Addiction. O krok bliżej światła. Tom 2 - FortunateEm

Kup ebooka

49.90 zł
27.45 zł (24,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

27. Przyjaciele?

Oddychałam z trudem. Dłonie mi drżały, plecy oblał zimny pot. Miałam wrażenie, że moje ciało zostało w fabryce, ale głowa odleciała w kosmos. Nie mogłam się ruszyć przez bombardujące mnie emocje. Tego było za dużo. Chaos, jaki panował na tym pseudowyścigu, zachowanie Kellera, Reigana i całej tej zgrai głupich facetów, a w końcu mój były...

Bennett stał za mną, obejmował moje ramiona i całował szyję, jakby miał do tego pełne prawo. A nie miał. Nikt nie miał.

Wyrwałam się z jego uścisku i odeszłam o dwa kroki, nim zwróciłam się ku niemu z kamienną twarzą. Chciało mi się płakać przez beznadzieję sytuacji, w której się znalazłam, ale nikomu nie dałabym satysfakcji zobaczenia moich łez. Zwłaszcza podrzędnemu kutasowi, który na zbyt wiele sobie pozwalał. Nie w tym życiu, do cholery.

- Pięknie wyglądasz, kochanie - skomplementował mnie, wpatrując się w moje ciało z głodem narkomana pragnącego kolejnej działki. - Jak zawsze.

On za to wyglądał przeciętnie. Krótko przystrzyżone włosy, lekki zarost i podkrążone oczy. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, spodnie motocyklowe i ciężkie buty. Zlustrowałam go z góry na dół, krzywiąc się z niesmakiem.

Co ja w nim widziałam? Prawdopodobnie tylko dużego kutasa. Akurat tym mógł się pochwalić.

- Odezwiesz się czy będziesz milczeć, jakby ten podrzędny ćpunek złamał ci serce?

Znów te narkotyki.

Dlaczego każdy, kto podejmował przy mnie temat Reigana, oskarżał go o ćpanie? Nie ćpał. A przynajmniej nie przy mnie. Nigdy nie widziałam go naćpanego, a spędziłam z nim dużo czasu. Więcej niż, jak się okazało, zasłużył. Zakłamany śmieć.

Czułam się rozbita. Nie sądziłam, że Rei mnie wykorzysta, a przecież mogłam się tego spodziewać. Dawał mi wiele sygnałów świadczących o tym, jak wielkim jest śmieciem. Ostrzegali mnie przed nim.

Idiotka, idiotka, idiotka.

- Nikt mi nie złamał serca - prychnęłam, odzyskując głos. - Jest nietknięte.

- Chyba jednak ktoś to zrobił, co? - Bennett uśmiechnął się cwaniacko, a w jego oczach błysnęło coś, co kiedyś interpretowałam jako dumę. - Byłem twoją pierwszą miłością. Jestem.

- Nigdy nie oddałam ci swojego serca - odpowiedziałam z politowaniem. - Byłam zauroczona twoim kutasem i słodkimi słówkami, którymi mnie raczyłeś. Nie zakochałam się w podłej kupie gówna, którą jesteś.

Uśmiech spełzł mu z ust.

- Mów, co chcesz, oboje wiemy, że mnie kochałaś. Nadal mnie kochasz, Vedio. Nie pozwoliłem ci się odkochać.

Parsknęłam śmiechem. Dobre sobie. Nie pozwolił mi się odkochać? Czy on był poważny, czy może jednak ktoś mnie wkręcał? Nie było szans, by mówił serio takie bzdury.

- Czego chcesz? Oboje wiemy, że nie możesz mnie tknąć. Nie jesteś na swoim terenie, a ja mam ochronę od Kellera. - Uniosłam dłoń z pierścionkiem i poruszyłam palcami, by na pewno zauważył błyskotkę. - Jestem chroniona.

- Należysz do członka innej grupy, skarbie. Zaklepałem cię. - Zrobił krok w moją stronę, więc zapobiegawczo się cofnęłam. - Mam w dupie ochronę. Jesteś moja, Vedio. Zawsze będziesz moja. I masz to szczęście, że kocham cię na tyle, by wybaczyć. - Sięgnął po moją dłoń, ale gwałtownie ją odsunęłam. - Nie zgrywaj niedostępnej.

- Nie zgrywam niedostępnej, jestem niedostępna. Nasza gówniana historia dobiegła końca, więc wypierdalaj do Nowego Jorku i posuwaj sobie dalej te kurwy, którymi mnie zastąpiłeś.

Odwróciłam się gwałtownie i nie widząc innej opcji ucieczki, skierowałam się w głąb budynku. Uznałam, że znajdę jakieś drugie drzwi albo okno, którym mogłabym wyjść. Nie miałam ochoty na rozmowę z tym skretyniałym mężczyzną. Potrzebowałam samotności, by rozłożyć na czynniki pierwsze swoją relację z innym skretyniałym dupkiem. Obiecałam sobie, że gdy tylko dorwę Varneya, wybiję mu pieprzone zęby. A potem wytatuuję na jego czole: "własność Vedii Parker", bo jeszcze z nim nie skończyłam. Nie dzisiaj, nie jutro i nie przez najbliższe miesiące. Póki nie pokaże mi zorzy polarnej, może tylko marzyć o tym, że dam mu spokój.

- Niedoczekanie - odezwał się gdzieś za mną ostrym tonem Bennett.

Nim się obejrzałam, chwycił mnie boleśnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Objął mnie w pasie jedną ręką i unieruchomił moje dłonie przy ciele. Był o wiele większy niż ja i miał zdecydowanie więcej siły, ale wcale się go nie bałam. Byłam zbyt wkurzona.

- Puszczaj! - syknęłam, wierzgając w jego uścisku. - Puszczaj, jeśli ci życie miłe, śmieciu!

- Już nigdy cię nie puszczę, księżniczko - wyszeptał mi do ucha.

Wolną ręką objął moją szyję i palcem wskazującym przekręcił mi twarz tak, by móc mnie pocałować. Walczyłam z nim, ale bezskutecznie. Dotyk jego warg przypominał kwas, który wyżerał moje delikatne usta. Całował mnie, jakby miał do tego prawo. Jakby uważał mnie za swoją. Próbowałam się wyrwać, jednak trzymał mnie brutalnie za szyję, przez co traciłam siły. Brakowało mi tlenu.

- Kocham cię - wyszeptał przy moich wargach, po czym je przygryzł. - Kocham cię na tyle mocno, by zapomnieć o gównie, którego mi narobiłaś. Kocham cię na tyle mocno, by zacząć od nowa.

Szarpnęłam się, czując w gardle żółć. Jak śmiał mówić takie bzdury?

- Nienawidzę cię - wycedziłam, miotając się desperacko. Wyrywałam się, by nie dotykał mnie więcej tymi zdradzieckimi wargami, i walczyłam, by więcej mnie nie pocałował. Ścięgna w szyi paliły mnie żywym ogniem, ale wolałabym zdechnąć, niż się poddać. - Puść mnie, skurwielu! Puszczaj!

- Wcale mnie nie nienawidzisz, kochanie. Jesteś po prostu zraniona.

Z mojego gardła wyrwał się histeryczny śmiech, który zaskoczył Bennetta na tyle, że poluzował chwyt i zdołałam się uwolnić. Zrobiłam krok w tył, rozmasowując obolałą szyję, i zaczerpnęłam powietrza. Byłam wściekła. Ale też zagubiona, nie myślałam trzeźwo.

- Nienawidzę cię, ty gnoju - szepnęłam, przełykając z trudem ślinę. - Jesteś dla mnie martwy. Nie chcę cię znać, widzieć i najlepiej, gdybym cię w ogóle nie pamiętała! - dodałam głośniej, wręcz krzycząc, i popatrzyłam mu w twarz z furią. - Zniszczyłeś mnie, zbrukałeś, upodliłeś i sprawiłeś, że poczułam się jak bezwartościowy śmieć. - Wycelowałam w niego palec, napinając się jak struna. - Życzę ci, żebyś zdechł na jakąś paskudną chorobę weneryczną, przez którą najpierw odpadnie ci kutas!

- Vedia - syknął, czerwieniejąc na twarzy. - Zamknij się.

- To ty się zamknij! Wypierdalaj z mojego życia! Wypierdalaj z tego miasta! Razem z Viperem i całą bandą kretynów z Nowego Jorku!

Doskoczył do mnie tak szybko, że nie zdążyłam się uchylić. Tym razem chwycił mnie za szyję obiema rękami i całkowicie odciął mi powietrze. Emanował furią. Trzymał mnie tak mocno i bezwzględnie, że zaczęło mi ciemnieć przed oczami.

- Należysz do mnie, ty mała, parszywa dziwko - wycedził. - Nigdy więcej nie podniesiesz na mnie głosu. Nigdy, kurwa, więcej. Kocham cię, a ty kochasz mnie i to się nigdy nie zmieni. Rozumiesz?!

Wrzeszczał mi w twarz, ale ja skupiałam się tylko na tym, że nie jestem w stanie oddychać. Nie mogłam złapać tchu, dusił mnie. Krzywdził. Chciał, bym cierpiała, bo się sprzeciwiłam. Zawsze mnie karał, ale zachowywał w tym umiar. Dzisiaj w jego oczach nie dostrzegłam obietnicy wspaniałego orgazmu pod wpływem bólu. Dzisiaj widziałam ostrzeżenie i pragnienie, by naprawdę zrobić mi krzywdę. Chciał mnie złamać.

- Twoje małe, głupie serce jest moje! - wrzasnął niespodziewanie i przyciągnął mnie do siebie tak, że nasze czoła o siebie uderzyły. - Nigdy więcej mnie nie zostawisz.

Poluzował uścisk na mojej szyi na tyle, że zdołałam otworzyć usta i zaczerpnąć tchu. Jednak jego intencją nie było umożliwienie mi oddychania, chciał po prostu, żebym rozchyliła wargi, bo natychmiast do nich przywarł i wcisnął między nie język. Całował mnie brutalnie, jakby oznaczał teren, i znów odciął mi dostęp powietrza. Jego dłonie ściskały moją szyję jak imadło i nie było pieprzonej możliwości, by nie pozostawiły na niej śladów.

Wróć do mnie, Rei, błagam, kurwa, po prostu wróć.

- Nawet słodkie jak na bajkę na dobranoc - dobiegło do mnie nagle, gdy przed oczami zatańczyły mi czarne plamy.

Usłyszałam jakiś dźwięk, jakby zamach, a potem Bennett drgnął, jęknął, gryząc moją wargę do krwi, i gwałtownie mnie puścił. Odskoczyłam, z trudem nabierając powietrza, i zgięłam się wpół. Cały świat wokół mnie wirował. Byłam o krok od utraty przytomności.

- Nie wiem, co sobie myślałeś, skurwielu, ale jesteś na moim terenie bez mojej zgody - usłyszałam mrożący krew w żyłach głos Kellera. - I w chuj mi to nie pasuje.

Wyprostowałam się powoli, dysząc i masując szyję. Przed moimi oczami ukazała się scena jak z horroru - Keller we własnej osobie stał nad wijącym się na ziemi Bennettem, któremu z nosa tryskała krew. Mój wybawca miał w ręce kij baseballowy i emanował takim wkurwieniem, że zjeżyły mi się włoski na rękach.

- To twoja sprawka? Dogadałeś się z Rushem i wymyśliliście sobie zasadzkę na moim terenie? Mam zajebać tego małego skurwysynka za nieposłuszeństwo? A może to jego braciszek, co? Który, ty jebany szczurze?!

Poczułam ciepło za plecami, a potem dwie duże ręce objęły mnie na wysokości piersi. Twarz Reigana pojawiła się obok mojej. Przytulił zarośnięty policzek do mojego. Jak gdyby nigdy nic.

Potrzebuję wódki.

- Mów, kurwa! - wrzasnął Keller i brutalnie kopnął Bennetta w brzuch, a mój były splunął krwią. - No?!

Zrobiło mi się niedobrze. Poczułam mdłości, jakby wrażenia z całego tego dnia wezbrały we mnie w postaci wymiocin, które musiałam z siebie wyrzucić. Wyrwałam się z uścisku Reigana i pobiegłam do wyjścia z magazynu. Skręciłam w lewo, by nie zrzygać się w progu, i gdy oparłam dłonie na murze, zwróciłam wszystko, co zalegało w moim żołądku.

W pewnym momencie ciężka ręka opadła na moje plecy. Druga zgarnęła mi z twarzy kosmyki włosów. Czułam się jak ściek.

- No już, Parker - mruknął Rei. - Już, już.

Splunęłam kilkukrotnie, ale się nie wyprostowałam. Stałam na drżących nogach oparta o mur i ciężko oddychałam, a z każdym wdechem było mi jeszcze gorzej. Co się właśnie wydarzyło? Gdzie ukryli kamerę?

- Zostawiłeś mnie - szepnęłam, świadoma, że łzy w moich oczach nie pojawiły się wyłącznie za sprawą wymiotowania. - Co to było, Rei? Co to, kurwa, było?

- Powiedziałem ci, że musisz się wykazać zaufaniem.

Gwałtownie się wyprostowałam i odwróciłam. Miałam gdzieś to, że właśnie zwymiotowałam na jego oczach.

- Zaufaniem!? Co ty pierdolisz, Reigan?! Powiedziałeś mi te bzdury, a potem wepchnąłeś mnie w jego ramiona jak jakąś pierdoloną idiotkę!

- To był test, kochanie. Nie zdałaś go na piątkę, ale przymknę na to oko i postawię ci tróję na szynach.

Aż mi szczęka opadła. Co on właśnie powiedział?

- Wytłumacz - zażądałam. - Natychmiast, póki jeszcze jestem na tyle zszokowana, że nie wybiję ci zębów.

- W skrócie: Viper i Bennett postanowili postąpić wbrew zasadom panującym na naszym terenie. Wyścig był przykrywką, chodziło o ciebie, zamierzali cię uprowadzić. Nikt z nas nie wiedział, że Bennett się tutaj zaczai, ale Keller to Keller. On wie i widzi wszystko. Zauważył Bennetta w magazynie, więc postanowiliśmy się z nim zabawić. Tyle, cała historia.

- A ja? Co mam do tego ja? Dlaczego mnie wystawiliście?!

Pchnęłam go z wściekłością, bo nic nie rozumiałam z tego gadania. Co to za pokaz siły godny przedszkolaków?!

- Nie mogłem ci powiedzieć, bo wyszłoby nienaturalnie. Powiedziałem, że masz mi ufać bez względu na to, co odjebię, tak? Nie zaufałaś, od razu mnie skreśliłaś, więc Keller postanowił, że chwilę to przeciągniemy.

- Mógł mnie udusić!

- Nie, nie mógł. Keller był w gotowości przez cały czas, ja też czuwałem.

Miałam dość. Nie rozumiałam tego gówna ani odrobinę i chciałam... Nie wiedziałam, czego chciałam, ale na pewno nie chciałam być w tym magazynie. Ani w jego okolicy. Pragnęłam jechać do domu, umyć się i pomyśleć, bo aktualnie miałam w głowie burdel. I nie potrafiłam zdecydować, czy powinnam uderzyć Varneya w twarz, czy podziękować, że zajęli się Bennettem.

Za dużo emocji naraz.

- Chcę jechać do domu - powiedziałam, zapadając się w sobie.

Może jednak nie byłam tak silna, by wytrzymać pół roku w świecie Reigana Varneya?

Przez całą drogę do mieszkania Reigana nie odezwałam się ani słowem. Byłam zbyt wyzuta z sił, by rozmawiać, a Rei także nie rwał się do gadania. Najpierw odstawiliśmy samochód wyścigowy do garażu, a potem udaliśmy się do miejsca docelowego corvettą. W tle leciała cicha, spokojna muzyka, przez którą zrobiłam się senna.

- Parker? - odezwał się Rei, gasząc silnik na parkingu.

Mruknęłam w odpowiedzi, ale nie spojrzałam w jego kierunku, byłam nadąsana i zmęczona.

- Popatrz na mnie.

- Nie mam ochoty - fuknęłam, łapiąc za klamkę.

Powstrzymał mnie przed wyjściem, mocno chwytając moje przedramię. Na jego szczęście nie odwinęłam się i nie wymierzyłam mu ciosu łokciem w zęby. Nagle zaczęłam żałować, że nie dołączyłam do Kellera i nie kopnęłam swojego byłego w mordę.

- No weź, Mandaryneczko - szepnął Reigan, ciągnąc mnie lekko w swoją stronę. Z niechęcią odwróciłam ku niemu twarz. - Musisz mi w końcu naprawdę zaufać. Nie możesz we mnie wątpić.

- Staram się, ale nie jesteś zbyt łatwym kompanem, wiesz? Byłeś bardzo przekonujący, a ja już raz nabrałam się na słodkie słówka, Rei. Już raz się przejechałam.

- Jesteśmy drużyną, tak? Sama to powiedziałaś.

- Od kiedy słuchasz tego, co mówię? Nie tak dawno temu zarzekałeś się, że nic nas nie łączy i nie ma między nami żadnej relacji!

- Bo nie ma żadnej relacji. Ale łączy nas wspólny cel.

Wypuściłam powietrze ze świstem i odwróciłam się do niego. Ze złością w oczach, bo byłam obrażona.

- Jaki cel?

- Dobra, nielegalna zabawa i seks.

Skrzywiłam się z niesmakiem. W głębi duszy wiedziałam, że ten układ mnie satysfakcjonuje, i choćbym była na niego nie wiem jak zła, chciałam tego - naszego głupiego układu. Ale nie miałam pojęcia, jak sobie radzić z jego humorami. Jak pozbyć się myśli, że znów zostałam wykorzystana.

- Nie jestem dobry w relacjach. Nie umiem budować przyjaźni, otwierać się przed innymi. Nie umiem. - Spojrzał mi w oczy, a na jego ustach pojawił się lekki, ledwo zauważalny uśmiech. - Lubię cię, dobra? Wkurwiasz mnie i doprowadzasz do wrzenia, ale pomiędzy tymi epizodami po prostu cię lubię. Uprzykrzanie życia innym jest lepsze, kiedy robimy to razem.

Lubi mnie?

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Powiedzieć, że byłam w szoku, to jak nic nie powiedzieć. Ja byłam... Wow, nie miałam w głowie słów, by to opisać. Wprawdzie to nie był pierwszy raz, kiedy to od niego usłyszałam, ale nigdy nie przyznał się do tego tak po prostu, w zwykłej rozmowie. Podczas seksu to co innego, wtedy działały endorfiny i inne pierdoły...

- Patrzysz na mnie jak na wybryk natury - mruknął, krzywiąc się z niesmakiem. - Co ci znów nie pasuje?

- Powiedziałeś, że mnie lubisz, Rei.

- To powinno być dla ciebie oczywiste. Spędzam z tobą naprawdę dużo czasu, jakbyś nie zauważyła.

Przechyliłam głowę i... Po prostu się do niego uśmiechnęłam. Nie złośliwie, nie z pożądaniem. Tak normalnie. Były w tym uśmiechu zmęczenie i sympatia, którą go darzyłam.

- Dalej dziwnie patrzysz - stwierdził gorzko. - I nie uśmiechaj się jak popapraniec, to ja jestem dziwakiem w tej drużynie.

Gdybym nie miała w ustach kapcia po rzyganiu, przyciągnęłabym go do siebie i pocałowała.

- Wiesz, że jesteś moją jedyną tajemnicą przed przyjaciółmi? - wypaliłam, zaskakując tym wyznaniem nie tyle jego, ile samą siebie. - Mamy swój własny, mały podziemny krąg. I nasza pierwsza zasada to nierozmawianie o naszym kręgu z innymi.

- Odwaliło ci, co? Poprzestawiało się we łbie po tym szalonym wieczorze?

Wydawał się uroczo zagubiony. I pewnie miał rację, odwaliło mi przez kumulację wszystkich dzisiejszych zdarzeń. Zadziało się więcej, niż powinno, spotkałam więcej osób, niż chciałam, i praktycznie przeżyłam zamach na moje życie. Bennett mógł mnie udusić.

- Obiecaj mi... - szepnęłam ciszej niż dotychczas.

- Co mam ci obiecać? - Zmarszczył brwi, krzywiąc się jak po zjedzeniu plasterka cytryny.

On jest jak cytryna, kwaśny, ale mogłabym się od niego uzależnić. Chyba już to zrobiłam.

- Obiecaj, że nie pozwolisz im mnie stąd wyrwać. Nie chcę wracać do Nowego Jorku. Nie chcę się stać więźniem własnego ciała, jak przy Bennetcie. Chcę normalności i dobrego seksu.

- Brzmi jak klasyczny związek dwóch osób. To niepokojące.

W odpowiedzi wzruszyłam ramionami. Czy mogłabym stworzyć z nim związek? Szczerze mówiąc... potrafiłabym sobie nas wyobrazić jako parę. Trochę pokręconą, dziwną i niebezpieczną. Ale fajną. To mogłoby zadziałać.

- Obiecaj - powtórzyłam, obejmując drżącymi palcami jego podbródek. - Potrzebuję zapewnienia.

- Potrzebujesz gwarancji, że ktoś cię uratuje przed twoją przeszłością - prychnął. - A ja nie... - Odwrócił wzrok, gryząc się w wargę. - Nie jestem w tym dobry.

- Tylko ty możesz mnie przed tym ocalić, Rei.

Zacisnął zęby tak mocno, że jego szczęka wyraźnie się napięła.

- Ufam ci - dodałam na zachętę. - W pierwszej chwili zwątpiłam, ale jak zaczęło mnie odcinać przez brak tlenu, pomyślałam, że niczego nie pragnę bardziej niż tego, żebyś po prostu wrócił. W głębi duszy wierzyłam, że wrócisz. I wróciłeś.

Powoli na mnie spojrzał. Miał rozszerzone źrenice, przyspieszony oddech i wyglądał na podenerwowanego. Jakby w jego głowie odbywała się walka.

- Obiecuję, że nie pozwolę im cię zabrać i skrzywdzić - powiedział poważnie. - Ale ty musisz mi obiecać, że nigdy nie wyjdziemy poza ramy przyjaźni. - Jego oczy były poważne, a głos szorstki. - Nie możesz się we mnie zakochać. Nigdy, za żadne skarby świata nie możesz nic do mnie poczuć. A gdyby tak się stało, uciekniesz jak najszybciej.

Skrzywiłam się, ale nie miałam odwagi zapytać, dlaczego nie mogę nic poczuć. Dzisiaj wystarczało mi zapewnienie, że mnie obroni. Reszta nie miała znaczenia. A poza tym nie chciałam się zakochiwać. Rei dostarczał mi adrenaliny i mnie zaspokajał. Miałam nadzieję, że nigdy nie stanie się kimś więcej.

Wyciągnęłam w jego kierunku dłoń.

- Przyjaciele?

Powoli ją chwycił i mocno ścisnął. Jego twarz się wygładziła, a miejsce napięcia zajęła ulga.

- Przyjaciele - powtórzył.

- Ale ja naprawdę chcę przyjaźni, Rei. I chcę, żebyś zrozumiał, że traktuję to poważnie. Możesz na mnie liczyć. Chcę, żebyś na mnie liczył.

Wytrzymał moje spojrzenie, choć czułam, że to dla niego trudne. Rzadko bywałam tak emocjonalnie obnażona. Rzadko odbywałam takie rozmowy. On także.

- Szanuj moje granice, a może nam się uda.

- Nie bądź skończonym kutafonem, a może nam się uda.

Zadrżały mu wargi.

- Zrobiło się poważnie, a bardzo tego nie lubię. - Przyciągnął mnie do siebie i wolną ręką objął moją głowę. Czułam na ustach jego ciepły oddech. - Nigdy we mnie nie wątp, Auristello. Masz mój pierścionek, więc jesteś moja. A ja chronię to, co moje. Rozumiesz? Jakkolwiek niezrozumiale bym się zachował, po prostu mi zaufaj.

Przygryzłam wargę, niepewnie potakując.

- Powiedz to - zażądał.

- Ufam ci, Rei.

- Dobrze, Mandaryneczko. Druga zasada naszego kręgu to seks na zgodę i w ramach przypieczętowania postanowień. - Pochylił się, by lekko cmoknąć mnie w nos. - Ale najpierw umyjesz zęby.

Odepchnęłam go ze śmiechem. Takim szczerym i wesołym, bo nagle cała ta sytuacja z magazynu nie wydawała mi się już taka traumatyzująca.

A Reigan Varney oficjalnie stał się moim przyjacielem. Zbudowaliśmy coś, co miałam zamiar pielęgnować.

28. Za przyjaźń z bonusem

Umyłam zęby szczoteczką Reigana, wypłukałam usta płynem i dopiero po tym rytuale oczyszczenia wzięłam zimny prysznic. Zmyłam z siebie brud dzisiejszego wieczoru, odtwarzając w głowie wszystkie wydarzenia. Miałam wiele pytań do swojego nowego przyjaciela i nie zamierzałam się powstrzymywać przed ich zadaniem. Był mi winien odpowiedzi. Jego psim obowiązkiem było mnie zapewnić, że obietnice, które mi złożył, nie są tylko czczym gadaniem.

Opuściłam kabinę po szybkim osuszeniu się ręcznikiem, poprawiłam kok, w który spięłam włosy przed myciem, i wciągnęłam na siebie koszulkę Reigana. Wygrzebałam ją z jednej z szuflad komody wraz z moimi majtkami, które wcisnęłam między jego koszulki kilka dni temu. Zabezpieczyłam się na wypadek kolejnej niespodziewanej nocowanki, bo coraz częściej do takich dochodziło.

Zeszłam z antresoli, by dołączyć do mężczyzny, i z uśmiechem odkryłam, że również jest po prysznicu. Miał na sobie te swoje spodnie od piżamy, które działały na mnie jak afrodyzjak, i nic więcej. Jego nagi, pięknie ozdobiony tuszem tors zachwycał mnie za każdym razem z taką samą mocą. Był wspaniały. Teraz jednak zszedł na drugi plan, bo na lewym przedramieniu Rei znów miał bandaż. Ten widok sprawił, że skręciły się we mnie flaki. Chciałam podejść, ująć jego dłoń i wypytać go o wszystko, ale wiedziałam, że mi nie wolno. Nie miałam prawa pytać o jego demony.

- Nie jestem gościnny, jak już wiesz, ale jestem zajebisty w naleśniki - odezwał się nagle, nie patrząc na mnie. - Te francuskie czy jakieś tam. Zjesz?

- Jasne.

Kiedy podeszłam i oparłam się o szafki tuż obok niego, dotarło do mnie, że w całym mieszkaniu unosi się woń pomarańczy. Smażył cztery naleśniki w tym specjalnym syropie, którego przygotowanie widziałam tylko w internecie. Byłam zbyt leniwa na takie eksperymenty.

- Odnoszę wrażenie, że dzisiejszy wieczór jest jakiś przełomowy - mruknął pod nosem, przewracając naleśniki. - Dużo się działo, był chaos. - Spojrzał na mnie spod rzęs. - Zarobiliśmy dwieście tysięcy i powinniśmy się zastanowić, co z nimi zrobimy. Ale nie to ryje mi łeb.

Miałam wrażenie, że jest jakiś taki... Dziwnie spokojny, choć drżały mu dłonie. Może to emocje? A może... leki?

- A co ci zaprząta głowę? - zapytałam ostrożnie.

Sięgnęłam po butelkę wody, która stała obok kuchenki, i pociągnęłam długi łyk, nie spuszczając wzroku z Reigana. Przygryzał wargę i unikał mojego spojrzenia.

- Nienawidzę poważnych rozmów.

Czyli co? Stresuje się? Stąd to dziwne zachowanie?

- Ale mamy być przyjaciółmi - dodał, teraz już przez zaciśnięte zęby - więc pytanie za pytanie. Zapytaj mnie o te pierdolone ręce, wiem, że chcesz.

Spuściłam wzrok na swoje bose stopy. Nie gapiłam się na ten bandaż aż tak otwarcie. A może właśnie się gapiłam? Nie wiedziałam, bo dzisiaj wszystko było takie dziwne.

- Obiecałam, że nie będę o to pytać. Nie ukrywam, ciekawi mnie to, ale nie chcę, by ta cienka nić porozumienia się zerwała, Rei. Naprawdę nie chcę.

- Dzisiejsza sytuacja pokazała mi, że nie mogę wymagać od ciebie cudów, jeśli nie daję ci niczego od siebie. Zaufanie za zaufanie. - Wyłączył kuchenkę i oparł się rękami o blat, spuszczając głowę. Był spięty, ale przez to mięśnie na jego rękach się uwypukliły i były takie... wow. Niepewnie dotknęłam jego bicepsa, zafascynowana tym widokiem. - No dalej, nie wiem, jak długo dam radę znosić tę zasraną przyjaźń.

- Bardzo mnie ciekawi, w jaki sposób to może ci pomagać - szepnęłam, wciąż dotykając jego ręki. - Patrząc na ciebie, nigdy bym nie powiedziała, że mógłbyś sobie to robić. Jesteś taki... nie wiem, czasem zamknięty i nonszalancki, masz tę swoją aurę niebezpiecznego gościa i nagle się okazuje, że... - Zahaczyłam małym palcem o bandaż i niepewnie uniosłam wzrok na twarz Reigana. - No wiesz.

- Czasem to, co widzisz na zewnątrz, nijak się ma do tego, co jest w środku. Każdy reaguje inaczej, potrzebuje czegoś innego. Pod tym względem jesteśmy do siebie podobni. Bo kto normalny po tym, jak się dowie, że został zdradzony, wypuszcza się na połów i pieprzy przyjaciół byłego partnera w akcie zemsty? Laski w takich sytuacjach rozpaczają, jedzą lody i rzucają rzutkami w tarczę z twarzą swojego byłego.

- Dlaczego akurat to?

Wyprostował się i nie spojrzawszy na mnie, powoli odwinął bandaż. Wyciągnął rękę w moim kierunku, więc ją ujęłam i ze spokojem przyjrzałam się tej masakrze. Pomiędzy pięknymi fragmentami wytatuowanego dymu widziałam białe i różowe blizny oraz świeże strupki. Było ich mnóstwo, mnóstwo śladów cierpienia. Ścisnęło mnie w środku, ale nic nie powiedziałam. Ostrożnie przesunęłam palcem po ranach Reigana, a on zacisnął dłoń w pięść. Jego ścięgna się napięły, a żyły delikatnie się uwypukliły. Dopiero wtedy spojrzałam mu w oczy. Patrzył na mnie pustym, mętnym wzrokiem, którego nie znałam.

- Kiedy za bardzo boli mnie tu - wskazał na swoją głowę - i tu - wskazał serce - ból fizyczny okazuje się lekarstwem. Skupiam się na innym źródle. - Zacisnął powieki. - Kiedyś radziłem sobie też... innymi sposobami. Gorszymi.

- Nie wiem, czy znam wiele gorszych sposobów radzenia sobie z problemami niż okaleczanie się, Rei.

- Jestem o krok od przepaści - powiedział spokojnym głosem, delikatnie wysuwając rękę z moich dłoni. - Zawsze byłem. Zawsze balansowałem na krawędzi. Odkąd pamiętam, odkąd mój ojciec okazał się kupą gówna, moi znajomi kretynami i... Było tego dużo. Nie radziłem sobie.

- Brałeś? - To pytanie padło bez konsultacji z moim mózgiem, nie mogłam go powstrzymać.

W odpowiedzi tylko kiwnął głową.

- Ale już nie bierzesz, prawda?

Było mi wstyd za to, jak słaby był mój głos. Jak mała i przytłoczona się poczułam.

- Nie, mówiłem ci już, jestem czysty, odkąd wyszedłem z pierdla. Odkąd poznałem Kellera. Tak - zerknął wymownie na swoją rękę - sobie radzę z głodem, z emocjami, z gównem, które dzieje się dookoła mnie. Taki jestem - podsumował, a z każdym kolejnym słowem dystansował się coraz bardziej.

Odsunął się od blatu, by sięgnąć do szafki po talerze. Podał mi je, a potem bez słowa nałożył nam po dwa naleśniki. Położył widelce obok nich i kiwnął głową, żebym się przesunęła. Zrobiłam to tylko dlatego, że czułam się jak po zderzeniu czołowym z tirem. Po chwili siedzieliśmy przy wyspie z talerzami przed sobą i dwiema butelkami piwa.

- Smacznego - mruknął Rei.

Zaczął jeść, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą, więc zrobiłam dokładnie to samo. Pomiędzy nami zawisła cisza, która, o dziwo, nie wydała mi się niezręczna. Była ciężka, ale znośna. Jakby ten czas jedzenia miał być chwilą na przeprocesowanie wszystkiego, co zostało powiedziane.

Naleśniki były przepyszne, słodkie, miękkie w środku i chrupiące na brzegach. Zjadłam je ze smakiem, popijając gorzkim trunkiem. Kiedy skończyliśmy, odsunęliśmy od siebie talerze i wciąż milczeliśmy. Reigan pił swoje piwo, ja piłam swoje. Nasze uda ocierały się o siebie, ale poza tym nieznacznym kontaktem nie działo się nic innego.

Pękłam jako pierwsza. Wsunęłam rękę pod jego ramię i objęłam biceps. Spiął się.

- Kiedy miałam dwanaście lat, zostałam na noc pod opieką wujka, brata mojego ojca. Bardzo go lubiłam. Był zabawny i uwielbiał się ze mną bawić. Rodzice wyjechali w interesach, a moja siostra nocowała u przyjaciółki. - Zamknęłam oczy, opierając policzek o ramię Varneya. - Wujek przyjechał spóźniony, było grubo po dziesiątej, a ja leżałam już w łóżku. Przyszedł do mnie. Włączył muzykę i zaczął tańczyć w moim pokoju, wywijał ze mną w ramionach, a ja byłam zachwycona, bo zawsze wydawał mi się taki pogodny. - Moje serce przyspieszyło na wspomnienie tamtej nocy. - Wypiłam z nim wtedy swoje pierwsze piwo i tańczyliśmy do późnych godzin. Po tym piwie i zabawie zmęczona padłam w fotelu obok kanapy. - Wstrząsnął mną dreszcz. Nigdy nikomu nie opowiadałam tej historii. Za bardzo jej nienawidziłam. - Kiedy się obudziłam, wujek leżał u moich stóp, był siny, nie żył... Przyjechał do mnie kompletnie naćpany, sekcja zwłok wykazała, że przedawkował heroinę. Nienawidzę twardych narkotyków, Rei - wyznałam słabym głosem. - Nienawidzę ich każdą cząsteczką siebie.

Nastała długa, ciężka cisza, słychać było tylko mój urywany oddech.

- Nie biorę twardych dragów od wielu lat - zapewnił mnie cichym, obcym głosem. - Złożyłem obietnicę i jej dotrzymuję. Moja przeszłość nie zniknie, ale jestem czysty.

- Wierzę ci, ale chciałam się z tobą podzielić tą historią. Narkotyki to jedyne, co może mnie do ciebie zniechęcić.

Spiął się i powoli wyprostował, więc odsunęłam się i na niego spojrzałam. Nie wyglądał na zachwyconego moim wyznaniem. Jego błękitne oczy były mętne i pozbawione życia, jakby w jego wnętrzu rozgrywała się właśnie jakaś walka.

- Powinniśmy iść spać. Ten wieczór jest popierdolony i mam serdecznie dość tego dziwnego porozumienia między nami. Mącisz mi w głowie.

Uznałam, że to czas na przerwanie naszego oczyszczającego momentu. Uśmiechnęłam się czarująco i zsunęłam ze stołka. Stanęłam obok Reigana i obróciłam go wraz z krzesłem w swoją stronę. Uniósł brew.

- Pamiętasz, co ci powiedziałam w Addiction dwa miesiące temu?

- Zapewne coś głupiego.

- Nie, powiedziałam, żebyś zaprosił mnie na randkę, a zrobię ci burdel w życiu.

- Nie zaprosiłem i nigdy nie zaproszę cię na randkę - prychnął z obrzydzeniem.

- Może i nie, ale i tak zrobiłam ci w życiu burdel. - Rozsunęłam jego nogi i zbliżyłam się do emanującego ciepłem ciała. Położyłam dłonie na mięśniach piersiowych mężczyzny, a on bezceremonialnie chwycił mój tyłek. - Cieszę się, że jak zawsze nie posłuchałam przyjaciół. Przeszło mi przez myśl, że nie wytrwam w tym układzie, który zawarliśmy, ale już zmieniłam zdanie. - Nachyliłam się, by delikatnie musnąć jego usta. - Nie pozbędziesz się mnie, póki nie zobaczę tej pieprzonej zorzy polarnej.

- A jak już ją zobaczysz? - wyszeptał i przygryzł mi wargę. Pod wpływem mojej bliskości napięcie powoli zaczęło go opuszczać. - Co wtedy?

- Zobaczymy.

- Zobaczymy?

Zainicjowałam długi, mokry pocałunek, który odwzajemnił, wciąż ściskając moje pośladki. Głaskałam go po ramionach, po szyi i w pewnym momencie pod wpływem impulsu pociągnęłam mocno za włosy.

- Druga zasada kręgu - jęknął mi w usta.

Objął mnie ciasno w pasie, po czym wstał i pociągnął za sobą. Nie miałam innego wyjścia, jak wskoczyć na niego i dać się namówić na tę słodką chwilę przyjemności. Druga zasada kręgu to seks. A seks z Reiganem był dla mnie jak wypłynięcie na bezpieczne wody. Pragnęłam dobrze zakończyć ten dzień, a nie było lepszego zakończenia niż to z jego kutasem między moimi nogami. Chwila szczerości minęła. Czas wrócić do normalności.

Rei podszedł do sofy. O dziwo, zamiast rzucić mną jak workiem ziemniaków, stanął za nią, posadził mnie na oparciu i nieprzerwanie pożerał moje wargi. Był wygłodniały, zaborczy i nie do powstrzymania. Każdy ruch jego języka, każde ugryzienie i każdy dźwięk, który wydawał, skutecznie oddalały moje myśli od tego, co się dzisiaj stało. Jego bliskość, dotyk szorstkich dłoni i cały on, po prostu on sam... to wystarczało, bym odpłynęła w miejsce, które kochałam. Na planetę przyjemności. Nie musiał mnie bić, dusić czy poniżać, bym się podnieciła. Dotykał mnie, a moja głowa była wolna. Lubiłam go za to bardziej, niż kiedykolwiek zdecydowałabym się przyznać.

- Jesteś taka miękka - szepnął, przenosząc pocałunki na moją szyję. Kąsał ją, lizał i całował, w tym samym czasie ocierając się twardym penisem o moje udo. Te jego pieprzone spodnie od piżamy... - Rozpływasz się w moich dłoniach, Mandaryneczko.

Parsknęłam śmiechem w reakcji na ten głupi pseudonim. Odepchnęłam Reigana, by zerwać koszulkę, którą miałam na sobie. Rzuciłam ją gdzieś w tył. A Reigan rzucił się na moje cycki. Jedną pierś chwycił w dłoń i ścisnął, a drugą zaatakował wargami. Ssał sterczącą brodawkę, okrążał ją językiem i przygryzał, przez co czułam rozkoszne impulsy w całym ciele. Odchyliłam się, zapominając o tym, że siedzę na oparciu sofy, i poleciałam do tyłu. Wylądowałam ze śmiechem na części przeznaczonej do siedzenia tylko dzięki interwencji Reigana. Złapał moje biodra, więc nie runęłam na podłogę. Spojrzałam na niego ze swojego miejsca, a on na mnie ze swojego, i tak po prostu, jakby cały dzisiejszy dzień został wykasowany, roześmialiśmy się głośno.

- W takiej pozycji się jeszcze nie pieprzyłem - oznajmił wesoło i przyciągnął moje biodra.

Było mi niewygodnie, gdy tak wisiałam z tyłkiem wystającym w jego stronę, ale odpuściłam protesty.

- Chętnie spróbuję - dodał.

Sprawnie zdjął moje majtki, rzucił je za siebie i rozłożył mi nogi tak szeroko, jak tylko mógł. Potem opuścił spodnie od piżamy, potarł penisa i doprowadzając mnie tym do szaleństwa, splunął na niego. Nie umiałam powstrzymać jęku, gdy tak nade mną górował z tą aurą potężnego, dominującego mężczyzny.

- Za przyjaźń z bonusem - oznajmił, przystawiając mokrą końcówkę fiuta do mojej cipki.

- Za przyjaźń z bonusem - powtórzyłam.

Potem wszedł we mnie jednym, zdecydowanym pchnięciem i w porę chwycił moje biodra, żebym mu nie zjechała. Bez ociągania się przyjął szybkie, zwierzęce tempo, przez co resztki niechcianych myśli, wspomnień i obaw wyparowały z mojej głowy. Czerpałam ogrom przyjemności z takiego ułożenia naszych ciał i determinacji Reigana. Patrzyłam na niego przez cały czas trwania tego aktu, napawając się widokiem pięknych tatuaży, świetnego ciała i twarzy, której, choćbym chciała, już nigdy nie udałoby mi się zapomnieć.

- Powiedz, że mi ufasz - zażądał w pewnym momencie.

- Ufam ci - odparłam bez zastanowienia.

- Dobrze, Mandaryneczko, ja też ci ufam. - Zmienił strategię i teraz, zamiast szybko i jednostajnie, wchodził we mnie gwałtownie i cofał się boleśnie powoli. Używał więcej siły, niż mogłam znieść. Moje nogi zaczęły drżeć, co zwiastowało rychły orgazm. - Musimy sobie znaleźć kolejny film.

Jęknęłam z rozkoszy, zaciskając się na nim.

- Musimy.

- Lubię cię, Auristello - wysapał między pchnięciami, patrząc mi w oczy. Jego dłonie ściskały moje biodra z taką siłą, że spodziewałam się tam siniaków. - Nie spieprz tego.

- I vice versa, Rei.