ACT dla analityków zachowania. Praktyczny przewodnik po teorii i terapii - Mark R. Dixon, Steven C. Hayes, Jordan Belisle

Kup ebooka

139.90 zł
116.12 zł (115,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa do wydania polskiego

Przed­mowa do wyda­nia pol­skiego

Droga Czy­tel­niczko!

Drogi Czy­tel­niku!

Droga Osobo Zain­te­re­so­wana!

Przed tobą książka, jakiej jesz­cze w języku pol­skim nie było.

Być może trzy­masz ją w rękach, ponie­waż inte­re­su­jesz się sto­so­waną ana­lizą zacho­wa­nia (SAZ), tera­pią beha­wio­ralną lub efek­tyw­nymi, opar­tymi na dowo­dach nauko­wych spo­so­bami pracy z oso­bami ze spek­trum auty­zmu, a dotarły do cie­bie infor­ma­cje o rosną­cej popu­lar­no­ści tera­pii akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia (ACT) i pra­gniesz wię­cej się o niej dowie­dzieć. A może czy­tasz tę książkę, ponie­waż fascy­nuje cię ACT albo teo­ria ram rela­cyj­nych (RFT), więc chcesz się­gnąć do ich beha­wio­ral­nych korzeni i pogłę­bić swoją wie­dzę na ich temat. Jeśli pra­cu­jesz kli­nicz­nie, w obsza­rze psychotera­pii (w nur­cie poznaw­czo-beha­wio­ral­nym lub trze­ciej fali, ale nie tylko) albo doradz­twa psy­cho­lo­gicz­nego czy coachingu, być może pra­gniesz popra­wić swoją sku­tecz­ność bądź lepiej zro­zu­mieć, jak i dla­czego sto­suje się okre­ślone inter­wen­cje.

Nie­za­leż­nie od tego, która ścieżka przy­wio­dła cię do tej książki, jej lek­tura jest kro­kiem w bar­dzo dobrą stronę. Auto­rzy są auto­ry­te­tami w obsza­rze badań, roz­woju i sto­so­wa­nia wszyst­kich wymie­nio­nych podejść tera­peu­tycz­nych, a także teo­rii ram rela­cyj­nych jako kon­cep­cji wyja­śnia­ją­cej spe­cy­ficz­nie ludz­kie kom­pe­ten­cje wer­balne. Ucze­nie się od naj­lep­szych w swo­jej dzie­dzi­nie, słu­cha­nie ich i czer­pa­nie z ich doświad­cze­nia sta­nowi wyraz odpo­wie­dzial­no­ści i doj­rza­ło­ści. Cie­szy nas nie­zwy­kle, że są to także twoje war­to­ści.

Na czym polega mery­to­ryczna wyjąt­ko­wość niniej­szej książki? Osoby zain­te­re­so­wane SAZ i beha­wio­ry­zmem mogą dzięki niej pogłę­bić swoją wie­dzę na temat ACT, zro­zu­mieć, w jaki spo­sób nie­ela­stycz­ność psy­cho­lo­giczna utrud­nia funk­cjo­no­wa­nie i jak na to reago­wać z wyko­rzy­sta­niem sze­ściu pro­ce­sów hek­sa­fleksu, kształ­tu­ją­cych ela­stycz­ność psy­cho­lo­giczną. Dowie­dzą się rów­nież, wobec kogo i w jakich oko­licz­no­ściach mogą sto­so­wać ACT w swo­jej prak­tyce -?etycz­nie, zgod­nie z dowo­dami nauko­wymi i pod­sta­wo­wymi zasa­dami rzą­dzą­cymi zacho­wa­niem. Z kolei osoby zain­te­re­so­wane ACT i RFT oraz ich beha­wio­ral­nymi korze­niami będą mogły pogłę­bić swoje rozu­mie­nie ela­stycz­no­ści i nieela­stycz­no­ści w kon­tek­ście pod­sta­wo­wych zasad rzą­dzą­cych ludz­kim zacho­wa­niem, z uwzględ­nie­niem pojęć takich jak "kon­trola bodź­cowa", "ope­ra­cje moty­wa­cyjne", "wzmac­nia­nie pozy­tywne" i "wzmac­nia­nie nega­tywne" czy "dys­kon­to­wa­nie w odro­cze­niu". Dzięki temu lepiej pojmą, kiedy i dla­czego sto­suje się poszcze­gólne inter­wen­cje. Choć ACT można sku­tecz­nie wdra­żać bez tej spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy, to zrozu­mie­nie leżą­cych u jej pod­łoża zasad rzą­dzą­cych zacho­wa­niem i filo­zo­fii funk­cjo­nal­nego kon­tek­stu­ali­zmu umoż­li­wia świa­dome i bar­dziej umie­jętne dopa­so­wy­wa­nie inter­wen­cji do potrzeb klienta oraz radze­nie sobie w nie­prze­wi­dzia­nych czy nie­ty­po­wych sytu­acjach.

Książka świet­nie poka­zuje roz­wój i eks­pan­sję podej­ścia beha­wio­ral­nego w tera­pii i psychotera­pii. Po począt­ko­wych suk­ce­sach i eks­plo­zji zain­te­re­so­wa­nia tera­pią beha­wio­ralną w poło­wie XX wieku sto­so­wana ana­liza zacho­wa­nia powoli zawę­żała swoje pole dzia­ła­nia do wspo­ma­ga­nia osób z cało­ścio­wymi zabu­rze­niami roz­woju, w szcze­gól­no­ści ze spek­trum auty­zmu -?i to tych, które potrze­bują szcze­gól­nie inten­syw­nego wspar­cia dla roz­wi­nię­cia kom­pe­ten­cji komu­ni­ka­cyj­nych, wer­bal­nych. Dopiero poja­wie­nie się pod koniec XX wieku teo­rii ram rela­cyj­nych oraz tera­pii akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia otwo­rzyło ponow­nie moż­li­wość beha­wio­ral­nej pracy z pro­ble­mami i ocze­ki­wa­niami sze­ro­kiego grona klien­tów, od osób cier­pią­cych na poważne zabu­rze­nia psy­chiczne po osoby szu­ka­jące drogi roz­woju oso­bi­stego. Obec­nie ACT jest powszech­nie znana w śro­do­wi­sku psychotera­pii i tre­nin­gów roz­woju oso­bi­stego, ale nie wszy­scy zdają sobie sprawę, że jej korze­nie mocno tkwią w Skin­ne­row­skiej wizji psy­cho­lo­gii. Niniej­sza książka pozwala dostrzec i zro­zu­mieć, jak pro­cesy i kom­pe­ten­cje skła­da­jące się na hek­sa­fleks mają się do pod­sta­wo­wych praw zacho­wa­nia doty­czą­cych rze­czy­wi­stych zależ­no­ści spraw­czych dzia­ła­ją­cych w śro­do­wi­sku, wzbo­ga­co­nych o odkry­cia, które ujaw­niły spe­cy­ficzny cha­rak­ter ludz­kich zacho­wań wer­bal­nych, czyli roz­wi­ja­nia poprzez ucze­nie się spraw­cze klasy zge­ne­ra­li­zo­wa­nych zacho­wań pole­ga­ją­cych na wywo­dze­niu pod wpły­wem odpo­wied­nich wska­zó­wek dowol­nych rela­cji mię­dzy bodź­cami, co z kolei pro­wa­dzi do zmiany ich funk­cji. Reak­cje poja­wia­jące się w obec­no­ści takich bodź­ców nie odno­szą się już do obiek­tyw­nej cha­rak­terystyki tych sygna­łów, ale do ich indy­wi­du­al­nie wywie­dzio­nego zna­cze­nia funk­cjo­nal­nego. Jest to źró­dłem zarówno postępu cywi­li­za­cyj­nego, jak i nie­słab­ną­cej fali cier­pie­nia. Niniej­sza książka poka­zuje, któ­rędy podą­żać, aby wspie­rać roz­wój i zmniej­szać cier­pie­nie, zacho­wu­jąc wier­ność ideom opi­sa­nym przez Bur­r­husa Fre­de­rica Skin­nera, a potem kolej­nych bada­czy prak­ty­ków zwią­za­nych ze sto­so­waną ana­lizą zacho­wa­nia, w szcze­gól­no­ści przez Donalda M. Baera, Mon­trose'a M. Wolfa i Todda R. Risleya.

Książka dobit­nie prze­ko­nuje, że psy­cho­lo­gia beha­wio­ralna (osa­dzona na grun­cie filo­zo­fii beha­wio­ry­zmu i jego bar­dziej aktu­al­nej formy okre­śla­nej jako "funk­cjo­nalny kon­tek­stu­alizm") nie umarła wraz z eks­plo­zją zain­te­re­so­wa­nia psy­cho­lo­gią poznaw­czą, psy­cho­lo­gią ewo­lu­cyjną czy neu­ro­nauką, lecz roz­wija się i zazę­bia z tymi dzie­dzi­nami. Nie sta­nowi dla nich alter­na­tywy, ale jest part­nerką w two­rze­niu inter­dy­scy­pli­nar­nego obrazu czło­wieka. Jako ludz­kość dostrze­gamy już war­tość łącze­nia wie­dzy z róż­nych obsza­rów w spójną całość, dzięki czemu możemy pre­cy­zyj­niej i efek­tyw­niej nieść wspar­cie w coraz szer­szym zakre­sie pro­ble­mów i wyzwań, z jakimi przy­cho­dzi nam się mie­rzyć: od dzia­łań na rzecz kli­matu i zrów­no­wa­żo­nego roz­woju przez dzia­łal­ność doty­czącą edu­ka­cji po bli­skie rela­cje mię­dzy­ludz­kie. We wszyst­kich tych obsza­rach -?i wielu innych -?tym, co się praw­dzi­wie liczy, jest to, co ludzie robią -?jest ich zacho­wa­nie. Wła­śnie dla­tego psy­cho­lo­gia beha­wio­ralna żyje i jest nie­zbędna. Lek­tura niniej­szej książki poka­zuje to nie­zwy­kle prze­ko­nu­jąco. Podob­nie jak prze­ko­nu­jąco wska­zuje, jak istotne jest posze­rza­nie swo­ich kom­pe­ten­cji, a co naj­waż­niej­sze - efek­tyw­nie w tym pomaga.

dr Joanna Dudek i prof. dr hab. Paweł Osta­szew­ski Uni­wer­sy­tet SWPS

Rozdział 1. Analiza zachowania i funkcjonalne podejście do interwencji

Roz­dział 1

Ana­liza zacho­wa­nia i funk­cjo­nalne podej­ście do inter­wen­cji

Ana­liza zacho­wa­nia zna­la­zła się w punk­cie wyboru, do któ­rego sama dopro­wa­dziła. Wyniki naszych badań wyraź­nie poka­zują, że kiedy ludzie zaczy­nają mówić, słu­chać i rozu­mo­wać w spo­sób bar­dziej zaawan­so­wany, zależ­no­ści zwią­zane ze wzmac­nia­niem prze­stają być jedy­nymi przy­czy­nami zacho­wa­nia.

Zasta­nów się nad wła­snym spo­so­bem myśle­nia i nad tym, jak domi­nu­jący on bywa. Gdy zbliża się ważne spo­tka­nie, myślisz o tym, jak się do niego przy­go­to­wać. Kiedy odczu­wasz lęk, osa­mot­nie­nie, smu­tek albo kiedy się zasta­na­wiasz, dla­czego czu­jesz to, co czu­jesz, co w związku z tym robisz? Gdy współ­pra­cow­nicy cię nie doce­niają lub przy­ja­ciele zawo­dzą, myśli o tym, kim jesteś, czy rumi­na­cje na temat daw­nych ran bądź zdrad bywają tak domi­nu­jące, że odcią­gają twoją uwagę od tego, co dzieje się tu i teraz.

Tak już -?jako ludzie -?mamy.

I to jest punkt wyj­ścia więk­szo­ści podejść psy­cho­lo­gicz­nych. Gdy pró­bują one naukowo ana­li­zo­wać funk­cjo­no­wa­nie czło­wieka, szybko ule­gają sil­nej ten­den­cji do sto­so­wa­nia pojęć z języka codzien­nego i ich pozor­nych roz­sze­rzeń do kwe­stii prak­tycz­nych z uży­ciem narzę­dzi i metod odgór­nej, nor­ma­tyw­nej, nomo­te­tycz­nej nauki. Typy oso­bo­wo­ści. Style poznaw­cze. Etapy. Zabu­rze­nia psy­chiczne. Syn­dromy. Psy­chiczne, ale przede wszyst­kim nor­ma­tywne przy­czyny wszel­kiego rodzaju.

Punkt wyj­ścia ana­lizy zacho­wa­nia jest zupeł­nie inny. Są nim bada­nia nad poje­dyn­czymi zwie­rzę­tami, sta­no­wiące swego rodzaju przy­go­to­wa­nie do ziden­ty­fi­ko­wa­nia pre­cy­zyj­nych i obszer­nych zasad, które pozwo­li­łyby odnieść się do funk­cjo­no­wa­nia czło­wieka i popra­wić jego dobro­stan. Ana­liza zacho­wa­nia nie powstała po to, by zatrzy­mać się na gra­nicy zło­żo­no­ści ani zaj­mo­wać zacho­wa­niem szczura per se (Skin­ner, 1995). Cho­dziło o opra­co­wa­nie dobit­nych zasad funk­cjo­nal­nych, aby dało się wyobra­zić sobie, powiedzmy, spo­łecz­ność Wal­den II (Skin­ner, 1948), a następ­nie spró­bo­wać krok po kroku ją stwo­rzyć.

Zasady te zostały opra­co­wane i zwe­ry­fi­ko­wane przy uży­ciu metod idio­gra­ficz­nych, wier­nych ana­li­zie na pozio­mie psy­cho­lo­gicz­nym - inte­rak­cji całego orga­ni­zmu w szer­szym kon­tek­ście oraz z szer­szym kon­tek­stem opi­sa­nym histo­rycz­nie i sytu­acyj­nie. Podej­ście miało być oddolne, a nie odgórne: induk­cyjne, empi­ryczne i eks­pe­ry­men­talne. Kon­cep­cje miały mieć cha­rak­ter funk­cjo­nalny, a nie topo­gra­ficzny. Były one stop­niowo uogól­niane do poziomu nomo­te­tycz­nego, zgod­nie z danymi, poprzez repli­ka­cję, sys­te­ma­tyczne posze­rza­nie zakresu i zasto­so­wa­nia.

Wszy­scy roz­wi­ja­jący w ten spo­sób naszą dzie­dzinę (a w szcze­gól­no­ści Bur­r­hus Fre­de­ric Skin­ner) wie­dzieli, że wiąże się z tym ryzyko stra­te­giczne, i brali pod uwagę ist­nie­nie takich form aktyw­no­ści, które wyma­gają wyja­śnień wykra­cza­ją­cych poza to, co da się zaob­ser­wo­wać w zacho­wa­niu zwie­rząt, ze względu na jakiś czyn­nik poza samą zło­żo­no­ścią. Skin­ner (1995) pisał, że róż­nice, które spo­dziewa się dostrzec mię­dzy zacho­wa­niem szczura a zacho­wa­niem czło­wieka (oprócz róż­nic w zło­żo­no­ści), leżą w dzie­dzi­nie zacho­wań wer­bal­nych. W podej­ściu oddol­nym zosta­łyby one ujaw­nione tylko wów­czas, gdyby rze­czy­wi­ście zaist­niały. Tym­cza­sem dzie­dzina posu­wała się naprzód, dosko­na­ląc swoje kon­cep­cje i poszu­ku­jąc dowo­dów wyraź­nych róż­nic funk­cjo­nal­nych. Pod­czas tych wcze­snych eks­pe­ry­men­tów chyba żadne zwie­rzę nie zostało nauczone zupeł­nie nowego zacho­wa­nia. Gołę­bie dzio­bią. Szczury poszu­kują poży­wie­nia i popy­chają przed­mioty w swoim oto­cze­niu. Takie już są. Beha­wio­ry­ści zdo­łali pod­dać te zacho­wa­nia kon­troli bodź­co­wej. Reak­cja dzio­ba­nia była kon­tro­lo­wana za pomocą wzor­ców prze­strzen­nych. W bada­niach doty­czą­cych poszu­ki­wa­nia poży­wie­nia i popy­cha­nia przed­mio­tów przez szczury wyko­rzy­sty­wano dźwi­gnię oraz bodźce świetlne i inne gadżety. Jed­nakże owe reak­cje są w pew­nym sen­sie czymś, co wspo­mniane zwie­rzęta po pro­stu robią, aby prze­trwać. Co zatem należy do sfery zacho­wań wyłącz­nie ludz­kich?

Do 1957 roku Skin­ner opi­sał teo­rię zacho­wań wer­bal­nych, która nie zmu­szała ana­lizy zacho­wa­nia do wyboru, przed jakim nasza dzie­dzina stoi obec­nie. Cho­ciaż uwa­żano, że zacho­wa­nie wer­balne jest zapo­śred­ni­czone przez wzmac­nia­nie spo­łeczne wyma­ga­jące spe­cjal­nego tre­ningu publicz­no­ści, to jed­nak impli­ka­cje tego poglądu nie kłó­ciły się z ist­nie­jącą stra­te­gią badań ana­lizy zacho­wa­nia. Zgod­nie z ówcze­sną defi­ni­cją inte­rak­cje mię­dzy eks­pe­ry­men­ta­to­rem a zwie­rzę­ciem labo­ra­to­ryj­nym sta­no­wiły "małą, ale rze­czy­wi­stą spo­łecz­ność wer­balną" (Skin­ner, 1957, s. 108, przy­pis 11), więc nic się zasad­ni­czo nie zmie­niło w podej­ściu ana­li­tycz­nym.

Kilka lat póź­niej Skin­ner (1966) roz­róż­nił zacho­wa­nie kształ­to­wane zależ­no­ściami i zacho­wa­nie kie­ro­wane regu­łami, ale to rów­nież nie zmie­niło zasad­ni­czo ścieżki roz­woju ana­lizy zacho­wa­nia. Nie­któ­rzy twier­dzili, że tak by się stało, gdyby udało się powie­dzieć, co ozna­cza "okre­śle­nie" w defi­ni­cji reguł jako "bodźca okre­śla­ją­cego zależ­ność" (Hayes i Hayes, 1989). Nie miało to jed­nak miej­sca.

W dru­giej poło­wie ubie­głego stu­le­cia poja­wiło się wiele sygna­łów świad­czą­cych o zmia­nie, ale zmiany zacho­dzące w pro­fe­sji sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia osła­biły ich wpływ. Bada­nia nad zacho­wa­niem kie­ro­wa­nym regu­łami przy­nio­sły wyniki trudne do wyja­śnie­nia przy uży­ciu wyłącz­nie bez­po­śred­nio zapro­gra­mo­wa­nych zależ­no­ści (Hayes, 1989). Ekwi­wa­len­cja bodź­ców poka­zała, jak wcze­sne i głę­bo­kie rela­cje wywie­dzione mię­dzy bodź­cami mogą zmie­nić ludz­kie zacho­wa­nie przy braku bez­po­śred­niego wzmac­nia­nia (Sid­man, 1994). Bada­nia rela­cji wielu bodź­ców i ram rela­cyj­nych zaś poka­zały sze­ro­kie zasto­so­wa­nie kon­cep­cji wywie­dzio­nych rela­cji mię­dzy bodź­cami (Hayes, Bar­nes-Hol­mes i Roche, 2001).

Żadne z tych osią­gnięć nie ude­rzyło z pełną mocą w główny nurt sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia, ponie­waż w cen­trum uwagi znaj­do­wała się wów­czas jesz­cze sil­niej­sza jej pro­fe­sjo­na­li­za­cja. Wiele było do zro­bie­nia w celu okre­śle­nia, jak pra­co­wać z popu­la­cjami z zakresu kom­pe­ten­cji cer­ty­fi­ko­wa­nych ana­li­ty­ków zacho­wa­nia, przy czym zde­cy­do­wa­nie naj­istot­niej­sze pozo­sta­wały osoby z zabu­rze­niami roz­wo­jo­wymi. Roz­po­wszech­niło się kształ­ce­nie na pozio­mie stu­diów magi­ster­skich; zawód wyraź­nie się roz­wi­nął, a dzie­dzina znacz­nie zawę­ziła swoje zain­te­re­so­wa­nie do wspo­mnia­nych popu­la­cji (Axel­rod, McEl­rath i Wine, 2012). Bada­nia, które mogły posze­rzyć jej zakres, zwłasz­cza w obsza­rze zacho­wań wer­bal­nych, skon­cen­tro­wały się na oso­bach z zabu­rze­niami ze spek­trum auty­zmu i innymi zabu­rze­niami roz­wo­jo­wymi, z któ­rych część nie wyka­zy­wała ekwi­wa­len­cji bodź­ców (Dixon, Small i Rosa­les, 2007). Nacisk poło­żono na naukę pod­sta­wo­wych wer­bal­nych zacho­wań spraw­czych, takich jak takty i mandy, oraz na roz­sze­rza­nie opar­tych na nich rela­cji, nawet jeśli były one wyłącz­nie kon­cep­tu­alne.

W ciągu ostat­niej dekady pro­ces pro­fe­sjo­na­li­za­cji okrzepł na dobre, a mło­dzi cer­ty­fi­ko­wani ana­li­tycy zacho­wa­nia -?mniej zain­te­re­so­wani dys­pu­tami teo­re­tycz­nymi i świa­domi tego, że aby sta­wić czoła wyzwa­niom, przed któ­rymi stają zarówno oni, jak i ich klienci, potrzeba cze­goś wię­cej -?szu­kają pomocy. Obec­ność choćby naj­prost­szych wywie­dzio­nych rela­cji mię­dzy bodź­cami znacz­nie zmniej­sza kla­row­ność odpo­wie­dzi dostar­cza­nych przez tra­dy­cyjną ana­lizę funk­cjo­nalną (Beli­sle, Stan­ley i Dixon, 2017). Każdy prak­ty­ku­jący cer­ty­fi­ko­wany ana­li­tyk zacho­wa­nia dosko­nale zdaje sobie z tego sprawę, ale nie wie, jak sobie z tym radzić. Zara­zem ana­li­tycy zacho­wa­nia wie­dzą, że zarówno rodzice, jak i per­so­nel potrze­bują dodat­ko­wego wspar­cia w radze­niu sobie z wła­snymi zda­rze­niami psy­chicz­nymi, by wdra­żać tra­dy­cyjne pro­gramy beha­wio­ralne. Samo nale­ga­nie, aby postę­po­wali zgod­nie z tymi pro­gra­mami, nic tu nie pomoże.

Jaka więc jest alter­na­tywa?

Nawet w wąskim zakre­sie obec­nej prak­tyki cer­ty­fi­ko­wa­nych ana­li­ty­ków zacho­wa­nia dane potwier­dzają, że teo­ria ram rela­cyj­nych (ang. rela­tio­nal frame the­ory, RFT; Hayes i in., 2001) oraz tera­pia lub tre­ning akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia (ang. accep­tance and com­mit­ment the­rapy/tra­ining, ACT; Hayes, Stro­sahl i Wil­son, 1999, 2013) mogą oka­zać się uży­teczne. Sta­no­wią rze­czy­wi­stą alter­na­tywę. Doty­czy to takich obsza­rów, jak zarzą­dza­nie per­so­ne­lem (Bethay, Wil­son, Schnet­zer, Nassar i Bor­dieri, 2013; Lit­tle, Tar­box i Alza­abi, 2020) czy tre­ningi rodzi­ciel­skie (Hahs, Dixon i Pali­liu­nas, 2019). Być może jesz­cze bar­dziej wymowne jest to, że wspo­mniane metody znacz­nie popra­wiają wyniki w obsza­rach roz­woju wer­bal­nego (np. Dixon i in., 2017) oraz zarzą­dza­nia zacho­wa­niem (np. Eilers i Hayes, 2015), które pozo­stają głów­nym przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia naszej dzie­dziny.

W 2018 roku do dorocz­nej kon­fe­ren­cji Asso­cia­tion for Beha­vior Ana­ly­sis Inter­na­tio­nal dodano dzień poświę­cony ACT i RFT, co z per­spek­tywy czasu można uznać za kamień milowy ozna­cza­jący pewną zmianę kursu - ogło­sze­nie, że ana­liza zacho­wa­nia zna­la­zła się we wspo­mnia­nym na początku tego roz­działu punk­cie wyboru. Jeśli rze­czy­wi­ście jest tak, że gdy ludzie zaczy­nają mówić, słu­chać i rozu­mo­wać w bar­dziej zaawan­so­wany spo­sób, wów­czas bez­po­śred­nie zależ­no­ści zwią­zane ze wzmac­nia­niem prze­stają być jedy­nymi przy­czy­nami zacho­wa­nia -?a my uwa­żamy, że tak wła­śnie jest -?to ana­liza zacho­wa­nia musi zasad­ni­czo się zmie­nić, aby móc słu­żyć ludz­ko­ści. Nie będzie to pro­ste, lecz potrze­bu­jemy roz­wi­jać taką ana­lizę zacho­wa­nia, która odnosi się do zda­rzeń pry­wat­nych wpły­wa­ją­cych na kon­trolę zacho­wa­nia przez zależ­no­ści. Potrze­bu­jemy roz­wi­nąć to, co tra­dy­cyj­nie defi­nio­wa­li­śmy w ramach naszej dzie­dziny jako ana­lizę funk­cjo­nalną. Jed­no­cze­śnie, w tro­sce o spój­ność w tejże dzie­dzi­nie i o jej dal­szy roz­wój, powin­ni­śmy doko­nać tych zmian w spo­sób zgodny z jej najbar­dziej pod­sta­wową wła­ści­wo­ścią, pod­kre­śla­jąc i wzmac­nia­jąc jej podej­ście funk­cjo­nalne, idio­gra­ficzny cha­rak­ter, spój­ność ewo­lu­cyjną i solid­ność badaw­czą.

W pierw­szej czę­ści niniej­szej książki pre­zen­tu­jemy ACT w szer­szym kon­tek­ście. Mamy zamiar przed­sta­wić zna­cze­nie funk­cjo­na­li­zmu i przy­go­to­wać się do trud­nego zada­nia, jakim jest zaj­mo­wa­nie się zda­rze­niami pry­wat­nymi bez ule­ga­nia przy tym poku­sie men­ta­li­zmu. Naszym celem jest poło­żyć solidne fun­da­menty pod zro­zu­mie­nie ACT i bada­nie pro­ce­sów zmiany, które się z nią wiążą. W czę­ści dru­giej poka­żemy, jak tera­pia ta odnosi się do takich wymia­rów zacho­wa­nia, jak afekt, pozna­nie, uwaga, poczu­cie Ja, moty­wa­cja i jawne nawyki dzia­ła­nia opar­tego na war­to­ściach. Bazu­jąc na zasa­dach beha­wio­ral­nych roz­sze­rzo­nych przez RFT i naukę o ewo­lu­cji, uwa­żamy, że pro­ce­sami tymi można się zaj­mo­wać bez opusz­cza­nia obszaru ana­lizy zacho­wa­nia i bez rezy­gno­wa­nia z jej naj­lep­szych tra­dy­cji filo­zo­ficz­nych, teo­re­tycz­nych, meto­do­lo­gicz­nych czy empi­rycz­nych. Wresz­cie, w trze­ciej czę­ści książki sku­pimy się na dzia­ła­niach, jakie należy pod­jąć, aby włą­czyć ACT do prak­tyki ana­lizy zacho­wa­nia.

Roz­pocz­niemy zatem od omó­wie­nia funk­cjo­na­li­zmu i wyja­śnie­nia, dla­czego sta­nowi on pod­sta­wowy rys naszej dzie­dziny.

Funkcjonalizm i naukowiec praktyk

U pod­staw ana­lizy zacho­wa­nia leży funk­cjo­na­lizm. Jest on jedną z klu­czo­wych wła­ści­wo­ści sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia.

W róż­nych dys­cy­pli­nach nauko­wych, takich jak antro­po­lo­gia, socjo­lo­gia, fizjo­lo­gia czy ana­to­mia, a także psy­cho­lo­gia i bio­lo­gia beha­wio­ralna, roz­róż­nia się funk­cjo­na­lizm i struk­tu­ra­lizm. Z jed­nej strony struk­tu­ra­lizm stara się ujmo­wać przy­czy­no­wość wyłącz­nie w kate­go­riach pod­sta­wo­wych struk­tur prok­sy­mal­nych lub ukła­dów mecha­ni­stycz­nych, któ­rych ist­nie­nie się zakłada i które wyja­śniają dzia­ła­nia sys­te­mów. Na przy­kład czym "jest" zegar? Z per­spek­tywy struk­turalistycznej zegar to urzą­dze­nie z dwiema wska­zów­kami, cyframi i kołami zęba­tymi, które - wyko­rzy­stu­jąc ener­gię z bate­rii lub innego źró­dła -?poru­sza wska­zów­kami w okre­ślo­nym tem­pie i w okre­ślony spo­sób. To wszystko prawda -?a infor­ma­cje te pozwolą nam w razie potrzeby napra­wić zepsuty zegar. Zain­te­re­so­wa­nie struk­turą ma fun­da­men­talne zna­cze­nie dla całej nauki. Kiedy jed­nak struk­tura staje się "izmem" w opi­sie zacho­wa­nia, trudno wyjść poza cechy topo­gra­ficzne i mecha­ni­styczne, by zgłę­bić histo­rię, kon­tekst, cel i wpływ -?co doty­czy zarówno beha­wio­ry­stów, jak i bada­nych przez nich orga­ni­zmów. Struk­tu­ra­lizm może rodzić wąt­pli­wo­ści, czy bada­nie histo­rii, roz­woju i funk­cji ma w ogóle sens, ponie­waż odwo­łuje się do zdro­wo­roz­sąd­ko­wego reali­zmu opar­tego na pro­stym języku; mówiąc meta­fo­rycz­nie, bada­nia struk­turalistyczne mają odpo­wia­dać na pyta­nie, czym w rze­czy­wi­sto­ści jest zegar (lub cokol­wiek innego). Może to pro­wa­dzić do błęd­nego poczu­cia, że nie­wiele wię­cej jeste­śmy w sta­nie poznać. Taki pogląd, zwłasz­cza w naukach beha­wio­ral­nych, bywa nie­bez­pieczny. Zacho­wa­nie ma cha­rak­ter cza­sow­ni­kowy, więc przed­miot zain­te­re­so­wa­nia może się roz­myć, gdy histo­ria, roz­wój i funk­cja nie znaj­dują się na pierw­szym pla­nie. Z dru­giej strony funk­cjo­na­lizm dąży do ziden­ty­fi­ko­wa­nia związ­ków mię­dzy oddzia­łu­ją­cymi w cza­sie zmien­nymi, które dopro­wa­dziły do roz­woju i selek­cji pew­nych cech beha­wio­ral­nych. Ozna­cza to, że z per­spek­tywy funk­cjo­nal­nej ana­li­zuje się powsta­wa­nie i oddzia­ły­wa­nie róż­nych form zacho­wań na prze­strzeni czasu, spo­sób, w jaki wpły­wają one na zmiany roz­woju, ich obecne funk­cjo­no­wa­nie i zna­cze­nie. Gdy tego rodzaju podej­ście funk­cjo­nalne jest roz­cią­gnięte w cza­sie, wta­pia się w powią­zane kon­tek­stu­al­nie histo­rie zmien­no­ści oraz selek­tyw­nego utrzy­ma­nia, które są cechami defi­niu­ją­cymi uję­cie ewo­lu­cyjne i które można odnieść do roz­woju gene­tycz­nego, epigene­tycz­nego czy kul­tu­ro­wego. Kiedy ogra­ni­cza się ono do życia jed­nostki, staje się cechą defi­niu­jącą funk­cjo­nalne i kon­tek­stu­alne podej­ście psy­cho­lo­giczne.

Wra­ca­jąc do przy­kładu z zega­rem: z funk­cjo­nal­nego punktu widze­nia zegar jest urzą­dze­niem uży­wa­nym przez ludzi do okre­śla­nia godziny. Kiedy wska­zówka zegara docho­dzi do okre­ślo­nej cyfry, na przy­kład 6, pro­wa­dzi to do powią­za­nych z kon­kretną godziną wzor­ców zacho­wań, takich jak przy­go­to­wa­nie kola­cji lub wyj­ście na spa­cer. Zegar może być ana­lo­gowy, cyfrowy, sło­neczny. Czę­sto wiele róż­nych form może peł­nić dowolną funk­cję. Zara­zem kon­kretna struk­tura może słu­żyć róż­nym celom. Gdyby ktoś użył zegara ścien­nego jako tale­rza, fizyczna struk­tura tegoż zegara pozo­sta­łaby nie­zmienna, ale jego funk­cja byłaby zupeł­nie inna. Gdyby następ­nie ta funk­cja zaczęła z cza­sem domi­no­wać, struk­tura mogłaby zostać zmo­dy­fi­ko­wana w celu lep­szego wypeł­nia­nia nowej funk­cji, na przy­kład można by zmie­nić szkło wypu­kłe na wklę­słe, dzięki czemu jedze­nie lepiej by się utrzy­my­wało na "tale­rzu".

Dwu­stronna strzałka (zob. rycina 1.1) pomaga wyja­śnić jeden z powo­dów, dla któ­rych jeste­śmy bar­dziej zain­te­re­so­wani funk­cjo­nalną niż wyłącz­nie struk­tu­ralną per­spek­tywą ana­li­tyczną. Struk­tura jest istotna, ale ewo­lu­cja poka­zuje, że w dłuż­szej per­spek­ty­wie jest ona raczej napę­dzana przez funk­cję, a opisy funk­cjo­nalne mówią wię­cej o tym, jak zmie­nić warunki tak, by wpły­nąć na struk­turę (tj. wygląd zacho­wa­nia). Mówiąc prak­tycz­nie, ana­li­tycy zacho­wa­nia są bar­dziej zain­te­re­so­wani tym, co dana rzecz robi, niż tym, jak wygląda. Aby zmie­nić jej wygląd, musimy zmie­nić to, co ona robi lub jak funk­cjo­nuje w danym śro­do­wi­sku; musimy zro­zu­mieć, dla­czego poja­wia się w śro­do­wi­sku jako adap­ta­cja, i zmie­nić śro­do­wi­sko w odpo­wiedni spo­sób.

Rycina 1.1. Funk­cja a struk­tura

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

Ponie­waż język i pozna­nie sta­no­wią istotę tego, co sta­ramy się prze­wi­dy­wać i na co chcemy oddzia­ły­wać poprzez inter­wen­cje oparte ACT, warto przy­po­mnieć, w jaki spo­sób owe dwie różne per­spek­tywy - struk­tu­ralna i funk­cjo­nalna -?mogą się odno­sić do języka i pozna­nia. Roz­ważmy kla­syczne podej­ście struk­tu­ralne do psy­cho­lin­gwi­styki. Przyj­muje się, że wypo­wia­dane słowa odzwier­cie­dlają pod­sta­wowe struk­tury czę­sto uwa­żane za uni­wer­salne, takie jak głę­bo­kie struk­tury gra­ma­tyczne. Zgod­nie z wcze­snymi i obec­nie już kla­sycz­nymi teo­riami Noama Chom­sky'ego (1972), słyn­nego języ­ko­znawcy zna­nego w ana­li­zie zacho­wa­nia z tego, że nie zga­dzał się z podej­ściem Skin­nera do języka, gra­ma­tyka uni­wer­salna bie­rze się z pod­sta­wo­wych struk­tur, które ist­nieją w "umy­śle/mózgu" jed­nostki. Kon­se­kwen­cją tego jest hipo­te­tyczny mecha­nizm, zwany mecha­nizmem przy­swa­ja­nia języka, który uważa się za ukrytą czy też uta­joną struk­turę wytwa­rza­jącą język -?podob­nie jak wyide­ali­zo­wany okrąg w sys­te­mie Pla­tona wytwa­rza inne okręgi. To, czy taki mecha­nizm ist­nieje, nie ma zna­cze­nia; cho­dzi o wska­za­nie, jak głę­boko osa­dzone i jak liczne są struk­tury neu­ro­lo­giczne, które uczest­ni­czą w two­rze­niu ogól­nie jed­no­li­tych wzor­ców gra­ma­tycz­nych ist­niejących u ludzi -?a nie u innych zwie­rząt. Jest to o wiele bar­dziej wyra­fi­no­wany spo­sób na powie­dze­nie "gołę­bie dzio­bią". Ludzie "uży­wają języka". Wyzwa­niem staje się tu przy­czy­no­wość. Czy te wyde­du­ko­wane pod­sta­wowe struk­tury powo­dują roz­wój gra­ma­tyki i składni w takim stop­niu, w jakim dziób, mózg i mię­śnie szyi ptaka powo­dują dzio­ba­nie? Brak jasno­ści w tym wzglę­dzie spra­wia, że trudno prze­ło­żyć podej­ście struk­tu­ralne na sku­teczne pro­gramy inter­wen­cyjne.

Skin­ner (2022) uwa­żał, że podej­ście for­mi­styczne czy też mecha­ni­styczne może pro­wa­dzić do wielu nie­praw­dzi­wych wyja­śnień, w któ­rych przy­pi­su­jemy przy­czynę hipo­te­tycz­nym for­mom i struk­tu­rom wewnątrz jed­nostki, nie uwzględ­nia­jąc kon­tek­stu, który spo­wo­do­wał powsta­nie tych struk­tur i wyni­ka­ją­cych z nich zacho­wań. W 1957 roku przed­sta­wił on pierw­szą kom­plek­sową ana­lizę funk­cjo­nalną języka jako zacho­wa­nia wer­bal­nego, czyli teo­rię zacho­wań wer­bal­nych. Zamiast sku­piać się wyłącz­nie na struk­turalnych cechach języka zapro­po­no­wał, by podej­ście funk­cjo­nalne uwzględ­niało kon­tekst, z któ­rego język się wyła­nia. Zwa­żyw­szy na jego prace nad warun­ko­wa­niem spraw­czym, nie dziwi, że Skin­ner poło­żył nacisk na wzorce wzmac­nia­nia wspie­ra­jące roz­wój języka. Na przy­kład mand może przy­bie­rać wiele form gra­ma­tycz­nych; może też zawie­rać rze­czow­niki, cza­sow­niki i przy­miot­niki. Ważne, że wystę­puje w kon­tek­ście kon­se­kwent­nych ope­ra­cji usta­na­wia­ją­cych i skut­kuje pozy­ska­niem od słu­cha­cza okre­ślo­nego wzmoc­nie­nia. Ten sam zestaw dźwię­ków może peł­nić w róż­nych kon­tekstach różne funk­cje. Na przy­kład słowo "kot" w zależ­no­ści od kon­tek­stu może funk­cjo­no­wać jako mand (tj. prośba o kota) lub takt (tj. iden­ty­fi­ka­cja kota). Wyja­śnie­nie Skin­nera roz­ciąga się na zda­rze­nia pry­watne takie jak roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów, myśle­nie i rozu­mo­wa­nie, które są czę­ściej uwzględ­niane w struk­turalistycznych mode­lach poznaw­czych. Ponad pół wieku póź­niej szcze­góły kry­tyki Chom­sky'ego (1959) doty­czą­cej sta­no­wi­ska Skin­nera nie mają dla nas więk­szego zna­cze­nia, jed­nakże ową kry­tykę samą w sobie można rozu­mieć jako róż­nicę mię­dzy struk­turalnym a funk­cjo­nal­nym podej­ściem do badań nauko­wych. Z per­spek­tywy czasu widać, że nie­które z kry­tycz­nych uwag Chom­sky'ego obna­żały luki w funk­cjo­nalnej ana­li­zie języka i pozna­nia czło­wieka. Na przy­kład z wyko­rzy­sta­niem teo­rii Skin­nera trudno w pełni odnieść się do pozor­nej samo­or­ga­ni­za­cji i zło­żo­no­ści widocz­nej w struk­turze ludz­kiego języka i pozna­nia. Now­sze osią­gnię­cia, które oma­wiamy w niniej­szej książce, czy­nią wyja­śnie­nie funk­cjo­nalne bar­dziej wia­ry­god­nym niż wcze­sne teo­rie Skin­nera. Co wię­cej, Chom­sky zda­wał się słusz­nie dostrze­gać pomi­nię­cie przez Skin­nera ana­lizy słu­cha­cza -?a rozu­mie­nie języka jest być może nawet waż­niej­sze niż samo mówie­nie. Jed­no­cze­śnie pozo­sta­wił bez odpo­wie­dzi pyta­nie, w jaki spo­sób tak zło­żone struk­tury prze­ja­wiają się tak uni­kal­nie dla każ­dej osoby na kuli ziem­skiej. Rów­nie wyjąt­kowe jest dawne i bie­żące śro­do­wi­sko osoby. To wła­śnie dzięki zro­zu­mie­niu śro­do­wi­ska możemy zacząć rozu­mieć zło­żone zacho­wa­nie.

Funk­cjo­nalne podej­ście do rela­cji typu zacho­wa­nie-zacho­wa­nie. Od czasu pier­wot­nej kon­cep­cji Skin­nera ana­liza zacho­wa­nia bar­dzo się roz­wi­nęła. W następ­nym roz­dziale omó­wimy zagad­nie­nie ekwi­wa­len­cji bodź­ców i poka­żemy, w jaki spo­sób doszło do sfor­mu­ło­wa­nia wła­ści­wego teo­rii ram rela­cyj­nych wyja­śnie­nia wielu rela­cji wywie­dzio­nych mię­dzy bodź­cami i now­szych teo­rii. Na razie pomi­niemy szcze­góły, ponie­waż chcemy sku­pić się na tym, czym jest podej­ście funk­cjo­nalne i czym się ono różni od bar­dziej tra­dy­cyj­nych ujęć -?oraz dla­czego ACT i RFT wyma­gają zro­zu­mie­nia, jak jedno dzia­ła­nie może odno­sić się do dru­giego.

Weźmy neu­ro­ty­powo roz­wi­ja­jące się dziecko mówiące po angiel­sku, które na ogół reaguje na pochwałę i kry­tykę spo­łeczną jak na -?odpo­wied­nio - wzmoc­nie­nie spo­łeczne i karę spo­łeczną. Jeśli takie dziecko nauczy się, że "mal" jest prze­ci­wień­stwem "bon", a "bon" ozna­cza to samo co "good" (dobry), praw­do­po­dob­nie będzie można tre­no­wać zacho­wa­nia, uży­wa­jąc słowa "mal" w cha­rak­te­rze kon­se­kwen­cji nega­tyw­nej. Na tę chwilę załóżmy, że wła­śnie tak się stało. Teo­ria ram rela­cyj­nych osta­tecz­nie wyja­śni, jak i dla­czego tak się dzieje, ale na razie to pomi­jamy i na potrzeby naszego przy­kładu pozo­sta­jemy przy uprosz­czo­nym opi­sie.

Teraz wyobraźmy sobie, że dwaj ana­li­tycy nie­zna­jący histo­rii dziecka - struk­tu­ra­li­sta poznaw­czy i ana­li­tyk zacho­wa­nia -?zasta­na­wiają się, dla­czego dziecko unika powta­rza­nia dzia­łań, po któ­rych sły­chać słowo "mal". Struk­tu­ra­li­sta poznaw­czy może tłu­ma­czyć to tym, że słowo "mal" znaj­duje się w sieci seman­tycz­nej, która nadaje mu awer­syjne zna­cze­nie. Z kolei ana­li­tyk zacho­wa­nia suge­ruje, że jest to kara warun­kowa, ponie­waż słowo to praw­do­po­dob­nie zostało powią­zane ze sło­wem "bad" (zły). W rze­czy­wi­sto­ści nie może to być kara warun­kowa, ponie­waż to słowo ni­gdy nie zostało sko­ja­rzone z karą pier­wotną ani warun­kową - ni­gdy nie było sły­szane ani widziane w tym samym kon­tek­ście, co coś złego. Nie ma też żad­nych for­mal­nych wła­ści­wo­ści ist­nie­ją­cych kar warun­ko­wych -?nie może wyni­kać z gene­ra­li­za­cji bodźca. W rezul­ta­cie, gdyby taka ana­liza "kara­nia warun­ko­wego" została odnie­siona do innych dzieci, wkrótce sto­so­wa­li­by­śmy warunki dale­kie od tych, które w rze­czy­wi­sto­ści dopro­wa­dziły do danego zacho­wa­nia.

Struk­tu­ra­li­sta poznaw­czy ma zupeł­nie inny pro­blem. Poję­cie sieci seman­tycz­nej nie mówi mu, co ma zro­bić, aby w ogóle spró­bo­wać usta­no­wić zacho­wa­nie. Sieci seman­tyczne opi­sują rezul­tat, ale nie spo­sób dopro­wa­dze­nia do niego.

Opis funk­cjo­nalny mówi ana­li­ty­kom, co należy zro­bić, aby usta­no­wić lub pod­trzy­mać dane zacho­wa­nie... ale tylko wtedy, gdy jest ade­kwatny. Aby zro­zu­mieć rela­cje funk­cjo­nalne, które dopro­wa­dziły do zacho­wa­nia dziecka, trzeba wie­dzieć, jak jedno zacho­wa­nie odnosi się do dru­giego.

W oma­wia­nym przy­padku musie­li­by­śmy zro­zu­mieć, w jaki spo­sób "mal" zostało w pewien szcze­gólny spo­sób odnie­sione do "good" oraz jak i dla­czego uży­cie słowa

"mal" zadzia­łało jako kon­se­kwen­cja innego zacho­wa­nia. Opi­su­jemy tu rela­cję zacho­wa­nie-zacho­wa­nie. Jeśli chcemy wyko­rzy­stać poję­cia beha­wio­ralne do prze­wi­dy­wa­nia zacho­wań i wpły­wa­nia na nie, gdy mamy do czy­nie­nia z rela­cjami zacho­wa­nie-zacho­wa­nie, ważne jest zro­zu­mie­nie kon­tek­stów, w któ­rych wystę­puje każde z dwóch powią­za­nych dzia­łań, a także kon­tek­stu wystą­pie­nia rela­cji mię­dzy tymiż dzia­ła­niami. Poję­cia muszą być funk­cjo­nalne i kon­tek­stualne (Hayes i Brown­stein, 1986), przy czym wza­jem­nie na sie­bie oddzia­łują.

Rycina 1.2. Kon­tek­sty dwóch zacho­wań a kon­tekst rela­cji mię­dzy tymiż zacho­wa­niami

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

Aby móc zasto­so­wać rozu­mie­nie funk­cjo­nalne i kon­tek­stu­alne, musie­li­by­śmy znać histo­rię i oko­licz­no­ści (kon­tekst), które dopro­wa­dziły do każ­dego ze zda­rzeń beha­wio­ral­nych, oraz ich wza­jemną rela­cję. Należy pod­kre­ślić zwłasz­cza ten ostatni ele­ment, ponie­waż jest on bar­dzo czę­sto pomi­jany. Zro­zu­mie­nie tych trzech cech kon­tek­stu­al­nych jest dokład­nie tym, co RFT i ACT pro­po­nują idio­gra­ficz­nie. Jed­nakże, jesz­cze zanim do tego doj­dziemy, warto zauwa­żyć, że kiedy ana­li­tycy zacho­wa­nia pytają, dla­czego okre­ślone zda­rze­nia peł­nią daną funk­cję, nie­kiedy trzeba zro­zu­mieć rela­cje zacho­wa­nie-zacho­wa­nie, nim będzie można udzie­lić odpo­wie­dzi uży­tecz­nej prak­tycz­nie i zasad­nej naukowo.

Tego rodzaju wie­dza oka­zuje się klu­czowa, gdyż ana­li­tycy zacho­wa­nia wyko­rzy­stują metody naukowe w spo­sób funk­cjo­nalny -?do izo­lo­wa­nia idio­gra­ficz­nie sen­so­wych inte­rak­cji funk­cjo­nalnych mię­dzy zmien­nymi śro­do­wi­sko­wymi a zacho­wa­niem. Inte­rak­cje funk­cjo­nalne są odkry­wane w pro­ce­sie zwa­nym ana­lizą funk­cjo­nalną, czyli poprzez obser­wa­cję czy też ana­lizę inte­rak­cji zacho­wa­nie-śro­do­wi­sko na pozio­mie zacho­wu­ją­cego się w jakiś spo­sób orga­ni­zmu. Następ­nie opra­co­wy­wane są odpo­wied­nie inter­wen­cje w celu oddzia­ła­nia na zmienne śro­do­wi­skowe, aby spo­wo­do­wać zmianę zacho­wa­nia.

Więk­szość kon­cep­cji w innych tra­dy­cjach psy­cho­lo­gii sto­so­wa­nej jest wery­fi­ko­wana na pod­sta­wie nor­ma­tyw­nych spój­no­ści mię­dzy ludźmi. Kla­syczny przy­kład sta­nowi psy­cho­me­tria. Ana­liza psy­cho­me­tryczna nie doty­czy funk­cjo­nalno-kon­tek­stu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści ludzi -?to jest histo­rii jed­no­stek i odno­szą­cych się do nich oko­licz­no­ści -?lecz struk­tu­ral­nych spój­no­ści w posłu­gi­wa­niu się języ­kiem mię­dzy ludźmi. Pro­blem w tym, że zmien­ność mię­dzy jed­nost­kami oraz zmien­ność wewnątrz jed­no­stek to nie to samo. W fizyce sta­ty­stycz­nej wia­domo od ponad wieku, że nie da się wia­ry­god­nie przejść od zacho­wa­nia zbioru ele­men­tów do prze­wi­dy­wa­nia zacho­wa­nia poje­dyn­czego ele­mentu, który znaj­duje się w tym zbio­rze -?z wyjąt­kiem kilku bar­dzo nad­zwy­czaj­nych oko­licz­no­ści opi­sa­nych przez twier­dze­nie ergo­dyczne (Bir­khoff, 1931; von Neu­mann, 1932). Żadna z tych oko­licz­no­ści (a mia­no­wi­cie sta­cjo­nar­ność i fakt, że wszyst­kie ele­menty wyka­zują te same wła­ści­wo­ści dyna­miczne) nie doty­czy ludzi. Ujmu­jąc rzecz pro­ściej: z nauko­wego punktu widze­nia konieczne jest prze­pro­wa­dze­nie ana­lizy funk­cjo­nal­nej idio­gra­ficz­nie, a następ­nie stop­niowe uogól­nie­nie jej do stwier­dzeń nomo­te­tycz­nych. W dal­szej czę­ści książki omó­wimy tę kwe­stię bar­dziej szcze­gó­łowo.

Nie­pewna rela­cja mię­dzy zmien­no­ścią jed­nostki a zmien­no­ścią wewnątrz jed­nostki czę­ściowo wyja­śnia, dla­czego trudno jest prze­ło­żyć podej­ście nor­ma­tywne na wia­ry­godne inter­wen­cje. Łatwo na przy­kład użyć psy­cho­me­trii do oceny emo­cji, myśli i zacho­wań jaw­nych bez wni­ka­nia w histo­rię tych zda­rzeń ani w kon­tek­sty, w któ­rych one wystę­pują. To ozna­cza, że możemy pozo­stać z uta­jo­nymi kon­struk­tami, które "wyja­śniają" dzia­ła­nie, ale nie wska­zują, co mamy zro­bić, aby owo dzia­ła­nie zmie­nić. A to poważny pro­blem.

Gdyby poja­wiła się nowa stra­te­gia ana­lizy funk­cjo­nal­nej, zakres naszej dzie­dziny mógłby się znacz­nie posze­rzyć, a głę­bia naszych inter­wen­cji - wyraź­nie popra­wić. Widzie­li­śmy to na przy­kła­dzie powszech­nie wyko­rzy­sty­wa­nej tech­niki sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia, jaką jest eks­pe­ry­men­talna ana­liza funk­cjo­nalna (Iwata, Dor­sey, Sli­fer, Bau­man i Rich­man, 1994). Tech­nika ta oka­zała się ewo­lu­cyj­nym punk­tem zwrot­nym w naszej dzie­dzi­nie (podob­nym do beha­wio­ral­nego punktu zwrot­nego, ale doświad­cza­nym przez wszyst­kich człon­ków spo­łecz­no­ści poprzez zbio­rową zmianę zacho­wa­nia). Wcze­śniej czę­sto zakła­dano, że zacho­wa­nie pozo­staje pod wpły­wem wzmac­nia­nia i kara­nia -?co sta­nowi sto­sun­kowo pro­sty model w kon­tek­ście opra­co­wy­wa­nia inter­wen­cji beha­wio­ral­nej. Jeśli ana­li­tyk chce, aby zacho­wa­nie wystę­po­wało czę­ściej, musi je wzmac­niać. Wzmoc­nie­nia wyso­kiej jako­ści, które są dostar­czane natych­miast i w spo­sób zależny od zacho­wa­nia, przy­niosą naj­więk­sze zmiany. W więk­szo­ści przy­pad­ków jed­nak klienci nie są kie­ro­wani do ana­li­tyka zacho­wa­nia ani nie szu­kają jego pomocy w celu nasi­le­nia jakichś zacho­wań, lecz raczej zależy im na ogra­ni­cze­niu tych, które są uwa­żane za destruk­cyjne lub szko­dliwe, jak choćby ste­reo­ty­pie wokalne czy samo­oka­le­cze­nia. I znów roz­wią­za­nie jest dość pro­ste: poważne kary, które są dostar­czane natych­miast i zależne od zacho­wa­nia, przy­czy­nią się do naj­więk­szej reduk­cji takich zacho­wań.

Zwa­żyw­szy na bie­żący stan wie­dzy, można stwier­dzić, że ten pro­sty model może być nie­bez­pieczny. Nad­uży­wa­nie kara­nia może pro­wa­dzić do dłu­go­ter­mi­no­wych nega­tyw­nych skut­ków spo­łecz­nych, emo­cjo­nal­nych i beha­wio­ral­nych. Jest mało praw­do­po­dobne, by pozy­tywne zacho­wa­nia utrzy­mały się po wyco­fa­niu nie­funk­cjo­nal­nych wzmoc­nień. Ana­li­tycy zacho­wa­nia wciąż pró­bują wyswo­bo­dzić się z tej epoki nauki o zacho­wa­niu, ale nie­któ­rzy na­dal sto­sują wiele daw­nych prak­tyk wobec osób z auty­zmem, tyle że pod bar­dziej akcep­to­wal­nymi nazwami (np. "obszar reflek­sji" zamiast "time out" czy "miej­sce wyklu­cze­nia spo­łecz­nego", "wyco­fa­nie wzmac­nia­nia" błęd­nie nazy­wane "wyga­sza­niem").

Eks­pe­ry­men­talna ana­liza funk­cjo­nalna zapew­niła metodę owej ana­lizy pozwa­la­jącą wyjść poza bar­dzo ogra­ni­czony model zmiany zacho­wa­nia. Zacho­wa­nie pełni okre­śloną funk­cję. Aby zmie­nić zacho­wa­nie, musimy zacząć od okre­śle­nia, jaką funk­cję ono pełni dla danej osoby -?co należy zro­bić w sze­ro­kim zakre­sie i empi­rycz­nie, a nie tylko kon­cep­cyj­nie. Począt­kowo praca z wyko­rzy­sta­niem eks­pe­ry­men­tal­nej ana­lizy funk­cjo­nal­nej sku­piała się na zacho­wa­niach samo­oka­le­cza­ją­cych dzieci z auty­zmem. "Zacho­wa­nie samo­oka­le­cza­jące" to opis struk­tury (tj. tego, jak zacho­wa­nie wygląda), a nie funk­cji. W przy­padku eks­pe­ry­men­tal­nej ana­lizy funk­cjo­nal­nej mani­pu­luje się warun­kami funk­cjo­nal­nymi i ustala ich wpływ na względne tempo zacho­wa­nia. Jeśli na przy­kład samo­oka­le­cza­nie wystę­puje naj­czę­ściej w warunku, w któ­rym umoż­li­wia ucieczkę od wyma­gań, to możemy zało­żyć, że funk­cją tego zacho­wa­nia jest wła­śnie ucieczka. Inter­wen­cja funk­cjo­nalna mająca na celu ogra­ni­cze­nie samo­oka­le­czeń wymaga zatem usta­no­wie­nia nowego zacho­wa­nia, takiego jak funk­cjo­nalna reak­cja komu­ni­ka­cyjna, które pełni tę samą funk­cję, lecz jest bar­dziej efek­tywne. Prze­staje być potrzebne jakie­kol­wiek kara­nie, a zacho­wa­nie, które chcemy wspie­rać, jest pod­trzy­my­wane przez wzmoc­nie­nia funk­cjo­nalne.

Eks­pe­ry­men­talna ana­liza funk­cjo­nalna sta­nowi rów­nież dobry przy­kład tego, jak ważne jest roz­wi­ja­nie nauko­wych modeli zmiany zacho­wa­nia. Model, który zakłada wyłącz­nie wzmac­nia­nie i kara­nie jako funk­cje, z koniecz­no­ści zaowo­cuje stra­te­giami ana­li­tycz­nymi mają­cymi na celu usta­le­nie względ­nego tempa wzmac­nia­nia i kara­nia. Co wię­cej, inter­wen­cje będą pró­bo­wały wpły­nąć na zacho­wa­nie z wyko­rzy­sta­niem jedy­nie tych pro­ce­sów. Doda­nie do naszego modelu nauko­wego ope­ra­cji usta­na­wia­ją­cych (np. wyma­gań, depry­wa­cji uwagi) otwo­rzyło drzwi do bar­dziej funk­cjo­nal­nego podej­ścia do inter­wen­cji, które miało na celu usta­nowienie nowych zacho­wań odno­szą­cych się do tych funk­cji ope­ra­cji usta­na­wia­ją­cych / ope­ra­cji zno­szą­cych. Prawdą jest rów­nież, że to obec­nie "tra­dy­cyjne" podej­ście do eks­pe­ry­men­tal­nej ana­lizy funk­cjo­nal­nej natra­fiło na barierę w postaci rela­cji wywie­dzio­nych mię­dzy bodź­cami, ale i tak powin­ni­śmy trak­to­wać to jako znaczny postęp.

Teraz pora zro­bić kolejny krok -?odkryć następny ewo­lu­cyjny punkt prze­ło­mowy -?który pozwoli zająć się wywie­dzio­nymi rela­cjami dzięki dal­szemu roz­wo­jowi metod ana­lizy funk­cjo­nal­nej zwią­za­nych bez­po­śred­nio z wyzwa­niami typo­wymi dla ludzi. Naszym zda­niem ACT i RFT -?jako nowa stra­te­gia funk­cjo­nalna w ramach ana­lizy zacho­wa­nia -?trwale zmie­nią zakres pro­ble­mów prak­tycz­nych, które będziemy w sta­nie roz­wią­zać, i zwięk­szą zróż­ni­co­wa­nie popu­la­cji kli­nicz­nych, któ­rym będziemy mogli pomóc. Zmie­nią rów­nież istot­nie spo­sób, w jaki poma­gamy oso­bom, które zwy­kle odno­siły korzyść z inter­wen­cji beha­wio­ral­nej. Aby zoba­czyć, jak to się sta­nie, musimy przejść od kwe­stii bada­nia i zmiany rela­cji zacho­wa­nie-zacho­wa­nie do nauki doty­czą­cej zda­rzeń pry­wat­nych.

Funk­cjo­nalne podej­ście do zda­rzeń pry­wat­nych. Ana­li­tycy zacho­wa­nia zwy­kle sku­piają się na zacho­wa­niach jaw­nych, ale dość sze­roko rozu­mieją poję­cie "zacho­wa­nie". Począt­kowo Skin­ner defi­nio­wał zacho­wa­nie na dwa różne spo­soby. Topo­gra­ficz­nie ujmo­wał je jako ruch orga­ni­zmu lub jego czę­ści w ukła­dzie odnie­sie­nia usta­no­wio­nym przez sam orga­nizm lub przez różne zewnętrzne obiekty czy pola siłowe (Skin­ner, 1995). Nie jest to jesz­cze defi­ni­cja funk­cjo­nalna, ponie­waż zgod­nie z nią pod­nie­sie­nie ręki w celu zwró­ce­nia czy­jejś uwagi i pod­nie­sie­nie ręki w celu roz­cią­gnię­cia mię­śni to jedno i to samo zacho­wa­nie. Zale­d­wie kilka zdań dalej Skin­ner (1995) zdefi­nio­wał zacho­wa­nie jako funk­cjo­no­wa­nie orga­ni­zmu, który jest zaan­ga­żo­wany w dzia­ła­nie lub obcuje ze świa­tem zewnętrz­nym. Z tej per­spek­tywy zacho­wa­nie i oko­licz­no­ści, które na nie oddzia­łują, to dwa aspekty jed­nego zda­rze­nia, a wszystko, co wiąże się z obco­wa­niem ze świa­tem, jest czę­ścią ana­lizy zacho­wa­nia. Skin­ner ni­gdy nie powró­cił do tych defi­ni­cji, ale z upły­wem czasu dru­gie rozu­mie­nie zacho­wa­nia coraz wyraź­niej domi­no­wało. Mówił on o myśle­niu jako zacho­wa­niu, przy­po­mi­na­niu sobie jako zacho­wa­niu, uczu­ciach jako zacho­wa­niach i tak dalej. Każdy spo­sób naszej inte­rak­cji ze świa­tem, w kon­tek­ście publicz­nym lub pry­wat­nym, był dla niego zacho­wa­niem.

Za "rady­kalne" w beha­wio­ry­zmie Skin­nera (1945) można uznać to, że zasto­so­wał on myśle­nie zwią­zane z zależ­no­ściami do zacho­wa­nia samych naukow­ców. W ten spo­sób posta­wił na gło­wie tra­dy­cyjny beha­wio­ryzm meto­do­lo­giczny i skie­ro­wał myśle­nie beha­wio­ralne w nowym kie­runku.

W przy­padku ana­lizy zacho­wa­nia ten sam funk­cjo­nalno-kon­tek­stu­alny model zacho­wa­nia, który jest uży­wany do wywo­ła­nia pożą­da­nej zmiany w zacho­wa­niu, odnosi się rów­nież do naukowca. Z per­spek­tywy stricte funk­cjo­nalno-ana­li­tycz­nej i kon­tek­stu­al­nej "nauka" jest po pro­stu poję­ciem, które repre­zen­tuje zacho­wa­nie naukow­ców w kon­tek­ście -?jako przed­się­wzię­cie spo­łeczne, któ­rego pożą­daną funk­cją jest roz­wi­ja­nie coraz bar­dziej ustruk­tu­ry­zo­wa­nych stwier­dzeń doty­czą­cych rela­cji mię­dzy zda­rze­niami, tak aby umoż­li­wić osią­gnię­cie celów ana­li­tycz­nych w spo­sób pre­cy­zyjny, sze­roki i pogłę­biony. Innymi słowy, roz­wi­ja­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie modeli zmiany zacho­wa­nia jest po pro­stu wzor­cem wspól­nych zacho­wań wer­bal­nych naukow­ców i prak­ty­ków, które mogą się oka­zać sku­teczne w przy­padku waż­nych spo­łecz­nie wyzwań beha­wio­ral­nych (Beli­sle, 2020). W wyjąt­ko­wym przy­padku ana­lizy zacho­wa­nia nauko­wiec i prak­tyk są nie­roz­łączni w tak zwa­nym modelu naukowca prak­tyka (Beli­sle, Stan­ley i Dixon, 2021) i trak­tuje się ich podob­nie jak klien­tów, któ­rych ana­li­zu­jemy.

Oma­wiane podej­ście zasad­ni­czo oddziela roz­róż­nie­nie "publiczne - pry­watne" od roz­róż­nie­nia "obiek­tywne -?subiek­tywne". Skin­ner (1945) argu­men­to­wał, że zacho­wa­nie musi być obser­wo­wane w spo­sób bez­po­średni, ale może to doty­czyć rów­nież zda­rzeń pry­wat­nych takich jak myśle­nie i odczu­wa­nie. Jak twier­dził, obser­wa­cja ma war­tość naukową nie dla­tego, że jest publiczna, lecz dla­tego, że zależ­no­ści kon­tro­lu­jące obser­wa­cję pro­wa­dzoną przez naukowca zapew­niają ści­słą kon­trolę bodź­ców ze strony obiektu obser­wo­wanego. Zgod­nie z tym poglą­dem sama liczba poten­cjal­nych obser­wa­to­rów nie powinna być głów­nym czyn­ni­kiem roz­strzy­ga­ją­cym o tym, co uznamy za zacho­wa­nie, a więc i o tym, co jest dostępne dla ana­lizy zacho­wa­nia.

Weźmy na przy­kład ćwi­cze­nie prze­mó­wie­nia w myślach. Osoba może mówić i słu­chać bez zewnętrz­nych sygna­łów wyko­ny­wa­nia tych czyn­no­ści: zauwa­żać momenty, gdy słowa nie przy­cho­dzą łatwo, więc muszą być dalej ćwi­czone, "słu­chać" efek­tow­nych pauz czy zasta­na­wiać się, jak zaak­cen­to­wać wybrane słowo. Tego rodzaju prze­ma­wia­nie pry­watne jest zacho­wa­niem -?a przy­naj­mniej tak twier­dził Skin­ner. Jest ono bez­po­śred­nio obser­wo­walne.

Jeśli zależ­no­ści ste­ru­jące obser­wa­cją są luźne, błędy poja­wią się nie­za­leż­nie od tego, czy obser­wa­cja doty­czy zda­rze­nia publicz­nego, czy pry­wat­nego. Na przy­kład dziecko może twier­dzić, że boli je brzuch, aby unik­nąć spraw­dzianu z mate­ma­tyki. Jed­nakże ten sam pro­ces z łatwo­ścią zacho­dzi rów­nież publicz­nie. Załóżmy, że stu­den­tom poka­zano przez jedną trze­cią sekundy nastę­pu­jący slajd:

Paryż na na wio­snę

Jeśli stu­denci zostaną popro­szeni o zapi­sa­nie wyświe­tlo­nych słów, powie­dzą, że widzieli słowa "Paryż na wio­snę". Zgod­ność mię­dzy obser­wa­cjami będzie bar­dzo wysoka. Gdy jed­nak poka­żemy ten sam slajd przez minutę, stu­denci zauważą ze śmie­chem, że dłuż­sza obser­wa­cja dowo­dzi, iż tamta "obser­wa­cja" wyni­kła ze zna­jo­mo­ści frazy i miej­sca podziału wer­sów, a nie wyłącz­nie z rze­czy­wi­stych słów i sty­mu­la­cji, jaką zapew­niają. Dla­tego, jak twier­dził Skin­ner, racja więk­szo­ści nie jest rze­tel­nym wskaź­ni­kiem nauko­wego obiek­ty­wi­zmu.

Ana­li­tycy zacho­wa­nia słusz­nie chcą się sku­piać na zacho­wa­niach jaw­nych, co nie powinno się zmie­niać. Jed­nakże waż­nym aspek­tem funk­cjo­nal­nej i kon­tek­stu­al­nej tra­dy­cji beha­wio­ral­nej jest chęć zaję­cia się róż­nymi wła­ści­wo­ściami dzia­ła­nia czło­wieka, także pry­wat­nymi, jeśli ist­nieją ku temu powody kon­cep­cyjne lub prak­tyczne. Krótko mówiąc, ana­liza zacho­wa­nia "nie upiera się przy docho­dze­niu do prawdy drogą uzgod­nie­nia fak­tów, dzięki czemu może roz­wa­żać zda­rze­nia mające miej­sce w "pod­skór­nym", oso­bi­stym świe­cie" (Skin­ner, 2013, s. 36). Odpo­wiedni podział dzia­łań pry­wat­nych na jed­nostki to wyzwa­nie, lecz nie jest to nic wyjąt­ko­wego, ponie­waż "każda jed­nostka zacho­wa­nia spraw­czego jest do pew­nego stop­nia sztuczna. Zacho­wa­nie jest spójną, cią­głą aktyw­no­ścią inte­gral­nego orga­ni­zmu, cho­ciaż dla celów teo­re­tycz­nych lub prak­tycz­nych można ana­li­zo­wać jego czę­ści" (Skin­ner, 1953, s. 116).

To rady­kal­nie funk­cjo­nalne idee. Ana­liza funk­cjo­nalna naukowca otwiera drzwi do zda­rzeń pry­wat­nych. Możemy podzie­lić stru­mień dzia­łań osoby, jeśli to pomoże nam zro­zu­mieć, co zro­bić, by jej pomóc. Roz­róż­nie­nia są postrze­gane jako zale­d­wie uży­teczne narzę­dzia, a nie twier­dze­nia onto­lo­giczne. Za każ­dym razem, gdy osoba jest pytana: "Co myślisz?" albo "Co czu­jesz?", stru­mień zacho­wań w pew­nym stop­niu jest dzie­lony, a jedy­nym pro­ble­mem pozo­staje to, jak naj­le­piej w spo­sób funk­cjo­nalny ana­li­zo­wać ludzką zło­żo­ność.

Aby zoba­czyć, jak ten spo­sób myśle­nia pro­wa­dzi nas ponow­nie do rela­cji zacho­wa­nie-zacho­wa­nie, roz­ważmy pyta­nie: "Dla­czego to zro­bi­łeś?". Kiedy zapy­tany w odpo­wie­dzi for­mu­łuje pewną regułę, ten spo­łeczny "kon­tekst poda­wa­nia powodu" sta­nowi przy­kład, jak można zmie­nić rela­cje zacho­wa­nie-zacho­wa­nie. Osoba, która ma "dobry powód", aby -?powiedzmy - nie iść na umó­wione spo­tka­nie, jest bar­dziej skłonna je opu­ścić nie tylko ze względu na sytu­ację zewnętrzną, ale także dla­tego, że wie, iż jedno zacho­wa­nie (umie­jęt­ność wytłu­ma­cze­nia nie­do­trzy­ma­nia obiet­nicy) zmie­nia kon­tekst dru­giego zacho­wa­nia (nega­tywne kon­se­kwen­cje nie­pój­ścia na spo­tka­nie będą mniej praw­do­po­dobne, jeśli zosta­nie przed­sta­wiony powód).

Rycina 1.3. "Dobry powód" pozwala prze­wi­dy­wać mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo kary spo­łecz­nej

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

W tym przy­padku spo­łeczny/wer­balny kon­tekst poda­nia powodu jest histo­ryczną i sytu­acyjną wska­zówką, w któ­rej kon­kretna sieć wer­balna może słu­żyć jako bodziec róż­ni­cu­jący (SD) dla innego zacho­wa­nia. Zwróć jed­nak uwagę, że osoba, która nie weź­mie udziału w spo­tka­niu, będzie musiała sfor­mu­ło­wać regułę (wymówkę lub powód) i samo­dziel­nie prze­ana­li­zo­wać jej wia­ry­god­ność. Małe dziecko na pyta­nie: "Dla­czego to zro­bi­łeś?" może odpo­wie­dzieć: "Bo tak", ale kom­pe­tentny wer­bal­nie doro­sły już tego nie zrobi. Umie­jęt­ność samo­dziel­nego wykry­wa­nia dobrych powo­dów to skom­pli­ko­wane zacho­wa­nie. Wyja­śnie­nie: "Pies zjadł mój kalen­darz" nie jest topo­gra­ficz­nie słab­sze od: "Zepsuł mi się samo­chód", ale wiąże się z dużo mniej­szym praw­do­po­do­bień­stwem zmiany kon­se­kwen­cji spo­łecz­nych. W nie­któ­rych śro­do­wi­skach (np. obóz woj­skowy dla rekru­tów) żadna wymówka nie zosta­nie uznana za wia­ry­godną, nie­za­leż­nie od jej rze­czy­wi­stych pod­staw. Przy czym próby dookre­śle­nia takich kon­tek­stów są zwy­kle uwa­żane za nie­grzeczne. Kiedy następ­nym razem ktoś ci powie, że nie sta­wił się na spo­tka­nie z tobą, ponie­waż o nim zapo­mniał, spró­buj dopy­tać: "Dla­czego zapo­mniałeś?", a poczu­jesz, że wkra­czasz na nowe i nie­bez­pieczne tery­to­rium kon­tak­tów spo­łecz­nych.

Wła­śnie tego rodzaju rela­cje spra­wiają, że ana­liza funk­cjo­nalna istot wer­bal­nych jest trudna, ale zara­zem poma­gają opi­sać dzia­ła­nie ACT. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia zmie­nia kon­tek­sty spo­łeczne/wer­balne, które wiążą zacho­wa­nia ze sobą, w tym zacho­wa­nia publiczne i pry­watne - osła­bia owe kon­tek­sty, gdy pro­wa­dzą do auto­de­struk­cyj­nych rela­cji zacho­wa­nie-zacho­wa­nie, a umac­nia je, gdy pomaga to oso­bie zre­zy­gno­wać z mniej­szych wcze­śniej­szych wzmoc­nień na rzecz wzmoc­nień więk­szych, ale póź­niej­szych.

Nawia­sem mówiąc, takie podej­ście pozwala unik­nąć funk­cjo­nal­nego błędu men­ta­li­stycz­nego, który polega na przy­pi­sy­wa­niu wła­ści­wo­ści przy­czy­no­wych dzia­ła­niom w odnie­sie­niu do innych dzia­łań z pomi­nię­ciem kon­tek­stów, które pro­wa­dzą do funk­cjo­nal­nych rela­cji mię­dzy zacho­wa­niami. Men­ta­lizm poja­wia się czę­ściej, gdy pry­watne zacho­wa­nie jest uwa­żane za przy­czynę zacho­wa­nia publicz­nego (stąd jego potoczna nazwa), lecz błąd bie­rze się z ana­lizy, a nie z kwe­stii pry­wat­no­ści. Pod­czas gdy kon­tek­stem można bez­po­śred­nio mani­pu­lo­wać, zacho­wa­nia są z natury "zmien­nymi zależ­nymi" -?zależą od kon­tek­stu. Trak­to­wa­nie rela­cji zacho­wa­nie-zacho­wa­nie jako przy­czy­nowo-skut­ko­wych bez okre­śle­nia kon­tek­stu sta­nowi sedno men­ta­li­zmu. Taki błąd w przy­padku cał­ko­wi­cie jaw­nego zacho­wa­nia byłby dziwny, ale jest moż­liwy. Podob­nym błę­dem byłoby stwier­dze­nie: "Jan dobrze rzuca piłką base­bal­lową, ponie­waż świet­nie tra­fia do kosza" -?po pro­stu jest to rzad­kie, gdyż każdy zdaje sobie sprawę, że ma do czy­nie­nia z dwoma róż­nymi zacho­wa­niami. Jest to jeden z powo­dów, dla któ­rych beha­wio­ry­ści obstają przy nazy­wa­niu wszyst­kich form ludz­kiego dzia­ła­nia zacho­wa­niem. Sztywne sta­nowisko w tej kwe­stii wiąże się ze zbyt wyso­kimi kosz­tami w kul­tu­rze ogól­nej, ale pomocne jest to, że nie­mal wszy­scy ana­li­tycy zacho­wa­nia mieli kon­takt ze śro­do­wi­skiem edu­ka­cyj­nym, w któ­rym kła­dzie się nacisk na okre­śla­nie wszel­kich zda­rzeń psy­chicz­nych za pomocą jed­nej wła­ści­wej nazwy, jaką jest wła­śnie "zacho­wa­nie".

Analiza funkcjonalna a stosowana analiza zachowania

Chyba każda dzie­dzina ma swój cha­rak­te­ry­styczny język i wła­ściwe sobie podej­ście. W naszym przy­padku jest to coś wię­cej niż "nazy­wa­nie wszyst­kiego zacho­wa­niem". Sto­so­wana ana­liza zacho­wa­nia (SAZ) to dzie­dzina defi­nio­wana przez idio­gra­ficzną ana­lizę funk­cjo­nalną. Ter­min ten nie odnosi się do żad­nej poje­dyn­czej pro­ce­dury, tech­niki ani zestawu tech­nik. Ana­li­tycy zacho­wa­nia zbyt czę­sto uży­wają wymien­nie pojęć "ana­liza funk­cjo­nalna" i "eks­pe­ry­men­talna ana­liza funk­cjo­nalna" autor­stwa Briana A. Iwaty, co jest pro­ble­ma­tyczne z wielu powo­dów, a prze­gląd histo­rii ana­lizy zacho­wa­nia poka­zuje dla­czego.

Wspo­mnia­nego ter­minu użył pier­wot­nie Skin­ner w odnie­sie­niu do wła­snych eks­pe­ry­men­tal­nych ana­liz orga­ni­zmów innych niż ludz­kie (Dixon, Vogel i Tar­box, 2012; Schlin­ger, 2017). Ana­lizy te nie obej­mo­wały "czte­rech funk­cji" Iwaty, a wiele wcze­snych eks­pe­ry­men­tów nie zawie­rało nawet warunku kon­tro­l­nego. Przez długi czas funk­cjo­nalna ana­liza zacho­wa­nia w ogóle nie doty­czyła ludzi.

Jedno z pierw­szych badań nauko­wych mają­cych na celu zasto­so­wa­nie metod ana­lizy funk­cjo­nal­nej w odnie­sie­niu do czło­wieka zostało prze­pro­wa­dzone przez Paula R. Ful­lera -?czter­dzie­ści lat przed tym, jak Iwata z zespo­łem opra­co­wał eks­pe­ry­men­talną ana­lizę funk­cjo­nalną (Stur­mey, 2020). Według dzi­siej­szych stan­dar­dów inter­wen­cja i zacho­wa­nie doce­lowe wydają się dość łagodne. Otóż zasto­so­wano wzmac­nia­nie pozy­tywne, aby nauczyć osiem­na­sto­let­niego chło­paka z głę­boką nie­peł­no­spraw­no­ścią inte­lek­tu­alną pod­no­sze­nia ręki. Pamię­tajmy, że przed tym eks­pe­ry­men­tem typu N = 1 powszech­nie uwa­żano, iż osoby z głę­boką nie­peł­no­spraw­no­ścią są nie­zdolne do naucze­nia się cze­go­kol­wiek. Ta stra­te­gia ana­lizy funk­cjo­nal­nej - kon­cen­tru­jąca się wów­czas wyłącz­nie na nieco arbi­tral­nym wzmoc­nie­niu (posło­dzo­nej wodzie) -?przy­go­to­wała grunt pod roz­wój obszaru ana­lizy funk­cjo­nal­nej.

Pierw­sze solidne prace z udzia­łem ludzi rów­nież nie były pro­wa­dzone w dzie­dzi­nie tera­pii auty­zmu. Ogden R. Lind­sley i jego współ­pra­cow­nicy (w tym Skin­ner) roz­sze­rzyli je w latach pięć­dzie­sią­tych XX wieku na hospi­ta­li­zo­wa­nych pacjen­tów psy­chia­trycz­nych, aby zara­dzić róż­no­rod­nym trud­no­ściom beha­wio­ral­nym doświad­cza­nym przez tę popu­la­cję (Stur­mey, 2020). Wią­zało się to z sys­te­ma­tycz­nym gro­ma­dze­niem danych beha­wio­ral­nych i roz­wo­jem tech­nik wyko­rzy­stu­ją­cych zależ­no­ści wzmac­nia­jące w celu oddzia­ła­nia na zacho­wa­nie.

Naj­wcze­śniej­sze uży­cie ter­minu "ana­liza funk­cjo­nalna" kła­dło zatem nacisk na eks­pe­ry­men­talną ana­lizę zacho­wa­nia na pozio­mie idio­gra­ficz­nym. Nie­zwy­kle ważne dla sze­rzej rozu­mia­nej psy­cho­lo­gii było to, że Skin­ner i jego współ­pra­cow­nicy byli w sta­nie sku­tecz­nie "włą­czać" i "wyłą­czać" zacho­wa­nie poprzez mani­pu­lo­wa­nie zmien­nymi w wysoce kon­tro­lo­wa­nym śro­do­wi­sku (tzw. klatka Skin­nera). Od początku celem było zasto­so­wa­nie tego podej­ścia na potrzeby roz­wią­zy­wa­nia poważ­nych pro­ble­mów oso­bi­stych i spo­łecz­nych doświad­cza­nych przez ludzi (Skin­ner, 2022), a wcze­sne prace Paula R. Ful­lera i Ogdena R. Lind­sleya, jak rów­nież bada­czy takich jak Sid­ney W. Bijou i Char­les B. Fer­ster, przy­go­to­wały grunt pod metodę ana­lizy funk­cjo­nal­nej, która kła­dła nacisk na eks­pe­ry­men­talną kon­trolę zacho­wa­nia.

Ter­min "ana­liza funk­cjo­nalna" zaczął funk­cjo­no­wać jako bar­dzo pojemne okre­śle­nie, obej­mu­jące znacz­nie szer­szą stra­te­gię rozu­mie­nia inte­rak­cji funk­cjo­nal­nych mię­dzy śro­do­wi­skiem a zacho­wa­niem na pozio­mie jed­nostki, która to stra­te­gia następ­nie była uogól­niana nomo­te­tycz­nie przez zasady zacho­wa­nia. Obej­mo­wała ona eks­pe­ry­menty, ale rów­nież próby prze­kształ­ce­nia spój­nych wyni­ków eks­pe­ry­men­tal­nych w usta­lone zasady ucze­nia się i zacho­wa­nia, a potem teo­re­tycz­nego roz­sze­rze­nia owych wyni­ków w taki spo­sób, aby­śmy mogli wycią­gać przedek­spe­ry­men­talne wnio­ski na temat zło­żo­nych form zacho­wa­nia czło­wieka (tj. for­mu­ło­wać teo­rie i prawa). Cie­ka­wym przy­kła­dem tego ostat­niego etapu było opi­sa­nie przez Skin­nera (1957) teo­rii zacho­wa­nia wer­bal­nego jako "funk­cjo­nal­nej ana­lizy języka" prak­tycz­nie bez żad­nego popar­cia empi­rycz­nego.

Sto­so­wana ana­liza zacho­wa­nia wyło­niła się w ramach owego szer­szego zasto­so­wa­nia ana­lizy funk­cjo­nal­nej. W prze­ło­mo­wym arty­kule na temat SAZ, zawie­ra­ją­cym opis sied­miu defi­niu­ją­cych ją wymia­rów, ana­liza funk­cjo­nalna jest wszech­obecna w każ­dym wymia­rze (Baer, Wolf i Risley, 1968). Okre­śle­nie "sto­so­wana" odnosi się do sto­so­wa­nia stra­te­gii ana­lizy funk­cjo­nal­nej w celu roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów zwią­za­nych z zacho­wa­niem czło­wieka. "Ana­liza" opi­suje stra­te­gię, która wymaga funk­cjo­nal­nej ana­lizy cią­głej inte­rak­cji mię­dzy śro­do­wi­skiem a zacho­wa­niem. W tro­sce o to, aby wyko­rzy­sty­wane przez nas tech­niki były kon­cep­cyj­nie sys­te­ma­tyczne, sto­su­jemy zasady wykra­cza­jące poza opis ana­lizy funk­cjo­nal­nej. Musimy się upew­nić, że inter­wen­cje są tech­niczne, byśmy mogli wyizo­lo­wać inte­rak­cje mię­dzy śro­do­wi­skiem a zacho­wa­niem oraz by mani­pu­lo­wa­nie śro­do­wi­skiem efek­tyw­nie zmie­niało zacho­wa­nie (tj. było funk­cjo­nalne). Ostatni wymiar -?gene­ral­ność - odnosi się do tego, że bie­rzemy pod uwagę pełen stru­mień inte­rak­cji funk­cjo­nal­nych mię­dzy śro­do­wi­skiem a zacho­wa­niem i że zmiany w zacho­wa­niu zacho­dzą w róż­nych kon­tek­stach. Model ten zasad­ni­czo spro­wa­dza się do idei, że ana­liza zacho­wa­nia sta­nowi wyko­rzy­sta­nie ana­lizy funk­cjo­nal­nej (sze­roko rozu­mia­nej) w celu zba­da­nia zacho­wań waż­nych dla ludzi.

Ozna­cza to, że ana­lizy zacho­wa­nia nie można zde­fi­nio­wać za pomocą zestawu tech­nik -?nawet tak rewo­lu­cyj­nych, jak eks­pe­ry­men­talna ana­liza funk­cjo­nalna. I cho­ciaż do tej pory sku­tecz­nie sto­so­wa­li­śmy stra­te­gie ana­lizy funk­cjo­nal­nej w pracy z dziećmi z auty­zmem, to jed­nak SAZ nie odnosi się do poje­dyn­czej popu­la­cji czy nie­wiel­kiego pod­zbioru zacho­wań. Nie­zro­zu­mie­nie tej kwe­stii nie tylko nie pozwala doce­nić histo­rii ter­minu "ana­liza funk­cjo­nalna", którą pokrótce opi­sa­li­śmy, ale także unie­moż­li­wia naszej dzie­dzi­nie, prak­ty­kom ana­lizy zacho­wa­nia i klien­tom na pełną reali­za­cję naszego poten­cjału.

Sto­so­wana ana­liza zacho­wa­nia wyła­nia się z idio­gra­ficzno-funk­cjo­nal­nego -?a nie struk­tu­ral­nego -?uję­cia zacho­wa­nia. Przy czym nie doty­czy to jedy­nie SAZ, ale także służy do roz­róż­nie­nia podejść w ramach kilku dys­cy­plin nauko­wych. Filo­zo­fia leżąca u pod­staw SAZ jest beha­wio­ry­styczna, ale nie w tra­dy­cyjny spo­sób; "rady­kalne" w rady­kal­nym beha­wio­ry­zmie jest to, że kon­cep­cje ana­lizy funk­cjo­nal­nej odno­szą się rów­nież do bada­cza (Moore, 2007). Ten krok otwiera moż­li­wość ana­lizy zda­rzeń pry­wat­nych, ale zawsze w ramach podej­ścia funk­cjo­nal­nego i kon­tek­stu­al­nego (Zet­tle, Hayes, Bar­nes-Hol­mes i Biglan, 2016; Ivan­cic i Beli­sle, 2019). Wszyst­kie formy zacho­wa­nia mogą wcho­dzić w rela­cje zacho­wa­nie-zacho­wa­nie, ale kiedy tak się dzieje, ana­liza zawsze jest funk­cjo­nalna i kon­tek­stu­alna. W ten spo­sób unika się błędu men­ta­li­stycz­nego. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia sku­pia się szcze­gól­nie na tych funk­cjo­nalno-kon­tek­stu­al­nych wła­ści­wo­ściach, które okre­ślają, jak dzia­łają rela­cje zacho­wa­nie-zacho­wa­nie, zwłasz­cza w odnie­sie­niu do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów zwią­za­nych z ludz­kim zacho­wa­niem.

Czym jest ACT dla analityków zachowania?

Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia jako podej­ście sto­so­wane przez ana­li­ty­ków zacho­wa­nia musi nie tylko uwzględ­niać ana­lizę funk­cjo­nalną, ale wręcz być przez nią defi­nio­wana. Mark R. Dixon i jego współ­pra­cow­nicy wyja­śniają, w jaki spo­sób każdy z sied­miu wymia­rów tego, co według wspo­mnia­nego wcze­śniej arty­kułu defi­niuje sto­so­waną ana­lizę zacho­wa­nia, poja­wia się w inter­wen­cjach opar­tych na ACT (Dixon, Hayes, Stan­ley, Law i Al-Nasser, 2020). Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia speł­nia w każ­dym wymia­rze wyma­ga­nia podej­ścia beha­wio­ral­nego, co suge­ruje, że może, a nawet powinna być prak­ty­ko­wana przez ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. Zakres jej zasto­so­wań wykra­cza poza gra­nice ana­lizy zacho­wa­nia, zatem ana­li­tycy zacho­wa­nia prak­ty­ku­jący ACT muszą pamię­tać o kilku warun­kach.

Po pierw­sze, należy wziąć pod uwagę dopa­so­wa­nie mię­dzy klien­tem a ACT. Jeśli klient nie demon­struje reper­tu­aru rela­cyj­nego, w któ­rym słowa lub sym­bole mają funk­cje, a te są czę­ściowo wywie­dzione, podej­ście to może być dla niego zbyt trudne do zro­zu­mie­nia. Bio­rąc pod uwagę, że ACT jest w dużej mie­rze tera­pią opartą na roz­mo­wie, jej uczest­nikt musi rozu­mieć wypo­wia­dane słowa. Ponadto, ponie­waż spora część ACT jest zako­rze­niona w meta­fo­rze i doświad­cze­niu, potrzebna mu będzie pewna zdol­ność do pracy doświad­cze­nio­wej i do zro­zu­mie­nia związku meta­for z jego życiem.

Po dru­gie, mie­rzony wskaź­nik głów­nej zmien­nej zależ­nej będą­cej przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia powi­nien pozo­stać nie­zmienny przed inter­wen­cją ACT i w jej trak­cie. Dla ana­li­ty­ków zacho­wa­nia taki pomiar zwy­kle pociąga za sobą mie­rzalną i poli­czalną, wery­fi­ko­walną mani­fe­sta­cję zacho­wa­nia. Należy zacho­wać ostroż­ność, dry­fu­jąc w kie­runku bar­dziej subiek­tyw­nych wskaź­ników sku­tecz­no­ści tera­pii. Na przy­kład zmiany wyni­ków testów psy­cho­me­trycz­nych, choć ważne w nie­któ­rych obsza­rach prak­tyki, powinny być postrze­gane jako miary uzu­peł­nia­jące, a nie pod­sta­wowe. Oczy­wi­ście samo­ocena subiek­tyw­nego doświad­cze­nia klienta jest w rze­czy­wi­sto­ści zacho­wa­niem i może dostar­czyć waż­nych infor­ma­cji na temat ukry­tych zda­rzeń pry­wat­nych, lecz dla więk­szo­ści prak­ty­ku­ją­cych ana­li­ty­ków zacho­wa­nia będą one wtórne w sto­sunku do obiek­tyw­nych rezul­ta­tów beha­wio­ral­nych, które dopro­wa­dziły do pod­ję­cia tera­pii.

Po trze­cie, klienci, zacho­wa­nia doce­lowe i oto­cze­nie muszą paso­wać do zde­fi­nio­wa­nego zakresu prak­tyki ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. Różni się to w zależ­no­ści od regionu, ale błę­dem jest myśle­nie, że tylko dla­tego, iż postę­po­wa­nie jest spójne z ACT, wszystko staje się jasne. Należy zauwa­żyć, że ACT nie jest inter­wen­cją samą w sobie. Nie ist­nieje jeden for­malny pro­to­kół ACT, który sto­suje się w odnie­sie­niu do każ­dej trud­no­ści. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia sta­nowi raczej pewien model tera­peu­tyczny o sze­ro­kim zakre­sie i dużej zmien­no­ści. Gdy zro­zu­miemy zasady leżące u pod­staw inter­wen­cji opar­tych na ACT, wów­czas będziemy mogli znacz­nie pre­cy­zyj­niej okre­ślić, co obej­muje tera­pia, i pozo­stać w zakre­sie inter­wen­cji beha­wio­ral­nej. W rze­czy­wi­sto­ści znaj­dzie tu zasto­so­wa­nie wiele narzę­dzi już uży­wa­nych przez ana­li­ty­ków zacho­wa­nia i będzie można posze­rzyć ich zakres, bio­rąc pod uwagę pod­stawowe pro­cesy modelu ACT.

Po czwarte, jeśli przyj­miemy, że ACT mie­ści się w zakre­sie prak­tyki sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia, ana­li­tycy zacho­wa­nia powinni przejść odpo­wied­nie prze­szko­le­nie w jej sto­so­wa­niu. Prze­czy­ta­nie niniej­szej książki to jeden krok. Kolej­nym jest cią­głe poszu­ki­wa­nie moż­li­wo­ści szko­le­nio­wych i super­wi­zji ze strony bar­dziej doświad­czo­nych ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. Nie różni się to niczym od innych inter­wen­cji z obszaru ana­lizy zacho­wa­nia, a opcji jest coraz wię­cej. To bar­dzo cie­kawy czas na bycie ana­li­ty­kiem zacho­wa­nia i warto się zagłę­bić w ten temat.

Czym jest analiza zachowania dla ACT?

Współ­cze­śni ana­li­tycy zacho­wa­nia dora­stali w świe­cie, w któ­rym ana­liza zacho­wa­nia sta­no­wiła dzie­dzinę zawo­dową w dużej mie­rze kon­cen­tru­jącą się na oso­bach z nie­peł­no­spraw­no­ściami roz­wo­jo­wymi. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia budzi zain­te­re­so­wa­nie tej grupy spe­cja­li­stów czę­ściowo ze względu na swoją uży­tecz­ność dla posze­rze­nia zakresu ich prak­tyki, zwłasz­cza w połą­cze­niu z RFT. Ów posze­rzony zakres doty­czy pracy z oso­bami z nie­peł­no­spraw­no­ściami roz­wo­jo­wymi, ale także wielu innych obsza­rów zacho­wa­nia czło­wieka.

Warto jed­nak zasta­no­wić się rów­nież nad tym, co ana­liza zacho­wa­nia - jako dys­cy­plina i jako obszar prak­tyki -?może wnieść do ACT. Jak już wspo­mnie­li­śmy, tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia należy do sfery ana­lizy zacho­wa­nia, ale jej roz­wój jako pro­gramu w ramach tejże ana­lizy zacho­wa­nia wymaga dodat­ko­wych dzia­łań. Część z nich roz­po­częto w pro­gra­mie badaw­czym doty­czą­cym ACT/RFT, ale nie zostały one ukoń­czone; pozo­stałe to dzia­ła­nia, któ­rych pod­ję­cie jest moż­liwe dzi­siaj, lecz nie było moż­liwe czter­dzie­ści lat temu.

Zarówno ACT, jak i RFT jako pro­gram badań i prak­tyki zro­dziła się na początku lat osiem­dzie­sią­tych XX wieku w labo­ra­to­rium pro­wa­dzo­nym przez mło­dego psy­cho­loga kli­nicz­nego o orien­ta­cji beha­wio­ral­nej i pro­fe­sora reali­zu­ją­cego bada­nia pod­sta­wowe w ana­li­zie zacho­wa­nia. Wspo­mniany psy­cho­log kli­niczny to jeden z auto­rów niniej­szej książki -?Ste­ven C. Hayes. W okre­sie, kiedy powsta­wały ACT i RFT, był on (w latach 1980-1983) zastępcą redak­tora naczel­nego "Jour­nal of Applied Beha­vior Ana­ly­sis" i regu­lar­nie publi­ko­wał w "Jour­nal of the Expe­ri­men­tal Ana­ly­sis of Beha­vior". Według każ­dej ówcze­snej popraw­nej defi­ni­cji Hayes był ana­li­ty­kiem zacho­wa­nia.

Z kolei wspo­mniany pro­fe­sor, który pro­wa­dził bada­nia pod­sta­wowe w ana­li­zie zacho­wa­nia, nie zazna­czył swo­jej obec­no­ści na liście auto­rów waż­niej­szych publi­ka­cji poświę­co­nych ACT i RFT, ponie­waż zmarł nagle na atak serca w 1986 roku w wieku pięć­dzie­się­ciu trzech lat, gdy owe arty­kuły dopiero nabie­rały kształtu. W chwili śmierci Aaron J. Brown­stein był człon­kiem rady redak­cyj­nej "Jour­nal of the Expe­ri­men­tal Ana­ly­sis of Beha­vior", pre­ze­sem Southe­astern Asso­cia­tion for Beha­vior Ana­ly­sis oraz świeżo wybra­nym redak­to­rem naczel­nym "Beha­vior Ana­lyst". I oczy­wi­ście ana­li­ty­kiem zacho­wa­nia. Brown­stein ode­grał klu­czową rolę w ana­li­zie tego, jak odnieść się do rela­cji zacho­wa­nie-zacho­wa­nie w spo­sób nie­men­ta­li­styczny (Hayes i Brown­stein, 1986) -?kwe­stii, którą obszer­nie omó­wi­li­śmy w tym roz­dziale, a która zyskała na zna­cze­niu, gdy impli­ka­cje RFT stały się jasne.

Wkrótce po śmierci Brown­ste­ina Hayes został dyrek­to­rem ds. szko­le­nia kli­nicz­nego na Uni­ver­sity of Nevada, co przy­spie­szyło wyko­rzy­sta­nie ACT w prak­tyce kli­nicz­nej, lecz spo­wol­niło jej roz­wój jako formy ana­lizy zacho­wa­nia w węż­szym rozu­mie­niu, zwłasz­cza że sama ana­liza zacho­wa­nia zaczęła się zawę­żać. We wcze­snych publi­ka­cjach z zakresu ACT na­dal jed­nak widać wyraź­nie rys ana­lizy zacho­wa­nia. Na przy­kład -?zgod­nie z tym, co piszemy w niniej­szym roz­dziale -?Ste­ven C. Hayes i Linda J. Hayes (1992) pod­kre­ślali, że ist­nieją kon­tek­sty spo­łeczno-wer­balne, które usta­na­wiają zwią­zek mię­dzy zda­rze­niami pry­wat­nymi a innymi zacho­wa­niami, i że to wła­śnie te kon­tek­sty są mody­fi­ko­wane przez ACT:

Załóżmy, że osoba z ago­ra­fo­bią myśli: "Tylko się ośmie­szę w tym cen­trum han­dlo­wym", po czym wpada w panikę i wraca do domu. Beha­wio­ry­sta kon­tek­stu­alny nie wyja­śniałby paniki lub ucieczki na pod­sta­wie formy myśli jako takiej, ale na pod­sta­wie kon­tek­stów powo­du­ją­cych powsta­nie rela­cji myśl-emo­cja lub myśl-zacho­wa­nie jawne. Kon­tek­sty te obej­mują: (a) takie, które nadają sens tre­ści myśli, czy też kon­tekst zna­cze­nia dosłow­nego; (b) takie, które usta­lają walen­cję ośmie­sze­nia, czy też kon­tekst oceny; (c) takie, które pozwa­lają oso­bie "wyja­śnić" i "uspra­wie­dli­wić" zacho­wa­nie na pod­sta­wie zda­rzeń pry­wat­nych, czy też kon­tekst powodu; oraz (d) takie, które usta­na­wiają cel unik­nię­cia "nie­po­żą­da­nych" zda­rzeń pry­wat­nych, czy też kon­tekst kon­troli emo­cjo­nal­nej i poznaw­czej. Zamiast pró­bo­wać zmie­nić myśl lub emo­cję tera­peuta może zmie­niać te kon­tek­sty, aby zmie­nić rela­cję zacho­wa­nie-zacho­wa­nie (Hayes i Hayes, 1992, s. 242).

Rycina 1.4 przed­sta­wia podej­ście kon­tek­stu­alne na tle innych modeli.

Rycina 1.4. Myśli a zacho­wa­nie jawne w róż­nych mode­lach

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

W prze­ci­wień­stwie do modelu poznaw­czego, zgod­nie z któ­rym myśli bez­po­śred­nio wpły­wają na zacho­wa­nie (lub do tra­dy­cyj­nych modeli beha­wio­ral­nych, w któ­rych myśli są postrze­gane jako epi­fe­no­men bądź w któ­rych twier­dzi się, że myśli nie ist­nieją), według kon­tek­stu­al­nego modelu beha­wio­ral­nego opar­tego na RFT zda­rze­nia pry­watne mogą mieć funk­cjo­nalny wpływ na inne zacho­wa­nia, lecz ów wpływ sam w sobie jest regu­lo­wany przez kon­tekst. Hayes i Hayes (1992) wymie­nili kilka takich kon­tekstów w przy­to­czo­nym wcze­śniej cyta­cie.

Tylko nie­które z tych kon­tek­stów zostały od tego czasu dogłęb­nie zba­dane, a szer­szym impli­ka­cjom tego ogól­nego podej­ścia poświę­cono w bada­niach ogra­ni­czoną uwagę. Ana­li­tycy zacho­wa­nia mie­rzą się współ­cze­śnie z tymi wyzwa­niami, a ich ana­li­tyczne podej­ście oka­zuje się bar­dzo potrzebne.

Roz­ważmy przy­kła­dowo poda­wa­nie powodu. Ist­nieje bogata lite­ra­tura beha­wio­ralna na temat rela­cji typu mówie­nie-dzia­ła­nie i wiemy, że kiedy spo­łecz­ność wer­balna może moni­to­ro­wać tę rela­cję, ma to wpływ na praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia zacho­wa­nia. Kiedy spy­tamy: "Dla­czego to zro­bi­łeś?", zapy­tana osoba praw­do­po­dob­nie poda wyja­śnie­nie swo­jego zacho­wa­nia. Gdy coś zostaje powie­dziane publicz­nie i możemy moni­to­ro­wać, co się dzieje potem, jeste­śmy w sta­nie stwier­dzić, czy osoba jest kon­se­kwentna, a jeśli nie jest -?dostar­czyć odpo­wied­nie kon­se­kwen­cje. To dla­tego wie­dza publiczna na temat inter­wen­cji "poznaw­czych" ma tak duże zna­cze­nie. Jeśli dziecko, które boi się ciem­no­ści, nauczy się mówić: "Jestem odważny i mogę prze­by­wać w ciem­no­ści!", ma to na nie ogromy wpływ -?chyba że skłoni się je do myśle­nia, iż nikt nie może się dowie­dzieć, że ono się tego nauczyło. Wów­czas taka sama inter­wen­cja nie wywiera abso­lut­nie żad­nego wpływu (Rosen­farb i Hayes, 1984). To samo doty­czy "powo­dów" -?wer­bal­nych sfor­mu­ło­wań odno­szą­cych się do przy­czyny i skutku, któ­rych wszy­scy uży­wamy do regu­lo­wa­nia wpływu spo­łecz­nego na nasze zacho­wa­nie.

Poda­wa­nie powo­dów było przed­mio­tem naj­wcze­śniej­szych badań w duchu ACT (np. Zet­tle i Hayes, 1986). Powstały metody pomiaru powo­dów (np. autor­stwa nie­ży­ją­cego już Neila S. Jacob­sona i jego uczniów -?zob. Addis, Truax i Jacob­son, 1995). Prze­pro­wa­dzono bada­nia w celu spraw­dze­nia, czy liczba bądź rodzaje poda­wa­nych powo­dów wiążą się z pro­ble­mami psy­chicz­nymi i ich lecze­niem. Zwią­zek ten został udo­wod­niony -?i oka­zał się bar­dzo silny. Na przy­kład Michael E. Addis i Neil S. Jacob­son (1996) stwier­dzili, że poda­wa­nie powo­dów wią­zało się z gor­szymi wyni­kami akty­wi­za­cji beha­wio­ral­nej w depre­sji.

Kiedy jed­nak tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia zyskała więk­sze popar­cie ze strony tra­dy­cyj­nej psy­cho­lo­gii kli­nicz­nej, jej roz­wój -?tak obie­cu­jący na początku -?uległ spo­wol­nie­niu. Nieco wię­cej uwagi poświę­cono tech­nice ACT jako formy psy­cho­te­ra­pii i zna­nym kli­ni­cy­stom pro­ce­som psy­cho­lo­gicz­nym, które pod­trzy­mują jej oddzia­ły­wa­nie, a nieco mniej kon­tek­stom spo­łeczno-kul­tu­ro­wym, które od początku były rów­nie ważne czy nawet istot­niej­sze. Być może było to konieczne w ówcze­snym kon­tek­ście (np. nacisk na ran­do­mi­zo­wane bada­nia z grupą kon­tro­lną, ponie­waż to jedyny spo­sób, aby sto­so­wane metody zostały potrak­to­wane poważ­nie w głów­nym nur­cie opieki zdro­wot­nej), lecz pewne zada­nia ana­li­tyczne pozo­stały nie­do­koń­czone. W miarę, jak ana­li­tycy zacho­wa­nia wra­cają do walki, podej­mo­wane są wcze­śniej­sze nie­do­koń­czone wątki. Skąd się biorą reguły doty­czące Ja i jak dzia­łają? Jakie kon­tek­sty spo­łeczno-wer­balne pozwa­lają prze­wi­dzieć, czy zda­rze­nia pry­watne wpły­wają na zacho­wa­nie jawne? Dla­czego powody mają tak duże zna­cze­nie? Potrze­bu­jemy poznać odpo­wie­dzi na te pyta­nia, a dostar­czyć ich może ana­liza zacho­wa­nia.

Do tego zada­nia wno­simy nasze roz­le­głe doświad­cze­nie. Mark R. Dixon stu­dio­wał na Uni­ver­sity of Nevada, gdy pro­fe­so­rem był tam Ste­ven C. Hayes, i ma za sobą ponad dwa­dzie­ścia lat pracy w głów­nym nur­cie ana­lizy zacho­wa­nia jako cer­ty­fi­ko­wany ana­li­tyk zacho­wa­nia, pro­pa­gu­jący sto­so­wa­nie ACT na szer­szą skalę. Jor­dan Beli­sle stu­dio­wał na Southern Illi­nois Uni­ver­sity, gdzie ukoń­czył pierw­sze na świe­cie stu­dia magi­ster­skie z zakresu SAZ. Następ­nie pra­co­wał pod kie­run­kiem Dixona i na­dal zaj­muje się kwe­stią defi­nio­wa­nia języka. Nasza trójka repre­zen­tuje zatem trzy poko­le­nia naukow­ców zaj­mu­ją­cych się głów­nymi zagad­nie­niami w dzie­dzi­nie ana­lizy zacho­wa­nia i zwią­za­nych z jej naj­waż­niej­szymi ośrod­kami.

Należy także wspo­mnieć o bar­dziej pro­ce­du­ral­nym wkła­dzie. Współ­cze­śni ana­li­tycy zacho­wa­nia potra­fią dosko­nale prze­kształ­cać zasady w kon­kretne pro­ce­dury. Pro­gra­mo­wa­nie beha­wio­ralne może mieć zna­cze­nie i warto zauwa­żyć, jak pro­ce­du­ral­nie przej­rzy­sta staje się praca oparta na ACT w wyko­na­niu ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. Książka ACT for chil­dren with autism and emo­tio­nal chal­len­ges autor­stwa Marka R. Dixona (2014) zawiera znacz­nie wię­cej kon­kret­nych pro­ce­dur niż kla­syczne książki doty­czące ACT pisane z myślą o psy­cho­lo­gach kli­nicz­nych (np. Hayes, Stro­sahl i Wil­son, 1999). Auto­rzy AIM: Accept. Inde­tify. Move (Dixon i Pali­liu­nas, 2018) idą jesz­cze dalej -?roz­sze­rzają to na wie­lo­po­zio­mowe pla­no­wa­nie lek­cji i oparte na war­to­ściach sys­temy kie­ro­wa­nia zależ­no­ściami, które łączą to, czego nauczy­li­śmy się o podej­ściach w duchu ACT, z tym, co już wiemy o sys­te­mach kie­ro­wa­nia zależ­no­ściami skon­cen­tro­wa­nych na klien­cie. W czę­ści 3 niniej­szej książki przed­sta­wimy przy­kłady ilu­stru­jące obie te stra­te­gie.

Trzeci obszar sta­nowi ocena beha­wio­ralna. Ze względu na kon­cen­tra­cję na zacho­wa­niu jaw­nym jest bar­dziej praw­do­po­dobne, że metody pomiaru pro­ce­sów ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej poja­wią się na sku­tek dzia­łań ana­li­ty­ków zacho­wa­nia niż labo­ra­to­riów psy­cho­lo­gicz­nych głów­nego nurtu. Nie­ska­żone nie­uza­sad­nio­nymi zało­że­niami psy­cho­me­trycz­nymi miary idio­gra­ficzne oka­zują się znacz­nie bar­dziej ruty­nowe w ana­li­zie zacho­wa­nia, a kroki potrzebne do zmie­rze­nia kon­tek­stu i jaw­nego zacho­wa­nia -?lepiej znane jej przed­sta­wi­cie­lom. W miarę, jak ana­lizy idio­gra­ficzne stają się idio­no­miczne (tzn. uogól­niają się do stwier­dzeń nomo­te­tycz­nych poma­ga­ją­cych zwięk­szyć przej­rzy­stość idio­gra­ficzną), ana­li­tycy zacho­wa­nia czują się jak u sie­bie. Będzie jesz­cze wiele do odkry­cia i zba­da­nia, gdy zaczniemy sto­so­wać zasady roz­wi­nięte w SAZ do pro­ce­dur i pro­ce­sów spój­nych z ACT i już potwier­dzo­nych empi­rycz­nie.

Nasza teza jest pro­sta: ow­szem, ACT i RFT mają wiele do zaofe­ro­wa­nia współ­cze­snej sto­so­wa­nej ana­li­zie zacho­wa­nia, ale zależ­ność ta jest obu­stronna. Jest to wła­śnie główny powód napi­sa­nia przez nas tej książki. Pra­gniemy, aby ana­li­tycy zacho­wa­nia czer­pali korzy­ści z ACT i RFT, lecz jed­no­cze­śnie chcemy pod­kre­ślić ich rolę w roz­wi­ja­niu jed­nej i dru­giej.

Rozdział 2. Krótka historia teorii leżącej u podstaw ACT

Roz­dział 2

Krótka histo­ria teo­rii leżą­cej u pod­staw ACT

Na całym świe­cie tysiące ana­li­ty­ków zacho­wa­nia mie­rzą się z fak­tem, że ich przy­go­to­wa­nie prak­tyczne i pro­stota podej­ścia beha­wio­ral­nego cza­sami oka­zują się nie­wy­star­cza­jące do radze­nia sobie ze zło­żo­nymi przy­pad­kami. Cóż zło­żo­nego jest jed­nak w "zło­żo­nym" przy­padku?

W pracy z ana­li­ty­kami zacho­wa­nia z całego świata odkry­li­śmy, że naj­czę­ściej cho­dzi o zro­zu­mie­nie, jak łączyć bez­po­śred­nio zapro­gra­mo­wane zależ­no­ści i wer­bal­nie skon­stru­owane zależ­no­ści zwią­zane z pry­wat­nymi zda­rze­niami beha­wio­ral­nymi w ana­lizę funk­cjo­nalną, która dopro­wa­dzi do spój­nej inter­wen­cji. Łącze­nie czyn­ni­ków funk­cjo­nal­nych w ten spo­sób rze­czy­wi­ście jest bar­dziej zło­żone, ale wykra­czamy tutaj poza samą zło­żo­ność.

Więk­szość ana­li­ty­ków zacho­wa­nia dobrze wie, że zda­rze­nia pry­watne, przy­naj­mniej od cza­sów Bur­r­husa Fre­de­rica Skin­nera, powinny być waż­nymi celami inter­wen­cji, szybko jed­nak odkrywa pewien brudny sekret. Otóż podej­ście oparte na bez­po­śred­nich zależ­no­ściach nie zapew­nia do tego wystar­cza­ją­cych narzę­dzi ana­li­tycz­nych. Więk­szość ana­li­ty­ków zacho­wa­nia także dobrze wie, że należy się wystrze­gać men­ta­li­zmu i duali­zmu, a zara­zem prze­czuwa, iż zaj­mo­wa­nie się zda­rze­niami pry­wat­nymi w jaki­kol­wiek inny spo­sób niż bez­po­śred­nie zależ­no­ści ozna­cza grzech men­ta­li­zmu. Wła­śnie taki dyle­mat ich blo­kuje. Obec­nie ana­li­tycy zacho­wa­nia czę­sto są pro­szeni o zaję­cie się zja­wi­skami beha­wio­ral­nymi bez narzę­dzi ana­lizy zacho­wa­nia, które mogłyby zapew­nić bar­dziej ade­kwatne wyja­śnie­nie owych zja­wisk.

Wygląda na to, że żadne z czte­rech "roz­wią­zań" tego dyle­matu nie jest satys­fak­cjo­nu­jące. Zasto­so­wane na dużą skalę, każde ozna­cza porażkę naszej dzie­dziny w obli­czu wyzwań, które sobie sta­wiamy od początku jej ist­nie­nia.

Roz­wią­za­nie 1. Wymu­sze­nie ana­lizy bez­po­śred­nich zależ­no­ści nie­ko­niecz­nie dobrze dobra­nej do sytu­acji, a następ­nie uda­wa­nie, że nie widzimy, iż nie działa. Roz­wią­za­nie 2. Odmowa zaspo­ko­je­nia potrzeb klien­tów, gdy w grę wcho­dzą pry­watne zda­rze­nia beha­wio­ralne, i reali­za­cja tra­dy­cyj­nego planu zarzą­dza­nia zacho­wa­niem. Roz­wią­za­nie 3. Ode­sła­nie klien­tów do pra­cow­ni­ków socjal­nych, spe­cja­li­stów bazu­ją­cych na far­ma­ko­te­ra­pii czy innych pro­fe­sjo­na­li­stów twier­dzą­cych, że wie­dzą, jak pomóc, nawet jeśli wdra­żane przez nich inter­wen­cje nie mają jakie­go­kol­wiek rysu beha­wio­ral­nego. Roz­wią­za­nie 4. Praw­do­po­dob­nie naj­gor­sze ze wszyst­kich: powrót do języka laic­kiego i impro­wi­za­cja, co nie­mal na pewno dopro­wa­dzi do błędu men­ta­li­stycz­nego, któ­rego ana­li­tycy zacho­wa­nia uczeni są uni­kać.

Wszyst­kie powyż­sze "roz­wią­za­nia" są powszechne w prak­tyce sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia, ale żadne z nich tak naprawdę nie jest roz­wią­za­niem.

Nie doty­czy to tylko klien­tów, ale ma miej­sce rów­nież wtedy, gdy pomocy potrze­bują inni spe­cja­li­ści lub sami ana­li­tycy zacho­wa­nia. Kiedy ci ostatni czują się zestre­so­wani, gdy się mar­twią, rumi­nują lub zma­gają z emo­cjami, wów­czas czę­sto pró­bują radzić sobie wyłącz­nie za pomocą metod zwią­za­nych z bez­po­śred­nimi zależ­no­ściami, nie robią nic, szu­kają spe­cja­li­stycz­nej pomocy u kogo­kol­wiek, tylko nie u ana­li­tyka zacho­wa­nia, albo sto­sują na wła­sną rękę roz­wią­za­nia men­ta­li­styczne, pró­bu­jąc ukryć to przed współ­pra­cow­ni­kami. Jak łatwo prze­wi­dzieć, przy­nosi to marne rezul­taty. Czy można jed­nak pora­dzić sobie ze zło­żo­no­ścią bez popeł­nia­nia błędu men­ta­li­stycznego i wycho­dze­nia poza zakres prak­tyki sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia?

Zda­rze­nia pry­watne -?zmar­twie­nia, rumi­na­cje, pobu­dze­nie emo­cjo­nalne -?to dzia­ła­nia bez­po­śred­nio obser­wo­walne, lecz dla poje­dyn­czego widza. Błąd men­ta­li­styczny polega nie na zaj­mo­wa­niu się nimi, ale na trak­to­wa­niu ich jako przy­czyn i igno­ro­wa­niu zda­rzeń kon­tek­sto­wych, które nadały im nie­przy­datne funk­cje w ramach ogól­nego sys­temu beha­wio­ral­nego. W roz­dziale 1 omó­wi­li­śmy błędy w myśle­niu o rela­cjach zacho­wa­nie-zacho­wa­nie wła­śnie dla­tego, że są one wszech­obecne. Nie cho­dzi o to, że cele inter­wen­cji są pry­watne -?ten sam błąd można popeł­nić w odnie­sie­niu do zacho­wa­nia jaw­nego! Nie­kiedy nam się to zda­rza, na przy­kład gdy łączymy zdol­no­ści przy­wód­cze z wyso­kim pozio­mem osią­gnięć aka­de­mic­kich bez zasta­no­wie­nia się, czy, jak i dla­czego mogą one być ze sobą powią­zane. Zda­rze­nia pry­watne spra­wiają, że ten błąd jest tak łatwy do popeł­nie­nia, iż otrzy­mał ety­kietkę "men­ta­li­styczny". Skin­ner nazy­wał je "men­tal­nymi przy­stan­kami" i -?wbrew opo­wie­ściom krą­żą­cym wśród ana­li­ty­ków zacho­wa­nia -?wcale nie żalił się na to, że nie ist­nieją! Nie chciał o to kru­szyć kopii. Jego zastrze­że­nie doty­czyło tego, że są to "przy­czyny" nie­funk­cjo­nalne, któ­rymi -?tak jak wszyst­kimi zacho­wa­niami -?nie da się bez­po­śred­nio mani­pu­lo­wać. Tylko zda­rze­niami kon­tek­sto­wymi można mani­pu­lo­wać w taki spo­sób, a ana­liza eks­pe­ry­men­talna jest jedyną metodą testo­wa­nia przy­pusz­czeń i oddzia­ły­wa­nia. Dla­tego Skin­ner nazy­wał ana­lizę zacho­wa­nia "eks­pe­ry­men­talną ana­lizą zacho­wa­nia".

Oddajmy głos samemu Skin­ne­rowi: "Zarzut pod adre­sem kon­cep­cji wewnętrz­nych pro­ce­sów umy­sło­wych nie polega na tym, że nie można ich badać, ale że stoją one na dro­dze bada­nia zja­wisk znacz­nie waż­niej­szych", a "men­ta­lizm prze­sło­nił poprze­dza­jące zacho­wa­nie czyn­niki śro­do­wi­skowe, dzięki któ­rym można było doko­nać sku­tecz­niej­szej ana­lizy" (Skin­ner, 2013, s. 201; pod­kreśl. nasze). Innymi słowy, men­ta­lizm jest błę­dem prag­ma­tycz­nym, a nie doty­czą­cym tego, co "naprawdę ist­nieje".

W roz­dziale 1 mówi­li­śmy o tym, jak rela­cje zacho­wa­nie-zacho­wa­nie mogą pro­sto wcho­dzić w inte­rak­cje, lecz osta­tecz­nie one muszą nawią­zy­wać kon­takt z oto­cze­niem w spo­sób, który je wywo­łuje oraz który wzmac­nia ich przy­szłe wystę­po­wa­nie. Na dal­szych stro­nach książki przyj­rzymy się temu zagad­nie­niu nieco bli­żej, na ten moment zaś wystar­czy pewne uprosz­cze­nie. Zacho­wa­nie 1 i zacho­wa­nie 2 wcho­dzą ze sobą w inte­rak­cje i zapew­niają sobie nawza­jem waru­nek kon­tek­stowy, na co wska­zują dwu­kie­run­kowe strzałki na ryci­nie 2.1. Zacho­wa­nie 1 repre­zen­tuje zacho­wa­nie rela­cyjne (może być ono pry­watne, ale nie musi), z kolei zacho­wa­nie 2 repre­zen­tuje zacho­wa­nie jawne, które osta­tecz­nie kon­taktuje się ze śro­do­wi­skiem zewnętrz­nym. Łącze­nie zacho­wań to nic nowego. Ana­li­tycy zacho­wa­nia korzy­stają z niego pod­czas pracy nad nowymi umie­jęt­no­ściami, łącząc różne ele­menty dobrze skon­stru­owa­nej ana­lizy zadań. Dla­czego więc nie mie­li­by­śmy zało­żyć, że podobne "powią­za­nia" dzia­łają w ten sam spo­sób?

Nie ozna­cza to porzu­ce­nia modelu ABC. Wręcz prze­ciw­nie. Oddzia­łu­jące na sie­bie wiązki zacho­wań pry­wat­nych i publicz­nych wystę­pują w kon­tek­ście bodź­ców poprze­dza­ją­cych, które wywo­łują te dzia­ła­nia i mogą wyzwo­lić reak­cje fizjo­lo­giczne lub odru­chowe. Co wię­cej, kon­se­kwen­cje, które poja­wiają się w zależ­no­ści od zacho­wa­nia jaw­nego, mogą umac­niać lub osła­biać nie tylko dzia­ła­nie zewnętrzne, ale także zacho­wa­nia publiczne i pry­watne, które z nim współwystę­pują. Przy­po­mnij sobie, kiedy ostat­nio zda­rzyło ci się roz­wią­zać jakiś pro­blem dzięki jego "prze­my­śle­niu". Spraw­dziło się, prawda? W takim wypadku praw­do­po­dob­nie spró­bu­jesz roz­wią­zać podobny pro­blem w podobny spo­sób (wzmac­nia­nie). Jeżeli zaś metoda ewi­dent­nie się nie spraw­dziła, to w przy­szło­ści zasto­su­jesz nowe stra­te­gie (zmien­ność wywo­łana wyga­sza­niem). Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia zachęca klien­tów do zauwa­ża­nia tych zda­rzeń (zacho­wa­nie)! To rów­nież nie jest błę­dem men­ta­li­stycz­nym, ponie­waż także akt zauwa­ża­nia zawsze jest powią­zany z dyna­micz­nym i cią­gle zmie­nia­ją­cym się kon­tek­stem warun­ków poprze­dza­ją­cych oraz wyni­ka­ją­cych z nich kon­se­kwen­cji roz­cią­gnię­tych w cza­sie (por. rycina 2.1).

Kiedy w grę wcho­dzą zda­rze­nia pry­watne, prze­pro­wa­dze­nie w pełni ade­kwat­nej ana­lizy funk­cjo­nal­nej i kon­tek­stu­al­nej oka­zuje się jed­nak pew­nym wyzwa­niem. W tej książce poka­żemy, że sam Skin­ner się pomy­lił, jeśli cho­dzi o szcze­góły, ponie­waż nie miał poję­cia o ist­nie­niu nie­któ­rych zja­wisk beha­wio­ral­nych. Nie zmie­nia to faktu, że nasza dzie­dzina znacz­nie się roz­wi­nęła i obec­nie te same zło­żone przy­padki sta­no­wią dobrą oka­zję do wyko­rzy­sta­nia tre­ningu beha­wio­ral­nego i umie­jęt­no­ści obser­wa­cyj­nych w odnie­sie­niu do tak zwa­nego świata wewnętrz­nego, a także do prze­te­sto­wa­nia nowych kon­cep­cji beha­wio­ral­nych doty­czą­cych tego, jak pro­cesy rela­cyj­nego ucze­nia się jed­no­cze­śnie wspie­rają nas i sta­no­wią dla nas wyzwa­nie.

Rycina 2.1. Kon­tekst bodź­ców poprze­dza­ją­cych a kon­tekst kon­se­kwen­cji

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

Wła­śnie takie podej­ście będziemy ćwi­czyć w niniej­szej książce. W tym celu wcale nie musimy odkła­dać na bok żad­nych narzę­dzi beha­wio­ral­nych. Prze­ciw­nie, potrze­bu­jemy ich wszyst­kich, ale na wyż­szym pozio­mie zaawan­so­wa­nia. Omówmy je zatem, zaczy­na­jąc od tych naj­bar­dziej oczy­wi­stych.

Zasady behawioralne i podejście konserwatywne

Być może naj­bar­dziej zna­czą­cym aspek­tem prze­wagi ana­li­ty­ków zacho­wa­nia nad innymi spe­cja­li­stami, któ­rzy sta­rają się wpły­wać na zacho­wa­nie, jest to, że wszyst­kie pro­ce­dury ana­lizy zacho­wa­nia bazują na ogra­ni­czo­nym i pre­cy­zyj­nie zde­fi­nio­wa­nym zesta­wie zasad. Na przy­kład wszyst­kie inter­wen­cje mające na celu reduk­cję samo­oka­le­cza­nia u dzieci z auty­zmem, cho­ciaż róż­nią się formą, to jed­nak opie­rają się na zało­że­niu, że zacho­wa­nie to jest pod­trzy­my­wane przez wzmac­nia­nie pozy­tywne lub nega­tywne. Pro­ce­dury spraw­czego wyga­sza­nia w przy­padku samo­oka­le­cza­nia pole­gają na pil­no­wa­niu, by to, co wzmac­nia owo nie­po­żą­dane zacho­wa­nie, nie było dostar­czane w spo­sób zależny od wystą­pie­nia tegoż zacho­wa­nia. Z kolei wzmac­nia­nie róż­ni­cu­jące obej­muje zapew­nie­nie funk­cjo­nal­nego wzmoc­nie­nia dla innego zacho­wa­nia lub pomi­nię­cia samo­oka­le­cze­nia. Tre­ning komu­ni­ka­cji funk­cjo­nal­nej ma na celu wypra­co­wa­nie nowej reak­cji komu­ni­ka­cyj­nej (naj­czę­ściej z wyko­rzy­sta­niem wzmac­niania pozy­tywnego), która ma sta­no­wić zacho­wa­nie alter­na­tywne dla samo­oka­le­cza­nia. We wszyst­kich tych sytu­acjach ana­li­tyk zacho­wa­nia kreuje pozy­tywną zmianę poprzez roz­sze­rze­nie pod­sta­wo­wych zasad na kon­kretne zja­wi­sko beha­wio­ralne.

Wycho­dze­nie od pod­sta­wo­wych zasad to stra­te­gia wspólna dla wszyst­kich nauk przy­rod­ni­czych (np. bio­lo­gii, che­mii). Sta­nowi ona jedno z wielu podo­bieństw mię­dzy ana­lizą zacho­wa­nia a innymi dys­cy­pli­nami nauko­wymi. We wszyst­kich roz­wi­nię­tych naukach przy­rod­ni­czych celem jest sto­so­wa­nie zasad w spo­sób bar­dzo pre­cy­zyjny, który nie znie­kształca ich zna­cze­nia, w odnie­sie­niu do wielu pozor­nie róż­nych sytu­acji (co uka­zuje zakres tychże zasad). Ponadto pod­sta­wowe zasady powinny paso­wać do sie­bie na róż­nych pozio­mach ana­lizy nauko­wej, tak aby na przy­kład che­mia ni­gdy nie naru­szała zasad fizyki (co poka­zuje ich głę­bo­kość). Te trzy wła­ści­wo­ści -?pre­cy­zja, zakres i głę­bia -?są nie­zbędne dla roz­woju solid­nego i nowo­cze­snego pro­gramu nauko­wego.

W ana­li­zie zacho­wa­nia inte­re­sują nas wła­śnie zasady, które powie­dzą nam, jak zarzą­dzać zmianą zacho­wa­nia oraz robić to pre­cy­zyj­nie, w sze­ro­kim zakre­sie i w spo­sób pogłę­biony. Gdy poja­wiają się opcje inter­wen­cji, które zdają się otwie­rać nowe moż­li­wo­ści zmiany zacho­wa­nia, należy dążyć do kon­cep­cyj­nego zro­zu­mie­nia tych metod, a także się upew­nić, że pod­sta­wowe zasady są sto­so­wane bez znie­kształ­ceń oraz znaj­dują zasto­so­wa­nie w róż­nych sytu­acjach i na róż­nych pozio­mach ana­lizy. Takie kon­ser­wa­tywne sta­no­wi­sko naukowe iden­ty­fi­kuje korzy­ści pły­nące ze spój­no­ści ana­li­tycz­nej i buduje na nich, stop­niowo upra­wo­moc­nia­jąc zakres i głę­bię pre­cy­zyj­nie sto­so­wa­nych zasad. Rzadko się o tym wspo­mina, ale wła­ści­wie wyko­rzy­sty­wane podej­ście kon­ser­wa­tywne ma jesz­cze jedną zaletę. Otóż jest bar­dziej oczy­wi­ste, kiedy potrzebne są nowe zasady. Znie­kształ­ca­nie zasad w celu zacho­wa­nia pozor­nej spój­no­ści mię­dzy sytu­acjami nie jest pomocne i znacz­nie spo­wal­nia postęp naukowy.

Każda obszerna i w pełni roz­wi­nięta nowa tech­no­lo­gia wiąże się z nową ter­mi­no­lo­gią, ale ważne, by nie łączyć tego z naprawdę nowymi pro­ce­sami beha­wio­ral­nymi. Naj­now­szy smart­fon na pierw­szy rzut oka znacz­nie się różni od sta­rych tele­fo­nów z klapką -?i ma wię­cej funk­cji, niż wyda­wało się to moż­liwe jesz­cze dzie­sięć lat temu. Nie zmie­nia to faktu, że u pod­staw jego dzia­ła­nia leżą te same fun­da­men­talne zasady pro­jek­to­wa­nia obwo­dów elek­trycz­nych i pro­gra­mo­wa­nia obli­cze­nio­wego. To samo odnosi się do tech­nik zmiany zacho­wa­nia.

Nasza książka doty­czy tera­pii akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia czy też tre­ningu akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia. Owa tera­pia bazuje na tych samych fun­da­men­tal­nych zasa­dach zacho­wa­nia, co tech­niki dobrze znane ana­li­ty­kom zacho­wa­nia -?z jed­nym waż­nym wyjąt­kiem. W ACT rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze sta­no­wią pod­stawę wyja­śnia­nia zacho­wań wer­bal­nych. Ten klu­czowy wnio­sek z RFT znaj­duje odzwier­cie­dle­nie w pro­gra­mach tre­ningu wer­bal­nego sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia, czego główną przy­czyną jest sys­tem PEAK (Dixon, 2015, 2019). Obec­nie wia­domo, że doda­nie tre­ningu rela­cyj­nych zacho­wań spraw­czych do tre­ningu wer­bal­nych zacho­wań spraw­czych Skin­nera znacz­nie przy­spie­sza przy­swa­ja­nie języka i popra­wia posłu­gi­wa­nie się nim, co ma ogromne zna­cze­nie dla pracy ana­li­ty­ków zacho­wa­nia na całym świe­cie (Dixon i in., 2017).

Rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze, jak wie­rzymy, sta­no­wią dobrze ugrun­to­wany fakt empi­ryczny w pod­sta­wo­wej i sto­so­wa­nej ana­li­zie zacho­wa­nia. Nie trzeba żad­nych nowych zasad, by je wyja­śnić, ponie­waż kon­cep­cja czy­sto funk­cjo­nal­nych zacho­wań spraw­czych jest tak stara, jak sama psy­cho­lo­gia zacho­wań spraw­czych, i wywo­dzi się bez­po­śred­nio z kon­cep­cji warun­ko­wa­nia spraw­czego Skin­nera oraz z poglą­dów funk­cjo­nal­nych wielu innych teo­re­ty­ków zacho­wa­nia, choćby takich jak Char­les Cata­nia, Alan Neu­rin­ger czy Don Baer.

Wni­kliwe prace pro­wa­dzone w ramach RFT wyja­śniły wiele nowych kwe­stii doty­czą­cych zacho­wa­nia wer­bal­nego czło­wieka. Jako fakt empi­ryczny rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze zmie­niają spo­sób dzia­ła­nia bez­po­śred­nich zależ­no­ści i paro­wa­nia bodź­ców. Na przy­kład jeśli osoba nauczy się w ramach dopa­so­wy­wa­nia do wzorca, że "A jest mniej­sze niż B, a B jest mniej­sze niż C", po czym B zosta­nie spa­ro­wane z raże­niem prą­dem, to A wywoła mniej­sze pobu­dze­nie, a C wywoła więk­sze pobu­dze­nie niż B (np. Dougher, Hamil­ton, Fink i Har­ring­ton, 2007). Rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze dzia­łają w obie strony, zmie­niając spraw­czo i kla­sycz­nie uwa­run­ko­wane funk­cje bodź­cowe zda­rzeń na pod­sta­wie ich udziału w rela­cjach wywie­dzio­nych mię­dzy bodź­cami. Taki efekt nie ma żad­nej nazwy. Oddzia­ły­wa­nie rela­cyj­nych zacho­wań spraw­czych wymaga nowych zasad opi­su­ją­cych ich skutki, a nie ich ist­nie­nie jako takie.

Gdy potrzebne oka­zują się nowe zasady, powin­ni­śmy dodać jedy­nie to, co jest nie­zbędne do wyja­śnie­nia zacho­wa­nia, bez znie­kształ­ca­nia zasad już ist­nie­ją­cych. Tak wła­śnie zro­biono w przy­padku ACT i RFT. Nie­wielka korekta uwzględ­nia­jąca wpływ rela­cyj­nych zacho­wań spraw­czych pozwala ana­li­ty­kom zacho­wa­nia otwo­rzyć dzie­dzinę -?i wła­sną prak­tykę -?na roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów beha­wio­ral­nych, które wcze­śniej były pomi­jane.

Weźmy na przy­kład bier­ność czy letarg zwią­zane z depre­sją. Nie potrze­bu­jemy ety­kiety syn­dromu, aby myśleć o tych zacho­wa­niach jaw­nych - i wielu beha­wio­ry­stów rze­czy­wi­ście się nimi zaj­mo­wało, choćby Char­les B. Fer­ster (1973) czy Peter M. Lewin­sohn (1974). To samo doty­czy uni­ka­nia bli­skich i przy­ja­ciół w fobii spo­łecz­nej -?nie musimy leczyć zabu­rze­nia psy­chicz­nego, aby przyj­rzeć się uni­ka­niu spo­łecz­nemu. Nie ma powodu, dla któ­rego ana­li­tycy zacho­wa­nia mie­liby się nie zaj­mo­wać takimi kwe­stiami, jak prze­ja­da­nie się powo­du­jące oty­łość i zły stan zdro­wia, ćwi­cze­nia zapo­bie­ga­jące cho­ro­bom serca, rzu­ca­nie pale­nia czy poprawa rela­cji spo­łecz­nych.

Wszyst­kie wymie­nione kwe­stie to pro­blemy beha­wio­ralne wyma­ga­jące roz­wią­zań beha­wio­ral­nych. Wszyst­kie repre­zen­tują ważne spo­łecz­nie cele zmiany zacho­wa­nia. Jed­nakże w ich przy­padku rzadko szuka się pomocy ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia poka­zała, jak radzić sobie z tymi pro­ble­mami z wyko­rzy­sta­niem zasad beha­wio­ral­nych roz­bu­do­wa­nych dzięki RFT i zako­rze­nio­nych w nauce o ewo­lu­cji.

Rosnąca liczba badań poświę­co­nych ACT, publi­ko­wa­nych zarówno w cza­so­pi­smach beha­wio­ral­nych, jak i w innych źró­dłach, potwier­dza jej sku­tecz­ność w oddzia­ły­wa­niu na wspo­mniane zacho­wa­nia i na wiele innych zacho­wań, a także utrzy­my­wa­nie się rezul­ta­tów po zakoń­cze­niu inter­wen­cji. Obec­nie mamy już ponad trzy­sta meta­ana­liz, które doty­czą prak­tycz­nie wszyst­kich obsza­rów zmiany zacho­wa­nia (zob. bit.ly/ACT­me­tas). Ponadto prze­pro­wa­dzono ponad dzie­więć­set ran­do­mi­zo­wa­nych badań z grupą kon­tro­lną (zob. bit.ly/ACTRCTs) oraz tysiące badań otwar­tych, badań poje­dyn­czych przy­pad­ków i badań pro­ce­sów zmiany (Hayes, 2022). Wyniki są osią­gane w spo­sób w dużej mie­rze zgodny z mode­lem (Ren i in., 2019; Stock­ton i in., 2019), co umoż­li­wia opra­co­wy­wa­nie metod zmiany o sze­ro­kim zasto­so­wa­niu wywo­dzą­cych się z zasad zmiany zacho­wa­nia. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia ma cechy defi­niu­jące sto­so­waną ana­lizę zacho­wa­nia, w związku z czym należy ją trak­to­wać jako metodę beha­wio­ralną nale­żącą do zestawu narzę­dzi ana­lizy zacho­wa­nia (Dixon, Hayes, Stan­ley, Law i Al-Nasser, 2020).

Zmiany jed­nak zacho­dzą dość wolno. Ana­li­ty­kom zacho­wa­nia czę­sto bra­kuje narzę­dzi i odpo­wied­niego przy­go­to­wa­nia, by wdra­żać inter­wen­cje doty­czące waż­nych obsza­rów funk­cjo­no­wa­nia czło­wieka, zwłasz­cza gdy w grę wcho­dzą zda­rze­nia pry­watne. W rezul­ta­cie mamy do czy­nie­nia z dzie­dziną zawę­żoną do tera­pii zacho­wań bez­po­śred­nio obser­wo­wal­nych u dzieci poważ­nie dotknię­tych auty­zmem lub innymi nie­peł­no­spraw­no­ściami zwią­za­nymi z posłu­gi­wa­niem się języ­kiem.

Wyko­rzy­sty­wa­nie ACT ozna­cza nie tylko wyj­ście poza nie­sie­nie pomocy oso­bom z auty­zmem. Potrzeby tra­dy­cyj­nych popu­la­cji w zakre­sie ana­lizy zacho­wa­nia rów­nież wyma­gają szer­szego zestawu narzę­dzi. U osób z auty­zmem i typo­wymi wyni­kami testów inte­li­gen­cji poziomy lęku, depre­syj­nego nastroju oraz myśli i zacho­wań samo­bój­czych znacz­nie prze­wyż­szają te obser­wo­wane u ich neu­ro­ty­po­wych rówie­śni­ków (Dell'Osso i in., 2019; Segers i Rawana, 2014). Wąsko ukie­run­ko­wane tech­niki doty­czące bez­po­śred­nich zależ­no­ści oka­zały się rów­nież mniej sku­teczne, niż jest to potrzebne, w radze­niu sobie z prze­wle­kłym stre­sem, zamar­twia­niem się i zwąt­pie­niem w sie­bie towa­rzy­szą­cymi byciu rodzi­cem, nie­za­leż­nie od tego, czy dziecko jest dotknięte nie­peł­no­spraw­no­ścią, czy nie. Wcze­sne bada­nia wyka­zały sku­tecz­ność ACT, gdy się ją włą­czy do tre­nin­gów dla rodzi­ców w celu zmiany w zakre­sie takich kwe­stii, któ­rych ana­li­tycy zacho­wa­nia tra­dy­cyj­nie uni­kali (Chua i Sho­rey, 2022; Juvin, Sadeg, Julien-Swe­erts i Zebdi, 2021). Korzy­sta­nie z ACT nie wymaga rady­kal­nej zmiany naszej dzie­dziny ani jej postrze­ga­nia, lecz goto­wo­ści do bada­nia nowych spo­so­bów wdra­ża­nia pro­ce­dur i zasad ana­lizy zacho­wa­nia oraz do roz­wa­że­nia, jak ucze­nie się rela­cyjne i wywie­dzione rela­cje mię­dzy bodź­cami oddzia­łują z pro­ce­sami ucze­nia się bez­po­śred­nich zależ­no­ści, które są ewo­lu­cyj­nie znacz­nie star­sze.

Naszym celem w tej książce jest zatem powią­za­nie ACT z ugrun­to­wa­nymi zasa­dami i pro­ce­sami ana­lizy zacho­wa­nia oraz poka­za­nie ana­li­ty­kom zacho­wa­nia, jak włą­czać to podej­ście do swo­jej prak­tyki. Może w tym pomóc ponowne przyj­rze­nie się pod­sta­wo­wym zało­że­niom rady­kal­nego beha­wio­ry­zmu oraz uwzględ­nie­nie ewo­lu­cyj­nego punktu widze­nia. To pozwoli zaś ujrzeć zmianę zacho­wa­nia jaw­nego w szer­szym kon­tek­ście.

Co cie­kawe, nie musimy w tym celu odci­nać się od korzeni. Prze­ciw­nie: takie podej­ście do zacho­wa­nia znacz­nie przy­bliża nas do rady­kal­nych zało­żeń beha­wio­ral­nych i bio­lo­gicz­nych/ewo­lu­cyj­nych, które funk­cjo­no­wały jako warunki wyj­ściowe naszej dzie­dziny.

Radykalny behawioryzm i poszerzanie ujęcia ewolucyjnego

Rady­kalny beha­wio­ryzm to zbiór zało­żeń filo­zo­ficz­nych, które leżą u pod­staw zarówno eks­pe­ry­men­tal­nej, jak i sto­so­wa­nej ana­lizy zacho­wa­nia. Spo­łecz­ność ACT nieco zmo­dy­fi­ko­wała owe zało­że­nia pod sztan­da­rem funk­cjo­nal­nego kon­tek­stu­ali­zmu. Nie­wiel­kie zmiany obej­mują uwzględ­nie­nie potrzeby pre­cy­zji, zakresu i głębi, na co już zwró­ci­li­śmy uwagę. Okre­śle­nie "prze­wi­dy­wa­nie i kon­trola" zamie­niono na jaśniej­sze "prze­wi­dy­wa­nie i wywie­ra­nie wpływu", opi­sy­wane jako cele naszej nauki, a nie cele nauki jako takiej, co pozwala unik­nąć nie­po­trzeb­nych scy­sji z bada­czami nie­po­dzie­la­ją­cymi naszych celów nauko­wych. Zgod­nie z uję­ciem funk­cjo­nal­nego kon­tek­stu­ali­zmu czy też rady­kal­nego beha­wio­ry­zmu zacho­wa­nie może być rozu­miane funk­cjo­nal­nie jako cią­gła inte­rak­cja mię­dzy zacho­wa­niem a śro­do­wi­skiem. Zda­rze­nia psy­chiczne są zawsze "dzia­ła­niami w kon­tek­ście" całych orga­ni­zmów. Kon­tekst odnosi się do histo­rii i do bie­żą­cej sytu­acji jed­nostki. Sta­no­wi­sko to jest z natury moni­styczne: cho­ciaż ist­nieją zda­rze­nia pry­watne, to jed­nak poza świa­tem przy­rody i zasię­giem docie­kań nauko­wych "świat men­talny" nie ist­nieje.

Rady­kalna (czy też funk­cjo­nalno-kon­tek­stu­alna) gałąź beha­wio­ry­zmu repre­zen­tuje w isto­cie roz­sze­rze­nie prag­ma­ty­zmu jako nad­rzęd­nego podej­ścia do nauki. Ma swoje korze­nie w filo­zo­fii nauki się­ga­ją­cej Wil­liama Jamesa, Johna Deweya i innych, w tym Johna B. Wat­sona. Prag­ma­tyczne podej­ście do nauki poszu­kuje sku­tecz­nych roz­wią­zań pro­stych i zło­żo­nych pro­ble­mów. Teo­rii nie uznaje się za ade­kwatną na pod­sta­wie jej zło­żo­no­ści, ele­gan­cji czy struk­tury -?dobra teo­ria to taka, która się spraw­dza w prak­tyce.

W oma­wia­nym podej­ściu sto­suje się ewo­lu­cyjne wyja­śnie­nie w odnie­sie­niu do zacho­wań samych naukow­ców -?i to jest w nim "rady­kalne". Podej­ście to jest rady­kalne, ponie­waż sięga do korzeni, a nie dla­tego, że jest skrajne. Teo­rie prag­ma­tyczne są więc zawsze tylko tym­cza­sowo "dobre"; ocze­kuje się, że z cza­sem zostaną zastą­pione now­szymi i lep­szymi, które albo roz­wiążą nowe pro­blemy, albo roz­wiążą stare pro­blemy w spo­sób bar­dziej efek­tywny.

Jed­nym z ojców zachod­niego prag­ma­ty­zmu był John Dewey. Z kolei John B. Wat­son był jego uczniem na wcze­snym eta­pie edu­ka­cji i jest uwa­żany za ojca beha­wio­ry­zmu jako podej­ścia psy­cho­lo­gicz­nego. Wat­son był beha­wio­ry­stą w sen­sie meta­fi­zycz­nym (odrzu­cał ideę życia psy­chicz­nego poza dzia­ła­niami orga­ni­zmów) i meto­do­lo­gicz­nym, ponie­waż uwa­żał, że nauka o zacho­wa­niu musi kon­cen­tro­wać się na zacho­wa­niu bez­po­śred­nio obser­wo­wal­nym. Sta­no­wiło to wyraźne odej­ście od psy­cho­lo­gii intro­spek­tyw­nej, wów­czas bar­dzo popu­lar­nej, która sku­piała się na świa­do­mo­ści i racjo­nal­no­ści, a nie na obser­wa­cji reak­cji ludzi na świat.

Wat­son kon­cen­tro­wał się w dużej mie­rze na rela­cjach odru­cho­wych i kładł nacisk na warun­ko­wa­nie reak­tywne czy też kla­syczne jako pod­sta­wowy pro­ces zmiany zacho­wa­nia. O ile warun­ko­wa­nie reak­tywne na­dal odgrywa istotną rolę w eks­pe­ry­men­tal­nej ana­li­zie zacho­wa­nia i czę­ściowo wyja­śnia nasz spo­sób reago­wa­nia na okre­ślone sytu­acje, o tyle Skin­ner skie­ro­wał tra­dy­cję beha­wio­ralną bar­dziej ku warun­ko­wa­niu spraw­czemu. To ostat­nie sta­nowi bez­po­śred­nie roz­wi­nię­cie teo­rii doboru natu­ral­nego Karola Dar­wina. Pod­czas gdy selek­cja feno­ty­pów nastę­puje dzięki prze­trwa­niu, czego kon­se­kwen­cją jest spe­cja­cja, zacho­wa­nie jest wybie­rane ze względu na jego kon­se­kwen­cje, co skut­kuje nawy­kami beha­wio­ral­nymi i reper­tu­arami zacho­wań. Wzmac­nia­nie i kara­nie funk­cjo­nują jako mecha­ni­zmy selek­cji, a ope­ra­cje usta­na­wia­jące -?jako pre­sja selek­cyjna, będąc pro­cesami ewo­lu­cyj­nymi w krót­szej skali cza­so­wej. Wiemy już, że nie jest to jedy­nie meta­fora, ponie­waż śro­do­wi­sko i zmienne zacho­wa­nia regu­lują eks­pre­sję genów poprzez mecha­ni­zmy epi­ge­ne­tyczne. Skin­ner nie zda­wał sobie z tego sprawy, a ówcze­śni ewo­lu­cjo­ni­ści czę­sto wyśmie­wali jego pomy­sły, lecz z per­spek­tywy czasu wiemy, że czę­ściej miał rację, niż był w błę­dzie.

Ewolucja a funkcja zachowania

Ana­liza zacho­wa­nia to dzie­dzina, która jedną nogą stoi w psy­cho­lo­gii, a drugą w bio­lo­gii. Ana­li­tycy zacho­wa­nia mie­rzą i ana­li­zują wzorce zacho­wa­nia czło­wieka w kon­tek­ście histo­rycz­nym i sytu­acyj­nym, ale w prze­ci­wień­stwie do wielu psy­cho­lo­gów nie badają tak usy­tu­owa­nych dzia­łań jako wewnętrz­nych mani­fe­sta­cji struk­tur psy­chicz­nych. Postrze­gają oni ludzi jako orga­ni­zmy bio­fi­zyczne, które wyewo­lu­owały z wcze­śniej­szych gatun­ków, lecz w prze­ci­wień­stwie do wielu bio­lo­gów uznają ewo­lu­cję onto­ge­ne­tyczną za rów­nie ważną jak ewo­lu­cja filo­ge­ne­tyczna, a zatem są "odporni" na wyja­śnie­nia struk­turalne, o czym wspo­mnie­li­śmy w poprzed­nim roz­dziale.

Skin­ner szcze­gól­nie dobit­nie wal­czył o uzna­nie roli ewo­lu­cji onto­ge­ne­tycz­nej w naukach ewo­lu­cyj­nych, jako ich peł­no­praw­nej czę­ści. Stresz­cze­nie jego arty­kułu na temat selek­cji przez kon­se­kwen­cje, opu­bli­ko­wa­nego w "Science" w 1981 roku, brzmi nastę­pu­jąco:

Selek­cja przez kon­se­kwen­cje jest try­bem przy­czy­no­wym, który wystę­puje tylko u żywych istot lub w maszy­nach stwo­rzo­nych przez żywe istoty. Po raz pierw­szy została roz­po­znana w kon­tek­ście doboru natu­ral­nego, ale odpo­wiada rów­nież za kształ­to­wa­nie i utrzy­ma­nie zacho­wa­nia jed­nostki oraz ewo­lu­cję kul­tur. We wszyst­kich tych obsza­rach zastę­puje wyja­śnie­nia oparte na try­bach przy­czy­no­wych mecha­niki kla­sycz­nej. Zmiana ta spo­tyka się z sil­nym opo­rem. Dobór natu­ralny został już zaak­cep­to­wany, ale podobne opóź­nie­nia w uzna­niu roli selek­cji w innych dzie­dzi­nach mogą pozba­wić nas cen­nej pomocy w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów, przed któ­rymi sta­jemy (Skin­ner, 1981, s. 501).

Skin­ner twier­dził, że ewo­lu­cja gene­tyczna, indy­wi­du­alne ucze­nie się i zmiana kul­tu­rowa to dzia­ła­nia, które należy wyja­śniać, bazu­jąc nie tyle na fizycz­nej budo­wie orga­ni­zmu ("tryby przy­czy­nowe mecha­niki kla­sycz­nej"), ile raczej na roli zmien­no­ści i doboru w roz­ło­żo­nej w cza­sie inte­rak­cji mię­dzy orga­ni­zmem a śro­do­wi­skiem. W ostat­nim zda­niu swo­jego ostat­niego arty­kułu, ukoń­czo­nego w przed­dzień śmierci, odniósł się do głę­bo­kich impli­ka­cji nauki o ewo­lu­cji dla ana­lizy zacho­wa­nia: "Lep­sze zro­zu­mie­nie zmien­no­ści i selek­cji będzie ozna­czać bar­dziej udaną pracę, ale to, czy ana­liza zacho­wa­nia znaj­dzie się w dome­nie psy­cho­lo­gii, okaże się w przy­szło­ści" (Skin­ner, 1990, s. 1210).

Ostat­nie zda­nie trak­tu­jemy poważ­nie i warto je pod­kre­ślić, aby ACT i RFT mogły być postrze­gane jako próba opra­co­wa­nia związku mię­dzy nauką o zacho­wa­niu a ewo­lu­cją. Zro­zu­mie­nie, że ewo­lu­cja w uję­ciu Dar­wina zasa­dza się na sze­ściu pod­sta­wo­wych cechach, pomaga odnieść zasady beha­wio­ralne do ACT. Cechy te można pod­su­mo­wać za pomocą akro­nimu VRSCDL (brzmią­cego podob­nie do ang. słowa ver­sa­tile -?"wszech­stronny"), utwo­rzo­nego z pierw­szych liter nastę­pu­ją­cych angiel­skich wyra­zów: varia­tion and reten­tion of what is selec­ted in context at the right dimen­sion and level (zmien­ność i utrzy­ma­nie tego, co zostało wyse­lek­cjo­no­wane w kon­tek­ście w odpo­wied­nim wymia­rze i na odpo­wied­nim pozio­mie).

Zmien­ność i selek­tywne utrzy­ma­nie (reten­cja). U pod­staw wszyst­kich wyja­śnień ewo­lu­cyj­nych leży tro­ska o zmien­ność i selek­tywne utrzy­ma­nie. Dar­win nie był spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie gene­tyki, ale zda­wał sobie sprawę z tego, że potom­stwo różni się mię­dzy sobą cechami, które mogą prze­ło­żyć się w kon­kret­nych kon­tek­stach na różne wskaź­niki prze­ży­wal­no­ści, a jeżeli pewne cechy są prze­ka­zy­wane dzie­dzicz­nie, ten pro­sty mecha­nizm może odpo­wia­dać za powsta­wa­nie gatun­ków. Na przy­kład jeśli z powodu dotkli­wej suszy tylko ptaki z moc­nymi dzio­bami są w sta­nie roz­łu­pać dostępne w ogra­ni­czo­nym zakre­sie poży­wie­nie, choćby wysu­szone nasiona, to wła­śnie takie warianty dzioba będą pod­le­gać selek­cji w związku z róż­nymi wskaź­ni­kami prze­ży­wal­no­ści i staną się powszech­niej­sze w kolej­nych poko­le­niach tej popu­la­cji. Muta­cje mogą zwięk­szyć zakres dostęp­nych warian­tów. Więk­szość z nich jest drobna, liczne oka­zują się nie­ko­rzystne, lecz nie­które zwięk­szają szanse na prze­trwa­nie czy repro­duk­cję. Kiedy osob­niki danego gatunku z kon­kretną muta­cją mają więk­sze szanse na prze­ży­cie i repro­duk­cję, rośnie praw­do­po­do­bień­stwo, że prze­każą ową muta­cję kolej­nym osob­ni­kom, które z kolei z więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem prze­każą tę infor­ma­cję gene­tyczną następ­nym poko­le­niom. Na sku­tek kom­bi­na­cji migra­cji, pre­sji śro­do­wi­sko­wej i przy­padku mogą poja­wić się warianty fizyczne i beha­wio­ralne (które bio­lo­dzy nazy­wają feno­ty­pami), a nawet nowe gatunki, co wyja­śnia w spo­sób natu­ra­li­styczny roz­wój życia na Ziemi oraz jego ogromną róż­no­rod­ność i zło­żo­ność. Zmien­ność począt­kowo jest ślepa, ale regu­la­cja zmien­no­ści może ewo­lu­ować. Na przy­kład bak­te­rie pozba­wione klu­czo­wej sub­stan­cji odżyw­czej natych­miast ule­gają więk­szej zmien­no­ści w pro­ce­sie repro­duk­cji (Hersh, Pon­der, Hastings i Rosen­berg, 2004).

W ana­li­zie zacho­wa­nia zmien­ność jest rów­nież oczy­wi­sta, ponie­waż sta­nowi zaczyn selek­cji. Jak mawiają nie­któ­rzy, jeśli wciąż robimy to, co robi­li­śmy zawsze, to będziemy wciąż osią­gać ten sam efekt, co zawsze. Podob­nie jak w ewo­lu­cji bio­lo­gicz­nej zmien­ność może począt­kowo być ślepa, ale może rów­nież sta­nowić efekt uboczny praw rzą­dzą­cych zacho­wa­niem, tak jak przy wybu­chu zmien­no­ści spo­wo­do­wa­nym wyga­sza­niem lub gdy wzmac­nia się samą zmien­ność beha­wio­ralną (np. Neu­rin­ger, 2002) bądź gdy pod­waża się zasady ogra­ni­cza­jące potrzebną zmien­ność. Selek­cja ma miej­sce, kiedy prze­trwa­nie lub suk­ces są osią­gane w inte­rak­cji mię­dzy orga­ni­zmem a śro­do­wi­skiem i zmie­niają praw­do­po­do­bień­stwo ponow­nego wystą­pie­nia warian­tów. W ana­li­zie zacho­wa­nia przy­kład sta­nowi wzmac­nianie. Utrzy­ma­nie zacho­dzi dzięki takim ele­men­tom, jak fizyczne zmiany w orga­ni­zmie (np. w ewo­lu­cji gene­tycz­nej, gdy DNA jest prze­ka­zy­wane poprzez roz­mna­ża­nie i repli­ka­cję), co w ana­li­zie zacho­wa­nia może ozna­czać utrzy­ma­nie poprzez nawyki beha­wio­ralne oraz siłę klas zacho­wań spraw­czych. Cały ten pro­ces jest pro­gra­mo­wany przez kon­tekst, w któ­rym wystę­puje dane zacho­wa­nie. W przy­padku doboru natu­ral­nego

"pre­sja selek­cyjna" jest sprawą życia i śmierci; w ana­li­zie zacho­wa­nia śro­do­wi­sko wewnętrzne i śro­do­wi­sko zewnętrzne sta­no­wią zależ­no­ści, które pro­wa­dzą do selek­tyw­nego utrzy­my­wa­nia dzia­ła­nia.

Kon­tekst. Kon­tekst pozo­staje doro­zu­miany w zmien­no­ści i selek­tyw­nym utrzy­ma­niu, ale należy go bez­po­śred­nio uwzględ­nić, jeśli zasady ewo­lu­cyjne mają ukie­run­ko­wać inter­wen­cję. W bio­lo­gii kon­tekst okre­śla pre­sję selek­cyjną, która działa na warianty. Kiedy wyraź­nie widoczna na pew­nym tle ćma zostaje zje­dzona przez ptaka, sta­nowi to kon­tekst dla stop­nio­wych zmian w ubar­wie­niu ciem. To samo doty­czy ewo­lu­cji zacho­wa­nia na prze­strzeni całego życia. Spe­cja­li­sta musi pomy­śleć o tym, czy na przy­kład zmiany zacho­wa­nia będące wyni­kiem zasto­so­wa­nego pro­gramu będą pod­trzy­my­wane przez natu­ralne zależ­no­ści w śro­do­wi­sku spo­łecz­nym klienta. Sto­so­wana nauka o ewo­lu­cji to wąska i sto­sun­kowo nowa dzie­dzina, dla­tego ana­li­ty­kom zacho­wa­nia jest znacz­nie łatwiej myśleć o zmia­nie zda­rzeń kon­tekstowych niż bio­lo­gom ewo­lu­cjo­ni­stom. Jeste­śmy przed­sta­wi­cie­lami dzie­dziny, w któ­rej pod­jęto próby mody­fi­ka­cji zmien­no­ści i selek­cji poprzez mani­pu­lo­wa­nie ich kon­tek­stem. W nie­któ­rych przy­pad­kach nam się to udało i nie ma co na to krę­cić nosem. W histo­rii gatunku ludz­kiego zdol­ność zmiany kon­tek­stu w celu selek­cji i utrzy­ma­nia zacho­wań, które są korzyst­niej­sze zarówno dla nas samych, jak i dla całego gatunku, sta­nowi ważny krok naprzód -?i zawdzię­czamy to wła­śnie naszej dzie­dzi­nie. Dla­czego jed­nak poprze­sta­wać na pro­sto­cie? Wciąż jest wiele wyzwań, któ­rym trzeba sta­wić czoła.

Wymiary i poziomy. Na róż­nych pozio­mach zło­żo­no­ści orga­ni­za­cyj­nej zmien­ność może ozna­czać suk­ces lub porażkę. Komórka rakowa, któ­rej uda się obejść układ odpor­no­ściowy i roz­ro­snąć w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób, może znisz­czyć wie­lo­ko­mór­kowy orga­nizm. Chciwy i obłudny pra­cow­nik może się wzbo­ga­cić kosz­tem swo­jej firmy i dopro­wa­dzić ją do ban­kruc­twa. Selek­cja wie­lo­po­zio­mowa ozna­cza selek­cję zacho­dzącą jed­no­cze­śnie na wielu pozio­mach orga­ni­za­cji, zatem od ana­li­tyka zacho­wa­nia można ocze­ki­wać jed­no­cze­snej ana­lizy na pozio­mie zacho­wa­nia spraw­czego, reper­tu­aru i prak­tyki kul­tu­ro­wej.

Ponadto na każ­dym pozio­mie orga­ni­za­cji ist­nieje wiele kon­kret­nych wymia­rów, które mogą być zaan­ga­żo­wane w dany pro­ces. Na pozio­mie orga­ni­zmu mogą to być układy narzą­dów, obwody neu­ro­nalne i geny; na pozio­mie psy­cho­lo­gicz­nym konieczne może być roz­róż­nie­nie zacho­wa­nia kształ­to­wa­nego zależ­no­ściami i zacho­wa­nia kie­ro­wa­nego regu­łami.

Karol Dar­win zda­wał sobie sprawę, że zmienne i selek­tywne utrzy­ma­nie cech zacho­dzi jed­no­cze­śnie w wielu wymia­rach i na wielu pozio­mach, takich jak bio­lo­gia i kul­tura. Skin­ner wska­zy­wał trzy obszary selek­cji: geny, zacho­wa­nie i kul­turę. Inni (np. Jablonka i Lamb, 2014) twier­dzili, z czym się zga­dzamy, że ucze­nie się rela­cyjne usta­na­wia nowy stru­mień zależ­no­ści, który wcho­dzi w inte­rak­cje z trzema wspo­mnia­nymi obsza­rami. Należy pamię­tać, że wszyst­kie poziomy i wymiary oddzia­łują na sie­bie. Na przy­kład pro­cesy ucze­nia się spraw­czego istot­nie wpły­nęły na ewo­lu­cję gene­tyczną. Do okresu kam­bryj­skiego (ponad pół miliarda lat temu) warun­ko­wa­nie spraw­cze i kla­syczne pozwa­lało zwie­rzę­tom poszu­ki­wać okre­ślo­nych nisz lub two­rzyć je na pod­sta­wie wzmac­nia­nia (np. zwie­rzę wybie­rało śro­do­wi­sko z pre­fe­ro­wa­nymi zaso­bami pokar­mo­wymi). Pro­ces ten był praw­do­po­dob­nie źró­dłem tak zwa­nej eks­plo­zji kam­bryj­skiej, ponie­waż zacho­wa­nie spraw­cze dopro­wa­dziło do wyraź­nej pre­sji selek­cyj­nej, która z kolei skut­ko­wała ewo­lu­cją cha­rak­te­ry­stycz­nych feno­ty­pów (Gins­burg i Jablonka, 2010). Na przy­kład gdy poko­le­nia okre­ślo­nego gatunku pta­ków poszu­ki­wały sko­ru­pia­ków w bło­cie rzecz­nym, dzięki zmien­no­ści i selek­cji dziób fla­minga ewo­lu­ował, aby przy­jąć obecny kształt czer­paka (Schne­ider, 2012). Ucze­nie się spraw­cze było zatem swego rodzaju "dra­biną ewo­lu­cyjną" (Bate­son, 2014); zacho­wa­nie i ucze­nie się sta­no­wiły nie tyle pasywny wynik ewo­lu­cji bio­lo­gicz­nej, ile jej siłę napę­dową.

Pod wie­loma wzglę­dami jest to rów­nież pod­sta­wowa kwe­stia w ana­li­zie zacho­wa­nia: jak wyko­rzy­sty­wać prawa rzą­dzące zacho­wa­niem na potrzeby celo­wej ewo­lu­cji, przy­naj­mniej w aspek­cie kul­tu­ro­wym, a może także bio­lo­gicz­nym. Zagad­nie­nie to roz­po­czyna książkę Skin­nera Poza wol­no­ścią i god­no­ścią oraz sta­nowi sedno jego arty­kułu Why are we not acting to save the world?.

Jeśli zro­zu­miemy, w jaki spo­sób oddzia­łują na sie­bie zależ­no­ści zwią­zane ze wzmac­nia­niem i kara­niem oraz ucze­nie się rela­cyjne, będziemy w sta­nie pomóc klien­tom "ewo­lu­ować w spo­sób celowy" poprzez opra­co­wy­wa­nie reper­tu­arów zacho­wań słu­żą­cych ich dłu­go­ter­mi­no­wym potrze­bom, które uwzględ­niają zło­żo­ność ludz­kiego funk­cjo­no­wa­nia. Jed­nakże ewo­lu­cja jest pro­ce­sem cią­głym -?i tutaj wła­śnie docie­ramy do tego, czym z per­spek­tywy beha­wio­ral­nej wyróż­nia się ACT.

Teoria ram relacyjnych i przekształcanie funkcji bodźca

Trud­ność zwią­zana ze stra­te­gią poszu­ki­wa­nia zasad zmiany zacho­wa­nia u zwie­rząt w celu wywnio­sko­wa­nia zasad zmiany zacho­wa­nia u ludzi polega na tym, że można pomi­nąć spe­cy­ficzne dla gatunku róż­nice filo­ge­ne­tyczne. Roz­ważmy nastę­pu­jący przy­kład. Osoba uczest­ni­czy w bada­niu róż­ni­co­wa­nia z wyko­rzy­sta­niem magne­ty­za­cji, w któ­rym wyma­gana jest reak­cja, gdy magnes zosta­nie włą­czony, oraz brak reak­cji, kiedy magnes zosta­nie wyłą­czony. Wiemy, że w takich sytu­acjach rekiny mogą wyka­zy­wać reak­cje róż­ni­cu­jące (Klim­ley, 1993), ponie­waż korzy­stają z magne­ty­za­cji przy nawi­ga­cji. Tym­cza­sem nam, ludziom, po pro­stu bra­kuje odpo­wied­niego "sprzętu" -?w toku ewo­lu­cji nie wykształ­ciły się u nas magne­to­re­cep­tory. Ze względu na naszą filo­ge­nezę żaden sche­mat wzmac­nia­nia nie dopro­wa­dzi u nas do róż­ni­co­wa­nia magne­tycz­nego.

Cią­głość ewo­lu­cyjna ma cha­rak­ter cza­sowy i orga­ni­za­cyjny: to, co nowe, naj­czę­ściej zawiera to, co stare, a to, co zło­żone, zawiera to, co pro­ste. Gdyby tak nie było, nie byłoby ewo­lu­cji. Ponie­waż ewo­lu­cja bio­lo­giczna przy­po­mina raczej drzewo niż dra­binę, to kiedy patrzymy na wierz­chołki ewo­lu­cyj­nych gałęzi, spo­glą­damy zarówno wstecz w cza­sie, jak i do przodu -?w kie­runku wspól­nego przodka i dnia dzi­siej­szego. Nie wiemy, czy jest coś nowego, co wpływa na porów­ny­wa­nie dwóch gatun­ków, a jeśli jest, to praw­do­po­dob­nie nie znaj­dziemy tego w sto­sun­kowo jało­wych śro­do­wi­skach, z dala od nisz ewo­lu­cyj­nych poszcze­gól­nych gatun­ków. Mię­dzy innymi z tego powodu psy­cho­lo­dzy bio­lo­giczni i eto­lo­dzy zwy­kle postrze­gali Skin­nera jako ewo­lu­cyj­nie naiw­nego.

On jed­nak taki nie był. Jedno z jego pierw­szych opu­bli­ko­wa­nych badań doty­czyło tro­pi­zmu u mró­wek (Bar­nes i Skin­ner, 1930). Skin­nera nie inte­re­so­wały zwie­rzęta same w sobie. Badał on szczury i gołę­bie z myślą o odkry­ciu zasad, które można by odnieść do zło­żo­no­ści czło­wieka. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę z tego, że jego stra­te­gia poszu­ki­wa­nia ogól­nych zasad w odnie­sie­niu do pro­stych reak­cji w sto­sun­kowo jało­wym śro­do­wi­sku wśród róż­nych gatun­ków może się oka­zać nie­sku­teczna. Było to jed­nak ryzyko stra­te­giczne; Skin­ner uwa­żał, że groź­niej­sze byłoby zdro­wo­roz­sąd­kowe spoj­rze­nie na zło­żo­ność czło­wieka. Posta­no­wił zary­zy­ko­wać, wie­rzył bowiem, że jeśli rze­czy­wi­ście ist­nieją prze­ka­zy­wane przez miliony lat pro­cesy ucze­nia się, to je znaj­dzie. Ni­gdy nie twier­dził, że one muszą ist­nieć, tylko że mogą ist­nieć, a w miarę roz­woju swo­ich prac -?że rze­czy­wi­ście ist­nieją.

Oka­zuje się, że Skin­ner miał rację. Zasady warun­ko­wa­nia spraw­czego i kla­sycz­nego doty­czą wszyst­kich orga­ni­zmów, które ewo­lu­owały od około pię­ciu­set czter­dzie­stu pię­ciu milio­nów lat (Gins­burg i Jablonka, 2010). Ist­niały jesz­cze wcze­śniej­sze pro­cesy ucze­nia się (np. habi­tu­acja i uwraż­li­wia­nie), ale to warun­ko­wa­nie spraw­cze i kla­syczne praw­dzi­wie zmie­niły ścieżkę ewo­lu­cji, ponie­waż dzięki nim orga­ni­zmy mogą poszu­ki­wać okre­ślo­nych nisz na pod­sta­wie ucze­nia się, a tym samym istot­nie zmie­niać pre­sję selek­cyjną.

Kiedy zauważy się szcze­gólne zdol­no­ści, czę­sto zaczyna się od feno­typu fizycz­nego, a następ­nie wyja­śnia zacho­wa­nie. Na przy­kład pręd­kość biegu geparda zostaje wyko­rzy­stana do wyja­śnie­nia jego stra­te­gii polo­wa­nia, a oso­bliwy dziób fla­minga do wyja­śnie­nia jego wzor­ców żero­wa­nia -?lecz takie podej­ście zwy­kle jest błędne. Owe cechy fizyczne ewo­lu­owały wspól­nie ze śro­do­wi­skiem i zacho­wa­niem, co lepiej postrze­gać jako siłę napę­dową ewo­lu­cji. Wzmac­nia­jący efekt małych sko­ru­pia­ków spra­wił, że wiele poko­leń fla­min­gów zostało pod­da­nych pro­ce­som selek­cji, dzięki czemu wyewo­lu­owały spe­cy­ficzny kształt i struk­tura ich dzioba (Schne­ider, 2012). Poja­wie­nie się tych form fizycz­nych umoż­li­wiło kolejne etapy ewo­lu­cji. Skrzy­dła małych dino­zau­rów, które obec­nie nazy­wamy pta­kami, praw­do­po­dob­nie wyewo­lu­owały na potrzeby regu­la­cji tem­pe­ra­tury, a nie na potrzeby lata­nia.

Szcze­gólne przy­padki warun­ko­wa­nia spraw­czego i kla­sycz­nego, pod­le­ga­jące ewo­lu­cji od ponad pół miliarda lat ist­nie­nia tych pro­ce­sów, wska­zują na to samo. Awer­sja do smaku -?ucze­nie się uni­ka­nia jedze­nia, które powo­duje stan cho­ro­bowy, nawet jeśli ten poja­wia się kilka godzin póź­niej -?jest obec­nie pra­wie powszech­nie trak­to­wana jako szcze­gólny przy­pa­dek warun­ko­wa­nia kla­sycz­nego (Welzl, D'Adamo i Lipp, 2001). Jest to oczy­wi­ście forma znie­kształ­cona cza­sowo, ale łatwo sobie wyobra­zić, jak owo znie­kształ­ce­nie ewo­lu­owało. Załóżmy, że jakiś rodzaj poży­wie­nia obec­nego w śro­do­wi­sku życia zwie­rzę­cia jest tru­jący i że śred­nio dwa­dzie­ścia pięć minut po zje­dze­niu tegoż poży­wie­nia zwie­rzę wymio­tuje, a połowa osob­ni­ków, które zja­dły tru­jący pokarm, umiera. Przed­sta­wi­ciele gatunku, któ­rzy sko­ja­rzą smak pokarmu z poja­wiającym się dwa­dzie­ścia pięć minut póź­niej sta­nem cho­ro­bowym i będą uni­kać dal­szego kon­taktu z owym pokar­mem, będą mieli więk­sze szanse na prze­trwa­nie w tym śro­do­wi­sku niż osob­niki, które koja­rzą ze sobą smak i cho­robę tylko przez, powiedzmy, kwa­drans, a zatem mogą ponow­nie zjeść ten sam tru­jący pokarm. Ponie­waż owo dwu­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­towe okno przy­po­mina bar­dziej krzywą roz­kładu niż włącz­nik i wyłącz­nik, coraz dłuż­sze opóź­nie­nia cza­sowe ewo­lu­ują natu­ral­nie, utrwa­la­jąc, poprzez warun­ko­wa­nie kla­syczne, względny sto­pień bez­pie­czeń­stwa poży­wie­nia. Ist­nieją struk­tury neu­ro­bio­lo­giczne nie­zbędne do tego typu spe­cja­li­stycz­nego ucze­nia się, lecz struk­tury nie ewo­lu­ują po to, by robić coś, czego orga­ni­zmy nie robią. Długa szyja żyrafy nie wyewo­lu­owała po to, by żyrafa mogła jeść liście wyso­kich drzew. Raczej mające nieco dłuż­sze szyje osob­niki gatunku, który żywił się liśćmi drzew, miały więk­sze szanse na prze­ży­cie i repro­duk­cję, dla­tego prze­ka­zały tę cechę potom­stwu.

Roz­ważmy sys­temy, które wspie­rają to, co wła­śnie robisz, czyli czy­ta­nie książki. Są to mająca sporą powierzch­nię kora mózgowa oraz wyjąt­kowo zło­żone kora czo­łowa i kora przedczo­łowa. Nie wiemy dokład­nie, dla­czego wła­śnie takie cechy neu­ro­bio­lo­giczne wyewo­lu­owały u ludzi, ale wiemy, że kora czo­łowa i kora przedczo­łowa (czyli obszary odpo­wie­dzialne za funk­cje wyko­naw­cze) są neu­ro­lo­gicz­nie powią­zane z roz­wią­zy­wa­niem pro­ble­mów i innymi dzia­ła­niami opar­tymi na języku. Pewne obszary kory mózgo­wej uczest­ni­czą także w zło­żo­nych koope­ra­tyw­nych zacho­wa­niach spo­łecz­nych, które obser­wu­jemy u ludzi. Szczury, gołę­bie i rekiny raczej nie stwo­rzą tak zło­żonej sieci spo­łecz­nej -?po pro­stu bra­kuje im odpo­wied­niego wypo­sa­że­nia. Ale prawdą jest rów­nież to, że wcze­śniej­sze poziomy zło­żo­nych zacho­wań spo­łecz­nych i roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów mogły być wystar­cza­jąco ważne dla spo­łecz­nych naczel­nych zwa­nych homi­ni­nami (tzn. ludzi i wymar­łych gatun­ków czło­wieka), aby zapew­nić pre­sję selek­cyjną w celu wykształ­ce­nia struk­tur neu­ro­bio­lo­gicz­nych potrzeb­nych do tychże zacho­wań, jakie obser­wu­jemy obec­nie. Można roz­wa­żyć tę kwe­stię w bar­dziej wyra­fi­no­wany spo­sób, jeśli zgłębi się nieco dokład­niej ludzki język jako taki.

Onto­ge­neza opi­suje zmiany zacho­dzące na prze­strzeni życia orga­ni­zmu, a nie­za­leż­nie od afor­dan­cji filo­ge­ne­tycz­nych zacho­wa­nie może na­dal wyma­gać kształ­to­wa­nia. Histo­rie tak zwa­nych wil­czych dzieci, takich jak żyjący w XVII wieku w Anglii John Li?ge, który zgu­bił się rodzi­com w lesie, potwier­dzają ważną rolę kon­tek­stu w kie­ro­wa­niu zacho­wa­niami poznaw­czymi i spo­łecz­nymi. Dono­szono o dzi­wacz­nych zwie­rzę­cych zacho­wa­niach, takich jak cho­dze­nie na czwo­ra­kach i zbie­rac­two czy brak umie­jęt­no­ści posłu­gi­wa­nia się języ­kiem i wszel­kich zdol­no­ści komu­ni­ka­cyj­nych. Zain­te­re­so­wa­nie naukow­ców "wil­czymi dziećmi" wzro­sło w XVIII i XIX wieku. Przy­kła­dem jest Peter the Wild Boy (Dziki Pio­truś), który rów­nież został zna­le­ziony w dzi­czy, a następ­nie wycho­wany przez króla Jerzego I. Petera, podob­nie jak wspo­mnia­nego wcze­śniej Johna Li?ge, cecho­wały nie­prze­ciętne umie­jęt­no­ści prze­trwa­nia, takie jak poszu­ki­wa­nie pokarmu i zbie­rac­two, a jed­no­cze­śnie znaczne defi­cyty w przy­swa­ja­niu języka. Tego rodzaju przy­padki suge­rują, że zło­żony mózg nie wystar­cza do wyja­śnie­nia roz­woju języ­ko­wego i poznaw­czego -?wykształ­ce­nie wielu umie­jęt­no­ści, które uwa­żamy za oczy­wi­ste, wymaga zanu­rzo­nego w języku kon­tek­stu spo­łecz­nego.

W roz­dziale 1 zaczę­li­śmy tłu­ma­czyć, jak powstał pierw­szy beha­wio­ralny model wyja­śnia­jący roz­wój języka, przed­sta­wiony przez Skin­nera w książce Ver­bal beha­vior (1957). To wyja­śnie­nie teo­re­tyczne zostało sfor­mu­ło­wane bez bez­po­śred­niej pracy eks­pe­ry­men­tal­nej z ludźmi i sta­no­wiło roz­sze­rze­nie teo­rii zacho­wań spraw­czych na potrzeby opi­sa­nia pro­cesu naby­wa­nia języka. Pod­kre­śla ono rolę bez­po­śred­niego wzmac­nia­nia w tym pro­ce­sie. Na przy­kład man­do­wa­nie poja­wia się wtedy, gdy mówca anga­żuje się w reak­cję okre­śla­jącą wzmoc­nie­nie, a nasila wów­czas, gdy wzmoc­nie­nie jest dostar­czane przez słu­cha­cza. Tak­to­wa­nie poja­wia się wtedy, gdy mówca ozna­cza obiekt w oto­cze­niu i otrzy­mał zge­ne­ra­li­zo­wane wzmoc­nie­nie od słu­cha­cza. Wywo­dzące się z tego bada­nia sto­so­wane były ukie­run­ko­wane na pod­sta­wowe, dość pro­ste wer­balne zacho­wa­nia spraw­cze (takie jak tak­to­wa­nie, man­do­wa­nie, zacho­wa­nia echowe i intrawer­balne) oraz w dużej mie­rze kon­cen­tro­wały się na inter­wen­cjach dla osób z nie­peł­no­spraw­no­ściami takimi jak autyzm, które wpły­wają na naukę języka.

Nie ozna­cza to, że Skin­ner twier­dził, iż wszyst­kie zacho­wa­nia wer­balne są wzmac­niane bez­po­śred­nio. Jego model nie zapew­niał jed­nak odpo­wied­nio kon­kret­nych infor­ma­cji, które można by prze­ło­żyć na tech­niki uży­teczne dla ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. Bada­nia nad tra­dy­cyj­nymi Skin­nerowskimi zacho­wa­niami spraw­czymi nie obej­mo­wały zło­żo­nych form zacho­wań wer­bal­nych, to jest zwią­za­nych z rozu­mo­wa­niem, myśle­niem, uży­wa­niem humoru, opo­wia­da­niem histo­rii, przyj­mo­wa­niem per­spek­tywy i tak dalej, przez co ana­li­tycy zacho­wa­nia zna­leźli się w trud­nej sytu­acji. Mur­ray Sid­man (1971; Sid­man i Tailby, 1982) roz­szy­fro­wał pod­sta­wową cechę funk­cjo­no­wa­nia czło­wieka -?fakt, że wywie­dzione rela­cje mogą poja­wiać się bez wzmac­nia­nia bez­po­śred­niego. Owo zja­wi­sko nazwał ekwi­wa­len­cją bodź­ców.

Wyobraźmy sobie kogoś, kto się uczy, że słowo "pies" pisze się P-I-E-S, a następ­nie dowia­duje, że P-I-E-S odnosi się do fizycz­nego psa (cztery łapy, sierść, szcze­ka­nie). Taka osoba naj­pew­niej także wypo­wie słowo "pies", gdy zosta­nie jej poka­zany tekst P-I-E-S, i napi­sze P-I-E-S, gdy zosta­nie jej poka­zane zdję­cie psa. Pro­ces ten jest okre­ślany jako syme­trycz­ność i sta­nowi naj­prost­szą formę rela­cji wywie­dzio­nej.

Więk­szość ludzi nie potrze­buje bez­po­śred­niego wzmac­nia­nia za pomocą kon­kret­nego słowa lub obiektu, aby taką rela­cję stwo­rzyć -?można to łatwo spraw­dzić, wyko­rzy­stu­jąc nie­znane obiekty takie jak metro­nom. Więk­szość ludzi wywie­dzie rów­nież, że słowo "pies" odnosi się do fizycz­nego psa, i odpo­wie "pies", gdy pokaże się zdję­cie psa i spyta: "Co to jest?". Sid­man nazwał to -?odpo­wiednio -?rela­cją prze­chod­nią i rela­cją ekwi­wa­lentną; wywie­dziona rela­cja i zacho­wa­nie wer­balne wyła­niają się na pod­sta­wie wspól­nej rela­cji tych bodź­ców ze wspól­nym bodź­cem (tj. P-I-E-S). W tym samym pod­sta­wo­wym ukła­dzie mogli­by­śmy zastą­pić dowolne bodźce wer­balne, tek­stowe czy obra­zowe i uzy­skać taki sam rezul­tat, co zostało wyka­zane w set­kach badań. Pro­stą trzy­ele­men­tową klasę ekwi­wa­lentną można łatwo roz­sze­rzyć o kilka kolej­nych ele­men­tów, przy czym każdy dodat­kowy ele­ment zwięk­sza liczbę wywo­dzo­nych rela­cji.

Ana­li­ty­kom zacho­wa­nia praw­do­po­dob­nie nie jest obca kon­cep­cja bez­po­śred­nio wzmoc­nio­nych rela­cji, które na ryci­nie 2.2 zostały ozna­czone za pomocą strza­łek cią­głych. W naszym przy­kła­dzie "pies" (A) do P-I-E-S (B) (A-B) i P-I-E-S (B) do fizycz­nego psa (C) (B-C). Strzałki prze­ry­wane sym­bo­li­zują rela­cje wywie­dzione (wyła­nia­jące się bez potrzeby bez­po­śred­niego wzmac­nia­nia); w tym przy­padku są to rela­cje syme­tryczne B-A i C-B, jak rów­nież rela­cja prze­chod­nia A-C wyka­zu­jąca ekwi­wa­len­cję z dwu­kie­run­kową rela­cją C-A. Wspól­nie te rela­cje two­rzą klasę ekwi­wa­lentną i sta­no­wią pierw­szy przy­kład zacho­wa­nia rela­cyj­nego obej­mu­ją­cego rela­cje ekwi­wa­lentne jako punkt wyj­ścia.

Rycina 2.2. Pro­sta -?trzy­ele­men­towa -?klasa ekwi­wa­lentna

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

Ekwi­wa­len­cja bodź­ców sta­no­wiła duży postęp na dro­dze do zro­zu­mie­nia języka i pozna­nia -?i wygląda na to, że Sid­man mógł dojść do funk­cjo­nal­nego wzorca zacho­wa­nia, który jest wyjąt­kowy, a przy­naj­mniej w szcze­gólny spo­sób ludzki. Pomimo wie­lo­krot­nych prób mode­lo­wa­nia rela­cji prze­chod­nich i ekwi­wa­lent­nych u zwie­rząt nie wyka­zano, aby zwie­rzęta anga­żo­wały się w ten wzo­rzec zacho­wa­nia na tym samym pozio­mie zło­żo­no­ści co ludzie. Pół wieku od czasu opi­sa­nia tej kwe­stii po raz pierw­szy brak powszech­nie akcep­to­wa­nych dowo­dów empi­rycz­nych ekwi­wa­len­cji bodź­ców u zwie­rząt. Mamy za to mocne dowody potwier­dza­jące ekwi­wa­len­cję bodź­ców u nie­mow­ląt (Lip­kens, Hayes i Hayes, 1993; Luciano, Gómez-Becerra i Rodríguez-Valverde, 2007).

Instruk­cje oparte na ekwi­wa­len­cji są obec­nie uzna­nym ele­men­tem zestawu umie­jęt­no­ści ana­li­ty­ków zacho­wa­nia. To dobra wia­do­mość, a ekwi­wa­len­cja bodź­ców sta­nowi świetny punkt wyj­ścia. Jeśli jed­nak na niej poprze­sta­niemy, napo­tkamy dwie nie­roz­wią­zane kwe­stie.

Po pierw­sze, ekwi­wa­len­cja bodź­ców to odkry­cie, nie wyja­śnie­nie. Jak wyewo­lu­owała ta umie­jęt­ność? Jakie warunki kon­tek­stowe są nie­zbędne do poja­wie­nia się reak­cji na wywie­dzione rela­cje? Jeśli nie odpo­wiemy na te pyta­nia, pozo­sta­niemy bez metody umoc­nie­nia owej reak­cji, gdy ona nie wystę­puje, jak u nie­któ­rych osób z poważ­nymi nie­peł­no­spraw­no­ściami. Meta­fo­rycz­nie rzecz ujmu­jąc, znaj­du­jemy się w podob­nej sytu­acji, co bada­cze awer­sji do smaku, zanim zro­zu­mieli, że ta ostat­nia sta­nowi po pro­stu szcze­gólny przy­pa­dek warun­ko­wa­nia kla­sycz­nego. Kiedy już to zro­zu­miano, łatwiej było o mody­fi­ka­cje w razie potrzeby (np. by unik­nąć nie­po­żą­da­nych skut­ków ubocz­nych lecze­nia nowo­two­ro­wego dla spo­ży­wa­nia posił­ków przez wystrze­ga­nie się paro­wa­nia z nowymi sma­kami).

Po dru­gie, nie wszyst­kie rela­cje są "takie same". Bodźce mogą na przy­kład być słab­sze lub sil­niej­sze, szyb­sze lub wol­niej­sze, mogą powstrzy­my­wać inne bodźce albo być przez nie powstrzy­my­wane. Trudno sobie wyobra­zić, jak ludzie mie­liby radzić sobie z coraz bar­dziej zło­żo­nymi sytu­acjami -?wyma­ga­ją­cymi umie­jęt­no­ści rozu­mo­wa­nia, myśle­nia, humoru, opo­wia­da­nia histo­rii, przyj­mo­wa­nia per­spek­tywy i tak dalej - wyłącz­nie z wyko­rzy­sta­niem bez­po­śred­nich zależ­no­ści i ekwi­wa­len­cji. Spró­buj popro­sić przy­ja­ciela, by doglą­dał two­jego domu, kiedy wyje­dziesz na urlop, przy uży­ciu jedy­nie ekwi­wa­len­cji bodź­ców, a zro­zu­miesz, na czym polega pro­blem. Skoro rela­cje wywie­dzione są ważne w ludz­kim zacho­wa­niu, to jak możemy się zająć pozo­sta­łymi? Te dwa ogra­ni­cze­nia pozo­sta­wiają ana­li­ty­ków zacho­wa­nia bez metody zmiany wzor­ców wywie­dzio­nych rela­cji, gdy owe wzorce pro­wa­dzą do cier­pie­nia. Teo­ria ram rela­cyj­nych i jej roz­sze­rze­nie w postaci ACT praw­do­po­dob­nie roz­wią­zują pro­blem obu teo­re­tycz­nych man­ka­men­tów.

W jaki spo­sób reak­cje na wywie­dzione rela­cje wyła­niają się z uję­cia kon­tek­stu­al­nego? Odpo­wiedź, jakiej udziela RFT, oka­zuje się w dużej mie­rze zgodna z wcze­snym mode­lem zacho­wań wer­bal­nych Skin­nera oraz z histo­rią ana­lizy zacho­wa­nia. Wywo­dzimy rela­cje ze względu na histo­rię wzmac­nia­nia wywie­dzio­nych rela­cji jako powie­la­nego zge­ne­ra­li­zo­wa­nego zacho­wa­nia spraw­czego. Kon­cep­cja "X jest zacho­wa­niem spraw­czym" sta­nowi naj­krót­szą i naj­prost­szą ze wszyst­kich moż­li­wych teo­rię beha­wio­ralną oraz odnosi się do RFT. Sedno RFT sta­nowi stwier­dze­nie, że odno­sze­nie jest zacho­wa­niem spraw­czym. Takie ogólne stwier­dze­nie prze­kłada się w przy­padku ekwi­wa­len­cji bodź­ców na ekwi­wa­len­cja jest zacho­wa­niem spraw­czym, w przy­padku porów­nań -?na porów­ny­wa­nie jest zacho­wa­niem spraw­czym i tak dalej.

Roz­ważmy zge­ne­ra­li­zo­waną umie­jęt­ność naśla­do­wa­nia lub pro­sty pomysł teo­re­tyczny, że naśla­do­wa­nie jest zacho­wa­niem spraw­czym. Na początku każdy przy­pa­dek naśla­do­wa­nia praw­do­po­dob­nie będzie wyma­gał bez­po­śred­niego wzmac­nia­nia, jed­nakże po wzmac­nia­niu wielu przy­kła­dów osoba może naśla­do­wać zasad­ni­czo każdy ruch lub dzia­ła­nie, które jest w sta­nie wyko­nać. Zacho­wa­nie staje się topo­gra­ficz­nie nie­ogra­ni­czone.

Sche­mat przed­sta­wiony na ryci­nie 2.3 poka­zuje, jak to może wyglą­dać w kon­tek­ście roz­wi­ja­nia rela­cyj­nych klas wer­bal­nych jako zge­ne­ra­li­zo­wa­nego zacho­wa­nia spraw­czego. Nie wywo­dzimy rela­cji po pro­stu dla­tego, że jest to "racjo­nalne"; to raczej rela­cje wer­balne wpły­wają na zmiany w zacho­wa­niu zewnętrz­nym, które łączy się z zależ­no­ściami wzmac­nia­ją­cymi. Kiedy możemy uzy­skać infor­ma­cje o oto­cze­niu bez bez­po­śred­niego ucze­nia się, naj­czę­ściej pozwala nam to na kon­takt ze wzmac­nia­niem i na unik­nię­cie kara­nia. Na wcze­snym eta­pie roz­woju począt­kowe przy­padki wywie­dzio­nych rela­cji są naj­pew­niej wzmac­niane w spo­sób bez­po­średni poprzez roz­wią­za­nie pro­stych pro­ble­mów albo pochwały ze strony rodziny. Ponie­waż przy­kłady wywie­dzio­nych rela­cji się sumują, może to nastę­po­wać dość łatwo i pro­wa­dzić do prze­wi­dy­wal­nych zmian w zacho­wa­niu jaw­nym oraz do zge­ne­ra­li­zo­wa­nego wzorca kon­taktu ze wzmac­nia­niem i uni­ka­nia kara­nia poprzez wywo­dze­nie rela­cji.

Rycina 2.3. Roz­wi­ja­nie rela­cyj­nych klas wer­bal­nych

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

Skoro ta stra­te­gia jest tak efek­tywna, to dla­czego ludzie zdają się jedy­nymi zwie­rzę­tami zdol­nymi do wywo­dze­nia nie­zwy­kle zło­żo­nych rela­cji wer­bal­nych? Powód jest ten sam, dla któ­rego adap­ta­cje u ludzi rzadko obej­mują dzio­ba­nie przed­mio­tów -?przy­pad­kowa zmien­ność i selek­cja na pozio­mie filo­ge­ne­tycz­nym nie dopro­wa­dziły do wykształ­ce­nia się u nas twar­dej trój­kąt­nej kości na końcu twa­rzy (zwa­nej potocz­nie dzio­bem), którą mogli­by­śmy ude­rzać w różne obiekty i poru­szać w ele­gancki, wyra­fi­no­wany spo­sób. Ewo­lu­cyjna przy­pad­ko­wość dopro­wa­dziła nasz gatu­nek do wykształ­ce­nia głę­boko usie­cio­wio­nej struk­tury czo­ło­wej i cie­mie­nio­wej mózgu, w któ­rej praw­do­po­dob­nie zacho­dzi wywo­dze­nie rela­cji (np. Dic­kins i in., 2001; Schlund, Hoehn-Saric i Cataldo, 2007). Nie ozna­cza to, że musimy odwo­ły­wać się do struk­tur neu­ro­nal­nych jako wyja­śnie­nia, bo to tak samo wystar­cza­jące wyja­śnie­nie, jak "posia­da­nie dzioba, a dziób dzio­bie". Szu­kamy wytłu­ma­cze­nia funk­cjo­nal­nego, a to z koniecz­no­ści zakłada, że reak­cje spraw­cze są topo­gra­ficz­nie nie­ogra­ni­czone.

Pomysł topo­gra­ficz­nie nie­ogra­ni­czo­nych zacho­wań spraw­czych może począt­kowo wydać się ana­li­ty­kowi zacho­wa­nia dziwny, choć nie powi­nien, ponie­waż zacho­wa­nie spraw­cze jest jed­nostką funk­cjo­nalną, nie topo­gra­ficzną. Zacho­wa­nia spraw­cze mogą mieć dowolny roz­miar i kształt oraz prze­cho­dzić z jed­nego stanu rze­czy do dru­giego. Skin­ner opi­sy­wał jako zacho­wa­nie zarówno widze­nie, jak i jecha­nie samo­cho­dem na plażę. Ana­li­tycy zacho­wa­nia nauczyli mor­świny wyko­ny­wa­nia nowych sztu­czek jako zacho­wa­nia spraw­czego (Pryor, Haag i O'Reilly, 1969) i reago­wa­nia w spo­sób losowy na kla­wia­tu­rze jako zacho­wa­nia spraw­czego (Neu­rin­ger, 1986). Z defi­ni­cji nowe zacho­wa­nie czy losowa sekwen­cja nie mogą być scha­rak­te­ry­zo­wane topo­gra­ficz­nie.

Nie ma żad­nego aprio­rycz­nego powodu, który w podobny spo­sób zapo­bie­gałby poja­wie­niu się reak­cji na wywie­dzione rela­cje, lecz obec­nie, kilka dekad po zapre­zen­to­wa­niu tej pro­stej kon­cep­cji na corocz­nej kon­wen­cji Asso­cia­tion for Beha­vior Ana­ly­sis Inter­na­tio­nal (Hayes i Brown­stein, 1985), ist­nieje kil­ka­set badań empi­rycz­nych, które ją potwier­dzają, a nie ist­nieje żadne, które by jej zaprze­czało. O ile na początku wzmac­nia się sto­sun­kowo pro­ste przy­padki wywo­dze­nia rela­cji czy wnio­sko­wa­nia, o tyle po wielu przy­kła­dach wywo­dze­nie rela­cji zacho­dzi łatwo w sze­ro­kim zakre­sie ukła­dów bodź­ców -?staje się auto­ma­tyczne. To praw­do­po­dobne wyja­śnie­nie wcze­snego two­rze­nia się reak­cji na wywie­dzione rela­cje zga­dza się na przy­kład z tym, dla­czego "wil­cze dzieci" raczej tych reak­cji nie wyka­zują. Otóż do roz­wi­nię­cia się reak­cji na wywie­dzione rela­cje konieczne jest wspar­cie śro­do­wi­ska.

Teo­ria ram rela­cyj­nych jest uwa­żana za nie­ła­twą do zro­zu­mie­nia, co ma zwią­zek z tym, że (1) mówie­nie o języku jest trudne i zdaje się z natury abs­trak­cyjne; (2) do opi­sa­nia, czym jest wywie­dziona rela­cja i jak ją zasto­so­wać do okre­ślo­nych typów rela­cji, potrzeba spe­cja­li­stycz­nej ter­mi­no­lo­gii; (3) rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze oddzia­łują na inne pro­cesy beha­wio­ralne. Wzgląd na sedno teo­rii -?odno­sze­nie jest zacho­wa­niem spraw­czym -?pozwala zako­twi­czyć te dys­ku­sje, szcze­gól­nie w przy­padku ana­li­ty­ków zacho­wa­nia, któ­rzy są przy­zwy­cza­jeni do myśle­nia o zja­wi­skach beha­wio­ral­nych takich jak naśla­do­wa­nie w spo­sób czy­sto funk­cjo­nalny i beha­wio­ralny. Teo­ria ram rela­cyj­nych radzi sobie z kwe­stią "iden­tycz­no­ści" przez wpro­wa­dze­nie wska­zó­wek kon­tek­sto­wych, które okre­ślają rodzaj rela­cji mię­dzy dwoma bodź­cami. A może być "równe" B, ale także "więk­sze niż" B. Jeśli A jest "więk­sze niż" B i B jest "więk­sze niż" C, to możemy rów­nież wywieść, że A jest "więk­sze niż" C, a C jest "mniej­sze niż" A. Rela­cyjne wska­zówki kon­tek­stowe mogą okre­ślać różne rela­cje, które były mode­lo­wane w pod­sta­wo­wych bada­niach eks­pe­ry­men­tal­nych, takie jak: ramy oparte na koor­dy­na­cji (iden­tycz­ność), roz­róż­nie­niu (róż­nica), porów­na­niu (wła­sność względna), opo­zy­cji (prze­ci­wień­stwo), prze­strzeni (prze­strzeń względna), cza­so­wo­ści (czas względny), hie­rar­chicz­no­ści (kate­go­rie) i deik­tyce (przyj­mo­wa­nie per­spek­tywy). Po wyja­śnie­niu tych kwe­stii doty­czące ekwi­wa­len­cji bodź­ców kon­cep­cje syme­trycz­no­ści i prze­chod­nio­ści muszą zostać zmo­dy­fi­ko­wane, tak aby mogły mieć zasto­so­wa­nie do wszyst­kich takich rela­cji. Syme­trycz­ność -?szcze­gólny przy­pa­dek powią­za­nia odno­szą­cego i prze­chod­niość/ekwi­wa­len­cja -?szcze­gólny przy­pa­dek powią­za­nia kom­bi­na­to­ryj­nego. Mówi się, że są to cechy reak­cji na wywie­dzione rela­cje.

Rycina 2.4 przed­sta­wia zestaw rela­cji bar­dziej roz­bu­do­wany niż klasa ekwi­wa­lentna zapre­zen­to­wana wcze­śniej. Przede wszyst­kim wypo­wie­dziane słowo "pies" i zapi­sane słowo "pies" sta­no­wią przy­kład powią­za­nia odno­szą­cego. One odno­szą się do tego samego. Nie cho­dzi tu jed­nak o poje­dyn­czy wize­ru­nek psa ani nawet tylko o psy, które wyglą­dają tak jak pies ze zdję­cia, jak można by wywnio­sko­wać z wcze­śniejszej ryciny.

"Pies" to ter­min hie­rar­chiczny, obej­mu­jący nie­zli­czone różne rasy psów, które mają mniej lub bar­dziej podobne cechy (cztery łapy, długi nos, mer­da­jący ogon). Zara­zem tylko dla­tego, że wszyst­kie te zwie­rzęta można okre­ślić jako "psy", nie możemy po pro­stu zało­żyć, że wszyst­kie są takie same. Nie­które psy są więk­sze niż inne, a "więk­szy" sta­nowi wska­zówkę kon­tek­stową, która okre­śla rela­cję. Możemy zatem wywieść, że nie­które psy są "mniej­sze" niż inne. Bio­rąc pod uwagę wie­dzę na temat rela­cji dwóch psów wzglę­dem trze­ciego psa, możemy sfor­mu­ło­wać pewne zało­że­nia doty­czące rela­cji mię­dzy dwoma psami, nawet gdyby nie zostały one ni­gdy bez­po­śred­nio porów­nane (powią­za­nie kom­bi­na­to­ryjne). Daje nam to znacz­nie bar­dziej roz­bu­do­wane i peł­niej­sze rozu­mie­nie tego, czym jest pies, oraz ilu­struje istot­ność roz­sze­rze­nia tra­dy­cyj­nego rozu­mie­nia ekwi­wa­len­cji na szer­szy i dokład­niej­szy opis zacho­wa­nia rela­cyj­nego.

Rycina 2.4. Bar­dziej roz­bu­do­wany zestaw rela­cji

Źró­dło: opra­co­wa­nie wła­sne.

Oczy­wi­ście rycina zawiera zdję­cia psów, a ich względną wiel­kość da się wywnio­sko­wać bez potrzeby uży­wa­nia języka. Można to jed­nak łatwo zilu­stro­wać, uży­wa­jąc nazw ras psów, takich jak "chi­hu­ahua" czy "mastif ". Nazwy te for­mal­nie nie są podobne do bodź­ców fizycz­nych, do któ­rych się odno­szą. Jed­nakże wie­dząc, że chi­hu­ahua jest mniej­szy niż husky, a mastif jest więk­szy niż husky, więk­szość ludzi wywie­dzie, że chi­hu­ahua jest rów­nież mniej­szy niż mastif i że mastif jest więk­szy niż chi­hu­ahua, nawet jeśli ni­gdy nie widziała tych psów. A gdy w grę wcho­dzi język, rela­cje wer­balne mogą być cał­ko­wi­cie arbi­tralne.

Cza­sami rela­cyjne wska­zówki kon­tek­stowe mogą opie­rać się na mniej lub bar­dziej for­mal­nych kon­wen­cjach spo­łecz­nych. Możemy powie­dzieć, że "mal" jest prze­ci­wień­stwem "dobry" w języku hisz­pań­skim albo że "żmerż" jest prze­ci­wień­stwem "dobry" w języku, który sami wymy­śli­li­śmy. Kiedy rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze mogą być wyko­rzy­sty­wane na pod­sta­wie powią­za­nych zda­rzeń opar­tych na kon­wen­cji spo­łecz­nej, reak­cja na wywie­dzione rela­cje staje się "arbi­tral­nie apli­ko­wal­nym reago­wa­niem rela­cyj­nym". Ponie­waż brzmi to bar­dzo skom­pli­ko­wa­nie, więk­szość bada­czy RFT mówi po pro­stu o AARR (od ang. arbi­tra­rily appli­ca­ble deri­ved rela­tio­nal respon­ding). Jako klasa AARR może obej­mo­wać nie­ar­bi­tralne przy­kłady (mysz "jest mniej­sza niż" słoń), ale test arbi­tral­nej apli­ko­wal­no­ści polega na tym, że te same rela­cyjne wska­zówki kon­tek­stowe można zasto­so­wać do dowol­nego zestawu bodź­ców (np. "5 gro­szy jest mniej­sze niż 10 gro­szy", co nie jest prawdą w sen­sie for­mal­nym ani topo­gra­ficz­nym).

Zanim przej­dziemy dalej, musimy jesz­cze omó­wić poję­cie prze­kształ­ca­nia funk­cji bodźca. Jest ono klu­czowe dla zro­zu­mie­nia, w jaki spo­sób ramy rela­cyjne mogą wpły­wać na zacho­wa­nie, na które chcemy oddzia­łać za pomocą inter­wen­cji beha­wio­ral­nej. Pozo­sta­jąc przy przy­kła­dzie z psem: wyobraźmy sobie, że osoba została pogry­ziona przez psa. Ponie­waż funk­cje mogą być prze­kształ­cane na pod­sta­wie rela­cji wer­bal­nych, możemy prze­wi­dy­wać, że osoba ta będzie odczu­wać nie­po­kój, gdy usły­szy słowo "pies" (np. gdy zna­jomy powie: "Mam psa i chciał­bym, żebyś go poznała") lub prze­czyta słowo P-I-E-S w książce czy gaze­cie. W inte­rak­cje ze sło­wami i sym­bo­lami wcho­dzimy w taki sam spo­sób, jak w inte­rak­cje z bodź­cami fizycz­nymi. Słowa i sym­bole mogą być obecne zewnętrz­nie lub -?w przy­padku myśle­nia -?wewnętrz­nie, co jesz­cze bar­dziej zwięk­sza zło­żo­ność naszych inte­rak­cji z wła­snym zacho­wa­niem rela­cyj­nym.

Mówimy tu o prze­kształ­ca­niu, ponie­waż funk­cje, które są zmie­niane przez ramo­wa­nie rela­cyjne, zależą od kon­kret­nej pod­sta­wo­wej ramy rela­cyjnej. Gdyby ktoś cię spy­tał, jak sma­kują lody, mogła­byś/mógł­byś się uśmiech­nąć i wska­zać na miskę z budy­niem. Z kolei gdyby ktoś spy­tał, jak sma­kuje prze­ci­wień­stwo lodów, mogła­byś/mógł­byś się skrzy­wić, wyobra­ża­jąc sobie smak błota w ustach, i wska­zać na miskę z bło­tem. Słowo "sma­ko­wać" jest kon­tek­stem, który sku­pia się na funk­cjach sma­ko­wych lodów (a nie ich wyglą­dzie), lecz pozy­tywny smak lodów można prze­kształ­cić w nega­tywny poprzez rela­cję wer­balną. (Możesz się uznać za szczę­ściarę/szczę­ścia­rza, jeśli na myśl przy­szło ci błoto, a nie psia kupa!).

Prze­kształ­ca­nie funk­cji bodźca pozwala nam dostrzec wza­jemne oddzia­ły­wa­nie mię­dzy zacho­wa­niem rela­cyj­nym a zacho­wa­niem obser­wo­wal­nym. W ści­słym modelu ABC możemy zało­żyć, że ludzie reagują wyłącz­nie na bodźce poprze­dza­jące reak­cje. Jed­nakże RFT zakłada, że zda­rze­nia poprze­dza­jące wcho­dzą w inte­rak­cje z rela­cjami wer­bal­nymi, które odno­szą się do danego zda­rze­nia, i wła­śnie ten połą­czony pro­ces wywo­łuje czy też wyzwala obser­wo­walne zacho­wa­nie osta­tecz­nie łączące się z zależ­no­ściami wzmac­nia­ją­cymi lub karzą­cymi.

Przy­kład tego zja­wi­ska poda­li­śmy wcze­śniej, kiedy ode­sła­li­śmy do kla­sycz­nego bada­nia prze­pro­wa­dzo­nego przez nie­ży­ją­cego już pre­zesa Asso­cia­tion for Beha­vior Ana­ly­sis Inter­na­tio­nal Micha­ela J. Doughera (Dougher, Hamil­ton, Fink i Har­ring­ton, 2007). W bada­niu tym wyka­zano, że jeśli bodziec B wywo­łał pobu­dze­nie w wyniku spa­ro­wa­nia z raże­niem prą­dem, uczest­nicy -?dowie­dziaw­szy się, że A < B < C -?prze­ja­wiali więk­sze pobu­dze­nie w przy­padku C niż B, cho­ciaż C ni­gdy nie zostało spa­ro­wane z raże­niem prą­dem, w przy­padku A prze­ja­wiali zaś mniej­sze pobu­dze­nie niż w przy­padku B. Efekt ten nie może być gene­ra­li­za­cją bodźca -?bodźce nie były for­mal­nie podobne do B. Nie może rów­nież cho­dzić o paro­wa­nie bodź­ców -?A i C zostały spa­ro­wane z B taką samą liczbę razy. O co zatem cho­dzi? Potrzebne nam jest nowe poję­cie: "prze­kształ­ca­nie funk­cji bodźca poprzez wywie­dzione rela­cje".

Pięć omó­wio­nych ele­men­tów -?powią­za­nie odno­szące, powią­za­nie kom­bi­na­to­ryjne, rela­cyjna kon­trola kon­tek­stowa, prze­kształ­ca­nie funk­cji bodźca i funk­cjo­nalna kon­trola kon­tek­stowa -?defi­niuje ramo­wa­nie rela­cyjne. Naj­prost­sza z teo­rii beha­wio­ral­nych, w któ­rej odno­sze­nie jest zacho­wa­niem spraw­czym, staje się nieco bar­dziej skom­pli­ko­wana, ponie­waż do jej bada­nia i sto­so­wa­nia potrzeba pre­cy­zyj­nej beha­wio­ral­nej defi­ni­cji wywie­dzio­nych rela­cji. Prak­ty­ków ana­lizy zacho­wa­nia zwy­kle to nie dziwi, ponie­waż wie­dzą, że radze­nie sobie w pre­cy­zyjny spo­sób w pro­gra­mie beha­wio­ral­nym z wie­loma celami inter­wen­cji bywa skom­pli­ko­wane, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o naśla­do­wa­nie, agre­sję, czy współ­pracę. Teo­ria ram rela­cyj­nych nie jest pod tym wzglę­dem wyjąt­kiem. Przy­to­czone powy­żej przy­kłady repre­zen­tują sto­sun­kowo pro­ste klasy rela­cyjne, ale łatwo wyobra­zić sobie bar­dzo skom­pli­ko­wane zacho­wa­nia rela­cyjne. Owe przy­kłady słu­żyły jedy­nie zilu­stro­wa­niu pod­sta­wo­wego modelu postę­po­wa­nia, który pozwala zacząć badać zacho­wa­nie i opra­co­wać inter­wen­cje mające na celu oddzia­ła­nie na nie.

Nie wiemy jesz­cze, czy ramo­wa­nie rela­cyjne można wytre­no­wać u zwie­rząt. Jak dotąd odpo­wiedź zdaje się brzmieć: tylko w ogra­ni­czo­nym stop­niu i z dużym tru­dem. Lew mor­ski o imie­niu Rio zda­wał się wyka­zy­wać ekwi­wa­len­cję, gdy tre­no­wano ją jako zacho­wa­nie spraw­cze (Schu­s­ter­man i Kastak, 1993), ale poja­wiły się pewne pro­blemy meto­do­lo­giczne; udało się to zaob­ser­wo­wać u jed­nego z trzech osob­ni­ków, a tre­ning był bar­dzo żmudny i cza­so­chłonny. Ronald J. Schu­s­ter­man w kolej­nych bada­niach zmie­nił pro­ce­dury i prze­su­nął test bar­dziej w kie­runku zwy­kłej klasy funk­cjo­nal­nej (która, jak­kol­wiek inte­re­su­jąca, nie jest kon­tro­wer­syjna ani nie jest tym samym co AARR). Eks­pe­ry­ment nie został w pełni i bez­po­śred­nio zre­pli­ko­wany, a zarówno Rio, jak i dok­tor Schu­s­ter­man już nie żyją. Nie­dawny prze­gląd doty­czący syme­trycz­no­ści u zwie­rząt (Lio­nello-DeNolf, 2021) potwier­dził, że w wielu pró­bach wyka­za­nia tego zja­wi­ska około 30% zwie­rząt mogło je wyka­zać, a zgod­nie z RFT "w bada­niach, które dostar­czyły naj­moc­niej­szych dowo­dów na syme­trycz­ność, wyko­rzy­sty­wano kolejne pro­ce­dury dopa­so­wy­wa­nia do wzorca obej­mu­jące tre­ning w zakre­sie rela­cji sym­bo­licz­nych i rela­cji iden­tycz­no­ści" (Lio­nello-DeNolf, 2021, s. 309). Doko­nano jed­nak znacz­nych mody­fi­ka­cji pro­ce­du­ral­nych, a takie zmiany meto­do­lo­giczne powo­dują, że zwie­rzęta wyka­zują zacho­wa­nia, które wyglą­dają tak samo jak ludz­kie, lecz funk­cjo­nal­nie róż­nią się od tego, co jest znane z badań pro­wa­dzo­nych na ludziach. Gdy wycho­dzimy poza ekwi­wa­len­cję, żadne rygo­ry­styczne metody eks­pe­ry­men­talne nie pozwa­lają nam zna­leźć ramo­wa­nia rela­cyj­nego w wielu for­mach rela­cji bodź­ców u zwie­rząt.

Pełne omó­wie­nie każ­dej z tych ram oraz jej powią­zań z ACT wykra­cza poza zakres naszej książki, więc tylko pokrótce odnie­siemy się do bar­dziej zaawan­so­wa­nych modeli zacho­wań rela­cyj­nych. Nie chcemy jed­nak koń­czyć tego pod­roz­działu bez wspo­mnie­nia o tym, że -?podob­nie jak w przy­padku awer­sji do smaku -?kiedy zasady beha­wio­ralne mają zasto­so­wa­nia spe­cy­ficzne dla gatunku, ważne jest wyja­śnie­nie, dla­czego tak jest, i to w kon­tek­ście ewo­lu­cyj­nej histo­rii gatunku, a nie tylko fizjo­lo­gii orga­ni­zmu. Zro­biono to w odnie­sie­niu do rela­cyj­nych zacho­wań spraw­czych (Hayes i San­ford, 2014).

Sedno argu­men­ta­cji sta­nowi to, że wie­lo­po­zio­mowa selek­cja zapew­niała ewo­lu­cyjną prze­wagę homi­ni­nom jako ple­mien­nym naczel­nym, kiedy współ­pra­co­wały w swo­ich gru­pach. Być może dla­tego nor­mal­nie roz­wi­ja­jące się nie­mow­lęta cechuje pewien sto­pień umie­jęt­no­ści nie­wer­bal­nego przyj­mo­wa­nia per­spek­tywy oraz zarówno roz­po­znają one, jak i nagra­dzają współ­pracę (zob. prze­gląd w: Hayes i San­ford, 2014). Wiele zwie­rząt wyko­nuje cha­rak­te­ry­styczne gesty lub wydaje cha­rak­te­ry­styczne dźwięki w reak­cji na okre­ślone obiekty oraz prze­ja­wia cha­rak­te­ry­styczne reak­cje na owe gesty lub dźwięki jako słu­cha­cze. Bra­kuje zaś koor­dy­na­cji mię­dzy tymi dwoma reper­tu­arami zacho­wań, która mogłaby pro­wa­dzić do solid­nych form powią­za­nia odno­szą­cego, a tym samym do wspól­noty wer­bal­nej.

Nie­mowlę się­gnie po zabawkę i poda ją nie­zna­jo­memu, który na nią wskaże, ale także się­gnie po nią i będzie pró­bo­wało ją odło­żyć na miej­sce w cza­sie sprzą­ta­nia, gdy doro­sły, który pomaga mu sprzą­tać zabawki, wskaże na nią (Lie­bal, Behne, Car­pen­ter i Toma­sello, 2009). Jeśli pierwsi ludzie potra­fili dostar­czyć okre­ślony przed­miot, gdy mówca emi­to­wał mand, to takie wspólne dzia­ła­nie pro­wa­dziło do spo­łecz­nych form "powią­za­nia odno­szą­cego", które dawało prze­wagę gru­pom ludz­kim. W miarę, jak ta forma spo­łeczna była uwew­nętrz­niana, stop­niowy pro­ces kul­tu­ro­wego, psy­chicz­nego i neu­ro­fi­zjo­lo­gicz­nego roz­woju zwięk­szał praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia takich uży­tecz­nych dzia­łań, przy­czy­nia­jąc się do powsta­nia spo­łecz­no­ści wer­bal­nej (klu­czowy ele­ment uję­cia Skin­nera, który sam w sobie ni­gdy nie został w pełni wyja­śniony) i pre­sji selek­cyj­nej na zmiany neu­ro­bio­lo­giczne, które dalej wspie­rały te formy zacho­wań rela­cyj­nych. Mówiąc pro­ściej, zamiast kul­tury pro­wa­dzą­cej do pozna­nia na pierw­szym miej­scu zna­la­zła się współ­praca.

Rola zdarzeń prywatnych a motywacja

Zda­rze­nia pry­watne obej­mują sty­mu­la­cję pry­watną (śro­do­wi­sko "pod­skórne") i zacho­wa­nia pry­watne (np. myśli), które są natych­miast dostępne jedy­nie dla osoby doświad­cza­ją­cej danego zda­rze­nia. Praw­do­po­dob­nie także zwie­rzęta doświad­czają zda­rzeń pry­wat­nych. Możemy na przy­kład zało­żyć, że psy doświad­czają głodu, zimna i podob­nych zda­rzeń -?nawet jeśli te nie mają dokład­nie takiej formy jak u ludzi.

W przy­padku ludzi zda­rze­nia pry­watne są nie­zwy­kle skom­pli­ko­wane. Ludzie anga­żują się w zło­żone zacho­wa­nia wer­balne, które prze­kształ­cają w sieci rela­cyjne o ogrom­nej zło­żo­no­ści. To kom­pli­kuje funk­cjo­nalną ana­lizę zacho­wa­nia, jesz­cze zanim doj­dziemy do domi­na­cji ludz­kich zda­rzeń pry­wat­nych z powodu reak­cji na wywie­dzione rela­cje. Skin­ner zga­dzał się co do tego, że ukryte zacho­wa­nie wer­balne jest czę­ścią całego zacho­wa­nia, które ana­li­tycy zacho­wa­nia sta­rają się wyja­śnić, ale nie zda­wał sobie sprawy, że rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze oddzia­łują na inne zda­rze­nia beha­wio­ralne.

Weźmy na przy­kład próbę wyko­rzy­sta­nia bez­po­śred­nich zależ­no­ści do prze­wi­dze­nia, czy osoba przyj­dzie na swoją pierw­szą w życiu randkę w ciemno. Jest to pierw­sza randka, brak więc histo­rii wzmac­nia­nia i kara­nia. Osoba może mieć zge­ne­ra­li­zo­waną histo­rię wzmac­nia­nia lub kara­nia inte­rak­cji z nie­zna­jo­mymi, która wpływa na jej decy­zję. Jed­nakże praw­do­po­dob­nie zaan­ga­żuje się rów­nież w zło­żoną sekwen­cję myśle­nia wspie­ra­jącą pod­ję­cie decy­zji: "Czy on mnie polubi?", "Czy dobrze dziś wyglą­dam?", "Czy jestem gotowa na zwią­zek?".

"Beata powie­działa, że on jest miły, a Piotr powie­dział, że wcale taki nie jest, ja zaś wie­rzę Beacie bar­dziej niż Pio­trowi". Osoba obser­wuje zda­rze­nie, kiedy się nad nim zasta­na­wia, lecz ana­li­tyk zacho­wa­nia nie ma dostępu do takich danych. Wyko­rzy­stu­jąc tra­dy­cyjne stra­te­gie ana­lizy danych, ana­li­tyk zacho­wa­nia może jedy­nie zare­je­stro­wać, czy randka doszła do skutku. Poten­cjal­nie jesz­cze bar­dziej kło­po­tliwe jest to, że nie­sku­teczne spo­soby roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów, takie jak nad­mier­nie nega­tywne oce­nia­nie sie­bie, mogą odgry­wać rolę w wielu innych wzor­cach uni­ka­nia beha­wio­ral­nego, które należą do tej samej klasy funk­cjo­nal­nej, choć wydają się cał­ko­wi­cie nie­po­wią­zane, gdy możemy badać wyłącz­nie zacho­wa­nia jawne.

Potrze­bu­jemy zestawu pro­ce­sów zmiany zacho­wa­nia pozwa­la­ją­cych odnieść się do roli zda­rzeń w miarę ich wystę­po­wa­nia, a to wymaga tech­nik, które sku­tecz­nie zmie­niają funk­cję tych zda­rzeń pry­wat­nych, kiedy klienci nie żyją zgod­nie ze swo­imi war­to­ściami. Te pro­cesy i pro­ce­dury muszą odno­sić się do ugrun­to­wa­nych zasad beha­wio­ral­nych, w tym do ramo­wa­nia rela­cyj­nego i pro­ce­sów ewo­lu­cyj­nych VRSCDL, do któ­rych należy selek­cja beha­wio­ralna. Potrze­bu­jemy metod oceny i metod inter­wen­cji, które umoż­li­wiają taką sze­rzej zakro­joną ana­lizę zacho­wa­nia opartą na pro­ce­sach.

Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia, teo­ria ram rela­cyj­nych i model ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej skła­dają się na naj­le­piej roz­wi­nięte podej­ście w ana­li­zie zacho­wa­nia, które może w tym pomóc. Wyja­śnie­nie, dla­czego tak jest, i przed­sta­wie­nie spo­so­bów wyko­rzy­sta­nia owego podej­ścia to cele przy­świe­ca­jące nam w niniej­szej książce. Wiele tech­nik zapre­zen­to­wa­nych w kolej­nych roz­dzia­łach będzie dobrze zna­nych ana­li­ty­kom zacho­wa­nia, a część okaże się dla nich nowa. Pro­ce­dury i pro­cesy, które zdają się odbie­gać od zwy­cza­jo­wych inter­wen­cji, spró­bu­jemy zde­fi­nio­wać i osa­dzić w ści­słych ramach ana­lizy zacho­wa­nia opar­tych na pra­wi­dło­wo­ściach bez­po­śred­nich zależ­no­ści spraw­czych, roz­sze­rzo­nych przez RFT i zasady ewo­lu­cyjne. Czy­tel­niczki i czy­tel­ni­ków pro­simy jedy­nie o goto­wość do kry­tycz­nego zba­da­nia ist­nie­ją­cych modeli i roz­wa­że­nia, że owe pro­ce­dury i pro­cesy mogą otwo­rzyć nową drogę naprzód.

Przy czym nie musi się to odby­wać kosz­tem sta­rej ścieżki -?ta wciąż ist­nieje.

Pierw­szym kro­kiem w naszej podróży będzie roz­wa­że­nie ela­stycz­no­ści beha­wio­ral­nej z poziomu modelu ucze­nia się spraw­czego. Przyj­rzymy się reak­cjom adap­ta­cyj­nym, jak rów­nież temu, jak ucze­nie się rela­cyjne może pomóc wyja­śnić to, co według lite­ra­tury przed­miotu jest sku­tecz­nym i psy­cho­lo­gicz­nie ela­stycz­nym spo­so­bem radze­nia sobie ze zda­rze­niami pry­wat­nymi.

Przejdźmy zatem do tego zagad­nie­nia.

Rozdział 3. Elastyczność psychologiczna i podejście ACT

Roz­dział 3

Ela­stycz­ność psy­cho­lo­giczna i podej­ście ACT

Każdy z nas pamięta pewne chwile w swoim życiu, które wyma­gały więk­szej ela­stycz­no­ści. Być może po okre­sie wytrwa­łych zabie­gów o coś musie­li­śmy z tego zre­zy­gno­wać. Może był to czas, w któ­rym w kółko robi­li­śmy to samo i tylko drep­ta­li­śmy w miej­scu -?aż w końcu wypró­bo­wa­li­śmy nowy spo­sób zacho­wa­nia, nowy styl bycia. Być może to wła­śnie ela­stycz­ność dopro­wa­dziła cię do miej­sca, w któ­rym się znaj­du­jesz obec­nie. Może musia­łaś/musia­łeś pod­jąć odważne decy­zje, by ukoń­czyć stu­dia i zdo­być zawód. Zakoń­czyć tok­syczny zwią­zek i pójść swoją drogą. Zacząć reali­zo­wać nowy plan tre­nin­gowy.

Wszyst­kim nam zda­rzają się w życiu sytu­acje, w któ­rych możemy kon­ty­nu­ować stary spo­sób bycia lub dzia­ła­nia -?albo badać nowe spo­soby. Roze­zna­nie, kiedy warto się cze­goś trzy­mać i wytrwać w obli­czu trud­no­ści, a kiedy zwró­cić się ku nowym wzor­com zacho­wa­nia, sta­nowi pod­stawę ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej. A ta wła­ści­wość dzia­ła­nia jest celem wszyst­kich inter­wen­cji w duchu ACT.

Skąd wzięło się ponad trzy­sta meta­ana­liz doty­czą­cych ACT w nie­mal każ­dym moż­li­wym obsza­rze funk­cjo­no­wa­nia czło­wieka? Dla­czego model ACT i zwią­zane z nim podej­ście oka­zały się tak sku­teczne w przy­padku nie­zli­czo­nych pro­ble­mów beha­wio­ral­nych i psy­chicz­nych, takich jak depre­sja (np. Bohl­me­ijer, Lamers i Fled­de­rus, 2015), lęk (np. Arch i in., 2012), uza­leż­nie­nia (np. Bric­ker, Wat­son, Mull, Sul­li­van i Hef­f­ner, 2020) czy prze­wle­kły ból (np. Wick­sell i in., 2013)? Jak to moż­liwe, że ten sam model wspiera budo­wa­nie zdro­wych związ­ków (Daks i Rogge, 2020) czy wysoką wydaj­ność w pracy (Hayes, Bond, Bar­nes-Hol­mes i Austin, 2006)?

Według nas ma to zwią­zek z fak­tem, że ACT bazuje na funk­cjo­nal­nym i kon­tek­stu­al­nym rozu­mie­niu zacho­wa­nia czło­wieka, które roz­sze­rza zasady beha­wio­ralne na reak­cje na wywie­dzione rela­cje i na zda­rze­nia pry­watne oraz łączy się z ogól­niej­szym podej­ściem nauki o ewo­lu­cji. Ana­liza zacho­wa­nia od zawsze była roz­wi­jana z myślą o jak naj­szer­szym zakre­sie oddzia­ły­wań, ale do reali­za­cji tego celu potrze­bo­wała bar­dziej ade­kwat­nego modelu ludz­kiego języka. Teo­ria ram rela­cyj­nych pozwo­liła przejść od modeli zacho­wa­nia mają­cych zasto­so­wa­nie do wszyst­kich zwie­rząt do modeli odno­szą­cych się do wzor­ców zacho­wa­nia, które wystę­pują jedy­nie u ludzi. Z tym też wiąże się model ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej. Teo­ria ram rela­cyj­nych to nie cudowne pana­ceum ani nie­śmier­telna kon­cep­cja. Praw­do­po­dob­nie -?jak wszyst­kie teo­rie naukowe - jest ona nie­wła­ściwa w nie­zna­nych nam jesz­cze obsza­rach. Jed­nakże przy­czy­nia się do nie­za­prze­czal­nego postępu zarówno w naszej, jak i w innych dzie­dzi­nach, które przy­jęły i dosto­so­wały do swo­ich potrzeb stra­te­gie oparte na ACT.

W tera­pii akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia nie zakłada się, że zma­ga­nia osoby są obja­wem ukry­tej "cho­roby" duszy, umy­słu czy mózgu. Prak­tycy ACT sta­rają się raczej zmie­nić funk­cję cier­pie­nia psy­chicz­nego, tak aby je wyko­rzy­stać jako narzę­dzie ukie­run­ko­wu­jące sku­teczne dzia­ła­nie, a następ­nie zaprząc te same umie­jęt­no­ści na szer­szą skalę -?do budo­wa­nia życia war­tego prze­ży­cia. Samo­za­rzą­dza­nie, czyli to, co Skin­ner nazy­wał samo­kon­trolą, ma w ACT klu­czowe zna­cze­nie, przy czym stra­te­gie pro­jek­to­wane są w taki spo­sób, aby ludzie mogli je wdro­żyć w odnie­sie­niu do wła­snego zacho­wa­nia. Cho­dzi o two­rze­nie świata wokół zacho­wa­nia spój­nego z ACT, aby wspie­rać ela­stycz­ność psy­cho­lo­giczną.

W tym celu należy przy­jąć nastę­pu­jące rady­kalne zało­że­nie, które może wydać się dziwne ana­li­ty­kom zacho­wa­nia, a tym bar­dziej innym ludziom: zda­rze­nia awer­syjne są abso­lut­nie nor­malną czę­ścią życia. Jak wyglą­da­łoby nasze życie, gdy­by­śmy nie byli w sta­nie odczu­wać bólu ani cier­pie­nia? Poświęć chwilę na zasta­no­wie­nie się nad tym. Pomyśl, ile aspek­tów życia byłoby rady­kal­nie innych. Nie uni­ka­li­by­śmy wypad­ków ani cio­sów, które uszka­dzają nasze tkanki. Nie uni­ka­li­by­śmy tok­sycz­nych sub­stan­cji, które wpły­wają na funk­cjo­no­wa­nie naszych narzą­dów. Znacz­nie trud­niej byłoby nam poru­szać się po świe­cie bez wbu­do­wa­nego w nasz orga­nizm sys­temu, który wyewo­lu­ował u wszyst­kich gatun­ków zwie­rząt i dzięki któ­remu jeste­śmy w sta­nie się nauczyć, do czego możemy się zbli­żać, a czego powin­ni­śmy uni­kać. To samo odnosi się do bólu psy­chicz­nego. Uczymy się opa­try­wać różne odczu­wane zda­rze­nia (stany wzmac­nial­no­ści1, ten­den­cje do reago­wa­nia, dozna­nia cie­le­sne, kon­tekst zewnętrzny itd.) wspól­nymi ety­kie­tami emo­cjo­nal­nymi lub dys­po­zy­cyj­nymi. Umie­jęt­ność tę wyko­rzy­stu­jemy rów­nież do udzie­la­nia wska­zó­wek spo­łecz­nych. Bez zdol­no­ści odczu­wa­nia lęku wcho­dzi­li­by­śmy raz po raz w groźne sytu­acje mniej przy­go­to­wani do sku­tecz­nego reago­wa­nia. Bez smutku byli­by­śmy mniej czujni na moż­liwe straty i mogli­by­śmy nie mieć świa­do­mo­ści, jak ważna jest w naszym życiu miłość, na przy­kład w obli­czu nie­unik­nio­nych strat takich jak śmierć uko­cha­nej

Bez zdol­no­ści odczu­wa­nia fizycz­nego i psy­chicz­nego cier­pie­nia znaj­do­wa­li­by­śmy się w znacz­nie gor­szej sytu­acji i szyb­ciej byśmy umie­rali. Mimo to celem wielu modeli inter­wen­cji psy­chia­trycz­nych, psy­cho­lo­gicz­nych czy socjo­lo­gicz­nych jest zmi­ni­ma­li­zo­wa­nie lub zła­go­dze­nie cier­pie­nia psy­chicz­nego do tego stop­nia, że traci ono swoją zdrową, kon­struk­tywną funk­cję (Andrews, Maslej, Thom­son i Hol­lon, 2020). Można to porów­nać do próby napra­wie­nia samo­chodu przez odłą­cze­nie lam­pek kon­tro­l­nych. Nie powinno więc dzi­wić, że pod­czas gdy popu­la­cja Sta­nów Zjed­no­czo­nych jest naj­bar­dziej zme­dy­ka­li­zo­waną popu­la­cją na świe­cie, jej przed­sta­wi­ciele zma­gają się z lękiem, depre­sją i skłon­no­ściami samo­bój­czymi na pozio­mie nie­po­rów­ny­wal­nym z żad­nym innym roz­wi­nię­tym kra­jem (Tik­ka­nen, Fields, Wil­liams i Abrams, 2020). Ucie­ka­nie od trud­nych zda­rzeń pry­wat­nych i tłu­mie­nie ich nic nie dadzą. Naszą auto­ma­tyczną stra­te­gią roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów, wspie­raną przez kul­turę głów­nego nurtu, jest się­ga­nie po mniej­sze wzmoc­nie­nia dostępne od ręki kosz­tem wzmoc­nień więk­szych, ale póź­niej­szych.

Ból czy też cier­pie­nie psy­chiczne odgrywa rolę w trój­e­le­men­to­wej zależ­no­ści, która jest klu­czo­wym kom­po­nen­tem więk­szo­ści modeli inter­wen­cji ana­lizy zacho­wa­nia. Roz­ważmy choćby pro­ces wzmac­nia­nia nega­tyw­nego. Kiedy zda­rze­nie bodź­cowe jest awer­syjne, a dane zacho­wa­nie sku­tecz­nie je eli­mi­nuje, praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia tego zacho­wa­nia w przy­szło­ści czy też jego czę­sto­tli­wość naj­pew­niej wzro­śnie. Podob­nie można inter­pre­to­wać także funk­cje wzmac­nia­nia pozy­tyw­nego, na przy­kład gdy zdo­by­cie poży­wie­nia eli­mi­nuje napady głodu czy zdo­by­cie koca zmniej­sza uczu­cie zimna. Te dwa pro­cesy róż­nią odmienne impli­ka­cje dla ana­li­tyka zacho­wa­nia. Jeśli mocno się w to zagłę­bimy, trudno nam będzie stwier­dzić, czy okry­cie się kocem jest wzmac­niane nega­tyw­nie przez wyeli­mi­no­wa­nie poczu­cia zimna, czy też wzmac­niane pozy­tyw­nie przez poja­wie­nie się odczu­cia cie­pła.

Wszystko to ozna­cza, że zda­rze­nia awer­syjne czę­sto odgry­wają pewną rolę w naszym dzia­ła­niu. Gdy­by­śmy nie odczu­wali zimna, wów­czas to, czy się­gniemy po koc, byłoby bez zna­cze­nia, tak jak spo­ży­wa­nie jedze­nia mia­łoby mniej oczy­wi­sty cel, gdy­by­śmy nie odczu­wali głodu. Życie to nie­koń­czący się cykl bole­snych zda­rzeń i doświad­cza­nia ulgi od nich. Cykl ten sprzyja ucze­niu się i adap­ta­cji. Więk­szość ana­li­ty­ków zacho­wa­nia postrzega zacho­wa­nie wła­śnie w taki spo­sób.

Będziemy jed­nak musieli roz­sze­rzyć to tra­dy­cyjne spoj­rze­nie na co naj­mniej dwa spo­soby. Po pierw­sze, zda­rze­nia zwią­zane z bodź­cami awer­syj­nymi nie zawsze mają cha­rak­ter zewnętrzny -?mogą być pry­watne i mogą na nie oddzia­ły­wać reak­cje na wywie­dzione rela­cje. Po dru­gie, reguły wer­balne mogą skut­ko­wać dość zablo­ko­wa­nymi wzor­cami zacho­wa­nia, które para­dok­sal­nie przy­czy­niają się do nie­zdol­no­ści do ucieczki przed bólem z powodu zde­rze­nia bez­po­śred­nich zależ­no­ści z zależ­no­ściami usta­no­wio­nymi przez roz­wi­nięty spo­sób regu­la­cji zacho­wa­nia, który może być od stu do tysiąca razy now­szy. To spra­wia, że bole­sne zda­rze­nia i próby ich łago­dze­nia tylko pogłę­biają cier­pie­nie -?nasi­lają bez­u­stanne i zara­zem ska­zane na nie­po­wo­dze­nie zma­ga­nia pro­wa­dzące do nie­po­trzeb­nego bólu, gdy bie­żące roz­wią­za­nia nie­ustan­nie zawo­dzą.

Zdarzenia związane z bodźcami awersyjnymi są często prywatne i werbalne

Sty­mu­la­cja awer­syjna jest nie­rzadko uwa­żana za zewnętrzną i zwią­zaną z takimi zda­rze­niami, jak pora­że­nie prą­dem, kara fizyczna, ode­bra­nie lubia­nych przed­mio­tów czy nara­że­nie na inne fizycz­nie stre­su­jące sty­mu­la­cje. W toku histo­rii ana­lizy zacho­wa­nia w wielu inter­wen­cjach beha­wio­ral­nych wyko­rzy­sty­wano kon­trolę awer­syjną do zmiany zacho­wa­nia, przy czym nie­po­koi fakt, że więk­szość tych inter­wen­cji prze­pro­wa­dzano z udzia­łem osób o mini­mal­nym reper­tu­arze wer­bal­nym, co od dawna jest kry­ty­ko­wane przez czo­ło­wych przed­sta­wi­cieli naszej dzie­dziny (Sid­man, 1989). Z kolei więk­szość dzia­łań w obsza­rze psy­cho­te­ra­pii zdaje się kon­cen­tro­wać na wyko­rzy­sta­niu inter­wen­cji wer­bal­nych w celu zmniej­sze­nia kon­troli awer­syj­nej. Przy­czyn takiego stanu rze­czy jest wiele, ale warto pod­kre­ślić jedną z nich. Otóż gdy główne źró­dło cier­pie­nia psy­chicz­nego staje się coraz bar­dziej abs­trak­cyjne, wów­czas odda­lamy się od rze­czywistych bodź­ców fizycz­nych ist­nie­ją­cych w naszym naj­bliż­szym oto­cze­niu. I może być w tym jakiś sens.

Wcze­śniej zwró­ci­li­śmy uwagę, że model zacho­wań spraw­czych Skin­nera z 1938 roku może nie odno­sić się w pełni do ludzi, ze względu na naszą wyjąt­kową zdol­ność posłu­gi­wa­nia się języ­kiem. Póź­niej, w 1957 roku w książce Ver­bal beha­vior, Skin­ner pod­jął próbę uak­tu­al­nie­nia tego stwier­dze­nia, przed­sta­wia­jąc czy­sto instru­men­talny opis języka i pozna­nia. My, ludzie, mówimy, ponie­waż mówie­nie było wzmac­niane przez spo­łecz­ność wer­balną, która słu­cha tego, co mówimy, i została nauczona dzia­łać odpo­wied­nio do tego. Myślimy i roz­wią­zu­jemy pro­blemy, ponie­waż takie dzia­ła­nie pozwala nam doświad­czać sil­niej­szego wzmac­nia­nia. W miarę dora­sta­nia umie­jęt­no­ści te -?mówie­nie, myśle­nie, roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów -?umac­niają się i roz­wi­jają. Rezul­tat sta­nowi mówiąca, myśląca i roz­wią­zu­jąca pro­blemy osoba. Wszy­scy mówimy, myślimy i roz­wią­zu­jemy pro­blemy na różne spo­soby, ale kon­kretne wzorce tego typu zacho­wań sta­nowią zacho­wa­nia spraw­cze. Możemy rów­nież prze­pro­wa­dzić ana­lizę funk­cjo­nalną tych ogrom­nie waż­nych dla naszego spo­sobu życia i adap­ta­cji zacho­wań. Co jed­nak się dzieje wtedy, gdy to, jak mówimy, myślimy i roz­wią­zu­jemy pro­blemy, spra­wia, że bar­dziej cier­pimy? A jeżeli spo­sób, w jaki zwy­kle uży­wamy tych zacho­wań spraw­czych, powo­duje, że ból staje się trwały? A co, jeśli nasze cier­pie­nie samo w sobie wiąże się z tym, jak się komu­ni­ku­jemy, myślimy i roz­wią­zu­jemy pro­blemy?

Język sym­bo­liczny poja­wia się wtedy, gdy osoba reaguje na słowa, a nie tylko na obiekty będące bodź­cami, i to we wza­jemny lub dwu­kie­run­kowy spo­sób. Jest on z zało­że­nia refe­ren­cyjny. To ozna­cza, że sym­bole odno­szą się do bodź­ców i "prze­no­szą z powro­tem" nie­które z ich funk­cji. Gdyby taka rela­cja nie ist­niała, nie mogli­by­śmy reago­wać na sym­bole, słowa czy myśli w spo­sób funk­cjo­nalny. Zacho­wa­nie kie­ro­wane regu­łami wystę­puje wtedy, gdy reagu­jemy na pod­sta­wie sym­boli wer­bal­nych, któ­rych nauczy­li­śmy się przez cią­głą inte­rak­cję ze swoją wer­balną spo­łecz­no­ścią, a nie przez bez­po­śred­nią inte­rak­cję z zewnętrz­nymi zależ­no­ściami. Zda­nie:

"Nie doty­kaj gorą­cego pie­kar­nika, bo się opa­rzysz" okre­śla pewną zależ­ność. Ale nie musimy dotknąć pie­kar­nika ani poczuć bólu, by uni­kać tego rodzaju sytu­acji. "Pie­kar­nik" odnosi się do kon­kret­nego przed­miotu, "doty­kać" -?do kon­kret­nego rodzaju dzia­ła­nia czy ruchu, "opa­rzyć się" - do awer­syj­nego zda­rze­nia pry­wat­nego. A "nie rób..., bo..." opi­suje wzmoc­nie­nie nega­tywne, w któ­rym uni­ka­nie wiąże się z pomi­nię­ciem pew­nego zacho­wa­nia w rela­cji do obiektu.

W roz­dziale 2 pisa­li­śmy o ekwi­wa­len­cji bodź­ców i teo­rii ram rela­cyj­nych. Wraz z Ver­bal beha­vior Skin­nera pozwa­lają nam one zro­zu­mieć, jak wiele naszych dzia­łań ma w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo nie­wiele wspól­nego z bez­po­śred­nimi zależ­no­ściami -?jest to raczej nasza reak­cja na doty­czące ich wła­sne zacho­wa­nia wer­balne. Potrzebę uwzględ­nie­nia tej zależ­no­ści przez RFT widać na przy­to­czo­nym powy­żej przy­kła­dzie. "Nie rób..., bo..." nie jest pro­stą klasą ekwi­wa­lentną -?opi­suje rela­cję cza­sową i zależną. Zoba­cze­nie ? dotknię­cie ? opa­rze­nie nie są syme­tryczne w taki sam spo­sób, jak ele­menty klasy ekwi­wa­len­cji fizyczny pie­kar­nik ? "pie­kar­nik". Fizyczny pie­kar­nik ? "pie­kar­nik" impli­kuje "pie­kar­nik" ? fizyczny pie­kar­nik, ale zoba­cze­nie ? dotknię­cie ? opa­rze­nie nie impli­kuje opa­rze­nie ? dotknię­cie ? zoba­cze­nie. Doda­jąc jesz­cze jeden mały krok, można to zro­bić w inny spo­sób, i to wła­śnie sta­nowi sedno RFT: zoba­cze­nie przed dotknię­ciem przed opa­rze­niem nie musi impli­ko­wać opa­rze­nia po dotknię­ciu po zoba­cze­niu. Doda­nie tego, czyli dostar­cze­nie kla­sycz­nego wyja­śnie­nia zacho­wa­nia (tj. że reago­wa­nie rela­cyjne jest zacho­wa­niem spraw­czym), to wła­śnie dzieło RFT.

Widzimy tu pro­stą jed­nostkę roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów, którą można wyko­rzy­stać w odnie­sie­niu do zacho­wa­nia jaw­nego w rela­cji zacho­wa­nie-zacho­wa­nie. Jeśli ktoś zoba­czy włą­czony pie­kar­nik i wywnio­skuje, że dotknię­cie owego pie­kar­nika będzie skut­ko­wało opa­rze­niem, a następ­nie wywnio­skuje, że wyłą­cze­nie pie­kar­nika pozwoli unik­nąć opa­rze­nia, to zwią­zek z ewen­tu­al­nym zacho­wa­niem jaw­nym w postaci wyłą­cze­nia pie­kar­nika sta­nie się jasny. W tym przy­padku celem inter­wen­cji będzie zro­bie­nie kroku w tył, by się zasta­no­wić nad kon­se­kwen­cjami pozo­sta­wie­nia pie­kar­nika włą­czo­nego i doko­nać wyboru zacho­wa­nia, a nie wypra­co­wa­nie auto­ma­tycz­nej reak­cji uni­ka­nia pie­kar­ników. Obie stra­te­gie przy­no­szą ten sam efekt i pie­kar­nik jest uni­kany, ale pierw­szą z nich praw­do­po­dob­nie można uogól­nić na dowolną liczbę sytu­acji i pro­ble­mów życio­wych bez potrzeby bez­po­śred­niego tre­no­wa­nia każ­dej formy reak­cji.

Wszy­scy trzej jeste­śmy żywo zain­te­re­so­wani zgłę­bia­niem teo­rii ram rela­cyj­nych i pro­wa­dzi­li­śmy bada­nia doty­czące tego modelu języka i pozna­nia. Kolej­nych kil­ka­set badań to efekt dzia­łal­no­ści przed­sta­wi­cieli spo­łecz­no­ści RFT. Teo­ria ram rela­cyj­nych sta­nowi kom­po­nent beha­wio­ralny, który należy dodać do tra­dy­cyj­nych zasad beha­wio­ralnych, aby zro­zu­mieć podej­ście ACT do inter­wen­cji. Potrze­bu­jemy zro­zu­mieć, jak osoba wcho­dzi rela­cyj­nie w inte­rak­cje ze swoim świa­tem poprzez wła­sne zacho­wa­nia wer­balne -?w spo­sób spon­ta­niczny, a cza­sami nawet nie­prze­wi­dy­walny. Oto trzy dodat­kowe kwe­stie, które należy tu uwzględ­nić: (1) wyuczone rela­cje pocią­gają za sobą powią­za­nia odno­szące i powią­za­nia kom­bi­na­to­ryjne wykra­cza­jące poza rela­cje ekwi­wa­len­cji czy iden­tycz­no­ści; (2) rela­cje wer­balne mogą prze­kształ­cać funk­cję bodź­ców śro­do­wi­sko­wych, wywie­ra­jąc nad­zwy­czajny wpływ na zacho­wa­nie, na które sta­ramy się oddzia­łać; (3) odno­sze­nie jest zacho­wa­niem spraw­czym i samo­or­ga­ni­zu­ją­cym.

Roz­ważmy je po kolei.

Pra­wie wszyst­kie zda­nia zło­żone, jeśli mają zostać zro­zu­miane, wyma­gają cze­goś wię­cej niż ekwi­wa­len­cja, ponie­waż nie wszyst­kie rela­cje są takie same lub ekwi­wa­lentne. Załóżmy, że dziecko zostało pogry­zione przez psa o imie­niu Maks i czuje strach za każ­dym razem, gdy widzi psa, sły­szy psa, sły­szy słowo "pies", a nawet imię Maks. Wyja­śnia to sama ekwi­wa­len­cja bodź­ców (przy­naj­mniej na pozio­mie rezul­tatu), gdyż awer­syjne doświad­cze­nia kon­taktu z psem i pogry­zie­nia przez psa prze­no­szą się na inne rela­cje. A co, jeśli to samo dziecko usły­szy, że jego nauczy­cielka o imie­niu Zofia jest wred­niej­sza niż jaki­kol­wiek pies, z któ­rym miało kon­takt? Nie cho­dzi jedy­nie o to, że strach zosta­nie prze­nie­siony na nauczy­cielkę Zofię, lecz że funk­cja zosta­nie prze­kształ­cona w coś znacz­nie więk­szego. Ponie­waż Zofia zawiera się w szkole, a inne osoby takie jak Zofia uczą w szkole, uczęsz­cza­nie do szkoły może stać się przy­tła­cza­ją­cym, budzą­cym lęk doświad­cze­niem pry­wat­nym, u któ­rego pod­staw nie leży jed­nak żadne doświad­cze­nie mające miej­sce w szkole -?całe zda­rze­nie jest zarówno pry­watne, jak i wer­balne. To pro­wa­dzi nas do prze­kształ­ce­nia funk­cji bodźca jako dru­giej dodat­ko­wej kwe­stii.

Roz­ważmy inny sce­na­riusz: dziecku mówi się, że jego nowy kolega jest zupeł­nie inny od wred­nych dzieci, które mu doku­czały w szkole czy na placu zabaw, a nawet jest ich cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Mogłoby to odwró­cić funk­cje uni­ka­nia i usta­no­wić nowego kolegę jako wzmoc­nie­nie. W jaki spo­sób coś, co było karą (prze­by­wa­nie wśród ludzi), zmie­nia się we wzmoc­nie­nie (prze­by­wa­nie wśród ludzi) po pro­stu z powodu wpro­wa­dze­nia nowej rela­cji wer­bal­nej? Podane przy­kłady są sto­sun­kowo pro­ste, ale wiodą nas do trze­ciego ele­mentu. Wzorce zacho­wa­nia rela­cyj­nego można postrze­gać jako samo­or­ga­ni­zu­jący się wzo­rzec zacho­wa­nia wyż­szego rzędu. Wyobraźmy sobie nasto­latka, u któ­rego zdia­gno­zo­wano więk­sze zabu­rze­nie depre­syjne i który ma bogatą histo­rię wzmac­nia­nia wer­bal­nego odno­sze­nia się do świata w nega­tywny i uni­kowy spo­sób ("To nic nie da", "Jestem do niczego", "Ale nuda"). Psy­cho­lo­dzy okre­ślają taki wzo­rzec jako "nega­tywne ska­no­wa­nie". Ponie­waż jest on bar­dzo silny, możemy prze­wi­dy­wać, że nasto­la­tek będzie odno­sił się do więk­szo­ści nowych zda­rzeń w podobny spo­sób, to jest wyko­rzy­stu­jąc zablo­ko­wany, nie­ela­styczny wzo­rzec, który pro­wa­dzi do jesz­cze więk­szego cier­pie­nia.

Dla­czego jed­nak sta­no­wiące pro­blem i przy­tła­cza­jące zależ­no­ści nie zre­du­kują takich wzor­ców rela­cji? Na pierw­szy rzut oka mogłoby się wyda­wać, że stra­cone szanse mło­dego czło­wieka uni­ka­ją­cego szkoły i nauki będą nega­tyw­nie karać trudne rela­cje uni­ka­nia. Nasto­la­tek, któ­rego omi­jają życie, przy­jaź­nie, randki i inne moż­li­wo­ści, powi­nien móc zmie­nić te ramy rela­cyjne.

Jest to tra­dy­cyjne pyta­nie zamknięte w poję­ciu para­doksu neu­ro­tycz­nego, nad któ­rym dzie­siątki lat temu zasta­na­wiali się beha­wio­ry­ści zain­te­re­so­wani pracą kli­niczną. Dekady badań nad tego typu wyzwa­niami poka­zują, że takie wzorce czę­sto się nie zmie­niają. Blo­kują się i wydają nie­mal ode­rwane od zewnętrz­nych zależ­no­ści -?czy też świata -?w któ­rych się poja­wiają.

W zwie­rzę­cych mode­lach kon­troli awer­syj­nej "poru­sza­nie się wewnątrz" nie przy­nosi korzy­ści, jeśli celem jest prze­wi­dy­wa­nie i oddzia­ły­wa­nie w spo­sób pre­cy­zyjny i pogłę­biony oraz w sze­ro­kim zakre­sie. Lepiej powie­dzieć, że zwie­rzę je, ponie­waż jest pozba­wione jedze­nia, a nie dla­tego, że jest głodne; albo że unika pora­że­nia prą­dem, a nie bólu. Trzy­mamy się tego, czym można mani­pu­lo­wać bez­po­śred­nio, nie dla­tego, że zda­rze­nia pry­watne nie ist­nieją u zwie­rząt, lecz raczej dla­tego, iż ana­li­zie eks­pe­ry­men­tal­nej w niczym nie pomaga zauwa­że­nie, że nie­do­bór poży­wie­nia jest ope­ra­cją usta­na­wia­jącą, która zmie­nia wzmac­nia­jącą funk­cję jedze­nia, ORAZ że praw­do­po­dob­nie odczu­wane są pry­watne dodat­kowe ele­menty towa­rzy­szące temu efek­towi.

W przy­padku ludzi sytu­acja jest bar­dziej zło­żona ze względu na prze­kształ­ca­nie funk­cji bodź­ców, które zacho­dzi w związku z ramo­wa­niem rela­cyj­nym. Rela­cje zacho­wa­nie-zacho­wa­nie można usta­no­wić w pew­nych kon­tek­stach, które wyma­gają zwró­ce­nia uwagi na zda­rze­nia pry­watne lub w któ­rych nie jest moż­liwa pełna ana­liza funk­cjo­nalna. Ramo­wa­nie rela­cyjne pozwala oso­bie obser­wo­wać i opi­sy­wać zda­rze­nia pry­watne, a także warunki, które zdają się do nich przy­czy­niać. Gdy zda­rze­nia te stają się ele­men­tem sieci rela­cyj­nych, mogą uczest­ni­czyć w regu­la­cji zacho­wań jaw­nych i stają się czę­ścią umie­jęt­no­ści słu­żą­cych do regu­lo­wa­nia śro­do­wi­ska spo­łecz­nego. Gospo­dyni czę­stu­jąca gości cia­stem praw­do­po­dob­nie będzie w sta­nie lepiej zapew­nić im wzmoc­nie­nie, jeśli będzie pytać: "Jesteś głodny?", a nie: "Czy jesteś w sta­nie depry­wa­cji pokar­mo­wej?". Nawet po obfi­tym obie­dzie pro­po­zy­cja ser­nika wła­snej roboty może się spo­tkać z pozy­tywną odpo­wie­dzią, pod­czas gdy pro­po­zy­cja tarty z kaszanką mogłaby wywo­łać odpo­wiedź nega­tywną także w sytu­acji depry­wa­cji pokar­mo­wej. By odejść jesz­cze dalej od bez­po­śred­nich zależ­no­ści: uprzejmy gość doceni wysi­łek gospo­dyni, odpo­wie twier­dząco i zje całą por­cję, nawet jeśli nie jest szcze­gól­nie głodny, ponie­waż pozy­tywna odpo­wiedź pozwoli mu unik­nąć póź­niej­szego poczu­cia winy.

Tym, co powo­duje rela­cje mię­dzy zda­rze­niami pry­wat­nymi a zacho­wa­niem jaw­nym, są wska­zówki kon­tek­stowe regu­lu­jące ramy rela­cyjne i prze­kształ­ca­nie funk­cji bodźca. Zależ­no­ści zewnętrzne mogą być zmie­niane przez zda­rze­nia pry­watne, ponie­waż zda­rze­nia te mogą uczest­ni­czyć w two­rze­niu i prze­strze­ga­niu reguł. W ana­li­zie zacho­wa­nia żadne zda­rze­nie beha­wio­ralne nie jest "przy­czyną" innych zacho­wań tej samej jed­nostki, ale w prze­ci­wień­stwie do zwie­rząt ana­liza bez­po­śred­nich zależ­no­ści musi zostać uzu­peł­niona ana­lizą pośred­nich zależ­no­ści usta­no­wio­nych przez rela­cyjne zacho­wa­nia spraw­cze. Te zależ­no­ści zna­cze­niowe są tak samo rze­czy­wi­ste, podatne na mani­pu­lo­wa­nie i ważne, jak każdy stru­mień zależ­no­ści, ale wcze­śniej były pomi­jane w ana­li­zie zacho­wa­nia.

Zachowanie kierowane regułami może przedłużać cierpienie

Pod­sta­wową nie­do­sko­na­łość ogól­nej teo­rii zacho­wa­nia zaob­ser­wo­wano po raz pierw­szy w kon­tek­ście roz­kła­dów wzmac­nia­nia. Była ona znana od początku ana­lizy zacho­wa­nia, gdyż wysoce prze­wi­dy­walny wpływ roz­kła­dów wzmac­nia­nia na reak­cje wyka­zy­wany w przy­padku zwie­rząt czę­sto nie był obser­wo­wany u ludzi (np. Lip­p­man i Meyer, 1967). Mniej­sze róż­nice uzy­skano, gdy uni­kano instruk­cji (Weiner, 1970), mini­malne zaś stwier­dzono, gdy badano dzieci w fazie przed­wer­bal­nej (Lowe, Beasty i Ben­tall, 1983) lub dzieci ze znaczną nie­peł­no­spraw­no­ścią w posłu­gi­wa­niu się języ­kiem (Orlando i Bijou, 1960).

Reguły wer­balne mogą wpły­wać na wraż­li­wość na zmie­nia­jące się zależ­no­ści zewnętrzne -?lub na praw­do­po­do­bień­stwo, że osoba zmieni swoje zacho­wa­nie, gdy zmie­nią się zależ­no­ści, które je kie­dyś utrzy­my­wały. W pod­sta­wo­wym eks­pe­ry­men­cie mają­cym na celu spraw­dze­nie wraż­li­wo­ści na zmie­nia­jące się zależ­no­ści badacz ustala pewien rodzaj reak­cji w ramach okre­ślo­nego roz­kładu wzmac­nia­nia. Na przy­kład Eliot Shi­moff, A. Char­les Cata­nia i Byron A. Mat­thews (1981) porów­nali aktyw­ność ukształ­to­waną i wyni­ka­jącą z instru­owa­nia z wyko­rzy­sta­niem inter­wa­ło­wych i pro­por­cjo­nal­nych roz­kła­dów wzmac­nia­nia, z któ­rych każdy miał dodat­kowo nało­żoną zależ­ność róż­ni­cu­ją­cego wzmac­nia­nia niskiego tempa reago­wa­nia (DRL). W przy­padku obu roz­kła­dów, gdy wspo­mniana zależ­ność została zła­go­dzona, wskaź­nik reak­cji wzrósł u więk­szo­ści tych bada­nych, któ­rych pier­wotne zacho­wa­nie zostało ukształ­to­wane, ale nie u tych, u któ­rych zacho­wa­nie wyni­kało z instru­owa­nia.

Do dziś w ana­li­zie zacho­wa­nia prze­pro­wa­dza się wiele eks­pe­ry­men­tów doty­czą­cych zacho­wa­nia kie­ro­wa­nego regu­łami. Od czasu do czasu będziemy do tego wra­cać; tutaj wystar­czy wspo­mnieć, że w kolej­nych bada­niach porów­ny­wano zacho­wa­nia pozo­sta­jące pod kon­trolą reguł wer­bal­nych, a nie usta­no­wio­nych przez zależ­no­ści zewnętrzne. Roz­róż­nie­nia tego doko­nał po raz pierw­szy Skin­ner (1969). Bada­nia nad zacho­wa­niami kie­ro­wa­nymi regu­łami roz­kwi­tły w ramach tak zwa­nej hipo­tezy języ­ko­wej (Lowe, 1979), zgod­nie z którą więk­szość róż­nic mię­dzy dzia­ła­niem ludzi a dzia­ła­niem zwie­rząt można przy­pi­sać wpły­wowi zda­rzeń wer­bal­nych na dzia­ła­nie ludz­kie (obszer­nie pisał o tym Hayes -?zob. 1989). Wiele się nauczono, lecz oka­zało się, że aby w pełni zro­zu­mieć dane, konieczne jest bar­dziej zaawan­so­wane rozu­mie­nie kie­ro­wa­nia regu­łami.

Wyka­zano, że wraż­li­wość na roz­kład wzmac­nia­nia można w dużym stop­niu prze­wi­dzieć na pod­sta­wie zasad prze­ka­zy­wa­nych uczest­ni­kom na początku eks­pe­ry­mentu, gdy wcho­dzą oni w inte­rak­cje z zapro­gra­mo­wa­nymi zależ­no­ściami. Na pod­sta­wie setek badań można stwier­dzić, że uczest­nicy, któ­rym ni­gdy nie przed­sta­wiono reguły i któ­rzy poznali ją przez bez­po­śred­nie doświad­cze­nie, zwy­kle wyka­zy­wali się więk­szą ela­stycz­no­ścią reak­cji, kiedy zależ­no­ści się zmie­niały. Wzo­rzec osób, które pozna­wały zależ­no­ści za pośred­nic­twem reguł, był bar­dziej zło­żony. Zale­żał przede wszyst­kim od tego, dla­czego i jak dobrze badani prze­strze­gali danej reguły, czego się nauczyli pod­czas jej prze­strze­ga­nia, czy osoba wyzna­cza­jąca regułę mogła moni­to­ro­wać jej prze­strze­ga­nie, czy reguła pozo­sta­wała w mocy -?i wielu innych tego rodzaju zmien­nych (Hayes, 1989).

Eks­pe­ry­menty te dobit­nie poka­zują, że ela­stycz­ność beha­wio­ralna może być odwrot­nie pro­por­cjo­nalna do okre­ślo­nych typów zacho­wań kie­ro­wa­nych regu­łami. Kiedy klient doświad­cza w życiu cier­pie­nia (tj. nie udaje mu się uzy­skać war­to­ścio­wych dla niego wzmoc­nień), nie­zdol­ność do adap­ta­cji może być wyni­kiem nie­do­kład­nych lub nie­spraw­dzo­nych reguł doty­czą­cych zewnętrz­nych zależ­no­ści i licz­nych spo­so­bów, na jakie reguły zmie­niają wpływ śro­do­wi­ska. Reguły wer­balne usta­na­wiają nowe rodzaje zależ­no­ści, które można by nazwać zna­cze­nio­wymi. Kiedy sztyw­ność beha­wio­ralna i utrata war­to­ścio­wych dla jed­nostki wzmoc­nień wyni­kają raczej z reguł wer­bal­nych niż z bez­po­śred­niego doświad­czania zewnętrz­nych zależ­no­ści, mówimy o sztyw­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej. Tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia została opra­co­wana jako pro­ces inter­wen­cyjny w celu usta­no­wie­nia ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej jako alter­na­tywy dla zablo­ko­wa­nia się w nie­adap­ta­cyj­nych wzor­cach zacho­wa­nia.

W tera­pii akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia dąży się do zwięk­sze­nia ela­stycz­no­ści reago­wa­nia poprzez zmianę funk­cji ramo­wa­nia rela­cyj­nego w spo­sób adap­ta­cyjny i wraż­liwy na kon­tekst. Czę­sto ozna­cza to ogra­ni­cze­nie wpływu reguł, gdy prze­stają się one łączyć z wybra­nymi wzmoc­nie­niami. Może to jed­nak ozna­czać też prze­strze­ga­nie reguł wer­bal­nych, gdy skut­kuje to kon­tak­tem ze wzmoc­nie­niami. Zacznijmy od sfor­mu­ło­wa­nia ope­ra­cyj­nej defi­ni­cji ela­stycz­no­ści beha­wio­ral­nej i ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej z uwagi na ich rolę w cier­pie­niu czło­wieka, a także w znaj­do­wa­niu przez niego roz­wią­zań.

Charakterystyka elastyczności psychologicznej

W języku potocz­nym "ela­stycz­ność" ozna­cza zdol­ność odkształ­ca­nia się - bez łama­nia. Defi­ni­cja ta uwy­pu­kla zbieżne wymiary zacho­wa­nia wyż­szego rzędu -?opor­ność i brak opor­no­ści. Żeby fizyczny obiekt był ela­styczny, musi się zmie­niać lub dosto­so­wy­wać pod wpły­wem naci­sku, a zara­zem być wystar­cza­jąco trwały, by nie zostały naru­szone wią­za­nia fizyczne i nie doszło do pęk­nię­cia. Z zacho­wa­niem może być podob­nie. Chcemy, aby zmie­niało się ono czy też adap­to­wało w odpo­wie­dzi na nowe wyma­ga­nia śro­do­wi­skowe. Nie chcemy, aby było nad­mier­nie ste­reo­ty­powe -?czę­ściowo ze względu na brak wystar­cza­ją­cej zdro­wej zmien­no­ści umoż­li­wia­ją­cej adap­ta­cję do zmie­nia­ją­cych się kon­tek­stów. Zara­zem nie chcemy, aby zacho­wa­nie dosto­so­wało się do tego stop­nia, że sta­nie się nie­sta­bilne i nie­prze­wi­dy­walne z chwili na chwilę. Nie chcemy, by ludzie "się zła­mali". Defi­ni­cja ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej musi rów­nież uwzględ­niać wpływ zda­rzeń pry­wat­nych i zacho­wań kie­ro­wa­nych regu­łami na sztyw­ność beha­wio­ralną ludzi jako nie­zwy­kle zło­żo­nych zwie­rząt poznaw­czych. Ela­stycz­ność w kon­tek­ście zewnętrz­nych zależ­no­ści może wyma­gać zaj­mo­wa­nia się zda­rze­niami pry­wat­nymi w bie­żą­cej chwili oraz ogra­ni­cze­nia funk­cji reguł wer­bal­nych, które pro­wa­dzą do nie­ela­stycz­no­ści.

Naj­wcze­śniej­sze prace nad ACT doty­czyły wszyst­kich tych kwe­stii, w tym nie­po­moc­nej domi­na­cji reguł wer­bal­nych w regu­la­cji zacho­wa­nia w nie­któ­rych kon­tek­stach (tzw. fuzji poznaw­czej) czy nie zawsze uży­tecz­nych funk­cji uni­ka­nia zda­rzeń pry­wat­nych (tj. uni­ka­nia doświad­cza­nia). Jed­nakże do począt­ków XXI wieku, kiedy to poja­wiło się poję­cie ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej, nie ist­niał ter­min odno­szący się do całego modelu.

Naj­wcze­śniej­sza defi­ni­cja ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej została przed­sta­wiona przez Ste­vena C. Hay­esa z zespo­łem w for­mie pyta­nia, które odno­siło się do sze­ściu cech tejże ela­stycz­no­ści (Hayes, Stro­sahl, Bun­ting, Two­hig i Wil­son, 2004, s. 12-13). Celowo nie użyto ter­mi­nów facho­wych, ponie­waż cho­dziło o pyta­nie, które jedna osoba może zadać dru­giej, zma­ga­ją­cej się z pro­ble­mem psy­chicz­nym. Wspo­mniana defi­ni­cja brzmi nastę­pu­jąco:

Bio­rąc pod uwagę roz­róż­nie­nie cie­bie jako świa­do­mej istoty ludz­kiej oraz tre­ści psy­chicz­nych, z któ­rymi się zma­gasz (Ja jako kon­tekst), czy jesteś gotowa/gotowy doświad­czyć tych tre­ści w pełni i bez nie­po­trzeb­nego bro­nie­nia się przed nimi (akcep­ta­cja), takimi, jakie one są, a nie jakie mówią, że są (defu­zja), ORAZ robić to, co pro­wa­dzi cię w kie­runku (zaan­ga­żo­wane dzia­ła­nie) wybra­nych przez cie­bie war­to­ści (war­to­ści) w tym cza­sie i w bie­żą­cej sytu­acji (świa­do­mość chwili obec­nej)?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki