After 2. Już nie wiem, kim bez ciebie jestem - Anna Todd

Kup ebooka

29.99 zł
26.99 zł (23,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Tessa

- Trwało to dłużej niż miesiąc - szlocham, gdy Zed kończy wyjaśniać okoliczności zakładu. Zaczyna mnie mdlić, więc zamykam oczy, licząc, że to przyniesie mi ulgę.

- Wiem. Wciąż wymyślał jakieś wymówki i prosił o więcej czasu, a w końcu obniżył stawkę, którą miał dostać. To było dziwne. Wszyscy myśleliśmy, że po prostu uparł się, żeby wygrać, że chciał nam wszystkim coś udowodnić, ale teraz już rozumiem, o co chodziło. - Zed milknie na chwilę i przygląda mi się uważnie. - Mówił tylko o tym. Wtedy, tego dnia, kiedy zaprosiłem cię do kina, odwaliło mu. Po tym jak podrzucił cię z powrotem do akademika, ostro się na mnie wkurzył i powiedział, że mam się trzymać od ciebie z daleka. Ale ja tylko się roześmiałem, bo myślałem, że się upił.

- Czy... czy powiedział ci o tym, co się wydarzyło przy strumieniu? I o... innych sprawach? - Zadając to pytanie, wstrzymuję oddech. Współczucie, które widzę w jego oczach, wystarcza mi za odpowiedź. - O mój Boże. - Ukrywam twarz w dłoniach.

- Powiedział nam wszystko... Absolutnie wszystko... - mówi cicho.

W milczeniu wyłączam telefon. Nie przestał wibrować, od czasu kiedy wyszłam z baru. On nie ma prawa do mnie dzwonić.

- W którym akademiku teraz mieszkasz? - pyta Zed, a ja uświadamiam sobie, że dojechaliśmy w okolice kampusu.

- Nie mieszkam w akademiku. Hardin i ja... - Ledwo udaje mi się dokończyć zdanie. - Przekonał mnie, żebym się wprowadziła do niego... zaledwie tydzień temu.

- No co ty! - sapie Zed.

- To prawda. Jest zupełnie pozbawiony... jest po p-prostu... - jąkam się, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów, by opisać jego okrucieństwo.

- Nie wiedziałem, że sprawy zaszły tak daleko. Kiedy zobaczyliśmy... no wiesz, dowód... myślałem, że wszystko wróci do normy i że będzie się spotykał co noc z inną laską. Ale wtedy zniknął. Prawie w ogóle się z nami nie zadawał, aż do tego wieczoru, kiedy pojawił się w dokach i próbował nakłonić mnie i Jace'a, żebyśmy nic ci nie mówili. Zaoferował Jace'owi górę forsy w zamian za milczenie.

- Forsy? - pytam. Hardin nie mógł już upaść niżej. Wnętrze ciężarówki Zeda wydaje mi się coraz ciaśniejsze, w miarę jak wychodzą na jaw kolejne obrzydliwe szczegóły.

- No... Jace oczywiście tylko się roześmiał i powiedział Hardinowi, że nie puści pary z ust.

- Ale ty mu tego nie obiecałeś? - pytam, przypominając sobie rozbite kłykcie Hardina i twarz Zeda.

- Nie do końca... Powiedziałem mu, że jeśli sam ci wszystkiego nie powie, ja to zrobię. Jak widać, ten pomysł mu się nie spodobał - mówi, wskazując dłonią na swoją twarz. - Jeśli to cię pocieszy, naprawdę myślę, że jemu na tobie zależy.

- Nie zależy. A nawet jeśli, to i tak bez znaczenia - odpowiadam i opieram głowę o szybę.

Hardin informował przyjaciół o każdym naszym pocałunku i dotknięciu - wystawiał wszystkie nasze wspólne chwile na widok publiczny. Moje najintymniejsze chwile. Moje jedyne chwile intymności wcale nie należą do mnie.

- Chcesz, żebyśmy pojechali do mojego mieszkania? Nie chcę być bezczelny ani nie proponuję niczego obleśnego. Po prostu mam kanapę, mogłabyś tam spać, dopóki... nie dojdziesz do siebie - proponuje Zed.

- Nie. Nie, dziękuję. Ale może mogłabym skorzystać z twojego telefonu? Muszę zadzwonić do Landona.

Zed kiwa głową w kierunku leżącego na desce rozdzielczej telefonu i na chwilę moje myśli odpływają - mimowolnie zastanawiam się, jak potoczyłoby się to wszystko, gdybym po ognisku nie zostawiła Zeda dla Hardina. Nie popełniłabym wtedy tych wszystkich błędów.

Landon odbiera po drugim dzwonku i, tak jak się tego spodziewałam, mówi, żebym natychmiast do niego wpadła. Oczywiście nie powiedziałam mu jeszcze, o co chodzi - po prostu jest aż tak uprzejmy. Podaję Zedowi adres Landona, a on milczy przez prawie całą drogę na drugą stronę miasta.

- Zemści się na mnie za to, że nie zabrałem cię prosto do niego - mówi w końcu.

- Przeprosiłabym za to, że brałam udział w tym wszystkim... ale sami jesteście sobie winni - odpowiadam szczerze.

Tak naprawdę trochę mi żal Zeda, bo wierzę, że miał znacznie lepsze intencje niż Hardin, ale moje rany są zbyt świeże, żebym w ogóle brała to w tej chwili pod uwagę.

- Wiem.

- Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, dzwoń - proponuje, a ja kiwam głową, po czym wysiadam z samochodu.

Widzę, jak w zimnym powietrzu mój oddech zamienia się w kłęby pary. Nie czuję jednak chłodu. Nic nie czuję.

Landon jest moim jedynym przyjacielem, ale mieszka w domu ojca Hardina. Nie umyka mi ironia tej sytuacji.

- Naprawdę zaczęło się robić zimno - mówi Landon i zagarnia mnie do środka. - Gdzie twój płaszcz? - gani mnie żartobliwie, a potem wzdryga się, kiedy wchodzę do jasnego pokoju. - Co się stało? Co on ci zrobił?

Rozglądam się dookoła w nadziei, że Kena i Karen nie ma na dole.

- To oczywiste, co? - Ocieram łzy.

Landon przytula mnie, a ja znów ocieram łzy. Nie mam już siły - ani fizycznej, ani emocjonalnej - żeby płakać. To mnie przerasta. Całkowicie mnie przerasta.

Przyjaciel podaje mi szklankę wody i mówi:

- Idź na górę, do swojego pokoju.

Udaje mi się uśmiechnąć, ale kiedy docieram do szczytu schodów, jakiś perwersyjny instynkt prowadzi mnie w kierunku drzwi pokoju Hardina. Gdy sobie to uświadamiam, ból wzbiera we mnie jeszcze bardziej i grozi przebiciem się przez granicę obojętności, więc szybko odwracam się i idę do pokoju po drugiej stronie korytarza. Otwieram drzwi i palą mnie wspomnienia chwil, gdy biegłam w nocy do pokoju Hardina, słysząc, jak krzyczy przez sen. Niezgrabnie siadam na łóżku w "moim pokoju", niepewna, co robić dalej.

Landon dołącza do mnie kilka minut później. Siada obok - na tyle blisko, żeby wyrazić troskę, ale jednocześnie zachowuje dystans, okazując w ten sposób szacunek, jak to ma w zwyczaju.

- Chcesz o tym pogadać? - pyta życzliwie.

Kiwam głową. Mimo że powtarzanie całej historii boli jeszcze bardziej niż dowiadywanie się o niej, to, że opowiadam o wszystkim Landonowi, sprawia, że robi mi się lżej mi na sercu. Poza tym dobrze jest wiedzieć, że przynajmniej jedna osoba nie miała pojęcia o moim upokorzeniu.

Landon, słuchając mnie, siedzi nieruchomo jak kamień - do tego stopnia, że nie umiem zgadnąć, co myśli. Chcę wiedzieć, jak to wpływa na jego postrzeganie przyrodniego brata. I mnie. Ale kiedy kończę, natychmiast podskakuje, pełen wściekłej energii.

- Nie wierzę, że to zrobił! Co, do cholery, jest z nim nie tak! Już myślałem, że staje się niemal... przyzwoity... a on wyrabia... coś takiego?! To przecież chore! Nie wierzę, że mógł to zrobić akurat tobie! Dlaczego miałby zniszczyć jedyny wartościowy związek w swoim życiu?

Kiedy tylko Landon kończy mówić, nagle odwraca głowę.

I wtedy ja też je słyszę - kroki kogoś wbiegającego po schodach. Nie zwykłe stąpanie, ale gorączkowe walenie ciężkich buciorów o drewniane stopnie.

- On tu jest - mówimy jednocześnie i przez ułamek sekundy serio rozważam schowanie się w szafie.

Landon patrzy na mnie bardzo dorośle i poważnie.

- Chcesz się z nim widzieć?

Gwałtownie potrząsam głową, a Landon wstaje, żeby zamknąć drzwi. W tej samej chwili głos Hardina przeszywa mnie na wylot.

- Tessa!

Dokładnie w momencie kiedy Landon wyciąga rękę, Hardin wbiega przez drzwi, mijając go. Zatrzymuje się na środku pokoju, a ja wstaję z łóżka. Nieprzyzwyczajony do takich sytuacji Landon zamiera na chwilę zaszokowany.

- Tessa, dzięki Bogu. Dzięki Bogu, jesteś tu. - Hardin wzdycha i przeczesuje dłońmi włosy.

Serce pęka mi z bólu na jego widok, więc odwracam głowę, skupiając wzrok na ścianie.

- Tessa, kochanie. Musisz mnie posłuchać. Proszę, tylko...

Milcząc, ruszam w jego kierunku. Jego oczy rozświetlają się nadzieją i wyciąga do mnie ręce, ale kiedy przechodzę obok niego, widzę, że nadzieja w nim gaśnie.

I dobrze.

- Porozmawiaj ze mną - błaga.

Ale potrząsam głową i staję przy Landonie.

- Nie. Nigdy już nie będę z tobą rozmawiać! - krzyczę.

- Nie myślisz tak... - Podchodzi bliżej.

- Zabieraj łapy! - wrzeszczę, gdy chwyta mnie za rękę.

Landon wstępuje pomiędzy nas i kładzie dłoń na ramieniu Hardina.

- Musisz stąd wyjść.

Szczęki Hardina zaciskają się, kiedy spogląda to na mnie, to na brata.

- Landon, lepiej spieprzaj mi z drogi - ostrzega.

Ale Landon nie ustępuje - znam Hardina wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że rozważa, czy warto teraz, na moich oczach, uderzyć brata.

Najwyraźniej postanowił tego nie robić, bo wziął tylko głęboki oddech.

- Proszę... daj nam chwilę - mówi, usiłując zachować spokój.

Landon spogląda na mnie i widzi mój błagalny wzrok. Odwraca się do Hardina.

- Ona nie chce z tobą rozmawiać.

- Nie będziesz mi, kurwa, mówił, czego ona chce! - krzyczy Hardin i uderza pięścią w regipsową ścianę, zostawiając w niej popękane wgniecenie.

Odskakuję i znów zaczynam płakać. Nie teraz, nie teraz - powtarzam sobie cicho, próbując kontrolować emocje.

- Wyjdź, Hardin! - krzyczy Landon dokładnie w chwili, gdy przy drzwiach pojawiają się Ken i Karen.

O nie, trzeba było tu nie przyjeżdżać.

- Co tu się, do diabła, dzieje? - pyta Ken.

Nikt nic nie mówi. Karen spogląda na mnie ze współczuciem, a Ken powtarza pytanie.

Hardin wbija wzrok w ojca.

- Próbuję porozmawiać z Tessą, a Landon nie chce zająć się swoimi cholernymi sprawami.

Ken spogląda na Landona, a potem na mnie.

- Co zrobiłeś, Hardin? - Jego ton zmienił się z zaniepokojonego na... rozgniewany? Nie do końca mogę go rozgryźć.

- Nic! Kurwa mać! - Hardin unosi ręce.

- Wszystko zepsuł, oto, co zrobił! A teraz Tessa nie ma dokąd iść - oznajmia Landon.

Chcę się odezwać, ale nie mam pojęcia, co powiedzieć.

- Ona ma gdzie iść, może wrócić do domu. Tam jest jej miejsce... ze mną - mówi Hardin.

- Oszukiwał Tessę przez cały czas. Robił jej niewyobrażalne rzeczy! - wyrzuca z siebie Landon, a Karen podchodzi do mnie, ze zdziwienia z trudem łapiąc powietrze.

Kurczę się w oczach. Nigdy nie czułam się tak naga i mała. Nie chciałam, żeby Ken i Karen wiedzieli... ale może i na jedno wyjdzie, skoro po dzisiejszym wieczorze z pewnością nie będą chcieli mnie więcej widzieć.

- Chcesz z nim iść? - pyta Ken, przerywając moje zapadanie się w sobie.

Bezradnie potrząsam głową.

- No, ja stąd bez ciebie nie wyjdę - warczy Hardin. Robi krok w moją stronę, ale kulę się i cofam.

- Myślę, że powinieneś stąd wyjść, Hardin. - Słowa Kena mnie zaskakują.

- Słucham? - Głęboka czerwień twarzy Hardina wyraża uczucie, które można opisać tylko jako wściekłość. - Masz szczęście, że w ogóle cię tutaj odwiedzam... I jeszcze śmiesz mnie wyrzucać?

- Bardzo mnie cieszy to, jak rozwinęła się nasza relacja, synu, ale dziś musisz stąd wyjść.

Hardin wyrzuca ręce w górę.

- Co to za brednie? Kim ona niby dla ciebie jest?

Ken spogląda na mnie, a potem znów odwraca się do syna.

- Cokolwiek jej zrobiłeś, mam nadzieję, że było warte utraty jedynej rzeczy, która ci się udała - mówi, a następnie spuszcza głowę.

Nie wiem, czy dzieje się to ze względu na szok spowodowany słowami Kena, czy po prostu cała jego wściekłość osiągnęła już szczyt i z niego wypłynęła, ale Hardin tylko nieruchomieje, a później rzuca mi ostatnie spojrzenie i wychodzi z pokoju. Żadne z nas się nie rusza - w milczeniu słuchamy, jak miarowym krokiem schodzi po schodach.

Gdy trzask drzwi frontowych przeszywa dom, a potem nagle zapada w nim cisza, odwracam się do Kena i szlocham:

- Tak mi przykro. Już sobie idę. Nie chciałam, żeby doszło to tego wszystkiego.

- Nie. Zostań tak długo, jak będziesz tego potrzebowała. Zawsze jesteś tu mile widziana - mówi Ken, a później oboje z Karen mnie przytulają.

- Nie chciałam komplikować waszej relacji - mówię. Czuję się okropnie przez to, że Ken musiał wyrzucić syna z domu.

Karen chwyta moją dłoń i delikatnie ją ściska. Ken patrzy na mnie z irytacją i znużeniem.

- Tesso, kocham Hardina, ale chyba oboje wiemy, że bez ciebie nie byłoby czego komplikować - mówi.

Rozdział drugi

Tessa

Stoję pod prysznicem tak długo, jak tylko mogę, pozwalając wodzie po mnie spływać. Chcę, żeby mnie oczyściła, w jakiś sposób dodała mi otuchy. Ale gorący prysznic nie pomaga mi się uspokoić, chociaż na to liczyłam. Nie mogę wymyślić, co mogłoby ukoić ból, który czuję w środku. Wydaje się nieskończony. Trwały. Niczym organizm, który zaczął we mnie żyć, ale również jak dziura, która wciąż się powiększa.

- Czuję się okropnie z powodu tej ściany. Powiedziałam, że za nią zapłacę, ale Ken nie chce mi na to pozwolić - mówię Landonowi, rozczesując szczotką mokre włosy.

- Nie przejmuj się tym. Masz dużo innych problemów - Landon marszczy brwi i głaszcze mnie dłonią po plecach.

- Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób moje życie doszło do takiego punktu, jak mogłam na to pozwolić. - Patrzę prosto przed siebie, nie chcąc spojrzeć w oczy mojemu najlepszemu przyjacielowi. - Trzy miesiące temu wszystko miało sens. Miałam Noah, który nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Byłam blisko z moją matką i miałam jakiś pomysł na to, jak będzie wyglądało moje życie. A teraz nie mam nic. Dosłownie nic. Nie wiem już nawet, czy powinnam iść na staż, bo Hardin albo się tam pojawi, albo przekona Christiana Vance'a, żeby mnie wylał, tylko dlatego, że będzie mógł to zrobić. - Chwytam leżącą na łóżku poduszkę i mocno zaciskam dłoń na materiale. - On nie miał nic do stracenia, ale ja miałam. Pozwoliłam mu, żeby odebrał mi wszystko. Życie, zanim go poznałam, było takie proste i sprecyzowane. A teraz... po nim... jest po prostu... po wszystkim.

Landon patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.

- Tesso, nie możesz zrezygnować ze stażu. Hardin odebrał ci już wystarczająco dużo. Proszę, nie pozwól mu odebrać ci też tego - praktycznie mnie błaga. - Dobrą stroną życia po tej historii, życia bez niego, jest to, że możesz zrobić, co tylko chcesz, możesz zacząć od początku.

Wiem, że ma rację, ale to nie takie proste. W tej chwili wszystko w moim życiu jest związane z Hardinem, nawet lakier na moim cholernym samochodzie. W jakiś sposób stał się sznurkiem, który związuje całe moje istnienie, i bez niego została mi tylko ruina tego, co kiedyś było moim życiem.

Kiedy ustępuję i przytakuję bez entuzjazmu, uśmiecha się delikatnie i mówi:

- Pozwolę ci trochę odpocząć. - Przytula mnie i zbiera się do wyjścia.

- Myślisz, że to się kiedykolwiek skończy? - pytam, a on się odwraca.

- Co?

Niemal szepczę:

- Cierpienie?

- Nie wiem... Ale chciałbym myśleć, że tak będzie. Czas leczy... większość ran - odpowiada i częstuje mnie swoim najbardziej pocieszającym pół uśmiechem, pół zmarszczeniem brwi.

Nie wiem, czy czas mnie uleczy, czy nie. Ale wiem, że jeśli tak się nie stanie, nie przeżyję.

Z surowym zdecydowaniem, chociaż odegranym ze swoją niezawodną grzecznością, Landon następnego ranka zmusza mnie, żebym wstała z łóżka, upewniając się w ten sposób, że nie przegapię swojego stażu. Poświęcam chwilę na to, by zostawić wiadomość z podziękowaniami dla Kena i Karen i raz jeszcze przeprosić za dziurę, którą Hardin wybił w ich ścianie. Podczas jazdy Landon milczy i wciąż na mnie spogląda znad kierownicy, próbując pokrzepić mnie uśmiechami i krótkimi motywacyjnymi hasełkami, które mam sobie powtarzać. Ale nadal czuję się okropnie.

Kiedy wjeżdżamy na parking, do mojego umysłu zaczynają się wkradać wspomnienia. Hardin klęczący w śniegu. To, jak Zed wyjaśniał mi zakład. Szybko otwieram swój samochód i wskakuję do środka, żeby uciec od zimnego powietrza. Kiedy siedzę już wewnątrz, krzywię się na widok własnego odbicia w lusterku wstecznym. Wciąż mam przekrwione oczy, otoczone przez ciemne kręgi. Pod nimi napuchły mi worki, dopełniając wyglądu rodem z horroru. Będę dziś potrzebowała znacznie mocniejszego makijażu, niż myślałam.

Jadę do Walmartu, jedynego pobliskiego sklepu otwartego o tej godzinie, i kupuję wszystko, czego potrzebuję, żeby ukryć moje uczucia. Nie mam jednak siły ani energii, by naprawdę zadbać o wygląd, więc nie jestem pewna, czy wyglądam dużo lepiej niż wcześniej.

Dobry przykład: dojeżdżam do Vance i Kimberly wzdycha na mój widok. Próbuję zmusić się do uśmiechu, ale ona wyskakuje zza biurka.

- Tesso, kochanie, wszystko w porządku? - pyta gorączkowo.

- Aż tak źle wyglądam? - słabo wzruszam ramionami.

- Nie, oczywiście, że nie - kłamie. - Wyglądasz tylko na...

- Wyczerpaną. Bo tak jest. Egzaminy końcowe wyssały ze mnie całą energię - mówię.

Kiwa głową i uśmiecha się ciepło, ale czuję jej wzrok na swoich plecach przez całą drogę do mojego biura. Później dzień straszliwie mi się dłuży i zdaje się nie mieć końca, aż do przedpołudnia, kiedy do moich drzwi puka pan Vance.

- Dzień dobry, Tesso - mówi z uśmiechem.

- Dzień dobry - wykrztuszam z siebie.

- Chciałem tylko z tobą chwilę pogadać. Chcę ci powiedzieć, jak bardzo imponuje mi twoja dotychczasowa praca. - Chichocze. - Pracujesz lepiej i dbasz o szczegóły znacznie uważniej niż wielu moich etatowych pracowników.

- Dziękuję, to bardzo dużo dla mnie znaczy - mówię, a w mojej głowie natychmiast odzywa się głos przypominający mi, że dostałam się na ten staż tylko dzięki Hardinowi.

- W związku z tym chciałbym cię zaprosić w najbliższy weekend na konferencję do Seattle. Te imprezy często są dość nudne, ale tym razem tematem jest publikacja elektroniczna, "pieśń przyszłości" i tak dalej. Poznasz wiele osób, nauczysz się czegoś. Za parę miesięcy otwieram w Seattle drugi oddział firmy i sam powinienem poznać kilka osób. - Śmieje się. - Więc co ty na to? Firma pokrywa wszystkie koszty. Jedziemy w piątek po południu. Jeśli Hardin ma ochotę, też jest zaproszony. Nie na konferencję, tylko do Seattle - wyjaśnia ze znaczącym uśmiechem.

Gdyby tylko wiedział, co naprawdę się dzieje.

- Oczywiście, z wielką chęcią pojadę. Naprawdę doceniam pańskie zaproszenie! - mówię mu, niezdolna do powstrzymania entuzjazmu i nagłego poczucia ulgi, że wreszcie zdarzyło mi się coś miłego.

- Świetnie! Każę Kimberly przekazać ci wszystkie szczegóły i wyjaśnić, jak wrzucać wydatki w koszty... - gada dalej, ale tracę wątek i zaczynam myśleć o innych rzeczach.

Pomysł, że miałabym pojechać na konferencję, odrobinę koi mój ból. Będę z dala od Hardina, ale z drugiej strony Seattle teraz kojarzy mi się z tym, że Hardin chciał mnie tam zabrać. Skaził całe moje życie, łącznie z całym stanem Waszyngton. Czuję, że moje biuro staje się coraz mniejsze, a powietrze w pomieszczeniu gęstnieje.

- Dobrze się czujesz? - pyta pan Vance, troskliwie marszcząc brwi.

- Yyy, tak, po prostu... nic jeszcze dziś nie jadłam i źle spałam w nocy - odpowiadam.

- W takim razie spokojnie idź do domu, możesz tam dokończyć pracę - mówi.

- Nie, wszystko w porządku...

- Nie, idź do domu. Wydawnictwo to nie pogotowie ratunkowe. Poradzimy sobie bez ciebie - upewnia mnie machnięciem dłoni, a potem wychodzi.

Zbieram rzeczy, sprawdzam, jak wyglądam w lustrze w łazience - tak, wciąż raczej okropnie - i już mam wchodzić do windy, kiedy woła mnie Kimberly.

- Idziesz do domu? - pyta, a ja kiwam głową. - Cóż, Hardin jest w złym nastroju, więc uważaj.

- Co? Skąd wiesz?

- Bo właśnie wyklął mnie za to, że go z tobą nie połączyłam. - Uśmiecha się. - Nawet kiedy dzwonił dziesiąty raz. Stwierdziłam, że jeśli chciałabyś z nim rozmawiać, zrobiłabyś to przez komórkę.

- Dziękuję - mówię, czując wdzięczność za to, jak bardzo jest spostrzegawcza. Gdybym usłyszała głos Hardina w słuchawce, bolesna dziura w moim sercu rosłaby jeszcze szybciej.

Udaje mi się dojść do samochodu, zanim znów zaczynam płakać. Ból wydaje się jeszcze bardziej dotkliwy, kiedy nie mam się czym zająć, jeśli zostaję sama z myślami i wspomnieniami. I oczywiście również wtedy, kiedy zauważam, że mam piętnaście nieodebranych połączeń od Hardina i dziesięć nowych wiadomości, których nie przeczytam.

Odzyskuję nad sobą panowanie na tyle, żeby prowadzić, i robię to, co najbardziej mnie przeraża: dzwonię do matki.

Odbiera po pierwszym dzwonku.

- Halo?

- Mamo - szlocham. To słowo wydaje mi się dziwne, kiedy opuszcza moje usta, ale potrzebuję w tej chwili pocieszenia mamy.

- Co zrobił?

To, że wszyscy tak samo reagują, pokazuje mi, jak oczywiste było dla każdego to, że Hardin jest dla mnie niebezpieczny, oraz to, jak bardzo byłam naiwna.

- Ja... on... - nie potrafię złożyć zdania. - Mogę przyjechać do domu, tylko na dziś? - pytam ją.

- Oczywiście, Tesso. Do zobaczenia za dwie godziny - mówi i odkłada słuchawkę.

Lepiej, niż myślałam, ale nie tak dobrze, jak miałam nadzieję. Chciałabym, żeby bardziej przypominała Karen, troskliwą i wyrozumiałą dla każdej wady. Chciałabym, żeby złagodniała, choć na tak długo, bym mogła poczuć się lepiej dzięki temu, że mam kochającą matkę, która potrafi mnie podnieść na duchu.

Wjeżdżając na autostradę, wyłączam telefon, zanim zrobię coś głupiego, na przykład przeczytam którąkolwiek z wiadomości Hardina.

Rozdział trzeci

Tessa

Droga do domu, w którym spędziłam dzieciństwo, jest znajoma i łatwa - nie wymaga ode mnie wielkiej uwagi. Zmuszam się do tego, żeby wyrzucić z siebie cierpienie - dosłownie krzyczę na całe gardło, aż zupełnie je zdzieram - zanim dojadę do rodzinnego miasta. Odkrywam, że to znacznie trudniejsze, niż myślałam, zwłaszcza że nie mam ochoty krzyczeć. Mam ochotę płakać i zniknąć. Oddałabym wszystko, żeby cofnąć swoje życie aż do pierwszego dnia college'u - posłuchałabym rady mojej mamy i zmieniłabym pokój. Matka martwiła się, że to Steph będzie miała na mnie zły wpływ... gdybyśmy tylko wiedziały, że problemem stanie się niegrzeczny chłopak o kręconych włosach. Że zabierze wszystko, co miałam w sobie, zakręci mną i rozedrze mnie na strzępy, a potem dmuchnie na to, co ze mnie zostało, i rozrzuci te resztki po niebie i pod podeszwy swoich znajomych.

Przez cały czas byłam zaledwie dwie godziny od domu, ale to, co się wydarzyło, sprawiło, że wydawało mi się, że jestem znacznie dalej. Nie byłam u matki od czasu, kiedy zaczęłam college. Gdybym nie zerwała z Noah, wracałabym wielokrotnie. Zmuszam się do tego, żeby patrzeć na drogę, gdy przejeżdżam obok jego domu.

Wjeżdżam na podjazd i praktycznie wyskakuję z samochodu. Ale kiedy docieram do drzwi, nie jestem pewna, czy powinnam pukać. Wydaje mi się dziwne, że miałabym to zrobić, chociaż jednocześnie nie czułabym się komfortowo, po prostu wchodząc. Jak to możliwe, że tyle rzeczy się zmieniło, odkąd wyjechałam do college'u?

Postanawiam po prostu wejść do środka i znajduję swoją matkę, która stoi obok brązowej skórzanej kanapy w pełnym makijażu, sukience i butach na wysokim obcasie. Wszystko wygląda tak samo - jest czyste i doskonale zorganizowane. Jedyną różnicę stanowi to, że mieszkanie wydaje się mniejsze, być może ze względu na czas, który spędziłam w domu Kena. Cóż, dom moich rodziców z pewnością jest mały i nieatrakcyjny z zewnątrz, ale w środku jest ładnie urządzony, a moja matka zawsze bardzo się starała zamaskować chaos swojego małżeństwa atrakcyjną farbą, kwiatami i dbaniem o czystość. Kontynuowała tę strategię po tym, jak ojciec nas zostawił, prawdopodobnie dlatego, że weszła jej w krew. Dom jest ciepły, a moje nozdrza wypełnia znajomy zapach cynamonu. Matka zawsze miała obsesję na punkcie świec zapachowych - w każdym pokoju stoi przynajmniej jedna. Zdejmuję buty przy drzwiach, wiedząc, że nie będzie chciała mieć śniegu na swoich wypolerowanych parkietach.

- Masz ochotę na kawę, Thereso? - pyta, a potem mnie przytula.

Odziedziczyłam uzależnienie od kawy po matce i delikatnie się uśmiecham na myśl o tym, że chociaż to nas łączy.

- Tak, poproszę.

Idę za nią do kuchni i siadam przy niewielkim stole, niepewna, jak rozpocząć rozmowę.

- Zamierzasz mi powiedzieć, co się stało? - pyta bez ogródek.

