałem, na szczęście Čech rzucił się w drugą stronę" - opowiadał Carrick o wykonanym przez siebie karnym. Był trzecim egzekutorem. Po czterech celnych uderzeniach obu drużyn do piłki podszedł Cristiano - strzelił kiepsko i bramkarz Chelsea obronił. Sam Portugalczyk musiał być tym niezwykle zdziwiony. Jako perfekcjonista bowiem, gdy tylko do klubu dotarła piłka, którą miał być rozgrywany finał, zaczął trenować nią strzały. Futbolówka była inna niż wszystkie i CR długo miał problem z jej okiełznaniem. Aż w końcu się udało - po prostu przy wolnych i karnych należało brać jeden krok rozbiegu więcej - lecz, jak widać, nie do końca. Luca Caioli przytacza w swej książce Ronaldo. Obsesja doskonałości komentarz samego Portugalczyka: "Po tym, co zrobiłem, sądziłem, że przegramy. (...) Myślałem, że będzie to najgorszy dzień w moim życiu".

Czterej następni egzekutorzy się nie pomylili i Chelsea znalazła się o jednego karnego od zwycięstwa. Do piłki podszedł John Terry. "Dotychczas oglądałem wszystkie karne. Teraz przez głowę przeleciała mi myśl, że muszę coś zmienić. Więc patrzyłem w murawę, gdy strzelał. Zadziałało" - opowiada Carrick. Kapitan Chelsea w ostatnim meczu sezonu ligowego z Boltonem doznał bolesnej kontuzji łokcia, ale oczywiście uparł się, żeby zagrać w finale (Didier Drogba narzekał na kolano, ale też spiął ostrogami swoich lekarzy). Grał bardzo dobrze, wydawało się, że pewnie wykona swoje ostatnie zadanie. "Widziałem, jak strzela karne podczas treningów reprezentacji Anglii. Zawsze robił to pewnie, ze spokojem i klasą. Nie wierzyłem, że akurat teraz mógłby się pomylić" - wspominał Rio Ferdinand.

A jednak w decydującym momencie Terry się poślizgnął i nie trafił w bramkę. Ciekawe, czy po swoim pudle żałował determinacji, z jaką walczył o udział w finale? Po spotkaniu był w wyraźnym szoku, nie dał rady udzielić wywiadu. I nie chodziło mu bynajmniej o to, że wskutek tego pudła jego klub stracił bardzo dużo pieniędzy. Gdy podliczono dochody obu finalistów z Ligi Mistrzów 2007/08 i wyszło, że MU zarobił 85 milionów funtów, a Chelsea 30, angielskie media, zupełnie nietrafnie oczywiście, zaczęły od razu pisać o pudle Terry'ego za 50 baniek.

Seria jedenastek trwała więc dalej. Anderson, Kalou i Giggs trafili, do kolejnego karnego zaś podszedł Nicolas Anelka. Gdy spojrzał na bramkę, Edwin van der Sar pokazał mu palcem jej lewy górny róg, po czym bez wahania rzucił się... w swoją prawą stronę i odbił piłkę. Po latach, w 2014 roku, tak mówił w wywiadzie dla sportskeeda.com: "Przeżyłem w karierze wiele serii rzutów karnych, z czego większość przegrywałem: z Ajaxem w 1996 roku w finale Ligi Mistrzów, trzy razy z rzędu z reprezentacją Holandii: na Euro 1996, mistrzostwach świata w 1998 i Euro 2000, więc straciłem do siebie zaufanie, jeśli chodzi o jedenastki. Dlatego obronienie ostatniego karnego w finale Ligi Mistrzów w 2008 roku to najbardziej niewiarygodne i najwspanialsze przeżycie w mojej sportowej karierze. (...) Potem były te trzy-cztery sekundy, kiedy patrzył na mnie cały świat, zanim koledzy dopadli mnie i powalili na ziemię, by wyściskać".

"Nie wiedziałem jak, wiedziałem tylko, że wygraliśmy. A potem przeżyłem jeden z tych momentów, których nigdy się nie zapomni. Wszyscy zwariowali, także członkowie sztabu w tych swoich garniturach. Po dwóch minutach zobaczyłem w tłumie moich bliskich, podszedłem do nich i powiedziałem, że muszę usiąść albo się położyć, ponieważ jestem wykończony. Przez 10 albo 20 sekund miałem zaćmienie. To jedyna chwila, kiedy byłem bliski popłakania się na boisku" - mówił Carrick. Reszta zaś wariowała. "To było jakieś szaleństwo. Dla piłkarza wygranie Ligi Mistrzów jest najważniejsze. A nam ta impreza jawiła się jako ogromna góra, której raczej nigdy nie będziemy w stanie zdobyć. Dla mnie to było takie szczęście, jakbym nagle został miliarderem" - opisywał uczucia swoje i kolegów Ferdinand z rozmowie z FourFourTwo. Pośród szalejących zawodników wyróżniał się Paul Scholes, zdobył się bowiem na empatię i pocieszał po kolei wszystkich piłkarzy Chelsea. Nie widział już tego właściciel The Blues. Gdy van der Sar rozstrzygnął sprawę zwycięstwa, Abramowicz natychmiast opuścił stadion, nie czekając na wręczenie medali. Tamten dzień przez wiele lat był dla niego źródłem olbrzymiej frustracji.

"Ależ byłem szczęśliwy, kiedy Ed obronił uderzenie Anelki! Byłem następny w kolejce do strzelania i czułem, że nie trafię, bo nogi miałem jak z galarety" - wyznał Ferdinand. Co ciekawe, Nemanja Vidić w wywiadzie dla tegoż FourFourTwo w 2016 roku powiedział: "Znaliśmy pierwszą piątkę strzelców. Ale potem miał uderzać ten, kto czuł się pewnie. Ja miałem być siódmy albo ósmy, ja albo Giggsy. Powiedziałem mu, że ma więcej doświadczenia, dlatego niech strzela. Zrobił to, trafił, więc potem była moja kolej. Ale nie musiałem strzelać". Chyba już się nie dowiemy, jaka była prawda o kolejnych wykonawcach karnych dla MU.

Karne prześladowały nie tylko van der Sara, ale również Alexa Fergusona. Szkot powiedział po meczu: "Pudło Johna Terry'ego to było przeznaczenie. Poza meczami o Tarczę Dobroczynności zawsze przegrywałem karne: trzykroć z Aberdeen i trzykroć z MU. Ale siódemka i w tym przypadku okazała się szczęśliwa". Swój drugi Puchar Europy Szkot zdobył 25 lat po wygraniu Pucharu Zdobywców Pucharów z Aberdeen.

Trzecim lub najdalej czwartym (po Ferdinandzie) najszczęśliwszym człowiekiem na boisku był Cristiano Ronaldo. White napisał, że gdy Portugalczyk leżał na murawie z twarzą skierowaną do ziemi, jego ramionami "wstrząsały zauważalne spazmy płaczu". W końcu gdyby Manchester przegrał, winny byłby on i umocniłaby się ciągnąca się za nim fama, że zawodzi w najważniejszych momentach. A tak pudło zostało mu zapomniane.

W końcu zwycięzcy się uspokoili, można było przystąpić do ceremonii dekoracji. Trofeum w ręce Rio Ferdinanda, kapitana MU, przekazał Bobby Charlton. "Zanim do tego doszło, medale odbierali gracze Chelsea. Sir Bobby podszedł do mnie i powiedział: "Czy zdajesz sobie sprawę, że jesteś dopiero trzecim człowiekiem w historii klubu, który jako kapitan wzniesie trofeum? Ja jestem jednym z tych dwóch i wiem, co to znaczy. To zmieni twoje życie. Staniesz się legendą"" - wspominał po latach Ferdinand.

Warto tu zauważyć, że zwycięstwo Manchesteru w moskiewskim finale przypadło niebawem po 50. rocznicy katastrofy w Monachium, w której zginął prawie cały ówczesny zespół Czerwonych Diabłów. W Moskwie było obecnych pięciu członków tamtej ekipy, którzy wtedy cudem przeżyli: Bobby Charlton, Bill Foulkes, Harry Gregg, Kenny Morgans i Albert Scanlon.

Gdy Ferdinand wznosił puchar, radość eksplodowała nie tylko na stadionie Łużniki; może jeszcze głośniej było w pubach Manchesteru, gdzie oglądali spotkanie ci, którzy nie mogli sobie pozwolić na wyprawę do Moskwy. Piłkarze natomiast od 3.30 do niemal południa następnego dnia bawili się w restauracji hotelu Crowne Plaza, w którym mieszkali, a w rolę wodzireja wcielił się Rio Ferdinand. "To była wspaniała noc. Wcześniej występowałem w Spartaku i na Łużniki przyszli moi przyjaciele z tamtych czasów. Spotkałem się z nimi. Tak więc tamtej nocy nie zasnąłem. Party trwało długo, ale ja piłem dosyć szybko. Dlatego szybko zapomniałem, że Drogba chciał mnie wtedy zamordować" - opowiadał po latach ze śmiechem Nemanja Vidić.

Avram Grant wiedział, że po raz ostatni poprowadził Chelsea - nawet zwycięstwo nie gwarantowało mu utrzymania posady. "Gratuluję zwycięzcom, ale uważam, że byliśmy lepsi. Jestem dumny z postawy mojego zespołu" - mówił. "My zasłużyliśmy na wygraną w tej loterii, jaką są karne, bo w trakcie tych 120 minut byliśmy lepsi" - skontrował go Cristiano Ronaldo.

Można dziś postawić tezę, że sezony 2006/07 i 2007/08 to był najlepszy okres w dziejach klubu z Old Trafford, gdyż nigdy wcześniej ani później sukcesy nie zostały osiągnięte w tak wspaniałym stylu. Ferguson kipiał energią, jakby miał nie 66 lat, tylko 44. "To wtedy wygłaszał swe najwspanialsze mowy, inspirujące nas do odnoszenia kolejnych zwycięstw" - wspominał van der Sar. Phil Neville powiedział w 2020 roku "The Sun": "Obok Barcelony z lat 2009-2011 MU z roku 2008 był najlepszym zespołem, jaki widziałem. Co najmniej ośmiu zawodników z tamtego składu znalazłoby wtedy miejsce w każdej drużynie świata". Sam Ferguson określił po latach drużynę z tego czasu jako najlepszy zespół, jaki zbudował w trakcie 27 lat pobytu na Old Trafford.

Nawet jeśli nie da się zaliczyć zwycięzcy Ligi Mistrzów w sezonie 2007/08 do grona zespołów, które wytyczyły nowe szlaki w futbolu, to z pewnością ówczesny Manchester United znakomicie przetarł i odchwaścił te, które wszyscy kiedyś świetnie znali, ale potem o nich zapomnieli. Drużyna grała elastycznie, piłkarze "wyrażali samych siebie", jak napisał White. Obrona stanowiła zgrany monolit, pomocnicy śmigali po boisku, cały czas szukając ofensywnych rozwiązań, napastnicy w każdym meczu przeprowadzali kilka iście arcydzielnych akcji. Paul Scholes w sezonie 2007/08 grał według maksymy wyłożonej w marcu w rozmowie z "The Independent": "Wiem, że nie zostało mi wiele czasu [do końca kariery], więc staram się cieszyć każdym meczem". Przekładało się to na radosny styl całego zespołu. Wprawdzie w ataku Cristiano Ronaldo chodził własnymi ścieżkami, ale za to zgraną parę boiskowych i pozaboiskowych przyjaciół tworzyli Carlos Tévez i Wayne Rooney. "On, tak jak ja, pochodził z dołów społecznych. I, tak jak ja, walczył o każdą piłkę, jakby była ostatnią" - powiedział Argentyńczyk o partnerze w 2019 roku w rozmowie z "Marcą". Dodał, że gdy irytował kolegów, przyjeżdżając na treningi audi otrzymanym od klubu, podczas gdy oni nie schodzili poniżej ferrari, Rooney pewnego dnia po prostu podarował mu swoje lamborghini.

Ferguson nigdy nie był dogmatykiem, nie można go określić mianem twórcy jakiejkolwiek szkoły gry w piłkę, jeśli chodzi o nowatorstwo taktyczne, bo nie na tym polu szukał drogi postępu. Futbol według niego polegał na połączeniu radości z gry z odpowiedzialnością. Stopnia zaangażowania i wysiłku się nie negocjowało, ale zarazem zespół miał dominować nad każdym rywalem niezależnie od wyniku, zarówno przy 0:0, jak i 3:0. Gra MU w sezonie 2007/08 wydawała się prosta, ale jednocześnie niezwykle trudna do skopiowania, właśnie dlatego, że akcenty były rozkładane w tak wielu miejscach, że nie istniał podział na zawodników kluczowych i uzupełniających skład, że każdy mógł i musiał wnosić swój wkład w zwycięstwo zarówno w grze ofensywnej, jak i obronnej.

Kluczowym słowem opisującym styl MU była płynność, a znakiem firmowym - sposób wykorzystania gwiazdy, czyli Cristiano Ronaldo. Guillem Balagué w Cristiano Ronaldo. Biografia cytuje wypowiedź Gary'ego Neville'a: "Zdarzało mu się spontanicznie przechodzić z jednego skrzydła na drugie bez żadnych uzgodnień z innymi, lecz przestaliśmy się z tego powodu denerwować, gdy tylko zrozumieliśmy, że jego wszechstronność to nasz atut (...). Został gwiazdą zespołu. Piłkarz, który strzela 30-35 goli na sezon, może sobie robić, co mu się żywnie podoba". Z jednej strony drużyna i Cristiano pozostawali więc w symbiozie, z drugiej - pomiędzy tymi stronami panowała rywalizacja. Ambicja Cristiano, to, że uważał się za najlepszego i za każdym razem miał pretensje, gdy menedżer zdejmował go z boiska, irytowała pozostałych liderów zespołu, którzy często chcieli pokazać, że można wygrywać i bez portugalskiego asa. "To przeciąganie liny wychodziło drużynie tylko na korzyść, ale też tłumaczy, dlaczego CR w pewnym momencie postanowił odejść z MU".

Kiedy Edwin van der Sar w wieku 34 lat podpisywał dwuletni kontrakt z MU, nie podejrzewał pewnie, że spędzi w tym klubie sześć lat. "Raczej się martwiłem, czy dam radę utrzymać się tu przez te dwa lata. Myślałem, że jeśli potem będę grał, to w Holandii, a najpóźniej w wieku 37 lat przejdę na emeryturę. Ale dbałem o siebie, nie doznawałem kontuzji, a trenerzy we mnie wierzyli, więc grałem" - mówił. Przetrwał Roya Keane'a, który umieścił go na swojej czarnej liście sześciu zawodników zupełnie zespołowi niepotrzebnych. Ostatecznie to Irlandczyk musiał opuścić klub, a Holender bronił bardzo długo i w Premier League ustanowił do dziś niepobity rekord liczby minut bez puszczonego gola - 1311.

Wes Brown jako dziecko trenował zawzięcie karate, ale gdy w wieku dziewięciu lat dwa razy oblał egzamin na czarny pas, zniechęcił się i zaczął uprawiać futbol. W jego ruchach można było jednak zauważyć coś niezwykłego. Podobnie jak u Rio Ferdinanda, dla którego sezon 2007/08 był chyba najlepszy w karierze. Tyle że Rio poruszał się nieco inaczej, bo jeszcze mając 11 lat, uprawiał taniec baletowy. "Siła, giętkość, opanowanie, balans - to wszystko zawdzięczam baletowi" - opowiadał po latach. Razem tworzyli absolutnie wyjątkowy duet, gdy Brown grał na środku obrony, a nie na jej prawej stronie. Kiedy Ferguson w 2002 roku kupował Ferdinanda z Leeds, zapłacił zań 29,3 miliona funtów, co uczyniło go najdroższym obrońcą świata. Były to jednak wybornie wydane pieniądze. "Sir Alex nigdy mnie nie chwalił, bo miał wyrobione zdanie o londyńczykach i uważał, że to mogłoby mi zaszkodzić" - wspomniał zapytany o swe relacje z szefem.

Para Ferdinand-Nemanja Vidić też była kontrastowa. Pochodzącego z rodziny obfitującej w piłkarskich sędziów Serba, kupionego ze Spartaka Moskwa za siedem milionów funtów, przez całą kampanię 2007/08 prześladowały kontuzje i urazy. Nigdy się nie oszczędzał, w trakcie kariery łamał nos, żebra, nadgarstek, miał też pękniętą czaszkę. Przed finałem w Moskwie przez tydzień nie trenował, gdyż nie pozwalał mu na to ból. "Życie stopera jest ciężkie. Moich synów zachęcałem, by grali w ataku" - powiedział. Z Ferdinandem był zgrany perfekcyjnie. "Gdy gra się z kimś przez tyle czasu, znasz jego silne i słabe strony. Na początku sporo rozmawialiśmy, ale potem nie było już takiej potrzeby. Każdy z nas wiedział, co zrobi partner w danej sytuacji" - opowiadał Vidić w rozmowie z firstpost.com.

Patrice Evra został kupony za pięć i pół miliona funtów, po czym grał w MU przez osiem sezonów i stale należał do ulubieńców kibiców. Uważali oni, że całkowicie przesiąknął kulturą United i uosabia walory klubu niemal równie mocno jak Giggs czy Scholes. Kibice podziwiali Francuza za charakter, chęć do biegania i walki. W szatni częściowo przejął rolę Roya Keane'a, czyli zawodnika, który potrafił zrugać kolegów. Alex Ferguson powiedział kiedyś: "Dwaj moi piłkarze zostaną wielkimi trenerami: Ryan Giggs i Patrice Evra". Wciąż na to czekamy.

Paul Scholes był u schyłku kariery prawdziwym reżyserem gry MU, jednym z najlepszych rozgrywających świata. Mimo to pozostał skromnym chłopakiem, który bardzo niechętnie udzielał wywiadów. Występ w finale na Łużnikach był dlań rekompensatą za finał z 1999 roku, w którym nie mógł zagrać. "Dostałem wtedy medal, ale nie czułem się zwycięzcą. A potem tak długo musiałem czekać na swój finał" - powiedział w rozmowie z FourFourTwo w 2017 roku. Ciekawe, że kiedyś w dyskusji z Philem Neville'em, utrzymującym, że w 2008 roku MU miał najlepszy zespół w historii, Scholes bronił tezy, że lepszy był ten z 1999. On sam grał zaś najlepiej wtedy, gdy odpuszczała mu astma, gnębiąca go przez całe życie.

Ryan Giggs właśnie w sezonie 2007/08 odebrał Bobby'emu Charltonowi rekord liczby występów w barwach MU. Tak naprawdę to on był liderem zespołu. Dbał o wszystkich kolegów, pilnował ich. Między innymi oduczył Cristiano Ronaldo zwyczaju picia coli do śniadania, z którym Portugalczyk przyjechał do Manchesteru.

Carlos Tévez został w 2007 roku wypożyczony do MU na dwa lata. Widząc jego popisy na boisku, kibice wielokroć skandowali na Old Trafford: "Fergie, kup go", menedżer jednak uważał, że Silny Apacz, jak nazywano Argentyńczyka, "zaczął grać za bardzo dla siebie". Wobec tego Tévez odmówił rozmów o kontrakcie z United i w 2009 roku przeniósł się za miedzę, do Manchesteru City. Dziś jest na Old Trafford uważany za zdrajcę.

