Autora wstęp osobisty
Ludzka pamięć ma to do siebie, że bywa bardzo ulotna, ale też wybiórcza. Niekiedy na naszym wewnętrznym dysku twardym zapisują się takie treści, które każdy inny uznałby, stosując obecną nomenklaturę, za typowy spam. Moja pamięć zawiera tysiące takich informacji i dziś jedną z nich chciałbym się z Wami w tym wstępie podzielić.
Jest lipiec 1999 roku. Jedno z typowych olsztyńskich blokowisk, przypominające gierkowski sen o mieszkaniowym cudzie w ludowej ojczyźnie, które niejednego architekta przyprawia o ból głowy, a zdumieni informatycy zachodzą w głowę, jak to możliwe, że ekipa pierwszego sekretarza już wtedy znała skróty Ctr+C i Ctr+V.
Wakacyjną przerwę od nauki umilam sobie chwilowym oglądaniem telewizji. Pamiętam, że było bardzo gorąco, a ja, może na zasadzie młodzieńczej negacji wszystkiego, rozłożyłem sobie leżak w dużym pokoju i nakryłem się ciepłym pledem. Na "jedynce" właśnie rozpoczął się teleturniej "Jaka to melodia?". Oglądam go trochę od niechcenia, bo po prostu akurat niczego ciekawszego w telewizji nie emitowano. Rozpoczęła się właśnie trzecia runda. Na placu boju zostało dwóch dzielnych zawodników. Rywal wybiera cyferkę numer dwa dla swojego przeciwnika. Zespół odkryty, pianista gra jedną nutkę. Uczestnik odgaduje od razu, a Robert Janowski zapowiada, że zespół odegra fragment właśnie tej piosenki. Nagle czerwonokrwista gitara elektryczna wydaje pierwsze dźwięki rockowego hymnu wszech czasów... Staję jak wryty, bo nigdy do tej pory nie usłyszałem tak cudownego hałasu, czegoś tak niezwykłego, że czułem, iż właśnie nastąpił jakiś przełom. Stałem tak do końca tego fragmentu, a trwało to niespełna 30 sekund. Byłem tak porażony, że nie zapamiętałem nawet nazwy zespołu, o tytule piosenki już nie wspominając.
Co robić? Jak dowiedzieć się (nomen omen) jaka to melodia? W totalnym amoku wykręciłem numer telefonu do mojego ojca. Bełkocząc, jąkając się co chwila z podniecenia, udało mi się zanucić kilka nieskładnych fraz, ale o dziwo po drugiej stronie usłyszałem bardzo spokojny głos, w którym czuć było pewność i taką akademicką postawę: "jeśli chcesz dowiedzieć się, co to było, przyjdź - dam ci płytę". Kiedy ojciec skończył to zdanie, byłem już w połowie schodów prowadzących do wyjścia, a po piętnastu minutach, siedząc już na kanapie przed jego wieżą CD, zacząłem się zastanawiać, czy ja w ogóle zamknąłem drzwi od domu...
Ojciec nic nie mówił, jedynie podszedł do sprzętu, wyjął płytę z opakowania, włączył utwór... no i stało się. Jeszcze raz usłyszałem to, co wprawiło mnie w tę muzyczną ekstazę. Wysłuchałem utworu do końca, a potem wyciągnąłem rękę po płytę i tak się zaczęło. Deep Purple "Smoke on the water".
Mój wewnętrzny dysk twardy, jak widzicie, potrafi bardzo dokładnie odtworzyć to wydarzenie, gdyż miało ono dla mnie kluczowe znaczenie, jeżeli chodzi o muzykę w moim życiu. Niedługo potem znałem już na pamięć całą biografię Głębokiej Purpury. Z pamięci cytowałem zwrotki i refreny piosenek. Wtedy też postanowiłem, że kupię pierwszą gitarę elektryczną, a także, że będę stawiał pierwsze muzyczne kroki w licealnych kapelach.
Być może gdyby nie ten splot wydarzeń, muzyka nigdy nie byłaby dla mnie tak ważna. We wrześniu 2004 roku przyjechałem do Torunia. Pomiędzy toną rzeczy niezbędnych do zorganizowania sobie studenckiego życia na stancji, była tam moja gitara akustyczna. Już w drugim tygodniu października w mym pokoju na Stawkach pojawiła się moja ukochana gitara elektryczna wraz z małym piętnastowatowym wzmacniaczem. Pamiętam jeszcze, jak w pociągu relacji Olsztyn - Toruń stłukłem słoik z wekami od mamy, bo broniłem mojego ukochanego wiosła przed upadkiem z wysokości - oczywiście wiozłem gitarę, bo wiedziałem, że poza nauką na UMK zaczyna się moja muzyczna przygoda sygnowana lokalizacją: Toruń, Polska.
Sądzę, że moja muzyczna przygoda w Toruniu jest zbliżona do historii młodych ludzi, którzy w podobnym okresie jak ja zaczynali swoją zabawę z muzyką. Najpierw była to totalna odskocznia od obowiązków na uczelni, następnie frajda, że można spotykać się z kolegami z zespołu i robić muzykę - najpierw covery, później praca nad własną twórczością. Były też, a może przede wszystkim, koncerty. Pierwszy w niepełnym składzie w nieistniejącej już Ptaszarni. Przeszedł do historii jako występ projektu "Duet gitarowy trio pod psem". Występ był totalnym szaleństwem. Puściliśmy informację wśród kolegów z roku i praktycznie wszyscy studenci pierwszego roku europeistyki pojawili się przy ulicy Podmurnej. Ubrani w garnitury i trampki (ja się pytam: kto wpadł na ten pomysł?!) zagraliśmy zestaw licznych coverów oraz jakieś autorskie piosenki. Potem Deja Vu, eNeRDe. Pierwsze roszady w składzie, pierwsza dłuższa przerwa i w końcu pierwsza świadoma decyzja: wchodzimy do studia i rejestrujemy demo. To był rok 2009. Wtedy chyba pierwszy raz wypowiedziałem zdanie, które jest hasłem przewodnim niniejszej książki: jeśli nagramy to demo, to coś po nas zostanie... Godziny prób, aby wszystko poszło gładko w studio. Nie było mowy o nagrywaniu na setkę (stres tak duży, że drugiej "setki" nawet na odwagę nie byłem w stanie przyjąć). Pamiętam swoją pierwszą tremę koncertową, ale moment, w którym Darek Kowszewicz ze Studia Eden zamknął za mną drzwi i zostawił mnie sam na sam z moją gitarą i słuchawkami na uszach, żeby nagrać moje partie do naszego demo, nie da się do niczego przyrównać. Nagrywaliśmy trzy dni, po dziesięć godzin dziennie od 16:00 i 10:00. Moment, w którym usłyszałem w słuchawkach pytanie Darka "możemy?" na zawsze został w mojej pamięci. Właśnie wtedy zaczęło się spełniać jedno z moich marzeń. Narodziło się ono w dniu, w którym usłyszałem "Smoke on the water" w Olsztynie. Nagrać swój własny utwór...
To był w ogóle moment przełomowy, bo od tego demo i pomysłu na jeden koncert, który stał się swoistym wydarzeniem artystycznym, moja toruńska przygoda muzyczna nabrała rozpędu. W końcu z kolegami z zespołu stanęliśmy na scenie legendarnej Od Nowy. Poznawałem szerzej muzyczny świat Torunia, grałem razem z Manchesterem, Kobranocką, MGM, Absurdem... Grzesiek Walczak z Czaqu zaprosił nas do wspólnego zagrania na zlocie motocyklowym w Grodzisku Wielkopolskim, a Michał "Dyboś" Dybowski pojawił się na jednej z naszych prób i zaimprowizował klawisze do jednego z kawałków (do dziś zastanawia mnie, jakim cudem jego instrument udało mi się później zapakować do mojego Renault Scenica i jednocześnie bezpiecznie zawieźć Michała do domu). Pojawiliśmy się w radio, prasie, telewizji. Jednego razu zadzwonili do mnie z programu Amazing TV. Pędziliśmy z Torunia do Kalisza wyłącznie po to, by wejść do studia telewizyjnego na trzy minuty, a naszego wywiadu nigdy potem nie zobaczyć. Zagraliśmy też koncert, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci: otrzęsiny w hali Łuczniczka, bezpośredni support Kultu. Przeciągnęliśmy nasz występ o dwadzieścia minut. Jeden z organizatorów groził nam odłączeniem prądu, jeżeli natychmiast nie skończymy. A kiedy na pożegnanie zagraliśmy cover "Wild thing" a ja przez mikrofon żegnałem się z publicznością, usłyszałem, jak część z niej skanduje "H5N1, H5N1". Czuliśmy, że możemy zdobywać góry, a droga na muzyczny szczyt wydaje się coraz prostsza.
Kolejne lata okazały się jednak zderzeniem z twardą rzeczywistością (ma rację Mariusz Składanowski mówiąc, że młodzież muzyczna chce "teraz, szybko i już"). Trzeba było przyjąć na klatę fakt, że moje umiejętności jako muzyka nie są i nie będą wirtuozerią na miarę Ritchiego Blackmoora, a priorytety w życiu osobistym moich kolegów się zmieniają. Znowu przestaliśmy grać, choć jeszcze nie tak dawno myśleliśmy, że mamy hit, który wyślemy na konkurs Eurowizji. Jednego dnia pojawił się jednak pomysł na płytę - koncept. Swoje miejsce do prób znaleźliśmy w gościnnych progach Studia Black Bottle Records czyli u Grześka Kopcewicza. Schodząc pierwszy raz do "piekielnych czeluści" nie wiedziałem jeszcze, jak ważne jest to miejsce w historii toruńskiej muzyki. Każda następna próba i rozmowy z Grześkiem uświadamiały mi, jaką historię kryją w sobie te zacne podziemia. Mniej więcej w tym samym okresie w moim muzycznym życiu pojawił się chyba najbardziej znany w świecie muzycznym Torunia operator dźwięku i obrazu czyli Wojtek "Puma" Budny. Reaktywował on właśnie kultowy program Muzyczny Kram, a ja stałem się razem z wokalistą mojego zespołu, Krzyśkiem Komanem, częścią tego projektu. Z czasem na straży tego programu zostałem tylko ja i Wojtek, który obdarzył mnie zaufaniem i zdecydował, że mogę być twarzą zapowiadającą każdy nowy odcinek. Równolegle skończyliśmy nagrywanie naszej debiutanckiej płyty. Spełniło się moje drugie muzyczne marzenie, bo obiecałem sobie kiedyś, że jak zobaczę swoją płytę CD w Empiku, to mogę z czystym sumieniem przejść na muzyczną emeryturę. Zobaczyłem. Chwila, w której mój znajomy z Olsztyna zadzwonił do mnie z pytaniem, czy wiem, jaką płytę zdjął właśnie z półki z napisem "Polska muzyka" i zakupił, mogła równać się ekstazą, jaka towarzyszy mi zawsze przy pierwszych dźwiękach "Smoke on the water".
Czułem, że naprawdę jesteśmy w bardzo dobrej formie - zarówno technicznej, jak i sprzętowej. Każdy z nas przez lata grania skompletował taki zestaw, którym naprawdę można było się chwalić. Ja z moim Orange TH-30 i skrupulatnie kompletowaną gitarową podłogą uzyskałem brzmienie, o jakie mi chodziło. Swoje braki (przyznaję, spore) w technice grania przykrywałem efektami tremolo czy delay. Jako zespół na swoich muzycznych barkach nieśliśmy też podwójne laury w plebiscycie Toruńskie Gwiazdy.
Nasze zespołowe życie muzyczne potoczyło się jednak tak, że nie dane nam było długo cieszyć się wydaniem debiutanckiej płyty, choć nasz wydawca - czyli Darek Kowalski z HRPP Records - odwalił kawał dobrej roboty, by wypromować dość ambitny projekt w postaci rockowej płyty z poezją. Zakończyliśmy okres wspólnego muzykowania, a ja związałem się z paroma innymi projektami, ale to już bardziej hobbystycznie. Zawiązane muzyczne przyjaźnie trwają jednak do dziś, a ja ciągle sobie myślę, że któregoś dnia będę jeszcze mógł wyjść na scenę i przywitać się z publicznością, jak kiedyś zrobił to zespół The Eagels po prawie 13 latach przerwy od wspólnego grania. "Tak naprawdę my nigdy się nie rozpadliśmy. Zdecydowaliśmy się wybrać na bardzo długie wakacje...".
Zastanawiam się, czy muzyka mogła mnie kiedyś uratować? I powiem Wam, że jak najbardziej. W 2010 roku miałem poważny plan, żeby opuścić Gród Kopernika, ale nie zrobiłem tego z jednego powodu - wiedziałem, że ta decyzja będzie wiązała się z końcem mojej przygody z toruńską sceną. Tego nie chciałem nigdy, także śmieję się czasami sam do siebie, że tak jak lata temu prawdziwa ptasia grypa odizolowała Toruń od świata, tak moja własna, muzyczna, też nie chciała mnie stąd wypuścić.
Oto moja muzyczna historia. Dlaczego się nią z Wami dzielę? Bo dla mnie jest ona najważniejsza, ponieważ jest moja, opowiedziana przeze mnie. Dla mnie, poza oczywiście Deep Purple, najważniejszym zespołem w moim życiu jest moje muzyczne dziecko czyli H5N1. A ile jest takich osób jak ja? Ilu młodych muzyków, gdy pierwszy raz brało do ręki gitarę, snuło marzenia o zawojowaniu świata? Ilu z Was, drodzy muzycy, widzieli swoje zdjęcia na okładkach poczytnych gazet muzycznych oraz zwykłych brukowców? A pamiętacie to uczucie, kiedy ktoś patrzy na Was i szepcze, że "on chyba gra w jakimś zespole"? Albo pierwszy autograf i zdjęcie po koncercie. Każdy, kto choć raz zdecydował się na założenie zespołu, zasługuje na to, aby ocalić od zapomnienia ten moment i utrwalić go w historii. Bo choć nie wszystkim z nas udało się zrobić kariery na miarę ikon Torunia czyli Republiki czy Kobranocki, to jednak podjęliśmy te próby i już sam ten fakt powinien być godny uznania.
Pomysł na tę książkę rodził się w mojej głowie od dłuższego czasu. Szczególnie spotkania z toruńską muzyką w programie "Muzyczny Kram" uzmysłowiły mi, jakim zagłębiem muzyki w okresie lat 80-tych i 90-tych był Toruń.
Muszę tu jeszcze wyjaśnić jedno: dlaczego właśnie taka cezura czasowa i muzyka przełomu w Toruniu? Zafascynowały mnie liczne historie o tym, jak trudno było znaleźć miejsca do grania i nagrywania właśnie w tym okresie. Poza tym Toruń w muzyce to miasto "nowofalowe". Miasto, którego muzyczne dzieci na wstępie nosiły piętno Republiki... No właśnie, nosiły czy też nie? Z taką tezą mierzyli się w tej książce moi rozmówcy. Przełom w polskiej polityce to również ogromny przełom i szanse dla muzyki, które w wielu przypadkach okazały się snem o szklanych domach. Uwolniona muzyka rozprzestrzeniała się pod polskimi strzechami z prędkością fali radiowych. Powstawały prywatne rozgłośnie nie skrępowane niczym poza własną fantazją przy tworzeniu play listy. Opowiada o tym bardzo barwnie Mariusz Składanowski. Jak ten przełom przekładał się na losy naszych toruńskich artystów? Bardzo różnie, choć sam zaryzykuję tezę, że jak nigdzie indziej toruńskimi muzykami kierował najczęściej przypadek. Najbliżej osiągnięcia statusu gwiazdy był chyba Stainless, któremu zabrakło dosłownie dwóch tygodni do wydania pierwszej płyty CD (a to było wówczas prawdziwe wydarzenie).
Losy toruńskich muzyków są tak różne jak ich osobowości. Są pragmatycy i realiści, są też marzyciele i wieczni poszukiwacze. Są zagorzali fani jednego gatunku muzycznego i muzycy umiejętnie łączący różnorodne style. Każdy z nich, z moich rozmówców, w różnym momencie życia i za sprawą innych bodźców dochodził to pełnego uświadomienia muzycznego. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Toruń był w opisywanym przeze mnie okresie miastem tętniącym niezwykłą muzyką. Dźwiękami, które można było znaleźć w salach licealnych, w klubach toruńskich, ale przede wszystkim w Od Nowie oraz klubie Agora na Rubinkowie. O toruńskiej Agorze, niektórzy mówią, że ćwiczące heavy metalowe zespoły właśnie tam uprawiały odmienny od innych zespołów z Polski gatunek muzyki - "agora metal". Sama Od Nowa i sala "011" to materiał na osobną książkę.
Ostatnią częścią tej książki jest lista zespołów grających w Toruniu w latach 1980 - 1999. Muszę tu od razu wyjaśnić jedną rzecz. Jedynym ograniczeniem dla jej powstania była ludzka pamięć. O 95% zespołów nie znajdziecie szerokich informacji w Internecie. Przygotowane przeze mnie opisy skonstruowane są w dużej mierze dzięki wspomnieniom osób, które o zespołach słyszały, bądź je tworzyły. Nie jest możliwe, by w krótkim okresie prac nad trzymaną przez Ciebie książką dotrzeć i zweryfikować każdy zespół. Dlatego jeżeli pominąłem kogoś lub zapomniałem, to jako autor i osoba pisząca ten wstęp biję się w pierś klawiaturą od komputera i śpiewam w obniżonej tonacji "mea culpa". Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Myślę też, że pomimo tego udało mi się odtworzyć i odgrzebać dzięki nieocenionej pomocy wielu osób to, co w toruńskiej muzyce tego okresu było najciekawsze. Lista pokazuje, jak wielki potencjał był i nadal jest w naszym mieście pod kątem muzyki. Pokazuje też, jak istotną rolę w byciu twórcą odgrywa przyjaźń.
Oddaję w Twoje ręce drogi czytelniku książkę, w którą włożyłem całe moje muzyczne serce. Mam nadzieję, że jeżeli tkwi w Tobie duch artysty, to pobudzi ona Twoje artystyczne chęci do działania.
A jeżeli tego ducha w Tobie nie ma, to przynamniej głęboko wierzę w to, że będzie Ci się tę książkę dobrze czytało!
OK, to jakby to zaśpiewał zespół Ramones: Hey! Oh! Lest's go!