Biorę głęboki oddech i pociągam łyk kawy, a potem odpowiadam:

- Zerwaliśmy z Hardinem.

Wyraz jej twarzy pozostaje neutralny.

- Dlaczego?

- Cóż, nie okazał się tym, za kogo go uważałam - mówię. Obejmuję dłońmi gorący kubek kawy, próbując odwrócić uwagę od bólu i przygotować się na odpowiedź matki.

- A za kogo go uważałaś?

- Za kogoś, kto mnie kocha.

Nie jestem pewna, za kogo jeszcze go uważałam, czy wiedziałam, kim był sam dla siebie, jako osoba.

- A teraz już nie sądzisz, że tak jest?

- Wiem, że tak nie jest.

- Skąd ta pewność? - pyta chłodno.

- Ponieważ mu zaufałam, a on mnie w okropny sposób zdradził.

Wiem, że nie mówię o szczegółach, ale wciąż czuję dziwaczną potrzebę ochrony Hardina przed oceną mojej matki. Karcę się w myślach za to, że jestem taka głupia, że w ogóle biorę pod uwagę jego dobro, skoro on bez wątpienia nie zrobiłby tego samego dla mnie.

- Nie sądzisz, że powinnaś była pomyśleć o tym, że tak może się stać, zanim postanowiłaś z nim zamieszkać?

- Tak, wiem. Możesz mi powiedzieć, jaka jestem głupia; powiedz mi, że mnie ostrzegałaś - mówię.

- To prawda, ostrzegałam cię przed takimi mężczyznami. Od takich jak on i twój ojciec najlepiej trzymać się z daleka. Cieszę się tylko, że to się skończyło, jeszcze zanim się na dobre zaczęło. Ludzie popełniają błędy, Tesso. - Pociąga łyk ze swojego kubka, pozostawiając na nim półkolisty ślad różowej szminki. - Jestem pewna, że on ci wybaczy.

- Kto?

- Noah, oczywiście.

Jak ona może tego nie rozumieć? Potrzebuję tylko z nią porozmawiać, chcę, żeby mnie pocieszyła, a nie wpychała mnie znów w ramiona Noah. Wstaję, patrzę na nią, a potem rozglądam się po kuchni. Czy ona mówi poważnie? To niewiarygodne.

- To, że nie udało się z Hardinem, nie znaczy, że zamierzam się znów spotykać z Noah! - warczę.

- Dlaczego nie? Tesso, powinnaś być wdzięczna, że on chce ci dać kolejną szansę.

- Co? Nie mogłabyś wreszcie przestać? Nie potrzebuję teraz być z kimkolwiek, a już zwłaszcza z Noah. - Mam ochotę zacząć rwać sobie włosy z głowy. Albo jej.

- Co masz na myśli, mówiąc, że zwłaszcza z Noah? Od czasu kiedy byliście dziećmi, zawsze był dla ciebie wspaniały.

Wzdycham i znów siadam.

- Wiem, mamo. Bardzo zależy mi na Noah. Ale nie w ten sposób.

- Nie wiesz nawet, o czym mówisz. - Wstaje i wylewa kawę do zlewu. - Nie zawsze chodzi o miłość, Thereso... Chodzi o stabilność i bezpieczeństwo.

- Ale ja mam dopiero osiemnaście lat - mówię jej.

Nie chcę myśleć o tym, jak by to było być z kimś, kogo się nie kocha, tylko ze względu na stabilność. Chcę sama sobie zapewniać stabilność i bezpieczeństwo. Chcę kogoś, kogo mogłabym kochać tak samo, jak on kocha mnie.

- Prawie dziewiętnaście. I jeśli teraz nie będziesz ostrożna, nikt już cię nie zechce. A teraz idź popraw makijaż, bo Noah będzie tu lada chwila - oznajmia i wychodzi z kuchni.

Powinnam była wiedzieć, że nie warto tu przyjeżdżać w poszukiwaniu otuchy. Lepiej bym zrobiła, gdybym przespała cały dzień w samochodzie.

Zgodnie z zapowiedzią Noah pojawia się pięć minut później - nie żebym w tym czasie poprawiła swój wygląd. Widząc, że wchodzi do naszej małej kuchni, czuję się jeszcze gorzej niż dotychczas, chociaż nie sądziłam, że to możliwe.

Uśmiecha się swoim ciepłym, doskonałym uśmiechem.

- Cześć.

- Cześć, Noah - odpowiadam.

Podchodzi bliżej, a ja wstaję, żeby przytulić go na powitanie. Jest ciepły, a jego bluza pachnie tak miło - dokładnie tak, jak pamiętam.

- Twoja mama do mnie zadzwoniła - mówi.

- Wiem. - Usiłuję się uśmiechnąć. - Przepraszam, że wciąż cię miesza w to wszystko. Nie wiem, jaki ma problem.

- Ja wiem. Chce, żebyś była szczęśliwa - stwierdza, stając w jej obronie.

- Noah... - ostrzegam go.

- Po prostu nie wie, co tak naprawdę cię uszczęśliwia. Chciałaby, żebym to był ja, ale tak nie jest. - Delikatnie wzrusza ramionami.

- Przykro mi.

- Tesso, przestań przepraszać. Chciałem tylko się upewnić, że wszystko u ciebie w porządku - uspokaja mnie i znów mnie przytula.

- Nie jest w porządku - przyznaję.

- Widzę. Chcesz o tym porozmawiać?

- Nie wiem... Jesteś pewien, że nie masz nic przeciwko temu? - Nie mogę znów go zranić, opowiadając mu o facecie, dla którego go zostawiłam.

- Tak, jestem pewien - mówi i nalewa sobie szklankę wody, a potem siada przy stole naprzeciwko mnie.

- Dobrze... - ulegam i opowiadam mu praktycznie wszystko. Omijam tylko szczegóły dotyczące seksu, ponieważ to moje prywatne sprawy.

Cóż, tak naprawdę prywatne nie są. Ale dla mnie nie przestały takie być. Nie mogę uwierzyć, że Hardin opowiedział swoim znajomym o wszystkim, co robiliśmy... to jest najgorsze w tej całej historii. Gorsze nawet niż pokazanie im prześcieradła jest to, że po tym, jak powiedział mi, że mnie kocha, i kochał się ze mną, najwyraźniej potrafił po prostu się odwrócić i kpić sobie w obecności wszystkich z tego, co się między nami wydarzyło.

- Wiedziałem, że cię zrani, ale nie miałem pojęcia, jak bardzo - mówi Noah. Dostrzegam, jak mocno go to złości. To dziwne, widzieć tę emocję na jego twarzy, biorąc pod uwagę to, jak spokojny i opanowany jest zazwyczaj. - Jesteś dla niego za dobra, Tesso. To szumowina.

- Nie mogę uwierzyć, jaka byłam głupia. Zrezygnowałam dla niego ze wszystkiego. Kochanie kogoś, kto cię nie kocha, to najgorsze uczucie na świecie.

Noah chwyta szklankę i zaczyna nią obracać w dłoniach.

- Wiem, co czujesz - mówi delikatnie.

Mam ochotę walnąć się w twarz za to, że właśnie jemu to powiedziałam. Otwieram usta, ale on odzywa się, zanim mogę przeprosić.

- Wszystko w porządku - mówi i wyciąga rękę, żeby potrzeć kciukiem moją dłoń.

Mój Boże, jak żałuję, że nie kocham Noah. Byłabym z nim znacznie szczęśliwsza, a on nigdy nie zrobiłby mi czegoś takiego jak Hardin.

Noah opowiada mi o wszystkim, co działo się od czasu, kiedy wyjechałam - nie ma tego wiele. Jedzie do college'u w San Francisco zamiast na WCU - łapię się na tym, że jestem mu za to wdzięczna. Przynajmniej jedna dobra rzecz wynikła z tego, że go zraniłam: dało mu to bodziec, którego potrzebował, żeby opuścić Waszyngton. Opowiada mi o tym, czego dowiedział się o Kalifornii, i wychodzi dopiero po zachodzie słońca. Orientuję się, że moja mama przez całą jego wizytę pozostała w swoim pokoju.

Wychodzę na podwórko i trafiam do szklarni, w której spędziłam większość dzieciństwa. Patrząc na swoje odbicie w szybie i wnętrze niewielkiego budynku, widzę, że wszystkie rośliny i kwiaty zwiędły, a we wnętrzu panuje ogólny bałagan, i wydaje mi się, że to w tej chwili pasuje do mojej sytuacji.

Mam tyle rzeczy do zrobienia, do zaplanowania. Muszę znaleźć miejsce, gdzie mogłabym zamieszkać, i sposób, żeby wydostać wszystkie moje rzeczy z mieszkania Hardina. Poważnie rozważałam pomysł, żeby wszystko tam zostawić, ale nie mogę tego zrobić. Nie mam żadnych ubrań poza tymi, które tam trzymam, a co najważniejsze, potrzebuję moich podręczników.

Sięgam do kieszeni i włączam telefon - po kilku sekundach moja skrzynka odbiorcza jest pełna, a na ekranie pojawia się symbol poczty głosowej. Ignoruję pocztę głosową i szybko przeglądam esemesy, patrząc tylko na nadawcę. Wszystkie poza jednym są od Hardina.

Kimberly napisała do mnie: "Christian kazał ci powiedzieć, żebyś została jutro w domu. Wszyscy i tak będą wychodzić w południe, bo trzeba odmalować parter, więc nie musisz w ogóle przyjeżdżać. Daj mi znać, jeśli czegokolwiek potrzebujesz. Całuski".

To, że mam jutro wolne, przynosi mi wielką ulgę. Uwielbiam mój staż, ale zaczynam myśleć, że powinnam przenieść się gdzieś z WCU, może nawet opuścić Waszyngton. Kampus nie jest wystarczająco duży, żebym mogła unikać Hardina i wszystkich jego znajomych. Nie chcę też, żeby coś wciąż mi przypominało o tym, co mnie łączyło z Hardinem. A w każdym razie o tym, co sądziłam, że mnie z nim łączy.

Kiedy wracam do domu, moje dłonie i twarz są zesztywniałe z zimna. Matka siedzi w fotelu i czyta magazyn.

- Mogę zostać dziś na noc? - pytam ją.

Omiata mnie krótkim spojrzeniem.

- Tak. A jutro pomyślimy o tym, co zrobić, żebyś mogła wprowadzić się z powrotem do akademika - mówi i wraca do czytania.

Stwierdzam, że nie wykrzeszę już dziś nic więcej z matki, i idę na górę do swojego starego pokoju, który jest dokładnie taki sam, jakim go zostawiłam. Nie zmieniła niczego. Nie przejmuję się tym, żeby zmyć makijaż przed pójściem do łóżka. To trudne, ale zmuszam się do zaśnięcia - śnię o czasach, kiedy moje życie było znacznie lepsze. Zanim poznałam Hardina.

W środku nocy budzi mnie dzwonek telefonu. Ignoruję go, ale przez chwilę zastanawiam się, czy Hardin w ogóle może spać.

Następnego ranka przed wyjściem do pracy moja matka mówi mi tylko tyle, że zadzwoni do szkoły i zmusi ich, żeby pozwolili mi wrócić do akademika, do innego budynku, znajdującego się daleko od starego. Wychodzę z zamiarem pojechania na kampus, ale potem zmieniam zdanie i postanawiam jechać do mieszkania. Zjeżdżam z autostrady i jak najszybciej docieram na miejsce, żebym nie zdążyła zmienić zdania.

Będąc już przed budynkiem, dwukrotnie rozglądam się po parkingu za samochodem Hardina. Kiedy upewniam się, że nie ma go w pobliżu, parkuję i szybko przebiegam przez zaśnieżony parking do drzwi. Gdy docieram do lobby, nogawki moich dżinsów są przemoczone i marznę. Próbuję myśleć o czymkolwiek prócz Hardina, ale to niemożliwe.

Hardin musiał naprawdę mnie nienawidzić, skoro posunął się tak daleko, że zrujnował mi życie, a potem sprawił, że przeprowadziłam się do mieszkania znajdującego się z dala od wszystkich moich znajomych. Musi być teraz dumny z siebie, że zadał mi tyle bólu.

Kiedy grzebię wśród kluczy, a potem otwieram drzwi do naszego mieszkania, przelewa się przeze mnie gigantyczna fala paniki, niemal przewracając mnie na ziemię.

Kiedy to się skończy? Albo przynajmniej zelżeje?

Idę prosto do sypialni i zabieram torby z szafy, byle jak wpychając do nich wszystkie swoje ubrania. Mój wzrok wędruje do stolika nocnego, na którym stoi niewielka ramka ze zdjęciem przedstawiającym Hardina i mnie, uśmiechających się razem przed ślubem Kena.

Szkoda, że to wszystko nieprawda. Sięgam na drugą stronę łóżka, chwytam ramkę i rzucam nią o betonową podłogę. Rozbija się na kawałki, a ja przeskakuję przez łóżko, podnoszę zdjęcie i drę je na tyle kawałków, na ile się da, nie zdając sobie sprawy, że płaczę, aż do momentu, gdy zaczynam się krztusić. Biorę książki i wrzucam je do pustego pudełka. Instynktownie robię to samo z należącym do Hardina egzemplarzem Wichrowych Wzgórz - nie będzie za nim tęsknił, a poza tym, powiedzmy sobie szczerze, jest mi go winien po tym, co mi odebrał.

Zaschło mi w gardle, więc idę do kuchni po szklankę wody. Siadam przy stole i pozwalam sobie przez kilka minut udawać, że ta historia się nie wydarzyła. Udawać, że zamiast musieć patrzeć w przyszłość samotnie, czekam na Hardina, który niedługo wróci z zajęć, uśmiechnie się do mnie i powie, że mnie kocha, że tęsknił za mną przez cały dzień. Że uniesie mnie na blat i pocałuje mnie z miłością i pragnieniem...

Dźwięk otwieranych drzwi sprawia, że przerażona budzę się ze swojego żałosnego koszmaru. Zrywam się na równe nogi, podczas gdy Hardin przechodzi przez próg. Nie widzi mnie, ponieważ patrzy przez ramię.

Na brunetkę w czarnej swetrowej sukience.

- Więc tak to wygląda... - zaczyna, a potem przerywa, widząc moje torby na podłodze.

Zamieram, podczas gdy jego wzrok przebiega całe mieszkanie, a później kieruje się w stronę kuchni. Jego oczy rozszerzają się na mój widok - jest wyraźnie zaszokowany.

- Tess? - mówi, jakby nie był pewien, że naprawdę istnieję.

Rozdział czwarty

Tessa

Wyglądam fatalnie. Mam na sobie workowate dżinsy i bluzę dresową, wczorajszy rozmazany makijaż, a moje włosy są skołtunione. Spoglądam na stojącą obok niego dziewczynę. Jej kręcone, jedwabiste brązowe włosy spływają swobodnymi splotami w dół pleców. Ma delikatny, doskonale zrobiony makijaż - ale jest też jedną z tych dziewczyn, które w ogóle go nie potrzebują. Oczywiście, że tak.

