Król Morski. Książę Racibor
Król Morski
Książę Racibor
WYPRAWA NA KONUNGAHELĘ
Przygotowanie okrętów i łodzi transportowych, takielunku i uzbrojenia,
zapasów żywności i wody pitnej, a także ludzi i koni trwało długo - cały
lipiec 1136 roku. Było wiadomo, że szykuje się wielka wyprawa morska.
Mobilizacja objęła porty i przystanie słowiańskiego wybrzeża Bałtyku po
obu stronach ujścia Odry. Wreszcie rezydujący w Szczecinie książę
Racibor, od czasu udanych wypraw na ziemie duńskie, a zwłaszcza
zwycięskiej wyprawy ponad 300 słowiańskich okrętów na stolicę Danów -
Roskilde, nazywany Orłem Pomorzan lub Królem Morskim, wyznaczył datę i miejsce spotkania wielkiej armady. Bo ta ryzykowna wyprawa miała być
większa niż inne. Największa z dotychczasowych.
Najpierw konni wysłannicy Racibora pomknęli do najdalszych uczestników
wyprawy: Starigardu, gdzie po sąsiedzku z Duńczykami i coraz bardziej
nad Bałtyk napierającymi książętami saskimi żyli waleczni Wagrowie,
potem do Bukowca i Wyszomierza, gdzie przygotowywali się do wyprawy
wojowie obodryckiego księcia Niklota, a także do polskiego lennika
księcia Dobromira na Rugii i do Wołogoszczy, gdzie żyli wieleccy
wojowie, mający do załatwienia z synami północy wiele porachunków. Druga
grupa kurierów co koń wyskoczy pomknęła do Kamienia, Wolina, Trzebiatowa
i Kołobrzegu. Następni pognali do Choćkowa, Gardźca, Nakła, Dymina i stanic po obu stronach Zalewu Szczecińskiego. Jego ludzie dotarli
również do armatorów szczecińskich oraz gryfińskich.
Wagrowie, Obodryci, Wieleci, Ranowie (Rugianie), a dalej Wolinianie,
Pomorzanie, Słowińcy i Kaszubi - rozmieszczenie słowiańskich plemion w IX-XII wiekach na południowym wybrzeżu Bałtyku
Król Morski wzywa - dostali wszyscy jednobrzmiący, acz lakoniczny
rozkaz - 5 sierpnia, pod białym urwiskiem Arkony!
Parę dni później ubrany w bojowy hełm i kolczugę, ze srebrzystym
oszczepem, na którym powiewał biały proporzec z czerwonym gryfem, książę
Racibor w otoczeniu wodzów obodryckich, wieleckich, rugijskich,
wolińskich i pomorskich dokonywał w osłoniętej kredowymi urwiskami
zatoce Rugii przeglądu zebranej armady. A były tu flotylle Domasława i Wyszaka ze Szczecina, Niedomira z Wolina, Misława z Choćkowa, a także
flotylle Wieletów i Obodrytów, mniejsze kontyngenty Wagrów, Brzeżan,
Redarów i Stodoran z Pałabszczyzny. Wszystkie wypełnione doskonale
władającymi toporem i mieczem brodatymi i wąsatymi wojami, sprawdzonymi
w bojach łucznikami, tarczownikami, oszczepnikami i miotaczami kamieni.
Większość miała na sobie nabijane blaszkami i ćwiekami skórzane kaftany
lub kolczugi i bojowe hełmy. Z wielu statków dochodziło rżenie koni. Bo
największe z nich oprócz zapasów żywności i wody zabrać mogły 44 wojów i dwa konie, choć niektóre z kupieckich transportowców zabierały nawet
trzy konie, ale za to mniejszą liczbę wojów. Zadowolony Racibor zacierał
ręce, wydając ostatnie rozkazy.
Skoro świt, gdy tylko słońce różowić zaczęło gładką płaszczyznę morza,
rozległy się przeciągłe głosy rogów. Wielka armada złożona z 650
bojowych okrętów, transportowych statków i szybkich łodzi zwiadu ruszyła
w stronę cieśniny, gdzie wyspa Zelandia stykała się prawie ze Skanią,
podległą w tym czasie duńskiemu królowi Erykowi II.
Wolin - główny port Słowian
Wolinianie byli jednym z pierwszych plemion zachodniosłowiańskich, które
wymienione zostały w źródłach pisanych. Już w IX wieku obejmowało ono
wiele grodów, wśród których wyróżniał się zdecydowanie Wolin. Ośrodek
ten był jednocześnie centralnym punktem plemiennego osadnictwa,
posiadającym szerokie zaplecze gospodarcze na wyspie o tej samej nazwie
i na znacznych obszarach lądu stałego, sięgające aż po Kamień na północy
i po Puszczę Goleniowską na południu - tereny o łącznej powierzchni
około 1200 km2. Było to wreszcie
miasto, które wzbudzało niemały podziw odwiedzających je gości z dalekich stron.
A oto co pisali na ten temat współcześni:
GEOGRAF BAWARSKI - autor zapisu z połowy IX wieku: Welunzani mają 70
grodów.
IBRAHIM IBN JAKUB - kupiec i podróżnik arabski, który wędrując z muzułmańskiej części Hiszpanii odwiedził te strony w 966 roku:
Posiadają oni potężne miasto nad oceanem, mające dwanaście bram. Ma ono
przystań, do której używają przepołowionych pni. Wojują oni z Meszko, a siła ich wielka. Nie mają króla i nie dają się prowadzić jednemu, a sprawującemi władzę wśród nich są ich starsi.
ADAM Z BREMY - autor kroniki z 1074 roku: Odra, to najbogatsza rzeka
Slavonii. Przy jej ujściu stanowi poważne miasto Jumneta, ośrodek wielce
odwiedzany przez barbarzyńców i Greków mieszkających naokoło (...)
Miasto bogate wszystkimi towarami północy, posiada wszelkie tylko
możliwe przyjemności i rzadkości. Jest tam garnek Wulkana, który
mieszkańcy greckim ogniem nazywają....
ABDUL FIDAMA - kupiec arabski, który odwiedził Pomorze Zachodnie w początkach XII wieku: Miasto (...) należy do najpotężniejszego z królów
Słowian (...). Jego port na morzu otaczającym stanowi cel, w którym
zbiegają się liczne okręty.
Walcząc z Wolinianami, książę Polan - Mieszko, dążył oczywiście do
rozszerzenia swego władztwa nad Bałtykiem. Był przecież kontynuatorem
swych poprzedników na książęcym tronie: syna legendarnego Piasta -
Siemowita oraz jego następców Lestka i Siemomysła. Za największego
zdobywcę spośród nich uchodził przy tym książę Lestek. Pod koniec swego
panowania skupił w swym ręku nie tylko plemienne ziemie Polan i pobliskich Goplan, ale także Mazowsze i plemienne ziemie Lędzian
(sandomierską). Jego syn - książę Siemomysł, skierował swoją ekspansję
na północ, przyłączając do swego państwa Kujawy i część Pomorza, co
wyraźnie wskazuje na jego dążenie ku Bałtykowi. Zrealizował jednak ten
zamysł dopiero książę Mieszko, który dzięki rodzinnym powiązaniom i odpowiednim układom, popartym zapewne walecznością swej pancernej
drużyny, w roku 955 wcielił w granice swego władania Pomorze
Nadwiślańskie z Gdańskiem, a wkrótce także Pomorze Środkowe z Kołobrzegiem. W roku 961 skierował swe wojenne hufce na ziemię lubuską,
którą niebawem również wcielił w swoje granice i skierował się następnie
w stronę Szczecina.
Nie wszystko szło jednak gładko. Niemiecki kronikarz Widukund nie bez
satysfakcji opisał bitwę Wolinian i Wieletów wspomaganych przez
teutońskiego banitę i awanturnika, margrabiego Wichmana, stoczoną w 963
roku u ujścia Warty do Odry. W jej rezultacie książę Mieszko poniósł
klęskę, zginął jego brat, spalony został ważny gród plemienny Santok.
Prawdopodobnie pod wpływem tej porażki polski władca zawarł przymierze z Czechami i poślubił księżniczkę Dobrawę, a w roku 966 wraz ze swym
dworem i "całym ludem Polan" przyjął chrześcijaństwo. Gdy jednak
rozszerzając swe władztwo Mieszko zdobył Szczecin i z pomocą
tarczowników oraz jazdy polskiej i dobrze w bojach zaprawionych "dwóch
szyków konnicy czeskiej", przysłanych z Pragi przez teścia, nie tylko
zadał klęskę Wichmanowi i jego poplecznikom, ale 21 września 967 roku
zdobył Wolin. To miasto już wówczas mogło imponować wszystkim. Na
przestrzeni 3-5 kilometrów miało zwartą zabudowę oraz rzemieślnicze i rybackie przedmieścia, a przede wszystkim rozległy port z nabrzeżami o długości 300 metrów, będący w stanie przyjmować i obsługiwać największe
statki ówczesnej Europy. Już w owych czasach liczyło ono 7-8 tys.
mieszkańców, podczas gdy Gniezno i Poznań nie przekraczały 4 tysięcy. Ta
liczba stałej ludności stawiała Wolin w rzędzie największych wtedy miast
Europy. Największych i najbogatszych, bo prowadziło ono dalekosiężny
handel ze Skandynawią, Fryzją, Anglią i innymi krajami.
Gniezno - główna siedziba plemienia Polan i pierwszych władców
piastowskiej dynastii
Handel ich - nie bez zdziwienia pisał przecież Ibrahim ibn Jakub -
dociera do Rusów i Konstantynopola.
Fakt uzyskania długiego wybrzeża morskiego z przeszło stu portami i przystaniami spowodował, że w obronie swego władania wybrzeżem stoczyć
musiał Mieszko wraz z bratem Czciborem zwycięską bitwę z niemieckimi
feudałami w roku 972 pod Cedynią.
Wojowie Mieszka I w Cedyni (w 1000-lecie bitwy)
Polityka Mieszka I, a potem Bolesława Chrobrego zmierzała do trwałego
zespolenia Polski z Pomorzem na zachodzie i Prusami na wschodzie. Stąd
też zrodziła się próba nawrócenia Prusów na wiarę chrześcijańską.
Podjęta została wiosną 997 roku przez biskupa Wojciecha z czeskiego rodu
Slavnikoviców, który dopłynąwszy wielką łodzią do Gdańska, ochrzcił tam
tłumy mieszkańców, a następnie morzem udał się do kraju Prusów.
Męczeńska śmierć i wykupienie ciała z rąk pogan doprowadziły do jego
rychłej kanonizacji, a w roku 1000 do spotkania w Gnieźnie polskiego
władcy z cesarzem niemieckim Ottonem, co zaowocowało utworzeniem nowych
biskupstw w Krakowie, Wrocławiu, Lubuszu i Kołobrzegu, podległych
gnieźnieńskiej metropolii. Odnotowana w tym czasie przez kronikarzy
uroczystość zaślubin Polski z morzem (wrzucono do morza cztery
poświęcone głazy) oraz zajęcie Łużyc i Milska, Moraw, a nawet
podporządkowanie sobie w latach 1003-1004 Czech - umocniły pozycję
Chrobrego w Europie i znaczenie Polski wśród chrześcijańskich narodów
naszego kontynentu.
Rok 972 - dwie fazy bitwy wojsk polskich pod Cedynią z wojskami Hodona i Zygfryda
Niestety, młode jeszcze państwo rozdzierane wewnętrznymi sprzecznościami
i skłócone z sąsiadami utraciło z czasem panowanie nad morzem. Próby
powrotu nad Bałtyk podnoszone przez Mieszka II, Kazimierza Odnowiciela,
Bolesława Śmiałego oraz Władysława Hermana były mało efektywne. Do
granic morskich sprzed półtora wieku zdołał powrócić dopiero Bolesław
III Krzywousty, który od początku swego panowania (1102) walczyć musiał
z napastliwymi sąsiadami: Czechami na południu, Pomorzanami na północy i Niemcami na zachodnich krańcach swego państwa. Gdy jednak zbrojnie i drogą układów osiągnął pokój na południu, z impetem ruszył na północ.
Jego konna armia zaatakowała Pomorzan, którzy wcześniej grabili i pustoszyli przygraniczne ziemie Wielkopolski, Mazowsza i Kujaw.
Zwycięskie rajdy polskiego rycerstwa w kierunku Wałcza, Pyrzyc,
Białogardu i Kołobrzegu podjęte w 1105 roku przyniosły wiele sukcesów.
Największym było dotarcie przez bagna, puszcze i bezdroża nad Bałtyk.
Uradowani zdobyciem Kołobrzegu rycerze z radością śpiewali zapisaną
przez Galla Anonima pieśń:
Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy w oceanie pluskające.
Ojcom naszym wystarczało jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza, ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowania,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie.
Uporawszy się w roku 1109 z najazdem niemieckiego cesarza Henryka V,
któremu dotkliwe ciosy zadały jego wojska na Psim Polu pod Wrocławiem, a także pod Krosnem (Odrzańskim) i Głogowem, w roku 1116 wcielił w swoje
władanie Pomorze Nadwiślańskie, a w kilka lat później ruszył na Pomorze
Zachodnie. Po kolei zdobywał tamtejsze grody i miasta. Większy opór
napotkał dopiero pod Szczecinem. I chociaż w walkach zginął książę
odrzański Świętopełk, główne miasto Pomorzan dzielnie się broniło.
Miłościwy nasz pan i władca Bolesław - pisał Jan Długosz - oblegał
zamek i miasto Szczecin, rozbiwszy swój wojskowy obóz, by zmusić
Pomorzan do uległości sobie i swemu Królestwu Polskiemu.
Po 6-dniowym marszu przez bagna, bezdroża, puszcze, woje Bolesława
Krzywoustego dotarli spod Głogowa nad Bałtyk
Dopiero zimą 1121-1122 roku, gdy zamarzły bagna i okoliczne rozlewiska,
jego wojska zdobyły miasto i gród, gdzie rezydował syn księcia -
Warcisław. Krzywousty nie wcielił jednak tej ziemi, jak to uczynił swego
czasu Mieszko, w skład swego państwa, a zadowolił się lennem, początkowo
ustalonym na 500 grzywien (90 kg) srebra. Składając hołd w gnieźnieńskiej katedrze, na ołtarzu z relikwiami św. Wojciecha,
szczeciński książę uroczyście przyrzekł Krzywoustemu dawać w razie wojny
co dziesiątego zbrojnego ze swej ziemi, nie budować fortyfikacji i nie
czynić nic na szkodę Królestwa Polskiego, a przede wszystkim przyjąć
wraz ze swym ludem wiarę chrześcijańską. Dokonawszy tych ustaleń i umocniwszy swe władanie na Pomorzu Zachodnim, zimą 1123 roku przeszedł
ze swą bitną armią "przez morze", co z pewnością oznaczało przeprawę
przez Zalew Szczeciński, by dotrzeć na wyspy Wolin i Uznam, a także na
Rugię. Przeszło 500-kilometrowe wybrzeże wraz z licznymi portami i przystaniami znów tworzyło północną granicę Polski.
Misja biskupa Ottona
Misja chrystianizacyjna była kolejnym ogniwem wiążącym Pomorze Zachodnie
z resztą kraju. Niestety, podjęte w 1123 roku z inicjatywy Krzywoustego
działania pielgrzymującego w połatanej sutannie i z kosturem żebraka
eremity Bernarda rodem z Hiszpanii, szybko spełzły na niczym. Właściwie
zakończyły się jego wygnaniem z ziemi pomorskiej. Do kolejnej misji
zaprosił polski władca biskupa bamberskiego Ottona, który był wcześniej
kapelanem na dworze jego ojca, Władysława Hermana i znał język polski. I rzeczywiście, latem 1124 roku w otoczeniu zbrojnych wyruszył z Gniezna
orszak, w skład którego obok kleryków niemieckich i polskich wchodził
także kapelan polskiego władcy, Wojciech z rodu Pałuków i kasztelan
santocki Paweł.
Osobisty przykład księcia Warcisława, który przyjąwszy wiarę chrystusową
wyprosił ze swego domostwa 24 dotychczasowe żony (pozostawiając sobie
jedyną Idę - dwudziestą piątą) i głównie jego perswazja spowodowała, że
bez większych trudności misjonarze ochrzcili mieszkańców Pyrzyc,
Kamienia, Kołobrzegu i Białogardu. Gdy jednak biskup dotarł do Wolina,
jego mieszkańcy zdecydowanie odmówili tego obrządku. I trudno się temu
dziwić. Uchodzili za najbardziej zagorzałych zwolenników starych bogów:
Trygława - bóstwa głównego, Peruna - bóstwa niebios, Swarożyca - bóstwa
ogniska domowego, Jarowita - bóstwa wojów i ludzi zbrojnych oraz Welesa
- bóstwa zaświatów. Uproszeni jednak przez santockiego kasztelana i dworzan księcia Warcisława dali nadzieję: jeśli Szczecin przyjmie nową
wiarę, to może i my się zdecydujemy. Wielki orszak biskupa Ottona
zawitał więc do pomorskiej stolicy - miasta z książęcym grodem na
wzgórzu, obszernym podgrodziem i dwoma targowiskami oraz portem
wrzynającym się czterema pomostami w głęboki nurt Odry, liczącego - jak
notował misyjny kronikarz Herbord - 900 ojców rodzin.
Ponieważ zaś w ówczesnych warunkach liczebność rodzin wraz ze służbą i niewolnikami była wysoka, mogło to oznaczać 7-9 tys. mieszkańców. Nic
dziwnego zatem, że Szczecin nazywany był już wtedy castrum magnum -
wielkim grodem lub matką miast pomorskich. Ale misjonarzy przyjęto tutaj
bez entuzjazmu.
Po co nam nowa religia? - sarkali szczecinianie. Jesteśmy zadowoleni
z naszych bogów. U chrześcijan są złodzieje i złoczyńcy, obcinają nosy,
wydłubuja oczy. Wszelkiego rodzaju zbrodni dopuszcza się chrześcijanin
na chrześcijaninie.
Dwa miesiące trwały przetargi, wysyłano poselstwo do Krzywoustego.
Dopiero gdy władca Polski obiecał trwały pokój i zmniejszył coroczny
trybut do 300 grzywien srebra, gdy do ich przekonania aktywnie włączył
się tutejszy wójt podgrodzia Wyszak, poczyniono pewne ustępstwa. Bo
właśnie Wyszak, nazwany przez Herborda propetens vir (czcigodnym
mężem), jako kupiec i właściciel statków nieraz bywający w bałtyckich
portach w celach handlowych lub wojenno-grabieżczych, spotkał się tam z chrześcijaństwem. Zwłaszcza gdy dostał się do duńskiej niewoli, skąd
przez morze udało mu się uciec wiosłową łódką, którą z dumą pokazywał
misjonarzom, gdyż jako swoiste votum zawiesił ją na miejskiej bramie.
Osobiste zatem perswazje Wyszaka i mądre ustępstwa Krzywoustego skłoniły
wreszcie szczecinian do przyjęcia chrztu. Zresztą sam Wyszak dla
przykładu niejako stanął w pierwszej grupie swych pogańskich ziomków,
której późniejszy św. Otton zgodnie z obyczajem wszystkich misjonarzy
nadał imię Jana Chrzciciela. Podobnie, w otoczeniu aż pięciuset członków
rodziny i czeladzi stanął inny szczeciński armator i wielmoża, Domasław,
a także rozległa rodzina Świętoborzyców, której seniorzy przez długie
lata pełnili funkcje szczecińskich kasztelanów.
Wkrótce potem Jan Wyszak wraz z misjonarzami poprowadził wyzwolony już z pogaństwa szczeciński lud do najważniejszej w mieście świątyni Trygława,
stojącej na zamkowym wzgórzu i znajdującej się poza murami miasta
świątyni Peruna. Ale mieszkańcy Szczecina nie uderzyli pierwsi w swe
dotychczasowe bóstwa. Misjonarze sami więc zdarli ze świątyń dachy,
rozbili ściany, powalili posągi. Gdy jednak dotychczasowi ich wyznawcy
nie zauważyli żadnych oznak buntu ze strony powalonych bogów, a niebo
miast grzmieć i ciskać gromami nadal świeciło pogodnym słońcem, tłum się
ruszył, by dokonać dzieła zniszczenia. Triumfujący biskup Otto rozdawał
uczestnikom pogromu świątynne skarby: złote misy, cenne tkaniny,
kielichy, rogi itp. Sobie pozostawił wykonane ze złota trójgłowe
zwieńczenie głównego bóstwa, które zawiózł następnie do Rzymu jako dar
dla nowo wybranego papieża Honoriusza II.
Natychmiast też z drewna i plecionej wikliny zbudowano na miejscu
zburzonych gontyn pierwsze w Szczecinie kościółki chrześcijańskie: na
zamkowym wzgórzu pod wezwaniem czesko-polskiego świętego Wojciecha, za
murami natomiast św. Piotra, który w gotyckiej formie stoi do dziś,
granicząc boczną ścianą z... ul. Wyszaka.
Dokonawszy chrystianizacyjnego dzieła w Szczecinie, misja biskupa Ottona
udała się ponownie do Wolina. Popłynęła przez Zalew Szczeciński dwoma
statkami podstawionymi na polecenie księcia Warcisława przez wolińskiego
armatora Niedomira. Uparci Wolinianie długo się opierali, wypędzili
nawet misję poza mury miasta i rzekę Dziwnę. Z pomocą wpływowych i światłych obywateli miasta, przez Herborda Julinem nazywanego,
szczególnie zaś kupców i żeglarzy, którzy z chrześcijańską religią
spotkali się w innych krainach, udało się sprawę załagodzić. Nie wiadomo
jednak, czy ostatecznie Wolinianie chrzest przyjęli. Jeśli tak, było to
raczej pyrrusowe zwycięstwo.
Julin (...) zwykł był na początku każdego lata obchodzić święto
jakiegoś bożka przy tłumnym udziale ludzi i pląsach - pisał zdziwiony
kronikarz ottonowej misji. - Po powrocie ojca Ottona (...) z pierwszej
podróży do Pomorzan, dwa z najwybitniejszych miast, to jest Julin i Szczecin powróciły do bałwochwalstwa.
Ale i w drugiej, poprawkowej niejako wyprawie misyjnej, przedsięwziętej
w 1128 roku, nie poszło bamberskiemu biskupowi lepiej. Wprawdzie
działając głównie na lewym brzegu dolnej Odry ochrzcił mieszkańców
Dymina, Uznamia i Wołogoszczy, gdy jednak trafił ponownie do Szczecina i Wolina, dużo musiał się jeszcze napracować i naobiecywać, nim mieszkańcy
obu tych najważniejszych miast Pomorza Zachodniego zdecydowali się od
swych bogów odstąpić.
Łącznie - podsumował z wielką dokładnością obie wyprawy Herbord -
ochrzciliśmy 22 165 Pomorzan.
Daremnie natomiast próbował biskup Otto dotrzeć na Rugię. Mieszkańcy tej
wyspy, będąc zagorzałymi zwolennikami kultu czterotwarzowego Swantewita,
mającego swój główny chram na wysuniętym w morze cyplu Arkony, stanowczo
odmówili kontaktu z misją. Rugia długo jeszcze pozostała bastionem
pogaństwa.
Świątynia Swantewita na rugijskim przylądku Arkona
650 okrętów - 28 600 wojów?
Po emocjonujących wydarzeniach związanych z przyjęciem chrześcijaństwa
życie tak w Szczecinie, jak i w Wolinie wróciło do normy, jeśli nie
liczyć uroczystego przejazdu córki polskiego władcy Ryksy, która z Wolina właśnie wyruszała do Danii. Wydana została bowiem za mąż za
królewicza duńskiego Magnusa. Dalsza jej kariera przypomina mocno
polityczny mariaż córki Mieszka I i zarazem siostry Bolesława Chrobrego
- miedzianowłosej Świętosławy, która w roku 987 wydana została za króla
szwedzkiego Eryka Zwycięskiego, a następnie zaręczona była z królem
Norwegii Olafem Tryggvasonem, by zostać wreszcie żoną króla duńskiego
Svena Widłobrodego. Piękna Piastówna zasłynęła jako Sygryda Storrada,
matka Knuta Wielkiego - króla Danii, Norwegii i Anglii oraz Olafa -
króla Szwecji. Dzieje Ryksy były w jakimś sensie powtórką Świętosławy.
Gdy bowiem po pięciu latach małżeństwa z duńskim królewiczem Magnusem
owdowiała, po krótkim pobycie w Polsce ponownie wyszła za mąż, tym razem
za księcia Wielkiego Nowgorodu - Włodzimierza. Po jego rychłej śmierci
znów udała się na drugą stronę Bałtyku, gdzie poślubiona została po raz
trzeci - tym razem przez króla szwedzkiego Sverkera.
Słowiański okręt wojenny
Niedługo po tych wydarzeniach znów nadeszły dla Pomorza Zachodniego, a tym samym i dla Królestwa Polskiego, czasy mniej spokojne. Układy i sojusze, poparte nawet rodzinnymi koligacjami i małżeństwami - ówczesnym
i późniejszym zwyczajem także - były zrywane, a pokojowe współistnienie
szybko przekształcało się w krwawe najazdy, grabieże i okrucieństwa.
Liczne i bitne drużyny Normanów pod wodzą swych jarlów i książąt
napadały przecież nie tylko na Hamburg, ziemie i porty angielskie i francuskie, zapuszczały się do Kadyksu i na Sycylię, dalekimi szlakami
rzek i jezior docierały nad Morze Czarne i do Bizancjum, ale także
chętnie nawiedzały południowe wybrzeża Bałtyku, wdzierając się w łupieskich celach w głąb środkowej Europy.
Słowiański okręt transportowy z początków XII wieku, który mógł zabrać
44 wojów
Takie wypady budziły oczywiście działania odwetowe. Mając do dyspozycji
budowane we własnych warsztatach szkutniczych łodzie i żaglowo-wiosłowe
okręty, również i słowiańscy wojowie docierali morzem do głównych
ośrodków swych wrogów. W licznych wyprawach atakowali duńskie wyspy,
wsie, osady i miasta. Wspomniany kronikarz Saxo Grammaticus ze zgrozą
pisał:
(...) od granic Słowian aż po rzekę Eiderę wszystkie wsie na wschodzie
opuszczone leżały odłogiem. Zelandia wyczerpana wyniszczeniami południa
i wschodu pozostawała w odrętwieniu. Na Fionii rozboje nie pozostawiły
niczego oprócz garstki mieszkańców (...). Lollandia starała się uzyskać
spokój przy pomocy okupu. Reszta pustką zaległa.
Bywały też okresy, że słowiańscy wojowie zostawali tam dłużej: mieli
swoje osady i obronne gródki. Do dziś na wyspie Falster archeolodzy
duńscy odkrywają nie tylko miecze i tarcze słowiańskich wojów, ale także
słowiańskie narzędzia rolnicze i domostwa. Liczne adnotacje na ten temat
spotkać można również w skandynawskich sagach. I odwrotnie. Nie ulega
wątpliwości, że w X stuleciu Normanowie mieli swój gródek również w Wolinie, występujący w skandynawskich sagach pod nazwą Jomsborg.
Ale przewagi jednej strony nad drugą też były zmienne. W pierwszej
połowie XII stulecia szala wyraźnie przechyliła się na korzyść Słowian.
Po kolejnym napadzie duńskim na Rugię i zrabowaniu kilku statków kupców
pomorskich książę Racibor - brat Warcisława, ożeniony z drugą córką
polskiego władcy - Przybysławą, zorganizował zuchwałą wyprawę na...
duńską stolicę Roskilde, usytuowaną pośrodku Zelandii. Dotrzeć do niej
można było z dwóch stron: drogą lądową od strony Sundu, czyli
nieistniejącej wówczas Kopenhagi i po okrążeniu wyspy wodą poprzez fiord
od strony północnej. Trudno dziś orzec, którą drogą dotarli tam w roku
1134 pomorscy i rugijscy wojowie. Faktem jest, że pod wodzą Racibora
dotarli na Zelandię aż 300 dużymi okrętami, a pomorsko-rugijska konnica,
posiłkowana przez Wieletów i Obodrytów bez większych przeszkód dotarła
do Roskilde i z dymem puściła stolicę duńskiego królestwa. Polski lennik
i zarazem zięć Bolesława Krzywoustego musiał doskonale zdać egzamin jako
pomysłodawca, organizator i dowódca wyprawy, skoro cała flota
szczęśliwie wróciła w swe rodzinne pielesze, wioząc olbrzymie łupy i licznych brańców, których ówczesnym obyczajem sprzedawano potem na
targach niewolników. Od tego też czasu książę Racibor nazywany był w grodach i osadach Słowian ciągnących się wzdłuż morskiego brzegu od
duńskiego Szlezwiku, poprzez Połabie i Pomorze do ujścia Wisły - Królem
Morskim. Jego sława pogromcy Normanów, którzy przez trzy wieki napadali,
a nawet ujarzmiali obce kraje, niosła się aż po krańce skandynawskiego
półwyspu i zachodniej Europy. Bo chociaż nikt nie mianował go admirałem,
tytuł Króla Morskiego był jego zasłużonym odpowiednikiem.
Ale ówcześni Słowianie byli zdolni do wykonania jeszcze bardziej
zmasowanych i szybkich, a dzięki temu skutecznych działań tak na morzu,
jak i na lądzie. Przykładem tego jest wyprawa Racibora, przedsięwzięta
za wiedzą i zgodą polskiego monarchy w roku 1136. Jeśli wierzyć
skandynawskim źródłom pisanym, wielka armada składała się aż z 650
okrętów, a każdy "zabierał z sobą 44 wojów i dwa konie", czyli razem 28
600 zbrojnego chłopa i 1300 koni! Ogromna to armia, z przećwiczoną w bojach konnicą włącznie! Nawet jeśli są to dane przesadzone, musiała być
to morska potęga porażająca wroga, a w każdym razie na taką siłę
wyglądająca. Prowadzona wprawną i mocną ręką Króla Morskiego przemknęła
wśród nocnych ciemności przez zelandzko-skańskie zwężenie Sundu i wypłynąwszy na szerokie wody Kattegatu w zorganizowanym porządku
posuwała się dalej. Jej celem było tym razem gniazdo najbardziej
drapieżnych i dokuczliwych Normanów i zarazem jedno z najbogatszych
miast północy - Konungahela, leżące w końcu długiego fiordu, na
pograniczu dzisiejszej Szwecji i Norwegii, wówczas podległe duńskiemu
królowi Erykowi II.
Przebywszy blisko pięćset kilometrów flota Słowian podzieliła się na
dwie części. Od swych ludzi prowadzących wcześniej terenowe rozpoznanie
książę Racibor wiedział, że prowadzą do Konungaheli dwie zbiegające się
po kilkudziesięciu kilometrach w mieście odnogi rzeki Gota. Dopiero po
rozdzieleniu na dwie części okręty słowiańskie zauważył miejscowy rybak
- niejaki Ejnar. Podniósł spóźniony alarm. Tymczasem wyminąwszy wbite w dno fiordu pale obronne, Słowianie zdobyli najpierw dziewięć
przygotowanych do podróży na wschód statków szwedzkich, ale zaraz
stoczyć musieli morderczą bitwę z bojowymi okrętami Normanów, które
zastąpiły im drogę. I choć w tej wstępnej batalii morskiej Słowianie -
jak twierdzą skandynawskie źródła - stracili aż 170 okrętów, wkrótce
normańska flota przestała istnieć, a te okręty, które nie zatonęły lub
nie zostały spalone, wraz z załogami dostały się do słowiańskiej
niewoli. Ale to nie był koniec bitewnych zmagań. Na nabrzeżach i pomostach portu, a zwłaszcza na mostach i przeprawach łączących go z miastem i grodem miejscowego jarla, pojawili się teraz normańscy
wojownicy. Obrzucili przybyszów gradem strzał, oszczepów i miotanych z katapult kamieni. Mężnie walcząc, robili wszystko, aby uniemożliwić
Słowianom lądowanie.
W wąskich odnogach rzeki flota zachodniej Słowiańszczyzny nie mogła
jednak rozwinąć w pełni swych bojowych możliwości. Do walki rzuciła się
wtedy piechota morska dowodzona przez wojewodę Unibora, która
niejednokrotnie już dała się wrogom we znaki. Po pas brnąc w wodzie i przybrzeżnych błotach, natarła na obrońców z boku, od strony lądu.
Wzięci w dwa ognie Normanowie "z chyżością wystraszonych zajęcy" uciekli
za palisadę i obronne wały miasta. Zaraz też okręty Racibora dobiły do
brzegu, wysadzając tak wojów, jak i konie oraz spieszonych na tę okazję
żeglarzy. Pierścień słowiańskich wojsk zacieśniał się coraz bardziej, aż
udało się zamknąć miasto w kleszczach oblężenia. Gdy stanęły w płomieniach specjalnie przez napastników podpalone przedmieścia,
nastąpił jeden atak, drugi, a następnie trzeci. W nocy z 9 na 10
sierpnia 1136 roku ostatni bastion Konungaheli został zdobyty. Port,
miasto i gród zdały się na łaskę i niełaskę zdobywców.
Rok 1136 - atak słowiańskiej floty i wojsk lądowych na Konungahelę
Wiktoria była całkowita. Znany nie tylko w Skandynawii autor dzieła
Gesta Danorum - Saxo Grammaticus, z oczywistych powodów nieprzychylny
Słowianom, notował ze zdumieniem:
Następnie zagarnęli wszystko, co było w grodzie. Zakończywszy rabunek,
puścili miasto z dymem i po dokonaniu przeglądu swych wojsk, wzięli cały
lud jako łup i podzielili go na łodzie.
Twórca spisanej w dalekiej Islandii sagi Heimskringla, Snorre
Sturlusson, z kolei napisał:
Król Racibor i jego zwycięskie wojska ustąpiły i powróciły do Slavii, a wielka liczba ludu, który wzięty był w Konungaheli, potem długo żył u Słowian w niewoli. A wielki port Konungahela nigdy nie wrócił do tego
stanu jak przedtem.
Tak jak w epoce wikingów, która przypadała na lata 850-1050, kiedy to
ich bitne drużyny pod wodzą jarlów i książąt docierały do Wolina,
Kamienia i Szczecina, atakowały Kołobrzeg, Gdańsk i Truso, nie mówiąc o Rugii czy osadach wielecko-obodryckich między Łabą i Odrą, a nieraz w łupieskich celach wdzierały się w głąb lądu, siejąc śmierć i zniszczenie, tak teraz szala zwycięstw przechyliła się na stronę
Słowian. W swych dalekosiężnych wyprawach docierali bowiem do Aarhus na
wschodnim i do Ribe na zachodnim wybrzeżu Jutlandii, do Birki pod
dzisiejszym Sztokholmem i na silnie zwykle bronioną Gotlandię. W 1150
roku zachodniosłowiańscy i pomorscy wojowie dokonali także najazdu na
Skanię, a w roku 1157 na wyspę Fionę. Dramatyczne wydarzenia nie omijały
nawet koronowanych głów. Aż dwukrotnie dostał się do słowiańskiej
niewoli władca Danii - Sven Widłobrody. Do niewoli Rugian trafił w roku
1158 jego następca Waldemar.
Wstyd mi pisać, co nastąpiło - notował wspomniany Saxo Grammaticus. -
Większość Duńczyków skoro dostrzegła zbliżającego się nieprzyjaciela,
porzucając bezwstydnie monarchę, wciągała żagle na maszty (...). Królowi
nie udało się powstrzymać odpływających ani nawoływaniem, ani znakami
(...). Tak dalece trwoga zamknęła wszystkim uszy i oczy.
Paniczną ucieczką salwował się z kolei król Eryk III, ujrzawszy w czasie
jednej z inspekcyjnych podróży flotę słowiańskich żeglarzy.
Uciekał jak zając, gubiąc broń i pozostawiając swój okręt - pisał o tym incydencie zawstydzony Saxo - a w ucieczce zgubił także koronę.
Nic dziwnego, że Bałtyk nazywano w tym czasie Morzem Słowiańskim,
dzisiejszą Zatokę Gdańską nazywano Zatoką Wenedów, zaś Zatokę Lubecką,
nad którą zamieszkiwało w tym czasie najbardziej na zachód wysunięte
plemię słowiańskich Wagrów (z główną siedzibą w Starigardzie -
dzisiejszym Oldenburgu) oraz Obodrytów (z główną siedzibą w Bukowcu -
Lubece), nazywano po prostu Zatoką Słowiańską.
Odważny dowódca - lojalny lennik
Książę Racibor rządził Pomorzem Zachodnim po tragicznej śmierci swego
brata Warcisława, zakłutego nożem w pobliżu osady Słupia nad rzeką
Pianą, po lewej stronie Odry. Dopadł go tutaj w czasie drzemki pod
drzewem dworzanin wieleckiego pochodzenia, a było to prawdopodobnie w roku 1135. Jego młodszy brat Racibor - utalentowany wódz, odważny
dowódca morski i lojalny lennik polski, rządził twardą ręką, ale władzy
nie przejął dla swego widzimisię. Był bowiem roztropnym gospodarzem tej
ziemi, wiernym wobec przyjaciół i lojalnym również wobec zamordowanego
brata. Czuł się regentem księstwa, którego żonie Przybysławie przypadł w udziale obowiązek wychowania dziedziców pomorskiego tronu, jako że
Warcisław zostawił dwóch synów: pięcioletniego Bogusława i młodszego
Kazimierza - prawdopodobnie osieroconych wcześniej także przez matkę.
Rok 1168 - duński najazd na Arkonę
Biorąc bezpośredni udział w walce z wrogami Pomorza i Królestwa
Polskiego lub inicjując dalekosiężne wyprawy morskie, zawsze dawał
dowody swej "rzadkiej i przedziwnej roztropności". Zawsze przedsiębrał
takie tylko wyprawy, które dobrze były przygotowane, a teren akcji przez
informatorów (dziś powiedzielibyśmy - szpiegów) dobrze rozpoznany. Nic
dziwnego, że jego imię budziło respekt wrogów, a bezgraniczne zaufanie
poddanych. Strach przed Raciborem - Królem Morskim z Pomorza rodem
spowodował, że powstało w Roskilde coś w rodzaju pospolitego ruszenia
kupców, mieszkańców nadmorskich osad, doświadczonych wojowników,
szkutników i znawców morskiej żeglugi, którego celem była obrona przed
najazdami Słowian. Długo trwały intensywne przygotowania Duńczyków zanim
wyruszyli oni zbrojnie na drugą stronę Bałtyku. Pod pozorem "walki z pogaństwem" i nawrócenia "tego dzikiego ludu barbarzyńców" wraz z wojskami saskimi przybyli w roku 1147 pod Szczecin. Oblężenia miasta nie
przerwało wystawianie na murach obronnych krzyży i zapewnienia
mieszkańców, że już 23 lata temu ochrzczeni zostali przez misję biskupa
Ottona. Dopiero perswazja przebywającego akurat w Szczecinie wolińskiego
biskupa Wojciecha i księcia Racibora, przed którym przeciwnicy odczuwali
zrozumiały respekt, doprowadziły do odstąpienia od oblężenia i wycofania
duńskich i saskich najeźdźców. Dopiero w dziesięć lat po śmierci
Racibora (w 1168 roku) następna duńska wyprawa, kierowana przez króla
Waldemara i wojowniczego biskupa-rycerza Absalona, podbiła wciąż
pogańską Rugię i zdobyła przylądek Arkona, gdzie mieściła się ceniona w całej zachodniej Słowiańszczyźnie świątynia Swantewita. Jak donosił Saxo
Grammaticus - bezpośredni uczestnik tej wyprawy i zarazem sekretarz
Absalona - krewki biskup własnoręcznie rozbił toporem figurę pogańskiego
bóstwa, a z jego szczątków duńscy wojowie rozpalili ognisko dla
przyrządzenia wieczornego posiłku. Złote i srebrne przedmioty kultu oraz
rozliczne skarby przez wieki składane u stóp czterotwarzowego bóstwa
wywieźli z sobą do Danii.
Bezdzietne małżeństwo Racibora i Przybysławy trwało ponad dwadzieścia
lat. Zmarli prawie jednocześnie, choć zachowała się tylko data jego
śmierci - 7 maja 1156 roku. Pochowano go w klasztorze, który ufundował
trzy lata wcześniej w Grobi, niedaleko osady Uznam. Najwyraźniej dowodzi
tego najstarszy ze spisanych aktów biskupa pomorskiego Wojciecha z dnia
8 czerwca 1159 roku, mocą którego temuż klasztorowi w Grobi (...) dobra
i dochody przez księcia Ratybora i żonę jego Przybisławę darowane
zatwierdza.
Kultowa figurka Trygława odkryta przez archeologów na podzamczu w Szczecinie