Przedmowa
Kiedy po raz pierwszy przeczytałem rękopis "A co byś zrobiła...", odłożyłem go po kilkunastu stronach i długo siedziałem w milczeniu. Nie dlatego, że książka była zła - przeciwnie, była niepokojąco dobra. I nie dlatego, że mnie znudziła - wciągnęła mnie bez reszty. Usiadłem w ciszy, ponieważ ta książka zadała mi pytanie, na które nie umiałem odpowiedzieć. A to, w moim zawodzie - pisarza powieści psychologicznych, który codziennie tropi ludzkie motywacje - zdarza się niezwykle rzadko.
Bo o czym właściwie jest ta książka? Na pierwszy rzut oka o grze. O małżeństwie, które wieczorami, przy lampce wina, prowadzi intelektualne pojedynki. Ona - inteligentna, twórcza, pełna życia. On - analityczny, precyzyjny, nieprzekupny w swojej logice. On zadaje pytania: "A co byś zrobiła, gdyby...". Ona szuka odpowiedzi. I przegrywa. Za każdym razem. Ale czy na pewno?
Jako autor powieści psychologicznych od lat badam to, co w człowieku niewidoczne na pierwszy rzut oka - lęki, pragnienia, mechanizmy obronne, pozornie irracjonalne wybory. I muszę przyznać, że rzadko spotykałem się z tak przenikliwym portretem duszy jak ten, który autorka - przepraszam, autor - tej książki namalował. Nie jest to bowiem opowieść o tym, jak wygrać. Jest to opowieść o tym, jak przegrać z godnością. Jak przyjąć porażkę nie jako klęskę, ale jako wyzwolenie. Jak przestać szarpać się z rzeczywistością i wreszcie odetchnąć.
To przesłanie, choć może wydawać się przewrotne, jest głęboko terapeutyczne. Żyjemy w kulturze, która każe nam walczyć. Walczyć o pracę, o miłość, o zdrowie, o każdy kolejny dzień. Jesteśmy szkoleni, by nigdy się nie poddawać, by zawsze szukać wyjścia, by wierzyć, że nie ma sytuacji bez wyjścia. A ta książka mówi: są. Są sytuacje, w których żadne wyjście nie istnieje. I wtedy jedynym, co nam pozostaje, jest zaakceptować swój los. Nie z rezygnacją, nie ze spuszczoną głową - ale z godnością kogoś, kto wie, że nie wszystko zależy od niego.
Bohaterka tej opowieści, Beata, każdego wieczoru zmaga się z nowym, wymyślonym przez męża Marka scenariuszem. Studnia, z której nie można się wydostać. Awionetka spadająca ku ziemi. Choroby toczące ciało od środka. Lina nad przepaścią. Trumna. Tygrysy. Kontenerowiec. Komin. Amputacja. Kwas. Mrówki. Wieloryb. Gąsienica na haczyku. Parówka. Beton. Trak. Szubienica. Kocioł. Koncert. Parowóz. Psy. Borsuk. Druty. Walec. Elektrowstrząsy. Tunel. Każdy z tych scenariuszy jest inny, każdy bardziej przerażający od poprzedniego. A jednak każdy kończy się tak samo: Beata poddaje się. Nie dlatego, że jest słaba. Przeciwnie - dlatego, że jest na tyle silna, by przyznać, że nie da rady.
I tu dotykamy sedna psychologicznego geniuszu tej książki. Autor nie buduje swoich postaci na łatwych opozycjach - silny mężczyzna, słaba kobieta; racjonalny analityk, emocjonalna artystka. Wręcz przeciwnie. To Marek, zadając pytania, zdaje się być tym chłodnym, nieustępliwym, zwycięskim. To Beata, poddając się, zdaje się być tą przegraną. A jednak po każdym rozdziale czujemy, że to właśnie ona - ta, która złożyła broń - wychodzi z tej walki bogatsza. Ona zyskuje spokój. On zyskuje tylko satysfakcję z kolejnej wygranej. Kto więc jest prawdziwym zwycięzcą? Kto ma większą władzę - ten, kto zadaje pytania, czy ten, kto przestaje na nie odpowiadać?
Jako pisarz powieści psychologicznych często zastanawiam się nad naturą relacji. Co sprawia, że dwoje ludzi trwa przy sobie przez lata? Wspólne cele? Namiętność? Przyzwyczajenie? Ta książka podsuwa inną odpowiedź: wspólne pytania. Marek i Beata nie rozmawiają o rachunkach, o praniu, o tym, kto dziś odbierze dzieci ze szkoły. Oni rozmawiają o śmierci. O strachu. O granicach ludzkiej wytrzymałości. O tym, jak by się zachowali, gdyby świat w jednej chwili stanął na głowie. I w tych rozmowach - tak pozornie abstrakcyjnych, tak dalekich od codzienności - budują coś znacznie trwalszego niż wspólne konto bankowe. Budują zaufanie. Budują wiedzę o tym, kim jest ten drugi w sytuacji ostatecznej.
Bo czy jest coś bardziej intymnego niż przyznanie się przed ukochaną osobą: "Nie wiem. Nie mam pomysłu. Poddaję się"? W świecie, w którym wszyscy udajemy, że mamy wszystko pod kontrolą, takie wyznanie jest aktem najwyższej odwagi i najgłębszej bliskości. I autor tej książki wie o tym doskonale. Dlatego nie moralizuje. Nie poucza. Po prostu pokazuje - scenariusz za scenariuszem, kapitulacja za kapitulacją - że czasem największą siłą jest przyznać się do słabości.
Książka "A co byś zrobiła..." nie jest łatwa. Nie dlatego, że jest źle napisana - przeciwnie, styl jest przejrzysty, dialogi ostre jak brzytwa, a tempo narracji trzyma w napięciu do ostatniej strony. Jest trudna, ponieważ zmusza czytelnika do konfrontacji z własnymi lękami. Każde pytanie Marka to lustro, w którym musimy się przejrzeć. Co byśmy zrobili na miejscu Beaty? Czy też próbowalibyśmy się wspinać, krzyczeć, targować, uciekać? A może - jak ona - w końcu opuścilibyśmy ręce i pozwolili, żeby los się dopełnił?
Nie znam odpowiedzi. I chyba o to chodzi. Ta książka nie daje gotowych rozwiązań. Nie mówi: "poddaj się, a będzie dobrze". Mówi coś bardziej skomplikowanego: "poddaj się, bo nie ma innego wyjścia. I w tym poddaniu się nie ma nic złego". To orędzie, w dzisiejszych czasach tak bardzo niepopularne, jest jednocześnie najbardziej wyzwalające. Bo jeśli wolno nam się poddać, to znaczy, że nie musimy być superbohaterami. Możemy być zwyczajni. I to wystarczy.
Polecam tę książkę każdemu, kto czuje się zmęczony ciągłą walką. Każdemu, kto ma wrażenie, że życie wymaga od niego zbyt wiele. Każdemu, kto boi się, że nie sprosta. I każdemu, kto kocha - nie tylko partnera, ale też samego siebie - na tyle, by pozwolić sobie na chwilę słabości. Bo ta książka uczy, że słabość nie jest przeciwieństwem siły. Czasem jest jej najgłębszym źródłem.
A co ja bym zrobił, gdyby to mnie zadano te pytania? Szczerze? Nie wiem. I właśnie dlatego ta książka zostanie ze mną na długo.
Kraków, 2025