50 najdziwniejszych śmierci w historii - Riley Knight

Reflow text when sidebars are open.
Umieranie to nasza ulubiona forma spędzania wolnego czasu. Na rozległej przestrzeni dziejów większość ludzi posmakowała śmierci przynajmniej raz i w przeciwieństwie do wielu, wielu innych towarzyszy ludzkości, niegdyś modnych, ale z czasem odchodzących do lamusa - jak choćby kamienne narzędzia, pudrowane peruki czy szkorbut - śmierć wykazała się znakomitą ponadczasowością.
Prawda jest taka, że uczestnictwo w niej bije rekordy; ostatnie obliczenia wskazują, że nigdy wcześniej tyle osób nie skończyło martwych. Każdego roku coraz więcej i więcej z nas postanawia spróbować i - co zdumiewające - nikt nie wrócił z reklamacją. I choć robimy to od tysiącleci, umieranie wciąż nam się nie znudziło; jeśli przypatrzyć się słupkom, śmierć pozostaje w czołówce najpopularniejszych czynności. Z całą pewnością wykazała się - i wykaże - większą długowiecznością niż ktokolwiek z nas.
A jednak śmierć śmierci nierówna. Wiele osób wykazuje się niesamowitym brakiem polotu, jeśli idzie o umieranie: bez żenady zdają się na zdarte płyty w rodzaju odchodzenia spokojnie we śnie albo w otoczeniu najbliższych. Jakże to nudne! Nawet główna przyczyna śmierci, choroba niedokrwienna serca, może się zdawać dość ekscytująca, skoro ma tak złożoną nazwę z nutką dramaturgii; prawda jest jednak taka, że na ogół chodzi o moment, w którym dany osobnik osiąga wiek, w jakim pikawa zwyczajnie się poddaje. I choć w życiu cechujemy się niemal bezgraniczną kreatywnością, przytłaczająca większość osób umiera w jeden z konwencjonalnych, oklepanych sposobów.
W annałach historii zapisali się jednak nieliczni, którzy pożegnali się z tym światem wprost ekscytująco i niekonwencjonalnie. Od szlachcica zgładzonego podczas pobytu w toalecie po duet monarchów, którzy umarli, waląc czerepami we framugi drzwi; od żołnierza zatłuczonego na śmierć własną drewnianą nogą po adwokata, który zastrzelił się, by dowieść słuszności swojej hipotezy dotyczącej prowadzonej sprawy; historia pełna jest przypadków ludzi, którzy urozmaicili kostusze codzienną rutynę. Zapamiętani zostali bowiem dzięki temu, że wyzionęli ducha w tak dziwacznych okolicznościach, że nikomu nie przyszłyby one do głowy.
Nadejdzie najprawdopodobniej czas, gdy i wam, drodzy czytelnicy, w takich czy innych okolicznościach przyjdzie posmakować śmierci. I wasza opinia o tym fakcie może znajdować się gdzieś pomiędzy "nieuniknioną niedogodnością" a "niemożliwym do objęcia rozumem źródłem egzystencjalnej grozy". Tak czy inaczej, nie należy się przesadnie przejmować. W końcu śmierć to nie koniec świata... a jedynie koniec waszego świata.
Oczywiście nie oznacza to, że powinno wam się przesadnie ku niej spieszyć, bo czasu na nieunikniony zgon w zupełności wam wystarczy. Na razie jednak rozsiądźcie się wygodnie i rozkoszujcie życiem, pilnując, by doceniać te wszystkie wspaniałości, które czynią je wartym przeżycia: drugim śniadaniem w formie dobrej kanapki albo frytek, bezlitosnym natrząsaniem się z kumpla, który przekręcił jakieś słowo, albo - co najwspanialsze - czytaniem niepoważnej książki o osobliwych zgonach.
A gdy już wasz czas w końcu nadejdzie, jeśli będziecie mieć szczęście - no dobra, szczerze mówiąc, to jednak NIEszczęście - może przyjdzie wam umrzeć w dziwny, cudaczny, rozrywkowy czy zgoła niedorzeczny sposób. Jeśli tak właśnie się stanie, może traficie do kolejnej niepoważnej książki o osobliwych zgonach; szkoda tylko, że nie będziecie już mieli szans jej przeczytać.
1
Gong Jing z kraju Jin,
który wpadł do latryny w 581 roku p.n.e.
Pomiędzy 599 a 581 rokiem p.n.e. pradawny chiński Jin rządzony był przez mężczyznę noszącego tytuł gonga [księcia] i zwącego się Jing. Mieszczące się na północ od Zhengzhou - dzisiejszej metropolii - Jin było krajem cieszącym się potęgą w Okresie Wiosen i Jesieni, epoce w dziejach starożytnych Chin trwającej od 770 do 476 roku p.n.e.
Gong Jing starał się, jak mógł, by sprostać roli władcy. Nie zapisał się w historii jako najwybitniejszy ani odnoszący największe sukcesy przywódca, ale też nie należał do tych najgorszych. Miewał utarczki z sąsiadami - parę bitew wygrał, kilka innych przegrał - i ostatecznie zostawił swoją dziedzinę w stanie podobnym do tego, w jakim ją zastał. Był jak złota rybka w domowym akwarium: wypełnił swoje zadanie w małym skrawku świata w sposób dosadnie wręcz niespektakularny. I jak rybka, po śmierci trafił na dno toalety.
W 581 roku p.n.e. Jing był gongiem od 18 lat. Zaczął chorować, więc postanowił abdykować na rzecz syna - który stał się gongiem Li z Jin - i w spokoju zabrał się za rozwiązywanie krzyżówek, pielenie ogródka czy cóż tam innego było pradawnym chińskim odpowiednikiem rozrywki dla emerytów. Nie zdołał się tym jednak porządnie nacieszyć, gdyż wkrótce po oddaniu sterów potomkowi znalazł się już na tamtym świecie, co skrzętnie odnotowano dla potomności w antycznym chińskim traktacie historycznym Zuo Zhuan.
Jak głosi jego treść, dawnego gonga Jinga po abdykacji trapiły straszliwe koszmary. Śniło mu się, że przybywa po niego zły duch, dlatego zwrócił się do wu - kogoś w rodzaju szamanki - o radę. Niestety ocena wu nie była zbyt optymistyczna: kobieta przewidziała, że nieszczęśnik nie pożyje dostatecznie długo, by "zjeść nową pszenicę". Innymi słowy - Jing miał być martwy jeszcze przed kolejnymi zbiorami. I, jak zapewne się domyślacie, nie był szczególnie zachwycony tym ponurym proroctwem.
Jego koszmary jedynie przybrały na sile, gdy nabrał przeświadczenia, iż kres jest tuż-tuż, dlatego postanowił zasięgnąć porady najbardziej doświadczonych medyków, jakich tylko zdołał znaleźć. Liczył, że któryś z nich przekaże mu jakieś pomyślniejsze wieści. Jeden z owych medyków, człek powszechnie uważany za największego speca w swojej branży, przybył do Jinga i przekazał mu swoją ocenę; choć była równie pesymistyczna jak ta wygłoszona przez wu, zdawała się odrobinę bardziej zakorzeniona w medycznych konkretach niż zapowiedź pożegnania z glutenem. Medyk zbadał Jinga i powiedział mu, że ten niestety zapadł na śmiertelną chorobę, która już zdążyła się zadomowić w jego g?o hu?ng - tak nazywano obszar pomiędzy sercem a przeponą. Zdaniem doktora nie dało się już nic zrobić; śmierć Jinga pozostawała jedynie kwestią czasu. I choć była to w zasadzie ponadczasowa prawda dotycząca każdego ze śmiertelników, nie stanowiła wielkiego pocieszenia dla emerytowanego władcy.
Zasmucił się on wielce, prześladowany proroctwem wu, i był przekonany, że śmierć sadzi w jego stronę wielkimi susami. Ale nawet gnębiony przez troski i trwogę wywołaną rzekomo nadciągającym zgonem, Jing żył, a niespokojne tygodnie rozciągnęły się do miesięcy! W końcu, pół roku od chwili, gdy wysłuchał opinii wu, nadszedł czas zbiorów. Pszenicę ścięto, zaś Jing wciąż żył i miał się dobrze. Wyglądało na to, że wewnętrzne oko wu powinno zostać poddane badaniu okulistycznemu.
Jing, który po tej nerwówce nie był w szczególnie wybitnym humorze, nakazał, by część świeżego zbioru przeznaczono na przygotowanie dlań strawy. Słudzy zabrali się do pracy, Jing zaś triumfalnie przywlekł na miejsce wu, by przyjrzała się udanemu zbiorowi i pojęła, że jej ponure proroctwo wcale się nie ziści. Oto Jing dożył pory zbiorów i mógł je obserwować. I gdy tylko strawa będzie gotowa, dowiedzie, jak wielce myliła się wu: zje świeżą pszenicę i zaprzeczy pełnym grozy słowom sprzed sześciu miesięcy. Jing nie był w nastroju do przebaczania: nakazał, by za dostarczenie trefnej przepowiedni wu została natychmiast stracona. I tak oto odeszła z tego świata.
Okazało się jednak, że przepowiednia bynajmniej nie była chybiona. Zanim Jing zasiadł do stołu, by rozkoszować się świeżo przyrządzonym daniem, poczuł potrzebę, cóż, zrobienia na nie odrobiny miejsca, dlatego udał się do wychodka. I choć dożył zbiorów, wciąż był słabowitym i niespecjalnie sprawnym staruszkiem, człowiekiem mającym najlepsze dni daleko za sobą. W konsekwencji, gdy spuścił gatki i zasiadł, by sobie ulżyć, po prostu... wpadł do środka.
Zuo Zhuan niestety oszczędziło nam szczegółowych informacji odnośnie do okoliczności jego śmierci, głosząc lakonicznie: "wpadł i umarł". Mając na uwadze jego dobro, powinniśmy mieć nadzieję, że życia pozbawił go sam upadek, nie zaś utonięcie w dole wypełnionym nader plugawą treścią. Tak czy inaczej, lot ów skończył się dla niego zgonem, podczas gdy strawa czekała na stole. Pszenica pozostała nietknięta. Czyli wu jednak miała rację!
Gdy zdano sobie sprawę z nieobecności Jinga, sługa zaczął poszukiwać swego pana, by znaleźć w końcu jego ciało w rowie pod toaletą. Wierny do samego końca, wkroczył do dołu kloacznego i wydobył zwłoki; po dokonaniu tego jakże nieprzyjemnego zadania spotkał go wielki zaszczyt: zgładzono go i pogrzebano wraz z dawnym panem. Nieszczęsny sługa odkrył, że jego praca była gówniana, i to w kilku znaczeniach tego słowa.
I tak się stało, że dziedzictwem Jinga jest dołączenie do panteonu postaci, które poniosły śmierć toaletową1. Nie jest to raczej dziedzictwo, na które liczy większość ludzi - ale cóż, przynajmniej trafił do annałów.
Co ciekawe, zgon Jinga doprowadził również do powstania nowego chéngy? - chińskiego czteroznakowego idiomu. Zdanie "choroba dotarła do g?o hu?ng" stało się bowiem przysłowiem. Nawet dziś w sytuacji, gdy na coś nie da się już zaradzić lub czegoś ocalić, Chińczycy powiedzą: b?ng r? g?o hu?ng. Szkoda, że tworząc chéngy?, trzeba się trzymać czterech znaków, w przeciwnym razie mogliby mówić też: g?ngjué s? zai c?su? l? - gong legł martwy w toalecie.
2
Arrichion z Figalii,
który zmarł, a potem wygrał zapasy na igrzyskach olimpijskich w 564 roku p.n.e.
Mieszane sztuki walki mają bardzo, ale to bardzo długą historię. Nie jest to w sumie zaskakujące, skoro jedną z ulubionych form spędzania wolnego czasu przez ludzi jest odnajdywanie nowych, sprytnych oraz ekscytujących sposobów na wyrządzanie sobie nawzajem krzywdy, a nawet popełnianie morderstw. Nawet dziś, w nowoczesności, krwawe sporty pozostają wielce popularne: cieszące się zainteresowaniem mediów zawody w walce wręcz w rodzaju tego, co prezentuje UFC2, przyciągają wielomilionowe widownie na całym świecie, gromadzące się, by podziwiać umięśnionych kafarów próbujących przemeblować sobie nawzajem twarze. I jest to bardzo przykre; ktoś powinien zachęcić owych jegomościów, by po prostu usiedli i pogadali o problemach, które ich poróżniły, zamiast uciekać się do przemocy w celu ich rozwiązania.
Tak czy inaczej, historia mieszanych sztuk walki sięga kilka tysięcy lat wstecz. W starożytnej Grecji nazywano je pankrationem - była to kombinacja boksu i zapasów, gdzie chwyty, podduszanie i kopniaki stanowiły zaledwie ułamek niesamowitych zabiegów na podorędziu zawodników. W pankrationie, który był wyjątkowo brutalnym sportem walki, istniały tylko dwie zasady: nie wolno gryźć i wydłubywać oczu... o ile mówimy o walkach odbywających się poza Spartą. Tam bowiem nie było żadnych zasad. Moglibyście wyłupić przeciwnikowi jedno oko, gryząc drugie, a sędziowie tylko skarciliby go za skamlenie i ponaglili, by wziął się wreszcie do roboty.
Pankration był tak ważny w greckiej kulturze, że trafił nawet do mitów i legend - wielcy herosi w rodzaju Heraklesa uznawani byli za ekspertów tej dyscypliny. W mitologii Herakles - często nazywany po rzymsku Herkulesem - był owocem jednego z licznych romansów Zeusa, a zasłynął z wykonania dwunastu prac w celu zadośćuczynienia za morderstwo żony i dzieci. Gdyby zamiast tego Herakles stanął przed sądem, zmyślny prawnik zapewne sugerowałby mu powołanie się na niepoczytalność. Wszak mordu dokonał dopiero po tym, gdy zazdrosna małżonka Zeusa, Hera, rzuciła nań klątwę obłędu3.
Pierwszą z dwunastu prac Heraklesa było zgładzenie lwa nemejskiego, straszliwej bestii o złocistym futrze, odpornej na broń śmiertelników i dysponującej ostrymi jak brzytwa szponami, które rozpłatałyby dowolny pancerz. Herakles wprawnie obszedł wszystkie te problemy, wyzywając lwa na rundkę pankrationu - a dyscyplina ta wszak wymaga, by porzucono oręż i opancerzenie. W rezultacie heros zdołał zadusić straszliwe stworzenie na śmierć. Wybranie takiej formy walki było przejawem sprytu. Zakładając, że potyczka odbędzie się przy poszanowaniu pradawnych zwyczajów i tradycji pankrationu, Herakles przebiegle uniemożliwił lwu zagryzienie go - wszak byłoby to niezgodne z regułami4.
W annałach historii dającej się zweryfikować z odrobinę większą pewnością niż mętne wody mitów oraz legend pankration zapisał się jako sport popularny wśród widzów i od 648 roku p.n.e. był częścią igrzysk olimpijskich. Przez pierwsze kilka dekad tych przesławnych zawodów - od 776 do 708 roku p.n.e. - jedyną uprawianą dyscypliną były biegi, możecie więc sobie wyobrazić, że Grecy z radością powitali odrobinę urozmaicenia w dniu, gdy pentatlon i zapasy w roku 708 p.n.e. stały się częścią 18. olimpiady. Boks dołączył do nich niewiele później, bo w roku 688 p.n.e., a po czterech dekadach częścią igrzysk stał się pankration.
Co ekscytujące, olimpijczycy w tamtych czasach rywalizowali ze sobą zupełnie nadzy. To, rzecz jasna, wiązało się z dużą dozą klaskania podczas wyścigów, ale oznaczało też, że pankrationiści nie dysponowali ciuchami, za które przeciwnik mógłby chwycić podczas zmagań5. Co więcej, nie byli chronieni przed sędziami, którzy obserwowali każdą walkę zbrojni w kije, idące w ruch, ilekroć ktoś łamał którąś z zasad. To doprawdy wielka szkoda, że we współczesnych dyscyplinach sportowych zrezygnowaliśmy z usług uzbrojonych arbitrów. Wyobraźcie sobie tylko: sędziowie piłkarscy mogliby porzucić gwizdki i kolorowe kartki na rzecz karabinków do paintballu.
Najsłynniejszym pankrationistą starożytnej Grecji był jegomość zwący się Arrichionem z Figalii. Dorobił się renomy nie tylko dlatego, że w trakcie olimpijskiego pankrationu nigdy nie został pokonany, ale i dzięki temu, że pozostał jedynym olimpijczykiem, który wygrał zawody... jako nieboszczyk.
Potężny Arrichion brał udział w 54. olimpiadzie w 564 roku p.n.e. jako pankrationista, będąc już zwycięzcą igrzysk numer 52 i 53, a więc 8 i 4 lata wcześniej. Aż się palił, by powrócić i obronić swój tytuł, i na całych zawodach sprawił się bardzo dobrze, by wreszcie stanąć do walki o mistrzostwo.
Walka się rozpoczęła. Po wymianie ciosów przeciwnik Arrichiona - imienia tamtego sportowca niestety nie znamy - zdołał uzyskać przewagę, gdyż założył blok na głowę mistrza. Stojąc za nim, owinął rękę wokół jego szyi, nogi oplótł wokół tułowia, a potem użył stóp, by przygnieść klejnoty oponenta. Sytuacja nie wyglądała za dobrze dla mistrza, który zaczynał tracić dech - nie wspominając o tym, że dekoracja jego podwozia lada moment mogła zostać zgnieciona jak przejrzałe winogrona.
Ale wtedy, w ramach heroicznego, ostatniego wyczynu - ostatniego, jak się okazało, w sensie jak najbardziej dosłownym - Arrichion zdołał pochwycić jedną ze stóp przeciwnika w żelazny uścisk stawu kolanowego, po czym szarpnął nogą z taką siłą, że wyrwał mu stopę ze stawu! Przeciwnik aż zatoczył się z bólu i natychmiast zasygnalizował sędziom, że został pokonany6. Arrichion wygrał, zdoławszy przeobrazić nadchodzącą porażkę w wielki triumf!
No... w pewnym sensie. Pamiętajcie bowiem, że w chwili, gdy wybił przeciwnikowi staw, Arrichion miał zaciśnięte na szyi jego ramię. I gdy zawodnik szarpnął się w tył, rażony nagłym bólem, nie zdołał zwolnić owej blokady - i w konsekwencji przetrącił Arrichionowi kark. Był to manewr, który w tragiczny, lecz nieprzesadnie zaskakujący sposób natychmiast uśmiercił nieszczęsnego mistrza.
A jednak jego przeciwnik zasygnalizował sędziom poddanie się, sprawa była więc przesądzona - Arrichion został ogłoszony zwycięzcą i tym samym stał się mistrzem olimpijskim 54. igrzysk. Nieważne, czy był wtedy żywy. Możemy sobie wyobrazić sędziów desperacko przeszukujących regulamin i stwierdzających w końcu: "No, nie ma żadnej zasady, wedle której mielibyśmy odmówić nieboszczykowi tytułu mistrzowskiego!".
I tak oto zwłoki Arrichiona ogłoszono zwycięzcą i, zgodnie z obyczajem, przystrojono stosownym wieńcem oliwnym7. Do dziś pozostaje on nie tylko najsłynniejszym pankrationistą w historii, ale i jedynym olimpijczykiem - takoż starożytnym, jak i nowożytnym - który doczekał się tytułu mistrza, będąc martwym. I choć raduje nas obserwowanie, jak sportowcy pobijają kolejne rekordy i dokonują coraz śmielszych wyczynów podczas przekraczania granic stosownych dla uprawianej przez nich dyscypliny, wybitna unikatowość wyczynu Arrichiona lepiej niech nie zostanie przez nikogo przebita.
3
Ajschylos,
którego uderzył spadający żółw w 456 roku p.n.e.
Ajschylos jest powszechnie uważany za ojca tragedii w teatrze. Przez całe tysiąclecia liczne formy mediów rozrywkowych zawierały w sobie monumentalnie wręcz ważne i niezwykle popularne opisy tragicznych losów: od Orestei autorstwa właśnie Ajschylosa oraz dzieł Shakespeare'a w rodzaju Hamleta czy Makbeta aż po nowoczesne produkcje, takie jak seriale Breaking Bad, Gra o tron czy choćby szczytowe osiągnięcie nowoczesnej kinematografii: tragiczne arcydzieło braci Coen z 1998 roku, film Big Lebowski.
A jednak o sposobie, w jaki Ajschylos opuścił ten świat, można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był on tragiczny. Wręcz przeciwnie, okazał się niemożebnie wręcz zabawny - choć sam Ajschylos zapewne miałby na ten temat inne zdanie. W każdym razie, gdy było już po wszystkim, nie był w stanie się śmiać.
Ajschylos mógł pochwalić się tym, że żył pełnią życia. Urodzony około 525 roku p.n.e. w zamożnej rodzinie mieszkającej na północ od Aten po przekroczeniu dwudziestki zaczął pisać dramaty. Po trzydziestce zrobił sobie przerwę od teatru i w 490 roku p.n.e. wziął udział w legendarnej bitwie pod Maratonem, w której Ateńczycy i ich sprzymierzeńcy stanęli wspólnie do walki z nacierającymi na nich Achemenidami pod wodzą perskiego króla Dariusza Wielkiego.
Grecy zwyciężyli - świetnie się spisałeś, Ajschylosie! - a dziś bitwa ta wspominana jest podczas każdego wyścigu na dystansie około 42 kilometrów, co było przybliżoną odległością między Maratonem a Atenami. Legenda głosi, że goniec imieniem Filippides pognał z Maratonu do Aten, by dostarczyć wieści o zwycięstwie Greków, a dokonawszy tego, natychmiast padł trupem. Prawdziwość tego wydarzenia jest jednak wątpliwa. Pierwsze opowieści o owym długodystansowym biegu zaczęły się pojawiać pięć stuleci po bitwie i opierano je na innej długaśnej przebieżce Filippidesa: antyczny grecki historyk Herodot ledwie kilka dekad po samej bitwie spisał historię biegu tego śmiałka nie z Maratonu do Aten po bitwie, a z Aten do Sparty przed nią - był to bieg na dystansie ponad 200 kilometrów - w celu poproszenia Spartan o wsparcie. Jeśli jako ludzkość zamierzamy porządnie uczcić wyczyn Filippidesa, powinniśmy powoływać się raczej na poparty bardziej godnymi zaufania źródłami bieg Ateny-Sparta. Ale też zmuszanie biegaczy, by gnali 200 kilometrów w imię domniemanej wierności faktom historycznym, może okazać się żądaniem zbyt wymagającym8.
Ajschylos walczył również w mniej znanych, jednakże znacznie istotniejszych bitwach pod Salaminą i Platejami, pomagając na dobre wygonić Achemenidów z antycznej Grecji. Doświadczenia zdobyte jako żołnierz mocno wpłynęły na jego późniejsze dzieła. Sztuka Persowie opowiada o porażce najeźdźców pod Salaminą i jest jedynym znanym do dziś greckim dramatem, który opisuje wydarzenia rozgrywające się praktycznie w chwili, gdy dzieło zostało spisane.
Ajschylos napisał od 70 do 90 dramatów, jednak niestety tylko 7 z nich przetrwało do dziś. Te jakże istotne antyczne dzieła pomogły na przestrzeni wieków ukształtować i rozwinąć zachodnią literaturę, nie wspominając o tym, że za czasów samego autora cieszyły się wielką popularnością i licznymi sukcesami.
Ale nawet jeśli ledwie około 10 procent dzieł Ajschylosa przetrwało do dziś, dokładnie 0 procent samego autora może poszczycić się tym osiągnięciem. Z racji faktu, że żył 2500 lat temu z okładem, nie powinno nas to dziwić - ale sam sposób, w jaki opuścił nasz świat, z całą pewnością sprawia, że wiele osób unosi brwi. Zanim jednak go poznamy, musimy odrobinę zboczyć z tematu i zagłębić się w złożony świat zachowań pewnego drapieżnego ptaka.
Orzeł przedni to jeden z najbardziej rozpowszechnionych na półkuli północnej latających drapieżników: znaleźć go można od Hiszpanii po Japonię, od północnej Kanady po południowy Iran. Bytuje również na Sycylii, gdzie żywi się między innymi żółwiami lądowymi.
Te jednak cechują się pewnym samolubstwem i nie czynią z siebie łatwego posiłku dla orła przedniego - mają opancerzenie w postaci grubej skorupy. Drapieżny ptak musiał więc wypracować sobie sposób na obejście tej przeszkody. Nauczył się łapać gada w szpony, frunąć wysoko, a potem upuszczać żółwia na skały. To zaś nie tylko uśmierca nieszczęsne zwierzę, ale i rozbija jego skorupę, co zapewnia dostęp do soczystej mięsnej uczty. Orły przednie demonstrują ów przebiegły drapieżczy sposób na walkę z przeciwnościami także w dzisiejszych czasach - ale, wnioskując po przygodzie Ajschylosa, znały tę metodę już 2,5 tysiąclecia temu.
W roku 456 p.n.e., gdy Ajschylos był mniej więcej w wieku 69 lat, odwiedzał miasto Gela na Sycylii. Pewnego dnia, gdy siedział sobie błogo na skałach na opłotkach miasta, stał się mimowolnym - i najpewniej przypadkowym - celem bombardowania ornitologiczno-herpetologicznego. Orzeł przedni kręcący kółka na niebie z żółwiem w szponach mógł uznać lśniącą łysinę dramaturga za wyjątkowo użyteczną, twardą skałę, dlatego to właśnie na nią spuścił z dużego pułapu swoją zdobycz.
Drapieżny ptak, rzecz jasna, miał w swoim sercu mordercze plany jedynie względem opancerzonego gada niesionego w szponach. Na pewno już ostrzył sobie dziób na myśl o czekającym go mięsku. Ale choćby nie wiadomo jak był krwiożerczy, zapewne nie zamierzał doprowadzić do kresu życia jednego z najwybitniejszych dramaturgów w historii - a jednak uczynił to podczas realizacji swojego kulinarnego planu. Rażony twardą gadzią skorupą, niczego niespodziewający się Ajschylos natychmiast legł martwy; tym samym żywot wiodącego prym tragika dobiegł iście komediowego kresu. Gdyby obaj - zarówno Ajschylos, jak i żółw-pocisk - byli z nami dzisiaj i mogli jakoś skomentować sytuację, bezmyślnemu ptaszysku powtórzyliby (za protagonistą tragicznego arcydzieła braci Coen z 1998 roku, filmu Big Lebowski), że "ewidentnie nie jest golfistą".
4
Żołnierz Mitrydates,
którego zabiły "łodzie" w 401 roku p.n.e.
Historia śmierci perskiego żołnierza Mitrydatesa nie cechuje się raczej zbyt stabilnymi historycznymi fundamentami. Choć jest to opowieść niebanalna, przepełniona straszliwymi detalami godnymi cronenbergowskich horrorów, niewykluczone, że w ogóle nie miała miejsca. Opisu jego śmierci dostarczył Plutarch, grecki historyk z I wieku n.e. - spisano ją więc wiele stuleci po tym, gdy zgon miał miejsce.
Sam Plutarch dokonał adaptacji opisu wydarzenia zawartego w zapiskach innego historyka zwanego Ktezjaszem. Piszący w V wieku p.n.e. Ktezjasz nierzadko folgował zasadzie "nie pozwól, by prawda wchodziła w paradę dobrej opowieści" i zgodnie z nią właśnie snuł swoje narracje9. W rezultacie istnieją solidne przesłanki za tym, by uznawać opowieść o nieszczęsnym Mitrydatesie za apokryficzną. Ale wiecie co? Chrzanić to, opowieść jest naprawdę niesamowita, więc i tak się w nią zagłębimy.
W 401 roku p.n.e. imperium Achemenidów rządził król Artakserkses II, prawnuk Kserksesa I, władcy Achemenidów pokonanego pod Salaminą i Platejami przez Ajschylosa i jego kumpli. Na wczesnych etapach władzy Artakserksesowi II niejeden rzucał wyzwanie, ale nikt nie zdołał pozbawić go tronu, dlatego też rządził przez cztery dekady. Poza tym imponującym osiągnięciem władca ów zdołał dorobić się ponad setki potomków. Zważywszy na to, jak bardzo zajęty musiał być tą konkretną działalnością, do dziś tajemnicą pozostaje, jak właściwie rządził swoim imperium.
Tak czy inaczej, we wspomnianym 401 roku p.n.e. doszły go ponure wieści: oto pojawił się młody żołnierz imieniem Mitrydates, twierdzący, że zgładził brata Artakserksesa, Cyrusa Młodszego, na polu bitwy. Jak możecie sobie wyobrazić, władca nie był tymi nowinami zachwycony. Emocje, które podówczas go wypełniły - ból, żal, gniew - nie są niczym niezwykłym w sytuacji, gdy słyszy się o zgonie rodzonego brata. Co ciekawe jednak, w tamtym wypadku nie były one wynikiem zażyłości łączącej Artakserksesa i Cyrusa. Władca pogrążył się w bólu, żalu tudzież gniewie nie dlatego, że jego bratu odebrano żywot, lecz dlatego, iż sam mu go nie odebrał.
Jak wspomniałem, Artakserkses stawał przed wieloma wyzwaniami i wielu chciało pozbawić go władzy. Jednym z podważających jego rządy był właśnie brat, Cyrus Młodszy, który w pewnym momencie wynajął 10 tysięcy greckich najmitów, by odebrać Artakserksesowi achemenidzki tron. Próba ta zakończyła się porażką w bitwie pod Kunaksą. To w czasie tego starcia, jak powiedziano władcy, Cyrus został uśmiercony przez młodego żołnierza zwanego Mitrydatesem, który teraz pędził, by stanąć przed perskim tronem i chełpić się triumfem przed - jak zakładał - pełnym wdzięczności Artakserksesem.
Był to jednak zły pomysł. Zamiast pochlebstw i uznania, na które liczył, Mitrydates stał się obiektem rozżarzonego gniewu Artakserksesa. Król uznał odebranie mu szansy na zabicie brata za potężną zniewagę, dlatego skazał młodego żołnierza na jedną z najstraszliwszych mąk, jakie można sobie wyobrazić.
A teraz sięgnijmy do biografii pod tytułem Żywot Artakserksesa, by dowiedzieć się, co i jak10:
[Artakserkses] nakazał, by Mitrydatesa uśmiercono z wykorzystaniem tortury łodziami.
Okej, to chyba nie jest wcale takie złe, prawda? Łodzie nie brzmią wcale jakoś najgorzej. Może mieli go załadować na łódkę i porzucić gdzieś daleko? I miałby spędzić resztę życia na odosobnionej wyspie, przysypiając na słonku i jedząc kokosy? A może chcieli go zabrać na ryby? W końcu taki wypad potrafi być równie bolesny jak tortury, więc niewykluczone, że właśnie o to chodziło.
A tortura łodziami następująco ma przebiegać: szykuje się dwie łodzie, które tak wykonano, by obie ciasno do siebie przylegały; w jednej z nich ofiara na wznak kładziona zostaje; następnie łódź druga jest na pierwszej kładziona i starannie ułożona tak, by głowa, dłonie i stopy ofiary na zewnątrz wystawały, zaś reszta ciała osłonięta pozostawała.
A więc zrobiono z niego Wojowniczego Łodzioczłeka Ninja, z kończynami unieruchomionymi i sterczącymi z dziur między dwiema łodziami, zaciśniętymi na jego ciele jak małż. Nie jest to idealna sytuacja.
Następnie strawę [ofierze] się podaje, a jeśli odmówi jej przyjęcia, kłuciem w oczy do przełykania zmuszona jest. A gdy spożyje, mieszankę mleka i miodu jej się podaje, do ust ją wtłaczając, a także całą twarz oblewając.
O rety. Bezpiecznie jest chyba założyć, że nie zmuszano go do jedzenia z żadnych pozytywnych powodów, i opis ten zaczyna brzmieć jak prawdziwa udręka - cała ta mleczno-miodowa breja na twarzy...?
Następnie pilnuje się, by oczy ofiary zwrócone w kierunku słońca pozostawały, a rój much jej oblicze obsiada, by zakryć je całkowicie. Z racji zaś tego, że wewnątrz łodzi [ofiara] czyni to, co czynić musi każdy, kto spożywa i się poi, robactwo i larwy ogarniają wszem wobec nieczystości i zgniliznę z odchodów powstałą, po czym pożerają ciało, wgryzając się w organy witalne.
"Czyni to, co czynić musi każdy, kto spożywa i się poi" to dość delikatny sposób na opisanie stanu rzeczy, zwłaszcza gdy kolejne zdanie opisuje "nieczystości i zgniliznę z odchodów powstałą". Plutarch doprawdy maluje tu słowem, i to w taki sposób, że zaczynamy marzyć o funkcji wymazywania z pamięci konkretnych informacji.
A gdy człek ewidentnie jest już nieżyw, a górna łódź zdjęta zostaje, widać, że ciało jego spożyte zostało, zaś wokół trzewi jego roje całe stworzeń wcześniej przeze mnie opisanych wciąż się trzymają a żywią. W ten oto sposób Mitrydates przez dni siedemnaście powoli był spożywany, by wreszcie sczeznąć.
Och. Okej.
Mitrydates był pożerany żywcem przez 2,5 tygodnia, zanim w końcu zszedł, a to wszystko za ohydną zbrodnię zgładzenia królewskiego brata przed tym, nim zgładzić go mógł sam król. W świetle powyższego lepiej już jednak byłoby wyruszyć na ryby.
5
Zeuksis z Heraklei,
który umarł ze śmiechu w IV wieku p.n.e.
Śmierć niemal zawsze pozostaje źródłem wielkiego żalu i rozpaczy. Odbiera nam brutalnie naszych przyjaciół i bliskich; sieje spustoszenie i destrukcję, przyjmując niezliczone straszliwe formy. Mając do czynienia ze śmiercią, nikt się nie śmieje. Rzecz jasna poza chwilami, gdy jednak to robi.
Całkiem spora liczba ludzi opuściła ten świat, umierając ze śmiechu. Nie jest to zbyt powszechny sposób, niemniej jednak - to się czasem zdarza. Gdy porównamy wszelkie możliwe straszliwe przyczyny śmierci, śmiech nie wydaje się najgorszą opcją. No i trafia się dzięki niemu do zacnego towarzystwa - to właśnie śmiech odebrał życie greckiemu malarzowi Zeuksisowi z Heraklei w IV wieku p.n.e.
Zeuksis był niezwykle utalentowanym artystą. Niestety żadne z jego dzieł nie przetrwało próby czasu, nie wiemy więc dokładnie, jak wyglądały. Bazując jednak na zachowanych do dziś opisach jego dzieł, twórca ten znany był z realistycznego stylu i umiejętnego operowania światłem i cieniem zamiast stosowania jednolitych kolorów. Do tego dokonał licznych innowacji w zakresie kompozycji.
Malował niemal wszystko - od bogów i wydarzeń historycznych po akty oraz martwą naturę. Dzieła Zeuksisa podziwiali wszyscy i liczne źródła sugerują, że był jednym z najbardziej utalentowanych artystów swoich czasów. Nie był jednakże tym najbardziej utalentowanym, o czym zaświadczyć może opowieść (zapewne apokryficzna) znanego rzymskiego historyka Pliniusza Starszego. Spisana kilka stuleci po zgonie malarza Historia naturalna zawiera pewien opis. Nie dotyczy on śmierci Zeuksisa, lecz jednej z jego niefortunnych przygód przeżytych podczas prób dowiedzenia swojego malarskiego talentu.
Na pewnym etapie kariery Zeuksis brał udział w rywalizacji z innym malarzem, Parrazjaszem z Efezu - obaj chcieli rozsądzić raz na zawsze, który z nich dysponuje większymi umiejętnościami. Zgodzili się na demonstrację swojego talentu: każdy miał stworzyć najbardziej realistyczne malowidło, na jakie było ich stać; potem dzieła miały zostać porównane. Obaj artyści zabrali się do roboty, po czym spotkali się ponownie, by zestawić efekty swojej pracy.
Zeuksis pierwszy odsłonił malunek. Zerwał płótno i ukazał wyśmienity wizerunek jakichś winogron. Wyglądały tak realistycznie, że - za opowieścią - ptactwo zleciało się, aby je dziobać. To świadectwo może wywołać niejedno uniesienie brwi i sporo niedowierzania względem prawdziwości tej anegdoty, lecz właśnie to relacjonuje nam sam Pliniusz, a kimże jesteśmy, by podawać jego słowa w wątpliwość? W końcu to nie tak, że inne rzeczy opisane przez niego w Historii naturalnej są apokryficzne: opowieści o mitycznych bestiach w rodzaju mantykor czy bazyliszków, historie ludzi, którzy posilali się samym zapachem strawy, a także instrukcje, jak wyleczyć ból zęba poprzez siłowe umieszczenie wyściółki zajęczego żołądka w swoim uchu11.
Możecie wierzyć lub nie, ale opowieść o malarskiej rywalizacji nie jest jedyną historią o Zeuksisie wywołującym w ptactwie chęć posmakowania malowanych winogron. Inna anegdota opisuje, jak stworzył na płótnie wizerunek chłopca trzymającego kiść takich owoców - i owszem, ptaszki i wtedy przyfrunęły, by je dziobać12. Sytuacja ta jednak zwarzyła humor Zeuksisowi i skłoniła go do uznania dzieła za porażkę: wszak gdyby malowidło było w pełni realistyczne, ptactwo nie chciałoby sfrunąć ku niemu w celu dziobania owoców - namalowany chłopiec skutecznie by je odstraszył.
Ale powróćmy do rywalizacji: Zeuksis odsłonił dzieło, ptaki przybyły, spójrzcie tylko, nasz Zeuksis znów tego dokonał, cóż za bohater, cóż za legenda, jak on to robi...? I tak dalej, i tak dalej. Wybitnie zniesmaczony Parrazjasz poprosił Zeuksisa, by ten odsłonił i jego dzieło, a gdy rywal usłuchał i podszedł, by zacisnąć palce na płachcie zasłaniającej malowidło, odkrył... że to płachta jest malowidłem. Dał się nabrać realistycznemu dziełu i pojmując, że przegrał, wykazał się skromnością, przyznając się do porażki: "Oszukałem ptactwo, lecz to Parrazjasz oszukał Zeuksisa".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W swoim czasie stworzymy całą ich listę, bez obaw. [wróć]
UFC odnosi się tu do Ultimate Fighting Championship, spółki słynącej z organizowania zawodów mieszanych sztuk walki, nie zaś United Fruit Company, spółki słynącej z obalania niewygodnych dla siebie rządów w krajach Ameryki Środkowej w celu sprzedania większych ilości bananów. Pomimo pozornie ogromnych różnic pomiędzy tymi dwiema organizacjami dla obu kluczową okazała się sztuka korzystania z przemocy w celu pomnażania zysków. [wróć]
Artykuł 34. Greckiego Kodeksu Karnego głosi, że "czynu przestępczego nie poczyta się sprawcy, jeśli z powodu zaburzenia jego funkcji umysłowych lub świadomości nie był w stanie rozpoznać niegodziwości leżącej za owym czynem". Choć przytaczany tu przypadek pozostaje niesprawdzony na wokandzie, nie można uznać za nieracjonalne przypuszczenia, że klątwa obłędu rzucona przez wnerwioną i zdradzoną boginię także zalicza się do "zaburzenia funkcji umysłowych". Uwaga! Niniejszy komentarz nie stanowi porady prawnej. [wróć]
W końcu był to lew nemejski, nie spartański. [wróć]
Niechybnie nadrabiali tę niedogodność, chwytając za coś innego. [wróć]
Podobnie jak współcześni zawodnicy uprawiający mieszane sztuki walki mogą "odklepać" swoją kapitulację, najpewniej żałując, że jednak nie skorzystali ze słów zamiast mięśni. [wróć]
Na starożytnych Igrzyskach Olimpijskich nie przyznawano medali; zwycięzcy sportowcy otrzymywali wieniec oliwny oraz - jeśli mieli duże szczęście - gratulacyjne smagnięcie w zadek. [wróć]
Historyczna trafność nie odgrywa zresztą zbyt dużej roli w ustalaniu dystansu, na którym odbędzie się nowoczesny bieg maratoński - ten bowiem wynika z bardzo naukowych obliczeń dokonanych w 1908 roku w ramach Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Z kalkulacji wynikło, że odległość ta wynosi 42 kilometry z groszami. Wcześniej maratony odbywały się na rozmaitych dystansach oscylujących w okolicach 40 kilometrów. We wspomnianym 1908 roku dystans przedłużono tak, by kończył się przed Lożą Królewską, ta zaś znajdowała się 42 kilometry i 195 metrów od linii startu. Ta jakże specyficzna miara stała się później standardem. [wróć]
Wśród licznych zapisków Ktezjasza znaleźć można między innymi twierdzenie, że istniał niegdyś lud zwany monopodami, dosł. "jednonogami", posiadający tylko jedną, wielką stopę, używaną przede wszystkim do skakania z miejsca na miejsce, ale też do osłaniania się przed słońcem. Monopod miał się do tego celu kłaść na plecach i unosić nogę nad głowę. [wróć]
Przekładu na język angielski z 1926 roku dokonał amerykański historyk Bernadotte Perrin [i to na jego przekładzie się tu opieram - przyp. tłum.], którego wąs zaliczał się do najdostojniejszych w gronie akademików zajmujących się epoką klasyczną. Najwybitniejszą brodą wśród klasycystów jest natomiast Mary Beard [której nazwisko dosłownie oznacza "Broda" - przyp. tłum.]. [wróć]
Wszystkie te bzdury istotnie pojawiają się w Historii naturalnej Pliniusza Starszego, a towarzyszy im jeszcze więcej osobliwości. Oddając mu jednak sprawiedliwość, pisarz ów bezskutecznie próbował rozwiać mylne przekonanie, że uryna rysia krzepnie i twardnieje, by stać się cennym kamieniem szlachetnym zwanym lyngurium. Badania nad tą substancją trwały jeszcze przez długie wieki; pewien szesnastowieczny tekst, The Noble Lyfe and Natures of Man [Żywot szlachetny a natura człecza, oryg. Der Dieren Palleys autorstwa Holendra Jana van Doesborcha - przyp. tłum.], głosi: "opiekajcież ją we słońca blasku, ażeby w kamień bogaty się przeistoczyła". Dziś nie znamy żadnego dowodu na istnienie lyngurium, lecz może to wynikać z pazerności plugawych rysiów nieskorych podzielić się z nami swym skarbem. [wróć]
Ciekawe, gdzież to prezentowano te malowidła, skoro w gotowości czekały już stadka ptaków z chrapką na drugie śniadanie? [wróć]