7EW - Neal Stephenson
56.00 zł
47.60 zł
(45,82 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Epoka Jednego Księżyca
Księżyc eksplodował bez uprzedzenia i bez żadnego widocznego powodu. Jeden dzień dzielił go od pełni. Była godzina 05:03:12 czasu UTC. W późniejszym okresie chwilę tę przyjęto nazywać A+0.0.0 lub po prostu "Dniem Zero".
Astronom-amator z Utah był pierwszym człowiekiem na Ziemi, który zdał sobie sprawę, że dzieje się coś niezwykłego. Chwilę wcześniej dostrzegł plamę wykwitającą w rejonie formacji Reiner Gamma, w pobliżu księżycowego równika. Przypuszczając, że ma przed sobą obłok pyłu wzniecony uderzeniem meteorytu, wyjął telefon i zaczął wysyłać doniesienie o wydarzeniu na swojego bloga, poruszając zesztywniałymi kciukami (znajdował się wysoko w górach, gdzie powietrze było równie przejrzyste jak zimne) najszybciej, jak potrafił, żeby tylko zagwarantować sobie palmę pierwszeństwa. Inni astronomowie wkrótce zwrócą teleskopy na tę samą chmurę pyłu - może nawet już to robili! - ale on, jeśli tylko będzie odpowiednio szybko przebierał kciukami, pierwszy zawiadomi świat o swoim odkryciu. Zdobędzie sławę. Jeżeli meteoryt zostawił po sobie widoczny krater, może nawet nazwą go na jego cześć.
Jego nazwisko zostało zapomniane. Prawdę mówiąc, domniemany krater przestał istnieć, zanim jeszcze jego odkrywca zdążył na dobre wyciągnąć telefon. Razem z nim przestał zresztą istnieć cały Księżyc.
Kiedy astronom schował telefon i znów przytknął oko do okularu, zaklął pod nosem, ponieważ pole widzenia wypełniła brunatna plama; musiał niechcący trącić przyrząd, układ optyczny rozjechał się i zgubił ostrość. Zaczął kręcić pokrętłem ostrości. Nie pomagało.
W końcu odsunął się od teleskopu i gołym okiem spojrzał na miejsce, w którym powinien znajdować się Księżyc. W tym momencie przestał być naukowcem dysponującym wiedzą zastrzeżoną dla wybranych i stał się jednym z milionów mieszkańców obu Ameryk, którzy z zaskoczeniem i nabożnym lękiem śledzili najbardziej niezwykły widok, jaki człowiek kiedykolwiek oglądał na niebie.
Kiedy w filmie planeta eksploduje, zmienia się w ognistą kulę i po prostu przestaje istnieć. Z Księżycem było inaczej. Agent (bo tak ludzie nauczyli się nazywać tajemniczy czynnik odpowiedzialny za jego zniszczenie) z całą pewnością wyzwolił ogromną ilość energii, nie dość jednak dużą, żeby spopielić całą księżycową materię.
Wedle najpowszechniej przyjętej teorii zaobserwowany przez astronoma z Utah obłoczek pyłu był skutkiem zderzenia. Inaczej mówiąc, pewien czynnik zewnętrzny (zwany z angielska "Agentem") przebił powierzchnię Księżyca, wniknął głęboko do jego wnętrza, a następnie uwolnił przenoszoną energię - albo, co jest równie prawdopodobne, po prostu przebił się na wylot, wyzwalając po drodze dostateczną ilość energii, żeby doprowadzić do rozpadu planety. Według innej hipotezy Agent - w czasach prehistorycznych pogrzebany we wnętrzu Księżyca przez obcych - był urządzeniem zaprogramowanym na detonację w chwili wystąpienia określonych warunków.
Tak czy inaczej, skutki były dwojakiej natury: po pierwsze, Księżyc rozpękł się na siedem dużych odłamków i niezliczone mrowie mniejszych; po drugie, odłamki te odsunęły się od siebie wystarczająco daleko, żeby dało się je postrzegać jako odrębne obiekty (olbrzymie, chropowate głazy), a zarazem nie dość daleko, by to rozproszenie postępowało. Szczątki Księżyca utworzyły spętane siłą przyciągania skupisko gigantycznych głazów, które po chaotycznie wykreślonych orbitach okrążały wspólny środek ciężkości.
Ten punkt - niegdysiejszy środek Księżyca, teraz zaś wyłącznie abstrakcyjny punkt w przestrzeni - nadal krążył wokół Ziemi, dokładnie tak samo, jak czynił to od miliardów lat. Od tej pory, ilekroć mieszkańcy Ziemi spoglądali w nocne niebo, zamiast Księżyca widzieli w jego miejscu konstelację wolno koziołkujących białych złomów skalnych.
Ściśle rzecz biorąc, to właśnie zobaczyli, gdy opadł kurz, bo przez pierwsze kilka godzin zamiast Księżyca widoczna była nieco większa od niego chmura pyłu, która przed świtem poczerwieniała i na oczach zdumionego astronoma-amatora zaszła za zachodnim widnokręgiem Utah. Azja przez całą noc mogła oglądać plamę w księżycowym kolorze, w której pomału wyróżniały się jaśniejsze plamy, gdy drobinki kurzu zaczęły grawitować ku najbliższym cięższym odłamkom. Europa, a później także Ameryka mogły już rozkoszować się wyraźnym widokiem nowego stanu rzeczy: w miejscu, w którym powinien znajdować się Księżyc, po niebie szybowało siedem olbrzymich głazów.
***
Zanim luminarze nauki, dowódcy wojskowi i przywódcy polityczni zaczęli używać słowa "Agent" na określenie tego czegoś, co rozerwało Księżyc na kawałki, hasło to w umyśle przeciętnego członka opinii publicznej budziło skojarzenia głównie na poziomie filmów klasy B - z "tajnym agentem" lub "agentem FBI". Osobnicy bardziej obyci z językiem nauk ścisłych mogli używać go również na określenie niektórych substancji chemicznych - na przykład "cleaning agent", czyli "środek czyszczący". Tymczasem najlepsze przybliżenie znaczenia, jakie słowo to miało już na zawsze przyjąć, można znaleźć w anglojęzycznej nomenklaturze szermierczej. Kiedy na treningu jeden z uczestników przeprowadza natarcie, drugi zaś się przed nim broni, napastnika nazywa się "agentem", broniącego zaś "patientem". Agent działa. Patient pozostaje bierny. W tym konkretnym przypadku agent o nieznanym charakterze oddziałał na Księżyc. Księżyc i zamieszkująca podksiężycowe królestwo ludzkość stali się biernymi ofiarami tego działania. Być może za jakiś czas ludzie przebudzą się, sami zaczną działać i również staną się agentami - na razie jednak i przez wiele, wiele lat w przyszłości mieli pozostać biernymi patientami.
Siedem sióstr
Rufus MacQuarie obserwował to wszystko na niebie ponad Górami Brooksa na północy Alaski. Miał tam kopalnię. W pogodne noce wjeżdżał pikapem na szczyt tej samej góry, którą za dnia on i jego ludzie patroszyli, wypakowywał przywieziony na skrzyni ładunkowej teleskop (dwunastocalowy Cassegrain), rozstawiał go na wierzchołku i patrzył w gwiazdy. Kiedy robiło się niedorzecznie zimno, chował się w kabinie samochodu (nie gasił silnika) i tak długo przytykał dłonie do wylotów dmuchawy, aż odzyskiwał czucie w palcach. Potem zaś, czekając, aż rozgrzeje się także reszta jego ciała, zatrudniał zmartwychwstałe palce do nawiązywania kontaktów z przyjaciółmi, rodziną i nieznajomymi na całej Ziemi.
Oraz poza nią.
Kiedy Rufus doszedł w końcu do wniosku, że Księżyc naprawdę eksplodował, uruchomił aplikację podającą położenie rozmaitych ciał niebieskich - tych naturalnych i tych stworzonych przez człowieka. Sprawdził pozycję ISS, Międzynarodowej Stacji Kosmicznej: bujała się na nieboskłonie na wysokości dwustu sześćdziesięciu mil, dwa tysiące mil na południe od miejsca, w którym się znajdował.
Położył sobie na kolanie małe urządzenie, które samodzielnie zmajstrował w swoim niewielkim warsztacie (składało się z klucza telegraficznego, który - na oko - mógł mieć dobre sto pięćdziesiąt lat, zamontowanego na wyprofilowanej plastikowej płytce mocowanej do kolana za pomocą haczyka i pętelki) i zaczął pośpiesznie wystukiwać kropki i kreski. Przymocowana do zderzaka długa i giętka antena wysyłała je do gwiazd.
Dwa tysiące mil na południe od niego na wysokości dwustu sześćdziesięciu mil kropki i kreski popłynęły z tanich głośników umocowanych plastikowymi obejmami do rury w ciasnym, puszkokształtnym module stanowiącym część składową Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
***
Na jednym końcu ISS tkwiła przytwierdzona do niej kartoflowata asteroida o nazwie Amalthea. Gdyby - co było niezwykle mało prawdopodobne - przetransportować ją na Ziemię i ostrożnie położyć na boisku do piłki nożnej, sięgnęłaby od jednego pola karnego do drugiego i całkowicie przykryła koło środkowe. Krążyła wokół Słońca przez cztery i pół miliarda lat niewidoczna gołym okiem ani przez teleskop. Jej orbita była bardzo zbliżona do ziemskiej, co w używanej przez astronomów klasyfikacji kwalifikowało ją jako asteroidę klasy Arjuna. Ze względu na bliskość Ziemi Arjuny odznaczały się wysokim prawdopodobieństwem wejścia w ziemską atmosferę i spadnięcia w zamieszkanych rejonach globu, ale zarazem stosunkowo łatwo było je znaleźć i przechwycić. Z tych też dwóch powodów - jednego złego, drugiego dobrego - Arjuny skupiały na sobie uwagę astronomów.
Pięć lat wcześniej Amaltheę wypatrzył rój uzbrojonych w teleskopy satelitów wystrzelonych na orbitę przez Arjuna Expeditions - firmę z Seattle założoną przez zespół inżynierów-miliarderów z myślą o pozyskiwaniu z asteroid surowców naturalnych. Ponieważ została rozpoznana jako obiekt niebezpieczny (prawdopodobieństwo jej zderzenia z Ziemią w najbliższych stu latach określono na 0,01 procenta), wystrzelono kolejny rój satelitów z zadaniem pochwycenia jej w sieć i sprowadzenia na orbitę geosynchroniczną (od tej pory miała obiegać nie Słońce, lecz Ziemię), którą następnie stopniowo dopasowano do orbity ISS.
Przez ten czas planowa rozbudowa stacji postępowała stale, choć niezbyt szybko. Na obu końcach ISS doczepiono nowe moduły: przysłane rakietami dmuchane kapsuły i metalowe puszki z powietrzem. Na dziobie stacji (gdyby wyobrazić ją sobie jako w przybliżeniu ptakokształtny obiekt latający wokół Ziemi) zbudowano dom dla Amalthei i górniczego przyczółka, który w przyszłości miał wokół niej wyrosnąć. Na rufie dobudowano tymczasem torus - moduł mieszkalny w kształcie pączka z dziurką, mierzący około czterdziestu metrów średnicy i wirujący jak karuzela, dzięki czemu w jego wnętrzu panowała skromna namiastka ciążenia.
W którymś momencie podczas tych rozlicznych ulepszeń starowinkę przestano nazywać Międzynarodową Stacją Kosmiczną czy ISS i przechrzczono na "Izzy". Może za sprawą przypadku, a może nie, przezwisko to zostało spopularyzowane w okresie, gdy dwiema końcówkami stacji zarządzały kobiety: Dinah Macquarie (piąte dziecko i jedyna córka Rufusa) nadzorowała wydarzenia zachodzące w części dziobowej, a Ivy Xiao - głównodowodząca całej ISS - urzędowała w torusie na "rufie".
Większość czasu nieprzeznaczonego na sen Dinah spędzała na przedzie Izzy, w małym pomieszczeniu roboczym ("mój warsztat", mówiła o nim), skąd przez kwarcowe okienko mogła podglądać Amaltheę ("moją dziewczynę", jak ją nazywała). Amalthea składała się z niklu i żelaza: ciężkie pierwiastki najprawdopodobniej pogrążyły się w głębi prastarej rozpalonej planety, która następnie - dawno temu - uległa zniszczeniu w jakiejś pierwotnej katastrofie kosmicznej (inne asteroidy składały się z lżejszych substancji). I tak jak z powodu swojej ziemiopodobnej orbity Amalthea była zarówno poważnym zagrożeniem, jak i obiecującą kandydatką do eksploatacji, tak i wysoka zawartość ciężkich metali z jednej strony diabelnie utrudniała manewrowanie nią w Układzie Słonecznym, z drugiej zaś czyniła z niej wdzięczny obiekt badań.
Niektóre asteroidy składały się głównie z wody, którą można było pozyskać do spożycia przez ludzi lub rozbić na tlen i wodór wykorzystywane następnie jako paliwo rakietowe. Inne obfitowały w cenne kruszce, które po wydobyciu i przetransportowaniu na Ziemię trafiały do sprzedaży. Wytopione z Amalthei nikiel i żelazo mogły zostać użyte do budowy orbitalnych kapsuł mieszkalnych. Jednakże tego rodzaju przedsięwzięcie zakrojone na skalę większą niż skromny pilotaż wymagałoby opracowania zupełnie nowej technologii. Zatrudnienie górników nie wchodziło w grę: wysłanie ich na orbitę, a następnie utrzymanie tam przy życiu byłoby zbyt kosztowne. Oczywistym rozwiązaniem było więc użycie robotów. Dinah została skierowana na Izzy, żeby przygotować grunt pod budowę laboratorium robotyki, które docelowo miało zatrudniać sześcioro pracowników. Waszyngtońskie wojenki budżetowe zredukowały jego personel do jednej osoby.
Co zresztą bardzo Dinah odpowiadało. Dorastała w surowych okolicach, przeprowadzając się wraz z ojcem (Rufusem), matką (Catherine) i czwórką braci do odludnych kopalni w takich miejscach jak alaskańskie Góry Brooksa, pustynia Karoo w Afryce Południowej czy Pilbara w zachodniej Australii. Jej akcent do dziś zdradzał ślady tej wędrówki. Zamiast chodzić do szkół, uczyła się w domu pod kierunkiem rodziców oraz licznych sprowadzanych do niej nauczycieli, z których żaden nie zagrzał miejsca dłużej niż rok. Catherine nauczyła ją subtelności gry na fortepianie i artystycznego składania serwetek, Rufus zaś matematyki, historii wojskowości, alfabetu Morse'a, latania samolotem w dziczy oraz wysadzania różnych rzeczy w powietrze - a wszystko to, zanim skończyła dwanaście lat, kiedy to rodzina przegłosowała przy obiedzie, że Dinah jest zbyt bystra i niesforna, żeby marnować się w kolejnych osadach górniczych. A ponieważ całkiem nieźle im się powodziło (z czego wcześniej nie zdawała sobie sprawy), mogli sobie pozwolić na wysłanie jej do szkoły z internatem na wschodnim wybrzeżu Stanów.
W szkole okazało się, że świetnie gra w piłkę nożną, i przekuła ten talent w stypendium sportowe na University of Pennsylvania. Kiedy na drugim roku zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie zmusiło ją do porzucenia marzeń o poważnej karierze sportowej, na serio zainteresowała się geologią. Ta nowa pasja, górnicza przeszłość oraz trzyletni związek z chłopakiem uwielbiającym konstruować roboty uczyniły z niej idealną kandydatkę na stanowisko, które obecnie piastowała. W ścisłej współpracy z pozostawionymi na terra firma maniakami robotyki (naukowcami z uniwersytetu, wolnymi strzelcami ze społeczności hakerskiej oraz personelem Arjuna Expeditions) programowała, testowała i oceniała prawdziwą robocią menażerię, której najmniejsi przedstawiciele mieli rozmiary karalucha, najwięksi zaś cocker spaniela, a wszyscy zostali przystosowani do pełzania po powierzchni Amalthei, analizowania jej składu chemicznego, wycinania jej skrawków i przenoszenia ich do pieca hutniczego, który - podobnie jak wszystko inne w tym miejscu - został zaprojektowany specjalnie z myślą o funkcjonowaniu w kosmosie. Wychodzące z niego metalowe wlewki z trudem sprawdzały się w roli przycisków do papieru, były jednak pierwszymi półfabrykatami hutniczymi uzyskanymi na orbicie, w związku z czym przyciskały niezwykle ważne papiery na biurkach miliarderów w całej Dolinie Krzemowej. Były o wiele cenniejsze jako pretekst do konwersacji oraz symbol statusu niż jako prawdziwy towar.
Rufus - zatwardziały radioamator starej daty, który wciąż porozumiewał się alfabetem Morse'a z kurczącą się gromadką przyjaciół na całym świecie - zwrócił uwagę, że komunikacja radiowa pomiędzy Ziemią i Izzy jest w gruncie rzeczy bardzo prosta: miał cel w zasięgu wzroku (przynajmniej wówczas, gdy Izzy przelatywała mu nad głową), a dzieląca ich odległość była wedle radioamatorskich standardów niczym. Zmontowanie prostego aparatu nadawczo-odbiorczego na podstawie wskazówek taty nie stanowiło problemu dla Dinah, stale obracającej się wśród lutownic i elektronicznych stołów warsztatowych - przypięty plastikowymi obejmami do ściany zwieszał się nad jej stanowiskiem pracy i syczał białym szumem, który na co dzień ginął w donośnym ryku systemu wentylacyjnego. Czasem jednak odbiornik popiskiwał.
Człowiek, który kilka minut po rozpadnięciu się Księżyca wyszedłby z Izzy w przestrzeń kosmiczną po stronie Dinah, zobaczyłby przede wszystkim Amaltheę: ogromną poskręcaną bryłę metalu, w niektórych miejscach wciąż przykurzoną kosmicznym drobiazgiem, który na przestrzeni tysiącleci dostał się w zasięg jej skromniutkiego pola grawitacyjnego, w innych oczyszczoną i błyszczącą. Na jej powierzchni uwijały się dziesiątki robocików należących do czterech odrębnych "gatunków": jeden przypominał węża, drugi poruszał się bokiem jak krab, trzeci wyglądał jak kopuła geodezyjna, a czwarty jak rój owadów. Wszystkie rzucały na Amaltheę odrobinę światła, a to dzięki niebieskim i białym diodom świecącym, które pozwalały Dinah śledzić ich ruch; laserom, którymi skanowały powierzchnię; oraz oślepiającym fioletowym łukom plazmowym, którymi od czasu do czasu wrzynały się w głąb asteroidy. Izzy znajdowała się akurat w cieniu Ziemi, po nocnej stronie planety, toteż poza tymi punkcikami blasku jedynym źródłem iluminacji Amalthei był snop światła z kwarcowego okienka przy stanowisku pracy Dinah.
Jej głowa z krótko przyciętą strzechą blond włosów ledwie mieściła się w iluminatorze. Dinah nigdy nie przywiązywała wielkiej wagi do swojego wyglądu. W osiedlu górniczym bracia zawsze się z niej śmiali, gdy eksperymentowała z ciuchami i kosmetykami. Kiedy w szkolnej księdze pamiątkowej nazwano ją "chłopczycą", potraktowała to jak strzał ostrzegawczy i przeszła w fazę bardziej dziewczęcą, która w sposób naturalny przeciągnęła się przez okres nastoletni aż do wieku lat dwudziestu paru, gdy Dinah zaczęła się z kolei martwić tym, by inni inżynierowie traktowali ją poważnie. Dostawszy się na Izzy, automatycznie trafiła do Internetu - zarówno za sprawą wywiadów (starannie reżyserowanych przez dział public relations w NASA), jak i fotek robionych ukradkiem przez innych astronautów. Długie włosy, które w stanie nieważkości unosiły się puszystą chmurą wokół jej głowy, w końcu jej się znudziły, więc po kilku tygodniach upychania ich pod czapeczkami bejsbolowymi doszła do wniosku, że najlepsza będzie krótka fryzura. Nowe uczesanie wywołało całe terabajty internetowych komentarzy ze strony mężczyzn (a także nielicznych kobiet), którzy najwyraźniej cierpieli na nadmiar wolnego czasu.
Podobnie jak zazwyczaj, teraz także siedziała przed monitorem, na którym linie kodu komputerowego opisywały zachowanie jej robotów. Przeciętny programista musi napisać kod, skompilować go, a następnie uruchomić, żeby się przekonać, czy program spełnia założenia. Dinah pisała kod, transmitowała go bezpośrednio do robotów krzątających się po powierzchni Amalthei i wyglądała przez okno, żeby sprawdzić, czy wszystko działa, jak należy. Najwięcej uwagi poświęcała tym pracującym najbliżej okna, przez co wykształcił się swoisty mechanizm doboru naturalnego: robociki skupiające się pod czujnym błękitnookim spojrzeniem matki stawały się coraz mądrzejsze, tym zaś, które błąkały się samopas po ciemnej stronie asteroidy, inteligencji nie przybywało.
Tak czy inaczej, Dinah od paru godzin poświęcała uwagę albo monitorowi komputera, albo samym robotom - do chwili gdy z zawieszonego na ścianie odbiornika dobiegła seria popiskiwań, bo wtedy na chwilę się zdekoncentrowała i zapatrzyła w dal, a jej mózg automatycznie przełożył kropki i kreski na litery i cyfry: sygnał wywoławczy ojca.
- Nie teraz, tatku - mruknęła.
Targnęły nią wyrzuty sumienia, gdy zerknęła na otrzymany od taty dębowo-mosiężny klucz telegraficzny - kupiony za duże pieniądze wiktoriański zabytek, o który Rufus stoczył na eBayu zaciętą walkę z armią dekoratorów wnętrz i kustoszów muzeów techniki.
spójrz na księżyc
- Nie teraz, tatku. Wiem, że Księżyc jest bardzo ładny, ale w tej chwili debuguję metodę...
a właściwie to co z niego zostało
- Że co?
Dinah przystawiła twarz do okna i wykręciła szyję w poszukiwaniu Księżyca. Zobaczyła, co z niego zostało. I wszechświat się zmienił.
***
Nazywał się doktor Dubois Jerome Xavier Harris. Francuskie pierwsze imię zawdzięczał swoim luizjańskim przodkom ze strony matki. Harrisowie byli czarnymi z Kanady, których przodkowie przybyli do Toronto w czasach niewolnictwa. Jerome i Xavier to z kolei imiona świętych - na wszelki wypadek dostał aż dwóch patronów, nie jednego. Rodzina osiedliła się po obu stronach granicy w rejonie Detroit-Windsor. W szkole - co było do przewidzenia - dorobił się przezwiska Doob; byli jeszcze wtedy za młodzi, żeby wiedzieć, że "doobie" to slangowe określenie skręta z marihuaną. Ostatnio znakomita większość ludzi nazywała go "Doc Dubois", a to za sprawą jego częstych występów w telewizji, gdzie tak właśnie zwracali się do niego gospodarze talk-show i dziennikarze prowadzący z nim wywiady. Jego zadanie w telewizji polegało na tłumaczeniu zwykłym widzom zagadnień z zakresu nauk ścisłych; pełnił dzięki temu rolę piorunochronu dla ludzi, którzy nie potrafili się pogodzić z implikacjami nauki odnośnie do ich światopoglądu i sposobu życia i wykazywali absolutnie kretyńską pomysłowość w wynajdywaniu sposobów na zaprzeczanie faktom.
W środowisku akademickim na przykład, kiedy prowadził sympozja astronomiczne i pisał artykuły do prasy naukowej, był - naturalnie - doktorem Harrisem.
Kiedy Księżyc eksplodował, Harris uczestniczył w przyjęciu połączonym ze zbiórką pieniędzy urządzonym na dziedzińcu Caltech Athenaeum. Na początku wieczoru Księżyc był zajadle zimnym kręgiem sinobiałego światła wschodzącym nad Chino Hills. Laik pomyślałby, że to dobra noc na obserwacje astronomiczne (przynajmniej jak na południową Kalifornię), ale doktor Harris okiem profesjonalisty dostrzegł delikatną nieostrość zarysu księżycowej tarczy i już wiedział, że wycelowanie w nią teleskopu nie miałoby sensu - w każdym razie nie w celach naukowych, bo przecież efekt propagandowy i popularyzatorski to zupełnie co innego. Zdarzało mu się czasem występować bardziej w duchu Doca Dubois i organizować gwiezdne zloty, na których astronomowie-amatorzy rozstawiali teleskopy w Eaton Canyon Park, żeby podglądać miłe oku przeciętnego widza obiekty: Księżyc, pierścienie Saturna czy księżyce Jowisza. Ta noc doskonale nadawałaby się na taką właśnie imprezę.
On jednak chwilowo miał inne zajęcie: popijał dobre czerwone wino w towarzystwie zamożnych ludzi, głównie luminarzy świata nowoczesnych technologii, i wcielał się w rolę Doca Dubois, dobrodusznego popularyzatora nauki, gwiazdy telewizji i Twittera, na którym miał cztery miliony wielbicieli. Umiał ocenić swoją publiczność. Wiedział, że inżynierowie, którzy do swoich miliardów doszli ciężką samodzielną pracą, lubią się spierać; że arystokracja z Pasadeny tego nie lubi; oraz że żony przedstawicieli kalifornijskiej socjety lubią słuchać wykładów, o ile wykłady te są krótkie i zabawne. Zdawał sobie również sprawę, że ma tych ludzi oczarować, nic więcej, po to tylko, by później przekazać ich w ręce zawodowych kwestarzy.
Wracał właśnie do baru po kolejny kieliszek pinot noir - stuprocentowy Doc Dubois, poklepujący ludzi po plecach, przybijający żółwiki i promieniejący szerokim uśmiechem - gdy wtem jednemu z gości wyraźnie zaparło dech w piersi. Wszyscy zwrócili się ku niemu; Doob obawiał się nawet, że nieszczęśnik padł ofiarą jakiejś zbłąkanej kuli lub podobnego nieszczęścia: stał całkowicie nieruchomo, sparaliżowany w pół kroku, z zadartą głową. Jakaś kobieta spojrzała tam, gdzie on, i zaczęła krzyczeć.
Doob stał się wówczas jednym z zapewne kilku milionów ludzi na ciemnej stronie naszego globu, których widok nieba wprawił we wstrząs tak głęboki, że ośrodki w ich mózgach odpowiedzialne za funkcje wyższe, takie jak mówienie, uległy wyłączeniu. Pierwszym, co przyszło mu do głowy (znajdowali się przecież na przedmieściach Los Angeles), było to, że ma przed sobą czarny ekran projekcyjny, rozpostarty (dyskretnie i potajemnie) nad sąsiednią posiadłością, na którym ogląda wyświetlane z ukrytego rzutnika hollywoodzkie efekty specjalne. Nikt go wprawdzie nie uprzedził, że szykuje się tego rodzaju pokaz, ale przecież mógł to być jakiś niewiarygodnie udziwniony pomysł na zbieranie funduszy. Albo element jakiejś produkcji filmowej.
Do rzeczywistości przywołały go elektroniczne melodyjki dobiegające z mnóstwa telefonów - w tym także jego własnego. Porodowy krzyk nowej ery.
***
Ivy Xiao, głównodowodząca Izzy, prawie nie opuszczała torusa na rufie - po części dlatego, że tam właśnie mieściło się jej biuro, po części zaś dlatego, że była bardziej podatna na chorobę kosmiczną, niżby chciała przyznać. To fizyczne rozdzielenie - Ivy w torusie, a Dinah na dziobie, blisko Amalthei - zdaniem wielu ludzi w sposób symboliczny odwzorowywało dzielącą je różnicę, która w rzeczywistości wcale nie istniała. Owszem, kontrastów nie brakowało - poczynając chociażby od wyglądu: Ivy była o cztery cale wyższa, zbudowana jak siatkarka i miała długie, czarne włosy, okiełznywane poprzez zaplecenie ich w warkocz, którego końcówkę wciskała następnie pod kołnierz kombinezonu. Pochodziła z Los Angeles, była jedynaczką i miała niezwykle nerwowych rodziców. Dzięki znakomitym wynikom egzaminów, udziałowi w piknikach naukowych i świetnej grze w siatkówkę dostała się do Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis, po czym zrobiła jeszcze doktorat z fizyki stosowanej w Princeton, zanim wojsko upomniało się o obowiązkowe lata służby, którymi miała odpłacić za swoją edukację. Zgłębiwszy tajniki pilotażu śmigłowców, większość czasu poświęciła programowi szkolenia astronautów, w którym zresztą szybko awansowała. W przeciwieństwie do większości astronautów - naukowców i inżynierów specjalizujących się w wąskich dziedzinach wiedzy, wykonujących na orbicie ściśle zaplanowane badania - Ivy, ze swoją lotniczą przeszłością, pełniła także rolę pilota, umiała bowiem kierować rakietami. Czasy promów kosmicznych dawno minęły i nikt już nie musiał sprowadzać wahadłowców na ziemię, ale w manewrowaniu statkami kosmicznymi na orbicie i cumowaniu ich do stacji idealnie sprawdzał się człowiek łączący motorykę pilota helikoptera ze ścisłym umysłem fizyka.
Kwalifikacje miała więc Ivy imponujące, wręcz odpychające dla ludzi, którym takie rzeczy imponują. Dinah one nie imponowały, pozostawała na nie obojętna, a jej swobodny sposób bycia w kontaktach z Ivy bywał przez postronnych obserwatorów interpretowany jako przejaw braku szacunku. Dramatyczny wizerunek dwóch bardzo różnych od siebie kobiet trwających w permanentnym sporze sprzedawał się znacznie lepiej niż prawda. Dinah i Ivy nie mogły się nadziwić wysiłkom personelu Izzy i pracowników naziemnego ośrodka kontroli lotów zmierzającym do zasypania dzielącej je nieistniejącej przepaści - albo, co było znacznie mniej zabawne, do wykorzystania ich rzekomego konfliktu w iście bizantyjskich intrygach politycznych.
Cztery godziny po eksplozji Księżyca Dinah, Ivy i pozostałych dziesięcioro członków załogi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej spotkali się w Bananie, jak nazywano najdłuższy nieprzerwany odcinek wirującego torusa, poszatkowanego poza tym na kawałki dostatecznie krótkie, żeby mózg był w stanie przekonać oko, że podłoga jest płaska, a siła grawitacji zwrócona tylko w jednym kierunku. Banan - zajmujący około pięćdziesięciu stopni na łuku okręgu - był jednak na tyle długi, że podłoga w oczywisty sposób się zakrzywiała i "grawitacja" przy jednym jego końcu miała kierunek wyraźnie inny niż przy drugim. Zainstalowany w Bananie długi stół konferencyjny również był stosownie zakrzywiony i ludzie zasiadający na jednym jego końcu postrzegali drugi jako znajdujący się "wyżej", mimo że kiedy przemieszczali się w jego stronę, nie mieli wrażenia, że brną pod górę. Nowicjusze zwykle spodziewali się, że przedmiot położony w dowolnym miejscu na stole powinien sturlać się lub zsunąć wprost do nich.
Ściany miały odcień jasnożółty. Tradycyjna bateria szwankującego sprzętu audiowizualnego miała przekazywać na żywo obraz i dźwięk z Ziemi, teoretycznie umożliwiając prowadzenie telekonferencji z Houston, Bajkonurem i Waszyngtonem.
Kiedy o godzinie A+0.0.4 (zero lat, zero dni i cztery godziny od chwili, gdy Agent oddziałał na Księżyc) rozpoczęło się spotkanie, nic nie działało, więc załoga Izzy miała parę minut, żeby porozmawiać we własnym gronie. Przez ten czas Frank Casper i Jibran Haroun poszturchiwali wtyczki, wklepywali polecenia do komputerów i resetowali wszystkie urządzenia. Frank i Jibran - obaj ze stosunkowo niedługim stażem na stacji - nieopatrznie dali się poznać jako specjaliści od telekomunikacji, toteż tego rodzaju robota zawsze już spadała na ich barki; nie mieli zresztą nic przeciwko temu, bo lepiej radzili sobie z aparaturą niż z pogaduszkami.
"Pierwotna osobliwość" - tak brzmiały pierwsze słowa, jakie wychwyciła Dinah, kiedy wpłynęła do pomieszczenia. Ciążenie w Bananie było dziesięciokrotnie niższe od ziemskiego, toteż określenie "weszła" nie oddawałoby należycie natury jej ruchu: w torusie ludzie poruszali się długimi skokami, łączącymi zwykły marsz z próbami szybowania.
Słowa te wypowiedział Konrad Barth, astronom z Niemiec. Reakcja pozostałych dowodziła niedwuznacznie, że spośród wszystkich obecnych w Bananie osób tylko siedząca dokładnie naprzeciwko Konrada Ivy ma jakie takie pojęcie, o czym mowa.
- To znaczy? - spytała Dinah, wchodząc w przypisaną jej rolę.
Pozostali albo traktowali Ivy z czołobitnym szacunkiem, albo bali się zdradzić ze swoją niewiedzą: tak czy inaczej, nie zadawali pytań.
- Mała czarna dziura.
- Co w niej "pierwotnego"?
- Przeciętna czarna dziura jest skutkiem zapadnięcia się gwiazdy - odparła Ivy. - Istnieje jednak teoria, według której niektóre czarne dziury powstały niedługo po Wielkim Wybuchu. Wszechświat był wtedy gruzłowaty i niektóre z tych gruzłów mogły mieć dostatecznie dużą gęstość, żeby nastąpił kolaps grawitacyjny. W ten sposób powstałyby czarne dziury o wiele mniejsze i lżejsze od tych tworzących się w miejscu zapadniętych gwiazd.
- Jak małe?
- Wydaje mi się, że nie ma dolnego ograniczenia ich rozmiarów. Istotne jest jednak co innego: taka czarna dziura mogłaby niepostrzeżenie przelecieć pół wszechświata i przebić planetę na wylot. Kiedyś pojawiła się nawet teoria, że meteoryt tunguski był w rzeczywistości taką czarną dziurą. Teoria ta z czasem została obalona.
Dinah znała tę historię, ponieważ ojciec lubił o tym opowiadać: przed stu laty gigantyczna eksplozja na syberyjskim pustkowiu powaliła miliony drzew.
- To było coś dużego, ale mimo to nie aż tak dużego, żeby rozsadzić Księżyc - zauważyła.
- Do rozbicia Księżyca potrzebna byłaby większa - zgodziła się Ivy. - I szybsza. Zresztą to tylko hipoteza.
- I co dalej? Czarna dziura zniknęła?
- Dawno jej tu nie ma. Przeleciała jak kula pistoletowa przez jabłko.
Fakt, że tak rzeczowo rozprawiają o tak niezwykłym wydarzeniu, wydał się Dinah dosyć niezwykły, nie było jednak innego sposobu. Emocje były bezradne wobec zdarzenia w takiej skali. Poza tym na razie mieli do czynienia tylko z efektem wizualnym, jakby oglądali film z wyłączonym dźwiękiem.
- Czy to będzie miało wpływ na przypływy i odpływy mórz? - zainteresowała się Lina Ferreira. U biologa morskiego zainteresowanie przypływami było czymś zupełnie zrozumiałym. - Skoro są wywoływane przez przyciąganie Księżyca...
- Słońca też. - Ivy uśmiechnęła się i skinęła lekko głową. Właśnie dlatego to ona kierowała Izzy, a nie Dinah: nie wahała się wytknąć błędu biologowi morskiemu w obecności dziesiątki świadków, a przy tym potrafiła to zrobić w sposób zgoła bezbolesny. - Odpowiedź brzmi: zapewne tak, lecz wpływ ten będzie zaskakująco znikomy. Masa Księżyca nie zniknęła, znajduje się niemal w tym samym punkcie co zawsze, co najwyżej nieco bardziej rozproszona... Odłamki mają ten sam wspólny środek ciężkości, którego orbita również pozostaje niezmieniona. Dlatego tablice przypływów i odpływów nie przestaną być użyteczne.
Dinah nie dała nic po sobie poznać, ale podobał jej się sposób, w jaki Ivy wypowiadała się na tematy naukowe - z zachwytem, jaki mógłby cechować małą pasjonatkę, nawet teraz, pomimo nadzwyczaj niepokojącego tematu rozmowy. To dlatego Ivy zawsze chętnie udzielała wywiadów, podczas gdy Dinah trzeba było niemal siłą wywlekać z jej robociej kanciapy, a potem raz za razem upominać, żeby się uśmiechała. Kluczowy był ton głosu: kiedy Ivy wydawała rozkazy albo prezentowała slajdy w PowerPoincie, szatkowała zdania po wojskowemu; kiedy zaś zaczynała mówić o nauce, entuzjazm rozświetlał jej twarz, a głos przybierał lekko śpiewną, jakby mandaryńską nutę.
- Skąd tyle wiesz na ten temat? - spytała Dinah, ściągając na siebie zaniepokojone lub nieprzychylne spojrzenia: jej obcesowość wobec szefowej nie wszystkim przypadła do gustu. - Ile czasu minęło? Cztery godziny?
- Jak się zapewne domyślasz, w sieci wprost roi się od komentarzy - wyjaśniła Ivy. - Jest w tym całym zamęcie także kilka zorganizowanych na chybcika forów dyskusyjnych.
Na monitorze zawieszonym nad jednym końcem stołu wyświetliło się jednolicie niebieskie tło, którego miejsce po chwili zajęło logo NASA.
- W porządku - mruknął Jibran i bokiem przefrunął na krzesło. - Jest.
I nagle zobaczyli znajome wnętrze gmachu Kontroli Lotów ISS w Centrum Kosmicznym im. Johnsona w Houston. Kierownik misji siedział przed kamerą i głaskał swojego iPada; chyba się nie zorientował, że kamera już działa. Chwilę później gdzieś spoza kadru dobiegł odgłos otwierania drzwi i KM, były wojskowy, odruchowo wstał i wyciągnął rękę do kobiety, która weszła w kadr z prawej strony. Była nią zastępczyni dyrektora NASA Aurelia Mackey, numer dwa w agencyjnej hierarchii, rzadko uczestnicząca w takich spotkaniach. Emerytowana astronautka większość czasu spędzała w Waszyngtonie i teraz występowała w stosownym do tego faktu biznesowym kostiumie.
- Mamy połączenie? - spytała kogoś poza kadrem.
- Tak - odpowiedział z Banana chór kilkorga głosów.
Aurelia trochę się zdziwiła, co dało się poznać nawet pomimo faktu, że oboje z KM od samego początku byli nieco oszołomieni.
- Jak samopoczucie? - spytała absolutnie beznamiętnym, rzeczowym tonem, jakby nic się nie wydarzyło. Działała na autopilocie; jej mózg wciąż jeszcze przetwarzał nowe fakty.
- W porządku - odpowiedziało kilka osób w Bananie. Kilka innych parsknęło nerwowym śmiechem.
- Na pewno wszyscy wiecie, co się wydarzyło.
- Mamy tu dobry widok - odparła Dinah.
Ivy posłała jej ostrzegawcze spojrzenie.
- Oczywiście. Z przyjemnością dłużej bym z wami porozmawiała o waszych spostrzeżeniach i doświadczeniach, ale tym razem musimy się streszczać. Robercie?
KM oderwał wzrok od iPada i pochylił się na krześle.
- Spodziewamy się zwiększonej liczby latających kamulców w kosmosie - powiedział, mając na myśli odłamki Księżyca. - To nie powinno być nic wielkiego, bo te największe są spętane grawitacją, ale coś tam mogło się wymknąć. Dlatego wy tam u siebie zamykacie szczelnie włazy, a my wstrzymujemy wszelkie misje z Ziemi. Przygotujcie się na zderzenia.
Zgromadzeni w Bananie ludzie słuchali w milczeniu, rozmyślając o tym, co ta decyzja dla nich oznacza. Będzie trzeba wzmóc środki ostrożności i podzielić Izzy na osobne przedziały, żeby ewentualne lokalne uszkodzenie nie doprowadziło od wyssania całego powietrza ze stacji. Będą musieli zweryfikować standardowe procedury. Biologiczne eksperymenty Lindy mogą ucierpieć. Roboty Dinah dostaną urlop.
- Wszelkie loty kosmiczne zostają wstrzymane do odwołania - przemówiła Aurelia wprost do kamery. - Nikt nie leci na górę, nikt nie wraca na dół.
Wszyscy w Bananie spojrzeli na Ivy.
***
Gdy tylko przeniosły się do maciupeńkiego kantorka, gdzie Ivy uznała, że może sobie pozwolić na łzy w oczach, przeszły na Kod Q.
Określenie to pochodziło z gwary radioamatorskiej, w której Kod Q oznaczał zbiór pewnych określonych kombinacji trzech liter, w których pierwsza zawsze była Q. Dla zaoszczędzenia czasu w transmisjach alfabetem Morse'a utarło się zastępować nimi różne często wykorzystywane frazy, takie jak "Czy mam przejść na inną częstotliwość?".
Skrótowce składające się na prywatny Kod Q Dinah i Ivy nie zaczynały się od litery Q, ale niektóre z nich faktycznie były trzyliterowe.
Mała Zarozumiała Wieśniara - takiego przezwiska dorobiła się Dinah, gdy przybyła do prywatnej szkoły i podczas boiskowej przepychanki przechwyciła podanie skierowane do dziewczyny z Nowego Jorku.
Wredna Abstynencka Sucz - tak z kolei przezwano Ivy w Annapolis, gdy odmówiła udziału w pijackiej gierce na pikniku samochodowym.
Dynamikę relacji MZW/WAS często wykorzystywały na zebraniach, czasem nawet spotykając się specjalnie na przedzebraniach, żeby zawczasu zaplanować jej użycie.
"Szkoda Fajnej Laski" przylgnęło do Dinah po dramatycznej zmianie fryzury, w wyniku nieprawdopodobnego wręcz ciągu chybionych "Odpowiedz wszystkim". Kiedy zdyszana z podniecenia przybiegła z tym do Ivy, zgodnie wprowadziły "SFL" do swojej prywatnej książki kodów.
"Zapomniałam" wypowiedziane chropawym głosem małej dziewczynki było skrótem od "Zapomniałam zrobić makijaż", co z kolei stanowiło dosłowny cytat z rzeczniczki prasowej NASA.
DIA pochodziło ze zgryźliwej wymiany zdań pomiędzy Ivy i jednym z administratorów w NASA, który po przeczytaniu któregoś z jej raportów zarzucił jej "niemal patologiczną skłonność do nadużywania zbędnych skrótów". Oskarżenie to wydało się Ivy nieco dziwaczne, biorąc pod uwagę fakt, że w języku NASA co drugie słowo było jakimś akronimem. Kiedy jednak poprosiła o dodatkowe wyjaśnienia, dowiedziała się, że jej skróty są "dziecinne i abstrakcyjne".
Mianem "Obozu kosmicznego" (w którym obie brały udział jako nastolatki, choć w różnym okresie) określały nie tyle samą Izzy, ile raczej całą subkulturę organizowanych przez NASA lotów załogowych.
- Co powiesz Macierzystemu Organizmowi? - spytała Dinah, gdy Ivy bobrowała po szafce w poszukiwaniu butelki tequili.
Ivy zamarła na moment, a potem wyjęła butelkę i machnęła nią jak pałką, mierząc w głowę Dinah. Zamiast uchylić się przed uderzeniem, Dinah patrzyła ze spokojem, jak butelka w dłoni Ivy wyhamowuje w powietrzu nad jej głową.
- No co?
- Nie mogę uwierzyć, że Morg do tego stopnia zaanektowała mój ślub, że pierwsza rzecz, jaka przychodzi ci do głowy, to: jak ona na to zareaguje.
Dinah skrzywiła się, jakby ogarnęły ją mdłości.
- Nie przejmuj się - dodała Ivy. - Zapomniałaś.
Zrobić makijaż.
- Przepraszam, moja droga. Po prostu pomyślałam o tym, że... ty i Cal, tak czy inaczej, pobierzecie się i czeka was wspaniałe życie.
- Ale teraz to Morg najbardziej się oberwie. - Ivy pokiwała głową, rozlewając tequilę do dwóch plastikowych kubeczków. - Będzie musiała wszystko poprzekładać.
- Jak ją znam, to będzie w swoim żywiole. Niczego jej nie ujmując.
- Absolutnie.
- Za Morg.
- Za Morg.
Stuknęły się kubeczkami i wypiły. Jedną z dodatkowych zalet przebywania w torusie była możliwość normalnego spożywania napojów zamiast zasysania wszystkiego przez słomkę. Picie przy tak niskim ciążeniu wymagało wprawdzie pewnego doświadczenia, ale Dinah i Ivy zdążyły już nabrać wprawy.
- A co słychać u twojej rodzinki? - spytała Ivy. - Rufus się odzywał?
- Ojciec dopomina się o nieprzetworzone dane z Szerokopolowej Podczerwonej Platformy Obserwacyjnej Konrada, o której przeczytał w Internecie. Zżera go ciekawość, co takiego uderzyło w Księżyc.
- I co, zamierzasz mu je przesłać morsem?
- Ma dostęp do netu, stworzył już pusty folder na Dropboksie... Jak tylko dostarczę mu te pliki, zacznie jak zwykle narzekać na zbyt wysokie podatki i domagać się okrojenia rządu federalnego do takich rozmiarów, żeby mógł go osobiście zadeptać okutymi metalem buciorami.
***
To, czego astronomowie nie wiedzieli, przewyższało w stopniu niemal nieskończonym to, co wiedzieli. Wśród ludzi nawykłych do uporządkowanego systemu wiedzy, w którym wszystko można znaleźć w Wikipedii, zapanowało powszechne odczucie, że społeczność astronomiczna wykazuje się rażącą niekompetencją (a w każdym razie kompetencją niedostateczną), gdy na niebie dzieje się coś niezwykłego.
Prawdę mówiąc, rzeczy niezwykłe zdarzają się na niebie codziennie, tyle że większość z nich jest widoczna wyłącznie dla astronomów, którzy dzięki temu byli w stanie zachować w tej sprawie coś na kształt tajemnicy zawodowej. Gdy następowały wydarzenia rażąco oczywiste, takie jak upadek meteorytu, telefon Doca Dubois śpiewał, a jego śpiew zazwyczaj zwiastował występy w licznych talk-show, w których mógł się spodziewać (między innymi) pytań o to, dlaczego astronomowie tego nie przewidzieli. Dlaczego nie spostrzegli zbliżającego się meteorytu? I czy to nie dowodzi, że w gruncie rzeczy są nikomu niepotrzebnymi szalonymi naukowcami?
Odrobina pokory potrafiła zdziałać cuda, toteż jeśli tylko prowadzący nie przerwał mu zbyt szybko, Docowi Dubois udawało się zwykle przemycić apel o szersze rządowe wsparcie dla nauki. Opinia publiczna mogła nie interesować się gwiazdami Wolfa-Rayeta w gromadzie Quintuplet, ale doskonale rozumiała, że warto unikać sytuacji, w której człowiekowi spada na głowę rozżarzony kawał skały.
Zawsze nazywał to rozpadem Księżyca, nie eksplozją, chociaż to drugie określenie (opatrzone hashtagiem BUM) robiło oszałamiającą karierę na Twitterze, ale bez względu na przyjętą nomenklaturę była to sprawa znacznie poważniejsza niż uderzenie zbłąkanego meteorytu - i jako taka wymagała szerszego wytłumaczenia. Tyle że na razie żadnego wytłumaczenia nie było. Z meteorytami sprawa wyglądała prosto: w kosmosie wprost roiło się od głazów zbyt małych i ciemnych, żeby dało się je obserwować przez teleskop; czasem niektóre z nich wpadały w atmosferyczne sidła i spadały na Ziemię. Jednakże rozpad Księżyca nie mógł być skutkiem zwyczajnego zjawiska kosmicznego. Dlatego Doc Dubois, który większość następnego tygodnia spędził przed kamerami telewizji, przy każdej okazji podkreślał niezwykłość sytuacji, rozpoczynając swoje wystąpienia od szczerego stwierdzenia faktu: ani on, ani żaden inny astronom na świecie nie zna przyczyn obecnego stanu rzeczy. Tak właśnie mówił, prosto z mostu, bez ogródek, jakby rzucał łatwą piłkę... którą dopiero w następnym kroku lekko podkręcał: cokolwiek się zdarzyło, jest to najbardziej niezwykłe i bezgranicznie fascynujące wydarzenie w dziejach ludzkości. Owszem, sytuacja wygląda niepokojąco, może nawet przerażająco, ale fakty są takie, że na razie nikt z powodu rozpadu ziemskiego satelity nie zginął - pominąwszy nielicznych kierowców, którzy, wypatrując rozbitego Księżyca na niebie, stracili panowanie nad kierownicą i albo zjechali do rowu, albo wyrżnęli w tył stojących przed nimi w korku samochodów.
O godzinie A+0.4.16 (cztery dni i szesnaście godzin po rozpadzie Księżyca) Doc Dubois był zmuszony skorygować stwierdzenie "nikt nie zginął" po tym, jak meteoryt (niemal na pewno będący odłamkiem Księżyca) wszedł w atmosferę nad terytorium Peru, strzaskał wszystkie szyby na trasie swojego dwudziestomilowego przelotu, a na koniec zrównał z ziemią gospodarstwo rolne i unicestwił zamieszkującą je nieliczną rodzinę.
Istota jego komunikatu pozostała jednak niezmieniona: potraktujmy to wydarzenie jak zjawisko naukowe i zacznijmy od tego, co o nim wiemy. Sekundowała mu w tym witryna internetowa astronomicalbodiesformerlyknownasthemoon.com, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nadająca na żywo obraz chmury księżycowych odłamków. Podczas rozmowy Doc Dubois przy pierwszej dogodnej okazji wywoływał tę transmisję na ekran i dzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat chmury - bo spostrzeżenia uspokajały ludzi. Księżyc rozleciał się na siedem dużych odłamków (które przezwano Siedmioma Siostrami) oraz nieprzeliczone mrowie mniejszych. Większe stopniowo dorabiały się odrębnych nazw, za które w większości był odpowiedzialny Doc Dubois; skłaniał się ku nazwom opisowym, żeby nie straszyć opinii publicznej bez potrzeby. Nie mogąc więc ochrzcić ich Nemezis, Thor czy Grond, wybrał co następuje: Kartofel, Kręciołek, Żołądź, Pestka, Chochla, Dryblas i Fasolka. Wskazywał je kolejno na ekranie, po czym zwracał uwagę widzów na ich ruch, którym w stu procentach rządziły prawa mechaniki newtonowskiej. Odłamki przyciągały się wzajemnie z większą lub mniejszą siłą, zależną od ich masy i dzielącej je odległości. Symulacja komputerowa całej sytuacji przedstawiała się nadzwyczaj prosto. Cały obłok odłamków był spętany grawitacją. Wszelkie odłamki dostatecznie szybkie, żeby się z niego wyrwać, już to zrobiły, reszta zaś utworzyła dryfujące w przestrzeni luźne skupisko kamieni, które czasem się ze sobą zderzały, lecz ostatecznie w przyszłości miały się skupić i zapoczątkować odtwarzanie się Księżyca.
Taka przynajmniej obowiązywała teoria do czasu gwiezdnego zlotu urządzonego na środku kampusu Caltechu o godzinie A+0.7.0, czyli dokładnie tydzień po wiekopomnym wydarzeniu.
Zazwyczaj gwiezdne zloty organizowano wśród wzgórz, gdzie panowały lepsze warunki do obserwacji przestrzeni kosmicznej, ale oglądanie gigantycznych głazów znajdujących się tak blisko Ziemi było banalnie proste i nie było sensu pchać się samochodami w góry. Zaprzeczałoby to zresztą myśli przewodniej imprezy, jaką było zgromadzenie możliwie największej grupy zwykłych ludzi, którzy w przyjemnej, parkowej atmosferze mieli popatrzeć przez teleskopy i poczynić własne spostrzeżenia. Przy Beckmann Mall zaparkował sznur żółtych autobusów szkolnych, z rzadka przetykany wozami transmisyjnymi sieci telewizyjnych (lokalnych i ogólnokrajowych), z rozłożonymi antenami umożliwiającymi transmisję do centrum miasta. Reporterzy porozstawiali się w plamach światła na tle trawnika usianego teleskopami wszelkich możliwych typów i rozmiarów. Rozdano zestawy ilustracji złożone z siedmiu kart, przedstawiające poszczególne fragmenty Księżyca z właściwymi podpisami; dzieciaki miały za zadanie rozpoznać każdą z kosmicznych skał przez teleskop, odhaczyć ją w zeszycie do prac domowych i zapisać wynik swoich obserwacji. Większość teleskopów - co oczywiste - wycelowano w Siedem Sióstr, jednakże pewna nieliczna gromadka gapiów badała (przez lornetki lub gołym okiem) inny, ciemniejszy sektor nieba, wypatrując na nim meteorytów. W ciągu ostatnich siedmiu dni kilkaset księżycowych okruchów weszło w ziemską atmosferę (w każdym razie kilkaset na tyle dużych, żeby dało się je zaobserwować); w większości spłonęły przed dotarciem na Ziemię. W jakichś dwudziestu przypadkach meteoryt wykreślił na niebie oślepiająco białą krechę, rzucając upiorną błękitną poświatę na teren, nad którym przelatywał, a jego pojawieniu się towarzyszył ogłuszający grom dźwiękowy. Pół tuzina takich okazów spadło na Ziemię, wyrządzając mniejsze lub większe szkody, ale zebrane przez nie śmiertelne żniwo nadal nie wyrastało ponad statystyczny szum generowany przez ataki rekinów i trafienia piorunem.
Wieczór przebiegał bez zakłóceń. Doob, który dochował się trójki dorosłych dzieci, dawno już się przekonał, że każda impreza, za której organizację odpowiadają głównie nauczyciele ze szkół podstawowych, będzie udana z punktu widzenia logistyki i panowania nad tłumem. Uznał więc, że może się odprężyć i wcielić w Doca Dubois; rozdawał maluchom autografy na kartach Siedmiu Sióstr, a od czasu do czasu wchodził w rolę doktora Harrisa, by wdać się w dysputę z którymś z zaprzyjaźnionych astronomów.
Kręcąc się po kampusie, trzykrotnie napatoczył się przez przypadek na tę samą nauczycielkę, niejaką panią Hinojosa... i się w niej zakochał. To było coś niezwykłego. Od dwunastu lat w nikim się nie kochał, od dziewięciu był rozwiedziony i to nagłe zakochanie było dla niego na swój sposób nie mniej wstrząsające niż rozpad Księżyca. Nawet próbował sobie z nim poradzić w taki sam sposób: dokonując naukowych obserwacji zjawiska. W myśl przyjętej przez niego roboczej hipotezy rozpad Księżyca odmłodził go, zdarł z jego duszy liczne warstwy emocjonalnego zrogowacenia i odsłonił różowe, błyszczące, podatne na wpływy serce, gotowe dać się skolonizować pierwszej z brzegu atrakcyjnej kobiecie.
Rozmawiał akurat z Amelią (bo tak właśnie, jak się z czasem okazało, miała na imię), gdy nad trawnikiem z wolna poniósł się szmer, jakby powiał delikatny zefirek. Wszyscy spojrzeli w górę.
Dwa większe odłamki - Chochla i Fasolka - zbliżały się do siebie. Nie byłoby to pierwsze ich zderzenie, bo takie kolizje co rusz się zdarzały, ale widok dwóch dużych odłamków pędzących sobie na spotkanie ze sporą prędkością zapowiadał niezłe widowisko. Doob starał się uciszyć kiełkujący w piersi niepokój - może spowodowany interakcją z Amelią, a może zupełnie naturalną trwogą, jaką każdy zdrowy na umyśle człowiek powinien odczuwać, gdy dokładnie nad jego głową dwa gigantyczne kamulce obrały kurs na zderzenie. Dobra wiadomość była taka, że gapie zaczynali postrzegać ewolucję skalnego roju jako coś w rodzaju wydarzenia sportowego, którego śledzenie może być zabawne i fascynujące, ale raczej nie przerażające.
Ostra krawędź Chochli grzmotnęła w zagłębienie, od którego Fasolka wzięła swoją nazwę, i rozłupała Fasolkę na dwoje. Wszystko to oczywiście wydarzyło się w super zwolnionym tempie i bez dźwięku.
- I już jest ich osiem! - powiedziała Amelia. Odruchowo odwróciła się od Dooba w stronę swojej trzódki liczącej dwadzieścioro dwoje uczniów. - Co się stało z Fasolką? - zapytała w ten charakterystyczny nauczycielski sposób, wypatrując uniesionych rąk, szukając ochotnika, którego mogłaby wyrwać do odpowiedzi. - Kto mi powie?
Dzieci milczały. Chyba czuły się trochę nieswojo.
Amelia podniosła swoją kartę Fasolki i przedarła ją na pół.
Doktor Harris szedł już w stronę swojego samochodu, gdy niespodziewanie zadzwonił jego telefon. Wypłoszony Harris o mało nie zderzył się ze szkolnym autobusem. Co się z nim działo? Poczuł, że mrowi go skóra głowy, i zdał sobie sprawę, że wszystkie włosy właśnie próbują stanąć mu dęba. Spojrzał na wyświetlacz telefonu: dzwonił kolega po fachu z Manchesteru. Odrzucił połączenie i na ekranie pojawiła się nie do końca utworzona karta kontaktu Amelii: zdjęcie jej twarzy - zarys profilu na tle telewizyjnych reflektorów - i numer telefonu. Pacnął palcem "Gotowe".
Zdarzyło mu się już kiedyś, że skóra na głowie drętwiała mu w podobny sposób. To było na safari w Tanzanii. Odwrócił się wtedy i stwierdził, że stado hien przygląda mu się z niezwykłym zainteresowaniem. Jednakże to nie one najbardziej go przeraziły, bo w tamtej okolicy nie brakowało ani hien, ani innych, groźniejszych zwierząt. Zgrozą napawała go świadomość, że się odsłonił, opuścił gardę, skupił całą uwagę na niewłaściwej rzeczy, podczas gdy prawdziwe niebezpieczeństwo zakradło się do niego od tyłu.
Stracił tydzień na roztrząsanie fascynującej zagadki naukowej pod tytułem "Co rozsadziło Księżyc?".
To był błąd.
Skauci
- Musimy przestać zadawać sobie pytanie: "co się stało?" i zacząć dyskutować o tym, co dopiero się stanie - powiedział doktor Harris, zwracając się do pani prezydent Stanów Zjednoczonych, jej doradcy do spraw naukowych, przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów i mniej więcej połowy prezydenckiego gabinetu.
Pani prezydent - Julia Bliss Flaherty, zbliżająca się do końca pierwszego roku na tym stanowisku - nie była zachwycona. Przewodniczący Kolegium pokiwał głową, ale prezydent Flaherty zmrużyła oczy (nie tylko dlatego, że oślepiało ją wpadające przez okno światło z nieba nad Camp David) i spiorunowała go gniewnym wzrokiem. Miała wrażenie, że on coś knuje. Szuka kozła ofiarnego. Próbuje realizować własny ukryty plan.
- Proszę kontynuować - poleciła, po czym, przypomniawszy sobie o dobrych manierach, dodała: - Doktorze Harris.
- Cztery dni temu na własne oczy widziałem, jak Fasolka rozpadła się na dwie części - mówił dalej Doob - i z Siedmiu Sióstr zrobiło się osiem. Od tamtej pory niemal doszło do kolizji, która mogła rozbić Kręciołka.
- Nie miałabym nic przeciwko temu, gdybyśmy dzięki temu pozbyli się tych niedorzecznych nazw - przyznała pani prezydent.
- To kwestia czasu - odparł Doob. - Pozostaje tylko pytanie: ile Kręciołkowi zostało życia? I co z tego dla nas wynika?
Pstryknąwszy trzymanym w ręce małym pilotem, wyświetlił slajd. Wszyscy spojrzeli na ekran, a Doob z niejaką ulgą przyjął fakt, że prezydent przestała się w niego wpatrywać. Slajd przedstawiał kulę śnieżną staczającą się ze zbocza góry, kosmatą kulturę bakterii na szalce Petriego, chmurę w kształcie grzyba i jeszcze kilka innych, na pozór niezwiązanych ze sobą, zjawisk.
- Co je łączy? - zapytał Doob. - Wykładniczy wzrost. Ludzie chętnie szafują tym określeniem, kiedy mówią o czymś, co szybko się rozwija, ale te słowa mają także bardzo ścisły sens matematyczny. Opisują każdy proces, który, im bardziej się rozwija, tym szybciej postępuje. Eksplozja demograficzna. Jądrowa reakcja łańcuchowa. Kula śnieżna, której tempo powiększania się jest tym większe, im większe osiągnęła rozmiary. - Przełączył na następny slajd przedstawiający wykresy funkcji wykładniczych, a potem na kolejny: fotografię ośmiu księżycowych odłamków. - Dopóki Księżyc pozostawał w jednym kawałku, prawdopodobieństwo zderzeń było równe zeru.
- Bo nie miał z czym się zderzać - wyjaśnił Pete Starling, doradca prezydent do spraw naukowych.
Pani prezydent pokiwała głową.
- Dziękuję, doktorze Starling. Kiedy zamiast jednego mamy dwa obiekty, te jak najbardziej mogą się zderzyć. Im więcej odłamków, tym większe prawdopodobieństwo zderzenia dowolnych dwóch z nich. A co się dzieje, gdy rzeczywiście dojdzie do takiej kolizji? - Doob pstryknął przyciskiem i na ekranie wyświetlił się filmik z rozbicia Fasolki. - Czasem, choć nie zawsze, jeden element z pary może się rozpaść na dwa. A zatem odłamków przybywa: osiem w miejsce siedmiu, dziewięć w miejsce ośmiu i tak dalej. Wzrost ich liczby oznacza wzrost prawdopodobieństwa dalszych zderzeń.
- Wzrost wykładniczy - domyślił się przewodniczący Kolegium.
- Istotnie. Cztery dni temu przyszło mi do głowy, że obserwowany przez nas rozpad wykazuje wszelkie oznaki typowego procesu wykładniczego. A my już wiemy, czym to pachnie.
Prezydent Flaherty, do tej pory uporczywie przyglądająca się Doobowi, przeniosła teraz wzrok na Pete'a Starlinga, który wykonał dramatyczny gest, kreśląc ręką w powietrzu profil kija hokejowego.
- Kiedy krzywa wykładnicza osiąga punkt załamania, taki jak w kiju do hokeja - ciągnął Doob - dalszy wzrost może być wybuchowy i spektakularny, ale równie dobrze może następować powoli i miarowo. Wszystko zależy od stałej czasowej, naturalnej prędkości procesu. A także od naszej, ludzkiej percepcji tego zjawiska.
- Czyli może to nie być nic wielkiego - skonstatował przewodniczący Kolegium.
- Może się okazać, że na pojawienie się dziewiątego odłamka przyjdzie nam czekać sto lat - potwierdził Doob, skinąwszy głową. - Tyle że cztery dni temu zacząłem się niepokoić, że jednak możemy mieć do czynienia z tą wersją bliższą eksplozji, i wspólnie z moimi doktorantami dokonałem pewnych obliczeń. Stworzyliśmy model matematyczny procesu, żeby lepiej zrozumieć jego skalę czasową.
- Jakie uzyskaliście wyniki, doktorze Harris? Bo domyślam się, że jakieś uzyskaliście; inaczej by tu pana nie było.
- Dobra wiadomość jest taka, że pewnego dnia Ziemia doczeka się pięknego systemu pierścieni, takich, jakie ma Saturn. Zła wiadomość jest zaś taka, że nie obejdzie się bez komplikacji.
- Inaczej mówiąc - przejął pałeczkę Starling - odłamki Księżyca będą się zderzać i rozpadać na coraz mniejsze i mniejsze kawałki, które z czasem utworzą pierścienie orbitalne. Jednakże część tych kamieni będzie spadała na Ziemię i dokonywała zniszczeń.
- Może mi pan powiedzieć, doktorze Harris, kiedy to nastąpi? - spytała prezydent. - W jakim okresie?
- Nadal gromadzimy dane, zmieniamy parametry i dostrajamy nasz model - zastrzegł się Doob. - W swoich obliczeniach dopuszczam więc możliwość dwu-, może nawet trzykrotnego niedoszacowania lub przeszacowania; procesy wykładnicze bywają zdradzieckie... Niemniej jednak widzę to następująco. - Następny slajd, następny wykres: niebieska krzywa ilustrowała powolny systematyczny wzrost z upływem czasu. - Oś pozioma to oś czasu, mniej więcej od jednego do trzech lat... W tym okresie liczba zderzeń i, co za tym idzie, liczba nowych odłamków będą stale rosły.
- Co to jest TRB? - zainteresował się Pete Starling. Takim opisem opatrzono bowiem oś rzędnych.
- Tempo Rozpadu Bolidów - wyjaśnił Doob. - Jak szybko powstają nowe odłamki.
- To standardowe określenie? - dociekał Starling raczej z niepokojem niż wrogością w głosie.
- Nie, sam je wymyśliłem - przyznał Doob. - Wczoraj. W samolocie.
Kusiło go, żeby dodać: "Wolno mi wymyślać nowe terminy naukowe", ale nie chciał tak szybko zrażać do siebie słuchaczy. Widząc, że Starling przynajmniej chwilowo został spacyfikowany, spróbował odzyskać rytm wypowiedzi:
- Zacznie spadać coraz więcej meteorytów. Niektóre z nich wyrządzą znaczne szkody, ale nasze życie nie ulegnie jakimś wielkim zmianom, przynajmniej do czasu... - pstryknął pilotem: wykres pobielał i zakrzywił się ostro ku górze - ...gdy staniemy się świadkami zdarzenia, które nazwałem "Białym Niebem". To nastąpi szybko, w ciągu kilku godzin, najwyżej dni. Te nieliczne planetoidy, które na razie obserwujemy na niebie, zostaną przemielone na rój znacznie mniejszych odłamków, a te przykryją niebo jak biała chmura. I ta chmura będzie się szybko rozprzestrzeniać.
Pstryk. Wykres biegł stromo w górę i zmieniał kolor na czerwony.
- Dzień, dwa po Białym Niebie rozpocznie się tak zwany "Kamienny Deszcz", ponieważ nie wszystkie te odłamki zechcą pozostać tam, na orbicie. Część z nich wpadnie w ziemską atmosferę.
Doob wyłączył rzutnik. To dość niecodzienne posunięcie skutecznie wyrwało słuchaczy z powerpointowej hipnozy i kazało im spojrzeć na prelegenta. Siedzący w głębi sali asystenci dalej bawili się swoimi telefonami, ale nie miało to wielkiego znaczenia.
- Kiedy mówię "część z nich", mam na myśli biliony - dodał.
Nikt się nie odezwał.
- Takiego bombardowania meteorytowego Ziemia nie doświadczyła od czasów przedpotopowych, kiedy Układ Słoneczny dopiero nabierał kształtów - ciągnął Doob. - Kojarzycie państwo ogniste ślady, jakie od niedawna obserwujemy na niebie, gdy meteoryty spalają się w atmosferze? Będzie ich tyle, że przykryją Ziemię ognistą kopułą, od której wszystko zajmie się ogniem. Powierzchnia globu zostanie wyjałowiona. Lodowce się wygotują. Jedyny sposób na przetrwanie to ucieczka przed rozpaloną atmosferą: można schronić się albo pod ziemią, albo w kosmosie.
- Jeżeli to prawda, to jest to iście hiobowa wieść - wtrąciła prezydent.
Siedzieli i rozmyślali w milczeniu przez chwilę, która mogła trwać minutę... a mogła i pięć.
- Będziemy musieli zrobić jedno i drugie - orzekła w końcu prezydent. - Uciec w kosmos i schronić się pod ziemią. Oczywiście to drugie wyjście jest łatwiejsze.
- Naturalnie.
- Możemy rozpocząć budowę podziemnych schronów dla... - Prezydent ugryzła się w język, zanim wypsnęło jej się coś niedyplomatycznego. - Dla naszych obywateli.
Doob milczał.
- Doktorze Harris... - zabrał głos przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. - Ja jestem człowiek starej daty, spec od logistyki. Interesują mnie konkrety: jak duże zapasy musimy zabrać ze sobą pod ziemię; ile worków ziemniaków i rolek papieru toaletowego przypadnie na jednego mieszkańca schronu... Inaczej mówiąc, chciałbym się dowiedzieć, ile potrwa ten cały Kamienny Deszcz.
- Wedle moich najlepszych oszacowań - odparł Doob - od pięciu do dziesięciu tysięcy lat.
***
- Nikt z was nie stanie więcej na terra firma, nie dotknie swoich bliskich, nie odetchnie powietrzem ojczystej planety - powiedziała prezydent. - Okrutny to los, lecz i tak lepszy od tego, jaki czeka siedem miliardów ludzi, którzy na powierzchni Ziemi znaleźli się w potrzasku. Ostatni statek do domu już odpłynął. Rakiety nadal będą startować i docierać na orbitę, ale przez następne dziesięć tysięcy lat nie będzie dla nich powrotu.
Dwanaścioro ludzi zebranych w Bananie słuchało w milczeniu. Podobnie jak zniszczenie Księżyca, ta wiadomość również była zbyt trudna, żeby ją sobie przyswoić i znaleźć dla niej odpowiednie emocje. Umysł Dinah zaprzątały drobiazgi - na przykład konstatacja faktu, że JBF, pani prezydent, cholernie dobrze radzi sobie z wygłaszaniem takich tekstów.
- Doktorze Harris? - odezwał się Konrad Barth, astronom. - Przepraszam, pani prezydent, czy mógłbym prosić do kamery doktora Harrisa?
- Naturalnie.
Julia Bliss Flaherty nieco niechętnie ustąpiła miejsca wyższemu od niej Harrisowi, który Dinah i tak wydał się dziwnie mały w porównaniu z tym sławnym naukowcem z telewizji. Jakby się skurczył. A potem przypomniała sobie, co im przed chwilą tłumaczył, i złajała się w duchu za przeprowadzenie tego porównania. Jakie to uczucie, być jedynym człowiekiem na Ziemi, który wie, że ojczysty glob jest skazany na zagładę?
- Słucham, Konradzie - powiedział Harris.
- Nie chcę powiedzieć, że nie zgadzam się z twoimi obliczeniami, Doob, ale czy ktoś je zweryfikował? Potwierdził? Może popełniłeś jakiś szkolny błąd, przestawiłeś przecinek, nie wiem... Jest taka możliwość?
Konrad jeszcze nie sformułował dobrze swojego pytania, gdy Harris już zaczął kiwać głową. Nie miał przy tym szczęśliwej miny.
- Konradzie... - odparł. - Nie jestem odosobniony.
- Z informacji naszego wywiadu wynika, że Chińczycy dzień wcześniej od nas wyciągnęli podobne wnioski - wtrąciła prezydent. - A od tamtej pory także Brytyjczycy, Hindusi, Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Japończycy... Wszyscy dochodzą do mniej więcej takich samych konkluzji.
- Dwa lata? - wtrąciła Dinah chrapliwym, łamiącym się głosem. Wszyscy zwrócili się w jej stronę. - Do Białego Nieba?
- Wszystkie szacunki raczej potwierdzają tę prognozę - przytaknął Harris. - Od dwudziestu trzech do dwudziestu siedmiu miesięcy.
- Wiem, że to musi być dla was ogromny szok - przejęła pałeczkę pani prezydent - ale chciałam, żeby załoga ISS poznała fakty jako jedna z pierwszych. Potrzebuję was. Potrzebują was mieszkańcy USA i całej Ziemi.
- Do czego? - spytała Dinah.
W żadnym wypadku nie mogła być traktowana jak oficjalna rzeczniczka dwunastoosobowej załogi; to było zadanie Ivy. Sądząc jednak po tym, jak Ivy wyglądała w tej chwili, na razie nie nadawała się do tej roli.
- Rozpoczęliśmy rozmowy z innymi krajami, prowadzącymi własne programy kosmiczne, w sprawie wybudowania arki - wyjaśniła prezydent - skarbnicy całego ziemskiego dziedzictwa genetycznego. Na jej stworzenie mamy dwa lata; dwa lata na to, żeby wynieść na orbitę jak najwięcej ludzi i sprzętu. Izzy ma się stać zalążkiem tej arki.
Dinah poczuła absurdalne ukłucie irytacji, słysząc, jak JBF zawłaszcza ich prywatne przezwisko ISS. Znała jednak ten mechanizm, spędziła wystarczająco dużo czasu ze specami od PR w NASA, żeby to rozumieć: rzeczy należało oswajać, nadawać im sympatyczne przydomki. Wszystkie te przerażone dzieciaki na Ziemi, które wiedziały, że czeka je śmierć, będą teraz musiały oglądać optymistyczne filmiki o tym, jak Izzy w trudnych czasach Kamiennego Deszczu przechowa dziedzictwo martwej planety; będą wyjmować kredki i po dziecięcemu rysować Izzy z torusem jak aureola, wielkim kamulcem u tyłka i małym antropomorficznym uśmieszkiem od strony modułu serwisowego Zwiezda.
Ivy zabrała głos, pierwszy raz od dłuższego czasu. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej konieczność przełożenia ślubu przyprawiła ją o wielkie rozczarowanie, teraz zaś dowiedziała się, że jej narzeczony - komandor Cal Blankenship z U.S. Navy - jest żywym trupem; że nie wyjdzie za niego za mąż; że nigdy go już nie dotknie ani nawet nie zobaczy inaczej niż w transmisji wideo. Nie mówiąc o innych ludziach, których znała.
- Pani prezydent - odezwała się z półprzytomną miną, tym swoim śpiewnym głosem. - Jak pani zapewne wiadomo, nie mamy tu zbyt wiele miejsca na przyjęcie nowych przybyszów. Z pewnością należy poddać tę kwestię pod dyskusję.
- Tak, oczywiście - przytaknęła prezydent. - Waszym zadaniem będzie...
- Przepraszam, pani prezydent, pozwoli pani...? - wtrącił się doktor Harris.
Dinah zauważyła zaskoczone spojrzenie pani prezydent i malujący się na jej twarzy szok. Ktoś ośmielił się przerwać prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Ktoś wypchnął go z centrum uwagi. Jako kobieta, która przebiła się na sam szczyt, JBF musiała być ostro wyczulona na takie zachowania.
Tyle że tu chodziło o coś innego. JBF nie zadawała sobie w duchu pytania: "Czy on mi przerywa, bo jestem kobietą?". Ten etap mieli już za sobą. Pytanie brzmiało: "Czy on mi przerywa, bo prezydent USA przestał się liczyć?".
- Jest tam Lina? - spytał Harris. - Proszę przesunąć kamerę... A, tu jesteś, Lino. Czytałem twój artykuł o stadnych zachowaniach ryb na Karaibach. Kapitalny.
- Nie miałam pojęcia, że obszar pańskich zainteresowań sięga także pod wodę - odparła Lina Ferreira. - Dziękuję.
Ludzie to jednak są zabawni, pomyślała Dinah. Żeby w takiej chwili rozmawiać o czymś takim.
- Znakomite są te filmy. Ryby poruszają się w zwartym szyku, dopóki nie pojawi się drapieżnik. Wtedy nagle w ławicy robi się dziura, drapieżnik wpada w nią, przepływa na wylot, nie pochwyciwszy ani jednej ofiary, a zaraz potem ławica znów łączy się w litą całość. Powiem tak: żadne decyzje jeszcze nie zapadły, ale...
- Chcecie wykorzystać takie stadne zachowania przy budowie arki?
- To ma być tak zwana Arka w Chmurze - wtrąciła prezydent. - Ale dobrze nas pani zrozumiała: zamiast kłaść wszystkie jajka do jednego koszyka...
- Jajka... i plemniki - mruknął Jibran z tym swoim akcentem z Lancashire, na tyle cicho, że tylko Dinah go usłyszała.
- ...zamierzamy zastosować architekturę rozproszoną - ciągnęła JBF, artykułując z przesadną starannością, jakby używała nowego terminu, który poznała zaledwie dziesięć minut wcześniej. - Każdy ze statków tworzących Arkę w Chmurze będzie w pewnym zakresie autonomiczny. Z tego, co mi powiedziano, będziemy je produkować w masowej skali i wysyłać na orbitę najszybciej jak to możliwe. Utworzą rój wokół Izzy. W spokojnych czasach będą mogły się łączyć jak klocki Tinkertoys, co umożliwi swobodne przemieszczanie się pomiędzy nimi. Kiedy jednak pojawi się groźba uderzenia meteorytu... Szszszuuu! - Rozcapierzyła palce z polakierowanymi na fioletowo paznokciami.
A co z Izzy? - zastanawiała się Dinah. Wolała jednak w tej chwili o to nie pytać.
- Każdy z was będzie miał do wykonania swoje zadanie przy realizacji tego programu - ciągnęła prezydent. - Dlatego poprosiłam dyrektora, żeby również wziął udział w tej rozmowie. - Miała na myśli Scotta Spaldinga, dyrektora NASA. - Oddam teraz głos Sparky'emu, który przedstawi wam szczegóły. Jak się zapewne domyślacie, wiele innych spraw wymaga mojej uwagi, dlatego chwilowo się z wami pożegnam.
Mamrotane podziękowania zgromadzonej w Bananie dwunastki astronautów pożegnały panią prezydent opuszczającą salę konferencyjną i ktoś na Ziemi skierował kamerę na Scotta Spaldinga, któremu udało się wytrzasnąć skądś sportową marynarkę, nie włożył jednak krawata - i prawdopodobnie tak już miało pozostać do końca jego życia. Jako młody astronauta został wytypowany do jednej z misji programu Apollo, została ona jednak odwołana na skutek cięć budżetowych na początku lat siedemdziesiątych. Został w programie i podczas przerwy w lotach załogowych, która wtedy nastąpiła, zrobił doktorat, ale pech go nie opuszczał: jego planowana misja w Skylabie nie doszła do skutku po tym, jak stacja przedwcześnie spadła w atmosferę. Jego upór opłacił się w latach osiemdziesiątych, gdy po serii udanych misji na wahadłowcach stał się mentorem całego korpusu astronautycznego, który z równą swobodą naprawia panele słoneczne i cytuje Rainera Marię Rilkego. Po dwóch dekadach udzielania się (ze zmiennym szczęściem) przy kiełkujących nowych technologiach został przed kilkoma laty ściągnięty z powrotem do NASA w ramach nieco mętnej koncepcji przestawiania agencji na nowe tory. U ludzi z Banana cieszył się opinią człowieka sympatycznego i - choć bywał na swój sposób niedostępny - godnego zaufania w sytuacji kryzysowej.
Nie sposób było się domyślić, którym z wierszy Rilkego mógłby skomentować aktualną kłopotliwą sytuację - chociaż przez chwilę po tym, jak kamera znalazła go i zogniskowała się na jego obwisłej, pomarszczonej twarzy, można było pomyśleć, że ma na końcu języka jakiś poetycki cytat. Spalding otrząsnął się jednak i spojrzał w obiektyw.
- Brak mi słów - powiedział - dlatego od razu przejdę do konkretów. Ivy, nadal kierujesz stacją. Jesteś najlepsza. Masz pilnować, żeby wszystko działało jak w zegarku, kontaktować się z nami i przekazywać, czego wam potrzeba. Jeżeli po tym wszystkim wykroisz jeszcze czas dla siebie, daj znać, a ja znajdę ci jakieś hobby. - Mrugnął porozumiewawczo i przeszedł do kolejnego punktu na liście.
Frank Casper, elektryk z Kanady, i Spencer Grindstaff, amerykański łącznościowiec z tajemniczą przeszłością szpiegowską, mieli być odpowiedzialni za stworzenie infrastruktury sieciowej niezbędnej do funkcjonowania Arki w Chmurze. Jibran - który jako spec od aparatury i tak był zamieszany we wszystkie tego rodzaju projekty - miał im pomagać.
Specjalizujący się w wyjściach w otwartą przestrzeń kosmiczną szpakowaty Fiodor Pantelejmon i Zeke Petersen, amerykański pilot wojskowy z twarzą chłopca i pokaźnym doświadczeniem w kosmicznych spacerach, mieli przygotować stację na przybycie nowych modułów, które (jak ich solennie zapewniono) - projektowane i produkowane ze zgoła nietypowym u NASA pośpiechem - przed upływem miesiąca miały zacząć przybywać na orbitę. Dinah uznała tę prognozę za niedorzecznie optymistyczną, dopóki nie uświadomiła sobie, że dosłownie cały świat zaangażował się w te prace.
Konrad Barth został po prostu poproszony o pozostanie na linii po zakończeniu spotkania, ponieważ Doob chciał z nim porozmawiać. Było oczywiste, że przypadnie mu zadanie przeprojektowania wszystkich astronomicznych gadżetów na pokładzie stacji w taki sposób, żeby umożliwiły wypatrywanie i śledzenie nadlatujących meteorytów. Na ten temat nikt nie chciał zbyt długo się rozwodzić; gdyby Izzy została trafiona choćby najmniejszym kamykiem, byłoby po wszystkim. Naprawdę nie było sensu o tym rozmawiać.
Biologią zajmowały się trzy osoby: Lina Ferreira, Margaret Coghlan - Australijka badająca wpływ przebywania w kosmosie na ciało ludzkie - oraz Jun Ueda - japoński biofizyk prowadzący eksperymenty laboratoryjne dotyczące wpływu promieniowania kosmicznego na żywe tkanki. Do tej pojemnej kategorii poniekąd zaliczał się także Marco Aldebrandi, włoski inżynier odpowiedzialny za przyziemną kwestię konserwacji układów podtrzymywania życia, dzięki którym na stacji dało się żyć. Z nich czworga Lina zajmowała o tyle uprzywilejowaną pozycję, że miała już w przeszłości do czynienia z badaniem zachowań stadnych. Tamte jej prace nie miały wprawdzie ścisłego związku z tym, czym zajmowała się na stacji kosmicznej, ale teraz miała je odkurzyć i uczynić z nich dzieło swojego życia. Sparky zostawił jej pełną swobodę działania; miała się zaszyć w jakimś zacisznym kącie i nadrobić zaległości, faszerując się po czubki uszu specjalistycznymi artykułami z tymczasowo zaniedbanej dziedziny. Margaret i Junowi kazano wyrzucić za burtę co bardziej abstrakcyjne projekty badawcze i we współpracy z Marco przyszykować Izzy na znaczne zwiększenie liczby mieszkańców.
W ten sposób znaleziono zajęcie jedenaściorgu członkom dwunastoosobowej załogi. Na razie Sparky ani słowem nie zająknął się o Dinah.
Nigdy nie wypadała dobrze na zebraniach. Zasiadając w sali konferencyjnej, czuła się jak na meczu wyjazdowym. Świadomość, że nie radzi sobie najlepiej w takim środowisku, stawała się samospełniającą się przepowiednią. Zawsze tak było i zbliżający się koniec świata niczego w tej kwestii nie zmieniał. W miarę jak Sparky odhaczał kolejne punkty z listy, wyznaczając pracownikom stacji zadania na najbliższe tygodnie, Dinah czuła się coraz bardziej odsłonięta właśnie z tego powodu, że nie mogła się doczekać, kiedy i ona zostanie wyczytana. Kiedy zaś stało się jasne, że jest na tej liście ostatnia, miała dłuższą chwilę (Sparky rozmawiał tymczasem z Margaret, Junem i Marco) na rozważanie implikacji tego faktu. Nie byłaby sobą, gdyby nie pomyślała, że jest aż tak ważna, że Spalding zostawił ją na koniec - zanim jednak wreszcie wyczytał jej nazwisko, zdążyła dojść do zupełnie innych wniosków. Serce waliło jej jak młotem, koniuszki palców mrowiły, język kołowaciał w ustach.
- Dinah - powiedział Sparky - jesteś dla nas bezcenna.
Doskonale wiedziała, co to znaczy w zebraniowym korpożargonie: gdyby tylko mogli, najchętniej wypchnęliby ją przez śluzę.
- Masz niezwykle wszechstronne kwalifikacje, a na dodatek wszyscy tu podziwiamy twoje zaangażowanie - ciągnął Sparky.
Nikomu innemu nie kadził o zaangażowaniu.
- Wydobywanie surowców z asteroid, któremu poświęciłaś znaczną część swojego życia zawodowego, to projekt niezwykle długofalowy. My jednak musimy na razie przejść w bardziej doraźny tryb działania. Nie wybiegamy zbyt daleko w przyszłość.
- To zrozumiałe.
- Twoje zadanie będzie dwojakie: masz pomagać Ivy, a poza tym znaleźć sposób na to, by swój niecodzienny zestaw umiejętności wykorzystać do wsparcia wysiłków reszty załogi. Fiodor i Zeke nie mogą stale przebywać na zewnątrz; może twoje roboty mogłyby wykonywać zadania, z którymi oni sobie nie poradzą.
- Jeśli chodzi o cięcie metalu, nie mają sobie równych.
- To super - odparł Sparky.
Sarkazm Dinah kompletnie uszedł jego uwagi. Dla niego rozmowa już się skończyła i z trudem tolerował uprzejmą gadkę szmatkę, czekając na spotkanie z Doobem i Konradem.
Dinah zdawała sobie sprawę, że nie powinna być taka małostkowa. Jak mogła tak myśleć w takiej chwili?
Ha, może po prostu miała ku temu dobry powód.
Zaczęła się już żegnać ze Sparkym, gdy coś przyszło jej do głowy.
- Czekaj - powiedziała. - Rozumiem, co miałeś na myśli, mówiąc o doraźnym trybie działania. Rozumiem to i szanuję. Ale jeżeli projekt "Arka w Chmurze" wypali... a właściwie kiedy wypali, to chyba wiesz, co będzie dalej?
Mimo że Sparky nie był w nastroju do pogaduszek, w jego reakcji więcej było chyba zaskoczenia niż irytacji.
- Co będzie dalej? - powtórzył.
- Ludzie będą musieli gdzieś mieszkać. Jeżeli powierzchnia Ziemi zostanie dokumentnie wyżarzona, będzie trzeba wybudować jakieś osiedla tutaj, na orbicie, korzystając z surowców, które są pod ręką. Czyli z asteroid, których za sprawą Agenta będzie teraz znacznie więcej.
Sparky ukrył twarz w dłoniach, wypuścił powietrze z płuc i przez dobrą minutę siedział zupełnie nieruchomo. Kiedy opuścił ręce, Dinah zorientowała się, że płakał.
- Przed tym spotkaniem napisałem pół tuzina listów pożegnalnych do znajomych i rodziny - powiedział. - Po jego zakończeniu zamierzam do tego wrócić, pisać dalej. Może uda mi się napisać połowę zamierzonych listów, nim Kamienny Deszcz zgładzi ich niedoszłych adresatów. Zmierzam do tego, tak mi się przynajmniej wydaje, że już w tej chwili myślę jak żywy trup, którym w istocie jestem. A to błąd. Powinienem myśleć o tym, o czym ty właśnie pomyślałaś. O przyszłości, której ty i nieliczni inni będziecie wyczekiwać, jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli.
- Naprawdę myślisz, że ktoś z nas jej wyczekuje?
Sparky się skrzywił.
- Nie w takim sensie, że spodziewacie się po niej nie wiadomo jakich wspaniałości, ale w takim, że przynajmniej możecie o niej myśleć. I ja jestem skłonny się z tobą zgodzić, tylko czego właściwie ode mnie teraz oczekujesz?
- Żebyś mnie osłaniał. Nie pozwól, żeby pozbyli się Amalthei. Nie daj rozebrać moich robotów na części. Chcesz, żebym chwilowo zajęła się innymi sprawami? Proszę bardzo, ale kiedy niebo zbieleje i spadnie Kamienny Deszcz, Arka w Chmurze będzie potrzebowała realnego programu pozyskiwania surowców z asteroid. Inaczej nikt tu nie przeżyje tysięcy lat.
- Będę cię osłaniał, Dinah - obiecał Sparky - cokolwiek to znaczy.
I zagapił się na drzwi, za którymi zniknęła pani prezydent.
***
O godzinie A+0 w skład dwunastoosobowej załogi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej wchodził tylko jeden Rosjanin: podpułkownik Fiodor Antonowicz Pantelejmon, pięćdziesięciopięcioletni weteran sześciu misji kosmicznych mający na koncie osiemnaście wyjść w otwartą przestrzeń, szara eminencja korpusu kosmonautycznego. Było to o tyle niezwykłe, że w początkach istnienia ISS Rosjanie stanowili zwykle co najmniej trzecią część tradycyjnego sześcioosobowego składu. Uruchomienie Projektu Amalthea i dobudowanie torusa mieszkalnego umożliwiło rozszerzenie obsady do czternastu osób, wśród których liczba Rosjan wahała się zazwyczaj od dwóch do pięciu.
Księżyc rozleciał się na kawałki zaledwie dwa tygodnie przed planowanym powrotem Ivy, Konrada i Liny do domu i przybyciem na ich miejsce dwójki Rosjan i brytyjskiego inżyniera. Ponieważ rakieta, która miała wynieść zastępców na orbitę, była już przygotowana do startu, Roskosmos - rosyjska agencja kosmiczna - postanowił nie rezygnować z misji i w dniu A+0.17 wystrzelił rakietę z Bajkonuru.
Sojuz bez przygód przybił do Izzy. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy lubili ręcznie sterować swoimi pojazdami, Rosjanie dawno zautomatyzowali całą procedurę cumowania.
Sojuz - od dziesięcioleci prawdziwy wół roboczy w eksploracji kosmosu przez człowieka - składał się z trzech modułów. Na rufie znajdował się przedział mechaniczny zawierający silniki, zbiorniki paliwa, panele fotowoltaiczne i inny sprzęt mogący się obejść bez atmosfery. Na dziobie mieścił się w przybliżeniu kulisty hermetyczny moduł mieszkalny, w zamyśle konstruktorów wypełniony powietrzem i wystarczająco przestronny, by kosmonauci mogli w nim mieszkać i pracować. Środek stanowił niewielki, mieszczący trzy fotele, dzwonokształtny łącznik, w którym odziani w kosmiczne skafandry pasażerowie wylatywali na orbitę, a następnie wracali na Ziemię, wlokąc za sobą płomienisty ogon niczym kometa. Łącznik był wyjątkowo ciasny, co jednak nie miało wielkiego znaczenia, gdyż używano go wyłącznie w krótkich fazach startu i lądowania, a znakomitą większość czasu kosmonauci spędzali w kulistym module orbitalnym. Na czubku tegoż modułu znajdowało się ustrojstwo cumownicze, umożliwiające dokowanie do stacji kosmicznej lub innych stosownie wyposażonych obiektów.
Jeszcze niedawno, dwa lata wcześniej, Sojuzy cumowały zwykle z tyłu modułu Zwiezda stanowiącego "ogon" ISS. Później do Zwiezdy doczepiono moduł zwany "Piastą", wydłużając w ten sposób "rufową" część stacji i tworząc oś, wokół której dzisiaj obracał się torus. Dla zapewnienia kompatybilności z powszechnie używanym i sprawdzonym Sojuzem Piastę wyposażono w stosowne złącze cumownicze i właz.
Kiedy cała pozostała jedenastka zajęła się wypełnianiem zleconych przez Sparky'ego zadań, Dinah przepłynęła na "rufę" (musiała w tym celu pokonać całą długość Izzy, ponieważ jej warsztat mieścił się przy "dziobie" stacji) i otworzyła właz, żeby przywitać nowych gości. Spodziewała się zobaczyć paru ludzi szybujących w nieważkości w module orbitalnym Sojuza, zamiast tego ujrzała jednak głowę i rękę tylko jednego kosmonauty, w którym z niejakim trudem rozpoznała Maksima Koszelewa. Koszelew tkwił nieruchomo w niemal litej masie witamin.
"Witaminy" były terminem używanym przez maniaków lotów kosmicznych na określenie wszelkich małych i lekkich obiektów o wyjątkowej wartości. Scalaki, lekarstwa, części zapasowe, ukulele, próbki biologiczne, mydło, żywność - wszystko to mieściło się w tej niezwykle pojemnej kategorii. Oczywiście najcenniejszą witaminą był człowiek - chyba że ktoś uważał, że badanie przestrzeni kosmicznej należy zostawić robotom. Dinah brała udział wielu konferencjach, na których jej koledzy po fachu upierali się przy twierdzeniu, że rakiety, jako niezwykle drogie w eksploatacji, powinny być wykorzystywane wyłącznie do transportu witamin, natomiast zasobów wymaganych w ilościach hurtowych, takich jak woda czy metal, nie powinno się w żadnym razie wystrzeliwać na orbitę z Ziemi, lecz pozyskiwać z miliardów unoszących się w kosmosie głazów.
Zapieczętowane opakowanie strzykawek wypadło jej na spotkanie i uderzyło ją w czoło. W następnej kolejności poleciały próżniowo pakowany granulat wodorotlenku litu, buteleczka morfiny, rolka kondensatorów do montażu powierzchniowego i spięty gumką pęk zatemperowanych ołówków HB. Odepchnąwszy je sobie z drogi, Dinah mogła wreszcie ogarnąć całą rozpościerającą się przed nią scenę: Maksim wtłoczony w wąski tunel wydrążony w witaminach, którymi wypchano Sojuza do granic możliwości.
Ktoś tam, na dole, w Tiuratamie, wykazał się przytomnością umysłu i na koniec dopchnął jeszcze do kapsuły kilka worków na śmieci. Dinah otworzyła jeden z nich i najpierw zebrała doń wszystkie przedmioty, które uwolniły się z Sojuza i zamierzały się wybrać na spacer po Izzy, a potem zaczęła wygarniać z kapsuły kolejne; mnóstwo drobiazgu jej umknęło, ale większość jednak trafiła do worka. Maksim wygramolił się do Piasty, żeby rozprostować nogi po sześciu godzinach siedzenia nieruchomo w Sojuzie, a wtedy drobniejsza od niego Dinah wśliznęła się na jego miejsce i zaczęła wypychać witaminy w jego stronę; musiał tylko przytrzymać otwarty worek, żeby wszystko samo do niego wpadało.
Po minucie Dinah dokopała się do ludzkiego uda w niebieskim skafandrze, potem do barku i ręki. Ręka się poruszyła, popchnęła w jej stronę kolejne witaminy i odsłoniła twarz, którą Dinah rozpoznała dzięki temu, że pół godziny wcześniej obejrzała poświęcone jej hasło w Wikipedii: to była Bolor-Erdene, kiedyś już wykluczona z programu kosmicznego jako zbyt mała i drobna, żeby pasował na nią standardowy kombinezon kosmiczny. Fotel, na którym przybyła na orbitę, został tymczasowo wmontowany we wnętrze Sojuza: przypięto go do części modułu orbitalnego zwanej Diwanem za pomocą prowizorycznej pajęczyny taśm ładunkowych, wciąż jeszcze brudnych od kazachskiego kurzu. Dinah przyszło do głowy, że może to być ostatni kurz, jaki ogląda w życiu. Szybko odepchnęła od siebie tę myśl.
Zatem Bolor-Erdene i Maksim przylecieli w module orbitalnym, co było wydarzeniem bez precedensu: pasażerowie powinni podróżować w doczepionej z tyłu kapsule przeznaczonej do lądowania na Ziemi.
Byłoby rzeczą niestosowną wytykać im to w tej chwili, ale podjąwszy się przelotu w module orbitalnym, zgodzili się na podróż w jedną stronę, która na dodatek mogła się stać misją samobójczą, gdyby tylko coś poszło nie tak. Podczas powrotu na Ziemię moduł orbitalny był skazany na spłonięcie w atmosferze po odstrzeleniu od kapsuły lądowniczej; tylko pasażerowie tej ostatniej mieli choćby teoretyczne szanse przeżycia.
Proces pakowania witamin do worków na śmieci postępował i przybierał na intensywności w miarę uwalniania kolejnych ramion i twarzy. Na trzech fotelach, na których ludzie faktycznie powinni podróżować Sojuzem, znajdowali się dwaj oczekiwani kosmonauci - Jurij i Wiaczesław, oraz Brytyjczyk imieniem Rhys.
Bolor-Erdene, Jurij i Wiaczesław przy pierwszej okazji odpięli się od foteli i przez moduł orbitalny wpłynęli do Piasty. Rhys powiedział, że potrzebuje chwili dla siebie.
Dinah również cofnęła się do Piasty, żeby przywitać pozostałą czwórkę. W normalnych okolicznościach powitanie takie nosiło przynajmniej pozory małej uroczystości: nowi wpływali przez właz, ściskali się z gospodarzami stacji, przybijali piątki, robili pamiątkowe zdjęcia. Tym razem w obliczu nieuchronnej śmierci wszystkich mieszkańców Ziemi nastroje były raczej minorowe, lecz Dinah czuła się zobowiązana zamienić kilka słów z każdym przybyszem.
Bolor-Erdene nalegała, żeby nazywać ją Bo. Miała typowo azjatyckie rysy, a przy tym coś w jej oczach i zarysie kości jarzmowych nie pasowało do wizerunku przeciętnej Chinki. Google już wcześniej podpowiedział Dinah, że Bo jest Mongołką.
Jurij i Maksim gościli na ISS - odpowiednio - po raz trzeci i czwarty. Wiaczesław, który miał za sobą dwie wizyty w stacji, w ostatniej chwili zastąpił innego, młodszego kosmonautę, który miał być na Izzy debiutantem. Rosjanie - stare wygi - po krótkim przywitaniu z Dinah przepłynęli przez środek Piasty (rozglądając się z zaciekawieniem, bo nie wszyscy mieli okazję wcześniej ją widzieć) i przez właz przedostali się do Zwiezdy, gdzie czuli się jak w domu. Wymieniali krótkie uwagi po rosyjsku, z których Dinah rozumiała mniej więcej co drugie słowo; w załodze Izzy wszyscy musieli jako tako znać rosyjski.
Inżynier Rhys Aitken specjalizował się w konstruowaniu niezwykłych budowli, najczęściej na zlecenie zamożnych klientów. Jeszcze siedemnaście dni temu pracował nad projektem drugiego, większego torusa, który zostałby osadzony na nowej Piaście dobudowanej z tyłu stacji i służyłby obsłudze kosmicznego ruchu turystycznego. Zlecenie to było elementem umowy zawartej w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego pomiędzy NASA i pracodawcą Rhysa, brytyjskim miliarderem, jednym z pionierów turystyki kosmicznej. Od tamtej pory Rhysowi wyznaczono już inną, nową misję, do której również doskonale się nadawał.
Dinah wróciła do modułu orbitalnego i zajrzała przez właz do przedziału pasażerskiego. Rhys leżał nieruchomo na fotelu.
- Pierwszy raz na orbicie? - spytała, chociaż znała już odpowiedź.
- A co, wy tu Google'a nie macie? - odpowiedział Rhys pytaniem na pytanie.
Taka reakcja ze strony Amerykanina mogła się wydać nieuprzejma, jednak Dinah spędziła dość czasu w towarzystwie Brytyjczyków, żeby właściwie zrozumieć intencje Rhysa.
- Po prostu widzę, że nieśpieszno ci do poznawania nowego domu.
- Chcę, żeby odkrywanie nowości trwało jak najdłużej. Poza tym ostrzegano mnie, żebym nie ruszał głową.
- To dobra rada, pomaga uniknąć mdłości. Tylko że kiedyś w końcu będziesz musiał nią poruszyć.
Opakowanie nasion ogórka, opisane nadrukowaną od szablonu cyrylicą, przepłynęło przed głową Dinah. Złowiła je w locie i - widząc, że zbliżyła się wystarczająco do nowo przybyłego - wyciągnęła rękę na powitanie.
- Dinah.
- Rhys.
Podał jej rękę. Trzymał głowę nieruchomo i patrzył prosto przed siebie, ale w tym momencie, posłuszny uświęconemu tradycją odruchowi, jaki cechuje większość samców rodzaju ludzkiego, najpierw zwrócił same oczy w stronę Dinah, a potem obrócił głowę, żeby lepiej się jej przyjrzeć.
- Zaraz tego pożałujesz - ostrzegła go.
- O mój Boże!
- Masz jeszcze chwilę, zanim wszystko ci się zbierze i wypłynie. Czekaj, załatwię ci jakąś torebkę foliową.
***
Podczas jednej z wielu bezsennych "nocy" Dinah złapała się na tym, że martwi się o tranzystory. Nowoczesna technologia półprzewodnikowa pozwoliła je zmniejszyć do rozmiarów, przy których mogły ulec zniszczeniu od pojedynczej dawki promieniowania kosmicznego. Na Ziemi nie miało to wielkiego znaczenia, ponieważ gra toczyła się o niższe stawki, atmosfera zaś odcinała większość promieniowania; elektronika przeznaczona do działania w przestrzeni kosmicznej to było zupełnie coś innego. Kompleksy wojskowo-przemysłowe na całym świecie inwestowały mnóstwo pieniędzy i zasobów ludzkich w produkcję elektroniki odpornej na promieniowanie. Uzyskane w wyniku tych starań układy scalone i obwody drukowane były zazwyczaj większe i bardziej nieporęczne od elegancko zminiaturyzowanych produktów masowego użytku, do jakich przywykli ziemscy konsumenci. Były również znacznie droższe - do tego stopnia, że Dinah nauczyła się obchodzić bez nich przy konstruowaniu swoich robotów. Stosowała tanią, miniaturową, gotową elektronikę konsumpcyjną i liczyła się z tym, że co tydzień pewna liczba jej robotów będzie umierała z tego powodu. Sprawny robot mógł przenieść swojego nieżywego kolegę do śluzy oddzielającej warsztat od dziobatej powierzchni Amalthei, a wtedy Dinah po prostu wymieniała usmażone obwody na nowe. Zdarzało się i tak, że nowy robot od początku okazywał się niesprawny - po trafieniu promieniem kosmicznym, kiedy jeszcze leżał spokojnie w magazynie. Na szczęście w ramach misji zaopatrzeniowych przewidziano dostarczanie na ISS nowych zastępów robocików i części zamiennych.
Jedyną osłoną przed promieniowaniem kosmicznym była materia. Gruba atmosfera, taka jak ziemska, w zupełności wystarczała, podobnie jak wystarczyłaby znacznie cieńsza, ale lita bariera z jakiegoś ciężkiego materiału. Naturalnie Dinah dysponowała taką właśnie barierą - w postaci samej Amalthei: każdy obiekt przytulony do jej powierzchni był automatycznie chroniony przed promieniowaniem kosmicznym dochodzącym z tej połowy wszechświata, którą przesłaniała asteroida. W podobny sposób sama ISS była osłonięta przez Ziemię przed promieniowaniem z jednego kierunku. Dzięki temu istniało jedno cudowne miejsce - w tej części warsztatu, która znajdowała się od strony Ziemi, a zarazem "pod" bryłą Amalthei - narażone na kontakt z promieniowaniem wyłącznie z bardzo wąskiego wycinka przestrzeni kosmicznej. W tym właśnie rejonie Dinah przechowywała zapasowe układy scalone i płytki drukowane, żeby zwiększyć ich szanse przetrwania. Z tego także względu starała się ograniczać czas pracy robotów w tej części Amalthei, która była zwrócona ku otwartej przestrzeni.
Z okna miała bardzo dobry widok na zagłębienie w powierzchni asteroidy, prawdopodobnie prastary krater po uderzeniu meteorytu, mniej więcej wielkości arbuza. Dziewiątego dnia po tym, jak Księżyc się rozpadł (pięć dni przed konferencją w Bananie, podczas której Doc Dubois powiedział im o Kamiennym Deszczu, a prezydent zapowiedziała, że nie wrócą do domu), zaprogramowała część swoich robotów (te z najlepszymi głowicami tnącymi) w taki sposób, żeby zaczęły pogłębiać to zaklęśnięcie. Może przeczuwała, co się wydarzy. A może po prostu wykonywała swoją pracę: roboty górnicze musiały być zdolne do wykonywania zaprogramowanych działań, takich jak drążenie tuneli w skałach, a był najwyższy czas, żeby zaczęła z tym eksperymentować.
Kiedy jednak po konferencji w Bananie wróciła do warsztatu, zamiast przepłakać całą noc albo wystawić głowę ze śluzy w kosmos, zmodyfikowała oprogramowanie robocików i kazała im delikatnie zakrzywiać przebieg tunelu w miarę posuwania się w głąb asteroidy. Wcześniej oddalały się od warsztatu w linii prostej, dzięki czemu mogła przez swoje okienko zaglądać wprost w głąb tunelu; musiała w tym calu nakładać na kwarc przyciemnianą osłonę spawalniczą, ponieważ łuki plazmowe, którymi roboty cięły skałę, mogłyby ją oślepić. Zanim w dniu A+0.17 na Izzy pojawiło się pięcioro nowych przybyszów, roboty zdążyły zniknąć za zakrętem wydrążonego przez siebie tunelu. Stały się niewidoczne dla wszechświata. Promieniowanie kosmiczne rozchodziło się po liniach prostych, podobnie jak światło, i nie było w stanie sięgnąć w głąb tego tuneliku.
Dinah kazała im wydrążyć zagłębienie w ścianie tunelu: wnękę magazynową. Zapakowała wszystkie zapasowe układy scalone i komputerowe płytki drukowane w jedno zawiniątko - całkiem nieduże, wziąwszy pod uwagę moc obliczeniową współczesnych scalaków: miało w przybliżeniu sześcienny kształt i mieściło się jej w dłoni. W normalnych okolicznościach byłby to fatalny pomysł: wystarczyłaby jedna celna dawka promieniowania, żeby zamordować wszystkie układy za jednym zamachem.
Dinah przekazała zawiniątko ośmionogiemu robotowi, po czym wypuściła go ze śluzy i skierowała w głąb tunelu. Patrząc okiem jego kamery i manipulując dłonią w inforękawicy podłączonej do jego chwytnych ramion, wprowadziła go do niszy, a następnie rozpostarła i usztywniła wszystkie chwytaki, żeby nie wyfrunął z zagłębienia. Jej tranzystory były bezpieczne.
Rhys obserwował ją przy pracy. Przebywał na Izzy od pięciu godzin i tak go mdliło, że nie mógł robić nic innego, jak tylko leżeć całkowicie nieruchomo. Dinah, u której w warsztacie było pod dostatkiem obejm, zacisków, krokodylków i innych użytecznych przyborów, pomogła mu unieruchomić głowę pomiędzy dwiema rurkami, dla większej wygody obłożywszy je pianką. Zostawiła mu zapas torebek foliowych i wróciła do swoich zajęć.
- Jak nazywasz ten rodzaj? - spytał.
- Krabochwyt.
- Fajna nazwa. Tak mi się wydaje.
- Taka konstrukcja sama się narzuca, jeżeli robot ma się poruszać po powierzchni asteroidy. Każda noga ma na końcu elektromagnes, dzięki któremu przylega do Amalthei składającej się głównie z żelaza. Kiedy chce przestawić odnóże, po prostu wyłącza elektromagnes.
- Na pewno już wcześniej przyszło ci to do głowy - zaczął ostrożnie Rhys - ale mogłabyś w ten sposób wydrążyć całą asteroidę. Stworzyć zamknięte środowisko, może nawet napełnić je powietrzem...
Dinah pokiwała głową. Była zajęta przestawianiem kolejnych odnóży krabochwyta; chciała mieć pewność, że wszystkie przylegają do ścian wnęki. Byłby wstyd, gdyby wszystkie jej witaminy wyfrunęły i przepadły bez śladu.
- Rozmawialiśmy o tym. Konsultowałam się z mniej więcej ośmioma tysiącami inżynierów, którzy na Ziemi analizują ten problem.
- Nie zakładałem, że miałabyś się tym zajmować w pojedynkę.
- Ograniczeniem jest gaz roboczy. Przecinaki plazmowe mają ogromną moc, ale wymagają stałego przepływu gazu. Prawie każdy gaz się do tego nadaje. Sęk w tym, że gazy przemysłowe są na orbicie towarem rzadkim i cennym, a na dodatek mają denerwujący zwyczaj ulatniania się w próżnię.
- Ale gdyby roboty drążyły asteroidę od środka, zamiast pracować na jej powierzchni...
- Otóż to. Można wtedy uszczelnić wnętrze, wychwytywać wykorzystany gaz i używać go ponownie.
- Krótko mówiąc, jesteś dobre parę kroków przede mną.
Górną część twarzy Dinah przesłaniał kask interfejsu rzeczywistości wirtualnej, dolna jednak rozpromieniła się w uśmiechu.
- Na tym właśnie polega problem z eksploracją kosmosu. Interesuje się nią taka masa inteligentnych ludzi, że trudno jest wymyślić coś naprawdę nowego.
Wykorzystała przerwę w rozmowie na przełączenie się na innego robota i wprowadzenie go do tunelu.
- Kiedy tak ledwie zauważalnie poruszam gałkami ocznymi, dostrzegam jeszcze co najmniej trzy inne stwory w twoim bestiariuszu.
- Żmijka to zmodyfikowany robot do eksploracji zawalonych budynków, który z kolei był w oczywisty sposób inspirowany kształtem i ruchami węża.
- W takim razie już wiem, skąd ta nazwa.
- Właśnie. Elektromagnesy oplatają ciało żmijki podwójną helisą. Włączając je i wyłączając w odpowiednim rytmie, żmijka może jakby przetaczać się na skos po powierzchni i zużywa przy tym minimum energii.
- To coś, co wygląda jak fuleren, stosuje chyba podobny trik, nie?
- Z nazwą też trafiłeś: faktycznie nazywamy je fulerenami. Ściśle rzecz biorąc, mamy tu do czynienia z...
- Tensegralnością.
Dinah poczuła, że się rumieni.
- No tak, przecież ty to wszystko wiesz. Wracając do rzeczy: fuleren jest duży i w przybliżeniu kulisty, dzięki czemu może się toczyć w dowolnym kierunku, odpowiednio przełączając elektromagnesy oraz wydłużając lub skracając wsporniki. Jego mózg znajduje się w tej zawieszonej w środku kapsułce.
- Krabochwyty, żmijki i fulereny. A jak nazywacie te najmniejsze?
- Gzy. To nasza próba stworzenia roju. Taka... chałturka Liny. Na razie eksperymentujemy, ale idea jest taka, żeby mogły się ze sobą łączyć w miarę potrzeb, tak jak mrówki tworzące wielką mrówczą kulę, żeby sforsować rzekę. Pewnie wydaje ci się to wszystko strasznie dziwaczne. To nie jest normalna inżynieria.
- A ja nie jestem normalnym inżynierem. Od dawna zajmuję się biomimetyką, czyli dokładnie tym samym, czym wy tutaj. Tylko że ja buduję nieruchome konstrukcje.
- Rozumiem. Czyli wiesz, czym to się je.
Dinah zdjęła gogle, przez które oglądała (w trzech wymiarach) obraz z punktu widzenia krabochwyta. Drugi robot, żmijka, przyczaił się za nim w tunelu, uniósł łeb jak kobra i wycelował w krabochwyta swoją lampę i kamerę. Dinah wpatrzona w płaski monitor kazała żmijce przemieszczać kamerę to w jedną stronę, to w drugą; musiała mieć pewność, że zapasowe scalaki są bezpieczne.
- Owszem - przytaknął Rhys. - Nie zamierzam ci mówić, jak masz wykonywać swoją pracę - dodał po chwili - ale na pewno wiesz, co robią kraby-pustelniki?
Chwilę trwało, zanim Dinah sięgnęła do właściwych zasobów pamięci. Nie przepadała za plażowaniem.
- Chronią się w porzuconych przez inne kraby muszlach.
- Nie przez inne kraby, tylko przez mięczaki. Ale poza tym tak, o to mi właśnie chodziło.
Dinah przetrawiła te słowa i odwróciła się do niego. Był trochę mniej spocony i zielony na twarzy niż wcześniej.
- Chyba wiem, do czego zmierzasz...
- To nie wszystko. Pomyśl o otwornicach.
- A co to jest?
- Największe jednokomórkowe organizmy na świecie. Żyją pod lodem antarktycznym. Kiedy rosną, wyłapują z otoczenia ziarenka piasku i lepią z nich sobie twarde zewnętrzne skorupki.
- Jak Ben Grimm?
Dinah nie spodziewała się, że Rhys zareaguje na rzuconą mimochodem aluzję do komiksowego bohatera, opancerzonego członka Fantastycznej Czwórki, ale on natychmiast odrzekł:
- Otóż to, on też padł ofiarą promieniowania kosmicznego. Tyle że otwornice nie są takie wyobcowane i nie użalają się nad sobą.
- Zawsze chciałam mieć skórę jak Thing.
- Ta, którą dał ci Bóg, znacznie lepiej ci pasuje. Jeśli jednak chcesz osłonić swoje roboty przed promieniowaniem kosmicznym, nie ograniczając im przy tym swobody ruchu...
- Chyba się zakochałam.
Rhys przytknął do ust torebkę foliową i zwymiotował.
***
Jak powiedzieć światu, że wkrótce umrze? Doob się cieszył, że nie musi przekazywać tej wiadomości. Jego rola ograniczała się do stania za plecami prezydent Stanów Zjednoczonych, gdzie z marsową miną (która przychodziła mu bez trudu) wraz z innymi wybitnymi naukowcami stanowił posępne jak Mount Rushmore tło dla tworzących półokrąg światowych przywódców. JBF wygłaszała orędzie, wspomagając się teleprompterem, a on wpatrywał się w tył jej głowy. Miejsca po jej bokach zajęli prezydenci Chin i Indii, mówiący równocześnie to samo w dialekcie mandaryńskim i w hindi. Bliżej skrzydeł półokręgu stali premierzy Japonii, Wielkiej Brytanii, Francji oraz Hiszpanii (ten ostatni reprezentował nie tylko swój kraj, lecz także - per procura - większość Ameryki Łacińskiej); kanclerz Niemiec; prezydenci Nigerii, Rosji i Egiptu; papież; najważniejsi imamowie reprezentujący główne odłamy islamu; rabin; oraz lama. Orędzie było wygłaszane symultanicznie, żeby jak najwięcej ludzi mogło usłyszeć je równocześnie, zamiast czekać na tłumaczenie.
Gdyby jednak zadanie to przypadło w udziale doktorowi Dubois Jerome'owi Xavierowi Harrisowi, ująłby to mniej więcej następująco: Każdy kiedyś umiera. Z siedmiu miliardów ludzi, którzy dziś zamieszkują Ziemię, prawie wszyscy będą martwi za sto lat, a większość znacznie wcześniej. Nikt nie chce umierać, ale godzimy się z myślą, że śmierć prędzej czy później po nas przyjdzie.
Ktoś, kto za dwa lata padnie ofiarą Kamiennego Deszczu, będzie tak samo martwy, jakby za siedemnaście lat zginął w wypadku samochodowym. Jedyne, co się zmieniło, to to, że wszyscy znali teraz przybliżony czas swojej śmierci i sposób, w jaki zginą. Dzięki temu mogli się przygotować - jedni wewnętrznie, poprzez pojednanie z Bogiem, inni musieli się zadowolić przekazaniem swojej spuścizny przyszłym pokoleniom.
I tu dopiero robiło się naprawdę ciekawie, ponieważ było wiadomo, że żaden z tradycyjnych konceptów dziedziczenia nie sprawdzi się w obliczu Kamiennego Deszczu. Nie było sensu spisywać testamentu, kiedy cały majątek miał zostać unicestwiony razem z właścicielem i potencjalnymi spadkobiercami.
Dlatego spuścizną ludzkości miały stać się przyszłe dokonania mieszkańców Arki w Chmurze, osiągnięte w ciągu stuleci i mileniów. Arka była absolutnie najważniejsza.
Na miejsce spotkania wybrano Jezioro Kraterowe w Oregonie. Departament Stanu zarekwirował rustykalny hotel wzniesiony na krawędzi krateru, zwiózł samolotami dygnitarzy, a okoliczne parkingi i pola namiotowe zasypał lawiną pojazdów ochrony, mediów i obsługi. W tej właśnie chwili na autostradzie komandosi zawracali rozczarowanych urlopowiczów, tłumacząc im, że park jest zamknięty, i doradzając, by włączyli radia i posłuchali wiadomości, jeżeli chcą poznać prawdę i spojrzeć na zakłócenie swoich planów wakacyjnych z szerszej perspektywy.
Dzień był pogodny, co w tym wypadku oznaczało - zimny. Jezioro w kraterze miało najczystszy odcień błękitu, jaki Doob w życiu widział; niebo było o ton jaśniejsze. Stali zwróceni do niego plecami podczas odczytywania orędzia, bo jakiś geniusz polityczny w sztabie pani prezydent taką właśnie wymyślił scenografię. Kamery umieszczono wyżej, na rusztowaniu, z którego patrzyły w dół, mieszcząc w kadrze jezioro, rzadko porośniętą drzewami Wizard Island i ośnieżoną krawędź krateru. Przekaz był oczywisty dla każdego, kto tylko chciał go odczytać: od sześciu do ośmiu tysięcy lat temu w tym miejscu doszło do niewyobrażalnej katastrofy, ocalali z niej ludzie przechowali pamięć o niej w legendach o apokaliptycznej wojnie między bogami nieba i świata podziemnego - a dziś było to piękne miejsce. Prezydent USA i niektórzy inni przywódcy wpletli ten właśnie wątek w swoje przemówienia. Doob i towarzyszący mu naukowcy (profesorowie najlepszych uczelni z całego świata) nie słyszeli, co mówią grube ryby: politycy wysyłali swoje słowa w świat i wiejący wśród skał i drzew wiatr natychmiast porywał i unosił płynące z ich ust dźwięki. Stojący cztery metry za plecami pani prezydent Doob patrzył, jak wiatr tarmosi jej włosy. Przed Dniem Zero dużo się mówiło o jej włosach; wtedy jeszcze komentatorzy świata mody i polityki uważali takie sprawy za naprawdę istotne. Proste, opadające do ramion, miały kolor ciemnoblond i pierwsze srebrne pasemka. W wieku czterdziestu dwóch lat JBF została najmłodszym prezydentem w historii USA; JFK, obejmując urząd, był od niej o rok starszy. Jej flirt z polityką zaczął się podczas studiów w Berkeley, potem jednak zrobiła MBA i najpierw związała się z konsultingiem na najwyższym poziomie, a następnie trafiła do prężnej, lecz zmagającej się z kłopotami firemki technologicznej z Los Angeles. Pod jej kierownictwem firma stanęła na nogi, wkrótce potem została wykupiona przez Google, a JBF stała się kobietą naprawdę bogatą. Wyszła za starszego o dziesięć lat byłego aktora, a obecnie producenta filmowego, którego poznała na przyjęciu w Malibu, zaangażowanego w różne spory polityczne po tym, jak wyprodukował sporo zaangażowanych dokumentów i thrillerów z wyraźnym podtekstem politycznym. Roberto - bo tak miał na imię - był Latynosem, wywodzącym się z rodziny prześladowanej przez Castro, i politycznym kameleonem, łączącym libertarianizm z populizmem w sposób, który intrygował obie strony, a przy tym nie odpychał nikogo poza najbardziej skrajnymi ekstremistami. Uchodziło mu to płazem, ponieważ był przystojny, uroczy i - jak sam przyznawał bez cienia zakłopotania - za mało oczytany, żeby rozgryźć wszystkie wątpliwości.
Ustatkowawszy się w ten sposób w rodzinnym stadle i podjąwszy kontrowersyjną decyzję o pozostaniu przy panieńskim nazwisku, Julia Bliss Flaherty znów wzięła na cel politykę. O włos przegrała kalifornijską kampanię wyborczą do senatu; w dniu wyborów była w zaawansowanej ciąży, a niewiele później urodziła dziecko z zespołem Downa i stała się żywym testem Rorschacha dla oponentów w sporach o badania prenatalne i selektywną aborcję. Uczestnicząc w licznych talk-show i dyskutując na te i pokrewne tematy, zwróciła na siebie uwagę polityków z obu stron barykady i podczas najbliższej kampanii prezydenckiej znalazła się w dość niezwykłej sytuacji, obie bowiem główne partie widziały w niej jednego z kandydatów do objęcia urzędu wiceprezydenta. Ona jednak pozostała wierna centrowym poglądom; niejednoznaczność jej politycznych deklaracji przysparzała demokratom zwolenników na prawej stronie sceny politycznej, republikanom zaś na lewej. Nikt się nie spodziewał, że ostatecznie wyląduje w Gabinecie Owalnym; w dzisiejszych czasach nikt na serio nie oczekuje, że wiceprezydent zrobi tego rodzaju karierę. Tymczasem skandal, który zmiótł prezydenta po niespełna dziesięciu miesiącach urzędowania, wyniósł ją do godności prezydenckiej. Tym sposobem jej fryzura stała się oficjalnym tematem uczonych dysertacji prasowych, z których większość skupiała się na tych srebrzystych pasemkach: naturalne czy farbowane? Jeżeli naturalne, to czemu nie chciała się ich pozbyć? Przecież istniała ku temu stosowna technologia. Jeśli zaś się farbowała, to czy nie był to z jej strony przejaw cwaniactwa, mający jej zapewnić dojrzalszy, poważniejszy wygląd? I czy we współczesnym społeczeństwie kobieta musi wyglądać jak dostojna matrona, żeby zasłużyć na poważne traktowanie?
Doob był praktycznie pewien, że po dzisiejszym przemówieniu JBF nikt już nie będzie publikował tego rodzaju artykułów. Prawdę mówiąc, odczuwał zrozumiałe zawstydzenie faktem, że w taki dzień w ogóle zwraca uwagę na włosy pani prezydent.
Tak jednak działa ludzki umysł. Nie jest w stanie bez przerwy myśleć o końcu świata. Czasem potrzebuje przerwy, flirtu z błahostkami, ponieważ to właśnie poprzez błahostki jest zakotwiczony w rzeczywistości - tak jak nawet najpotężniejszy dąb jest osadzony w ziemi poprzez układ korzonków nie grubszych niż siwe włosy na głowie pani prezydent.
Wszystkie orędzia rozpoczęły się o tej samej porze, niektóre z nich trwały jednak dłużej niż inne. Imamowie i papież płynnie przeszli od przemówienia do modlitwy. Prezydent USA i inni świeccy przywódcy po zakończeniu wystąpienia jeszcze przez chwilę stali niezręcznie przy mikrofonach, aż w końcu zaczęli się rozchodzić, opatulani przez asystentów obszernymi, ciepłymi płaszczami. Doob i reszta naukowców - stanowiący element tła w nie mniejszym stopniu niż jezioro w kalderze - musieli wytrwać na swoim miejscu do zakończenia modłów.
Przyszło mu na myśl, że mógłby tu przyjechać z Amelią i stąd obserwować rozwój wydarzeń. To byłby piękny punkt do obserwacji Białego Nieba i początku Kamiennego Deszczu. Podczas orędzia dostrzegł ognisty ślad jednego bolidu, który przeciął niebo na południu; krechę białego ognia tak jaskrawą, że wypaliła mu wolno blednący niebieski powidok pod powiekami. Pod koniec bryła rozpadła się na dwie, a potem na pięć, nim wszystkie zniknęły za widnokręgiem. Była zbyt daleko, żeby poczuł bijący od niej żar, ale ludzie, którym zdarzało się znaleźć bliżej spadających od niedawna meteorytów, twierdzili, że ciepło jest wyraźnie wyczuwalne - choć zarazem nadzwyczaj ulotne, ponieważ bolidy pędziły z prędkością ponaddźwiękową. Kiedy jednak Kamienny Deszcz rozpęta się na dobre, ogniste ślady będą coraz gęściej cięły niebo, aż utworzą litą półkulę rozpaloną do białości. Wówczas nawet ci szczęśliwcy (o ile to słowo było w tym przypadku na miejscu), którzy unikną bezpośredniego trafienia odłamkiem Księżyca, będą zmuszeni poszukać jakiejś osłony - najlepiej krytej blachą, żeby odbijała ciepło i sama była niepalna. W ten sposób zyskają nieco czasu, lecz wkrótce rozgrzane powietrze stanie się niezdatne do oddychania. Doob zastanawiał się, w którym momencie podczas tych wydarzeń powinien odebrać sobie życie.
Upłynęły trzy tygodnie i jeden dzień od rozpadu Księżyca; dwanaście dni, odkąd Doob nabrał przeświadczenia, że Ziemię czeka Kamienny Deszcz. Był poniekąd zaskoczony, że przywódcy światowi zareagowali tak szybko, ale do reakcji zmusiły ich rozchodzące się plotki. Astronomowie, którzy na całym świecie dokonali tych samych obliczeń, nawykli do pracy przy podniesionej kurtynie i dzielenia się swoimi pomysłami na forach dyskusyjnych. Każdy, kto naprawdę chciał wiedzieć i miał dostęp do Internetu, mógł już przed tygodniem usłyszeć o Kamiennym Deszczu. Dlatego - jak domyślał się Doob - prezydent i pozostali dygnitarze woleli mieć sprawę szybko z głowy, żeby móc bez przeszkód skoncentrować się na budowie Arki w Chmurze. A także po to, by dać mieszkańcom Ziemi jakieś zajęcie, wybór, możliwość działania, co przyniesie jakieś skutki (wyimaginowane lub nie). Oczywiście na Kamienny Deszcz nikt nie mógł nic poradzić, a bardzo niewielu ludzi mogło wnieść swój wkład w budowę Arki - liczba specjalistów od spacerów kosmicznych i budowy rakiet była ograniczona i wszyscy zostali już zmobilizowani. Były jednak i takie rzeczy, poprzez które każdy mógł przyczynić się do powodzenia misji Arki w Chmurze, a zatem stać się częścią spuścizny, która zostanie poniesiona do gwiazd.
Po zakończeniu orędzi i modłów przy środkowym pulpicie, zza którego przed chwilą przemawiała pani prezydent, zebrało się troje ludzi. Mieli przemawiać po angielsku, a ich słowa miały zostać przełożone na tyle języków, ilu tłumaczy udało się skaptować organizatorom. Pierwsza na podwyższeniu znalazła się Mary Bulinski, sekretarz zasobów wewnętrznych USA, żwawa sześćdziesięciolatka, z wykształcenia biolog, z zamiłowania zaś niezmordowana turystka i alpinistka. Obok niej stanęła bardzo wysoka Celani Mbangwa, powszechnie poważana artystka z Afryki Południowej. Towarzyszył im Clarence Crouch, genetyk-noblista z Cambridge, chodzący o lasce od czasu, gdy własne geny spłatały mu brzydkiego psikusa i przyprawiły go o raka okrężnicy. Doktor Moira Crewe, jedna z jego współpracownic, pomagała mu poruszać się po kamienistym gruncie. Po tym, jak dziesięć lat temu jego żona popełniła samobójstwo, tylko praca w King's College trzymała go przy życiu.
Przewidywany rozwój wypadków przedstawiono gościom z kilkudniowym wyprzedzeniem, żeby zdążyli otrząsnąć się z szoku i byli w stanie wystąpić w telewizji. Zwieziono ich wszystkich do Oregonu i rozlokowano w przytulnych pokojach w hotelu na krawędzi kaldery. Na dole, w sali konferencyjnej, zjeżdżający się z całego świata naukowcy urządzili coś w rodzaju narady wojennej, żeby przedyskutować, co dokładnie powinni powiedzieć Mary, Celani i Clarence, ich wypowiedź powinna bowiem mieć kluczowe znaczenie. Nikt nie spodziewał się chaosu i wybuchu masowej paniki; owszem, było wiadomo, że nie da się ich całkowicie uniknąć, ale miliardy ludzi będą chciały się przede wszystkim dowiedzieć, w jaki sposób mogą być użyteczne - i należało im udzielić jakiejś odpowiedzi.
Dlatego nie miało znaczenia, że Mary, Celani i Clarence stoją tyłem do Dooba, a zimny wiatr unosi ich słowa, bo Doob doskonale wiedział, co powiedzą. Sto razy czytał tekst ich wystąpienia.
Mary miała mówić o tym, jak Arka w Chmurze przechowa - głównie w postaci cyfrowej - genetyczną spuściznę ziemskich ekosystemów. Nie mogli ani wysłać żyraf w kosmos, ani - tym bardziej - utrzymać ich tam przy życiu, mogli jednak przechować próbki ich tkanek; przestrzeń kosmiczna to całkiem skuteczna lodówka. Co jeszcze lepsze, strukturę DNA można było zarejestrować poprzez wprowadzenie próbek do automatycznych sekwencjonatorów, które rozbierają włókna DNA na pary podstawowe i zapisują ich układ w postaci cyfrowej, łatwej do archiwizacji i odtworzenia. Na pokładzie Arki miały zostać zainstalowane specjalne maszyny, które będą potrafiły odczytać te ciągi cyfr, przemienić je na powrót w działające DNA i wprowadzić do żywych komórek. Dzięki temu w przyszłości - być może za tysiące lat od teraz - będzie można z surowej materii odtworzyć żyrafy, sekwoje i wieloryby. Jak mógł w tym pomóc zwykły szary człowiek? Poprzez zbieranie próbek żywych organizmów w swoim środowisku oraz robienie zdjęć opatrzonych współrzędnymi GPS, a następnie przesyłanie ich - bez opłat - pod wskazane adresy.
W pewnym sensie Mary przypadło w udziale najbardziej niewdzięczne zadanie, ponieważ nie mogła nie wiedzieć, że ta część planu jest absolutną bzdurą. Biolodzy dawno już zgromadzili wszystkie istotne próbki; wszystkie kwiatki, czaszki szopów praczy, ptasie piórka, patyki i ślimaki przysyłane przez skore do pomocy dzieciaki zostaną zniszczone. Wszystkie dostępne sekwencjonatory DNA pracowały już pełną parą i bez chwili przerwy, podobnie jak maszyny, które je wytwarzały. Niemniej jednak Mary przemawiała całkiem przekonująco - tak przynajmniej wnioskował Doob z jej sylwetki i ruchów głowy, gdy czytała z telepromptera.
Celani miała za zadanie przekonać mieszkańców całego świata, że mogą mieć swój wkład w literackie, artystyczne i duchowe dziedzictwo ludzkości, które przetrwa po ich śmierci. Trwała już archiwizacja wszystkich książek i stron internetowych; teraz chodziło o to, żeby ludzie pisali opowiadania i wiersze, rysowali albo po prostu robili sobie zdjęcia i kręcili filmy, które w przyszłości będą mogli oglądać dalecy potomkowie pionierów z Arki w Chmurze. Coś takiego można ludziom łatwiej wytłumaczyć - sprawa była prosta i zupełnie uczciwa, a zarchiwizowanie i wysłanie w przestrzeń tysięcy plików cyfrowych również nie nastręczało problemów.
Clarence, który wystąpił ostatni, musiał wdać się w dłuższe wyjaśnienia.
Doob znał jego przemówienie na pamięć. Długo się zastanawiali, jak to ująć w słowa, Clarence jednak zdecydowanie skłaniał się ku biblijnym metaforom, które przychodziły mu naturalnie.
- Nadszedł czas wielkiego Rozdzielenia Losów - obwieścił. - Pan raczył zaludnić Ziemię ludźmi wielu odmian i kolorów. Dziś na naszych ramionach spoczęło brzemię, jakie niegdyś przyszło dźwigać Noemu, i podobnie jak on, my również musimy zaludnić naszą Arkę w sposób odzwierciedlający różnorodność otaczającego nas życia. Mary Bulinski wyjaśniła już, w jaki sposób ocalimy rośliny, zwierzęta i inne formy życia: nie będziemy, jak Noe, wprowadzać ich po parze na Arkę; nie wystarczyłoby dla nich miejsca i nie byłoby jak utrzymać ich przy życiu. Dlatego w wypadku roślin i zwierząt musimy się uciec do innego sposobu. Co innego ludzie. Ludzie będą nam potrzebni, ponieważ Arka nie jest w pełni zautomatyzowana i będzie wymagała pomysłowości i elastyczności ludzkich umysłów. Dlatego ją zasiedlimy. Zaczniemy od astronautów, kosmonautów, wojskowych i naukowców, których umiejętności będą najbardziej przydatne. Ich liczba jest jednak skończona, a na dodatek wywodzą się oni z nader ograniczonej puli mieszkańców naszego globu.
Ta właśnie kwestia - ilu? - prześladowała ich od samego początku. Ilu ludzi można wysłać w kosmos w ciągu dwóch lat, zakładając, że fabryki rakiet będą pracowały pełną parą, bez przesadnego oglądania się na procedury bezpieczeństwa? Tę liczbę szacowano różnie, od kilkuset do dziesiątków tysięcy, a więc wyliczenia potrafiły się różnić nawet o dwa rzędy wielkości - czyli w gruncie rzeczy nikt nic nie wiedział. Poza tym co innego wystrzelić ludzi na orbitę, a co innego zapewnić im tam warunki do życia. Najbardziej przekonujące rachunki, na jakie natknął się Doob, mieściły się w przedziale od pięciuset do tysiąca. Jednakże z przemówienia Clarence'a starannie wycięli wszelkie konkrety, a nawet sugestie odnośnie do ostatecznej liczby.
- Prosimy każdą wioskę, miasteczko i metropolię, by dokonały Rozdzielenia Losów i wybrały ze swego grona dwoje młodych ludzi, chłopca i dziewczynę, którzy przejdą odpowiednie szkolenie kandydackie, by móc zostać zaliczonymi w poczet załogi Arki w Chmurze. Nie zamierzamy narzucać żadnych reguł ani procedur losowania. Naszym jedynym celem jest zachowanie, w możliwie największym stopniu, genetycznej i kulturalnej różnorodności rodzaju ludzkiego. Wierzymy, że wytypowani przez was kandydaci będą ucieleśnieniem najlepszych cech społeczności, z których pochodzą.
Oświadczenie Clarence'a zawierało subtelne samozaprzeczenie: z jednej strony zapowiedział, że nikt nie będzie narzucał żadnych reguł, z drugiej zaś wskazał przecież, że wybrańcy każdej społeczności mają być różnej płci. Doskonale wiedzieli, że niektóre kultury będą miały poważny kłopot z wyłonieniem takich par.
- Wybrani w ten sposób dziewczęta i chłopcy - mówił dalej - zostaną zgromadzeni w tworzących sieć obozach, gdzie przygotują się do czekającej ich misji i skąd następnie zostaną przetransportowani na Arkę, gdy tylko znajdzie się tam dla nich miejsce.
Mając świadomość, że może być uchwycony w kadr którejś z kamer, Doob robił, co w jego mocy, żeby zachować pokerowy wyraz twarzy. Ściśle rzecz biorąc, Clarence nie kłamał - ale też nie mówił całej prawdy. Ile chłopców i dziewcząt trafi do tych obozów? Znacznie więcej, niż można by przewieźć i pomieścić w jakimkolwiek statku kosmicznym. A ile z nich da się wyszkolić w taki sposób, żeby faktycznie byli przydatni?
W rzeczywistości cały proces będzie znacznie bardziej selektywny, niż to przedstawił. Tylko część z tych, którym dopisze szczęście w Rozdzieleniu Losów, mogła liczyć na przerzut do obozów; przedstawiciele rzadkich lub wyraźnie odrębnych grup etnicznych mieli zapewne lekką przewagę w tym względzie. Kiedy trafią do obozu, zacznie do nich docierać, że bynajmniej nie wszyscy zdążą polecieć w kosmos przed rozpoczęciem Kamiennego Deszczu. Zaczną konkurować o miejsca na Arce, a konkurencja ta mogła przybrać brutalne formy. Doob wolał o tym nie myśleć.
Po raz tysięczny w ciągu ostatnich trzech tygodni pomyślał o tym, jak dziwnie czasem pracuje ludzki umysł. Fakt, że sytuacja w obozach szkoleniowych może się zrobić nieprzyjemna, nie miał absolutnie żadnego znaczenia - a mimo to myśl o okrucieństwach, jakich mogliby się dopuszczać ci młodzi ludzie, niepokoiła go bardziej niż fakt, że znakomita większość z nich i tak umrze.
W jednym z hotelowych okien drgnęła firanka: podniósłszy wzrok, Doob dostrzegł Amelię, która patrzyła na niego ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i łokciami opartymi o parapet. Nie chciała wychodzić z pokoju, który od trzech dni zajmowali; wolała oglądać całe wydarzenie w telewizji, żeby później mu powiedzieć, jak wypadło i jak przedstawili je spikerzy i komentatorzy.
W tym tygodniu przypadało Święto Dziękczynienia. Nie było szkoły. We środę Amelia przyleciała do Eugene, wypożyczyła samochód i przyjechała tutaj, żeby przy nim być.
Obsługa hotelowa - wciąż jeszcze nieświadoma nadchodzących wydarzeń - w czwartek tradycyjnie podała na obiad indyka. Naukowcy, politycy i wojskowi, którzy zjechali się tu ze wszystkich stron, żeby dyskutować o zbliżającym się końcu świata, starali się podkreślić komizm tej sytuacji. Doob naprawdę był w dziękczynnym nastroju; był wdzięczny Amelii, że przyjechała spędzić z nim czas; że pojawiła się w jego życiu dokładnie w momencie, w którym kogoś potrzebował.
Siódmego dnia, kiedy w jednej chwili poznał Amelię i się w niej zakochał, czuł się cokolwiek głupio. Nie rozumiał, co się dzieje w jego mózgu, że ten postanowił zareagować w taki właśnie sposób. Amelia dała mu jednak do zrozumienia - w typowy dla nauczycielki szkoły podstawowej stosowny i stanowczy sposób - że odwzajemnia jego zainteresowanie. Szkoła, w której uczyła, znajdowała się niespełna milę od kampusu Caltechu, zaczęli więc spotykać się na szybkich kolacjach, po których ona wracała do domu i oceniała klasówki, a on wracał do pracy i od nowa przeliczał wykładniczy rozwój Białego Nieba. Z trudem ogarniał rozdźwięk pomiędzy nową miłością i narastającą świadomością tego, co nieuchronne. Codziennie rano cieszył się krótką chwilą po przebudzeniu, zanim jego umysł w niekontrolowany sposób przeskoczył na jeden z tych dwóch tematów.
Po powrocie z Camp David i telekonferencji, na której przedstawiono problem załodze Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, zapytała, co go trapi. Powiedział jej. To była pierwsza noc, którą spędzili razem, ale musiały minąć cztery takie noce, zanim odkrył, że jest w stanie uprawiać seks. Nie chodziło nawet o nieunikniony kataklizm. Katastrofy potrafią być seksowne; często miewał niesamowite przygody erotyczne w drodze na pogrzeb kogoś z bliskich. Tym, co go przytłaczało i przyprawiało o tymczasową impotencję, były stres i niepokój związane z perspektywą objaśniania zagrożenia każdemu człowiekowi z osobna.
Ten problem został rozwiązany. Teraz już wszyscy wiedzieli.
Na zakończenie swojej wypowiedzi Clarence wygłosił kilka natchnionych uwag o młodych mężczyznach i kobietach, którzy znajdą bezpieczne schronienie na Arce w Chmurze i stworzą w kosmosie nową cywilizację, opartą na genetycznym dziedzictwie ludzkości. Zamrożone plemniki, komórki jajowe i embriony również trafią na Arkę, dzięki czemu wszyscy ci, którzy zostaną skazani na śmierć na Ziemi, będą mogli pocieszać się nadzieją, że pewnego dnia ich potomstwo - urodzone i wychowane w koloniach orbitalnych - będzie mogło poznać swoich nieżyjących przodków poprzez zachowane w postaci cyfrowej listy, zdjęcia i filmy. Zdaniem Dooba ta końcówka była wysilona, doklejona wyłącznie po to, by dać ludziom cień nadziei - z drugiej strony zdawał sobie doskonale sprawę, że w pewnym sensie taki właśnie jest najważniejszy przekaz płynący z dzisiejszych przemówień. Całość komunikatu była wstrząsająco ponura, nazbyt wstrząsająca dla zmysłów przeciętnego człowieka. Spikerzy programów informacyjnych zostali zapoznani z jego treścią dzień wcześniej (i zobowiązani do bezwzględnego dochowania tajemnicy), żeby mogli się z nim oswoić i nie rozkleić na wizji, gdy przyjdzie im przekazać go widzom. Obwieszczenie musiało kończyć się jakąś brzytwą, której tonący mógłby się chwycić. Przemówienie wiekowego, łagodnego profesora uniwersytetu w Cambridge, który - zżerany rakiem - opowiadał słowami z Biblii króla Jakuba o nowym podniebnym świecie zasiedlanym przez dzieci zmarłych Ziemian czczące GIF-y i JPG-i swoich przodków, był najlepszym źródłem otuchy, na jakie ktokolwiek mógł dzisiaj liczyć. Clarence musiał sprzedać tę historię widzom - i to właśnie zrobił. Teraz Doob i inni naukowcy zaangażowani w projekt Arki w Chmurze, a także najważniejsi światowi politycy, wojskowi i biznesmeni musieli wcielić tę wizję w życie.
Moira Brewe i Mary Bulinski wzięły Clarence'a pod ramiona i pomogły mu zejść z podwyższenia na skraj krateru, gdzie zebrała się garstka wstrząśniętych dziennikarzy, chcąc zadać mu jeszcze parę pytań. Poza tym jednak okolica opustoszała, nie było normalnego w takich okolicznościach gwaru po konferencji prasowej, większość sieci telewizyjnych od razu oddała głos do studia.
Doob znów spojrzał do góry. Amelia odgarnęła włosy za ucho i odsunęła się od okna. Na sztywnych z zimna nogach wrócił do hotelu. Myślał o tych pomrożonych plemnikach i jajeczkach: jak długo uda się je przechowywać? Było wiadomo, że komórki rozrodcze można rozmrozić i użyć do spłodzenia zdrowych dzieci nawet po dwudziestu latach, ale promieniowanie kosmiczne mogło skomplikować te rachuby. Pojedynczy promień mógł uszkodzić kilka komórek w ludzkim ciele, ale ciało miało całą masę komórek zapasowych. A kiedy ten sam promień przeszyje jednokomórkowy plemnik lub jajeczko, nieodwracalnie je zniszczy.
Każdy mężczyzna na Ziemi mógł ejakulować do probówki, a każda kobieta mogła poddać się znacznie bardziej skomplikowanemu procesowi pobrania komórek jajowych, po czym z komórek dawców można było stworzyć miliony zarodków, które następnie zostałyby zamrożone - ale wszystko to i tak nie miałoby żadnego znaczenia, dopóki nie znajdzie się odpowiedniej liczby młodych zdrowych kobiet, gotowych przyjąć te dary do swojego łona, gdzie mogłyby spokojnie dojrzewać przez następne dziewięć miesięcy. Z biegiem czasu populacja będzie rosnąć i po czternastu, piętnastu latach doczeka się pierwszego nowego pokolenia - ujmując rzecz brutalnie - gotowych do pracy macic. Na drugie pokolenie przyjdzie poczekać kolejne piętnaście lat. A do tego czasu wiele z zamrożonych próbek, z którymi Ziemianie wiązali wszelkie swoje nadzieje, będzie już przeterminowanych.
Obsada Arki w Chmurze będzie musiała składać się w większości z kobiet.
Zresztą poza prostymi prawami rozrodu były ku temu także inne powody. Wyniki badań nad długotrwałym przebywaniem w kosmosie sugerowały, że kobiety są mniej podatne na wpływ promieniowania. Statystycznie rzecz biorąc, były także mniejsze od mężczyzn, a więc zajmowały mniej miejsca i potrzebowały mniej powietrza i żywności, socjologowie wskazywali zaś, że lepiej niż mężczyźni radzą sobie z długotrwałym zamknięciem w ograniczonej przestrzeni. To ostatnie stwierdzenie budziło pewne kontrowersje, zwłaszcza że zahaczało o takie delikatne tematy jak przeciwstawienie cech wrodzonych cechom nabytym oraz kwestię tego, czy tożsamość płciowa jest konstruktem społecznym, czy wynikiem genetycznego zaprogramowania. Jeżeli jednak przyjąć, że darwinowski dobór naturalny predestynuje chłopców do biegania po sawannie i rzucania dzidami w dzikie zwierzęta (a taką możliwość musiał poważnie brać pod uwagę każdy rodzic, który wychowywał potomka płci męskiej), to trudno było wyobrazić sobie gromadę takich chłopców, którzy dadzą się na długo zamknąć w blaszanej puszce. System obozów, do których szczęśliwcy wybrani w Rozdzieleniu Losów trafią na szkolenie, miał być pułapką dla młodych mężczyzn: chłopcy będą do nich przybywać, lecz - poza nielicznymi szczęśliwymi wyjątkami - już ich nie opuszczą.
Od dobrych dwóch minut Doob dryfował bez większego przekonania w stronę motelu, dręczony niewyraźnym przeczuciem, że powinien robić coś innego. Coś ważnego.
Ach tak. Rozmawiać z dziennikarzami. W normalnej sytuacji ekipy telewizyjne same by go szukały - ale nie dzisiaj. Dzisiaj miał ochotę pokręcić się przed hotelem, pogadać, poodgrywać Doca Dubois dla miliardów mieszkańców telekrainy, lecz nikt się nim nie interesował. Różnojęzyczni prezenterzy wpatrywali się z poważnymi minami w telepromptery, wygłaszając przygotowane uprzednio uwagi. Mniej poważani dziennikarze, blogerzy i wolni strzelcy rejestrowali swoje spostrzeżenia.
W kącie parkingu wypatrzył znajomą twarz: Tavistock Prowse ustawił na statywie tablet, wycelował jego kamerkę w swoją stronę, przypiął sobie bezprzewodowy mikrofon i nagrywał wpis do wideobloga albo filmik dla magazynu Turing, z którym od lat współpracował. Znali się z Doobem od dwudziestu lat. Tav wyglądał fatalnie. Przyjechał rano. Nie miał dostatecznych referencji ani znajomości, żeby znaleźć się w uprzywilejowanym gronie osób poinformowanych z wyprzedzeniem, więc dopiero przed chwilą poznał prawdę. Poprzedniego dnia wieczorem Doob próbował starego kumpla namierzyć na Twitterze i Facebooku, uprzedzić go, żeby nie był zaskoczony, ale Tav nie zareagował.
Doob doszedł do wniosku, że nie byłby to chyba najlepszy moment na improwizowany wywiad z Tavem, udał więc, że go nie zauważył. Mignął legitymacją ochroniarzom z Secret Service przy wejściu do hotelu, chociaż zrobił to wyłącznie z grzeczności: już wcześniej go rozpoznali i otworzyli mu drzwi.
Minął windy i wszedł po schodach na swoje piętro, żeby trochę rozruszać kości. Amelia zostawiła uchylone drzwi: wszedł, zawiesił na klamce tabliczkę nie przeszkadzać, zamknął za sobą drzwi na klucz i ciężko opadł na krzesło. Amelia stała przy oknie oparta plecami o szeroki rustykalny parapet. Z tej strony słońce nie zaglądało w okna, ale dostatecznie dużo dziennego światła padało na jej twarz, żeby zaznaczyć zaczątki zmarszczek pod oczami i wokół ust. Była dzieckiem imigrantów z Hondurasu, efektem skomplikowanego melanżu afrykańsko-indiańsko-hiszpańskiego: duże oczy, falujące włosy, czujny, nieco ptasi sposób bycia i pozytywne, optymistyczne nastawienie do świata, jakie przydałoby się każdemu nauczycielowi. W obecnych nowych okolicznościach była to cecha nie do przecenienia.
- Już po wszystkim - odezwała się. - Na pewno spadł ci kamień z serca.
- Na następne dwa dni mam zaplanowane dziesięć wywiadów, w których będę tłumaczył, co, jak i dlaczego, ale w gruncie rzeczy masz rację. W porównaniu z przekazaniem tej nowiny wszystko inne będzie łatwiejsze.
- Zwykła matematyka.
- Zwykła matematyka.
- Co dalej?
- To znaczy po tych dwóch najbliższych dniach?
- Tak. Co będzie potem?
- Prawdę mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Trzeba będzie dalej gromadzić dane. Udoskonalać prognozy. Im dokładniej ustalimy, kiedy rozpocznie się Białe Niebo, tym lepiej będzie można zaplanować rozkład startów i wszystko inne.
- Rozdzielenie Losów.
- To też.
- Ty też polecisz, Dubois, prawda? - Amelia nigdy nie używała jego przezwiska.
- Słucham?
Po jej twarzy przemknął cień irytacji (co było dość niezwykłe). Utkwiła w nim badawcze spojrzenie i nagle zaczęła się uśmiechać.
- Ty nie wiesz.
- Czego nie wiem, Amelio?
- Przecież to oczywiste, że polecisz.
- Dokąd?
- Na Arkę w Chmurze. Będą cię potrzebować. Jesteś jednym z nielicznych ludzi, którzy mogą być użyteczni tam, na górze; którzy mogą przyczynić się do przetrwania Arki. Możesz być ich przywódcą.
Rzeczywiście nie przyszło mu to do głowy, dopóki tego nie powiedziała. Kiedy jednak jej wysłuchał, musiał jej przyznać rację.
- Jezu... - jęknął. - Chyba wolałbym kojfnąć tutaj. Z tobą. Myślałem o tym, że moglibyśmy tu przyjechać, rozbić namiot na skraju krateru i patrzeć. To będzie najbardziej niezwykłe widowisko w historii.
- Naprawdę gorąca randka - przyznała Amelia. - Ale nie, ja raczej spędzę ten dzień z rodziną.
- Może to my dwoje będziemy wtedy rodziną.
Obwisłe dolne powieki zaszkliły jej się od łez. Otarła nos palcem.
- To chyba najbardziej niezwykłe oświadczyny, o jakich słyszałam. Problem polega na tym, Dubois, że mój mąż będzie wtedy na orbicie okołoziemskiej, a ja w Kalifornii.
- Mógłbym znaleźć sposób...
Pokręciła głową.
- Nigdy, przenigdy nie zgodzą się zabrać na Arkę trzydziestopięcioletniej nauczycielki.
Wiedział, że Amelia ma rację.
- Co innego zamrożony zarodek - dodała.
- To dopiero jest niezwykła propozycja...
- Żyjemy w niezwykłych czasach. Wiem, że mam w tej chwili płodne dni, tak że... Koniec z gumkami, tygrysie.
I tak oto pół godziny po tym, jak z naukowym sceptycyzmem słuchał kojącego przemówienia Clarence'a Croucha, rozbierał je w głowie na czynniki pierwsze i tłumaczył sobie, że to nic innego, jak tylko ochłap pocieszenia dla pogrążonych w żałobie miliardów, który ma sprawić, że przez najbliższe dwa lata skupią się na seksie, wylądował w ramionach Amelii i razem zajęli się produkowaniem zarodka, który mógłby zabrać ze sobą na orbitę, żeby tam został wszczepiony w łono innej, nieznanej kobiety.
Zbliżając się do orgazmu, myślał o filmikach, które nakręci dla swojego potomka, żeby ten miał się z czego uczyć rachunku różniczkowego.
***
Dinah cieszyła się, że nie było jej na Ziemi, kiedy światowi przywódcy wygłaszali orędzie nad Jeziorem Kraterowym. Siedziała sama w swoim warsztacie i wyglądając przez okno ponad czarną, pobrużdżoną sylwetką Amalthei, patrzyła na widoczny za nią błękitny ziemski glob. Znała zapowiedzianą porę przemówień i wiedziała, ile powinny potrwać, nie chciała jednak oglądać transmisji. Wydało jej się dziwne, że Ziemia w ogóle się nie zmieniła. Siedem miliardów ludzi właśnie usłyszało najgorszą nowinę, jaką można sobie wyobrazić, i przeżywało zbiorową traumę na nieznaną wcześniej skalę, policja i wojsko zostały rozlokowane w miejscach publicznych z zadaniem "pilnowania porządku", cokolwiek miałoby to znaczyć - ale Ziemia wyglądała tak samo jak zawsze.
Radioodbiornik na ścianie zaczął piszczeć. Spuściła wzrok, zamrugała, żeby pozbyć się łez, i zobaczyła Alaskę znikającą za krzywizną kuli ziemskiej na dalekiej północy.
jesteśmy dumni, że jesteś tam na górze
Rozpoznała pięść ojca - jego charakterystyczny sposób nadawania morsem - równie łatwo, jak rozpoznałaby jego zapach albo głos.
chciałabym jeszcze kiedyś was zobaczyć - odpowiedziała.
ciotka beverly sadzi ziemniaki damy sobie radę
Dinah chwilę sobie popłakała.
Ojciec nadał QSL, co w Kodzie Q oznaczało w tym wypadku "Jesteś tam jeszcze?".
Wysłała QSL w odpowiedzi: "Tak".
Wiedziała, że celem takich skrótowych komunikatów jest usprawnienie łączności, teraz jednak zrozumiała, że Kod Q może mieć jeszcze inne zastosowanie. Pozwalał wycisnąć szczyptę informacji, gdy słowa przychodziły ze zbyt wielkim trudem.
lepiej wracaj do pracy mała
a ty przestań walić w klucz i idź pomóż bev
kocham cię qrt
qrt
- Dla mnie to nadal graniczy z cudem, że ty coś z tego rozumiesz.
Odwróciła się i zobaczyła Rhysa Aitkena unoszącego się w powietrzu we włazie spinającym warsztat z KMUK-iem - Kosmicznym Modułem Użytkowo-Komercyjnym, obszernym walcowatym łącznikiem pomiędzy przednią częścią Izzy i Amaltheą. W ścianach KMUK-a było zresztą więcej włazów, do których mogły cumować inne moduły, ale ze względu na rozmaite opóźnienia i cięcia budżetowe tylko jeden z nich był obecnie w użyciu - ten, w którym zawisł Rhys z zawiniątkiem pod pachą.
Dinah pociągnęła nosem. Zdała sobie sprawę, że całkiem się rozkleiła.
- Dawno przyszedłeś?
- Niedawno.
Odwróciła się do niego plecami i ręcznikiem otarła nos i oczy. Przez ten czas Rhys gawędził niezobowiązująco:
- Nie dałem rady dłużej oglądać orędzia, więc pomyślałem, że spróbuję się na coś przydać. I odkryłem coś cudownego: woda spływa w dół. To znaczy wiedziałem o tym już wcześniej, ale jest takie miejsce w torusie, pod okładziną, w którym zbiera się skroplona wilgoć. To problem serwisowy, staramy się mieć ten odcinek na oku. Coś ci stamtąd przyniosłem.
Dinah odwróciła się i zerknęła na zawiniątko.
- Tuzin róż?
- Może w przyszłym tygodniu, a tymczasem...
Podał jej owiniętą kocem grudę.
Wzięła ją do ręki. Podobnie jak wszystko w Izzy, zawiniątko było nieważkie, miało jednak całkiem pokaźną bezwładność. Odgarnąwszy koc, usłyszała dźwięczne trzeszczenie i odsłoniła metalizowaną folię, powszechnie stosowaną w Izzy jako izolacja termiczna. Zawinięty w nią przedmiot był zimny i miał nieregularny kształt. Odwinąwszy folię, stwierdziła, że trzyma w rękach owalną, soczewkowatą bryłę lodu: zamrożoną kałużę.
- Jest idealna - powiedziała.
Parę kropelek wody oderwało się od lodu; we wpadającym przez okienko snopie światła zaskrzyły się jak diamenciki. Dinah wyłapała je tym samym ręcznikiem, którym dopiero co wycierała twarz, znalazłszy jednak wcześniej chwilę, żeby docenić ich piękno. Mała galaktyka nowych gwiazd.
- Wspomniałaś o jakiejś tajemniczej wiadomości od Seana Probsta.
- Wszystkie jego wiadomości są tajemnicze - odparła. - Nawet po zdekodowaniu.
Sean Probst był jej szefem - założycielem i prezesem Arjuna Expeditions.
- Miało chodzić o lód - drążył temat Rhys.
- Zaczekaj. Najpierw wystawmy go za śluzę, nim całkiem się roztopi.
- Dobrze. - Rhys przepłynął na drugi koniec warsztatu, gdzie w zakrzywioną ścianę wprawiono okrągły właz półmetrowej średnicy. - Wszędzie migają zielone światełka. To znaczy, że mogę go otworzyć?
- Tak.
Pociągnął za dźwignię mechanizmu blokującego, po czym otworzył właz, odsłaniając niewielką pustą przestrzeń. Przez tę śluzę Dinah sprowadzała do warsztatu roboty wymagające naprawy i wysyłała gotowe z powrotem na Amaltheę. Śluzy przeznaczone dla ludzi były duże (musiała się w nich pomieścić co najmniej jedna osoba w obszernym skafandrze kosmicznym), skomplikowane i drogie, po części ze względu na wymogi bezpieczeństwa, po części zaś dlatego, że zostały zaprojektowane w ramach programów rządowych. Ten właz był inny - stworzony przez nieliczny zespół projektowy Arjuna Expeditions i przeznaczony do transportu drobnego sprzętu miał rozmiary dużego pojemnika na śmieci, a dla zaoszczędzenia przestrzeni we wnętrzu Izzy doczepiono go do niej od zewnątrz, tak że sterczał z zewnętrznej ściany jak pękaty, przerośnięty hydrant przeciwpożarowy. Na jego drugim końcu znajdował się kopułkowaty właz zewnętrzny, który Dinah mogła otwierać i zamykać z warsztatu za pośrednictwem systemu mechanicznych drążków i popychaczy jakby żywcem wyjętych z powieści Juliusza Verne'a. W tej chwili tamten właz był oczywiście zamknięty, a śluza wypełniona powietrzem, które zdążyło się mocno wychłodzić; dopiero kilka minut temu padły na nią promienie słońca.
Dinah popchnęła lekko bryłę lodu, która przepłynęła w powietrzu przez cały warsztat i dotarła do Rhysa. Złapał ją i wykrzyknął triumfalnie:
- Bomba!
- Co takiego?
- To z rugby - wyjaśnił Rhys. Wepchnął lód do śluzy. - Masz pod ręką jakiegoś krabochwyta, żeby mógł go ściągnąć z powrotem?
- Nie w tej chwili. Na razie niech tam zostanie.
- W porządku.
Rhys zamknął i zablokował wewnętrzny właz. Odwrócił się do Dinah i przez chwilę mierzyli się nawzajem wzrokiem.
- Woda skrapla się i zbiera w tym jedynym miejscu w torusie - podsumowała Dinah - do którego można się dostać, zdejmując płytę okładziny?
- Tak.
- I tam zamarza?
- Zazwyczaj nie. Mogłem jej trochę pomóc, majstrując przy ustawieniach klimatyzacji.
- Aha.
- Wiesz, oszczędność energii.
Dinah przefrunęła przez warsztat w pobliże włazu do KMUK-a, wyjrzała na zewnątrz i upewniła się, że w pobliżu nikogo nie ma. Wiedziała, że część załogi spotkała się na zebraniu w torusie, a niektórzy wyszli w otwartą przestrzeń.
- Z oficjalnego punktu widzenia... - zaczęła.
- Wiem, źle zrobiłem - przerwał jej Rhys. Dinah podziwiała go za tę szczerość. - Źle, bo kiedy wystawisz ten kawałek lodu na zewnątrz, żeby twoje roboty mogły się nim bawić, wysublimuje w próżni.
Sublimacja w istocie niewiele różniła się od parowania, tyle że odbywała się z pominięciem fazy ciekłej: był to proces, w którym ciało stałe w próżni stopniowo przechodziło w stan gazowy i przestawało istnieć. Lód sublimował niezwykle szybko, jeżeli nie był przetrzymywany w skrajnie niskiej temperaturze.
- I Izzy straci odrobinę wody - powiedziała Dinah - która jest cennym zasobem.
- Nikt nie zauważy jej braku - odparł beztrosko Rhys. - Czasy się zmieniły. Po wygłoszeniu tego orędzia rakiety będą przylatywały szybko i często.
- Mimo wszystko... Sean zlecił mi zadanie w ramach misji Arjuna Expeditions. Projekt komercyjny. Prywatny. A woda jest naszym wspólnym...
- Dinah.
- Tak?
- Weźże się otrząśnij, skarbie.
Przedłużające się milczenie zostało w końcu przerwane westchnieniem Dinah.
- Jasne - mruknęła.
Rhys miał rację. Wszystko się zmieniło.
- A teraz mi powiedz, czego chce Sean i jaki to ma związek z lodem?
Lekkie rozdrażnienie jego ciekawością w końcu ustąpiło; może będzie mógł jej pomóc? Odwróciła się do okna i ruchem głowy wskazała odległą o parę metrów Amaltheę.
- To moja specjalność, moja i mojej rodziny. Minerały. Skały. Rudy metali. Wszystkie te roboty są specjalnie przystosowane do obskakiwania wielgachnej grudy żelaza. Mają magnesy, żeby od niej nie odpaść, i łuki plazmowe i szlifierki do jej obróbki. A Sean każe mi to wszystko odstawić. Przyszłość to lód, mówi. Nic innego go nie interesuje. Niczym innym mam się nie zajmować.
- Na Ziemi jest go mnóstwo - zauważył Rhys. - Tylko nie traktujemy go jak minerał.
Dinah pokiwała głową.
- Co najwyżej jako uciążliwość, której trzeba się pozbyć.
- A jak tam twoi koledzy na Ziemi? Też zajmują się lodem?
- Sądząc po ruchu e-mailowym, nowa dyrektywa objęła całą firmę. Zamawiają ciężarówki lodu, zwalają go w laboratorium na podłogę, chłodzą cały budynek... Na szczęście w Seattle jest w tej chwili zima, wystarczy obniżyć temperaturę o dodatkowe kilka stopni. Kupują kalesony i szykują się do pracy w chłodni.
- Jak się pracuje dla Mr. Freeze'a?
- Ja bym powiedziała: "dla Pingwina", ale w Seattle ludzie nie noszą parasoli.
- Ani cylindrów, o ile mi wiadomo. Tak że zdecydowanie lepiej pasuje Mr. Freeze.
- Nieważne. We wczorajszej dostawie witamin przyszły między innymi takie rzeczy.
Z szafki obok swojego stanowiska pracy Dinah wyjęła strunową torebkę z szarej metalizowanej folii; w takich torebkach przechowuje się delikatną elektronikę, żeby uchronić ją przed wyładowaniami elektrostatycznymi. Do torebki przyklejona była wizytówka z NASA.
- Fajnie jest mieć wysoko postawionych znajomych - zauważył Rhys. Jego uwagę zwróciło nazwisko na wizytówce: Scott "Sparky" Spalding, dyrektor NASA.
- W tym wypadku raczej nisko postawionych - odparła z uśmiechem Dinah.
Dowcip był kiepski. Rhys nie zareagował i Dinah poczuła, że się rumieni - nawet nie tyle z powodu nietrafionego żartu, ile raczej z jakiejś politycznej nadwrażliwości.
- Dwa tygodnie temu Scott obiecał mi, że się mnie nie pozbędzie - dodała. - Że będzie mnie osłaniał.
- Co to dokładnie oznacza?
- Że prace nad robotami będą kontynuowane, a ja nie stracę zajęcia. Nie uwierzyłam mu, ale musiał chyba porozmawiać z Seanem Probstem, bo dwa dni temu Sean przesłał mu kurierem to.
Dinah otworzyła torebkę i dwoma palcami wyjęła ze środka gadżet wielkości ziarnka ryżu. Z daleka wyglądał jak bateria fotowoltaiczna, okruch krzemu, tyle że opatrzony kilkoma maleńkimi wypustkami.
- Co to tak zwisa? - zainteresował się Rhys.
- Mechanizm napędowy.
- Nóżki?
- Ten akurat ma nóżki. Inne mają gąsienice, jeszcze inne obrotowe cylindry albo tłuki.
- Tłuki? To jakiś żargon czy oficjalna nazwa?
- Określenie z górniczego slangu, z transportu ciężkiej maszynerii. Później ci pokażę.
- Czyli wszystko wskazuje na to, że masz przebadać różne mechanizmy napędowe robotów pod kątem poruszania się na lodzie i nieześlizgiwania się z niego.
- Właśnie. I najwyraźniej w Seattle wszystkie jakoś tam działają, lepiej lub gorzej, a ja mam ocenić ich przydatność do pracy w kosmosie.
- No proszę! W takim razie szczęśliwie się złożyło, że...
- Że mam własny kawałek lodu. To prawda. Dziękuję.
- Tym lepszy, że przemycony? - spytał Rhys, unosząc brwi.
Ukryte znaczenie jego słów było oczywiste.
- Ale nie tak romantyczny jak tuzin róż - odparowała Dinah.
- Z drugiej strony... Co takiego chce ci powiedzieć facet, który przynosi ci róże? Że o tobie myśli.
Niedługo po przybyciu na Izzy Dinah zawiesiła nad włazem wejściowym zasłonę - nic wielkiego, najzwyklejszy koc, który jednak pozwalał jej się odciąć od reszty stacji, gdy chciała się zdrzemnąć, i wysyłał jasny komunikat, żeby jej nie przeszkadzać - przynajmniej nie bez pukania.
Wyciągnęła rękę, zasłoniła właz, po czym odwróciła się do Rhysa. Sprawiał wrażenie bardzo chętnego i bardzo gotowego.
- A jak twoje mdłości? - spytała. - Wyglądasz znacznie... żwawiej.
- Czuję się świetnie. Wszystkie płyny ustrojowe pod kontrolą.
- To już sama ocenię.
***
Rosyjska inwazja rozpoczęła się tydzień później serią lotów, o których NASA pisała, że odbywają się "ze zmiennym powodzeniem". Roskosmos nazywał to "dopuszczalną liczbą ofiar".
Widziana z daleka Izzy wydawała się niemal w całości złożona z paneli słonecznych. Ze strukturalnego punktu widzenia panele tak się miały do całości stacji, jak skrzydła ptaka do reszty jego ciała - chodziło o to, żeby miały jak największą powierzchnię i zarazem jak najmniejszy ciężar.
Większość masy, siły i mózgu Izzy znajdowała się w jej "korpusie": ciągu puszkokształtnych modułów, który ciągnął się środkiem pomiędzy "skrzydłami" i w porównaniu z nimi był malutki - do tego stopnia, że z wielu miejsc w ogóle nie było go widać. Tylko stosunkowo nowe dodatki do stacji były wystarczająco duże, żeby z daleka rzucały się w oczy: Amalthea na jednym jej końcu i torus na drugim.
Panele słoneczne - wraz z innymi, nieco podobnymi konstrukcjami, których zadanie polegało na wypromieniowywaniu nadmiaru ciepła w kosmos - utrzymywał w żądanej pozycji tak zwany Zintegrowany Zespół Kratownicowy. Używane przez inżynierów słowo "kratownica" oznaczało zwykle coś, co przypomina maszt radiowy albo stalowy most: utkaną z podpór siatkę zapewniającą maksimum sztywności przy minimalnym ciężarze. W niektórych częściach Izzy podpory te były odsłonięte, najczęściej jednak okrywano je panelami fotowoltaicznymi, które nadawały im znacznie masywniejszy wygląd. Pod panelami rozpościerała się niewiarygodnie skomplikowana sieć przewodów elektrycznych i hydraulicznych, baterii, czujników i mechanizmów umożliwiających ich rozkładanie i obracanie. Większość Zintegrowanego Zespołu Kratownicowego nie była hermetycznie zamknięta, nie została bowiem przeznaczona do zamieszkania przez ludzi. Astronauci musieli wyjść w otwartą przestrzeń kosmiczną, żeby pogrzebać przy okablowaniu albo naprawić coś, co się zepsuło, ale poza tym większość załogi spędzała cały okres misji wewnątrz stacji, w znacznie mniejszych puszkach tworzących "korpus".
To się miało zmienić.
Samej Izzy nie można było rozbudowywać bez końca, bo rozbudowa taka nie mogłaby się ograniczać do dokładania kolejnych puszek i nowych torusów. Istniał pewien próg złożoności takiej zwartej struktury, którego po prostu nie dało się przekroczyć. Prawie wszystkie mechanizmy miały zasilanie elektryczne. Elektryczność generowała ciepło odpadowe, które gromadziło się we wnętrzu stacji i mogłoby ugotować jej mieszkańców żywcem, gdyby nie system chłodzenia, wychwytujący je i przekazujący do radiatorów, żeby te "wyświeciły" nadmiar ciepła w podczerwieni w kosmos. Stłoczenie większej liczby ludzi i układów w stacji kosmicznej wymagałoby instalacji kolejnych paneli słonecznych, akumulatorów i radiatorów, a także nowej elektryki i hydrauliki, żeby to wszystko ze sobą połączyć. A przecież należało jeszcze uwzględnić czynnik ludzki, czyli nakarmić załogę, napoić ją, zapewnić jej powietrze do oddychania, przerabiać wytwarzany przez nią dwutlenek węgla i ścieki.
Mając świadomość tych wszystkich faktów, trust mózgów odpowiedzialnych za budowę Arki w Chmurze - zebrana ad hoc grupa weteranów rządowych agencji kosmicznych i prywatnych eksploratorów kosmosu - opowiedział się za jedyną strategią, która dawała choćby teoretyczne szanse powodzenia, a mianowicie decentralizacją i rozproszeniem. Każda miniarka (jak nazywano statki składowe Arki w Chmurze) miała być dostatecznie mała, żeby dało się ją wynieść na orbitę na dziobie wysokowydajnej rakiety nośnej. Musiała być zasilana przez mały, prosty reaktor atomowy, naładowany izotopami tak silnie promieniotwórczymi, żeby przez kilka dziesięcioleci emitowały ciepło (i w ten sposób generowały elektryczność). W Związku Radzieckim wykorzystywano takie urządzenia do zasilania postawionych na odludziu latarń morskich. Od dziesiątków lat używano ich także w sondach kosmicznych.
Każda miniarka miała pomieścić niedużą liczbę ludzi. Liczba zmieniała się w miarę powstawania kolejnych wersji projektowych, zawierała się jednak w przedziale od pięciu do dwunastu. Wiele zależało do tego, jak szybko udałoby się uruchomić masową produkcję modułów nadmuchiwanych: mogłyby w ten sposób powstawać znacznie większe konstrukcje mieszkalne podobne do cienkościennych balonów. Sęk w tym, że skonstruowanie balonu, który przez nieokreślony czas wytrzymałby ciśnienie atmosferyczne, promieniowanie słoneczne, skrajne wahania temperatury i uderzenia mikrometeorytów, stanowiło nie lada wyzwanie.
Rozumiało się samo przez się, że na dłuższą metę Arka w Chmurze musi być samowystarczalna w kwestii produkcji żywności. Woda będzie pochodziła z odzysku. Wydychany przez ludzi dwutlenek węgla posłuży do odżywiania roślin, które wytworzą tlen i jedzenie. Te zagadnienia od dziesięcioleci były przedmiotem naukowych dywagacji i literatury science fiction. Eksperymenty w tej materii dawały dotąd mieszane rezultaty, ale w tej chwili ogromną uwagę poświęcali im ludzie znacznie lepiej do tego przygotowani niż Dinah - ona jednak zaczynała rozumieć, że powinna się oswoić z dietą niskokaloryczną i okresowymi ograniczeniami w dopływie tlenu.
Pojedyncze miniarki długo by nie przetrwały, i to bez względu na to, jak doskonałe byłyby ich wewnętrzne ekosystemy. Rzeczy będą się psuły, zapasy będą się kończyły, a pasażerowie będą chorowali i wariowali, przebywając stale w tym samym, niewielkim towarzystwie.
Projekty zarówno miniarek, jak i całej Arki w Chmurze nieustannie ewoluowały. Kiedy hasłem dnia było "pełne rozproszenie", oznaczało to, że na dłuższą metę ma nie istnieć żaden magazyn centralny - żadna Izzy - i że wszelka wymiana surowców oraz "zasobów ludzkich" pomiędzy miniarkami ma się odbywać poprzez "okazjonalne cumowanie": dwie miniarki porozumiewałyby się w kwestii bezpośredniego kontaktu, po czym na pewien czas łączyłyby się dziób w dziób, by wymienić się żywnością, wodą, witaminami lub ludźmi. Proces miał być czysto wolnorynkowy, bez udziału centralnego dowództwa i mechanizmu kontroli.
Następnego dnia wydawano nowy edykt, który stanowił, że powstałe na Izzy centrum dowodzenia będzie koordynowało działania wszystkich miniarek. Stacja miałaby również stanowić centralny skład wszystkiego, co tylko da się zmagazynować. Torus - a właściwie torusy, ponieważ Rhys zajął się już projektowaniem drugiego, miały być miejscami odpoczynku i rekreacji: mieszkańcy miniarek, dostający świra od mieszkania w puszkach i cierpiący na osteoporozę wskutek przebywania w nieważkości, mieli od czasu do czasu przylatywać do Izzy na urlop.
Wizje arkitektów, jak nazwały ich Ivy i Dinah, oscylowały pomiędzy tymi dwoma ekstremami i odzwierciedlały istnienie wśród nich co najmniej dwóch odłamów. Frakcja centralistyczna wskazywała zagrożenia wynikające z długiego przebywania w nieważkości jako powód do organizowania rotacyjnych wakacji w torusie. Dwa dni później decentraliści odpowiadali tak zwanym "schematem bolas", w którym dwie miniarki łączyły się długim przewodem, po czym zaczynały wirować wokół wspólnego środka masy, wytwarzając w ten sposób w swoim wnętrzu sztuczne ciążenie znacznie silniejsze i lepsze od uzyskiwanego w torusie. Po kolejnych dwóch dniach centraliści publikowali animowaną symulację, w której dwa takie bolas wpadały na siebie i dochodziło do poplątania przewodów łączących; filmik był całkiem śmieszny, o ile kogoś bawiły slapstickowe horrory.
Na razie wszystko to nie miało większego znaczenia, ponieważ nawet przy rozpaczliwym przyśpieszeniu cykli produkcyjnych zaprojektowanie i wytworzenie choćby jednej miniarki miało zająć wiele tygodni - a jeszcze dłużej musiało trwać przestawienie fabryk na produkcję ogromnych rakiet nośnych, które poniosłyby miniarki w kosmos. Dlatego na razie załogę Izzy czekało oglądanie zbieraniny wcześniej wybudowanych pojazdów kosmicznych, głównie kapsuł z serii Sojuz, wynoszonych na orbitę za pomocą istniejących rakiet. W tych pierwszych kapsułach mieli się znaleźć "Pionierzy", których zadaniem było dobudowanie nowych elementów do Zintegrowanego Zespołu Kratownicowego, umożliwiających jednoczesne cumowanie wielu miniarek, magazynowanie surowców i sprawną współpracę wszystkich podzespołów. Pionierzy mieli spędzać większość czasu w skafandrach, w otwartej przestrzeni kosmicznej. W sumie miało ich być około setki; w tej chwili trwało ich szkolenie i pośpieszna produkcja skafandrów.
Tymczasem jednak Izzy w swojej obecnej postaci nie miała szans obsłużyć setki nowych mieszkańców; zabrakłoby nawet złączy cumowniczych, żeby nadążyć z przyjmowaniem ich pojazdów. Dlatego, aby zapewnić miejsce do zamieszkania Pionierom, których przybycia spodziewano się za kilka tygodni, arkitekci przysłali na orbitę Skautów. Wyglądało na to, że od Skauta wymagano szokującej tężyzny fizycznej, całkowitej obojętności na śmiertelne niebezpieczeństwo oraz ogólnego wyobrażenia o tym, jak funkcjonować w skafandrze kosmicznym. Wszyscy Skauci byli Rosjanami.
Na Izzy nie było dla nich miejsca - czy raczej, ściśle rzecz biorąc, wolnej przestrzeni było aż nadto, brakowało natomiast układów pomocniczych. Skrubery CO2 miały ograniczoną wydajność. Na całej stacji znajdowały się tylko trzy toalety, z których jedna miała prawie dwadzieścia lat.
Skauci mieli więc większość czasu spędzać zamknięci w skafandrach - co miało o tyle sens, że zamierzali codziennie harować jak woły, a szesnaście godzin w skafandrze to szesnaście godzin obciążenia mniej dla układu podtrzymywania życia na ISS.
W Dniu Zero łączna liczba sprawnych skafandrów próżniowych w znanym wszechświecie wynosiła około tuzina i mimo że od tamtej pory mocno rozkręcono ich produkcję, nadal pozostawały rzadkością. Najpowszechniej spotykany model, rosyjski Orlan, ograniczał okres niezależnego funkcjonowania do dwóch godzin (co nikomu nie przeszkadzało, bo przeciętny człowiek i tak był po dwóch godzinach skrajnie wyczerpany). Po tym czasie zasoby skafandra wymagały całkowitego odnowienia. Dlatego Skauci mieli pracować na smyczach: ich skafandry zostaną podłączone pękiem rurek i przewodów do zewnętrznego układu podtrzymywania życia, który dostarczy im powietrze i energię elektryczną, a odbierze nadmiar ciepła i produkty przemiany materii.
Skauci potrzebowali jednak miejsca, w którym mogliby wygramolić się ze skafandrów na czas kilkugodzinnego odpoczynku. Kierownik projektu z ramienia Roskosmosu postanowił odkurzyć stary pomysł urządzenia ratunkowego i zlecił wznowienie jego produkcji. Urządzenie to nosiło nazwę "Łuk", co po rosyjsku oznacza cebulę; użytkownicy języka angielskiego, nie bacząc na prawidłową wymowę tego słowa, nieuchronnie zaczęli nazywać je "Luck", czyli "szczęście".
Łuk - w zgodzie z najlepszymi tradycjami rosyjskiej techniki - był nieskomplikowany: bierzemy kosmonautę i pakujemy go do foliowego worka wypełnionego powietrzem.
Kłopot w tym, że w takiej sytuacji albo kosmonauta się udusi, albo worek pęknie, ponieważ zwykła folia nie wytrzymuje ciśnienia atmosferycznego. Dlatego worek napełniało się powietrzem tylko w takim stopniu, żeby go nie uszkodzić (pod ciśnieniem stanowiącym ułamek atmosferycznego), a do środka wkładało się drugi. Ten drugi napełniało się powietrzem pod nieco większym ciśnieniem, do niego wkładało się trzeci, w który pompowało się znów trochę więcej powietrza, i cały ten proces się powtarzało, pakując worki w worki jak rosyjskie matrioszki, do momentu, gdy ten znajdujący się w samym środku zawierał powietrze pod ciśnieniem zapewniającym przetrwanie człowiekowi. Na sam koniec do środka ładowało się kosmonautę. Liczne warstwy przezroczystego plastiku upodabniały całe urządzenie do cebuli.
Model ten miał wiele zalet: był tani, prosty w konstrukcji i lekki. Po spuszczeniu powietrza Łuk można było złożyć, zrolować i przechowywać w pojemniku nie większym od plecaka.
Oczywiście lokator wewnętrznego worka zanieczyszczał powietrze wydychanym dwutlenkiem węgla, ale rozwiązanie tego problemu było dobrze znane ze statków kosmicznych i okrętów podwodnych: należało przepuścić powietrze przez wodorotlenek litu, który pochłaniał CO2. Poza tym wystarczyło uzupełniać zużywany stopniowo tlen, żeby lokatorowi nie groziło uduszenie.
Ciepło - wytwarzane przez ciało i gromadzące się w wewnętrznym worku - z czasem coraz bardziej dawałoby się lokatorowi we znaki. Potrzebny był więc system chłodzenia.
Wchodzenie do Łuka i wychodzenie z niego mogło nastręczać pewnych problemów. Rosjanie w jakiś sposób ustalili, że praktycznie każdy (a w każdym razie każdy spełniający fizyczne wymogi uczestnictwa w programie kosmicznym) jest w stanie przecisnąć się przez otwór o średnicy czterdziestu centymetrów. Dlatego też każdy Łuk został zaopatrzony w kołnierz: czterdziestocentymetrowej średnicy pierścień z włókna szklanego z otworami na śruby. Przy kołnierzu zbiegały się wszystkie warstwy folii, dodatkowo podkreślając podobieństwo Łuka do cebuli: kołnierz odpowiadał miejscu, w którym odcina się łodygę. Aby powietrze nie uciekało przez ten czterdziestocentymetrowy otwór, zaopatrzono go w solidną przegrodę ze znacznie grubszego plastiku, zasuwaną po wejściu kosmonauty do worka.
Tak oto instrukcja obsługi Łuka sprowadzała się do rozpakowania worka, namierzenia kołnierza, naciągnięcia worka na głowę, wciśnięcia się weń do momentu, gdy cały tułów znajdzie się w środku, podciągnięcia nóg, a następnie odszukania i zamknięcia przegrody. Na razie Łuk był wielką masą pomarszczonej folii, okrywającą lokatora niczym plastikowy śpiwór.
Po wypchnięciu Łuka w próżnię można było otworzyć zawór, przez który powietrze napływało do jego kolejnych warstw - Łuk rozdymał się wtedy do rozmiarów przyczepy kempingowej i dryfował w przestrzeni, dopóki nie przejął go pojazd ratunkowy.
Pojazd taki musiał być zaopatrzony we właz dostosowany do kołnierza Łuka średnicą i rozmieszczeniem śrub; po zapewnieniu hermetycznego połączenia otwierało się właz, usuwało przegrodę i kosmonauta mógł wreszcie odetchnąć od chłodu przestrzeni kosmicznej - a właściwie, biorąc pod uwagę trudności z pozbyciem się nadmiarowej energii termicznej w próżni, od nieznośnego upału.
Podstawę konstrukcji Orlana stanowił sztywny korpus - lita, twarda skorupa mieszcząca tułów i zaopatrzona w złącza rękawów, nogawek i hełmu, przez które właściciel wystawiał ręce, nogi i głowę. Z tyłu korpusu znajdowały się drzwiczki zaopatrzone w uszczelkę na całym obwodzie. W celu włożenia skafandra należało otworzyć drzwiczki, wcisnąć nogi w nogawki, włożyć ramiona w rękawy (do samego końca, do zintegrowanych rękawic), wystawić głowę przez górne złącze i założyć hełm. Następnie ktoś musiał zamknąć drzwiczki od zewnątrz i od tej chwili skafander stawał się układem w pełni niezależnym.
Roskosmos zbudował serię modułów Westibiul - zupełnie nowej konstrukcji, którą w niecałe dwa tygodnie udało się poskładać z gotowych elementów jako prowizoryczny łącznik pomiędzy Łukiem i Orlanem.
W Westibiulu z trudem mieścił się leżący człowiek. Na jednym końcu modułu znajdował się kołnierz dopasowany rozmiarem do kołnierza w Łuku. Przecisnąwszy się - nogami do przodu - z Łuka do Westibiulu, kosmonauta miał akurat tyle miejsca, żeby wycelować stopami w nogawki Orlana przyczepionego na drugim końcu, z otwartymi drzwiczkami. Zanim jednak to zrobił, musiał zamknąć Łuk: w tym celu wkładał na miejsce przegrodę i przykręcał ją kluczem zapadkowym.
Po włożeniu Orlana należało uruchomić wbudowany w Westibiul mechanizm, który zamykał drzwiczki skafandra. Zgromadzone w niewielkiej ilości w Westibiulu powietrze uciekało z sykiem w kosmos i kosmonauta mógł ruszać w drogę. Na zakończenie pracowitego dnia całą procedurę przeprowadzało się w odwrotnym porządku, po czym - podobnie jak człowiek mieszkający w domku za miastem i codziennie dojeżdżający samochodem do pracy - kosmonauta miał kilka godzin na relaks i odpoczynek, wylegując się w Łuku na przeciwległym końcu Westibiulu.
Były jednak pewne haczyki.
- Łuk, Westibiul i Orlan tworzyły układ zamknięty. Jedynym sposobem na to, żeby z niego wyjść, było włożenie skafandra, zamknięcie wbudowanych weń drzwiczek i spacer kosmiczny do śluzy powietrznej. Gdyby z jakichś powodów nie dało się włożyć Orlana i zamknąć drzwiczek, wszelki ratunek byłby niemożliwy, a z pewnością skrajnie mało prawdopodobny. Przedziurawienie Łuka (zapewne przebitego mikrometeorytem) stało się przyczyną śmierci jednego ze Skautów już w drugim dniu programu. Po tym wydarzeniu kompleksy Łuk/Westibiul trzymano bliżej stacji, w cieniu Amalthei, która nie mogła wprawdzie zatrzymać wszystkich latających kamieni, ale zatrzymywała ich całkiem sporo.
- Z braku sensownej możliwości późniejszego wejścia do Orlana Skaut musiał wylatywać z Bajkonuru od razu ubrany w skafander i przypięty do swojego Westibiulu i Łuka, zresztą cały ten sprzęt nijak nie zmieściłby się w standardowej kapsule załogowej. Skauci lecieli więc na orbitę stłoczeni po sześciu w modułach towarowych nieprzeznaczonych dla ludzi i niewyposażonych w układ podtrzymywania życia. Musieli korzystać z zasobów skafandrów od chwili krótko przed startem aż do przybycia na ISS. Podróż zajmowała co najmniej sześć godzin, dlatego niezbędne stało się uzupełnianie po drodze zapasów powietrza i energii. Usterka odpowiedzialnych za to układów spowodowała śmierć dwóch Skautów z pierwszej ekipy i jednego z drugiej.
- Nowe parametry misji powodowały skrajne obciążenia dla skafandrów, a ponieważ Łuki nie miały własnych układów podtrzymywania życia, kluczowego znaczenia nabrały pępowiny łączące je z modułami Zawod. Zawod (po rosyjsku po prostu "fabryka) był również nową konstrukcją, zmontowaną w ciągu dwóch tygodni na bazie istniejących wcześniej elementów. Zaopatrywany w prąd, wodę i trochę surowców miał utrzymać kosmonautę przy życiu poprzez odcedzanie CO2 z powietrza, odbieranie moczu i usuwanie nadmiaru generowanego przez organizm ciepła. Ciepła pozbywano się poprzez sublimowanie w próżnię wody, którą uprzednio zamrożono na zewnętrznej powierzchni modułu. Usterki Zawodów doprowadziły do czterech zgonów wśród pierwszych trzech zespołów Skautów. Za dwa pierwsze odpowiedzialny był błąd oprogramowania, który później naprawiono przesłaną z Ziemi łatką. Przyczyną trzeciego okazał się nieszczelny przewód hydrauliczny. Przyczyny czwartego pozostały nieznane, sądząc jednak po objawach, które załoga Izzy śledziła przez okna i w transmisji na żywo, musiało dość do przegrzania organizmu: zawiódł układ chłodzenia, kosmonauta stracił przytomność i doznał udaru cieplnego. Od tamtej pory zaprzestano używania prowizorycznych układów chłodzenia przysyłanych wraz z Łukami, a zamiast nich stosowano dostarczane codziennie foliowe worki z lodem.
Wszystko to jednak nie miało nic wspólnego z niefortunnymi wypadkami przy pracy. W dniu A+0.35 uszkodzona pępowina omal nie doprowadziła do śmierci jednego ze Skautów: zmuszony do odłączenia się od swojego Zawoda udał się w heroiczny i skrajnie niebezpieczny spacer kosmiczny do najbliższej śluzy powietrznej; zanim wciągnięto go na pokład stacji, została mu niespełna minuta życia.
Dwa dni później inny Skaut po prostu zniknął bez śladu i bez słowa wyjaśnienia. Najprawdopodobniej padł ofiarą mikrometeorytu. Albo samobójstwa.
A zatem z pierwszej sześcioosobowej ekipy dwóch Skautów nie dożyło przylotu na stację, a jeden dzień później zginął wskutek awarii Łuka; w drugim zespole jeden członek nie przeżył podróży; zespół trzeci dotarł na ISS w komplecie. Spośród tej czternastki dalszych czterech zginęło na skutek awarii Zawodów, jeden zniknął, a jednego uszkodzenie sprzętu zmusiło do przejścia na skautowską emeryturę i ograniczenia dalszej działalności do wnętrza Izzy.
Ivy, zajmująca najwyższą pozycję w stacyjnej hierarchii, była odpowiedzialna za podejmowanie wszelkich niecodziennych decyzji i rozwiązywanie problemów, którymi nikt inny nie umiał - albo nie chciał - się zająć. Dlatego to na nią spadło brzemię decyzji, co robić ze zwłokami.
Oczywiście istniały odpowiednie procedury. W NASA na wszystko mieli procedury. Dawno już przewidzieli, że astronauta może umrzeć w czasie misji, chociażby na atak serca. Ponieważ dwustu funtów psującego się mięsa nie da się trzymać na stacji kosmicznej, na której żyją i pracują ludzie, pomysł był taki, żeby mrozić zwłoki w próżni i odsyłać na pokładzie najbliższego wracającego na Ziemię Sojuza. Tylko środkowy segment Sojuza był przystosowany do powrotu; przyczepiony na jego końcu kulisty moduł orbitalny odłączał się tuż przed wejściem w atmosferę i ulegał spaleniu. Z tego powodu wyładowywano go śmieciami, by i one spaliły się przy okazji.
Rzecz jasna, nikt nie sugerował, że zwłoki są śmieciami, ale spalanie ich w atmosferze ziemskiej zdawało się najlepszym sposobem na pozbycie się ich - ot, taki odpowiednik pogrzebu wikinga, stosowny dla ery lotów kosmicznych.
Normalny cykl lotów został, naturalnie, zawieszony; obecnie wszystko, co trafiało na orbitę, miało na niej pozostać. Moduły orbitalne nadawały się do zamieszkania lub na magazyny. "Śmieci" można było poddać recyklingowi. Zbierane w workach odchody miały zostać zużyte jako nawóz na farmach hydroponicznych.
Ivy jednostronnie podjęła decyzję o uczynieniu wyłomu w tej nowej polityce: poleciła składować zwłoki w pustym module orbitalnym, który - zacumowany do kratownicy - pozostawał otwarty, dzięki czemu liofilizacja ciał odbywała się niejako mimochodem; wiadomo: co z oczu, to z serca. Po zapełnieniu modułu miałaby się odbyć jakaś mała uroczystość, moduł zostałby odcumowany i wszyscy razem odprowadziliby go wzrokiem, gdy, ciągnąc za sobą rozpalony do białości ogon, płonąłby w atmosferze.
Tyle że na razie jeszcze się nie zapełnił.
Do czasu przygotowania następnej rakiety nośnej, która wyniesie na orbitę kolejną szóstkę, mieli więc ośmiu sprawnych Skautów pracujących po piętnaście, czasem nawet osiemnaście godzin w trzygodzinnych blokach: każdy taki blok składał się dwóch godzin faktycznej pracy i godziny odpoczynku in situ - czyli, używając narzucającego się anagramu, "in suit", w skafandrze.
Z warsztatu Dinah nie miała bezpośrednio widoku na rejon ich pracy, ponieważ okienko znajdowało się po przeciwnej stronie stacji niż kratownica, przy której Skauci spędzali cały swój czas. Gdyby chciała, mogła śledzić ich wysiłki na wideo. Miała jednak inne sprawy na głowie.
Po wywołanej trafieniem mikrometeorytu awarii Łuka miała nawet swoje pięć minut, kiedy zapędziła robocią trzódkę do pracy przy relokacji pozostałych Łuków. Amaltheę przycumowano do stacji od strony dzioba, który - ze względu na ułożenie Izzy na orbicie - był najbardziej narażony na trafienia kosmicznym śmieciem. Asteroida pełniła rolę swoistego tarana i osłaniała przed zderzeniami wszystko, co znalazło się za nią. W jej cieniu było aż nadto miejsca, by pomieścić kilka Łuków, które dzięki temu nie tylko miały większe szanse przetrwania, ale też były mniej narażone na działanie promieniowania kosmicznego.
Roboty wyspecjalizowane w wydobywaniu rudy żelaza chwilowo straciły na znaczeniu, odkąd ich szefowa zainteresowała się zamrożoną wodą. Dlatego, kiedy nie zajmowała się wypychaniem malutkich stworków na bryły przemycanego lodu, znalazła nowe zajęcie dla swoich starych robotów: kazała im wiercić w tylnej powierzchni Amalthei otwory, osadzać w nich punkty zaczepienia (głównie wkręty oczkowe), a następnie za pomocą stalowych lin kotwiczyć do nich Łuki. Początkowo Łuki (nie całkiem unieruchomione) dryfowały leniwie w próżni i zderzały się ze sobą jak balony na uwięzi, ale po dniu albo dwóch utworzyły stabilną konfigurację, która zbiegiem okoliczności zasłaniała widok z okna warsztatu. W tej chwili Dinah widziała tylko folię - co wcale jej nie przeszkadzało. Odkąd na własne oczy zobaczyła, jakie ryzyko muszą podejmować Skauci, naprawdę nie miała nic przeciwko temu, żeby nie oglądać ich z bliska.
Poszczególne warstwy Łuka były przezroczyste, jednakże przy dużej ich liczbie patrzyło się przez nie jak przez firankę. Można było więc zobaczyć sylwetkę najbliższego ze Skautów, ale nie dało się rozpoznać jego twarzy. Dinah była pewna, że ma przed sobą kobietę.
W ciągu doby okresy pracy Skautów się nakładały. Kobieta za oknem wracała ze swojej zmiany w porze, która dla Dinah była późnym porankiem. Dinah patrzyła, jak z wysiłkiem przemieszcza się po powierzchni Amalthei, korzystając z punktów zaczepienia, starannie planując kolejne ruchy, wymijając liny i pępowiny. Musiała być skrajnie wyczerpana. Dinah odbyła kiedyś dwugodzinny spacer w skafandrze kosmicznym; przez cały następny dzień do niczego się nie nadawała. Czasem, kiedy miała wrażenie, że kobiecie przydałby się dodatkowy chwyt czy stopień, posyłała jej na pomoc krabochwyta albo żmijkę. Kobieta odwracała wtedy głowę w jej stronę i mrużyła oczy, co Dinah odczytywała jako wyraz wdzięczności. W końcu docierała do otworu wejściowego swojego Westibiulu i wślizgiwała się do środka, a wtedy mechanizm (niewidoczny dla Dinah) robił swoje: cumował skafander, wyrównywał ciśnienie i otwierał drzwiczki, pozwalając jej wyjść ze skafandra. Kobieta znajdowała zawieszony na łańcuszku z plastikowych obejm klucz nasadkowy, sięgała "ponad" głowę i najpierw odkręcała dwadzieścia cztery śruby mocujące przegrodę Łuka, a następnie - po jej zdjęciu - wkręcała je z powrotem w kołnierz, żeby nie dryfowały po Westibiulu. Na koniec przez czterdziestocentymetrowe wejście przedostawała się do względnie przestronnego wnętrza Łuka. Po drodze zabierała "pocztę", która podczas jej zmiany zebrała się w Westibiulu, a na którą składały się jedzenie, napoje, przybory toaletowe, worek lodu, który z czasem miał się roztopić, zapewniając Łukowi namiastkę klimatyzacji, torebki na odchody oraz - w jej przypadku - tampony.
Ponieważ pracą Skautów rządziły tymczasowość i prowizorka, Dinah nie miała jak porozumieć się z kobietą za oknem czy choćby zapytać o jej imię. Wydawało się to niedorzeczne, ale działał w tym wypadku ten sam mechanizm, który jedenastego września uniemożliwiał strażakom komunikację z policjantami: Skauci mieli własne radia, działające na częstotliwościach, do których Dinah nie miała dostępu.
Przejrzawszy dostępne na stronie NASA biografie Skautów, Dinah metodą eliminacji ustaliła, że ma do czynienia z Teklą Aleksiejewną Iliuszyną, oblatywaczką samolotów i brązową medalistką olimpijską w siedmioboju. W dawnych sowieckich czasach przed Teklą otworzyłyby się wspaniałe perspektywy w roli bożyszcza propagandy, lecz dominujący ostatnio w rosyjskiej kulturze silny trend konserwatywny pozostawiał niewiele miejsca dla kobiet w typowo męskich dziedzinach życia zawodowego, takich jak służba wojskowa czy program kosmiczny. Z tego powodu doświadczenie musiała zdobywać głównie poza granicami Rosji, w prywatnych agencjach kosmicznych. Kilka lat temu wróciła do roli jednej z dwóch aktywnych kosmonautek na świecie. Dinah miała w sobie dość cynizmu, by dostrzegać w tym oczywisty podtekst polityczny: jeżeli Roskosmos chciał współpracować z NASA i Europejską Agencją Kosmiczną, musiał mieć chociaż jedną czy dwie kobiety kosmonautki.
Tekla miała trzydzieści jeden lat. Została trochę podrasowana przed zrobieniem oficjalnego zdjęcia promocyjnego; miała na przykład sztywne, niemodne uczesanie w stylu księżnej Diany, w którym nie wyglądała zbyt korzystnie. Podczas ostatniej olimpiady jeden z portali plotkarskich zaliczył ją do pięćdziesięciu najbardziej seksownych sportsmenek i choć nie znalazła się w czołówce tego zestawienia, zdaniem Dinah była całkiem ładna - ze swoimi wyrazistymi kośćmi policzkowymi, zielonymi oczami, blond włosami i innymi cechami, jakich można się było spodziewać po słowiańskiej Superwoman. Było też jednak oczywiste, dlaczego w owej pięćdziesiątce zajęła dopiero czterdzieste ósme miejsce: mocno zarysowana szczęka nadawała jej twarzy chłodny wyraz, który wymagał od fotografa starannego doboru kadru oraz, jak przypuszczała Dinah, odrobiny pracy w Photoshopie. Mężczyźni zaglądający na takie strony uznali by ją pewnie za zniechęcającą, chociaż nie umieliby powiedzieć, co dokładnie im w niej przeszkadza. Przeraziłyby ich wyrobione mięśnie naramienne, podczas pchnięcia kulą rysujące się pod skórą jak napięte powrozy. Dinah postanowiła nie czytać komentarzy; z góry mogła przewidzieć, co zawierają.
Teklę wysłano tu na śmierć, a ona najprawdopodobniej zdawała sobie z tego sprawę.
Kiedy po zakończeniu zmiany przeciskała się przez usztywniony kołnierz, żeby podryfować sobie w powietrzu w mlecznej bańce Łuka, zdzierała chłodzoną cieczą warstwę ubrania, którą przez cały dzień nosiła przy skórze. Uszyto ją z dwóch warstw elastycznej niebieskiej siatki, pomiędzy które wstawiono sieć plastikowych rurek. Ubranie działało dopiero po podłączeniu do pompy, która tłoczyła w rurki zimną wodę. Po szesnastu godzinach Tekla musiała go mieć po dziurki w nosie, dlatego pozbywała się go w pierwszej kolejności. Następnie, obciągnąwszy bieliznę do kolan, demontowała cewnik Foleya, który opróżniał jej pęcherz podczas pracy. Wycierała się dostarczonymi w "poczcie" wilgotnymi chusteczkami, które następnie wrzucała do torby na śmieci. Przed opuszczeniem Ziemi ogoliła głowę albo przynajmniej ostrzygła się na rekruta, w każdym razie nie miała problemu z włosami. Dopiero po tych zabiegach otwierała pakiet zawierający rację żywnościową i zaczynała jeść. To z kolei często kończyło się rychłą defekacją, z którą Tekla musiała się uporać w najbardziej toporny sposób, za pomocą foliowej torebki i kolejnej partii wilgotnych chusteczek. Wszystko razem trafiało do śmieci, które przy wyjściu do pracy składała w Westibiulu, skąd odbierano je podczas jej zmiany. Na koniec wyłączała diodowy pasek - jedyne źródło światła w Łuku - i niekiedy przez jakiś czas wpatrywała się jeszcze w ekran tabletu, zanim nałożyła osłonkę na oczy i poszła spać.
Jedno okrążenie Ziemi zajmowało Izzy dziewięćdziesiąt dwie minuty. W tym czasie przebywała cały cykl dnia i nocy, tak że przez połowę czasu, który Tekla przesypiała, Dinah mogła wyjrzeć przez okno i zobaczyć ją, niemal nagą, unoszącą się w powietrzu w Łuku niczym płód w bańce płynu owodniowego.
Obserwowała ją tak mniej więcej przez tydzień i stwierdziła, że jest to niezmiernie zabawne. Przyprowadziła do warsztatu najpierw Ivy, a potem Rhysa, żeby pokazać im śpiącą Teklę. Rozmawiali o niej, przesyłali sobie nawzajem jej znalezione w Internecie zdjęcia.
- To mogłabym być ja, moja droga - powiedziała Dinah do Ivy. - Albo ty.
- Ona jest nami - przytaknęła Ivy. - Co najwyżej w innym stopniu.
- Myślisz, że nas też czeka taki koniec?
Ivy zastanowiła się nad tym pytaniem i pokręciła głową.
- Na dłuższą metę tak się nie da żyć.
- Czyli co, twoim zdaniem to misja samobójcza?
- Moim zdaniem to jak życie w obozie. Masz za oknem taki własny miniaturowy gułag.
- Myślisz, że Tekla ma kłopoty? - spytała Dinah.
- Wszyscy mamy kłopoty - przypomniała jej Ivy.
- No tak, zapomniałam.
- Nie zapominaj, że w gruncie rzeczy miała szczęście.
Przynajmniej wyrwała się z Ziemi.
- Nie wygląda na szczęśliwą. Nigdy nie widziałam człowieka, który by się tak izolował od świata. Czy ona się z kimś kontaktuje przez ten tablet? Czy tylko surfuje po sieci?
- Mogę zapytać Spencera, jeśli chcesz. Na pewno rejestruje cały ruch internetowy.
Dinah wiedziała, że to żart, ale odparła:
- Nie, nie ma potrzeby. Zostawmy jej tę odrobinę prywatności.
Rhys na widok Tekli zareagował podnieceniem. Zachował należytą dyskrecję, ale od chwili, gdy ją zobaczył, do momentu, gdy uprawiali z Dinah seks, upłynęło zaledwie pół godziny. Chociaż nigdy nie potrzebował długiego rozruchu. Dinah zresztą też nie. Od początku wiedziała, że to zrobią.
Poznawała to po tym, jak pachniał - przynajmniej wtedy, kiedy akurat nie wymiotował. W innym miejscu i czasie sam zapach by nie wystarczył, najpierw by randkowali albo coś w tym guście; pojawiłyby się komplikacje wynikłe z wcześniejszych związków, różnicy w stylu życia, różnych poglądów na zacieśnienie znajomości... Ale tutaj jakby zadziałał automat. I było fantastycznie.
A sądząc z internetowych doniesień z Ziemi, sytuacja taka była dość powszechna: może i rasa ludzka znalazła się na skraju zagłady, jej odejście miała jednak poprzedzić trwająca dwa lata orgia.
Nieco inaczej rzecz się miała z sypianiem ze sobą; Rhys nie miał nic przeciwko temu, ale logistycznie było to przedsięwzięcie dość skomplikowane. Astronauci sypiali zwykle w mocowanych do ścian lub podłogi śpiworach, dzięki którym podczas snu nie latali w przypadkowy sposób po całej stacji. Śpiwór mieścił jedną osobę. NASA nie produkowała na razie wersji dwuosobowych, toteż jeśli po wszystkim zachciało im się spać, musieli improwizować: przytulali się i owijali tym, co akurat wpadło im w ręce. Nigdy nie trwało to jednak dłużej niż parę minut, po których Rhys wracał do swoich zajęć, a Dinah, jeśli nadal czuła się senna, właziła do śpiwora, który trzymała na stałe w warsztacie; czasem, dręczona wyrzutami sumienia, zerkała jeszcze przez okno na nieszczęsną Teklę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki