Agencja Przypadków Niezwykłych - Andrzej Żak

Kup ebooka

10.25 zł
8.70 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Agencja Przypadków Niezwykłych

Trzasnęły oszklone drzwi i zachrobotały zamki. Kierowniczka biura przyjrzała się przyklejonej do szyby kartce. Jej grube wargi poruszały się niczym u złowionego, wyrzuconego na brzeg karpia.

- LIKWIDACJA - mruknęła. - Jak bieda to bieda! Boże drogi! Co z nami będzie? Na nic nie ma forsy! - Cofnęła się o krok, raz jeszcze zlustrowała swoje dzieło i nie spiesząc się, zgarbiona ruszyła do domu.

W biurze zaległa martwa cisza.

- Widzieliście jej minę? - Parasol pierwszy przerwał milczenie. Postukując o podłogę, zbliżył się do drzwi. - Wszystko z powodu tego! - wycelował rączkę w przyklejoną kartkę. - To już koniec! Koniec z nami!

- Bzdura! - zaklekotała maszyna do pisania. - Nie powinieneś nas straszyć. Likwidacja to jeszcze nie tragedia. Nikt nie wie, co się jeszcze wydarzy.

- Czyżby!? - Bambusowa elegancka Laska stanęła po stronie Parasola. - Nie bądźmy naiwni! Widziałam to wiele razy. Kiedy spacerowaliśmy ulicami, ilekroć pojawiał się taki napis, nie wróżyło to niczego dobrego! Po pewnym czasie zamykano sklepy, magazyny, a raz nawet benzynową stację! Nie sądzicie, że powinniśmy poradzić się wróżki? Moja pani zawsze radziła się wróżki.

- Niby po co? - westchnął Parasol.

- Żeby poznać swoją przyszłość!

- Bzdura! - odezwało się z kąta Liczydło. - Gdyby twoja pani znała przyszłość, nigdy by cię nie zgubiła! Jak dwa dodać dwa to cztery, likwidacja równa się koniec! Nasze dni są już policzone!

- To prawda! - przyznał Barometr. - Wiem coś o tym! Ukradziono mnie w takim sklepie. Najpierw przez parę dni wisiało tam ogłoszenie, a potem zamalowano wystawę i ktoś wyskrobał litery REMONT. To było jeszcze gorzej!

- No proszę, proszę - zaskrzypiał z góry Wentylator. - Kryminalna przeszłość! Czego to się można dowiedzieć! Złodziejski łup!Rzeczywiście przywiozła go policja! Pamiętam jak dziś. Sami widzicie, z kim mamy do czynienia.

- Sam jesteś kryminalny! - odparował Barometr. Widać jednak, że go to obeszło, bo gwałtownie podskoczyło mu ciśnienie.

- A mnie zgubiono na plaży! - ni stąd, ni zowąd westchnął gumowy Łabędź. - Nad samą wodą i gdyby nie to, już dawno opłynąłbym świat dookoła!

- Marzyciel! - sapnęła rowerowa Pompka. - Bez powietrza? Wszyscy widzieli, jak wyglądałeś! Byłeś do niczego! Dobrze, że nie zaryzykowałeś. Nie odbiłbyś nawet od brzegu. Może dlatego cię porzucili!

- Może!? - zarechotał Wentylator. - Co za naiwność! To pewne! Pozbyli się sfalczałego i już!

- Tonący łabędź! Fale tulą jego głowę. W oczach ma łzy. Żegnając się unosi jeszcze skrzydła! - rozklekotana Maszyna do pisania należała kiedyś do autora serii sentymentalnych czytadeł i często wtrącała zapamiętane zdania. - Co za dramat!

- Nieprawda! - Łabędź posmutniał i zwiesił głowę. Wyglądał teraz, jakby rzeczywiście brakowało mu powietrza. - Ten chłopiec z pewnością tęskni. Nawet w nocy nie rozstawał się ze mną.

- To ludzie mają... he... he... chcecie powiedzieć, że ludzie mają uczucia? - warknął znów Wentylator. - Przestań się mazać! Nie są tego warci!

- Jasne! - ponuro przytaknął Parasol. - Cieszą się nami, gdy jesteśmy nowe, potrzebne, a potem...fiuuu! Zostawiają, porzucają i jazda na śmietnik!

- Moi się pokłócili. Wyobrażacie sobie? W podróży! Dopiero co po ślubie! - Nowa Walizka nerwowo szczęknęła zamkami. - Porzucono mnie, jakbym... jakbym była śmieciem! Zostawiono na ulicy!

- Śmieci też nie powinno się wyrzucać, zwłaszcza na ulicy! - burknął surowo Kosz. - Od tego jesteśmy my, kosze! - W biurze rzeczy zagubionych był już tak długo, że nikt nie wiedział, ani kiedy, ani skąd się tu zjawił.

- W tej sytuacji... - dla dodania sobie powagi Parasol ponownie zastukał nóżką w podłogę - nie pozostaje nam nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce! Powinniśmy odszukać naszych właścicieli! Skoro nie oni - zrobimy to sami! Odnajdziemy ich! Obiecuję, że znajdziemy!

- Myyy?

- Sami?!

- To szaleństwo!

Zakotłowało się. Zewsząd dolatywały podenerwowane głosy. Parasol odczekał chwilę, a kiedy wrzawa nieco ucichła, oświadczył, że nie widzi innego wyjścia! Jeśli nie podejmą ryzyka, wszystkich czeka smutny koniec!

- Teraz albo nigdy! - rzekł, rozglądając się po zapełnionych przedmiotami regałach i półkach. Może powinniśmy zagłosować? Kto jest za? Kto przeciw...?

- Sama nie wiem - zaklekotała Maszyna do pisania. - Nie mam odwagi. Przyznaję się! To ponad moje siły!

... niech się dopełni tu mój los

z godnością przyjmę jego cios!

Stojąca z boku Laska podskoczyła.

- Puste gadanie! Nie czas teraz na wierszydła. Ani na głosowanie. Każdy mówi za siebie. Idę z tobą, przyjacielu! Kto jeszcze!? Kto z nami? No - zachęciła - śmiało! Zamierzacie się poddać?

Z wysokiej półki zeskoczył Prawy But. Zerknął na górę i wrzasnął do brata:

- Hej, Lewy! Na co czekasz?! Mam iść sam? Razem mamy jakieś szanse! Chyba nie pękasz?!

Lewy skoczył, wzbijając obłok kurzu. Gdy opadł, Parasol obrzucił Buty uważnym spojrzeniem.

- Zawiążcie sznurowadła! - rozkazał. - Przed nami długa droga! Poza tym musimy jakoś wyglądać, żeby nie wzięto nas za włóczęgów. - Raz jeszcze potoczył wzrokiem po milczących przedmiotach i nie doczekawszy się żadnej reakcji, mruknął: - Jeżeli to wszyscy... to... cóż, pora się żegnać! Nie przedłużajmy tego. Życzcie nam szczęścia, przyjaciele! Z pewnością się nam przyda!

- I pogody! - dorzucił Barometr. - W słońcu zawsze raźniej! Boże jak ja lubię wyż! Lato, upał!

Laska energicznie ruszyła w stronę drzwi. Tu jednak wyłoniła się pierwsza trudność. Drzwi były zamknięte.

- I co teraz? Klapa! - zawarczał szyderczo Wentylator. - Nici z wszystkiego, z całej wyprawy! Wiedziałem, że się nie uda! Zaraz mówiłem!

- Zamknij się! - Gruby Pęk kluczy zakołysał się na wbitym w ścianę gwoździu. - Nie słuchajcie go. Potrafi tylko krakać! Wszystko widzi w czarnych kolorach. To urodzony defetysta!

- Ktooo? - krzyknęły zaciekawione przedmioty.

- Panikarz! - wyjaśnił Gruby Pęk i zaraz dodał. - Hej, Parasolu, jaki to zamek?

- Yale! Wygląda na Yale - wyręczyła go Laska. Miała często do czynienia z zamkami. Jej dawny właściciel, wracając z zakupami, kiedy miał zajęte ręce, często wieszał ją na klamce.- Może jest ktoś z tej firmy?

- Myyy! - pisnęły dwa srebrne Kluczyki. - To nasz... z pewnością nasz zamek! Odczepcie nas tylko z kółka. Damy sobie z nim radę!

- Proszę bardzo! Bardzo proszę! - Gruby Pęk rozsunął na boki pozostałe klucze i naprężył się jak siłacz. - Kiedy rozciągnę kółko - wyskakujcie! No, jazda! - stęknął. - Byle szybko! To piekielnie mocna sprężyna! Już! Dłuuuugo nie wytrzymam!

Kluczykom nie trzeba było tego powtarzać. Zeskoczyły z drucianego zamknięcia i nawet nie wiadomo kiedy znalazły się przy drzwiach. W chwilę potem cicho skrzypnął zamek.

- Brawo! Brawo! - przez biuro niczym wiatr przeleciał szmer podziwu. - Otwarte! Super! Udało im się! Udało!

Przed odważną trójką drzwi do wolności stały otworem. Tak naprawdę były jedynie odrobinę uchylone. Ale to wystarczyło. Laska ostrożnie wyjrzała na zewnątrz i dała znak, że można ruszać.

- Dzięki! Eeeee... Dzięki wam...! - Parasolowi wyraźnie zabrakło słów. Wzruszenie nie pozwalało mu mówić. Opanował się jednak i rzucił: - A gdyby... pamiętajcie, gdyby odkryto ucieczkę, co z pewnością nastąpi, nic nie widzieliście. Szaaa!

- Rozumie się! - zahuczał Gruby Pęk. - Nikt nie piśnie słówkiem, nawet gdyby nas brali na męki! Bez obawy! Możecie na nas liczyć. Od czego w końcu są przyjaciele!

- To oszustwo - wymamrotał zgryźliwie Wentylator - czyste oszustwo! Mamy ukrywać przestępstwo?!

- Może i tak - zgodził się z nim Pęk - oszustwo, ale w szlachetnym celu! W sytuacjach ekstremalnych, a z taką mamy właśnie do czynienia, na niektóre sprawy należy przymknąć oko. A w ogóle, nikt cię nie pytał o zdanie!

Wentylator bardzo chciał wiedzieć, co znaczy słowo "ekstremalne", ale słownik wyrazów obcych leżał dwie półki wyżej.

Nie było uroczystego pożegnania. Parasol, Laska i Buty wymknęli się chyłkiem, uważając, by się nie natknąć na kierowniczkę, której zdarzało się zaglądać do biura po godzinach urzędowania.

Mieli szczęście, nikt i nic ich nie zatrzymało. Przebiegli jedną, drugą przecznicę i uderzył w nich wielkomiejski hałas.