Rozdział 2
Grant
Nucąc pod nosem Start Me Up od The Rolling Stones, wjeżdżam do Denver. Silnik mojego pickupa mruczy jak zadowolony pies, a ja czuję, jak rytm muzyki przebija się przez szum ruchu ulicznego. Dzień zapowiada się pracowicie, ale mam dobre nastawienie - a to u mnie rzadkość, zwłaszcza przed spotkaniami z nowymi klientami.
Pan Jenkins, z którym jestem dziś umówiony, mieszka niedaleko centrum, więc zanim do niego pojadę, postanawiam zahaczyć o kawiarnię Arii - mojej młodszej siostry, kulinarnego tornada o wyglądzie anioła i sercu tyrana, jeśli chodzi o jakość wypieków.
Gdy tylko wchodzę do środka, od razu uderza mnie zapach świeżo mielonej kawy i cynamonu. W tej kawiarni pachnie tak dobrze, że czasem mam ochotę zostawić interes i pracować tu na zmywaku. W sumie pewnie byłoby mniej stresu.
- Dobry! - rzucam, wymieniając mocny uścisk dłoni z Emmetem, baristą, który pracuje tu od trzech lat i wygląda, jakby był szefem tego miejsca bardziej niż moja siostra.
- O, patrzcie, kogo przywiało - odpowiada, oceniając mnie spojrzeniem, które mówi: "Potrzebujesz podwójnego espresso bardziej, niż przyznasz". - Standard?
- Wiesz, że tak. - Siadam przy barze, zdejmując czapkę i pocierając dłonie, bo mimo zimy nadal zapominam o zakładaniu rękawiczek.
Emmet zabiera się za robienie kawy z prędkością i precyzją, której pozazdrościłby mu chirurg.
- Aria na zapleczu? - pytam, zerkając w stronę drzwi do magazynu.
- Owszem. I mam ci powiedzieć, że jeśli wejdziesz tam z brudnymi butami, zabije cię gołymi rękami - informuje mnie Emmet tonem absolutnie neutralnym. - I zakopie za kawiarnią.
Parskam.
- Przekaż jej, że doceniam ostrzeżenie.
Drzwi do zaplecza otwierają się w tym momencie z hukiem, a w progu staje siostra. W rękach trzyma miskę mąki, we włosach ma śnieg z dekoracyjnej girlandy, a na twarzy wyraz, który zwykle poprzedza słowa: "Ty i twoje głupie pomysły".
- Grancie Cameronie Hertland, czy ty naprawdę zamierzasz wchodzić do mojej kuchni w buciorach pokrytych pół metra błota z gór? - rzuca od progu.
- To tylko pięć centymetrów - odpowiadam, unosząc brew. - I błoto to całkowicie naturalny element przyrody.
- Naturalny element twojego braku wychowania - mruczy, po czym odstawia miskę, podchodzi do mnie i trzepie mnie ścierką po ramieniu. - Co cię sprowadza?
- Tęskniłem - mówię tonem niewinnym jak u trzylatka.
- Aha. - Mierzy mnie wzrokiem. - Czyli kawa.
- I może jedno z tych twoich czekoladowych ciast, jeśli zostało.
- Zostało, ale miałeś być na diecie.
- Nigdy nie byłem na diecie.
- Właśnie o tym mówię.
Emmet parska śmiechem i stawia przede mną wielki kubek czarnej kawy. Biorę łyk, czuję, jak energia wraca do mojego ciała i nagle cały świat wydaje się bardziej... do wytrzymania.
- Masz pracę w okolicy, prawda? - zagaduje Aria, opierając się o bar.
Kiwam głową.
- Nowy klient. Remont kuchni, wymiana blatów, coś wspominał o szafach.
- Brzmi jak raj - rzuca z przekąsem. - A planujesz wreszcie zrobić sobie przerwę?
- Na nowy rok może ze trzy dni.
Aria mruży oczy tak ostro, że czuję się, jakby prześwietlała mi duszę.
- Mhm. Ile to już lat odkładasz urlop?
- Nie liczę - oznajmiam, wypijając kolejny łyk kawy. - Wystarczy, że ty liczysz.
- I będę liczyć dalej, dopóki nie zdecydujesz się na chwilę odpoczynku - stwierdza, kręcąc głową. - Grant... jesteś wykończony. Widać to nawet po tym, jak siadasz.
Przewracam oczami.
- Siedzę normalnie.
- Jak staruszek - podsumowuje natychmiast. - Gdybyś był jeszcze bardziej sztywny, mógłbyś robić za drewnianego Dziadka do orzechów.
Emmet z trudem powstrzymuje śmiech, rzucam mu więc naburmuszone spojrzenie.
- W sumie mógłbym cię polukrować.
- Bardzo śmieszne - mruczę. - Może po prostu mam pracowity okres.
Aria zakłada ręce na piersi i milknie na chwilę, co u niej jest groźniejszym znakiem niż krzyk.
- Wiesz co? Skończyłam cię namawiać. Podjęłam decyzję za ciebie.
Unoszę brew.
- Słucham?
- Znalazłam ci dwutygodniowy pobyt w Aspen. Masz rezerwację.
- CO zrobiłaś?! - Prawie dławię się kawą.
- To, czego ty nie potrafisz - stwierdza. - Załatwiłam ci wakacje.
I zanim zdążę zareagować, dodaje:
- I nie waż się powiedzieć "nie", bo zarezerwowałam to z opcją bezzwrotną.
Patrzę na nią, na Emmeta, na kubek kawy... i mam dziwne przeczucie, że to wszystko będzie miało fatalne konsekwencje. Mam również przeczucie, że Aria dopiero zaczyna swój "plan ratowania brata". Od zawsze martwiła się moim przepracowaniem i gdyby nie ona, to chyba nie pamiętałbym nawet o jedzeniu. Była cztery lata młodsza, a zachowywała się, jakby była ode mnie starsza i dojrzalsza.
Aria przytula mnie, całując przy tym w policzek, i znika za drzwiami zaplecza.
Zostawia mnie z kawą i ciężarem swojej decyzji, jakby właśnie wręczyła mi bilet do raju, a nie wyrok. Dwutygodniowy pobyt w Aspen jest psu na budę.
Emmet stawia przede mną czekoladowe ciasto, jakby próbował załagodzić nagły cios.
- Na koszt firmy. Wyglądasz, jakbyś przeżył katusze.
- Przeżywam - mruczę. - Na dodatek nie mam tu nic do gadania. Rozumiesz?
- Wiesz jaka ona jest - szepcze konspiracyjnie. - Jak sobie coś ubzdura, to nic jej nie powstrzyma.
- Żyję z nią tyle lat, to wiem. Ale, cholera, Met, dwa tygodnie?
- Brzmi jak świetny prezent. - Wzrusza ramionami.
- Prezent? Ja mam zaległe projekty, klientów do obskoczenia, papiery do wypełnienia...
- I brak czasu na urlop.
- No właśnie.
Biorę duży kęs ciasta i udaję, że jem zbyt intensywnie, by mówić. Emmet patrzy na mnie z miną, która wyraża jedno wielkie współczucie. Nie kontynuuje jednak rozmowy, za co dziękuję mu w myślach. Wzdychając raz po raz, dojadam ciasto, dopijam kawę i rzucając kasę na blat, wstaję od baru.
- Dzięki - mówię z posępną miną. - Powiedz Arii, że jeszcze do niej zadzwonię.
- Spoko, boss. Choć wiesz... ten urlop to naprawdę ci się przyda.
Macham na to ręką i wychodzę na mroźne powietrze, które wbija się w nozdrza. Mimo że śnieg dopiero zapowiadają, to temperatury spadają na łeb na szyję. Zaciągam suwak kurtki po samą szyję i ruszam w stronę samochodu.
Cały czas w głowie kotłuje mi się myśl o wyjeździe. Z jednej strony jestem wściekły, bo wiem, ile mam na głowie. Zaległe projekty, klientów, którzy liczą na to, że będę dostępny jak centrum alarmowe. W mojej głowie zawsze jest lista do zrobienia, a urlop... Cóż, urlop nigdy się na niej nie mieści.
Z drugiej zaś strony... Nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę odpocząłem. Nie na dwa dni, nie na weekend, ale tak porządnie. Z wyłączonym telefonem, bez ołówka za uchem, bez kalkulatora w ręce.
Zatrzymuję się przy aucie i przez moment opieram się o drzwi, wpatrując w swoje odbicie w szybie. Widzę faceta, który wygląda, jakby przeszedł przez wszystkie sezony życia w jeden rok. Podkrążone oczy, zmęczenie przyklejone do barków, napięcie w szczęce. Nawet moja własna siostra widzi to lepiej niż ja.
Po śmierci ojca, dziesięć lat temu, nie było czasu na żałobę, łzy czy luksus załamania. Wziąłem wszystko na siebie - firmę, dom, rachunki, naprawy, a z czasem także całą opiekę nad mamą. Nie chciałem, żeby martwiła się czymkolwiek. Chciałem, żeby czuła się bezpieczna.
A potem zaczęło się zapominanie. Najpierw drobnostki - gdzie położyła klucze, czy jadła śniadanie, którego dnia jest wizyta lekarska. Potem większe rzeczy - imiona, daty, miejsca. A na końcu... siebie.
Lekarz powiedział to słowo spokojnie, łagodnie, ale ja czułem, jakby ktoś uderzył mnie betonem w klatkę piersiową.
Alzheimer.
Od trzech lat mama przebywa w placówce pielęgnacyjno-opiekuńczej - najlepszej, jaką znalazłem, z personelem, który zna ją lepiej, niż ja teraz jestem w stanie. Jeżdżę tam regularnie, czasem częściej, niż powinienem, ale każda wizyta przypomina mi, że jej świat przewrócił się do góry nogami, a ja mogę zrobić jedynie tyle, by to odwrócenie było możliwie miękkie.
Może dlatego tak trudno jest mi sobie wyobrazić urlop. Kiedy moje życie od dekady polega na gaszeniu pożarów, trudno po prostu... odpuścić.
Wsiadam do samochodu i dopiero teraz pozwalam sobie na głębszy oddech. Silnik mruczy, ogrzewanie zaczyna dmuchać ciepłym powietrzem, a ja siedzę tak chwilę, trzymając ręce na kierownicy.
Dwa tygodnie wolnego.
Aspen.
Oderwanie się od wszystkiego i wszystkich. Nie wiem jeszcze, czy się zgodzę, czy po prostu oddam to, co Ari wpłaciła. Ale przeczucie mówi mi, że jeżeli zgodzę się na to szaleństwo, będę je pamiętał do końca życia.
Spotkanie z klientem przebiega standardowo. On opowiada, jak widzi swoją wizję nowej kuchni, ja wyobrażam sobie to w głowie i na szybko szkicuję mu na kartce projekt. Mężczyzna należy do tych niezbyt zdecydowanych. Chce mieć kuchnię otwartą, ale żeby nie aż tak, najlepiej z wyspą, ale taką, by nie zawadzała, oraz blaty w stylu rustykalnym, jednak bardziej w nowocześniejszej formie.
Krótko mówiąc - nie ma najmniejszego pojęcia, czego chce. Spotkałem setki takich ludzi. W miarę rozmowy zaczynam żałować, że jednak nie zostałem w kawiarni, udając rozmyślanie nad propozycją siostry.
- Chciałbym, żeby to było takie cozy, ale wie pan... - Macha rękami, jakby próbował pokazać jakiś widok. - Bardziej eleganckie? Przytulne, ale żeby wyglądało na drogie.
- Czyli... wszystko naraz - stwierdzam, chociaż w duchu mam ochotę rzucić tą ofertą w diabły.
- No! Pan mnie rozumie! - Uśmiecha się szeroko.
Nie rozumiem. Ale za odpowiednią cenę to ci mogę nawet smoka na tych meblach wydłubać.
W końcu robię pomiary, spisuję uwagi i kończę spotkanie, a w drodze powrotnej dopada mnie to samo uczucie, które pojawia się od miesięcy: jestem zmęczony. Nie fizycznie - do tego jestem przyzwyczajony - ale psychicznie. Jakby ktoś powoli spuszczał powietrze z mojej energii.
Może Aria ma rację. Może rzeczywiście potrzebuję przerwy. Może Aspen to nie jest taki najgorszy pomysł. To niecałe cztery godziny drogi, więc to nie koniec świata.
Gapię się przez chwilę na kierownicę, po czym wjeżdżam na główną ulicę i obiecuję sobie, że jeśli już mam jechać do Aspen, przynajmniej wykorzystam to na sto procent. Może wreszcie odpocznę. Przypomnę sobie, jak to jest robić coś, co nie jest pracą.
Do domu wracam późnym wieczorem i pierwsze, co robię po zamknięciu drzwi, to rzucam klucze na szafkę z takim impetem, jakby ważyły tonę. Kurtkę zostawiam gdzieś po drodze, buty kopię w stronę korytarza, a sam padam na kanapę jak ścięty.
Oparcie ugina się pode mną, a ja czuję, jak całe ciało w końcu pozwala sobie na rozluźnienie. Przymykam powieki z ulgą, a pod nimi mam wrażenie, jakbym nosił cały piasek z Sahary. Oczy pieką, skronie pulsują, a w głowie dudni echo całego dnia.
Chwila ciszy w salonie jest dziwnie kojąca, aż za bardzo, bo dosłownie czuję, jak przysypiam. Ale zanim mój mózg całkiem się wyłączy, do uszu dochodzi dźwięk nadchodzącej wiadomości. A po chwili kolejnej i kolejnej. Przez moment leżę nieruchomo, walcząc sam ze sobą: wstać czy udawać, że tego nie słyszę?
Ciekawość jednak wygrywa i już po chwili trzymam telefon w dłoni. W pasku powiadomień widzę maila od Arii.
Temat: Aspen - potwierdzenie rezerwacji.
Już na sam widok przewracam oczami. Klikam jednak w plik, który informuje mnie, że spędzę tam piękne dwa tygodnie z sauną, basenem, spa i darmowym dostępem do stoku.
Czytam również dopisek:
I nawet nie próbuj pisać, że to za drogie. Zapłaciłam, pieniądze nie mogą przepaść, bo byłoby to marnotrawstwo. Jedź i baw się dobrze <3
Wzdycham przeciągle i odpisuję jej:
Pojadę, ale tylko dlatego, że szkoda tych pieniędzy.
Nie przyznam się przecież, że nawet cieszy mnie to, że podjęła za mnie decyzję.