II.
Następnego dnia rano na murach Warszawy pojawiły się nowe odezwy, lecz tym razem w czterech językach: rosyjskim, niemieckim, żargonie i polskim, głoszące, co następuje:
Zwycięskie armje proletarjatu Niemiec i Rosji pokonały burżuazyjną armię Polski i uwolniły uciśniony przez panów proletarjat miast i wsi polskich od dalszego jarzma wyzyskiwaczy.
Zanim zostanie ukonstytuowany rząd nowej republiki radzieckiej polskiej, zanim zostanie zaprowadzony ład i porządek, oparty na zasadach czystego komunizmu, władzę z ramienia federacyjnych republik radzieckich Niemiec i Rosji, obejmujemy my, wydając jednocześnie następujące rozporządzenia:
1) Wszystek majątek, ruchomy i nieruchomy przedstawicieli warstw burżuazyjnych zostaje upaństwowiony i w przeciągu tygodnia od daty wydania niniejszego rozporządzenia winien być z najdokładniejszym spisem inwentarza zgłoszony w odpowiednim urzędzie.
Uwaga. Do warstw burżuazyjnych zaliczeni zostają wszyscy, nie zarabiający trudem fizycznym na utrzymanie swoje.
2) Wszystkie kapitały i papiery wartościowe prywatne, lokowane w bankach, jak również złożone w safesach bankowych, zostają również upaństwowione.
3) Towary w sklepach i składach prywatnych i miejskich zostają upaństwowione. Artykuły żywnościowe, zwłaszcza ulegające zepsuciu, wolno sprzedawać, lecz pod warunkiem każdodziennego składania całkowitego wpływu z targów do kas, wskazanych poniżej urzędów.
4) Wszyscy wojskowi b. armji polskiej, jak również członkowie ich rodzin, policjanci, członkowie organizacji strzeleckich, sokolskich i harcerskich, oraz urzędnicy państwowi i miejscy winni się zgłosić do urzędów policyjnych celem dokonania rejestracji.
5) Wszyscy obywatele, należący do warstw burżuazyjnych, winni się rejestrować w odpowiednich urzędach z wymienieniem rodzaju zajęcia.
6) Wszyscy robotnicy, pracujący fizycznie, winni się zgłosić do rejestracji w odpowiednich urzędach z wymienieniem swej specjalności, oraz ilości członków rodziny.
7) Wszyscy właściciele mieszkań, zajmujący lokale większe, z wyłączeniem jednopokojowych, winni zameldować je w przeciągu trzech dni z wymienieniem ilości pokojów, jak również i liczby zajmujących je osób.
8) Wzbronione jest przywłaszczanie sobie, zwłaszcza gwałtem, jakichkolwiek przedmiotów, jako upaństwowionych.
Winni przekroczenia tych rozporządzeń, jak również wszyscy, usiłujący czynić zamachy na objekty miejskie i państwowe, oraz na żołnierzy armji komunistycznych i funkcjonarjuszy urzędów komunistycznych, ulegną bez sądu natychmiastowej karze śmierci.
Oktiabr Lwowicz Trockij, komisarz R. F. S. S. R.
Hans Kaufman, komisarz N. F. S. S. R.
Jerzy Sochacki, komisarz P. F S. S. R.
Borys Morgenstern, komisarz Ż. F S. S. R.“
Jednocześnie z polecenia nowej władzy otwarte zostały więzienia, i zwolnieni wszyscy więźniowie, zarówno polityczni, jak i kryminalni, jako ofiary przemocy burżuazyjnej.
Z tego też powodu rozeszła się po mieście pogłoska, że uczyniono to, ażeby przygotować miejsce dla nowych zastępów więźniów, tym razem burżuazyjnych „wyzyskiwaczy, krwiopijców, oraz białogwardzistów“.
Potwierdzeniem tych pogłosek w znacznym stopniu były dokonane tegoż jeszcze dnia, pod kierownictwem jednego z głównych kierowników komunistycznej partji Polski, Stefana Krόlikowskiego, który po dłuższym przymusowym pobycie w Rosji wkroczył razem z armjami komunistycznemi do Warszawy i odrazu został zamianowany komisarzem do spraw policji politycznej i nadzwyczajnej komisji do spraw z tego zakresu (czerezwyczajki), aresztowania wybitniejszych dziennikarzy, działaczy, posłów sejmowych, a zwłaszcza kierowników zarówno polskiej partji socjalistycznej, jak i narodowej partji robotniczej.
Zaroiło się na ulicach miasta od wojska, które, przewyższając ilościowo znacznie liczbę mieszkańców, nie mogąc pomieścić się w mieszkaniach prywatnych i koszarach, zmuszone było do kwaterowania pod gołem niebem.
Wojsko też pełniło funkcje policyjne, natomiast zadania wywiadowcze przyjęli na siebie miejscowi komuniści, jako lepiej znający stosunki miejscowe i w ten sposób wywierający pomstę na swoich przeciwnikach politycznych.
Nie dziwota też, że gmachy więzienne, opróżnione przez zbrodniarzy kryminalnych, w niedługim czasie zapełnione zostały przez więźniów politycznych.
Skarżył się też na to Królikowskiemu, mianowany głównym naczelnikiem więzień, b. poseł Widełkiewicz, lecz tenże odparł mu ze śmiechem:
— Niema zmartwienia... Opróżni się je wkrótce... Dziś jeszcze wieczorem zacznie działać nadzwyczajna komisja śledcza...
I rzeczywiście... Wieczorem dnia tego ukazał się dekret nowej władzy, ustanawiający nadzwyczajną komisję śledczą pod przewodnictwem b. adwokata, wielce dla spraw komunizmu w Porsce zasłużonego, Ignacego Buracza.
Komisja ta rozpoczęła swe czynności natychmiast, a po gorliwie przepracowanej nocy owocem jej trudów, było opróżnienie znacznej ilości cel więziennych, oraz wielka mogiła, wyrosła na krańcu cmentarza wojskowego, a mieszcząca zwłoki kilkudziesięciu rozstrzelanych na podstawie jej wyroków „przestępców“, — pepeesowców i b. działaczy politycznych.
Wogóle nowe władze nie próżnowały ani chwili... Formowano na gwałt nowe urzędy, na wzór komunistycznej Rosji i Niemiec, a wszystkie wybitniejsze stanowiska w nich obsadzono przybyłymi wraz z wojskiem urzędnikami. Miejscowych komunistów dopuszczono tylko na stanowiska podrzędne, jako element wykonawczy, co znów wywołało wśród nich łatwo zrozumiałe rozgoryczenie.
Niejeden z młodych komunistów, rojących górne a złote sny o potędze władzy komisarza, czuł się dotkniętym, gdy mu powierzano podrzędne funkcje. Pocieszał się tylko w głębi duszy nadzieją, że wszakże ten stan rzeczy długo trwać nie będzie, że przyjdzie i na niego kolej łyknięcia haustu z kielicha władzy.
Największa praca wrzała w zamku, gdzie zasiadał quadrumyirat, dzierżący władzę naczelną. Właściwie władzę tę sprawowali dwaj wodzowie armji zwycięskiej, Trockij i Kaufmann, dwaj pozostali. Sochacki i Morgenstern, jako znający dobrze warunki lokalne, byli tylko wykonawcami ich rozporządzeń.
Stamtąd też szły wszystkie rozkazy i polecenia, tam decydowano głównie o życiu i śmierci miljonów ludzi. Władzcy pracowali niezmordowanie, nie wiedząc nawet co wypoczynek, a posiłek, sporządzony przez nailepszych kucharzy hoteli Europeiskiego i Bristolu, spożywali w przerwach między naradami.
Najpierwszą troską ich było wojsko, a przedewszystkiem zaopatrzenie go w żywność. Wysyłali całe ekspedycje do okolicznych wiosek po mąkę, zboże, bydło, trzodę i drób. Zabrano ze wszystkich składów trunków spirytualja i inne napoje wyskokowe, przyczem wina zarezerwowano dla władzy i wyższych szarż wojskowych. To też wieczorem ulice miasta roiły się od pijanych żołdaków, dopuszczających się rabunków i gwałtów i w ten sposób świętujących uroczystość święta I maja.
Wieczorem dnia tego do zajętego przeglądaniem raportów Trockiego zbliżył się jeden z adjutantów i coś mu do ucha szeptać zaczął.
Porwał się z miejsca wódz rosyjskiej armji komunistycznej, i przecierając nerwowo szkła wielkich amerykańskich okularów, rzekł:
— Nie może byćl... to byłoby znakomitel...
— Tak jest, — przytwierdził adjutant, długo i krzywonogi i nosy żydek — on twierdzi, że może każdej chwili ich wydać...
Trockij począł nerwowo chodzić po wielkiej sali, poczem otworzywszy drzwi do przyległego salonu, w którym rezydowali: Kaufmann, Sochacki i Morgenstern, zawołał:
— Towarzysze... proszę na chwilę... bardzo ważna sprawa...
A gdy weszli, patrząc nań z ciekawością, wytrzymał ich przez chwilę, jakby chcąc wywołać większy efekt, poczem rzekł z naciskiem.
— Towarzysze... wielka wiadomość... mamy żonę i syna tego Okonicza!...
Efekt rzeczywiście wywołał nadzwyczajny... Trzej współrządcy wytrzeszczyli na niego oczy, poczem dopytywać się zaczęli:
— Jakto?... gdzie oni są?... jakim sposobem?...
A Trockij, jako dobry aktor, wykorzystujący sytuację, rzucił:
— Właśnie Władimir Moisiejewicz zawiadomił mnie, że jest tu jakiś, który wie, gdzie oni się chowają...
— To nadzwyczajne! — zawołał Kaufmann — toż mając ich w ręku zmusimy do uległości tego dumnego polaka...
— Będzie teraz musiał przystać na nasze warunki — rzekł Sochacki.
— I zapłacić duży okup — dorzucił Morgenstern.
— No, no, — uspakajał ich Trockij — wpierw trzeba ich dostać w nasze rece, a potem pogadamy o tem wszystkiem z Okoniczem, — poczem zwracając się do adjutanta, rzekł: — towarzyszu adjutancie, wprowadźcie tu tego...
Adjutant wyszedł, a po chwili wrócił, prowadząc za sobą jakiegoś średnich lat chuderlawego żydka, w wytartem ubraniu, od progu już nisko kłaniającego się władzcom.
Wyniosłem skinieniem głowy odpowiedzieli mu na jego pokłony, poczem Trockij rzekł:
— Nu, co powiesz?...
— Ja wiem, wielmożni panowie generałowie, gdzie jest żona i syn tego wodza polaków... tego Okonicza...
— Nu, gdzie są?... mów...
Żydek spojrzał na nich nieufnie, z podełba, poczem rzekł:
— Nu, a co ja zato dostanę?...
Roześmiał się Trockij z tego handlowego postawienia sprawy przez rodaka, poczem spytał:
— No, a co ty chcesz?...
— Jabym chciał,—z pewnem wahaniem rzekł żydek: należeć do komisji, którą będzie upaństwawiać majątki gojów...
— Dobrześ wybrał,—ze śmiechem rzekł Trockij, a zawtórowali mu wszyscy obecni: no, dobrze... a teraz mów...
Małe, czarne, pełne chytrości i przebiegłości oczki żydka błysnęły zadowoleniem i, zginając się w niskim ukłonie, rzekł:
— Dla mnie słowo jaśnie generała, to jak szczere złoto, ale... prosiłbym na piśmie...
Roześmiał się po raz wtóry Trockij i, nakreśliwszy słów parę na kawałku papieru, podał go żydkowi, mówiąc:
— Masz... a jeżeli ich tam nie będzie, to kula w łeb...
— Wystarczy,—odrzekł żydek, chowając skwapliwie papier: — oni się chowają na Żoliborzu... w domu jednego oficera... Niech wielmożni generałowie poślą tam żołnierzy, to ich znajdą...
— Nie, bratku ty sam pojedzisz z nimi i pokażesz gdzie — rzekł Trockij, wydając jednocześnie rozkazy adjutantowi.
A w chwilę potem w stronę Żoliborza mknęły trzy samochody, pełne żołnierzy, a w pierwszym siedział żydek z adjutantem.
Tymczasem na Żoliborzu, w małym domku t. zw. osiedla oficerskiego, na uboczu, w skromnie umeblowanym pokoju, siedziała młoda jeszcze, w proste, ciemne suknie przyodziana kobieta, a do niej tulił się wysmukły, może dwunastoletni chłopiec, w mundurku uczniowskim.
Na twarzy generałowej Okoniczowej, gdyż ona to była, malowała się powaga, połączona z rezygnacją.
— Mamo — pytał chłopiec — dlaczego ojciec wczoraj przyjechał do nas tylko na chwilę? — i żegnał nas tak, jakby już nigdy z nami zobaczyć się nie miał..
— Nie mógł, synku... ważne wzywały go sprawy... szedł na bój śmiertelny, ostateczny... n ewiadomo też, czy go już więcej zobaczymy... Ojciec odleciał z całem wojskiem daleko, daleko, by tam dalszą walkę z wrogiem prowadzić...
— A dlaczego nas nie zabrał z sobą? — dopytywał się chłopiec.
— Nie mógł, synku... aeroplany przeznaczone były dla wojska, a w chwili takiej każdy żołnierz więcej znaczy, niż my wszyscy...
Umilkł chłopiec, rozważał coś w myśli, wreszcie znów spytał:
— M musiu... ja, jak dorosnę, to zostanę żołnierzem, jak ojciec...
— Tak, synku, — odrzekła matka, tłumiąc całą siłą woli łzy, cisnące się jej do oczu — ty zostaniesz żołnierzem, i tak, jak on, walczyć będziesz za Polskę...
Zaledwie to wyrzekła, dał się słyszeć warkot nadjeżdżających samochodów, który ucichł nagle przed domem.
Gen Okoniczowa pobladła, powstała z miejsca, tuląc do piersi syna. W przedsionku dał się słyszeć tupot licznych nóg, i do pokoju wtargnął tłum zbrojnych żołdaków, poza którymi krył się tchórzliwie żydek.
Przed żołnierzy wystąpił adjutant Trockiego i, arogancko przyglądając się matce i synowi, rzekł:
— Madame generałowa Okonicz?...
— Jam jest — odrzekła spokojnie zapytana.
— Pani pojedzie z nami, — rzekł adjutant.
— Gdzie?...
— Do zamku, do generałów — odrzekł.
— Jesteśmy więc uwięzieni? — spytała spokojnie generałowa — czy mogę wziąć rzeczy niezbędne.
— Nie, nie potrzeba,—odrzekł brutalnie adjutant.
— Jestem gotowa...
Odsuwając pełnym godności gestem adjutanta, poszła przodem z synem, a przy drzwiach otoczyli ich wkoło żołdacy, prowadząc do automobili.
Zajęli w nich miejsca i pomknęli całym pędem do zamku, gdzie na nich z niecierpliwością oczekiwali quadrumviry.
Do wielkiej sali, dawnej tronowej królów polskich, splugawionej i zniszczonej teraz pobytem w niej żołdaków komunistycznych, wprowadzili uzbrojeni żołdacy generałową Okoniczową z synem.
Wodzowie komunistyczni skierowali na nią płonące ciekawością spojrzenia, a tyle w niej było majestatu i godności, że bezwiednie wszyscy pochylili przed nią głowy.
— Pani jest żoną generała Okonicza? — spytał po chwili Trockij.
— Tak jest — odrzekła spokojnie.
— Gdzie jest mąż pani?
— Tam, gdzie mu obowiązek i honor nakazuje... przy wojsku polskiem, gotów do walki za Ojczyznę...
— Zostaje pani wraz z synem zakładniczką naszą... w razie, gdy rozpocznie on działania wojenne, zginiecie... Napisze to pani do niego i zażąda poddania się...
— Nie napiszę tego, — odrzekła spokojnie generałowa.
— Dlaczego? — spytał zdumiony Trockij — my nie żartujemy... nas nie obchodzą jakieś tam burżuazyjne prawa wojenne...
— Wiem o tem aż nadto dobrze, — z pewną ironją w głosie odrzekła generałowa — nie spodziewam się nawet tego po was... A nie uczynię tego, gdyż jestem polką i wiem, jaki jest mój i meża mego obowiązek względem Ojczyzny... Możecie mnie zabić, lecz nie nakłonicie nigdy do popełnienia czegoś, coby mi hańbę przyniosło.
Spokój tej odpowiedzi, jak również i tchnąca z niej pogarda, wyprowadziły z równowagi Trockiego. Zacisnął pięści i przyskoczył do nieustraszonej niewiasty.
— Ty... ty... dumna Polko, — zacharczał — zapominasz, kim my jesteśmy... że my teraz panujemy nad światem... że możemy was na proch zetrzeć... Mów zaraz, że zrobisz to, czego żądamy, bo inaczej pójdziecie zaraz pod ściankę...
Generałowa na te obelżywe słowa wyprostowała się, jakby urosła, z pogardą spojrzała na pieniącego się wodza armji sowieckiej, i odrzekła wyniośle:
— Wiem dobrze, co mnie z waszych rąk spotkać może... Tak postępują tylko chamy i złoczyńcy... Możecie prowadzić nas pod ścianke...
Chłostany temi słowy, jak biczami, cofnął się Trockij, przez chwilę milczał, oszołomiony, wreszcie wykrztusił:
— Zabrać ich... do więzienia... trzymać pod mocną strażą... Pilnować dzień i noc... Potańczymy z tobą, dumna Polko...
Żołdacy wyprowadzili aresztowanych, a Trockij padł na fotel, dysząc cieżko.
Czas pewien trwało milczenie, wreszcie przerwał je tow. Hans Kaufmann:
— Co teraz będzie?.. Co z nimi zrobimy?...
— Wiem... wiem!...—zawołał Trockij, zrywając się z fotela — Władimir Mois ejewicz... piszcie...
A gdy adjutant zasiadł przy biurku, trzymając pióro w ręku, począł mu dyktować:
„Generał Okonicz, naczelny wódz polski. Mamy w niewoli żonę i syna pana, jak również wszystkie rodziny wojskowych, pozostałe w Warszawie... Zginą, jeśli pan nie skapituluje z całą armją. Dowództwo armji komunistycznych Niemiec i Rosji“.
— Tak trzeba przemawiać do tych Polaków... Wysłać natychmiast radjem na wszystkie strony... Zobaczymy, czy ten polski generał będzie tak nieugięty, jak ta dumna Polka, żona jego... Zwłaszcza, gdy mu zaczną tchórzyć oficerowie i żołnierze, drżący o życie rodzin...
Adjutant wyszedł, a quadrumvirzy zajęli się sprawami bieżącemi, nie mogli jednak ukryć niecierpliwości i niepokoju oczekiwania na depeszę.
Czekali niedługo. W godzinę potem adjutant przyniósł odpowiedź z radiotelegrafu. Brzmiała ona:
„Wodzowie armji komunistycznych Niemiec i Rosji. Do całego szeregu zbrodni dołączycie jeszcze nowe... Dla Ojczyzny poświęcę żonę i syna, a towarzysze moi — rodziny swoje... Tem straszniejszą będzie zemsta nasza. Walki do ostatniego tchu z wami nie wyrzekniemy się nigdy, za żadną cenę. Naczelny wódz armji polskiej, generał Stanisław Okonicz“.
Trockij ze złości aż zazgrzytał zębami.
— Poczekaj, ty dumny Polaku! — zawołał — żona twoja zginie, a syna wychowamy na komunistę, ażeby walczył z tobą, o ile przedtem nie wpadniesz w nasze ręce...