A potem już tylko nic - Krzysztof Koziołek

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

So­bota 20 wrze­śnia 2031 (dzie­więć dni wcze­śniej)

To był ciężki dzień. Już wczo­raj, kiedy Krzyk kładł się spać, mę­czyło go pra­gnie­nie. Rano było jesz­cze go­rzej, a w od­po­wie­dzi na prośbę do Ady o po­dzie­le­nie się szpi­tal­nym za­pa­sem, usły­szał, że zo­sta­wiła go w lecz­nicy. Było tak na­prawdę czy też kła­mała, cho­wa­jąc gdzieś bu­telkę po ką­tach, tego nie wie­dział. Nie dys­po­no­wał też cza­sem na mysz­ko­wa­nie w jej po­szu­ki­wa­niu.

Kiedy więc roz­po­czy­nał je­de­na­sto­go­dzinną zmianę w oczysz­czalni ście­ków, miał wra­że­nie, jakby usta wy­peł­nione były tro­ci­nami. Kilka ły­ków, ja­kie na­le­żały mu się w ra­mach ekwi­wa­lentu za szko­dliwe wa­runki pracy, nie­wiele po­pra­wiło. Na do­miar złego, tego dnia słońca od sa­mego rana pa­liło nie­mi­ło­sier­nie, po­tę­gu­jąc cier­pie­nia tak mocno, że go­dzinę przed koń­cem na­wet drew­niany trzo­nek pod­bie­raka ko­ja­rzył mu się z czu­łym kształ­tem bu­telki wy­peł­nio­nej pod sam ko­rek.

Ma­rze­nia o za­spo­ko­je­niu pra­gnie­nia prze­rwał do­piero Brian Ko­wal­ski, ko­lega, z któ­rym wspól­nie usu­wał resztki osa­dów.

- Jesz­cze tam­ten syf i ko­niec na dzi­siaj. - Po­ka­zał na zbitą masę przy­po­mi­na­jącą wy­glą­dem wielką kupę di­no­zaura.

Na­gle uwagę Krzyka przy­kuł są­siedni zbior­nik. Spoj­rzał w jego kie­runku. Zmru­żył oczy raz, drugi, trzeci. Pod­szedł bli­żej, pa­trząc jak za­hip­no­ty­zo­wany, nie zwa­ża­jąc na ostrze­gaw­cze okrzyki Ko­wal­skiego.

Sta­nął nad kra­wę­dzią. Nie sły­szał już wo­ła­nia prze­ra­żo­nego ko­legi.

Wbił wzrok w rurę za­si­la­jącą zbior­nik.

Za­miast szlamu, strze­lał z niej kry­sta­licz­nie czy­sty gór­ski po­tok. Ko­wal­ski, choć stał kilka kro­ków da­lej, już dla niego nie ist­niał.

W gło­wie po­ja­wiła się przy­jemna myśl.

Pod­dał się jej na­tych­miast. Roz­piął fla­ne­lową ko­szulę, zrzu­cił ją z sie­bie, za­raz po­tem to samo uczy­nił z pod­ko­szul­kiem, bu­tami i spodniami. Wrza­ski ko­legi do niego nie do­cie­rały.

Zdjął skar­pety. Ko­wal­ski stał obok i darł się wnie­bo­głosy, ale Krzyk go nie wi­dział. Zro­bił pół kroku do przodu, sta­nął na kra­wę­dzi zbior­nika.

Pod­niósł ręce do góry, szy­ku­jąc się do skoku.

Wtedy na ra­mie­niu po­czuł silny ucisk.

Ob­ró­cił głowę, zo­ba­czył osłu­piałą twarz ko­legi. Chwilę trwało, za­nim umysł do­pa­so­wał jej wy­gląd do imie­nia i na­zwi­ska.

Ko­wal­ski był śmier­tel­nie prze­ra­żony.

- Co ty, kurwa, ro­bisz?!

Krzyk sły­szał py­ta­nie, ale nie ro­zu­miał jego prze­sła­nia.

- Ochu­ja­łeś?!

Sens był co­raz bli­żej, ale jesz­cze nie­na­ma­calny.

- Od­pier­do­liło ci?!

Wresz­cie po­jął. Opu­ścił głowę, do­strzegł bose stopy. Prze­niósł wzrok na nogi, po­tem bio­dra, klatkę pier­siową.

Dla­czego, do ja­snej cho­lery, stał tu­taj nie­mal nago?!

- Co ty, kurwa, ro­bisz? - spy­tał Ko­wal­ski ci­cho.

- Nie wiem, Brian... Nie wiem. - Miał mę­tlik w gło­wie. - Chyba chcia­łem sko­czyć... Zmy­lił mnie tam­ten gór­ski po­tok...

- Gór­ski po­tok? - Ko­wal­ski wy­trzesz­czył oczy. - Jaki, kurwa, gór­ski po­tok?!

- Ten. - Po­ka­zał na rurę. Kiedy zo­ba­czył wy­pły­wa­jący z niej szlam, ugięły się pod nim ko­lana. Prze­niósł wzrok na za­war­tość zbior­nika, wcią­gnął po­wie­trze prze­sy­cone smro­dem i po­czuł, jak robi mu się nie­do­brze.

- Chcia­łeś tam sko­czyć? - Ko­lega na­dal nie do­wie­rzał temu, co wi­dzi.

- Na to wy­gląda... - Mó­wił ci­cho, nie­mal nie­sły­szal­nie. Spoj­rzał Ko­wal­skiemu pro­sto w oczy.

Obaj wie­dzieli, że gdyby tak się stało, szanse na ra­tu­nek by­łyby ilu­zo­ryczne.

A może tak miało być? Je­den skok, mi­nuta zwie­rzę­cego stra­chu, parę za­czerp­nięć po­wie­trza, od któ­rego szybko stra­ciłby przy­tom­ność i po­szedłby na dno.

Dy­rek­tor pew­nie na­wet nie ka­załby opróż­niać spe­cjal­nie zbior­nika, aby wy­do­być z niego ciało, tylko za­rzą­dziłby cze­ka­nie na prze­rwę tech­no­lo­giczną.

Jemu i tak by­łoby to kom­plet­nie obo­jętne.

Miałby święty spo­kój, nie mu­siałby każ­dego po­ranka - za­raz po obu­dze­niu - za­mar­twiać się, jak prze­trwać ko­lejny dzień i jak wy­kom­bi­no­wać kilka do­dat­ko­wych ły­ków dla sie­bie i Ma­liny.

Po jaką cho­lerę Brian się wtrą­cał?! - Na­gle po­czuł ogromną złość.

- Kurwa mać... - Chwy­cił za spodnie, wsu­nął jedną stopę w no­gawkę.

- Nie ubie­raj się. - Ko­wal­ski go za­sto­po­wał.

- Co? - Krzyk był kom­plet­nie za­sko­czony. Czyżby Ko­wal­ski umiał czy­tać w my­ślach? Do­szedł do wnio­sku, że nie­po­trzeb­nie prze­rwał? Chciał na­pra­wić swój błąd? Za późno! - O co ci cho­dzi?

Ko­lega po­ka­zał pal­cem w górę.

Krzyk po­wiódł za nim spoj­rze­niem i zro­zu­miał. Niebo - do­kład­nie nad nimi - za­snute było czarną chmurą.

Bał się wy­po­wie­dzieć myśl na głos, jakby to mo­gło spra­wić, że się nie zi­ści.

- My­ślisz, że... - spy­tał do­piero po chwili.

Wy­raz twa­rzy Ko­wal­skiego wska­zy­wał, że jest pe­wien swego.

- Za­raz za­cznie pa­dać - po­wie­dział.

Krzyk nie był do końca prze­ko­nany. Chmura nie była wcale duża.

- Z tego?

Ko­lega po­tak­nął gwał­tow­nie.

- Chodźmy tam, gdzie za­wsze.

Krzyk jedną ręką chwy­cił ubra­nia, drugą buty. "Tam, gdzie za­wsze". Ni­gdy nie na­zy­wali rze­czy po imie­niu, nie mó­wili "za kon­te­ner", nie uży­wali żad­nego bliż­szego sy­no­nimu. Tylko enig­ma­tyczne: "tam, gdzie za­wsze". Jakby bali się, że ktoś ich pod­słu­cha, zo­rien­tuje się, o czym mó­wią i za­broni prze­miesz­cza­nia się w tam­ten re­jon lub - co gor­sza - po­sta­nowi prze­sta­wić po­jem­nik w za­sięg ka­mer.

Nie mieli zbyt dużo prze­strzeni dla sie­bie, ot, wy­star­czyło na wy­cią­gnię­cie rąk mię­dzy me­ta­lową ścianą ga­rażu a za­rdze­wiałą bla­chą kon­te­nera. Usta­wiono go tu tylko na kilka dni - za­sła­nia­jąc kilka me­trów kwa­dra­to­wych prze­strzeni - po­tem miał być prze­nie­siony w inne miej­sce, ale - jak to czę­sto bywa - roz­wią­za­nie pro­wi­zo­ryczne oka­zało się dużo bar­dziej trwałe niż pier­wot­nie za­mie­rzano.

Krzyk był już go­towy, za to Ko­wal­ski mu­siał się jesz­cze ro­ze­brać.

Cie­kawe, czy nad ich blo­kiem też po­ja­wiła się ja­kaś chmurka? Ma­lina prze­sta­nie sie­dzieć z no­sem w sieci, wy­czuje oka­zję i się umyje? Bę­dzie pa­mię­tać o brud­nych na­czy­niach? Zrobi pra­nie?

Oby tylko nie oka­zało się po­nie­wcza­sie, że wszyst­kie bal­kony w bloku będą pełne ką­pią­cych się dzie­cia­ków i do­ro­słych ma­ją­cych drugą lub trze­cią zmianę, tylko ich bę­dzie świe­cić pust­kami. Gdyby był po pracy, mógłby użyć wir­tu­al­fona, ten czas jed­nak był do wy­łącz­nej dys­po­zy­cji pra­co­dawcy. Je­dyne, do czego mógł go użyć, bez na­ra­ża­nia się na su­rowe kon­se­kwen­cje, włącz­nie ze wstrzy­ma­niem dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego albo na­wet wy­rzu­ce­nia na bruk, to we­zwa­nie po­mocy.

Cze­ka­nie na deszcz się nie kwa­li­fi­ko­wało, a ry­zy­ko­wać na­prawdę nie było warto. Krzyk pracę w oczysz­czalni za­czął za­raz po woj­nie. Na sa­mym po­czątku był prze­ko­nany, że wy­peł­nia ważną mi­sję - za­kład był jed­nym z kilku w en­kla­wie ma­ją­cych stra­te­giczne zna­cze­nie dla bez­pie­czeń­stwa oby­wa­teli - ale po­tem za­czął do­strze­gać, ja­kie wałki w nim krę­cono i jak za­ra­biano, sprze­da­jąc na lewo oczysz­czone ścieki. Ro­biono to spryt­nie, za­wsze w na tyle ma­łej ilo­ści, aby ewen­tu­alna kon­trola ni­czego nie wy­kryła. Naj­pierw mil­czał, bo bra­ko­wało mu do­wo­dów, po­tem dla­tego, że do­tarło do niego, iż pro­ce­der nie dzieje się bez przy­zwo­le­nia Par­tii, więc na­wet zła­pa­nie zło­dziei za rękę nic by nie dało.

Sze­fo­stwo za­ra­biało gi­gan­tyczne pie­nią­dze, pod­czas gdy sze­re­gowi pra­cow­nicy bie­do­wali. Szcze­gól­nie trudna była sy­tu­acja czwar­ta­ków. Ha­ro­wali kil­ka­na­ście go­dzin dzien­nie, ale za­ra­biali mar­nie, ich pen­sje prak­tycz­nie nie wy­star­czały na po­kry­cie kosz­tów dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego, o je­dze­niu nie wspo­mi­na­jąc. Mało tego, kiedy Krzyk się tu­taj za­trud­niał, każ­demu na­le­żał się de­pu­tat: jedna pół­li­trowa bu­telka dzien­nie. Po­tem za­częto go zmniej­szać, aż wresz­cie trzy ty­go­dnie temu zo­stała już tylko jedna ósma li­tra.

- Za­raz na pewno za­cznie pa­dać... - Ko­wal­ski po­wie­dział to w taki spo­sób, jakby bar­dziej chciał prze­ko­nać sa­mego sie­bie.

- Ja­sne... - Krzyk po­wę­dro­wał my­ślami do córki. Może jed­nak za­ry­zy­ko­wać i wy­słać jej wia­do­mość? Ale je­śli czu­wała na po­ste­runku i szy­ko­wała się wła­śnie do ką­pieli, to nie­po­trzeb­nie by ry­zy­ko­wał!

Ni­kola... - wes­tchnął w du­chu. Jego uko­chana dziew­czynka, która za­częła sta­wać się ko­bietą. Jesz­cze rok, dwa lata temu, chłopcy pra­wie w ogóle jej nie in­te­re­so­wali, aż na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie dla niego, sy­tu­acja od­wró­ciła się o sto osiem­dzie­siąt stopni. I te­raz drżał, my­śląc o tym, z kim spo­tyka się w sieci i jak te randki on­line wy­glą­dają. My­ślał na­wet o tym, czy nie spró­bo­wać zdo­być do­stępu do jej konta, aby mieć oko na nowe zna­jo­mo­ści, ale ko­niec koń­ców stwier­dził, że by­łaby to oznaka braku za­ufa­nia. A Ni­kola, gdyby się o tym do­wie­działa, ni­gdy by mu nie wy­ba­czyła.

Ostat­nio do­szły jesz­cze jej hu­mory i py­skówki. Szcze­gól­nie dla Ady po­tra­fiła być nie­miła. Zresztą, jemu też nie­raz się obe­rwało. A on, za­miast się ob­ra­zić, da­lej speł­niał wszyst­kie jej za­chcianki. Jak po­wie­działa ostat­nio żona: świata poza nią nie wi­dział. Na­wet nie ukry­wała, jak bar­dzo jest o to za­zdro­sna.

Nie, wcale nie po­wie­działa, tylko wy­krzy­czała pod­czas jed­nej z kłótni, któ­rych w mi­nio­nych mie­sią­cach było co­raz wię­cej. Zwy­kle za­czy­nało się od dro­bia­zgów, a po­tem szło już jak kula śnieżna zbie­ra­jąca wszystko po dro­dze.

Kilka po­przed­nich ty­go­dni było pod tym wzglę­dem na­prawdę cięż­kich, Ada szu­kała za­czepki przy każ­dej moż­li­wej oka­zji i Krzyk był co­raz moc­niej prze­ko­nany, że zło­ży­łaby po­zew o roz­wód, gdyby tylko miał on szansę po­wo­dze­nia. Mu­siała jed­nak wie­dzieć - tak samo do­brze, jak on - że jego uzy­ska­nie było prak­tycz­nie nie­moż­liwe. Wnio­sek obej­mu­jący oby­wa­teli czwar­tej ka­te­go­rii pod­le­gał roz­pa­trze­niu przez Ko­mi­sję Mo­ral­no­ści i Pra­wo­rząd­no­ści. Na samo wpi­sa­nie sprawy do har­mo­no­gramu cze­kało się od roku do pół­tora, wi­doki na uzy­ska­nie apro­baty był zaś zni­kome, Krzyk nie znał żad­nego zna­jo­mego, któ­remu by się to udało.

- Za­raz ko­niec zmiany... - Ko­wal­ski zro­bił kwa­śną minę.

- A gdzie ten twój deszcz?

- Te­raz to mój? - Był ura­żony. - Za­pier­da­la­łeś tam, gdzie za­wsze, w ta­kim tem­pie, że pra­wie ci ga­cie z dupy spa­dły, ale te­raz to deszcz jest tylko mój?

Krzyk za­ło­żył spodnie, nic nie mó­wiąc.

Ko­lega po­szedł w jego ślady.

- Do­bra, daj na luz - rzu­cił Ko­wal­ski.

- Na luz? - Krzyk był wście­kły. Nie tyle na part­nera, ten nie wy­sta­wiałby prze­cież sa­mego sie­bie. Bar­dziej na los, który spra­wił, że mu­siał obejść się sma­kiem.

Ko­lega za­ło­żył pod­ko­szu­lek, ko­szulę fla­ne­lową chwy­cił w dłoń.

- Trzy mie­siące temu się udało...

- Wiem. - Krzyk nie umiał się na niego gnie­wać.

To był ostatni raz, kiedy pa­dało. Krzyk pa­mię­tał do­kład­nie, że byli w po­ło­wie zmiany, gdy za­częło lać. Na plac przed bu­dyn­kiem so­cjal­nym wy­bie­gli wtedy wszy­scy pra­cow­nicy. Przez go­dzinę wy­sta­wiali ciała i twa­rze, po któ­rych pły­nął deszcz mie­sza­jący się ze łzami szczę­ścia. Ostatni raz wi­dział taką ra­dość, kiedy skoń­czyła się wojna.

Wra­cał wtedy do domu na pie­chotę, z ra­do­ścią wcho­dząc w każdą na­po­tkaną ka­łużę i chla­piąc jak przed­szko­lak. Oczami wy­obraźni wi­dział Ma­linę oraz Adę ką­piące się na bal­ko­nie i ro­biące wiel­kie pra­nie. Gdy wró­cił do domu, oka­zało się, że żona fak­tycz­nie wy­nio­sła na ze­wnątrz wszyst­kie ubra­nia.

Poza jego rze­czami.

Kiedy wró­cił z pracy i zo­ba­czył stertę swo­ich brud­nych skar­pe­tek i sli­pów le­żą­cych w ko­szu, wpadł w szał. Ada tłu­ma­czyła się roz­tar­gnie­niem, ale był świę­cie prze­ko­nany, że zro­biła to z pre­me­dy­ta­cją.

Wtedy pierw­szy raz pod­niósł na nią rękę.

Nie ude­rzył, po­wstrzy­mał się w ostat­nim mo­men­cie, ale Adzie wy­star­czył sam fakt, że się za­mach­nął.

- Naj­pierw się wy­cie­ramy? - spy­tał Ko­wal­ski, gdy do­tarli do bu­dynku so­cjal­nego.

- Nie ma in­nej opcji - po­twier­dził. - Śmier­dzę tak, że żona nie wpu­ści mnie do miesz­ka­nia.

We­szli do nie­wiel­kiego ma­ga­zynku. Na ścia­nach wi­siały dzie­siątki róż­nego ro­dzaju na­rzę­dzi, a w na­roż­niku stała stu­li­trowa beczka. Dzięki ci­chej zgo­dzie prze­ło­żo­nych pra­cow­nicy fi­zyczni mo­gli gro­ma­dzić w niej pro­dukt koń­cowy. Nie tyle był to prze­jaw dba­ło­ści o pod­wład­nych, co bar­dziej chęć za­po­bie­że­nia przy­no­sze­nia ze sobą smrodu do bu­dynku ad­mi­ni­stra­cji, który ro­bole co ja­kiś czas mu­sieli od­wie­dzać.

Każdy z nich chwy­cił szmatkę wi­szącą na sznurku, za­mo­czył ją w beczce, za­czął wy­cie­rać całe ciało, pil­nu­jąc, aby nie po­mi­nąć żad­nej od­kry­tej czę­ści.

Do­piero po ta­kim wstę­pie skie­ro­wali się do łaźni. Teo­re­tycz­nie na ko­niec każ­dej zmiany przy­słu­gi­wał im trzy­mi­nu­towy prysz­nic, jed­nak w prak­tyce czas skró­cony był do sześć­dzie­się­ciu se­kund. To, co tu­taj le­ciało z rury, pach­niało zu­peł­nie ina­czej niż za­war­tość beczki, jed­nak za­nim mo­gli się tym fak­tem na­cie­szyć, ką­piel się koń­czyła.

Krzyk po­dej­rze­wał, że ge­ne­ro­wane w ten spo­sób nad­wyżki są sprze­da­wane na czar­nym rynku, do­my­ślał się też, że inni ko­le­dzy ży­wią po­dobne do­my­sły, ale do­sko­nale wie­dział, że zło­że­nie pro­te­stu do władz en­klawy nic by nie dało. Jesz­cze się nie zda­rzyło, aby do­nos po­czy­niony przez oby­wa­tela niż­szej ka­te­go­rii był w sta­nie wy­rzą­dzić krzywdę Pierw­sza­kowi lub Dru­giemu. Je­dyne, co by uzy­skał, to bły­ska­wiczna utrata pracy. Ow­szem, za­ra­biał nie­wiele - jak na ro­snące koszty po­kry­wa­nia dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego - ale wpadłby z desz­czu pod rynnę.

Deszcz.

Rynna.

Pić!

Z tą my­ślą wy­szedł spod prysz­nica, chwy­cił za ręcz­nik, ale nie za­czął się wy­cie­rać - po­dob­nie jak Ko­wal­ski - sy­cąc się każdą se­kundą, pod­czas któ­rej czuł na skó­rze ten przy­jemny do­tyk se­tek kro­pli. Kor­ciło go, aby zli­zać kilka z przed­ra­mie­nia, po­wstrzy­mał się siłą woli. Od­wa­lali tu w oczysz­czalni ka­wał na­prawdę do­brej ro­boty, ale co in­nego myć się w tym, a co in­nego brać do ust.

Pić!

Wszedł do szatni, ma­chi­nal­nie zer­k­nął na ta­blicę, od­no­to­wał pod­świa­do­mie, że wszy­scy obecni w za­kła­dzie mieli do­pusz­czalną tem­pe­ra­turę ciała, po czym pod­szedł do swo­jej szafki. Przy­ło­żył opa­skę do zamka, drzwiczki się otwo­rzyły.

Chwy­cił za bu­telkę, siłą woli zmu­sił się, aby nie opróż­niać jej cał­ko­wi­cie, po­prze­stał na kilku ły­kach, cho­ciaż nie było to ła­twe.

Na­gle spoj­rzał na kartkę pa­pieru przy­kle­joną do we­wnętrz­nej strony drzwi­czek kil­koma pa­skami ta­śmy izo­la­cyj­nej. Znał ten ry­su­nek do­sko­nale, po­tra­fiłby od­two­rzyć z pa­mięci każdy de­tal. A i tak za każ­dym ra­zem, kiedy na niego pa­trzył, od­czu­wał wiel­kie szczę­ście, nie­mal ta­kie samo, ja­kie stało się jego udzia­łem, gdy zo­ba­czył go pierw­szy raz w ży­ciu.

Więk­szą część kartki zaj­mo­wał gruby pień drzewa, z któ­rego wy­ra­stały dużo cień­sze ko­nary - już na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że ry­so­wane dzie­cięcą rączką - a na nich za­wie­szone były ogromne ciem­no­czer­wone ma­liny.

Ma­liny.

Nie żo­łę­dzie. Nie kasz­tany. Nie li­ście.

Tylko ma­liny.

Krzyk się uśmiech­nął, de­li­kat­nie do­tknął kartki opusz­kami pal­ców. Była wy­gnie­ciona i wy­pło­wiała tak mocno, że ko­lory za­częły tra­cić na wy­ra­zi­sto­ści, ale jemu to nie prze­szka­dzało.

Trzy­małby ją tu­taj, na­wet gdyby nic już nie można było roz­po­znać.

Na­gle ci­szę prze­rwał tu­balny głos do­cho­dzący zza drzwi­czek.

- Trzeba się zbie­rać do chaty!

Jan nie mu­siał za­my­kać szafki, żeby wie­dzieć, kim jest jego wła­ści­ciel. Mi­łosz Ła­zik miał pra­wie dwa me­try wzro­stu, po­ru­szał się z de­li­kat­no­ścią sło­nia i był rów­nie co on gru­bo­skórny.

Za­raz po­tem za­skrze­czał ra­dio­wę­zeł.

- Uwaga, uwaga! Na­da­jemy ważny ko­mu­ni­kat!

Krzyk aż spiął się w so­bie. Ile­kroć szcze­kaczka się od­zy­wała, tyle razy prze­ka­zy­wała złe wie­ści. Co tym ra­zem?!

- We wczo­raj­szym ogól­no­pol­skim re­fe­ren­dum w spra­wie zmniej­sze­nia zwięk­sze­nia ob­niżki dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego wzięło udział dzie­więć­dzie­siąt osiem koma dzie­więć upraw­nio­nych.

Za­cho­wał ka­mienną twarz, wie­dział, że SYCO cały czas go ob­ser­wuje.

- Pań­stwowa Ko­mi­sja Wy­bor­cza za­twier­dziła wy­nik re­fe­ren­dum jako wią­żący...

Jakby to była ja­kaś no­wość... - po­my­ślał, ale na­wet nie drgnęła mu brew.

- Swoją wolę po­par­cia wy­ra­ziło dzie­więć­dzie­siąt pięć koma trzy­na­ście pro­cent uczest­ni­ków re­fe­ren­dum...

Ktoś się od­wa­żył sprze­ci­wić? - spy­tał sa­mego sie­bie.

- Ja nie wy­ra­zi­łem - po­wie­dział Ła­zik.

Krzyk spoj­rzał na niego za­sko­czony. Sam miał te­raz przed oczami sie­bie i Adę zbli­ża­ją­cych palce do wir­tu­al­fo­nów, by wziąć udział w obo­wiąz­ko­wym ple­bi­scy­cie. Kor­ciło go, aby wy­brać "nie", ale - jak przy każ­dym in­nym gło­so­wa­niu od za­koń­cze­nia wojny - nie od­wa­żył się. I przez myśl mu przy tym nie prze­szło, aby swo­imi wąt­pli­wo­ściami dzie­lić się pu­blicz­nie! Więk­szej głu­poty nie można było po­peł­nić!

- Nie ba­łeś się? - Ko­wal­ski nie do­wie­rzał.

Krzyk pa­trzył to na jed­nego, to na dru­giego, za­sta­na­wia­jąc się, który z nich jest więk­szym de­bi­lem.

- Prze­cież w te­le­wi­zji cały czas po­wta­rzają, że wy­bory są tajne. - Ła­zik wy­cie­rał głowę ręcz­ni­kiem.

Chyba coś mu pa­dło na mózg! - Krzyk na­gle po­czuł, że musi się jak naj­szyb­ciej ubrać i opu­ścić szat­nię. Prze­by­wa­nie w niej ra­zem z kimś ta­kim mo­gło przy­nieść opła­kane skutki.

- Sko­rzy­sta­łem tylko z prawa wy­ra­że­nia sprze­ciwu wo­bec dal­szych cięć... - tłu­ma­czył Ła­zik.

Cał­kiem cię po­je­bało?! - wrza­snął Krzyk w my­ślach. Nie sły­sza­łeś o mo­wie nie­na­wi­ści? Na pod­sta­wie tej ustawy pod­da­wa­nie w wąt­pli­wość stanu klę­ski ży­wio­ło­wej było uzna­wane za jedno z naj­cięż­szych prze­stępstw!

Po­sta­no­wił nie za­pi­nać ko­szuli. Chwy­cił bluzę w dłoń, za­trza­snął szafkę - nie przej­mu­jąc się tym, że ob­ra­zek może się od­kleić. Mu­siał jak naj­szyb­ciej stąd wiać. Każda se­kunda tu­taj dłu­żej ozna­czała nie­bez­pie­czeń­stwo oskar­że­nia o współ­udział, a De­par­ta­ment Bez­pie­czeń­stwa Zdro­wia Pu­blicz­nego Oby­wa­teli ka­rał rów­nie su­rowo.

- A ty co my­ślisz? - Ko­wal­ski skie­ro­wał to py­ta­nie do ko­legi, z któ­rym do­piero co cze­kał na deszcz.

Co za głupi skur­wy­syn! - Krzy­kowi zro­biło się słabo. Co on my­śli? A chuj im po­wie! Już raz chciał być od­ważny i sprze­ci­wił się sys­te­mowi. I jak skoń­czył? Ada do dziś nie mo­gła mu tego da­ro­wać!

- No? - pod­ła­pał Ła­zik.

Krzyk po­sta­no­wił zro­bić to, co zwy­kle w ta­kiej sy­tu­acji.

- Wła­ści­wie... - za­czął uda­wać, że się za­sta­na­wia. Ko­szulę miał w dłoni, wy­star­czyło wzuć buty i mógł stąd spie­przać. Za­ło­żył prawy, po­tem lewy, in­ten­syw­nie my­śląc, co po­wie­dzieć na od­czep­nego.

Nie zdą­żył się ode­zwać, do szatni wpadł bry­ga­dzi­sta. Krzyk wie­dział, że Ła­zik jest jego pu­pil­kiem, ostat­nie trzy mie­siące wła­śnie jego wska­zy­wał do pre­mii za wy­dajną pracę, cho­ciaż ten wcale na to nie za­słu­gi­wał.

Te­raz jed­nak prze­ło­żony trząsł się jak ga­la­reta.

Krzyk ani tro­chę mu się nie dzi­wił. Je­śli SYCO po­równa ad­no­ta­cje przy pre­miach na li­ście płac, bry­ga­dzi­sta może do­stać za­rzut dzia­ła­nia w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie dy­sy­den­tów.

- Masz... się... sta­wić... u... dy­rek­tora. - Bry­ga­dzi­sta z tru­dem się wy­sła­wiał. - W... try­bie... na­tych­mia­sto­wym.

Nie ad­re­so­wał tego do Krzyka, ale jego też zmro­ziło. Pró­bo­wał prze­łknąć ślinę, ale nie po­tra­fił, a prze­cież do­piero co wy­pił dwa łyki!

Za to do Ła­zika po­waga sy­tu­acji naj­wy­raź­niej nie do­cie­rała.

- Te­raz?

- A kiedy, kurwa?! - wy­pa­lił bry­ga­dzi­sta. - Na syl­we­stra?!

- Prze­cież na syl­we­stra i tak nie wolno wy­cho­dzić z do­mów... - Ła­zik naj­wy­raź­niej cały czas nie wie­dział, w co się wpa­ko­wał.

- Ale już! - wrza­snął bry­ga­dzi­sta.

- Idę... - od­parł Ła­zik.

Bę­dziesz się cie­szyć, je­śli skoń­czy się na ob­ni­że­niu dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego - Krzyk zro­bił krok do przodu, za­cho­dząc w głowę, czy zo­ba­czy jesz­cze gbura w pracy. Parę razy zdą­żył się już prze­ko­nać, że w en­kla­wie nie ma lu­dzi nie­za­stą­pio­nych. Na­wet na tak spe­cja­li­stycz­nych sta­no­wi­skach, jak ich. Je­śli ktoś pod­padł wła­dzy, nie było dla niego ra­tunku.

On sam był wy­jąt­kiem od re­guły.

- Po­wie­dzia­łem: w try­bie na­tych­mia­sto­wym! - wark­nął bry­ga­dzi­sta.

Krzyk zro­zu­miał, że naj­wyż­szy czas się stąd ewa­ku­ować. Wy­ko­nał ko­lejny ruch, ale po­tem mu­siał się za­trzy­mać, gdyż drogę za­sta­wiał mu prze­ło­żony.

Bry­ga­dzi­sta spoj­rzał naj­pierw na niego, po­tem na Ko­wal­skiego.

- A wy czego się tak ga­pi­cie?

Ko­wal­ski za­jął bez­pieczne miej­sce za ple­cami Jana.

- Ja się nie ga­pię... - od­parł ci­cho.

- Ja też nie - za­wtó­ro­wał Krzyk.

- To czego tu jesz­cze chce­cie? - wy­ce­dził bry­ga­dzi­sta. - Spier­da­lać do domu!

Żad­nemu z nich nie trzeba było drugi raz po­wta­rzać.

Roz­dział 2

Dziwna pan­de­mia - bo ta­kim mia­nem ochrzczono ją po la­tach - która roz­po­częła się w 2020 roku, nie­mal ze­pchnęła świa­tową go­spo­darkę w prze­paść. Firmy upa­dały, lu­dzie tra­cili pracę albo umie­rali w szpi­ta­lach nie­le­czeni, dra­stycz­nie wzro­sła też liczba sa­mo­bójstw, za­równo wśród star­szych, jak i mło­dzieży. Po­tem przy­szła wojna na Ukra­inie i jesz­cze więk­sze pro­blemy go­spo­dar­cze. Rządy więk­szo­ści kra­jów zmie­niły prio­ry­tety i prze­stały dbać o eko­lo­gię. Li­czyło się tylko tu i te­raz - walka o na­kar­mie­nie mi­liarda lu­dzi bez pracy - a nie zmniej­sza­nie emi­sji dwu­tlenku wę­gla czy in­we­sto­wa­nie w zie­loną ener­gię. Sy­tu­acji nie po­pra­wiła też za­paść sys­te­mów edu­ka­cji. Mie­siące zdal­nego na­ucza­nia po­cią­gnęły za sobą nie­spo­ty­kany wcze­śniej w hi­sto­rii świata kry­zys kom­pe­ten­cji i spo­łecz­nego wy­ob­co­wa­nia. De­cy­denci, pró­bu­jąc ra­to­wać sy­tu­ację, za­częli wpro­wa­dzać ko­lejne re­gu­la­cje prawne i re­stryk­cje, a po­nie­waż nie da­wało to efektu, śrubę przy­krę­cano co­raz moc­niej.

Kiedy zo­rien­to­wano się, że nie tędy droga, było już za późno. W 2026 roku zmiany kli­ma­tyczne ostro przy­śpie­szyły, po­wo­du­jąc se­rię klęsk ży­wio­ło­wych na ca­łej kuli ziem­skiej. Ogromu znisz­czeń do­peł­niła su­sza trwa­jąca nie­mal dwa lata. Po­cząt­kowo bar­dziej za­sobne pań­stwa pró­bo­wały ra­to­wać inne, ale szybko oka­zało się, że świa­towe za­pasy są na to zbyt małe.

To wła­śnie tam­ten mo­ment wy­ko­rzy­stało kilka kor­po­ra­cji, na czele z Uni­ver­sum He­alth and Care. Za­pro­po­no­wały po­wo­ła­nie spe­cjal­nej agendy i za­ofe­ro­wały swój udział w pra­cach ma­ją­cych za­po­biec ka­ta­kli­zmowi. Rządy naj­więk­szych mo­carstw przy­kla­snęły po­my­słowi, me­dia ogło­siły zwy­cię­stwo, a ko­mi­tet no­blow­ski uho­no­ro­wał kon­cerny na­grodą po­ko­jową.

Szybko jed­nak oka­zało się, że po­moc nie bę­dzie dar­mowa, a w za­mian za nią kor­po­ra­cje za­żą­dały udzia­łów w fir­mach dys­try­bu­cyj­nych oraz wpływu na ścieżkę le­gi­sla­cyjną i kształ­to­wa­nie po­li­tyki we­wnętrz­nej i ze­wnętrz­nej rzą­dów.

Wów­czas przy­szedł drugi cios: w kilku ty­sią­cach miej­scach na świe­cie, nie­mal jed­no­cze­śnie, za­truto naj­więk­sze uję­cia i zbior­niki, nie­mal po­łowę tego, co ludz­kość miała do dys­po­zy­cji. Ak­cja była zor­ga­ni­zo­wana i cho­ciaż nikt ni­kogo za ręce nie zła­pał, co od­waż­niejsi dzien­ni­ka­rze od razu o sa­bo­taż oskar­żyli Uni­ver­sum He­alth and Care oraz dwie współ­pra­cu­jące z nią inne kor­po­ra­cje.

ONZ po­wo­łała spe­cjalną ko­mi­sję, która oczy­wi­ście ni­czego nie wy­kryła, w prze­ci­wień­stwie do syn­dy­katu nie­za­leż­nych dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy wpa­dli na trop pa­ra­mi­li­tar­nej or­ga­ni­za­cji po­wią­za­nej z kon­cer­nami. Przed­sta­wili twarde do­wody, ale na zmianę układu sił było już za późno. Świa­towe za­soby zmniej­szyły się dra­stycz­nie, po­daż za­częła spa­dać w po­stę­pie geo­me­trycz­nym, za to ceny wzro­sły do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów. W efek­cie przed mi­liar­dami lu­dzi na ca­łym świe­cie sta­nęło widmo śmierci z pra­gnie­nia.

I wła­śnie wtedy wy­bu­chła III wojna świa­towa. Kon­flikt nie trwał długo, za­le­d­wie dwa mie­siące, za to był ka­ta­stro­falny w skut­kach. Nie wia­domo było, kto pierw­szy użył broni ją­dro­wej: Stany Zjed­no­czone czy Ro­sja, nie­któ­rzy ob­ser­wa­to­rzy ob­wi­niali też Chiny. Wojna nu­kle­arna prze­ro­dziła się w kon­flikt tra­dy­cyjny, który do­peł­nił dzieła znisz­cze­nia. Po­pu­la­cja w nie­któ­rych re­jo­nach świata zmniej­szyła się o osiem­dzie­siąt pro­cent, więk­szość te­ry­to­rium Ame­ryki Pół­noc­nej i Azji - a także znaczna część Eu­ropy - nie nada­wała się do za­miesz­ka­nia.

Kiedy szary pył opadł, było już tylko go­rzej. Wojna była bły­ska­wiczna, ale jesz­cze szyb­ciej dzia­łały kor­po­ra­cje. Ciała za­bi­tych nie zdą­żyły jesz­cze do­brze osty­gnąć, gdy oka­zało się, że resztki świa­to­wych za­so­bów prze­szły na wła­sność trzech z nich, przy czym Uni­ver­sum He­alth and Care miała naj­więk­szy udział, po­nad pięć­dzie­się­cio­pro­cen­towy. Co wię­cej, dzięki po­ro­zu­mie­niom z pra­wie wszyst­kimi pań­stwami na świe­cie, zy­skały mo­no­pol na pro­wa­dze­nie od­wier­tów, po­szu­ki­wa­nia no­wych źró­deł, a także aku­mu­lo­wa­nie za­pa­sów. Zwy­kłym lu­dziom nie wolno było bez ze­zwo­le­nia wy­ko­pać na­wet zwy­kłej studni ani też gro­ma­dzić desz­czówki, zresztą pa­dało za­le­d­wie kilka dni w roku. Efek­tem tych wszyst­kich ob­ostrzeń było uza­leż­nie­nie ca­łych kra­jów i spo­łe­czeństw.

Nic dziw­nego, że świa­tem wstrzą­snęły fale nie­po­ko­jów. W od­po­wie­dzi na to rządy ko­lej­nych państw - kie­ro­wane z tyl­nego sie­dze­nia przez wła­dze trzech kor­po­ra­cji - dzie­liły swoje te­ry­to­ria na za­mknięte en­klawy, po­mię­dzy któ­rymi po­ru­szać mo­gli się je­dy­nie oby­wa­tele cie­szący się peł­nią praw - po­zo­sta­łym nie wolno było ich opusz­czać. W Zie­lo­nej Gó­rze wy­dzie­lono do­dat­kowo dwie czę­ści: En­klawę We­wnętrzną i En­klawę Ze­wnętrzną. Do tej dru­giej wstęp mieli je­dy­nie Pierw­szaki i Dru­dzy.

W Pol­sce - jed­nej z naj­więk­szych prze­gra­nych wojny - sy­tu­acja była dra­ma­tycz­nie zła. Od jej wy­bu­chu obo­wią­zy­wał stan wy­jąt­kowy - prze­dłu­żany na ko­lejne okresy - kon­sty­tu­cja była za­wie­szona, prawo do od­wo­ła­nia się do sądu od de­cy­zji or­ga­nów ad­mi­ni­stra­cji pu­blicz­nej w więk­szo­ści spraw zo­stało bez­ter­mi­nowo wstrzy­mane.

Fak­tyczną wła­dzę w en­kla­wach spra­wo­wali lo­kalni po­li­tycy wska­zy­wani przez rząd cen­tralny, jed­nak sta­no­wi­ska nie mógł ob­jąć nikt, kto wcze­śniej nie zo­stałby za­ak­cep­to­wany przez miej­scowe przed­sta­wi­ciel­stwo jed­nej z trzech kor­po­ra­cji. W En­kla­wie Zie­lona Góra - bo tak brzmiała te­raz ofi­cjalna na­zwa mia­sta - był nim Grze­gorz Ber­nat, któ­rego jed­nak wszy­scy na­zy­wali skró­towo Pierw­szym, a nie­któ­rzy - tylko w my­ślach - Pierw­szym Skur­wy­sy­nem. To on de­cy­do­wał o wy­so­ko­ści przy­dzia­łów i - co rów­nie istotne - ce­nie li­tra wody, która nie­ustan­nie się zmie­niała. Tak na­prawdę jed­nak każda de­cy­zja była po­dej­mo­wana w ga­bi­ne­tach Uni­ver­sum He­alth and Care, Ber­nat je­dy­nie wcie­lał ją w ży­cie.

Pro­log

Po­nie­dzia­łek 29 wrze­śnia 2031

Pić.

Pić.

Pić.

Te­raz była to je­dyna myśl to­wa­rzy­sząca Ja­nowi Krzy­kowi. Już drugą go­dzinę ra­zem z ro­dziną stał w ko­lejce wio­dą­cej do daw­nego sta­dionu żuż­lo­wego. Gdy do­tarli w jego po­bliże, sznur lu­dzi cią­gnął się aż do sta­cji ben­zy­no­wej Pań­stwo­wego Mo­no­polu Pa­li­wo­wego - POMPY, jak ma­wiali oby­wa­tele pierw­szej i dru­giej ka­te­go­rii, któ­rym dane było cie­szyć się z po­sia­da­nia wła­snego sa­mo­chodu.

Ro­dzi­nie Krzy­ków ta­kie prawo nie przy­słu­gi­wało. Nie wolno im na­wet było ko­rzy­stać z ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Prze­miesz­czać się mo­gli je­dy­nie wy­dzie­lo­nymi czę­ściami chod­ni­ków, dla­tego cztery ki­lo­me­try dzie­lące osie­dle Sło­neczne od celu mu­sieli po­ko­nać na pie­chotę.

Kiedy Jan ra­zem z Adą i Ni­kolą - na którą cza­sami wo­łał: Ma­lina - za­jęli miej­sce w ogonku, zmę­cze­nie da­wało im się mocno we znaki, a przed nimi było jesz­cze dłu­gie ocze­ki­wa­nie. Szcze­gól­nie córka, nie­przy­wy­kła do wy­siłku fi­zycz­nego, wy­glą­dała tak, jakby miała za­raz ze­mdleć. Do­piero dwa łyki z bu­telki - je­dyny za­pas, jaki udało im się wy­go­spo­da­ro­wać na całe po­po­łu­dnie, gdyż Ada nie przy­nio­sła tego dnia ze szpi­tala nic eks­tra - po­mógł na tyle, że dała radę stać w ocze­ki­wa­niu na ich ko­lej.

Ni­kola od­zy­skała siły, za to w Krzyka pra­gnie­nie ude­rzyło ze zdwo­joną mocą. Jak na złość, całą drogę mu­sieli iść w pa­lą­cym słońcu, co po­gar­szało ich i tak kiep­ską sy­tu­ację.

Może trzeba było nie przy­cho­dzić przed cza­sem? - po­my­ślał. Zer­k­nął za sie­bie i od razu wie­dział, że ta­kie roz­wią­za­nie by­łoby jesz­cze gor­sze. Sznur lu­dzi cią­gnął się aż za dawne cen­trum han­dlowe Pol­ska Wełna, a Krzyk mógł się za­ło­żyć, że to wcale nie jest ko­niec.

Pić!

Spró­bo­wał ob­li­zać ję­zy­kiem spierzch­nięte wargi, ale efekt był taki, jakby po­tarł po nich pa­pie­rem ścier­nym.

Chcąc od­wró­cić uwagę od co­raz bar­dziej doj­mu­ją­cego pra­gnie­nia, za­czął sza­co­wać liczbę ocze­ku­ją­cych, li­cząc ko­lejne grupki od­dzie­lone od so­bie prze­pi­sową od­le­gło­ścią dwóch i pół me­tra. Więk­szość ro­dzin skła­dała się z trzech osób, ale w bli­skim są­siedz­twie za­uwa­żył też sporo sa­mot­nych par. Część z nich mo­gła po­sia­dać dzieci młod­sze niż sied­mio­let­nie - a te były zwol­nione z obec­no­ści na eg­ze­ku­cji - reszta na­le­żała pew­nie do tego grona szczę­śliw­ców, któ­rzy dzien­nymi przy­dzia­łami ro­dzin­nymi mo­gli dys­po­no­wać je­dy­nie we dwójkę.

Z tą my­ślą Krzyk naj­pierw spoj­rzał na pu­stą bu­telkę trzy­maną w dłoni, po­tem na Ni­kolę. Zru­gał się w gło­wie za nie­po­prawne my­śli. Prze­cież to nie jej wina, że po­ja­wiła się na świe­cie. Kto mógł wtedy przy­pusz­czać, że kilka lat póź­niej sta­nie on naj­pierw na progu jed­nej ka­ta­strofy, po­tem dru­giej i jesz­cze za­raz póź­niej trze­ciej?!

Córka jakby wy­czuła, że o niej my­śli, bo od­wró­ciła się i spoj­rzała na niego.

- Zo­stało coś jesz­cze do pi­cia? - spy­tała ci­cho.

- Po co py­tasz, skoro wszystko wy­żło­pa­łaś? - wark­nęła Ada.

Krzyk zmu­sił się do uśmie­chu.

- Nic już nie ma, przy­kro mi.

- Jej na pewno nie jest przy­kro - wy­ce­dziła Ada. - Na­wet się nie spy­tała, czy któ­reś z nas chcia­łoby bo­daj zwil­żyć usta.

- Je­stem dziec­kiem, mu­si­cie o mnie dbać - wy­pa­liła Ni­kola.

- Te­raz je­steś dziec­kiem? - Krzyk za­czy­nał po­woli tra­cić cier­pli­wość. - A kto ostat­nio wrzesz­czał na cały blok, że jest już do­ro­sły i nie musi słu­chać ro­dzi­ców?

Córka skrzy­wiła się, po­tem od­wró­ciła do niego i Ady ple­cami, nic przy tym nie mó­wiąc.

Krzyk ode­tchnął głę­boko, cie­sząc się w du­chu, że ko­lejny wy­buch zło­ści zo­stał - przy­naj­mniej na ra­zie - za­że­gnany w za­rodku. O ile Ni­kola urodę odzie­dzi­czyła po matce - na swoje szczę­ście i dumę ojca - o tyle cha­rak­te­rek miała ewi­dent­nie po nim. Nie­stety, od pew­nego czasu ro­dziło to co­raz więk­sze pro­blemy, po­nie­waż za­częli się nią in­te­re­so­wać chłopcy, zresztą z wza­jem­no­ścią.

Roz­my­śla­nia męż­czy­zny prze­rwał ruch w ko­lejce. Ta wresz­cie ru­szyła z miej­sca, za­raz po­tem ogo­nek po­su­wał się już z dużą pręd­ko­ścią. Ko­lejne ro­dziny spraw­nie po­ko­ny­wały bramki wej­ściowe, przy­kła­da­jąc białe lub ma­ho­niowe opa­ski do czyt­ni­ków. Krzyk co chwilę kon­tro­l­nie zer­kał na swoją, spraw­dza­jąc czy zie­lona lampka nie zmie­nia ko­loru na ostrze­gaw­czą czer­wień. W przy­padku prze­kro­cze­nia do­zwo­lo­nego dy­stansu po­winna za­sy­gna­li­zo­wać to de­li­kat­nym po­ra­że­niem prą­dem, ale to była tylko teo­ria. Męż­czy­zna już kilka razy miał oka­zję się prze­ko­nać, że urzą­dze­nia były za­wodne, szcze­gól­nie te prze­zna­czone dla czwar­ta­ków. To było po­dwój­nie bo­le­sne, gdyż dla tej ka­te­go­rii kary były dużo bar­dziej su­rowe niż dla trze­cia­ków. Przy ostat­nim ta­kim przy­padku przy­dział zmniej­szono ich ro­dzi­nie tak bar­dzo, że gdyby nie po­moc ko­le­gów z pracy, mo­gliby nie prze­żyć. Na wła­snej skó­rze prze­ko­nał się więc, że ma­szy­nom nie wolno ufać.

Do­piero gdy do­tarli pod bramę sta­dionu, mógł na chwilę ode­tchnąć. Ze względu na ogra­ni­czoną liczbę miejsc w obiek­cie dzia­ła­nie Sys­temu Cią­głej Ob­ser­wa­cji - w skró­cie: SYCO - było w tym miej­scu za­wie­szone.

- Nogi mnie bolą... - jęk­nęła Ni­kola.

- Nie ma­rudź! - syk­nęła Ada w od­po­wie­dzi.

Na twa­rzy dziew­czyny po­ja­wił się cha­rak­te­ry­styczny gry­mas.

- Ale to prawda!

Krzyk de­li­kat­nie do­tknął córkę za­ci­śniętą pię­ścią w ra­mię.

- Jesz­cze chwilę i wej­dziemy.

Ni­kola cała aż się za­trzę­sła.

- Weź prze­stań!

Taki wy­buch zło­ści zdzi­wił męż­czy­znę, ale już po krót­kiej chwili zro­zu­miał, w czym rzecz. Córka wpa­try­wała się w przy­stoj­nego chło­paka sto­ją­cego przed nimi w ko­lejce, nie ma­jąc po­ję­cia, co ro­bić. On zresztą wy­glą­dał na rów­nie prze­stra­szo­nego.

Ale skąd mieli oboje wie­dzieć, jak na­leży się w ta­kiej sy­tu­acji za­cho­wać? Trze­ciaki i czwar­taki cho­dziły do szkoły sta­cjo­nar­nej za­le­d­wie je­den dzień w mie­siącu, nie li­cząc naj­lep­szych uczniów, któ­rym zwięk­szano li­mit do czte­rech. A na­wet te za­ję­cia były pro­wa­dzone w trzy­oso­bo­wych gru­pach jed­no­pł­cio­wych. Reszta pro­cesu edu­ka­cji od­by­wała się w try­bie zdal­nym, a kon­takt z ko­le­gami i ko­le­żan­kami z klasy moż­liwy był prak­tycz­nie je­dy­nie po­przez sieć, gdyż na kon­takty oso­bi­ste na­le­żało wcze­śniej uzy­skać ze­zwo­le­nie.

Twarz chło­paka wy­krzy­wiła się w dziwną minę, za­raz po­tem Ni­kola par­sk­nęła śmie­chem. W tym cza­sie jego oj­ciec pod­nie­sio­nym gło­sem za­czął tłu­ma­czyć coś funk­cjo­na­riu­szowi Służby Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwa z wy­glądu młod­szemu o kilka lat od jego syna.

- Wcie­lają co­raz więk­szych smar­ka­czy... - szep­nął Krzyk sam do sie­bie. - Po­ma­gamy i mo­ni­to­ru­jemy - bez­wied­nie wy­re­cy­to­wał ha­sło wid­nie­jące na po­jaz­dach znie­na­wi­dzo­nej przez spo­łe­czeń­stwo for­ma­cji. - Szko­dzimy i mor­du­jemy... - Z pa­mięci przy­wo­łał te stwo­rzone przez nie­ist­nie­jącą już opo­zy­cję.

- Pro­szę! - Męż­czy­zna przed nimi krzyk­nął bła­gal­nie.

- Syn zo­staje za­trzy­many. - Młody es­bek kiw­nął głową na sto­ją­cego kilka me­trów da­lej ko­legę z twa­rzą po­krytą gę­stym trą­dzi­kiem. Ten od razu ru­szył z po­mocą, a w jego oczach mie­niły się ja­kieś dziwne bły­ski.

- Dla­czego? - Oj­ciec chło­paka był co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wany.

Funk­cjo­na­riusz był nie­ugięty.

- Ta­kie są pro­ce­dury. Opa­ska jest na­ru­szona. Ma­ni­pu­lo­wano przy niej.

- To na pewno ja­kaś po­myłka! - Męż­czy­zna miał łzy w oczach. - Do­piero ty­dzień temu za­ło­żono mu nową!

Es­bek sta­nął w roz­kroku.

- Od­su­nąć się albo uży­jemy środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego!

Na­gle męż­czy­zna spoj­rzał na chło­paka.

- Znowu przy niej grze­ba­łeś? To przez tę dziew­czynę? - Za­cho­wy­wał się te­raz tak, jakby był tu tylko z sy­nem.

Chło­pak coś po­kręt­nie tłu­ma­czył. Jego oj­ciec od­wró­cił się do funk­cjo­na­riu­szy, uśmiech­nął się przy­jaź­nie.

- Pa­no­wie ofi­ce­ro­wie, to tylko dziecko...

- Od­su­nąć się! - Wark­nął młody es­bek. - Chło­pak jest za­trzy­many!

- Bła­gam! - Męż­czy­zna uklęk­nął. - Moja mał­żonka nie żyje... Ni­kogo in­nego nie mam... Nie za­bie­raj­cie mi go...

- Od­su­nąć się! - Es­bek z brzydką twa­rzą przy­ło­żył prawą dłoń do boku. - Na­tych­miast!

W tym mo­men­cie męż­czy­zna po­peł­nił błąd, wy­cią­ga­jąc rękę, jakby chciał syna od­gro­dzić od funk­cjo­na­riu­sza.

Kiedy ten wy­pro­wa­dził cios pałką, nie zdą­żył się na­wet za­sło­nić.

Krzyk usły­szał głu­che stuk­nię­cie, jakby ktoś gru­bym ki­jem pac­nął w dy­nię. Za­nim męż­czy­zna padł nie­przy­tomny na zie­mię, młody es­bek zdą­żył jesz­cze po­pra­wić po ko­le­dze.

Wi­dząc to, chło­pak rzu­cił się w stronę ojca. Funk­cjo­na­riusz z po­licz­kami po­ora­nymi przez trą­dzik tylko na to cze­kał. Wy­pro­wa­dził cios, ale tym ra­zem źle osza­co­wał od­le­głość, bo pałka prze­cięła je­dy­nie po­wie­trze, a on sam - stra­ciw­szy rów­no­wagę - upadł. Za­raz po­tem po­de­rwał się z wście­kło­ścią na nogi, całą złość wy­ła­do­wu­jąc na chło­paku. Ten pró­bo­wał uchy­lać się od ra­zów, ale z dwoma prze­ciw­ni­kami nie miał szans. Po kilku cio­sach upadł nie­da­leko ojca. Na­wet wtedy es­bek z trą­dzi­kiem nie prze­sta­wał bić. Pauzę zro­bił do­piero, kiedy cia­łem na­sto­latka za­częły trząść kon­wul­sje, a z jego ust po­częła to­czyć się piana.

Krzyk pa­trzył na to oszo­ło­miony. Kiedy tylko pierw­szy raz pałka po­szła w ruch, zro­zu­miał, że on i jego ro­dzina mogą być na­stępni. Chciał zro­bić coś, aby unik­nąć ta­kiego sce­na­riu­sza, ale był jak spa­ra­li­żo­wany. Pró­bo­wał szep­nąć coś do żony i córki, ale usta od­mó­wiły mu po­słu­szeń­stwa.

Do­piero po chwili udało mu się od­zy­skać głos.

- Nie pa­trz­cie tam... - mó­wił ci­cho. - Na­wet nie pró­buj... - rzu­cił do Ad­riany, wi­dząc, że ta robi krok w kie­runku le­żą­cych na ziemi męż­czyzn.

- Chło­pak po­trze­buje po­mocy... - za­pro­te­sto­wała.

- Za­nim zdą­żysz im wy­ja­śnić, że je­steś pie­lę­gniarką, mogą cię za­bić - wy­szep­tał żo­nie do ucha.

- Nic mi nie... - Ada już miała coś po­wie­dzieć, ale się po­wstrzy­mała. W tej sy­tu­acji fak­tycz­nie nie po­mo­głyby jej żadne zna­jo­mo­ści.

- Szkoda go. - Ni­kola wbiła spoj­rze­nie w ciało chło­paka. - Taki był ładny...

- Taki był ładny? - Ko­bieta od­wró­ciła się do córki. - Tylko to masz do po­wie­dze­nia? Chło­piec być może trafi do szpi­tala w cięż­kim sta­nie, nie wia­domo, czy z tego wyj­dzie, a to­bie szkoda jego ład­nej buzi?

Wcale nie wia­domo, czy za­biorą go tam, czy może od razu znik­nie - po­my­ślał Krzyk.

- Wiesz, co? - Ni­kola miała gniew w oczach. - Chcesz, to idź go ra­to­wać! Jak wy­lą­du­jesz obok, to straty nie bę­dzie.

- Ci­szej! - Krzyk ner­wowo tak­so­wał oto­cze­nie wzro­kiem, szu­ka­jąc po­ten­cjal­nego za­gro­że­nia. - I nie mów tak do matki.

- Ona jest moją matką tylko z na­zwy. - Dziew­czyna w jed­nej chwili stra­ciła za­in­te­re­so­wa­nie chło­pa­kiem. - Na­sza ko­lej.

- Na­stępny! - Sto­jąca przy bra­mie funk­cjo­na­riuszka SBP jakby to sły­szała. - Szyb­ciej!

- Dziew­czyny, tylko bez żad­nych gwał­tow­nych ru­chów - stro­fo­wał Krzyk. Bał się nie o sie­bie, ale przede wszyst­kim o Ni­kolę. Chło­pak, który prze­stał się już na­wet ru­szać, nie był jed­nym na­sto­lat­kiem pró­bu­ją­cym prze­chy­trzyć SYCO, za to, gdyby mu się udało, byłby pew­nie pierw­szym. Krzyk nie mógł mieć żad­nej gwa­ran­cji, że opa­ska córki była w sta­nie fa­brycz­nym. Co gor­sza, wcale nie trzeba było ma­ni­pu­lo­wać przy urzą­dze­niu, żeby na­ra­zić się na re­ak­cję es­be­ków. Zdą­żyli już udo­wod­nić, że naj­pierw biją, a do­piero po­tem ewen­tu­al­nie za­dają py­ta­nia i spraw­dzają, czy alarm jest wy­ni­kiem za­bro­nio­nej in­ge­ren­cji, czy też awa­rii sta­dio­no­wych czyt­ni­ków uży­wa­nych tylko kilka razy w roku.

*

Na szczę­ście bramkę po­ko­nali bez pro­ble­mów i mo­gli ru­szyć na przy­dzie­lone rano miej­sca. Dra­mat, jaki ro­ze­grał się przed wej­ściem, spra­wił, że Krzyk za­po­mniał o wszyst­kim. Te­raz pra­gnie­nie przy­po­mniało o so­bie, wra­ca­jąc do niego ze zdwo­joną siłą. Wzno­sze­nie mo­dłów było bez­ce­lowe, nie pa­dało prze­cież od mie­sięcy, nie li­cząc tego jed­nego razu. Nic też nie wska­zy­wało na to, aby taki stan rze­czy miał się zmie­nić. Na błę­kit­nym nie­bie próżno było szu­kać choćby jed­nej chmury.

Tyle do­brze, że słońce wła­śnie za­częło cho­wać się za drze­wami, dzięki czemu przy­naj­mniej zna­leźli się w cie­niu. Ina­czej ko­lej­nych dwóch go­dzin ocze­ki­wa­nia na za­peł­nie­nie się sta­dionu Krzyk mógłby nie prze­trwać.

Wtem z gło­śni­ków roz­legł się tu­balny, mocny głos:

- Wi­tam wszyst­kich oby­wa­teli trze­ciej i czwar­tej ka­te­go­rii!

Wy­po­wia­da­ją­cego te słowa nie było jesz­cze wi­dać, ale i tak zgro­ma­dzeni wie­dzieli, kim jest. Pierw­szy Prze­wod­ni­czący Sa­mo­dziel­nej Ko­mórki Te­ry­to­rial­nej Par­tii - w skró­cie na­zy­wany Pierw­szym - był do­sko­nale znany wszyst­kim miesz­kań­com En­klawy Zie­lona Góra, po­cząw­szy od przed­szko­la­ków.

- Wi­taj­cie!

Krzyk roz­glą­dał się uważ­nie do­okoła. Nie szu­kał jed­nak wzro­kiem Pierw­szego, któ­rego po­stać po­ja­wiła się na wiel­kim ekra­nie za­mon­to­wa­nym nad wjaz­dem do parku ma­szyn, in­te­re­so­wali go lu­dzie zgro­ma­dzeni na sta­dio­nie, a kon­kret­nie ich liczba. Bez do­stępu do SYCO do­kładne po­li­cze­nie było nie­wy­ko­nalne, ale męż­czy­zna mógł przy­naj­mniej po­ku­sić się o orien­ta­cyjne sza­cunki. Kie­dyś, gdy dzia­łał jesz­cze miej­scowy klub żuż­lowy Fa­lu­baz, try­buny mie­ściły mniej wię­cej dwa­na­ście ty­sięcy wi­dzów. Te­raz w po­ło­wie zio­nęły pustką.

I po­my­śleć, że przed wojną Zie­lona Góra li­czyła so­bie pra­wie sto czter­dzie­ści ty­sięcy miesz­kań­ców - Krzyk wes­tchnął. Eg­ze­ku­cja zgro­ma­dziła ja­kieś sześć ty­sięcy, tylu było w En­kla­wie We­wnętrz­nej trze­cia­ków i czwar­ta­ków. Lu­dzi z wyż­szym sta­tu­sem - miesz­ka­ją­cych w En­kla­wie Ze­wnętrz­nej - była po­łowa tego, a gdyby tylko za­pa­dła de­cy­zja, też zmie­ści­liby się na sta­dio­nie. Jed­nak ich obo­wią­zek uczest­ni­cze­nia w dzi­siej­szym spek­ta­klu nie do­ty­czył, cie­szyli się licz­nymi przy­wi­le­jami, o któ­rych ni­żej usy­tu­owani w hie­rar­chii mo­gli je­dy­nie po­ma­rzyć.

Re­flek­sję prze­rwał Pierw­szy.

- Nie­któ­rzy z obec­nych tu­taj być może za­dają so­bie py­ta­nie, czy kara, jaką za chwilę wy­mie­rzymy, musi być aż tak su­rowa?

Krzyk spoj­rzał na Adę, ale z jej za­cho­wa­nia trudno było wy­czy­tać, co my­śli.

- Za­da­je­cie so­bie py­ta­nie: czy to dziecko musi umrzeć? - Po­stać Pierw­szego była pre­zen­to­wana na ekra­nie w taki spo­sób, że każdy ze zgro­ma­dzo­nych miał wra­że­nie, jakby pa­trzył mu pro­sto w oczy.

Krzyk zer­k­nął na Ni­kolę, ta wy­glą­dała na nie­obecną. Bra­ko­wało tylko, aby włą­czyła wir­tu­al­fona.

- Oby­wa­tele trze­ciej i czwar­tej ka­te­go­rii! - Na­gle Pierw­szy po­ja­wił się na sce­nie zaj­mu­ją­cej śro­dek mu­rawy - Za­daj­cie so­bie to py­ta­nie! Za­dajmy je so­bie wszy­scy!

Za­dajmy so­bie py­ta­nie, kiedy bę­dziemy mo­gli się cze­goś na­pić!!! - wrza­snął Krzyk w my­ślach.

- Za­dajmy je i od razu so­bie na nie od­po­wiedzmy! - Pierw­szy kro­czył wolno po de­skach, ni­czym ak­tor od­gry­wa­jący wy­uczoną wcze­śniej rolę.

Krzyk był chyba jed­nym z nie­wielu na sta­dio­nie, któ­rzy nie spo­glą­dali na mówcę. Za­miast tego dys­kretne przy­glą­dał się lu­dziom wo­kół. Pró­bo­wał się­gnąć pa­mię­cią, aby przy­po­mnieć so­bie, kiedy ostat­nio był tak bli­sko in­nych, ale nie po­tra­fił. Z pew­no­ścią nic ta­kiego się nie zda­rzyło w tym roku. Wy­jąt­kiem był za­kład pracy, ale tam prze­cież miał do czy­nie­nia tylko z kil­koma ko­le­gami, zresztą, nie­mal przez całą zmianę byli zwy­kle pod dys­kret­nym nad­zo­rem kie­row­nika.

- Czy to dziecko musi umrzeć? - Albo ktoś zaj­mu­jący się sprzę­tem pod­krę­cił gło­śność, albo Pierw­szy zbli­żył mi­kro­fon do ust, jego słowa brzmiały bo­wiem te­raz o wiele moc­niej.

Do Krzyka do­tarło, że zbliża się mo­ment kul­mi­na­cyjny eg­ze­ku­cji. Za­czął krę­cić się jesz­cze bar­dziej, chciał zo­ba­czyć jak naj­wię­cej twa­rzy, uśmie­chów, gry­ma­sów, wła­ści­wie chło­nął każdy de­tal wy­glądu tych, któ­rzy stali naj­bli­żej niego, za­nim tłu­mem wstrzą­śnie dzika eks­taza.

Dwa rzędy ni­żej do­strzegł męż­czy­znę ni­skiego wzro­stu, z opa­słym brzu­chem i prze­tłusz­czoną resztką wło­sów, który co rusz ner­wowo tarł pal­cami o brodę.

Na ten wi­dok Krzyk bez­wied­nie prze­je­chał dło­nią po swo­jej ły­sej gło­wie, czu­jąc w środku ukłu­cie za­zdro­ści. Kępki wło­sów Gru­basa wy­glą­dały może ka­ry­ka­tu­ral­nie, ale i tak byłby go­tów się z nim za­mie­nić, byle tylko znów móc po­czuć pod pal­cami przy­jemny do­tyk.

Cie­kawe, czy Ada i Ni­kola zwró­ciły na niego uwagę? - po­my­ślał, pa­trząc na lśniące głowy żony i córki. A może jesz­cze ktoś za­cho­wał resztę wło­sów? - Znów za­czął się roz­glą­dać.

Na­gle na­po­tkał ukrad­kowe spoj­rze­nie nie­wy­so­kiej ko­biety ze sporą nad­wagą. Spo­sób, w jaki na niego pa­trzyła, spra­wił, że aż go zmro­ziło.

Czyżby była do­no­si­cielką ty­pu­jącą po­dej­rzane osoby na po­trzeby SBP? A może znaj­do­wała się sto­pień wy­żej w hie­rar­chii, pia­stu­jąc funk­cję pro­wo­ka­torki i szy­ku­jąc pu­łapki na Bogu du­cha win­nych czwar­ta­ków?

Wtem ko­bieta się od­wró­ciła, jakby czy­tała w my­ślach Krzyka. Chwilę póź­niej raz jesz­cze spoj­rzała na niego dys­kret­nie. Tym ra­zem wi­dział już wy­raź­nie, że w jej oczach czaił się strach.

Boi się, że to ja jest ka­pu­siem? - po­my­ślał męż­czy­zna. Od razu uśmiech­nął się de­li­kat­nie, w ten spo­sób chciał nie­zna­jo­mej dać znać, że nie musi się go oba­wiać.

Ale ta mo­men­tal­nie ucie­kła wzro­kiem.

W pierw­szym mo­men­cie jej re­ak­cja wy­wo­łała w nim żal, za­raz po­tem zro­zu­miał jed­nak w czym rzecz. Od czasu za­koń­cze­nia wojny normą było do­no­sze­nie na in­nych: są­sia­dów, ko­le­gów z pracy, prze­ło­żo­nych, a na­wet człon­ków naj­bliż­szej ro­dziny. Dzieci ka­po­wały na ro­dzi­ców, mę­żo­wie na żony, a te na mę­żów. De­nun­cja­to­rzy mo­gli li­czyć na do­dat­kowe przy­działy, a naj­bar­dziej ak­tywni i sku­teczni na­wet na awans do wyż­szej ka­te­go­rii, co w przy­padku trze­cia­ków da­wało kom­fort ży­cia, o ja­kim inni mo­gli tylko po­ma­rzyć. Tych ostat­nich sy­tu­acji nie zda­rzało się wiele, były za to na­gła­śniane przez rzą­dową pro­pa­gandę i sta­wiane za przy­kład. Z każ­dym ta­kim ra­zem liczba do­no­sów ro­sła la­wi­nowo, a z miesz­kań, za­kła­dów pracy i chod­ni­ków zni­kały dzie­siątki osób. Więk­szość bez­pow­rot­nie.

Nic dziw­nego, że lu­dzie pa­trzyli na sie­bie wil­kiem, na­wet mał­żon­ko­wie bali się szcze­rze ze sobą roz­ma­wiać.

Krzyk ob­da­rzył Adę bacz­nym spoj­rze­niem. Czy ona też od­czu­wała cza­sami po­kusę, aby go po­grą­żyć? Wcale by go to nie zdzi­wiło, ostat­nio co­raz czę­ściej przy­ła­py­wał się na tę­sk­no­cie za pierw­szymi la­tami ich mał­żeń­stwa i oba­wie, że bez­pow­rot­nie ode­szły w dal. Po za­cho­wa­niu Ady wnio­sko­wał, że mo­gła mieć ta­kie same my­śli. - Jesz­cze raz: czy to dziecko musi umrzeć? - Pierw­szy ode­zwał się po dłu­giej chwili ci­szy. Od razu też sam so­bie od­po­wie­dział. - Tak, musi!

Sły­sząc te słowa, Ada od­wró­ciła się na chwilę, aby spoj­rzeć na męża. Kiedy za­sko­czona na­po­tkała jego wzrok, po­czuła nie­przy­jemny ucisk w pod­brzu­szu.

- Tak, musi! - Pierw­szy po­wtó­rzył jesz­cze gło­śniej.

Ko­bieta czuła na po­liczku pa­lący wzrok Janka. Wzięła głę­boki od­dech, ze wszyst­kich sił sta­ra­jąc się za­cho­wy­wać jak naj­bar­dziej na­tu­ral­nie. W umy­śle co­raz moc­niej tliła się jed­nak obawa, od któ­rej ugi­nały się jej ko­lana.

Po­dej­rze­wał coś?!

Gdy tylko myśl doj­rzała, od razu za­częła uspo­ka­jać samą sie­bie.

Nie­moż­liwe. Ja­nek nie mógł o ni­czym wie­dzieć!

- Musi! - Pierw­szy wrza­snął tak, że echo od­biło się od try­bun, ze zwięk­szoną siłą ude­rza­jąc w zgro­ma­dzo­nych. - To dziecko nie okra­dło mnie! - Grzmiał. - Ono nie okra­dło na­szego mia­sta! Ono nie okra­dło na­szej oj­czy­zny! Ono okra­dło wszyst­kich z was!!! - Jego wielki pa­lec wi­doczny na ekra­nie wbił się w każ­dego ze zgro­ma­dzo­nych.

Pić!

Krzyk pró­bo­wał po­ru­szyć ję­zy­kiem, ale ten był sztywny jak ko­łek. Że też Ni­kola mu­siała wszystko wy­żło­pać! Spoj­rzał na córkę, ta lewą dło­nią pró­bo­wała ukryć otwar­tego wir­tu­al­fona. Już miał wy­ra­zić swoje obu­rze­nie, kiedy do­strzegł, że po­dob­nie za­cho­wy­wało się kil­koro in­nych na­sto­lat­ków w naj­bliż­szym oto­cze­niu. Otak­so­wał wzro­kiem dal­sze rzędy, sy­tu­acja była iden­tyczna.

Ta dzi­siej­sza mło­dzież... - wes­tchnął. Na wszystko ma wy­je­bane. Nic się nie li­czy: ro­dzice, szkoła, praca, ważna jest tylko sieć.

- Oby­wa­tele! - Pa­lec Pierw­szego znik­nął z ekranu, znów po­ja­wiła się na nim jego do­bro­tliwa twarz. - A może nie po­wi­nie­nem po­dej­mo­wać de­cy­zji sa­mo­dziel­nie?

Krzyk wie­dział, do czego szef Par­tii zmie­rza i mu­siał przy­znać, że od­gry­wał swoją rolę pierw­szo­rzęd­nie. Nie zmie­niało to jed­nak faktu, że słu­chał go z obrzy­dze­niem.

- Oby­wa­tele! Może na­le­ża­łoby po­zo­sta­wić ją wam?

Sześć ty­sięcy zie­lo­no­gó­rzan mil­czało.

- Za­tem po­dej­mijmy tę de­cy­zję wspól­nie! - Pierw­szy nie zwle­kał. - Kto z was po­wie nam, co na­leży zro­bić ze zło­dzie­jem, który okradł nas wszyst­kich z naj­cen­niej­szej rze­czy, jaką mamy?

Od­po­wie­działa mu ci­sza.

- Kto po­wie, co mamy z nim zro­bić? - Pierw­szy przy­ło­żył dłoń do czoła, uda­jąc, że wy­pa­truje ochot­nika.

- Za­bić. - De­li­katny głos do­biegł gdzieś z oko­licy wie­życzki sę­dziow­skiej.

Krzyk zda­wał so­bie sprawę, że nie spo­sób tego udo­wod­nić, ale był prze­ko­nany, że au­to­rem tych słów nie był nikt ze zgro­ma­dzo­nych na try­bu­nach, cho­ciaż roz­sta­wione gę­sto mi­kro­fony po­tra­fiły wy­chwy­cić na­wet szept. Same mo­gły też jed­nak być źró­dłem dźwięku.

- Za­bić!

Tym ra­zem męż­czy­zna był już pe­wien, że ktoś na­prawdę krzyk­nął.

- Za­bić!

Nie mi­nęło kilka se­kund, gdy pierw­szym gło­som za­wtó­ro­wały ko­lejne.

- Za­bić!

- Za­bić!

- Za­bić!

- Tak! - Pierw­szy trium­fo­wał. - Za­bić!

- Za­bić! Za­bić! Za­bić!!! - Te­raz tłum wył już z nie­na­wi­ści.

Męż­czy­zna na ekra­nie po­kra­śniał z za­do­wo­le­nia. Od­cze­kał dłuż­szą chwilę, wie­dział, że to z bez­wol­nej ludz­kiej masy wy­zwoli wszel­kie po­kłady nie­na­wi­ści. Po­tem mó­wił da­lej.

- Taki krok może nie­któ­rym wy­da­wać się nie­ludz­kim, ale jest ko­nieczny, aby­śmy mo­gli dbać o na­szą oj­czy­znę, na­szą en­klawę i o nas sa­mych. - Zro­bił krótką prze­rwę dla zwięk­sze­nia efektu. - Pa­mię­taj­cie też, że mu­simy tak zro­bić dla­tego, że... - ko­lejna pauza była już dużo krót­sza - ta­kie... są...

Tłum do­koń­czył za niego.

- Pro­ce­dury!!!

- Ta­kie są pro­ce­dury! - krzyk­nął Pierw­szy raz jesz­cze.

Jan miał wra­że­nie, jakby wrza­ski wy­do­sta­jące się z gło­śni­ków pły­nęły pro­sto do jego uszu, wwier­ca­jąc się w mózg, ni­czym świ­der w miękką zie­mię.

- Wpro­wa­dzić ska­zańca! - ryk­nął Pierw­szy bez ostrze­że­nia.

Nie­mal od razu na ekra­nie po­ja­wiła się po­stać chło­paka - mógł mieć dzie­sięć, może je­de­na­ście lat - sła­nia­ją­cego się na no­gach. Był wle­czony przez dwóch ro­słych es­be­ków trzy­ma­ją­cych go pod ręce, do­dat­kowo skrę­po­wane za ple­cami. Za­nim do­tarli na scenę, mi­nęła mi­nuta, może dwie. W tym cza­sie lu­dzie mil­czeli, tylko co chwilę przez tłum prze­cho­dził ci­chy po­mruk.

Kiedy za­kła­dali mu pę­tlę na szyję, z gło­śnika roz­legł się bez­na­miętny głos lek­tora, który wszy­scy do­sko­nale ko­ja­rzyli z Dzien­nika Wie­czor­nego.

- Przy­po­mina się o za­sa­dach obo­wią­zu­ją­cych na dzi­siej­szej eg­ze­ku­cji...

Cha­rak­te­ry­styczny bas spi­kera miał przy­jemne brzmie­nie. Gdyby Krzyk nie wie­dział, czego do­ty­czy ko­mu­ni­kat, mógłby się na­wet od­prę­żyć.

- Każdy, kto w mo­men­cie kul­mi­na­cyj­nym od­wróci głowę lub zmieni po­zy­cję ciała na taką, która unie­moż­liwi re­je­stro­wa­nie ob­razu, zo­sta­nie tym­cza­sowo po­zba­wiony dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego...

Krzyk po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Ni­koli. Ta spoj­rzała na niego, za­mknęła wir­tu­al­fona, po­tak­nęła, da­jąc znać, że zro­zu­miała.

- Po­dobne kon­se­kwen­cje spo­tkają tych, któ­rzy za­sło­nią lub za­mkną oczy...

Krzyk na­brał głę­boko po­wie­trza, po czym wy­pu­ścił je z sy­kiem, pa­trząc na chło­paka, który wy­gi­nał głowę we wszyst­kich kie­run­kach, pró­bu­jąc po­zbyć się pę­tli. Nic nie mó­wił, nie krzy­czał, za­kle­jone ta­śmą usta nie były w sta­nie wy­do­być z sie­bie żad­nego dźwięku. Mu­siał wie­dzieć, że jego wy­siłki są da­remne, a i tak nie da­wał za wy­graną. Wal­czył do końca.

Męż­czy­zna miał świa­do­mość, że więk­szo­ści zgro­ma­dzo­nych na try­bu­nach los chłopca kom­plet­nie nie ob­cho­dzi i że za chwilę z dziką przy­jem­no­ścią będą wpa­try­wać się w jego wi­szące ciało, ni­czym dzicz sy­cącą się przed stu­le­ciami wal­kami gla­dia­to­rów. Oni będą pa­trzeć do­bro­wol­nie, cała reszta - tak jak on - z musu. Żadne sztuczki nie wcho­dziły w grę, na straży stały bo­wiem setki ka­mer i czuj­ni­ków SYCO roz­po­zna­ją­cych nie tylko twa­rze, ale też re­je­stru­ją­cych re­ak­cje po­szcze­gól­nych lu­dzi, ich na­strój, tem­pe­ra­turę ciała i dzie­siątki in­nych da­nych.

- Uwaga! - Pierw­szy sta­nął w roz­kroku dwa me­try przed na­sto­lat­kiem. Dał znak pod­nie­sioną ręką.

- Przy­go­to­wać się do eg­ze­ku­cji. - Głos lek­tora cały czas brzmiał tak samo spo­koj­nie.

Krzyk ze zgrozą od­no­to­wał fakt, że kilka osób w rzę­dach po­ni­żej otwo­rzyło wir­tu­al­fony i włą­czyło na­gry­wa­nie. Ro­zej­rzał się wo­kół, tych parę przy­pad­ków to był wierz­cho­łek góry lo­do­wej!

Jakby byli na me­czu żuż­lo­wym, a pod ta­śmą star­tową usta­wiało się wła­śnie czte­rech za­wod­ni­ków.

- Dzie­sięć... - Spi­ker za­czął od­li­cza­nie.

Krzyk spoj­rzał na szu­bie­nicę, dużo wy­żej niż głowa ska­zańca.

- Dzie­więć...

Opa­ska na dłoni męż­czy­zny za­drżała, ra­żąc go de­li­kat­nie prą­dem.

- Osiem...

Krzyk ją zi­gno­ro­wał.

- Sie­dem...

Na­tę­że­nie prądu wzro­sło.

- Sześć...

Za­ci­snął zęby, chcąc wy­trwać jak naj­dłu­żej.

- Pięć...

De­li­katne mro­wie­nie ustą­piło miej­sca nie­zno­śnemu pie­cze­niu.

- Cztery...

Ból po­tęż­niał z se­kundy na se­kundę.

- Trzy...

Wie­dział, że za chwilę do­trze do progu wy­trzy­ma­ło­ści.

- Dwa...

Krzyk nie dał rady wal­czyć da­lej. Cena, jaką mu­siałby za to za­pła­cić, była zbyt wy­soka. Prze­niósł wzrok na twarz chłopca.

- Je­den.

Mi­kro­fony usta­wione na sce­nie wy­ła­pały dźwięk otwie­ra­ją­cej się za­padni, a sprzęt ob­słu­gu­jący na­gło­śnie­nie na sta­dio­nie do­dat­kowo oczy­ścił go i wzmoc­nił. Za­raz po­tem ciało na­sto­latka za­częło po­dry­gi­wać, z me­ga­fo­nów dało się sły­szeć rzę­że­nie.

Krzyk miał łzy w oczach. Mo­dlił się, żeby SYCO nie uznało tego za zła­ma­nie pro­ce­dury. Nie­mal czuł, jak czuj­niki re­je­strują ruch jego ga­łek ocznych. Wie­dział, że to nie­moż­liwe, że ro­biły to nie­do­strze­gal­nie dla ludz­kich zmy­słów, ale i tak czuł się nie­swojo. Miał wra­że­nie, jakby ktoś za­glą­dał mu do wnę­trza mó­zgu.

- Ko­niec. - Lek­tor cały czas brzmiał tak, jakby czy­tał dziecku bajkę. - Eg­ze­ku­cja zo­stała za­koń­czona.

Krzyk z ulgą od­wró­cił głowę. Ode­tchnął głę­boko, pa­trząc na dzie­siątki wir­tu­al­fo­nów re­je­stru­ją­cych wciąż ru­chy dyn­da­ją­cego ciała. Wstrzą­snął nim gniew, ale mo­men­tal­nie przy­wo­łał się do po­rządku. Nic nie mógł na to po­ra­dzić.

- Po­daję dane sta­ty­styczne. - Lek­tor ode­zwał się raz jesz­cze. - Udział w eg­ze­ku­cji wzięło sześć ty­sięcy dwu­dzie­stu ośmiu oby­wa­teli, to jest sto pro­cent upraw­nio­nych. Pra­wi­dłowy udział w eg­ze­ku­cji za­li­czono sze­ściu ty­siącom dwu­dzie­stu sied­miu oby­wa­te­lom.

Krzyk po­czuł w środku ukłu­cie za­zdro­ści.

Zna­lazł się ktoś, kto po­tra­fił się wy­ła­mać!

I to nie był on...

Cwa­niak! - po­my­ślał. Pew­nie cho­wał gdzieś w domu za­pasy na czarną go­dzinę i mógł so­bie na coś ta­kiego po­zwo­lić. Cie­kawe tylko, czy re­zerwę za­wdzię­czał pro­sty­tu­owa­niu się swo­jej żony lub córki? A może wy­naj­mo­wał na go­dziny wła­sne ciało, jeż­dżąc do po­sia­dło­ści Pierw­sza­ków?! Gdyby tylko wie­dział, który to, pod­biegłby do niego i roz­szar­pał go­łymi rę­koma!

A je­śli to była ko­bieta?

Też by ją za­bił!

- Na­leży kie­ro­wać się do bra­mek wyj­ścio­wych. - Lek­tor za­czął in­stru­ować tłum. - Przy­po­mi­namy, że poza sta­dio­nową strefą bu­fo­rową obo­wią­zują prze­pisy do­ty­czące utrzy­ma­nia dy­stansu spo­łecz­nego.

Krzyk ru­szył za Adą i Ni­kolą wolno kro­czą­cymi w stronę ogro­dze­nia. Rzu­cił okiem na scenę. Ciało chłopca wciąż wi­siało na szu­bie­nicy.

Wie­dział, że nie jest to nie­fra­so­bli­wość. Wręcz prze­ciw­nie, es­becy spe­cjal­nie nie od­ci­nali ciała. Chcieli, żeby zgro­ma­dzeni na sta­dio­nie lu­dzie jak naj­dłu­żej się w nie wpa­try­wali.

Żeby scena, jaka ro­ze­grała się przed ich oczami i w ich umy­słach, za­lę­gła się tam na za­wsze. Aby pa­mię­tali o niej, kiedy tylko przy­szłaby im do głowy próba kra­dzieży choćby jed­nej ma­łej bu­telki.

Pić!

Krzyk od­wró­cił głowę, zło­rze­cząc w my­ślach mar­twemu dzie­cia­kowi. Gdyby nie prze­stęp­stwo, ja­kiego się do­pu­ścił, on nie miałby te­raz w no­gach czte­rech ki­lo­me­trów i tylu samo przed sobą w dro­dze po­wrot­nej!

Pić...

Żeby od­wró­cić uwagę od pra­gnie­nia, spoj­rzał na ze­ga­rek, starą "Ra­kietę" wy­pro­du­ko­waną jesz­cze w cza­sach ist­nie­nia Związku Ra­dziec­kiego i je­dyną pa­miątkę po ojcu, która ucho­wała się pod­czas wojny.

Szybko ob­li­czył czas, jaki upły­nął od wej­ścia na sta­dion i wy­łą­cze­nia sys­temu nad­zo­ru­ją­cego utrzy­ma­nie dy­stansu spo­łecz­nego. Je­żeli Bo­guś nie my­lił się w ob­li­cze­niach, wpro­wa­dzony pod­czas eg­ze­ku­cji tro­jan po­wi­nien zro­bić to, do czego zo­stał za­pro­jek­to­wany. Już wkrótce się tego do­wie­dzą.

A je­śli się udało...

Krzyk po­czuł, jak jego serce przy­śpie­sza. Uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie, wie­dząc do­sko­nale, że tym ra­zem nie jest to re­ak­cja na po­stę­pu­jące od­wod­nie­nie.

Je­żeli ich sza­lony i śmiały plan się po­wiódł, to...

Na tę myśl męż­czy­zna aż przy­mknął oczy.

Wresz­cie będą mo­gli za­cząć ko­pać.

Roz­dział 5

Nie­dziela 21 wrze­śnia 2031

Krzyk już dawno temu stra­cił ra­chubę, jak długo jest tu­taj prze­trzy­my­wany. Twarde sie­dzi­sko krze­sła bo­le­śnie ra­niło w po­śladki, ale i tak było to nic w po­rów­na­niu z wy­krę­co­nymi do tyłu rę­koma przy­mo­co­wa­nymi pla­sti­ko­wymi opa­skami do opar­cia. Co rusz tra­cił świa­do­mość, głowa opa­dała bez­wład­nie, po czym zry­wał się jak opa­rzony, tar­gany skur­czami mię­śni.

Na po­czątku wo­łał Ro­sjan, po­tem jed­nak, kiedy do­tarło do niego, że nie ma to sensu, prze­stał. Kilka go­dzin wcze­śniej - tak przy­pusz­czał - na­kar­mili go sło­nymi śle­dziami. To był pierw­szy po­si­łek od wielu dni, rzu­cił się na niego łap­czy­wie, zu­peł­nie nie prze­czu­wa­jąc, że pada ofiarą dia­bo­licz­nego planu.

Te­raz, kiedy z pra­gnie­nia po­woli od­cho­dził od zmy­słów, było już za późno.

Pić...

Pić.

Pić!

Pić!!!

Mię­śnie karku znów zbiły się w twardą masę, za­raz po­tem głową Krzyka wstrzą­snął pa­rok­syzm bólu.

Wtedy się obu­dził. Za­czął roz­glą­dać się nie­wi­dzą­cymi oczami, do­piero po dłuż­szej chwili do­tarło do niego, że to był tylko senny kosz­mar i że jest u sie­bie na Sło­wac­kiej 15, a nie w obo­zie je­niec­kim.

Spró­bo­wał po­ru­szać ję­zy­kiem, ale ten był rów­nie chętny do współ­pracy, co drew­niany ko­łek. Pal­cami prze­su­nął po spierzch­nię­tych war­gach, pod opusz­kami, za­miast de­li­kat­nego do­tyku, wy­czuł pa­pier ścierny.

Pić.

Wy­do­stał się z łóżka ostroż­nie, aby nie obu­dzić Ady. Za­ło­żył kap­cie, po­czła­pał do lo­dówki, szu­ka­jąc cze­goś, czym mógłby uga­sić pra­gnie­nie, cho­ciaż do­sko­nale wie­dział, że ni­czego nie znaj­dzie. Od wczo­raj­szego wie­czoru, kiedy prze­trzą­snął ją całą dwu­krot­nie, nie do­tarły żadne za­kupy.

Wtem z tyłu, za gru­bym ka­wał­kiem mor­ta­deli, do­strzegł słoik z ogór­kami ki­szo­nymi. Wy­jął go, był pu­sty, nie li­cząc sa­mot­nej ło­dygi ko­perku. Pod­niósł na­czy­nie, przy­tknął do warg, prze­chy­lił, spły­nęły dwie, może trzy kro­ple.

Pić!

Się­gnął pa­lu­chami po ko­pe­rek, wy­cią­gnął go nie bez pro­ble­mów. Uniósł dłoń nad usta, ści­snął ile sił. Kilka kro­pel wpa­dło pro­sto do gar­dła. Za­krztu­sił się i za­nim zdą­żył za­re­ago­wać, to, z czego przed chwilą tak się cie­szył, le­żało na pod­ło­dze.

Kurwa! - za­klął w my­ślach.

Gdzie jesz­cze mo­gło być coś do pi­cia?! Ma­lina rzadko cho­wała bu­telki, zwy­kle wy­pi­jała za­war­tość, nie my­śląc o tym, co bę­dzie za kilka, kil­ka­na­ście go­dzin, wie­działa, że on za­wsze się z nią po­dzieli, choćby ostat­nim ły­kiem. Zu­peł­nie in­nym po­dej­ściem cha­rak­te­ry­zo­wała się Ada: za­wsze miała za­cho­mi­ko­wany za­pas, któ­rym cza­sami się dzie­liła, o ile miała aku­rat do­bry na­strój. Wie­dział gdzie, ale to było nie­istotne, gdyż szafki strzegł sze­ścio­cy­frowy kod.

Wtem za ple­cami po­czuł czy­jąś obec­ność.

- Szu­kasz mo­jej wła­sno­ści?

- Nie - od­po­wie­dział zgod­nie z prawdą.

Ada mu nie uwie­rzyła. Po­de­szła do szafki, jedną ręką za­sło­niła pa­nel, drugą wstu­kała kom­bi­na­cję.

Ci­chy trzask po­wia­do­mił go, że drzwiczki się otwo­rzyły.

- Masz szczę­ście. - Za­trza­snęła je z po­wro­tem, po czym znik­nęła w drzwiach sy­pialni.

Krzy­kowi ode­szła ochota, aby wra­cać do wspól­nego łóżka. Skie­ro­wał się więc w stronę bal­konu.

- Tak, mam szczę­ście... - rzu­cił sar­ka­stycz­nie pod no­sem, kiedy miał już pew­ność, że Ada nie może tego usły­szeć. - Szcze­gól­nie do mał­żonki.

*

Prze­je­chał pal­cami po ba­lu­stra­dzie, ale - tak, jak się spo­dzie­wał - nie zna­lazł choćby kro­pli rosy. Na to było za cie­pło. Upały w końcu wrze­śnia ni­kogo już nie dzi­wiły, ale ta noc była nad­zwy­czaj cie­pła: ter­mo­metr po­ka­zy­wał dwa­dzie­ścia dwie kre­ski.

Wbił wzrok w blok na­prze­ciwko, a ra­czej w jego ru­iny gi­nące w ni­kłym świe­tle gwiazd. Po­dob­nie jak więk­szość bu­dyn­ków na dwóch są­sied­nich osie­dlach - Przy­jaźni i Łu­życ­kim - zo­stał znisz­czony pod­czas na­lotu wojsk NATO chcą­cych wy­przeć z mia­sta Ru­skich. Ope­ra­cja się udała, ale za­bu­dowa mocno ucier­piała. Kie­dyś były to jedne z naj­więk­szych sy­pialni Zie­lo­nej Góry, te­raz do za­miesz­ka­nia nada­wało się za­le­d­wie kilka blo­ków. Krzyk nie mógł jed­nak na­rze­kać, jego ro­dzinne mia­sto i tak miało mnó­stwo szczę­ścia. Nie­od­le­gły Ża­gań zo­stał zrów­nany z zie­mią przez wy­buch bomby ato­mo­wej. Wy­pa­ro­wał w jed­nej chwili.

Prze­su­nął dło­nią po róż­no­ko­lo­ro­wych roz­chod­ni­kach sto­ją­cych na pa­ra­pe­cie, ale były rów­nie su­che, co po­ręcz. Ma­rze­nia oka­zały się płonne. A prze­cież miał pod­stawy, aby li­czyć na uśmiech for­tuny. W tym mie­siącu tra­fiły się aż trzy dni z rosą, wtedy udało mu się uzbie­rać pra­wie całą bu­telkę. Co od­waż­niejsi są­sie­dzi wy­cho­dzili na da­chy, do mo­mentu, w któ­rym je­den z nich spadł, ła­miąc kark.

Więk­sze plony można by było ze­brać z resz­tek traw­nika przed bu­dyn­kiem, ale tam obo­wią­zy­wał za­kaz ści­śle eg­ze­kwo­wany przez SBP. Nikt nie ry­zy­ko­wał, ten re­jon był pil­no­wany przez ka­mery SYCO, w od­róż­nie­niu od bloku: klatka scho­dowa i miesz­ka­nia były je­dy­nymi miej­scami po­zba­wio­nymi szpie­gow­skiej apa­ra­tury. Wy­jąt­kiem były czuj­niki re­je­stru­jące tem­pe­ra­turę do­mow­ni­ków i pre­zen­tu­jące ją na zbior­czej ta­blicy umiesz­czo­nej w wia­tro­ła­pie.

Krzyk usiadł na pla­sti­ko­wym krze­śle, się­gnął do sznurka, chwy­cił za slipy, przy­su­nął je do nosa. Wciąż wa­liły tym słod­kim środ­kiem do pra­nia na su­cho. Pre­pa­rat był rów­nie sku­teczny, co tra­dy­cyjne płyny uży­wane przed wojną, ale miał je­den fe­ler: ubra­nia na­sią­kały fe­to­rem. Zgod­nie z za­pew­nie­niami pro­du­centa wy­star­czyły dwa­dzie­ścia cztery go­dziny in­ten­syw­nego wie­trze­nia, aby się go po­zbyć, ale jego nos miał na ten te­mat inne zda­nie. Nie mó­wiąc już o tym, że trak­to­wana w ten spo­sób bie­li­zna gry­zła ciało po­dob­nie do wełny. Ni­gdy nie przy­zwy­czaił się do tego i gdy tylko była moż­li­wość, po kry­jomu ro­bił krót­kie tra­dy­cyjne pra­nie w pracy, pod prysz­ni­cem.

Szkoda, że wczo­raj się nie udało - syk­nął pod no­sem, a jego my­śli po­wę­dro­wały do Ła­zika. Na samo wspo­mnie­nie o wy­da­rze­niu w szatni, prze­szedł go nie­przy­jemny dreszcz. Cie­kawe, co Mi­łosz usły­szał w biu­rze dy­rek­tora...

Tam pew­nie nie był już taki butny, jak mię­dzy ko­le­gami... Albo głupi...

Nie, Ła­zik nie jest głupi - Krzyk stro­fo­wał sa­mego sie­bie. Może i Drą­gal - jak go na­zy­wali - był z po­zoru gbu­rem, ale tylko z po­zoru, bo taką rolę od­gry­wał, nie do końca chyba zda­jąc so­bie z tego sprawę. Na­wet są­sie­dzi - a miesz­kał w na­stęp­nej klatce - mieli o nim różne zda­nie.

Też bym pew­nie tak ro­bił, żeby nie po­stra­dać do końca zmy­słów - wes­tchnął. W wo­do­cią­gach - jak też w ich bloku - chyba wszy­scy ko­ja­rzyli, że Ła­zik słu­żył wcze­śniej w Kor­pu­sie Ochrony Rol­nic­twa, trzy­ma­jąc pie­czę nad Po­wszech­nym Go­spo­dar­stwem Rol­nym w No­wym Mia­steczku. Jed­nak o tym, co go tam spo­tkało, wie­dzieli nie­liczni, Krzyk był jed­nym z nich.

Głów­nym za­da­niem funk­cjo­na­riu­szy KOR-u była straż nad try­ska­czami na­wad­nia­ją­cymi pola. Ofi­cjal­nie przed zor­ga­ni­zo­wa­nymi szaj­kami zło­dziei, tak na­prawdę jed­nak cho­dziło o to, aby upra­wia­ją­cym je rol­ni­kom unie­moż­li­wić wy­ko­rzy­sty­wa­nie ich do ce­lów pry­wat­nych.

Któ­rejś nocy, pod­czas sa­mot­nej służby, Ła­zika za­sko­czył ha­łas w od­le­głym ka­wałku pola. Był pe­wien, że ma do czy­nie­nia z bandą zło­dziei, a zgod­nie z przy­słu­gu­ją­cym mu pra­wem - i roz­ka­zami, któ­rych mu­siał się ści­śle trzy­mać - nie mu­siał po­twier­dzać po­dej­rzeń, mógł od razu otwie­rać ogień, co też uczy­nił. Do­piero chwilę po­tem, już w świe­tle la­tarki, do­strzegł, z kim ma do czy­nie­nia.

Krzyk do­sko­nale ko­ja­rzył ten frag­ment opo­wie­ści Drą­gala. Sły­szał ją tylko raz, ale wryła mu się w pa­mięć.

Dwie dziew­czynki mo­gły mieć sześć, może sie­dem lat, chło­piec był od nich dużo młod­szy. Le­żeli z roz­rzu­co­nymi rę­koma i no­gami, ską­pani we wła­snej krwi, w rącz­kach cały czas trzy­mali li­trowe bu­telki.

Ła­zik nie był w sta­nie roz­po­znać po­bru­dzo­nych bło­tem twa­rzy, ale nie mu­siał, sko­ja­rzył ubranka i wie­dział, że to dzieci miej­sco­wych rol­ni­ków.

Tego sa­mego dnia o star­ciu funk­cjo­na­riu­szy KOR-u z bandą sza­brow­ni­ków trą­biły już wszyst­kie me­dia, a sam Drą­gal zo­stał od­zna­czony me­da­lem "Za udział w wal­kach w obro­nie wła­dzy de­mo­kra­tycz­nej" wrę­czo­nym przez sa­mego pre­zy­denta kraju. Par­tia za­pla­no­wała liczne spo­tka­nia z mło­dzieżą i pre­lek­cje dla do­ro­słych w ca­łym kraju, ale Ła­zik do nich nie do­trwał. Prze­szedł gwał­towne za­ła­ma­nie ner­wowe i tra­fił do szpi­tala.

Po­tem, za­nim zdą­żył po­pro­sić o zwol­nie­nie ze służby z przy­czyn zdro­wot­nych, prze­nie­siono go na rentę za­wo­dową i umoż­li­wiono sta­ra­nie się o przy­ję­cie do in­nej pracy. Od czasu, kiedy zna­lazł za­trud­nie­nie w wo­do­cią­gach, zda­rzały mu się dziwne wy­soki. Więk­szość pra­cow­ni­ków brała je za eks­tra­wa­gan­cję, tylko kilka osób wie­działo, co leży u ich pod­łoża.

Ale jak do tej pory, ni­gdy nie wy­sko­czył z czymś tak po­waż­nym, jak wczo­raj.

Krzy­kowi na­gle zro­biło się żal ko­legi. Pu­bliczna mowa nie­na­wi­ści to był gruby ka­li­ber i je­dyne, na co można było jesz­cze li­czyć, to że dawne za­sługi ura­tują go przed za­ku­sami De­par­ta­mentu Zdro­wia Pu­blicz­nego Oby­wa­teli i SBP.

Jed­nak nie tylko Ła­zik był w nie­bez­pie­czeń­stwie. Krzyk i Ko­wal­ski też mo­gli obe­rwać ry­ko­sze­tem. Es­be­kom wy­star­czyłby fakt, że czę­sto pra­co­wali na tych sa­mych zmia­nach, już to mo­gło zo­stać pod­cią­gnięte jako udział w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie dy­sy­den­tów.

Na tę myśl Krzyk po­czuł, że robi mu się słabo. Wie­dział, że przez ja­kiś czas dałby radę wy­trzy­mać prze­słu­cha­nie, ale i on - jak każdy inny oby­wa­tel en­klawy - miał swoje gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści. A funk­cjo­na­riu­sze SBP po­tra­fili je prze­kra­czać.

Prze­cież z dru­giej strony są na­gra­nia SYCO! To był ja­sny do­wód, że tylko Drą­gal od­zy­wał się w nie­do­zwo­lony spo­sób, a on i Ko­wal­ski je­dy­nie stali obok! - Zła­pał się tej my­śli. Poza tym, była jesz­cze na­dzieja, że nie aresz­tują na­raz trzech pra­cow­ni­ków oczysz­czalni. W końcu był to za­kład stra­te­giczny, a ich trójka była jedną z naj­bar­dziej do­świad­czo­nych.

Ale w en­kla­wie nie ma lu­dzi nie­za­stą­pio­nych - Krzy­kowi przy­po­mniały się jego wła­sne słowa.

Pić!

Gar­dło za­częło pa­lić bó­lem. Krzyk wie­dział, że musi coś zro­bić, ina­czej zwa­riuje. Wró­cił do kuchni, otwo­rzył lo­dówkę z moc­nym po­sta­no­wie­niem zna­le­zie­nia cze­goś do je­dze­nia, czym mógłby choć spró­bo­wać przy­kryć pra­gnie­nie. Prze­sta­wiał ko­lejne po­jem­niki, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać. Wresz­cie wy­brał pla­cek mar­chew­kowy. Nie prze­pa­dał za nim, ale przy­naj­mniej cia­sto po­winno być tro­chę na­siąk­nięte.

Kiedy za­mknął lo­dówkę, ta za­pro­te­sto­wała pi­skli­wym alar­mem.

Pierw­sze śnia­da­nie jest naj­waż­niej­szym po­sił­kiem dnia. Je­dze­nie sło­dy­czy wy­czer­puje zna­miona zła­ma­nia dys­cy­pliny zwią­za­nej z pi­ra­midą zdro­wego ży­wie­nia.

Krzyk spoj­rzał na tekst wy­świe­tlany na ekra­nie lo­dówki, po czym wy­pro­sto­wał pa­lec środ­kowy pra­wej dłoni.

Wró­cił na bal­kon, za­jął miej­sce z po­wro­tem na krze­sełku, wpa­tru­jąc się w ho­ry­zont, który za­czy­nał wła­śnie na­bie­rać czer­wo­nego ko­loru. Wziął do ust pierw­szy kęs cia­sta. Sma­ko­wało obrzy­dli­wie - od razu dało się wy­czuć, że mar­chewka użyta do jego przy­rzą­dze­nia była pa­stewna - ale nie miał wy­boru. Naj­waż­niej­sze, że gar­dło prze­stało pa­lić bó­lem. Za­mknął oczy, wy­obra­ził so­bie, że za­jada się szar­lotką.

Na­gle ci­szę prze­rwał dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści - ese­mesa z Cen­trum Bez­pie­czeń­stwa Rządu - CY­BORGA, jak na­zy­wano tę wszech­władną in­sty­tu­cję, obok Służby Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwa naj­bar­dziej znie­na­wi­dzoną przez trze­cia­ków i czwar­ta­ków. Pe­łen złych prze­czuć, odło­żył ta­le­rzyk z cia­stem, uru­cho­mił wir­tu­al­fona, ode­brał wia­do­mość i aż się skrzy­wił.

W związku z nie­obec­no­ścią ma­ło­let­niego członka ro­dziny o nu­me­rze iden­ty­fi­ka­cyj­nym IV201507 w za­sięgu ekranu pod­czas trans­mi­sji wie­czor­nego wy­da­nia Dzien­nika Wie­czor­nego, na pod­sta­wie ar­ty­kułu 15 azzz' ustawy z dnia 13 kwiet­nia 2030 roku o zmia­nie ustawy z dnia 12 kwiet­nia 2030 roku oraz ustawy z dnia 13 sierp­nia 2030 roku na­ło­żona zo­stała kara zmniej­sze­nia dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego o sześć pro­cent na okres dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin. Przed­mio­towa de­cy­zja wcho­dzi w ży­cie w mo­men­cie jej ogło­sze­nia w dzien­niku na­gród i kar oby­wa­teli En­klawy Zie­lona Góra i nie pod­lega za­skar­że­niu na pod­sta­wie ar­ty­kułu 17 bcdzw ustawy z dnia 25 wrze­śnia 2030 roku o zmia­nie ustawy z dnia 16 kwiet­nia 2030 roku.

Kurwa! - za­wył w my­ślach. Ada znowu nie do­pil­no­wała Ma­liny, gdy jego nie było w domu! A prze­cież, kiedy wczo­raj wie­czo­rem wró­cił z pracy i spy­tał o fre­kwen­cję, żona za­rze­kała się, że nie ma się czym mar­twić!!!

Ona się nie mar­twiła, bo miała swoją szafkę z ko­dem, ale on miał jedno wiel­kie gówno!

Skrył w głowę w ra­mio­nach, chciał się roz­pła­kać, ale łzy nie na­pły­wały do oczu.

Ja pier­dolę! - wrza­snął w gło­wie.

Wcią­gnął po­wie­trze, wy­pu­ścił je z sy­kiem, pró­bu­jąc się uspo­koić. Miał ochotę wpa­ro­wać do sy­pialni, szarp­nąć Adą parę razy, a po­tem po­wie­dzieć jej kilka cierp­kich słów. To by...

Wła­śnie.

Co by to zmie­niło?

Nic.

Ale przy­naj­mniej mógłby wy­ła­do­wać złość!

Wstał, pchnął drzwi ręką i już miał po­sta­wić stopę w po­koju, gdy ja­kiś sze­lest przy­cią­gnął jego uwagę.

Od­wró­cił się, wy­tę­żył wzrok.

Za­uwa­żył ich od razu, zresztą, wcale nie kryli się ze swoją obec­no­ścią. Mimo że słońce jesz­cze do­brze nie wze­szło, było ich wi­dać jak na dłoni.

Bru­nat­nych mun­du­rów Służby Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwa nie spo­sób było po­my­lić z uni­for­mami żad­nej in­nej for­ma­cji. Długa broń, w jaką byli wy­po­sa­żeni oraz ka­ski i ka­mi­zelki ku­lo­od­porne wska­zy­wały, że są człon­kami jed­nostki an­ty­ter­ro­ry­stycz­nej.

Za tu­zi­nem funk­cjo­na­riu­szy biegł ja­kiś męż­czy­zna w cy­wil­nym ubra­niu z ka­merą opartą na ra­mie­niu. Krzyk nie mu­siał wy­si­lać oczu, wie­dział do­sko­nale, że to pra­cow­nik TWP - Te­le­wi­zji Pań­stwo­wej, je­dy­nej dzia­ła­ją­cej od czasu za­koń­cze­nia wojny.

Wtem do­tarło do niego, że an­ty­ter­ro­ry­ści zmie­rzają w kie­runku jego bloku.

Przy­je­chali po mnie! - Krzyk chciał wy­co­fać się z bal­konu, zejść z pola wi­dze­nia es­be­kom, ale nogi od­mó­wiły mu po­słu­szeń­stwa.

Ła­zik, żeby ra­to­wać wła­sną skórę, nadał dy­rek­to­rowi coś na niego! Skur­wy­syn!!!

Krzyk cały czas stał jak słup soli.

Po Ko­wal­skiego też wła­śnie szli?

Krzyk pa­trzył, jak funk­cjo­na­riu­sze zbli­żają się z każdą se­kundą.

Po­sta­no­wił, że nie bę­dzie wal­czył. Opór nie miał sensu, a mógł tylko za­szko­dzić córce.

An­ty­ter­ro­ry­ści byli już na wy­so­ko­ści wej­ścia do jego klatki scho­do­wej.

Nie skrę­cili, po­su­wali się da­lej pro­sto.

Mi­nęła se­kunda, może dwie, za­nim umysł Krzyka od­no­to­wał ten fakt i od­po­wied­nio go prze­two­rzył.

Es­becy wcho­dzili już do są­sied­niej klatki.

Do tej, w któ­rej miesz­kał Drą­gal!

Pod Krzy­kiem ugięły się ko­lana.

An­ty­ter­ro­ry­ści przy­je­chali po Ła­zika, nie po niego!

Oszo­ło­miony za­mru­gał oczami, za­raz po­tem po­czuł, że wy­peł­niają się łzami szczę­ścia.

Się­gnął do po­wiek pal­cami, de­li­kat­nie po­tarł nimi skórę, za­raz po­tem przy­ło­żył je do ust.

Kro­ple miały słony po­smak, ale ani tro­chę mu to nie prze­szka­dzało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 3

Ada we­szła do dy­żurki pie­lę­gniar­skiej, po­włó­cząc ze zmę­cze­nia no­gami. Pier­wot­nie gra­fik prze­wi­dy­wał dzie­się­cio­go­dzinną zmianę, ale była w szpi­talu już o po­łowę dłu­żej.

Otwo­rzyła szafkę za­bez­pie­czoną ko­dem, spoj­rzała na dwie li­trowe bu­telki, jedną z dzi­siej­szego przy­działu dla przed­sta­wi­ciela za­wodu za­ufa­nia spo­łecz­nego, drugą bę­dącą wy­ni­kiem oszczęd­nego go­spo­da­ro­wa­nia w mi­nio­nym ty­go­dniu. W tej pierw­szej zo­stała może jedna trze­cia, miała na­dzieję, że wy­star­czy do końca pracy. Gdyby udało jej się do­trwać na tej resztce, cały litr mo­głaby zo­sta­wić so­bie na czarną go­dzinę. A tej mo­gła spo­dzie­wać się wkrótce, na szpi­tal­nych ko­ry­ta­rzach co­raz gło­śniej mó­wiło się o ko­lej­nej ob­niżce. Nie dys­ku­to­wano już o tym, czy ona na­stąpi, ale kiedy i jak do­tkliwa się okaże.

Spraw­dziła czas na ze­ga­rze wi­szą­cym nad drzwiami i po­czuła pie­cze­nie pod po­wie­kami. Wie­działa, że dy­rek­cja ma prawo we­zwać każ­dego pra­cow­nika - le­ka­rza i pie­lę­gniarki też - bez względu na usta­lony wcze­śniej gra­fik, tak samo, jak może prze­dłu­żyć mu dy­żur. W teo­rii wy­tyczne obo­wią­zy­wały wszyst­kich za­trud­nio­nych, ale w prak­tyce eg­ze­kwo­wano je tylko od pra­cow­ni­ków trze­ciej i czwar­tej ka­te­go­rii: sa­lo­wych, sprzą­ta­czek i pra­cow­ni­ków go­spo­dar­czych. A po­nie­waż per­so­nel me­dyczny z za­ło­że­nia był przy­pi­sany do dwóch pierw­szych grup, le­ka­rze i pie­lę­gniarki nie mu­sieli się o to mar­twić. W ich przy­padku we­zwa­nia w try­bie pil­nym zda­rzały się spo­ra­dycz­nie, naj­wy­żej kilka razy w roku i ni­gdy nie miały cha­rak­teru re­pre­sji.

Ona znaj­do­wała się w dia­me­tral­nie in­nym po­ło­że­niu. Jako je­dyna pie­lę­gniarka nie­na­le­żąca do Pierw­sza­ków i Dru­gich, była wy­ko­rzy­sty­wana do gra­nic moż­li­wo­ści fi­zycz­nych i psy­chicz­nych, o ile już ich nie prze­kro­czyła. Wła­ści­wie ni­gdy nie wie­działa, o któ­rej go­dzi­nie wróci do domu ani też kiedy od­bie­rze wia­do­mość na­ka­zu­jącą sta­wie­nie się do pracy w prze­ciągu dwóch go­dzin.

Raz jesz­cze skon­tro­lo­wała czas. Do końca re­gu­la­mi­no­wej prze­rwy miała jesz­cze kwa­drans. Po­ło­żyła się na ko­zetce, przy­ło­żyła głowę do wy­mię­to­szo­nej po­duszki. Za­mknęła oczy i wła­śnie wtedy za­dźwię­czał dzwo­nek in­ter­komu.

Pod­nio­sła się, ale umę­czone ciało za­pro­te­sto­wało i stra­ciła rów­no­wagę.

Te­le­fon cały czas dźwię­czał gło­śno.

Syk­nęła, ura­ziw­szy kon­tu­zjo­wany kilka ty­go­dni wcze­śniej ło­kieć.

Brzę­cze­nie było co­raz bar­dziej na­tar­czywe.

Wie­działa, że musi pod­nieść słu­chawkę.

Zgło­siła się. Dzwo­nili z dol­nego SOR-u.

- Tak... Już idę... - Po­pra­wiła wy­gnie­ciony far­tuch i wy­szła z dy­żurki.

Do celu nie miała da­leko, ale po dro­dze mu­siała przejść przez kilka za­tę­chłych ko­ry­ta­rzy. Z wi­szą­cych nad gło­wami rur od­pa­dały płaty farby. Nie le­piej pre­zen­to­wały się ściany po­cią­gnięte szarą ema­lią. Spod nie­któ­rych wiel­kich dziur wy­ła­niały się plamy ple­śni i grzyba.

Oświe­tle­nie szwan­ko­wało, mu­siała uwa­żać, aby nie po­tknąć się na wy­szczer­bio­nych ka­flach, po­ło­żo­nych chyba jesz­cze w po­przed­nim stu­le­ciu.

Wresz­cie do­tarła do wiel­kiej sali ja­kiś czas temu prze­ro­bio­nej na po­cze­kal­nię. Nie­wiele osób ze sobą roz­ma­wiało, więk­szość sie­działa na le­pią­cych się ław­kach, za­cho­wu­jąc prze­pi­sowy dy­stans. Gdyby nie do­bie­ga­jące ze­wsząd jęki i płacz ma­łych dzieci, można by to miej­sce wziąć za halę dwor­cową.

Tak, jak się spo­dzie­wała, liczba pa­cjen­tów, jaką wi­działa przed prze­rwą, ani tro­chę się nie zmniej­szyła. Nie­któ­rzy tkwili już tak długo, że roz­po­zna­wała ich twa­rze. Mi­mo­cho­dem zer­k­nęła na wielki no­wo­cze­sny mo­ni­tor za­wie­szony na du­żej ścia­nie, ni­jak nie­pa­su­jący do jej odra­pa­nej i brud­nej po­wierzchni. Spraw­dziła tem­pe­ra­turę ciała wid­nie­jącą przy każ­dym nu­me­rze iden­ty­fi­ka­cyj­nym, po­tem skon­tro­lo­wała jesz­cze czas ocze­ki­wa­nia na po­radę.

Re­kor­dzi­sta prze­kro­czył już osiem­na­ście go­dzin.

A po­my­śleć, że to jest spo­kojny dzień... - wes­tchnęła w du­chu, po­tem z punktu in­for­ma­cyj­nego ode­brała kartę pa­cjenta, we­szła z nią do ga­bi­netu.

Chwilę póź­niej po­ja­wiła się w nim ko­bieta z twa­rzą po­oraną głę­bo­kimi zmarszcz­kami, trzy­ma­jąca za rękę dziecko z za­ban­da­żo­waną głową.

Ada zer­k­nęła w do­ku­ment, chło­piec miał sie­dem lat.

- Co się stało? - spy­tała, za­kła­da­jąc rę­ka­wiczki la­tek­sowe.

- Spadł z huś­tawki i roz­ciął so­bie głowę - od­po­wie­działa matka. - Do­stał na to zgodę! - do­dała szybko.

- Na roz­bi­cie głowy? - spy­tała Ada ma­chi­nal­nie.

- Na sko­rzy­sta­nie z huś­tawki - wy­ja­śniła. - Za­re­je­stro­wa­li­śmy się zgod­nie z pra­wem.

- Mogę zo­ba­czyć? - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­częła od­wi­jać ban­daż prze­siąk­nięty krwią.

Sta­rała się ro­bić to de­li­kat­nie, ale chło­piec i tak za­czął pła­kać z bólu.

- Pa­skudna rana... - po­wie­działa, pa­trząc na głę­bo­kie roz­cię­cie. - Trzeba szyć.

- Długo bę­dziemy mu­sieli na to cze­kać? - Ko­bieta przy­tu­liła syna do piersi, za­częła go gła­skać po po­liczku.

Ada spraw­dziła coś szybko w kar­cie.

- Nie ma jesz­cze wy­ni­ków ba­dań na obec­ność wi­ru­sów w or­ga­ni­zmie - wy­ja­śniła. - Do­póki nie do­trą, nie można zro­bić za­biegu.

- Prze­cież to tylko kilka szwów! - Pierw­szy raz od wej­ścia do ga­bi­netu ko­bieta pod­nio­sła głos. - Parę mi­nut i po spra­wie...

- Przy­kro mi. - Ada roz­ło­żyła wy­mow­nie ręce. - Ta­kie są pro­ce­dury.

- Pro­ce­dury? - Miała łzy w oczach. - Cze­kamy już pra­wie sześć go­dzin... On cierpi...

Jakby na do­wód tego chło­piec za­łkał ci­cho.

- Bez wy­ni­ków po­moc me­dyczna nie może zo­stać udzie­lona. - Pie­lę­gniarka wzno­siła się na wy­żyny cier­pli­wo­ści. Nie ona sta­no­wiła prawo, nie ona po­winna za­tem tłu­ma­czyć się pa­cjen­tom.

- A je­śli ta rana by­łaby za­gro­że­niem ży­cia, to co wtedy?

- Już pani po­wie­dzia­łam: ta­kie są pro­ce­dury i mu­simy się ich trzy­mać.

- Ile to może po­trwać?

- To za­leży od la­bo­ra­to­rium. - Jak miała po­wie­dzieć matce tego dziecka, że wy­niki mogą być za kwa­drans, ale rów­nie do­brze ju­trzej­szego rana.

Ko­bieta przy­ło­żyła dło­nie do uszu syna.

- A je­śli wda się za­ka­że­nie? - spy­tała.

- Wtedy trzeba bę­dzie go przez kilka dni po­ło­żyć na od­dziale. - Nie do­dała już, że wcze­śniej trzeba by zna­leźć ja­kieś wolne łóżko, o co ła­two nie bę­dzie.

- Kilka dni? - Była prze­ra­żona. - A na które pię­tro go za­bie­rze­cie? - wy­szep­tała. - Na trze­cie?

Ada za­prze­czyła krót­kim ru­chem głowy. Nie mu­siała py­tać ko­biety o sta­tus, na ten SOR tra­fiali tylko trze­ciaki i czwar­taki, a im moż­li­wość sko­rzy­sta­nia z po­li­kli­niki - wy­po­sa­żo­nej w naj­no­wo­cze­śniej­szy sprzęt i ob­słu­gi­wany przez naj­lep­szą ka­drę - nie przy­słu­gi­wała.

- Czyli na dru­gie? - Ko­bieta nie miała już cie­nia wąt­pli­wo­ści. - Tam... - Znów przy­sło­niła sy­nowi uszy, ale nie­po­trzeb­nie, za­snął. - Tam jest tylko umie­ral­nia... Przyj­mu­je­cie pa­cjen­tów... Kła­dzie­cie ich do łó­żek... I cze­ka­cie, aż umrą...

- Po­sta­ram się spraw­dzić, czy la­bo­ra­to­rium nie mo­głoby się tro­chę po­śpie­szyć...

- Dzię­kuję! - Uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią, ale za­raz po­tem przez jej twarz prze­biegł gry­mas bólu.

- Do­brze się pani czuje? - spy­tała Ada in­stynk­tow­nie.

- To nic... - Gwał­tow­nie po­krę­ciła głową.

- Mdli pa­nią? - Za­częła się jej bacz­nie przy­glą­dać. - Kiedy pani ostat­nio ja­dła?

- Nie pa­mię­tam... - Zmru­żyła oczy.

Pie­lę­gniarka opu­ściła wzrok ni­żej, na brzuch, i już wie­działa. Le­d­wie było wi­dać, je­śli miała ra­cję, to był do­piero drugi mie­siąc. Dwu­krot­nie otwo­rzyła prawą dłoń, uru­cho­miła wir­tu­al­fona, spraw­dziła w sys­te­mie dane ko­biety. Ostat­nią wi­zyta u gi­ne­ko­loga miała trzy lata temu.

- Chło­piec czy dziew­czynka?

- Słu­cham?! - Ko­bieta udała, że nie ro­zu­mie.

- Pani jest w ciąży, prawda? - spy­tała ci­cho.

- Skąd... - Pró­bo­wała ukryć zde­ner­wo­wa­nie.

- Nie oszuka mnie pani.

- Ni­kogo nie chcę oszu­ki­wać... Tak... Je­stem... - Ko­bieta się pod­dała. Wie­działa, że prę­dzej czy póź­niej prawda i tak wyj­dzie na jaw. Może na­wet od­czu­wała coś na kształt ulgi, że to już się stało. - Nie znam płci. Ba­da­nie jest ta­kie dro­gie...

- Ma pani zgodę ko­mi­sji? - Za­nim Ada skoń­czyła py­tać, znała już od­po­wiedź.

- A po co to pani wie­dzieć?

Pie­lę­gniarka chwy­ciła kartę chłopca, ru­szyła do wyj­ścia.

- Prze­pra­szam, to nie pani wina... - Ko­bieta ści­szyła głos. - Nie do­sta­li­śmy po­zwo­le­nia. Mąż sta­rał się w za­kła­dzie pracy... Ja też... Bez efektu.

- Re­gu­la­min na­ka­zuje mi po­in­for­mo­wa­nie pa­nią o kon­se­kwen­cjach... - Ada źle czuła się w tej roli, ale nie miała wyj­ścia. Gdyby wy­szło na jaw, że nie do­peł­niła obo­wiązku, stra­ci­łaby prawo wy­ko­ny­wa­nia za­wodu. - Mu­szę też od­no­to­wać w sys­te­mie fakt prze­pro­wa­dze­nia tej roz­mowy.

Ko­bieta wzdry­gnęła się ner­wowo.

- Coś pani po­wiem, tak od sie­bie... - Ada mó­wiła nie­mal nie­do­sły­szal­nie. - Bez zgody ko­mi­sji nie zwięk­szą wam dzien­nego przy­działu ro­dzin­nego. Sztucz­nego mleka dla dziecka też nie do­sta­nie­cie.

- Prze­cież mo­żemy pod­pi­sać zo­bo­wią­za­nie o od­pra­co­wa­niu do­dat­ko­wego przy­działu przez dziecko po uzy­ska­niu przez nie peł­no­let­no­ści... Trze­ciaki i czwar­taki mają taką moż­li­wość! - Jej oczy za­szkliły się łzami.

- Tylko wtedy, je­śli wcze­śniej uzy­skają zgodę ko­mi­sji na zaj­ście w ciążę.

W od­po­wie­dzi ko­bieta tylko ci­cho jęk­nęła.

- Bę­dzie pani mu­siała kar­mić pier­sią, a wtedy trzeba pić dużo wię­cej niż zwy­kle - tłu­ma­czyła Ada da­lej. - Ma­cie z mę­żem sie­dem mie­sięcy na przy­go­to­wa­nie za­pa­sów.

- Oboje pra­cu­jemy sie­dem­dzie­siąt dwie go­dziny ty­go­dniowo... - Ob­li­czyła szybko w my­ślach. - Do tego do­cho­dzi jesz­cze zdalne na­ucza­nie... - Po­ka­zała na chłopca, który cały czas spał. - Nie mamy jak wy­ro­bić do­dat­ko­wego li­mitu...

Pie­lę­gniarka miała już coś po­wie­dzieć, ale drzwi do ga­bi­netu otwo­rzyły się z hu­kiem, sta­nął w nich Bła­żej Bach, or­dy­na­tor od­działu we­wnętrz­nego.

- Pani po­zwoli ze mną. - Wy­ce­dził, pa­trząc na Adę.

- Już idę, pa­nie dok­to­rze. - Po­de­szła do ko­biety. - Spraw­dzę w la­bo­ra­to­rium to, co mó­wi­łam... A na ra­zie mu­si­cie wró­cić do po­cze­kalni.

- Dzię­kuję. - Ko­bieta za­częła bu­dzić syna.

- Je­śli cho­dzi o na­szą roz­mowę... Za­pasy... - Obej­rzała się, or­dy­na­tora na szczę­ście nie było już w drzwiach. - Je­żeli tego nie zro­bi­cie, dziecko nie prze­żyje. - Wy­szła na ko­ry­tarz, przy­śpie­szyła kroku, wie­działa, że le­karz nie lubi, kiedy każe mu się cze­kać.

- Ko­muś chyba mie­szają się prio­ry­tety. - Bach się­gnął rę­kami do ste­to­skopu za­wie­szo­nego na szyi.

- Bar­dzo pana or­dy­na­tora prze­pra­szam... Mu­sia­łam...

Prze­rwał jej bez­ce­re­mo­nial­nie.

- O co cho­dzi z tym la­bo­ra­to­rium?

- Mu­szę spraw­dzić wy­niki te­stu wi­ru­so­wego... - Po­sta­no­wiła nie kła­mać, ale też i nie mó­wić ca­łej prawdy.

- Przy­po­mi­nam o obo­wią­zu­ją­cych li­mi­tach na dol­nym SOR-ze! - Z pre­me­dy­ta­cją pod­niósł głos. Po­cze­kal­nia, jak szpi­talne ko­ry­ta­rze i więk­szość ga­bi­ne­tów, na­szpi­ko­wana była mi­kro­fo­nami i ka­me­rami, ale pa­nu­jący w niej har­mi­der mógł utrud­nić su­per­czu­łemu sprzę­towi wy­chwy­ce­nie tego, co po­wie­dział.

- Oczy­wi­ście, pa­mię­tam! - za­pew­niła so­len­nie.

- Kto wy­dał taką ilość le­ków? - Po­ka­zał wy­peł­nioną kartę za­po­trze­bo­wa­nia, cały czas mó­wiąc prze­sad­nie gło­śno.

- Ja. - Ada nie mu­siała pa­trzeć na po­szcze­gólne ru­bryki, już wie­działa, co jest po­wo­dem tego, że or­dy­na­tor we­wnętrz­nego po­fa­ty­go­wał się na dolny SOR.

- Na ja­kiej pod­sta­wie?

- Mie­li­śmy za­tru­cie po­kar­mowe w żłobku...

- I co z tego?! - wrza­snął. - Ile razy mam po­wta­rzać, że w przy­padku pa­cjen­tów z En­klawy We­wnętrz­nej obo­wią­zują li­mity i że trzy­mamy się ich ści­śle, bez żad­nych od­stępstw!

- Ale dwa­dzie­ścioro dzieci wy­ma­gało na­tych­mia­sto­wej...

- Ja - za­ak­cen­to­wał - je­stem or­dy­na­to­rem i to ja - ko­lejne pod­kre­śle­nie - de­cy­duję, czy ktoś wy­maga na­tych­mia­sto­wej po­mocy.

Wie­działa, że ja­ki­kol­wiek sprze­ciw nie ma ra­cji bytu.

- Oczy­wi­ście - po­twier­dziła skwa­pli­wie.

- Wam, pie­lę­gniar­kom, wy­daje się, że je­ste­śmy tu­taj, aby speł­niać wszyst­kie za­chcianki pa­cjen­tów... - Zgrzy­tał zę­bami. Na­gle spoj­rzał na nią bacz­nie. - W su­mie nie ma się co dzi­wić...

- Co pan or­dy­na­tor ma na my­śli? - spy­tała nie­pew­nie.

- Je­steś je­dyną sio­strą miesz­ka­jącą w En­kla­wie We­wnętrz­nej. - Nie­zau­wa­żal­nie prze­szedł na "ty". - Gdyby nie de­fi­cyt pie­lę­gnia­rek, czy­ści­ła­byś tu ki­ble. - Ciął sło­wami.

- To nie moja wina. - Za­mknęła oczy, nie chcąc, aby Bach zo­ba­czył w nich łzy.

- Dla ja­sno­ści: to nie były moje słowa, ale jed­nego z dy­rek­to­rów.

Nie uwie­rzyła mu.

- Ja mam o to­bie cał­kiem inne zda­nie. - Na­gle stał się przy­milny.

Była za­sko­czona ta­kim ob­ro­tem sprawy. Bra­ko­wało jej po­my­słu, jak za­re­ago­wać.

- Czasy mamy ta­kie, że każde na­sze po­su­nię­cie od­ci­ska piętno na ca­łym dal­szym ży­ciu - mó­wił da­lej.

Za­raz po­tem chwy­cił ją de­li­kat­nie za ra­mię, prze­su­nął o dwa kroki w bok.

Nie wie­działa, skąd ten ruch, do­póki nie uświa­do­miła so­bie, że w ten spo­sób usta­wił ich za fi­la­rem, usu­wa­jąc z pola wi­dze­nia ka­mer. Czyżby chciał unie­moż­li­wić sys­te­mowi czy­ta­nie z ru­chu jego warg? Do czego zmie­rzał?!

- Ro­zu­miesz, co mam na my­śli? - Przy­su­nął swoją twarz do jej.

- Chyba nie... - od­po­wie­działa ostroż­nie. Czyli to prawda, co opo­wia­dały dziew­czyny z po­li­kli­niki: że Bach żad­nej spód­niczce nie prze­pu­ści. Aż dziw, że tak długo uda­wało jej się przed nim ukry­wać. Pew­nie tylko dzięki temu, że do tej czę­ści szpi­tala pra­wie nie za­glą­dał.

Uśmiech­nął się, a na jego twa­rzy po­ja­wił się gry­mas, który Adzie ko­ja­rzył się tylko z jed­nym.

- Za­wsze je­stem otwarty na wszel­kie pro­po­zy­cje - mó­wił da­lej. - Te do­ty­czące awansu także. Drzwi mo­jego ga­bi­netu za­wsze stoją przed tobą otwo­rem. Za­wsze.

Nie­do­cze­ka­nie twoje! - wark­nęła w my­ślach, a na głos po­wie­działa:

- Mu­szę wra­cać na dy­żur.

- Jak chcesz. - Ob­ró­cił się na pię­cie i ru­szył w kie­runku windy.

Roz­dział 4

La­bo­ra­to­rium spi­sało się, jak ni­gdy, i Adzie udało się uzy­skać po­trzebne wy­niki. Te­raz wy­star­czyło już tylko przy­go­to­wać chłopca do szy­cia.

Była w trak­cie czysz­cze­nia rany, kiedy drzwi do za­bie­go­wego się otwo­rzyły. Na­wet nie zer­k­nęła w tę stronę, była pewna, że to le­karz dy­żurny.

- Sio­stro, pro­szę na górę. - To znowu był Bach.

Spoj­rzała na niego i prze­stra­szyła się nie na żarty. Or­dy­na­tor miał złość wy­ma­lo­waną na ca­łej twa­rzy.

- Ale jesz­cze nie skoń­czy­łam przy­go­to­wa­nia... - po­wie­działa ma­chi­nal­nie.

- Zrobi to za pa­nią dok­tor Bur­ski! - krzyk­nął Bach. - A pani na górę. Mi­giem!

Odło­żyła na­rzę­dzia na tackę, zdjęła rę­ka­wiczki i wy­rzu­ciła do bru­dow­nika. Ru­szyła za or­dy­na­to­rem.

Kiedy je­chali windą, nie ode­zwał się ani razu. Ada też bała się otwo­rzyć usta. Je­śli je­chali na górę, to zna­czy, że do niego. W ta­kim ra­zie mu­siała szy­ko­wać się na naj­gor­sze. Je­żeli za­cznie się do niej do­bie­rać, a ona mu się sprze­ciwi, wy­rzuci ją z pracy. Gdy tak się sta­nie, kwe­stią czasu bę­dzie, jak z Jan­kiem i Ni­kolą umrą z pra­gnie­nia. Gdyby nie jej zwięk­szony przy­dział, nie wy­ży­wi­liby trzy­oso­bo­wej ro­dziny, li­mity wy­pra­co­wy­wane przez Janka były śmie­chu warte. Mo­gła na­pić się do woli w pracy, co kilka dni uda­wało jej się na­wet wy­go­spo­da­ro­wać nad­wyżkę, którą za­bie­rała do domu. To ich ra­to­wało.

A te­raz ta obrzy­dliwa świ­nia za­mie­rzała jej to wszystko ode­brać!

Ża­ło­wała, że nie za­brała ze sobą no­ży­czek, wbi­łaby mu je te­raz w plecy. Albo jesz­cze le­piej: w oko! To samo, któ­rym tak­so­wał ją pół go­dziny temu.

Wy­sie­dli z windy, prze­szli przez śluzę kon­ta­mi­na­cyjną, zna­leźli się w ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym na od­dział we­wnętrzny.

Byli dwie kon­dy­gna­cje po­nad dol­nym SOR-em - sie­dem, może osiem me­trów wy­żej - a jakby w zu­peł­nie in­nym świe­cie. Ada by­wała tu spo­ra­dycz­nie i za każ­dym ra­zem nie mo­gła się na­dzi­wić. Ściany i pod­łogi lśniły czy­sto­ścią, od­bi­ja­jąc świetlne re­fleksy emi­to­wane przez no­wiut­kie lampy. Noz­drza mile łech­tała mie­szanka środka de­zyn­fe­ku­ją­cego i od­świe­ża­cza po­wie­trza. Z gło­śni­ków roz­le­gała się re­lak­sa­cyjna mu­zyka.

Ni­gdy nie bę­dzie mi dane tu pra­co­wać - wes­tchnęła, my­śląc o zbli­ża­ją­cym się star­ciu z or­dy­na­to­rem.

Do­tarli do ga­bi­netu Ba­cha, ale ku jej zdzi­wie­niu, mi­nęli go. Le­karz za­trzy­mał się do­piero przed ko­lej­nymi drzwiami, zza któ­rych do­cho­dziły dzie­cięce wrza­ski.

- Mamy waż­nego go­ścia - wy­szep­tał.

Co to ma wspól­nego ze mną? - za­częła się za­sta­na­wiać.

- Naj­wyż­sza klasa VIP - mó­wił da­lej. - Wiesz, co to ozna­cza?

Wie­działa. Ta część po­li­kli­niki była prze­zna­czona tylko dla człon­ków Par­tii i wy­bra­nych oby­wa­teli pierw­szej i dru­giej ka­te­go­rii. Oni nie mu­sieli cze­kać w ko­lej­kach, bła­gać o skie­ro­wa­nia do spe­cja­li­stów ani skła­dać po­dań o te­ra­pię le­kami eks­pe­ry­men­tal­nymi. Kilka lat wcze­śniej lecz­nica zaj­mo­wała się też in­nymi pa­cjen­tami, wszystko zmie­niło się po wpro­wa­dze­niu przez rząd roz­po­rzą­dze­nia w spra­wie szcze­gól­nego za­kresu oraz wa­run­ków udzie­la­nia świad­czeń opieki zdro­wot­nej dla naj­waż­niej­szych osób w pań­stwie.

- To twoja szansa... - po­wie­dział ci­cho, po czym na­ci­snął klamkę i otwo­rzył drzwi, aby wpu­ścić pie­lę­gniarkę do środka.

Wrza­ski nie­spo­dzie­wa­nie uci­chły.

Ada zro­biła krok, a kiedy zo­ba­czyła, kto jest w ga­bi­ne­cie, za­marła.

- Pro­szę się jej nie bać. - Mę­ski głos miał w so­bie nie­zwy­kłą siłę. - Wnuczka krzy­czy tak z po­wodu stresu.

Do­sko­nale wie­działa, że to nie­prawda, ale za nic w świe­cie nie od­wa­ży­łaby się wy­pro­wa­dzić go z błędu.

- Wła­śnie to jest sio­stra, która po­trafi naj­le­piej ra­dzić so­bie z dziećmi. - Bach rę­ka­wem far­tu­cha otarł kro­ple potu z czoła. - Przy­naj­mniej z tych, które mają te­raz dy­żur.

Tę ostat­nią uwagę mógł so­bie da­ro­wać - z tą my­ślą we­szła do ga­bi­netu. Do­piero te­raz za­uwa­żyła, że we­wnątrz jest też dy­rek­tor szpi­tala Szy­mon Ja­racz. W nie­zły bi­gos wpa­ko­wała się na sam ko­niec zmiany.

- To jest pan... Pierw­szy Prze­wod­ni­czący... Grze­gorz Ber­nat. - Dy­rek­tor za­czął się ją­kać.

- Wiem - wy­msknęło się jej.

- To pani Ad­riana Więc­kie­wicz-Krzyk - mó­wił da­lej Ja­racz.

- Miło mi. - Ber­nat pod­su­nął dłoń do po­ca­łunku. - Pani jest żoną tego Krzyka? - spy­tał, kiedy wy­peł­niła pro­to­kół. - Jana Krzyka?

- Tak...

- Nasz dzielny bo­ha­ter... - wes­tchnął Ber­nat głę­boko. - Jaka szkoda, że...

Za­mknęła oczy, nie umiała się po­wstrzy­mać.

- Mniej­sza z tym. - Pierw­szy Prze­wod­ni­czący za­uwa­żył jej re­ak­cję. - Moja ko­chana wnu­sia roz­cięła so­bie pa­lec...

Na dźwięk tych słów dziew­czynka wrza­snęła, po czym pod­bie­gła do dy­rek­tora i - za­nim męż­czy­zna zdą­żył za­re­ago­wać - ugry­zła go w nogę pod ko­la­nem.

- To nic ta­kiego... - Wzru­szył ra­mio­nami, za­raz po­tem za­ci­snął zęby.

Do­piero te­raz Ada do­strze­gła, że błę­kitna ko­szula, którą no­sił, pod pa­chami miała brzyd­kie ciemne plamy.

- Jest tro­chę prze­stra­szona. - Ber­nat pa­trzył z za­cie­ka­wie­niem na pie­lę­gniarkę.

Prze­stra­szona? - po­my­ślała Ada. Co naj­wy­żej roz­pusz­czona i roz­ka­pry­szona. Dawno nie wi­działa tak agre­syw­nego dziecka.

- Czym kon­kret­nie roz­cięła pa­lec? - Po­de­szła do szafki, otwo­rzyła ją, za­częła prze­glą­dać za­war­tość.

- No­życz­kami - wy­ja­śnił Ber­nat. - Chyba bę­dzie po­trzebne szy­cie.

- Za­raz spraw­dzimy. - Udało jej się zna­leźć to, czego szu­kała, czyli ma­łego plu­szo­wego mi­sia. - Chodź, skar­beńku, coś ci po­każę. - Po­de­szła do dziew­czynki, kuc­nęła przy niej. - Zo­bacz, miś ma chorą łapkę, wi­dzisz?

Mała pa­cjentka spoj­rzała na za­bawkę.

- Po­mo­żesz mi go wy­le­czyć? - mó­wiła Ada da­lej. - Naj­pierw spraw­dzimy, co mu się stało w pa­lu­szek, do­brze?

Dziew­czynka po­tak­nęła.

- Ale miś się tro­chę boi... - Pie­lę­gniarka miała zmy­sły na­pięte do gra­nic moż­li­wo­ści. Nie dość, że po pro­stu pa­dała z nóg, to jesz­cze na ręce pa­trzyło jej trzech męż­czyzn, z któ­rych każdy mógł ją po­zba­wić za­trud­nie­nia, a je­den z nich - naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wany efek­tami jej pracy - na­wet ży­cia. Wy­star­czy­łoby jedno słowo. - Po­mo­żesz mu?

- Jak? - spy­tała dziew­czynka ra­do­śnie.

- Po­każ mu swój pa­lu­szek i po­wiedz, że to nic groź­nego. Bar­dzo do­brze... A te­raz po­każ mi, tak?

Dziew­czynka speł­niła prośbę bez za­sta­no­wie­nia.

- A te­raz prze­my­jemy pa­lu­szek, do­brze? - Ada czuła się tak, jakby wła­śnie w po­je­dynkę prze­kła­dała stu­ki­lo­gra­mo­wego pa­cjenta na drugi bok. - Naj­pierw twój, żeby miś zo­ba­czył, że to nic ta­kiego, do­brze? - Się­gnęła po śro­dek do od­ka­ża­nia, de­li­kat­nie prze­myła ranę. - I po wszyst­kim!

- Brawo! - Pierw­szy Prze­wod­ni­czący kilka razy za­kla­skał. - Moja dzielna wnu­sia!

- Mó­wi­łem, że sio­stra Ada jest naj­lep­sza? - Or­dy­na­tor po­wie­dział to tak, jakby to jego za­sługą było uspo­ko­je­nie dziew­czynki.

- Mu­simy jesz­cze na­kleić pla­ste­rek i bę­dzie po wszyst­kim - rze­kła Ada.

- Za­raz za­wo­łam le­ka­rza dy­żur­nego... - Dy­rek­tor ru­szył do drzwi.

- Chwi­leczkę. - Ber­nat go po­wstrzy­mał. - Pani Ada nie może tego zro­bić?

- Mogę. - Pie­lę­gniarka po­de­szła do szafki z le­kar­stwami.

- Pa­no­wie... - Ber­nat spoj­rzał na obu męż­czyzn. - Dzię­kuję za po­moc, obec­ność pa­nów jest już zbędna.

- Oczy­wi­ście! - Ja­racz mach­nął ner­wowo na Ba­cha. - Naj­moc­niej pana Pierw­szego Prze­wod­ni­czą­cego prze­pra­szamy. To dla­tego, że chcie­li­śmy oso­bi­ście do­pil­no­wać...

- Że­gnam pa­nów. - Uśmiech na twa­rzy Ber­nata nie miał nic z na­tu­ral­no­ści. - Sio­stra Ada z pew­no­ścią do­sko­nale po­ra­dzi so­bie sama.

- Już nas nie ma! - Dy­rek­tor wy­szedł na ko­ry­tarz, za­raz za nim tak samo po­stą­pił Bach, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

- Na­wet nie za­pła­kała. - Ber­nat aż ja­śniał z za­do­wo­le­nia. - Jak pani to zro­biła?

- Lata prak­tyki - od­parła, a przed oczami po­ja­wiła jej się pa­skudna rana głowy, która pew­nie cały czas cze­kała na szy­cie na dol­nym SOR-ze.

- Wy­gląda pani na zmę­czoną... - Po­wie­dział czule.

- Jest pan dżen­tel­me­nem... - Za­śmiała się, ma­chi­nal­nie się­ga­jąc pal­cami do skroni, aby po­pra­wić ko­smyk wło­sów opa­da­ją­cych na czoło. Tyle że prze­cież nie miała już ich na gło­wie. - Do­brze, że w dy­żurce nie mamy lu­stra. - Skła­mała. - Pew­nie bar­dziej przy­po­mi­nam stra­cha na wró­ble niż pie­lę­gniarkę...

- Bar­dziej niż pie­lę­gniarkę przy­po­mina mi pani mo­delkę.

Ada wie­działa, że mu się po­doba - i to od pierw­szego spoj­rze­nia, ja­kim ją otak­so­wał, gdy tylko prze­kro­czyła próg ga­bi­netu - ale nie miała po­ję­cia, że aż tak bar­dzo.

- Jest pan bar­dzo miły... - Ob­da­rzyła go uprzej­mym uśmie­chem.

Ber­nat miał w so­bie coś ma­gne­tycz­nego. Nie był fi­zycz­nie przy­stojny, można by po­wie­dzieć, że wręcz prze­ciw­nie, bo był po­sia­da­czem brzyd­kiej twa­rzy, dość cięż­kiej fi­gury i po­kaź­nego brzu­cha. Mimo to ko­biety i tak oglą­dały się za nim na ulicy - przy­naj­mniej do czasu, kiedy za­czął peł­nić funk­cję Pierw­szego Prze­wod­ni­czą­cego, bo od tej pory rzadko po­ka­zy­wał się pu­blicz­nie bez swo­jej licz­nej świty.

- Ile go­dzin jest pani na no­gach?

- Nie­długo bę­dzie szes­na­ście...

- Szes­na­ście? - Był au­ten­tycz­nie zdu­miony. - Nie są­dzi­łem, że dy­żury w po­li­kli­nice są tak dłu­gie!

- W po­li­kli­nice nie, pa­nie Pierw­szy Prze­wod­ni­czący.

- Pro­szę mi mó­wić po imie­niu. - Uśmiech­nął się. - To pani tu nie pra­cuje? W po­li­kli­nice? Nic już nie ro­zu­miem...

- Pra­cuję w tej dru­giej czę­ści szpi­tala... - po­wie­działa to w taki spo­sób, jakby za coś prze­pra­szała.

- A dla­czego nie tu­taj?

- To długa hi­sto­ria... - Na­gle Ada po­czuła się ogrom­nie zmę­czona.

- Ktoś o tak sze­ro­kich kom­pe­ten­cjach nie po­wi­nien się tam mar­no­wać... - In­ten­syw­nie nad czymś my­ślał. - Mu­szę o tym po­roz­ma­wiać z dy­rek­to­rem. Oczy­wi­ście, o ile pani nie ma nic prze­ciwko...

Po spo­so­bie, w jaki mó­wił, wnio­sko­wała, że tętno mu przy­śpie­szyło.

- By­ła­bym nie­zmier­nie wdzięczna, pa­nie Pierw­szy Prze­wod­ni­czący...

- Grze­gorz - przy­po­mniał.

- By­ła­bym wdzięczna, pa­nie Grze­go­rzu.

- Zo­ba­czę, co da się zro­bić. - Uśmiech na jego twa­rzy zro­bił się jesz­cze szer­szy. - A co do tej dłu­giej hi­sto­rii... Bar­dzo lu­bię słu­chać, kiedy piękna ko­bieta ma coś in­te­re­su­ją­cego do po­wie­dze­nia.

Spoj­rzał na nią tak, że po­czuła mo­tyle w brzu­chu.

- Zna­la­złaby pani czas na miłą po­ga­wędkę? - spy­tał na­gle.

- Oczy­wi­ście! - od­po­wie­działa bez za­sta­no­wie­nia. Na­wet gdyby nie chciała, nie mo­gła od­mó­wić. Nie Pierw­szemu Prze­wod­ni­czą­cemu. Poza tym, gdyby rze­czy­wi­ście po­roz­ma­wiał z dy­rek­to­rem... - Kiedy?

- Je­stem tro­chę za­pra­co­wany... - rzekł wy­ja­śnia­jąco. - Każę spraw­dzić w ka­len­da­rzu wolne ter­miny i ktoś z mo­ich pra­cow­ni­ków pa­nią po­wia­domi.

- Będę cze­kać. - Zmu­siła się do uśmie­chu. Za­częła się za­sta­na­wiać, czy to nie jest tylko kur­tu­azja. Albo uprzej­mość wy­ni­ka­jąca z im­pulsu chwili i wdzięcz­no­ści za po­moc wnuczce.

- Dże­sika, sło­neczko, idziemy... - Chwy­cił dziew­czynkę za rączkę. Pod­szedł z nią do drzwi, otwo­rzył. - Po­dzię­kuj pani pie­lę­gniarce.

- Ni­komu nie będę dzię­ko­wać. - Dziecko po­wie­działo to w taki spo­sób, jakby de­kla­mo­wało wy­uczony wier­szyk. - Ro­bole są od tego, żeby nam słu­żyć.

- Znowu na­oglą­da­łaś się te­le­wi­zji... - stro­fo­wał ła­god­nie. - Pani wy­ba­czy, to tylko dziecko...

- Nic się nie stało. - Ko­lejny raz zmu­siła się do uśmie­chu.

- Do wi­dze­nia. - Ber­nat wziął dziew­czynkę na ręce i wy­szedł z nią na ze­wnątrz po­miesz­cze­nia. - Wkrótce się ode­zwę. - Znik­nął w ko­ry­ta­rzu.

Ada jesz­cze przez chwilę stę­sk­nio­nym wzro­kiem wpa­try­wała się w pu­ste drzwi.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Droga bez po­wrotu

No­wo­sol­ski dzien­ni­karz An­drzej So­kół tra­fia na ślad mię­dzy­na­ro­do­wej afery mo­gą­cej za­gro­zić bez­pie­czeń­stwu Pol­ski. W wy­niku skrzęt­nie uknu­tej in­trygi zo­staje wro­biony w po­trójne mor­der­stwo. Ści­gany przez pol­ską po­li­cję i ro­syj­ską ma­fię ucieka w Kar­ko­no­sze. Tylko tam może zna­leźć do­wody, które po­grążą prze­śla­dow­ców, a jego oczysz­czą z za­rzu­tów. Wy­ścig z cza­sem trwa, a po pię­tach za­czy­nają mu dep­tać za­wo­dowi za­bójcy...

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Święta ta­jem­nica

Ksiądz Sam­bor wy­słu­chuje wy­znań za­bójcy ośmio­latka. Zwią­zany ta­jem­nicą spo­wie­dzi nie może o tym po­in­for­mo­wać po­li­cji. Kiedy gi­nie ko­lejne dziecko, wi­kary po­dej­muje wła­sne śledz­two. Ale schwy­ta­nie mor­dercy to do­piero po­czą­tek jego pro­ble­mów.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Miecz zdrady

Żuż­lo­wiec Fa­lu­bazu Zie­lona Góra Mar­cin Ma­licki zo­staje oskar­żony o za­mor­do­wa­nie ko­lek­cjo­nera an­ty­ków za po­mocą śre­dnio­wiecz­nego mie­cza. W sprawę zo­staje wmie­szany no­wo­sol­ski dzien­ni­karz An­drzej So­kół, który tra­fia na trop nie­wy­obra­żal­nych skar­bów gro­ma­dzo­nych 300 lat przez ro­dzinę von Schöna­ichów.

Ślady kosz­tow­no­ści pro­wa­dzą do Zie­lo­nej Góry, Ko­żu­chowa, By­to­mia Od­rzań­skiego, Sie­dli­ska, Oty­nia i Za­boru. Przed laty szu­kały ich już: nie­miec­kie ge­stapo, ra­dziecki Główny Za­rząd Zdo­by­czy i pol­ski Urząd Bez­pie­czeń­stwa, a także ta­jem­ni­cze Przed­się­bior­stwo Po­szu­ki­wań Te­re­no­wych, ale bez re­zul­tatu...

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Pre­mier musi zgi­nąć

Ktoś za­truwa wo­do­ciągi w mia­stach za­chod­niej Pol­ski. Na­stęp­nego dnia prze­staje dzia­łać sy­gna­li­za­cja świetlna we Wro­cła­wiu i War­sza­wie, oba mia­sta ogar­nia ko­mu­ni­ka­cyjny chaos. Nie­znani sprawcy pa­ra­li­żują ruch po­cią­gów w ca­łym kraju. Milkną sieci te­le­fo­nii ko­mór­ko­wych, prze­staje dzia­łać in­ter­net. Ha­ke­rzy nisz­czą sys­temy roz­li­czeń mię­dzy­ban­ko­wych i ter­mi­nali płat­ni­czych. W ob­li­czu braku pa­pie­ro­wego pie­nią­dza mi­liony Po­la­ków z dnia na dzień zo­stają bez środ­ków do ży­cia. Kraj staje na skraju prze­pa­ści.

Do ak­tów ter­roru przy­znaje się or­ga­ni­za­cja pod na­zwą "Gniew Boży". Kto za nią stoi? Komu za­leży na tym, aby w Pol­sce wy­bu­chła wojna do­mowa? I jaki zwią­zek te wy­da­rze­nia mają z za­mor­do­wa­niem żony i córki To­ma­sza Miki?

Męż­czy­zna, nie­za­do­wo­lony z tempa po­li­cyj­nego do­cho­dze­nia, roz­po­czyna wła­sne śledz­two. To, czego się do­wie, przy­prawi go o szyb­kie bi­cie serca.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Trzy dni So­koła

Trzy po­wie­ści w od­cin­kach z An­drze­jem So­ko­łem pu­bli­ko­wane w ty­go­dni­kach lo­kal­nych oraz na stro­nie in­ter­ne­to­wej au­tora. "Trup w win­nicy": wi­ce­pre­zy­dent Zie­lo­nej Góry zo­staje zna­le­ziony mar­twy, z ki­ścią wi­no­gron w ustach. Obok ciała po­li­cjanci znaj­dują li­ścik z żą­da­niem okupu: 1.111.111 zł i 11 gro­szy. A wszystko to w przed­dzień pre­sti­żo­wego Świa­to­wego Kon­gresu Wi­no­ro­śli i Wina, który ma się od­być w gro­dzie Ba­chusa. "Osta­teczna roz­grywka": na dzi­kim wy­sy­pi­sku An­drzej So­kół znaj­duje pa­mięt­nik Fran­ciszki Ma­ciej­ków, za­strze­lo­nej przez Ro­sjan w lu­tym 1945 r. za ko­la­bo­ra­cję z oku­pan­tem. Wkrótce oka­zuje się, że była ona agentką pol­skiego wy­wiadu woj­sko­wego, a jej losy mają wiele wspól­nego z za­byt­kową fa­bryką nici, którą za wszelką cenę chce prze­jąć pe­wien no­wo­sol­ski szem­rany przed­się­biorca. "Ze­msta ab­so­lutna": cztery za­gad­kowe mor­der­stwa. Nie­praw­do­po­dobna zbież­ność na­zwisk ofiar. I pę­tla śmierci za­ci­ska­jąca się co­raz moc­niej. To ze­msta. Ze­msta ab­so­lutna.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Bóg nie weź­mie w tym udziału

Wie­sław Fi­dler, taj­niak głę­boko za­kon­spi­ro­wany w struk­tu­rach ma­fij­nych, zo­staje zdra­dzony. Ma­fia wy­daje wy­rok śmierci na niego i jego żonę. Cu­dem udaje mu się wyjść cało z za­ma­chu, zo­staje jed­nak ciężko ranny, a za­bój­cza kula do­sięga jego uko­chaną.

Le­d­wie Fi­dler roz­po­czyna re­ha­bi­li­ta­cję, gdy do­staje pro­po­zy­cję ko­lej­nej taj­nej ak­cji. Tym ra­zem ma do­pro­wa­dzić przed ob­li­cze spra­wie­dli­wo­ści mor­der­ców swo­jej żony. Aby tego do­ko­nać, musi tra­fić do celi wię­zie­nia w Wo­ło­wie.

W tym cza­sie do tego sa­mego wię­zie­nia tra­fia pe­wien pe­do­fil, który roz­po­czyna kam­pa­nię spo­łeczną ma­jącą przy­wró­cić w Pol­sce karę śmierci za naj­cięż­sze zbrod­nie.

Wkrótce taj­niaka szu­ka­ją­cego ze­msty oraz pe­do­fila-re­cy­dy­wi­stę po­łą­czy wspólny cel. Spró­bują go osią­gnąć, bez względu na cenę, jaką przyj­dzie im za to za­pła­cić.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

In­struk­cja 0066

Sta­ni­sław Sza­fran słu­żył w Pod­dziale An­ty­ter­ro­ry­stycz­nym przy Ko­men­dzie Wo­je­wódz­kiej Po­li­cji w Po­zna­niu oraz wy­dziale kry­mi­nal­nym Ko­mendy Po­wia­to­wej Po­li­cji w Słu­bi­cach w la­tach, kiedy na gra­nicy pol­sko-nie­miec­kiej trwała wojna o wpływy mie­dzy gru­pami prze­stęp­czymi z ca­łej Eu­ropy. Wie­lo­krot­nie na­gra­dzany za suk­cesy w pracy, otrzy­mał pro­po­zy­cję służby w CBS i ABW. Był tak sku­teczny, że prze­stępcy pró­bo­wali go zdys­kre­dy­to­wać, po­ma­wia­jąc o ła­pów­kar­stwo, wy­zna­czyli też 25 ty­sięcy zło­tych na­grody za jego za­bój­stwo.

W 2001 pro­ku­ra­tura oskar­żyła go o przyj­mo­wa­nie ła­pó­wek od re­zy­denta cze­czeń­skiej ma­fii, kra­dzież 50 sztang pa­pie­ro­sów i współ­pracę z prze­stęp­cami. Trzy mie­siące spę­dził w aresz­cie, póź­niej unie­win­niony przez sąd. Gdy pro­ku­ra­tu­rze nie udało się udo­wod­nić winy, wy­to­czono mu ko­lejną sprawę, tym ra­zem o ujaw­nie­nie ta­jem­nicy pań­stwo­wej i służ­bo­wej dzien­ni­ka­rzowi "Po­li­tyki".

Kiedy i tym ra­zem wszystko wska­zy­wało na unie­win­nie­nie, pro­ku­ra­tura w in­nej spra­wie oskar­żyła go o współ­pracę ze zor­ga­ni­zo­waną grupą prze­stęp­czą. Po­now­nie aresz­to­wany, za­ła­mał się, pró­bo­wał po­peł­nić sa­mo­bój­stwo. W końcu, po 15 wy­ro­kach i pra­wie 10 la­tach walki o od­zy­ska­nie do­brego imie­nia, cał­ko­wi­cie oczysz­czony z za­rzu­tów. W mię­dzy­cza­sie zo­stał jed­nak zmu­szony do odej­ścia z po­li­cji na eme­ry­turę.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Ława przy­się­głych

Da­mian Kanc­lerz ra­zem z ro­dziną ro­bią za­kupy w osie­dlo­wym mar­ke­cie. Już na par­kingu zo­stają bru­tal­nie za­ata­ko­wani przez dwóch męż­czyzn. Je­den z nich ciężko rani szwa­gra, wtedy Kanc­lerz, wal­cząc o ży­cie swoje i ro­dziny, za­bija obu na­past­ni­ków.

Mimo że na­stęp­nego dnia me­dia okrzy­kują go bo­ha­te­rem, to jed­nak pro­ku­ra­tura sta­wia mu za­rzut prze­kro­cze­nia obrony ko­niecz­nej i nie­umyśl­nego spo­wo­do­wa­nia śmierci.

Sprawą Kanc­le­rza za­czyna się in­te­re­so­wać mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści, który po­sta­na­wia wy­ko­rzy­stać ją w walce o schedę po ustę­pu­ją­cym pre­ze­sie par­tii rzą­dzą­cej. Re­ceptą na suk­ces ma być po­par­cie opi­nii pu­blicz­nej. Aby to osią­gnąć, mi­ni­ster po­sta­na­wia wpro­wa­dzić do pol­skiego pra­wo­daw­stwa in­sty­tu­cję ławy przy­się­głych. Pierw­szym pro­ce­sem bę­dzie sprawa Kanc­le­rza.

Gdy już ru­szy roz­prawa, na­gle się okaże, że jest ktoś, komu bar­dzo za­leży na tym, aby wielka ława przy­się­głych wy­dała wer­dykt: winny...

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Fu­ria ro­dzi się w Sła­wie

Sier­pień 1944 roku, III Rze­sza wy­raź­nie chyli się ku upad­kowi. W Sła­wie, uzdro­wi­sku po­ło­żo­nym nad Ślą­skim Mo­rzem, w ci­szy i spo­koju, z da­leka od zma­gań wo­jen­nych, ku­rują się nie­mieccy żoł­nie­rze ranni na róż­nych fron­tach.

Na­gle mia­stecz­kiem wstrząsa se­ria ma­ka­brycz­nych zbrodni. Śledz­two w tej spra­wie pro­wa­dzi asy­stent kry­mi­nalny An­ton Ha­bicht, czło­wiek, który ka­rierę w po­li­cji za­wdzię­cza człon­ko­stwu w NSDAP, i któ­rego naj­więk­szym do­tych­cza­so­wym suk­ce­sem jest zli­kwi­do­wa­nie nie­le­gal­nej go­rzelni. Po­cząt­kowo wszystko wska­zuje na to, że ofiary wy­brano przy­pad­kowo, wkrótce jed­nak po­ja­wia się pe­wien łą­czący je trop.

Sy­tu­acja kom­pli­kuje się, kiedy śledz­twem za­czyna in­te­re­so­wać się Sturm­ban­n­füh­rer SS Carl Düch­ter, szef na­ukow­ców, któ­rzy w sław­skim pa­łacu - na roz­kaz sa­mego He­in­ri­cha Him­m­lera - pro­wa­dzą tajne ba­da­nia nad pro­ce­sami cza­row­nic. Efekty tych prac mają od­wró­cić losy wojny.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Będę Cię szu­kał, aż Cię od­najdę

We­spa­zjan Cudny - dla przy­ja­ciół Wally - wraca ze szkoły w dniu 18. uro­dzin. W domu, za­miast przy­ję­cia nie­spo­dzianki, cze­kają na niego ciała bru­tal­nie za­mor­do­wa­nych ro­dzi­ców oraz za­bójcy, któ­rzy pró­bują zgła­dzić także jego.

Chło­pak jed­nego mor­dercę śmier­tel­nie rani, dru­giemu ucieka na de­sko­rolce. Nie­stety, wpada pod sa­mo­chód i tra­fia do szpi­tala. Kiedy bu­dzi się na­stęp­nego dnia, nic nie pa­mięta. Nie ma też po­ję­cia, że w cza­sie, gdy zaj­mo­wali się nim le­ka­rze, miej­sce zbrodni zo­stało skru­pu­lat­nie spre­pa­ro­wane. Wally, oskar­żony o po­dwójne mor­der­stwo, zo­staje tym­cza­sowo aresz­to­wany. Nie tra­fia jed­nak za kratki, po­nie­waż przej­mują go ta­jem­ni­czy męż­czyźni.

W tym cza­sie bli­scy chło­paka an­ga­żują do po­mocy dzien­ni­ka­rza An­drzeja So­koła oraz wy­so­kiego ofi­cera ABW, Sarę Bed­narz. Para, szu­ka­jąc praw­dzi­wych za­bój­ców i ich zle­ce­nio­daw­ców, do­ciera do dwóch dziew­czyn, które uro­dziły się do­kład­nie tego sa­mego dnia i w tym sa­mym mo­men­cie, co Wally.

Oka­zuje się, że jedna z dziew­czyn to Ke­sja, sio­stra chło­paka. Wally'ego łą­czy z nią znacz­nie wię­cej niż tylko bra­ter­ska więź...

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Ope­ra­cja Ak­sa­mit

Na te­re­nie opusz­czo­nej fa­bryki w No­wej Soli po­li­cja znaj­duje ciało bez­dom­nego. Sek­cja zwłok wy­ka­zuje, że męż­czy­zna za­pił się na śmierć.

W tym cza­sie w war­szaw­skiej re­stau­ra­cji mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych spo­tyka się z pre­ze­sem Na­ro­do­wego Banku Pol­skiego. Przy ośmior­nicz­kach po­pi­ja­nych wy­kwint­nym ko­nia­kiem oma­wiają in­te­res, który przy­nie­sie im nie­wy­obra­żalne pie­nią­dze.

Śmier­cią bez­dom­nego za­czyna in­te­re­so­wać się dzien­ni­karz An­drzej So­kół. Po­maga mu ży­ciowa part­nerka, Sara Bed­narz, na co dzień funk­cjo­na­riuszka ABW. Po­zor­nie nie­istotna sprawa szybko prze­ra­dza się w śledz­two za­kro­jone na nie­spo­ty­kaną do­tąd skalę.

So­kół i Sara Bed­narz stają się za­gro­że­niem dla grupy Ak­sa­mit - stwo­rzo­nej przez kilku po­li­ty­ków par­tii rzą­dzą­cej - która nie cof­nie się przed ni­czym, aby prze­kręt stu­le­cia do­pro­wa­dzić do sa­mego końca.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Góra Sy­naj

Pew­nego je­sien­nego wie­czoru 1938 roku, w Glo­gau (Gło­go­wie)...

An­ton Ha­bicht jest funk­cjo­na­riu­szem po­li­cji po­rząd­ko­wej. Za­robki ma nędzne, pracę jesz­cze gor­szą. Kiedy śled­czy Matzke z po­li­cji kry­mi­nal­nej pro­po­nuje mu współ­pracę, Ha­bicht nie może uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście. Po­maga Matz­kemu przy śledz­twie w spra­wie śmierci chłopca, któ­rego zna­le­ziono w zoo, na wy­biegu dla niedź­wie­dzi.

W tym sa­mym cza­sie w od­da­lo­nym o 35 km Neu­salz (No­wej Soli) gi­nie ko­lejne dziecko; zwłoki kil­ku­let­niego chłopca wy­ło­wiono ze stawu. Pry­watne śledz­two w tej spra­wie, nie­za­leżne od po­li­cyj­nego, pro­wa­dzi pewna hra­bina. Czy te dwie zbrod­nie są ze sobą po­wią­zane, a je­śli tak, to kto za nimi stoi?

Do­cho­dze­nie w Glo­gau za­ta­cza co­raz szer­sze kręgi. Głów­nym po­dej­rza­nym oka­zuje się pe­wien Żyd, ale dla Ha­bichta sprawa wcale nie jest oczy­wi­sta. Z każ­dym mi­ja­ją­cym dniem na­biera co­raz sil­niej­szego prze­świad­cze­nia, że jest tylko pion­kiem w skom­pli­ko­wa­nej grze, w którą wplą­tał go Matzke.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Imię Pani

Jest 18 grud­nia 1934 roku. Ko­mi­sarz kry­mi­nalny Gu­stav De­wart wy­po­czywa w Grüs­sau (Krze­szo­wie), ko­rzy­sta­jąc z go­ściny opata be­ne­dyk­ty­nów. Urlop ma mu po­móc w od­zy­ska­niu sił nad­wą­tlo­nych ro­dzin­nym dra­ma­tem, ale po­byt wśród mni­chów za­czyna go mę­czyć.

Żeby nie ro­bić przy­kro­ści opa­towi, po­li­cjant bie­rze udział w Dniu Świa­tła, co­rocz­nej mszy od­pra­wia­nej na pa­miątkę od­na­le­zie­nia cu­dow­nej ikony Matki Bo­żej Ła­ska­wej ukry­tej przed hu­sy­tami i od­zy­ska­nej w nad­przy­ro­dzo­nych oko­licz­no­ściach po 196 la­tach. Nie­mal za­raz po na­bo­żeń­stwie je­den z mni­chów zo­staje zna­le­ziony mar­twy w klasz­tor­nej to­a­le­cie. Kiedy opat prosi swego go­ścia o dys­kretną po­moc, ten trak­tuje to jako uśmiech losu i od­skocz­nię od mo­no­to­nii.

Jed­nak wkrótce mury opac­twa stają się świad­kami ko­lej­nych za­gad­ko­wych zgo­nów. Gdy miej­scowa po­li­cja uznaje je za nie­szczę­śliwe wy­padki, De­wart po­sta­na­wia prze­pro­wa­dzić wła­sne śledz­two. Nie zdaje so­bie przy tym sprawy, że wkrótce przyj­dzie mu zmie­rzyć się nie tylko z ta­jem­ni­czym sprawcą, ale i wła­snymi lę­kami, przed któ­rymi stara się uciec.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Wzgó­rze Pia­stów

Wio­sna roku 1939. III Rze­sza szy­kuje się do wojny. Agentka pol­skiego wy­wiadu hra­bina Fran­zi­ska von Häften przy­jeż­dża do Grün­bergu (czyli do Zie­lo­nej Góry), by do­no­sić pol­skim wła­dzom o po­stę­pach w bu­do­wie nie­miec­kich umoc­nień nad Odrą. W tych pra­cach uczest­ni­czy jej mąż, Alek­san­der; z jed­nej strony uła­twia to jej za­da­nie, z dru­giej zaś mocno kom­pli­kuje. Ko­bieta musi wy­bie­rać mię­dzy lo­jal­no­ścią wo­bec mo­co­daw­ców, ga­snącą mi­ło­ścią do męża i gwał­towną na­mięt­no­ścią łą­czącą ją z ko­chan­kiem - także pol­skim szpie­giem, do­dat­kowo peł­nią­cym funk­cję jej łącz­nika...

Kiedy do­cho­dzi do za­gad­ko­wego za­bój­stwa i do ak­cji wkra­cza nie­miecka po­li­cja kry­mi­nalna, Fran­zi­ska szybko tra­fia na li­stę po­dej­rza­nych. Czy uda jej się zmy­lić tropy, wy­ko­nać szpie­gow­skie za­da­nie i zna­leźć wyj­ście ze skom­pli­ko­wa­nej sy­tu­acji uczu­cio­wej?

Czas goni, pę­tla śledz­twa szybko się za­ci­ska, na­mięt­ność ma swoje prawa...

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Nie po­zwól mi umrzeć

Z jed­nej strony po­tężny kon­cern far­ma­ceu­tyczny. Z dru­giej troje ob­cych so­bie lu­dzi.

Da­mian Sa­ran zgła­sza na po­li­cji za­gi­nię­cie żony, która nie wró­ciła do domu z pracy w agen­cji re­kla­mo­wej. Da­lia Chyba prze­żywa trudne chwile po roz­wo­dzie bę­dą­cym efek­tem ro­dzin­nej tra­ge­dii. Ko­mi­sarz Ry­szard Grodzki spraw­dza oko­licz­no­ści śmier­tel­nego wy­padku bli­skiej osoby sta­rego zna­jo­mego.

Po­zor­nie nie­zwią­zane ze sobą sprawy łą­czą się, kiedy wszy­scy troje stają na dro­dze szcze­pionki, która lada chwila ma tra­fić na ry­nek. Na jed­nej szali znajdą się ty­siące ludz­kich ist­nień, na dru­giej mi­liar­dowe zy­ski.

To bę­dzie walka na śmierć i ży­cie.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Nad Śnież­nymi Ko­tłami

Sier­pień 1939 roku. Asy­stent kry­mi­nalny An­ton Ha­bicht od kilku mie­sięcy prze­bywa w Schre­iber­hau (Szklar­skiej Po­rę­bie), do­kąd tra­fił, po­padł­szy w nie­ła­skę prze­ło­żo­nych po po­przed­nim śledz­twie. Po­le­ce­nie roz­wią­za­nia za­gadki kra­dzieży bi­żu­te­rii w ho­telu gór­skim Nad Śnież­nymi Ko­tłami od­biera jako szpilę wbitą przez szefa miej­sco­wej żan­dar­me­rii.

Ru­ty­nową wi­zytę prze­rywa wy­pad­nię­cie z okna żony miej­sco­wego urzęd­nika. Ha­bicht nie wie­rzy, że to wy­pa­dek i roz­po­czyna śledz­two wśród lo­kal­nej śmie­tanki to­wa­rzy­skiej.

Kiedy po­ja­wia się na­stępny trup - tym ra­zem śmierć do­sięga po­szu­ki­wa­cza cen­nych mi­ne­ra­łów - asy­stent kry­mi­nalny in­ten­sy­fi­kuje dzia­ła­nia. Z każ­dym dniem od­krywa ko­lejne skrzęt­nie skry­wane ta­jem­nice es­ta­bli­sh­mentu.

Wkrótce w mie­ście po­ja­wiają się za­gad­kowi lu­dzie, sy­tu­acja się kom­pli­kuje, a Ha­bicht na­biera prze­ko­na­nia, że to, co do tej pory udało mu się od­kryć, jest za­le­d­wie wierz­choł­kiem góry lo­do­wej.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Będę Cię szu­kał, aż Cię po­ko­cham

Mi­jają dwa lata, od­kąd Wally od­szu­kał Ke­sję - mi­łość swego ży­cia - i ra­zem z Iną po­ko­nał lu­dzi pra­cu­ją­cych dla bez­względ­nego kon­cernu Yey­land-Wu­tani. Te­raz trójka dwu­dzie­sto­lat­ków ob­da­rzo­nych nie­zwy­kłymi umie­jęt­no­ściami pra­cuje dla Mię­dzy­na­ro­do­wej Agen­cji do Spraw Nad­przy­ro­dzo­nych, pod okiem Sary Bed­narz i An­drzeja So­koła. W fa­bryce po­ło­żo­nej przy gra­nicy z Niem­cami fi­na­li­zują prace nad nie­zwy­kle waż­nym wy­na­laz­kiem.

Nie­stety, zwią­zek Wally'ego i Ke­sji prze­cho­dzi kry­zys. Na do­miar złego chło­pak za­czyna się in­te­re­so­wać Iną, nie zda­jąc so­bie przy tym sprawy, że ta od dawna się w nim pod­ko­chuje. Jakby tego było mało, fa­bryka zo­staje znisz­czona w wy­niku ka­ta­strofy ko­le­jo­wej.

Fia­sko pro­jektu spra­wia, że Sara Bed­narz musi wal­czyć o to, aby do­wo­dzony przez nią eu­ro­pej­ski od­dział Agen­cji nie prze­stał ist­nieć. Pro­blemy do­ty­kają też Wally'ego, który wi­kła się w uczu­ciową roz­grywkę z Ke­sją i Iną. So­kół zaś - nie wie­rząc w przy­padki - po­dej­muje wła­sne śledz­two w spra­wie wy­padku ko­le­jo­wego.

Wkrótce wszy­scy stają na dro­dze spi­sku, który ma zmie­nić świat bez­pow­rot­nie.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Chiń­ski wi­rus

Ila­rio In­certo - świa­to­wej sławy pił­karz i za­wod­nik Ju­ven­tusu Tu­ryn - z po­wodu ko­ro­na­wi­rusa traci naj­bliż­szą osobę. Nie­ocze­ki­wa­nie kon­tak­tuje się z nim pra­cow­nik pol­skiego Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych, któ­remu nowy pa­to­gen do­piero co za­bił ojca. Nie­zna­jomy twier­dzi, że wie, kto po­nosi winę za wy­buch świa­to­wej pan­de­mii.

Męż­czyźni łą­czą siły i za­czy­nają za­kro­jone na mię­dzy­na­ro­dową skalę śledz­two. To, czego wkrótce się do­wie­dzą, ścią­gnie na nich śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Imię Pani. Mi­sja

Li­piec 1936 roku. Na Gó­rze Wi­siel­ców w Lie­bau in Schle­sien (Lu­bawce) zo­stają zna­le­zione zwłoki Al­fonsa Der­mu­tha, miej­sco­wego przed­się­biorcy na­le­żą­cego do śmie­tanki to­wa­rzy­skiej.

Szef po­wia­to­wej żan­dar­me­rii Fe­lix Wal­sle­ben nie wie­rzy w ofi­cjalną wer­sję o sa­mo­bój­stwie for­so­waną przez po­li­cję kry­mi­nalną. Nie mo­gąc tego udo­wod­nić, ściąga do po­mocy ko­mi­sa­rza kry­mi­nal­nego Gu­stava De­warta.

De­wart ma w pa­mięci nie­dawny po­byt w po­bli­skim opac­twie w Grüs­sau (Krze­szo­wie), mimo to chęt­nie wraca w te strony. Zdaje so­bie przy tym sprawę, że za­miast tak po­trzeb­nego od­po­czynku, czeka go znów ciężka i nie­bez­pieczna mi­sja.

Za­raz na po­czątku śledz­twa oka­zuje się, że Der­muth nie za­wsze miał szczę­ście do in­te­re­sów, za to zdą­żył na­ro­bić so­bie wro­gów. Jed­nak ani De­wart, ani Wal­sle­ben nie prze­czu­wają wtedy jesz­cze, jak po­tężną la­winę wy­da­rzeń wy­wo­łają, gdy wkrótce po­tem wpadną na pe­wien trop.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Biały pył. Pie­kło na K2

Naj­więk­sza am­bi­cja hi­ma­la­isty? Zdo­być zimą naj­nie­bez­piecz­niej­szy szczyt świata. Kiedy u pod­nóża K2 mel­duje się pol­ska wy­prawa, cel wy­daje się osią­galny. Jed­nak w ba­zie za­czy­nają się wza­jemne pre­ten­sje, kon­flikty śro­do­wi­skowe, do głosu do­cho­dzą sprzeczne am­bi­cje i dą­że­nia. Czy grupa wy­bit­nych in­dy­wi­du­al­no­ści w ogóle po­trafi współ­pra­co­wać?

W gro­nie słyn­nych wspi­na­czy jest też dwójka out­si­de­rów: Zuza Ni­ska, do­świad­czona hi­ma­la­istka, któ­rej do tej pory drogę do prze­ło­mo­wych suk­ce­sów blo­ko­wał zwy­kły pech, oraz Krzy­siek Garda, ama­tor wspi­naczki i dzien­ni­karz od­de­le­go­wany do re­la­cjo­no­wa­nia zma­gań z górą.

Kiedy głupi błąd pro­wa­dzi do po­waż­nego wy­padku, Garda staje przed dy­le­ma­tem: czy po­zo­stać lo­jal­nym wo­bec part­nerki i żyć ze świa­do­mo­ścią, że być może bę­dzie to sta­no­wić za­gro­że­nie dla po­zo­sta­łych uczest­ni­ków wy­prawy. Wkrótce śmierć jed­nego z nich wzbu­dzi sze­reg py­tań: co na­prawdę stało się na zbo­czu K2 i czy ktoś poza mor­der­czą górą przy­ło­żył rękę do tej tra­ge­dii...?

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Imię Pani. Ci­sza

10 sierp­nia 1936 roku. Ko­mi­sarz kry­mi­nalny Gu­stav De­wart wy­siada z po­ciągu na sta­cji ko­le­jo­wej w Lan­de­shut in Schle­sien (Ka­mien­nej Gó­rze) z du­szą na ra­mie­niu. Zi­gno­ro­wa­nie roz­kazu po­wrotu do ma­cie­rzy­stej jed­nostki ozna­cza bo­wiem dla niego same kło­poty. Tym więk­sze, że jego obec­ność w mie­ście jest nie na rękę kre­isle­ite­rowi He­in­ri­chowi Küh­nowi oraz ko­men­dan­towi miej­sco­wej po­li­cji Oswal­dowi Be­erowi. Zro­bią oni wszystko, aby po­zbyć się znie­na­wi­dzo­nego ko­mi­sa­rza.

De­wart zdaje so­bie sprawę, że wsa­dza głowę w pasz­czę lwa. Ale wie też, że nie ma in­nego wyj­ścia, je­śli chce po­móc dwóm przy­ja­cio­łom - star­szemu asy­sten­towi kry­mi­nal­nemu Ro­ber­towi Cze­kale oraz ko­men­dan­towi miej­sco­wej żan­dar­me­rii Fe­li­xowi Wal­sle­be­nowi - któ­rzy za jego przy­czyną wpa­dli w śmier­telne ta­ra­paty.

Ko­mi­sarz kry­mi­nalny szybko orien­tuje się, że zwy­cię­stwo z dużo licz­niej­szym i po­tęż­niej­szym prze­ciw­ni­kiem jest moż­liwe tylko wów­czas, je­śli gra się z nim jego kar­tami. Do­ciera też do niego, że aby uwol­nić przy­ja­ciół, bę­dzie mu­siał do­ko­nać naj­więk­szej wolty w hi­sto­rii Lan­de­shut.

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Enigma

Jest 15 lipca 1928 roku, gdy pol­skie sta­cje na­słu­chowe od­bie­rają nie­miecką de­pe­szę za­szy­fro­waną w nowy spo­sób - za po­mocą ma­szyny na­zy­wa­nej Enigmą.

Od razu ru­szają próby zła­ma­nia ta­jem­ni­czego szy­fru, ale naj­lepsi kryp­to­lo­dzy kru­szą na nim zęby. Wkrótce po­tem wy­bitni war­szaw­scy pro­fe­so­ro­wie ma­te­ma­tyki uznają go za nie­roz­wią­zy­walny, a Biuro Szy­frów pol­skiego wy­wiadu zwraca się na­wet o po­moc do słyn­nego okul­ty­sty.

Kiedy ko­lejne próby koń­czą się fia­skiem, kie­row­nic­two Biura Szy­frów po­sta­na­wia za­grać va ba­nque. Jako pierw­sze na świe­cie do zła­ma­nia szy­fru - któ­rego po­dobno nie da się zła­mać - an­ga­żuje nie lin­gwi­stów, dzien­ni­ka­rzy czy sza­chi­stów, jak do tej pory, lecz stu­den­tów ma­te­ma­tyki.

W tym celu 15 stycz­nia 1929 roku dwa­dzie­ścioro uczest­ni­ków roz­po­czyna kurs kryp­to­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Po­znań­skim. Ope­ra­cja pro­wa­dzona jest w cał­ko­wi­tej kon­spi­ra­cji, a od kur­san­tów od­biera się na­wet ślu­bo­wa­nie do­cho­wa­nia ta­jem­nicy - po to, aby o pla­nach pol­skiego wy­wiadu nie do­wie­działa się nie­miecka Abwehra.

Mimo tak da­leko po­su­nię­tych środ­ków ostroż­no­ści nie wszystko idzie zgod­nie z pla­nem...

.

Krzysz­tof Ko­zio­łek

A po­tem już tylko nic

Rok 2031. Pol­ska jest jed­nym z naj­więk­szych prze­gra­nych świa­to­wej wojny o wodę wy­wo­ła­nej przez gwał­towne zmiany kli­ma­tyczne bę­dące efek­tem pro­ble­mów go­spo­dar­czych, ja­kie wstrzą­snęły pla­netą za sprawą pan­de­mii ko­ro­na­wi­rusa i wojny na Ukra­inie. Od za­koń­cze­nia kon­fliktu więk­szo­ścią ziem­skich za­so­bów za­rzą­dza kilka mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji.

Cały kraj po­dzie­lony jest na za­mknięte strefy, jedną z nich jest En­klawa Zie­lona Góra. Lo­kalne sa­mo­rządy to fik­cja, re­gio­nami rzą­dzą przed­sta­wi­ciele kon­cer­nów dys­try­bu­ują­cych wodę i usta­la­jący jej cenę.

W Pol­sce trwa per­ma­nentny stan wy­jąt­kowy, dzia­ła­nie kon­sty­tu­cji i praw oby­wa­tel­skich jest za­wie­szone. Kra­dzież wody jest su­rowo ka­rana, włącz­nie z karą śmierci. In­ter­net jest cen­zu­ro­wany, a roz­mowy te­le­fo­niczne pod­słu­chi­wane. Działa tylko jedna - rzą­dowa - sta­cja te­le­wi­zyjna. Obo­wią­zuje go­dzina po­li­cyjna, a prze­miesz­cza­nie się lu­dzi jest ści­śle kon­tro­lo­wane. Oby­wa­te­lom trze­ciej i czwar­tej ka­te­go­rii wy­pła­cane pen­sje z tru­dem wy­star­czają na po­kry­cie kosz­tów je­dze­nia i wody.

Nie­spo­dzie­wa­nie dzienne li­mity wody dla naj­uboż­szych grup spo­łecz­nych zo­stają jesz­cze bar­dziej ob­ni­żone, a jej cena wy­win­do­wana do nie­bo­tycz­nego po­ziomu. W od­po­wie­dzi na te wy­da­rze­nia kilku miesz­kań­ców En­klawy Zie­lona Góra pod wo­dzą Jana Krzyka po­sta­na­wia wziąć sprawy w swoje ręce. W ta­jem­nicy roz­po­czy­nają drą­że­nie tu­nelu do nie­czyn­nej ko­palni wę­gla bru­nat­nego od wielu lat za­la­nej wodą.

.

W przy­go­to­wa­niu

Krzysz­tof Ko­zio­łek

Osa­czony