Cristiano Ronaldo, nazwany przez Fergusona w autobiografii "czarodziejem", miał za sobą wspaniały sezon. Strzelił 42 gole, z czego 31 w rozgrywkach ligowych, a 8 w Lidze Mistrzów, bijąc 40-letni rekord George'a Besta. Wiele jego trafień było pięknych, to w tamtym sezonie wyspecjalizował się w bombach z rzutów wolnych i potężnych główkach. Oczywiście został uznany za najlepszego piłkarza sezonu ligowego, otrzymawszy pięć razy więcej głosów niż wszyscy inni kandydaci razem wzięci. Patrząc na popisy podopiecznego, Alex Ferguson triumfował. Przecież w 2006 roku podjął kontrowersyjną decyzję i po tym, jak van Nistelrooy skrytykował CR, pozbył się bramkostrzelnego napastnika, a nie młodziana. Szkot jednak musiał mieć też świadomość, że nie będzie mu dane długo cieszyć się Portugalczykiem. Według Balagué Ronaldo już wiosną 2008 roku był dogadany z Realem, a 12 grudnia 2008 podpisał u notariusza umowę przedwstępną. Fergie powiedział, że prędzej go zastrzeli, niż sprzeda, ale ostatecznie musiał pogodzić się z faktami.

Cristiano i jego partner z ataku, Wayne Rooney, niespecjalnie się kochali, odkąd podczas meczu Anglia - Portugalia w finałach mistrzostw świata w 2006 roku Portugalczyk wywarł presję na arbitrze, by wywalił Anglika z boiska, po czym mrugnął okiem w stronę swojej ławki. Ale rany powoli się zabliźniały i na boisku współpraca tego duetu układała się znakomicie. W 2004 roku Ferguson stoczył o Rooneya prawdziwy bój z Newcastle; MU ostatecznie musiał zapłacić za wschodzącą gwiazdę angielskiej piłki aż 31 milionów funtów, ale się opłaciło.

2008/09 FC Barcelona, czyli wejście Pepa

Szósty lutego 2010 roku był od samego rana gorącym dniem we wszystkich szpitalach położniczych Barcelony i okolic. Brakowało miejsc na salach, pacjentki z wielkimi brzuchami i silnymi bólami zjawiały się jedna po drugiej. Lekarze i położne uwijali się jak w ukropie; ledwie rozbrzmiał płacz jednego noworodka, pędzili, by pomóc przyjść na świat drugiemu. "Co to się dziś dzieje?" - zagadywali do siebie na korytarzach. "Chwila, a co było dziewięć miesięcy temu?" - zapytał ktoś w końcu przytomnie. "No, 6 maja 2009 roku... No tak, Stamford Bridge, gol Iniesty!" Wszyscy się roześmiali i już w lepszych nastrojach pobiegli mierzyć się ze skutkami tamtej nocy, kiedy Barcelona długo nie położyła się spać.

Na początku lutego 2010 roku, dziewięć miesięcy po awansie Barcelony do finału Ligi Mistrzów dzięki trafieniu Andrésa Iniesty w ostatniej minucie meczu z Chelsea, statystyki odnotowały znaczny wzrost urodzeń w Katalonii. Córka fortunnego strzelca i jego żony Any przyszła natomiast na świat 4 kwietnia 2011 roku - dziewięć miesięcy po tym, jak zawodnik strzelił dla Hiszpanii zwycięskiego gola w finale mistrzostw świata. Najwidoczniej 6 maja 2009 roku przeczuwał, że to wciąż nie była najważniejsza bramka jego życia.

Mistrz Polski Wisła Kraków przystąpił do rywalizacji w drugiej rundzie eliminacji. Pierwszym rywalem był Beitar Jerozolima, który u siebie pokonał ekipę Macieja Skorży 2:1. Media pisały o braku entuzjazmu w grze wiślaków, o kiszeniu się zespołu we własnym sosie, braku odpowiednich transferów. Wygrany 5:0 rewanż uspokoił nastroje w Polsce i wzbudził nawet pewne nadzieje przed rywalizacją z Barceloną, która stanęła na drodze krakowian w ostatniej rundzie. Opierały się one na tym, że o rok starszy od Skorży nowy szkoleniowiec Katalończyków, Pep Guardiola, nie miał żadnego trenerskiego doświadczenia, że z Barçy odszedł Ronaldinho, a Leo Messi był na igrzyskach olimpijskich i nie mógł wystąpić w pierwszym meczu, że bohaterowie zwycięskiego dla Hiszpanii Euro, czyli Carles Puyol, Andrés Iniesta oraz Xavi, będą zmęczeni, bo w zasadzie nie mieli wakacji. Prezydent Joan Laporta zabiegał zresztą o to, by zmienić kolejność spotkań, czyli by pierwsze odbyło się na wyjeździe (bo pragnął połączyć rewanż ze zgromadzeniem członków klubu), w Krakowie bądź Jerozolimie, ale ani Beitar, ani Wisła nie wyraziły na to zgody, co dowodzi, że nad Wisłą liczono na przywiezienie dobrego wyniku z Camp Nou i entuzjazm trybun w rewanżu. "Musimy wyjść na boisko, zapomnieć, że to Barcelona, i być sobą. Widzę w zespole ogromną chęć sprawienia niespodzianki" - mówił już w Barcelonie Skorża.

Nic z tego nie wyszło. Jak się okazało, rację miał Carles Puyol, który kilka dni przed starciem z Wisłą stwierdził: "Jesteśmy gotowi na grę o Ligę Mistrzów, jeśli chodzi o formę, to niczego nam nie brakuje". Zresztą także Leo Messi wysłał z Pekinu komunikat: "Na eliminacje nie jestem drużynie potrzebny". Skorża zaś chyba nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów przepaści dzielącej trzecią drużynę La Liga od mistrza Polski. W pierwszym meczu na boisku rządzili Xavi z Iniestą w środku oraz Samuel Eto'o i Thierry Henry, zupełnie nieuchwytni z przodu dla defensorów Białej Gwiazdy. Barça bez wysiłku wygrała 4:0, po dwóch golach Eto'o (17. i 83. minuta) i po jednym Xaviego (24.) oraz Henry'ego (49.). Napastnicy wykorzystali sytuacje sam na sam z Mariuszem Pawełkiem, a pomocnik huknął z dystansu. Wisła nie oddała ani jednego celnego strzału na bramkę Víctora Valdésa, obserwatorom meczu zaimponowało zaś to, jak znakomicie Pep Guardiola rozpoznał silne i słabe strony pierwszego pucharowego rywala. Zdając sobie sprawę z miernej klasy ofensywnego pomocnika Tomáša Jirsáka, Katalończyk ustawił swego defensywnego pomocnika Seydou Keitę z lewej strony, by zatrzymywał najlepszego w pojedynkach jeden na jednego w zespole mistrza Polski Wojciecha Łobodzińskiego. Ponadto nastawił obronę na łapanie wiślaków na spalone, co zdarzało się raz za razem, gdyż Paweł Brożek i koledzy zupełnie nie umieli ich unikać. Taka dbałość o szczegóły przed każdym spotkaniem miała stać się szybko znakiem firmowym Pepa. Jednym z wielu zresztą.

Tak po raz kolejny prysł mit o potędze Wisły, a rozpoczęła się droga Barcelony po triumf w Lidze Mistrzów. Wygrany przez Polaków 1:0 rewanż był tylko łyżką miodu w beczce dziegciu - słodką, bo Barça wystawiła podstawowy skład, ale bez znaczenia.

Ostatnia runda eliminacji nie przyniosła żadnej sensacji. Najbliżej wyeliminowania faworyta był Standard Li?ge, który jedynego gola w dwumeczu z Liverpoolem stracił dopiero w 118. minucie rewanżu. Do fazy grupowej przebiła się ekipa BATE Borysów i tym razem to ona wystąpiła w roli egzotycznej przyprawy do dania złożonego z dobrze wszystkim znanych składników.

Przed startem fazy grupowej bukmacherzy najwyżej wyceniali szanse nie triumfatora poprzedniej edycji, czyli Manchesteru United (7:1), lecz objętej przez Luiza Felipe Scolariego, trenera mistrzów świata z 2002 roku, Chelsea Londyn (6:1). Na triumf zasadzał się prowadzony przez Bernda Schustera Real Madryt (6,5:1), którego prezydent Ramón Calderón obiecał zawodnikom po milionie euro na głowę za dublet. Wielką niewiadomą stanowił powracający na salony po dwuletniej banicji Juventus (17:1), ale spodziewano się, że honoru Serie A będzie bronił raczej Inter przejęty przez José Mourinho (7:1). Barcelona miała współczynnik 9:1, a Roma, na której stadionie miał odbyć się wielki finał, tylko 26:1.

Oczywiście kibice Giallorossi marzyli o tym, żeby ich ukochany klub dotarł do decydującego starcia, ale zawyli z bólu już w pierwszej kolejce, w której Roma przegrała u siebie 1:2 z rumuńskim Cluj. Innych sensacji nie było, może poza wcześniejszym, niż się spodziewano, powrotem na boisko po kontuzji Cristiano Ronaldo.

Po drugiej serii, w której Cluj zremisował z Chelsea, zaczęły pojawiać się tezy, że triumf Hiszpanii na Euro 2008 może szybko znaleźć przełożenie także na wyniki zmagań klubowych. Real, Barça i Atlético miały po dwie wygrane (co udało się jeszcze tylko Liverpoolowi), a Villarreal odnotował remis na Old Trafford i zwycięstwo z Celtikiem. Bohaterowie turnieju brylowali na boiskach, za to gorzej wiodło się trenerowi mistrzów, Luisowi Aragonésowi, który niepodziewanie objął Fenerbahçe Stambuł, co nie było chyba przemyślanym wyborem.

Po trzeciej serii komplet zwycięstw miała już tylko Barça, która po nieudanym starcie w Primera División (punkt w dwóch meczach) i tam szła potem jak burza. We wrześniu kibice na świecie przyjmowali jej wyniki z niedowierzaniem, w październiku i rezultaty, i styl gry zespołu wzbudzały już powszechny zachwyt - stało się jasne, że w futbolu pojawiła się nowa jakość. Wygrana 5:0 w Bazylei była wyrównaniem najwyższego wyjazdowego zwycięstwa Barçy w historii jej występów w Lidze Mistrzów. Anglicy jednak postanowili nie oddawać pola Hiszpanom: wygrane Liverpoolu, Chelsea, MU i Arsenalu wyprowadziły te zespoły na pierwsze miejsca w grupach.

Dla nas wydarzeniem okazał się gol Marka Saganowskiego (z minimalnego spalonego) w meczu jego Aalborga z Villarrealem. Było to bowiem pierwsze trafienie Polaka w LM od 9 marca 2005 roku, kiedy to Jacek Krzynówek w barwach Bayeru pokonał Jerzego Dudka strzegącego bramki Liverpoolu. Od tego czasu minęły więc 1323 dni. Ale generalnie znów najmocniej ekscytowaliśmy się występami Artura Boruca w Celticu. Lecz choć Polak dwoił się i troił, wpuszczał sporo goli.

Po czwartej kolejce pewna awansu mimo zaledwie remisu z Basel była Barça, a także Sporting z Lizbony i Juventus, prowadzony do wygranej na Santiago Bernabéu przez dziadka Del Piero, który strzelił Realowi dwa piękne gole.

Wyniki piątej kolejki (w czwartym w historii pucharowym meczu pomiędzy Villarrealem a MU padł czwarty bezbramkowy remis!) ułożyły się w sposób rozczarowujący dla miłośników emocji na finiszu, bo w pięciu grupach sprawa awansu została przesądzona i do zajęcia pozostały już tylko trzy wolne miejsca. W komplecie, mimo turbulencji Realu, w 1/8 finału zameldowali się tylko Hiszpanie, Anglikom do pełni szczęścia brakowało matematycznego awansu Chelsea, która zremisowała z Bordeaux. Scolari zapowiedział, że poda się do dymisji, jeśli jego ekipie powinie się noga w meczu z Cluj i The Blues odpadną z rywalizacji. W grupie A nikt nie mógł być pewny awansu, o dwa miejsce biły się Chelsea, Roma i Bordeaux. W grupie B pewny swego był Inter, a w decydującym boju o awans miały zetrzeć się grecki Panathinaikos i cypryjski Anorthosis.

Ostatecznie w Atenach lepsi okazali się gospodarze. Chelsea i Roma też nie pokpiły sprawy. Faza grupowa nie przyniosła zatem żadnej sensacji; awans Panathinaikosu kosztem Werderu to nawet nie była niespodzianka, już prędzej tym mianem dałoby się ocenić zdobycie zaledwie pięciu punktów w grupie H przez triumfatora Pucharu UEFA w poprzednim sezonie, Zenit Petersburg. Rosjanie szykowali się na sukces w Lidze Mistrzów, ale okazało się, że nie dorastają do pięt Realowi i Juve. W ostatniej kolejce wielu trenerów wystawiło rezerwowe składy. Dla miłośników wyrównanej rywalizacji stawało się jasne, że UEFA zlikwidowała nie tę fazę grupową, którą powinna.

Przed fazą pucharową był już tylko jeden faworyt do zwycięstwa - Barcelona. Grała bowiem futbol kosmiczny, nieosiągalny dla nikogo w Europie, w Primera División niemal zapewniła już sobie tytuł, więc gdyby nie dotarła do finału w Rzymie i go nie wygrała, oznaczałoby to wielką sensację. Wisła Kraków okazała się zaledwie jedną z trzech ekip (obok Numancii i Szachtara Donieck), które zdołały jesienią pokonać maszynę Pepa Guardioli. Ale zanosiło się na wyboistą drogę, bo rywale w LM, w tym już pierwszy - z Lyonu, też sprawiali dobre wrażenie.

Ponieważ kilka potężnych ekip zajęło w swych grupach drugie miejsca, już w 1/8 finału mieliśmy hitowe starcia, zwłaszcza angielsko-włoskie. Na czoło wysuwała się rywalizacja MU z Interem, czyli Alexa Fergusona z José Mourinho. Na San Siro było 0:0, Mou pieklił się na sędziego Luisa Medinę Cantalejo z Hiszpanii, ale przewagę i lepsze sytuacje miał Manchester, zatrzymany wszakże przez bramkarza ekipy z Serie A, Júlio Césara. Rewanż był już popisem Anglików, Mou musiał poczekać jeszcze rok na kolejny sukces w LM.

Chelsea, już z Guusem Hiddinkiem na ławce, pokonała 1:0 Juve prowadzone przez byłego trenera The Blues Claudio Ranieriego. W pierwszym meczu zwycięskiego gola strzelił Didier Drogba, którego Scolari przetrzymywał na ławce rezerwowych. W rewanżu londyńczycy kontrolowali wydarzenia. Warto pamiętać, że obejmując Chelsea, Hiddink nie zrzekł się bynajmniej stanowiska selekcjonera reprezentacji Rosji i niebawem po wyeliminowaniu Juve udał się do Moskwy, by przygotowywać zespół do eliminacyjnych bojów z Azerbejdżanem i Liechtensteinem. Holender oczywiście awansował ze Sborną do turnieju w RPA i zaliczył czwarty kolejny mundial z czwartą kolejną reprezentacją.

Arsenal rywalizował z Romą i potrzebne były karne, by zakończyć marzenia ekipy z Rzymu o grze w wielkim finale na swoim stadionie.

W kolejnej parze tańczyły Real i Liverpool. W zespole z Madrytu w trakcie sezonu zdążyło dojść i do zmiany prezydenta (odszedł Ramón Calderón, a powrócił Florentino Pérez), i do zmiany trenera - miejsce Schustera, który powiedział przed El Clásico, że z Barceloną w tej chwili nie da się wygrać, zajął Juande Ramos. A na ławce rywala z Liverpoolu zasiadał pochodzący z Madrytu Rafa Benítez, który marzył o poprowadzeniu Realu - co na jego nieszczęście miało się za kilka lat ziścić. Przetrzebieni kontuzjami madrytczycy nie mieli większych szans. U siebie przegrali 0:1, a na Anfield The Reds zmietli ich z boiska, wygrywając 4:0. Los Blancos po raz piąty z rzędu pożegnali się z Ligą Mistrzów na szczeblu 1/8 finału.

W Atlético Javier Aguirre też nie doczekał fazy pucharowej LM, jego miejsce zajął Abel Resino. Nie miał autorytetu u zawodników - gdy w pierwszym meczu z Porto Kun Agüero, świeżo upieczony ojciec wnuka Diego Maradony, został zdjęty z boiska, zamiast usiąść na ławce, od razu udał się domu. Ostatecznie Atlético odpadło w tej fazie, ale mogło się pochwalić tym, że w Lidze Mistrzów 2008/09 nie przegrało ani jednego meczu!

W parze Villarreal - Panathinaikos kibicowaliśmy w Polsce Koniczynkom, a to ze względu na to, że zimą do tego zespołu przeniósł się z Legii Jakub Wawrzyniak. W pierwszym meczu padł remis 1:1, a Polak popełnił faul skutkujący rzutem karnym. W Grecji Submarinos byli zaś lepsi i wygrali 2:1.

Jedynym zespołem pewnym awansu po pierwszym meczu był Bayern, który, wiedziony do boju przez zjawiskowego Francka Ribéry'ego, zmiótł w Lizbonie z boiska Sporting. Łącznie kiepsko spisująca się w Bundeslidze ekipa Jürgena Klinsmanna wbiła lizbończykom 12 goli, choć w rewanżu grała bez asa ataku, Luki Toniego.

Barcelona wywiozła z Lyonu cenny remis 1:1, ale nieco rozczarowała. Rewanż natomiast był meczem spektakularnym, a dla Thierry'ego Henry'ego, który strzelił dwa gole i zaliczył dwie asysty w wygranym 5:2 spotkaniu, bodaj najlepszym w katalońskim okresie jego kariery. Prasa pisała po spotkaniu, że Barça jest jedyną ekipą, która w tym sezonie może stawić czoła angielskiej dominacji na kontynencie. Sylvinho powiedział zaś w rozmowie ze stroną klubową: "Naszym celem jest potrójna korona. Nie będzie mowy o oszczędzaniu sił. Chcemy wygrać wszystko". Kości zostały rzucone.

Na Anglików z Old Trafford w ćwierćfinale zaczaiło się jednak niespodziewanie Porto. Po remisie 2:2 w Manchesterze zaczęto szukać analogii między ekipą Jesualdo Ferreiry a zespołem José Mourinho sprzed pięciu lat, który pierwszy wielki triumf odniósł przecież właśnie w rywalizacji z Diabłami. Ale w Porto MU okazał się minimalnie lepszy (gola uderzeniem z ponad 30 metrów strzelił Cristiano Ronaldo) i głośno artykułowane przez Alexa Fergusona plany - zdobycie pięciu trofeów i bezprecedensowe wygranie dwa razy z rzędu Ligi Mistrzów - nadal pozostawały realne. Warto wspomnieć, że Manchester United jako pierwszy klub z Wysp Brytyjskich wygrał w Porto, a była to już 13. taka wizyta! MU był też pierwszym triumfatorem Ligi Mistrzów od sześciu lat, który dotarł do półfinału kolejnej edycji.

Kłopoty w pierwszym spotkaniu miał także Arsenal. Szybko stracił gola, a potem kontuzjowanego bramkarza Manuela Almunię. Tego jednak od 28. minuty świetnie zastąpił Łukasz Fabiański, który obronił kilka groźnych uderzeń zawodników Villarrealu, i ostatecznie skończyło się na 1:1. Na Emirates (3:0 dla Kanonierów) Fabiański też oczywiście bronił, ale my byliśmy rozczarowani, bo na ławce rezerwowych zamiast 19-letniego Wojciecha Szczęsnego zasiadł Vito Mannone.

Starcia Liverpoolu z Chelsea urosły już do miana klasyków Ligi Mistrzów. I tym razem emocji było mnóstwo, w dodatku niespodziewanych, bo na widzów spadł grad bramek. Rafa Benítez dobrze radził sobie z rozpracowywaniem taktyki José Mourinho, z jego następcami jednak szło mu znacznie gorzej. Tym razem w pierwszym meczu został bezlitośnie ograny przez Guusa Hiddinka i po porażce 1:3 The Reds w zasadzie już skreślono z listy kandydatów do gry w półfinałach. Chelsea dwa gole strzeliła po staranie zaplanowanych akcjach i uderzeniach głową Didiera Drogby oraz Branislava Ivanovicia, czyli zawodników, na których Scolari postawił krzyżyk, a przywróconych do życia przez Hiddinka. Rewanż to było prawdziwe szaleństwo, jeden z najlepszych meczów w historii Ligi Mistrzów. Gdy w 83. minucie Liverpool wyszedł na prowadzenie 4:3 i od awansu dzieliła go tylko jedna bramka, świat wstrzymał oddech. Gol ostatecznie padł, tyle że dla Chelsea.

A Barça śpiewająco poradziła sobie z Bayernem. Zwycięstwo 4:0 było potężne, ale gdyby skończyło się na 8:0, nikt nie mówiłby o niesprawiedliwości, gdyż Katalończycy dominowali na boisku całkowicie. "Wysublimowanie techniczne zawodników Barcelony sprawiło, że ten mecz był dziełem sztuki. Bayern został upokorzony" - pisał "El País". Mimo tak wyraźnej przewagi swych zawodników Pep Guardiola szalał przy linii bocznej, wyzywał sędziego i ostatecznie został usunięty na trybuny.

Podobnie jak przed rokiem w półfinałach znalazły się więc trzy zespoły angielskie i Barcelona. W zasadzie do tego kwartetu plus Liverpool dało się zawęzić ówczesną elitę europejskiego futbolu klubowego. Przy czym Anglicy stale grali ze sobą i byli przyzwyczajeni do najwyższego poziomu rywalizacji, a Barça stykała się z nim dopiero w Lidze Mistrzów i przeżywała wtedy szok. W lidze po kilku szybko wymienionych podaniach jeden z napastników wychodził sam na sam z bramkarzem, tu nadal stało na drodze kilku obrońców. Zmagania Barçy z Anglikami porównałem na łamach "Piłki Nożnej" do osi dramatycznej genialnego filmu Carlosa Saury Anna i wilki z 1973 roku, co pozwolę sobie tu powtórzyć. Oto młoda guwernantka przybywa nauczać dzieci do domu zamieszkałego przez trzech strasznych braci, José, Fernando i Juana, którzy, każdy na swój sposób, dybią na jej niewinność fizyczną i duchową. Lecz grana przez Geraldine Chaplin dziewczyna dzięki twardemu charakterowi potrafiła wszystkich okiełznać... Czy tak miało to też wyglądać w Lidze Mistrzów w sezonie 2008/09?

Spośród trzech zespołów angielskich dwa reprezentowały Londyn i było bardzo prawdopodobne, że w końcu któraś drużyna z tego miasta wygra Puchar Europy. Po pierwszych meczach londyński finał wydawał się najbardziej prawdopodobną ewentualnością.

Na Camp Nou Hiddink znalazł sposób na sparaliżowanie atutów Barçy, która po groźnym początku, gdy piłkę kopniętą przez Xaviego z linii bramkowej wybił John Terry, z trudnością zbliżała się do bramki świetnie tego dnia dysponowanego Čecha. Pod nieobecność kontuzjowanych Ashleya Cole'a i Paulo Ferreiry na lewej obronie zagrał José Bosingwa i praktycznie wyłączył z działań Messiego. Gdyby nie fenomenalna podwójna parada Víctora Valdésa po strzałach Didiera Drogby w 39. minucie, goście wywieźliby zasłużoną wygraną. Przed rewanżem Pepa Guardiolę musiała też martwić kontuzja Rafy Márqueza i kolejna kartka dla Carlesa Puyola. Oznaczało to, że na Stamford Bridge Barça zagra zaimprowizowaną defensywą.

Arsenal wprawdzie przegrał na Old Trafford, ale tylko 0:1, co zawdzięczał wspaniałemu występowi Almunii, który akurat się wyleczył. Po raz 800. w barwach MU wybiegł na murawę Ryan Giggs, ale jako rezerwowy wiele nie zdziałał. Alex Ferguson był zadowolony, gdyż przed meczem mówił, że kluczem do awansu do finału jest jakiekolwiek zwycięstwo do zera. W rewanżu jego zespół szybko otrzymał prezent od Kierana Gibbsa (wykorzystany przez Park Ji-sunga), chwilę później CR huknął z wolnego nie do obrony i było po sprawie. Ars?ne Wenger mówił po przegranym 1:3 meczu, że ten wynik to największe rozczarowanie w jego trenerskiej karierze.

Barça przystąpiła do swojego rewanżu kilka dni po epickiej wiktorii 6:2 na Santiago Bernabéu, a więc zarazem rozentuzjazmowana i zmęczona. Tak wysoki wynik w Madrycie wcale nie musiał być dobrym prognostykiem, o czym wiedzieli nawet sami piłkarze. "Wygrana z Realem to już historia. To coś wielkiego, ale nie da nam finału Ligi Mistrzów" - mówił na przedmeczowej konferencji Piqué.

Istotnie, Anna nie wyglądała tego dnia pięknie, nie zdążyła nałożyć makijażu, ale mimo wszystko dała radę. Jeśli chodzi o jakość gry Barçy, być może był to w ogóle najgorszy mecz sezonu, bo podopiecznym Guardioli nie kleiło się dosłownie nic. Cudownego gola dla gospodarzy strzelił Michael Essien, a gdy w 66. minucie, przy stanie 0:1, Éric Abidal z czerwoną kartką wyleciał z boiska, wydawało się, że to już koniec. Valdés jednak znów bronił strzały Drogby, a Barça nacierała - choć bez efektu, to z uporem i wiarą. Gdy niemal wszyscy już pogodzili się z tym, że to Chelsea zagra w finale, nadszedł jeden z dwóch najpiękniejszych momentów w życiu Andrésa Iniesty. "Znalazłem się na skraju pola karnego, ale tak naprawdę niczego się nie spodziewałem. Leo przejął piłkę w polu karnym, ale widząc, że sam nie będzie mógł oddać strzału, podał do mnie. A potem..." - wspomina w książce Andrés Iniesta. Artysta futbolu. A potem, jak z kolei napisał w Roku w raju, nie uderzył piłki żadnym podbiciem: wewnętrznym, zewnętrznym (choć tak właśnie było) czy prostym, tylko sercem. Co by było, gdyby nie trafił do siatki, tylko w poprzeczkę albo gdyby Petr Čech obronił, albo Michael Ballack instynktownie się nie uchylił, przepuszczając piłkę? Otóż cała dalsza historia futbolu potoczyłaby się inaczej. Barça nie wygrałaby Ligi Mistrzów, świat nie zachwyciłby się Pepem Guardiolą, który nie zyskałby statusu czarodzieja, a tiki-taka nie stałaby się obowiązującym wzorcem dla zastępów trenerów na całym świecie.

"Próbowaliśmy przebić się przez ich obronę na wszystkie możliwe sposoby i w końcu się udało. Myślę, że zasłużyliśmy na ten finał" - powiedział Messi. Przed meczem Bojan Krkić obiecał Inieście, że jeśli ten strzeli gola na wagę finału, odda mu swoje bilety na to spotkanie. Jak wspominał sam Krkić, gdy Andrés wygrzebał się spod gratulujących mu kolegów, natychmiast upomniał się o owe wejściówki.

Hiddink po meczu grzmiał na sędziego Toma ?vreb? z Norwegii: "Ukradł nam finał. Zostaliśmy oszukani i nie można się dziwić, że moi piłkarze byli tak zdenerwowani". Chodziło mu o dwa niepodyktowane rzuty karne za zagrania piłki ręką graczy Barçy we własnym polu karnym: Gerarda Piqué w 83. minucie i Samuela Eto'o w samej końcówce, już po wyrównującym trafieniu Andrésa Iniesty. Po tym drugim wydarzeniu Ballack gonił arbitra z wyraźnym zamiarem mordu, na szczęście został przez kogoś zatrzymany. Niemniej jeszcze w hotelu sędzia odebrał groźby śmierci, na lotnisko jechał zaś w asyście policji. Angielskie media snuły teorię spiskową, głosząc, że UEFA nie życzyła sobie ponownego finału pomiędzy MU i Chelsea, oraz przypominały, że w decydującym starciu LM w 2006 roku inny Norweg, Terje Hauge, na początku meczu Arsenalu z Barçą wyrzucił z boiska bramkarza Kanonierów. Tak czy owak, warto zauważyć, że po wygraniu Pucharu Europy z PSV w 1988 roku Hiddink jako trener klubowy i selekcjoner pięć razy wprowadzał swe zespoły do półfinałów rozmaitych imprez, lecz ani razu nie awansował do finału.

W Manchesterze kibice byli przekonani, że ich zespół obroni trofeum. Ceny biletów na finał drożały z dnia na dzień, by dojść do tysiąca funtów za sztukę. Brak pauzującego za otrzymaną w ostatniej minucie półfinałowego rewanżu czerwoną kartkę Darrena Fletchera nie wydawał się sprawą istotną. Oczekiwano, że MU powieli taktykę Chelsea, tylko nie będzie miał jej pecha. Trochę niepokojono się Messim, ale Patrice Evra uspokajał kibiców w rozmowie z "L'Équipe". "Jasne: wystarczy jeden błąd i Leo Messi strzeli gola. Konkretnie mój błąd, bo ja gram na lewej obronie. Z pewnością czeka mnie ciężka noc. Mam dla Messiego dużo respektu, ale jestem w dobrej formie i czuję, że go zatrzymam". Evra nie chciał zawieść zaufania Alexa Fergusona, który powiedział w szatni: "Messi? Pat się nim zajmie". Francuski zawodnik przypomniał też, z jakimi planami przybywał do MU: "Powiedziałem w pierwszym wywiadzie, że nie przyjechałem tu grać w Lidze Mistrzów, tylko ją wygrać. Teraz, kiedy mam już jedno trofeum w tych rozgrywkach, moim celem jest drugie, a potem trzecie".

Guardiola też się jednak bał, chociaż Gerard Piqué, znający zespół z Old Trafford, z którym rok temu był na finale Ligi Mistrzów w Moskwie (choć nie zagrał w nim ani przez minutę), uspokajał go, że Anglicy to nic wielkiego. Trener musiał na starcie w Rzymie wynaleźć nowe boki obrony, bo oprócz Abidala z powodu nadmiaru żółtych kartek nie mógł zagrać też Dani Alves. Na prawej stronie Pep umieścił więc Puyola, którego w środku zastępował już od pewnego czasu Yaya Touré, na lewej stronie zaś chciał wystawić Seydou Keitę, ale ten powiedział: "Lepiej by było, żebym tam nie grał, szefie", więc w jedenastce znalazł się Sylvinho. Dobrze, że wyleczyli się kontuzjowany 17 dni wcześniej Iniesta oraz Henry. "Mamy luki w składzie, ale będziemy odpowiednio przygotowani do meczu" - zapewniał Puyol i miał rację. Iniesta stanął na nogi, choć... nie do końca. "Do pełnego powrotu do formy potrzebowałem jeszcze kilku dni. Nie czułem się na tyle dobrze, by polecieć do Rzymu. Ale i tak tam poleciałem" - stwierdził w książce Rok w raju.

Tyle że wydarzyła się jeszcze inna historia, która mogła pozbawić Barcelonę uszatki. Prawda wygląda tak, że w 2009 roku Katalończycy wygrali finał Ligi Mistrzów nie dzięki Guardioli, ale wbrew temu, co zrobił, mimo kardynalnego błędu popełnionego przez tego szkoleniowca na ostatniej prostej.

Po latach zawodnicy przyznają, że przed finałem trener ich przemotywował. "Wszyscy wiedzieliśmy, jaką odpowiedzialność niesie w sobie gra w finale Ligi Mistrzów, nie trzeba nam było tego tak dobitnie uświadamiać" - napisał Valdés w książce Samotność bramkarza. A Pep puścił im nazbyt pompatyczny film zmontowany przez Santiego Padró z TV3 pod muzykę z Gladiatora. Valdés tak opisał całą sekwencję zdarzeń: "Do meczu pozostało zaledwie kilka minut, a my zeszliśmy z rozgrzewki i zobaczyliśmy, że nasza szatnia jest zamknięta. Spojrzeliśmy na Pepa, a on powiedział: "Nie wchodźcie tam jeszcze, poczekajcie chwilę". Mieliśmy niewiele czasu, żeby założyć buty i dokończyć przedmeczowe przygotowania. Ta nieprzewidziana sytuacja wywołała w nas pewną nerwowość. Pamiętam, że było bardzo ciepło i pociliśmy się, a wręcz dusiliśmy w upale. Po chwili drzwi się otworzyły, weszliśmy i zobaczyliśmy pomocników trenera montujących ekran i projektor. (...) Przypuszczaliśmy, że przekaże nam ostatnie instrukcje (...) [A tymczasem] rozpoczęła się projekcja filmu (...) były tam zdjęcia z treningów i spotkań z tego sezonu, fotografie zawodników, którzy odnieśli kontuzje (...) obrazy kibiców (...). Niektórzy z kolegów wzruszyli się do tego stopnia, że z ich oczu pociekły łzy. Potem wyszliśmy na boisko, ale minęło trochę czasu, zanim udało nam się odreagować. Te minuty mogły nas drogo kosztować".

Wszyscy z zapartym tchem oglądali materiał przygotowany przez trenera. Wyłamywał się jak zwykle jeden - Samuel Eto'o. I to uratowało Barçę. Zespół wyszedł bowiem na boisko jakby przytłoczony, oddał inicjatywę rywalowi, nie potrafił zaatakować, z każdą minutą coraz bardziej rozpaczliwie się bronił. Cristiano Ronaldo oddał trzy groźne strzały obronione przez Valdésa. Na szczęście w dziesiątej minucie Kameruńczyk po otrzymaniu piłki od Iniesty ("Tylko Andrés mógł mi ją tak wspaniale podać. Byłem w stanie od razu uciec obrońcy. Minąłem go, właściwie tylko odpowiednio układając ciało" - opowiadał potem) przeprowadził indywidualną akcję, uciekł... Evrze, ograł Vidicia i strzelił gola na 1:0, co obudziło zespół, który potem już bez większych kłopotów dociągnął prowadzenie do końca, nawet je podwyższając. Barcelona powinna dostać karnego za faul na Messim, Xavi strzelił z wolnego w słupek, a na 2:0 trafił Messi, głową, po znakomitym podaniu Xaviego, gubiąc przy tym prawy but. Eto'o nie miał wątpliwości, kto najmocniej zapracował na zwycięstwo. "Wtedy to nie ja grałem w piłkę z Messim, tylko Messi ze mną" - powiedział w 2016 roku. A Jim White w książce o MU tak opisał wrażenia z oglądanego w pubie finału: "Ulotne okazało się wszystko, na co najbardziej liczyli kibice. (...) Największym zaskoczeniem meczu okazali się Xavi i Iniesta. (...). Grali tak, jak gdyby potrafili znaleźć sobie mnóstwo miejsca nawet w tokijskim metrze w godzinach szczytu. (...) Gdy po zakończeniu meczu Katalończycy odbierali medale, zawodnicy Manchesteru mogli ich tylko oklaskiwać". Ferguson oceniał to podobnie. "Barça była (w 2009 roku) najlepszym zespołem, jaki kiedykolwiek zagrał przeciwko Manchesterowi" - napisał w 2013 roku w autobiografii. Michael Carrick zdradził, co mocno zdenerwowany Szkot wypowiedział po tamtym meczu do swoich zawodników: "Spójrzcie na siebie i zastanówcie się, czy jesteście w stanie zagrać na takim poziomie (jak oni)". Wayne Rooney wyraził jednak w "Sunday Times" opinię, że w obu przegranych z Barçą finałach, w 2009 i w 2011 roku, najbardziej zawalił właśnie trener. "Oba mecze przegraliśmy, bo chcieliśmy wysoko pressować i biegać za rywalami. To była samobójcza taktyka. Trener mówił: "Jesteśmy Manchesterem United i będziemy atakować, bo taka jest nasza kultura". Wszyscy piłkarze wiedzieli, że to jest błąd, bo w 2008 roku wygraliśmy z Barçą w półfinale dzięki innym założeniom".

Największym rozczarowaniem okazał się występ Cristiano Ronaldo, dla którego był to ostatni mecz w barwach MU na ponad dekadę. "Mój czas w United dobiegł końca" - powiedział niebawem i przeniósł się do Realu Madryt.

Podczas fety na ulicach Barcelony, gdzie piłkarze świętowali potrójną koronę razem z kibicami, prym wiódł oczywiście Piqué. "To coś niesamowitego. Potrójna korona! Nikt w tym kraju wcześniej tego nie osiągnął!" - krzyczał. "Mamy trzy puchary, ale to dopiero początek! Teraz idziemy po kolejne!" - wrzeszczał Éric Abidal. "Sen stał się rzeczywistością. Visca el Barça. Visca Catalunya!" - skandował Puyol. Przeczucie ich nie myliło - to był dopiero początek sukcesów ich zespołu.

A jak wyglądał początek wszystkiego?

Był trudny, złote lata Barçy poczynały się w bólach. Lato 2008 roku okazało się na Camp Nou bardzo gorące. Joan Laporta musiał zmierzyć się z wotum nieufności. Ośmiu członków jego junty podało się do dymisji, uważając, że statek tonie i należy go jak najprędzej opuścić. Na domiar złego bank La Caixa zamknął klubowi linię kredytową. W tej sytuacji powierzenie sterów zespołu Pepowi Guardioli - zamiast postawienia na jakiegoś sprawdzonego i doświadczonego trenera - jawi się jako czyn o niespotykanej śmiałości, choć może były w nim też wiele desperacji i chęć przyoszczędzenia. Znana jest opowieść, jak to podczas wspólnej kolacji Pep nagle powiedział Laporcie, że zabraknie mu jaj, by jemu, nowicjuszowi, powierzyć funkcję trenera Barçy. Kto wie, może to był decydujący moment? Warto przypomnieć często pomijany fakt, że głównym kontrkandydatem na stanowisko szkoleniowca pierwszej drużyny był José Mourinho, a Laportę zraziła do niego zapowiedź prowadzenia brzydkich gierek słownych z rywalami, z czego The Special One zasłynął w Chelsea. I tak 8 maja ogłoszono, że następcą Rijkaarda zostanie Guardiola.

Laporta "wygrał" przeprowadzone 6 lipca referendum tylko dlatego, że wzięło w nim udział jedynie 26 procent socios; choć większość z nich chciała jego odwołania, zabrakło kworum. Mandat miał wszak słaby. Dobra atmosfera, która pojawiła się wokół klubu i zespołu po rozpoczęciu sezonu, sprawiła jednak, że 24 sierpnia w kolejnym głosowaniu 55,8 procent zebranych poprało prezydenta. Na górze zapanował spokój.

Mourinho nie miałby kłopotu ze zdobyciem sobie autorytetu u zawodników. A Pep? Guillem Balagué pisze w swej książce o Guardioli, że decyzją o natychmiastowym pozbyciu się Ronaldinho i Deco Pep zdobył władzę w szatni. Tak, od tego się wszystko zaczęło - jak zwykle na początku potrzeba było kozłów ofiarnych. Akurat wspomniana dwójka zasłużyła sobie na banicję, bo w końcówce kadencji Rijkaarda zawodnicy ci prowadzili mało sportowy tryb życia. Żądnym sukcesów młodym piłkarzom to się nie podobało, Carles Puyol prosił nawet Joana Laportę, by wpłynął na Franka, żeby ten surowiej pilnował dyscypliny. Guardiola tą jedną decyzją opowiedział się więc po stronie ambitnych, a nie najbardziej zasłużonych graczy.

Odejście wspomnianej dwójki oczywiście od razu zwiększyło też rolę Leo Messiego w zespole. Szybko stała się ona dominująca. Na pytanie, czy w Barcelonie w pierwszym sezonie Pepa Guardioli ważniejszy był trener czy Leo Messi, wciąż można usłyszeć w Katalonii rozmaite odpowiedzi, dyskusja bynajmniej nie została zamknięta. Punkty styczne między zwolennikami jednej i drugiej tezy można zresztą znaleźć: wielkość Pepa polegała na tym, że dostrzegł wielkość Messiego i nie bał się stawić jej czoła. Pierwszym tego sygnałem było przekazanie Messiemu pozostawionego przez Ronaldinho numeru 10. Ponadto "Pep Guardiola ustawił szatnię pod Messiego i znalazł mu sojuszników" - jak napisał Balagué w biografii argentyńskiego napastnika. To z pewnością dzięki Pepowi i rozmowom z innymi, bardziej doświadczonymi przecież piłkarzami w Barcelonie w sezonie 2008/09 szybko ukształtował się podział na Leo Messiego i resztę. "Musimy go chronić i odciążać od konieczności gry w defensywie, bo to nasz skarb - powiedział już zimą Yaya Touré, dodając: - Mam 191 centymetrów, a on 166, ale czuję się przy nim malusieńki". To był tylko inny sposób wyrażenia myśli zwerbalizowanej przez Thierry'ego Henry'ego: "Messi jest dla nas tym, kim w 1986 roku był Maradona dla reprezentacji Argentyny". Nawet wielki Francuz, jeszcze w poprzednim sezonie noszący wysoko głowę i oczekujący, że to koledzy będą dla niego nosić fortepian, w kolejnych rozgrywkach chwytał ochoczo za nogę instrument przeznaczony dla Messiego. Leo właśnie w sezonie 2008/09 z grona gwiazd piłki nożnej awansował do jednoosobowej (góra dwuosobowej) grupy bogów futbolu. Statystyki też nie pozostawiały wątpliwości: w połowie sezonu, gdy Messi był na boisku, Barça strzelała gola co 25,68 minuty gry, a gdy go brakowało - co 65 minut. Jedynie hardy Eto'o się nie poddawał i wręcz wyrywał Messiemu piłkę z rąk, gdy zespół dostawał karnego.

Najważniejszą sprawą był dobry stan zdrowia Argentyńczyka, wcześniej niezwykle podatnego na kontuzje. Od 4 marca 2008 nie doznał jednak już żadnego urazu, bo Pep Guardiola, objąwszy pierwszy zespół, roztoczył nad swoją gwiazdą pieczołowitą opiekę medyczną. I nie tylko. Za dietę od teraz odpowiadał brat Leo, Rodrigo, z wykształcenia kucharz, i hamburgery poszły w odstawkę. Specjalnie wyznaczony do tego zadania człowiek nadzorował każdorazowo rozgrzewkę zawodnika. Do tego po trzech meczach z rzędu w wyjściowym składzie w kolejnym Leo zasiadał na ławce rezerwowych. Kuratelę nad całością sprawował Juanjo Brau, który jeździł z podopiecznym nawet na zgrupowania reprezentacji Argentyny, objętej właśnie przez Diego Maradonę. Ten zresztą w kluczowej kwestii postąpił podobnie jak Guardiola, przekazując Messiemu po Juanie Románie Riquelme koszulkę z numerem 10. Boski zaakceptował Braua w swoim otoczeniu, zaprosił na ławkę rezerwowych, ściskał się z nim po golach i wykrzykiwał: "Błagam cię, zachowaj go dla mnie w zdrowiu!". Tyle wystarczyło, żeby kruchy wcześniej zawodnik nagle stał się okazem zdrowia. "Podziękujcie Juanjo. To głównie dzięki jego ciężkiej pracy nie odnoszę kontuzji" - powiedział wiosną 2009 roku sam Messi.

Oczywiście nakłonienie podopiecznych do uznania boskości Leo nie było jedyną zasługą Pepa. Xavi powiedział o Guardioli: "To entuzjasta zawodu, który posiada dar przekonywania. Gdy coś wydaje ci się białe, dla niego jest czarne, a po chwili rozmowy zmieniasz zdanie i przyjmujesz jego punkt widzenia". Jako pierwszy wielkość Pepa dostrzegł Éric Cantona, który powiedział w połowie kampanii: "Jest prawdziwym odkrywcą nowych piłkarskich lądów, genialnym wizjonerem, a zarazem bezbłędnym praktykiem". Praktyka treningowa wyglądała zaś tak, jak opisał ją Piqué w wypowiedzi zacytowanej przez Balagué w książce Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania: "Nie wydaje nam tylko rozkazów, tłumaczy też, dlaczego są takie, a nie inne. Dzięki temu jesteś lepszym piłkarzem, bo znasz powody stojące za konkretnymi poleceniami".

Prócz zjawiskowego stylu gry Barçę Pepa wyróżniała znakomita atmosfera w szatni. "Nie do pomyślenia jest, by ktokolwiek powiedział o koledze choćby jedno złe słowo" - wyznał Martín Cáceres, który w tamtym sezonie przemknął przez zespół z Camp Nou. Pep znalazł wspólny język z liderami drużyny, a szczególnie z Carlesem Puyolem. To właśnie kapitan pilnował przestrzegania dobrych obyczajów w zespole. Ponadto on i inni przywódcy zostali natchnięci przez trenera swego rodzaju poczuciem misji, wyjątkowości przeżywanego czasu - uwierzyli Guardioli, że Barça może sięgnąć po potrójną koronę, i postanowili nie zaniedbać żadnego szczegółu, tak by nic im nie przeszkodziło w zrealizowaniu marzeń. Oczywiście Pep zadbał o spisanie regulaminu, nakładającego na piłkarzy obowiązek prowadzenia profesjonalnego trybu życia pod groźbą surowych kar za uchybienia.

Nie wolno zapominać też o współpracownikach Pepa, a szczególnie o Paco Seirul-lo, specjaliście od przygotowania fizycznego. Gdy zaczynał się sezon, powszechnie sądzono, że najdalej w listopadzie bohaterów Euro dotknie kryzys fizyczny, tymczasem Seirul-lo odwlekał go tak, że nie ujawnił się do mety, a przecież gdyby do tego doszło i Xavi z Iniestą straciliby nagle parę w nogach, nic by nie wyszło z marzeń o uszatce.

Wspomnieć trzeba jeszcze o Luisie Aragonésie, który latem 2008 roku zdobył z reprezentacją Hiszpanii mistrzostwo Europy. Ten triumf przestawił pewne istotne rzeczy w głowach liderów Barcelony: Xaviego, Iniesty, Puyola. W 2006 roku, w ekipie Franka Rijkaarda, nikt nie uważał ich za szefów drużyny, te role odgrywali obcokrajowcy: Eto'o, Ronaldinho, Deco. Teraz jednak to na nich spoczywała odpowiedzialność za przetrwanie trudnych momentów. Wcześniej całe pokolenia hiszpańskich piłkarzy, a więc i oni, nie radziły sobie z poczuciem niemocy, brakiem wiary w siebie i w zwycięstwo. Po Euro 2008 nie było już o tym mowy. Także Leo Messi zaczynał sezon 2008/09 w świetnym nastroju, zdobył bowiem złoty medal igrzysk olimpijskich. Był tyleż szczęśliwy, co wdzięczny szefom Barçy, a zwłaszcza Pepowi Guardioli, że choć nie mieli takiego obowiązku, zwolnili go na turniej w Pekinie.

Guardiola wraz z asystentem Tito Vilanovą podjęli jeszcze przed sezonem pewną zasadniczą decyzję: zdecydowali się realizować swoją filozofię do końca. Pep wyraził to następująco: "Musimy wdrażać nasze idee, a później zobaczymy, czy będziemy wygrywać, czy przegrywać, ale będziemy to robić na swój sposób". To było swego rodzaju credo tego duetu - i tylko dzięki jego przyjęciu mogła powstać tiki-taka.

Wszyscy wiedzą, co to takiego, ale jak dokładnie wyglądał ten styl gry w pierwszym sezonie Pepa? Oczywiście nie było to bezsensowne klepanie, tylko wymienianie podań zorientowane na osiągnięcie ściśle zdefiniowanych celów taktycznych. Xavi z Iniestą, Alvesem i Messim tworzyli załogę mogącą w zasadzie bez końca utrzymywać się przy piłce. Gdy atakowało ich wielu rywali, od razu przenosili grę na drugą stronę, gdzie w gotowości czekał Thierry Henry. Wymienianie podań miało uśpić rywali, by nie zdążyli zareagować, gdy zespół wyprowadzi śmiertelny cios. Z każdym meczem coraz lepiej wyglądała współpraca Messiego z Danim Alvesem na prawej stronie. Gdy na prawym skrzydle grał Pedro (w sezonie 2008/09 jednak rzadko pojawiał się na boisku), miał on za zadanie przede wszystkim odciągać rywali, robić miejsce do atakowania Alvesowi. W sytuacjach kryzysowych, kiedy rywale biegali jak opętani między pomocnikami a napastnikami, stery przejmowali Carles Puyol i Yaya Touré. Najbardziej imponowała jednak gra obronna Barçy, czyli agresywny pressing zaraz po stracie piłki, zakładany przez wszystkich graczy.

Rola Barcelony Pepa w rozwoju światowego futbolu jest niepodważalna i może w gronie 30 opisanych tu triumfatorów nie ma drugiego, który wywarłby tak duży wpływ na dzieje dyscypliny. Po wiktoriach Grecji na mistrzostwach Europy w 2004 roku i Włoch na mundialu w 2006 świat miał dosyć defensywnego futbolu. Kolejni zwycięzcy Ligi Mistrzów wprawdzie prezentowali piłkę urozmaiconą, ale jednak w ofensywie była to improwizacja. Jeśli pojawiał się jakiś konkretny, sam w sobie ciekawy pomysł na grę do przodu, to na ogół wydawał się pozbawiony dalekosiężności, brakowało mu czegoś, co mogłoby się stać matrycą dla wszystkich drużyn chcących przede wszystkim strzelać gole, a nie ich nie tracić. Nawet styl reprezentacji Luisa Aragonésa nie doczekał się jakiegoś konkretnego określenia, był po prostu ciekawy. Do gry Barçy Pepa natomiast przylgnęło określenie tiki-taka, które stało się czymś więcej niż zabawną onomatopeją oddającą odgłos lekko, ale celnie kopanej na środku boiska piłki: tiki-tak, tiki-tak. To było coś na miarę catenaccio, szwajcarskiego rygla, tylko a rebours - droga zen, której Guardiola został twórcą, Messi prorokiem, a Xavi, Iniesta, Dani Alves, Sergio Busquets - apostołami.

Víctor Valdés swą karierę u Pepa Guardioli zawdzięczał przede wszystkim odwadze. Podjął wyzwanie, którego bramkarze nie lubią - zaczął myśleć o sobie jako o dodatkowym stoperze, którego zadaniem jest nie tylko bronienie rękami i wykopywanie nogami, ale i rozgrywanie piłki. Obok Manuela Neuera nie było chyba w XXI wieku - a więc i w ogóle - bramkarza pewniejszego w grze na jeden kontakt.

Dani Alves błyskawicznie zaadaptował się w zespole Barcelony. Patrząc na niego już w pierwszym sezonie gry na Camp Nou, odnosiło się wrażenie, że wychował się w La Masii.

Gerard Piqué od powrotu z MU ustawił się w roli naczelnego katalońskiego patrioty w zespole. Przed finałem w Rzymie w rozmowie ze "Sportem" powiedział: "Jestem culé. Kocham ten klub od dzieciństwa. Barça jest całym moim życiem". Nikt nie wątpił w prawdziwość tych słów, wszak dziadek zawodnika, Amador Bernabeu Piqué, był kiedyś dyrektorem w Barcelonie. W nowych zasadach obowiązujących stoperów, którzy mieli spokojnie rozgrywać piłkę nawet pod presją rywali, dostrzegł dla siebie szansę i ją wykorzystał, co trochę przypomina przypadek Valdésa - obu ich można nazwać tworami Pepa. Podobnie jak trzeci tego typu zawodnik, czyli Sergio Busquets, Geri błyskawicznie awansował do reprezentacji Hiszpanii.

Carles Puyol w 2009 roku był już innym człowiekiem niż w 2006, gdy po raz pierwszy sięgnął po uszatkę. Czwartego listopada 2006 roku w wypadku prowadzonej przez siebie koparki zginął bowiem jego ojciec Josep, co całkowicie zmieniło podejście zawodnika do życia i piłki. Stał się osobą poważniejszą, bardziej odpowiedzialną. Było to widać także na boisku.

Éric Abidal, znakomity jako lewy obrońca, a później stoper, był zawsze człowiekiem niepokornym. Do Pepa Guardioli podchodził z dystansem, jak Eto'o, i potrafił mu się sprzeciwić. Pewnego razu, gdy trener zażądał, by przestali rozmawiać z Thierrym Henrym po francusku, zapytał, dlaczego miejscowi mogą rozmawiać po katalońsku. Wywiązała się kłótnia, w końcu między zwaśnionymi stronami musiał mediować Laporta. Nie było więc z nim łatwo...

Sylvinho. W finale to on ostatecznie obsadził lewą obronę i wbrew obawom Guardioli spisał się nienagannie. Nie pierwszy raz musiał zastępować na tej pozycji Abidala, gdyż Francuz często łapał kontuzje. Finał z MU był jego ostatnim występem w Barcelonie.

W Sergio Busquetsie, wiosną 2008 roku grającym w zespole rezerw, Guardiola dostrzegł samego siebie sprzed lat - zawodnika spokojnie rozdzielającego podania na własnej połowie. Pep śmiało postawił na niego w swojej ekipie. W stylu gry defensywnego pomocnika od początku znalazł upodobanie także Messi, który aż do końca swojego pobytu w Barcelonie życzył sobie, żeby Busi grał za jego plecami. Nie tylko on zresztą. "Mając tak długie nogi, w środku pola jest prawdziwą ośmiornicą, zbierającą wszystko, co przechodzi przez teren jego wpływów. (...) Zapewniam, że zderzyć się z tym chłopakiem to jakby odbić się od ściany" - napisał o koledze Xavi w swej książce Barça moim życiem.

Lista graczy, którzy zagrali w finale z MU, choć nie zawsze było im po drodze z Pepem Guardiolą, nie obejmuje wbrew powszechnej opinii Yayi Touré. Przegrał on rywalizację z Busquetsem o pozycję defensywnego pomocnika, ale nie miał o to pretensji do trenera. "To był kluczowy zawodnik zespołu, wielki piłkarz" - mówił Pep w 2021 roku. W 2010 Touré odszedł do City, będąc w dobrych stosunkach z trenerem. Dopiero w klubie z Manchesteru doszło do jego konfliktu z Guardiolą. Dziś pobyt w Barcelonie Iworyjczyk wspomina jako najpiękniejszy etap swojego życia. "To nieprawdopodobne, że właśnie mi się to przydarzyło" - stwierdził.

Andrés Iniesta grał w sezonie 2008/09 wymiennie na pięciu pozycjach: jako lewy i prawy skrzydłowy, półlewy i półprawy rozgrywający oraz typowa dziesiątka. Tak naprawdę to jego ustawienie oraz rola powierzona w danym dniu Messiemu (prawy napastnik, środkowy napastnik, cofnięty napastnik) były jedynymi taktycznymi zmiennymi w zespole Pepa, zależnymi od planu na dany mecz. W jego książce Andrés Iniesta. Artysta futbolu znajduje się opowieść, jak to po dwóch nieudanych spotkaniach ligowych na starcie sezonu 2008/09 wszedł do piwnicznego gabinetu Guardioli, w którym ten bez końca oglądał mecze drużyny, i powiedział: "Niech się pan nie martwi. Wygramy wszystko. Jest pan na dobrej drodze. Proszę tak trzymać. Gramy wspaniale, cieszymy się treningami. Proszę niczego nie zmieniać". Jeśli tak było, to na pewno ów incydent wpłynął na losy tego zespołu.

Samuel Eto'o po objęciu stanowiska trenera przez Guardiolę od razu znalazł się na czarnej liście szkoleniowca. Nie udało się go jednak sprzedać ani kupić Emmanuela Adebayora z Arsenalu, więc Pep pogodził się faktem, że jeszcze przez rok będzie musiał się męczyć z niechcianym Kameruńczykiem. Ten zamiast eskalować konflikt, do czego był oczywiście zdolny, wziął się do pracy i podczas przedsezonowego tournée po Stanach Zjednoczonych strzelił najwięcej goli. W Krakowie po rewanżu z Wisłą mówił jednak: "Nie zamierzam niczego zmieniać w swoim stylu gry, bo to dzięki niemu zostałem królem strzelców Primera División i wygrałem Ligę Mistrzów. Poza tym w moim wieku za późno na rewolucje". Te słowa nie rokowały jego długiej współpracy z Pepem i rzeczywiście - po zakończeniu sezonu Kameruńczyk odszedł do Interu.

Co ciekawe, Thierry Henry też został a priori przeznaczony przez Guardiolę do odstrzału. Francuz również dopiero w meczu z Wisłą ostatecznie i na cały sezon przekonał do siebie Pepa. Po finale w Rzymie jednak całkowicie inaczej przedstawił przebieg wydarzeń: "Dziękuję trenerowi za to, że przekonał mnie do pozostania w Barçy".

Dla Leo Messiego w końcówce sezonu 2008/09 Pep Guardiola miał już tylko jedną radę, zacytowaną przez Balagué: "Leo, zapominasz, że nie wszyscy są tak dobrzy jak ty".