III: Laia
Zamaskowany powoli wchodzi przez bramę. Jego wielkie dłonie zwisają wzdłuż ciała. Dziwny, jasny metal, któremu ta formacja zawdzięcza swoją nazwę, przylega od czoła do brody niczym srebrna farba, ujawniając rysy jego twarzy, cienkie brwi i wystające kości policzkowe. Pokryta miedzianymi płytkami zbroja układa się na umięśnionym ciele, podkreślając jego siłę.
Kolejny podmuch wiatru wydyma jego czarną pelerynę. Zamaskowany rozgląda się wokół podwórza, tak jakby przybył na przyjęcie wyprawiane w ogrodzie. Patrzy na mnie jasnymi oczami, mierzy wzrokiem od stóp do głów i zatrzymuje się na mojej twarzy. Przygląda mi się beznamiętnie, jakby był gadem, nie człowiekiem.
- Co za śliczna buzia - odzywa się.
Rozpaczliwie obciągam poszarpany rąbek sukienki, żałując, że nie mam na sobie bezkształtnej spódnicy do kostek, którą noszę na co dzień. Zamaskowany ani drgnie. Nic w jego twarzy nie zdradza mi, o czym może myśleć, ale potrafię to odgadnąć.
Darin zasłania mnie całym ciałem i spogląda na ogrodzenie, tak jakby oceniał czas potrzebny na dotarcie do niego.
- Jestem sam, chłopcze - zwraca się do mojego brata Zamaskowany martwym głosem. - Reszta naszych ludzi przeszukuje wasz dom. Jak chcesz, możesz uciekać. - Odsuwa się od bramy. - Nalegam jednak, żebyś zostawił dziewczynę.
Darin unosi nóż.
- O, jakiś ty rycerski - mówi tamten.
Po czym uderza w błysku miedzi i srebra, niczym grom z jasnego nieba. Wciągam gwałtownie powietrze... I w tej samej chwili Zamaskowany przyciska twarz mojego brata do piasku i przygważdża jego wijące się ciało kolanem. Nóż babci upada na ziemię.
Moje gardło eksploduje krzykiem, doskonale słyszalnym w ciszy letniej nocy. Sekundę później czubek skimy łaskocze moje gardło. Nawet nie zauważyłam, jak Zamaskowany dobył broni.
- Cicho - rozkazuje. - Ręce do góry. I do środka.
Szarpnięciem jednej ręki podnosi Darina za kark, a w drugiej trzyma skimę, którą popycha mnie przed sobą. Mój brat kuleje, z jego twarzy sączy się krew, a oczy zachodzą mu mgłą. Walczy z uściskiem jak ryba na haczyku, lecz napastnik tylko zaciska mocniej dłoń.
Tylne drzwi domu się otwierają i pojawia się w nich legionista w czerwonej pelerynie.
- Dom zabezpieczony, dowódco.
Zamaskowany popycha Darina w jego kierunku.
- Związać go. Silny z niego chłopak.
Potem chwyta mnie za włosy, mocno, aż krzyczę z bólu.
- Mmm. - Nachyla się do mojego ucha, a ja się krzywię. Przerażenie odbiera mi głos. - Zawsze mi się podobały ciemnowłose.
Ciekawe, czy ma siostrę, żonę czy jakąkolwiek kobietę. Nawet gdyby miał, byłoby to bez znaczenia. Nie jestem dla niego częścią czyjejkolwiek rodziny. Jestem rzeczą, którą należy poskromić, wykorzystać i porzucić. Zamaskowany ciągnie mnie korytarzem do pokoju od frontu tak jak myśliwy ciągnący zdobycz. "Walcz" - powtarzam sobie w myślach. "Walcz!". Jednak kiedy wyczuwa moje żałosne wysiłki, zaciska mocniej dłoń, a moją czaszkę przeszywa ból. Rozluźniam mięśnie i pozwalam mu się ciągnąć dalej.
W pokoju legioniści stoją w szeregu wśród powywracanych mebli i potłuczonych słoików z konfiturami. "Teraz handlarz nic nie dostanie". Tyle dni spędzonych nad parującymi garnkami, aż moje włosy i skóra zaczęły pachnieć morelami i cynamonem. Tyle słoi, wyparzonych i wysuszonych, napełnionych, zamkniętych i uszczelnionych. Wszystko to na nic. Kompletnie na nic.
Lampy oświetlają straszną scenę: babcia i dziadek klęczą na środku podłogi z dłońmi związanymi za plecami. Wojskowy trzymający Darina popycha go na podłogę obok nich.
- Dowódco, czy mam związać również dziewczynę? - Inny żołnierz chwyta sznur wiszący u pasa, ale Zamaskowany zostawia mnie pomiędzy dwoma krzepkimi legionistami.
- Nie sprawi nam kłopotów. - Spogląda na mnie ostrym wzrokiem. - Prawda?
Kręcę głową i kurczę się, nienawidząc siebie za tchórzostwo. Sięgam do wytartej bransolety matki, którą noszę powyżej łokcia, i dotykam znajomego wzoru, szukając w nim siły... lecz nie odnajduję nic. Matka by walczyła. Wolałaby raczej zginąć, niż znosić takie poniżenie. Tymczasem ja nie jestem w stanie się poruszyć. Obezwładnia mnie mój własny lęk.
Do pokoju wchodzi legionista, jego twarz zdradza zdenerwowanie.
- Dowódco, tu tego nie ma.
Zamaskowany mierzy wzrokiem mojego brata.
- Gdzie szkicownik?
Darin patrzy prosto przed siebie i milczy. Oddycha cicho, miarowo i wygląda na to, że znów nad sobą panuje. W gruncie rzeczy wydaje się niemal spokojny.
Zamaskowany nieznacznie kiwa dłonią. Jeden z legionistów chwyta babcię za kark i uderza jej wątłym ciałem o ścianę. Babcia przygryza wargę, w jej oczach pojawiają się błękitne iskry. Darin próbuje wstać, ale inny żołnierz go przytrzymuje.
Człowiek w masce unosi odłamek szkła z jednego z potłuczonych słojów. Wysuwa język niczym wąż i kosztuje odrobinę konfitury.
- Szkoda, żeby to wszystko się zmarnowało. - Muska twarz babci krawędzią szklanej skorupy. - Kiedyś musiałaś być piękną kobietą. Co za oczy! - Odwraca się do Darina. - Mam je wyłupić?
- Szkicownik jest za oknem małej sypialni. W żywopłocie - wydobywam z siebie zaledwie szept, ale żołnierze to słyszą. Zamaskowany daje znak i jeden z legionistów znika w korytarzu. Darin na mnie nie patrzy, lecz i tak czuję jego przerażenie. Mam ochotę wrzasnąć na cały głos: "Dlaczego kazałeś ukryć go właśnie mnie? Dlaczego przyniosłeś tę przeklętą rzecz do domu?".
Legionista wraca ze szkicownikiem. Kolejne sekundy wydają się ciągnąć bez końca, a jedyny dźwięk, jaki rozlega się w pokoju, to szelest przewracanych kartek, kiedy Zamaskowany przegląda zawartość zeszytu. Jeśli reszta wygląda tak jak strona, którą znalazłam, wiem, co zobaczy: noże, miecze i pochwy Imperium Marsyjskiego, obrazy kuźni, receptury, instrukcje... Rzeczy, których żaden Uczony nie powinien znać, a co dopiero opisywać ich na papierze.
- Jak się dostałeś do Dzielnicy Zbrojowni, chłopcze? - Zamaskowany podnosi wzrok znad obrazków. - Czy ruch oporu przekupił jakiegoś robotnika spośród Plebejuszy, żeby cię tam przemycił?
Tłumię łkanie. Czuję ulgę, że Darin nie zdradził, ale jednocześnie mam ochotę nawrzeszczeć na niego i wyzwać go od głupców. Związki z ruchem oporu Uczonych oznaczają wyrok śmierci.
- Sam się tam przekradłem - wyjaśnia mój brat. - Nie mam nic wspólnego z ruchem oporu.
- Widziano, jak wchodziłeś wczoraj wieczorem do katakumb podczas zakazu. - W głosie Zamaskowanego pobrzmiewa znudzenie. - W towarzystwie znanych buntowników spośród Uczonych.
- Wczoraj wieczorem Darin wrócił do domu dobrze przed godziną zakazu - odzywa się dziadek, a ja czuję się dziwnie, słysząc kłamstwo z jego ust. To jednak bez znaczenia. Zamaskowany patrzy wyłącznie na mojego brata. Bez jednego mrugnięcia czyta z jego twarzy jak z książki.
- Aresztowaliśmy dzisiaj tych buntowników - oznajmia. - Jeden z nich przed śmiercią wyjawił twoje imię. Co z nimi robiłeś?
- Poszli za mną - odpowiada spokojnie Darin. Tak jakby już kiedyś był przesłuchiwany. Jakby się w ogóle nie bał. - Nigdy wcześniej ich nie spotkałem.
- A jednak zdawali sobie sprawę, że znajdę tu szkicownik. Wyśpiewali mi o nim wszystko. Skąd o nim wiedzieli? Czego od ciebie chcieli?
- Nie wiem.
Zamaskowany przyciska mocniej szklany odłamek do miękkiej skóry pod okiem babci, a ona rozdyma nozdrza. Krople krwi płyną wzdłuż zmarszczek po jej twarzy.
Darin wciąga gwałtownie powietrze. To jedyna oznaka napięcia.
- Chcieli mojego szkicownika - mówi. - Odmówiłem, przysięgam.
- Gdzie się znajduje ich kryjówka?
- Nie widziałem. Zasłonili mi oczy. Byliśmy w katakumbach.
- Gdzie w katakumbach?
- Nie widziałem, zasłonili mi oczy.
Zamaskowany przygląda się mojemu bratu przez dłuższą chwilę. Nie mam pojęcia, jak Darin może zachowywać spokój pod tym spojrzeniem.
- Jesteś przygotowany na przesłuchanie - mówi Zamaskowany, a w jego głosie słychać cień zaskoczenia. - Wyprostowane plecy, głęboki oddech, takie same odpowiedzi na różne pytania. Kto cię szkolił, chłopcze?
Kiedy Darin milczy, tamten wzrusza ramionami.
- Kilka tygodni w więzieniu rozwiąże ci język.
Wymieniamy z babcią przerażone spojrzenia. Jeżeli Darin skończy w imperialnym więzieniu, nigdy go już nie zobaczymy. Będą go przesłuchiwać przez wiele tygodni, a potem albo sprzedadzą do niewoli, albo zabiją.
- To tylko chłopiec... - mówi powoli dziadek, tak jakby próbował uspokoić wściekłego pacjenta. - Proszę...
Błysk stali i dziadek pada jak kamień. Zamaskowany porusza się tak szybko, że nie rozumiem, co zrobił... do chwili, kiedy babcia rzuca się naprzód, przenikliwie krzycząc, a w jej głosie brzmi tak dojmujący ból, że padam na kolana.
"Dziadek. Niebiosa, tylko nie dziadek!". Do głowy przychodzi mi tuzin zaklęć i obietnic. "Już nigdy mu się nie sprzeciwię, nigdy nie zrobię nic złego, nigdy nie będę się skarżyć na przydzieloną pracę, jeżeli tylko dziadek przeżyje!".
Babcia rwie włosy z głowy i przeraźliwie wrzeszczy. Gdyby żył, nigdy by sobie na to nie pozwoliła. Dziadek by tego nie zniósł. Spokój Darina znika jak ścięty kosą. Jego twarz blednie z przerażenia, przenikającego do szpiku kości.
Babcia dźwiga się z trudem na nogi i robi jeden chwiejny krok ku Zamaskowanemu, a on wyciąga do niej dłoń, tak jakby chciał chwycić ją za ramię. Ostatnią rzeczą, jaką dostrzegam, są oczy babci, szeroko otwarte ze zgrozy. Zaraz potem nadgarstek Zamaskowanego w ciężkim ochraniaczu przesuwa się błyskawicznym ruchem w poprzek jej gardła, zostawiając na nim cienką czerwoną linię, która rośnie coraz szybciej, a jej czerwień staje się coraz intensywniejsza. Babcia upada.
Jej ciało uderza o podłogę z łomotem. Oczy ma wciąż otwarte i pełne łez, gdy krew wylewa się z jej szyi i wsiąka w dywan, który utkałyśmy razem poprzedniej zimy.
- Dowódco - melduje jeden z legionistów. - Została godzina do świtu.
- Wyprowadźcie stąd chłopaka. - Zamaskowany nie zaszczyca babci ani jednym spojrzeniem. - A potem spalcie ten dom.
Odwraca się teraz ku mnie, a ja chciałabym móc zniknąć niczym cień na ścianie za plecami. Pragnę tego mocniej niż czegokolwiek wcześniej, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, jakie to niemądre. Pilnujący mnie żołnierze uśmiechają się do siebie, kiedy Zamaskowany powoli rusza w moim kierunku. Patrzy mi prosto w oczy tak, jakby potrafił wyczuć zapach mojego strachu, jak kobra hipnotyzująca ofiarę.
"Nie, proszę, nie! Zniknąć... Chcę zniknąć!".
Mój prześladowca mruga, przez jego twarz przemyka coś dziwnego - nie potrafię rozpoznać, zaskoczenie czy szok. To nie ma znaczenia, bo w tej samej chwili Darin rzuca się na niego z podłogi. Podczas gdy ja kuliłam się ze strachu, on rozplątywał więzy. Rozczapierza dłonie niby szpony, skacząc Zamaskowanemu do gardła. Wściekłość daje mu siłę lwa i przez sekundę wygląda całkiem jak nasza matka: miodowozłota czupryna lśni, oczy błyszczą, a usta krzywią się w złowrogim warknięciu.
Zamaskowany cofa się o krok, prosto w kałużę krwi rozlaną wokół głowy babci, i oto Darin go dopada, obala na podłogę i zasypuje ciosami. Legioniści zamierają z niedowierzaniem, lecz po sekundzie przytomnieją i ruszają naprzód, krzycząc i przeklinając. Zanim dopadną Darina, on wyciąga sztylet zza pasa przeciwnika.
- Laiu! - wrzeszczy. - Uciekaj!
"Nie uciekaj. Pomóż mu. Walcz".
W tej chwili przypominam sobie jednak zimne spojrzenie Zamaskowanego, groźbę przemocy w jego oczach. "Zawsze mi się podobały ciemnowłose". Zgwałci mnie, a potem zabije.
Dygocę ze strachu i wycofuję się do korytarza. Nikt mnie nie zatrzymuje. Nikt mnie nie zauważa.
- Laiu! - krzyczy Darin głosem, jakiego jeszcze u niego nie słyszałam. Gorączkowym, brzmiącym jak głos kogoś w śmiertelnej pułapce. Kazał mi uciekać, ale gdybym to ja tak krzyknęła, przyszedłby mi z pomocą. Nigdy by mnie nie zostawił. Zatrzymuję się.
"Pomóż mu" - rozkazuje głos w mojej głowie. "No już, rusz się!".
Dołącza do niego drugi głos, mocniejszy, bardziej natarczywy.
"Nie dasz rady go ocalić. Rób, co mówi. Uciekaj!".
Kątem oka dostrzegam migotanie płomieni i wyczuwam dym. Jeden z legionistów podpalił już dom. Za parę minut będzie po wszystkim.
- Tym razem zwiążcie go porządnie i wrzućcie do celi przesłuchań. - Zamaskowany podnosi się z podłogi, pocierając szczękę. Kiedy dostrzega, jak wycofuję się korytarzem, podejrzanie nieruchomieje. Ociągając się, patrzę mu prosto w oczy, a wtedy on przechyla głowę na bok.
- Uciekaj, dziewczynko - mówi.
Mój brat wciąż walczy, a jego krzyki przeszywają mi serce. Wiem, że będę je wciąż słyszała, że będą odbijać się echem w mojej głowie w każdej godzinie każdego dnia, do końca życia, chyba że naprawię to zło. Wiem to doskonale.
Mimo to uciekam.
" " "
Zatłoczone ulice i zakurzone bazary Dzielnicy Uczonych rozmazują się w panicznym pędzie wokół mnie niczym krajobraz z koszmaru. Z każdym krokiem mój mózg krzyczy, żebym zawróciła, pobiegła z powrotem i pomogła Darinowi. Z każdym krokiem staje się to mniej prawdopodobne, aż ta możliwość w ogóle znika, aż jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy, to: "uciekaj!".
Żołnierze biegną za mną, lecz to ja dorastałam pomiędzy przysadzistymi domami Dzielnicy Uczonych, wybudowanymi z suszonej cegły, toteż szybko gubię pogoń.
Zaczyna świtać, a ja zwalniam biegu, teraz utykam, wędrując od jednej alejki do drugiej. Dokąd mam iść? Co robić? Potrzebuję planu, ale nie wiem nawet, od czego zacząć. Kto mi pomoże? Kto mnie pocieszy? Sąsiedzi mnie przegonią, obawiając się o swoje życie. Cała moja rodzina albo nie żyje, albo została uwięziona. Moja najlepsza przyjaciółka Zara zniknęła po nalocie w zeszłym roku, a inni przyjaciele mają własne problemy.
Zostałam sama.
Gdy wschodzi słońce, okazuje się, że zawędrowałam do pustego budynku w najstarszej części Dzielnicy. Wypatroszony gmach stoi przygięty do ziemi niczym ranne zwierzę w labiryncie innych podupadłych domów. W powietrzu unosi się smród śmieci.
Kulę się w kącie pokoju. Warkocz mi się rozplótł i teraz moje włosy zwisają w nieporządnych kosmykach. Czerwony ścieg, którym obrębiono rękaw mojej sukienki, rozerwał się i wysnuła się z niego jasna przędza. Babcia obszyła mi rękawy na moje siedemnaste urodziny, żeby ożywić trochę ten bury przyodziewek. Tylko na taki prezent mogła sobie pozwolić.
A teraz nie żyje. Tak samo jak dziadek. Jak moi rodzice i siostra, którzy zmarli dawno temu.
I Darin. Schwytany. Zawleczony do celi przesłuchań. Kto wie, jak okrutnie potraktują go tam żołnierze Imperium.
Życie składa się z tak wielu nieznaczących chwil, aż pewnego dnia nadchodzi jeden moment, który określa wszystkie następne. Taka decydująca chwila nastąpiła w moim życiu, kiedy Darin do mnie krzyknął. To był egzamin z odwagi, z siły. A ja go oblałam.
"Laiu! Uciekaj!".
Dlaczego go posłuchałam? Powinnam była zostać. Powinnam była coś zrobić. Jęczę i łapię się za głowę. Wciąż go słyszę. Gdzie teraz jest? Czy żołnierze już zaczęli go przesłuchiwać? Będzie się zastanawiał, co się ze mną stało. Będzie dociekał, jak ukochana siostra mogła go zostawić na pastwę losu.
Wtem moją uwagę przyciąga ulotny ruch gdzieś w cieniu. Włosy na karku jeżą mi się ze strachu. Czy to szczur? Kruk? Cienie się przesuwają, aż w pewnej chwili rozbłyskuje pośród nich para złośliwych oczu. Sekundę później do pierwszej pary dołączają następne, wąskie i złowrogie.
"Halucynacje" - stawia diagnozę głos dziadka w mojej głowie. "Objaw wstrząsu".
Halucynacje czy nie, cienie wyglądają coraz bardziej realnie. Ich oczy lśnią ogniem niczym miniaturowe słońca. Okrążają mnie jak stado hien, z każdym krokiem coraz śmielsze.
- Widzieliśmy cię - syczą. - Znamy twoją słabość. Brat przez ciebie umrze.
- Nie... - szepczę, ale cienie mają rację. Zostawiłam Darina, porzuciłam go. Tak, kazał mi uciekać, jednak to bez znaczenia. Jak mogłam tak stchórzyć?
Chwytam bransoletę matki, ale jej dotyk sprawia, że czuję się jeszcze gorzej. Matka przechytrzyłaby Zamaskowanego i ocaliła jakoś Darina, babcię i dziadka.
Nawet babcia okazała się ode mnie dzielniejsza. Babcia, stara i krucha, z płonącymi oczami. Z kręgosłupem ze stali. Nasza matka odziedziczyła po niej ten ogień, a po matce - Darin.
Ale nie ja.
"Uciekaj, dziewczynko".
Cienie przysuwają się jeszcze bliżej, a ja zamykam oczy, mając nadzieję, że znikną. Chwytam myśli galopujące mi w głowie i próbuję je okiełznać.
Gdzieś daleko słyszę krzyki i tupot obutych stóp. Jeżeli żołnierze wciąż mnie szukają, nie jestem tu bezpieczna.
Może powinnam pozwolić, żeby mnie znaleźli i zrobili ze mną, co chcą? Porzuciłam najbliższego krewnego. Zasługuję na karę.
A jednak ten sam instynkt, który kazał mi uciekać przed Zamaskowanym, pomaga mi teraz wstać. Wychodzę na ulicę i znikam w gęstniejącym porannym tłumie. Kilku znajomych Uczonych przygląda mi się uważnie, niektórzy nieufnie, inni ze współczuciem. Większość jednak w ogóle na mnie nie patrzy. Zastanawiam się teraz, ile razy minęłam na tych ulicach jakiegoś uciekiniera, kogoś, kogo pozbawiono właśnie całego świata.
Zatrzymuję się na chwilę, by odpocząć w alejce śliskiej od ścieków. Po drugiej stronie Dzielnicy bije w gorące niebo gęsty, czarny dym; im wyżej się wznosi, tym bledszy się staje. To płonie mój dom. Konfitury babci, lekarstwa dziadka, rysunki Darina, moje książki. Przepadło. Wszystko, czym byłam, przepadło.
"Nie wszystko, Laiu. Nie Darin".
Na środku alejki, zaledwie kilka metrów ode mnie, tkwi w podmurówce metalowa krata. Tak jak wszystkie podobne kraty w Dzielnicy, prowadzi do katakumb Serry, gdzie można znaleźć szkielety, duchy, szczury, złodziei... a także - być może - ruch oporu Uczonych.
Czy Darin dla nich szpiegował? Czy to oni przerzucili go do Dzielnicy Zbrojowni? Nieważne, co mój brat powiedział Zamaskowanemu. To jedyna sensowna możliwość. Krążą plotki, że bojownicy ruchu oporu stają się coraz śmielsi, że werbują nowych członków już nie tylko spośród Uczonych, ale także Marinian z wolnego państwa Marinn na północy i członków Plemion, których pustynne terytorium jest protektoratem Imperium Marsyjskiego.
Dziadek i babcia nigdy nie rozmawiali przy mnie o ruchu oporu, lecz czasem późnym wieczorem słyszałam, jak mamroczą, że buntownicy uderzyli na Marsyjczyków i uwolnili więzionych Uczonych. Jak opowiadają sobie szeptem o bojownikach, którzy napadli na jedną z karawan kupieckich Imperium Marsyjskiego, prowadzonych przez ich handlarzy, Merkatorów, i zabili członków ich wyższej kasty, Prześwietnych. Tylko ruch oporu stawia czoła Marsyjczykom. Ci nieuchwytni zabójcy to jedyna broń, jaka pozostała Uczonym. Jeśli ktokolwiek potrafi dostać się w pobliże kuźni, to tylko oni.
Właśnie wówczas zdaję sobie sprawę, że ruch oporu mógłby mi pomóc. Napadnięto nas w naszym domu, a potem go spalono i zabito moją rodzinę, ponieważ dwóch buntowników podało imperialnym śledczym imię mojego brata. Jeśli znajdę ludzi z ruchu oporu i wyjaśnię, co zaszło, może pomogą mi uwolnić Darina z więzienia. Nie tylko dlatego, że są mi to winni, ale przede wszystkim dlatego, że przestrzegają Izzatu, kodeksu honorowego równie starego jak nasz lud. Przywódcy ruchu to najlepsi i najdzielniejsi z Uczonych. Powiedzieli mi to rodzice, zanim Imperium ich zabiło. Jeśli poproszę buntowników o pomoc, nie odmówią mi.
Podchodzę do kraty.
Nigdy nie byłam w katakumbach Serry. Setki mil tuneli i komór wiją się pod całym miastem, niektóre pełne zbieranych przez wieki kości. Nikt już nie używa krypt do pochówków i nawet Imperium Marsyjskie nie dysponuje pełnymi planami katakumb. Jeśli Imperium mimo całej swej potęgi nie potrafi wytropić buntowników, to jak ich znajdę?
"Nie przestawaj ich szukać, aż dopniesz swego". Unoszę kratę i gapię się w czarną dziurę poniżej. Muszę tam zejść. Muszę znaleźć ludzi z ruchu oporu, bo jeśli tego nie zrobię, mój brat nie ma najmniejszych szans na przeżycie. Jeżeli nie znajdę bojowników i nie przekonam ich, żeby mi pomogli, nigdy więcej nie zobaczę Darina.