To wszystko jest upokarzające i mam ochotę zapaść się pod ziemię. Zniknąć tej pięknej dziewczynie z oczu.

Kiedy pochylam się, żeby podnieść z podłogi jedną z moich toreb, wydaje się, że Hardin właśnie przypomniał sobie o istnieniu tej dziewczyny i odwraca się do niej.

- Tesso, co tu robisz? - pyta. Usiłuję zmazać sobie resztki makijażu spod oczu, a on pyta swoją nową dziewczynę: - Mogłabyś dać nam chwilę?

Ona spogląda na mnie, a potem kiwa głową i wychodzi z powrotem na korytarz.

- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś - mówi Hardin i wchodzi do kuchni.

Zdejmuje kurtkę, co sprawia, że jego biały T-shirt unosi się i odsłania opaloną skórę jego torsu. Znajdujący się tam tatuaż, powyginane, rozzłoszczone gałęzie martwego drzewa na jego brzuchu, wydaje się mnie wyzywać. Wołać, żebym ich dotknęła. Ogromnie mi się podoba ten tatuaż. Dopiero teraz widzę związek między Hardinem a tym drzewem. Oboje nic nie czują. Oboje są sami. Drzewo przynajmniej ma nadzieję jeszcze zakwitnąć. Dla Hardina już jej nie ma.

- Ja... już wychodziłam - wyduszam z siebie. On wygląda tak doskonale, tak pięknie. Taka piękna katastrofa.

- Proszę, pozwól tylko, że się wytłumaczę - błaga, a ja zauważam, że ciemne kręgi pod jego oczami są jeszcze wyraźniejsze niż pod moimi.

- Nie - znów sięgam po torby, ale on wyrywa mi je i upuszcza z powrotem na podłogę.

- Proszę tylko o dwie minuty, Tess.

Dwie minuty to znacznie więcej, niż chcę tu być z Hardinem, ale wiem, że to zamknięcie tej sytuacji, którego potrzebuję, by moje życie ruszyło do przodu. Wzdycham i siadam, usiłując powstrzymać się od każdego odgłosu, który mógłby zdradzić to, co czuję. Hardin najwyraźniej jest zaskoczony, ale szybko zajmuje miejsce naprzeciwko mnie.

- Szybko znalazłeś sobie kogoś nowego - mówię cicho, wskazując podbródkiem w kierunku drzwi.

- Co? - pyta Hardin, a potem najwyraźniej przypomina sobie o brunetce. - Ona ze mną pracuje. Jej mąż czeka na dole z ich nowo narodzoną córeczką. Szukają nowego lokum, więc chciała zobaczyć, jak wygląda nasze... to mieszkanie.

- Przeprowadzasz się? - pytam.

- Nie, nie jeśli zostaniesz, ale nie widzę sensu mieszkania tu bez ciebie. Po prostu sprawdzam, jakie mam możliwości.

Jakaś część mnie czuje lekką ulgę, ale natychmiast bardziej defensywna część zauważa, że to, że nie sypia z tą brunetką, nie świadczy jeszcze o tym, że nie zacznie niedługo sypiać z kimś innym. Ignoruję ukłucie żalu, które czuję, gdy Hardin mówi o tym, że zamierza się wyprowadzić, nawet jeśli mnie tu już nie będzie, kiedy to zrobi.

- Myślisz, że przyprowadziłbym kogoś tutaj, do naszego mieszkania? Przecież minęły dopiero dwa dni... Czy naprawdę uważasz mnie za kogoś takiego?

Ależ ma tupet.

- Tak! Oczywiście, że tak... teraz!

Kiedy gwałtownie kiwam głową, żeby dodać powagi swoim słowom, po jego twarzy przebiega grymas bólu. Ale po chwili po prostu wzdycha, zrezygnowany.

- Gdzie wczoraj spałaś? Pojechałem do mieszkania ojca, nie było cię tam.

- U mojej matki.

- Ach. - Spogląda na swoje dłonie. - Udało się wam rozwiązać wasze sprawy?

Patrzę mu prosto w oczy - nie mogę uwierzyć, że śmie pytać o moją rodzinę.

- To już nie twoja sprawa.

Wyciąga dłoń w moim kierunku, ale zatrzymuje się.

- Tak bardzo za tobą tęsknię, Tesso.

Znów tracę oddech, ale przypominam sobie, jak dobrze mu idzie odwracanie kota ogonem. Spoglądam w inną stronę.

- Jasne.

Mimo że buzują we mnie emocje, nie mogę sobie pozwolić na to, by jeszcze bardziej się załamać na jego oczach.

- Tęsknię, Tesso. Wiem, że strasznie to spieprzyłem, ale kocham cię. Potrzebuję cię.

- Po prostu przestań, Hardin. Nie marnuj czasu ani energii. Nie oszukasz mnie już nigdy więcej. Dostałeś to, czego chciałeś, więc dlaczego po prostu nie przestaniesz?

- Bo nie potrafię. - Sięga po moją dłoń, ale się wyrywam. - Kocham cię. Musisz mi dać szansę, żebym to naprawił. Potrzebuję cię, Tesso. Potrzebuję cię. I ty też mnie potrzebujesz...

- Nie, tak naprawdę cię nie potrzebuję. Radziłam sobie dobrze, zanim nie pojawiłeś się w moim życiu.

- To nie znaczy, że byłaś szczęśliwa.

- Szczęśliwa? - kpię. - A co, teraz jestem szczęśliwa? - Jak on śmie twierdzić, że mnie uszczęśliwia?!

Ale przecież sprawiał, że byłam szczęśliwa. Taka szczęśliwa. Kiedyś.

- Nie możesz tu siedzieć i mówić mi, że nie wierzysz, że cię kocham.

- Wiem, że tak nie jest. To wszystko było dla ciebie tylko grą. Podczas gdy ja się w tobie zakochiwałam, ty mnie wykorzystywałeś.

Do jego oczu napływają łzy.

- Pozwól mi sobie udowodnić, że cię kocham, proszę. Zrobię wszystko, Tesso. Wszystko.

- Już wystarczająco dużo mi udowodniłeś, Hardin. Siedzę tu teraz tylko dlatego, że jestem sobie winna to, by wysłuchać, co masz mi do powiedzenia, żeby móc zakończyć ten etap w swoim życiu.

- Nie chcę, żebyś go kończyła.

Parskam.

- Tu nie chodzi o to, czego chcesz! Chodzi o to, jak mnie zraniłeś!

Jego głos brzmi słabo i łamie się.

- Powiedziałaś, że nigdy mnie nie opuścisz.

Nie ufam samej sobie, kiedy on się tak zachowuje. Nienawidzę władzy, którą ma nade mną jego ból. Sprawia, że zachowuję się irracjonalnie.

- Powiedziałam, że nie zostawię cię, jeśli nie dasz mi do tego powodu. Ale dałeś mi go.

Teraz wydaje mi się doskonale zrozumiałe, dlaczego tak martwił się tym, że go zostawię. Myślałam, że po prostu paranoicznie przejmuje się tym, czy jest dla mnie wystarczająco dobry, ale się myliłam. Tak bardzo się myliłam. Wiedział, że kiedy tylko się dowiem, ucieknę od niego. Właśnie teraz powinnam to zrobić. Usprawiedliwiałam go ze względu na to wszystko, co przeszedł jako dziecko, ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy i na ten temat kłamał. Na wszystkie tematy.

- Nie mogę tak dalej. Zaufałam ci. Hardin, zaufałam ci każdym włóknem swojego ciała. Polegałam na tobie, kochałam cię, a ty przez cały czas mnie wykorzystywałeś. Masz jakiekolwiek pojęcie, jak się z tego powodu czuję? Wszyscy dookoła drwili ze mnie i wyśmiewali mnie za plecami, łącznie z tobą, osobą, której najbardziej ufałam.

- Wiem, Tesso, wiem. Nie potrafię ci powiedzieć, jak bardzo mi przykro. Nie wiem, co mi odpieprzyło, kiedy wymyśliłem ten zakład. Myślałem, że to będzie proste... - Jego dłonie się trzęsą, kiedy mnie błaga. - Myślałem, że po prostu się ze mną prześpisz i na tym się skończy. Ale byłaś tak uparta i tak... intrygująca, że przyłapałem się na tym, że bez przerwy o tobie myślę. Siedziałem w swoim pokoju i próbowałem wymyślać sposoby, jak się z tobą zobaczyć, nawet jeśli robiłem to tylko po to, żeby się z tobą pokłócić. Po dniu nad strumieniem wiedziałem już, że to coś więcej niż tylko zakład, ale nie mogłem tego sam przed sobą przyznać. Walczyłem z sobą i martwiłem się o swoją reputację... Wiem, że to porąbane, ale próbuję mówić szczerze. A kiedy powiedziałem wszystkim o tym, co robiliśmy, nie powiedziałem im, co robiliśmy naprawdę... Nie mógłbym ci tego zrobić, nawet na początku. Po prostu zmyślałem rzeczy, które tak naprawdę się nie stały, a oni to kupili.

Z moich oczu spada kilka łez, a on wyciąga dłoń, żeby je otrzeć. Nie odsuwam się wystarczająco szybko i jego dotyk parzy moją skórę. Potrzebuję nadludzkiej energii, by nie przytulić się do jego dłoni.

- Nie cierpię oglądać cię w takim stanie - mamrocze. Zamykam oczy i otwieram je ponownie, desperacko pragnąc, żeby łzy przestały płynąć. Milczę, a on ciągnie dalej: - Przysięgam, zacząłem opowiadać Nate'owi i Loganowi o strumieniu, ale szybko odkryłem, że się denerwuję, a nawet czuję zazdrość na myśl, że mieliby się dowiedzieć, co z tobą zrobiłem... jakie uczucia w tobie wywołałem, więc powiedziałem im, że zrobiłaś mi... no, po prostu wymyślałem jakieś bzdury.

Wiem, że jego kłamstwa na temat tego, co robiliśmy, tak naprawdę nie są lepsze od mówienia prawdy. Ale z jakiegoś powodu czuję pewnego rodzaju ulgę, że ja i Hardin jesteśmy jedynymi osobami, które wiedzą, co naprawdę się między nami stało, znają prawdziwe szczegóły naszych wspólnych chwil.

To nie wystarcza. Poza tym zresztą pewnie i teraz kłamie - nigdy nie potrafię tego rozpoznać - a ja od razu mu wierzę. Co ze mną, do diabła, jest nie tak?

- Nawet gdybym ci wierzyła, nie mogłabym ci wybaczyć - mówię. Mrugam oczami, żeby powstrzymać łzy, a on ukrywa twarz w dłoniach.

- Nie kochasz mnie? - pyta, spoglądając na mnie spomiędzy palców.

- Kocham - odpowiadam.

Moje wyznanie ciąży nam obojgu. Opuszcza dłonie, patrząc na mnie w sposób, który sprawia, że żałuję, że to powiedziałam. A jednak to prawda. Kocham go. Kocham go za bardzo.

- Więc czemu nie możesz mi wybaczyć?

- Ponieważ to, co zrobiłeś, jest niewybaczalne. Nie tylko mnie okłamałeś, ale i odebrałeś mi dziewictwo, żeby wygrać zakład... a potem pokazałeś innym moją krew na prześcieradle. Jak ktokolwiek mógłby coś takiego wybaczyć?

Opuszcza bezwładnie dłonie, a w jego jasnozielonych oczach pojawia się desperacja.

- Odebrałem ci dziewictwo, bo cię kocham! - mówi, ale sprawia to tylko, że zaczynam gwałtownie potrząsać głową, więc on kontynuuje: - Już nie wiem, kim bez ciebie jestem.

Odwracam wzrok.

- To i tak nie miało przyszłości, oboje o tym wiemy - mówię mu, żeby poprawić swoje samopoczucie. Trudno jest siedzieć naprzeciwko niego i widzieć, jak cierpi, ale jednocześnie poczucie sprawiedliwości sprawia, że to, że jestem świadkiem jego cierpienia, zmniejsza moje własne... odrobinę.

- Dlaczego nie miało przyszłości? Przecież świetnie sobie radziliśmy...

- Wszystko, co mieliśmy, opierało się na kłamstwie, Hardin. - A ponieważ jego ból nagle dodał mi pewności siebie, mówię: - Poza tym, spójrz na siebie i na mnie. - Nie chcę tego robić, ale wyraz jego twarzy w chwili, kiedy wykorzystuję to, co sprawiało, że czuł się najbardziej niepewnie w naszym związku, przypomina mi, że sobie na to zasłużył... chociaż coś we mnie umiera, gdy to robię. Zawsze martwił się o to, jak wyglądamy razem, że jestem dla niego zbyt dobra. A teraz rzuciłam mu to prosto w twarz.

- Chodzi o Noah? Widziałaś się z nim, prawda? - pyta Hardin, a ja otwieram usta w reakcji na jego bezczelność. Jego oczy błyszczą od łez, więc muszę sobie przypominać, co zrobił. Że wszystko zniszczył.

- Tak, ale to nie ma z tym nic wspólnego. To twój problem. Wciąż robisz innym, co tylko chcesz, nie przejmując się konsekwencjami, a potem spodziewasz się, że wszystkim będzie to po prostu odpowiadać! - krzyczę i wstaję od stołu.

- Wcale tak nie jest, Tesso! - wrzeszczy, a ja przewracam oczami. Widząc to, milknie, a później wstaje, wygląda przez okno i wreszcie znów zwraca się do mnie: - Okej, dobrze, może tak robię. Ale naprawdę mi na tobie zależy.

- Cóż, powinieneś był o tym pomyśleć, kiedy chwaliłeś się swoim podbojem - mówię spokojnie.

- Moim podbojem? Co ty pieprzysz? Nie jesteś jakimś tam moim podbojem... jesteś dla mnie wszystkim! Jesteś moim oddechem, moim bólem, moim sercem, moim życiem!

Robi krok w moim kierunku. Najbardziej mnie zasmuca to, że to najbardziej wzruszające słowa, jakie Hardin kiedykolwiek mi powiedział, ale niestety wykrzyczał je w gniewie.

- Cóż, teraz już trochę na to za późno! - odkrzykuję. - Myślisz, że możesz po prostu...

Zupełnie mnie zaskakując, obejmuje mój kark i przyciąga do siebie, przyciskając swoje usta do moich. Znajome ciepło jego warg niemal sprawia, że nogi się pode mną uginają. Mój język zaczyna odpowiadać na ruchy jego języka, zanim mój umysł orientuje się w tym, co się dzieje. Hardin wydaje westchnienie ulgi, a ja wciąż próbuję go odepchnąć. Chwyta moje nadgarstki jedną ręką i przyciska je do piersi, wciąż mnie całując. Usiłuję wyrwać się z jego uścisku, ale moje usta nadal mu się poddają. Przyciągając mnie do siebie, cofa się i opiera o blat, a jego druga ręka dotyka boku mojej szyi, utrzymując mnie w bezruchu. Całe moje cierpienie i ból serca zaczynają topnieć, rozluźniam tkwiące w jego uścisku dłonie. To jest złe, ale i takie dobre.

Ale mimo wszystko złe.

Odsuwam się od niego, a on próbuje znów mnie pocałować, lecz odwracam głowę.

- Nie - mówię.

Jego wzrok łagodnieje.

- Proszę... - błaga.

- Nie, Hardin. Muszę iść.

Puszcza moje nadgarstki.

- Dokąd?

- Ja... jeszcze nie wiem. Matka próbuje mi załatwić powrót do akademika.

- Nie... nie... - potrząsa głową, a jego głos zaczyna brzmieć rozpaczliwie. - Zostań tutaj, nie wracaj na kampus. - Przeczesuje włosy dłońmi. - Jeśli ktokolwiek powinien tam wrócić, to ja. Proszę, po prostu zostań tu, żebym wiedział, gdzie jesteś.

- Nie musisz wiedzieć, gdzie jestem.

- Zostań - powtarza.

Jeśli mam być całkowicie z sobą szczera, muszę powiedzieć, że chcę z nim zostać. Chcę mu powiedzieć, że go kocham ponad życie, ale nie mogę. Nie zamierzam dać mu się wciągnąć z powrotem w to wszystko i stać się dziewczyną, która pozwala facetom robić z sobą, na co tylko mają ochotę.

Biorę torby i mówię jedyną rzecz, która sprawi, że za mną nie pójdzie:

- Noah i moja matka czekają. Muszę iść - kłamię i wychodzę z mieszkania.

Nie idzie za mną, a ja nie pozwalam sobie odwrócić się, by zobaczyć, jak bardzo cierpi.

Rozdział piąty

Tessa

Kiedy jestem już w samochodzie, nie płaczę, wbrew temu, czego się spodziewałam. Po prostu siedzę i patrzę przez okno. Śnieg przylepia się do przedniej szyby, otulając mnie jak koc. Wiatr wieje chaotycznie wokół auta, unosi śnieg i kręci nim, całkowicie mnie ukrywając. Wraz z każdym płatkiem śniegu spadającym na szkło tworzy się bariera pomiędzy okrutną rzeczywistością a samochodem.

Nie mogę uwierzyć, że Hardin przyszedł do mieszkania, podczas gdy tam byłam. Miałam nadzieję, że nie będę musiała się z nim widzieć. A jednak to pomogło - nie zmniejszyło mojego cierpienia, ale ogólnie poprawiło sytuację. Teraz przynajmniej mogę próbować zostawić za sobą ten katastrofalny okres mojego życia. Chcę mu zaufać i wierzyć, że mnie kocha, ale wplątałam się w tę sytuację właśnie przez to, że mu wierzyłam. Być może po prostu zachowuje się w taki sposób, ponieważ nie ma już nade mną kontroli. Zresztą nawet jeśli mnie kocha, co to zmienia? Nie unieważni to wszystkiego, co zrobił, nie cofnie wszystkich dowcipów, okropnego przechwalania się tym, co robiliśmy, ani kłamstw.

Żałuję, że nie stać mnie na czynsz - inaczej zostałabym w tym mieszkaniu i kazała Hardinowi się wyprowadzić. Nie chcę wracać do akademika i mieć kolejnej współlokatorki ani myć się pod wspólnym prysznicem. Dlaczego to wszystko musiało się zacząć od kłamstwa? Gdybyśmy spotkali się w jakichś innych okolicznościach, może teraz bylibyśmy razem w tym mieszkaniu, śmialibyśmy się na kanapie albo całowali w sypialni. Zamiast tego jestem sama w samochodzie i nie mam dokąd iść.

Kiedy wreszcie odpalam silnik, moje dłonie są skostniałe. Czy nie mogłabym być bezdomna latem?

Znów czuję się jak Catherine, ale nie ta Catherine z Wichrowych Wzgórz, jak zazwyczaj. Teraz wydaje mi się, że przypominam Catherine z Opactwa Northanger: zaszokowaną i zmuszoną do odbycia samotnie długiej podróży. Oczywiście, nie muszę odbyć stukilometrowej podróży z Northanger po tym, jak zostałam oddalona i postawiona w trudnej sytuacji, ale i tak rozumiem cierpienie bohaterki. Nie potrafię zdecydować, kim Hardin byłby w tej wersji książki. Z jednej strony przypomina Henry'ego - jest inteligentny i zabawny, a także równie dobrze jak ja zna się na literaturze. Jednak Henry jest znacznie bardziej życzliwy niż Hardin, który pod względem charakteru przypomina raczej aroganckiego i niegrzecznego Johna.

Kiedy jadę przez miasto, nie mając dokąd się udać, uświadamiam sobie, że słowa Hardina wpłynęły na mnie bardziej, niż chciałabym przyznać. Jego błagania o to, żebym z nim została, niemal odtworzyły naszą układankę tylko po to, żeby znów rozbić ją na kawałki. Jestem pewna, że chciał sprawić, bym została, tylko po to, by udowodnić, że potrafi to zrobić. W końcu nie zaczął znowu do mnie dzwonić i pisać esemesów, kiedy odjechałam.

Zmuszam się, żeby pojechać na kampus i podejść do ostatniego egzaminu przed feriami. Podczas testu czuję się zupełnie zobojętniała. Wydaje mi się niemożliwe, że nikt na kampusie nawet się nie domyśla, przez co przechodzę. Wymuszony uśmiech i rozmowa o niczym najwyraźniej wystarczają, by ukryć rozdzierający ból.

Dzwonię do matki, żeby sprawdzić, jak się mają sprawy z nowym pokojem w akademiku - mruczy tylko, że jak na razie nic z tego, i szybko odkłada słuchawkę. Chwilę jadę bez celu, aż zauważam, że jestem o przecznicę od firmy Vance'a, i uświadamiam sobie, że jest już piąta po południu. Nie chcę wykorzystywać Landona i znowu prosić go o nocleg w domu Kena. Wiem, że nie miałby nic przeciwko temu, ale nie byłoby z mojej strony fair, gdybym angażowała w to wszystko rodzinę Hardina, a poza tym, szczerze mówiąc, z tym domem wiąże się zbyt wiele wspomnień. Nie mogłabym tego znieść. Wjeżdżam na ulicę, wzdłuż której stoi kilka moteli, i zatrzymuję się na parkingu jednego z ładniej wyglądających. Nagle uświadamiam sobie, że nigdy nie spałam w motelu, ale i tak nie mam gdzie się podziać.

Niski mężczyzna stojący za kontuarem w recepcji wygląda dość przyjaźnie. Uśmiecha się do mnie i prosi o prawo jazdy. Kilka krótkich chwil później podaje mi kartę magnetyczną i karteczkę, na której widnieje hasło do WiFi. Załatwienie sobie pokoju w motelu jest znacznie prostsze, niż się spodziewałam - ten jest dość drogi, ale nie chcę mieszkać w jakimś tanim miejscu, ryzykując bezpieczeństwo.

- Chodnikiem prosto, a potem w lewo - informuje mnie z uśmiechem portier.

Dziękuję mu i wychodzę z powrotem na piekielne zimno, a następnie przestawiam samochód na miejsce w pobliżu pokoju, żeby nie musieć daleko nosić toreb.

Oto, do czego doprowadził mnie ten bezmyślny, egotyczny chłopak: jestem samotną mieszkanką motelu, której wszystkie rzeczy są bezładnie powciskane do toreb. Jestem kimś, kto nie ma się na czym oprzeć - a nie, jak wcześniej, kimś, kto zawsze ma plan.

Łapię kilka toreb i zamykam samochód, który wygląda na rzęch w porównaniu ze stojącym obok bmw. Właśnie wtedy, kiedy myślę, że mój dzień nie mógłby już być gorszy, jedna z toreb wyślizguje mi się z dłoni i spada na zaśnieżony chodnik. Moje ubrania i kilka książek wysypują się na mokry śnieg. Udaje mi się jakoś je pozbierać wolną ręką, ale boję się spojrzeć, które to książki - nie sądzę, że mogłabym znieść to, że moje ukochane lektury zostaną zniszczone tak jak ja. W każdym razie nie dziś.

- Może pani pomogę? - mówi jakiś mężczyzna, którego dłoń sięga w dół, by mi pomóc. - Tessa?!

Zaszokowana, podnoszę wzrok i widzę niebieskie oczy i zaniepokojony wyraz twarzy.

- Trevor? - pytam, chociaż wiem, że to on. Wstaję i rozglądam się. - Co tu robisz?

- Mógłbym spytać cię o to samo. - Uśmiecha się.

- Cóż... jestem... - Przygryzam dolną wargę.

Ale on wybawia mnie od konieczności wyjaśniania.

- Rury mi strzeliły, więc muszę nocować tu. - Schyla się, zbiera trochę moich gratów i podaje mi przemoczony egzemplarz Wichrowych Wzgórz, unosząc przy tym brew. Następnie podaje mi dwa mokre swetry, a także Dumę i uprzedzenie, mówiąc z żalem: - Proszę... ta jest w złym stanie.

Uświadamiam sobie, że los gorzko sobie ze mnie drwi.

- Coś mi mówiło, że możesz lubić klasykę - rzuca z przyjaznym uśmiechem.

Zabiera moje torby, a ja dziękuję mu skinieniem głowy, a potem przy użyciu karty magnetycznej otwieram drzwi. W pokoju jest lodowato, więc od razu podchodzę do grzejnika i podkręcam go na maksimum.

- Biorą za pokój tyle, że myślałem, że nie przejmują się rachunkiem za prąd - żartuje Trevor, stawiając moje torby na podłodze.

Uśmiecham się i przytakuję. Biorę ubrania, które spadły w śnieg, i rozwieszam je w łazience. Kiedy wracam do salonu, czuję się niezręcznie, przebywając z osobą, którą ledwo znam, w pokoju, który nie jest tak naprawdę mój.

- Czy twoje mieszkanie jest blisko? - pytam, usiłując ożywić trochę to miejsce i przerwać niezręczną ciszę.

- Właściwie dom. Ale tak, jakieś dwa kilometry stąd. Lubię mieszkać blisko pracy; wtedy wiem, że się nie spóźnię.

- To dobry pomysł... - Rzeczywiście, brzmi to jak coś, co sama bym robiła.

Trevor wygląda zupełnie inaczej w swobodnym ubraniu. Widywałam go tylko w garniturach, ale teraz ma na sobie ciepłe dżinsy i czerwoną bluzę. Jego zazwyczaj starannie wyżelowane włosy są rozczochrane.

- Też tak myślę. Więc jesteś tu sama? - pyta i spogląda w ziemię, najwyraźniej czując się niezręcznie przez swoją ciekawość.

- No tak. Sama.

W głębszym sensie, niż myśli.

- Nie chcę być wścibski, po prostu pytam, bo twój chłopak chyba za mną nie przepada. - Śmieje się cicho i odgarnia swoje czarne włosy z czoła.

- Och, Hardin za nikim nie przepada. Nie bierz tego do siebie. - Skubię paznokcie. - No i nie jest moim chłopakiem.

- O, przepraszam. Po prostu przyjąłem, że jest.

- Był... w pewnym sensie.

Czy rzeczywiście nim był? Tak mówił... Ale Hardin mówił wiele rzeczy.

- Och, znów przepraszam. Zawsze powiem coś nieodpowiedniego. - Śmieje się.

- W porządku. Nie mam ci tego za złe - odpowiadam i rozpakowuję pozostałe torby.

- Mam sobie pójść? Nie chcę ci się naprzykrzać. - Na wpół odwraca się w kierunku drzwi, jakby próbował pokazać, że jego propozycja jest szczera.

- Nie, nie, możesz zostać. Oczywiście, tylko jeśli chcesz. Nie musisz - mówię zbyt szybko.

Co jest ze mną nie tak?

- No to postanowione, zostanę - stwierdza i siada na krześle przy biurku.

Szukam miejsca, gdzie mogłabym usiąść, i ostatecznie decyduję się na brzeg łóżka. Jestem dość daleko od Trevora, dzięki czemu uświadamiam sobie, jak duży jest pokój.

- No więc jak ci się podoba w Vance jak na razie? - pyta, podążając palcami za wzorami na drewnianym blacie.

- Uwielbiam to miejsce. To coś znacznie lepszego, niż się spodziewałam. To dosłownie praca moich marzeń. Mam nadzieję, że przyjmą mnie, kiedy skończę studia.

- Och, myślę, że złożą ci propozycję dużo wcześniej. Christian bardzo cię polubił. Kiedy jadłem z nim ostatnio lunch, nie mógł przestać mówić o tekście, nad którym pracowałaś w zeszłym tygodniu. Mówi, że masz dobre oko, a w jego przypadku to wielki komplement.

- Naprawdę? Tak powiedział? - Nie mogę powstrzymać uśmiechu. Przychodzi dziwny i nieproszony, ale jednocześnie mnie pociesza.

- Gdyby tak nie było, dlaczego zapraszałby cię na konferencję? Tylko nasza czwórka tam leci.

- Czwórka? - pytam.

- No tak. Ja, ty, Christian i Kim.

- Och, nie wiedziałam, że Kim też tam będzie.

Mam desperacką nadzieję, że pan Vance nie zaprosił mnie tylko dlatego, że czuje się do tego zobowiązany przez mój związek z Hardinem, synem swojego najlepszego przyjaciela.

- Nie potrafiłby przeżyć całego weekendu bez niej - mówi żartobliwie Trevor. - Oczywiście ze względu na jej umiejętności organizacji biura.

Uśmiecham się delikatnie.

- Widzę, o co chodzi. Więc dlaczego ty jedziesz? - pytam i od razu w myślach wymierzam sobie policzek. - To znaczy, dlaczego jedziesz, skoro przecież pracujesz w finansach, prawda? - próbuję wyjaśnić.

- Nie, rozumiem, wam, molom książkowym, nie jest potrzebny człowiek kalkulator. - Przewraca oczami, a ja się śmieję, naprawdę się śmieję. - Christian niedługo otwiera drugi oddział w Seattle i spotkamy się z potencjalnym inwestorem. Będziemy też szukać siedziby dla biura, więc potrzebuje mnie, żeby się upewnić, że nie przepłaci, a Kimberly, żeby sprawdzić, czy budynek, który nam się spodoba, pasuje do naszego stylu pracy.

- Zajmujesz się też nieruchomościami?

Pokój wreszcie się ogrzał, więc zdejmuję buty i wsuwam stopy pod siebie.

- Nie, zupełnie się na tym nie znam, ale dobrze sobie radzę z liczbami - chwali się. - Tak czy inaczej, będzie fajnie. Seattle to piękne miasto. Byłaś już tam?

- Tak, to moje ulubione miasto. Nie to, żebym miała wielki wybór...

- To tak jak ja. Jestem z Ohio, więc za dużo w życiu nie widziałem. W porównaniu z Ohio, Seattle jest jak Nowy Jork.

Odkrywam, że naprawdę chciałabym dowiedzieć się więcej o Trevorze.

- Dlaczego przeprowadziłeś się do stanu Waszyngton?

- Cóż, moja matka zmarła, kiedy byłem w ostatniej klasie szkoły średniej, i po prostu musiałem wyjechać. Wiesz, jest tyle rzeczy, które trzeba zobaczyć. Obiecałem jej tuż przed śmiercią, że nie spędzę całego życia w tym okropnym miasteczku, w którym mieszkaliśmy. Dzień, w którym dostałem się na WCU, był najlepszym i najgorszym dniem w moim życiu.

- Najgorszym? - pytam.

- Moja matka umarła tego samego dnia. Ironia losu, prawda? - Uśmiecha się niewyraźnie. To, w jaki sposób tylko połowa jego ust się unosi, jest urocze.

- Przykro mi.

- Niepotrzebnie. Była jedną z tych osób, które nie powinny być tu z nami wszystkimi. Była na to za dobra, wiesz? Moja rodzina i tak spędziła z nią więcej czasu, niż zasłużyła, więc nie chciałbym niczego zmieniać w swoim życiu - mówi. Uśmiecha się szeroko i wskazuje na mnie. - A co z tobą? Zamierzasz tu zostać na zawsze?

- Nie, zawsze chciałam się przeprowadzić do Seattle. Ale ostatnio myślę o tym, żeby wyjechać jeszcze dalej - przyznaję.

- Powinnaś. Powinnaś podróżować i zobaczyć wszystko, co tylko możesz. Kobiety takiej jak ty nie należy trzymać w zamknięciu. - Musiał zauważyć, że dziwnie na niego patrzę, bo szybko dodaje: - Przepraszam... chodzi mi tylko o to, że mogłabyś zrobić tak dużo. Od razu widać, że masz wiele talentów.

Ale nie przeszkadzało mi to, co powiedział. To, jakim tonem nazwał mnie kobietą, uszczęśliwiło mnie. Przez całe życie czułam się jak dziecko, bo wszyscy mnie tak traktowali. Trevor to tylko znajomy, nowy znajomy, ale naprawdę się cieszę z jego towarzystwa w tym okropnym dniu.

- Jadłeś już obiad? - pytam.

- Jeszcze nie. Zastanawiałem się, czy nie zamówić pizzy, żeby nie musieć już wychodzić na tę zamieć. - Śmieje się.

- Może zjemy na pół? - proponuję.

- Zgoda - odpowiada z najżyczliwszym wyrazem twarzy, takim, jakiego nie widziałam od dawna.

Rozdział szósty

Hardin

Mój ojciec ma najgłupszy wyraz twarzy na świecie. Zawsze tak jest, kiedy usiłuje wyglądać na zdecydowanego, tak jak teraz, gdy stoi na progu swojego domu ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

- Ona tu nie przyjdzie, Hardin. Wie, że będziesz jej tu szukał.

Walczę z pragnieniem, żeby wbić mu jego własne zęby do gardła. Zamiast tego przeczesuję dłonią włosy, delikatnie się krzywiąc, kiedy czuję kłujący ból w kłykciach. Rany są tym razem głębsze niż zwykle. Uderzenie w ściankę działową wyrządziło mi więcej szkody, niż myślałem. Ale tego cierpienia i tak nie da się porównać z tym, co czuję w środku. Nigdy nie uświadamiałem sobie, że takiego rodzaju ból może istnieć - jest znacznie gorszy niż jakiekolwiek fizyczne cierpienie, które mógłbym sam sobie zadać.

- Synu, naprawdę sądzę, że powinieneś dać jej trochę wolnej przestrzeni.

Za kogo on się, do cholery, uważa?

- Wolnej przestrzeni? Ona nie potrzebuje żadnej przestrzeni! Ona potrzebuje wrócić do domu! - krzyczę.

Starsza kobieta mieszkająca obok odwraca się i spogląda na nas, a ja unoszę rękę w jej kierunku.

- Proszę, nie bądź niegrzeczny dla moich sąsiadów - ostrzega mnie tata.

- To powiedz swoim sąsiadom, żeby nie wpieprzali się w nie swoje sprawy! - Jestem pewien, że siwa baba to usłyszała.

- Do widzenia, Hardin - mówi mój ojciec z westchnieniem i zamyka drzwi.

- Kurwa! - krzyczę i kilkakrotnie przechodzę tam i z powrotem po werandzie, a potem ostatecznie wracam do samochodu.

Gdzie ona, do diabła, się podziewa? Choć jestem wściekły, cholernie się też o nią martwię. Czy jest sama albo się boi? Oczywiście, znając Tessę, pewnie wcale się nie boi. Pewnie robi listę powodów, dla których mnie nienawidzi. Pewnie na dodatek je zapisuje. Jej potrzeba kontrolowania wszystkiego i jej głupie listy doprowadzały mnie do szaleństwa, ale teraz pragnę zobaczyć, jak notuje choćby najbardziej nieistotne rzeczy. Dałbym wszystko, żeby zobaczyć, jak skoncentrowana przygryza swoją pełną dolną wargę, albo ujrzeć jeszcze choć raz, jak robi tę uroczą naburmuszoną minę. Teraz, kiedy jest z Noah i swoją matką, straciłem już nawet tę drobną szansę, którą myślałem, że mam. Gdy zobaczy, dlaczego on jest dla niej znacznie lepszy niż ja, znów będzie należeć do niego.

Ponownie do niej dzwonię, ale po raz dwudziesty od razu włącza się poczta głosowa. Niech to szlag, pieprzony idiota ze mnie. Po godzinie jeżdżenia po wszystkich bibliotekach i księgarniach w okolicy postanawiam wrócić do mieszkania. Może się tam zjawi, może się zjawi... wiem, że tak nie będzie.

Ale co jeśli jednak przyjdzie? Muszę posprzątać ten wielki bałagan, którego narobiłem, i kupić nowe naczynia na miejsce tych, które porozbijałem o ściany, na wypadek gdyby miała wrócić do domu.

Niski męski głos rozbrzmiewa w powietrzu, sprawiając, że moje kości drżą:

- Gdzie jesteś, Scott?

- Widziałem, jak wychodzi z baru. Wiem, że tu jest - mówi inny mężczyzna.

Kiedy wyczołguję się z łóżka, czuję, jak zimna jest podłoga. Na początku myślałem, że to tatuś i jego znajomi, ale teraz nie sądzę, żeby tak było.

- Wychodź, wychodź, gdzie się schowałeś?! - krzyczy ktoś tubalnym głosem, a potem słyszę głośny dźwięk uderzenia.

- Nie ma go tu - mówi moja mamusia. W tej samej chwili docieram na dół schodów i widzę wszystkich. Moją matkę i czterech mężczyzn.

- O, zobaczcie, co my tu mamy - mówi wyższy mężczyzna. - Kto by pomyślał, że Scott ma taką gorącą żoneczkę... - Chwyta moją mamę za ramię i ściąga ją z kanapy.

Mama desperacko chwyta się za koszulę.

- Proszę... Nie ma go tu. Jeśli jest wam winien pieniądze, oddam wam wszystko, co mam. Możecie wziąć z domu, co tylko chcecie, może telewizor...

Ale mężczyzna tylko uśmiecha się szyderczo.

- Telewizor? Na co mi cholerny telewizor?

Patrzę, jak walczy, żeby się od niego uwolnić, prawie jak ryba, którą kiedyś złapałem.

- Mam trochę biżuterii... nie za dużo, ale proszę...

- Zamknij się, do kurwy nędzy! - wrzeszczy inny z mężczyzn i policzkuje ją.

- Mamusiu! - krzyczę i wbiegam do salonu.

- Hardin... idź na górę! - każe mi, ale ja nie zamierzam zostawić mojej mamusi z tymi złymi mężczyznami.

- Spadaj stąd, gówniarzu - mówi mi jeden z nich, popychając mnie tak mocno, że ląduję na tyłku. - Widzisz, suko, problem polega na tym, że twój mężuś zrobił mi to - warczy, wskazując na swoją łysą głowę, gdzie widzę długie rozcięcie. - A skoro jego tu nie ma, chcemy tylko ciebie - uśmiecha się, a ona próbuje się przed nim bronić, wymachując nogami.

- Hardin, kochanie, idź na górę... Natychmiast! - krzyczy mama.

Zaraz, czemu się na mnie złości?

- Myślę, że mały chce popatrzeć - mówi ranny mężczyzna i popycha ją na kanapę.

Nagle się budzę i siadam na łóżku.

Kurwa.

Wciąż przychodzą - każda noc jest gorsza od poprzedniej. Tak bardzo się przyzwyczaiłem do tego, że ich już nie ma, że mogłem spać. Dzięki niej, wszystko dzięki niej.

A teraz leżę tu o czwartej nad ranem, w pościeli zakrwawionej od moich rozpieprzonych kłykci i z zabójczym bólem głowy spowodowanym koszmarami.

Zamykam oczy i próbuję udawać, że ona wciąż tu jest, i mam nadzieję, że sen wreszcie nadejdzie.

Rozdział siódmy

Tessa

- Tess, maleńka, obudź się - szepcze Hardin, muskając ustami miękką skórę tuż pod moim uchem. - Wyglądasz tak pięknie, kiedy się budzisz.

Uśmiecham się, przyciągając go za włosy do siebie, tak żeby móc mu spojrzeć w oczy. Ocieram nos o jego nos, a on chichocze.

- Kocham cię - mówi i przyciska swoje usta do moich.

Tyle że ich nie czuję.

- Hardin? - pytam. - Hardin?

Ale on rozpływa się w powietrzu.

Gwałtownie otwieram oczy i ląduję z powrotem w rzeczywistości. W tym nieznajomym pomieszczeniu jest zupełnie ciemno i na chwilę zapominam, gdzie jestem. I nagle sobie przypominam: to pokój w motelu. Jestem sama. Chwytam leżący na stoliku przy łóżku telefon i widzę, że jest dopiero czwarta nad ranem. Ocieram łzy i ponownie zamykam oczy, usiłując wrócić do Hardina, nawet jeśli ma się to zdarzyć tylko we śnie.

Kiedy wreszcie znów się budzę, jest siódma. Wchodzę pod prysznic i próbuję cieszyć się ciepłą wodą, która sprawia, że się rozluźniam. Suszę włosy suszarką i robię makijaż - dziś jest pierwszy dzień, kiedy mam ochotę wyglądać przyzwoicie. Muszę się pozbyć tego... bałaganu, który we mnie panuje. Nie wiedząc, co innego zrobić, wykorzystuję taktykę mojej matki i robię sobie perfekcyjny makijaż, żeby ukryć to, co jest w środku.

Gdy kończę, z jakiegoś powodu sprawiam wrażenie wypoczętej i rzeczywiście wyglądam ładnie. Podkręcam włosy. Wyciągam z torby białą sukienkę i krzywię się na jej widok. Dobrze, że w pokoju jest żelazko. Jest stanowczo za zimno na tę sukienkę, która nie sięga mi nawet do kolan, ale nie zamierzam długo przebywać na zewnątrz. Wybieram zwykłe czarne buty bez obcasów i kładę je na łóżku obok sukienki.

Przed ubraniem się przepakowuję torby, porządkując rzeczy. Mam nadzieję, że matka zadzwoni do mnie z dobrymi wieściami na temat akademika. Jeśli nie, będę musiała tu zostać, dopóki tego nie zrobi, co bardzo szybko sprawi, że wydam ostatnie pieniądze. Może powinnam po prostu spróbować znaleźć sobie mieszkanie. Może będzie mnie stać na coś małego niedaleko Vance.

Otwieram drzwi i odkrywam, że większość śniegu stopniała w porannym słońcu. Dzięki Bogu. Właśnie w tej chwili, kiedy otwieram samochód, ze swojego pokoju dwoje drzwi dalej wychodzi Trevor. Ma na sobie czarny garnitur i zielony krawat. Wygląda na tak poukładanego.

- Dzień dobry! Przecież mogłem ci pomóc z torbami - mówi, widząc, że sama je niosę.

Zeszłego wieczoru po zjedzeniu pizzy oglądaliśmy chwilę telewizję i opowiadaliśmy sobie historie z college'u. Miał ich znacznie więcej niż ja, ponieważ już skończył studia, i chociaż bardzo cieszyło mnie słuchanie o tym, jak mogłyby - albo powinny - wyglądać moje studenckie czasy, jego opowieści sprawiły też, że trochę posmutniałam. Nie powinnam była chodzić na imprezy z ludźmi takimi jak Hardin. Trzeba było znaleźć sobie małą, ale wierną grupkę przyjaciół. Wszystko byłoby zupełnie inne i o wiele lepsze.

- Dobrze spałaś? - pyta i wyciąga z kieszeni kluczyki. Naciska przycisk i silnik bmw się uruchamia. Oczywiście, że bmw należy do niego.

- Twój samochód sam zapala? - Śmieję się.

Unosi kluczyk.

- Cóż, ten guzik sprawia, że zapala.

- Niezłe. - Uśmiecham się odrobinę sarkastycznie.

- Wygodne - odpowiada.

- Ekstrawaganckie?

- Troszeczkę. - Śmieje się. - Ale i tak bardzo wygodne. Wyglądasz dziś uroczo, jak zwykle.

Wkładam torby do bagażnika.

- Dziękuję. Strasznie dziś zimno - mówię i siadam za kierownicą.

- Do zobaczenia w pracy, Tesso - żegna się i wsiada do swojego auta.

Pomimo słońca i tak jest zimno, więc szybko wsadzam klucz do stacyjki i przekręcam go, żeby włączyć ogrzewanie.

Klik... klik... klik... - to jedyna odpowiedź mojego samochodu.

Marszczę brwi i próbuję jeszcze raz, z tym samym skutkiem.

- Czy nic nie może pójść po mojej myśli?! - mówię głośno i uderzam dłońmi o kierownicę.

Po raz trzeci usiłuję zapalić silnik, ale oczywiście nic się nie dzieje - tym razem nie słychać nawet klikania. Wdzięczna za to, że Trevor jest obok, spoglądam w jego kierunku. Opuszcza okno, a ja nie mogę się powstrzymać od śmiechu z własnego nieszczęścia.

- Może mógłbyś mnie podwieźć? - pytam, na co on kiwa głową.

- Oczywiście. Myślę, że wiem, dokąd jedziesz... - śmieje się, a ja wychodzę z samochodu.

Nie mogę się powstrzymać i włączam telefon podczas krótkiej podróży do Vance. O dziwo, nie ma nowych esemesów od Hardina. Na mojej poczcie głosowej jest kilka wiadomości, ale nie wiem, czy są od niego, czy od mojej matki. Postanawiając na wszelki wypadek ich nie odsłuchiwać, piszę do matki esemesa w sprawie akademika. Trevor podrzuca mnie pod same drzwi, żebym nie musiała daleko chodzić na zimnie - to bardzo miło z jego strony.

- Wyglądasz na wypoczętą - mówi Kimberly z uśmiechem, kiedy wchodzę i biorę sobie pączka.

- Czuję się trochę lepiej. W pewnym sensie - odpowiadam i nalewam sobie kawy do kubka.

- Gotowa na jutro? Nie mogę się już doczekać, żeby wyrwać się stąd na weekend. W Seattle można iść na świetne zakupy, a podczas gdy pan Vance i Trevor będą na swoich spotkaniach, my znajdziemy sobie jakieś miejsce, żeby się zabawić. Czy... hmm... czy rozmawiałaś z Hardinem?

Zajmuje mi to chwilę, ale postanawiam jej powiedzieć. Prawdopodobnie i tak się dowie.

- Nie. Właściwie to wyprowadziłam się wczoraj - mówię, a ona marszczy brwi.

- Przepraszam cię, dziewczyno. Z czasem będzie łatwiej.

Mój Boże, mam nadzieję, że ma rację.

Dzień upływa mi szybciej, niż się spodziewałam, i kończę wcześniej maszynopis, nad którym pracowałam w tym tygodniu. Jestem podekscytowana podróżą do Seattle i mam nadzieję, że uda mi się zapomnieć o Hardinie, chociaż na chwilę. W poniedziałek mam urodziny, na które w ogóle się nie cieszę. Gdyby wszystko tak szybko się nie zepsuło, byłabym we wtorek w drodze do Anglii z Hardinem. Naprawdę nie chcę też spędzać świąt z matką. Mam nadzieję, że wtedy będę już mieszkała w akademiku - nawet jeśli będzie zupełnie pusty - i może uda mi się wymyślić wystarczająco dobry pretekst, żeby nie pokazywać się u niej. Wiem, że to Boże Narodzenie i że nie powinnam tak robić, ale nie jestem w szczególnie świątecznym nastroju.

Matka pisze do mnie pod koniec dnia - nie ma jeszcze żadnych wieści o akademiku. Świetnie. Przynajmniej już jutro jadę do Seattle. Przenoszenie się z miejsca na miejsce zupełnie mnie nie bawi.

Kiedy przygotowuję się do wyjścia z pracy, przypominam sobie, że nie przyjechałam sama. Mam nadzieję, że Trevor jeszcze nie wyszedł.

- Do zobaczenia jutro, spotykamy się tutaj, a kierowca Christiana odwiezie nas do Seattle - informuje mnie Kimberly.

Pan Vance ma kierowcę?

Oczywiście, że ma.

Gdy wychodzę z windy, na jednej z czarnych kanap w lobby siedzi Trevor. Jego niebieskie oczy kontrastują z czernią kanapy i jego garnituru - wyglądają bardzo pociągająco.

- Nie byłem pewien, czy cię podwieźć, czy nie, a nie chciałem zawracać ci głowy w biurze - mówi mi.

- Dziękuję, naprawdę to doceniam. Wezwę kogoś do naprawy samochodu, jak wrócę do motelu.

Jest trochę cieplej niż rano, ale wciąż bardzo chłodno.

- Mogę z tobą poczekać, jeśli chcesz. Już naprawili mi rury, więc nie będę dziś nocował w motelu, ale poczekam z tobą, jeśli... - Nagle urywa i wytrzeszcza oczy.

- Co? - pytam i podążam za jego wzrokiem, by ujrzeć Hardina, który stoi przy swoim samochodzie na parkingu i gniewnie spogląda na mnie i Trevora.

Ponownie tracę oddech. Jak to możliwe, że jest coraz gorzej?

- Hardin, co ty tu robisz? - pytam, gwałtownie do niego podchodząc.

- No cóż, nie odbierasz moich telefonów, więc nie miałem wielkiego wyboru, nie? - mówi.

- Dobrze wiesz, dlaczego nie odbieram. Nie możesz tak po prostu pojawiać się u mnie w pracy! - odkrzykuję.

Trevor wygląda na skrępowanego i onieśmielonego obecnością Hardina, ale zostaje przy mnie.

- Wszystko w porządku? Daj mi znać, kiedy będziesz gotowa.

- Gotowa na co? - Oczy Hardina czerwienieją z wściekłości.

- Zabiera mnie z powrotem do motelu, bo mój samochód nie chce zapalić.

- Do motelu?! - Hardin podnosi głos.

Zanim mogę go powstrzymać, Hardin chwyta Trevora za poły marynarki i popycha go na czerwony samochód.

- Hardin! Przestań! Puść go! Nie spaliśmy w jednym pokoju! - wyjaśniam. Nie mam pojęcia, dlaczego się przed nim tłumaczę, ale nie chcę, żeby skrzywdził Trevora.

Hardin puszcza ubranie Trevora, ale wciąż nie odstępuje go na krok.

- Odejdź od niego, natychmiast! - Chwytam Hardina za ramię, a on powoli się uspokaja.

- Trzymaj się od niej z daleka - prycha, trzymając twarz zaledwie kilka centymetrów od twarzy Trevora.

Trevor blednie - znów wciągnęłam w ten cały bałagan kogoś, kto nie zasłużył na to, żeby się w nim znaleźć.

- Tak mi przykro - mówię Trevorowi.

- Nic się nie stało. Czy nadal chcesz, żeby cię podwieźć? - pyta.

- Nie, nie chce - odpowiada za mnie Hardin.

- Tak, proszę - zwracam się do Trevora. - Daj mi tylko chwilę.

Zachowując się jak zwykle po dżentelmeńsku, kiwa głową i idzie do samochodu, żebyśmy mogli porozmawiać.

Rozdział ósmy

Tessa

- Nie mogę uwierzyć, że śpisz w motelu! - Przeczesuje dłonią włosy.

- No... ja też.

- Możesz spać w mieszkaniu, ja wrócę do siedziby bractwa albo coś.

- Nie. - Nie ma mowy.

- Proszę, nie bądź trudna. - Pociera czoło dłonią.

- Trudna? Chyba jesteś niepoważny! Nie powinnam z tobą w ogóle w tej chwili rozmawiać!

- Możesz się po prostu uspokoić? Powiedz, co jest nie tak z twoim samochodem. I dlaczego ten gość spał w motelu?

- Nie wiem, co się stało z samochodem - jęczę. Nie odpowiadam na pytanie o Trevora, to nie jego interes.

- Spojrzę na niego.

- Nie, wezwę kogoś. Po prostu idź sobie.

- Pojadę za tobą do motelu. - Kiwa głową w kierunku drogi.

- Możesz wreszcie przestać? - warczę, a Hardin przewraca oczami. - Znowu grasz ze mną w te swoje gierki? Chcesz zobaczyć, jak daleko możesz się posunąć?

Robi krok w tył, jakbym go popchnęła. Trevor wciąż siedzi w samochodzie, czekając na mnie.

- Nie, to wcale nie to. Jak mogłaś nawet o tym pomyśleć po tym wszystkim, co zrobiłem?

- Myślę tak właśnie przez to wszystko, co zrobiłeś! - mówię, niemal śmiejąc się z jego doboru słów.

- Chcę tylko, żebyś ze mną porozmawiała. Wiem, że uda nam się jakoś dogadać - zwraca się do mnie. Grał ze mną w tyle gierek, od kiedy się poznaliśmy, że nie potrafię już stwierdzić, co jest prawdą.

- Wiem, że ty też za mną tęsknisz - mówi Hardin, opierając się o samochód. Jego wypowiedź sprawia, że zatrzymuję się w pół słowa. Jest taki arogancki.

- Czy to chcesz usłyszeć? Że za tobą tęsknię? Oczywiście, że za tobą tęsknię, ale wiesz co? To nie za tobą tak naprawdę tęsknię, tylko za tym, za kogo cię miałam, a teraz, kiedy wiem, kim jesteś naprawdę, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! - krzyczę.

- Zawsze wiedziałaś, kim naprawdę jestem! Byłem sobą przez cały ten czas, wiesz o tym doskonale! - odkrzykuje.

Dlaczego nigdy nie możemy z sobą normalnie porozmawiać, bez podnoszenia głosu? Bo doprowadza mnie do szału: oto dlaczego.

- Nie, nie wiem tego. Gdybym wiedziała, to... - powstrzymuję się, zanim przyznam, że chcę mu wybaczyć. To, co chcę zrobić, i to, co powinnam zrobić, to dwie zupełnie różne rzeczy.

- To co? - pyta. Oczywiście, że chce mnie nakłonić do tego, żebym dokończyła myśl.

- Nic. Musisz iść.

- Tess, nie wiesz, jak cierpiałem przez ostatnie kilka dni. Nie mogę spać, nie mogę nawet funkcjonować bez ciebie. Muszę wiedzieć, że istnieje szansa, że moglibyśmy...

Przerywam mu, zanim zdoła skończyć.

- Ty cierpiałeś? - Jak on może być takim egoistą? - Jak sądzisz, jak ja się czułam, Hardin? Wyobraź sobie, jak to jest, kiedy twoje życie rozpada się na kawałeczki w ciągu kilku godzin! Wyobraź sobie, jak to jest tak kogoś kochać, że dajesz mu wszystko tylko po to, żeby się dowiedzieć, że to wszystko gra, zakład! Jak sądzisz, jak to jest?! - Robię krok w jego kierunku, a moje dłonie gorączkowo poruszają się między nami. - Jak sądzisz, jak to jest zepsuć sobie relację z matką dla kogoś, kogo zupełnie nie obchodzę?! Jak to jest mieszkać w cholernym pokoju w motelu? Jak to jest próbować poradzić sobie z tym wszystkim i zostawić to za sobą, kiedy wciąż się wszędzie pojawiasz!? Po prostu nie wiesz, kiedy przestać!

Nic nie mówi, więc nadal krzyczę. Jakaś część mnie sądzi, że jestem dla niego zbyt surowa, ale zdradził mnie w najgorszy możliwy sposób, i zasługuje na moje słowa.

- Więc nie siedź tak tutaj i nie mów, że cierpisz, bo sam to sobie zrobiłeś! Spieprzyłeś wszystko! Tak jak robisz to zawsze, więc wiesz co? Nie jest mi ciebie żal... chociaż właściwie tak. Żal mi cię, bo nigdy nie będziesz szczęśliwy. Będziesz sam do końca życia i właśnie dlatego mi cię żal. Ja zostawię tę sytuację za sobą i znajdę dobrego mężczyznę, który będzie mnie traktował tak, jak ty powinieneś był mnie traktować, weźmiemy ślub i będziemy mieli dzieci. Będę szczęśliwa.

Brakuje mi oddechu po tym długim przemówieniu, a Hardin patrzy na mnie z czerwonymi oczami i otwartymi ustami.

- Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że mnie ostrzegałeś, powiedziałeś, że mnie zniszczysz, a ja nie słuchałam.

Ze wszystkich sił próbuję powstrzymać łzy, ale nie daję rady. Bezlitośnie spływają po mojej twarzy, a tusz do rzęs rozmazuje się, powodując, że szczypią mnie oczy.

- Prze... Przepraszam. Już sobie idę - mówi cicho.

Wygląda na całkowicie i doszczętnie pokonanego, dokładnie tak, jak chciałam, żeby wyglądał, choć nie daje mi to satysfakcji, na którą miałam nadzieję.

Może mogłabym wybaczyć mu na początku, gdyby powiedział mi prawdę, nawet po tym, jak się z sobą przespaliśmy, ale zamiast tego ukrył wszystko przede mną, proponował innym pieniądze w zamian za to, by nic mi nie powiedzieli, i próbował zwabić mnie w pułapkę, skłaniając, żebym podpisała wspólnie z nim umowę najmu mieszkania. Pierwsza chwila prawdziwej intymności z kimś to coś, czego nigdy nie zapomnę - a on ją zniszczył.

Biegnę do samochodu Trevora i wskakuję do środka. Ogrzewanie jest włączone i wieje mi prosto w twarz, mieszając się z gorącymi łzami. Trevor nic nie mówi - jestem mu wdzięczna za to milczenie podczas drogi do motelu.

Zanim słońce zachodzi, zmuszam się, żeby wziąć gorący prysznic, zbyt gorący. Wyraz twarzy Hardina, podczas gdy odchodził ode mnie i wracał do samochodu, pozostaje wyryty z tyłu mojej głowy. Widzę jego twarz zawsze, gdy zamykam oczy.

Od czasu kiedy odszedł, telefon nie zadzwonił ani razu. Kiedyś głupio, naiwnie myślałam, że może nam się udać. Że pomimo dzielących nas różnic i jego charakteru... cóż, charakterów nas obojga... możemy jakoś sprawić, że nasz związek będzie dobrze funkcjonował. Nie jestem pewna, w jaki sposób mi się to udaje, ale zasypiam.

Następnego ranka czuję pewien lęk na myśl o tym, że zaraz pojadę w pierwszą w życiu podróż biznesową. Zaczynam panikować. Poza tym zapomniałam o tym, żeby wezwać kogoś do naprawy samochodu. Znajduję najbliższego mechanika i dzwonię do niego. Prawdopodobnie będę musiała zapłacić coś więcej, żeby przetrzymali mój samochód przez weekend, ale to w tej chwili najmniejsza z moich trosk. Nie wspominam o tym przyjaznemu mężczyźnie, który odbiera telefon, mając nadzieję, że po prostu nie będzie im się chciało dodatkowo mnie obciążać.

Przygotowuję się - podkręcam włosy i robię sobie mocniejszy makijaż niż zwykle. Wybieram granatową sukienkę, której jeszcze nie nosiłam - kupiłam ją, bo wiedziałam, że Hardinowi spodoba się to, jak cienki materiał opina moje krągłości. Sukienka nie odsłania prawie nic - rąbek sięga poniżej kolan i ma rękawy trzy czwarte. Ale to, jak leży, sprawia, że bardzo dobrze w niej wyglądam.

Nienawidzę tego, że wszystko mi go przypomina. Kiedy stoję przed lustrem, wyobrażam sobie, jak patrzyłby na mnie, gdybym pokazała mu się w tej sukience - jak rozszerzyłyby mu się źrenice, jak oblizałby usta, a potem przygryzł kolczyk w dolnej wardze, patrząc, jak jeszcze raz poprawiam włosy.

Pukanie do drzwi przywraca mnie do rzeczywistości.

- Pani Young? - pyta mężczyzna w niebieskim uniformie mechanika, kiedy otwieram drzwi.

- To ja - odpowiadam i otwieram torebkę, żeby wyciągnąć z niej klucze. - Proszę, to ta biała corolla - mówię, podając mu je.

Ogląda się za siebie.

- Biała corolla? - pyta zdezorientowany.

Wychodzę na zewnątrz. Mój samochód... zniknął.

- Co do... Okej, proszę poczekać, zadzwonię do recepcji i zapytam, czy nie odholowali mojego auta za to, że zostawiłam je tu wczoraj...

Co za świetny sposób na rozpoczęcie dnia.

- Dzień dobry, tu Tessa Young, pokój trzydzieści sześć - mówię, kiedy odbiera pracownik recepcji. - Chyba kazał pan odholować mój samochód. - Silę się na uprzejmość, ale to naprawdę frustrujące.

- Nie, nic takiego nie zrobiłem - odpowiada.

Kręci mi się w głowie.

- Cóż, więc... mój samochód musiał zostać ukradziony albo coś...

Jeśli ktoś zabrał moje auto, mam przerąbane. Za chwilę muszę stąd wyjechać.

- Nie, pani znajomy zabrał go dziś rano.

- Mój znajomy?

- Tak, ten z... tymi wszystkimi tatuażami - mówi cicho, jakby Hardin go słyszał.

- Co? - Wiem, co powiedział, ale nie mogę z siebie wydusić nic innego.

- Tak, przyjechał dziś z lawetą, jakieś dwie godziny temu - kontynuuje. - Przykro mi, myślałem, że pani wie...

- Dziękuję - jęczę i odkładam słuchawkę. Odwracając się do stojącego przede mną mężczyzny, mówię: - Bardzo mi przykro. Wygląda na to, że ktoś już zabrał mój samochód do innego mechanika. Nie wiedziałam o tym. Przepraszam, że zmarnowałam pański czas.

Uśmiecha się i zapewnia mnie, że nic nie szkodzi.

Po mojej wczorajszej kłótni z Hardinem zapomniałam, że potrzebuję, by ktoś mnie dziś zawiózł do pracy. Dzwonię do Trevora, żeby mu o tym powiedzieć, a on mówi mi, że już poprosił pana Vance'a i Kimberly, żeby podjechali i zabrali mnie po drodze. Dziękuję mu, odkładam słuchawkę i odsłaniam zasłonę w oknie. Na parking zajeżdża czarny samochód i zatrzymuje się przed moim pokojem. Otwiera się okno i widzę blond włosy Kimberly.

- Dzień dobry! Przyjechaliśmy cię uratować! - oznajmia ze śmiechem, kiedy otwieram drzwi. Mądry i miły Trevor, zawsze taki przewidujący.

Kierowca wysiada i dotknąwszy palcem czapki na powitanie, bierze ode mnie torbę i wrzuca ją do bagażnika. Gdy otwiera tylne drzwi, moim oczom ukazuje się para siedzeń ustawionych naprzeciwko siebie. Siedząca na jednym z nich Kimberly delikatnym uderzeniem dłoni w fotel zaprasza mnie, żebym zajęła miejsce obok niej. Z drugiego siedzenia patrzą na mnie z rozbawieniem pan Vance i Trevor.

- Gotowa na weekendową wycieczkę? - pyta Trevor z szerokim uśmiechem.

- Bardziej niż możesz sobie wyobrazić - odpowiadam i wsiadam do samochodu.

Rozdział dziewiąty

Tessa

Kiedy wyjeżdżamy na autostradę, Trevor i pan Vance wracają do ożywionej rozmowy na temat ceny metra kwadratowego nowego budynku w Seattle. Kimberly szturcha mnie łokciem, a potem naśladuje ich rozmowę dłonią.

- Ci chłopcy są tacy poważni - stwierdza. - No, Trevor mówił, że coś się stało z twoim samochodem.

- Tak, nie mam pojęcia co - odpowiadam, próbując brzmieć pogodnie, co ułatwia mi przyjazny uśmiech Kimberly. - Nie chciał dziś ruszyć, więc zadzwoniłam do kogoś, żeby go naprawił. Ale Hardin już wcześniej zdążył wezwać kogoś, kto go zabrał.

Uśmiecha się znacząco.

- Nie daje za wygraną, co?

Wzdycham.

- Na to wygląda. Chciałabym tylko, by dał mi trochę czasu, żebym sobie z tym wszystkim poradziła.

- Z czym masz sobie poradzić? - pyta.

Zapomniałam, że nie wie o zakładzie i o moim upokorzeniu. Z pewnością nie chcę jej o tym mówić. Wie tylko, że zerwaliśmy z Hardinem.

- Nie wiem, ze wszystkim. Tyle mam teraz na głowie i wciąż nie mam gdzie mieszkać. Czuję, że on nie traktuje tego tak poważnie, jak powinien. Myśli, że może bawić się moim życiem i mną jak władca marionetek. Myśli, że wystarczy, że się pokaże i przeprosi, a ja mu wybaczę, ale to tak nie działa. W każdym razie już nie. - Oddycham ciężko.

- Cóż, no to dobrze, że tak się stało. Cieszę się, że stawiasz na swoim - mówi.

Całe szczęście, że nie pyta o szczegóły.

- Dziękuję. Ja też się cieszę.

Jestem naprawdę dumna z siebie, że postawiłam się Hardinowi, a nie tylko się poddałam, ale jednocześnie czuję się okropnie z powodu rzeczy, które mu wczoraj powiedziałam. Wiem, że na nie zasłużył, lecz nie mogę się powstrzymać, żeby nie pomyśleć: A co jeśli rzeczywiście zależy mu tak bardzo, jak twierdzi? Jednak nawet jeśli gdzieś głęboko tak jest, po prostu nie mogę uwierzyć, że to wystarczy, by zapewnić, że już mnie nie zrani.

Bo właśnie to robi: rani ludzi.

Zmieniając temat, Kimberly mówi z ekscytacją:

- Powinniśmy dziś wyjść się zabawić zaraz po ostatniej prezentacji. W niedzielę ci dwaj będą całe rano na spotkaniach, więc wtedy pójdziemy na zakupy. Pójdziemy na miasto dziś wieczorem, a może też w sobotę. Co o tym sądzisz?

- Myślisz, że gdzieś mnie wpuszczą? - Śmieję się. - Mam dopiero osiemnaście lat.

- Och, daj spokój. Christian zna bardzo dużo ludzi w Seattle. Jeśli jesteś z nim, możesz wejść wszędzie.

Uwielbiam to, jak jej oczy rozświetlają się, kiedy mówi o panu Vansie, nawet kiedy on siedzi tuż obok.

- Dobrze - zgadzam się.

Nigdy jeszcze nie byłam "na mieście". Byłam na kilku przyjęciach w siedzibie bractwa studenckiego, ale nigdy nie byłam w klubie nocnym ani czymś podobnym.

- Będzie fajnie, nie przejmuj się - zapewnia mnie. - I stanowczo powinnaś założyć tę sukienkę - dodaje ze śmiechem.

Rozdział dziesiąty

Hardin

"Będziesz sam do końca życia i właśnie dlatego mi cię żal. Ja zostawię tę sytuację za sobą i znajdę dobrego mężczyznę, który będzie mnie traktował tak, jak ty powinieneś był mnie traktować, weźmiemy ślub i będziemy mieli dzieci. Będę szczęśliwa".

Słowa Tessy wciąż rozbrzmiewają w mojej głowie. Wiem, że ma rację, ale tak desperacko nie chcę, żeby tak było. Nigdy nie przeszkadzało mi to, że jestem sam, aż do tej chwili - teraz już wiem, co przegapiałem.

- Idziesz? - Głos Jace'a przebija się przez moje pogmatwane myśli.

- Yyy, co? - pytam. Prawie zapomniałem, że prowadzę.

Przewraca oczami i zaciąga się jointem.

- Pytałem, czy z nami idziesz. Do Zeda.

Jęczę.

- Nie wiem...

- Dlaczego nie? Musisz przestać być taką pizdą. Rozczulasz się nad sobą jak pieprzony dzieciak.

Spoglądam na niego z gniewem. Gdybym choć odrobinę się przespał zeszłej nocy, udusiłbym go gołymi rękami.

- Nie jestem dzieciakiem - mówię powoli.

- Wręcz przeciwnie, stary. Musisz się dziś schlać i zaliczyć. Jestem pewien, że będą tam jakieś łatwe laski.

- Nie muszę żadnej zaliczać. - Nie chcę nikogo oprócz niej.

- No, dalej, zawieź nas do Zeda. Jeśli nie chcesz zaliczyć, przynajmniej zostań i wypij kilka piw - mówi.

- Nie chcesz nigdy robić czegoś więcej? - pytam, a on spogląda na mnie, jakby mi rogi wyrosły.

- Co?

- No wiesz, nie wydaje ci się, że to się staje nudne, to całe imprezowanie i sypianie każdej nocy z inną laską?

- Oj, oj... jest gorzej, niż myślałem. Źle z tobą, stary!

- Nie, wszystko w porządku. Tak tylko mówię, że robienie tego samego przez cały czas może się znudzić.

On nie wie, jak cudownie jest leżeć w łóżku i rozśmieszać Tessę, nie wie, jak fajnie jest słuchać, gdy opowiada o swoich ulubionych powieściach, albo czuć, jak delikatnie mnie odgania, kiedy próbuję ją obmacywać. To znacznie lepsze niż jakakolwiek impreza, na której kiedykolwiek byłem albo kiedykolwiek będę.

- Naprawdę zawróciła ci w głowie. Nieźle ci się popieprzyło, nie? - śmieje się.

- Wcale nie - kłamię.

- Jasne... - Wyrzuca resztę jointa przez okno. - Czyli mówisz, że teraz jest wolna? - pyta, a kiedy ściskam kierownicę, śmieje się jeszcze głośniej. - Tylko się napieprzam, Scott. Chciałem tylko zobaczyć, jak bardzo się wkurzysz.

- Spierdalaj - mruczę i żeby udowodnić, że mówię poważnie, skręcam w boczną uliczkę do mieszkania Zeda.

Rozdział jedenasty

Tessa

Four Seasons w Seattle to najładniejszy hotel, jaki kiedykolwiek widziałam. Próbuję iść powoli, żeby spokojnie przyjrzeć się wszystkim pięknym detalom, ale Kimberly praktycznie wpycha mnie do windy, a potem przeciąga przez korytarz, zostawiając Trevora i pana Vance'a daleko z tyłu.

Zatrzymując się przed drzwiami, mówi:

- To twój pokój. Kiedy się rozpakujesz, spotkamy się w naszym pokoju, żeby omówić terminarz na weekend, chociaż wiem, że na pewno już go przejrzałaś. Powinnaś się przebrać, bo naprawdę sądzę, że musisz zostawić sobie tę sukienkę na dziś, gdy wyjdziemy na miasto.

Puszcza mi oczko i idzie w stronę swojego pokoju.

Różnica między Four Seasons a motelem, w którym spędziłam poprzednie dwie noce, jest kolosalna. Jeden obraz wiszący tu w recepcji kosztował pewnie więcej niż całe wyposażenie mojego ostatniego pokoju. Widok z okna jest niewiarygodny. Seattle to takie piękne miasto. Łatwo mi sobie wyobrazić, że mam tu mieszkanie na wysokim piętrze i pracę w Seattle Publishing, albo nawet Vance Publishing, teraz kiedy chcą tu otworzyć oddział. To byłoby cudowne!

Po rozwieszeniu ubrań, które przywiozłam na weekend, przebieram się w czarną ołówkową spódnicę i liliową bluzkę. Jestem podekscytowana konferencją, ale lekko zaniepokojona tym, że mam wyjść na miasto. Wiem, że muszę się trochę zabawić, ale to dla mnie nowa sytuacja i wciąż jeszcze czuję spustoszenie, które wywołał Hardin.

Kiedy docieram do apartamentu Kimberly i pana Vance'a, jest już druga trzydzieści. Jestem podenerwowana, ponieważ wiem, że przed trzecią powinniśmy być na dole w sali bankietowej.

Kimberly otwiera mi drzwi, wita się ze mną serdecznie i prowadzi do środka. Ich apartament ma osobny salon i pokój do przyjmowania gości. Jest chyba większy niż cały dom mojej matki.

- Ale tu... wow - mówię.

Pan Vance śmieje się i nalewa sobie szklankę płynu wyglądającego jak woda.

- Nie jest źle.

- Obsługa hotelowa przyniesie nam coś do jedzenia, a potem zejdziemy na dół. Powinni być tu lada chwila - mówi Kimberly, a ja uśmiecham się i dziękuję jej.

Nie miałam pojęcia, jak bardzo jestem głodna, zanim nie wspomniała o jedzeniu. Nic dziś jeszcze nie jadłam.

- Gotowa zanudzić się na śmierć? - pyta Trevor, wychodząc z drugiego pokoju.

- To nie będzie dla mnie nudne. - Uśmiecham się, a on się śmieje. - Ale może nie będę chciała nigdy stąd wychodzić - dodaję.

- Ja też - przyznaje Trevor.

- Ani ja - mówi Kim.

Pan Vance potrząsa głową.

- To się da zorganizować, kochanie.

Kładzie dłoń na jej plecach, a ja odwracam głowę, żeby nie przyglądać się ich intymnym gestom.

- Powinniśmy po prostu przenieść tu główną siedzibę firmy i wszyscy się przeprowadzić! - żartuje Kimberly. Przynajmniej mam wrażenie, że żartuje.

- Smithowi bardzo by się podobało w Seattle - mówi pan Vance.

- Smithowi? - pytam, a potem przypominam sobie jego syna, którego widziałam na ślubie, i czerwienię się. - Przepraszam, oczywiście mówi pan o swoim synu.

- W porządku. Wiem, że to dziwne imię.

Śmieje się i przytula do Kimberly. To musi być wspaniałe uczucie, być w związku pełnym miłości i zaufania. Zazdroszczę Kimberly. Wstydzę się tego, ale tak właśnie się czuję. W jej życiu jest mężczyzna, który o nią dba i który zrobiłby wszystko, by ją uszczęśliwić. Ma dużo szczęścia.

Uśmiecham się.

- To bardzo ładne imię.

Po posiłku idziemy na dół i nagle znajduję się w pomieszczeniu pełnym ludzi uwielbiających książki. Jestem w niebie.

- Kontakty. Kontakty. Kontakty - mówi pan Vance. - Wszystko rozbija się o kontakty.

I w ciągu kolejnych trzech godzin przedstawia mnie prawie każdej osobie w sali. Najlepsze jest to, że nie mówi nikomu, że jestem tylko stażystką, i traktuje mnie jak dorosłą. Wszyscy tak robią.