bigos genetyczny
Urodził się w artystycznej rodzinie, w międzynarodowym tyglu. Rodzice
poznali się na scenie w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, gdzie Elżbieta
Barkanówna (rocznik 1926), zwana Lalą, grała główną rolę w sztuce Daria
Niccodemiego Scampolo, Bronisław Smoleń zaś (rocznik 1919) był tam
konferansjerem. On przystojny, błyskotliwy. Ona piękna, utalentowana.
Czasy powojenne, bieda, aktorzy za swoją pracę dostają grosze, ale
sztuka jest dla nich ważniejsza, nikt nie patrzy na finanse.
Prababka Smolenia pochodziła z Wiednia, pradziadek o nazwisku Turry z Włoch. Poznali się w Budapeszcie. Tam urodziły się ich dzieci: Gizela,
Elwira, Etelka i Bercis. Gdy oboje młodo umierają, rodzeństwem zajmuje
się najstarsza córka Gizela. W Chórze Filharmonii Budapeszteńskiej,
gdzie śpiewa, poznaje polskiego flecistę, Władysława Czecha,
pochodzącego z Bielska. Rodzą im się dzieci: Ilona (zwana Mausi) i Elwira (Bobi). Gdy na Węgrzech artystom coraz trudniej żyć,
przeprowadzają się do Polski, bo tu Władysław dostaje pracę, najpierw w krakowskiej orkiestrze, potem, by wyżywić rodzinę, przebranżawia się -
uczy się grać na saksofonie i z muzyka klasycznego staje się jazzmanem.
Przeprowadzają się do Zakopanego. Tu rodzi się ich trzecie dziecko,
Danuta, która umiera w wieku pięciu lat na zapalenie opon mózgowych.
Babką Bohdana jest Elwira. Starsza siostra Gizela dba o jej
wykształcenie, wysyła na Ukrainę, gdzie dziewczyna uczy się krawiectwa i wychodzi za mąż za przemysłowca, Rosjanina Józefa Barkana. Potem siostra
ściąga ich do Krakowa; Elwira otwiera zakład krawiecki, szyje suknie dla
zamożnych mieszczek. Specjalizuje się też w wyprawach ślubnych, dla
przyszłych mężatek szykuje pościel, obrusy, ręczniki. Tu rodzi się ich
córka Elżbieta, zwana Lalą, matka Bohdana.
Podczas wojny, w 1942 roku, dziadek Bohdana trafia do obozu w Auschwitz.
W tym czasie Elwira wciąż szyje - teraz dla Niemek mieszkających w Krakowie. Czasem za darmo, by móc poprosić o wstawiennictwo w uwolnieniu
męża z obozu. Na próżno. 25 stycznia 1943 roku, na rozkaz SS-mana, jej
mąż ginie stratowany przez współwięźniów. Los dla Elwiry nie jest
łaskawszy - ukrywa żydowską dziewczynkę, prawdopodobnie któraś z jej
niemieckich klientek donosi na nią, do mieszkania przychodzi gestapo.
Elwira zostaje aresztowana, ale na szczęście ktoś ostrzega jej córkę
Elżbietę, która ucieka i ukrywa się do końca wojny. Matka trafia do
obozu w Ravensbrück. Podobno dożyła końca wojny, ale nie wróciła do
domu. Elżbiecie udaje się ustalić przez Czerwony Krzyż, że matka tuż
przed wyzwoleniem zaraziła się tyfusem. Miała zostać wywieziona do
Szwecji. Nigdy tam nie dociera, w pociągu ślad po niej ginie. Żydowska
dziewczynka, którą uratowała, przeżyła holocaust.
Osieroconą Lalą zajmują się Gizela i Władysław Czechowie. Wychowuje się
z ich córkami Mausi i Bobi. Po wojnie dostają mieszkanie w kamienicy w Bielsku.
Cała rodzina, bliższa i dalsza, kontynuuje artystyczne tradycje. Jedna z ciotek Bohdana, Elwira Kamińska (córka Gizeli i Władysława), jest
choreografem, zakłada zespół Pieśni i Tańca Śląsk. Barbara
Broszkiewicz-Łoś, kuzynka Bohdana, wspomina: "Moja babcia była
śpiewaczką, chórzystką, dziadka poznała, gdy grał w orkiestrze
Fitelberga w Warszawie, potem w Operze Bytomskiej. Nie była to nasza
wspólna babcia, ale Gizela wychowywała również Bohdana i jego siostrę
Ilonkę, gdy ciotka Lala zachorowała".
Lala wychodzi za Bronisława. 9 czerwca 1947 roku rodzi się Bohdan (imię
z charakterystycznym "h" dostaje na cześć Bohdana Chmielnickiego - to
pomysł Bronisława), trzy lata później Ilona.
Elżbieta prowadzi w klubie "Włókniarz" kółko teatralne, z którym
wyjeżdża na Światowy Festiwal Młodzieży do Warszawy. Szaleje choroba
Heinego-Medina, czyli ostre nagminne porażenie dziecięce. Wirus polio
dostaje się do organizmu przez układ pokarmowy, skąd rozprzestrzenia się
w całym organizmie. Później Lala będzie podejrzewać, że przyczyną
tragedii były wiśnie kupione od ulicznej straganiarki. Choroba
Heinego-Medina jest zakaźna - każdy, kto przebywa w towarzystwie osoby
zakażonej, może na nią zapaść. W grupie największego ryzyka znajdują się
dzieci do piątego roku życia. Niestety wirus atakuje również ją,
dorosłą. Bohdan ma pięć lat, Ilona dwa. Ponad dwa lata, by ich nie
narażać, matka nie ma kontaktu z dziećmi.
"U cioci Lali choroba ma ciężki przebieg - opowiada Barbara
Broszkiewicz-Łoś. - Walczy o siebie, ale niestety nie udaje się. Jest
sparaliżowana od szyi w dół. Po latach rehabilitacji udaje jej się
nieznacznie poruszać jedną ręką, a w zasadzie trzema palcami. Tymi
palcami będzie zarządzać domem i całą rodziną do śmierci".
W wywiadzie rzece pt. Niestety wszyscy się znamy, który przeprowadziła
z Bohdanem Smoleniem Anna Karolina Kłys, artysta wspomina: "[Mama]
znała dokładnie układ mieszkania, kuchni, nawet swoje naczynia. Jak
słyszała hałas z kuchni, to mówiła: "Czemu zielony garnek wyjmujesz,
prosiłam o niebieski". [...] My z siostrą musieliśmy szybko dorosnąć.
Zajmowaliśmy się mamą. Potrafiliśmy ją we dwójkę unieść trochę, siostra
ją myła. Umieliśmy gotować nawet. Mama pamiętała z dzieciństwa różne
przepisy, receptury i mówiła nam, jak to przygotować. Tłumaczyła
kolejność rzeczy, jak i co robić. Piekliśmy na przykład ziemniaki
krojone w plastry i smarowane czosnkiem na blasze. A na święta robiliśmy
rybę po żydowsku"1.
Gdy Lala choruje, tata Bronek nie staje na wysokości zadania. "Jego
rodzina, głównie mama, zajęła się Bohdanem, a moi rodzice wzięli do
siebie Ilonkę - mówi Barbara. - Byłyśmy tak małe, że przez długi czas
myślałam, że jesteśmy rodzonymi siostrami. Ilonka była rozkoszna, bardzo
ją kochałam. Zawsze, nawet jako dorosła osoba, mówiła charakterystycznym
cieniutkim głosikiem, co w rodzinie nieodmiennie wywoływało wesołość.
Mój tata uwielbiał z niej żartować, ale ona nie miała mu tego za złe,
byliśmy z sobą bardzo zżyci". Bohdan i Ilona zostają rozdzieleni prawie
na trzy lata.
W tym czasie lekarze próbują postawić Lalę do pionu. Ona też się nie
poddaje. Choć może tylko leżeć, podczas rehabilitacji w szpitalu w Goczałkowicach podejmuje pracę - mimo paraliżu prowadzi zajęcia
artystyczne dla innych chorych. Ale chce wracać do domu, do dzieci, choć
lekarze odradzają - ma szansę na większą sprawność, jednak osiągnąć to
może tylko podczas fachowej rehabilitacji - mimo to ona decyduje się
przerwać leczenie.
Z majestatu swojego łóżka zajmuje się domem i dziećmi, a one z kolei
zajmują się nią. Pomoc społeczna zapewnia jej dochodzące opiekunki,
najdłużej będzie się nimi zajmować niejaka Hanka (gdy jakiś czas później
urodzi dziecko, w rodzinie będą krążyć plotki, że ojcem jest Bronisław,
ale nikt nigdy nie wspomni o tym głośno, oni sami zaś ani tego nie
potwierdzą, ani nie zdementują). Hanka, jak wszyscy, którzy Lalę
poznają, szybko się do niej przywiązuje i choć nie ma między nimi więzów
krwi, traktują się jak krewne. Obie z matką uczą dzieci prowadzenia
domu. Lala potrafi nawet wytresować psa Fafika, rodzinnego mądralę,
który jest tak obrotny, że cała okolica roi się od małych Fafiątek.
Elżbieta powtarza: "I dobrze, bo Fafik to bardzo mądry pies". Później
powie o swoim wnuczku Maćku: "Jest tak mądry jak Fafik". I wszyscy
uznają, że to wielki komplement. Gdy nie ma Hanki, a dzieci są w szkole,
Fafik na komendę Lali biegnie do podstawówki i szuka Bohdana lub Ilony.
Dla dzieci to znak, że trzeba na przerwie w te pędy biec do domu: mamie
chce się siusiu, trzeba podać jej basen.
Lala mimo kalectwa nie odpuszcza - dzieci są zadbane, zeszyty
sprawdzone, załatwia im wyjazdy wakacyjne. Gdy Ilona i Bohdan są na
koloniach, zawsze znajduje się ktoś, kto się Lalą zajmie. Jedną z takich
osób jest Barbara Broszkiewicz-Łoś. Pomaga ciotce w prowadzeniu domu,
ale sama też dużo się od niej uczy. Po latach powie, że smak i kuchenny
kunszt zawdzięcza właśnie jej.
Elżbieta prowadzi dom oraz życie towarzyskie (wokół jej łóżka zawsze
zbierają się znajomi literaci, aktorzy), dostaje skromną rentę i dorabia: zna dwa języki obce, udziela korepetycji. Jednocześnie nie
zaprzestaje działalności artystycznej - wymyśla teksty piosenek i wierszyki dla swoich dzieci występujących na szkolnych akademiach. Tymi
trzema sprawnymi palcami nauczy się pisać. Mimo obłożnej choroby jest w tej rodzinie postacią dominującą. Nigdy się nie skarży, nie żali. Słynie
z błyskotliwości, inteligencji i pogody ducha. Gdzie w tym wszystkim
jest ojciec Bohdana i Ilony, jej mąż? Dobre pytanie. Choć nigdy się z Lalą nie rozwiedzie, żyje swoim życiem. Co rano wychodzi z domu do
pracy, ale pensji nie przynosi. Potem się okaże, że od lat nie pracuje,
tylko udaje. Co robi w czasie, gdy niby jest w pracy? Tego nikt się
nigdy nie dowie. Jego ulubione zajęcie, oprócz picia i hazardu, to
wyglądanie przez okno i przeciągłe wzdychanie. Większość rodziny wręcz
go nie lubi. Jego praca artystyczna to w tym czasie już wspomnienie; nim
zaczął udawać, że pracuje, przez jakiś czas zatrudniony był w zakładach
lniarskich, gdzie produkowano worki i węże brezentowe.
Bronisław Smoleń nie przejmuje się zbytnio dziećmi, nie ma wielkiego
wpływu na ich wychowanie. Bohdan wspomina: "Nauczycielka pisała: "Bohdan
znów przyszedł nieuczesany na lekcje", a ojciec odpisywał: "Widocznie
nie miał grzebienia". No to pani znów coś napisała, ojciec też. Taką
sobie prowadzili wymianę myśli w dzienniczku. Kiedyś z kolegami
zrobiliśmy ognisko i wrzuciliśmy do niego jakieś pociski poznajdywane na
polach. Jak to zrobiło srru! Wszyscy w Bielsku słyszeli. Miałem też
ulubioną zabawę: ześlizgiwanie się z czubka drzewa, wierzby płaczącej,
na ziemię. No i szaleństwa na rowerze... Czepiałem się ciężarówek i pędziłem, bez dotykania pedałów. [...] zupełnie nie rozumiem, jak to się
stało, że przeżyłem w jednym kawałku dzieciństwo. Ja nawet z księdzem po
kolędzie chodziłem po Bielsku. Ale krótko trwała ta przygoda, bo kiedy
ksiądz pisał: K+M+B, to dopisywaliśmy " = 1958 zł na tacę""2.
Gdy Bohdan dorośnie, o ojcu rzadko będzie mówił. Jeśli już, wspomnienia
będą obejmować kilka rodzinnych anegdot, w których duże znaczenie
odgrywał alkohol. Jak w tej, gdy pijany Bronisław bierze syna na
polowanie i tak niefortunnie rzuca butelką, że rozbija dziecku głowę.
"Synuś, bardzo cię przepraszam", skwituje tylko. I po latach Bohdan
stwierdzi, że to były najcieplejsze słowa, jakie od ojca usłyszał.
Opowie też, że tata uwielbiał narty i zimowe wyjazdy na stoki. Samotne.
Dzieci wtedy zostawały w domu, żeby mu nie przeszkadzały. Maciej Smoleń,
najstarszy syn Bohdana, wspomina, że jako dziecko przynajmniej raz w roku jechał z rodzicami do dziadków na tydzień. Podczas jednego z pobytów gra w piłkę, niefortunnie uderza stopą o kamień. Łamie
paznokieć, z płaczem biegnie do domu. Krew się leje, strzępki paznokcia
stoją na sztorc wbite w ciało, a dziadek krzyczy: "Co drzesz mordę!
Zamknij się". Dla siedmioletniego dziecka to szok. "Ale ciebie ojciec
chyba kochał?" - Maciej zapyta kiedyś Bohdana. "Nie, nie kochał mnie",
usłyszy w odpowiedzi. "Nigdy nie byłem dla niego ważny". Ważny jest na
pewno dla matki. Zawsze będzie o niej mówił z szacunkiem i miłością,
podkreślał, że była jego najlepszą przyjaciółką, zawsze mógł na nią
liczyć i nigdy się z nią nie pokłócił. Równie ważna była dla Barbary
Broszkiewicz-Łoś: "Bardzo kochałam ciocię Lalę. Uwielbiałyśmy do niej
przychodzić, moją mamę i ją łączyły nie tylko więzy krwi, były też
przyjaciółkami, bardzo się wspierały. Biegłyśmy do niej na każde
wezwanie. Myślę, że jej optymizm i wielki duch rekompensowały dzieciom
wszystkie niedobory wynikające z rodzinnej tragedii. Mieli dobre i pogodne dzieciństwo. Ciocia robiła wszystko, żeby dzieci nie odczuły
żadnego braku".
Dzieciństwo Bohdana to mieszkanie najpierw w podzielonej willi przy
Rutkowskiego 25, potem lokal w willi z ogromnym ogrodem przy
Wyspiańskiego, który należał do ciotki Elwiry. Na dole Smoleniowie, w mieszkaniu obok Zdzisław Okuliar, reżyser, literat, redaktor naczelny
"Kroniki Beskidzkiej", na górze pani Zosia i jej mąż organista.
Wszystkie dziecięce wspomnienia są z tym ogrodem związane. Zabawa w podchody, w chowanego, ganianie się wokół fontanny, przyjęcia w altance,
zimą zjeżdżanie z górki na sankach. Zdzisław Okuliar opiekował się
pięknym ogrodem w czynie społecznym, szkoda mu było, by ten przedwojenny
cud się zmarnował. Dbał, kosił, przycinał. Oddzielił kawałek terenu, na
który dzieci miały zakaz wstępu. Tam eksperymentował, sprowadzał z cieplejszych krajów drzewka, aklimatyzował je, a potem z sukcesem sadził
w ogrodzie. Okuliar był zaprzyjaźniony z Lalą, mieli braterstwo
intelektualne. Stracił pracę w redakcji po konflikcie z pierwszym
sekretarzem, gdy ten wsadził mu na miejsce sekretarki córkę kacyka,
która robiła straszne błędy ortograficzne. Okuliar je po cichu
poprawiał, a gdy panna się zorientowała, poczuła się dotknięta.
Poskarżyła się wyżej i to jego, nie ją, zwolniono z pracy. Bardzo to
przeżył. Zmarł na gruźlicę, której nabawił się w obozie koncentracyjnym
podczas wojny. Po jego śmierci Ilona, pracująca wtedy w Urzędzie
Wojewódzkim jako sekretarka, będzie próbowała odkupić tę willę od
państwa. Nie uda się. Po ślubie zamieszka tu z mężem, a potem córką Elą,
i do końca będzie opiekować się matką. Lala umiera w wieku 54 lat. Zanim
to nastąpi, będzie miała jeszcze wiele sukcesów na koncie. Jak chociażby
ten, gdy zorganizuje "zjazd hajniaków", czyli osób cierpiących na
chorobę Heinego-Medina. W 1966 roku chorzy zjechali do Bielska-Białej,
ona była ich instruktorką, przygotowywali wystąpienia artystyczne.
Towarzyszący im lekarz uważał, że taka aktywność pomaga w zdrowieniu. Na
tymże zjeździe Lala zeswata siostrę Barbary ze swoim uczniem Adamem
Kryczkiem, jeżdżącym na wózku inwalidzkim. Rodzice nie są zachwyceni,
ale małżeństwo okazuje się szczęśliwe, trwa niemal pół wieku i ma dwójkę
udanych dzieci.
4. Z okazji 50. rocznicy ślubu dziadków czworo wnucząt (od lewej: Bohdan z siostrą Iloną, kuzynka Basia z bratem Jackiem) wykonuje okolicznościową
piosenkę autorstwa Elżbiety Smoleń - Bielsko-Biała, lata pięćdziesiąte.
To Lala z wysokości swoich poduch organizuje 50-lecie ślubu cioci-babci
Gizi i wujka-dziadka Władzia. Najpierw odnowienie ślubu w kościele,
potem przyjęcie w domu. A wnukowie: Bohdan, Ilona, Marysia, Basia i Jacek, deklamują:
50 lat mija od chwili, gdy dziadziuś z babunią brał ślub,
I poszli przez życie, ufając, że miłość ich łączy po grób.
Kocham, kocham - tak dziadziuś mówił do żonki swej.
Kocham, kocham - tak brzmiała odpowiedź jej.
Życie im w darze przyniosło raz dobre chwile, raz złe.
Choć żyli w miłości i zgodzie, to czasem pokłócili się.
Gizusz, oj ty Gizusz - tak dziadziuś mówił do żonki swej.
Glupi i lajdak - tak brzmiała odpowiedź jej.
Lala doprowadza tym dziadków do płaczu ze wzruszenia, za to reszta
rodziny się zaśmiewa.
5. Dziadkowie Gizela i Władysław Czechowie w gronie rodzinnym, Bohdan przy
mamie Elżbiecie
Gdy wnuki dorosną, też płaczą, wspominając pradziadków, ze śmiechu.
Przedrzeźnianie Węgierki Gizeli było ich ulubionym zajęciem, bo nigdy
nie nauczyła się dobrze mówić po polsku. Mówiła na przykład: "Wladziu,
kam no ty". I jak w wierszyku autorstwa Lali: "Ty glupi ty, ty lajdak".
"Ciocia Lala się śmiała, moja mama się śmiała, ale my, dzieci, to już w ogóle - wspomina Barbara Broszkiewicz-Łoś. - Co więcej, nawet jako
dorośli nieraz siadaliśmy z Bohdanem i Ilonką, w kółko opowiadaliśmy te
historie i śmialiśmy się z naszej pociesznej rodziny. Byliśmy bardzo
zżyci, mieliśmy swój świat, swój język. Czasem wystarczyło, że na siebie
spojrzeliśmy, i już wybuchaliśmy śmiechem. Dobrze się rozumieliśmy".
Dorośli też mieli sposób, by powiedzieć sobie coś w tajemnicy: "U nas w domu się mówiło po węgiersku, żeby dzieci nie rozumiały" - wspominał
Bohdan3.
Do końca spierają się, które z nich skończyło lepsze liceum. W Bielsku-Białej były trzy: imienia Żeromskiego, według nich
"komuchowate", bo utworzone po wojnie, nie darzyli go więc szczególną
estymą, i dwa przedwojenne, do których trudno się było dostać. Barbara
chodzi do Asnyka, otwartego jeszcze w czasach zaborów, Bohdan do
Kopernika założonego w dwudziestoleciu międzywojennym. Ich każde
spotkanie to spór o to, która szkoła lepsza, w której uczą fajniejsi
profesorowie. Większość kwestii Bohdan kończy: "Chodziłem do Kopernika,
więc wiem". "No daruj sobie, mój Asnyk jest jednak na wyższym poziomie"
- uzasadniała kuzynka. To była ich rodzinna zabawa.
6. Bohdan z przyszłą żoną Tereską w czasach studenckich
W ogóle żyją rodzinnie. Barbara Broszkiewicz-Łoś: "Dla nas nie było
ważne, która babcia jest czyja, która ciotka bliższa, a która dalsza. Po
prostu byliśmy wspierającą się rodziną, każdy na każdego mógł liczyć".
Bohdan Smoleń: "To życie rodzinne, te wszystkie ciocie, babcie,
wujkowie, kuzynostwo, to było bardzo silne. Jak się gdzieś zachodziło na
godzinę, to można było dwa dni zostać. Moje ciotki i mama miały wpojoną
podstawową zasadę: najważniejsze jest życie rodzinne. Nawet jak coś nie
wychodziło w małżeństwie, to cały czas starały się tę drugą osobę
naprawić. Mama mówiła do taty: "Bronku, ty pijesz, nieregularnie
chodzisz do pracy". A on ją chciał upokorzyć i mówił: "A ty... A ty... A ty
spłacasz za mnie długi!""4.
W szkole podstawowej Bohdan dobrze się uczy, w średniej zaczyna
dokazywać. Ciągnie go jednak na scenę. Osobą, która go kształtuje
artystycznie, jest oczywiście matka. Może to przez niego spełnia swoje
sceniczne ambicje?
Bohdan nie jest adonisem, zaledwie 165 cm wzrostu, ale ma "to coś". Jako
nastolatek prowadzi bujne życie towarzyskie, choć nie jest duszą
towarzystwa. Nie mówi dużo, ale jak coś powie, to rozbawia wszystkich.
Taki ścichapęk. Tu posłucha, tam posłucha, a na koniec podsumuje jednym
zdaniem i wszyscy się śmieją. Tą swoją pociesznością nadrabia pewne
braki i zaniechania. Nazajutrz akademia, mama pisze mu tekst
konferansjerki, a jego nie ma, włóczy się gdzieś z kolegami. Kiedy się
tego nauczy? Przecież to dużo tekstu do zapamiętania. "Daj mi dwie
godziny" - mówi, kiedy w końcu wraca do domu. Napuszcza wody do wanny,
wchodzi tam z kartkami, a jak z niej wychodzi, już wszystko umie.
"Dla nas ten stan, że ciocia Lala leży, zarządza domem i organizuje
wszystkim życie, był zupełnie naturalny - wspomina Barbara. - Nie
uważam, by jej kalectwo jakoś szczególnie odbiło się na dzieciach".
Inaczej patrzy na to Maciej Smoleń: "Trochę się babci bałem. Nie
dlatego, że zrobiła mi coś złego, ale nie rozumiałem tej sytuacji, że
ona leży, częściowo sparaliżowana, a i tak cały świat kręci się koło
niej. Dla mnie ta sytuacja była czymś osobliwym, niepokojącym".
Bohdan Smoleń mówił podobnie: "Matka była sparaliżowana. Nic nie było
normalne"5.
Elżbieta Smoleń umiera w roku 1980. Zanim to jednak nastąpi, organizuje
w 1970 roku ślub swojemu synowi i stoi za sukcesem jego pierwszych
występów na "poważnej" scenie - pisze teksty do kabaretu Pod Budą,
którego Bohdan jest współzałożycielem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki