4.50 z Paddington - Agatha Christie

Kup ebooka

29.90 zł
23.32 zł (23,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W KO­LEK­CJI JU­BI­LE­USZO­WEJuka­zały się do­tąd:

- 4.50 z Pad­ding­ton

- A.B.C.

- Czarna kawa

- Dom zbrodni

- Dwa­na­ście prac Her­ku­lesa

- En­tli­czek, pen­tli­czek

- I nie było już ni­kogo

- Karty na stół

- Kie­szeń pełna żyta

- Kur­tyna

- Mord nocy let­niej

- Mor­der­stwo na ple­ba­nii

- Mor­der­stwo na polu gol­fo­wym

- Mor­der­stwo od­bę­dzie się...

- Mor­der­stwo w Boże Na­ro­dze­nie

- Mor­der­stwo w Me­zo­po­ta­mii

- Mor­der­stwo w Orient Expres­sie

- Noc w bi­blio­tece

- Pani McGinty nie żyje

- Pięć ma­łych świ­nek

- Ren­dez-vous ze śmier­cią

- Sa­motny Dom

- Strzały w Sto­ny­ga­tes

- Śmierć lorda Ed­ge­ware'a

- Śmierć na Nilu

- Śmierć nad­cho­dzi je­sie­nią

- Ta­jem­nica gwiazd­ko­wego pud­dingu

- Ta­jem­ni­cza hi­sto­ria w Sty­les

- Wi­gi­lia Wszyst­kich Świę­tych

- Za­bój­stwo Ro­gera Ac­kroyda

- Za­gadka Błę­kit­nego Eks­presu

- Za­trute pióro

- Zbrod­nie zi­mową porą

- Ze­rwane za­rę­czyny

- Zło czai się wszę­dzie

ROZ­DZIAŁ 1

Pani McGil­li­cuddy, po­sa­pu­jąc, drep­tała po pe­ro­nie w ślad za ba­ga­żo­wym nio­są­cym jej wa­lizkę. Ko­bieta była ni­ska i kor­pu­lentna, a ba­ga­żowy wy­soki i żwawy. Na do­da­tek pani McGil­li­cuddy szła ob­ła­do­wana ogromną liczbą pa­kun­ków - był to efekt dnia spę­dzo­nego na przed­świą­tecz­nych za­ku­pach. Ich wy­ścig oka­zał się za­tem nie­równy, bo kiedy ba­ga­żowy już skrę­cał za róg na końcu pe­ronu, pani McGil­li­cuddy po­dą­żała jesz­cze wzdłuż niego.

Pe­ron 1 nie był w tym mo­men­cie nad­mier­nie za­tło­czony, po­nie­waż po­ciąg wła­śnie od­je­chał, ale prze­strzeń poza nim wy­peł­niał tłum lu­dzi wę­dru­ją­cych jed­no­cze­śnie w kilku kie­run­kach: do przejść pod­ziem­nych i w prze­ciwną stronę, do biura rze­czy zna­le­zio­nych, do her­ba­ciarni, punktu in­for­ma­cji, ta­blic z roz­kła­dem jazdy i dwóch par drzwi ozna­czo­nych na­pi­sami: Przy­jazdy i Od­jazdy, które pro­wa­dziły do świata na ze­wnątrz.

Pani McGil­li­cuddy wraz ze swo­imi pa­kun­kami była po­py­chana tam i z po­wro­tem, ale osta­tecz­nie udało jej się do­trzeć do przej­ścia na pe­ron 3, gdzie od­sta­wiła jedną z pa­czek u swych stóp, by zna­leźć w tor­bie bi­let, który po­zwo­liłby jej na przej­ście koło groź­nie wy­glą­da­ją­cego kon­duk­tora wa­ru­ją­cego przy bramce.

W tej sa­mej chwili roz­legł się chry­pliwy, choć sta­ran­nie mo­du­lo­wany głos:

- Po­ciąg sto­jący na pe­ro­nie trze­cim od­jeż­dża o go­dzi­nie czwar­tej pięć­dzie­siąt do Brac­khamp­ton, Mil­che­ster, Wa­ver­ton, Ca­rvil Junc­tion oraz Ro­xe­ter i koń­czy swój bieg w Chad­mo­uth. Pa­sa­że­ro­wie uda­jący się do Brac­khamp­ton i Mil­che­ster pro­szeni są o zaj­mo­wa­nie miejsc w ostat­nich wa­go­nach. Pa­sa­że­ro­wie ja­dący do Va­ne­quay po­winni się prze­siąść w Ro­xe­ter.

In­for­ma­cja wy­łą­czyła się z klik­nię­ciem, po czym zo­stał nadany ko­mu­ni­kat ogła­sza­jący wjazd po­ciągu z Bir­ming­ham i Wo­lver­hamp­ton o 4.35 na pe­ron 9.

Pani McGil­li­cuddy zna­la­zła wresz­cie bi­let i mo­gła go oka­zać. Męż­czy­zna go ska­so­wał i mruk­nął:

- Na prawo, z tyłu.

Pani McGil­li­cuddy ru­szyła wzdłuż pe­ronu i od­na­la­zła ba­ga­żo­wego - stał znu­dzony i wpa­trzony w prze­strzeń przy drzwiach wa­gonu trze­ciej klasy.

- Pro­szę bar­dzo.

- Po­dró­żuję pierw­szą klasą - oświad­czyła pani McGil­li­cuddy.

- Nie mó­wiła pani - burk­nął ba­ga­żowy. Z lek­ce­wa­że­niem omiótł wzro­kiem wy­glą­da­jący na mę­ski jej twe­edowy płaszcz w ko­lo­rze soli z pie­przem.

Pani McGil­li­cuddy, która z pew­no­ścią wspo­mi­nała o pierw­szej kla­sie, nic nie od­po­wie­działa. Nie­stety bra­ko­wało jej tchu.

Ba­ga­żowy chwy­cił jej wa­lizkę i po­ma­sze­ro­wał z nią do są­sied­niego wa­gonu, gdzie pani McGil­li­cuddy usia­dła w pu­stym prze­dziale w ko­ją­cej sa­mot­no­ści. Po­ciąg o 4.50 zwy­kle nie był prze­peł­niony, po­nie­waż pa­sa­że­ro­wie ko­rzy­sta­jący z pierw­szej klasy wy­bie­rali albo szyb­szy po­ranny eks­pres, albo po­ciąg o 6.30 z wa­go­nem re­stau­ra­cyj­nym. Pani McGil­li­cuddy wrę­czyła ba­ga­żo­wemu na­pi­wek, na który ten spoj­rzał z roz­cza­ro­wa­niem, wy­raź­nie uwa­ża­jąc, że jego wiel­kość od­po­wiada ra­czej trze­ciej niż pierw­szej kla­sie. Na­to­miast pani McGil­li­cuddy, choć była przy­go­to­wana na wy­datki zwią­zane z wy­godną po­dróżą po noc­nej jeź­dzie z pół­nocy kraju i dniem sza­lo­nych za­ku­pów, ni­gdy nie była roz­rzutna, gdy cho­dziło o na­piwki.

Roz­sia­dła się wy­god­niej na mięk­kich po­dusz­kach i z wes­tchnie­niem otwo­rzyła cza­so­pi­smo. Pięć mi­nut póź­niej roz­legł się gwiz­dek i po­ciąg ru­szył. Ma­ga­zyn wy­su­nął się jej z dłoni, głowa opa­dła na bok i po trzech mi­nu­tach pani McGil­li­cuddy już spała. Drze­mała przez trzy­dzie­ści pięć mi­nut i obu­dziła się od­świe­żona. Po­pra­wia­jąc prze­krzy­wiony ka­pe­lusz, usia­dła pro­sto i spoj­rzała przez okno na prze­su­wa­jący się wiej­ski kra­jo­braz. Było już cał­kiem ciemno, ty­powy po­nury i mgli­sty gru­dniowy dzień - do Bo­żego Na­ro­dze­nia bra­ko­wało tylko pię­ciu dni. Lon­dyn oka­zał się szary i smutny, te­reny pod­miej­skie rów­nież, choć od czasu do czasu roz­bły­skały ra­do­śnie gru­pami świa­teł, gdy po­ciąg prze­my­kał przez mia­steczka i sta­cje.

- Po­da­jemy ostat­nią her­batę - oznaj­mił pra­cow­nik ob­sługi, po­ja­wia­jąc się na­gle jak dżinn w drzwiach pro­wa­dzą­cych na ko­ry­tarz.

Pani McGil­li­cuddy wy­piła już her­batę w ol­brzy­mim domu to­wa­ro­wym i w tym mo­men­cie nie czuła pra­gnie­nia. Ste­ward ru­szył da­lej ko­ry­ta­rzem, po­wta­rza­jąc swój mo­no­tonny ko­mu­ni­kat. Ko­bieta z przy­jem­no­ścią zer­k­nęła na półkę, gdzie le­żały jej prze­różne pa­kunki. Ręcz­niczki do twa­rzy oka­zały się wy­jąt­ko­wej ja­ko­ści i do­kład­nie ta­kie, o ja­kich ma­rzyła Mar­ga­ret. Dla Robby'ego ku­piła ko­smiczne działko, a dla Jean kró­liczka, oba za­kupy były na­der udane, na­to­miast wie­czo­rowy płasz­czyk, cie­pły, ale ele­gancki, był wła­śnie tym, czego sama po­trze­bo­wała. No i swe­ter dla Hec­tora... Z za­do­wo­le­niem po­my­ślała o roz­sąd­nym do­bo­rze pre­zen­tów.

Jej błogi wzrok po­now­nie po­wę­dro­wał do okna, gdy po­ciąg ja­dący w prze­ciw­nym kie­runku prze­mknął ze świ­stem, spra­wia­jąc, że okna za­drżały, a ona sama się wzdry­gnęła. Po­ciąg za­stu­ko­tał na roz­jeź­dzie i mi­nął sta­cję.

Po­tem na­gle za­czął zwal­niać, za­pewne do­sto­so­wu­jąc się do sy­gna­li­za­cji świetl­nej. Przez do­brą chwilę się wlókł, po­tem się za­trzy­mał, a na­stęp­nie po­now­nie ru­szył do przodu. Mi­nął ich ko­lejny skład, choć mniej gwał­tow­nie niż po­przedni. Po­ciąg znowu się roz­pę­dził. W tym mo­men­cie inny, ja­dący także na po­łu­dnie, wje­chał na tor obok i zrów­nał się z nimi. Przez ja­kiś czas oba po­ciągi je­chały rów­no­le­gle, to je­den, to drugi wy­cho­dził na pro­wa­dze­nie. Pani McGil­li­cuddy pa­trzyła przez okno na wnę­trze ja­dą­cych obok wa­go­nów. Więk­szość ro­let była opusz­czona, ale raz na ja­kiś czas dało się za­uwa­żyć tam­tych pa­sa­że­rów. Ich po­ciąg nie był zbyt za­tło­czony i wiele prze­dzia­łów świe­ciło pust­kami.

W chwili gdy oba wa­gony wy­da­wały się stać koło sie­bie, jedna z ro­let pod­nio­sła się z fur­ko­tem. Pani McGil­li­cuddy zer­k­nęła w stronę oświe­tlo­nego prze­działu pierw­szej klasy, od któ­rego dzie­liło ją naj­wy­żej pół­tora me­tra.

I gwał­tow­nie na­brała po­wie­trza, pod­no­sząc się nie­znacz­nie.

Ty­łem do okna, a tym sa­mym i do niej, stał męż­czy­zna. Jego dło­nie za­ci­skały się wo­kół szyi sto­ją­cej na wprost niego ko­biety. Po­woli, bez­li­to­śnie ją du­sił! Miała wy­trzesz­czone oczy, a jej twarz sta­wała się fio­le­towa i prze­krwiona. Pani McGil­li­cuddy ze zgrozą ob­ser­wo­wała, kiedy nad­szedł jej ko­niec: ciało zwiot­czało i osu­nęło się na ręce męż­czy­zny.

Wtedy po­ciąg pani McGil­li­cuddy po­now­nie zwol­nił, a ten drugi za­czął przy­śpie­szać. Po­mknął do przodu i chwilę czy dwie póź­niej znik­nął jej z oczu.

Pra­wie au­to­ma­tycz­nie dłoń pani McGil­li­cuddy po­wę­dro­wała do ha­mulca bez­pie­czeń­stwa, ale za­trzy­mała się w po­wie­trzu, pełna nie­zde­cy­do­wa­nia. Jaki był sens za­trzy­my­wa­nia po­ciągu, któ­rym po­dró­żo­wała? Po­twor­ność tego, co zo­ba­czyła z tak bli­ska, nie­co­dzienne oko­licz­no­ści wy­da­rze­nia - to wszystko spo­wo­do­wało, że za­marła. Ja­kaś na­tych­mia­stowa re­ak­cja była nie­zbędna - ale jaka?

Drzwi do jej prze­działu od­su­nęły się i kon­duk­tor po­wie­dział:

- Bi­le­ciki pro­szę.

Pani McGil­li­cuddy od­wró­ciła się do niego gwał­tow­nie.

- Zo­stała udu­szona ko­bieta - oznaj­miła. - W po­ciągu, który wła­śnie nas mi­nął. Wi­dzia­łam to.

Kon­duk­tor po­pa­trzył na nią za­sko­czony.

- Słu­cham?

- Męż­czy­zna udu­sił ko­bietę! W po­ciągu. Wi­dzia­łam to! - Po­ka­zała na okno.

Kon­duk­tor wpa­try­wał się w nią z wy­raź­nym po­wąt­pie­wa­niem.

- Udu­sił? - po­wtó­rzył z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie.

- Tak, udu­sił! Wi­dzia­łam to, mó­wię panu. Musi pan na­tych­miast coś zro­bić!

Kon­duk­tor od­kaszl­nął prze­pra­sza­jąco.

- A nie są­dzi pani, że może ucięła so­bie pani krótką drzemkę i... hm... - Prze­rwał tak­tow­nie.

- Zdrzem­nę­łam się, ale je­śli pan uważa, że to był sen, to się pan myli. Na­prawdę to wi­dzia­łam, po­wta­rzam panu.

Wzrok kon­duk­tora spo­czął na cza­so­pi­śmie le­żą­cym na sie­dze­niu. Było otwarte na ilu­stra­cji przed­sta­wia­ją­cej dziew­czynę du­szoną przez męż­czy­znę mie­rzą­cego z re­wol­weru do pary sto­ją­cej w drzwiach.

- A nie są­dzi pani, że może czy­tała pani zaj­mu­jącą hi­sto­rię - za­czął prze­ko­nu­ją­cym to­nem - przy­snęła pani i obu­dziła się nieco skon­fun­do­wana...

- Wi­dzia­łam to - po­wtó­rzyła pani McGil­li­cuddy, prze­ry­wa­jąc mu. - I by­łam tak samo przy­tomna jak pan te­raz. Zaj­rza­łam przez okno do po­ciągu ja­dą­cego obok i męż­czy­zna du­sił tam ko­bietę. Chcia­ła­bym wie­dzieć, co pan za­mie­rza zro­bić w tej spra­wie.

- Więc... pro­szę pani...

- Jak mnie­mam, za­mie­rza pan coś zro­bić, prawda?

Kon­duk­tor wes­tchnął z nie­chę­cią i zer­k­nął na ze­ga­rek.

- Do­kład­nie za sie­dem mi­nut do­je­dziemy do Brac­khamp­ton. Złożę za­wia­do­mie­nie w tej spra­wie. W którą stronę je­chał ten po­ciąg, o któ­rym pani wspo­mniała?

- W tę samą co my, oczy­wi­ście. Nie są­dzi pan chyba, że by­ła­bym w sta­nie to wszystko zo­ba­czyć, gdyby po­ciąg prze­mknął, ja­dąc w prze­ciw­nym kie­runku?

Kon­duk­tor miał taką minę, jakby uwa­żał, że pani McGil­li­cuddy jest w sta­nie zo­ba­czyć wszystko i wszę­dzie tam, do­kąd po­nio­słaby ją wy­obraź­nia. Ale po­zo­stał uprzejmy.

- Może pani na mnie po­le­gać - po­wie­dział. - Prze­każę pani oświad­cze­nie. Gdyby mo­gła pani po­dać mi swoje na­zwi­sko i ad­res kon­tak­towy... tak na wszelki wy­pa­dek...

Pani McGil­li­cuddy po­dała mu ad­res, pod któ­rym za­mie­rzała się za­trzy­mać przez kilka dni, oraz swój ad­res w Szko­cji, a on wszystko skrzęt­nie za­pi­sał. Po­tem wy­co­fał się z po­czu­ciem, że do­brze speł­nił swój obo­wią­zek i sku­tecz­nie po­ra­dził so­bie z uciąż­liwą użyt­kow­niczką trans­portu pu­blicz­nego.

Pani McGil­li­cuddy zmarsz­czyła brwi wy­raź­nie nie­usa­tys­fak­cjo­no­wana. Czy kon­duk­tor rze­czy­wi­ście zgłosi jej za­wia­do­mie­nie? Czy może po pro­stu pró­bo­wał ją uspo­koić? Z pew­no­ścią tra­fiał na wiele po­dró­żu­ją­cych star­szych pań prze­ko­na­nych, że wła­śnie od­kryły ko­mu­ni­styczny spi­sek, ktoś dy­bie na ich ży­cie, wi­działy la­ta­jące spodki i ta­jem­ni­cze statki ko­smiczne, a także zgła­sza­ją­cych mor­der­stwa, które ni­gdy się nie wy­da­rzyły. Je­śli ten męż­czy­zna uznał ją za jedną z tych ko­biet...

Po­ciąg za­czął zwal­niać, stu­ko­cząc na roz­jeź­dzie i mi­ja­jąc ja­sne świa­tła spo­rego mia­sta.

Pani McGil­li­cuddy otwo­rzyła to­rebkę, wy­jęła ra­chu­nek, bo tylko to udało jej się zna­leźć, na­pi­sała dłu­go­pi­sem po­śpieszną no­tatkę na jego od­wro­cie, wsu­nęła ją do luź­nej ko­perty, którą szczę­śli­wie po­sia­dała, po czym za­kle­iła ją i coś na niej na­pi­sała.

Po­ciąg wto­czył się ma­je­sta­tycz­nie na za­tło­czony pe­ron. Zwy­cza­jowy wszech­obecny głos oznaj­mił:

- Po­ciąg wjeż­dża­jący na pe­ron pierw­szy o go­dzi­nie pią­tej trzy­dzie­ści osiem je­dzie do Mil­che­ster, Wa­ver­ton, Ro­xe­ter i Chad­mo­uth. Pa­sa­że­ro­wie uda­jący się do Mar­ket Ba­sing pro­szeni są o przej­ście do po­ciągu sto­ją­cego przy pe­ro­nie trze­cim. Na to­rze trze­cim stoi po­ciąg oso­bowy do Car­bury.

Pani McGil­li­cuddy ro­zej­rzała się z nie­po­ko­jem wzdłuż pe­ronu. Tak wielu pa­sa­że­rów, a tak mało ba­ga­żo­wych! Ach, tam był je­den! Za­ma­chała na niego wład­czo.

- Ba­ga­żowy! Pro­szę prze­ka­zać to na­tych­miast do biura za­wia­dowcy. - Po­dała mu ko­pertę i wrę­czyła szy­linga.

Po­tem z wes­tchnie­niem opa­dła na opar­cie. Cóż, zro­biła, co mo­gła. W my­ślach już po­ża­ło­wała wy­da­nia szy­linga... Sześć pen­sów wy­star­czy­łoby aż nadto...

Jej my­śli tym­cza­sem po­wę­dro­wały z po­wro­tem do sceny, któ­rej była świad­kiem. Po­tworne, tak po­tworne... Była ko­bietą o moc­nych ner­wach, ale aż za­drżała. Cóż za dziwna... wręcz nie­wia­ry­godna rzecz jej się przy­da­rzyła - jej, El­speth McGil­li­cuddy! Gdyby ro­leta w tam­tym prze­dziale nie po­szy­bo­wała w górę... Ale była w tym z pew­no­ścią ręka Opatrz­no­ści.

Opatrz­ność chciała, aby to ona, El­speth McGil­li­cuddy, stała się świad­kiem prze­stęp­stwa. Groź­nie za­ci­snęła usta.

Wśród gwaru gło­sów, świ­stu gwizd­ków i trza­sku drzwi po­ciąg z go­dziny 5.38 po­woli wy­to­czył się ze sta­cji Brac­khamp­ton. Go­dzinę i pięć mi­nut póź­niej za­trzy­mał się w Mil­che­ster.

Pani McGil­li­cuddy po­zbie­rała swoje pa­kunki, chwy­ciła wa­lizkę i wy­sia­dła. Ro­zej­rzała się po ca­łym pe­ro­nie. Jak już wcze­śniej oce­niła, było zbyt mało ba­ga­żo­wych. A ci, któ­rzy byli wi­doczni, wy­glą­dali na za­ję­tych prze­sył­kami pocz­to­wymi i wóz­kami ba­ga­żo­wymi. Obec­nie ocze­ki­wano, że pa­sa­że­ro­wie sami będą ta­chać swoje wa­lizki. Cóż, ona nie mo­gła nieść wa­lizki, pa­ra­solki i wszyst­kich pa­czek. Mu­siała po­cze­kać. W końcu udało jej się zła­pać ba­ga­żo­wego.

- Do tak­sówki?

- Ktoś po­wi­nien na mnie cze­kać, jak mnie­mam.

Przed dwor­cem w Mil­che­ster pod­szedł do niej tak­sów­karz ob­ser­wu­jący wej­ście.

- Pani McGil­li­cuddy? Do St Mary Mead? - za­py­tał z de­li­kat­nym miej­sco­wym ak­cen­tem.

Ko­bieta po­twier­dziła. Ba­ga­żowy do­stał od­po­wiedni, je­śli nie suty na­pi­wek. Sa­mo­chód z pa­nią McGil­li­cuddy, jej wa­lizką i pa­kun­kami od­je­chał w noc. Cze­kała ich pra­wie pięt­na­sto­ki­lo­me­trowa po­dróż. Sie­dząc sztywno wy­pro­sto­wana, pa­sa­żerka nie po­tra­fiła się zre­lak­so­wać. Mu­siała zna­leźć uj­ście dla swych emo­cji. Wresz­cie tak­sówka skrę­ciła w zna­jomą wiej­ską uliczkę i sta­nęła u celu. Pani McGil­li­cuddy wy­sia­dła i ru­szyła ścieżką wy­kła­daną kostką ku drzwiom wej­ścio­wym. Kie­rowca wsta­wił ba­gaże do środka, gdy drzwi otwo­rzyła star­szawa po­ko­jówka. Pani McGil­li­cuddy ru­szyła ko­ry­ta­rzem pro­sto do otwar­tego sa­lo­niku, gdzie cze­kała na nią pani domu - drobna star­sza dama.

- El­speth!

- Jane!

Wy­mie­niły ca­łusy, a na­stęp­nie bez żad­nego wstępu pani McGil­li­cuddy wy­rzu­ciła z sie­bie:

- Och, Jane! Wła­śnie wi­dzia­łam mor­der­stwo!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nału4.50 From Pad­ding­ton
Pro­jekt okładkiNA­TA­LIA TWARDY
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuPA­TRYK MŁY­NEK
Re­dak­cjaIWONA HU­CHLA
Ko­rektaMAG­DA­LENA MIE­RZE­JEW­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
4.50 From Pad­ding­ton Co­py­ri­ght ? 1957 Aga­tha Chri­stie Li­mi­ted. All ri­ghts re­se­rved.
AGA­THA CHRI­STIE and MAR­PLE are re­gi­ste­red tra­de­marks of Aga­tha Chri­stie Li­mi­ted in the UK and el­se­where. All ri­ghts re­se­rved.
www.aga­tha­chri­stie.com
Po­lish edi­tion pu­bli­shed by Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6599-2
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl