Przedmowa wydawcy niemieckiego
W 1951 roku uwagę naszego Wydawnictwa
zwrócił mający podówczas 62 lata kierownik urzędu miejskiego w Eferding
w Górnej Austrii, były kapelmistrz orkiestry teatralnej, August Kubizek,
który w młodości przez kilka lat utrzymywał bliski kontakt z Hitlerem.
Wielkie znaczenie wspomnień Kubizka o dyktatorze widać było jak na
dłoni, choćby dlatego, że -?po pierwsze -?był jedynym przyjacielem
Hitlera za czasów jego młodości, po drugie zaś -?że przeżycia w okresie
rozwoju mają znaczny wpływ na dalsze losy i zachowanie człowieka. Na
dodatek zasadnicze cechy charakteru w tym stadium życia nabierają
dopiero pierwszych, delikatnych konturów. I tychże zarysów winni szukać
badacze, jeśli chcą wyjaśnić przyczyny późniejszych działań Hitlera jako
polityka i męża stanu.
Z tego też powodu Wydawnictwo poprosiło Augusta Kubizka, by sięgnął po
pióro i przelał na papier wspomnienia z dawnych czasów. Najważniejszym
przykazaniem miało być dla niego przedstawienie czytelnikom prawdy,
której wyłącznie z kolei winny służyć także i te wspomnienia.
Z charakterologicznego punktu widzenia Kubizkowi można było całkowicie
zaufać. Był idealistą, który po roku 1938 uprzejmie, ale zdecydowanie
odrzucił wszystkie propozycje Hitlera, by zrezygnował z pracy jako
kierownik urzędu miejskiego i powrócił do życia muzycznego, obejmując w nim kierownicze stanowisko. Kiedy gwiazda Hitlera zaczęła się chylić ku
upadkowi, Kubizek, choć w głębi duszy daleki ideałom narodowego
socjalizmu, wstąpił do partii, chcąc tym krokiem dowieść wierności
przyjacielowi z młodych lat, i to właśnie przede wszystkim w ciężkich
dla niego czasach.
Po głębokim zastanowieniu i kilku próbach Kubizek sporządził manuskrypt,
który ukazał się drukiem w 1953 roku, wzbudzając niezwykłe
zainteresowanie. Został on przełożony na wiele języków (angielski, w tym
wydanie amerykańskie, francuski, hiszpański), drukowano go też we
fragmentach w światowej prasie. Stał się on także obiektem gruntownych
badań historyków. Kiedy Kubizek zmarł 23 października 1956 roku, jego
wspomnienia były już uznane przez międzynarodowe kręgi za źródłowe.
Przedstawiane w niektórych publikacjach twierdzenie, że w roku 1938
między autorem, Augustem Kubizkiem, a Hauptarchiv der NSDAP [Archiwum
Główne NSDAP] jakoby doszło do ustalenia "wytycznych" dla jego
wspomnień, nie odpowiada faktom.
Wydawnictwu nie jest znany fakt istnienia jakiegokolwiek porozumienia
zawartego między panem Kubizkiem a wspomnianym Archiwum Głównym NSDAP,
zaś wdowa po nim napisała nam, iż jej mąż nigdy nie był w tymże archiwum
w Monachium. Poza tym wzmianka o takowym porozumieniu nie jest w żadnej
mierze dowodem, że Kubizek już wtedy podjął się spisania wspomnień pod
takim kątem. Ponadto o wiele bardziej decydujący jest fakt, że charakter
Kubizka nie pozwoliłby mu pisać wspomnienia według jakichkolwiek
"wytycznych". W swej książce autor podkreśla zdecydowanie, że przy
spisywaniu tych wspomnień "nie czynił tego pod niczyim wpływem ani na
niczyje zlecenie". Jako że autor już nie żyje, a jego wspomnienia mają
wartość dokumentalną, jest rzeczą samą przez się zrozumiałą, że
niniejsze wydanie pozostało niezmienione w stosunku do wcześniejszego.
Czerwiec 1966, Leopold Stocker Verlag
Może ten Hitler jest studentem? -?pomyślałem. Takie było zresztą moje
pierwsze wrażenie. Także czarna laseczka z hebanu z delikatnie rzeźbioną
rączką z kości słoniowej była zdecydowanie studenckim rekwizytem. Z drugiej strony dziwiło mnie jednak, że wybrał sobie na przyjaciela
prostego czeladnika tapicerskiego, który ciągle się bał, że podczas
spaceru czuć go będzie klejem, z jakim miał bez przerwy do czynienia w ciągu dnia. Jeśli Hitler był studentem, musiał gdzieś chodzić do szkoły.
Niespodziewanie więc pewnego razu skierowałem rozmowę na jej temat.
-?Szkoła?! -?oburzył się.
Był to jego pierwszy wybuch gniewu, z jakim się u niego spotkałem. Ze
szkołą nie chciał mieć nic wspólnego. Jak wyjaśnił, wcale go już nie
obchodziła. Nienawidził profesorów i nie kłaniał się żadnemu z nich, gdy
spotykał ich na ulicy, nienawidził również kolegów szkolnych, którzy
wychowywani byli w niej na próżniaków. Nie, o szkole nie mogłem z nim
rozmawiać. Opowiedziałem mu o tym, że także i ja nie miałem wielu
sukcesów w szkole.
-?Dlaczego? -?chciał wiedzieć.
Nie podobało mu się, że nie miałem dobrych wyników w szkole, której sam
tak nienawidził, i nie widział w tym żadnej sprzeczności. Z tej rozmowy
wyniosłem jednak tyle, że dowiedziałem się, iż do niedawna musiał
uczęszczać do szkoły wyższego stopnia, gimnazjum albo szkoły realnej, i że zakończyło się to prawdopodobnie jakąś katastrofą. W przeciwnym razie
tak radykalny stosunek do niej nie byłby przecież możliwy. Ponadto
ciągle odkrywałem kolejne nowe sprzeczności i zagadki związane z nowym
przyjacielem. Niekiedy czułem się nawet z tego powodu nieswojo. Kiedy
pewnego razu spacerowaliśmy po Freinbergu, Hitler nagle zatrzymał się,
wyciągnął z kieszeni czarny zeszycik -?mam tę sytuacje jeszcze dzisiaj
przed oczami i mogę ją opisać ze szczegółami -?i przeczytał napisany
przez siebie wiersz.
Samego wiersza już sobie dzisiaj nie przypominam, a dokładniej mówiąc,
nie potrafię go odróżnić od innych, jakie mi Adolf czytał później. Ale
pamiętam dobrze, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie fakt, że mój
przyjaciel pisze poezje i nosi swe utwory przy sobie, tak jak ja
musiałem nosić wtedy narzędzia do tapetowania. Gdy potem Hitler pokazał
mi rysunki, jakie naszkicował, wykonane przez siebie plany -?nieco
zagmatwane, mało czytelne szkice, które nie do końca mogłem odczytać -?i oświadczył, że o wiele więcej i lepsze przechowuje w swoim pokoju i jest
zdecydowany poświęcić życie sztuce, zacząłem stopniowo pojmować, jakim
człowiekiem jest mój przyjaciel. Zaliczał się on mianowicie do owego
szczególnego gatunku, o którym sam marzyłem w chwilach odwagi -?był
artystą pogardzającym powszednią "pracą dla chleba" i zajmował się
pisaniem poezji, rysunkiem, malarstwem i teatrem. Zaimponowało mi to
wielce. Ogarnął mnie dreszcz lęku w obliczu tak wspaniałych rzeczy,
jakie miałem możliwość przeżyć w jego towarzystwie. Moje wyobrażenia o artystach były podówczas nader mętne -?prawdopodobnie Hitler miał równie
niejasne i mgliste zamiary. Opowieści o nich brzmiały tym bardziej
zachęcająco.
O swoich bliskich Hitler mówił rzadko. Jak mawiał, było rzeczą wskazaną,
by nie zadawać się zbytnio z dorosłymi, gdyż swymi dziwnymi poglądami
odwodzą ludzi od ich własnych zamiarów. Na przykład jego opiekun, pewien
gospodarz z Leonding nazwiskiem Mayrhofer, wmówił sobie, że Adolf
koniecznie powinien wyuczyć się jakiegoś rzemiosła. Podobnego zdania był
też jego szwagier. Wywnioskowałem z tego, że w rodzinie Hitlera muszą
istnieć bardzo skomplikowane relacje. Najwyraźniej spośród wszystkich
dorosłych poważnie traktował tylko jedną osobę -?swoją matkę.
A przy tym miał dopiero około szesnastu lat i był o dziewięć miesięcy
młodszy ode mnie. Nawiasem mówiąc, jego poglądy, odbiegające od
mieszczańskiego światopoglądu, wcale mi nie przeszkadzały. Wręcz
przeciwnie! Właśnie ten nonkonformizm jeszcze bardziej przyciągał mnie
do niego. Postanowienie, iż poświęci swe życie sztuce, było dla mnie
najwyższym celem, jaki młody człowiek mógł sobie postawić, bowiem
potajemnie również nosiłem się z zamiarem podjęcia takiej decyzji -
opuszczenia pełnego kurzu i hałasu zakładu tapicerskiego i przejścia w obszar czystej, wysokiej sztuki, by całkowicie skupić się na muzyce. Dla
młodych ludzi nie jest rzeczą obojętną, w jakim miejscu dochodzi do
zawarcia pierwszej przyjaźni. Było dla mnie symboliczne, że nasza
rozpoczęła się w teatrze, przed pełną blasku sceną i przy dźwiękach
muzyki. W pewnym sensie ta szczęśliwa atmosfera patronowała naszej
przyjaźni.
Poza tym sam znajdowałem się przecież w podobnej sytuacji co Hitler.
Szkoła była już poza mną i nie mogła dać mi nic więcej. Przy całej
miłości i przywiązaniu do rodziców, dorośli znaczyli dla mnie doprawdy
niewiele. Przede wszystkim zaś, w sytuacji gdy wiele kwestii było w moim
przypadku jeszcze otwartych i wątpliwych, nie miałem wokół siebie
nikogo, komu mógłbym się zwierzyć.
Początkowo była to jednak trudna przyjaźń, gdyż charaktery mieliśmy z gruntu różne. Podczas gdy ja byłem cichym, nieco marzycielskim i zdolnym
do przystosowania się chłopcem, a więc nader zgodnym, mając niejako
"muzyczny charakter", Hitler był bardzo gwałtowny i pełen temperamentu.
Niewinne problemy, kilka nieprzemyślanych słów mogły wywołać wybuch jego
gniewu, którego intensywność była -?moim zdaniem -?zupełnie
nieproporcjonalna do wagi sprawy. Być może jednak niezbyt rozumiałem
Adolfa, gdy idzie o tę sferę. Może różnica między nami polegała na tym,
że poważnie traktował sprawy, które dla mnie pozostawały obojętnymi.
Tak, to była typowa cecha jego charakteru: wszystko go zajmowało i intrygowało, wobec niczego nie pozostawał obojętnym.
Przy wszystkich trudnościach, jakie wynikały z różnic charakterów, nasza
przyjaźń nigdy nie została poważnie zagrożona. Nie stało się tak, jak to
bywa często u młodych ludzi, że wraz z upływem czasu stawaliśmy się
sobie coraz bardziej obcy i obojętni. Wręcz przeciwnie! W kwestiach
zewnętrznych coraz bardziej liczyliśmy się z drugim. Brzmi to dziwnie,
ale ten człowiek, który tak uparcie trzymał się własnych poglądów,
potrafił być jednocześnie tak wyrozumiały, że niekiedy budziło to aż
moje zażenowanie. I tak z upływem czasu coraz bardziej przyzwyczajaliśmy
się do siebie.
Niebawem zrozumiałem, że trwałość naszej przyjaźni nie wynikała z tego,
że potrafiłem go tylko cierpliwie słuchać. I wcale mnie to nie
uszczęśliwiało, gdyż właśnie wtedy czułem najwyraźniej, jak bardzo
potrzebuje mnie mój przyjaciel. Był bowiem człowiekiem całkowicie
samotnym. Jego ojciec nie żył już od dwóch lat. Matka, którą kochał z pełnym oddaniem, nie była mu w stanie pomóc w tym, co go tak bardzo
zajmowało. Przypominam sobie długie wykłady, jakie mi czynił, o rzeczach
zupełnie mnie nieinteresujących, jak podatek od konsumpcji, jaki
pobierano na moście na Dunaju, albo o loterii dobroczynnej, której losy
sprzedawano właśnie na ulicach. On musiał mówić i potrzebował kogoś, kto
go będzie słuchał. Często dziwiłem się, gdy wygłaszał przede mną mowę
wspieraną żywą gestykulacją. Nigdy nie przeszkadzało mu, że jego
publicznością byłem tylko ja. Ale młody człowiek, jakim był mój
przyjaciel, potrzebował środków, by znieść i rozładować napięcia będące
wytworem jego temperamentu, reagującego na to, co zobaczył i przeżył.
Bezpośredni wyraz te napięcia znajdowały w jego przemówieniach. Owe
mowy, wygłaszane zazwyczaj na wolnym powietrzu pod drzewami rosnącymi na
Freinbergu czy w zagajnikach naddunajskich łęgów, przypominały często
wybuchy wulkanu. Można było wtedy odnieść wrażenie, że wydobywa się z niego coś obcego, innego. Dotąd byłem świadkiem tego rodzaju uniesień
tylko w teatrze, gdy któryś z aktorów musiał przekazać widzom swe
uczucia; ogarniało mnie wtedy zaskoczenie oraz konsternacja do tego
stopnia, że w końcu zapominałem o należnym aplauzie.
Szybko jednak zrozumiałem, że ten "teatr" nie był wcale teatrem.
Zachowanie Adolfa nie było grą, pozą, niczym wyuczonym, lecz reakcją na
to, co akurat przeżył. Czułem, jak dogłębne było to jego przeżycie.
Ciągle od nowa ogarniało mnie zdziwienie, gdy słyszałem, jak elokwentnie
potrafił się wyrażać, jak wyraziście przedstawiać wszystko, co go
poruszało, co chciał przekazać, jak łatwo wypływały mu z ust słowa, gdy
dawał się ponosić emocjom. Początkowo fascynowało mnie nie to, co mówił,
ale jak mówił. To było dla mnie coś nowego i wspaniałego. Nie miałem
pojęcia, że przy pomocy zwykłych słów człowiek mógł osiągnąć tak wiele.
Ode mnie oczekiwał tylko jednego: aprobaty. Szybko do tego doszedłem.
Nie miałem z tym większych problemów, ponieważ o wielu kwestiach, jakie
poruszał, w ogóle dotąd nie myślałem.
Mimo to byłoby błędem twierdzić, że nasza przyjaźń sprowadzała się do
tej jednostronnej relacji; byłoby to w przypadku Adolfa zbyt prymitywną,
a z mojego punktu widzenia niewystarczającą racją bytu. Istotą jej był
fakt, że wzajemnie doskonale się uzupełnialiśmy. W jego przypadku
wszystko zmuszało go do aktywnego zajęcia stanowiska, wymagając
silniejszego zaangażowania wewnętrznego, bowiem w gruncie rzeczy jego
emocjonalne wybuchy były dowodem, jak żarliwie interesował się
wszystkim. Ja z kolei, mając naturę kontemplacyjną i spokojną,
wysłuchiwałem peror każdej rzeczy, która go interesowała, w mniejszym
lub większym stopniu bez zastrzeżeń i chętnie pozwalałem mu się
przekonać, z wyjątkiem wszelako kwestii muzycznych.
Muszę niemniej przyznać, że przyjaźń z Adolfem pochłaniała mi
niesłychanie wiele czasu. Nie licząc się zbytnio z tym, co ja o tym
sądzę, zawłaszczał całkowicie mój wolny czas. Ponieważ sam nie był
związany żadnymi obowiązkami, ja musiałem całkowicie podporządkować się
jego życzeniom. Wymagał ode mnie wszystkiego, ale dla mnie również był
gotów uczynić wszystko. Nie miałem zresztą innego wyjścia; ze względu na
jego całkowite rozporządzanie moim wolnym czasem nie mógłbym się
przyjaźnić z kimś jeszcze. Szczerze mówiąc, nie odczuwałem zresztą
takiej potrzeby, bowiem Adolf zastępował mi tuzin mniej lub bardziej
zdawkowych przyjaciół. Właściwie tylko jedna rzecz mogłaby nas
rozdzielić -?dziewczyna, w której obydwaj moglibyśmy się zakochać, wtedy
zapewne doszłoby do walki o wszystko. Miałem wówczas siedemnaście lat, a więc coś takiego mogłoby się wydarzyć. Ale właśnie w tej kwestii los
przygotował dla nas obu jedyne w swoim rodzaju rozwiązanie -?o czym
więcej napiszę w rozdziale "Stefanie" -?które w żadnej mierze nie
zagroziło naszej przyjaźni, lecz wręcz przeciwnie, znacząco ją
pogłębiło.
Wiedziałem, że także i on nie miał -?poza mną -?innego przyjaciela.
Pamiętam, jakby się to wydarzyło wczoraj, drobne, w gruncie rzeczy
drugorzędne wydarzenie, gdy Adolf przyszedł po mnie do domu, po czym z Klammstrasse ruszyliśmy naszą utartą drogą przez Promenade i skręciliśmy
potem w Landstrasse. I wtedy to się wydarzyło. Jeszcze dzisiaj mógłbym
pokazać miejsce, gdzie to się stało. Jakiś młodzieniec, mniej więcej w moim wieku, wychynął zza rogu; był to gogusiowato ubrany, pucołowaty
paniczyk. Rozpoznał w Adolfie dawnego kolegę ze szkoły, zatrzymał się i wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu.
-?Serwus, Hitler! -?zawołał, łapiąc go przy tym poufale za łokieć. Zaraz
potem zapytał go ze szczerym zainteresowaniem w głosie, jak mu idzie.
Byłem przekonany, że Adolf odpowie szkolnemu koledze w równie przyjaznym
tonie, tym bardziej że zawsze bardzo starał się zachowywać w sposób
uprzejmy. Aż tu nagle zobaczyłem, jak mój przyjaciel robi się czerwony z gniewu. Znałem już tę przemianę z innych okazji i wiedziałem, że nie
wróżyła niczego dobrego.
-?Nie twój zasrany interes! -?wrzasnął wzburzony do tamtego i odepchnął
go mocno. Potem złapał mnie za łokieć i ruszył dalej, nie zwracając
kompletnie uwagi na dawnego znajomka; jeszcze dzisiaj pamiętam
zaskoczoną, oblewającą się rumieńcem twarz pucołowatego młodzieńca. -
Oni wszyscy będą w przyszłości urzędnikami państwowymi! -?rzucił Adolf
po chwili, ciągle jeszcze rozwścieczony. -?I z takimi kreaturami
siedziałem w jednej klasie! -?Musiała minąć długa chwila, zanim się
wreszcie uspokoił.
W pamięć zapadło mi jeszcze drugie wydarzenie, mające miejsce nieco
później. Umarł właśnie mój szacowny nauczyciel gry na skrzypcach,
Heinrich Dessauer. Hitler zapragnął wziąć udział w jego pogrzebie, co
mnie mocno zdziwiło, jako że w ogóle nie znał zmarłego.
Na moje zaskoczone pytanie "dlaczego?" odparł:
-?Bo nie mogę ścierpieć, gdy spacerujesz i rozmawiasz z innymi młodymi
ludźmi.
Było wiele rzeczy, w tym także mało znaczących, które mogły wywołać jego
wzburzenie. Najbardziej jednak denerwował się, gdy mowa była o tym, że
miałby w przyszłości zostać urzędnikiem. Zresztą wystarczało samo hasło
"urzędnik", i to bez związku z jego przyszłością, by niezawodnie
doprowadzić go do wściekłości. Stwierdziłem, że te wybuchy gniewu były w pewnym sensie kontynuacją sporów, jakie niegdyś prowadził ze swym od
dawna nieżyjącym już ojcem, który koniecznie chciał zrobić z niego
urzędnika państwowego; były to poniekąd "spóźnione wystąpienia obronne".
Dla naszej ówczesnej przyjaźni ważne było w każdym razie, abym równie
mało szanował kastę urzędniczą, co on sam. Biorąc pod uwagę jego
bezwzględną negację kariery urzędniczej, mogę sobie naszą ówczesną
bliskość dzisiaj wyjaśnić tym, że prosty czeladnik tapicerski był mu
bardziej sympatyczny jako przyjaciel aniżeli któryś z tych wystrojonych
synów radców dworu, mających poprzez protekcję, stosunki oraz polityczne
powiązania z góry zapewnione miejsce pracy i znających niemal dokładnie
przebieg swej kariery. Los Hitlera był przeciwieństwem takiej kariery, u niego wszystko było mgliście niepewne. Istniało jeszcze jedno pozytywne
założenie, jakie w oczach Adolfa predestynowało mnie do bycia jego
przyjacielem: także i ja, jak on sam, wyznawałem zasadę bezwarunkowego
prymatu sztuki w życiu człowieka. Oczywiście, podówczas nie
formułowaliśmy tej konstatacji tak górnolotnie, ale w praktyce żyliśmy
według tej zasady, dzięki której granie muzyki stało się decydującym
czynnikiem w moim życiu. Praca w warsztacie miała jedynie zapewnić mi
środki do fizycznej egzystencji. Dla mojego przyjaciela sztuka była
czymś o wiele więcej: znajdował w niej przeciwwagę dla swego bardzo
intensywnego sposobu badania i przyjmowania bądź odrzucania wszystkiego,
co go otaczało, i traktował ją z niesamowitą wręcz powagą.
Dlatego też spełniałem, według niego, wszystkie warunki, jakie były
konieczne dla przyjaźni: nie miałem nic wspólnego z jego dawnymi
kolegami ze szkoły, nie miałem nic wspólnego z kastą urzędniczą i żyłem
sztuką. A poza tym znałem się nieźle na muzyce.
Podobieństwo skłonności łączyło nas w równie dużym stopniu, co różnica
temperamentów. Innym pozostawiam ocenę, czy ludzie, którzy, jak Hitler,
z pewnością lunatyka podążają swoją drogą, wyławiając przypadkowo z masy
innych tych, którzy są im do tego potrzebni, czy też jest to zrządzenie
losu stawiające takie osoby na ich drodze. Mogę tylko stwierdzić, że
byłem dla niego takim właśnie człowiekiem od chwili spotkania w teatrze
aż po okres jego życia w Wiedniu, kiedy żył w biedzie.
Portret młodego Hitlera
Niestety, ten rozdział muszę rozpocząć od smutnej konstatacji, że nie
mam żadnej fotografii, która ukazywałaby Adolfa Hitlera w latach naszej
przyjaźni, i nie przypominam sobie także, aby on kiedykolwiek takową
miał. Prawdopodobnie taka fotografia w ogóle nie istnieje.
Brak zdjęć Adolfa z tamtych lat jest całkowicie zrozumiały, bowiem w owym czasie, tuż po przełomie stuleci, nie było jeszcze aparatów
fotograficznych na tyle poręcznych, by można je było wygodnie nosić ze
sobą. A gdyby nawet takowe istniały, żaden z nas dwóch z pewnością by go
nie miał, albowiem obaj byliśmy biedakami, którzy ostatniego grajcara
wydawali na bilet do opery lub na koncert symfoniczny. Jeśli ktoś chciał
się sfotografować, szedł do "atelier". Była to sprawa równie uciążliwa,
co kosztowna i należało ją wcześniej gruntownie przemyśleć. Właściwie to
fotografowano się zazwyczaj tylko przy specjalnych okazjach, jak
chrzciny, bierzmowania czy śluby. O ile sobie przypominam, mój
przyjaciel nigdy nie czuł potrzeby, by się fotografować, bowiem,
cokolwiek by o nim rzec, z pewnością nie był człowiekiem próżnym. Choć
bardzo zajmował się swoją osobą, to próżność w potocznym znaczeniu tego
słowa była mu obca. Chcę przez to powiedzieć, że cecha ta umniejszałaby
go we własnych oczach. Był na nią zbyt inteligentny, a poza tym tak
głęboko przekonany o swej wyjątkowości, że nie było w tym miejsca na
puszenie się, nawet wtedy, gdy w jego życiu pojawiła się Stefanie. Być
może to właśnie brak tej próżności był winien temu, że nie ma żadnych
fotografii z okresu jego młodości. Ja na przykład mam wiele własnych.
Znane do tej pory rzeczywiście autentyczne fotografie z dzieciństwa i młodości Adolfa Hitlera można praktycznie policzyć na palcach jednej
ręki.
Pierwsze znane zdjęcie było zrobione małemu Adolfowi w roku 1889, kilka
miesięcy po urodzeniu. Ten dziecięcy wizerunek zawiera w sobie już
wszystkie cechy, jakie stały się później typowe dla fizjonomii Hitlera.
Charakterystyczne proporcje nosa, policzków i ust, jasne, przenikliwe
oczy, nawet sczesane na czoło włosy -?wszystko naznaczone dziecinną
prostotą i naiwnością. Jeszcze jedna, bardzo wyrazista rzecz wpada w oko
w przypadku tej pierwszej fotografii Hitlera -?jego wielkie podobieństwo
do matki. Stwierdziłem to podobieństwo od razu, gdy po raz pierwszy
zobaczyłem panią Hitler. Zobaczyć to może każdy, kto porówna ową
dziecinną fotografię ze zdjęciem matki Adolfa, które, nawiasem mówiąc,
jest warsztatowym arcydziełem. To podobieństwo jest wręcz frapujące.
Oboje są do siebie łudząco podobni. Za to Paula, siostra Adolfa, była
ponoć odbiciem ojca. Nie poznałem już ojca Adolfa i dlatego muszę się
oprzeć na opinii matki.
Istnieją fotografie z czasów szkolnych Hitlera, wszystkie one są
zdjęciami zbiorowymi klas, do których uczęszczał; nie są znane żadne
ujęcia indywidualne Adolfa z tego okresu. Jeśli gdzieś się takowe
pojawiają, są to jedynie powiększone wycinki z tych fotografii
klasowych. Sami pamiętamy, jak to się wszystko wtedy odbywało: fotograf
zapowiadał swoje przybycie i klasa zbierała się w odpowiednio obszernym
miejscu szkoły, np. na dziedzińcu. Pierwszy szereg musiał usiąść na
ziemi, a uczniowie po prawej i lewej stronie kładli się, podpierając
łokciami, aby powstała dokładnie symetryczna kompozycja. Kolejni
uczniowie siadali na zestawionych razem ławkach, następni stawali na
nich, dla ostatnich zaś ławki stawiano jedne na drugich, by i oni byli
widoczni. Opowiadam o tym dlatego, że te przygotowania, co widać
wyraźnie po twarzach pozujących, wywoływały w dzieciach napięcie, które
odbierało im wszelką naturalność. Z poważnymi, zupełnie niedziecinnymi
obliczami, uczniowie nieruchomo wpatrywali się w obiektyw.
Ucznia nazwiskiem Hitler trudno znaleźć pośród tych czterdziestu albo
więcej twarzy, które, szczególnie w wiejskiej szkole ludowej, są podobne
do siebie jak dwie krople wody. Przeważnie, gdy się chce kogoś wskazać i zapamiętać, trzeba go zaznaczyć strzałką albo krzyżykiem, jedyne, co
można odczytać z twarzy, to pełną rezerwy ciekawość, kiedy ten
skrupulatny fotograf w końcu zrobi zdjęcie. Należy się strzec, by tego
rodzaju minom na twarzach uczniów nie dodawać znaczeń, których tam nie
ma. Chciałbym podkreślić jedno: wyraz twarzy Hitlera na tych zdjęciach
jest ciągle taki sam. Mimo że poszczególne fotografie dzieli znaczny
dystans czasowy, na wszystkich ma on ten sam obcy wyraz twarzy, jakby w ogóle się nie zmienił. Uważam, że jest to wyrazem całkiem jeszcze
nieświadomej osobliwej konsekwencji, owej umiejętności niezmieniania
się, która wydaje mi się najbardziej istotną cechą charakteru Hitlera.
Wskazywano także na to, że Hitler na tych zdjęciach grupowych zawsze
zajmuje uprzywilejowane miejsce. Na zdjęciu klasowym z 1899 roku,
przedstawiającym czwartą klasę szkoły ludowej w Leonding, Hitler stoi
pośrodku najwyższego rzędu, a na fotografii z roku 1901, ukazującej
pierwszą klasę szkoły realnej w Linzu, też stoi w najwyższym rzędzie,
tym razem całkiem z prawej strony.
To wszystko, co dałoby się powiedzieć o wizerunkach młodego Hitlera,
gdyby przez przypadek nie zachował się rysunek wykonany przez jednego z jego kolegów szkolnych z czwartej klasy szkoły realnej w Steyr,
ostatniej, do jakiej uczęszczał Adolf. Rysunek ten pochodzi z 1905 roku.
Tenże kolega szkolny, nazwiskiem Sturmlechner, który sportretował
młodego Hitlera i na górnym marginesie odnotował z dumą: "z natury", był
oczywiście dyletantem; widać to po jego rysunkach niemających ze sztuką
wiele wspólnego. Prawdopodobnie Sturmlechner potrafił rysować tylko z profilu, i tego się ściśle trzymał, bo inaczej nie umiał. Jeśli coś
odbiegało od tego schematu lub nie dało się narysować z profilu,
zaczynał mieć kłopoty. Nos młodego Hitlera jest narysowany źle, przy
oddaniu fryzury zaś umiejętności rysownika całkowicie go zawiodły,
aczkolwiek przypadkowo włosy Adolfa rzeczywiście wyglądały jak "z natury". Mimo to ów szkic ołówkiem ma dziwny urok, bowiem jego wyraz
jest naturalny, pozbawiony sztuczności. Jeśli wziąć ze szkicu
Sturmlechnera tylko sam profil, to pokrywa się on dokładnie z obrazem
mego przyjaciela z młodości, jaki zachowałem w swych wspomnieniach.
Szkic Sturmlechnera przyniósł dość burzliwe konsekwencje -?opierając się
na nim tworzono nieprawdopodobne historie, a niekiedy i bzdury. I tak na
przykład pewien autor, który opisywał lata biedy, jakie Hitler spędził w Wiedniu, skopiował profil, włożył Adolfowi na głowę sztywny półcylinder,
w krawat wpiął szpilkę ze swastyką i twierdził, że jest to portret
Hitlera z tamtego okresu. Profil można zostawić w spokoju, wiedząc, że
fizjonomia Hitlera pozostawała niemal taka sama przez lata, jednak
wspomniany autor nie wiedział, iż Hitler nigdy nie nosił półcylindra.
Adolf lubił ciemne, miękkie kapelusze i kpił bezlitośnie z owych
"meloników"!
To wszystko, co mam do powiedzenia na temat wizerunków młodego Hitlera.
Chciałbym jeszcze tylko kilkoma słowami uzupełnić ten obraz mego
przyjaciela z młodości, choć jestem świadom możliwych niedokładności,
jakie ta próba może nieść ze sobą.
Hitler był średniego wzrostu, szczupły i wtedy już nieco wyższy od
matki. Absolutnie nie sprawiał wrażenia człowieka mocno zbudowanego,
raczej wyrośniętego i mizernego. Nie był też silny, jego zdrowie również
pozostawiało wiele do życzenia; wielokrotnie się na nie skarżył. Musiał
chronić się przed mglistym i wilgotnym klimatem Linzu; w owym czasie
często źle się czuł i dużo kaszlał. Krótko mówiąc, miał problemy z płucami.
Nos miał bardzo symetryczny i proporcjonalnie uformowany, w żadnej
mierze wystający. Adolf miał wysokie czoło, nieco uciekające do tyłu.
Niezbyt podobało mi się, że już wtedy miał w zwyczaju nisko rozczesywać
przedziałek. Nawiasem mówiąc, ten opis nosa, czoła i ust jest dla mnie o tyle śmieszny, że w jego twarzy najbardziej wyrazistym elementem były
oczy, tak że człowiek wcale nie zwracał uwagi na pozostałe części
twarzy. Nigdy więcej nie spotkałem w moim życiu człowieka, u którego
oczy -?jakby to wyrazić? -?tak bardzo miały wpływ na wygląd całego
oblicza, jak u mego przyjaciela. Były to jasne oczy jego matki. Jednakże
jej nieco nieruchome, przenikliwe spojrzenie nabierało u syna jeszcze
większej siły, mając w sobie więcej wyrazu. To było niesamowite, jak
bardzo ich wyraz mógł się zmieniać, szczególnie wtedy, gdy Adolf mówił.
Na mnie jego niski, dźwięczny głos w sumie wywierał mniejsze wrażenie
niż oczy. Adolf naprawdę przemawiał oczami -?nawet gdy usta milczały,
wiedziało się, co chciał powiedzieć. Kiedy po raz pierwszy przyszedł do
naszego domu i przedstawiłem go matce, ta powiedziała do mnie przed
pójściem do łóżka: "Ależ ten twój przyjaciel ma oczy!". Jeszcze dzisiaj
dobrze sobie przypominam, że więcej było w jej słowach lęku niż podziwu.
Gdyby ktoś zapytał, na czym polegała niezwykłość tego człowieka, jaka
jego cecha w okresie młodości najbardziej wyraziście się odznaczała,
odpowiem bez wahania: jego oczy!
Bardzo charakterystyczny był też talent krasomówczy Adolfa; byłem jednak
zbyt mało doświadczony, by podówczas wiązać z tym jakieś oczekiwania.
Żyłem w przekonaniu, że kiedyś Hitler zostanie wielkim artystą; najpierw
sądziłem, że poetą, a później, że sławnym malarzem, aż do chwili, gdy w Wiedniu przekonał mnie, iż jego umiejętności pchają go w stronę
architektury. Jednakże talent mówcy nie był przydatny w realizacji jego
artystycznych zamiarów, raczej wręcz je hamował. Mimo to chętnie go
słuchałem. Jego język był nader wyszukany -?unikał dialektu, szczególnie
wiedeńskiego, którego z powodu jego miękkiego, melodyjnego charakteru
szczerze nie znosił. Właściwie Hitler w potocznym rozumieniu wcale nie
mówił po austriacku, można by raczej twierdzić, iż sposób jego
wysławiania się, szczególnie jeśli idzie o rytm, miał w sobie coś z charakteru bawarskiego, a ściślej -?dolnobawarskiego. Być może przyczyna
tego leżała w tym, że od trzeciego do szóstego roku życia, a więc w okresie wykształcania się mowy, mieszkał w Passau, gdzie jego ojciec był
urzędnikiem celnym.
Bez wątpienia mój przyjaciel Adolf miał talent krasomówczy już od
najwcześniejszych lat swego życia, z czego zdawał sobie zresztą sprawę.
Mówił chętnie i niemal bez przerwy. Niekiedy, gdy w swych fantazjach
zapędzał się daleko, pojawiało się we mnie podejrzenie, że czyni tak
tylko dla wprawy. Później jednak porzuciłem te podejrzenia; czyż nie
przyznałem przed chwilą, że brałem za dobrą monetę dosłownie każde
słowo, jakie wypowiedział? Najwyraźniej Adolf wypróbowywał swój talent
krasomówczy na mnie lub kimś innym, by sprawdzić, czy nas przekona. W pamięci pozostał mi niezatarty przykład, jak niemający jeszcze
osiemnastu lat Adolf przekonał mojego ojca, by puścił mnie ze swego
zakładu i wysłał na studia do konserwatorium w Wiedniu. Biorąc pod uwagę
powolność i skrytość natury ojca, było to bez dwóch zdań nadzwyczajne
osiągnięcie. Od tamtego czasu, gdy ojciec podjął tę tak ważką dla mnie
decyzję na moją korzyść, uznałem to za dowód nadzwyczajnego talentu
Hitlera i nabrałem przekonania, że w przypadku Adolfa nie ma takich
rzeczy, których nie potrafiłby osiągnąć swymi przekonującymi słowami.
Miał w zwyczaju często podkreślać swe słowa odpowiednimi, przemyślanymi
gestami. Od czasu do czasu, gdy mówił na któryś ze swych ulubionych
tematów, jak nowy most na Dunaju, rozbudowa muzeum czy podziemny dworzec
kolejowy, który chciał zbudować w Linzu, przerywałem jego monolog i pytałem, jak wyobraża sobie praktyczne urzeczywistnienie swoich
projektów, bo przecież jesteśmy tylko biedakami bez grosza przy duszy!
Patrzył wtedy na mnie tak niechętnie i wrogo, jakby w ogóle nie
zrozumiał mego pytania. Nigdy też nie dostałem na nie odpowiedzi, co
najwyżej Adolf czynił pogardliwy gest ręką, zbywając nim przyziemne
drobiazgi. Przyzwyczaiłem się później do tego i nie uważałem już za
śmieszne, gdy ten szesnasto- czy siedemnastolatek rozwijał wielkie
projekty, przedstawiając mi je ze wszystkimi szczegółami. Gdybym odnosił
się do niego lekceważąco, musiałbym uznać to wszystko za bezsensowną grę
albo szaleństwo, jednakże jego oczy przekonywały mnie, że mówił to
poważnie.
Adolf przykładał wielką wagę do form i zasad dobrego wychowania.
Skrupulatnie przestrzegał towarzyskich konwenansów, aczkolwiek owo
towarzystwo niewiele dla niego znaczyło. W swoich wystąpieniach
podkreślał zawsze pozycję ojca, który jako funkcjonariusz celny miał
rangę mniej więcej kapitana. Gdy wymawiał słowo "ojciec", nikt nie
domyśliłby się, jak gwałtownie odrzucał jakąkolwiek myśl, że sam mógłby
zostać urzędnikiem. Mimo to jego zachowanie było bardzo akuratne, nigdy
nie zapominał przekazać pozdrowień dla moich rodziców i nawet na żadnej
kartce pocztowej od niego nie brakowało słów pamięci o moich "szacownych
rodzicach"!
W Wiedniu, gdy mieszkaliśmy razem w wynajętym pokoju, zauważyłem, że
wieczorami zawsze starannie układał swe długie spodnie pod materacem,
aby następnego rana miały doskonale zaprasowane kanty. Adolf potrafił
doceniać znaczenie zewnętrznego wyglądu. Choć nie był człowiekiem
próżnym, miał doskonałe wyczucie znaczenia autopromocji. Bez wątpienia
miał wielki talent aktorski, który potrafił doskonale wykorzystać w połączeniu ze swymi umiejętnościami oratorskimi. Zadawałem sobie
niekiedy pytanie, dlaczego mimo tak wielkich zdolności nie udało mu się
zrobić w Wiedniu kariery. Dopiero później zrozumiałem, że wcale nie
chodziło mu o to, by wspiąć się na wyższy szczebel w jakiejś hierarchii
zawodowej. Nie miał najmniejszych ambicji, by zapewnić sobie spokojną
"pracę dla chleba". Ludzie, których spotykał w Wiedniu, nie byli w stanie pojąć sprzeczności między jego wypielęgnowanym wyglądem
zewnętrznym, wykwintnym językiem, pełnym pewności siebie zachowaniem z jednej strony, a głodową egzystencją, jaką prowadził, i uważali go albo
za pyszałka, albo za samochwałę. Tyle że on nie był żadnym z tych dwóch
typów, Adolf po prostu nie pasował do mieszczańskiego schematu.
Hitler był prawdziwym mistrzem, jeśli idzie o głodowanie, mimo że lubił
dobrze zjeść, jeśli nadarzyła się okazja po temu, aczkolwiek w stolicy
Austrii przeważnie brakowało mu na to pieniędzy. Jeśli jednak je miał,
był w każdej chwili gotów zrezygnować z jedzenia, by w zamian kupić
sobie za to bilet do teatru. Nie rozumiał w ogóle tego, co inni nazywali
rozkoszowaniem się życiem. Nie palił tytoniu, nie pił alkoholu, całymi
dniami żyjąc, na przykład w Wiedniu, tylko mlekiem i chlebem.
Przy jego lekceważeniu wszystkiego, co wiązało się z fizycznością, także
sport, który podówczas stawał się coraz bardziej popularny, niewiele dla
niego znaczył. Przeczytałem kiedyś opowieść o tym, jak to młody Hitler
odważnie przepłynął Dunaj, lecz nie mogę sobie przypomnieć takiej
sytuacji. Co najwyżej od czasu do czasu chodziliśmy się kąpać nad rzekę,
ale to wszystko. Z kolei Klub Cyklistów w Linzu, którego członkami byli
pełni inicjatyw rowerzyści, interesował go jedynie o tyle, że w zimie
klub ten utrzymywał ślizgawkę. Zresztą ta ślizgawka nie interesowała go
ze względu na ćwiczenia fizyczne, ale dlatego, że doskonaliła na niej
swe umiejętności łyżwiarskie kochana przezeń dziewczyna.
Jedynym sportem, jaki Hitler uprawiał z dużym zapałem, była turystyka
piesza. Chodził wszędzie i zawsze. Nawet w naszym warsztacie albo moim
pokoju chodził bez przerwy z kąta w kąt. W moich wspomnieniach widzę go
zawsze w ruchu. Mógł chodzić godzinami, nie okazując oznak
jakiegokolwiek zmęczenia. We dwójkę przeszliśmy wzdłuż i wszerz całą
okolicę Linzu. Nie ma tam chyba żadnej ścieżki, którą byśmy nie
wędrowali. Jego miłość do natury była wyraźnie widoczna, lecz nie
przypominam sobie, bym widział go zbyt często z książką o tematyce
przyrodniczej w ręku. Jak się wydaje, w tym wypadku jego tak zazwyczaj
niezaspokojone pragnienie wiedzy osiągnęło swe granice. Co prawda, jak
mi opowiadał, w czasach szkolnych zajmował się gorliwie botaniką i nawet
założył herbarium, jednakże to zajęcie, podobnie jak stworzenie zbioru
motyli czy minerałów, przypisać należy nie tyle szczególnej skłonności,
ile młodzieńczej pasji. W przyrodzie nie interesowały go szczegóły,
traktował ją raczej jako całość, nazywając "światem na zewnątrz", co w jego ustach brzmiało jak "w domu". I rzeczywiście, na łonie natury czuł
się jak w domu. Już w trakcie pierwszego roku naszej przyjaźni mogłem
stwierdzić jego dziwną skłonność do nocnych wędrówek albo pozostawania
na noc gdzieś w obcej okolicy.
Natura wywierała na niego nadzwyczajny wpływ, jakiego nie zaobserwowałem
jeszcze u żadnego człowieka. W "świecie na zewnątrz" był całkiem inny
aniżeli w mieście. W ogóle miał pewne cechy charakteru, które
uzewnętrzniały się dopiero w kontakcie z przyrodą. Nigdy nie był tak
skupiony i skoncentrowany, jak podczas wędrówek cichymi duktami,
prowadzącymi przez bukowe lasy Mühlviertel, albo nocą, gdy szybko
podchodziliśmy zboczem Freinbergu. W rytmie kroków na szlaku wycieczek
jego myśli płynęły, a nowe pomysły przychodziły mu do głowy o wiele
spokojniej i w sposób bardziej zdecydowany niż w innych okolicznościach.
Przez długi czas nie potrafiłem sobie wytłumaczyć pewnej dziwnej
sprzeczności związanej z Adolfem. Kiedy mianowicie promienie słońca
zaczynały oświetlać wąskie uliczki, a świeży, ożywczy wiatr przynosił do
miasta żywiczny zapach drzew, jakaś niewidzialna siła wypędzała go na
zewnątrz, na łąki i do lasów. Zaledwie jednak tam się znaleźliśmy,
zaczynał mnie zapewniać, że nie jest w stanie wytrzymać długo na wsi.
Byłoby dla niego strasznym przeżyciem, gdyby musiał zamieszkać znowu w takiej wiosce jak Leonding; przy całej miłości do przyrody za każdym
razem cieszył się bardzo, gdy znowu powracaliśmy do swojskiego dlań
miasta.
Gdy wraz z upływem czasu poznawałem Adolfa bliżej, te sprzeczności w jego charakterze stawały się dla mnie zrozumiałe: on potrzebował miasta,
jego różnorodności i pełni wrażeń, przeżyć i wydarzeń, bowiem brał w nich wewnętrznie udział. W mieście nie działo się nic, co by go nie
zainteresowało. Potrzebni mu byli także ludzie z ich tak pełnymi
sprzeczności interesami, dążeniami, zamiarami, planami i życzeniami.
Tylko w tak przeładowanej problemami atmosferze Adolf czuł się dobrze.
Wieś z tego punktu widzenia była dla niego zbyt monotonna, zbyt mało
znacząca i -?ze względu na jego nieposkromioną potrzebę zajmowania się
wszystkim -?za mało ciekawa i pozbawiona odpowiedniej liczby wydarzeń.
Poza tym miasto jako takie stanowiło zbiorowisko różnego rodzaju budowli
i domów, co tylko wzmagało jego zainteresowanie. Jest więc rzeczą
zrozumiałą, że Adolf chciał mieszkać tylko w mieście.
Z drugiej strony potrzebował jednak skutecznej przeciwwagi dla
napierającego nań bez przerwy, absorbującego w najwyższym stopniu jego
zainteresowania miasta i znajdował je właśnie w naturze, w której w żadnej mierze nie trzeba było nic poprawiać czy zmieniać, bowiem wieczne
prawa, którym ona podlegała, pozostawały poza obszarem ludzkiej woli. Tu
mógł nareszcie przyjść znowu do siebie, jako iż nie czuł -?jak w mieście
-?że na każdym kroku musi zajmować stanowisko w jakiejś niezmiernie
ważnej dla niego kwestii.
Mój przyjaciel miał szczególny sposób korzystania z natury, jeśli idzie
o potrzeby jego charakteru. Wyszukiwał w pobliżu miasta ciche, mało
odwiedzane przez innych miejsce, w którym mógł być sam. Ciągle tam
chodził i w końcu każdy krzew, każde drzewo w tym miejscu były mu dobrze
znane. W takim miejscu nic nie mogło zakłócić mu spokoju. Natura
otaczała go ze wszystkich stron niczym ściany cichej, swojskiej izby. W ten sposób Adolf przekształcał "świat zewnętrzny" w "dom", w którym mógł
oddawać się bez przeszkód swym planom i rozmyślać nad nowymi ideami.
Na tej zasadzie przez dłuższy czas traktował ławkę stojącą przy "ścieżce
zdrowia" w Linzu jako swoisty gabinet do pracy, z którego korzystał przy
pięknej pogodzie. Czytał tam swoje książki, rysował i malował akwarele,
tam też powstawały jego pierwsze wiersze. Potem znalazł sobie jeszcze
inne miejsce, które bardzo polubił, bo czuł się tam jeszcze bardziej
bezpiecznie, a którego nikt poza nami nie odwiedzał. Chcąc tam dotrzeć,
należało w połowie wysokości Kalvarienbergu skręcić ze ścieżki
prowadzącej w stronę Zaubertalu na zachód, a potem wspiąć się bezdrożami
przez zarośla i przez wielkie, ciemne złomy skalne. Siadywaliśmy w tym
miejscu na najwyższej, nieco wybrzuszonej skałce -?zarośla i drzewa w odcieniu głębokiej zieleni odcinały nas z tyłu półkolem od świata, a u naszych stóp, głęboko w dole, widniał Dunaj. Widok spokojnie płynącej
rzeki bardzo wzruszał Adolfa. Niepowstrzymanie, wypływając z jednej
wieczności, by dążyć do drugiej, potężne masy wody podążały na wschód.
Jakże często tam na górze mój przyjaciel opowiadał mi o swoich planach.
Niekiedy zdarzało się, że uczucia brały w nim górę i puszczał wodze
fantazji. Przypominam sobie, że pewnego razu tak realistycznie opowiadał
mi o wyprawie Krymhildy do krainy Hunów, że niemal ujrzałem potężne
statki królów burgundzkich płynące w dół rzeki.
Zupełnie inny od atmosfery tego miejsca kontemplacji charakter miały
nasze szeroko zakrojone wędrówki po okolicach Linzu. W owych czasach
niepotrzebne były dłuższe przygotowania. Jedyną rzeczą, jakiej
potrzebowaliśmy, była solidna laska. Do noszonego w dni powszednie
ubrania Adolf wkładał kolorową koszulę, a na szyi, na znak, że ma zamiar
dzisiaj długo wędrować, zaciskał zamiast zwyczajowego krawatu pleciony,
jedwabny sznur ze skuwką. Nie zabieraliśmy ze sobą żadnego prowiantu;
gdy czuliśmy głód, zjadaliśmy kawałek suchego chleba, popijając go
szklanką mleka kupionego u chłopa. Jakież to były wspaniałe, beztroskie
czasy!
Pogardzaliśmy koleją i wozami konnymi, wszędzie udając się tylko pieszo.
Gdy nasze niedzielne wędrówki połączone były z wycieczką moich rodziców,
co miało dla nas tę korzyść, że byliśmy zapraszani przez mego ojca na
obfity obiad w którejś z wiejskich gospód, wychodziliśmy odpowiednio
wcześnie, by punktualnie spotkać się z przyjeżdżającymi pociągiem
rodzicami w docelowym miejscu. Mój ojciec, więcej niż szczęśliwy, że po
sześciu dniach pracy w pocie i kurzu mógł znowu odetchnąć czystym
powietrzem, lubił przede wszystkim małą, idylliczną wioskę Walding,
leżącą pośrodku wspaniałych owocowych sadów; w czasie kwitnienia niemal
nie było jej widać spoza koron drzew obsypanych białymi czy różowymi
kwiatami. Nam Walding podobała się tym bardziej, że w pobliżu
przepływała rzeczka Rodelbach, w której w ciepłe letnie dni chętnie się
kąpaliśmy. Miała ciemne, złociście połyskujące dno i przypominała nam
ciche, leśne strumienie z ojczyzny Adalberta Stiftera. Sama Rodelbach
jest jednak podstępna, bowiem tam, gdzie człowiek tego najmniej
oczekiwał, występowały głębokie doły z wirami, z których mógł się
wydostać tylko bardzo sprawny pływak.
W pamięci pozostał mi pewien drobny epizod. Adolf i ja pobiegliśmy z gospody do rzeczki, by się wykąpać. Byłem niezłym pływakiem, podobnie
jak mój przyjaciel. Mimo to moja matka bardzo się niepokoiła; poszła
więc za nami i stanęła na wystającym nad wodę granitowym bloku, by mieć
na nas baczenie. Opadająca stromo skałka była porośnięta mchem i poczciwa matka, przyglądająca się nam z lękiem i troską, poślizgnęła się
i tak jak stała, wpadła do wody, dostając się do jednego ze wspomnianych
ciemnych, podstępnych dołów. Byłem zbyt oddalony, by jej od razu pomóc.
Jednakże Adolf ruszył natychmiast na ratunek i wyciągnął ją z wody.
Hitler był zawsze przywiązany do moich rodziców. Znamienny niech będzie
fakt, że jeszcze w 1944 roku kazał wysłać mojej mamie paczkę żywnościową
z okazji jej osiemdziesiątych urodzin.
Adolf szczególnie lubił okolice Mühlviertel8. Za każdym
razem pociągały go szeroko rozpościerające się wzgórza z pięknymi
widokami z każdego z ich wierzchołków, gdzie nie wchodząc na sam szczyt,
można było ujrzeć wokół wspaniałą panoramę całej krainy. Na samym dole,
otoczony jasną srebrzystą wstęgą rzeki, tłoczył się Linz. Za granicą
ciągnących się daleko żyznych pól wznosiły się na południu szczyty Alp.
W czasie, gdy wiał fen9, widać je było tak wyraźnie, że dało się
rozpoznać każdy z nich. Z Pöstlingbergu, który w dosłownym sensie nie
jest górą, lecz krawędzią stromo opadającej ku Dunajowi wyżyny,
wędrowaliśmy przez Holzpoldl i Elendsimmerl do Gramastetten albo
przemierzaliśmy lasy rosnące wokół ruin zamku Lichtenhag. Adolf zmierzył
jego zachowane jedynie częściowo mury i zapisał otrzymane wyniki w swym
szkicowniku, który zawsze nosił ze sobą. Potem kilkoma kreskami
narysował przebieg umocnień obronnych zamku, fosę, zwodzony most i z wyobraźni przyozdobił szczyty murów blankami i wykuszami. Pewnego razu
zaskoczył mnie tam okrzykiem:
-?To idealne miejsce akcji dla mego sonetu!
Kiedy jednak chciałem się dowiedzieć czegoś bliższego, wyjaśnił krótko:
-?Najpierw muszę zobaczyć, co z niego wyjdzie!
W drodze powrotnej przyznał się, że materiał literacki, nad którym
pracował, spróbuje przerobić na sztukę teatralną.
Do St. Georgen an der Gusen wybrał się po to, by stwierdzić, czy wśród
tamtejszych mieszkańców zachowały się jakieś wspomnienia o słynnej
bitwie z okresu wojen chłopskich. Gdy przemierzywszy cały
Riedmark10, nie znaleźliśmy nawet jednego punktu zaczepienia,
Adolf wpadł na osobliwy pomysł: był przekonany, że wśród zamieszkałych
tam ludzi musiały się zachować dalekie choćby wspomnienia o owej
wielkiej bitwie i pewnego dnia wyruszył w tamtą okolicę samotnie, bowiem
uprzednio na próżno starał się przekonać mego ojca, by dał mi wolne.
Przebywał w tamtej okolicy dwa dni i dwie noce, nie pamiętam już jednak,
czy się tam czegoś dowiedział w interesującej go sprawie.
Tylko dlatego, że Adolf chciał raz zobaczyć swój ukochany Linz od
wschodu, musiałem wraz z nim wspiąć się na ponurą górę o nazwie
Pfennigberg, której -?jak się skarżył -?mieszkańcy Linzu nie darzyli
zbytnią sympatią. Także i mnie miasto podobało się bardziej z każdej
innej strony.
Adolf za to godzinami siedział na wierzchołku tego niegościnnego
wzniesienia i szkicował. Nawet odwiedziny sąsiadującego z tym wzgórzem
miasteczka Steyregg nie mogły mi poprawić humoru.
Za to St. Florian także i dla mnie nabrało symbolicznego znaczenia jako
miejsce kultu sztuki. Zdawało nam się, że w tym uświęconym działaniem
Antona Brucknera11 otoczeniu niespodziewanie natkniemy się na
"muzykanta Pana Boga", a we wspaniałym kościele zaraz usłyszymy jego
genialne kompozycje grane na wielkich organach. A potem stanęliśmy przed
prostą płytą nagrobną, wpuszczoną w posadzkę pod chórem, gdzie przed
dziesięciu laty złożono na wieczny spoczynek ciało wielkiego mistrza.
Cudowna kolegiata, przepyszna budowla będąca dziełem Jakoba Prandtauera,
rozpaliła w mym przyjacielu płomień najwyższego zachwytu. Stał potem
przez godzinę, a może nawet dłużej -?o wiele za długo jak dla mnie -
przed wspaniałymi Schodami Cesarskimi, by podziwiać przepych biblioteki.
Jednakże największe wrażenie wywarł na nim kontrast między
przeładowanymi bogatymi zdobieniami pomieszczeniami i salami opactwa a prostym pokojem, w którym mieszkał i tworzył Bruckner. Widok tych
zwykłych mebli umocnił w Adolfie przekonanie, że na tej ziemi geniusz
niemal zawsze jest związany z biedą czy wręcz nędzą.
Dla mnie takie wycieczki były bardzo pouczające, Adolf niewiele zdradzał
ze swych emocji, był bowiem człowiekiem zamkniętym w sobie. Zawsze w jego świecie myśli był pewien strzeżony obszar, do którego nikogo nie
dopuszczał. Hitler miał sporo trudnych do zrozumienia tajemnic,
pozostając dla mnie pod wieloma względami zagadką. Istniał jednak klucz
pozwalający poznać niektóre jego sekrety, pozostające zazwyczaj w ukryciu -?zachwyt nad pięknem. Kiedy staliśmy przed tak wspaniałym
dziełem sztuki, jak opactwo St. Florian, znikało wszystko, co mogło nas
dzielić. Wtedy Adolf wręcz promieniał swym entuzjazmem, a ja czułem się
w dwójnasób szczęśliwy, że jesteśmy przyjaciółmi.
Byłem często pytany, chyba nawet przez Rudolfa Hessa, który podczas
wizyty w Linzu poprosił mnie raz do siebie, czy Hitler -?tak jak go
zachowałem w pamięci -?miał właściwie poczucie humoru. Jak twierdzili
ludzie z jego otoczenia, trudno to było zauważyć. W końcu był
Austriakiem, a więc musiał mieć w swym charakterze także przebłyski
słynnego austriackiego humoru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Adalbert Stifter -?pisarz austriacki, uznawany dziś za klasyka literatury austriackiej, malarz, jeden z bardziej znaczących twórców okresu biedermeierowskiego -?przyp. tłum. [wróć]
2. Böhmerwäld -?Czeski Las; pasmo górskie położone na pograniczu Czech, Bawarii (Niemcy) i Austrii -?przyp. tłum. [wróć]
3. Promenade -?jedna z reprezentacyjnych ulic w Linzu -?przyp. tłum. [wróć]
4. Bayreuther Festspielen -?Festiwal Wagnerowski w Bayreuth, organizowany od 1876 roku do dziś, z przerwą w latach 1945-1950, kiedy Wagner był postrzegany jako "ideologicznie niepoprawny" -?przyp. tłum. [wróć]
5. Evangelimann -?Ewangelista, opera austriackiego kompozytora Wilhelma Kienzla -?przyp. tłum. [wróć]
6. Moszcz -?austriacki niskoprocentowy napój alkoholowy z owoców (z jabłek, gruszek, śliwek itp.) przypominający cydr -?przyp. tłum. [wróć]
7. Landstrasse -?ulica Wiejska -?przyp. tłum. [wróć]
8. Mühlviertel -?jedna z czterech historycznych krain Górnej Austrii -?przyp. tłum. [wróć]
9. Fen -?ciepły i suchy wiatr, wiejący z gór w doliny -?przyp. tłum. [wróć]
10. Riedmark -?kraina w Górnej Austrii -?przyp. tłum. [wróć]
11. Austriacki kompozytor i organista (1924-1896), entuzjasta twórczości Wagnera, neoromantyk. Uprawiał głównie muzykę symfoniczną i religijną -?przyp. red. [wróć]
Decyzja i uzasadnienie
Trudno mi było podjąć decyzję o spisaniu wspomnień z młodości związanych
z Adolfem Hitlerem, bowiem istniało wielkie niebezpieczeństwo, że
zostanę źle zrozumiany. Jednakże szesnaście miesięcy, jakie musiałem,
będąc już pięćdziesięciosiedmioletnim człowiekiem, spędzić w 1945 roku w obozie dla internowanych, wyrządziło sporo szkód w mym niezbyt odpornym
na choroby organizmie. Postanowiłem więc teraz wykorzystać dni, jakie
zostały mi jeszcze dane.
W latach od 1904 do 1908 żyłem jako jedyny przyjaciel u boku Adolfa
Hitlera, najpierw w Linzu, a potem w Wiedniu, gdzie mieszkaliśmy
wspólnie w jednym pokoju. Mimo że idzie tu o lata, w czasie których
istota człowieka nabiera stopniowo charakteru, niewiele było wiadomo o tym ciekawym okresie w życiu Adolfa Hitlera, a spośród tych licznych
opublikowanych informacji nie wszystkie były prawdziwe. Także sam
Hitler, jeśli idzie o te lata, zbywał pytania o nie mało znaczącymi
ogólnikami. Przyjmuję więc, że moje opowieści mogą przyczynić się do
wzbogacenia obrazu Adolfa Hitlera, jaki stworzyli współcześni, bez
względu na reprezentowany przez nich punkt widzenia. Najważniejszym ich
założeniem jest to, iż spisując moje wspomnienia z czasów młodości, nie
chcę niczego upiększać, ale również i przemilczać. Chcę tylko
powiedzieć: tak było.
Z tej też przyczyny nie chciałbym w żadnym wypadku przeżyć chwili, w której książka ta zostałaby zaliczona do typowej literatury sensacyjnej,
żerującej na nieznanych faktach z życia Hitlera. Dlatego czekałem z wydaniem niniejszych wspomnień do czasu aż zanikną tego typu książki i będzie można liczyć na to, że jeśli opublikuje się pozycję o Adolfie
Hitlerze, jej czytelnicy potraktują ją poważnie i rzeczowo. Byłoby
błędem spoglądać na nasze wspólne przeżycia z młodości z perspektywy
późniejszych etapów życia Hitlera. W mych wspomnieniach starałem się
usilnie zachować dystans wobec postępowania Hitlera w późniejszych
okresach i spisywałem je starannie, tak jakby Adolf Hitler, z którym
łączyła mnie serdeczna przyjaźń, pozostał potem człowiekiem szerzej
nieznanym albo poległ podczas wojny światowej.
Jestem w pełni świadomy, jak wielką trudnością było przywrócić mej
pamięci i spisać wydarzenia odległe o ponad czterdzieści lat. Jednakże
przyjaźń z Adolfem Hitlerem od początku miała cechy niezwykłe, tak że
wszelkie szczegóły wbiły się w moją pamięć mocniej, aniżeli mogło to
mieć miejsce w wypadku przeciętnej, powierzchownej znajomości. Poza tym
czuję wielką wdzięczność do Adolfa Hitlera za to, że zdołał przekonać
mego ojca o tym, iż ze względu na szczególne zdolności muzyczne moje
miejsce było nie w warsztacie tapicerskim, lecz w konserwatorium.
Ta decydująca o moim życiu zmiana, do której -?mimo oporu mych bliskich
-?udało się doprowadzić liczącemu podówczas osiemnaście lat Hitlerowi, w moich oczach spotęgowała naszą przyjaźń. To też przyczyniło się do tego,
że zachowałem w pamięci tak wiele szczegółów. Na dodatek, dzięki Bogu,
dysponuję jeszcze doskonałą pamięcią, aczkolwiek jest ona bardziej
wyczulona na dźwięki. Wielką pomocą dla spisania tych wspomnień okazały
się też z jednej strony zachowane listy, kartki pocztowe i rysunki,
jakie otrzymałem od mojego przyjaciela, z drugiej zaś własne notatki,
jakie dawno temu poczyniłem.
Jeśli nasz naród chce odzyskać zaufanie do siebie po tak wielkim na nim
uszczerbku, musi samodzielnie rozprawić się z okresem swej historii,
który przyniósł tak wielkie ofiary; oznacza to też, że musi dokonać tego
sam, bez żadnych nacisków z zewnątrz. Jednakże może się to dokonać nie
poprzez jednostronny osąd, lecz jedynie rzeczowe, sprawiedliwe, a tym
samym i przekonujące przedstawienie historycznych wydarzeń. Do czego,
mam nadzieję, przyczynić się w ramach tej skromnej książki.
Eferding, sierpień 1953
Podpis Augusta Kubizka
Pierwsze spotkanie
Urodziłem się w Linzu 3 sierpnia 1888 roku. Mój ojciec był tapicerem, a dziadek stolarzem. Babka pochodziła ze wsi, z rodziny Gillhoferów z Peuerbach. Matka była córką kowala, który w latach, gdy budowano konną
kolej Linz-Budweis [Budziejowice], przywędrował do miasta. Ożenił się
z córką chłopa z Rosenbergu. W ten sposób wieśniacy z ojczyzny Adalberta
Stiftera1 trafili do naszej rodziny. Moja matka miała w sobie
wiele cech charakteru typowej mieszkanki Böhmerwäldu2.
Zanim mój ojciec się ożenił, pracował jako pomocnik tapicera w firmie
meblarskiej "Müller und Sohn" przy Bethlehemstrasse w Linzu. W południe
jadał obiad w małej jadłodajni przy Bischofsstrasse, istniejącej do
dzisiaj. Tam poznał moją matkę -?pracowała jako podająca do stołu w tym
lokalu, w którym nie było obowiązku picia jakichkolwiek napojów. Oboje
się sobie spodobali i w końcu, w lipcu 1887 roku, wzięli ślub.
Początkowo młoda para znalazła dach nad głową w mieszkaniu rodziców
matki przy w Hafnerstrasse 35. Wynagrodzenie ojca było niewielkie, a praca wyczerpująca. Matka zaszła zaś w ciążę i musiała zwolnić się z jadłodajni. Urodziłem się więc w dość smutnych okolicznościach. Rok
później przyszła na świat moja siostra, Maria, która jednak zmarła
jeszcze we wczesnym dzieciństwie. W kolejnym roku urodziła się Therese.
Umarła w wieku czterech lat. Moja trzecia siostra, Karoline, zachorowała
ciężko, niedomagała przez pewien czas i zmarła, kiedy miała osiem lat.
Ból mej matki był przeogromny; przez całe życie cierpiała bardzo,
wyobrażając sobie, że mnie też będzie musiała stracić. Z czworga jej
dzieci pozostałem przy życiu jako jedyny, stąd cała miłość matki skupiła
się na mej osobie.
Tu ukazało się przedziwne podobieństwo naszych, Adolfa i moich, losów:
również matka Hitlera straciła troje swych dzieci -?Gustava, Idę i Ottona. Także Adolf był przez długi czas jedynym dzieckiem, które
pozostało przy życiu. Również Edmund, urodzony pięć lat po Adolfie,
umarł w wieku sześciu lat. Przy życiu pozostała tylko Paula, o siedem
lat młodsza siostra Hitlera. Obie matki miały wiele wspólnego, jeśli
idzie o charakter. Podobnie jak Adolf i ja, choć w swej młodzieńczej
arogancji nie czyniliśmy zbyt wielkiego problemu ze śmierci naszego
rodzeństwa, czuliśmy się w pewnym stopniu naznaczeni przez los, na
podobieństwo tych członków zagrożonego plemienia, którzy przeżyli i z tej przyczyny chronieni byli w szczególny sposób. To, że Adolf niekiedy,
zapewne podświadomie, nazywał mnie Gustavem zamiast Augustem -?nawet
jedna z kart pocztowych, jaką do mnie napisał, ma w adresie imię, jakie
nosił jego pierwszy, zmarły brat -?być może wynikało z tego, że używana
powszechnie skrócona forma Gustl oznaczała zarówno Augusta, jak i Gustava, a może chciał sprawić radość matce, przenosząc na mnie,
chłopca, który został do rodziny Hitlera przyjęty jak syn, imię
nieżyjącego brata. Nie potrafię sobie tego dokładnie przypomnieć.
W tym czasie mój ojciec usamodzielnił się i otworzył zakład tapicerski w domu przy Klammstrasse 9. Ten stary, nieco przysadzisty, nieforemny
budynek, który przetrwał lata w niezmienionym stanie, stał się miejscem,
gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość. Muszę w tym miejscu dokładniej
przedstawić przebieg wydarzeń w owym czasie, chociaż w gruncie rzeczy
nie mają one żadnego znaczenia, a to dlatego, że chcę przekazać
atmosferę, w jakiej rozwijała się nasza młodzieńcza przyjaźń z Adolfem
Hitlerem. Wąska, mroczna Klammstrasse, przy której przez jakiś czas
mieszkał także poeta Adam Müler-Guttenbrunn, wyglądała zgoła nędznie w porównaniu z szeroką, jasną, ożywioną trawnikami i drzewami
Promenade3, której przedłużenie niejako stanowiła.
Z pewnością wczesnej śmierci sióstr winne były także niekorzystne
warunki zdrowotne w dawnym naszym mieszkaniu. W nowym domu było już
inaczej, bardziej zdrowo -?na parterze mieścił się warsztat, a na
pierwszym piętrze mieszkanie, składające się z dwóch pokoi i kuchni.
Niemniej ojciec nie mógł się pozbyć kłopotów finansowych, bo interes
szedł źle. Więcej niż raz był bliski zamknięcia zakładu i powrotu do
fabryki mebli jako robotnik. Jednakże za każdym razem udawało mu się
opanować sytuację.
Poszedłem do szkoły, co wcale mnie nie ucieszyło. Moja poczciwa matka
płakała z powodu złych ocen, jakie przynosiłem do domu. Jej strapienie
było jedyną rzeczą, jaką mogła mnie nakłonić do pilniejszej nauki.
Podczas gdy ojciec od początku był absolutnie przekonany, że pewnego
dnia przejmę po nim zakład -?bo po co miałby się tak zapracowywać od
rana do nocy! -?to matka, mimo moich złych wyników w szkole, chciała,
bym potem poszedł dalej, na studia. Najpierw jednak miałem przez cztery
lata chodzić do gimnazjum, a później z całą pewnością zdobyć
wykształcenie zawodowe. Ale ja nie chciałem o tym słyszeć; byłem
przeszczęśliwy, kiedy ojciec -?gdy skończyłem dziesięć lat -
autorytatywnie podjął decyzję i posłał mnie do szkoły miejskiej, co jego
zdaniem miało raz na zawsze zakończyć dyskusje o moim dalszym życiu.
Od dawna jednak istniała w moim życiu dziedzina, której całkowicie się
oddałem: muzyka. Widoczne stało się to wyraźnie, gdy mając dziewięć lat,
na święta Bożego Narodzenia w roku 1897 dostałem w podarunku skrzypce.
Dokładnie przypominam sobie każdy szczegół tych świąt i jeśli wracam
dziś myślami do tamtych dni, sądzę, iż to wtedy, wraz z tym wydarzeniem,
zaczęło się niejako me świadome życie. Najstarszy syn mieszkających obok
sąsiadów był kandydatem na nauczyciela i zaczął udzielać mi lekcji gry
na skrzypcach. Uczyłem się szybko i dobrze. Jakąż radość sprawiała mi
gra i jakież perspektywy się przede mną otwierały! Kiedy mój pierwszy
nauczyciel zdał maturę i został przeniesiony na wieś, zacząłem jako
uczeń szkoły podstawowej uczęszczać również do szkoły muzycznej w Linzu,
jednakże system nauki w niej nie bardzo mi odpowiadał, być może dlatego,
że wyprzedzałem dalece innych uczniów, gdy idzie o umiejętności gry. Po
feriach zacząłem znowu brać lekcje prywatne u starego c.k. sierżanta z orkiestry wojskowej, który już na samym początku wyjaśnił mi, że nic
jeszcze nie umiem, a potem na "sposób wojskowy" nauczył mnie
podstawowych elementów gry na skrzypcach.
Lekcje u starego Kopetzky'ego były prawdziwą musztrą. Jeśli niekiedy
miałem dość szorstkiego traktowania przez sierżanta, zaczynał mnie
pocieszać i zapewniał, że jeśli poczynię dalsze postępy, z pewnością
zostanę przyjęty jako elew do c.k. regimentu muzycznego, co w jego
pojęciu stanowiło kulminacyjny punkt muzycznej kariery. Skończywszy moje
nauki u Kopetzky'ego, znalazłem wrażliwego, sumiennego i pedagogicznie
uzdolnionego nauczyciela w osobie profesora Heinricha Dessauera. Jako
instrumentu dodatkowego uczyłem się gry na trąbce i puzonie, pobierając
ogólne nauki o podstawach muzyki i grając podówczas w szkolnej
orkiestrze. Już wtedy w głębi duszy zastanawiałem się nad tym, czy nie
uczynić z muzyki mojego głównego zawodu. Co prawda nie na sposób
sierżanta orkiestry wojskowej, Kopetzky'ego, ale tak, jak to wyobrażał
sobie mój szacowny nauczyciel Dessauer. Cóż za piękna przyszłość!
Jednakże rzeczywistość szybko mnie otrzeźwiła. Zaledwie skończyłem
szkołę miejską musiałem rozpocząć przyuczanie do zawodu w zakładzie
ojca. Już wcześniej, gdy była tego potrzeba, pomagałem w warsztacie,
więc szybko poradziłem sobie z tym wyzwaniem. Jednakże gręplowanie
starej tapicerki było obrzydliwą pracą. Najpierw należało zdjąć całe
obicie z ramy, a potem oddzielić starą wełnę od płótna i sprężyn. Często
te ostatnie były już zardzewiałe, a płótno rozlatywało się w rękach!
Przy pomocy gręplarki, czyli bębna wyposażonego w walce z kolcami,
wprawiane w szybki ruch za pośrednictwem korby, musiałem odpowiednio
rozbić materiał wypełniający -?końskie włosie, pakuły czy wełnę. Cała ta
praca przebiegała w jednej wielkiej chmurze kurzu, tak że niewiele
mogłem widzieć. Ileż to wtedy przynoszono do naszego warsztatu starych
materaców! Można było w nich znaleźć wszelkie możliwe zarazki, jakie
przez lata zebrały się w łóżkach. Nic dziwnego, że tapicerzy raczej nie
dożywali późnego wieku.
Wkrótce jednak poznałem przy tym i dobre strony zawodu tapicera,
zwłaszcza wyczucie piękna i dobry smak, a od nich niedaleko już było
przecież do architektury wnętrz. Odwiedzałem wtedy wytworne domy,
widziałem i słyszałem wiele, a przede wszystkim, jak się okazało, w zimie niewiele było do roboty, więc cały wolny czas mogłem, co samo
przez się zrozumiałe, poświęcić muzyce. Kiedy z sukcesem zdałem egzamin
czeladniczy przed cechową komisją rzemiosła, ojciec uznał, że warto,
abym poznał pracę i w innych warsztatach. Rozumiałem oczywiście
słuszność jego pomysłu, ale nie przykładałem większej wagi do dalszej
nauki zawodu, bo chciałem się skoncentrować na dalszych postępach w wykształceniu muzycznym. Wołałem więc zostać nadal w warsztacie ojca,
bowiem mogłem w nim dysponować większą ilością czasu aniżeli u obcych
majstrów.
"W orkiestrach jest zazwyczaj zbyt wiele skrzypiec, za to z altówkami
jest już inaczej -?ich przeważnie brakuje!" Jeszcze dzisiaj jestem
wdzięczny profesorowi Dessauerowi, że opierając się na tym
doświadczeniu, uczynił ze mnie sprawnego altowiolistę. Życie muzyczne w Linzu stało podówczas na wysokim poziomie. Dyrektorem linckiego
Musikverein [Towarzystwa Muzycznego] był wtedy August Göllerich. Jako
uczeń i współpracownik Ryszarda Wagnera przy organizacji Bayreuther
Festspielen4 Göllerich był na tyle kompetentnym
człowiekiem, aby muzycznie pokierować życiem muzycznym w Linzu,
ironicznie nazywanym podówczas niekiedy "chłopskim miastem", na które
pełna blasku metropolia wiedeńska patrzyła z góry. Towarzystwo Muzyczne
urządzało rocznie trzy koncerty symfoniczne oraz koncert nadzwyczajny,
podczas którego zazwyczaj odtwarzano większe oratorium chóralne z towarzyszeniem orkiestry. Moja matka, chociaż pochodziła z prostej
rodziny rzemieślniczej, bardzo lubiła muzykę i starała się nie opuszczać
żadnego koncertu; stąd już jako małe dziecko byłem zabierany do sali
koncertowej. Tłumaczyła mi wtedy trudniejsze dla mnie kwestie; dzisiaj -
gdy opanowałem już w sposób zadowalający grę na kilku instrumentach -?o wiele lepiej rozumiem ideę organizowania tego rodzaju wydarzeń. W moich
czasach nauki najwyższym celem i marzeniem było zagrać na altówce,
wiolonczeli lub na trąbce w wielkiej orkiestrze linckiego Towarzystwa
Muzycznego.
Ale do tego momentu musiało jeszcze minąć dużo czasu. Najpierw trzeba
było zgręplować niezliczoną liczbę starych, pełnych kurzu materacy, a potem wytapetować ściany wielu pokoi. U mego ojca pojawiły się już w owych latach typowe objawy choroby zawodowej tapicerów. Kiedy uporczywy
nieżyt oskrzeli przykuł go na pół roku do łóżka, musiałem w pojedynkę
prowadzić warsztat. I tak moje młode życie toczyło się dwoma, ściśle
oddzielonymi, ale biegnącymi równolegle drogami: pracą, która stawiała
wysokie wymagania mojej konstrukcji fizycznej (i z pewnością moim
płucom), i muzyką, którą szczerze kochałem. Nigdy nie sądziłem, że obie
te rzeczy może coś łączyć. A jednak tak było. Wtedy do akcji wkroczył
los, wtrącając swoje trzy grosze.
Do klientów ojcowskiego zakładu zaliczał się również urząd c.k.
namiestnictwa, któremu podlegał między innymi i teatr. Pewnego dnia
przyniesiono stamtąd do naszego warsztatu w celu odnowienia poduszki z rokokowego zestawu mebli. Ich rogi były wytarte, a pokrycia po części
porozrywane. Tapicerka siedzeń i poręczy była przymocowana do
drewnianych ram. Nowe obicia miały być wykonane z materiałów w kolorach
niebieskim i białym. Gdy poduszki były już gotowe, ojciec pewnego
przedpołudnia wysłał mnie z nimi do teatru znajdującego się niedaleko
naszego domu. Szef rekwizytorni wskazał mi drogę na scenę, gdzie miałem
dopasować poduszki do drewnianych ram, które były pomalowane na biało, a ich snycerka po części została nawet pozłocona.
Na scenie trwała akurat próba. Nie pamiętam, co wtedy próbowano, w każdym razie była to opera. Wyraźnie, jakby to było dzisiaj, czuję
zachwyt, jaki mnie wtedy ogarnął, kiedy znalazłem się na scenie obok
aktorów i śpiewaków. Czułem, jak zaszła we mnie wielka przemiana, jakbym
w tamtej chwili odkrył się na nowo.
Teatr! Ach, cóż to był za świat! Nieopodal mnie stał mężczyzna ubrany z przepychem; zdawał mi się być istotą z innej planety. Śpiewał tak
wspaniale, że nie mogłem sobie wyobrazić, by mógł mówić jak każdy
zwyczajny człowiek. Jego potężnemu głosowi odpowiedziała za moment cała
orkiestra... Trochę już się na tym znałem, ale w tamtej chwili cała moja
wiedza o tym, czym jest muzyka, wydała mi się mizerna. Dopiero związek
ze sceną podniósł muzykę na wyższy, pełen uświęcenia poziom, wręcz
najwyższy, jaki mogłem sobie wyobrazić. A ja, ubogi pomocnik tapicera,
stałem tam obok foteli i kanap w stylu rokoko i dopasowywałem odnowione
poduszki do ich drewnianych ram. Cóż za godna pożałowania egzystencja,
cóż za żałosny zawód! Teatr -?oto był świat, jakiego szukałem. Moje
podniecone zmysły nie były w stanie oddzielić rzeczywistości od
teatralnej gry.
Stojący przed kulisami nieporadny, zagubiony czeladnik -?niczym komiczna
postać z którejś ze sztuk Nestroya -?ze zmierzwionymi włosami, niepewnym
spojrzeniem, w fartuchu i bluzie z podwiniętymi rękawami, usiłujący
dopasować poduszki do ram foteli, jakby chciał w ten sposób
usprawiedliwić swoją egzystencję -?czy naprawdę był tylko biednym
czeladnikiem tapicerskim, który właśnie odszedł od gręplarki? Biednym,
pogardzanym głupcem, popychadłem, kimś, kogo "łaskawa pani", każąc sobie
wytapetować buduar, traktuje tak samo jak drabinę -?stawia się ją to tu,
to tam, gdzie jest akurat potrzebna, a kiedy nie jest już używana, po
prostu odstawia się ją na bok. Byłoby przecież całkiem w porządku, gdyby
ów czeladnik tapicerski, z narzędziami w ręku, podszedł w tym momencie
do rampy i, zachęcony ukradkowym gestem przez kapelmistrza, zaśpiewał
swą partię tylko po to, by słuchaczom na widowni (których wcale tam nie
było) -?co znaczy słuchaczom?! Całemu światu! -?udowodnić, iż w rzeczywistości jest zupełnie kimś innym niż ten blady, chudy i wyrośnięty czeladnik z warsztatu tapicerskiego przy Klamm-gasse, i że
właściwie jego miejsce jest na scenie, w teatrze...
W tamtej chwili zakochałem się w teatrze i kocham go do dzisiaj. Podczas
malowania u klienta ściany pod tapetę wodą z klejem, a potem naklejania
na nią makulatury nasączonej klajstrem z mąki marzyłem o wielkich
sukcesach w teatrze, gromkim aplauzie, przy czym widziałem się w nim w roli kapelmistrza stojącego przy dyrygenckim pulpicie. Tego rodzaju
marzenia nie pomagały mi w pracy i zdarzało się, że naklejone na
makulaturze pasy tapety były przesunięte. Jednakże gdy wracałem do
warsztatu, kolejny atak choroby ojca szybko uświadamiał mi, jaka
odpowiedzialność na mnie spoczywa.
I tak popadałem z jednej ostateczności w drugą, oscylując między
marzeniami a rzeczywistością. W domu nikt nie podejrzewał, co się ze mną
dzieje, bowiem zanim powiedziałbym choćby jedno słowo o mych ukrytych
marzeniach, wołałbym raczej odgryźć sobie język. Także i matce nie
wspomniałem o mych skrytych planach. Zapewne przeczuwała, że coś mnie
dręczy, ale czy mogłem przysparzać jej nowych trosk? Stąd nie było
nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Czułem się bardzo opuszczony,
odrzucony przez cały świat i tak samotny, jak może być osamotniony tylko
młody człowiek, który po raz pierwszy ujrzał piękno i niebezpieczeństwa
życia.
Teatr dodał mi nowej odwagi; od tej pory nie opuściłem ani jednego
przedstawienia operowego. Nawet gdy byłem bardzo zmęczony pracą, nic nie
było w stanie powstrzymać mnie od pójścia do teatru. Naturalnie przy tak
ograniczonych gratyfikacjach, jakie ojciec wypłacał mi jako
wynagrodzenie czeladnika, mogłem kupić tylko bilety na miejsca stojące.
Stąd też regularnie udawałem się na tak zwany parter stojący, bowiem
stamtąd miałem najlepszy widok. Poza tym stwierdziłem, że nigdzie
akustyka nie była tak dobra i pełna jak w tamtym miejscu. Powyżej
parteru z miejscami stojącymi, w połowie piętra z miejscami dla
wytwornej i bogatej publiczności, znajdowała się loża dworska, której
podłoga od dołu była podparta dwoma drewnianymi kolumnami. Przyciągały
one słuchaczy na miejscach stojących, jako że dawały jedyną możliwość
oparcia się bez częściowego ograniczenia pola widzenia, bo jeśli ktoś
oparł się o ścianę z tyłu, wspomniane kolumny zasłaniały mu część sceny.
Byłem szczęśliwy, kiedy po całym dniu stania na drabinie i mocowania
tapet do ścian mogłem oprzeć obolałe plecy o gładką kolumnę! Oczywiście,
trzeba było pojawić się odpowiednio wcześnie przy wejściu do teatru, aby
nie przegapić okazji.
W pamięci często zachowują się trwale właśnie rzeczy drugorzędne: widzę
jeszcze dokładnie, jak wpadam na miejsca stojące, mając przed sobą
kolumny i zastanawiając się, czy powinienem stanąć obok lewej czy prawej
z nich. Często miejsce przy jednej z nich, mianowicie tej po prawej,
było już zajęte; a więc ktoś był jeszcze szybszy ode mnie. Na wpół
zirytowany, na poły zdziwiony, przyglądałem się memu konkurentowi. Był
to nader blady, drobny młodzieniec mniej więcej w moim wieku, który z błyszczącymi oczyma oglądał przedstawienie. Pochodził zapewne z lepszego
domu, bowiem zawsze był ubrany z wielką starannością i bardzo
powściągliwy w zachowaniu.
Tego dnia przyjęliśmy wzajemnie do wiadomości naszą obecność, nie
odzywając się do siebie ani słowem. Jednakże podczas jednego z kolejnych
przedstawień -?nie pamiętam już dzisiaj, czy był to Wolny strzelec czy
Sen nocy letniej bądź grywany wtedy często
Evangelimann5 -?nawiązaliśmy podczas przerwy rozmowę,
jako że najwyraźniej obaj nie byliśmy zadowoleni z tamtejszej obsady.
Rozmawialiśmy przez chwilę na ten temat; byłem zadowolony z tak szybko
wygłoszonej opinii przez mojego pewnego siebie nowego znajomego. Był bez
wątpienia lepszy ode mnie w tej kwestii. Ja natomiast czułem moją
wyższość, gdy szło o sprawy czysto muzyczne. Nie potrafię dokładnie
określić daty tego spotkania, ale w każdym razie było to około
Wszystkich Świętych 1904 roku.
Nasza znajomość pozostawała na tym poziomie przez pewien czas; ponieważ
ów młodzieniec nie powiedział o sobie nic bliższego, stąd też i ja nie
uważałem za konieczne opowiadać czegoś o sobie. Jednakże im bardziej
gorące były nasze rozmowy o kolejnych przedstawieniach, tym bardziej
czuliśmy, że jesteśmy pochłonięci teatrem w jednakowym stopniu.
Pewnego dnia po przedstawieniu odprowadziłem znajomego do domu;
dowiedziałem się przy tej okazji, że mieszka przy Humboldtstrasse pod
numerem 31. W chwili pożegnania przedstawił mi się: mój nowy znajomy
nazywał się Adolf Hitler.
Dziwna przyjaźń
Spotykaliśmy się od tamtej pory na każdym przedstawieniu operowym, a potem zaczęliśmy się umawiać również poza teatrem i przeważnie
spacerowaliśmy wieczorami po Landstrasse.
Linz, który w ostatnich dziesięcioleciach stał się nowoczesnym miastem
przemysłowym, przyjmując do siebie ludzi ze wszystkich terenów
naddunajskich, w owym czasie charakterem bardzo jeszcze przypominał
wieś. Na przedmieściach ciągle można było zobaczyć czworokątne,
przypominające obronne forty zabudowania chłopskie, a między wznoszącymi
się wysoko domami czynszowymi rozpościerały się łąki, na których
spokojnie pasło się bydło. W gospodach klienci siedzieli przy typowo
wiejskim moszczu6. Wszędzie słychać było ciężki dialekt
górnoaustriacki o rozciągniętych sylabach. Po mieście jeździły tylko
wozy konne, a ich furmani bardzo się starali, aby Linz nadal pozostał
"dużą wsią". Mieszczaństwo, choć w znacznym stopniu pochodzenia
wiejskiego oraz wielokrotnie spowinowacane i spokrewnione z ludnością
wiejską, tym bardziej starało się od niej odseparować, aczkolwiek
duchowo było z nią bardzo zbliżone. Niemal wszystkie znaczące cokolwiek
w mieście rodziny znały się nawzajem, a ton w towarzystwie nadawali
przedstawiciele świata interesów, kasty urzędniczej i oficerowie
miejscowego garnizonu. Wszyscy, którzy mieli o sobie dobre mniemanie,
spotykali się wieczorem na spacerze na głównej ulicy miasta, prowadzącej
od dworca kolejowego do mostu na Dunaju i, co znamienne, noszącej nazwę
"Landstrasse"7. Ponieważ Linz nie miał uniwersytetu, młodzi
ludzie ze wszystkich warstw i stanów tym gorliwiej naśladowali obyczaje
studenckie. Towarzyskie życie na Landstrasse nie odstawało zbytnio od
wrzawy i ruchu panujących na wiedeńskim Ringu. Tak przynajmniej
wyobrażali sobie obywatele Linzu.
Jak się wydawało, Hitler nie był człowiekiem zbyt cierpliwym, ponieważ
gdy spóźniałem się na umówione spotkanie, przychodził do warsztatu, by
mnie stamtąd zabrać, bez względu na to, czy miałem do pilnej naprawy
starą czarną kanapę pokrytą ceratą, barokowy fotel z wysokim oparciem
czy coś innego. Moją pracę traktował jako uciążliwą przeszkodę dla
naszej znajomości. Niecierpliwie machał przy tym czarną spacerową
laseczką, jaką zawsze ze sobą nosił. Dziwiło mnie, że ma tak dużo czasu,
i zapytałem go, czy gdzieś pracuje.
-?W żadnym wypadku! -?padła szorstka odpowiedź. Zaraz potem nastąpiła
dłuższa wypowiedź. Dla niego określona praca, "zarabianie na chleb", jak
się wyraził, nie była czymś koniecznym.
Tego rodzaju słów jeszcze od nikogo nie słyszałem. Zaprzeczały one
wszystkim zasadom, jakimi do tej pory kierowałem się w życiu. Początkowo
uważałem jego gadaninę za młodzieńcze przechwałki, mimo że jego postawa
i poważne, pewne siebie zachowanie, a także sposób, w jaki to mówił, nie
wskazywały w żadnej mierze na pozę. W każdym razie bardzo zdziwiłem się,
słysząc ten jego pogląd, ale nie drążyłem początkowo tematu, był bowiem
bardzo wrażliwy, jeśli idzie o niestosowne pytania; tyle przynajmniej
już o nim wiedziałem. O wiele rozsądniej było rozmawiać z nim o Lohengrinie, operze, która nas obu zachwycała, aniżeli o sprawach
osobistych.
Pomyślałem, że jest synem bogatych rodziców albo odziedziczył wielki
spadek i może sobie pozwolić na życie bez "pracy dla chleba", które to
słowa w jego ustach miały wyjątkowo pogardliwe brzmienie! Nie uważałem
go też w żadnym wypadku za próżniaka, ponieważ nie było w nim nic z powierzchownego, lekkomyślnego nicponia. Kiedy przechodziliśmy obok Café
Baumgartner, dzisiejszej Café Schönberger, gwałtownie reagował na widok
młodych mężczyzn siedzących za oknami niczym na wystawie przy
marmurowych stolikach i marnujących czas na płytkiej paplaninie,
aczkolwiek najwyraźniej nie był świadom sprzeczności w stylu życia,
jakie sam prowadził. Być może niektórzy z tych siedzących "na wystawie"
mieli już jakiś wyuczony fach w ręku i zabezpieczone dochody, co w jego
przypadku było dla mnie dość wątpliwe.