50 najdziwniejszych śmierci w historii - Riley Knight

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Umie­ra­nie to nasza ulu­biona forma spę­dza­nia wol­nego czasu. Na roz­le­głej prze­strzeni dzie­jów więk­szość ludzi posma­ko­wała śmierci przy­naj­mniej raz i w prze­ci­wień­stwie do wielu, wielu innych towa­rzy­szy ludz­ko­ści, nie­gdyś mod­nych, ale z cza­sem odcho­dzą­cych do lamusa - jak choćby kamienne narzę­dzia, pudro­wane peruki czy szkor­but - śmierć wyka­zała się zna­ko­mitą ponad­cza­so­wo­ścią.

Prawda jest taka, że uczest­nic­two w niej bije rekordy; ostat­nie obli­cze­nia wska­zują, że ni­gdy wcze­śniej tyle osób nie skoń­czyło mar­twych. Każ­dego roku coraz wię­cej i wię­cej z nas posta­na­wia spró­bo­wać i - co zdu­mie­wa­jące - nikt nie wró­cił z rekla­ma­cją. I choć robimy to od tysiąc­leci, umie­ra­nie wciąż nam się nie znu­dziło; jeśli przy­pa­trzyć się słup­kom, śmierć pozo­staje w czo­łówce naj­po­pu­lar­niej­szych czyn­no­ści. Z całą pew­no­ścią wyka­zała się - i wykaże - więk­szą dłu­go­wiecz­no­ścią niż kto­kol­wiek z nas.

A jed­nak śmierć śmierci nie­równa. Wiele osób wyka­zuje się nie­sa­mo­wi­tym bra­kiem polotu, jeśli idzie o umie­ra­nie: bez żenady zdają się na zdarte płyty w rodzaju odcho­dze­nia spo­koj­nie we śnie albo w oto­cze­niu naj­bliż­szych. Jakże to nudne! Nawet główna przy­czyna śmierci, cho­roba nie­do­krwienna serca, może się zda­wać dość eks­cy­tu­jąca, skoro ma tak zło­żoną nazwę z nutką dra­ma­tur­gii; prawda jest jed­nak taka, że na ogół cho­dzi o moment, w któ­rym dany osob­nik osiąga wiek, w jakim pikawa zwy­czaj­nie się pod­daje. I choć w życiu cechu­jemy się nie­mal bez­gra­niczną kre­atyw­no­ścią, przy­tła­cza­jąca więk­szość osób umiera w jeden z kon­wen­cjo­nal­nych, okle­pa­nych spo­so­bów.

W anna­łach histo­rii zapi­sali się jed­nak nie­liczni, któ­rzy poże­gnali się z tym świa­tem wprost eks­cy­tu­jąco i nie­kon­wen­cjo­nal­nie. Od szlach­cica zgła­dzo­nego pod­czas pobytu w toa­le­cie po duet monar­chów, któ­rzy umarli, waląc cze­re­pami we fra­mugi drzwi; od żoł­nie­rza zatłu­czo­nego na śmierć wła­sną drew­nianą nogą po adwo­kata, który zastrze­lił się, by dowieść słusz­no­ści swo­jej hipo­tezy doty­czą­cej pro­wa­dzo­nej sprawy; histo­ria pełna jest przy­pad­ków ludzi, któ­rzy uroz­ma­icili kostu­sze codzienną rutynę. Zapa­mię­tani zostali bowiem dzięki temu, że wyzio­nęli ducha w tak dzi­wacz­nych oko­licz­no­ściach, że nikomu nie przy­szłyby one do głowy.

Nadej­dzie naj­praw­do­po­dob­niej czas, gdy i wam, dro­dzy czy­tel­nicy, w takich czy innych oko­licz­no­ściach przyj­dzie posma­ko­wać śmierci. I wasza opi­nia o tym fak­cie może znaj­do­wać się gdzieś pomię­dzy "nie­unik­nioną nie­do­god­no­ścią" a "nie­moż­li­wym do obję­cia rozu­mem źró­dłem egzy­sten­cjal­nej grozy". Tak czy ina­czej, nie należy się prze­sad­nie przej­mo­wać. W końcu śmierć to nie koniec świata... a jedy­nie koniec waszego świata.

Oczy­wi­ście nie ozna­cza to, że powinno wam się prze­sad­nie ku niej spie­szyć, bo czasu na nie­unik­niony zgon w zupeł­no­ści wam wystar­czy. Na razie jed­nak roz­siądź­cie się wygod­nie i roz­ko­szuj­cie życiem, pil­nu­jąc, by doce­niać te wszyst­kie wspa­nia­ło­ści, które czy­nią je war­tym prze­ży­cia: dru­gim śnia­da­niem w for­mie dobrej kanapki albo fry­tek, bez­li­to­snym natrzą­sa­niem się z kum­pla, który prze­krę­cił jakieś słowo, albo - co naj­wspa­nial­sze - czy­ta­niem nie­po­waż­nej książki o oso­bli­wych zgo­nach.

A gdy już wasz czas w końcu nadej­dzie, jeśli będzie­cie mieć szczę­ście - no dobra, szcze­rze mówiąc, to jed­nak NIEszczę­ście - może przyj­dzie wam umrzeć w dziwny, cudaczny, roz­ryw­kowy czy zgoła nie­do­rzeczny spo­sób. Jeśli tak wła­śnie się sta­nie, może tra­fi­cie do kolej­nej nie­po­waż­nej książki o oso­bli­wych zgo­nach; szkoda tylko, że nie będzie­cie już mieli szans jej prze­czy­tać.

1. Gong Jing z kraju Jin, który wpadł do latryny w 581 roku p.n.e.

1

Gong Jing z kraju Jin,

który wpadł do latryny w 581 roku p.n.e.

Pomię­dzy 599 a 581 rokiem p.n.e. pra­dawny chiń­ski Jin rzą­dzony był przez męż­czy­znę noszą­cego tytuł gonga [księ­cia] i zwą­cego się Jing. Miesz­czące się na pół­noc od Zheng­zhou - dzi­siej­szej metro­po­lii - Jin było kra­jem cie­szą­cym się potęgą w Okre­sie Wio­sen i Jesieni, epoce w dzie­jach sta­ro­żyt­nych Chin trwa­ją­cej od 770 do 476 roku p.n.e.

Gong Jing sta­rał się, jak mógł, by spro­stać roli władcy. Nie zapi­sał się w histo­rii jako naj­wy­bit­niej­szy ani odno­szący naj­więk­sze suk­cesy przy­wódca, ale też nie nale­żał do tych naj­gor­szych. Mie­wał utarczki z sąsia­dami - parę bitew wygrał, kilka innych prze­grał - i osta­tecz­nie zosta­wił swoją dzie­dzinę w sta­nie podob­nym do tego, w jakim ją zastał. Był jak złota rybka w domo­wym akwa­rium: wypeł­nił swoje zada­nie w małym skrawku świata w spo­sób dosad­nie wręcz nie­spek­ta­ku­larny. I jak rybka, po śmierci tra­fił na dno toa­lety.

W 581 roku p.n.e. Jing był gon­giem od 18 lat. Zaczął cho­ro­wać, więc posta­no­wił abdy­ko­wać na rzecz syna - który stał się gon­giem Li z Jin - i w spo­koju zabrał się za roz­wią­zy­wa­nie krzy­żó­wek, pie­le­nie ogródka czy cóż tam innego było pra­daw­nym chiń­skim odpo­wied­ni­kiem roz­rywki dla eme­ry­tów. Nie zdo­łał się tym jed­nak porząd­nie nacie­szyć, gdyż wkrótce po odda­niu ste­rów potom­kowi zna­lazł się już na tam­tym świe­cie, co skrzęt­nie odno­to­wano dla potom­no­ści w antycz­nym chiń­skim trak­ta­cie histo­rycz­nym Zuo Zhuan.

Jak głosi jego treść, daw­nego gonga Jinga po abdy­ka­cji tra­piły strasz­liwe kosz­mary. Śniło mu się, że przy­bywa po niego zły duch, dla­tego zwró­cił się do wu - kogoś w rodzaju sza­manki - o radę. Nie­stety ocena wu nie była zbyt opty­mi­styczna: kobieta prze­wi­działa, że nie­szczę­śnik nie pożyje dosta­tecz­nie długo, by "zjeść nową psze­nicę". Innymi słowy - Jing miał być mar­twy jesz­cze przed kolej­nymi zbio­rami. I, jak zapewne się domy­śla­cie, nie był szcze­gól­nie zachwy­cony tym ponu­rym pro­roc­twem.

Jego kosz­mary jedy­nie przy­brały na sile, gdy nabrał prze­świad­cze­nia, iż kres jest tuż-tuż, dla­tego posta­no­wił zasię­gnąć porady naj­bar­dziej doświad­czo­nych medy­ków, jakich tylko zdo­łał zna­leźć. Liczył, że któ­ryś z nich prze­każe mu jakieś pomyśl­niej­sze wie­ści. Jeden z owych medy­ków, człek powszech­nie uwa­żany za naj­więk­szego speca w swo­jej branży, przy­był do Jinga i prze­ka­zał mu swoją ocenę; choć była rów­nie pesy­mi­styczna jak ta wygło­szona przez wu, zda­wała się odro­binę bar­dziej zako­rze­niona w medycz­nych kon­kre­tach niż zapo­wiedź poże­gna­nia z glu­te­nem. Medyk zba­dał Jinga i powie­dział mu, że ten nie­stety zapadł na śmier­telną cho­robę, która już zdą­żyła się zado­mo­wić w jego g?o hu?ng - tak nazy­wano obszar pomię­dzy ser­cem a prze­poną. Zda­niem dok­tora nie dało się już nic zro­bić; śmierć Jinga pozo­sta­wała jedy­nie kwe­stią czasu. I choć była to w zasa­dzie ponad­cza­sowa prawda doty­cząca każ­dego ze śmier­tel­ni­ków, nie sta­no­wiła wiel­kiego pocie­sze­nia dla eme­ry­to­wa­nego władcy.

Zasmu­cił się on wielce, prze­śla­do­wany pro­roc­twem wu, i był prze­ko­nany, że śmierć sadzi w jego stronę wiel­kimi susami. Ale nawet gnę­biony przez tro­ski i trwogę wywo­łaną rze­komo nad­cią­ga­ją­cym zgo­nem, Jing żył, a nie­spo­kojne tygo­dnie roz­cią­gnęły się do mie­sięcy! W końcu, pół roku od chwili, gdy wysłu­chał opi­nii wu, nad­szedł czas zbio­rów. Psze­nicę ścięto, zaś Jing wciąż żył i miał się dobrze. Wyglą­dało na to, że wewnętrzne oko wu powinno zostać pod­dane bada­niu oku­li­stycz­nemu.

Jing, który po tej ner­wówce nie był w szcze­gól­nie wybit­nym humo­rze, naka­zał, by część świe­żego zbioru prze­zna­czono na przy­go­to­wa­nie dlań strawy. Słu­dzy zabrali się do pracy, Jing zaś trium­fal­nie przy­wlekł na miej­sce wu, by przyj­rzała się uda­nemu zbio­rowi i pojęła, że jej ponure pro­roc­two wcale się nie ziści. Oto Jing dożył pory zbio­rów i mógł je obser­wo­wać. I gdy tylko strawa będzie gotowa, dowie­dzie, jak wielce myliła się wu: zje świeżą psze­nicę i zaprze­czy peł­nym grozy sło­wom sprzed sze­ściu mie­sięcy. Jing nie był w nastroju do prze­ba­cza­nia: naka­zał, by za dostar­cze­nie tref­nej prze­po­wiedni wu została natych­miast stra­cona. I tak oto ode­szła z tego świata.

Oka­zało się jed­nak, że prze­po­wied­nia by­naj­mniej nie była chy­biona. Zanim Jing zasiadł do stołu, by roz­ko­szo­wać się świeżo przy­rzą­dzo­nym daniem, poczuł potrzebę, cóż, zro­bie­nia na nie odro­biny miej­sca, dla­tego udał się do wychodka. I choć dożył zbio­rów, wciąż był sła­bo­wi­tym i nie­spe­cjal­nie spraw­nym sta­rusz­kiem, czło­wie­kiem mają­cym naj­lep­sze dni daleko za sobą. W kon­se­kwen­cji, gdy spu­ścił gatki i zasiadł, by sobie ulżyć, po pro­stu... wpadł do środka.

Zuo Zhuan nie­stety oszczę­dziło nam szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji odno­śnie do oko­licz­no­ści jego śmierci, gło­sząc lako­nicz­nie: "wpadł i umarł". Mając na uwa­dze jego dobro, powin­ni­śmy mieć nadzieję, że życia pozba­wił go sam upa­dek, nie zaś uto­nię­cie w dole wypeł­nio­nym nader plu­gawą tre­ścią. Tak czy ina­czej, lot ów skoń­czył się dla niego zgo­nem, pod­czas gdy strawa cze­kała na stole. Psze­nica pozo­stała nie­tknięta. Czyli wu jed­nak miała rację!

Gdy zdano sobie sprawę z nie­obec­no­ści Jinga, sługa zaczął poszu­ki­wać swego pana, by zna­leźć w końcu jego ciało w rowie pod toa­letą. Wierny do samego końca, wkro­czył do dołu klo­acz­nego i wydo­był zwłoki; po doko­na­niu tego jakże nie­przy­jem­nego zada­nia spo­tkał go wielki zaszczyt: zgła­dzono go i pogrze­bano wraz z daw­nym panem. Nie­szczę­sny sługa odkrył, że jego praca była gów­niana, i to w kilku zna­cze­niach tego słowa.

I tak się stało, że dzie­dzic­twem Jinga jest dołą­cze­nie do pan­te­onu postaci, które ponio­sły śmierć toa­le­tową1. Nie jest to raczej dzie­dzic­two, na które liczy więk­szość ludzi - ale cóż, przy­naj­mniej tra­fił do anna­łów.

Co cie­kawe, zgon Jinga dopro­wa­dził rów­nież do powsta­nia nowego chéngy? - chiń­skiego czte­ro­zna­ko­wego idiomu. Zda­nie "cho­roba dotarła do g?o hu?ng" stało się bowiem przy­sło­wiem. Nawet dziś w sytu­acji, gdy na coś nie da się już zara­dzić lub cze­goś oca­lić, Chiń­czycy powie­dzą: b?ng r? g?o hu?ng. Szkoda, że two­rząc chéngy?, trzeba się trzy­mać czte­rech zna­ków, w prze­ciw­nym razie mogliby mówić też: g?ngjué s? zai c?su? l? - gong legł mar­twy w toa­le­cie.

2. Arrichion z Figalii, który zmarł, a potem wygrał zapasy na igrzyskach olimpijskich w 564 roku p.n.e.

2

Arri­chion z Figa­lii,

który zmarł, a potem wygrał zapasy na igrzy­skach olim­pij­skich w 564 roku p.n.e.

Mie­szane sztuki walki mają bar­dzo, ale to bar­dzo długą histo­rię. Nie jest to w sumie zaska­ku­jące, skoro jedną z ulu­bio­nych form spę­dza­nia wol­nego czasu przez ludzi jest odnaj­dy­wa­nie nowych, spryt­nych oraz eks­cy­tu­ją­cych spo­so­bów na wyrzą­dza­nie sobie nawza­jem krzywdy, a nawet popeł­nia­nie mor­derstw. Nawet dziś, w nowo­cze­sno­ści, krwawe sporty pozo­stają wielce popu­larne: cie­szące się zain­te­re­so­wa­niem mediów zawody w walce wręcz w rodzaju tego, co pre­zen­tuje UFC2, przy­cią­gają wie­lo­mi­lio­nowe widow­nie na całym świe­cie, gro­ma­dzące się, by podzi­wiać umię­śnio­nych kafa­rów pró­bu­ją­cych prze­me­blo­wać sobie nawza­jem twa­rze. I jest to bar­dzo przy­kre; ktoś powi­nien zachę­cić owych jego­mo­ściów, by po pro­stu usie­dli i poga­dali o pro­ble­mach, które ich poróż­niły, zamiast ucie­kać się do prze­mocy w celu ich roz­wią­za­nia.

Tak czy ina­czej, histo­ria mie­sza­nych sztuk walki sięga kilka tysięcy lat wstecz. W sta­ro­żyt­nej Gre­cji nazy­wano je pan­kra­tio­nem - była to kom­bi­na­cja boksu i zapa­sów, gdzie chwyty, pod­du­sza­nie i kop­niaki sta­no­wiły zale­d­wie uła­mek nie­sa­mo­wi­tych zabie­gów na podo­rę­dziu zawod­ni­ków. W pan­kra­tio­nie, który był wyjąt­kowo bru­tal­nym spor­tem walki, ist­niały tylko dwie zasady: nie wolno gryźć i wydłu­by­wać oczu... o ile mówimy o wal­kach odby­wa­ją­cych się poza Spartą. Tam bowiem nie było żad­nych zasad. Mogli­by­ście wyłu­pić prze­ciw­ni­kowi jedno oko, gry­ząc dru­gie, a sędzio­wie tylko skar­ci­liby go za skam­le­nie i pona­glili, by wziął się wresz­cie do roboty.

Pan­kra­tion był tak ważny w grec­kiej kul­tu­rze, że tra­fił nawet do mitów i legend - wielcy herosi w rodzaju Hera­klesa uzna­wani byli za eks­per­tów tej dys­cy­pliny. W mito­lo­gii Hera­kles - czę­sto nazy­wany po rzym­sku Her­ku­le­sem - był owo­cem jed­nego z licz­nych roman­sów Zeusa, a zasły­nął z wyko­na­nia dwu­na­stu prac w celu zadość­uczy­nie­nia za mor­der­stwo żony i dzieci. Gdyby zamiast tego Hera­kles sta­nął przed sądem, zmyślny praw­nik zapewne suge­ro­wałby mu powo­ła­nie się na nie­po­czy­tal­ność. Wszak mordu doko­nał dopiero po tym, gdy zazdro­sna mał­żonka Zeusa, Hera, rzu­ciła nań klą­twę obłędu3.

Pierw­szą z dwu­na­stu prac Hera­klesa było zgła­dze­nie lwa nemej­skiego, strasz­li­wej bestii o zło­ci­stym futrze, odpor­nej na broń śmier­tel­ni­ków i dys­po­nu­ją­cej ostrymi jak brzy­twa szpo­nami, które roz­pła­ta­łyby dowolny pan­cerz. Hera­kles wpraw­nie obszedł wszyst­kie te pro­blemy, wyzy­wa­jąc lwa na rundkę pan­kra­tionu - a dys­cy­plina ta wszak wymaga, by porzu­cono oręż i opan­cerzenie. W rezul­ta­cie heros zdo­łał zadu­sić strasz­liwe stwo­rze­nie na śmierć. Wybra­nie takiej formy walki było prze­ja­wem sprytu. Zakła­da­jąc, że potyczka odbę­dzie się przy posza­no­wa­niu pra­daw­nych zwy­cza­jów i tra­dy­cji pan­kra­tionu, Hera­kles prze­bie­gle unie­moż­li­wił lwu zagry­zie­nie go - wszak byłoby to nie­zgodne z regu­łami4.

W anna­łach histo­rii dają­cej się zwe­ry­fi­ko­wać z odro­binę więk­szą pew­no­ścią niż mętne wody mitów oraz legend pan­kra­tion zapi­sał się jako sport popu­larny wśród widzów i od 648 roku p.n.e. był czę­ścią igrzysk olim­pij­skich. Przez pierw­sze kilka dekad tych prze­sław­nych zawo­dów - od 776 do 708 roku p.n.e. - jedyną upra­wianą dys­cy­pliną były biegi, może­cie więc sobie wyobra­zić, że Grecy z rado­ścią powi­tali odro­binę uroz­ma­ice­nia w dniu, gdy pen­ta­tlon i zapasy w roku 708 p.n.e. stały się czę­ścią 18. olim­piady. Boks dołą­czył do nich nie­wiele póź­niej, bo w roku 688 p.n.e., a po czte­rech deka­dach czę­ścią igrzysk stał się pan­kra­tion.

Co eks­cy­tu­jące, olim­pij­czycy w tam­tych cza­sach rywa­li­zo­wali ze sobą zupeł­nie nadzy. To, rzecz jasna, wią­zało się z dużą dozą kla­ska­nia pod­czas wyści­gów, ale ozna­czało też, że pan­kra­tio­ni­ści nie dys­po­no­wali ciu­chami, za które prze­ciw­nik mógłby chwy­cić pod­czas zma­gań5. Co wię­cej, nie byli chro­nieni przed sędziami, któ­rzy obser­wo­wali każdą walkę zbrojni w kije, idące w ruch, ile­kroć ktoś łamał któ­rąś z zasad. To doprawdy wielka szkoda, że we współ­cze­snych dys­cy­pli­nach spor­to­wych zre­zy­gno­wa­li­śmy z usług uzbro­jo­nych arbi­trów. Wyobraź­cie sobie tylko: sędzio­wie pił­kar­scy mogliby porzu­cić gwizdki i kolo­rowe kartki na rzecz kara­bin­ków do paint­ballu.

Naj­słyn­niej­szym pan­kra­tio­ni­stą sta­ro­żyt­nej Gre­cji był jego­mość zwący się Arri­chio­nem z Figa­lii. Doro­bił się renomy nie tylko dla­tego, że w trak­cie olim­pij­skiego pan­kra­tionu ni­gdy nie został poko­nany, ale i dzięki temu, że pozo­stał jedy­nym olim­pij­czy­kiem, który wygrał zawody... jako nie­bosz­czyk.

Potężny Arri­chion brał udział w 54. olim­pia­dzie w 564 roku p.n.e. jako pan­kra­tio­ni­sta, będąc już zwy­cięzcą igrzysk numer 52 i 53, a więc 8 i 4 lata wcze­śniej. Aż się palił, by powró­cić i obro­nić swój tytuł, i na całych zawo­dach spra­wił się bar­dzo dobrze, by wresz­cie sta­nąć do walki o mistrzo­stwo.

Walka się roz­po­częła. Po wymia­nie cio­sów prze­ciw­nik Arri­chiona - imie­nia tam­tego spor­towca nie­stety nie znamy - zdo­łał uzy­skać prze­wagę, gdyż zało­żył blok na głowę mistrza. Sto­jąc za nim, owi­nął rękę wokół jego szyi, nogi oplótł wokół tuło­wia, a potem użył stóp, by przy­gnieść klej­noty opo­nenta. Sytu­acja nie wyglą­dała za dobrze dla mistrza, który zaczy­nał tra­cić dech - nie wspo­mi­na­jąc o tym, że deko­ra­cja jego pod­wo­zia lada moment mogła zostać zgnie­ciona jak przej­rzałe wino­grona.

Ale wtedy, w ramach hero­icz­nego, ostat­niego wyczynu - ostat­niego, jak się oka­zało, w sen­sie jak naj­bar­dziej dosłow­nym - Arri­chion zdo­łał pochwy­cić jedną ze stóp prze­ciw­nika w żela­zny uścisk stawu kola­no­wego, po czym szarp­nął nogą z taką siłą, że wyrwał mu stopę ze stawu! Prze­ciw­nik aż zato­czył się z bólu i natych­miast zasy­gna­li­zo­wał sędziom, że został poko­nany6. Arri­chion wygrał, zdo­ław­szy prze­obra­zić nad­cho­dzącą porażkę w wielki triumf!

No... w pew­nym sen­sie. Pamię­taj­cie bowiem, że w chwili, gdy wybił prze­ciw­ni­kowi staw, Arri­chion miał zaci­śnięte na szyi jego ramię. I gdy zawod­nik szarp­nął się w tył, rażony nagłym bólem, nie zdo­łał zwol­nić owej blo­kady - i w kon­se­kwen­cji prze­trą­cił Arri­chionowi kark. Był to manewr, który w tra­giczny, lecz nie­prze­sad­nie zaska­ku­jący spo­sób natych­miast uśmier­cił nie­szczę­snego mistrza.

A jed­nak jego prze­ciw­nik zasy­gna­li­zo­wał sędziom pod­da­nie się, sprawa była więc prze­są­dzona - Arri­chion został ogło­szony zwy­cięzcą i tym samym stał się mistrzem olim­pij­skim 54. igrzysk. Nie­ważne, czy był wtedy żywy. Możemy sobie wyobra­zić sędziów despe­racko prze­szu­ku­ją­cych regu­la­min i stwier­dza­ją­cych w końcu: "No, nie ma żad­nej zasady, wedle któ­rej mie­li­by­śmy odmó­wić nie­bosz­czy­kowi tytułu mistrzow­skiego!".

I tak oto zwłoki Arri­chiona ogło­szono zwy­cięzcą i, zgod­nie z oby­cza­jem, przy­stro­jono sto­sow­nym wień­cem oliw­nym7. Do dziś pozo­staje on nie tylko naj­słyn­niej­szym pan­kra­tio­ni­stą w histo­rii, ale i jedy­nym olim­pij­czy­kiem - takoż sta­ro­żyt­nym, jak i nowo­żyt­nym - który docze­kał się tytułu mistrza, będąc mar­twym. I choć raduje nas obser­wo­wa­nie, jak spor­towcy pobi­jają kolejne rekordy i doko­nują coraz śmiel­szych wyczy­nów pod­czas prze­kra­cza­nia gra­nic sto­sow­nych dla upra­wia­nej przez nich dys­cy­pliny, wybitna uni­ka­to­wość wyczynu Arri­chiona lepiej niech nie zosta­nie przez nikogo prze­bita.

3. Ajschylos, którego uderzył spadający żółw w 456 roku p.n.e.

3

Ajschy­los,

któ­rego ude­rzył spa­da­jący żółw w 456 roku p.n.e.

Ajschy­los jest powszech­nie uwa­żany za ojca tra­ge­dii w teatrze. Przez całe tysiąc­le­cia liczne formy mediów roz­ryw­ko­wych zawie­rały w sobie monu­men­tal­nie wręcz ważne i nie­zwy­kle popu­larne opisy tra­gicz­nych losów: od Ore­stei autor­stwa wła­śnie Ajschy­losa oraz dzieł Sha­ke­spe­are'a w rodzaju Ham­leta czy Mak­beta aż po nowo­cze­sne pro­duk­cje, takie jak seriale Bre­aking Bad, Gra o tron czy choćby szczy­towe osią­gnię­cie nowo­cze­snej kine­ma­to­gra­fii: tra­giczne arcy­dzieło braci Coen z 1998 roku, film Big Lebow­ski.

A jed­nak o spo­so­bie, w jaki Ajschy­los opu­ścił ten świat, można powie­dzieć wszystko, tylko nie to, że był on tra­giczny. Wręcz prze­ciw­nie, oka­zał się nie­mo­żeb­nie wręcz zabawny - choć sam Ajschy­los zapewne miałby na ten temat inne zda­nie. W każ­dym razie, gdy było już po wszyst­kim, nie był w sta­nie się śmiać.

Ajschy­los mógł pochwa­lić się tym, że żył peł­nią życia. Uro­dzony około 525 roku p.n.e. w zamoż­nej rodzi­nie miesz­ka­ją­cej na pół­noc od Aten po prze­kro­cze­niu dwu­dziestki zaczął pisać dra­maty. Po trzy­dzie­stce zro­bił sobie prze­rwę od teatru i w 490 roku p.n.e. wziął udział w legen­dar­nej bitwie pod Mara­to­nem, w któ­rej Ateń­czycy i ich sprzy­mie­rzeńcy sta­nęli wspól­nie do walki z nacie­ra­ją­cymi na nich Ache­me­ni­dami pod wodzą per­skiego króla Dariu­sza Wiel­kiego.

Grecy zwy­cię­żyli - świet­nie się spi­sa­łeś, Ajschy­lo­sie! - a dziś bitwa ta wspo­mi­nana jest pod­czas każ­dego wyścigu na dystan­sie około 42 kilo­me­trów, co było przy­bli­żoną odle­gło­ścią mię­dzy Mara­to­nem a Ate­nami. Legenda głosi, że goniec imie­niem Filip­pi­des pognał z Mara­tonu do Aten, by dostar­czyć wie­ści o zwy­cię­stwie Gre­ków, a doko­naw­szy tego, natych­miast padł tru­pem. Praw­dzi­wość tego wyda­rze­nia jest jed­nak wąt­pliwa. Pierw­sze opowie­ści o owym dłu­go­dy­stan­so­wym biegu zaczęły się poja­wiać pięć stu­leci po bitwie i opie­rano je na innej dłu­ga­śnej prze­bieżce Filip­pi­desa: antyczny grecki histo­ryk Hero­dot led­wie kilka dekad po samej bitwie spi­sał histo­rię biegu tego śmiałka nie z Mara­tonu do Aten po bitwie, a z Aten do Sparty przed nią - był to bieg na dystan­sie ponad 200 kilo­me­trów - w celu popro­sze­nia Spar­tan o wspar­cie. Jeśli jako ludz­kość zamie­rzamy porząd­nie uczcić wyczyn Filip­pi­desa, powin­ni­śmy powo­ły­wać się raczej na poparty bar­dziej god­nymi zaufa­nia źró­dłami bieg Ateny-Sparta. Ale też zmu­sza­nie bie­ga­czy, by gnali 200 kilo­me­trów w imię domnie­ma­nej wier­no­ści fak­tom histo­rycz­nym, może oka­zać się żąda­niem zbyt wyma­ga­ją­cym8.

Ajschy­los wal­czył rów­nież w mniej zna­nych, jed­nakże znacz­nie istot­niej­szych bitwach pod Sala­miną i Pla­te­jami, poma­ga­jąc na dobre wygo­nić Ache­me­ni­dów z antycz­nej Gre­cji. Doświad­cze­nia zdo­byte jako żoł­nierz mocno wpły­nęły na jego póź­niej­sze dzieła. Sztuka Per­so­wie opo­wiada o porażce najeźdź­ców pod Sala­miną i jest jedy­nym zna­nym do dziś grec­kim dra­ma­tem, który opi­suje wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się prak­tycz­nie w chwili, gdy dzieło zostało spi­sane.

Ajschy­los napi­sał od 70 do 90 dra­ma­tów, jed­nak nie­stety tylko 7 z nich prze­trwało do dziś. Te jakże istotne antyczne dzieła pomo­gły na prze­strzeni wie­ków ukształ­to­wać i roz­wi­nąć zachod­nią lite­ra­turę, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że za cza­sów samego autora cie­szyły się wielką popu­lar­no­ścią i licz­nymi suk­ce­sami.

Ale nawet jeśli led­wie około 10 pro­cent dzieł Ajschy­losa prze­trwało do dziś, dokład­nie 0 pro­cent samego autora może poszczy­cić się tym osią­gnię­ciem. Z racji faktu, że żył 2500 lat temu z okła­dem, nie powinno nas to dzi­wić - ale sam spo­sób, w jaki opu­ścił nasz świat, z całą pew­no­ścią spra­wia, że wiele osób unosi brwi. Zanim jed­nak go poznamy, musimy odro­binę zbo­czyć z tematu i zagłę­bić się w zło­żony świat zacho­wań pew­nego dra­pież­nego ptaka.

Orzeł przedni to jeden z naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nych na pół­kuli pół­noc­nej lata­ją­cych dra­pież­ni­ków: zna­leźć go można od Hisz­pa­nii po Japo­nię, od pół­noc­nej Kanady po połu­dniowy Iran. Bytuje rów­nież na Sycy­lii, gdzie żywi się mię­dzy innymi żół­wiami lądo­wymi.

Te jed­nak cechują się pew­nym samo­lub­stwem i nie czy­nią z sie­bie łatwego posiłku dla orła przed­niego - mają opan­ce­rze­nie w postaci gru­bej sko­rupy. Dra­pieżny ptak musiał więc wypra­co­wać sobie spo­sób na obej­ście tej prze­szkody. Nauczył się łapać gada w szpony, fru­nąć wysoko, a potem upusz­czać żół­wia na skały. To zaś nie tylko uśmierca nie­szczę­sne zwie­rzę, ale i roz­bija jego sko­rupę, co zapew­nia dostęp do soczy­stej mię­snej uczty. Orły przed­nie demon­strują ów prze­bie­gły dra­pież­czy spo­sób na walkę z prze­ciw­no­ściami także w dzi­siej­szych cza­sach - ale, wnio­sku­jąc po przy­go­dzie Ajschy­losa, znały tę metodę już 2,5 tysiąc­le­cia temu.

W roku 456 p.n.e., gdy Ajschy­los był mniej wię­cej w wieku 69 lat, odwie­dzał mia­sto Gela na Sycy­lii. Pew­nego dnia, gdy sie­dział sobie błogo na ska­łach na opłot­kach mia­sta, stał się mimo­wol­nym - i naj­pew­niej przy­pad­ko­wym - celem bom­bar­do­wa­nia orni­to­lo­giczno-her­pe­to­lo­gicz­nego. Orzeł przedni krę­cący kółka na nie­bie z żół­wiem w szpo­nach mógł uznać lśniącą łysinę dra­ma­turga za wyjąt­kowo uży­teczną, twardą skałę, dla­tego to wła­śnie na nią spu­ścił z dużego pułapu swoją zdo­bycz.

Dra­pieżny ptak, rzecz jasna, miał w swoim sercu mor­der­cze plany jedy­nie wzglę­dem opan­ce­rzo­nego gada nie­sio­nego w szpo­nach. Na pewno już ostrzył sobie dziób na myśl o cze­ka­ją­cym go mię­sku. Ale choćby nie wia­domo jak był krwio­żer­czy, zapewne nie zamie­rzał dopro­wa­dzić do kresu życia jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych dra­ma­tur­gów w histo­rii - a jed­nak uczy­nił to pod­czas reali­za­cji swo­jego kuli­nar­nego planu. Rażony twardą gadzią sko­rupą, niczego nie­spo­dzie­wa­jący się Ajschy­los natych­miast legł mar­twy; tym samym żywot wio­dą­cego prym tra­gika dobiegł iście kome­dio­wego kresu. Gdyby obaj - zarówno Ajschy­los, jak i żółw-pocisk - byli z nami dzi­siaj i mogli jakoś sko­men­to­wać sytu­ację, bez­myśl­nemu pta­szy­sku powtó­rzy­liby (za pro­ta­go­ni­stą tra­gicz­nego arcy­dzieła braci Coen z 1998 roku, filmu Big Lebow­ski), że "ewi­dent­nie nie jest gol­fi­stą".

4. Żołnierz Mitrydates, którego zabiły "łodzie" w 401 roku p.n.e.

4

Żoł­nierz Mitry­da­tes,

któ­rego zabiły "łodzie" w 401 roku p.n.e.

Histo­ria śmierci per­skiego żoł­nie­rza Mitry­da­tesa nie cechuje się raczej zbyt sta­bil­nymi histo­rycz­nymi fun­da­men­tami. Choć jest to opo­wieść nie­ba­nalna, prze­peł­niona strasz­li­wymi deta­lami god­nymi cro­nen­ber­gow­skich hor­ro­rów, nie­wy­klu­czone, że w ogóle nie miała miej­sca. Opisu jego śmierci dostar­czył Plu­tarch, grecki histo­ryk z I wieku n.e. - spi­sano ją więc wiele stu­leci po tym, gdy zgon miał miej­sce.

Sam Plu­tarch doko­nał adap­ta­cji opisu wyda­rze­nia zawar­tego w zapi­skach innego histo­ryka zwa­nego Kte­zja­szem. Piszący w V wieku p.n.e. Kte­zjasz nie­rzadko fol­go­wał zasa­dzie "nie pozwól, by prawda wcho­dziła w paradę dobrej opo­wie­ści" i zgod­nie z nią wła­śnie snuł swoje nar­ra­cje9. W rezul­ta­cie ist­nieją solidne prze­słanki za tym, by uzna­wać opo­wieść o nie­szczę­snym Mitry­da­te­sie za apo­kry­ficzną. Ale wie­cie co? Chrza­nić to, opo­wieść jest naprawdę nie­sa­mo­wita, więc i tak się w nią zagłę­bimy.

W 401 roku p.n.e. impe­rium Ache­me­ni­dów rzą­dził król Artak­serk­ses II, pra­wnuk Kserk­sesa I, władcy Ache­me­ni­dów poko­na­nego pod Sala­miną i Pla­te­jami przez Ajschy­losa i jego kum­pli. Na wcze­snych eta­pach wła­dzy Artak­serk­sesowi II nie­je­den rzu­cał wyzwa­nie, ale nikt nie zdo­łał pozba­wić go tronu, dla­tego też rzą­dził przez cztery dekady. Poza tym impo­nu­ją­cym osią­gnię­ciem władca ów zdo­łał doro­bić się ponad setki potom­ków. Zwa­żyw­szy na to, jak bar­dzo zajęty musiał być tą kon­kretną dzia­łal­no­ścią, do dziś tajem­nicą pozo­staje, jak wła­ści­wie rzą­dził swoim impe­rium.

Tak czy ina­czej, we wspo­mnia­nym 401 roku p.n.e. doszły go ponure wie­ści: oto poja­wił się młody żoł­nierz imie­niem Mitry­da­tes, twier­dzący, że zgła­dził brata Artak­serk­sesa, Cyrusa Młod­szego, na polu bitwy. Jak może­cie sobie wyobra­zić, władca nie był tymi nowi­nami zachwy­cony. Emo­cje, które pod­ów­czas go wypeł­niły - ból, żal, gniew - nie są niczym nie­zwy­kłym w sytu­acji, gdy sły­szy się o zgo­nie rodzo­nego brata. Co cie­kawe jed­nak, w tam­tym wypadku nie były one wyni­kiem zaży­ło­ści łączą­cej Artak­serk­sesa i Cyrusa. Władca pogrą­żył się w bólu, żalu tudzież gnie­wie nie dla­tego, że jego bratu ode­brano żywot, lecz dla­tego, iż sam mu go nie ode­brał.

Jak wspo­mnia­łem, Artak­serk­ses sta­wał przed wie­loma wyzwa­niami i wielu chciało pozba­wić go wła­dzy. Jed­nym z pod­wa­ża­ją­cych jego rządy był wła­śnie brat, Cyrus Młod­szy, który w pew­nym momen­cie wyna­jął 10 tysięcy grec­kich naj­mi­tów, by ode­brać Artak­serk­sesowi ache­me­nidzki tron. Próba ta zakoń­czyła się porażką w bitwie pod Kunaksą. To w cza­sie tego star­cia, jak powie­dziano władcy, Cyrus został uśmier­cony przez mło­dego żoł­nie­rza zwa­nego Mitry­da­te­sem, który teraz pędził, by sta­nąć przed per­skim tro­nem i cheł­pić się trium­fem przed - jak zakła­dał - peł­nym wdzięcz­no­ści Artak­serk­sesem.

Był to jed­nak zły pomysł. Zamiast pochlebstw i uzna­nia, na które liczył, Mitry­da­tes stał się obiek­tem roz­ża­rzo­nego gniewu Artak­serk­sesa. Król uznał ode­bra­nie mu szansy na zabi­cie brata za potężną znie­wagę, dla­tego ska­zał mło­dego żoł­nie­rza na jedną z naj­strasz­liw­szych mąk, jakie można sobie wyobra­zić.

A teraz się­gnijmy do bio­gra­fii pod tytu­łem Żywot Artak­serk­sesa, by dowie­dzieć się, co i jak10:

[Artak­serk­ses] naka­zał, by Mitry­da­tesa uśmier­cono z wyko­rzy­sta­niem tor­tury łodziami.

Okej, to chyba nie jest wcale takie złe, prawda? Łodzie nie brzmią wcale jakoś naj­go­rzej. Może mieli go zała­do­wać na łódkę i porzu­cić gdzieś daleko? I miałby spę­dzić resztę życia na odosob­nio­nej wyspie, przy­sy­pia­jąc na słonku i jedząc kokosy? A może chcieli go zabrać na ryby? W końcu taki wypad potrafi być rów­nie bole­sny jak tor­tury, więc nie­wy­klu­czone, że wła­śnie o to cho­dziło.

A tor­tura łodziami nastę­pu­jąco ma prze­bie­gać: szy­kuje się dwie łodzie, które tak wyko­nano, by obie cia­sno do sie­bie przy­le­gały; w jed­nej z nich ofiara na wznak kła­dziona zostaje; następ­nie łódź druga jest na pierw­szej kła­dziona i sta­ran­nie uło­żona tak, by głowa, dło­nie i stopy ofiary na zewnątrz wysta­wały, zaś reszta ciała osło­nięta pozo­sta­wała.

A więc zro­biono z niego Wojow­ni­czego Łodzio­człeka Ninja, z koń­czy­nami unie­ru­cho­mio­nymi i ster­czą­cymi z dziur mię­dzy dwiema łodziami, zaci­śnię­tymi na jego ciele jak małż. Nie jest to ide­alna sytu­acja.

Następ­nie strawę [ofie­rze] się podaje, a jeśli odmówi jej przy­ję­cia, kłu­ciem w oczy do prze­ły­ka­nia zmu­szona jest. A gdy spo­żyje, mie­szankę mleka i miodu jej się podaje, do ust ją wtła­cza­jąc, a także całą twarz oble­wa­jąc.

O rety. Bez­piecz­nie jest chyba zało­żyć, że nie zmu­szano go do jedze­nia z żad­nych pozy­tyw­nych powo­dów, i opis ten zaczyna brzmieć jak praw­dziwa udręka - cała ta mleczno-mio­dowa breja na twa­rzy...?

Następ­nie pil­nuje się, by oczy ofiary zwró­cone w kie­runku słońca pozo­sta­wały, a rój much jej obli­cze obsiada, by zakryć je cał­ko­wi­cie. Z racji zaś tego, że wewnątrz łodzi [ofiara] czyni to, co czy­nić musi każdy, kto spo­żywa i się poi, robac­two i larwy ogar­niają wszem wobec nie­czy­sto­ści i zgni­li­znę z odcho­dów powstałą, po czym poże­rają ciało, wgry­za­jąc się w organy witalne.

"Czyni to, co czy­nić musi każdy, kto spo­żywa i się poi" to dość deli­katny spo­sób na opi­sa­nie stanu rze­czy, zwłasz­cza gdy kolejne zda­nie opi­suje "nie­czy­sto­ści i zgni­li­znę z odcho­dów powstałą". Plu­tarch doprawdy maluje tu sło­wem, i to w taki spo­sób, że zaczy­namy marzyć o funk­cji wyma­zy­wa­nia z pamięci kon­kret­nych infor­ma­cji.

A gdy człek ewi­dent­nie jest już nie­żyw, a górna łódź zdjęta zostaje, widać, że ciało jego spo­żyte zostało, zaś wokół trzewi jego roje całe stwo­rzeń wcze­śniej przeze mnie opi­sa­nych wciąż się trzy­mają a żywią. W ten oto spo­sób Mitry­da­tes przez dni sie­dem­na­ście powoli był spo­ży­wany, by wresz­cie scze­znąć.

Och. Okej.

Mitry­da­tes był poże­rany żyw­cem przez 2,5 tygo­dnia, zanim w końcu zszedł, a to wszystko za ohydną zbrod­nię zgła­dze­nia kró­lew­skiego brata przed tym, nim zgła­dzić go mógł sam król. W świe­tle powyż­szego lepiej już jed­nak byłoby wyru­szyć na ryby.

5. Zeuksis z Heraklei, który umarł ze śmiechu w IV wieku p.n.e.

5

Zeuk­sis z Hera­klei,

który umarł ze śmie­chu w IV wieku p.n.e.

Śmierć nie­mal zawsze pozo­staje źró­dłem wiel­kiego żalu i roz­pa­czy. Odbiera nam bru­tal­nie naszych przy­ja­ciół i bli­skich; sieje spu­sto­sze­nie i destruk­cję, przyj­mu­jąc nie­zli­czone strasz­liwe formy. Mając do czy­nie­nia ze śmier­cią, nikt się nie śmieje. Rzecz jasna poza chwi­lami, gdy jed­nak to robi.

Cał­kiem spora liczba ludzi opu­ściła ten świat, umie­ra­jąc ze śmie­chu. Nie jest to zbyt powszechny spo­sób, nie­mniej jed­nak - to się cza­sem zda­rza. Gdy porów­namy wszel­kie moż­liwe strasz­liwe przy­czyny śmierci, śmiech nie wydaje się naj­gor­szą opcją. No i tra­fia się dzięki niemu do zacnego towa­rzy­stwa - to wła­śnie śmiech ode­brał życie grec­kiemu mala­rzowi Zeuk­si­sowi z Hera­klei w IV wieku p.n.e.

Zeuk­sis był nie­zwy­kle uta­len­to­wa­nym arty­stą. Nie­stety żadne z jego dzieł nie prze­trwało próby czasu, nie wiemy więc dokład­nie, jak wyglą­dały. Bazu­jąc jed­nak na zacho­wa­nych do dziś opi­sach jego dzieł, twórca ten znany był z reali­stycz­nego stylu i umie­jęt­nego ope­ro­wa­nia świa­tłem i cie­niem zamiast sto­so­wa­nia jed­no­li­tych kolo­rów. Do tego doko­nał licz­nych inno­wa­cji w zakre­sie kom­po­zy­cji.

Malo­wał nie­mal wszystko - od bogów i wyda­rzeń histo­rycz­nych po akty oraz mar­twą naturę. Dzieła Zeuk­sisa podzi­wiali wszy­scy i liczne źró­dła suge­rują, że był jed­nym z naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych arty­stów swo­ich cza­sów. Nie był jed­nakże tym naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym, o czym zaświad­czyć może opo­wieść (zapewne apo­kry­ficzna) zna­nego rzym­skiego histo­ryka Pli­niu­sza Star­szego. Spi­sana kilka stu­leci po zgo­nie mala­rza Histo­ria natu­ralna zawiera pewien opis. Nie doty­czy on śmierci Zeuk­sisa, lecz jed­nej z jego nie­for­tun­nych przy­gód prze­ży­tych pod­czas prób dowie­dze­nia swo­jego malar­skiego talentu.

Na pew­nym eta­pie kariery Zeuk­sis brał udział w rywa­li­za­cji z innym mala­rzem, Par­ra­zja­szem z Efezu - obaj chcieli roz­są­dzić raz na zawsze, który z nich dys­po­nuje więk­szymi umie­jęt­no­ściami. Zgo­dzili się na demon­stra­cję swo­jego talentu: każdy miał stwo­rzyć naj­bar­dziej reali­styczne malo­wi­dło, na jakie było ich stać; potem dzieła miały zostać porów­nane. Obaj arty­ści zabrali się do roboty, po czym spo­tkali się ponow­nie, by zesta­wić efekty swo­jej pracy.

Zeuk­sis pierw­szy odsło­nił malu­nek. Zerwał płótno i uka­zał wyśmie­nity wize­ru­nek jakichś wino­gron. Wyglą­dały tak reali­stycz­nie, że - za opo­wie­ścią - ptac­two zle­ciało się, aby je dzio­bać. To świa­dec­two może wywo­łać nie­jedno unie­sie­nie brwi i sporo nie­do­wie­rza­nia wzglę­dem praw­dzi­wo­ści tej aneg­doty, lecz wła­śnie to rela­cjo­nuje nam sam Pli­niusz, a kimże jeste­śmy, by poda­wać jego słowa w wąt­pli­wość? W końcu to nie tak, że inne rze­czy opi­sane przez niego w Histo­rii natu­ral­nej są apo­kry­ficzne: opo­wie­ści o mitycz­nych bestiach w rodzaju man­ty­kor czy bazy­lisz­ków, histo­rie ludzi, któ­rzy posi­lali się samym zapa­chem strawy, a także instruk­cje, jak wyle­czyć ból zęba poprzez siłowe umiesz­cze­nie wyściółki zaję­czego żołądka w swoim uchu11.

Może­cie wie­rzyć lub nie, ale opo­wieść o malar­skiej rywa­li­za­cji nie jest jedyną histo­rią o Zeuk­si­sie wywo­łu­ją­cym w ptac­twie chęć posma­ko­wa­nia malo­wa­nych wino­gron. Inna aneg­dota opi­suje, jak stwo­rzył na płót­nie wize­ru­nek chłopca trzy­ma­ją­cego kiść takich owo­ców - i ow­szem, ptaszki i wtedy przy­fru­nęły, by je dzio­bać12. Sytu­acja ta jed­nak zwa­rzyła humor Zeuk­si­sowi i skło­niła go do uzna­nia dzieła za porażkę: wszak gdyby malo­wi­dło było w pełni reali­styczne, ptac­two nie chcia­łoby sfru­nąć ku niemu w celu dzio­ba­nia owo­ców - nama­lo­wany chło­piec sku­tecz­nie by je odstra­szył.

Ale powróćmy do rywa­li­za­cji: Zeuk­sis odsło­nił dzieło, ptaki przy­były, spójrz­cie tylko, nasz Zeuk­sis znów tego doko­nał, cóż za boha­ter, cóż za legenda, jak on to robi...? I tak dalej, i tak dalej. Wybit­nie znie­sma­czony Par­ra­zjasz popro­sił Zeuk­sisa, by ten odsło­nił i jego dzieło, a gdy rywal usłu­chał i pod­szedł, by zaci­snąć palce na płach­cie zasła­nia­ją­cej malo­wi­dło, odkrył... że to płachta jest malo­wi­dłem. Dał się nabrać reali­stycz­nemu dziełu i poj­mu­jąc, że prze­grał, wyka­zał się skrom­no­ścią, przy­zna­jąc się do porażki: "Oszu­ka­łem ptac­two, lecz to Par­ra­zjasz oszu­kał Zeuk­sisa".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W swoim cza­sie stwo­rzymy całą ich listę, bez obaw. [wróć]

UFC odnosi się tu do Ulti­mate Figh­ting Cham­pion­ship, spółki sły­ną­cej z orga­ni­zo­wa­nia zawo­dów mie­sza­nych sztuk walki, nie zaś Uni­ted Fruit Com­pany, spółki sły­ną­cej z oba­la­nia nie­wy­god­nych dla sie­bie rzą­dów w kra­jach Ame­ryki Środ­ko­wej w celu sprze­da­nia więk­szych ilo­ści bana­nów. Pomimo pozor­nie ogrom­nych róż­nic pomię­dzy tymi dwiema orga­ni­za­cjami dla obu klu­czową oka­zała się sztuka korzy­sta­nia z prze­mocy w celu pomna­ża­nia zysków. [wróć]

Arty­kuł 34. Grec­kiego Kodeksu Kar­nego głosi, że "czynu prze­stęp­czego nie poczyta się sprawcy, jeśli z powodu zabu­rze­nia jego funk­cji umy­sło­wych lub świa­do­mo­ści nie był w sta­nie roz­po­znać nie­go­dzi­wo­ści leżą­cej za owym czy­nem". Choć przy­ta­czany tu przy­pa­dek pozo­staje nie­spraw­dzony na wokan­dzie, nie można uznać za nie­ra­cjo­nalne przy­pusz­cze­nia, że klą­twa obłędu rzu­cona przez wner­wioną i zdra­dzoną bogi­nię także zali­cza się do "zabu­rze­nia funk­cji umy­sło­wych". Uwaga! Niniej­szy komen­tarz nie sta­nowi porady praw­nej. [wróć]

W końcu był to lew nemej­ski, nie spar­tań­ski. [wróć]

Nie­chyb­nie nad­ra­biali tę nie­do­god­ność, chwy­ta­jąc za coś innego. [wróć]

Podob­nie jak współ­cze­śni zawod­nicy upra­wia­jący mie­szane sztuki walki mogą "odkle­pać" swoją kapi­tu­la­cję, naj­pew­niej żału­jąc, że jed­nak nie sko­rzy­stali ze słów zamiast mię­śni. [wróć]

Na sta­ro­żyt­nych Igrzy­skach Olim­pij­skich nie przy­zna­wano medali; zwy­cięzcy spor­towcy otrzy­my­wali wie­niec oliwny oraz - jeśli mieli duże szczę­ście - gra­tu­la­cyjne sma­gnię­cie w zadek. [wróć]

Histo­ryczna traf­ność nie odgrywa zresztą zbyt dużej roli w usta­la­niu dystansu, na któ­rym odbę­dzie się nowo­cze­sny bieg mara­toń­ski - ten bowiem wynika z bar­dzo nauko­wych obli­czeń doko­na­nych w 1908 roku w ramach Igrzysk Olim­pij­skich w Lon­dy­nie. Z kal­ku­la­cji wyni­kło, że odle­głość ta wynosi 42 kilo­me­try z gro­szami. Wcze­śniej mara­tony odby­wały się na roz­ma­itych dystan­sach oscy­lu­ją­cych w oko­li­cach 40 kilo­me­trów. We wspo­mnia­nym 1908 roku dystans prze­dłu­żono tak, by koń­czył się przed Lożą Kró­lew­ską, ta zaś znaj­do­wała się 42 kilo­me­try i 195 metrów od linii startu. Ta jakże spe­cy­ficzna miara stała się póź­niej stan­dar­dem. [wróć]

Wśród licz­nych zapi­sków Kte­zja­sza zna­leźć można mię­dzy innymi twier­dze­nie, że ist­niał nie­gdyś lud zwany mono­po­dami, dosł. "jed­no­no­gami", posia­da­jący tylko jedną, wielką stopę, uży­waną przede wszyst­kim do ska­ka­nia z miej­sca na miej­sce, ale też do osła­nia­nia się przed słoń­cem. Mono­pod miał się do tego celu kłaść na ple­cach i uno­sić nogę nad głowę. [wróć]

Prze­kładu na język angiel­ski z 1926 roku doko­nał ame­ry­kań­ski histo­ryk Ber­na­dotte Per­rin [i to na jego prze­kła­dzie się tu opie­ram - przyp. tłum.], któ­rego wąs zali­czał się do naj­do­stoj­niej­szych w gro­nie aka­de­mi­ków zaj­mu­ją­cych się epoką kla­syczną. Naj­wy­bit­niej­szą brodą wśród kla­sy­cy­stów jest nato­miast Mary Beard [któ­rej nazwi­sko dosłow­nie ozna­cza "Broda" - przyp. tłum.]. [wróć]

Wszyst­kie te bzdury istot­nie poja­wiają się w Histo­rii natu­ral­nej Pli­niu­sza Star­szego, a towa­rzy­szy im jesz­cze wię­cej oso­bli­wo­ści. Odda­jąc mu jed­nak spra­wie­dli­wość, pisarz ów bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał roz­wiać mylne prze­ko­na­nie, że uryna rysia krzep­nie i tward­nieje, by stać się cen­nym kamie­niem szla­chet­nym zwa­nym lyn­gu­rium. Bada­nia nad tą sub­stan­cją trwały jesz­cze przez dłu­gie wieki; pewien szes­na­sto­wieczny tekst, The Noble Lyfe and Natu­res of Man [Żywot szla­chetny a natura człe­cza, oryg. Der Die­ren Pal­leys autor­stwa Holen­dra Jana van Does­bor­cha - przyp. tłum.], głosi: "opie­kaj­cież ją we słońca bla­sku, ażeby w kamień bogaty się prze­isto­czyła". Dziś nie znamy żad­nego dowodu na ist­nie­nie lyn­gu­rium, lecz może to wyni­kać z pazer­no­ści plu­ga­wych rysiów nie­sko­rych podzie­lić się z nami swym skar­bem. [wróć]

Cie­kawe, gdzież to pre­zen­to­wano te malo­wi­dła, skoro w goto­wo­ści cze­kały już stadka pta­ków z chrapką na dru­gie śnia­da­nie? [wróć]