Agent Stitch. Tom 1. Na tropie ślimobcych. Disney - Steve Behling

Kup ebooka

40.00 zł
34.00 zł (33,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Wycieczka objazdowa

Roz­dział 1

Stitch pod­parł brodę i prze­chy­lił głowę na lewą stronę.

-?To wielki motek sznurka -?stwier­dziła Lilo.

-?Naj­więk­szy motek sznurka, jaki Stitch kie­dy­kol­wiek widział -?przy­znał stwo­rek, prze­chy­la­jąc głowę na prawą stronę i nie spusz­cza­jąc wzroku z obser­wo­wa­nego obiektu.

-?To jedyny motek sznurka, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łeś -?dopre­cy­zo­wał Jumba, dra­piąc się w rzadką czu­prynę. -?A czym wła­ści­wie jest motek? I po co on sznur­kowi? I dla­czego musie­li­śmy poje­chać na wycieczkę tylko po to, żeby na niego popa­trzeć?

-?Cho­dziło o to, żeby spę­dzić razem czas -?wyja­śniła Lilo. -?Mam ferie wio­senne, a Nani pomy­ślała, że powin­ni­śmy pobyć tro­chę poza domem i zro­bić coś faj­nego!

-?I dowo­dze­nie powie­rzyła mnie! -?wtrą­cił Pli­kli, wyska­ku­jąc z kam­pera. -?Wypo­ży­czy­łem ten oto pojazd kem­pin­gowy, żeby­śmy mogli urzą­dzić sobie nie­sa­mo­witą wycieczkę po całych Hawa­jach! To wspa­niała oka­zja, by zacie­śnić łączącą nas więź.

-?Naprawdę tak myślisz? -?zapy­tała Lilo.

Pli­kli nachy­lił się i szep­nął jej do ucha:

-?Nie mam poję­cia. Wiem tylko jedno: twoja sio­stra stwier­dziła, że jeśli mi życie miłe, mam zna­leźć wam coś do roboty w cza­sie, gdy ona jest w pracy. Bo ostat­nio zro­biło się tro­chę dziwne.

Ostat­nio, to zna­czy od kilku mie­sięcy, kiedy to Lilo Pele­kai i jej star­sza sio­stra Nani poznały Stit­cha vel Obiekt 626. Czyli Pli­kli wcale nie żar­to­wał.

Stitch powstał w wyniku eks­pe­ry­mentu dok­tora Jumby Jookiby, sza­lo­nego kosmicz­nego naukowca, i w zało­że­niu miał być kulo­od­porny, żaro­od­porny i zdolny do prze­twa­rza­nia infor­ma­cji szyb­ciej niż naj­po­tęż­niej­szy super­kom­pu­ter. Oprócz tego widział w ciem­no­ści i potra­fił prze­su­wać przed­mioty trzy tysiące razy cięż­sze od sie­bie, ale jego naj­sil­niej­szy instynkt kazał mu, jak twier­dził Jumba, nisz­czyć wszystko, czego się dotknie.

-?Ja tam myślę, że życie zro­biło się bar­dzo dziwne -?stwier­dziła Lilo, uśmie­cha­jąc się do Pli­kliego -?i takie mi się podoba.

-?Mnie też -?odparł Stitch, wpa­tru­jąc się w zie­mię obok kam­pera, gdzie dostrzegł wielką żabę.

-?Pomy­śl­cie tylko, jak ina­czej wszystko by wyglą­dało, gdy­bym nie zabrała Stit­cha ze schro­ni­ska -?powie­działa Lilo. -?Nie spo­tka­ła­bym żad­nych praw­dzi­wych kosmi­tów!

Jumba odwró­cił się do niej z poważną miną.

-?Zdaję się, że chcia­łaś powie­dzieć: "Dzię­kuję, Jumbo, że stwo­rzy­łeś Obiekt 626 i pozwo­li­łeś się aresz­to­wać Fede­ra­cji Galak­tycz­nej, dzięki czemu Obiekt 626 miał oka­zję zbiec na Zie­mię i uda­wać psa".

Stitch dosko­nale pamię­tał tam­ten dzień. Sio­stry Pele­kai, Lilo i Nani, nie miały poję­cia o jego kosmicz­nym pocho­dze­niu. Lilo naj­pierw myślała, że jest bar­dzo nie­sfor­nym kun­del­kiem. A to czy­niło z nich świetną parę, bo -?jak wkrótce prze­ko­nał się Stitch -?Lilo bywała cza­sem bar­dzo nie­sforną dziew­czynką. Ale mimo to jakimś cudem, gdy byli razem, mieli na sie­bie dosko­nały wpływ.

-?Naprawdę dziwny byłby z niego pies -?stwier­dził Pli­kli, gdy Lilo pode­szła do Jumby i mocno go przy­tu­liła.

Wielki kosmita w kitlu naukowca uniósł brew i ku wła­snemu zasko­cze­niu odwza­jem­nił uścisk.

-?Dzię­kuję, Jumbo -?powie­działa Lilo. -?I nie martw się. Wyba­czam ci też to, że pró­bo­wa­łeś go zła­pać.

Jumba spra­wiał wra­że­nie skrę­po­wa­nego.

-?To była tylko praca -?rzu­cił, wzru­sza­jąc ramio­nami. -?Nic oso­bi­stego.

-?Ma rację -?wtrą­cił Pli­kli. -?Nie byłoby nas tutaj, gdyby nie oso­bi­ste roz­kazy Prze­wod­ni­czą­cej Rady Galak­tycz­nej! To ona pole­ciła nam obez­wład­nić Stit­cha i spro­wa­dzić go w kaj­da­nach. -?Jed­no­oki kosmita był eks­per­tem od spraw Ziemi na usłu­gach Fede­ra­cji. Towa­rzy­szył Jum­bie w wypra­wie, któ­rej celem było zatrzy­ma­nie Obiektu 626. Mimo bar­dzo pomy­sło­wych, zda­niem Pli­kliego, ludz­kich prze­brań po kilku nie­uda­nych pró­bach schwy­ta­nia Stit­cha zostali zwol­nieni ze służby. Zastą­pił ich kapi­tan Gantu, bar­czy­sty i zasad­ni­czy do bólu kosmita o bar­dzo nie­przy­jem­nym uspo­so­bie­niu, który wyglą­dał mniej wię­cej tak:

Zapewne domy­śla­cie się, że kapi­tan Gantu też nie zdo­łał wyko­nać misji. Gdyby mu się udało, ta książka by nie powstała. W końcu wszy­scy doszli do wnio­sku, że Stitch wcale nie jest taki zły, więc Prze­wod­ni­cząca pozwo­liła mu zostać na Ziemi z Lilo i jej sio­strą.

Sze­fowa Rady nie kwa­piła się ponow­nie przy­jąć na służbę Jumbę i Pli­kliego, więc oni także zostali na Hawa­jach.

A skoro o nich mowa, obaj stali teraz po dwóch stro­nach Naj­więk­szego Motka Sznurka na wyspie Kaua'i, a mię­dzy nimi Stitch. Jumba pocią­gnął za koł­nierz swo­jej hawaj­skiej koszuli, a Pli­kli z zapa­mię­ta­niem stro­szył perukę.

Na Ziemi polu­bił nosze­nie sty­lo­wych sukie­nek, a jesz­cze bar­dziej sty­lo­wych fry­zur. Obaj z Jumbą mieli na sobie ludz­kie kostiumy, a Pli­kli dosko­nale wta­piał się w tłum­tlum.

-?Tro­chę na lewo! -?poin­stru­owała Lilo, pod­no­sząc apa­rat.

-?Jeśli prze­sunę się bar­dziej na lewo, spadnę w prze­paść -?zauwa­żył Jumba.

I miał rację, bo z jakie­goś powodu Naj­więk­szy Motek Sznurka znaj­do­wał się tuż przy kra­wę­dzi bar­dzo stro­mego klifu.

-?Chodź, zamie­nimy się miej­scami -?powie­dział Jumba, pod­no­sząc Pli­kliego.

Posta­wił go bli­żej urwi­ska.

-?Hej, uwa­żaj na sukienkę! -?wykrzyk­nął Pli­kli. -?Łatwo się gnie­cie!

Stitch przy­glą­dał się tej sce­nie, z całych sił sta­ra­jąc się nie ruszać. Ogrom­nie zale­żało mu na tym, żeby wycieczka prze­bie­gała bez zakłó­ceń. Choć osiadł na Ziemi, gdzie zna­lazł ohana, czyli rodzinę, którą stwo­rzył z Lilo, Nani, Jumbą i Pli­klim, wciąż nie do końca umiał zapa­no­wać nad swo­imi nisz­czy­ciel­skimi odru­chami.

Za każ­dym razem, gdy pró­bo­wał w czymś pomóc, nie potra­fił się na tym sku­pić. To nie jego wina, że wywo­ła­nie nie­wiel­kiej eks­plo­zji w kuchni jest cie­kaw­sze od cze­ka­nia, aż ugo­tuje się obiad, i że naj­faj­niej pieli się zębami, które lepiej chwy­tają chwa­sty (a także kwiaty, drzewa, czyli wła­ści­wie wszystko, co rośnie w ogródku), i że Nani nie spodo­bała się tyrolka, którą skon­stru­ował w domu z jej świeżo wypra­nych koszu­lek, albo że...

No, sami rozu­mie­cie.

-?Szkoda, że nie mogę uwiecz­nić motka pod lep­szym kątem -?wes­tchnęła Lilo. -?Mówi się trudno. Powiedz­cie "mote­eeek"!

W tym momen­cie Stitch wpadł na pomysł, jak pomóc przy­ja­ciółce zła­pać kadr, na któ­rym jej zale­żało.

Dźwi­gnął Naj­więk­szy Motek Sznurka i uniósł go nad głową.

-?Ta-daaam!

Ale, jak to mu się cza­sem zda­rzało, nie doce­nił wła­snej siły, więc pod­niósł kulę z takim impe­tem, że wyle­ciała mu z rąk i wzbiła się wysoko w powie­trze.

Na szczę­ście przy­ja­ciół nie spo­tkał smutny koniec roz­płasz­czo­nych plac­ków, bo Stitch rzu­cił się bie­giem i zepchnął ich na bok, żeby wielka kula w nich nie tra­fiła. A potem pod­sko­czył i prze­biegł się na pędzą­cym motku, zeska­ku­jąc w porę, zanim ten sto­czył się w prze­paść.

-?Było bli­sko! -?sap­nął Pli­kli, popra­wia­jąc prze­krę­coną perukę. -?Jak wyglą­dam?

-?Co to miało być, Stitch?! -?Lilo oskar­ży­ciel­sko wyce­lo­wała palec w przy­ja­ciela.

Mały kosmita wbił wzrok w zie­mię. Nie mógł spoj­rzeć jej w oczy. Chciał tylko pomóc i zro­bić coś miłego. A w efek­cie zepsuł zdję­cie. Zawsze wszystko psuł.

Nie wie­dział, co powie­dzieć, ale zanim zdą­żył coś wymy­ślić, w torebce Pli­kliego roz­legł się piskliwy dźwięk dzwonka.

Jed­no­oki się­gnął do środka i wycią­gnął coś, co wyglą­dało jak nie­wiel­kie skła­dane lusterko, ale w rze­czy­wi­sto­ści było galak­tycz­nym komu­ni­ka­to­rem. Nosił go ze sobą wszę­dzie, żeby w każ­dej chwili móc zadzwo­nić do mamy, gdy aku­rat zatę­skni. Teraz otwo­rzył komu­ni­ka­tor i szczęka opa­dła mu na zie­mię.

-?Pani Prze­wod­ni­cząca! -?wykrzyk­nął.

-?Agen­cie Pli­kli, kon­tak­tuję się z panem, ponie­waż Obiekt 626 nie posiada galak­tycz­nego komu­ni­ka­tora -?oznaj­miła rze­czowo Prze­wod­ni­cząca bez zbęd­nych uprzej­mo­ści. Jej surowa twarz wpa­try­wała się w Pli­kliego z malut­kiego ekranu.

-?Ma na myśli cie­bie, Stitch -?szep­nęła Lilo.

Cie­ka­wość wzięła górę nad poczu­ciem winy, bo Stitch lekko powe­se­lał i przy­sko­czył do Pli­kliego.

-?Tutaj Stitch! -?zawo­łał.

Nagle bez ostrze­że­nia przez chmury prze­bił się snop jasnego świa­tła i oświe­tlił ich wszyst­kich.

Rozdział 2. GAD

Roz­dział 2

-?MOTEK! -?wrza­snął Pli­kli, zanim uświa­do­mił sobie, gdzie się zna­leźli.

Świa­tło na chwilę ośle­piło Stit­cha, a gdy ten odzy­skał wzrok, uświa­do­mił sobie, że nie są już na Hawa­jach. Stali w pomiesz­cze­niu o ścia­nach z poły­skli­wego metalu. Po dwóch stro­nach znaj­do­wały się okrą­głe okienka, za któ­rymi roz­cią­gał się czarny bez­kres kosmosu. A na końcu pomiesz­cze­nia ze zło­żo­nymi rękoma stała...

-?Prze­wod­ni­cząca! -?wykrzyk­nęła Lilo. -?Jak się pani miewa?

-?Och -?odparła Prze­wod­ni­cząca nieco zasko­czona.

Do tej pory miała oka­zję spo­tkać Lilo tylko raz, pod­czas swo­jej krót­kiej wizyty na Ziemi, gdy zamie­rzała schwy­tać Obiekt 626, zanim zde­cy­do­wała, że pozwoli mu zostać z sio­strami Pele­kai.

-?Jaka uprzejma dziew­czynka -?pochwa­liła. -?Tak, nie naj­go­rzej. Wybacz­cie, że spro­wa­dzi­li­śmy was tu przez IMPRiS1 bez ostrze­że­nia. Pew­nie zasta­na­wia­cie się, dla­czego roz­ło­ży­łam was na mole­kuły, prze­sła­łam je przez pół galak­tyki i ponow­nie zło­ży­łam na moim statku.

-?Ow­szem, mnie to tro­chę cie­kawi -?przy­znał Jumba.

-?Od razu zazna­czę, że to, co za chwilę powiem, jest ści­śle tajne. Nie wspo­mi­naj­cie o tym nikomu, nikomu nie ufaj­cie -?cią­gnęła Prze­wod­ni­cząca. -?Fede­ra­cja odkryła coś nie­po­ko­ją­cego na waszej pla­ne­cie. Mamy pod­stawy podej­rze­wać, że poja­wił się u was pro­blem natury poza­ziem­skiej.

-?Co za pro­blem? -?zapy­tał Stitch.

-?Nie... nie jeste­śmy pewni. Ale podej­rze­wamy, że może doty­czyć bun­tow­ni­czego gatunku zwa­nego... śli­mob­cymi.

-?Śli­mobcy?! -?wykrzyk­nął Pli­kli zza ple­ców Stit­cha. -?Tylko nie śli­mobcy!

-?Co to są śli­mobcy? -?zapy­tała Lilo.

-?Nie mam poję­cia! Ale na pewno nic faj­nego! -?odpo­wie­dział Pli­kli.

-?Śli­mobcy pocho­dzą z pla­nety Gastro­po­dia -?wyja­śniła Prze­wod­ni­cząca. - Nie­wiele o nich wia­domo. Fede­ra­cja zle­ciła już docho­dze­nie Galak­tycz­nej Agen­cji Detek­ty­wi­stycz­nej.

-?Agen­cji detek­ty­wi­stycz­nej? -?powtó­rzył Stitch.

Prze­wod­ni­cząca przy­tak­nęła.

-?Galak­tyczna Agen­cja Detek­ty­wi­styczna, w skró­cie GAD, to grupa, która zaj­muje się tajem­ni­czymi spra­wami w całej galak­tyce. Zie­mię powie­rzy­li­śmy jed­nemu z naszych naj­lep­szych agen­tów, ale dziś rano stra­ci­li­śmy z nim kon­takt.

Prze­wod­ni­cząca prze­su­nęła pal­cem po nie­wiel­kim panelu kon­tro­l­nym, a oczom wszyst­kich uka­zał się holo­gram postaci, którą Stitch natych­miast roz­po­znał.

-?Kobra Bąbel! -?wykrzyk­nęła Lilo.

Kobra Bąbel był pra­cow­ni­kiem opieki spo­łecz­nej nad­zo­ru­ją­cym Lilo, jesz­cze zanim poznała Stit­cha. Pomógł prze­ko­nać Prze­wod­ni­czącą, by pozwo­liła Stit­chowi zostać na Ziemi i od tam­tej pory cza­sem wpa­dał spraw­dzić, jak sobie radzą.

-?Tak -?przy­znała. -?Agent Bąbel pra­cuje dla GAD-u. W ostat­niej wia­do­mo­ści nada­nej z Fran­cji powie­dział, iż ma pod­stawy podej­rze­wać, że śli­mobcy reali­zują na Ziemi pewien nik­czemny plan. Zamie­rzał pod­jąć zde­cy­do­wane kroki, ale naj­pierw miał zgro­ma­dzić wię­cej dowo­dów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog. Ślorb!

PRO­LOG

W Paryżu wła­śnie wybiła pół­noc. Wielu ludzi leżało już w swo­ich domach pod pie­rzyną i praw­do­po­dob­nie bar­dzo gło­śno chra­pało, co musiało potwor­nie iry­to­wać tych, któ­rzy jesz­cze nie spali. Inni wciąż krę­cili się po mie­ście, cie­sząc się przy­jemną wio­senną aurą i wie­czorną ciszą (ma się rozu­mieć, o ile w pobliżu aku­rat nikt nie chra­pał).

Ale był też wyją­tek. Pewien męż­czy­zna biegł co tchu boczną alejką i nie miał czasu delek­to­wać się pary­ską sie­lanką. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo, ale to bar­dzo prze­ra­żo­nego -?co mogło dzi­wić, bo kawał chłopa był z niego i wyglą­dał przy tym, jakby nic nie było w sta­nie go prze­stra­szyć. W tym sza­leń­czym pędzie potknął się o kosz na śmieci.

A potem kolejny, i jesz­cze jeden. Wszyst­kie ude­rzały o chod­nik w kako­fo­nii meta­licz­nych huków i brzę­ków. Męż­czy­zna liczył, że kosze spo­wol­nią to coś.

Obej­rzał się przez ramię i dostrzegł neo­no­wo­zie­loną poświatę, która wypeł­niła ciemny zaułek.

To, co go goniło, było coraz bli­żej... i bli­żej... i bli­żej.

-?Czym­kol­wiek jesteś -?wysa­pał -?zadar­łeś z nie­wła­ści­wym czło­wie­kiem.

Jarząca się na zie­lono postać nie odpo­wie­działa. Peł­zła powoli w jego kie­runku, jakby ni­gdzie jej się nie spie­szyło. Pod­cią­gnęła się odro­binkę, a temu ruchowi towa­rzy­szył gło­śny mlasz­czący odgłos.

-?Nie dorwiesz mnie -?mruk­nął męż­czy­zna, po czym odwró­cił się, zro­bił duży krok i wpadł na ogro­dze­nie z meta­lo­wej siatki. Pod­niósł głowę i oce­nił je na trzy albo cztery metry wyso­ko­ści. Nie miał wyboru, musiał się prze­do­stać na drugą stronę.

Siatka zakle­ko­tała, gdy zaczął się po niej wspi­nać.

Czym­kol­wiek było to jarzące się zie­lone coś, wciąż peł­zło alejką. I zda­wało się przy­spie­szać.

Męż­czy­zna był już pra­wie po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia, gdy omsknęła mu się prawa ręka, a on runął na zie­mię i wylą­do­wał na ster­cie wor­ków ze śmie­ciami. Szybko się jed­nak poniósł i odwró­cił.

Ostat­nim, co zoba­czył, było to coś, co za nim goniło, a wyglą­dało...