7EW - Neal Stephenson

Kup ebooka

56.00 zł
47.60 zł (45,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Epoka Jednego Księżyca

Epoka Jed­nego Księ­życa

Księ­życ eks­plo­do­wał bez uprze­dze­nia i bez żad­nego widocz­nego powodu. Jeden dzień dzie­lił go od pełni. Była godzina 05:03:12 czasu UTC. W póź­niej­szym okre­sie chwilę tę przy­jęto nazy­wać A+0.0.0 lub po pro­stu "Dniem Zero".

Astro­nom-ama­tor z Utah był pierw­szym czło­wie­kiem na Ziemi, który zdał sobie sprawę, że dzieje się coś nie­zwy­kłego. Chwilę wcze­śniej dostrzegł plamę wykwi­ta­jącą w rejo­nie for­ma­cji Reiner Gamma, w pobliżu księ­ży­co­wego rów­nika. Przy­pusz­cza­jąc, że ma przed sobą obłok pyłu wznie­cony ude­rze­niem mete­orytu, wyjął tele­fon i zaczął wysy­łać donie­sie­nie o wyda­rze­niu na swo­jego bloga, poru­sza­jąc zesztyw­nia­łymi kciu­kami (znaj­do­wał się wysoko w górach, gdzie powie­trze było rów­nie przej­rzy­ste jak zimne) naj­szyb­ciej, jak potra­fił, żeby tylko zagwa­ran­to­wać sobie palmę pierw­szeń­stwa. Inni astro­no­mo­wie wkrótce zwrócą tele­skopy na tę samą chmurę pyłu - może nawet już to robili! - ale on, jeśli tylko będzie odpo­wied­nio szybko prze­bie­rał kciu­kami, pierw­szy zawia­domi świat o swoim odkry­ciu. Zdo­bę­dzie sławę. Jeżeli mete­oryt zosta­wił po sobie widoczny kra­ter, może nawet nazwą go na jego cześć.

Jego nazwi­sko zostało zapo­mniane. Prawdę mówiąc, domnie­many kra­ter prze­stał ist­nieć, zanim jesz­cze jego odkrywca zdą­żył na dobre wycią­gnąć tele­fon. Razem z nim prze­stał zresztą ist­nieć cały Księ­życ.

Kiedy astro­nom scho­wał tele­fon i znów przy­tknął oko do oku­laru, zaklął pod nosem, ponie­waż pole widze­nia wypeł­niła bru­natna plama; musiał nie­chcący trą­cić przy­rząd, układ optyczny roz­je­chał się i zgu­bił ostrość. Zaczął krę­cić pokrę­tłem ostro­ści. Nie poma­gało.

W końcu odsu­nął się od tele­skopu i gołym okiem spoj­rzał na miej­sce, w któ­rym powi­nien znaj­do­wać się Księ­życ. W tym momen­cie prze­stał być naukow­cem dys­po­nu­ją­cym wie­dzą zastrze­żoną dla wybra­nych i stał się jed­nym z milio­nów miesz­kań­ców obu Ame­ryk, któ­rzy z zasko­cze­niem i naboż­nym lękiem śle­dzili naj­bar­dziej nie­zwy­kły widok, jaki czło­wiek kie­dy­kol­wiek oglą­dał na nie­bie.

Kiedy w fil­mie pla­neta eks­plo­duje, zmie­nia się w ogni­stą kulę i po pro­stu prze­staje ist­nieć. Z Księ­ży­cem było ina­czej. Agent (bo tak ludzie nauczyli się nazy­wać tajem­ni­czy czyn­nik odpo­wie­dzialny za jego znisz­cze­nie) z całą pew­no­ścią wyzwo­lił ogromną ilość ener­gii, nie dość jed­nak dużą, żeby spo­pie­lić całą księ­ży­cową mate­rię.

Wedle naj­pow­szech­niej przy­ję­tej teo­rii zaob­ser­wo­wany przez astro­noma z Utah obło­czek pyłu był skut­kiem zde­rze­nia. Ina­czej mówiąc, pewien czyn­nik zewnętrzny (zwany z angiel­ska "Agen­tem") prze­bił powierzch­nię Księ­życa, wnik­nął głę­boko do jego wnę­trza, a następ­nie uwol­nił prze­no­szoną ener­gię - albo, co jest rów­nie praw­do­po­dobne, po pro­stu prze­bił się na wylot, wyzwa­la­jąc po dro­dze dosta­teczną ilość ener­gii, żeby dopro­wa­dzić do roz­padu pla­nety. Według innej hipo­tezy Agent - w cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych pogrze­bany we wnę­trzu Księ­życa przez obcych - był urzą­dze­niem zapro­gra­mo­wa­nym na deto­na­cję w chwili wystą­pie­nia okre­ślo­nych warun­ków.

Tak czy ina­czej, skutki były dwo­ja­kiej natury: po pierw­sze, Księ­życ roz­pękł się na sie­dem dużych odłam­ków i nie­zli­czone mro­wie mniej­szych; po dru­gie, odłamki te odsu­nęły się od sie­bie wystar­cza­jąco daleko, żeby dało się je postrze­gać jako odrębne obiekty (olbrzy­mie, chro­po­wate głazy), a zara­zem nie dość daleko, by to roz­pro­sze­nie postę­po­wało. Szczątki Księ­życa utwo­rzyły spę­tane siłą przy­cią­ga­nia sku­pi­sko gigan­tycz­nych gła­zów, które po cha­otycz­nie wykre­ślo­nych orbi­tach okrą­żały wspólny śro­dek cięż­ko­ści.

Ten punkt - nie­gdy­siej­szy śro­dek Księ­życa, teraz zaś wyłącz­nie abs­trak­cyjny punkt w prze­strzeni - na­dal krą­żył wokół Ziemi, dokład­nie tak samo, jak czy­nił to od miliar­dów lat. Od tej pory, ile­kroć miesz­kańcy Ziemi spo­glą­dali w nocne niebo, zamiast Księ­życa widzieli w jego miej­scu kon­ste­la­cję wolno kozioł­ku­ją­cych bia­łych zło­mów skal­nych.

Ści­śle rzecz bio­rąc, to wła­śnie zoba­czyli, gdy opadł kurz, bo przez pierw­sze kilka godzin zamiast Księ­życa widoczna była nieco więk­sza od niego chmura pyłu, która przed świ­tem poczer­wie­niała i na oczach zdu­mio­nego astro­noma-ama­tora zaszła za zachod­nim wid­no­krę­giem Utah. Azja przez całą noc mogła oglą­dać plamę w księ­ży­co­wym kolo­rze, w któ­rej pomału wyróż­niały się jaśniej­sze plamy, gdy dro­binki kurzu zaczęły gra­wi­to­wać ku naj­bliż­szym cięż­szym odłam­kom. Europa, a póź­niej także Ame­ryka mogły już roz­ko­szo­wać się wyraź­nym wido­kiem nowego stanu rze­czy: w miej­scu, w któ­rym powi­nien znaj­do­wać się Księ­życ, po nie­bie szy­bo­wało sie­dem olbrzy­mich gła­zów.

***

Zanim lumi­na­rze nauki, dowódcy woj­skowi i przy­wódcy poli­tyczni zaczęli uży­wać słowa "Agent" na okre­śle­nie tego cze­goś, co roze­rwało Księ­życ na kawałki, hasło to w umy­śle prze­cięt­nego członka opi­nii publicz­nej budziło sko­ja­rze­nia głów­nie na pozio­mie fil­mów klasy B - z "taj­nym agen­tem" lub "agen­tem FBI". Osob­nicy bar­dziej obyci z języ­kiem nauk ści­słych mogli uży­wać go rów­nież na okre­śle­nie nie­któ­rych sub­stan­cji che­micz­nych - na przy­kład "cle­aning agent", czyli "śro­dek czysz­czący". Tym­cza­sem naj­lep­sze przy­bli­że­nie zna­cze­nia, jakie słowo to miało już na zawsze przy­jąć, można zna­leźć w anglo­ję­zycz­nej nomen­kla­tu­rze szer­mier­czej. Kiedy na tre­ningu jeden z uczest­ni­ków prze­pro­wa­dza natar­cie, drugi zaś się przed nim broni, napast­nika nazywa się "agen­tem", bro­nią­cego zaś "patien­tem". Agent działa. Patient pozo­staje bierny. W tym kon­kret­nym przy­padku agent o nie­zna­nym cha­rak­te­rze oddzia­łał na Księ­życ. Księ­życ i zamiesz­ku­jąca pod­księ­ży­cowe kró­le­stwo ludz­kość stali się bier­nymi ofia­rami tego dzia­ła­nia. Być może za jakiś czas ludzie prze­bu­dzą się, sami zaczną dzia­łać i rów­nież staną się agen­tami - na razie jed­nak i przez wiele, wiele lat w przy­szło­ści mieli pozo­stać bier­nymi patien­tami.

Siedem sióstr

Sie­dem sióstr

Rufus MacQu­arie obser­wo­wał to wszystko na nie­bie ponad Górami Bro­oksa na pół­nocy Ala­ski. Miał tam kopal­nię. W pogodne noce wjeż­dżał pika­pem na szczyt tej samej góry, którą za dnia on i jego ludzie patro­szyli, wypa­ko­wy­wał przy­wie­ziony na skrzyni ładun­ko­wej tele­skop (dwu­na­sto­ca­lowy Cas­se­grain), roz­sta­wiał go na wierz­chołku i patrzył w gwiazdy. Kiedy robiło się nie­do­rzecz­nie zimno, cho­wał się w kabi­nie samo­chodu (nie gasił sil­nika) i tak długo przy­ty­kał dło­nie do wylo­tów dmu­chawy, aż odzy­ski­wał czu­cie w pal­cach. Potem zaś, cze­ka­jąc, aż roz­grzeje się także reszta jego ciała, zatrud­niał zmar­twych­wstałe palce do nawią­zy­wa­nia kon­tak­tów z przy­ja­ciółmi, rodziną i nie­zna­jo­mymi na całej Ziemi.

Oraz poza nią.

Kiedy Rufus doszedł w końcu do wnio­sku, że Księ­życ naprawdę eks­plo­do­wał, uru­cho­mił apli­ka­cję poda­jącą poło­że­nie roz­ma­itych ciał nie­bie­skich - tych natu­ral­nych i tych stwo­rzo­nych przez czło­wieka. Spraw­dził pozy­cję ISS, Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej: bujała się na nie­bo­skło­nie na wyso­ko­ści dwu­stu sześć­dzie­się­ciu mil, dwa tysiące mil na połu­dnie od miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wał.

Poło­żył sobie na kola­nie małe urzą­dze­nie, które samo­dziel­nie zmaj­stro­wał w swoim nie­wiel­kim warsz­ta­cie (skła­dało się z klu­cza tele­gra­ficz­nego, który - na oko - mógł mieć dobre sto pięć­dzie­siąt lat, zamon­to­wa­nego na wypro­fi­lo­wa­nej pla­sti­ko­wej płytce moco­wa­nej do kolana za pomocą haczyka i pętelki) i zaczął pośpiesz­nie wystu­ki­wać kropki i kre­ski. Przy­mo­co­wana do zde­rzaka długa i giętka antena wysy­łała je do gwiazd.

Dwa tysiące mil na połu­dnie od niego na wyso­ko­ści dwu­stu sześć­dzie­się­ciu mil kropki i kre­ski popły­nęły z tanich gło­śni­ków umo­co­wa­nych pla­sti­ko­wymi obej­mami do rury w cia­snym, pusz­ko­kształt­nym module sta­no­wią­cym część skła­dową Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej.

***

Na jed­nym końcu ISS tkwiła przy­twier­dzona do niej kar­to­flo­wata aste­ro­ida o nazwie Amal­thea. Gdyby - co było nie­zwy­kle mało praw­do­po­dobne - prze­trans­por­to­wać ją na Zie­mię i ostroż­nie poło­żyć na boisku do piłki noż­nej, się­gnę­łaby od jed­nego pola kar­nego do dru­giego i cał­ko­wi­cie przy­kryła koło środ­kowe. Krą­żyła wokół Słońca przez cztery i pół miliarda lat nie­wi­doczna gołym okiem ani przez tele­skop. Jej orbita była bar­dzo zbli­żona do ziem­skiej, co w uży­wa­nej przez astro­no­mów kla­sy­fi­ka­cji kwa­li­fi­ko­wało ją jako aste­ro­idę klasy Arjuna. Ze względu na bli­skość Ziemi Arjuny odzna­czały się wyso­kim praw­do­po­do­bień­stwem wej­ścia w ziem­ską atmos­ferę i spad­nię­cia w zamiesz­ka­nych rejo­nach globu, ale zara­zem sto­sun­kowo łatwo było je zna­leźć i prze­chwy­cić. Z tych też dwóch powo­dów - jed­nego złego, dru­giego dobrego - Arjuny sku­piały na sobie uwagę astro­no­mów.

Pięć lat wcze­śniej Amal­theę wypa­trzył rój uzbro­jo­nych w tele­skopy sate­li­tów wystrze­lo­nych na orbitę przez Arjuna Expe­di­tions - firmę z Seat­tle zało­żoną przez zespół inży­nie­rów-miliar­de­rów z myślą o pozy­ski­wa­niu z aste­roid surow­ców natu­ral­nych. Ponie­waż została roz­po­znana jako obiekt nie­bez­pieczny (praw­do­po­do­bień­stwo jej zde­rze­nia z Zie­mią w naj­bliż­szych stu latach okre­ślono na 0,01 pro­centa), wystrze­lono kolejny rój sate­li­tów z zada­niem pochwy­ce­nia jej w sieć i spro­wa­dze­nia na orbitę geo­syn­chro­niczną (od tej pory miała obie­gać nie Słońce, lecz Zie­mię), którą następ­nie stop­niowo dopa­so­wano do orbity ISS.

Przez ten czas pla­nowa roz­bu­dowa sta­cji postę­po­wała stale, choć nie­zbyt szybko. Na obu koń­cach ISS docze­piono nowe moduły: przy­słane rakie­tami dmu­chane kap­suły i meta­lowe puszki z powie­trzem. Na dzio­bie sta­cji (gdyby wyobra­zić ją sobie jako w przy­bli­że­niu pta­ko­kształtny obiekt lata­jący wokół Ziemi) zbu­do­wano dom dla Amal­thei i gór­ni­czego przy­czółka, który w przy­szło­ści miał wokół niej wyro­snąć. Na rufie dobu­do­wano tym­cza­sem torus - moduł miesz­kalny w kształ­cie pączka z dziurką, mie­rzący około czter­dzie­stu metrów śred­nicy i wiru­jący jak karu­zela, dzięki czemu w jego wnę­trzu pano­wała skromna namiastka cią­że­nia.

W któ­rymś momen­cie pod­czas tych roz­licz­nych ulep­szeń sta­ro­winkę prze­stano nazy­wać Mię­dzy­na­ro­dową Sta­cją Kosmiczną czy ISS i prze­chrzczono na "Izzy". Może za sprawą przy­padku, a może nie, prze­zwi­sko to zostało spo­pu­la­ry­zo­wane w okre­sie, gdy dwiema koń­ców­kami sta­cji zarzą­dzały kobiety: Dinah Macqu­arie (piąte dziecko i jedyna córka Rufusa) nad­zo­ro­wała wyda­rze­nia zacho­dzące w czę­ści dzio­bo­wej, a Ivy Xiao - głów­no­do­wo­dząca całej ISS - urzę­do­wała w toru­sie na "rufie".

Więk­szość czasu nie­prze­zna­czo­nego na sen Dinah spę­dzała na prze­dzie Izzy, w małym pomiesz­cze­niu robo­czym ("mój warsz­tat", mówiła o nim), skąd przez kwar­cowe okienko mogła pod­glą­dać Amal­theę ("moją dziew­czynę", jak ją nazy­wała). Amal­thea skła­dała się z niklu i żelaza: cięż­kie pier­wiastki naj­praw­do­po­dob­niej pogrą­żyły się w głębi pra­sta­rej roz­pa­lo­nej pla­nety, która następ­nie - dawno temu - ule­gła znisz­cze­niu w jakiejś pier­wot­nej kata­stro­fie kosmicz­nej (inne aste­ro­idy skła­dały się z lżej­szych sub­stan­cji). I tak jak z powodu swo­jej zie­mio­po­dob­nej orbity Amal­thea była zarówno poważ­nym zagro­że­niem, jak i obie­cu­jącą kan­dy­datką do eks­plo­ata­cji, tak i wysoka zawar­tość cięż­kich metali z jed­nej strony dia­bel­nie utrud­niała manew­ro­wa­nie nią w Ukła­dzie Sło­necz­nym, z dru­giej zaś czy­niła z niej wdzięczny obiekt badań.

Nie­które aste­ro­idy skła­dały się głów­nie z wody, którą można było pozy­skać do spo­ży­cia przez ludzi lub roz­bić na tlen i wodór wyko­rzy­sty­wane następ­nie jako paliwo rakie­towe. Inne obfi­to­wały w cenne kruszce, które po wydo­by­ciu i prze­trans­por­to­wa­niu na Zie­mię tra­fiały do sprze­daży. Wyto­pione z Amal­thei nikiel i żelazo mogły zostać użyte do budowy orbi­tal­nych kap­suł miesz­kal­nych. Jed­nakże tego rodzaju przed­się­wzię­cie zakro­jone na skalę więk­szą niż skromny pilo­taż wyma­ga­łoby opra­co­wa­nia zupeł­nie nowej tech­no­lo­gii. Zatrud­nie­nie gór­ni­ków nie wcho­dziło w grę: wysła­nie ich na orbitę, a następ­nie utrzy­ma­nie tam przy życiu byłoby zbyt kosz­towne. Oczy­wi­stym roz­wią­za­niem było więc uży­cie robo­tów. Dinah została skie­ro­wana na Izzy, żeby przy­go­to­wać grunt pod budowę labo­ra­to­rium robo­tyki, które doce­lowo miało zatrud­niać sze­ścioro pra­cow­ni­ków. Waszyng­toń­skie wojenki budże­towe zre­du­ko­wały jego per­so­nel do jed­nej osoby.

Co zresztą bar­dzo Dinah odpo­wia­dało. Dora­stała w suro­wych oko­li­cach, prze­pro­wa­dza­jąc się wraz z ojcem (Rufu­sem), matką (Cathe­rine) i czwórką braci do odlud­nych kopalni w takich miej­scach jak ala­skań­skie Góry Bro­oksa, pusty­nia Karoo w Afryce Połu­dnio­wej czy Pil­bara w zachod­niej Austra­lii. Jej akcent do dziś zdra­dzał ślady tej wędrówki. Zamiast cho­dzić do szkół, uczyła się w domu pod kie­run­kiem rodzi­ców oraz licz­nych spro­wa­dza­nych do niej nauczy­cieli, z któ­rych żaden nie zagrzał miej­sca dłu­żej niż rok. Cathe­rine nauczyła ją sub­tel­no­ści gry na for­te­pia­nie i arty­stycz­nego skła­da­nia ser­we­tek, Rufus zaś mate­ma­tyki, histo­rii woj­sko­wo­ści, alfa­betu Morse'a, lata­nia samo­lo­tem w dzi­czy oraz wysa­dza­nia róż­nych rze­czy w powie­trze - a wszystko to, zanim skoń­czyła dwa­na­ście lat, kiedy to rodzina prze­gło­so­wała przy obie­dzie, że Dinah jest zbyt bystra i nie­sforna, żeby mar­no­wać się w kolej­nych osa­dach gór­ni­czych. A ponie­waż cał­kiem nie­źle im się powo­dziło (z czego wcze­śniej nie zda­wała sobie sprawy), mogli sobie pozwo­lić na wysła­nie jej do szkoły z inter­na­tem na wschod­nim wybrzeżu Sta­nów.

W szkole oka­zało się, że świet­nie gra w piłkę nożną, i prze­kuła ten talent w sty­pen­dium spor­towe na Uni­ver­sity of Pen­n­sy­lva­nia. Kiedy na dru­gim roku zerwa­nie wię­za­dła krzy­żo­wego w pra­wym kola­nie zmu­siło ją do porzu­ce­nia marzeń o poważ­nej karie­rze spor­towej, na serio zain­te­re­so­wała się geo­lo­gią. Ta nowa pasja, gór­ni­cza prze­szłość oraz trzy­letni zwią­zek z chło­pa­kiem uwiel­bia­ją­cym kon­stru­ować roboty uczy­niły z niej ide­alną kan­dy­datkę na sta­no­wi­sko, które obec­nie pia­sto­wała. W ści­słej współ­pracy z pozo­sta­wio­nymi na terra firma mania­kami robo­tyki (naukow­cami z uni­wer­sy­tetu, wol­nymi strzel­cami ze spo­łecz­no­ści haker­skiej oraz per­so­ne­lem Arjuna Expe­di­tions) pro­gra­mo­wała, testo­wała i oce­niała praw­dziwą robo­cią mena­że­rię, któ­rej naj­mniejsi przed­sta­wi­ciele mieli roz­miary kara­lu­cha, naj­więksi zaś coc­ker spa­niela, a wszy­scy zostali przy­sto­so­wani do peł­za­nia po powierzchni Amal­thei, ana­li­zo­wa­nia jej składu che­micz­nego, wyci­na­nia jej skraw­ków i prze­no­sze­nia ich do pieca hut­ni­czego, który - podob­nie jak wszystko inne w tym miej­scu - został zapro­jek­to­wany spe­cjal­nie z myślą o funk­cjo­no­wa­niu w kosmo­sie. Wycho­dzące z niego meta­lowe wlewki z tru­dem spraw­dzały się w roli przy­ci­sków do papieru, były jed­nak pierw­szymi pół­fa­bry­ka­tami hut­ni­czymi uzy­ska­nymi na orbi­cie, w związku z czym przy­ci­skały nie­zwy­kle ważne papiery na biur­kach miliar­de­rów w całej Doli­nie Krze­mo­wej. Były o wiele cen­niej­sze jako pre­tekst do kon­wer­sa­cji oraz sym­bol sta­tusu niż jako praw­dziwy towar.

Rufus - zatwar­działy radio­ama­tor sta­rej daty, który wciąż poro­zu­mie­wał się alfa­be­tem Morse'a z kur­czącą się gro­madką przy­ja­ciół na całym świe­cie - zwró­cił uwagę, że komu­ni­ka­cja radiowa pomię­dzy Zie­mią i Izzy jest w grun­cie rze­czy bar­dzo pro­sta: miał cel w zasięgu wzroku (przy­naj­mniej wów­czas, gdy Izzy prze­la­ty­wała mu nad głową), a dzie­ląca ich odle­głość była wedle radio­ama­torskich stan­dar­dów niczym. Zmon­to­wa­nie pro­stego apa­ratu nadaw­czo-odbior­czego na pod­sta­wie wska­zó­wek taty nie sta­no­wiło pro­blemu dla Dinah, stale obra­ca­ją­cej się wśród lutow­nic i elek­tro­nicz­nych sto­łów warsz­ta­to­wych - przy­pięty pla­sti­ko­wymi obej­mami do ściany zwie­szał się nad jej sta­no­wi­skiem pracy i syczał bia­łym szu­mem, który na co dzień ginął w dono­śnym ryku sys­temu wen­ty­la­cyj­nego. Cza­sem jed­nak odbior­nik popi­ski­wał.

Czło­wiek, który kilka minut po roz­pad­nię­ciu się Księ­życa wyszedłby z Izzy w prze­strzeń kosmiczną po stro­nie Dinah, zoba­czyłby przede wszyst­kim Amal­theę: ogromną poskrę­caną bryłę metalu, w nie­któ­rych miej­scach wciąż przy­ku­rzoną kosmicz­nym dro­bia­zgiem, który na prze­strzeni tysiąc­leci dostał się w zasięg jej skrom­niut­kiego pola gra­wi­ta­cyj­nego, w innych oczysz­czoną i błysz­czącą. Na jej powierzchni uwi­jały się dzie­siątki robo­ci­ków nale­żą­cych do czte­rech odręb­nych "gatun­ków": jeden przy­po­mi­nał węża, drugi poru­szał się bokiem jak krab, trzeci wyglą­dał jak kopuła geo­de­zyjna, a czwarty jak rój owa­dów. Wszyst­kie rzu­cały na Amal­theę odro­binę świa­tła, a to dzięki nie­bie­skim i bia­łym dio­dom świe­cą­cym, które pozwa­lały Dinah śle­dzić ich ruch; lase­rom, któ­rymi ska­no­wały powierzch­nię; oraz ośle­pia­ją­cym fio­le­to­wym łukom pla­zmo­wym, któ­rymi od czasu do czasu wrzy­nały się w głąb aste­ro­idy. Izzy znaj­do­wała się aku­rat w cie­niu Ziemi, po noc­nej stro­nie pla­nety, toteż poza tymi punk­ci­kami bla­sku jedy­nym źró­dłem ilu­mi­na­cji Amal­thei był snop świa­tła z kwar­co­wego okienka przy sta­no­wi­sku pracy Dinah.

Jej głowa z krótko przy­ciętą strze­chą blond wło­sów led­wie mie­ściła się w ilu­mi­na­to­rze. Dinah ni­gdy nie przy­wią­zy­wała wiel­kiej wagi do swo­jego wyglądu. W osie­dlu gór­ni­czym bra­cia zawsze się z niej śmiali, gdy eks­pe­ry­men­to­wała z ciu­chami i kosme­ty­kami. Kiedy w szkol­nej księ­dze pamiąt­ko­wej nazwano ją "chłop­czycą", potrak­to­wała to jak strzał ostrze­gaw­czy i prze­szła w fazę bar­dziej dziew­częcą, która w spo­sób natu­ralny prze­cią­gnęła się przez okres nasto­letni aż do wieku lat dwu­dzie­stu paru, gdy Dinah zaczęła się z kolei mar­twić tym, by inni inży­nie­ro­wie trak­to­wali ją poważ­nie. Dostaw­szy się na Izzy, auto­ma­tycz­nie tra­fiła do Inter­netu - zarówno za sprawą wywia­dów (sta­ran­nie reży­se­ro­wa­nych przez dział public rela­tions w NASA), jak i fotek robio­nych ukrad­kiem przez innych astro­nau­tów. Dłu­gie włosy, które w sta­nie nie­waż­ko­ści uno­siły się puszy­stą chmurą wokół jej głowy, w końcu jej się znu­dziły, więc po kilku tygo­dniach upy­cha­nia ich pod cza­pecz­kami bejs­bo­lo­wymi doszła do wnio­sku, że naj­lep­sza będzie krótka fry­zura. Nowe ucze­sa­nie wywo­łało całe tera­bajty inter­ne­to­wych komen­ta­rzy ze strony męż­czyzn (a także nie­licz­nych kobiet), któ­rzy naj­wy­raź­niej cier­pieli na nad­miar wol­nego czasu.

Podob­nie jak zazwy­czaj, teraz także sie­działa przed moni­to­rem, na któ­rym linie kodu kom­pu­te­ro­wego opi­sy­wały zacho­wa­nie jej robo­tów. Prze­ciętny pro­gra­mi­sta musi napi­sać kod, skom­pi­lo­wać go, a następ­nie uru­cho­mić, żeby się prze­ko­nać, czy pro­gram speł­nia zało­że­nia. Dinah pisała kod, trans­mi­to­wała go bez­po­śred­nio do robo­tów krzą­ta­ją­cych się po powierzchni Amal­thei i wyglą­dała przez okno, żeby spraw­dzić, czy wszystko działa, jak należy. Naj­wię­cej uwagi poświę­cała tym pra­cu­ją­cym naj­bli­żej okna, przez co wykształ­cił się swo­isty mecha­nizm doboru natu­ral­nego: robo­ciki sku­pia­jące się pod czuj­nym błę­kit­no­okim spoj­rze­niem matki sta­wały się coraz mądrzej­sze, tym zaś, które błą­kały się samo­pas po ciem­nej stro­nie aste­ro­idy, inte­li­gen­cji nie przy­by­wało.

Tak czy ina­czej, Dinah od paru godzin poświę­cała uwagę albo moni­to­rowi kom­pu­tera, albo samym robo­tom - do chwili gdy z zawie­szo­nego na ścia­nie odbior­nika dobie­gła seria popi­ski­wań, bo wtedy na chwilę się zde­kon­cen­tro­wała i zapa­trzyła w dal, a jej mózg auto­ma­tycz­nie prze­ło­żył kropki i kre­ski na litery i cyfry: sygnał wywo­ław­czy ojca.

- Nie teraz, tatku - mruk­nęła.

Tar­gnęły nią wyrzuty sumie­nia, gdy zer­k­nęła na otrzy­many od taty dębowo-mosiężny klucz tele­gra­ficzny - kupiony za duże pie­nią­dze wik­to­riań­ski zaby­tek, o który Rufus sto­czył na eBayu zaciętą walkę z armią deko­ra­to­rów wnętrz i kusto­szów muzeów tech­niki.

spójrz na księ­życ

- Nie teraz, tatku. Wiem, że Księ­życ jest bar­dzo ładny, ale w tej chwili debu­guję metodę...

a wła­ści­wie to co z niego zostało

- Że co?

Dinah przy­sta­wiła twarz do okna i wykrę­ciła szyję w poszu­ki­wa­niu Księ­życa. Zoba­czyła, co z niego zostało. I wszech­świat się zmie­nił.

***

Nazy­wał się dok­tor Dubois Jerome Xavier Har­ris. Fran­cu­skie pierw­sze imię zawdzię­czał swoim luizjań­skim przod­kom ze strony matki. Har­risowie byli czar­nymi z Kanady, któ­rych przod­ko­wie przy­byli do Toronto w cza­sach nie­wol­nic­twa. Jerome i Xavier to z kolei imiona świę­tych - na wszelki wypa­dek dostał aż dwóch patro­nów, nie jed­nego. Rodzina osie­dliła się po obu stro­nach gra­nicy w rejo­nie Detroit-Wind­sor. W szkole - co było do prze­wi­dze­nia - doro­bił się prze­zwi­ska Doob; byli jesz­cze wtedy za mło­dzi, żeby wie­dzieć, że "doobie" to slan­gowe okre­śle­nie skręta z mari­hu­aną. Ostat­nio zna­ko­mita więk­szość ludzi nazy­wała go "Doc Dubois", a to za sprawą jego czę­stych wystę­pów w tele­wi­zji, gdzie tak wła­śnie zwra­cali się do niego gospo­da­rze talk-show i dzien­ni­ka­rze pro­wa­dzący z nim wywiady. Jego zada­nie w tele­wi­zji pole­gało na tłu­ma­cze­niu zwy­kłym widzom zagad­nień z zakresu nauk ści­słych; peł­nił dzięki temu rolę pio­ru­no­chronu dla ludzi, któ­rzy nie potra­fili się pogo­dzić z impli­ka­cjami nauki odno­śnie do ich świa­to­po­glądu i spo­sobu życia i wyka­zy­wali abso­lut­nie kre­tyń­ską pomy­sło­wość w wynaj­dy­wa­niu spo­so­bów na zaprze­cza­nie fak­tom.

W śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim na przy­kład, kiedy pro­wa­dził sym­po­zja astro­no­miczne i pisał arty­kuły do prasy nauko­wej, był - natu­ral­nie - dok­to­rem Har­ri­sem.

Kiedy Księ­życ eks­plo­do­wał, Har­ris uczest­ni­czył w przy­ję­ciu połą­czo­nym ze zbiórką pie­nię­dzy urzą­dzo­nym na dzie­dzińcu Cal­tech Athe­na­eum. Na początku wie­czoru Księ­życ był zaja­dle zim­nym krę­giem sino­bia­łego świa­tła wscho­dzą­cym nad Chino Hills. Laik pomy­ślałby, że to dobra noc na obser­wa­cje astro­no­miczne (przy­naj­mniej jak na połu­dniową Kali­for­nię), ale dok­tor Har­ris okiem pro­fe­sjo­na­li­sty dostrzegł deli­katną nie­ostrość zarysu księ­ży­co­wej tar­czy i już wie­dział, że wyce­lo­wa­nie w nią tele­skopu nie mia­łoby sensu - w każ­dym razie nie w celach nauko­wych, bo prze­cież efekt pro­pa­gan­dowy i popu­la­ry­za­tor­ski to zupeł­nie co innego. Zda­rzało mu się cza­sem wystę­po­wać bar­dziej w duchu Doca Dubois i orga­ni­zo­wać gwiezdne zloty, na któ­rych astro­no­mo­wie-ama­to­rzy roz­sta­wiali tele­skopy w Eaton Canyon Park, żeby pod­glą­dać miłe oku prze­cięt­nego widza obiekty: Księ­życ, pier­ście­nie Saturna czy księ­życe Jowi­sza. Ta noc dosko­nale nada­wa­łaby się na taką wła­śnie imprezę.

On jed­nak chwi­lowo miał inne zaję­cie: popi­jał dobre czer­wone wino w towa­rzy­stwie zamoż­nych ludzi, głów­nie lumi­na­rzy świata nowo­cze­snych tech­no­lo­gii, i wcie­lał się w rolę Doca Dubois, dobro­dusz­nego popu­la­ry­za­tora nauki, gwiazdy tele­wi­zji i Twit­tera, na któ­rym miał cztery miliony wiel­bi­cieli. Umiał oce­nić swoją publicz­ność. Wie­dział, że inży­nie­ro­wie, któ­rzy do swo­ich miliar­dów doszli ciężką samo­dzielną pracą, lubią się spie­rać; że ary­sto­kra­cja z Pasa­deny tego nie lubi; oraz że żony przed­sta­wi­cieli kali­for­nij­skiej socjety lubią słu­chać wykła­dów, o ile wykłady te są krót­kie i zabawne. Zda­wał sobie rów­nież sprawę, że ma tych ludzi ocza­ro­wać, nic wię­cej, po to tylko, by póź­niej prze­ka­zać ich w ręce zawo­do­wych kwe­sta­rzy.

Wra­cał wła­śnie do baru po kolejny kie­li­szek pinot noir - stu­pro­cen­towy Doc Dubois, pokle­pu­jący ludzi po ple­cach, przy­bi­ja­jący żół­wiki i pro­mie­nie­jący sze­ro­kim uśmie­chem - gdy wtem jed­nemu z gości wyraź­nie zaparło dech w piersi. Wszy­scy zwró­cili się ku niemu; Doob oba­wiał się nawet, że nie­szczę­śnik padł ofiarą jakiejś zbłą­ka­nej kuli lub podob­nego nie­szczę­ścia: stał cał­ko­wi­cie nie­ru­chomo, spa­ra­li­żo­wany w pół kroku, z zadartą głową. Jakaś kobieta spoj­rzała tam, gdzie on, i zaczęła krzy­czeć.

Doob stał się wów­czas jed­nym z zapewne kilku milio­nów ludzi na ciem­nej stro­nie naszego globu, któ­rych widok nieba wpra­wił we wstrząs tak głę­boki, że ośrodki w ich mózgach odpo­wie­dzialne za funk­cje wyż­sze, takie jak mówie­nie, ule­gły wyłą­cze­niu. Pierw­szym, co przy­szło mu do głowy (znaj­do­wali się prze­cież na przed­mie­ściach Los Ange­les), było to, że ma przed sobą czarny ekran pro­jek­cyjny, roz­po­starty (dys­kret­nie i pota­jem­nie) nad sąsied­nią posia­dło­ścią, na któ­rym ogląda wyświe­tlane z ukry­tego rzut­nika hol­ly­wo­odz­kie efekty spe­cjalne. Nikt go wpraw­dzie nie uprze­dził, że szy­kuje się tego rodzaju pokaz, ale prze­cież mógł to być jakiś nie­wia­ry­god­nie udziw­niony pomysł na zbie­ra­nie fun­du­szy. Albo ele­ment jakiejś pro­duk­cji fil­mo­wej.

Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wo­łały go elek­tro­niczne melo­dyjki dobie­ga­jące z mnó­stwa tele­fo­nów - w tym także jego wła­snego. Poro­dowy krzyk nowej ery.

***

Ivy Xiao, głów­no­do­wo­dząca Izzy, pra­wie nie opusz­czała torusa na rufie - po czę­ści dla­tego, że tam wła­śnie mie­ściło się jej biuro, po czę­ści zaś dla­tego, że była bar­dziej podatna na cho­robę kosmiczną, niżby chciała przy­znać. To fizyczne roz­dzie­le­nie - Ivy w toru­sie, a Dinah na dzio­bie, bli­sko Amal­thei - zda­niem wielu ludzi w spo­sób sym­bo­liczny odwzo­ro­wy­wało dzie­lącą je róż­nicę, która w rze­czy­wi­sto­ści wcale nie ist­niała. Ow­szem, kon­tra­stów nie bra­ko­wało - poczy­na­jąc cho­ciażby od wyglądu: Ivy była o cztery cale wyż­sza, zbu­do­wana jak siat­karka i miała dłu­gie, czarne włosy, okieł­zny­wane poprzez zaple­ce­nie ich w war­kocz, któ­rego koń­cówkę wci­skała następ­nie pod koł­nierz kom­bi­ne­zonu. Pocho­dziła z Los Ange­les, była jedy­naczką i miała nie­zwy­kle ner­wo­wych rodzi­ców. Dzięki zna­ko­mi­tym wyni­kom egza­mi­nów, udzia­łowi w pik­ni­kach nauko­wych i świet­nej grze w siat­kówkę dostała się do Aka­de­mii Mary­narki Wojen­nej w Anna­po­lis, po czym zro­biła jesz­cze dok­to­rat z fizyki sto­so­wa­nej w Prin­ce­ton, zanim woj­sko upo­mniało się o obo­wiąz­kowe lata służby, któ­rymi miała odpła­cić za swoją edu­ka­cję. Zgłę­biw­szy taj­niki pilo­tażu śmi­głow­ców, więk­szość czasu poświę­ciła pro­gra­mowi szko­le­nia astro­nau­tów, w któ­rym zresztą szybko awan­so­wała. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści astro­nau­tów - naukow­ców i inży­nie­rów spe­cja­li­zu­ją­cych się w wąskich dzie­dzi­nach wie­dzy, wyko­nu­ją­cych na orbi­cie ści­śle zapla­no­wane bada­nia - Ivy, ze swoją lot­ni­czą prze­szło­ścią, peł­niła także rolę pilota, umiała bowiem kie­ro­wać rakie­tami. Czasy pro­mów kosmicz­nych dawno minęły i nikt już nie musiał spro­wa­dzać waha­dłow­ców na zie­mię, ale w manew­ro­wa­niu stat­kami kosmicz­nymi na orbi­cie i cumo­wa­niu ich do sta­cji ide­al­nie spraw­dzał się czło­wiek łączący moto­rykę pilota heli­kop­tera ze ści­słym umy­słem fizyka.

Kwa­li­fi­ka­cje miała więc Ivy impo­nu­jące, wręcz odpy­cha­jące dla ludzi, któ­rym takie rze­czy impo­nują. Dinah one nie impo­no­wały, pozo­sta­wała na nie obo­jętna, a jej swo­bodny spo­sób bycia w kon­tak­tach z Ivy bywał przez postron­nych obser­wa­to­rów inter­pre­to­wany jako prze­jaw braku sza­cunku. Dra­ma­tyczny wize­ru­nek dwóch bar­dzo róż­nych od sie­bie kobiet trwa­ją­cych w per­ma­nent­nym spo­rze sprze­da­wał się znacz­nie lepiej niż prawda. Dinah i Ivy nie mogły się nadzi­wić wysił­kom per­so­nelu Izzy i pra­cow­ni­ków naziem­nego ośrodka kon­troli lotów zmie­rza­ją­cym do zasy­pa­nia dzie­lą­cej je nie­ist­nie­ją­cej prze­pa­ści - albo, co było znacz­nie mniej zabawne, do wyko­rzy­sta­nia ich rze­ko­mego kon­fliktu w iście bizan­tyj­skich intry­gach poli­tycz­nych.

Cztery godziny po eks­plo­zji Księ­życa Dinah, Ivy i pozo­sta­łych dzie­się­cioro człon­ków załogi Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej spo­tkali się w Bana­nie, jak nazy­wano naj­dłuż­szy nie­prze­rwany odci­nek wiru­ją­cego torusa, poszat­ko­wa­nego poza tym na kawałki dosta­tecz­nie krót­kie, żeby mózg był w sta­nie prze­ko­nać oko, że pod­łoga jest pła­ska, a siła gra­wi­ta­cji zwró­cona tylko w jed­nym kie­runku. Banan - zaj­mu­jący około pięć­dzie­się­ciu stopni na łuku okręgu - był jed­nak na tyle długi, że pod­łoga w oczy­wi­sty spo­sób się zakrzy­wiała i "gra­wi­ta­cja" przy jed­nym jego końcu miała kie­ru­nek wyraź­nie inny niż przy dru­gim. Zain­sta­lo­wany w Bana­nie długi stół kon­fe­ren­cyjny rów­nież był sto­sow­nie zakrzy­wiony i ludzie zasia­da­jący na jed­nym jego końcu postrze­gali drugi jako znaj­du­jący się "wyżej", mimo że kiedy prze­miesz­czali się w jego stronę, nie mieli wra­że­nia, że brną pod górę. Nowi­cju­sze zwy­kle spo­dzie­wali się, że przed­miot poło­żony w dowol­nym miej­scu na stole powi­nien stur­lać się lub zsu­nąć wprost do nich.

Ściany miały odcień jasno­żółty. Tra­dy­cyjna bate­ria szwan­ku­ją­cego sprzętu audio­wi­zu­al­nego miała prze­ka­zy­wać na żywo obraz i dźwięk z Ziemi, teo­re­tycz­nie umoż­li­wia­jąc pro­wa­dze­nie tele­kon­fe­ren­cji z Houston, Baj­ko­nu­rem i Waszyng­to­nem.

Kiedy o godzi­nie A+0.0.4 (zero lat, zero dni i cztery godziny od chwili, gdy Agent oddzia­łał na Księ­życ) roz­po­częło się spo­tka­nie, nic nie dzia­łało, więc załoga Izzy miała parę minut, żeby poroz­ma­wiać we wła­snym gro­nie. Przez ten czas Frank Casper i Jibran Haroun posztur­chi­wali wtyczki, wkle­py­wali pole­ce­nia do kom­pu­te­rów i rese­to­wali wszyst­kie urzą­dze­nia. Frank i Jibran - obaj ze sto­sun­kowo nie­dłu­gim sta­żem na sta­cji - nie­opatrz­nie dali się poznać jako spe­cja­li­ści od tele­ko­mu­ni­ka­cji, toteż tego rodzaju robota zawsze już spa­dała na ich barki; nie mieli zresztą nic prze­ciwko temu, bo lepiej radzili sobie z apa­ra­turą niż z poga­dusz­kami.

"Pier­wotna oso­bli­wość" - tak brzmiały pierw­sze słowa, jakie wychwy­ciła Dinah, kiedy wpły­nęła do pomiesz­cze­nia. Cią­że­nie w Bana­nie było dzie­się­cio­krot­nie niż­sze od ziem­skiego, toteż okre­śle­nie "weszła" nie odda­wa­łoby nale­ży­cie natury jej ruchu: w toru­sie ludzie poru­szali się dłu­gimi sko­kami, łączą­cymi zwy­kły marsz z pró­bami szy­bo­wa­nia.

Słowa te wypo­wie­dział Kon­rad Barth, astro­nom z Nie­miec. Reak­cja pozo­sta­łych dowo­dziła nie­dwu­znacz­nie, że spo­śród wszyst­kich obec­nych w Bana­nie osób tylko sie­dząca dokład­nie naprze­ciwko Kon­rada Ivy ma jakie takie poję­cie, o czym mowa.

- To zna­czy? - spy­tała Dinah, wcho­dząc w przy­pi­saną jej rolę.

Pozo­stali albo trak­to­wali Ivy z czo­ło­bit­nym sza­cun­kiem, albo bali się zdra­dzić ze swoją nie­wie­dzą: tak czy ina­czej, nie zada­wali pytań.

- Mała czarna dziura.

- Co w niej "pier­wot­nego"?

- Prze­ciętna czarna dziura jest skut­kiem zapad­nię­cia się gwiazdy - odparła Ivy. - Ist­nieje jed­nak teo­ria, według któ­rej nie­które czarne dziury powstały nie­długo po Wiel­kim Wybu­chu. Wszech­świat był wtedy gru­zło­waty i nie­które z tych gru­złów mogły mieć dosta­tecz­nie dużą gęstość, żeby nastą­pił kolaps gra­wi­ta­cyjny. W ten spo­sób powsta­łyby czarne dziury o wiele mniej­sze i lżej­sze od tych two­rzą­cych się w miej­scu zapad­nię­tych gwiazd.

- Jak małe?

- Wydaje mi się, że nie ma dol­nego ogra­ni­cze­nia ich roz­mia­rów. Istotne jest jed­nak co innego: taka czarna dziura mogłaby nie­po­strze­że­nie prze­le­cieć pół wszech­świata i prze­bić pla­netę na wylot. Kie­dyś poja­wiła się nawet teo­ria, że mete­oryt tun­gu­ski był w rze­czy­wi­sto­ści taką czarną dziurą. Teo­ria ta z cza­sem została oba­lona.

Dinah znała tę histo­rię, ponie­waż ojciec lubił o tym opo­wia­dać: przed stu laty gigan­tyczna eks­plo­zja na sybe­ryj­skim pust­ko­wiu powa­liła miliony drzew.

- To było coś dużego, ale mimo to nie aż tak dużego, żeby roz­sa­dzić Księ­życ - zauwa­żyła.

- Do roz­bi­cia Księ­życa potrzebna byłaby więk­sza - zgo­dziła się Ivy. - I szyb­sza. Zresztą to tylko hipo­teza.

- I co dalej? Czarna dziura znik­nęła?

- Dawno jej tu nie ma. Prze­le­ciała jak kula pisto­le­towa przez jabłko.

Fakt, że tak rze­czowo roz­pra­wiają o tak nie­zwy­kłym wyda­rze­niu, wydał się Dinah dosyć nie­zwy­kły, nie było jed­nak innego spo­sobu. Emo­cje były bez­radne wobec zda­rze­nia w takiej skali. Poza tym na razie mieli do czy­nie­nia tylko z efek­tem wizu­al­nym, jakby oglą­dali film z wyłą­czo­nym dźwię­kiem.

- Czy to będzie miało wpływ na przy­pływy i odpływy mórz? - zain­te­re­so­wała się Lina Fer­re­ira. U bio­loga mor­skiego zain­te­re­so­wa­nie przy­pły­wami było czymś zupeł­nie zro­zu­mia­łym. - Skoro są wywo­ły­wane przez przy­cią­ga­nie Księ­życa...

- Słońca też. - Ivy uśmiech­nęła się i ski­nęła lekko głową. Wła­śnie dla­tego to ona kie­ro­wała Izzy, a nie Dinah: nie wahała się wytknąć błędu bio­lo­gowi mor­skiemu w obec­no­ści dzie­siątki świad­ków, a przy tym potra­fiła to zro­bić w spo­sób zgoła bez­bo­le­sny. - Odpo­wiedź brzmi: zapewne tak, lecz wpływ ten będzie zaska­ku­jąco zni­komy. Masa Księ­życa nie znik­nęła, znaj­duje się nie­mal w tym samym punk­cie co zawsze, co naj­wy­żej nieco bar­dziej roz­pro­szona... Odłamki mają ten sam wspólny śro­dek cięż­ko­ści, któ­rego orbita rów­nież pozo­staje nie­zmie­niona. Dla­tego tablice przy­pły­wów i odpły­wów nie prze­staną być uży­teczne.

Dinah nie dała nic po sobie poznać, ale podo­bał jej się spo­sób, w jaki Ivy wypo­wia­dała się na tematy naukowe - z zachwy­tem, jaki mógłby cecho­wać małą pasjo­natkę, nawet teraz, pomimo nad­zwy­czaj nie­po­ko­ją­cego tematu roz­mowy. To dla­tego Ivy zawsze chęt­nie udzie­lała wywia­dów, pod­czas gdy Dinah trzeba było nie­mal siłą wywle­kać z jej robo­ciej kan­ciapy, a potem raz za razem upo­mi­nać, żeby się uśmie­chała. Klu­czowy był ton głosu: kiedy Ivy wyda­wała roz­kazy albo pre­zen­to­wała slajdy w Power­Po­in­cie, szat­ko­wała zda­nia po woj­sko­wemu; kiedy zaś zaczy­nała mówić o nauce, entu­zjazm roz­świe­tlał jej twarz, a głos przy­bie­rał lekko śpiewną, jakby man­da­ryń­ską nutę.

- Skąd tyle wiesz na ten temat? - spy­tała Dinah, ścią­ga­jąc na sie­bie zanie­po­ko­jone lub nie­przy­chylne spoj­rze­nia: jej obce­so­wość wobec sze­fo­wej nie wszyst­kim przy­pa­dła do gustu. - Ile czasu minęło? Cztery godziny?

- Jak się zapewne domy­ślasz, w sieci wprost roi się od komen­ta­rzy - wyja­śniła Ivy. - Jest w tym całym zamę­cie także kilka zor­ga­ni­zo­wa­nych na chyb­cika forów dys­ku­syj­nych.

Na moni­to­rze zawie­szo­nym nad jed­nym koń­cem stołu wyświe­tliło się jed­no­li­cie nie­bie­skie tło, któ­rego miej­sce po chwili zajęło logo NASA.

- W porządku - mruk­nął Jibran i bokiem prze­fru­nął na krze­sło. - Jest.

I nagle zoba­czyli zna­jome wnę­trze gma­chu Kon­troli Lotów ISS w Cen­trum Kosmicz­nym im. John­sona w Houston. Kie­row­nik misji sie­dział przed kamerą i gła­skał swo­jego iPada; chyba się nie zorien­to­wał, że kamera już działa. Chwilę póź­niej gdzieś spoza kadru dobiegł odgłos otwie­ra­nia drzwi i KM, były woj­skowy, odru­chowo wstał i wycią­gnął rękę do kobiety, która weszła w kadr z pra­wej strony. Była nią zastęp­czyni dyrek­tora NASA Aure­lia Mac­key, numer dwa w agen­cyj­nej hie­rar­chii, rzadko uczest­ni­cząca w takich spo­tka­niach. Eme­ry­to­wana astro­nautka więk­szość czasu spę­dzała w Waszyng­to­nie i teraz wystę­po­wała w sto­sow­nym do tego faktu biz­ne­so­wym kostiu­mie.

- Mamy połą­cze­nie? - spy­tała kogoś poza kadrem.

- Tak - odpo­wie­dział z Banana chór kil­korga gło­sów.

Aure­lia tro­chę się zdzi­wiła, co dało się poznać nawet pomimo faktu, że oboje z KM od samego początku byli nieco oszo­ło­mieni.

- Jak samo­po­czu­cie? - spy­tała abso­lut­nie bez­na­mięt­nym, rze­czo­wym tonem, jakby nic się nie wyda­rzyło. Dzia­łała na auto­pi­lo­cie; jej mózg wciąż jesz­cze prze­twa­rzał nowe fakty.

- W porządku - odpo­wie­działo kilka osób w Bana­nie. Kilka innych par­sk­nęło ner­wo­wym śmie­chem.

- Na pewno wszy­scy wie­cie, co się wyda­rzyło.

- Mamy tu dobry widok - odparła Dinah.

Ivy posłała jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

- Oczy­wi­ście. Z przy­jem­no­ścią dłu­żej bym z wami poroz­ma­wiała o waszych spo­strze­że­niach i doświad­cze­niach, ale tym razem musimy się stresz­czać. Rober­cie?

KM ode­rwał wzrok od iPada i pochy­lił się na krze­śle.

- Spo­dzie­wamy się zwięk­szo­nej liczby lata­ją­cych kamul­ców w kosmo­sie - powie­dział, mając na myśli odłamki Księ­życa. - To nie powinno być nic wiel­kiego, bo te naj­więk­sze są spę­tane gra­wi­ta­cją, ale coś tam mogło się wymknąć. Dla­tego wy tam u sie­bie zamy­ka­cie szczel­nie włazy, a my wstrzy­mu­jemy wszel­kie misje z Ziemi. Przy­go­tuj­cie się na zde­rze­nia.

Zgro­ma­dzeni w Bana­nie ludzie słu­chali w mil­cze­niu, roz­my­śla­jąc o tym, co ta decy­zja dla nich ozna­cza. Będzie trzeba wzmóc środki ostroż­no­ści i podzie­lić Izzy na osobne prze­działy, żeby ewen­tu­alne lokalne uszko­dze­nie nie dopro­wa­dziło od wyssa­nia całego powie­trza ze sta­cji. Będą musieli zwe­ry­fi­ko­wać stan­dar­dowe pro­ce­dury. Bio­lo­giczne eks­pe­ry­menty Lindy mogą ucier­pieć. Roboty Dinah dostaną urlop.

- Wszel­kie loty kosmiczne zostają wstrzy­mane do odwo­ła­nia - prze­mó­wiła Aure­lia wprost do kamery. - Nikt nie leci na górę, nikt nie wraca na dół.

Wszy­scy w Bana­nie spoj­rzeli na Ivy.

***

Gdy tylko prze­nio­sły się do maciu­peń­kiego kan­torka, gdzie Ivy uznała, że może sobie pozwo­lić na łzy w oczach, prze­szły na Kod Q.

Okre­śle­nie to pocho­dziło z gwary radio­ama­tor­skiej, w któ­rej Kod Q ozna­czał zbiór pew­nych okre­ślo­nych kom­bi­na­cji trzech liter, w któ­rych pierw­sza zawsze była Q. Dla zaosz­czę­dze­nia czasu w trans­mi­sjach alfa­be­tem Morse'a utarło się zastę­po­wać nimi różne czę­sto wyko­rzy­sty­wane frazy, takie jak "Czy mam przejść na inną czę­stotliwość?".

Skró­towce skła­da­jące się na pry­watny Kod Q Dinah i Ivy nie zaczy­nały się od litery Q, ale nie­które z nich fak­tycz­nie były trzy­li­te­rowe.

Mała Zaro­zu­miała Wie­śniara - takiego prze­zwi­ska doro­biła się Dinah, gdy przy­była do pry­wat­nej szkoły i pod­czas boisko­wej prze­py­chanki prze­chwy­ciła poda­nie skie­ro­wane do dziew­czyny z Nowego Jorku.

Wredna Abs­ty­nencka Sucz - tak z kolei prze­zwano Ivy w Anna­po­lis, gdy odmó­wiła udziału w pijac­kiej gierce na pik­niku samo­cho­do­wym.

Dyna­mikę rela­cji MZW/WAS czę­sto wyko­rzy­sty­wały na zebra­niach, cza­sem nawet spo­ty­ka­jąc się spe­cjal­nie na przedzebra­niach, żeby zawczasu zapla­no­wać jej uży­cie.

"Szkoda Faj­nej Laski" przy­lgnęło do Dinah po dra­ma­tycz­nej zmia­nie fry­zury, w wyniku nie­praw­do­po­dob­nego wręcz ciągu chy­bio­nych "Odpo­wiedz wszyst­kim". Kiedy zdy­szana z pod­nie­ce­nia przy­bie­gła z tym do Ivy, zgod­nie wpro­wa­dziły "SFL" do swo­jej pry­wat­nej książki kodów.

"Zapo­mnia­łam" wypo­wie­dziane chro­pa­wym gło­sem małej dziew­czynki było skró­tem od "Zapo­mnia­łam zro­bić maki­jaż", co z kolei sta­no­wiło dosłowny cytat z rzecz­niczki pra­so­wej NASA.

DIA pocho­dziło ze zgryź­li­wej wymiany zdań pomię­dzy Ivy i jed­nym z admi­ni­stra­to­rów w NASA, który po prze­czy­ta­niu któ­re­goś z jej rapor­tów zarzu­cił jej "nie­mal pato­lo­giczną skłon­ność do nad­uży­wa­nia zbęd­nych skró­tów". Oskar­że­nie to wydało się Ivy nieco dzi­waczne, bio­rąc pod uwagę fakt, że w języku NASA co dru­gie słowo było jakimś akro­ni­mem. Kiedy jed­nak popro­siła o dodat­kowe wyja­śnie­nia, dowie­działa się, że jej skróty są "dzie­cinne i abs­trak­cyjne".

Mia­nem "Obozu kosmicz­nego" (w któ­rym obie brały udział jako nasto­latki, choć w róż­nym okre­sie) okre­ślały nie tyle samą Izzy, ile raczej całą sub­kul­turę orga­ni­zo­wa­nych przez NASA lotów zało­go­wych.

- Co powiesz Macie­rzy­stemu Orga­ni­zmowi? - spy­tała Dinah, gdy Ivy bobro­wała po szafce w poszu­ki­wa­niu butelki tequ­ili.

Ivy zamarła na moment, a potem wyjęła butelkę i mach­nęła nią jak pałką, mie­rząc w głowę Dinah. Zamiast uchy­lić się przed ude­rze­niem, Dinah patrzyła ze spo­ko­jem, jak butelka w dłoni Ivy wyha­mo­wuje w powie­trzu nad jej głową.

- No co?

- Nie mogę uwie­rzyć, że Morg do tego stop­nia zaanek­to­wała mój ślub, że pierw­sza rzecz, jaka przy­cho­dzi ci do głowy, to: jak ona na to zare­aguje.

Dinah skrzy­wiła się, jakby ogar­nęły ją mdło­ści.

- Nie przej­muj się - dodała Ivy. - Zapo­mnia­łaś.

Zro­bić maki­jaż.

- Prze­pra­szam, moja droga. Po pro­stu pomy­śla­łam o tym, że... ty i Cal, tak czy ina­czej, pobie­rze­cie się i czeka was wspa­niałe życie.

- Ale teraz to Morg naj­bar­dziej się obe­rwie. - Ivy poki­wała głową, roz­le­wa­jąc tequ­ilę do dwóch pla­sti­ko­wych kubecz­ków. - Będzie musiała wszystko poprze­kła­dać.

- Jak ją znam, to będzie w swoim żywiole. Niczego jej nie ujmu­jąc.

- Abso­lut­nie.

- Za Morg.

- Za Morg.

Stuk­nęły się kubecz­kami i wypiły. Jedną z dodat­ko­wych zalet prze­by­wa­nia w toru­sie była moż­li­wość nor­mal­nego spo­ży­wa­nia napo­jów zamiast zasy­sa­nia wszyst­kiego przez słomkę. Picie przy tak niskim cią­że­niu wyma­gało wpraw­dzie pew­nego doświad­cze­nia, ale Dinah i Ivy zdą­żyły już nabrać wprawy.

- A co sły­chać u two­jej rodzinki? - spy­tała Ivy. - Rufus się odzy­wał?

- Ojciec dopo­mina się o nie­prze­two­rzone dane z Sze­ro­ko­po­lo­wej Pod­czer­wo­nej Plat­formy Obser­wa­cyj­nej Kon­rada, o któ­rej prze­czy­tał w Inter­ne­cie. Zżera go cie­ka­wość, co takiego ude­rzyło w Księ­życ.

- I co, zamie­rzasz mu je prze­słać mor­sem?

- Ma dostęp do netu, stwo­rzył już pusty fol­der na Drop­bok­sie... Jak tylko dostar­czę mu te pliki, zacznie jak zwy­kle narze­kać na zbyt wyso­kie podatki i doma­gać się okro­je­nia rządu fede­ral­nego do takich roz­mia­rów, żeby mógł go oso­bi­ście zadep­tać oku­tymi meta­lem bucio­rami.

***

To, czego astro­no­mo­wie nie wie­dzieli, prze­wyż­szało w stop­niu nie­mal nie­skoń­czo­nym to, co wie­dzieli. Wśród ludzi nawy­kłych do upo­rząd­ko­wa­nego sys­temu wie­dzy, w któ­rym wszystko można zna­leźć w Wiki­pe­dii, zapa­no­wało powszechne odczu­cie, że spo­łecz­ność astro­no­miczna wyka­zuje się rażącą nie­kom­pe­ten­cją (a w każ­dym razie kom­pe­ten­cją nie­do­sta­teczną), gdy na nie­bie dzieje się coś nie­zwy­kłego.

Prawdę mówiąc, rze­czy nie­zwy­kłe zda­rzają się na nie­bie codzien­nie, tyle że więk­szość z nich jest widoczna wyłącz­nie dla astro­no­mów, któ­rzy dzięki temu byli w sta­nie zacho­wać w tej spra­wie coś na kształt tajem­nicy zawo­do­wej. Gdy nastę­po­wały wyda­rze­nia rażąco oczy­wi­ste, takie jak upa­dek mete­orytu, tele­fon Doca Dubois śpie­wał, a jego śpiew zazwy­czaj zwia­sto­wał występy w licz­nych talk-show, w któ­rych mógł się spo­dzie­wać (mię­dzy innymi) pytań o to, dla­czego astro­no­mo­wie tego nie prze­wi­dzieli. Dla­czego nie spo­strze­gli zbli­ża­ją­cego się mete­orytu? I czy to nie dowo­dzi, że w grun­cie rze­czy są nikomu nie­po­trzeb­nymi sza­lo­nymi naukow­cami?

Odro­bina pokory potra­fiła zdzia­łać cuda, toteż jeśli tylko pro­wa­dzący nie prze­rwał mu zbyt szybko, Docowi Dubois uda­wało się zwy­kle prze­my­cić apel o szer­sze rzą­dowe wspar­cie dla nauki. Opi­nia publiczna mogła nie inte­re­so­wać się gwiaz­dami Wolfa-Ray­eta w gro­ma­dzie Quin­tu­plet, ale dosko­nale rozu­miała, że warto uni­kać sytu­acji, w któ­rej czło­wie­kowi spada na głowę roz­ża­rzony kawał skały.

Zawsze nazy­wał to roz­pa­dem Księ­życa, nie eks­plo­zją, cho­ciaż to dru­gie okre­śle­nie (opa­trzone hash­ta­giem BUM) robiło osza­ła­mia­jącą karierę na Twit­te­rze, ale bez względu na przy­jętą nomen­kla­turę była to sprawa znacz­nie poważ­niej­sza niż ude­rze­nie zbłą­ka­nego mete­orytu - i jako taka wyma­gała szer­szego wytłu­ma­cze­nia. Tyle że na razie żad­nego wytłu­ma­cze­nia nie było. Z mete­ory­tami sprawa wyglą­dała pro­sto: w kosmo­sie wprost roiło się od gła­zów zbyt małych i ciem­nych, żeby dało się je obser­wo­wać przez tele­skop; cza­sem nie­które z nich wpa­dały w atmos­fe­ryczne sidła i spa­dały na Zie­mię. Jed­nakże roz­pad Księ­życa nie mógł być skut­kiem zwy­czaj­nego zja­wi­ska kosmicz­nego. Dla­tego Doc Dubois, który więk­szość następ­nego tygo­dnia spę­dził przed kame­rami tele­wi­zji, przy każ­dej oka­zji pod­kre­ślał nie­zwy­kłość sytu­acji, roz­po­czy­na­jąc swoje wystą­pie­nia od szcze­rego stwier­dze­nia faktu: ani on, ani żaden inny astro­nom na świe­cie nie zna przy­czyn obec­nego stanu rze­czy. Tak wła­śnie mówił, pro­sto z mostu, bez ogró­dek, jakby rzu­cał łatwą piłkę... którą dopiero w następ­nym kroku lekko pod­krę­cał: cokol­wiek się zda­rzyło, jest to naj­bar­dziej nie­zwy­kłe i bez­gra­nicz­nie fascy­nu­jące wyda­rze­nie w dzie­jach ludz­ko­ści. Ow­szem, sytu­acja wygląda nie­po­ko­jąco, może nawet prze­ra­ża­jąco, ale fakty są takie, że na razie nikt z powodu roz­padu ziem­skiego sate­lity nie zgi­nął - pomi­nąw­szy nie­licz­nych kie­row­ców, któ­rzy, wypa­tru­jąc roz­bi­tego Księ­życa na nie­bie, stra­cili pano­wa­nie nad kie­row­nicą i albo zje­chali do rowu, albo wyrżnęli w tył sto­ją­cych przed nimi w korku samo­cho­dów.

O godzi­nie A+0.4.16 (cztery dni i szes­na­ście godzin po roz­pa­dzie Księ­życa) Doc Dubois był zmu­szony sko­ry­go­wać stwier­dze­nie "nikt nie zgi­nął" po tym, jak mete­oryt (nie­mal na pewno będący odłam­kiem Księ­życa) wszedł w atmos­ferę nad tery­to­rium Peru, strza­skał wszyst­kie szyby na tra­sie swo­jego dwu­dzie­sto­mi­lo­wego prze­lotu, a na koniec zrów­nał z zie­mią gospo­dar­stwo rolne i uni­ce­stwił zamiesz­ku­jącą je nie­liczną rodzinę.

Istota jego komu­ni­katu pozo­stała jed­nak nie­zmie­niona: potrak­tujmy to wyda­rze­nie jak zja­wi­sko naukowe i zacznijmy od tego, co o nim wiemy. Sekun­do­wała mu w tym witryna inter­ne­towa astro­no­mi­cal­bo­dies­for­mer­lyk­now­na­sthe­moon.com, przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę nada­jąca na żywo obraz chmury księ­ży­co­wych odłam­ków. Pod­czas roz­mowy Doc Dubois przy pierw­szej dogod­nej oka­zji wywo­ły­wał tę trans­mi­sję na ekran i dzie­lił się swo­imi spo­strze­że­niami na temat chmury - bo spo­strze­że­nia uspo­ka­jały ludzi. Księ­życ roz­le­ciał się na sie­dem dużych odłam­ków (które prze­zwano Sied­mioma Sio­strami) oraz nie­prze­li­czone mro­wie mniej­szych. Więk­sze stop­niowo dora­biały się odręb­nych nazw, za które w więk­szo­ści był odpo­wie­dzialny Doc Dubois; skła­niał się ku nazwom opi­so­wym, żeby nie stra­szyć opi­nii publicz­nej bez potrzeby. Nie mogąc więc ochrzcić ich Neme­zis, Thor czy Grond, wybrał co nastę­puje: Kar­to­fel, Krę­cio­łek, Żołądź, Pestka, Cho­chla, Dry­blas i Fasolka. Wska­zy­wał je kolejno na ekra­nie, po czym zwra­cał uwagę widzów na ich ruch, któ­rym w stu pro­cen­tach rzą­dziły prawa mecha­niki new­to­now­skiej. Odłamki przy­cią­gały się wza­jem­nie z więk­szą lub mniej­szą siłą, zależną od ich masy i dzie­lą­cej je odle­gło­ści. Symu­la­cja kom­pu­te­rowa całej sytu­acji przed­sta­wiała się nad­zwy­czaj pro­sto. Cały obłok odłam­ków był spę­tany gra­wi­ta­cją. Wszel­kie odłamki dosta­tecz­nie szyb­kie, żeby się z niego wyrwać, już to zro­biły, reszta zaś utwo­rzyła dry­fu­jące w prze­strzeni luźne sku­pi­sko kamieni, które cza­sem się ze sobą zde­rzały, lecz osta­tecz­nie w przy­szło­ści miały się sku­pić i zapo­cząt­ko­wać odtwa­rza­nie się Księ­życa.

Taka przy­naj­mniej obo­wią­zy­wała teo­ria do czasu gwiezd­nego zlotu urzą­dzo­nego na środku kam­pusu Cal­te­chu o godzi­nie A+0.7.0, czyli dokład­nie tydzień po wie­ko­pom­nym wyda­rze­niu.

Zazwy­czaj gwiezdne zloty orga­ni­zo­wano wśród wzgórz, gdzie pano­wały lep­sze warunki do obser­wa­cji prze­strzeni kosmicz­nej, ale oglą­da­nie gigan­tycz­nych gła­zów znaj­du­ją­cych się tak bli­sko Ziemi było banal­nie pro­ste i nie było sensu pchać się samo­cho­dami w góry. Zaprze­cza­łoby to zresztą myśli prze­wod­niej imprezy, jaką było zgro­ma­dze­nie moż­li­wie naj­więk­szej grupy zwy­kłych ludzi, któ­rzy w przy­jem­nej, par­ko­wej atmos­fe­rze mieli popa­trzeć przez tele­skopy i poczy­nić wła­sne spo­strze­że­nia. Przy Beck­mann Mall zapar­ko­wał sznur żół­tych auto­bu­sów szkol­nych, z rzadka prze­ty­kany wozami trans­mi­syj­nymi sieci tele­wi­zyj­nych (lokal­nych i ogól­no­kra­jo­wych), z roz­ło­żo­nymi ante­nami umoż­li­wia­ją­cymi trans­mi­sję do cen­trum mia­sta. Repor­te­rzy poroz­sta­wiali się w pla­mach świa­tła na tle traw­nika usia­nego tele­sko­pami wszel­kich moż­li­wych typów i roz­mia­rów. Roz­dano zestawy ilu­stra­cji zło­żone z sied­miu kart, przed­sta­wia­jące poszcze­gólne frag­menty Księ­życa z wła­ści­wymi pod­pi­sami; dzie­ciaki miały za zada­nie roz­po­znać każdą z kosmicz­nych skał przez tele­skop, odha­czyć ją w zeszy­cie do prac domo­wych i zapi­sać wynik swo­ich obser­wa­cji. Więk­szość tele­skopów - co oczy­wi­ste - wyce­lo­wano w Sie­dem Sióstr, jed­nakże pewna nie­liczna gro­madka gapiów badała (przez lor­netki lub gołym okiem) inny, ciem­niej­szy sek­tor nieba, wypa­tru­jąc na nim mete­ory­tów. W ciągu ostat­nich sied­miu dni kil­ka­set księ­ży­co­wych okru­chów weszło w ziem­ską atmos­ferę (w każ­dym razie kil­ka­set na tyle dużych, żeby dało się je zaob­ser­wo­wać); w więk­szo­ści spło­nęły przed dotar­ciem na Zie­mię. W jakichś dwu­dzie­stu przy­pad­kach mete­oryt wykre­ślił na nie­bie ośle­pia­jąco białą kre­chę, rzu­ca­jąc upiorną błę­kitną poświatę na teren, nad któ­rym prze­la­ty­wał, a jego poja­wie­niu się towa­rzy­szył ogłu­sza­jący grom dźwię­kowy. Pół tuzina takich oka­zów spa­dło na Zie­mię, wyrzą­dza­jąc mniej­sze lub więk­sze szkody, ale zebrane przez nie śmier­telne żniwo na­dal nie wyra­stało ponad sta­ty­styczny szum gene­ro­wany przez ataki reki­nów i tra­fie­nia pio­ru­nem.

Wie­czór prze­bie­gał bez zakłó­ceń. Doob, który docho­wał się trójki doro­słych dzieci, dawno już się prze­ko­nał, że każda impreza, za któ­rej orga­ni­za­cję odpo­wia­dają głów­nie nauczy­ciele ze szkół pod­sta­wo­wych, będzie udana z punktu widze­nia logi­styki i pano­wa­nia nad tłu­mem. Uznał więc, że może się odprę­żyć i wcie­lić w Doca Dubois; roz­da­wał malu­chom auto­grafy na kar­tach Sied­miu Sióstr, a od czasu do czasu wcho­dził w rolę dok­tora Har­risa, by wdać się w dys­putę z któ­rymś z zaprzy­jaź­nio­nych astro­no­mów.

Krę­cąc się po kam­pu­sie, trzy­krot­nie napa­to­czył się przez przy­pa­dek na tę samą nauczy­cielkę, nie­jaką panią Hino­josa... i się w niej zako­chał. To było coś nie­zwy­kłego. Od dwu­na­stu lat w nikim się nie kochał, od dzie­wię­ciu był roz­wie­dziony i to nagłe zako­cha­nie było dla niego na swój spo­sób nie mniej wstrzą­sa­jące niż roz­pad Księ­życa. Nawet pró­bo­wał sobie z nim pora­dzić w taki sam spo­sób: doko­nu­jąc nauko­wych obser­wa­cji zja­wi­ska. W myśl przy­ję­tej przez niego robo­czej hipo­tezy roz­pad Księ­życa odmło­dził go, zdarł z jego duszy liczne war­stwy emo­cjo­nal­nego zro­go­wa­ce­nia i odsło­nił różowe, błysz­czące, podatne na wpływy serce, gotowe dać się sko­lo­ni­zo­wać pierw­szej z brzegu atrak­cyj­nej kobie­cie.

Roz­ma­wiał aku­rat z Ame­lią (bo tak wła­śnie, jak się z cza­sem oka­zało, miała na imię), gdy nad traw­ni­kiem z wolna poniósł się szmer, jakby powiał deli­katny zefi­rek. Wszy­scy spoj­rzeli w górę.

Dwa więk­sze odłamki - Cho­chla i Fasolka - zbli­żały się do sie­bie. Nie byłoby to pierw­sze ich zde­rze­nie, bo takie koli­zje co rusz się zda­rzały, ale widok dwóch dużych odłam­ków pędzą­cych sobie na spo­tka­nie ze sporą pręd­ko­ścią zapo­wia­dał nie­złe wido­wi­sko. Doob sta­rał się uci­szyć kieł­ku­jący w piersi nie­po­kój - może spo­wo­do­wany inte­rak­cją z Ame­lią, a może zupeł­nie natu­ralną trwogą, jaką każdy zdrowy na umy­śle czło­wiek powi­nien odczu­wać, gdy dokład­nie nad jego głową dwa gigan­tyczne kamulce obrały kurs na zde­rze­nie. Dobra wia­do­mość była taka, że gapie zaczy­nali postrze­gać ewo­lu­cję skal­nego roju jako coś w rodzaju wyda­rze­nia spor­to­wego, któ­rego śle­dze­nie może być zabawne i fascy­nu­jące, ale raczej nie prze­ra­ża­jące.

Ostra kra­wędź Cho­chli grzmot­nęła w zagłę­bie­nie, od któ­rego Fasolka wzięła swoją nazwę, i roz­łu­pała Fasolkę na dwoje. Wszystko to oczy­wi­ście wyda­rzyło się w super zwol­nio­nym tem­pie i bez dźwięku.

- I już jest ich osiem! - powie­działa Ame­lia. Odru­chowo odwró­ciła się od Dooba w stronę swo­jej trzódki liczą­cej dwa­dzie­ścioro dwoje uczniów. - Co się stało z Fasolką? - zapy­tała w ten cha­rak­te­ry­styczny nauczy­ciel­ski spo­sób, wypa­tru­jąc unie­sio­nych rąk, szu­ka­jąc ochot­nika, któ­rego mogłaby wyrwać do odpo­wie­dzi. - Kto mi powie?

Dzieci mil­czały. Chyba czuły się tro­chę nie­swojo.

Ame­lia pod­nio­sła swoją kartę Fasolki i przedarła ją na pół.

Dok­tor Har­ris szedł już w stronę swo­jego samo­chodu, gdy nie­spo­dzie­wa­nie zadzwo­nił jego tele­fon. Wypło­szony Har­ris o mało nie zde­rzył się ze szkol­nym auto­bu­sem. Co się z nim działo? Poczuł, że mrowi go skóra głowy, i zdał sobie sprawę, że wszyst­kie włosy wła­śnie pró­bują sta­nąć mu dęba. Spoj­rzał na wyświe­tlacz tele­fonu: dzwo­nił kolega po fachu z Man­che­steru. Odrzu­cił połą­cze­nie i na ekra­nie poja­wiła się nie do końca utwo­rzona karta kon­taktu Ame­lii: zdję­cie jej twa­rzy - zarys pro­filu na tle tele­wi­zyj­nych reflek­to­rów - i numer tele­fonu. Pac­nął pal­cem "Gotowe".

Zda­rzyło mu się już kie­dyś, że skóra na gło­wie drę­twiała mu w podobny spo­sób. To było na safari w Tan­za­nii. Odwró­cił się wtedy i stwier­dził, że stado hien przy­gląda mu się z nie­zwy­kłym zain­te­re­so­wa­niem. Jed­nakże to nie one naj­bar­dziej go prze­ra­ziły, bo w tam­tej oko­licy nie bra­ko­wało ani hien, ani innych, groź­niej­szych zwie­rząt. Zgrozą napa­wała go świa­do­mość, że się odsło­nił, opu­ścił gardę, sku­pił całą uwagę na nie­wła­ści­wej rze­czy, pod­czas gdy praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo zakra­dło się do niego od tyłu.

Stra­cił tydzień na roz­trzą­sa­nie fascy­nu­ją­cej zagadki nauko­wej pod tytu­łem "Co roz­sa­dziło Księ­życ?".

To był błąd.

Skauci

Skauci

- Musimy prze­stać zada­wać sobie pyta­nie: "co się stało?" i zacząć dys­ku­to­wać o tym, co dopiero się sta­nie - powie­dział dok­tor Har­ris, zwra­ca­jąc się do pani pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jej doradcy do spraw nauko­wych, prze­wod­ni­czą­cego Kole­gium Połą­czo­nych Sze­fów Szta­bów i mniej wię­cej połowy pre­zy­denc­kiego gabi­netu.

Pani pre­zy­dent - Julia Bliss Fla­herty, zbli­ża­jąca się do końca pierw­szego roku na tym sta­no­wi­sku - nie była zachwy­cona. Prze­wod­ni­czący Kole­gium poki­wał głową, ale pre­zy­dent Fla­herty zmru­żyła oczy (nie tylko dla­tego, że ośle­piało ją wpa­da­jące przez okno świa­tło z nieba nad Camp David) i spio­ru­no­wała go gniew­nym wzro­kiem. Miała wra­że­nie, że on coś knuje. Szuka kozła ofiar­nego. Pró­buje reali­zo­wać wła­sny ukryty plan.

- Pro­szę kon­ty­nu­ować - pole­ciła, po czym, przy­po­mniaw­szy sobie o dobrych manie­rach, dodała: - Dok­to­rze Har­ris.

- Cztery dni temu na wła­sne oczy widzia­łem, jak Fasolka roz­pa­dła się na dwie czę­ści - mówił dalej Doob - i z Sied­miu Sióstr zro­biło się osiem. Od tam­tej pory nie­mal doszło do koli­zji, która mogła roz­bić Krę­ciołka.

- Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko temu, gdy­by­śmy dzięki temu pozbyli się tych nie­do­rzecz­nych nazw - przy­znała pani pre­zy­dent.

- To kwe­stia czasu - odparł Doob. - Pozo­staje tylko pyta­nie: ile Krę­cioł­kowi zostało życia? I co z tego dla nas wynika?

Pstryk­nąw­szy trzy­ma­nym w ręce małym pilo­tem, wyświe­tlił slajd. Wszy­scy spoj­rzeli na ekran, a Doob z nie­jaką ulgą przy­jął fakt, że pre­zy­dent prze­stała się w niego wpa­try­wać. Slajd przed­sta­wiał kulę śnieżną sta­cza­jącą się ze zbo­cza góry, kosmatą kul­turę bak­te­rii na szalce Petriego, chmurę w kształ­cie grzyba i jesz­cze kilka innych, na pozór nie­zwią­za­nych ze sobą, zja­wisk.

- Co je łączy? - zapy­tał Doob. - Wykład­ni­czy wzrost. Ludzie chęt­nie sza­fują tym okre­śle­niem, kiedy mówią o czymś, co szybko się roz­wija, ale te słowa mają także bar­dzo ści­sły sens mate­ma­tyczny. Opi­sują każdy pro­ces, który, im bar­dziej się roz­wija, tym szyb­ciej postę­puje. Eks­plo­zja demo­gra­ficzna. Jądrowa reak­cja łań­cu­chowa. Kula śnieżna, któ­rej tempo powięk­sza­nia się jest tym więk­sze, im więk­sze osią­gnęła roz­miary. - Prze­łą­czył na następny slajd przed­sta­wia­jący wykresy funk­cji wykład­ni­czych, a potem na kolejny: foto­gra­fię ośmiu księ­ży­co­wych odłam­ków. - Dopóki Księ­życ pozo­sta­wał w jed­nym kawałku, praw­do­po­do­bień­stwo zde­rzeń było równe zeru.

- Bo nie miał z czym się zde­rzać - wyja­śnił Pete Star­ling, doradca pre­zy­dent do spraw nauko­wych.

Pani pre­zy­dent poki­wała głową.

- Dzię­kuję, dok­to­rze Star­ling. Kiedy zamiast jed­nego mamy dwa obiekty, te jak naj­bar­dziej mogą się zde­rzyć. Im wię­cej odłam­ków, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo zde­rze­nia dowol­nych dwóch z nich. A co się dzieje, gdy rze­czy­wi­ście doj­dzie do takiej koli­zji? - Doob pstryk­nął przy­ci­skiem i na ekra­nie wyświe­tlił się fil­mik z roz­bi­cia Fasolki. - Cza­sem, choć nie zawsze, jeden ele­ment z pary może się roz­paść na dwa. A zatem odłam­ków przy­bywa: osiem w miej­sce sied­miu, dzie­więć w miej­sce ośmiu i tak dalej. Wzrost ich liczby ozna­cza wzrost praw­do­po­do­bień­stwa dal­szych zde­rzeń.

- Wzrost wykład­ni­czy - domy­ślił się prze­wod­ni­czący Kole­gium.

- Istot­nie. Cztery dni temu przy­szło mi do głowy, że obser­wo­wany przez nas roz­pad wyka­zuje wszel­kie oznaki typo­wego pro­cesu wykład­ni­czego. A my już wiemy, czym to pach­nie.

Pre­zy­dent Fla­herty, do tej pory upo­rczy­wie przy­glą­da­jąca się Doobowi, prze­nio­sła teraz wzrok na Pete'a Star­linga, który wyko­nał dra­ma­tyczny gest, kre­śląc ręką w powie­trzu pro­fil kija hoke­jo­wego.

- Kiedy krzywa wykład­ni­cza osiąga punkt zała­ma­nia, taki jak w kiju do hokeja - cią­gnął Doob - dal­szy wzrost może być wybu­chowy i spek­ta­ku­larny, ale rów­nie dobrze może nastę­po­wać powoli i mia­rowo. Wszystko zależy od sta­łej cza­so­wej, natu­ral­nej pręd­ko­ści pro­cesu. A także od naszej, ludz­kiej per­cep­cji tego zja­wi­ska.

- Czyli może to nie być nic wiel­kiego - skon­sta­to­wał prze­wod­ni­czący Kole­gium.

- Może się oka­zać, że na poja­wie­nie się dzie­wią­tego odłamka przyj­dzie nam cze­kać sto lat - potwier­dził Doob, ski­nąw­szy głową. - Tyle że cztery dni temu zaczą­łem się nie­po­koić, że jed­nak możemy mieć do czy­nie­nia z tą wer­sją bliż­szą eks­plo­zji, i wspól­nie z moimi dok­to­ran­tami doko­na­łem pew­nych obli­czeń. Stwo­rzy­li­śmy model mate­ma­tyczny pro­cesu, żeby lepiej zro­zu­mieć jego skalę cza­sową.

- Jakie uzy­ska­li­ście wyniki, dok­to­rze Har­ris? Bo domy­ślam się, że jakieś uzy­ska­li­ście; ina­czej by tu pana nie było.

- Dobra wia­do­mość jest taka, że pew­nego dnia Zie­mia doczeka się pięk­nego sys­temu pier­ścieni, takich, jakie ma Saturn. Zła wia­do­mość jest zaś taka, że nie obej­dzie się bez kom­pli­ka­cji.

- Ina­czej mówiąc - prze­jął pałeczkę Star­ling - odłamki Księ­życa będą się zde­rzać i roz­pa­dać na coraz mniej­sze i mniej­sze kawałki, które z cza­sem utwo­rzą pier­ście­nie orbi­talne. Jed­nakże część tych kamieni będzie spa­dała na Zie­mię i doko­ny­wała znisz­czeń.

- Może mi pan powie­dzieć, dok­to­rze Har­ris, kiedy to nastąpi? - spy­tała pre­zy­dent. - W jakim okre­sie?

- Na­dal gro­ma­dzimy dane, zmie­niamy para­me­try i dostra­jamy nasz model - zastrzegł się Doob. - W swo­ich obli­cze­niach dopusz­czam więc moż­li­wość dwu-, może nawet trzy­krot­nego nie­do­sza­co­wa­nia lub prze­sza­co­wa­nia; pro­cesy wykład­ni­cze bywają zdra­dziec­kie... Nie­mniej jed­nak widzę to nastę­pu­jąco. - Następny slajd, następny wykres: nie­bie­ska krzywa ilu­stro­wała powolny sys­te­ma­tyczny wzrost z upły­wem czasu. - Oś pozioma to oś czasu, mniej wię­cej od jed­nego do trzech lat... W tym okre­sie liczba zde­rzeń i, co za tym idzie, liczba nowych odłam­ków będą stale rosły.

- Co to jest TRB? - zain­te­re­so­wał się Pete Star­ling. Takim opi­sem opa­trzono bowiem oś rzęd­nych.

- Tempo Roz­padu Boli­dów - wyja­śnił Doob. - Jak szybko powstają nowe odłamki.

- To stan­dar­dowe okre­śle­nie? - docie­kał Star­ling raczej z nie­po­ko­jem niż wro­go­ścią w gło­sie.

- Nie, sam je wymy­śli­łem - przy­znał Doob. - Wczo­raj. W samo­lo­cie.

Kusiło go, żeby dodać: "Wolno mi wymy­ślać nowe ter­miny naukowe", ale nie chciał tak szybko zra­żać do sie­bie słu­cha­czy. Widząc, że Star­ling przy­naj­mniej chwi­lowo został spa­cy­fi­ko­wany, spró­bo­wał odzy­skać rytm wypo­wie­dzi:

- Zacznie spa­dać coraz wię­cej mete­ory­tów. Nie­które z nich wyrzą­dzą znaczne szkody, ale nasze życie nie ule­gnie jakimś wiel­kim zmia­nom, przy­naj­mniej do czasu... - pstryk­nął pilo­tem: wykres pobie­lał i zakrzy­wił się ostro ku górze - ...gdy sta­niemy się świad­kami zda­rze­nia, które nazwa­łem "Bia­łym Nie­bem". To nastąpi szybko, w ciągu kilku godzin, naj­wy­żej dni. Te nie­liczne pla­ne­to­idy, które na razie obser­wu­jemy na nie­bie, zostaną prze­mie­lone na rój znacz­nie mniej­szych odłam­ków, a te przy­kryją niebo jak biała chmura. I ta chmura będzie się szybko roz­prze­strze­niać.

Pstryk. Wykres biegł stromo w górę i zmie­niał kolor na czer­wony.

- Dzień, dwa po Bia­łym Nie­bie roz­pocz­nie się tak zwany "Kamienny Deszcz", ponie­waż nie wszyst­kie te odłamki zechcą pozo­stać tam, na orbi­cie. Część z nich wpad­nie w ziem­ską atmos­ferę.

Doob wyłą­czył rzut­nik. To dość nie­co­dzienne posu­nię­cie sku­tecz­nie wyrwało słu­cha­czy z power­po­in­to­wej hip­nozy i kazało im spoj­rzeć na pre­le­genta. Sie­dzący w głębi sali asy­stenci dalej bawili się swo­imi tele­fo­nami, ale nie miało to wiel­kiego zna­cze­nia.

- Kiedy mówię "część z nich", mam na myśli biliony - dodał.

Nikt się nie ode­zwał.

- Takiego bom­bar­do­wa­nia mete­ory­to­wego Zie­mia nie doświad­czyła od cza­sów przed­po­to­po­wych, kiedy Układ Sło­neczny dopiero nabie­rał kształ­tów - cią­gnął Doob. - Koja­rzy­cie pań­stwo ogni­ste ślady, jakie od nie­dawna obser­wu­jemy na nie­bie, gdy mete­oryty spa­lają się w atmos­fe­rze? Będzie ich tyle, że przy­kryją Zie­mię ogni­stą kopułą, od któ­rej wszystko zaj­mie się ogniem. Powierzch­nia globu zosta­nie wyja­ło­wiona. Lodowce się wygo­tują. Jedyny spo­sób na prze­trwa­nie to ucieczka przed roz­pa­loną atmos­ferą: można schro­nić się albo pod zie­mią, albo w kosmo­sie.

- Jeżeli to prawda, to jest to iście hio­bowa wieść - wtrą­ciła pre­zy­dent.

Sie­dzieli i roz­my­ślali w mil­cze­niu przez chwilę, która mogła trwać minutę... a mogła i pięć.

- Będziemy musieli zro­bić jedno i dru­gie - orze­kła w końcu pre­zy­dent. - Uciec w kosmos i schro­nić się pod zie­mią. Oczy­wi­ście to dru­gie wyj­ście jest łatwiej­sze.

- Natu­ral­nie.

- Możemy roz­po­cząć budowę pod­ziem­nych schro­nów dla... - Pre­zy­dent ugry­zła się w język, zanim wypsnęło jej się coś nie­dy­plo­ma­tycz­nego. - Dla naszych oby­wa­teli.

Doob mil­czał.

- Dok­to­rze Har­ris... - zabrał głos prze­wod­ni­czący Kole­gium Połą­czo­nych Sze­fów Szta­bów. - Ja jestem czło­wiek sta­rej daty, spec od logi­styki. Inte­re­sują mnie kon­krety: jak duże zapasy musimy zabrać ze sobą pod zie­mię; ile wor­ków ziem­nia­ków i rolek papieru toa­le­to­wego przy­pad­nie na jed­nego miesz­kańca schronu... Ina­czej mówiąc, chciał­bym się dowie­dzieć, ile potrwa ten cały Kamienny Deszcz.

- Wedle moich naj­lep­szych osza­co­wań - odparł Doob - od pię­ciu do dzie­się­ciu tysięcy lat.

***

- Nikt z was nie sta­nie wię­cej na terra firma, nie dotknie swo­ich bli­skich, nie ode­tchnie powie­trzem ojczy­stej pla­nety - powie­działa pre­zy­dent. - Okrutny to los, lecz i tak lep­szy od tego, jaki czeka sie­dem miliar­dów ludzi, któ­rzy na powierzchni Ziemi zna­leźli się w potrza­sku. Ostatni sta­tek do domu już odpły­nął. Rakiety na­dal będą star­to­wać i docie­rać na orbitę, ale przez następne dzie­sięć tysięcy lat nie będzie dla nich powrotu.

Dwa­na­ścioro ludzi zebra­nych w Bana­nie słu­chało w mil­cze­niu. Podob­nie jak znisz­cze­nie Księ­życa, ta wia­do­mość rów­nież była zbyt trudna, żeby ją sobie przy­swoić i zna­leźć dla niej odpo­wied­nie emo­cje. Umysł Dinah zaprzą­tały dro­bia­zgi - na przy­kład kon­sta­ta­cja faktu, że JBF, pani pre­zy­dent, cho­ler­nie dobrze radzi sobie z wygła­sza­niem takich tek­stów.

- Dok­to­rze Har­ris? - ode­zwał się Kon­rad Barth, astro­nom. - Prze­pra­szam, pani pre­zy­dent, czy mógł­bym pro­sić do kamery dok­tora Har­risa?

- Natu­ral­nie.

Julia Bliss Fla­herty nieco nie­chęt­nie ustą­piła miej­sca wyż­szemu od niej Har­ri­sowi, który Dinah i tak wydał się dziw­nie mały w porów­na­niu z tym sław­nym naukow­cem z tele­wi­zji. Jakby się skur­czył. A potem przy­po­mniała sobie, co im przed chwilą tłu­ma­czył, i zła­jała się w duchu za prze­pro­wa­dze­nie tego porów­na­nia. Jakie to uczu­cie, być jedy­nym czło­wie­kiem na Ziemi, który wie, że ojczy­sty glob jest ska­zany na zagładę?

- Słu­cham, Kon­ra­dzie - powie­dział Har­ris.

- Nie chcę powie­dzieć, że nie zga­dzam się z two­imi obli­cze­niami, Doob, ale czy ktoś je zwe­ry­fi­ko­wał? Potwier­dził? Może popeł­ni­łeś jakiś szkolny błąd, prze­sta­wi­łeś prze­ci­nek, nie wiem... Jest taka moż­li­wość?

Kon­rad jesz­cze nie sfor­mu­ło­wał dobrze swo­jego pyta­nia, gdy Har­ris już zaczął kiwać głową. Nie miał przy tym szczę­śli­wej miny.

- Kon­ra­dzie... - odparł. - Nie jestem odosob­niony.

- Z infor­ma­cji naszego wywiadu wynika, że Chiń­czycy dzień wcze­śniej od nas wycią­gnęli podobne wnio­ski - wtrą­ciła pre­zy­dent. - A od tam­tej pory także Bry­tyj­czycy, Hin­dusi, Fran­cuzi, Niemcy, Rosja­nie, Japoń­czycy... Wszy­scy docho­dzą do mniej wię­cej takich samych kon­klu­zji.

- Dwa lata? - wtrą­ciła Dinah chra­pli­wym, łamią­cym się gło­sem. Wszy­scy zwró­cili się w jej stronę. - Do Bia­łego Nieba?

- Wszyst­kie sza­cunki raczej potwier­dzają tę pro­gnozę - przy­tak­nął Har­ris. - Od dwu­dzie­stu trzech do dwu­dzie­stu sied­miu mie­sięcy.

- Wiem, że to musi być dla was ogromny szok - prze­jęła pałeczkę pani pre­zy­dent - ale chcia­łam, żeby załoga ISS poznała fakty jako jedna z pierw­szych. Potrze­buję was. Potrze­bują was miesz­kańcy USA i całej Ziemi.

- Do czego? - spy­tała Dinah.

W żad­nym wypadku nie mogła być trak­to­wana jak ofi­cjalna rzecz­niczka dwu­na­sto­oso­bo­wej załogi; to było zada­nie Ivy. Sądząc jed­nak po tym, jak Ivy wyglą­dała w tej chwili, na razie nie nada­wała się do tej roli.

- Roz­po­czę­li­śmy roz­mowy z innymi kra­jami, pro­wa­dzą­cymi wła­sne pro­gramy kosmiczne, w spra­wie wybu­do­wa­nia arki - wyja­śniła pre­zy­dent - skarb­nicy całego ziem­skiego dzie­dzic­twa gene­tycz­nego. Na jej stwo­rze­nie mamy dwa lata; dwa lata na to, żeby wynieść na orbitę jak naj­wię­cej ludzi i sprzętu. Izzy ma się stać zaląż­kiem tej arki.

Dinah poczuła absur­dalne ukłu­cie iry­ta­cji, sły­sząc, jak JBF zawłasz­cza ich pry­watne prze­zwi­sko ISS. Znała jed­nak ten mecha­nizm, spę­dziła wystar­cza­jąco dużo czasu ze spe­cami od PR w NASA, żeby to rozu­mieć: rze­czy nale­żało oswa­jać, nada­wać im sym­pa­tyczne przy­domki. Wszyst­kie te prze­ra­żone dzie­ciaki na Ziemi, które wie­działy, że czeka je śmierć, będą teraz musiały oglą­dać opty­mi­styczne fil­miki o tym, jak Izzy w trud­nych cza­sach Kamien­nego Desz­czu prze­chowa dzie­dzic­two mar­twej pla­nety; będą wyj­mo­wać kredki i po dzie­cię­cemu ryso­wać Izzy z toru­sem jak aure­ola, wiel­kim kamul­cem u tyłka i małym antro­po­mor­ficz­nym uśmiesz­kiem od strony modułu ser­wi­so­wego Zwiezda.

Ivy zabrała głos, pierw­szy raz od dłuż­szego czasu. Zale­d­wie dwa tygo­dnie wcze­śniej koniecz­ność prze­ło­że­nia ślubu przy­pra­wiła ją o wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie, teraz zaś dowie­działa się, że jej narze­czony - koman­dor Cal Blan­ken­ship z U.S. Navy - jest żywym tru­pem; że nie wyj­dzie za niego za mąż; że ni­gdy go już nie dotknie ani nawet nie zoba­czy ina­czej niż w trans­mi­sji wideo. Nie mówiąc o innych ludziach, któ­rych znała.

- Pani pre­zy­dent - ode­zwała się z pół­przy­tomną miną, tym swoim śpiew­nym gło­sem. - Jak pani zapewne wia­domo, nie mamy tu zbyt wiele miej­sca na przy­ję­cie nowych przy­by­szów. Z pew­no­ścią należy pod­dać tę kwe­stię pod dys­ku­sję.

- Tak, oczy­wi­ście - przy­tak­nęła pre­zy­dent. - Waszym zada­niem będzie...

- Prze­pra­szam, pani pre­zy­dent, pozwoli pani...? - wtrą­cił się dok­tor Har­ris.

Dinah zauwa­żyła zasko­czone spoj­rze­nie pani pre­zy­dent i malu­jący się na jej twa­rzy szok. Ktoś ośmie­lił się prze­rwać pre­zy­dentowi Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ktoś wypchnął go z cen­trum uwagi. Jako kobieta, która prze­biła się na sam szczyt, JBF musiała być ostro wyczu­lona na takie zacho­wa­nia.

Tyle że tu cho­dziło o coś innego. JBF nie zada­wała sobie w duchu pyta­nia: "Czy on mi prze­rywa, bo jestem kobietą?". Ten etap mieli już za sobą. Pyta­nie brzmiało: "Czy on mi prze­rywa, bo pre­zy­dent USA prze­stał się liczyć?".

- Jest tam Lina? - spy­tał Har­ris. - Pro­szę prze­su­nąć kamerę... A, tu jesteś, Lino. Czy­ta­łem twój arty­kuł o stad­nych zacho­wa­niach ryb na Kara­ibach. Kapi­talny.

- Nie mia­łam poję­cia, że obszar pań­skich zain­te­re­so­wań sięga także pod wodę - odparła Lina Fer­re­ira. - Dzię­kuję.

Ludzie to jed­nak są zabawni, pomy­ślała Dinah. Żeby w takiej chwili roz­ma­wiać o czymś takim.

- Zna­ko­mite są te filmy. Ryby poru­szają się w zwar­tym szyku, dopóki nie pojawi się dra­pież­nik. Wtedy nagle w ławicy robi się dziura, dra­pież­nik wpada w nią, prze­pływa na wylot, nie pochwy­ciw­szy ani jed­nej ofiary, a zaraz potem ławica znów łączy się w litą całość. Powiem tak: żadne decy­zje jesz­cze nie zapa­dły, ale...

- Chce­cie wyko­rzy­stać takie stadne zacho­wa­nia przy budo­wie arki?

- To ma być tak zwana Arka w Chmu­rze - wtrą­ciła pre­zy­dent. - Ale dobrze nas pani zro­zu­miała: zamiast kłaść wszyst­kie jajka do jed­nego koszyka...

- Jajka... i plem­niki - mruk­nął Jibran z tym swoim akcen­tem z Lan­ca­shire, na tyle cicho, że tylko Dinah go usły­szała.

- ...zamie­rzamy zasto­so­wać archi­tek­turę roz­pro­szoną - cią­gnęła JBF, arty­ku­łu­jąc z prze­sadną sta­ran­no­ścią, jakby uży­wała nowego ter­minu, który poznała zale­d­wie dzie­sięć minut wcze­śniej. - Każdy ze stat­ków two­rzą­cych Arkę w Chmu­rze będzie w pew­nym zakre­sie auto­no­miczny. Z tego, co mi powie­dziano, będziemy je pro­du­ko­wać w maso­wej skali i wysy­łać na orbitę naj­szyb­ciej jak to moż­liwe. Utwo­rzą rój wokół Izzy. W spo­koj­nych cza­sach będą mogły się łączyć jak klocki Tin­ker­toys, co umoż­liwi swo­bodne prze­miesz­cza­nie się pomię­dzy nimi. Kiedy jed­nak pojawi się groźba ude­rze­nia mete­orytu... Szsz­szuuu! - Roz­ca­pie­rzyła palce z pola­kie­ro­wa­nymi na fio­le­towo paznok­ciami.

A co z Izzy? - zasta­na­wiała się Dinah. Wolała jed­nak w tej chwili o to nie pytać.

- Każdy z was będzie miał do wyko­na­nia swoje zada­nie przy reali­za­cji tego pro­gramu - cią­gnęła pre­zy­dent. - Dla­tego popro­si­łam dyrek­tora, żeby rów­nież wziął udział w tej roz­mo­wie. - Miała na myśli Scotta Spal­dinga, dyrek­tora NASA. - Oddam teraz głos Sparky'emu, który przed­stawi wam szcze­góły. Jak się zapewne domy­śla­cie, wiele innych spraw wymaga mojej uwagi, dla­tego chwi­lowo się z wami poże­gnam.

Mam­ro­tane podzię­ko­wa­nia zgro­ma­dzo­nej w Bana­nie dwu­nastki astro­nau­tów poże­gnały panią pre­zy­dent opusz­cza­jącą salę kon­fe­ren­cyjną i ktoś na Ziemi skie­ro­wał kamerę na Scotta Spal­dinga, któ­remu udało się wytrza­snąć skądś spor­tową mary­narkę, nie wło­żył jed­nak kra­wata - i praw­do­po­dob­nie tak już miało pozo­stać do końca jego życia. Jako młody astro­nauta został wyty­po­wany do jed­nej z misji pro­gramu Apollo, została ona jed­nak odwo­łana na sku­tek cięć budże­to­wych na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych. Został w pro­gra­mie i pod­czas prze­rwy w lotach zało­go­wych, która wtedy nastą­piła, zro­bił dok­to­rat, ale pech go nie opusz­czał: jego pla­no­wana misja w Sky­la­bie nie doszła do skutku po tym, jak sta­cja przed­wcze­śnie spa­dła w atmos­ferę. Jego upór opła­cił się w latach osiem­dzie­sią­tych, gdy po serii uda­nych misji na waha­dłow­cach stał się men­to­rem całego kor­pusu astro­nau­tycz­nego, który z równą swo­bodą napra­wia panele sło­neczne i cytuje Rainera Marię Ril­kego. Po dwóch deka­dach udzie­la­nia się (ze zmien­nym szczę­ściem) przy kieł­ku­ją­cych nowych tech­no­lo­giach został przed kil­koma laty ścią­gnięty z powro­tem do NASA w ramach nieco męt­nej kon­cep­cji prze­sta­wia­nia agen­cji na nowe tory. U ludzi z Banana cie­szył się opi­nią czło­wieka sym­pa­tycz­nego i - choć bywał na swój spo­sób nie­do­stępny - god­nego zaufa­nia w sytu­acji kry­zy­so­wej.

Nie spo­sób było się domy­ślić, któ­rym z wier­szy Ril­kego mógłby sko­men­to­wać aktu­alną kło­po­tliwą sytu­ację - cho­ciaż przez chwilę po tym, jak kamera zna­la­zła go i zogni­sko­wała się na jego obwi­słej, pomarsz­czo­nej twa­rzy, można było pomy­śleć, że ma na końcu języka jakiś poetycki cytat. Spal­ding otrzą­snął się jed­nak i spoj­rzał w obiek­tyw.

- Brak mi słów - powie­dział - dla­tego od razu przejdę do kon­kre­tów. Ivy, na­dal kie­ru­jesz sta­cją. Jesteś naj­lep­sza. Masz pil­no­wać, żeby wszystko dzia­łało jak w zegarku, kon­tak­to­wać się z nami i prze­ka­zy­wać, czego wam potrzeba. Jeżeli po tym wszyst­kim wykro­isz jesz­cze czas dla sie­bie, daj znać, a ja znajdę ci jakieś hobby. - Mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo i prze­szedł do kolej­nego punktu na liście.

Frank Casper, elek­tryk z Kanady, i Spen­cer Grind­staff, ame­ry­kań­ski łącz­no­ścio­wiec z tajem­ni­czą prze­szło­ścią szpie­gow­ską, mieli być odpo­wie­dzialni za stwo­rze­nie infra­struk­tury sie­cio­wej nie­zbęd­nej do funk­cjo­no­wa­nia Arki w Chmu­rze. Jibran - który jako spec od apa­ra­tury i tak był zamie­szany we wszyst­kie tego rodzaju pro­jekty - miał im poma­gać.

Spe­cja­li­zu­jący się w wyj­ściach w otwartą prze­strzeń kosmiczną szpa­ko­waty Fio­dor Pan­te­lej­mon i Zeke Peter­sen, ame­ry­kań­ski pilot woj­skowy z twa­rzą chłopca i pokaź­nym doświad­cze­niem w kosmicz­nych spa­ce­rach, mieli przy­go­to­wać sta­cję na przy­by­cie nowych modu­łów, które (jak ich solen­nie zapew­niono) - pro­jek­to­wane i pro­du­ko­wane ze zgoła nie­ty­po­wym u NASA pośpie­chem - przed upły­wem mie­siąca miały zacząć przy­by­wać na orbitę. Dinah uznała tę pro­gnozę za nie­do­rzecz­nie opty­mi­styczną, dopóki nie uświa­do­miła sobie, że dosłow­nie cały świat zaan­ga­żo­wał się w te prace.

Kon­rad Barth został po pro­stu popro­szony o pozo­sta­nie na linii po zakoń­cze­niu spo­tka­nia, ponie­waż Doob chciał z nim poroz­ma­wiać. Było oczy­wi­ste, że przy­pad­nie mu zada­nie prze­pro­jek­to­wa­nia wszyst­kich astro­no­micz­nych gadże­tów na pokła­dzie sta­cji w taki spo­sób, żeby umoż­li­wiły wypa­try­wa­nie i śle­dze­nie nad­la­tu­ją­cych mete­ory­tów. Na ten temat nikt nie chciał zbyt długo się roz­wo­dzić; gdyby Izzy została tra­fiona choćby naj­mniej­szym kamy­kiem, byłoby po wszyst­kim. Naprawdę nie było sensu o tym roz­ma­wiać.

Bio­lo­gią zaj­mo­wały się trzy osoby: Lina Fer­re­ira, Mar­ga­ret Cogh­lan - Austra­lijka bada­jąca wpływ prze­by­wa­nia w kosmo­sie na ciało ludz­kie - oraz Jun Ueda - japoń­ski bio­fi­zyk pro­wa­dzący eks­pe­ry­menty labo­ra­to­ryjne doty­czące wpływu pro­mie­nio­wa­nia kosmicz­nego na żywe tkanki. Do tej pojem­nej kate­go­rii ponie­kąd zali­czał się także Marco Alde­brandi, wło­ski inży­nier odpo­wie­dzialny za przy­ziemną kwe­stię kon­ser­wa­cji ukła­dów pod­trzy­my­wa­nia życia, dzięki któ­rym na sta­cji dało się żyć. Z nich czworga Lina zaj­mo­wała o tyle uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję, że miała już w prze­szło­ści do czy­nie­nia z bada­niem zacho­wań stad­nych. Tamte jej prace nie miały wpraw­dzie ści­słego związku z tym, czym zaj­mo­wała się na sta­cji kosmicz­nej, ale teraz miała je odku­rzyć i uczy­nić z nich dzieło swo­jego życia. Sparky zosta­wił jej pełną swo­bodę dzia­ła­nia; miała się zaszyć w jakimś zacisz­nym kącie i nad­ro­bić zale­gło­ści, fasze­ru­jąc się po czubki uszu spe­cja­li­stycz­nymi arty­ku­łami z tym­cza­sowo zanie­dba­nej dzie­dziny. Mar­ga­ret i Junowi kazano wyrzu­cić za burtę co bar­dziej abs­trak­cyjne pro­jekty badaw­cze i we współ­pracy z Marco przy­szy­ko­wać Izzy na znaczne zwięk­sze­nie liczby miesz­kań­ców.

W ten spo­sób zna­le­ziono zaję­cie jede­na­ściorgu człon­kom dwu­na­sto­oso­bo­wej załogi. Na razie Sparky ani sło­wem nie zająk­nął się o Dinah.

Ni­gdy nie wypa­dała dobrze na zebra­niach. Zasia­da­jąc w sali kon­fe­ren­cyj­nej, czuła się jak na meczu wyjaz­do­wym. Świa­do­mość, że nie radzi sobie naj­le­piej w takim śro­do­wi­sku, sta­wała się samo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nią. Zawsze tak było i zbli­ża­jący się koniec świata niczego w tej kwe­stii nie zmie­niał. W miarę jak Sparky odha­czał kolejne punkty z listy, wyzna­cza­jąc pra­cow­ni­kom sta­cji zada­nia na naj­bliż­sze tygo­dnie, Dinah czuła się coraz bar­dziej odsło­nięta wła­śnie z tego powodu, że nie mogła się docze­kać, kiedy i ona zosta­nie wyczy­tana. Kiedy zaś stało się jasne, że jest na tej liście ostat­nia, miała dłuż­szą chwilę (Sparky roz­ma­wiał tym­cza­sem z Mar­ga­ret, Junem i Marco) na roz­wa­ża­nie impli­ka­cji tego faktu. Nie byłaby sobą, gdyby nie pomy­ślała, że jest aż tak ważna, że Spal­ding zosta­wił ją na koniec - zanim jed­nak wresz­cie wyczy­tał jej nazwi­sko, zdą­żyła dojść do zupeł­nie innych wnio­sków. Serce waliło jej jak mło­tem, koniuszki pal­ców mro­wiły, język koło­wa­ciał w ustach.

- Dinah - powie­dział Sparky - jesteś dla nas bez­cenna.

Dosko­nale wie­działa, co to zna­czy w zebra­nio­wym kor­po­żar­go­nie: gdyby tylko mogli, naj­chęt­niej wypchnę­liby ją przez śluzę.

- Masz nie­zwy­kle wszech­stronne kwa­li­fi­ka­cje, a na doda­tek wszy­scy tu podzi­wiamy twoje zaan­ga­żo­wa­nie - cią­gnął Sparky.

Nikomu innemu nie kadził o zaan­ga­żo­wa­niu.

- Wydo­by­wa­nie surow­ców z aste­roid, któ­remu poświę­ci­łaś znaczną część swo­jego życia zawo­do­wego, to pro­jekt nie­zwy­kle dłu­go­fa­lowy. My jed­nak musimy na razie przejść w bar­dziej doraźny tryb dzia­ła­nia. Nie wybie­gamy zbyt daleko w przy­szłość.

- To zro­zu­miałe.

- Twoje zada­nie będzie dwo­ja­kie: masz poma­gać Ivy, a poza tym zna­leźć spo­sób na to, by swój nie­co­dzienny zestaw umie­jęt­no­ści wyko­rzy­stać do wspar­cia wysił­ków reszty załogi. Fio­dor i Zeke nie mogą stale prze­by­wać na zewnątrz; może twoje roboty mogłyby wyko­ny­wać zada­nia, z któ­rymi oni sobie nie pora­dzą.

- Jeśli cho­dzi o cię­cie metalu, nie mają sobie rów­nych.

- To super - odparł Sparky.

Sar­kazm Dinah kom­plet­nie uszedł jego uwagi. Dla niego roz­mowa już się skoń­czyła i z tru­dem tole­ro­wał uprzejmą gadkę szmatkę, cze­ka­jąc na spo­tka­nie z Doobem i Kon­ra­dem.

Dinah zda­wała sobie sprawę, że nie powinna być taka małost­kowa. Jak mogła tak myśleć w takiej chwili?

Ha, może po pro­stu miała ku temu dobry powód.

Zaczęła się już żegnać ze Spar­kym, gdy coś przy­szło jej do głowy.

- Cze­kaj - powie­działa. - Rozu­miem, co mia­łeś na myśli, mówiąc o doraź­nym try­bie dzia­ła­nia. Rozu­miem to i sza­nuję. Ale jeżeli pro­jekt "Arka w Chmu­rze" wypali... a wła­ści­wie kiedy wypali, to chyba wiesz, co będzie dalej?

Mimo że Sparky nie był w nastroju do poga­du­szek, w jego reak­cji wię­cej było chyba zasko­cze­nia niż iry­ta­cji.

- Co będzie dalej? - powtó­rzył.

- Ludzie będą musieli gdzieś miesz­kać. Jeżeli powierzch­nia Ziemi zosta­nie doku­ment­nie wyża­rzona, będzie trzeba wybu­do­wać jakieś osie­dla tutaj, na orbi­cie, korzy­sta­jąc z surow­ców, które są pod ręką. Czyli z aste­roid, któ­rych za sprawą Agenta będzie teraz znacz­nie wię­cej.

Sparky ukrył twarz w dło­niach, wypu­ścił powie­trze z płuc i przez dobrą minutę sie­dział zupeł­nie nie­ru­chomo. Kiedy opu­ścił ręce, Dinah zorien­to­wała się, że pła­kał.

- Przed tym spo­tka­niem napi­sa­łem pół tuzina listów poże­gnal­nych do zna­jo­mych i rodziny - powie­dział. - Po jego zakoń­cze­niu zamie­rzam do tego wró­cić, pisać dalej. Może uda mi się napi­sać połowę zamie­rzo­nych listów, nim Kamienny Deszcz zgła­dzi ich nie­do­szłych adre­sa­tów. Zmie­rzam do tego, tak mi się przy­naj­mniej wydaje, że już w tej chwili myślę jak żywy trup, któ­rym w isto­cie jestem. A to błąd. Powi­nie­nem myśleć o tym, o czym ty wła­śnie pomy­śla­łaś. O przy­szło­ści, któ­rej ty i nie­liczni inni będzie­cie wycze­ki­wać, jeżeli wszystko pój­dzie po naszej myśli.

- Naprawdę myślisz, że ktoś z nas jej wycze­kuje?

Sparky się skrzy­wił.

- Nie w takim sen­sie, że spo­dzie­wa­cie się po niej nie wia­domo jakich wspa­nia­ło­ści, ale w takim, że przy­naj­mniej może­cie o niej myśleć. I ja jestem skłonny się z tobą zgo­dzić, tylko czego wła­ści­wie ode mnie teraz ocze­ku­jesz?

- Żebyś mnie osła­niał. Nie pozwól, żeby pozbyli się Amal­thei. Nie daj roze­brać moich robo­tów na czę­ści. Chcesz, żebym chwi­lowo zajęła się innymi spra­wami? Pro­szę bar­dzo, ale kiedy niebo zbie­leje i spad­nie Kamienny Deszcz, Arka w Chmu­rze będzie potrze­bo­wała real­nego pro­gramu pozy­ski­wa­nia surow­ców z aste­roid. Ina­czej nikt tu nie prze­żyje tysięcy lat.

- Będę cię osła­niał, Dinah - obie­cał Sparky - cokol­wiek to zna­czy.

I zaga­pił się na drzwi, za któ­rymi znik­nęła pani pre­zy­dent.

***

O godzi­nie A+0 w skład dwu­na­sto­oso­bo­wej załogi Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej wcho­dził tylko jeden Rosja­nin: pod­puł­kow­nik Fio­dor Anto­no­wicz Pan­te­lej­mon, pięć­dzie­się­cio­pię­cio­letni wete­ran sze­ściu misji kosmicz­nych mający na kon­cie osiem­na­ście wyjść w otwartą prze­strzeń, szara emi­nen­cja kor­pusu kosmo­nau­tycz­nego. Było to o tyle nie­zwy­kłe, że w począt­kach ist­nie­nia ISS Rosja­nie sta­no­wili zwy­kle co naj­mniej trze­cią część tra­dy­cyj­nego sze­ścio­oso­bo­wego składu. Uru­cho­mie­nie Pro­jektu Amal­thea i dobu­do­wa­nie torusa miesz­kal­nego umoż­li­wiło roz­sze­rze­nie obsady do czter­na­stu osób, wśród któ­rych liczba Rosjan wahała się zazwy­czaj od dwóch do pię­ciu.

Księ­życ roz­le­ciał się na kawałki zale­d­wie dwa tygo­dnie przed pla­no­wa­nym powro­tem Ivy, Kon­rada i Liny do domu i przy­by­ciem na ich miej­sce dwójki Rosjan i bry­tyj­skiego inży­niera. Ponie­waż rakieta, która miała wynieść zastęp­ców na orbitę, była już przy­go­to­wana do startu, Rosko­smos - rosyj­ska agen­cja kosmiczna - posta­no­wił nie rezy­gno­wać z misji i w dniu A+0.17 wystrze­lił rakietę z Baj­ko­nuru.

Sojuz bez przy­gód przy­bił do Izzy. W prze­ci­wień­stwie do Ame­ry­ka­nów, któ­rzy lubili ręcz­nie ste­ro­wać swo­imi pojaz­dami, Rosja­nie dawno zauto­ma­ty­zo­wali całą pro­ce­durę cumo­wa­nia.

Sojuz - od dzie­się­cio­leci praw­dziwy wół robo­czy w eks­plo­ra­cji kosmosu przez czło­wieka - skła­dał się z trzech modu­łów. Na rufie znaj­do­wał się prze­dział mecha­niczny zawie­ra­jący sil­niki, zbior­niki paliwa, panele foto­wol­ta­iczne i inny sprzęt mogący się obejść bez atmos­fery. Na dzio­bie mie­ścił się w przy­bli­że­niu kuli­sty her­me­tyczny moduł miesz­kalny, w zamy­śle kon­struk­to­rów wypeł­niony powie­trzem i wystar­cza­jąco prze­stronny, by kosmo­nauci mogli w nim miesz­kać i pra­co­wać. Śro­dek sta­no­wił nie­wielki, miesz­czący trzy fotele, dzwo­no­kształtny łącz­nik, w któ­rym odziani w kosmiczne ska­fan­dry pasa­że­ro­wie wyla­ty­wali na orbitę, a następ­nie wra­cali na Zie­mię, wlo­kąc za sobą pło­mie­ni­sty ogon niczym kometa. Łącz­nik był wyjąt­kowo cia­sny, co jed­nak nie miało wiel­kiego zna­cze­nia, gdyż uży­wano go wyłącz­nie w krót­kich fazach startu i lądo­wa­nia, a zna­ko­mitą więk­szość czasu kosmo­nauci spę­dzali w kuli­stym module orbi­tal­nym. Na czubku tegoż modułu znaj­do­wało się ustroj­stwo cumow­ni­cze, umoż­li­wia­jące doko­wa­nie do sta­cji kosmicz­nej lub innych sto­sow­nie wypo­sa­żo­nych obiek­tów.

Jesz­cze nie­dawno, dwa lata wcze­śniej, Sojuzy cumo­wały zwy­kle z tyłu modułu Zwiezda sta­no­wią­cego "ogon" ISS. Póź­niej do Zwiezdy docze­piono moduł zwany "Pia­stą", wydłu­ża­jąc w ten spo­sób "rufową" część sta­cji i two­rząc oś, wokół któ­rej dzi­siaj obra­cał się torus. Dla zapew­nie­nia kom­pa­ty­bil­no­ści z powszech­nie uży­wa­nym i spraw­dzo­nym Soju­zem Pia­stę wypo­sa­żono w sto­sowne złą­cze cumow­ni­cze i właz.

Kiedy cała pozo­stała jede­nastka zajęła się wypeł­nia­niem zle­co­nych przez Sparky'ego zadań, Dinah prze­pły­nęła na "rufę" (musiała w tym celu poko­nać całą dłu­gość Izzy, ponie­waż jej warsz­tat mie­ścił się przy "dzio­bie" sta­cji) i otwo­rzyła właz, żeby przy­wi­tać nowych gości. Spo­dzie­wała się zoba­czyć paru ludzi szy­bu­ją­cych w nie­waż­ko­ści w module orbi­tal­nym Sojuza, zamiast tego ujrzała jed­nak głowę i rękę tylko jed­nego kosmo­nauty, w któ­rym z nie­ja­kim tru­dem roz­po­znała Mak­sima Kosze­lewa. Kosze­lew tkwił nie­ru­chomo w nie­mal litej masie wita­min.

"Wita­miny" były ter­mi­nem uży­wa­nym przez mania­ków lotów kosmicz­nych na okre­śle­nie wszel­kich małych i lek­kich obiek­tów o wyjąt­ko­wej war­to­ści. Sca­laki, lekar­stwa, czę­ści zapa­sowe, uku­lele, próbki bio­lo­giczne, mydło, żyw­ność - wszystko to mie­ściło się w tej nie­zwy­kle pojem­nej kate­go­rii. Oczy­wi­ście naj­cen­niej­szą wita­miną był czło­wiek - chyba że ktoś uwa­żał, że bada­nie prze­strzeni kosmicz­nej należy zosta­wić robo­tom. Dinah brała udział wielu kon­fe­ren­cjach, na któ­rych jej kole­dzy po fachu upie­rali się przy twier­dze­niu, że rakiety, jako nie­zwy­kle dro­gie w eks­plo­ata­cji, powinny być wyko­rzy­sty­wane wyłącz­nie do trans­portu wita­min, nato­miast zaso­bów wyma­ga­nych w ilo­ściach hur­to­wych, takich jak woda czy metal, nie powinno się w żad­nym razie wystrze­li­wać na orbitę z Ziemi, lecz pozy­ski­wać z miliar­dów uno­szą­cych się w kosmo­sie gła­zów.

Zapie­czę­to­wane opa­ko­wa­nie strzy­ka­wek wypa­dło jej na spo­tka­nie i ude­rzyło ją w czoło. W następ­nej kolej­no­ści pole­ciały próż­niowo pako­wany gra­nu­lat wodo­ro­tlenku litu, bute­leczka mor­finy, rolka kon­den­sa­to­rów do mon­tażu powierzch­nio­wego i spięty gumką pęk zatem­pe­ro­wa­nych ołów­ków HB. Ode­pchnąw­szy je sobie z drogi, Dinah mogła wresz­cie ogar­nąć całą roz­po­ście­ra­jącą się przed nią scenę: Mak­sim wtło­czony w wąski tunel wydrą­żony w wita­mi­nach, któ­rymi wypchano Sojuza do gra­nic moż­li­wo­ści.

Ktoś tam, na dole, w Tiu­ra­ta­mie, wyka­zał się przy­tom­no­ścią umy­słu i na koniec dopchnął jesz­cze do kap­suły kilka wor­ków na śmieci. Dinah otwo­rzyła jeden z nich i naj­pierw zebrała doń wszyst­kie przed­mioty, które uwol­niły się z Sojuza i zamie­rzały się wybrać na spa­cer po Izzy, a potem zaczęła wygar­niać z kap­suły kolejne; mnó­stwo dro­bia­zgu jej umknęło, ale więk­szość jed­nak tra­fiła do worka. Mak­sim wygra­mo­lił się do Pia­sty, żeby roz­pro­sto­wać nogi po sze­ściu godzi­nach sie­dze­nia nie­ru­chomo w Soju­zie, a wtedy drob­niej­sza od niego Dinah wśli­znęła się na jego miej­sce i zaczęła wypy­chać wita­miny w jego stronę; musiał tylko przy­trzy­mać otwarty worek, żeby wszystko samo do niego wpa­dało.

Po minu­cie Dinah doko­pała się do ludz­kiego uda w nie­bie­skim ska­fan­drze, potem do barku i ręki. Ręka się poru­szyła, popchnęła w jej stronę kolejne wita­miny i odsło­niła twarz, którą Dinah roz­po­znała dzięki temu, że pół godziny wcze­śniej obej­rzała poświę­cone jej hasło w Wiki­pe­dii: to była Bolor-Erdene, kie­dyś już wyklu­czona z pro­gramu kosmicz­nego jako zbyt mała i drobna, żeby paso­wał na nią stan­dar­dowy kom­bi­ne­zon kosmiczny. Fotel, na któ­rym przy­była na orbitę, został tym­cza­sowo wmon­to­wany we wnę­trze Sojuza: przy­pięto go do czę­ści modułu orbi­tal­nego zwa­nej Diwa­nem za pomocą pro­wi­zo­rycz­nej paję­czyny taśm ładun­ko­wych, wciąż jesz­cze brud­nych od kazach­skiego kurzu. Dinah przy­szło do głowy, że może to być ostatni kurz, jaki ogląda w życiu. Szybko ode­pchnęła od sie­bie tę myśl.

Zatem Bolor-Erdene i Mak­sim przy­le­cieli w module orbi­tal­nym, co było wyda­rze­niem bez pre­ce­densu: pasa­że­ro­wie powinni podró­żo­wać w docze­pio­nej z tyłu kap­sule prze­zna­czo­nej do lądo­wa­nia na Ziemi.

Byłoby rze­czą nie­sto­sowną wyty­kać im to w tej chwili, ale pod­jąw­szy się prze­lotu w module orbi­tal­nym, zgo­dzili się na podróż w jedną stronę, która na doda­tek mogła się stać misją samo­bój­czą, gdyby tylko coś poszło nie tak. Pod­czas powrotu na Zie­mię moduł orbi­talny był ska­zany na spło­nię­cie w atmos­fe­rze po odstrze­le­niu od kap­suły lądow­ni­czej; tylko pasa­że­ro­wie tej ostat­niej mieli choćby teo­re­tyczne szanse prze­ży­cia.

Pro­ces pako­wa­nia wita­min do wor­ków na śmieci postę­po­wał i przy­bie­rał na inten­syw­no­ści w miarę uwal­nia­nia kolej­nych ramion i twa­rzy. Na trzech fote­lach, na któ­rych ludzie fak­tycz­nie powinni podró­żo­wać Soju­zem, znaj­do­wali się dwaj ocze­ki­wani kosmo­nauci - Jurij i Wia­cze­sław, oraz Bry­tyj­czyk imie­niem Rhys.

Bolor-Erdene, Jurij i Wia­cze­sław przy pierw­szej oka­zji odpięli się od foteli i przez moduł orbi­talny wpły­nęli do Pia­sty. Rhys powie­dział, że potrze­buje chwili dla sie­bie.

Dinah rów­nież cof­nęła się do Pia­sty, żeby przy­wi­tać pozo­stałą czwórkę. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach powi­ta­nie takie nosiło przy­naj­mniej pozory małej uro­czy­sto­ści: nowi wpły­wali przez właz, ści­skali się z gospo­da­rzami sta­cji, przy­bi­jali piątki, robili pamiąt­kowe zdję­cia. Tym razem w obli­czu nie­uchron­nej śmierci wszyst­kich miesz­kań­ców Ziemi nastroje były raczej mino­rowe, lecz Dinah czuła się zobo­wią­zana zamie­nić kilka słów z każ­dym przy­by­szem.

Bolor-Erdene nale­gała, żeby nazy­wać ją Bo. Miała typowo azja­tyc­kie rysy, a przy tym coś w jej oczach i zary­sie kości jarz­mo­wych nie paso­wało do wize­runku prze­cięt­nej Chinki. Google już wcze­śniej pod­po­wie­dział Dinah, że Bo jest Mon­gołką.

Jurij i Mak­sim gościli na ISS - odpo­wied­nio - po raz trzeci i czwarty. Wia­cze­sław, który miał za sobą dwie wizyty w sta­cji, w ostat­niej chwili zastą­pił innego, młod­szego kosmo­nautę, który miał być na Izzy debiu­tan­tem. Rosja­nie - stare wygi - po krót­kim przy­wi­ta­niu z Dinah prze­pły­nęli przez śro­dek Pia­sty (roz­glą­da­jąc się z zacie­ka­wie­niem, bo nie wszy­scy mieli oka­zję wcze­śniej ją widzieć) i przez właz prze­do­stali się do Zwiezdy, gdzie czuli się jak w domu. Wymie­niali krót­kie uwagi po rosyj­sku, z któ­rych Dinah rozu­miała mniej wię­cej co dru­gie słowo; w zało­dze Izzy wszy­scy musieli jako tako znać rosyj­ski.

Inży­nier Rhys Ait­ken spe­cja­li­zo­wał się w kon­stru­owa­niu nie­zwy­kłych budowli, naj­czę­ściej na zle­ce­nie zamoż­nych klien­tów. Jesz­cze sie­dem­na­ście dni temu pra­co­wał nad pro­jek­tem dru­giego, więk­szego torusa, który zostałby osa­dzony na nowej Pia­ście dobu­do­wa­nej z tyłu sta­cji i słu­żyłby obsłu­dze kosmicz­nego ruchu tury­stycz­nego. Zle­ce­nie to było ele­men­tem umowy zawar­tej w ramach part­ner­stwa publiczno-pry­wat­nego pomię­dzy NASA i pra­co­dawcą Rhysa, bry­tyj­skim miliar­de­rem, jed­nym z pio­nie­rów tury­styki kosmicz­nej. Od tam­tej pory Rhy­sowi wyzna­czono już inną, nową misję, do któ­rej rów­nież dosko­nale się nada­wał.

Dinah wró­ciła do modułu orbi­tal­nego i zaj­rzała przez właz do prze­działu pasa­żer­skiego. Rhys leżał nie­ru­chomo na fotelu.

- Pierw­szy raz na orbi­cie? - spy­tała, cho­ciaż znała już odpo­wiedź.

- A co, wy tu Google'a nie macie? - odpo­wie­dział Rhys pyta­niem na pyta­nie.

Taka reak­cja ze strony Ame­ry­ka­nina mogła się wydać nie­uprzejma, jed­nak Dinah spę­dziła dość czasu w towa­rzy­stwie Bry­tyj­czy­ków, żeby wła­ści­wie zro­zu­mieć inten­cje Rhysa.

- Po pro­stu widzę, że nie­śpieszno ci do pozna­wa­nia nowego domu.

- Chcę, żeby odkry­wa­nie nowo­ści trwało jak naj­dłu­żej. Poza tym ostrze­gano mnie, żebym nie ruszał głową.

- To dobra rada, pomaga unik­nąć mdło­ści. Tylko że kie­dyś w końcu będziesz musiał nią poru­szyć.

Opa­ko­wa­nie nasion ogórka, opi­sane nadru­ko­waną od sza­blonu cyry­licą, prze­pły­nęło przed głową Dinah. Zło­wiła je w locie i - widząc, że zbli­żyła się wystar­cza­jąco do nowo przy­by­łego - wycią­gnęła rękę na powi­ta­nie.

- Dinah.

- Rhys.

Podał jej rękę. Trzy­mał głowę nie­ru­chomo i patrzył pro­sto przed sie­bie, ale w tym momen­cie, posłuszny uświę­co­nemu tra­dy­cją odru­chowi, jaki cechuje więk­szość sam­ców rodzaju ludz­kiego, naj­pierw zwró­cił same oczy w stronę Dinah, a potem obró­cił głowę, żeby lepiej się jej przyj­rzeć.

- Zaraz tego poża­łu­jesz - ostrze­gła go.

- O mój Boże!

- Masz jesz­cze chwilę, zanim wszystko ci się zbie­rze i wypły­nie. Cze­kaj, zała­twię ci jakąś torebkę foliową.

***

Pod­czas jed­nej z wielu bez­sen­nych "nocy" Dinah zła­pała się na tym, że mar­twi się o tran­zy­story. Nowo­cze­sna tech­no­lo­gia pół­prze­wod­ni­kowa pozwo­liła je zmniej­szyć do roz­mia­rów, przy któ­rych mogły ulec znisz­cze­niu od poje­dyn­czej dawki pro­mie­nio­wa­nia kosmicz­nego. Na Ziemi nie miało to wiel­kiego zna­cze­nia, ponie­waż gra toczyła się o niż­sze stawki, atmos­fera zaś odci­nała więk­szość pro­mie­nio­wa­nia; elek­tro­nika prze­zna­czona do dzia­ła­nia w prze­strzeni kosmicz­nej to było zupeł­nie coś innego. Kom­pleksy woj­skowo-prze­my­słowe na całym świe­cie inwe­sto­wały mnó­stwo pie­nię­dzy i zaso­bów ludz­kich w pro­duk­cję elek­tro­niki odpor­nej na pro­mie­nio­wa­nie. Uzy­skane w wyniku tych sta­rań układy sca­lone i obwody dru­ko­wane były zazwy­czaj więk­sze i bar­dziej nie­po­ręczne od ele­gancko zmi­nia­tu­ry­zo­wa­nych pro­duk­tów maso­wego użytku, do jakich przy­wy­kli ziem­scy kon­su­menci. Były rów­nież znacz­nie droż­sze - do tego stop­nia, że Dinah nauczyła się obcho­dzić bez nich przy kon­stru­owa­niu swo­ich robo­tów. Sto­so­wała tanią, minia­tu­rową, gotową elek­tro­nikę kon­sump­cyjną i liczyła się z tym, że co tydzień pewna liczba jej robo­tów będzie umie­rała z tego powodu. Sprawny robot mógł prze­nieść swo­jego nie­ży­wego kolegę do śluzy oddzie­la­ją­cej warsz­tat od dzio­ba­tej powierzchni Amal­thei, a wtedy Dinah po pro­stu wymie­niała usma­żone obwody na nowe. Zda­rzało się i tak, że nowy robot od początku oka­zy­wał się nie­sprawny - po tra­fie­niu pro­mie­niem kosmicz­nym, kiedy jesz­cze leżał spo­koj­nie w maga­zy­nie. Na szczę­ście w ramach misji zaopa­trze­nio­wych prze­wi­dziano dostar­cza­nie na ISS nowych zastę­pów robo­ci­ków i czę­ści zamien­nych.

Jedyną osłoną przed pro­mie­nio­wa­niem kosmicz­nym była mate­ria. Gruba atmos­fera, taka jak ziem­ska, w zupeł­no­ści wystar­czała, podob­nie jak wystar­czy­łaby znacz­nie cień­sza, ale lita bariera z jakie­goś cięż­kiego mate­riału. Natu­ral­nie Dinah dys­po­no­wała taką wła­śnie barierą - w postaci samej Amal­thei: każdy obiekt przy­tu­lony do jej powierzchni był auto­ma­tycz­nie chro­niony przed pro­mie­nio­wa­niem kosmicz­nym docho­dzą­cym z tej połowy wszech­świata, którą prze­sła­niała aste­ro­ida. W podobny spo­sób sama ISS była osło­nięta przez Zie­mię przed pro­mie­nio­wa­niem z jed­nego kie­runku. Dzięki temu ist­niało jedno cudowne miej­sce - w tej czę­ści warsz­tatu, która znaj­do­wała się od strony Ziemi, a zara­zem "pod" bryłą Amal­thei - nara­żone na kon­takt z pro­mie­nio­wa­niem wyłącz­nie z bar­dzo wąskiego wycinka prze­strzeni kosmicz­nej. W tym wła­śnie rejo­nie Dinah prze­cho­wy­wała zapa­sowe układy sca­lone i płytki dru­ko­wane, żeby zwięk­szyć ich szanse prze­trwa­nia. Z tego także względu sta­rała się ogra­ni­czać czas pracy robo­tów w tej czę­ści Amal­thei, która była zwró­cona ku otwar­tej prze­strzeni.

Z okna miała bar­dzo dobry widok na zagłę­bie­nie w powierzchni aste­ro­idy, praw­do­po­dob­nie pra­stary kra­ter po ude­rze­niu mete­orytu, mniej wię­cej wiel­ko­ści arbuza. Dzie­wią­tego dnia po tym, jak Księ­życ się roz­padł (pięć dni przed kon­fe­ren­cją w Bana­nie, pod­czas któ­rej Doc Dubois powie­dział im o Kamien­nym Desz­czu, a pre­zy­dent zapowie­działa, że nie wrócą do domu), zapro­gra­mo­wała część swo­ich robo­tów (te z naj­lep­szymi gło­wi­cami tną­cymi) w taki spo­sób, żeby zaczęły pogłę­biać to zaklę­śnię­cie. Może prze­czu­wała, co się wyda­rzy. A może po pro­stu wyko­ny­wała swoją pracę: roboty gór­ni­cze musiały być zdolne do wyko­ny­wa­nia zapro­gra­mo­wa­nych dzia­łań, takich jak drą­że­nie tuneli w ska­łach, a był naj­wyż­szy czas, żeby zaczęła z tym eks­pe­ry­men­to­wać.

Kiedy jed­nak po kon­fe­ren­cji w Bana­nie wró­ciła do warsz­tatu, zamiast prze­pła­kać całą noc albo wysta­wić głowę ze śluzy w kosmos, zmo­dy­fi­ko­wała opro­gra­mo­wa­nie robo­ci­ków i kazała im deli­kat­nie zakrzy­wiać prze­bieg tunelu w miarę posu­wa­nia się w głąb aste­ro­idy. Wcze­śniej odda­lały się od warsz­tatu w linii pro­stej, dzięki czemu mogła przez swoje okienko zaglą­dać wprost w głąb tunelu; musiała w tym calu nakła­dać na kwarc przy­ciem­nianą osłonę spa­wal­ni­czą, ponie­waż łuki pla­zmowe, któ­rymi roboty cięły skałę, mogłyby ją ośle­pić. Zanim w dniu A+0.17 na Izzy poja­wiło się pię­cioro nowych przy­by­szów, roboty zdą­żyły znik­nąć za zakrę­tem wydrą­żo­nego przez sie­bie tunelu. Stały się nie­wi­doczne dla wszech­świata. Pro­mie­nio­wa­nie kosmiczne roz­cho­dziło się po liniach pro­stych, podob­nie jak świa­tło, i nie było w sta­nie się­gnąć w głąb tego tune­liku.

Dinah kazała im wydrą­żyć zagłę­bie­nie w ścia­nie tunelu: wnękę maga­zy­nową. Zapa­ko­wała wszyst­kie zapa­sowe układy sca­lone i kom­pu­te­rowe płytki dru­ko­wane w jedno zawi­niątko - cał­kiem nie­duże, wziąw­szy pod uwagę moc obli­cze­niową współ­cze­snych sca­la­ków: miało w przy­bli­że­niu sze­ścienny kształt i mie­ściło się jej w dłoni. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach byłby to fatalny pomysł: wystar­czy­łaby jedna celna dawka pro­mie­nio­wa­nia, żeby zamor­do­wać wszyst­kie układy za jed­nym zama­chem.

Dinah prze­ka­zała zawi­niątko ośmio­no­giemu robo­towi, po czym wypu­ściła go ze śluzy i skie­ro­wała w głąb tunelu. Patrząc okiem jego kamery i mani­pu­lu­jąc dło­nią w info­rę­ka­wicy pod­łą­czo­nej do jego chwyt­nych ramion, wpro­wa­dziła go do niszy, a następ­nie roz­po­starła i usztyw­niła wszyst­kie chwy­taki, żeby nie wyfru­nął z zagłę­bie­nia. Jej tran­zy­story były bez­pieczne.

Rhys obser­wo­wał ją przy pracy. Prze­by­wał na Izzy od pię­ciu godzin i tak go mdliło, że nie mógł robić nic innego, jak tylko leżeć cał­ko­wi­cie nie­ru­chomo. Dinah, u któ­rej w warsz­ta­cie było pod dostat­kiem obejm, zaci­sków, kro­ko­dyl­ków i innych uży­tecz­nych przy­bo­rów, pomo­gła mu unie­ru­cho­mić głowę pomię­dzy dwiema rur­kami, dla więk­szej wygody obło­żyw­szy je pianką. Zosta­wiła mu zapas tore­bek folio­wych i wró­ciła do swo­ich zajęć.

- Jak nazy­wasz ten rodzaj? - spy­tał.

- Kra­bo­chwyt.

- Fajna nazwa. Tak mi się wydaje.

- Taka kon­struk­cja sama się narzuca, jeżeli robot ma się poru­szać po powierzchni aste­ro­idy. Każda noga ma na końcu elek­tro­ma­gnes, dzięki któ­remu przy­lega do Amal­thei skła­da­ją­cej się głów­nie z żelaza. Kiedy chce prze­sta­wić odnóże, po pro­stu wyłą­cza elek­tro­ma­gnes.

- Na pewno już wcze­śniej przy­szło ci to do głowy - zaczął ostroż­nie Rhys - ale mogła­byś w ten spo­sób wydrą­żyć całą aste­ro­idę. Stwo­rzyć zamknięte śro­do­wi­sko, może nawet napeł­nić je powie­trzem...

Dinah poki­wała głową. Była zajęta prze­sta­wia­niem kolej­nych odnóży kra­bo­chwyta; chciała mieć pew­ność, że wszyst­kie przy­le­gają do ścian wnęki. Byłby wstyd, gdyby wszyst­kie jej wita­miny wyfru­nęły i prze­pa­dły bez śladu.

- Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Kon­sul­to­wa­łam się z mniej wię­cej ośmioma tysią­cami inży­nie­rów, któ­rzy na Ziemi ana­li­zują ten pro­blem.

- Nie zakła­da­łem, że mia­ła­byś się tym zaj­mo­wać w poje­dynkę.

- Ogra­ni­cze­niem jest gaz robo­czy. Prze­ci­naki pla­zmowe mają ogromną moc, ale wyma­gają sta­łego prze­pływu gazu. Pra­wie każdy gaz się do tego nadaje. Sęk w tym, że gazy prze­my­słowe są na orbi­cie towa­rem rzad­kim i cen­nym, a na doda­tek mają dener­wu­jący zwy­czaj ulat­nia­nia się w próż­nię.

- Ale gdyby roboty drą­żyły aste­ro­idę od środka, zamiast pra­co­wać na jej powierzchni...

- Otóż to. Można wtedy uszczel­nić wnę­trze, wychwy­ty­wać wyko­rzy­stany gaz i uży­wać go ponow­nie.

- Krótko mówiąc, jesteś dobre parę kro­ków przede mną.

Górną część twa­rzy Dinah prze­sła­niał kask inter­fejsu rze­czy­wi­sto­ści wir­tu­al­nej, dolna jed­nak roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu.

- Na tym wła­śnie polega pro­blem z eks­plo­ra­cją kosmosu. Inte­re­suje się nią taka masa inte­li­gent­nych ludzi, że trudno jest wymy­ślić coś naprawdę nowego.

Wyko­rzy­stała prze­rwę w roz­mo­wie na prze­łą­cze­nie się na innego robota i wpro­wa­dze­nie go do tunelu.

- Kiedy tak led­wie zauwa­żal­nie poru­szam gał­kami ocznymi, dostrze­gam jesz­cze co naj­mniej trzy inne stwory w twoim bestia­riu­szu.

- Żmijka to zmo­dy­fi­ko­wany robot do eks­plo­ra­cji zawa­lo­nych budyn­ków, który z kolei był w oczy­wi­sty spo­sób inspi­ro­wany kształ­tem i ruchami węża.

- W takim razie już wiem, skąd ta nazwa.

- Wła­śnie. Elek­tro­ma­gnesy opla­tają ciało żmijki podwójną helisą. Włą­cza­jąc je i wyłą­cza­jąc w odpo­wied­nim ryt­mie, żmijka może jakby prze­ta­czać się na skos po powierzchni i zużywa przy tym mini­mum ener­gii.

- To coś, co wygląda jak fule­ren, sto­suje chyba podobny trik, nie?

- Z nazwą też tra­fi­łeś: fak­tycz­nie nazy­wamy je fule­re­nami. Ści­śle rzecz bio­rąc, mamy tu do czy­nie­nia z...

- Ten­se­gral­no­ścią.

Dinah poczuła, że się rumieni.

- No tak, prze­cież ty to wszystko wiesz. Wra­ca­jąc do rze­czy: fule­ren jest duży i w przy­bli­że­niu kuli­sty, dzięki czemu może się toczyć w dowol­nym kie­runku, odpo­wied­nio prze­łą­cza­jąc elek­tro­ma­gnesy oraz wydłu­ża­jąc lub skra­ca­jąc wspor­niki. Jego mózg znaj­duje się w tej zawie­szo­nej w środku kap­sułce.

- Kra­bo­chwyty, żmijki i fule­reny. A jak nazy­wa­cie te naj­mniej­sze?

- Gzy. To nasza próba stwo­rze­nia roju. Taka... chał­turka Liny. Na razie eks­pe­ry­men­tu­jemy, ale idea jest taka, żeby mogły się ze sobą łączyć w miarę potrzeb, tak jak mrówki two­rzące wielką mrów­czą kulę, żeby sfor­so­wać rzekę. Pew­nie wydaje ci się to wszystko strasz­nie dzi­waczne. To nie jest nor­malna inży­nie­ria.

- A ja nie jestem nor­mal­nym inży­nie­rem. Od dawna zaj­muję się bio­mi­me­tyką, czyli dokład­nie tym samym, czym wy tutaj. Tylko że ja buduję nie­ru­chome kon­struk­cje.

- Rozu­miem. Czyli wiesz, czym to się je.

Dinah zdjęła gogle, przez które oglą­dała (w trzech wymia­rach) obraz z punktu widze­nia kra­bo­chwyta. Drugi robot, żmijka, przy­czaił się za nim w tunelu, uniósł łeb jak kobra i wyce­lo­wał w kra­bo­chwyta swoją lampę i kamerę. Dinah wpa­trzona w pła­ski moni­tor kazała żmijce prze­miesz­czać kamerę to w jedną stronę, to w drugą; musiała mieć pew­ność, że zapa­sowe sca­laki są bez­pieczne.

- Ow­szem - przy­tak­nął Rhys. - Nie zamie­rzam ci mówić, jak masz wyko­ny­wać swoją pracę - dodał po chwili - ale na pewno wiesz, co robią kraby-pustel­niki?

Chwilę trwało, zanim Dinah się­gnęła do wła­ści­wych zaso­bów pamięci. Nie prze­pa­dała za pla­żo­wa­niem.

- Chro­nią się w porzu­co­nych przez inne kraby musz­lach.

- Nie przez inne kraby, tylko przez mię­czaki. Ale poza tym tak, o to mi wła­śnie cho­dziło.

Dinah prze­tra­wiła te słowa i odwró­ciła się do niego. Był tro­chę mniej spo­cony i zie­lony na twa­rzy niż wcze­śniej.

- Chyba wiem, do czego zmie­rzasz...

- To nie wszystko. Pomyśl o otwor­ni­cach.

- A co to jest?

- Naj­więk­sze jed­no­ko­mór­kowe orga­ni­zmy na świe­cie. Żyją pod lodem antark­tycz­nym. Kiedy rosną, wyła­pują z oto­cze­nia zia­renka pia­sku i lepią z nich sobie twarde zewnętrzne sko­rupki.

- Jak Ben Grimm?

Dinah nie spo­dzie­wała się, że Rhys zare­aguje na rzu­coną mimo­cho­dem alu­zję do komik­so­wego boha­tera, opan­ce­rzo­nego członka Fan­ta­stycz­nej Czwórki, ale on natych­miast odrzekł:

- Otóż to, on też padł ofiarą pro­mie­nio­wa­nia kosmicz­nego. Tyle że otwor­nice nie są takie wyob­co­wane i nie uża­lają się nad sobą.

- Zawsze chcia­łam mieć skórę jak Thing.

- Ta, którą dał ci Bóg, znacz­nie lepiej ci pasuje. Jeśli jed­nak chcesz osło­nić swoje roboty przed pro­mie­nio­wa­niem kosmicz­nym, nie ogra­ni­cza­jąc im przy tym swo­body ruchu...

- Chyba się zako­cha­łam.

Rhys przy­tknął do ust torebkę foliową i zwy­mio­to­wał.

***

Jak powie­dzieć światu, że wkrótce umrze? Doob się cie­szył, że nie musi prze­ka­zy­wać tej wia­do­mo­ści. Jego rola ogra­ni­czała się do sta­nia za ple­cami pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie z mar­sową miną (która przy­cho­dziła mu bez trudu) wraz z innymi wybit­nymi naukow­cami sta­no­wił posępne jak Mount Rush­more tło dla two­rzą­cych pół­okrąg świa­to­wych przy­wód­ców. JBF wygła­szała orę­dzie, wspo­ma­ga­jąc się tele­promp­te­rem, a on wpa­try­wał się w tył jej głowy. Miej­sca po jej bokach zajęli pre­zy­denci Chin i Indii, mówiący rów­no­cze­śnie to samo w dia­lek­cie man­da­ryń­skim i w hindi. Bli­żej skrzy­deł pół­okręgu stali pre­mie­rzy Japo­nii, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji oraz Hisz­pa­nii (ten ostatni repre­zen­to­wał nie tylko swój kraj, lecz także - per pro­cura - więk­szość Ame­ryki Łaciń­skiej); kanc­lerz Nie­miec; pre­zy­denci Nige­rii, Rosji i Egiptu; papież; naj­waż­niejsi ima­mo­wie repre­zen­tu­jący główne odłamy islamu; rabin; oraz lama. Orę­dzie było wygła­szane symul­ta­nicz­nie, żeby jak naj­wię­cej ludzi mogło usły­szeć je rów­no­cze­śnie, zamiast cze­kać na tłu­ma­cze­nie.

Gdyby jed­nak zada­nie to przy­pa­dło w udziale dok­to­rowi Dubois Jerome'owi Xavie­rowi Har­ri­sowi, ująłby to mniej wię­cej nastę­pu­jąco: Każdy kie­dyś umiera. Z sied­miu miliar­dów ludzi, któ­rzy dziś zamiesz­kują Zie­mię, pra­wie wszy­scy będą mar­twi za sto lat, a więk­szość znacz­nie wcze­śniej. Nikt nie chce umie­rać, ale godzimy się z myślą, że śmierć prę­dzej czy póź­niej po nas przyj­dzie.

Ktoś, kto za dwa lata pad­nie ofiarą Kamien­nego Desz­czu, będzie tak samo mar­twy, jakby za sie­dem­na­ście lat zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym. Jedyne, co się zmie­niło, to to, że wszy­scy znali teraz przy­bli­żony czas swo­jej śmierci i spo­sób, w jaki zginą. Dzięki temu mogli się przy­go­to­wać - jedni wewnętrz­nie, poprzez pojed­na­nie z Bogiem, inni musieli się zado­wo­lić prze­ka­za­niem swo­jej spu­ści­zny przy­szłym poko­le­niom.

I tu dopiero robiło się naprawdę cie­ka­wie, ponie­waż było wia­domo, że żaden z tra­dy­cyj­nych kon­cep­tów dzie­dzi­cze­nia nie spraw­dzi się w obli­czu Kamien­nego Desz­czu. Nie było sensu spi­sy­wać testa­mentu, kiedy cały mają­tek miał zostać uni­ce­stwiony razem z wła­ści­cie­lem i poten­cjal­nymi spad­ko­bier­cami.

Dla­tego spu­ści­zną ludz­ko­ści miały stać się przy­szłe doko­na­nia miesz­kań­ców Arki w Chmu­rze, osią­gnięte w ciągu stu­leci i mile­niów. Arka była abso­lut­nie naj­waż­niej­sza.

Na miej­sce spo­tka­nia wybrano Jezioro Kra­te­rowe w Ore­go­nie. Depar­ta­ment Stanu zare­kwi­ro­wał rusty­kalny hotel wznie­siony na kra­wę­dzi kra­teru, zwiózł samo­lo­tami dygni­ta­rzy, a oko­liczne par­kingi i pola namio­towe zasy­pał lawiną pojaz­dów ochrony, mediów i obsługi. W tej wła­śnie chwili na auto­stra­dzie koman­dosi zawra­cali roz­cza­ro­wa­nych urlo­po­wi­czów, tłu­ma­cząc im, że park jest zamknięty, i dora­dza­jąc, by włą­czyli radia i posłu­chali wia­do­mo­ści, jeżeli chcą poznać prawdę i spoj­rzeć na zakłó­ce­nie swo­ich pla­nów waka­cyj­nych z szer­szej per­spek­tywy.

Dzień był pogodny, co w tym wypadku ozna­czało - zimny. Jezioro w kra­te­rze miało naj­czyst­szy odcień błę­kitu, jaki Doob w życiu widział; niebo było o ton jaśniej­sze. Stali zwró­ceni do niego ple­cami pod­czas odczy­ty­wa­nia orę­dzia, bo jakiś geniusz poli­tyczny w szta­bie pani pre­zy­dent taką wła­śnie wymy­ślił sce­no­gra­fię. Kamery umiesz­czono wyżej, na rusz­to­wa­niu, z któ­rego patrzyły w dół, miesz­cząc w kadrze jezioro, rzadko poro­śniętą drze­wami Wizard Island i ośnie­żoną kra­wędź kra­teru. Prze­kaz był oczy­wi­sty dla każ­dego, kto tylko chciał go odczy­tać: od sze­ściu do ośmiu tysięcy lat temu w tym miej­scu doszło do nie­wy­obra­żal­nej kata­strofy, oca­lali z niej ludzie prze­cho­wali pamięć o niej w legen­dach o apo­ka­lip­tycz­nej woj­nie mię­dzy bogami nieba i świata pod­ziem­nego - a dziś było to piękne miej­sce. Pre­zy­dent USA i nie­któ­rzy inni przy­wódcy wple­tli ten wła­śnie wątek w swoje prze­mó­wie­nia. Doob i towa­rzy­szący mu naukowcy (pro­fe­so­ro­wie naj­lep­szych uczelni z całego świata) nie sły­szeli, co mówią grube ryby: poli­tycy wysy­łali swoje słowa w świat i wie­jący wśród skał i drzew wiatr natych­miast pory­wał i uno­sił pły­nące z ich ust dźwięki. Sto­jący cztery metry za ple­cami pani pre­zy­dent Doob patrzył, jak wiatr tar­mosi jej włosy. Przed Dniem Zero dużo się mówiło o jej wło­sach; wtedy jesz­cze komen­ta­to­rzy świata mody i poli­tyki uwa­żali takie sprawy za naprawdę istotne. Pro­ste, opa­da­jące do ramion, miały kolor ciem­no­blond i pierw­sze srebrne pasemka. W wieku czter­dzie­stu dwóch lat JBF została naj­młod­szym pre­zy­dentem w histo­rii USA; JFK, obej­mu­jąc urząd, był od niej o rok star­szy. Jej flirt z poli­tyką zaczął się pod­czas stu­diów w Ber­ke­ley, potem jed­nak zro­biła MBA i naj­pierw zwią­zała się z kon­sul­tin­giem na naj­wyż­szym pozio­mie, a następ­nie tra­fiła do pręż­nej, lecz zma­ga­ją­cej się z kło­po­tami firemki tech­no­lo­gicz­nej z Los Ange­les. Pod jej kie­row­nic­twem firma sta­nęła na nogi, wkrótce potem została wyku­piona przez Google, a JBF stała się kobietą naprawdę bogatą. Wyszła za star­szego o dzie­sięć lat byłego aktora, a obec­nie pro­du­centa fil­mo­wego, któ­rego poznała na przy­ję­ciu w Malibu, zaan­ga­żo­wa­nego w różne spory poli­tyczne po tym, jak wypro­du­ko­wał sporo zaan­ga­żo­wa­nych doku­men­tów i thril­le­rów z wyraź­nym pod­tek­stem poli­tycznym. Roberto - bo tak miał na imię - był Laty­no­sem, wywo­dzą­cym się z rodziny prze­śla­do­wa­nej przez Castro, i poli­tycznym kame­le­onem, łączą­cym liber­ta­ria­nizm z popu­li­zmem w spo­sób, który intry­go­wał obie strony, a przy tym nie odpy­chał nikogo poza naj­bar­dziej skraj­nymi eks­tre­mi­stami. Ucho­dziło mu to pła­zem, ponie­waż był przy­stojny, uro­czy i - jak sam przy­zna­wał bez cie­nia zakło­po­ta­nia - za mało oczy­tany, żeby roz­gryźć wszyst­kie wąt­pli­wo­ści.

Ustat­ko­waw­szy się w ten spo­sób w rodzin­nym sta­dle i pod­jąw­szy kon­tro­wer­syjną decy­zję o pozo­sta­niu przy panień­skim nazwi­sku, Julia Bliss Fla­herty znów wzięła na cel poli­tykę. O włos prze­grała kali­for­nij­ską kam­pa­nię wybor­czą do senatu; w dniu wybo­rów była w zaawan­so­wa­nej ciąży, a nie­wiele póź­niej uro­dziła dziecko z zespo­łem Downa i stała się żywym testem Ror­scha­cha dla opo­nen­tów w spo­rach o bada­nia pre­na­talne i selek­tywną abor­cję. Uczest­ni­cząc w licz­nych talk-show i dys­ku­tu­jąc na te i pokrewne tematy, zwró­ciła na sie­bie uwagę poli­ty­ków z obu stron bary­kady i pod­czas naj­bliż­szej kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej zna­la­zła się w dość nie­zwy­kłej sytu­acji, obie bowiem główne par­tie widziały w niej jed­nego z kan­dy­da­tów do obję­cia urzędu wice­pre­zy­denta. Ona jed­nak pozo­stała wierna cen­tro­wym poglą­dom; nie­jed­no­znacz­ność jej poli­tycz­nych dekla­ra­cji przy­spa­rzała demo­kra­tom zwo­len­ni­ków na pra­wej stro­nie sceny poli­tycz­nej, repu­bli­ka­nom zaś na lewej. Nikt się nie spo­dzie­wał, że osta­tecz­nie wylą­duje w Gabi­ne­cie Owal­nym; w dzi­siej­szych cza­sach nikt na serio nie ocze­kuje, że wice­pre­zy­dent zrobi tego rodzaju karierę. Tym­cza­sem skan­dal, który zmiótł pre­zy­denta po nie­spełna dzie­się­ciu mie­sią­cach urzę­do­wa­nia, wyniósł ją do god­no­ści pre­zy­denc­kiej. Tym spo­so­bem jej fry­zura stała się ofi­cjal­nym tema­tem uczo­nych dyser­ta­cji pra­so­wych, z któ­rych więk­szość sku­piała się na tych sre­brzy­stych pasem­kach: natu­ralne czy far­bo­wane? Jeżeli natu­ralne, to czemu nie chciała się ich pozbyć? Prze­cież ist­niała ku temu sto­sowna tech­no­lo­gia. Jeśli zaś się far­bo­wała, to czy nie był to z jej strony prze­jaw cwa­niac­twa, mający jej zapew­nić doj­rzal­szy, poważ­niej­szy wygląd? I czy we współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie kobieta musi wyglą­dać jak dostojna matrona, żeby zasłu­żyć na poważne trak­to­wa­nie?

Doob był prak­tycz­nie pewien, że po dzi­siej­szym prze­mó­wie­niu JBF nikt już nie będzie publi­ko­wał tego rodzaju arty­ku­łów. Prawdę mówiąc, odczu­wał zro­zu­miałe zawsty­dze­nie fak­tem, że w taki dzień w ogóle zwraca uwagę na włosy pani pre­zy­dent.

Tak jed­nak działa ludzki umysł. Nie jest w sta­nie bez prze­rwy myśleć o końcu świata. Cza­sem potrze­buje prze­rwy, flirtu z bła­host­kami, ponie­waż to wła­śnie poprzez bła­hostki jest zako­twi­czony w rze­czy­wi­sto­ści - tak jak nawet naj­po­tęż­niej­szy dąb jest osa­dzony w ziemi poprzez układ korzon­ków nie grub­szych niż siwe włosy na gło­wie pani pre­zy­dent.

Wszyst­kie orę­dzia roz­po­częły się o tej samej porze, nie­które z nich trwały jed­nak dłu­żej niż inne. Ima­mo­wie i papież płyn­nie prze­szli od prze­mó­wie­nia do modli­twy. Pre­zy­dent USA i inni świeccy przy­wódcy po zakoń­cze­niu wystą­pie­nia jesz­cze przez chwilę stali nie­zręcz­nie przy mikro­fo­nach, aż w końcu zaczęli się roz­cho­dzić, opa­tu­lani przez asy­sten­tów obszer­nymi, cie­płymi płasz­czami. Doob i reszta naukow­ców - sta­no­wiący ele­ment tła w nie mniej­szym stop­niu niż jezioro w kal­de­rze - musieli wytrwać na swoim miej­scu do zakoń­cze­nia modłów.

Przy­szło mu na myśl, że mógłby tu przy­je­chać z Ame­lią i stąd obser­wo­wać roz­wój wyda­rzeń. To byłby piękny punkt do obser­wa­cji Bia­łego Nieba i początku Kamien­nego Desz­czu. Pod­czas orę­dzia dostrzegł ogni­sty ślad jed­nego bolidu, który prze­ciął niebo na połu­dniu; kre­chę bia­łego ognia tak jaskrawą, że wypa­liła mu wolno bled­nący nie­bie­ski powi­dok pod powie­kami. Pod koniec bryła roz­pa­dła się na dwie, a potem na pięć, nim wszyst­kie znik­nęły za wid­no­krę­giem. Była zbyt daleko, żeby poczuł bijący od niej żar, ale ludzie, któ­rym zda­rzało się zna­leźć bli­żej spa­da­ją­cych od nie­dawna mete­ory­tów, twier­dzili, że cie­pło jest wyraź­nie wyczu­walne - choć zara­zem nad­zwy­czaj ulotne, ponie­waż bolidy pędziły z pręd­ko­ścią ponad­dźwię­kową. Kiedy jed­nak Kamienny Deszcz roz­pęta się na dobre, ogni­ste ślady będą coraz gęściej cięły niebo, aż utwo­rzą litą pół­kulę roz­pa­loną do bia­ło­ści. Wów­czas nawet ci szczę­śliwcy (o ile to słowo było w tym przy­padku na miej­scu), któ­rzy unikną bez­po­śred­niego tra­fie­nia odłam­kiem Księ­życa, będą zmu­szeni poszu­kać jakiejś osłony - naj­le­piej kry­tej bla­chą, żeby odbi­jała cie­pło i sama była nie­palna. W ten spo­sób zyskają nieco czasu, lecz wkrótce roz­grzane powie­trze sta­nie się nie­zdatne do oddy­cha­nia. Doob zasta­na­wiał się, w któ­rym momen­cie pod­czas tych wyda­rzeń powi­nien ode­brać sobie życie.

Upły­nęły trzy tygo­dnie i jeden dzień od roz­padu Księ­życa; dwa­na­ście dni, odkąd Doob nabrał prze­świad­cze­nia, że Zie­mię czeka Kamienny Deszcz. Był ponie­kąd zasko­czony, że przy­wódcy świa­towi zare­ago­wali tak szybko, ale do reak­cji zmu­siły ich roz­cho­dzące się plotki. Astro­no­mo­wie, któ­rzy na całym świe­cie doko­nali tych samych obli­czeń, nawy­kli do pracy przy pod­nie­sio­nej kur­ty­nie i dzie­le­nia się swo­imi pomy­słami na forach dys­ku­syj­nych. Każdy, kto naprawdę chciał wie­dzieć i miał dostęp do Inter­netu, mógł już przed tygo­dniem usły­szeć o Kamien­nym Desz­czu. Dla­tego - jak domy­ślał się Doob - pre­zy­dent i pozo­stali dygni­ta­rze woleli mieć sprawę szybko z głowy, żeby móc bez prze­szkód skon­cen­tro­wać się na budo­wie Arki w Chmu­rze. A także po to, by dać miesz­kań­com Ziemi jakieś zaję­cie, wybór, moż­li­wość dzia­ła­nia, co przy­nie­sie jakieś skutki (wyima­gi­no­wane lub nie). Oczy­wi­ście na Kamienny Deszcz nikt nie mógł nic pora­dzić, a bar­dzo nie­wielu ludzi mogło wnieść swój wkład w budowę Arki - liczba spe­cja­li­stów od spa­ce­rów kosmicz­nych i budowy rakiet była ogra­ni­czona i wszy­scy zostali już zmo­bi­li­zo­wani. Były jed­nak i takie rze­czy, poprzez które każdy mógł przy­czy­nić się do powo­dze­nia misji Arki w Chmu­rze, a zatem stać się czę­ścią spu­ści­zny, która zosta­nie ponie­siona do gwiazd.

Po zakoń­cze­niu orę­dzi i modłów przy środ­ko­wym pul­pi­cie, zza któ­rego przed chwilą prze­ma­wiała pani pre­zy­dent, zebrało się troje ludzi. Mieli prze­ma­wiać po angiel­sku, a ich słowa miały zostać prze­ło­żone na tyle języ­ków, ilu tłu­ma­czy udało się skap­to­wać orga­ni­za­to­rom. Pierw­sza na pod­wyż­sze­niu zna­la­zła się Mary Bulin­ski, sekre­tarz zaso­bów wewnętrz­nych USA, żwawa sześć­dzie­się­cio­latka, z wykształ­ce­nia bio­log, z zami­ło­wa­nia zaś nie­zmor­do­wana turystka i alpi­nistka. Obok niej sta­nęła bar­dzo wysoka Celani Mban­gwa, powszech­nie powa­żana artystka z Afryki Połu­dnio­wej. Towa­rzy­szył im Cla­rence Cro­uch, gene­tyk-nobli­sta z Cam­bridge, cho­dzący o lasce od czasu, gdy wła­sne geny spła­tały mu brzyd­kiego psi­kusa i przy­pra­wiły go o raka okręż­nicy. Dok­tor Moira Crewe, jedna z jego współ­pra­cow­nic, poma­gała mu poru­szać się po kamie­ni­stym grun­cie. Po tym, jak dzie­sięć lat temu jego żona popeł­niła samo­bój­stwo, tylko praca w King's Col­lege trzy­mała go przy życiu.

Prze­wi­dy­wany roz­wój wypad­ków przed­sta­wiono gościom z kil­ku­dnio­wym wyprze­dze­niem, żeby zdą­żyli otrzą­snąć się z szoku i byli w sta­nie wystą­pić w tele­wi­zji. Zwie­ziono ich wszyst­kich do Ore­gonu i roz­lo­ko­wano w przy­tul­nych poko­jach w hotelu na kra­wę­dzi kal­dery. Na dole, w sali kon­fe­ren­cyj­nej, zjeż­dża­jący się z całego świata naukowcy urzą­dzili coś w rodzaju narady wojen­nej, żeby prze­dys­ku­to­wać, co dokład­nie powinni powie­dzieć Mary, Celani i Cla­rence, ich wypo­wiedź powinna bowiem mieć klu­czowe zna­cze­nie. Nikt nie spo­dzie­wał się cha­osu i wybu­chu maso­wej paniki; ow­szem, było wia­domo, że nie da się ich cał­ko­wi­cie unik­nąć, ale miliardy ludzi będą chciały się przede wszyst­kim dowie­dzieć, w jaki spo­sób mogą być uży­teczne - i nale­żało im udzie­lić jakiejś odpo­wie­dzi.

Dla­tego nie miało zna­cze­nia, że Mary, Celani i Cla­rence stoją tyłem do Dooba, a zimny wiatr unosi ich słowa, bo Doob dosko­nale wie­dział, co powie­dzą. Sto razy czy­tał tekst ich wystą­pie­nia.

Mary miała mówić o tym, jak Arka w Chmu­rze prze­chowa - głów­nie w postaci cyfro­wej - gene­tyczną spu­ści­znę ziem­skich eko­sys­te­mów. Nie mogli ani wysłać żyraf w kosmos, ani - tym bar­dziej - utrzy­mać ich tam przy życiu, mogli jed­nak prze­chować próbki ich tka­nek; prze­strzeń kosmiczna to cał­kiem sku­teczna lodówka. Co jesz­cze lep­sze, struk­turę DNA można było zare­je­stro­wać poprzez wpro­wa­dze­nie pró­bek do auto­ma­tycz­nych sekwen­cjo­na­to­rów, które roz­bie­rają włókna DNA na pary pod­sta­wowe i zapi­sują ich układ w postaci cyfro­wej, łatwej do archi­wi­za­cji i odtwo­rze­nia. Na pokła­dzie Arki miały zostać zain­sta­lo­wane spe­cjalne maszyny, które będą potra­fiły odczy­tać te ciągi cyfr, prze­mie­nić je na powrót w dzia­ła­jące DNA i wpro­wa­dzić do żywych komó­rek. Dzięki temu w przy­szło­ści - być może za tysiące lat od teraz - będzie można z suro­wej mate­rii odtwo­rzyć żyrafy, sekwoje i wie­lo­ryby. Jak mógł w tym pomóc zwy­kły szary czło­wiek? Poprzez zbie­ra­nie pró­bek żywych orga­ni­zmów w swoim śro­do­wi­sku oraz robie­nie zdjęć opa­trzo­nych współ­rzęd­nymi GPS, a następ­nie prze­sy­ła­nie ich - bez opłat - pod wska­zane adresy.

W pew­nym sen­sie Mary przy­pa­dło w udziale naj­bar­dziej nie­wdzięczne zada­nie, ponie­waż nie mogła nie wie­dzieć, że ta część planu jest abso­lutną bzdurą. Bio­lo­dzy dawno już zgro­ma­dzili wszyst­kie istotne próbki; wszyst­kie kwiatki, czaszki szo­pów pra­czy, pta­sie piórka, patyki i śli­maki przy­sy­łane przez skore do pomocy dzie­ciaki zostaną znisz­czone. Wszyst­kie dostępne sekwen­cjo­na­tory DNA pra­co­wały już pełną parą i bez chwili prze­rwy, podob­nie jak maszyny, które je wytwa­rzały. Nie­mniej jed­nak Mary prze­ma­wiała cał­kiem prze­ko­nu­jąco - tak przy­naj­mniej wnio­sko­wał Doob z jej syl­wetki i ruchów głowy, gdy czy­tała z tele­promp­tera.

Celani miała za zada­nie prze­ko­nać miesz­kań­ców całego świata, że mogą mieć swój wkład w lite­rac­kie, arty­styczne i duchowe dzie­dzic­two ludz­ko­ści, które prze­trwa po ich śmierci. Trwała już archi­wi­za­cja wszyst­kich ksią­żek i stron inter­ne­to­wych; teraz cho­dziło o to, żeby ludzie pisali opo­wia­da­nia i wier­sze, ryso­wali albo po pro­stu robili sobie zdję­cia i krę­cili filmy, które w przy­szło­ści będą mogli oglą­dać dalecy potom­ko­wie pio­nie­rów z Arki w Chmu­rze. Coś takiego można ludziom łatwiej wytłu­ma­czyć - sprawa była pro­sta i zupeł­nie uczciwa, a zar­chi­wi­zo­wa­nie i wysła­nie w prze­strzeń tysięcy pli­ków cyfro­wych rów­nież nie nastrę­czało pro­ble­mów.

Cla­rence, który wystą­pił ostatni, musiał wdać się w dłuż­sze wyja­śnie­nia.

Doob znał jego prze­mó­wie­nie na pamięć. Długo się zasta­na­wiali, jak to ująć w słowa, Cla­rence jed­nak zde­cy­do­wa­nie skła­niał się ku biblij­nym meta­fo­rom, które przy­cho­dziły mu natu­ral­nie.

- Nad­szedł czas wiel­kiego Roz­dzie­le­nia Losów - obwie­ścił. - Pan raczył zalud­nić Zie­mię ludźmi wielu odmian i kolo­rów. Dziś na naszych ramio­nach spo­częło brze­mię, jakie nie­gdyś przy­szło dźwi­gać Noemu, i podob­nie jak on, my rów­nież musimy zalud­nić naszą Arkę w spo­sób odzwier­cie­dla­jący róż­no­rod­ność ota­cza­ją­cego nas życia. Mary Bulin­ski wyja­śniła już, w jaki spo­sób oca­limy rośliny, zwie­rzęta i inne formy życia: nie będziemy, jak Noe, wpro­wa­dzać ich po parze na Arkę; nie wystar­czy­łoby dla nich miej­sca i nie byłoby jak utrzy­mać ich przy życiu. Dla­tego w wypadku roślin i zwie­rząt musimy się uciec do innego spo­sobu. Co innego ludzie. Ludzie będą nam potrzebni, ponie­waż Arka nie jest w pełni zauto­ma­ty­zo­wana i będzie wyma­gała pomy­sło­wo­ści i ela­stycz­no­ści ludz­kich umy­słów. Dla­tego ją zasie­dlimy. Zaczniemy od astro­nau­tów, kosmo­nau­tów, woj­sko­wych i naukow­ców, któ­rych umie­jęt­no­ści będą naj­bar­dziej przy­datne. Ich liczba jest jed­nak skoń­czona, a na doda­tek wywo­dzą się oni z nader ogra­ni­czo­nej puli miesz­kań­ców naszego globu.

Ta wła­śnie kwe­stia - ilu? - prze­śla­do­wała ich od samego początku. Ilu ludzi można wysłać w kosmos w ciągu dwóch lat, zakła­da­jąc, że fabryki rakiet będą pra­co­wały pełną parą, bez prze­sad­nego oglą­da­nia się na pro­ce­dury bez­pie­czeń­stwa? Tę liczbę sza­co­wano róż­nie, od kil­ku­set do dzie­siąt­ków tysięcy, a więc wyli­cze­nia potra­fiły się róż­nić nawet o dwa rzędy wiel­ko­ści - czyli w grun­cie rze­czy nikt nic nie wie­dział. Poza tym co innego wystrze­lić ludzi na orbitę, a co innego zapew­nić im tam warunki do życia. Naj­bar­dziej prze­ko­nu­jące rachunki, na jakie natknął się Doob, mie­ściły się w prze­dziale od pię­ciu­set do tysiąca. Jed­nakże z prze­mó­wie­nia Cla­rence'a sta­ran­nie wycięli wszel­kie kon­krety, a nawet suge­stie odno­śnie do osta­tecz­nej liczby.

- Pro­simy każdą wio­skę, mia­steczko i metro­po­lię, by doko­nały Roz­dzie­le­nia Losów i wybrały ze swego grona dwoje mło­dych ludzi, chłopca i dziew­czynę, któ­rzy przejdą odpo­wied­nie szko­le­nie kan­dy­dac­kie, by móc zostać zali­czo­nymi w poczet załogi Arki w Chmu­rze. Nie zamie­rzamy narzu­cać żad­nych reguł ani pro­ce­dur loso­wa­nia. Naszym jedy­nym celem jest zacho­wa­nie, w moż­li­wie naj­więk­szym stop­niu, gene­tycz­nej i kul­tu­ral­nej róż­no­rod­no­ści rodzaju ludz­kiego. Wie­rzymy, że wyty­po­wani przez was kan­dy­daci będą ucie­le­śnie­niem naj­lep­szych cech spo­łecz­no­ści, z któ­rych pocho­dzą.

Oświad­cze­nie Cla­rence'a zawie­rało sub­telne samo­za­prze­cze­nie: z jed­nej strony zapo­wie­dział, że nikt nie będzie narzu­cał żad­nych reguł, z dru­giej zaś wska­zał prze­cież, że wybrańcy każ­dej spo­łecz­no­ści mają być róż­nej płci. Dosko­nale wie­dzieli, że nie­które kul­tury będą miały poważny kło­pot z wyło­nie­niem takich par.

- Wybrani w ten spo­sób dziew­częta i chłopcy - mówił dalej - zostaną zgro­ma­dzeni w two­rzą­cych sieć obo­zach, gdzie przy­go­tują się do cze­ka­ją­cej ich misji i skąd następ­nie zostaną prze­trans­por­to­wani na Arkę, gdy tylko znaj­dzie się tam dla nich miej­sce.

Mając świa­do­mość, że może być uchwy­cony w kadr któ­rejś z kamer, Doob robił, co w jego mocy, żeby zacho­wać poke­rowy wyraz twa­rzy. Ści­śle rzecz bio­rąc, Cla­rence nie kła­mał - ale też nie mówił całej prawdy. Ile chłop­ców i dziew­cząt trafi do tych obo­zów? Znacz­nie wię­cej, niż można by prze­wieźć i pomie­ścić w jakim­kol­wiek statku kosmicz­nym. A ile z nich da się wyszko­lić w taki spo­sób, żeby fak­tycz­nie byli przy­datni?

W rze­czy­wi­sto­ści cały pro­ces będzie znacz­nie bar­dziej selek­tywny, niż to przed­sta­wił. Tylko część z tych, któ­rym dopi­sze szczę­ście w Roz­dzie­le­niu Losów, mogła liczyć na prze­rzut do obo­zów; przed­sta­wi­ciele rzad­kich lub wyraź­nie odręb­nych grup etnicz­nych mieli zapewne lekką prze­wagę w tym wzglę­dzie. Kiedy tra­fią do obozu, zacznie do nich docie­rać, że by­naj­mniej nie wszy­scy zdążą pole­cieć w kosmos przed roz­po­czę­ciem Kamien­nego Desz­czu. Zaczną kon­ku­ro­wać o miej­sca na Arce, a kon­ku­ren­cja ta mogła przy­brać bru­talne formy. Doob wolał o tym nie myśleć.

Po raz tysięczny w ciągu ostat­nich trzech tygo­dni pomy­ślał o tym, jak dziw­nie cza­sem pra­cuje ludzki umysł. Fakt, że sytu­acja w obo­zach szko­le­nio­wych może się zro­bić nie­przy­jemna, nie miał abso­lut­nie żad­nego zna­cze­nia - a mimo to myśl o okru­cień­stwach, jakich mogliby się dopusz­czać ci mło­dzi ludzie, nie­po­ko­iła go bar­dziej niż fakt, że zna­ko­mita więk­szość z nich i tak umrze.

W jed­nym z hote­lo­wych okien drgnęła firanka: pod­nió­sł­szy wzrok, Doob dostrzegł Ame­lię, która patrzyła na niego ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi ramio­nami i łok­ciami opar­tymi o para­pet. Nie chciała wycho­dzić z pokoju, który od trzech dni zaj­mo­wali; wolała oglą­dać całe wyda­rze­nie w tele­wi­zji, żeby póź­niej mu powie­dzieć, jak wypa­dło i jak przed­sta­wili je spi­ke­rzy i komen­ta­to­rzy.

W tym tygo­dniu przy­pa­dało Święto Dzięk­czy­nie­nia. Nie było szkoły. We środę Ame­lia przy­le­ciała do Eugene, wypo­ży­czyła samo­chód i przy­je­chała tutaj, żeby przy nim być.

Obsługa hote­lowa - wciąż jesz­cze nie­świa­doma nad­cho­dzą­cych wyda­rzeń - w czwar­tek tra­dy­cyj­nie podała na obiad indyka. Naukowcy, poli­tycy i woj­skowi, któ­rzy zje­chali się tu ze wszyst­kich stron, żeby dys­ku­to­wać o zbli­ża­ją­cym się końcu świata, sta­rali się pod­kre­ślić komizm tej sytu­acji. Doob naprawdę był w dzięk­czyn­nym nastroju; był wdzięczny Ame­lii, że przy­je­chała spę­dzić z nim czas; że poja­wiła się w jego życiu dokład­nie w momen­cie, w któ­rym kogoś potrze­bo­wał.

Siód­mego dnia, kiedy w jed­nej chwili poznał Ame­lię i się w niej zako­chał, czuł się cokol­wiek głu­pio. Nie rozu­miał, co się dzieje w jego mózgu, że ten posta­no­wił zare­ago­wać w taki wła­śnie spo­sób. Ame­lia dała mu jed­nak do zro­zu­mie­nia - w typowy dla nauczy­cielki szkoły pod­sta­wo­wej sto­sowny i sta­now­czy spo­sób - że odwza­jem­nia jego zain­te­re­so­wa­nie. Szkoła, w któ­rej uczyła, znaj­do­wała się nie­spełna milę od kam­pusu Cal­te­chu, zaczęli więc spo­ty­kać się na szyb­kich kola­cjach, po któ­rych ona wra­cała do domu i oce­niała kla­sówki, a on wra­cał do pracy i od nowa prze­li­czał wykład­ni­czy roz­wój Bia­łego Nieba. Z tru­dem ogar­niał roz­dź­więk pomię­dzy nową miło­ścią i nara­sta­jącą świa­do­mo­ścią tego, co nie­uchronne. Codzien­nie rano cie­szył się krótką chwilą po prze­bu­dze­niu, zanim jego umysł w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób prze­sko­czył na jeden z tych dwóch tema­tów.

Po powro­cie z Camp David i tele­kon­fe­ren­cji, na któ­rej przed­sta­wiono pro­blem zało­dze Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej, zapy­tała, co go trapi. Powie­dział jej. To była pierw­sza noc, którą spę­dzili razem, ale musiały minąć cztery takie noce, zanim odkrył, że jest w sta­nie upra­wiać seks. Nie cho­dziło nawet o nie­unik­niony kata­klizm. Kata­strofy potra­fią być sek­sowne; czę­sto mie­wał nie­sa­mo­wite przy­gody ero­tyczne w dro­dze na pogrzeb kogoś z bli­skich. Tym, co go przy­tła­czało i przy­pra­wiało o tym­cza­sową impo­ten­cję, były stres i nie­po­kój zwią­zane z per­spek­tywą obja­śnia­nia zagro­że­nia każ­demu czło­wie­kowi z osobna.

Ten pro­blem został roz­wią­zany. Teraz już wszy­scy wie­dzieli.

Na zakoń­cze­nie swo­jej wypo­wie­dzi Cla­rence wygło­sił kilka natchnio­nych uwag o mło­dych męż­czy­znach i kobie­tach, któ­rzy znajdą bez­pieczne schro­nie­nie na Arce w Chmu­rze i stwo­rzą w kosmo­sie nową cywi­li­za­cję, opartą na gene­tycz­nym dzie­dzic­twie ludz­ko­ści. Zamro­żone plem­niki, komórki jajowe i embriony rów­nież tra­fią na Arkę, dzięki czemu wszy­scy ci, któ­rzy zostaną ska­zani na śmierć na Ziemi, będą mogli pocie­szać się nadzieją, że pew­nego dnia ich potom­stwo - uro­dzone i wycho­wane w kolo­niach orbi­tal­nych - będzie mogło poznać swo­ich nie­ży­ją­cych przod­ków poprzez zacho­wane w postaci cyfro­wej listy, zdję­cia i filmy. Zda­niem Dooba ta koń­cówka była wysi­lona, dokle­jona wyłącz­nie po to, by dać ludziom cień nadziei - z dru­giej strony zda­wał sobie dosko­nale sprawę, że w pew­nym sen­sie taki wła­śnie jest naj­waż­niej­szy prze­kaz pły­nący z dzi­siej­szych prze­mó­wień. Całość komu­ni­katu była wstrzą­sa­jąco ponura, nazbyt wstrzą­sa­jąca dla zmy­słów prze­cięt­nego czło­wieka. Spi­ke­rzy pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych zostali zapo­znani z jego tre­ścią dzień wcze­śniej (i zobo­wią­zani do bez­względ­nego docho­wa­nia tajem­nicy), żeby mogli się z nim oswoić i nie roz­kleić na wizji, gdy przyj­dzie im prze­kazać go widzom. Obwiesz­cze­nie musiało koń­czyć się jakąś brzy­twą, któ­rej tonący mógłby się chwy­cić. Prze­mó­wie­nie wie­ko­wego, łagod­nego pro­fe­sora uni­wer­sy­tetu w Cam­bridge, który - zże­rany rakiem - opo­wia­dał sło­wami z Biblii króla Jakuba o nowym pod­nieb­nym świe­cie zasie­dla­nym przez dzieci zmar­łych Zie­mian czczące GIF-y i JPG-i swo­ich przod­ków, był naj­lep­szym źró­dłem otu­chy, na jakie kto­kol­wiek mógł dzi­siaj liczyć. Cla­rence musiał sprze­dać tę histo­rię widzom - i to wła­śnie zro­bił. Teraz Doob i inni naukowcy zaan­ga­żo­wani w pro­jekt Arki w Chmu­rze, a także naj­waż­niejsi świa­towi poli­tycy, woj­skowi i biz­nes­meni musieli wcie­lić tę wizję w życie.

Moira Brewe i Mary Bulin­ski wzięły Cla­rence'a pod ramiona i pomo­gły mu zejść z pod­wyż­sze­nia na skraj kra­teru, gdzie zebrała się garstka wstrzą­śnię­tych dzien­ni­ka­rzy, chcąc zadać mu jesz­cze parę pytań. Poza tym jed­nak oko­lica opu­sto­szała, nie było nor­mal­nego w takich oko­licz­no­ściach gwaru po kon­fe­ren­cji pra­so­wej, więk­szość sieci tele­wi­zyj­nych od razu oddała głos do stu­dia.

Doob znów spoj­rzał do góry. Ame­lia odgar­nęła włosy za ucho i odsu­nęła się od okna. Na sztyw­nych z zimna nogach wró­cił do hotelu. Myślał o tych pomro­żo­nych plem­ni­kach i jajecz­kach: jak długo uda się je prze­cho­wy­wać? Było wia­domo, że komórki roz­rod­cze można roz­mro­zić i użyć do spło­dze­nia zdro­wych dzieci nawet po dwu­dzie­stu latach, ale pro­mie­nio­wa­nie kosmiczne mogło skom­pli­ko­wać te rachuby. Poje­dyn­czy pro­mień mógł uszko­dzić kilka komó­rek w ludz­kim ciele, ale ciało miało całą masę komó­rek zapa­so­wych. A kiedy ten sam pro­mień prze­szyje jed­no­ko­mór­kowy plem­nik lub jajeczko, nie­od­wra­cal­nie je znisz­czy.

Każdy męż­czy­zna na Ziemi mógł eja­ku­lo­wać do pro­bówki, a każda kobieta mogła pod­dać się znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­nemu pro­ce­sowi pobra­nia komó­rek jajo­wych, po czym z komó­rek daw­ców można było stwo­rzyć miliony zarod­ków, które następ­nie zosta­łyby zamro­żone - ale wszystko to i tak nie mia­łoby żad­nego zna­cze­nia, dopóki nie znaj­dzie się odpo­wied­niej liczby mło­dych zdro­wych kobiet, goto­wych przy­jąć te dary do swo­jego łona, gdzie mogłyby spo­koj­nie doj­rze­wać przez następne dzie­więć mie­sięcy. Z bie­giem czasu popu­la­cja będzie rosnąć i po czter­na­stu, pięt­na­stu latach doczeka się pierw­szego nowego poko­le­nia - ujmu­jąc rzecz bru­tal­nie - goto­wych do pracy macic. Na dru­gie poko­le­nie przyj­dzie pocze­kać kolejne pięt­na­ście lat. A do tego czasu wiele z zamro­żo­nych pró­bek, z któ­rymi Zie­mia­nie wią­zali wszel­kie swoje nadzieje, będzie już prze­ter­mi­no­wa­nych.

Obsada Arki w Chmu­rze będzie musiała skła­dać się w więk­szo­ści z kobiet.

Zresztą poza pro­stymi pra­wami roz­rodu były ku temu także inne powody. Wyniki badań nad dłu­go­trwa­łym prze­by­wa­niem w kosmo­sie suge­ro­wały, że kobiety są mniej podatne na wpływ pro­mie­nio­wa­nia. Sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc, były także mniej­sze od męż­czyzn, a więc zaj­mo­wały mniej miej­sca i potrze­bo­wały mniej powie­trza i żyw­no­ści, socjo­lo­go­wie wska­zy­wali zaś, że lepiej niż męż­czyźni radzą sobie z dłu­go­trwa­łym zamknię­ciem w ogra­ni­czo­nej prze­strzeni. To ostat­nie stwier­dze­nie budziło pewne kon­tro­wer­sje, zwłasz­cza że zaha­czało o takie deli­katne tematy jak prze­ciw­sta­wie­nie cech wro­dzo­nych cechom naby­tym oraz kwe­stię tego, czy toż­sa­mość płciowa jest kon­struk­tem spo­łecz­nym, czy wyni­kiem gene­tycz­nego zapro­gra­mo­wa­nia. Jeżeli jed­nak przy­jąć, że dar­wi­now­ski dobór natu­ralny pre­de­sty­nuje chłop­ców do bie­ga­nia po sawan­nie i rzu­ca­nia dzi­dami w dzi­kie zwie­rzęta (a taką moż­li­wość musiał poważ­nie brać pod uwagę każdy rodzic, który wycho­wy­wał potomka płci męskiej), to trudno było wyobra­zić sobie gro­madę takich chłop­ców, któ­rzy dadzą się na długo zamknąć w bla­sza­nej puszce. Sys­tem obo­zów, do któ­rych szczę­śliwcy wybrani w Roz­dzie­le­niu Losów tra­fią na szko­le­nie, miał być pułapką dla mło­dych męż­czyzn: chłopcy będą do nich przy­by­wać, lecz - poza nie­licz­nymi szczę­śli­wymi wyjąt­kami - już ich nie opusz­czą.

Od dobrych dwóch minut Doob dry­fo­wał bez więk­szego prze­ko­na­nia w stronę motelu, drę­czony nie­wy­raź­nym prze­czu­ciem, że powi­nien robić coś innego. Coś waż­nego.

Ach tak. Roz­ma­wiać z dzien­ni­ka­rzami. W nor­mal­nej sytu­acji ekipy tele­wi­zyjne same by go szu­kały - ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj miał ochotę pokrę­cić się przed hote­lem, poga­dać, pood­gry­wać Doca Dubois dla miliar­dów miesz­kań­ców tele­kra­iny, lecz nikt się nim nie inte­re­so­wał. Róż­no­ję­zyczni pre­zen­te­rzy wpa­try­wali się z poważ­nymi minami w tele­promp­tery, wygła­sza­jąc przy­go­to­wane uprzed­nio uwagi. Mniej powa­żani dzien­ni­ka­rze, blo­ge­rzy i wolni strzelcy reje­stro­wali swoje spo­strze­że­nia.

W kącie par­kingu wypa­trzył zna­jomą twarz: Tavi­stock Prowse usta­wił na sta­ty­wie tablet, wyce­lo­wał jego kamerkę w swoją stronę, przy­piął sobie bez­prze­wo­dowy mikro­fon i nagry­wał wpis do wide­obloga albo fil­mik dla maga­zynu Turing, z któ­rym od lat współ­pra­co­wał. Znali się z Doobem od dwu­dzie­stu lat. Tav wyglą­dał fatal­nie. Przy­je­chał rano. Nie miał dosta­tecz­nych refe­ren­cji ani zna­jo­mo­ści, żeby zna­leźć się w uprzy­wi­le­jo­wa­nym gro­nie osób poin­for­mo­wa­nych z wyprze­dze­niem, więc dopiero przed chwilą poznał prawdę. Poprzed­niego dnia wie­czo­rem Doob pró­bo­wał sta­rego kum­pla namie­rzyć na Twit­te­rze i Face­bo­oku, uprze­dzić go, żeby nie był zasko­czony, ale Tav nie zare­ago­wał.

Doob doszedł do wnio­sku, że nie byłby to chyba naj­lep­szy moment na impro­wi­zo­wany wywiad z Tavem, udał więc, że go nie zauwa­żył. Mignął legi­ty­ma­cją ochro­nia­rzom z Secret Service przy wej­ściu do hotelu, cho­ciaż zro­bił to wyłącz­nie z grzecz­no­ści: już wcze­śniej go roz­po­znali i otwo­rzyli mu drzwi.

Minął windy i wszedł po scho­dach na swoje pię­tro, żeby tro­chę roz­ru­szać kości. Ame­lia zosta­wiła uchy­lone drzwi: wszedł, zawie­sił na klamce tabliczkę nie prze­szka­dzać, zamknął za sobą drzwi na klucz i ciężko opadł na krze­sło. Ame­lia stała przy oknie oparta ple­cami o sze­roki rusty­kalny para­pet. Z tej strony słońce nie zaglą­dało w okna, ale dosta­tecz­nie dużo dzien­nego świa­tła padało na jej twarz, żeby zazna­czyć zaczątki zmarsz­czek pod oczami i wokół ust. Była dziec­kiem imi­gran­tów z Hon­du­rasu, efek­tem skom­pli­ko­wa­nego melanżu afry­kań­sko-indiań­sko-hisz­pań­skiego: duże oczy, falu­jące włosy, czujny, nieco ptasi spo­sób bycia i pozy­tywne, opty­mi­styczne nasta­wie­nie do świata, jakie przy­da­łoby się każ­demu nauczy­cie­lowi. W obec­nych nowych oko­licz­no­ściach była to cecha nie do prze­ce­nie­nia.

- Już po wszyst­kim - ode­zwała się. - Na pewno spadł ci kamień z serca.

- Na następne dwa dni mam zapla­no­wane dzie­sięć wywia­dów, w któ­rych będę tłu­ma­czył, co, jak i dla­czego, ale w grun­cie rze­czy masz rację. W porów­na­niu z prze­ka­za­niem tej nowiny wszystko inne będzie łatwiej­sze.

- Zwy­kła mate­ma­tyka.

- Zwy­kła mate­ma­tyka.

- Co dalej?

- To zna­czy po tych dwóch naj­bliż­szych dniach?

- Tak. Co będzie potem?

- Prawdę mówiąc, nie zasta­na­wia­łem się nad tym. Trzeba będzie dalej gro­ma­dzić dane. Udo­sko­na­lać pro­gnozy. Im dokład­niej usta­limy, kiedy roz­pocz­nie się Białe Niebo, tym lepiej będzie można zapla­no­wać roz­kład star­tów i wszystko inne.

- Roz­dzie­le­nie Losów.

- To też.

- Ty też pole­cisz, Dubois, prawda? - Ame­lia ni­gdy nie uży­wała jego prze­zwi­ska.

- Słu­cham?

Po jej twa­rzy prze­mknął cień iry­ta­cji (co było dość nie­zwy­kłe). Utkwiła w nim badaw­cze spoj­rze­nie i nagle zaczęła się uśmie­chać.

- Ty nie wiesz.

- Czego nie wiem, Ame­lio?

- Prze­cież to oczy­wi­ste, że pole­cisz.

- Dokąd?

- Na Arkę w Chmu­rze. Będą cię potrze­bo­wać. Jesteś jed­nym z nie­licz­nych ludzi, któ­rzy mogą być uży­teczni tam, na górze; któ­rzy mogą przy­czy­nić się do prze­trwa­nia Arki. Możesz być ich przy­wódcą.

Rze­czy­wi­ście nie przy­szło mu to do głowy, dopóki tego nie powie­działa. Kiedy jed­nak jej wysłu­chał, musiał jej przy­znać rację.

- Jezu... - jęk­nął. - Chyba wolał­bym kojf­nąć tutaj. Z tobą. Myśla­łem o tym, że mogli­by­śmy tu przy­je­chać, roz­bić namiot na skraju kra­teru i patrzeć. To będzie naj­bar­dziej nie­zwy­kłe wido­wi­sko w histo­rii.

- Naprawdę gorąca randka - przy­znała Ame­lia. - Ale nie, ja raczej spę­dzę ten dzień z rodziną.

- Może to my dwoje będziemy wtedy rodziną.

Obwi­słe dolne powieki zaszkliły jej się od łez. Otarła nos pal­cem.

- To chyba naj­bar­dziej nie­zwy­kłe oświad­czyny, o jakich sły­sza­łam. Pro­blem polega na tym, Dubois, że mój mąż będzie wtedy na orbi­cie oko­ło­ziem­skiej, a ja w Kali­for­nii.

- Mógł­bym zna­leźć spo­sób...

Pokrę­ciła głową.

- Ni­gdy, prze­nigdy nie zgo­dzą się zabrać na Arkę trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niej nauczy­cielki.

Wie­dział, że Ame­lia ma rację.

- Co innego zamro­żony zaro­dek - dodała.

- To dopiero jest nie­zwy­kła pro­po­zy­cja...

- Żyjemy w nie­zwy­kłych cza­sach. Wiem, że mam w tej chwili płodne dni, tak że... Koniec z gum­kami, tygry­sie.

I tak oto pół godziny po tym, jak z nauko­wym scep­ty­cy­zmem słu­chał koją­cego prze­mó­wie­nia Cla­rence'a Cro­ucha, roz­bie­rał je w gło­wie na czyn­niki pierw­sze i tłu­ma­czył sobie, że to nic innego, jak tylko ochłap pocie­sze­nia dla pogrą­żo­nych w żało­bie miliar­dów, który ma spra­wić, że przez naj­bliż­sze dwa lata sku­pią się na sek­sie, wylą­do­wał w ramio­nach Ame­lii i razem zajęli się pro­du­ko­wa­niem zarodka, który mógłby zabrać ze sobą na orbitę, żeby tam został wsz­cze­piony w łono innej, nie­zna­nej kobiety.

Zbli­ża­jąc się do orga­zmu, myślał o fil­mi­kach, które nakręci dla swo­jego potomka, żeby ten miał się z czego uczyć rachunku róż­nicz­ko­wego.

***

Dinah cie­szyła się, że nie było jej na Ziemi, kiedy świa­towi przy­wódcy wygła­szali orę­dzie nad Jezio­rem Kra­te­ro­wym. Sie­działa sama w swoim warsz­ta­cie i wyglą­da­jąc przez okno ponad czarną, pobruż­dżoną syl­wetką Amal­thei, patrzyła na widoczny za nią błę­kitny ziem­ski glob. Znała zapo­wie­dzianą porę prze­mó­wień i wie­działa, ile powinny potrwać, nie chciała jed­nak oglą­dać trans­mi­sji. Wydało jej się dziwne, że Zie­mia w ogóle się nie zmie­niła. Sie­dem miliar­dów ludzi wła­śnie usły­szało naj­gor­szą nowinę, jaką można sobie wyobra­zić, i prze­ży­wało zbio­rową traumę na nie­znaną wcze­śniej skalę, poli­cja i woj­sko zostały roz­lo­ko­wane w miej­scach publicz­nych z zada­niem "pil­no­wa­nia porządku", cokol­wiek mia­łoby to zna­czyć - ale Zie­mia wyglą­dała tak samo jak zawsze.

Radio­od­bior­nik na ścia­nie zaczął pisz­czeć. Spu­ściła wzrok, zamru­gała, żeby pozbyć się łez, i zoba­czyła Ala­skę zni­ka­jącą za krzy­wi­zną kuli ziem­skiej na dale­kiej pół­nocy.

jeste­śmy dumni, że jesteś tam na górze

Roz­po­znała pięść ojca - jego cha­rak­te­ry­styczny spo­sób nada­wa­nia mor­sem - rów­nie łatwo, jak roz­po­zna­łaby jego zapach albo głos.

chcia­ła­bym jesz­cze kie­dyś was zoba­czyć - odpo­wie­działa.

ciotka beverly sadzi ziem­niaki damy sobie radę

Dinah chwilę sobie popła­kała.

Ojciec nadał QSL, co w Kodzie Q ozna­czało w tym wypadku "Jesteś tam jesz­cze?".

Wysłała QSL w odpo­wie­dzi: "Tak".

Wie­działa, że celem takich skró­to­wych komu­ni­ka­tów jest uspraw­nie­nie łącz­no­ści, teraz jed­nak zro­zu­miała, że Kod Q może mieć jesz­cze inne zasto­so­wa­nie. Pozwa­lał wyci­snąć szczyptę infor­ma­cji, gdy słowa przy­cho­dziły ze zbyt wiel­kim tru­dem.

lepiej wra­caj do pracy mała

a ty prze­stań walić w klucz i idź pomóż bev

kocham cię qrt

qrt

- Dla mnie to na­dal gra­ni­czy z cudem, że ty coś z tego rozu­miesz.

Odwró­ciła się i zoba­czyła Rhysa Ait­kena uno­szą­cego się w powie­trzu we wła­zie spi­na­ją­cym warsz­tat z KMUK-iem - Kosmicz­nym Modu­łem Użyt­kowo-Komer­cyj­nym, obszer­nym wal­co­wa­tym łącz­ni­kiem pomię­dzy przed­nią czę­ścią Izzy i Amal­theą. W ścia­nach KMUK-a było zresztą wię­cej wła­zów, do któ­rych mogły cumo­wać inne moduły, ale ze względu na roz­ma­ite opóź­nie­nia i cię­cia budże­towe tylko jeden z nich był obec­nie w uży­ciu - ten, w któ­rym zawisł Rhys z zawi­niąt­kiem pod pachą.

Dinah pocią­gnęła nosem. Zdała sobie sprawę, że cał­kiem się roz­kle­iła.

- Dawno przy­sze­dłeś?

- Nie­dawno.

Odwró­ciła się do niego ple­cami i ręcz­ni­kiem otarła nos i oczy. Przez ten czas Rhys gawę­dził nie­zo­bo­wią­zu­jąco:

- Nie dałem rady dłu­żej oglą­dać orę­dzia, więc pomy­śla­łem, że spró­buję się na coś przy­dać. I odkry­łem coś cudow­nego: woda spływa w dół. To zna­czy wie­dzia­łem o tym już wcze­śniej, ale jest takie miej­sce w toru­sie, pod okła­dziną, w któ­rym zbiera się skro­plona wil­goć. To pro­blem ser­wi­sowy, sta­ramy się mieć ten odci­nek na oku. Coś ci stam­tąd przy­nio­słem.

Dinah odwró­ciła się i zer­k­nęła na zawi­niątko.

- Tuzin róż?

- Może w przy­szłym tygo­dniu, a tym­cza­sem...

Podał jej owi­niętą kocem grudę.

Wzięła ją do ręki. Podob­nie jak wszystko w Izzy, zawi­niątko było nie­waż­kie, miało jed­nak cał­kiem pokaźną bez­wład­ność. Odgar­nąw­szy koc, usły­szała dźwięczne trzesz­cze­nie i odsło­niła meta­li­zo­waną folię, powszech­nie sto­so­waną w Izzy jako izo­la­cja ter­miczna. Zawi­nięty w nią przed­miot był zimny i miał nie­re­gu­larny kształt. Odwi­nąw­szy folię, stwier­dziła, że trzyma w rękach owalną, soczew­ko­watą bryłę lodu: zamro­żoną kałużę.

- Jest ide­alna - powie­działa.

Parę kro­pe­lek wody ode­rwało się od lodu; we wpa­da­ją­cym przez okienko sno­pie świa­tła zaskrzyły się jak dia­men­ciki. Dinah wyła­pała je tym samym ręcz­ni­kiem, któ­rym dopiero co wycie­rała twarz, zna­la­zł­szy jed­nak wcze­śniej chwilę, żeby doce­nić ich piękno. Mała galak­tyka nowych gwiazd.

- Wspo­mnia­łaś o jakiejś tajem­ni­czej wia­do­mo­ści od Seana Prob­sta.

- Wszyst­kie jego wia­do­mo­ści są tajem­ni­cze - odparła. - Nawet po zde­ko­do­wa­niu.

Sean Probst był jej sze­fem - zało­ży­cie­lem i pre­ze­sem Arjuna Expe­di­tions.

- Miało cho­dzić o lód - drą­żył temat Rhys.

- Zacze­kaj. Naj­pierw wystawmy go za śluzę, nim cał­kiem się roz­topi.

- Dobrze. - Rhys prze­pły­nął na drugi koniec warsz­tatu, gdzie w zakrzy­wioną ścianę wpra­wiono okrą­gły właz pół­me­tro­wej śred­nicy. - Wszę­dzie migają zie­lone świa­tełka. To zna­czy, że mogę go otwo­rzyć?

- Tak.

Pocią­gnął za dźwi­gnię mecha­ni­zmu blo­ku­ją­cego, po czym otwo­rzył właz, odsła­nia­jąc nie­wielką pustą prze­strzeń. Przez tę śluzę Dinah spro­wa­dzała do warsz­tatu roboty wyma­ga­jące naprawy i wysy­łała gotowe z powro­tem na Amal­theę. Śluzy prze­zna­czone dla ludzi były duże (musiała się w nich pomie­ścić co naj­mniej jedna osoba w obszer­nym ska­fan­drze kosmicz­nym), skom­pli­ko­wane i dro­gie, po czę­ści ze względu na wymogi bez­pie­czeń­stwa, po czę­ści zaś dla­tego, że zostały zapro­jek­to­wane w ramach pro­gra­mów rzą­do­wych. Ten właz był inny - stwo­rzony przez nie­liczny zespół pro­jek­towy Arjuna Expe­di­tions i prze­zna­czony do trans­portu drob­nego sprzętu miał roz­miary dużego pojem­nika na śmieci, a dla zaosz­czę­dze­nia prze­strzeni we wnę­trzu Izzy docze­piono go do niej od zewnątrz, tak że ster­czał z zewnętrz­nej ściany jak pękaty, prze­ro­śnięty hydrant prze­ciw­po­ża­rowy. Na jego dru­gim końcu znaj­do­wał się kopuł­ko­waty właz zewnętrzny, który Dinah mogła otwie­rać i zamy­kać z warsz­tatu za pośred­nic­twem sys­temu mecha­nicz­nych drąż­ków i popy­cha­czy jakby żyw­cem wyję­tych z powie­ści Juliu­sza Verne'a. W tej chwili tam­ten właz był oczy­wi­ście zamknięty, a śluza wypeł­niona powie­trzem, które zdą­żyło się mocno wychło­dzić; dopiero kilka minut temu padły na nią pro­mie­nie słońca.

Dinah popchnęła lekko bryłę lodu, która prze­pły­nęła w powie­trzu przez cały warsz­tat i dotarła do Rhysa. Zła­pał ją i wykrzyk­nął trium­fal­nie:

- Bomba!

- Co takiego?

- To z rugby - wyja­śnił Rhys. Wepchnął lód do śluzy. - Masz pod ręką jakie­goś kra­bo­chwyta, żeby mógł go ścią­gnąć z powro­tem?

- Nie w tej chwili. Na razie niech tam zosta­nie.

- W porządku.

Rhys zamknął i zablo­ko­wał wewnętrzny właz. Odwró­cił się do Dinah i przez chwilę mie­rzyli się nawza­jem wzro­kiem.

- Woda skra­pla się i zbiera w tym jedy­nym miej­scu w toru­sie - pod­su­mo­wała Dinah - do któ­rego można się dostać, zdej­mu­jąc płytę okła­dziny?

- Tak.

- I tam zama­rza?

- Zazwy­czaj nie. Mogłem jej tro­chę pomóc, maj­stru­jąc przy usta­wie­niach kli­ma­ty­za­cji.

- Aha.

- Wiesz, oszczęd­ność ener­gii.

Dinah prze­fru­nęła przez warsz­tat w pobliże włazu do KMUK-a, wyj­rzała na zewnątrz i upew­niła się, że w pobliżu nikogo nie ma. Wie­działa, że część załogi spo­tkała się na zebra­niu w toru­sie, a nie­któ­rzy wyszli w otwartą prze­strzeń.

- Z ofi­cjal­nego punktu widze­nia... - zaczęła.

- Wiem, źle zro­bi­łem - prze­rwał jej Rhys. Dinah podzi­wiała go za tę szcze­rość. - Źle, bo kiedy wysta­wisz ten kawa­łek lodu na zewnątrz, żeby twoje roboty mogły się nim bawić, wysu­bli­muje w próżni.

Sub­li­ma­cja w isto­cie nie­wiele róż­niła się od paro­wa­nia, tyle że odby­wała się z pomi­nię­ciem fazy cie­kłej: był to pro­ces, w któ­rym ciało stałe w próżni stop­niowo prze­cho­dziło w stan gazowy i prze­sta­wało ist­nieć. Lód sub­li­mo­wał nie­zwy­kle szybko, jeżeli nie był prze­trzy­my­wany w skraj­nie niskiej tem­pe­ra­tu­rze.

- I Izzy straci odro­binę wody - powie­działa Dinah - która jest cen­nym zaso­bem.

- Nikt nie zauważy jej braku - odparł bez­tro­sko Rhys. - Czasy się zmie­niły. Po wygło­sze­niu tego orę­dzia rakiety będą przy­la­ty­wały szybko i czę­sto.

- Mimo wszystko... Sean zle­cił mi zada­nie w ramach misji Arjuna Expe­di­tions. Pro­jekt komer­cyjny. Pry­watny. A woda jest naszym wspól­nym...

- Dinah.

- Tak?

- Weźże się otrzą­śnij, skar­bie.

Prze­dłu­ża­jące się mil­cze­nie zostało w końcu prze­rwane wes­tchnie­niem Dinah.

- Jasne - mruk­nęła.

Rhys miał rację. Wszystko się zmie­niło.

- A teraz mi powiedz, czego chce Sean i jaki to ma zwią­zek z lodem?

Lek­kie roz­draż­nie­nie jego cie­ka­wo­ścią w końcu ustą­piło; może będzie mógł jej pomóc? Odwró­ciła się do okna i ruchem głowy wska­zała odle­głą o parę metrów Amal­theę.

- To moja spe­cjal­ność, moja i mojej rodziny. Mine­rały. Skały. Rudy metali. Wszyst­kie te roboty są spe­cjal­nie przy­sto­so­wane do obska­ki­wa­nia wiel­gach­nej grudy żelaza. Mają magnesy, żeby od niej nie odpaść, i łuki pla­zmowe i szli­fierki do jej obróbki. A Sean każe mi to wszystko odsta­wić. Przy­szłość to lód, mówi. Nic innego go nie inte­re­suje. Niczym innym mam się nie zaj­mo­wać.

- Na Ziemi jest go mnó­stwo - zauwa­żył Rhys. - Tylko nie trak­tu­jemy go jak mine­rał.

Dinah poki­wała głową.

- Co naj­wy­żej jako uciąż­li­wość, któ­rej trzeba się pozbyć.

- A jak tam twoi kole­dzy na Ziemi? Też zaj­mują się lodem?

- Sądząc po ruchu e-mailo­wym, nowa dyrek­tywa objęła całą firmę. Zama­wiają cię­ża­rówki lodu, zwa­lają go w labo­ra­to­rium na pod­łogę, chło­dzą cały budy­nek... Na szczę­ście w Seat­tle jest w tej chwili zima, wystar­czy obni­żyć tem­pe­ra­turę o dodat­kowe kilka stopni. Kupują kale­sony i szy­kują się do pracy w chłodni.

- Jak się pra­cuje dla Mr. Fre­eze'a?

- Ja bym powie­działa: "dla Pin­gwina", ale w Seat­tle ludzie nie noszą para­soli.

- Ani cylin­drów, o ile mi wia­domo. Tak że zde­cy­do­wa­nie lepiej pasuje Mr. Fre­eze.

- Nie­ważne. We wczo­raj­szej dosta­wie wita­min przy­szły mię­dzy innymi takie rze­czy.

Z szafki obok swo­jego sta­no­wi­ska pracy Dinah wyjęła stru­nową torebkę z sza­rej meta­li­zo­wa­nej folii; w takich toreb­kach prze­cho­wuje się deli­katną elek­tro­nikę, żeby uchro­nić ją przed wyła­do­wa­niami elek­tro­sta­tycz­nymi. Do torebki przy­kle­jona była wizy­tówka z NASA.

- Faj­nie jest mieć wysoko posta­wio­nych zna­jo­mych - zauwa­żył Rhys. Jego uwagę zwró­ciło nazwi­sko na wizy­tówce: Scott "Sparky" Spal­ding, dyrek­tor NASA.

- W tym wypadku raczej nisko posta­wio­nych - odparła z uśmie­chem Dinah.

Dow­cip był kiep­ski. Rhys nie zare­ago­wał i Dinah poczuła, że się rumieni - nawet nie tyle z powodu nie­tra­fio­nego żartu, ile raczej z jakiejś poli­tycz­nej nad­wraż­li­wo­ści.

- Dwa tygo­dnie temu Scott obie­cał mi, że się mnie nie pozbę­dzie - dodała. - Że będzie mnie osła­niał.

- Co to dokład­nie ozna­cza?

- Że prace nad robo­tami będą kon­ty­nu­owane, a ja nie stracę zaję­cia. Nie uwie­rzy­łam mu, ale musiał chyba poroz­ma­wiać z Seanem Prob­stem, bo dwa dni temu Sean prze­słał mu kurie­rem to.

Dinah otwo­rzyła torebkę i dwoma pal­cami wyjęła ze środka gadżet wiel­ko­ści ziarnka ryżu. Z daleka wyglą­dał jak bate­ria foto­wol­ta­iczna, okruch krzemu, tyle że opa­trzony kil­koma maleń­kimi wypust­kami.

- Co to tak zwisa? - zain­te­re­so­wał się Rhys.

- Mecha­nizm napę­dowy.

- Nóżki?

- Ten aku­rat ma nóżki. Inne mają gąsie­nice, jesz­cze inne obro­towe cylin­dry albo tłuki.

- Tłuki? To jakiś żar­gon czy ofi­cjalna nazwa?

- Okre­śle­nie z gór­ni­czego slangu, z trans­portu cięż­kiej maszy­ne­rii. Póź­niej ci pokażę.

- Czyli wszystko wska­zuje na to, że masz prze­ba­dać różne mecha­ni­zmy napę­dowe robo­tów pod kątem poru­sza­nia się na lodzie i nie­ze­śli­zgi­wa­nia się z niego.

- Wła­śnie. I naj­wy­raź­niej w Seat­tle wszyst­kie jakoś tam dzia­łają, lepiej lub gorzej, a ja mam oce­nić ich przy­dat­ność do pracy w kosmo­sie.

- No pro­szę! W takim razie szczę­śli­wie się zło­żyło, że...

- Że mam wła­sny kawa­łek lodu. To prawda. Dzię­kuję.

- Tym lep­szy, że prze­my­cony? - spy­tał Rhys, uno­sząc brwi.

Ukryte zna­cze­nie jego słów było oczy­wi­ste.

- Ale nie tak roman­tyczny jak tuzin róż - odpa­ro­wała Dinah.

- Z dru­giej strony... Co takiego chce ci powie­dzieć facet, który przy­nosi ci róże? Że o tobie myśli.

Nie­długo po przy­by­ciu na Izzy Dinah zawie­siła nad wła­zem wej­ścio­wym zasłonę - nic wiel­kiego, naj­zwy­klej­szy koc, który jed­nak pozwa­lał jej się odciąć od reszty sta­cji, gdy chciała się zdrzem­nąć, i wysy­łał jasny komu­ni­kat, żeby jej nie prze­szka­dzać - przy­naj­mniej nie bez puka­nia.

Wycią­gnęła rękę, zasło­niła właz, po czym odwró­ciła się do Rhysa. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo chęt­nego i bar­dzo goto­wego.

- A jak twoje mdło­ści? - spy­tała. - Wyglą­dasz znacz­nie... żwa­wiej.

- Czuję się świet­nie. Wszyst­kie płyny ustro­jowe pod kon­trolą.

- To już sama oce­nię.

***

Rosyj­ska inwa­zja roz­po­częła się tydzień póź­niej serią lotów, o któ­rych NASA pisała, że odby­wają się "ze zmien­nym powo­dze­niem". Rosko­smos nazy­wał to "dopusz­czalną liczbą ofiar".

Widziana z daleka Izzy wyda­wała się nie­mal w cało­ści zło­żona z paneli sło­necz­nych. Ze struk­tu­ral­nego punktu widze­nia panele tak się miały do cało­ści sta­cji, jak skrzy­dła ptaka do reszty jego ciała - cho­dziło o to, żeby miały jak naj­więk­szą powierzch­nię i zara­zem jak naj­mniej­szy cię­żar.

Więk­szość masy, siły i mózgu Izzy znaj­do­wała się w jej "kor­pu­sie": ciągu pusz­ko­kształt­nych modu­łów, który cią­gnął się środ­kiem pomię­dzy "skrzy­dłami" i w porów­na­niu z nimi był malutki - do tego stop­nia, że z wielu miejsc w ogóle nie było go widać. Tylko sto­sun­kowo nowe dodatki do sta­cji były wystar­cza­jąco duże, żeby z daleka rzu­cały się w oczy: Amal­thea na jed­nym jej końcu i torus na dru­gim.

Panele sło­neczne - wraz z innymi, nieco podob­nymi kon­struk­cjami, któ­rych zada­nie pole­gało na wypro­mie­nio­wy­wa­niu nad­miaru cie­pła w kosmos - utrzy­my­wał w żąda­nej pozy­cji tak zwany Zin­te­gro­wany Zespół Kra­tow­ni­cowy. Uży­wane przez inży­nie­rów słowo "kra­tow­nica" ozna­czało zwy­kle coś, co przy­po­mina maszt radiowy albo sta­lowy most: utkaną z pod­pór siatkę zapew­nia­jącą mak­si­mum sztyw­no­ści przy mini­mal­nym cię­ża­rze. W niektó­rych czę­ściach Izzy pod­pory te były odsło­nięte, naj­czę­ściej jed­nak okry­wano je pane­lami foto­wol­ta­icz­nymi, które nada­wały im znacz­nie masyw­niej­szy wygląd. Pod pane­lami roz­po­ście­rała się nie­wia­ry­god­nie skom­pli­ko­wana sieć prze­wo­dów elek­trycz­nych i hydrau­licz­nych, bate­rii, czuj­ni­ków i mecha­ni­zmów umoż­li­wia­ją­cych ich roz­kła­da­nie i obra­ca­nie. Więk­szość Zin­te­gro­wa­nego Zespołu Kra­tow­ni­co­wego nie była her­me­tycz­nie zamknięta, nie została bowiem prze­zna­czona do zamiesz­ka­nia przez ludzi. Astro­nauci musieli wyjść w otwartą prze­strzeń kosmiczną, żeby pogrze­bać przy oka­blo­wa­niu albo napra­wić coś, co się zepsuło, ale poza tym więk­szość załogi spę­dzała cały okres misji wewnątrz sta­cji, w znacz­nie mniej­szych pusz­kach two­rzą­cych "kor­pus".

To się miało zmie­nić.

Samej Izzy nie można było roz­bu­do­wy­wać bez końca, bo roz­bu­dowa taka nie mogłaby się ogra­ni­czać do dokła­da­nia kolej­nych puszek i nowych toru­sów. Ist­niał pewien próg zło­żo­no­ści takiej zwar­tej struk­tury, któ­rego po pro­stu nie dało się prze­kro­czyć. Pra­wie wszyst­kie mecha­ni­zmy miały zasi­la­nie elek­tryczne. Elek­trycz­ność gene­ro­wała cie­pło odpa­dowe, które gro­ma­dziło się we wnę­trzu sta­cji i mogłoby ugo­to­wać jej miesz­kań­ców żyw­cem, gdyby nie sys­tem chło­dze­nia, wychwy­tu­jący je i prze­ka­zu­jący do radia­to­rów, żeby te "wyświe­ciły" nad­miar cie­pła w pod­czer­wieni w kosmos. Stło­cze­nie więk­szej liczby ludzi i ukła­dów w sta­cji kosmicz­nej wyma­ga­łoby insta­la­cji kolej­nych paneli sło­necz­nych, aku­mu­la­to­rów i radia­to­rów, a także nowej elek­tryki i hydrau­liki, żeby to wszystko ze sobą połą­czyć. A prze­cież nale­żało jesz­cze uwzględ­nić czyn­nik ludzki, czyli nakar­mić załogę, napoić ją, zapew­nić jej powie­trze do oddy­cha­nia, prze­ra­biać wytwa­rzany przez nią dwu­tle­nek węgla i ścieki.

Mając świa­do­mość tych wszyst­kich fak­tów, trust mózgów odpo­wie­dzial­nych za budowę Arki w Chmu­rze - zebrana ad hoc grupa wete­ra­nów rzą­do­wych agen­cji kosmicz­nych i pry­wat­nych eks­plo­ra­to­rów kosmosu - opo­wie­dział się za jedyną stra­te­gią, która dawała choćby teo­re­tyczne szanse powo­dze­nia, a mia­no­wi­cie decen­tra­li­za­cją i roz­pro­sze­niem. Każda miniarka (jak nazy­wano statki skła­dowe Arki w Chmu­rze) miała być dosta­tecz­nie mała, żeby dało się ją wynieść na orbitę na dzio­bie wyso­ko­wy­daj­nej rakiety nośnej. Musiała być zasi­lana przez mały, pro­sty reak­tor ato­mowy, nała­do­wany izo­to­pami tak sil­nie pro­mie­nio­twór­czymi, żeby przez kilka dzie­się­cio­leci emi­to­wały cie­pło (i w ten spo­sób gene­ro­wały elek­trycz­ność). W Związku Radziec­kim wyko­rzy­sty­wano takie urzą­dze­nia do zasi­la­nia posta­wio­nych na odlu­dziu latarń mor­skich. Od dzie­siąt­ków lat uży­wano ich także w son­dach kosmicz­nych.

Każda miniarka miała pomie­ścić nie­dużą liczbę ludzi. Liczba zmie­niała się w miarę powsta­wa­nia kolej­nych wer­sji pro­jek­to­wych, zawie­rała się jed­nak w prze­dziale od pię­ciu do dwu­na­stu. Wiele zale­żało do tego, jak szybko uda­łoby się uru­cho­mić masową pro­duk­cję modu­łów nadmu­chi­wa­nych: mogłyby w ten spo­sób powsta­wać znacz­nie więk­sze kon­struk­cje miesz­kalne podobne do cien­ko­ścien­nych balo­nów. Sęk w tym, że skon­stru­owa­nie balonu, który przez nie­okre­ślony czas wytrzy­małby ciśnie­nie atmos­fe­ryczne, pro­mie­nio­wa­nie sło­neczne, skrajne waha­nia tem­pe­ra­tury i ude­rze­nia mikro­me­te­ory­tów, sta­no­wiło nie lada wyzwa­nie.

Rozu­miało się samo przez się, że na dłuż­szą metę Arka w Chmu­rze musi być samo­wy­star­czalna w kwe­stii pro­duk­cji żyw­no­ści. Woda będzie pocho­dziła z odzy­sku. Wydy­chany przez ludzi dwu­tle­nek węgla posłuży do odży­wia­nia roślin, które wytwo­rzą tlen i jedze­nie. Te zagad­nie­nia od dzie­się­cio­leci były przed­mio­tem nauko­wych dywa­ga­cji i lite­ra­tury science fic­tion. Eks­pe­ry­menty w tej mate­rii dawały dotąd mie­szane rezul­taty, ale w tej chwili ogromną uwagę poświę­cali im ludzie znacz­nie lepiej do tego przy­go­to­wani niż Dinah - ona jed­nak zaczy­nała rozu­mieć, że powinna się oswoić z dietą nisko­ka­lo­ryczną i okre­so­wymi ogra­ni­cze­niami w dopły­wie tlenu.

Poje­dyn­cze miniarki długo by nie prze­trwały, i to bez względu na to, jak dosko­nałe byłyby ich wewnętrzne eko­sys­temy. Rze­czy będą się psuły, zapasy będą się koń­czyły, a pasa­że­ro­wie będą cho­ro­wali i wario­wali, prze­by­wa­jąc stale w tym samym, nie­wiel­kim towa­rzy­stwie.

Pro­jekty zarówno minia­rek, jak i całej Arki w Chmu­rze nie­ustan­nie ewo­lu­owały. Kiedy hasłem dnia było "pełne roz­pro­sze­nie", ozna­czało to, że na dłuż­szą metę ma nie ist­nieć żaden maga­zyn cen­tralny - żadna Izzy - i że wszelka wymiana surow­ców oraz "zaso­bów ludz­kich" pomię­dzy miniar­kami ma się odby­wać poprzez "oka­zjo­nalne cumo­wa­nie": dwie miniarki poro­zu­mie­wa­łyby się w kwe­stii bez­po­śred­niego kon­taktu, po czym na pewien czas łączy­łyby się dziób w dziób, by wymie­nić się żyw­no­ścią, wodą, wita­mi­nami lub ludźmi. Pro­ces miał być czy­sto wol­no­ryn­kowy, bez udziału cen­tral­nego dowódz­twa i mecha­ni­zmu kon­troli.

Następ­nego dnia wyda­wano nowy edykt, który sta­no­wił, że powstałe na Izzy cen­trum dowo­dze­nia będzie koor­dy­no­wało dzia­ła­nia wszyst­kich minia­rek. Sta­cja mia­łaby rów­nież sta­no­wić cen­tralny skład wszyst­kiego, co tylko da się zma­ga­zy­no­wać. Torus - a wła­ści­wie torusy, ponie­waż Rhys zajął się już pro­jek­to­wa­niem dru­giego, miały być miej­scami odpo­czynku i rekre­acji: miesz­kańcy minia­rek, dosta­jący świra od miesz­ka­nia w pusz­kach i cier­piący na oste­opo­rozę wsku­tek prze­by­wa­nia w nie­waż­ko­ści, mieli od czasu do czasu przy­la­ty­wać do Izzy na urlop.

Wizje arki­tek­tów, jak nazwały ich Ivy i Dinah, oscy­lo­wały pomię­dzy tymi dwoma eks­tre­mami i odzwier­cie­dlały ist­nie­nie wśród nich co naj­mniej dwóch odła­mów. Frak­cja cen­tra­li­styczna wska­zy­wała zagro­że­nia wyni­ka­jące z dłu­giego prze­by­wa­nia w nie­waż­ko­ści jako powód do orga­ni­zo­wa­nia rota­cyj­nych waka­cji w toru­sie. Dwa dni póź­niej decen­tra­li­ści odpo­wia­dali tak zwa­nym "sche­ma­tem bolas", w któ­rym dwie miniarki łączyły się dłu­gim prze­wo­dem, po czym zaczy­nały wiro­wać wokół wspól­nego środka masy, wytwa­rza­jąc w ten spo­sób w swoim wnę­trzu sztuczne cią­że­nie znacz­nie sil­niej­sze i lep­sze od uzy­ski­wa­nego w toru­sie. Po kolej­nych dwóch dniach cen­tra­li­ści publi­ko­wali ani­mo­waną symu­la­cję, w któ­rej dwa takie bolas wpa­dały na sie­bie i docho­dziło do poplą­ta­nia prze­wo­dów łączą­cych; fil­mik był cał­kiem śmieszny, o ile kogoś bawiły slap­stic­kowe hor­rory.

Na razie wszystko to nie miało więk­szego zna­cze­nia, ponie­waż nawet przy roz­pacz­li­wym przy­śpie­sze­niu cykli pro­duk­cyj­nych zapro­jek­to­wa­nie i wytwo­rze­nie choćby jed­nej miniarki miało zająć wiele tygo­dni - a jesz­cze dłu­żej musiało trwać prze­sta­wie­nie fabryk na pro­duk­cję ogrom­nych rakiet nośnych, które ponio­słyby miniarki w kosmos. Dla­tego na razie załogę Izzy cze­kało oglą­da­nie zbie­ra­niny wcze­śniej wybu­do­wa­nych pojaz­dów kosmicz­nych, głów­nie kap­suł z serii Sojuz, wyno­szo­nych na orbitę za pomocą ist­nie­ją­cych rakiet. W tych pierw­szych kap­sułach mieli się zna­leźć "Pio­nie­rzy", któ­rych zada­niem było dobu­do­wa­nie nowych ele­men­tów do Zin­te­gro­wa­nego Zespołu Kra­tow­ni­co­wego, umoż­li­wia­ją­cych jed­no­cze­sne cumo­wa­nie wielu minia­rek, maga­zy­no­wa­nie surow­ców i sprawną współ­pracę wszyst­kich pod­ze­spo­łów. Pio­nie­rzy mieli spę­dzać więk­szość czasu w ska­fan­drach, w otwar­tej prze­strzeni kosmicz­nej. W sumie miało ich być około setki; w tej chwili trwało ich szko­le­nie i pośpieszna pro­duk­cja ska­fan­drów.

Tym­cza­sem jed­nak Izzy w swo­jej obec­nej postaci nie miała szans obsłu­żyć setki nowych miesz­kań­ców; zabra­kłoby nawet złą­czy cumow­ni­czych, żeby nadą­żyć z przyj­mo­wa­niem ich pojaz­dów. Dla­tego, aby zapew­nić miej­sce do zamiesz­ka­nia Pio­nie­rom, któ­rych przy­by­cia spo­dzie­wano się za kilka tygo­dni, arki­tekci przy­słali na orbitę Skau­tów. Wyglą­dało na to, że od Skauta wyma­gano szo­ku­ją­cej tęży­zny fizycz­nej, cał­ko­wi­tej obo­jęt­no­ści na śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo oraz ogól­nego wyobra­że­nia o tym, jak funk­cjo­no­wać w ska­fan­drze kosmicz­nym. Wszy­scy Skauci byli Rosja­nami.

Na Izzy nie było dla nich miej­sca - czy raczej, ści­śle rzecz bio­rąc, wol­nej prze­strzeni było aż nadto, bra­ko­wało nato­miast ukła­dów pomoc­ni­czych. Skru­bery CO2 miały ogra­ni­czoną wydaj­ność. Na całej sta­cji znaj­do­wały się tylko trzy toa­lety, z któ­rych jedna miała pra­wie dwa­dzie­ścia lat.

Skauci mieli więc więk­szość czasu spę­dzać zamknięci w ska­fan­drach - co miało o tyle sens, że zamie­rzali codzien­nie haro­wać jak woły, a szes­na­ście godzin w ska­fan­drze to szes­na­ście godzin obcią­że­nia mniej dla układu pod­trzy­my­wa­nia życia na ISS.

W Dniu Zero łączna liczba spraw­nych ska­fan­drów próż­nio­wych w zna­nym wszech­świe­cie wyno­siła około tuzina i mimo że od tam­tej pory mocno roz­krę­cono ich pro­duk­cję, na­dal pozo­sta­wały rzad­ko­ścią. Naj­pow­szech­niej spo­ty­kany model, rosyj­ski Orlan, ogra­ni­czał okres nie­za­leż­nego funk­cjo­no­wa­nia do dwóch godzin (co nikomu nie prze­szka­dzało, bo prze­ciętny czło­wiek i tak był po dwóch godzi­nach skraj­nie wyczer­pany). Po tym cza­sie zasoby ska­fan­dra wyma­gały cał­ko­wi­tego odno­wie­nia. Dla­tego Skauci mieli pra­co­wać na smy­czach: ich ska­fan­dry zostaną pod­łą­czone pękiem rurek i prze­wo­dów do zewnętrz­nego układu pod­trzy­my­wa­nia życia, który dostar­czy im powie­trze i ener­gię elek­tryczną, a odbie­rze nad­miar cie­pła i pro­dukty prze­miany mate­rii.

Skauci potrze­bo­wali jed­nak miej­sca, w któ­rym mogliby wygra­mo­lić się ze ska­fan­drów na czas kil­ku­go­dzin­nego odpo­czynku. Kie­row­nik pro­jektu z ramie­nia Rosko­smosu posta­no­wił odku­rzyć stary pomysł urzą­dze­nia ratun­ko­wego i zle­cił wzno­wie­nie jego pro­duk­cji. Urzą­dze­nie to nosiło nazwę "Łuk", co po rosyj­sku ozna­cza cebulę; użyt­kow­nicy języka angiel­skiego, nie bacząc na pra­wi­dłową wymowę tego słowa, nie­uchron­nie zaczęli nazy­wać je "Luck", czyli "szczę­ście".

Łuk - w zgo­dzie z naj­lep­szymi tra­dy­cjami rosyj­skiej tech­niki - był nie­skom­pli­ko­wany: bie­rzemy kosmo­nautę i paku­jemy go do folio­wego worka wypeł­nio­nego powie­trzem.

Kło­pot w tym, że w takiej sytu­acji albo kosmo­nauta się udusi, albo worek pęk­nie, ponie­waż zwy­kła folia nie wytrzy­muje ciśnie­nia atmos­fe­rycz­nego. Dla­tego worek napeł­niało się powie­trzem tylko w takim stop­niu, żeby go nie uszko­dzić (pod ciśnie­niem sta­no­wią­cym uła­mek atmos­fe­rycz­nego), a do środka wkła­dało się drugi. Ten drugi napeł­niało się powie­trzem pod nieco więk­szym ciśnie­niem, do niego wkła­dało się trzeci, w który pom­po­wało się znów tro­chę wię­cej powie­trza, i cały ten pro­ces się powta­rzało, paku­jąc worki w worki jak rosyj­skie matrioszki, do momentu, gdy ten znaj­du­jący się w samym środku zawie­rał powie­trze pod ciśnie­niem zapew­nia­ją­cym prze­trwa­nie czło­wie­kowi. Na sam koniec do środka łado­wało się kosmo­nautę. Liczne war­stwy prze­zro­czy­stego pla­stiku upo­dab­niały całe urzą­dze­nie do cebuli.

Model ten miał wiele zalet: był tani, pro­sty w kon­struk­cji i lekki. Po spusz­cze­niu powie­trza Łuk można było zło­żyć, zro­lo­wać i prze­cho­wy­wać w pojem­niku nie więk­szym od ple­caka.

Oczy­wi­ście loka­tor wewnętrz­nego worka zanie­czysz­czał powie­trze wydy­cha­nym dwu­tlen­kiem węgla, ale roz­wią­za­nie tego pro­blemu było dobrze znane ze stat­ków kosmicz­nych i okrę­tów pod­wod­nych: nale­żało prze­pu­ścić powie­trze przez wodo­ro­tle­nek litu, który pochła­niał CO2. Poza tym wystar­czyło uzu­peł­niać zuży­wany stop­niowo tlen, żeby loka­to­rowi nie gro­ziło udu­sze­nie.

Cie­pło - wytwa­rzane przez ciało i gro­ma­dzące się w wewnętrz­nym worku - z cza­sem coraz bar­dziej dawa­łoby się loka­to­rowi we znaki. Potrzebny był więc sys­tem chło­dze­nia.

Wcho­dze­nie do Łuka i wycho­dze­nie z niego mogło nastrę­czać pew­nych pro­ble­mów. Rosja­nie w jakiś spo­sób usta­lili, że prak­tycz­nie każdy (a w każ­dym razie każdy speł­nia­jący fizyczne wymogi uczest­nic­twa w pro­gra­mie kosmicz­nym) jest w sta­nie prze­ci­snąć się przez otwór o śred­nicy czter­dzie­stu cen­ty­me­trów. Dla­tego też każdy Łuk został zaopa­trzony w koł­nierz: czter­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wej śred­nicy pier­ścień z włókna szkla­nego z otwo­rami na śruby. Przy koł­nierzu zbie­gały się wszyst­kie war­stwy folii, dodat­kowo pod­kre­śla­jąc podo­bień­stwo Łuka do cebuli: koł­nierz odpo­wia­dał miej­scu, w któ­rym odcina się łodygę. Aby powie­trze nie ucie­kało przez ten czter­dzie­sto­cen­ty­me­trowy otwór, zaopa­trzono go w solidną prze­grodę ze znacz­nie grub­szego pla­stiku, zasu­waną po wej­ściu kosmo­nauty do worka.

Tak oto instruk­cja obsługi Łuka spro­wa­dzała się do roz­pa­ko­wa­nia worka, namie­rze­nia koł­nie­rza, nacią­gnię­cia worka na głowę, wci­śnię­cia się weń do momentu, gdy cały tułów znaj­dzie się w środku, pod­cią­gnię­cia nóg, a następ­nie odszu­ka­nia i zamknię­cia prze­grody. Na razie Łuk był wielką masą pomarsz­czo­nej folii, okry­wa­jącą loka­tora niczym pla­sti­kowy śpi­wór.

Po wypchnię­ciu Łuka w próż­nię można było otwo­rzyć zawór, przez który powie­trze napły­wało do jego kolej­nych warstw - Łuk roz­dy­mał się wtedy do roz­mia­rów przy­czepy kem­pin­go­wej i dry­fo­wał w prze­strzeni, dopóki nie prze­jął go pojazd ratun­kowy.

Pojazd taki musiał być zaopa­trzony we właz dosto­so­wany do koł­nie­rza Łuka śred­nicą i roz­miesz­cze­niem śrub; po zapew­nie­niu her­me­tycz­nego połą­cze­nia otwie­rało się właz, usu­wało prze­grodę i kosmo­nauta mógł wresz­cie ode­tchnąć od chłodu prze­strzeni kosmicz­nej - a wła­ści­wie, bio­rąc pod uwagę trud­no­ści z pozby­ciem się nad­mia­ro­wej ener­gii ter­micz­nej w próżni, od nie­zno­śnego upału.

Pod­stawę kon­struk­cji Orlana sta­no­wił sztywny kor­pus - lita, twarda sko­rupa miesz­cząca tułów i zaopa­trzona w złą­cza ręka­wów, noga­wek i hełmu, przez które wła­ści­ciel wysta­wiał ręce, nogi i głowę. Z tyłu kor­pusu znaj­do­wały się drzwiczki zaopa­trzone w uszczelkę na całym obwo­dzie. W celu wło­że­nia ska­fan­dra nale­żało otwo­rzyć drzwiczki, wci­snąć nogi w nogawki, wło­żyć ramiona w rękawy (do samego końca, do zin­te­gro­wa­nych ręka­wic), wysta­wić głowę przez górne złą­cze i zało­żyć hełm. Następ­nie ktoś musiał zamknąć drzwiczki od zewnątrz i od tej chwili ska­fan­der sta­wał się ukła­dem w pełni nie­za­leż­nym.

Rosko­smos zbu­do­wał serię modu­łów Westi­biul - zupeł­nie nowej kon­struk­cji, którą w nie­całe dwa tygo­dnie udało się poskła­dać z goto­wych ele­men­tów jako pro­wi­zo­ryczny łącz­nik pomię­dzy Łukiem i Orla­nem.

W Westi­biulu z tru­dem mie­ścił się leżący czło­wiek. Na jed­nym końcu modułu znaj­do­wał się koł­nierz dopa­so­wany roz­mia­rem do koł­nierza w Łuku. Prze­ci­snąw­szy się - nogami do przodu - z Łuka do Westi­biulu, kosmo­nauta miał aku­rat tyle miej­sca, żeby wyce­lo­wać sto­pami w nogawki Orlana przy­cze­pio­nego na dru­gim końcu, z otwar­tymi drzwicz­kami. Zanim jed­nak to zro­bił, musiał zamknąć Łuk: w tym celu wkła­dał na miej­sce prze­grodę i przy­krę­cał ją klu­czem zapad­ko­wym.

Po wło­że­niu Orlana nale­żało uru­cho­mić wbu­do­wany w Westi­biul mecha­nizm, który zamy­kał drzwiczki ska­fan­dra. Zgro­ma­dzone w nie­wiel­kiej ilo­ści w Westi­biulu powie­trze ucie­kało z sykiem w kosmos i kosmo­nauta mógł ruszać w drogę. Na zakoń­cze­nie pra­co­wi­tego dnia całą pro­ce­durę prze­pro­wa­dzało się w odwrot­nym porządku, po czym - podob­nie jak czło­wiek miesz­ka­jący w domku za mia­stem i codzien­nie dojeż­dża­jący samo­cho­dem do pracy - kosmo­nauta miał kilka godzin na relaks i odpo­czy­nek, wyle­gu­jąc się w Łuku na prze­ciw­le­głym końcu Westi­biulu.

Były jed­nak pewne haczyki.

- Łuk, Westi­biul i Orlan two­rzyły układ zamknięty. Jedy­nym spo­so­bem na to, żeby z niego wyjść, było wło­że­nie ska­fan­dra, zamknię­cie wbu­do­wa­nych weń drzwi­czek i spa­cer kosmiczny do śluzy powietrz­nej. Gdyby z jakichś powo­dów nie dało się wło­żyć Orlana i zamknąć drzwi­czek, wszelki ratu­nek byłby nie­moż­liwy, a z pew­no­ścią skraj­nie mało praw­do­po­dobny. Prze­dziu­ra­wie­nie Łuka (zapewne prze­bi­tego mikro­me­te­ory­tem) stało się przy­czyną śmierci jed­nego ze Skau­tów już w dru­gim dniu pro­gramu. Po tym wyda­rze­niu kom­pleksy Łuk/Westi­biul trzy­mano bli­żej sta­cji, w cie­niu Amal­thei, która nie mogła wpraw­dzie zatrzy­mać wszyst­kich lata­ją­cych kamieni, ale zatrzy­my­wała ich cał­kiem sporo.

- Z braku sen­sow­nej moż­li­wo­ści póź­niej­szego wej­ścia do Orlana Skaut musiał wyla­ty­wać z Baj­ko­nuru od razu ubrany w ska­fan­der i przy­pięty do swo­jego Westi­biulu i Łuka, zresztą cały ten sprzęt nijak nie zmie­ściłby się w stan­dar­do­wej kap­sule zało­go­wej. Skauci lecieli więc na orbitę stło­czeni po sze­ściu w modu­łach towa­ro­wych nie­prze­zna­czo­nych dla ludzi i nie­wy­po­sa­żo­nych w układ pod­trzy­my­wa­nia życia. Musieli korzy­stać z zaso­bów ska­fan­drów od chwili krótko przed star­tem aż do przy­by­cia na ISS. Podróż zaj­mo­wała co naj­mniej sześć godzin, dla­tego nie­zbędne stało się uzu­peł­nia­nie po dro­dze zapa­sów powie­trza i ener­gii. Usterka odpo­wie­dzial­nych za to ukła­dów spo­wo­do­wała śmierć dwóch Skau­tów z pierw­szej ekipy i jed­nego z dru­giej.

- Nowe para­me­try misji powo­do­wały skrajne obcią­że­nia dla ska­fan­drów, a ponie­waż Łuki nie miały wła­snych ukła­dów pod­trzy­my­wa­nia życia, klu­czo­wego zna­cze­nia nabrały pępo­winy łączące je z modu­łami Zawod. Zawod (po rosyj­sku po pro­stu "fabryka) był rów­nież nową kon­struk­cją, zmon­to­waną w ciągu dwóch tygo­dni na bazie ist­nie­ją­cych wcze­śniej ele­men­tów. Zaopa­try­wany w prąd, wodę i tro­chę surow­ców miał utrzy­mać kosmo­nautę przy życiu poprzez odce­dza­nie CO2 z powie­trza, odbie­ra­nie moczu i usu­wa­nie nad­miaru gene­ro­wa­nego przez orga­nizm cie­pła. Cie­pła pozby­wano się poprzez sub­li­mo­wa­nie w próż­nię wody, którą uprzed­nio zamro­żono na zewnętrz­nej powierzchni modułu. Usterki Zawo­dów dopro­wa­dziły do czte­rech zgo­nów wśród pierw­szych trzech zespo­łów Skau­tów. Za dwa pierw­sze odpo­wie­dzialny był błąd opro­gra­mo­wa­nia, który póź­niej napra­wiono prze­słaną z Ziemi łatką. Przy­czyną trze­ciego oka­zał się nie­szczelny prze­wód hydrau­liczny. Przy­czyny czwar­tego pozo­stały nie­znane, sądząc jed­nak po obja­wach, które załoga Izzy śle­dziła przez okna i w trans­mi­sji na żywo, musiało dość do prze­grza­nia orga­nizmu: zawiódł układ chło­dze­nia, kosmo­nauta stra­cił przy­tom­ność i doznał udaru ciepl­nego. Od tam­tej pory zaprze­stano uży­wa­nia pro­wi­zo­rycz­nych ukła­dów chło­dze­nia przy­sy­ła­nych wraz z Łukami, a zamiast nich sto­so­wano dostar­czane codzien­nie foliowe worki z lodem.

Wszystko to jed­nak nie miało nic wspól­nego z nie­for­tun­nymi wypad­kami przy pracy. W dniu A+0.35 uszko­dzona pępo­wina omal nie dopro­wa­dziła do śmierci jed­nego ze Skau­tów: zmu­szony do odłą­cze­nia się od swo­jego Zawoda udał się w hero­iczny i skraj­nie nie­bez­pieczny spa­cer kosmiczny do naj­bliż­szej śluzy powietrz­nej; zanim wcią­gnięto go na pokład sta­cji, została mu nie­spełna minuta życia.

Dwa dni póź­niej inny Skaut po pro­stu znik­nął bez śladu i bez słowa wyja­śnie­nia. Naj­praw­do­po­dob­niej padł ofiarą mikro­me­te­orytu. Albo samo­bój­stwa.

A zatem z pierw­szej sze­ścio­oso­bo­wej ekipy dwóch Skau­tów nie dożyło przy­lotu na sta­cję, a jeden dzień póź­niej zgi­nął wsku­tek awa­rii Łuka; w dru­gim zespole jeden czło­nek nie prze­żył podróży; zespół trzeci dotarł na ISS w kom­ple­cie. Spo­śród tej czter­nastki dal­szych czte­rech zgi­nęło na sku­tek awa­rii Zawo­dów, jeden znik­nął, a jed­nego uszko­dze­nie sprzętu zmu­siło do przej­ścia na skau­tow­ską eme­ry­turę i ogra­ni­cze­nia dal­szej dzia­łal­no­ści do wnę­trza Izzy.

Ivy, zaj­mu­jąca naj­wyż­szą pozy­cję w sta­cyj­nej hie­rar­chii, była odpo­wie­dzialna za podej­mo­wa­nie wszel­kich nie­co­dzien­nych decy­zji i roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów, któ­rymi nikt inny nie umiał - albo nie chciał - się zająć. Dla­tego to na nią spa­dło brze­mię decy­zji, co robić ze zwło­kami.

Oczy­wi­ście ist­niały odpo­wied­nie pro­ce­dury. W NASA na wszystko mieli pro­ce­dury. Dawno już prze­wi­dzieli, że astro­nauta może umrzeć w cza­sie misji, cho­ciażby na atak serca. Ponie­waż dwu­stu fun­tów psu­ją­cego się mięsa nie da się trzy­mać na sta­cji kosmicz­nej, na któ­rej żyją i pra­cują ludzie, pomysł był taki, żeby mro­zić zwłoki w próżni i odsy­łać na pokła­dzie naj­bliż­szego wra­ca­ją­cego na Zie­mię Sojuza. Tylko środ­kowy seg­ment Sojuza był przy­sto­so­wany do powrotu; przy­cze­piony na jego końcu kuli­sty moduł orbi­talny odłą­czał się tuż przed wej­ściem w atmos­ferę i ule­gał spa­le­niu. Z tego powodu wyła­do­wy­wano go śmie­ciami, by i one spa­liły się przy oka­zji.

Rzecz jasna, nikt nie suge­ro­wał, że zwłoki są śmie­ciami, ale spa­la­nie ich w atmos­fe­rze ziem­skiej zda­wało się naj­lep­szym spo­so­bem na pozby­cie się ich - ot, taki odpo­wied­nik pogrzebu wikinga, sto­sowny dla ery lotów kosmicz­nych.

Nor­malny cykl lotów został, natu­ral­nie, zawie­szony; obec­nie wszystko, co tra­fiało na orbitę, miało na niej pozo­stać. Moduły orbi­talne nada­wały się do zamiesz­ka­nia lub na maga­zyny. "Śmieci" można było pod­dać recy­klin­gowi. Zbie­rane w wor­kach odchody miały zostać zużyte jako nawóz na far­mach hydro­po­nicz­nych.

Ivy jed­no­stron­nie pod­jęła decy­zję o uczy­nie­niu wyłomu w tej nowej poli­tyce: pole­ciła skła­do­wać zwłoki w pustym module orbi­tal­nym, który - zacu­mo­wany do kra­tow­nicy - pozo­sta­wał otwarty, dzięki czemu lio­fi­li­za­cja ciał odby­wała się nie­jako mimo­cho­dem; wia­domo: co z oczu, to z serca. Po zapeł­nie­niu modułu mia­łaby się odbyć jakaś mała uro­czy­stość, moduł zostałby odcu­mo­wany i wszy­scy razem odpro­wa­dzi­liby go wzro­kiem, gdy, cią­gnąc za sobą roz­pa­lony do bia­ło­ści ogon, pło­nąłby w atmos­fe­rze.

Tyle że na razie jesz­cze się nie zapeł­nił.

Do czasu przy­go­to­wa­nia następ­nej rakiety nośnej, która wynie­sie na orbitę kolejną szóstkę, mieli więc ośmiu spraw­nych Skau­tów pra­cu­ją­cych po pięt­na­ście, cza­sem nawet osiem­na­ście godzin w trzy­go­dzin­nych blo­kach: każdy taki blok skła­dał się dwóch godzin fak­tycz­nej pracy i godziny odpo­czynku in situ - czyli, uży­wa­jąc narzu­ca­ją­cego się ana­gramu, "in suit", w ska­fan­drze.

Z warsz­tatu Dinah nie miała bez­po­śred­nio widoku na rejon ich pracy, ponie­waż okienko znaj­do­wało się po prze­ciw­nej stro­nie sta­cji niż kra­tow­nica, przy któ­rej Skauci spę­dzali cały swój czas. Gdyby chciała, mogła śle­dzić ich wysiłki na wideo. Miała jed­nak inne sprawy na gło­wie.

Po wywo­ła­nej tra­fie­niem mikro­me­te­orytu awa­rii Łuka miała nawet swoje pięć minut, kiedy zapę­dziła robo­cią trzódkę do pracy przy relo­ka­cji pozo­sta­łych Łuków. Amal­theę przy­cu­mo­wano do sta­cji od strony dzioba, który - ze względu na uło­że­nie Izzy na orbi­cie - był naj­bar­dziej nara­żony na tra­fie­nia kosmicz­nym śmie­ciem. Aste­ro­ida peł­niła rolę swo­istego tarana i osła­niała przed zde­rze­niami wszystko, co zna­la­zło się za nią. W jej cie­niu było aż nadto miej­sca, by pomie­ścić kilka Łuków, które dzięki temu nie tylko miały więk­sze szanse prze­trwa­nia, ale też były mniej nara­żone na dzia­ła­nie pro­mie­nio­wa­nia kosmicz­nego.

Roboty wyspe­cja­li­zo­wane w wydo­by­wa­niu rudy żelaza chwi­lowo stra­ciły na zna­cze­niu, odkąd ich sze­fowa zain­te­re­so­wała się zamro­żoną wodą. Dla­tego, kiedy nie zaj­mo­wała się wypy­cha­niem malut­kich stwor­ków na bryły prze­my­ca­nego lodu, zna­la­zła nowe zaję­cie dla swo­ich sta­rych robo­tów: kazała im wier­cić w tyl­nej powierzchni Amal­thei otwory, osa­dzać w nich punkty zacze­pie­nia (głów­nie wkręty oczkowe), a następ­nie za pomocą sta­lo­wych lin kotwi­czyć do nich Łuki. Począt­kowo Łuki (nie cał­kiem unie­ru­cho­mione) dry­fo­wały leni­wie w próżni i zde­rzały się ze sobą jak balony na uwięzi, ale po dniu albo dwóch utwo­rzyły sta­bilną kon­fi­gu­ra­cję, która zbie­giem oko­licz­no­ści zasła­niała widok z okna warsz­tatu. W tej chwili Dinah widziała tylko folię - co wcale jej nie prze­szka­dzało. Odkąd na wła­sne oczy zoba­czyła, jakie ryzyko muszą podej­mo­wać Skauci, naprawdę nie miała nic prze­ciwko temu, żeby nie oglą­dać ich z bli­ska.

Poszcze­gólne war­stwy Łuka były prze­zro­czy­ste, jed­nakże przy dużej ich licz­bie patrzyło się przez nie jak przez firankę. Można było więc zoba­czyć syl­wetkę naj­bliż­szego ze Skau­tów, ale nie dało się roz­po­znać jego twa­rzy. Dinah była pewna, że ma przed sobą kobietę.

W ciągu doby okresy pracy Skau­tów się nakła­dały. Kobieta za oknem wra­cała ze swo­jej zmiany w porze, która dla Dinah była póź­nym poran­kiem. Dinah patrzyła, jak z wysił­kiem prze­miesz­cza się po powierzchni Amal­thei, korzy­sta­jąc z punk­tów zacze­pie­nia, sta­ran­nie pla­nu­jąc kolejne ruchy, wymi­ja­jąc liny i pępo­winy. Musiała być skraj­nie wyczer­pana. Dinah odbyła kie­dyś dwu­go­dzinny spa­cer w ska­fan­drze kosmicz­nym; przez cały następny dzień do niczego się nie nada­wała. Cza­sem, kiedy miała wra­że­nie, że kobie­cie przy­dałby się dodat­kowy chwyt czy sto­pień, posy­łała jej na pomoc kra­bo­chwyta albo żmijkę. Kobieta odwra­cała wtedy głowę w jej stronę i mru­żyła oczy, co Dinah odczy­ty­wała jako wyraz wdzięcz­no­ści. W końcu docie­rała do otworu wej­ścio­wego swo­jego Westi­biulu i wśli­zgi­wała się do środka, a wtedy mecha­nizm (nie­wi­doczny dla Dinah) robił swoje: cumo­wał ska­fan­der, wyrów­ny­wał ciśnie­nie i otwie­rał drzwiczki, pozwa­la­jąc jej wyjść ze ska­fan­dra. Kobieta znaj­do­wała zawie­szony na łań­cuszku z pla­sti­ko­wych obejm klucz nasad­kowy, się­gała "ponad" głowę i naj­pierw odkrę­cała dwa­dzie­ścia cztery śruby mocu­jące prze­grodę Łuka, a następ­nie - po jej zdję­ciu - wkrę­cała je z powro­tem w koł­nierz, żeby nie dry­fo­wały po Westi­biulu. Na koniec przez czter­dzie­sto­cen­ty­me­trowe wej­ście prze­do­sta­wała się do względ­nie prze­stron­nego wnę­trza Łuka. Po dro­dze zabie­rała "pocztę", która pod­czas jej zmiany zebrała się w Westi­biulu, a na którą skła­dały się jedze­nie, napoje, przy­bory toa­le­towe, worek lodu, który z cza­sem miał się roz­to­pić, zapew­nia­jąc Łukowi namiastkę kli­ma­ty­za­cji, torebki na odchody oraz - w jej przy­padku - tam­pony.

Ponie­waż pracą Skau­tów rzą­dziły tym­cza­so­wość i pro­wi­zorka, Dinah nie miała jak poro­zu­mieć się z kobietą za oknem czy choćby zapy­tać o jej imię. Wyda­wało się to nie­do­rzeczne, ale dzia­łał w tym wypadku ten sam mecha­nizm, który jede­na­stego wrze­śnia unie­moż­li­wiał stra­ża­kom komu­ni­ka­cję z poli­cjan­tami: Skauci mieli wła­sne radia, dzia­ła­jące na czę­sto­tli­wo­ściach, do któ­rych Dinah nie miała dostępu.

Przej­rzaw­szy dostępne na stro­nie NASA bio­gra­fie Skau­tów, Dinah metodą eli­mi­na­cji usta­liła, że ma do czy­nie­nia z Teklą Alek­sie­jewną Iliu­szyną, obla­ty­waczką samo­lo­tów i brą­zową meda­listką olim­pij­ską w sied­mio­boju. W daw­nych sowiec­kich cza­sach przed Teklą otwo­rzy­łyby się wspa­niałe per­spek­tywy w roli bożysz­cza pro­pa­gandy, lecz domi­nu­jący ostat­nio w rosyj­skiej kul­tu­rze silny trend kon­ser­wa­tywny pozo­sta­wiał nie­wiele miej­sca dla kobiet w typowo męskich dzie­dzi­nach życia zawo­do­wego, takich jak służba woj­skowa czy pro­gram kosmiczny. Z tego powodu doświad­cze­nie musiała zdo­by­wać głów­nie poza gra­ni­cami Rosji, w pry­wat­nych agen­cjach kosmicz­nych. Kilka lat temu wró­ciła do roli jed­nej z dwóch aktyw­nych kosmo­nau­tek na świe­cie. Dinah miała w sobie dość cyni­zmu, by dostrze­gać w tym oczy­wi­sty pod­tekst poli­tyczny: jeżeli Rosko­smos chciał współ­pra­co­wać z NASA i Euro­pej­ską Agen­cją Kosmiczną, musiał mieć cho­ciaż jedną czy dwie kobiety kosmo­nautki.

Tekla miała trzy­dzie­ści jeden lat. Została tro­chę pod­ra­so­wana przed zro­bie­niem ofi­cjal­nego zdję­cia pro­mo­cyj­nego; miała na przy­kład sztywne, nie­modne ucze­sa­nie w stylu księż­nej Diany, w któ­rym nie wyglą­dała zbyt korzyst­nie. Pod­czas ostat­niej olim­piady jeden z por­tali plot­kar­skich zali­czył ją do pięć­dzie­się­ciu naj­bar­dziej sek­sow­nych spor­t­sme­nek i choć nie zna­la­zła się w czo­łówce tego zesta­wie­nia, zda­niem Dinah była cał­kiem ładna - ze swo­imi wyra­zi­stymi kośćmi policz­ko­wymi, zie­lo­nymi oczami, blond wło­sami i innymi cechami, jakich można się było spo­dzie­wać po sło­wiań­skiej Super­wo­man. Było też jed­nak oczy­wi­ste, dla­czego w owej pięć­dzie­siątce zajęła dopiero czter­dzie­ste ósme miej­sce: mocno zary­so­wana szczęka nada­wała jej twa­rzy chłodny wyraz, który wyma­gał od foto­grafa sta­ran­nego doboru kadru oraz, jak przy­pusz­czała Dinah, odro­biny pracy w Pho­to­sho­pie. Męż­czyźni zaglą­da­jący na takie strony uznali by ją pew­nie za znie­chę­ca­jącą, cho­ciaż nie umie­liby powie­dzieć, co dokład­nie im w niej prze­szka­dza. Prze­ra­zi­łyby ich wyro­bione mię­śnie nara­mienne, pod­czas pchnię­cia kulą rysu­jące się pod skórą jak napięte powrozy. Dinah posta­no­wiła nie czy­tać komen­ta­rzy; z góry mogła prze­wi­dzieć, co zawie­rają.

Teklę wysłano tu na śmierć, a ona naj­praw­do­po­dob­niej zda­wała sobie z tego sprawę.

Kiedy po zakoń­cze­niu zmiany prze­ci­skała się przez usztyw­niony koł­nierz, żeby pod­ry­fo­wać sobie w powie­trzu w mlecz­nej bańce Łuka, zdzie­rała chło­dzoną cie­czą war­stwę ubra­nia, którą przez cały dzień nosiła przy skó­rze. Uszyto ją z dwóch warstw ela­stycz­nej nie­bie­skiej siatki, pomię­dzy które wsta­wiono sieć pla­sti­ko­wych rurek. Ubra­nie dzia­łało dopiero po pod­łą­cze­niu do pompy, która tło­czyła w rurki zimną wodę. Po szes­na­stu godzi­nach Tekla musiała go mieć po dziurki w nosie, dla­tego pozby­wała się go w pierw­szej kolej­no­ści. Następ­nie, obcią­gnąw­szy bie­li­znę do kolan, demon­to­wała cew­nik Foleya, który opróż­niał jej pęcherz pod­czas pracy. Wycie­rała się dostar­czo­nymi w "poczcie" wil­got­nymi chu­s­tecz­kami, które następ­nie wrzu­cała do torby na śmieci. Przed opusz­cze­niem Ziemi ogo­liła głowę albo przy­naj­mniej ostrzy­gła się na rekruta, w każ­dym razie nie miała pro­blemu z wło­sami. Dopiero po tych zabie­gach otwie­rała pakiet zawie­ra­jący rację żyw­no­ściową i zaczy­nała jeść. To z kolei czę­sto koń­czyło się rychłą defe­ka­cją, z którą Tekla musiała się upo­rać w naj­bar­dziej toporny spo­sób, za pomocą folio­wej torebki i kolej­nej par­tii wil­got­nych chu­s­te­czek. Wszystko razem tra­fiało do śmieci, które przy wyj­ściu do pracy skła­dała w Westi­biulu, skąd odbie­rano je pod­czas jej zmiany. Na koniec wyłą­czała dio­dowy pasek - jedyne źró­dło świa­tła w Łuku - i nie­kiedy przez jakiś czas wpa­try­wała się jesz­cze w ekran tabletu, zanim nało­żyła osłonkę na oczy i poszła spać.

Jedno okrą­że­nie Ziemi zaj­mo­wało Izzy dzie­więć­dzie­siąt dwie minuty. W tym cza­sie prze­by­wała cały cykl dnia i nocy, tak że przez połowę czasu, który Tekla prze­sy­piała, Dinah mogła wyj­rzeć przez okno i zoba­czyć ją, nie­mal nagą, uno­szącą się w powie­trzu w Łuku niczym płód w bańce płynu owo­dnio­wego.

Obser­wo­wała ją tak mniej wię­cej przez tydzień i stwier­dziła, że jest to nie­zmier­nie zabawne. Przy­pro­wa­dziła do warsz­tatu naj­pierw Ivy, a potem Rhysa, żeby poka­zać im śpiącą Teklę. Roz­ma­wiali o niej, prze­sy­łali sobie nawza­jem jej zna­le­zione w Inter­ne­cie zdję­cia.

- To mogła­bym być ja, moja droga - powie­działa Dinah do Ivy. - Albo ty.

- Ona jest nami - przy­tak­nęła Ivy. - Co naj­wy­żej w innym stop­niu.

- Myślisz, że nas też czeka taki koniec?

Ivy zasta­no­wiła się nad tym pyta­niem i pokrę­ciła głową.

- Na dłuż­szą metę tak się nie da żyć.

- Czyli co, twoim zda­niem to misja samo­bój­cza?

- Moim zda­niem to jak życie w obo­zie. Masz za oknem taki wła­sny minia­tu­rowy gułag.

- Myślisz, że Tekla ma kło­poty? - spy­tała Dinah.

- Wszy­scy mamy kło­poty - przy­po­mniała jej Ivy.

- No tak, zapo­mnia­łam.

- Nie zapo­mi­naj, że w grun­cie rze­czy miała szczę­ście.

Przy­naj­mniej wyrwała się z Ziemi.

- Nie wygląda na szczę­śliwą. Ni­gdy nie widzia­łam czło­wieka, który by się tak izo­lo­wał od świata. Czy ona się z kimś kon­tak­tuje przez ten tablet? Czy tylko sur­fuje po sieci?

- Mogę zapy­tać Spen­cera, jeśli chcesz. Na pewno reje­struje cały ruch inter­ne­towy.

Dinah wie­działa, że to żart, ale odparła:

- Nie, nie ma potrzeby. Zostawmy jej tę odro­binę pry­wat­no­ści.

Rhys na widok Tekli zare­ago­wał pod­nie­ce­niem. Zacho­wał nale­żytą dys­kre­cję, ale od chwili, gdy ją zoba­czył, do momentu, gdy upra­wiali z Dinah seks, upły­nęło zale­d­wie pół godziny. Cho­ciaż ni­gdy nie potrze­bo­wał dłu­giego roz­ru­chu. Dinah zresztą też nie. Od początku wie­działa, że to zro­bią.

Pozna­wała to po tym, jak pach­niał - przy­naj­mniej wtedy, kiedy aku­rat nie wymio­to­wał. W innym miej­scu i cza­sie sam zapach by nie wystar­czył, naj­pierw by rand­ko­wali albo coś w tym guście; poja­wi­łyby się kom­pli­ka­cje wyni­kłe z wcze­śniej­szych związ­ków, róż­nicy w stylu życia, róż­nych poglą­dów na zacie­śnie­nie zna­jo­mo­ści... Ale tutaj jakby zadzia­łał auto­mat. I było fan­ta­stycz­nie.

A sądząc z inter­ne­to­wych donie­sień z Ziemi, sytu­acja taka była dość powszechna: może i rasa ludzka zna­la­zła się na skraju zagłady, jej odej­ście miała jed­nak poprze­dzić trwa­jąca dwa lata orgia.

Nieco ina­czej rzecz się miała z sypia­niem ze sobą; Rhys nie miał nic prze­ciwko temu, ale logi­stycz­nie było to przed­się­wzię­cie dość skom­pli­ko­wane. Astro­nauci sypiali zwy­kle w moco­wa­nych do ścian lub pod­łogi śpi­wo­rach, dzięki któ­rym pod­czas snu nie latali w przy­pad­kowy spo­sób po całej sta­cji. Śpi­wór mie­ścił jedną osobę. NASA nie pro­du­ko­wała na razie wer­sji dwu­oso­bo­wych, toteż jeśli po wszyst­kim zachciało im się spać, musieli impro­wi­zo­wać: przy­tu­lali się i owi­jali tym, co aku­rat wpa­dło im w ręce. Ni­gdy nie trwało to jed­nak dłu­żej niż parę minut, po któ­rych Rhys wra­cał do swo­ich zajęć, a Dinah, jeśli na­dal czuła się senna, wła­ziła do śpi­wora, który trzy­mała na stałe w warsz­ta­cie; cza­sem, drę­czona wyrzu­tami sumie­nia, zer­kała jesz­cze przez okno na nie­szczę­sną Teklę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki