ROZDZIAŁ 2
Mike Ryko
Wyszedłem od Dennisona o szóstej i ruszyłem do domu, w stronę Washington Square. Na ulicy było chłodno i mgliście, słońce kryło się gdzieś za nabrzeżem East River. Szedłem na wschód Bleeker Street, po tym jak zajrzałem do Rikera w poszukiwaniu Phillipa i Ala.
Dotarłem do Washington Square tak senny, że chwiałem się na nogach. Wszedłem na drugie piętro, do mieszkania Janie, rzuciłem ubranie na krzesło, przesunąłem Janie na bok i położyłem się. Kot skakał po całym łóżku, bawiąc się w pościeli.
Kiedy obudziłem się tego sobotniego popołudnia, było dość ciepło, a w radiu we frontowym pokoju grała Filharmonia Nowojorska. Usiadłem, wychyliłem się z łóżka i zobaczyłem Janie, która siedziała na kanapie owinięta jedynie w ręcznik, z mokrymi po prysznicu włosami.
Przepasany ręcznikiem Phillip siedział z papierosem w ustach na podłodze i słuchał dobiegającej z głośnika I Symfonii Brahmsa.
- Hej, dajcie mi zapalić - powiedziałem.
- Dzień dobry - odrzekła Janie z sarkazmem małej dziewczynki i podała mi papierosa.
- Jezu, jak gorąco.
- No to wstań i weź prysznic, ty draniu - odburknęła.
- O co ci chodzi?
- Tylko bez takich pytań! Paliłeś wczoraj marihuanę.
- To był kiepski towar - odparłem i poszedłem do łazienki. Czerwcowe słońce rozświetlało całe pomieszczenie i kiedy puściłem zimną wodę w prysznicu, poczułem się tak jak w przeszłości, kiedy w letnie popołudnie nurkowałem w ocienionym jeziorze w Pensylwanii.
Po prysznicu, owinięty w ręcznik, usiadłem we frontowym pokoju ze szklanką zimnej oranżady i zapytałem Phillipa, gdzie wczoraj zniknął z Ramsayem Allenem. Powiedział mi, że po wyjściu od Dennisona poszli do Empire State Building.
- Dlaczego tam? - spytałem.
- Chcieliśmy skoczyć z ostatniego piętra. Dokładnie nie pamiętam.
- Skoczyć? - powtórzyłem.
Przez jakiś czas rozmawialiśmy o koncepcji Nowej Wizji, którą Phillip wtedy starał się dopracować, a kiedy skończyłem oranżadę, wstałem i przeszedłem do sypialni, żeby włożyć spodnie. Oznajmiłem, że jestem głodny.
Janie i Phillip zaczęli się ubierać, a ja w niewielkiej alkowie, którą nazywaliśmy biblioteką, przerzuciłem kilka papierów na biurku. Z wolna szykowałem się, żeby znów wyruszyć na morze. Położyłem parę rzeczy na blacie i wróciłem do pokoju, gdzie już czekali Janie i Phillip gotowi do wyjścia. Zeszliśmy schodami na dół, wprost na ulicę.
- Kiedy znowu wypływasz, Mike? - spytał Phillip.
- Chyba jakoś tak za kilka tygodni.
- Akurat, już to widzę - wtrąciła Janie.
- Wiesz, zastanawiam się, czy sam nie powinienem zacząć pływać - wyznał Phillip, kiedy przecinaliśmy plac. - Mam papiery marynarskie, ale jeszcze nigdy nie pływałem. Co trzeba zrobić, żeby się dostać na statek?
Pokrótce wyjaśniłem mu wszystkie szczegóły.
Phillip kiwnął głową z zadowoleniem.
- Zrobię to - postanowił. - A czy jest szansa, że dostaniemy się na ten sam statek?
- Jest - potwierdziłem. - Tak nagle się na to zdecydowałeś? A co powie twój wuj?
- Będzie zachwycony. Ucieszy się, że zrobię coś dla ojczyzny, i tak dalej. I będzie zadowolony, że się mnie na jakiś czas pozbędzie.
Wyraziłem zadowolenie z jego pomysłu. Powiedziałem mu, że najlepiej zaokrętować się z kimś znajomym, żeby mieć wsparcie na pokładzie w razie kłopotów z innymi członkami załogi. Wyjaśniłem, że czasami samotny wilk może się wpakować w niezłe gówno, zwłaszcza taki, który stale trzyma się z boku. Ten typ marynarza mimowolnie budzi podejrzenia współtowarzyszy rejsu.
Weszliśmy do Frying Pan przy Ósmej Ulicy. Janie zostało jeszcze trochę pieniędzy z ostatniego czeku, który wypłacono jej z funduszu powierniczego. Pochodziła z Denver w Kolorado, ale od roku nie odwiedziła domu. Jej ojciec, bogaty stary wdowiec, mieszkał tam w eleganckim hotelu. Sporadycznie dostawała od niego listy, w których opisywał swoje dobre czasy.
Oboje zamówiliśmy zwykłe jajka sadzone na bekonie, a Phillip zażądał dwóch jaj trzyipółminutowych. Stojąca za kontuarem nowa kelnerka spojrzała na niego kwaśno. W wielu ludziach egzotyczny wygląd Phillipa budzi niechęć. Patrzą na niego podejrzliwie, jakby byli przekonani, że jest ćpunem albo pedziem.
- Wolałbym, żeby Allen się nie dowiedział, że chcę wypłynąć w morze - oznajmił Phillip. - Robię to głównie po to, żeby od niego uciec. Jeśli się dowie, może mi to uniemożliwić.
Roześmiałem się, słysząc to.
- Ty nie wiesz, czego można się po nim spodziewać - stwierdził z powagą Phillip. - Stać go na wszystko. Znam go już wystarczająco długo.
- Jeśli chcesz się go pozbyć, po prostu powiedz mu, żeby się odczepił i więcej do ciebie nie zbliżał.
- Nie zadziała. On się nigdy nie odczepi.
W milczeniu piliśmy sok pomidorowy.
- Nie rozumiem twojego postępowania, Phil - oświadczyłem. - Moim zdaniem nie masz nic przeciwko temu, żeby się koło ciebie kręcił, jeśli tylko nie zacznie się do ciebie dobierać. No i czasami jego obecność jest wygodna.
- Zaczyna być uciążliwa.
- Co takiego by się stało, gdyby się dowiedział, że zamierzasz wypłynąć?
- Bardzo wiele rzeczy.
- A co mógłby zrobić, gdyby ta wiadomość do niego dotarła, jak byłbyś już na morzu?
- Najprawdopodobniej czekałby na mnie w zagranicznym porcie docelowym, w berecie, krusząc muszelki na plaży, w otoczeniu pięciu czy sześciu małych Arabów.
Roześmiałem się.
- Dobre!
- Nie wtajemniczaj tego pedzia w żadne swoje plany - poradziła Philowi Janie.
- Dobrze wymyśliłeś ten tekst z plażą, nie ma co - pochwaliłem.
Przyniesiono nasze zamówienie, ale jajka Phillipa były kompletnie surowe. Zawołał więc kelnerkę.
- Te jajka są surowe - powiedział. Na dowód zanurzył łyżeczkę we wnętrzu jaja i wyciągnął długą nitkę surowego białka.
- Takie pan zamawiał - odparowała kelnerka. - Nie zwrócę tego do kuchni.
Phillip popchnął talerz na drugą stronę kontuaru.
- Dwa jajka gotowane cztery minuty - zadysponował. - Może to uprości sprawę. - Potem zwrócił się do mnie i zaczął mówić o Nowej Wizji. Kelnerka chwyciła odesłane jajka i szybko podeszła do okienka, przez które jedzenie jest wydawane z kuchni.
- Dwa czterominutowe z wody.
Ponownie zamówione jajka okazały się przyrządzone prawidłowo. Kelnerka z hukiem postawiła je przed Philem, a ten spokojnie zabrał się do jedzenia.
- Dobra - odezwałem się, kiedy skończyłem jeść. - Jutro pójdziesz na Broadway, tam, gdzie ci mówiłem, i załatwisz wszystko, co trzeba. Zapewniam, że w ciągu tygodnia załapiemy się na jakąś jednostkę. Wypłyniemy w morze, zanim Allen zdąży się o czymkolwiek dowiedzieć.
- Świetnie - ucieszył się Phil. - Chcę wyruszyć jak najszybciej.
- Nie sposób tylko zaplanować, dokąd popłyniemy - ostrzegłem.
- Wszystko mi jedno, chociaż wolałbym do Francji.
- Ja też. Ale przecież kiedyś tam byłeś.
- Byłem tam z matką, kiedy miałem czternaście lat. Angielska guwernantka stale miała mnie na oku. Chciałbym zobaczyć Dzielnicę Łacińską.
- Dzielnica Łacińska jest w Paryżu - odparłem. - A w tej chwili mamy tylko kawałek Półwyspu Normandzkiego. Tym razem raczej nam się nie uda odwiedzić Paryża.
- W każdej chwili może nastąpić przełom i droga do Paryża stanie otworem. Tak czy owak, najważniejsze jest, żeby się wydostać ze Stanów.
- Zostawiasz Ramsayowi Allenowi duże pole manewru.
- Mam nadzieję - powiedział.
- A na morzu będziesz miał mnóstwo czasu na pisanie wierszy - dodałem.
- To kolejna sprawa.
- Dlaczego nie możesz tworzyć poezji i pracować nad swoją koncepcją Nowej Wizji w Nowym Jorku?
Phillip uśmiechnął się.
- Ponieważ Al krąży w pobliżu i tłamsi wszystkie moje pomysły. Mam kilka nowych koncepcji. Al należy do starego pokolenia.
- Co za brak wdzięczności w stosunku do sędziwego i czcigodnego nauczyciela - stwierdziłem.
Phillip uśmiechnął się chytrze.
- Obaj gadacie głupoty - wtrąciła się Janie. - Przecież chcecie tylko zarobić trochę forsy, prawda? Kiedy wrócicie, możemy na zimę wyjechać na Florydę, do Nowego Orleanu albo jeszcze gdzie indziej. Po co gadać o poezji?
Mieliśmy papierosy, ale brakowało nam zapałek. Phil zawołał do kelnerki:
- Proszę pani! Ma pani zapałki?
- Nie - odparła krótko.
- No to niech pani gdzieś je znajdzie - powiedział wyraźnie i spokojnie.
Dziewczyna wyjęła spod kontuaru drewniane pudełko z zapałkami i cisnęła je w stronę Phila. Wylądowało w moim talerzu, rozrzucając kilka frytek po kontuarze. Phillip podpalił nam papierosy i odrzucił pudełko tak, że spadło na blat obok kelnerki.
Kiedy uderzyło z hałasem o kontuar, kelnerka podskoczyła nerwowo.
- Nie powinnam wam ich w ogóle dawać!
Phillip uśmiechnął się do niej.
- Pewnie ma miesiączkę - stwierdziłem.
W tej samej chwili podszedł do mnie niski, przysadzisty kelner i spytał:
- Taki z ciebie cwaniak?
- A pewnie - odpowiedziałem. Wyglądało na to, że szykuje się bójka.
- Ta suka sama zaczęła. Może poszukacie sobie innej kelnerki? - wtrąciła Janie.
Kelner obrzucił nas groźnym spojrzeniem i odszedł.
- Wynośmy się stąd - powiedziała Janie. Zapłaciła rachunek, po czym wyszliśmy z baru.
Wróciliśmy na Washington Square i usiedliśmy na ławce w cieniu. Znudziło mi się to, więc usiadłem na trawie, żując patyczek. Myślałem o książkach, które zabiorę w rejs, i o tym, co będziemy robić z Philem w jakimś zagranicznym porcie. Phillip i Janie rozmawiali o dziewczynie Phila, Barbarze Bennington - dla przyjaciół Babs - i zastanawiali się, jak zareaguje, kiedy się dowie o nagłym wyjeździe chłopaka.
Chwiejnie podszedł do nas jakiś stary, zasuszony pijak, mamrocząc coś do siebie pod nosem. Zatrzymał się przed naszą ławką i zaczął się na mnie gapić. Nie zwracaliśmy na niego najmniejszej uwagi, więc się wkurzył. Za każdym razem, kiedy pijacki nerwowy tik wykrzywiał mu twarz, wydawał z siebie głuche pomruki. Skrzywił się, warknął na mnie i odszedł.
Phil i Janie wrócili do rozmowy, ale nagle pijaczyna znów się pojawił i wbił we mnie wzrok.
- Coś ty za jeden? - zapytał.
Skrzywiłem się i teraz ja warknąłem na niego.
- Idź do domu - nakazał mu Phil, a pijak najwyraźniej się przestraszył i odszedł na dobre, krzywiąc się i powarkując na ławki i drzewa.
Siedzieliśmy tak jeszcze jakiś czas, aż w końcu postanowiliśmy wrócić do siebie. Phil stwierdził, że pójdzie prosto do domu, żeby zacząć się pakować. Mieszkał w rodzinnym hotelu, niedaleko mieszkania Janie, tuż za rogiem. Zajmował dwupokojowy apartamencik z osobną łazienką.
Na rogu ulicy spotkaliśmy Jamesa Cathcarta, który studiował zarządzanie na Uniwersytecie Nowojorskim. Dołączył do Phillipa, ponieważ chciał mu pomóc w pakowaniu. Phil zobowiązał go do milczenia, bo chociaż Cathcart był jego dość bliskim znajomym, należało zachować daleko idącą ostrożność, żeby najnowsze wiadomości nie dotarły do uszu Ramsaya Allena.
Weszliśmy z Janie na górę i wzięliśmy wspólny prysznic. Potem usiedliśmy we frontowym pokoju i rozmawialiśmy. Ja siedziałem naprzeciw niej w bujanym fotelu, a ona na kanapie, owinięta w ręcznik niczym Indianka. Gapiłem się na ten ręcznik, aż w końcu zaczął mnie denerwować, więc wstałem, zerwałem go z niej i usiadłem z powrotem w fotelu na biegunach.
- Co będziesz robił na morzu? - zapytała, a ja odparłem:
- Nie martw się o przyszłość.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.