Prolog
Dawno, dawno temu...
Pierwszy miesiąc pracy Evie Sage dla Złego był dość niekonwencjonalny, lecz przynajmniej obywał się bez szokujących katastrof. Tu wykipiał napar pobudzający z kotła, tam zatruł się jakiś stażysta. Doszło jednak do kilku osobliwych... incydentów. Najnowszy polegał na tym, że wezwano ją do pracy dwie godziny wcześniej z powodu zebrania, które z pewnością można było zastąpić wiadomością przesłaną krukiem.
Masz większe problemy, Evie! Na przykład tę rękę, którą znalazłaś w zeszłym tygodniu w koszu do recyklingu!
Choć z tego miała przynajmniej jakiś pożytek: mogła zapytać szefa, czy nie przydałaby mu się dodatkowa para rąk. Kiedy zobaczyła szczere przerażenie, które przemknęło mu przez twarz, zaczęła śmiać się tak mocno, że prawie rozbolał ją brzuch.
Niemniej to trochę niepokojące, że bardziej gorszyły go jej niewinne żarty niż obca kończyna, którą sam niedbale cisnął między wyrzucone pergaminy - Becky szczerze nie cierpiała, kiedy do segregowanych odpadów dorzucano cokolwiek nieodpowiedniego - ale Evie znów zbaczała z tematu.
Westchnęła i odganiając sen z oczu, patrzyła, jak niewidzialna bariera otaczająca Straszny Dwór faluje pod dotykiem jej palców. Jej uwagę przyciągnęło wschodzące słońce, dodające barw wciąż jeszcze ciemnemu niebu. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozlał pomarańczowy i różowy atrament na ciemnoszary gobelin - ładnie, o ile cokolwiek mogło być ładne przed ósmą rano.
Marv, Złowrogi Gwardzista przy frontowej bramie, machnął do niej łagodnie ręką, a ona odpowiedziała mu promiennym uśmiechem i posłała całusa, od którego zaróżowiły mu się policzki.
- Dzień dobry, panno Sage! Kto rano wstaje, temu Pan Ciemności daje?
Jego zwykle rozczochrane włosy były dziś ujarzmione pod czerwonym skórzanym hełmem, podczas gdy Evie zaplotła swoje na boku w warkocz, z którego wymknęło się kilka luźnych kosmyków, muskających twarz w porannym wietrze.
Cofnęła się o krok, gdy wielkie drewniane wrota rozsunęły się ze znajomym skrzypnięciem, a wilgotne powietrze w sieni ochłodziło jej policzki i wypełniło zmysły zapachem palonego drewna i stęchłych murów.
- Raczej: kto rano wstaje, ten nie wylatuje... A znając szefa, byłoby to najwyższe okno.
Za plecami usłyszała chichot Marva, a jej obcasy zastukały o kamienną posadzkę; blask pochodni rozjaśniał salę i ogrzewał ją mimo porannego chłodu. Z drugiego krańca wielkiej, otwartej przestrzeni dobiegło ciche, niskie pojękiwanie. Dochodziło z jedynego kąta spowitego mrokiem.
Zmarszczyła brwi i machnęła ręką przed sobą.
- Halo? Czy możesz, z łaski swojej, wydobywać te upiorne dźwięki bliżej pochodni? Nic nie widzę i nie mogę nawet wrzasnąć, jak należy.
- Sage?
Chropawy głos Złego sprawił, że dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie.
- Nie powinno cię tu być - mruknął, powoli wynurzając się z otaczających go cieni.
Prychnęła, unosząc brew, przerzuciła gruby warkocz przez ramię i skrzyżowała ręce na piersiach.
- W tej kwestii się zgadzamy. Powinnam jeszcze leżeć w łóżku, zwinięta w kłębek z moim ulubionym nocnym towarzyszem.
Wydawało się jej, że się zakrztusił.
- Towarzyszem?
W tym jednym słowie zabrzmiało jakieś ostrzeżenie, od którego lekko ją zmroziło.
- Tak. - Skrzyżowała ręce mocniej. - Ma na imię Pan Muffin.
- Pan Muffin? - Widziała, jak jego ciemna sylwetka przysuwa się bliżej światła; głos miał szorstki i podszyty konsternacją. - Sypiasz z mężczyzną, który nazywa się Pan Muffin? Kogo, na otchłanie piekielne, nazwano tak niedorzecznie?
Przygryzła wargę, żeby się nie uśmiechnąć na widok jego ewidentnego oburzenia.
- Misia, którego mam od szóstego roku życia.
Zapadła długa cisza, aż w końcu przerwało ją głuche:
- Och.
Parsknęła i podeszła bliżej; on również. Wreszcie całkowicie wyszedł z cienia w zasięg światła pochodni i wschodzącego słońca. Zatrzymała się kilka kroków od niego z szeroko otwartymi oczami.
- Ojej, wyglądasz... okropnie - palnęła, zanim zdążyła pomyśleć.
Zakurzona część jej umysłu, która jeszcze próbowała zachować resztki zdrowego rozsądku, westchnęła ciężko i odwróciła się, by nie oglądać tego, co nastąpi dalej.
Zwykle starannie przystrzyżony zarost szefa urósł tak, że niemal tworzył brodę, koszula wyszła mu ze spodni, włosy miał potargane, a zazwyczaj idealnie wyprasowane spodnie pogniecione ponad wszelką przyzwoitość.
- Błagam, nie obsypuj mnie komplementami, Sage. Nie wiem, co z nimi począć.
Niepokój dał o sobie znać uciskiem w dole brzucha. Nawet ten sarkastyczny komentarz brzmiał jakoś nie tak, niemal jakby szef się pilnował. Odchrząknęła i zrobiła krok bliżej, by przyjrzeć mu się dokładniej. Fioletowe cienie pod oczami, napięte palce, zaciśnięta szczęka, pulsująca żyła na czole.
Zmarszczyła brwi i cmoknęła z dezaprobatą.
- Czy któryś ze stażystów znowu powiedział ci dzień dobry? Mówiłam im, że wszelkie uprzejme powitania są surowo zabronione.
Na moment zamknął oczy i zacisnął usta w cienką linię, jakby sądził, że jeśli tylko dość mocno się postara, zdoła zdusić emocję, która próbowała wykrzywić mu wargi.
- Choć z przyjemnością zrzuciłbym winę za własne błędy na innych, obawiam się, że za mój niechlujny wygląd mogę winić jedynie siebie.
Jego ciemne oczy przesunęły się po delikatnej pomarańczowej tkaninie sukni dziennej Evie, a niesmak, jaki budził w nim wybór tego koloru, aż nazbyt wyraźnie zdradzały pięści zaciśnięte po bokach.
- I ciebie, zapewne. Bo masz czelność widzieć mnie w takim stanie - dodał.
Drzwi za nimi nagle zatrzasnęły się z hukiem, a Evie drgnęła, przyciskając dłoń do piersi i rozszalałego serca.
- Nie sądzę, żeby uczciwie było obwiniać mnie o cokolwiek, skoro to ty zażądałeś, żebym zjawiła się tu tak wcześnie.
Zmarszczył brwi jeszcze mocniej - jeśli to w ogóle było możliwe - przez co wyglądał jeszcze piękniej...
Jeśli to w ogóle było możliwe.
Była rozdrażniona i niewyspana, więc nie miała cierpliwości, żeby czekać, aż nadąży za jej tokiem myślenia.
- Przysłałeś kruka...
Patrzył na nią pustym wzrokiem, zatem brnęła dalej, a słowa wypadały z niej nieporadnie, bo usta koniecznie chciały wyrzucić z głowy każdą myśl, żeby zrobić miejsce dla nowych.
- Przyleciał o czwartej rano i śmiertelnie mnie wystraszył. Pojawił się w oknie z notatką, że mamy wczesnoporanne spotkanie w jakiejś pilnej sprawie?
Z jego zamkniętych ust wydobył się niski pomruk. Obudził ją całkowicie, niemal jak napar pobudzający, tylko lepiej, przyjemniej.
- Nie przypominam sobie, żebym ją pisał albo wysyłał... Dziś rano moja samokontrola jest na wyczerpaniu, Sage, a najwyraźniej również pamięć. Musiałem to napisać, zanim w pełni oprzytomniałem. Proszę zignorować kruka.
Z tylnego dziedzińca dobiegł szczęk metalu - zapewne Złowrodzy Gwardziści właśnie rozpoczynali poranne ćwiczenia ze swoją śmiercionośną bronią. Stosowne, bo Evie właśnie wyobrażała sobie, jak chwyta coś ostrego i wbija szefowi w palec u nogi.
- Zignorować? Nie mogłeś zignorować sprawy, zanim ten przeklęty ptaszor odjął mi dwa i pół roku życia?
- To alarmująco precyzyjna liczba - zauważył, opierając dłonie na wąskiej talii.
- Dla mnie też była alarmująca - odparła sucho i zachichotała, gdy posłał jej gniewne spojrzenie.
- Trzymam magię żelazną ręką i czasem mam wrażenie, że kiedy śpię, a ciało się rozluźnia, ona porusza się niespokojnie i utrudnia mi dalszy odpoczynek.
Ścisnęło ją w piersi, co rozpoznała jako współczucie, i gniew zniknął jak cienie w słońcu.
- Przykro mi to słyszeć. Mogę jakoś pomóc?
Otworzył usta z niedowierzaniem.
- Pomóc... z moją magią śmierci? Tą samą, na widok której większość ludzi ucieka z wrzaskiem?
Zamrugała niewinnie.
- Mogę uciec z wrzaskiem po udzieleniu pomocy, jeśli ci to poprawi humor.
Na jego twarzy malowało się takie niedowierzanie, że z łatwością przemieniłoby się w śmiech, gdyby go tylko trochę sprowokowała...
Ale oczywiście, przy szczęściu Evie, najpierw musiała uderzyć katastrofa.
Zły nagle zgiął się wpół i zaczął ciężko oddychać, opierając dłonie na kolanach.
- Niech to wszyscy diabli. Palą mnie dłonie, a ramię... - Uniósł rękę i zacisnął palce na bicepsie.
Lekko dotknęła jego dłoni, próbując okazać łagodność komuś, kto, była tego pewna, rzadko kiedy jej doświadczał. I rzeczywiście zareagował gwałtownie. Szarpnął się odruchowo, zszokowany, jakby przyłożyła mu do skóry rozżarzony pręt.
- Sage, oszalałaś? Jestem teraz niebezpieczny.
- Wiem - odparła cicho. - Jeszcze nie wypiłeś swojego porannego naparu.
- Wcale nie jesteś zabawna - wydyszał.
Evie przysunęła się o krok i pochyliła lekko, żeby popatrzeć mu w oczy.
- Doprawdy, to chyba nie powód do płaczu. Ja uważam, że jesteś zabawny jak drewno, a jednak jakoś nie zalewam się łzami.
Jego twarz złagodniała, kiedy podniósł na nią wzrok, wyraźnie zaskoczony. Potem pokręcił głową, ale już znacznie łagodniej.
- Sage. Jakim cudem ty się tu w ogóle znalazłaś?
Skrzyżowała ręce na piersiach.
- Przyszłam pieszo.
- To było pytanie retoryczne - powiedział, a w jego głosie prawie nie było już słychać wcześniejszego napięcia.
- Na takie odpowiada się najprzyjemniej.
Westchnął, i było to westchnienie człowieka pokonanego. Znała je dobrze.
- Dlaczego, Sage?
Oparła dłoń na biodrze i schyliła się jeszcze trochę niżej.
- Bo cię to irytuje.
Chrapliwe westchnienie, które wyrwało mu się z ust, przy odrobinie dobrej woli można by uznać za śmiech. Kiedy znowu wyprostował się na pełną wysokość i zaczął rozcierać kostki uspokajającym ruchem, ostatnie ślady napięcia na jego twarzy w końcu wygładziły się w ten zwyczajny, nieprzenikniony wyraz.
Nie widziała jego magii, nikt jej nie widział i najpewniej nigdy nie zobaczy, ale czuła, że coś bardzo mrocznego porusza się razem z nimi po sali. Mniejszego niż przed chwilą, ale wciąż na tyle niebezpiecznego, że powinna kulić się ze strachu. Zamiast tego czuła dziwny spokój, niemal... pokrzepienie?
Nie ruszyła się z miejsca.
- Lepiej, szefie?
Powoli zwrócił ku niej głowę, marszcząc ciemne brwi.
- Tak. Lepiej. Jak ty...
Wzruszyła ramionami, zerkając na jego połyskujące od potu czoło.
- Zauważyłam, że trudniej skupić się na bólu, kiedy coś cię rozprasza, a ja jestem świetna w rozpraszaniu.
Wyciągnęła z kieszeni żółtą chusteczkę i z bezczelną śmiałością zrobiła krok naprzód. Zaczęła ocierać mu czoło, drugą dłonią wspierając się na jego ramieniu, żeby dosięgnąć wyżej. Ten człowiek był wyższy, niż nakazywał zdrowy rozsądek.
Odnotowała w myślach, że powinna zacząć nosić wyższe obcasy.
Żeby skuteczniej wygłaszać mu kazania. Z żadnego innego powodu.
Na odsłoniętym przedramieniu Złego pojawiła się gęsia skórka, chłód sali najwyraźniej dopadł go dopiero wtedy, gdy adrenalina opuściła organizm.
- D-dziękuję, Sage. - Przycisnął jaskrawą chusteczkę do kostek na dłoni; jej kolor ostro odcinał się od czerni, w którą był ubrany. - Zaraz ci ją oddam. Czystą, rzecz jasna.
Pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
- Zatrzymaj sobie. Przyda ci się trochę koloru w garderobie.
Skinął głową, przetwarzając jej słowa tak, jakby właśnie nanosił poprawki do rejestru magazynowego.
- Dobrze.
Z drugiego końca sali dobiegło ciche rechotanie i Evie odwróciła wzrok, podążając za tym dźwiękiem, aż dostrzegła błysk korony Kingsleya i złoty blask jego oczu. Osobliwa żaba zdążyła już zaskarbić sobie jej sympatię podczas krótkiego czasu spędzonego w biurze. Te jego urocze tabliczki były rozczulającym dodatkiem do pracy, która, jak się okazywało, bywała dość krwawa.
Dosłownie.
- Dzień dobry, Kingsleyu. Jakże dziś przystojnie wyglądasz.
Kingsley znowu zarechotał, a szef przewrócił oczami z wyraźnym zniecierpliwieniem. Zdecydowanie za dużo uprzejmości.
- Wygląda, jakby knuł coś niedobrego. Co ty tu robisz na dole, Kingsley? Znów próbujesz ucieczki?
- Może przyszedł sprawdzić, co z tobą - zasugerowała Evie, ale ostatnie słowo zgasło jej na ustach, kiedy szef posłał jej mordercze spojrzenie. Ostrożnie cofnęła się o parę kroków, bliżej schodów, bliżej Kingsleya, który z furią bazgrał coś na swojej małej tabliczce.
- Wątpię - odparł głucho szef, minął ją i dwoma długimi susami ruszył po schodach, a za nim rozległo się skrzypnięcie. Co nie miało żadnego sensu, bo nic nie powinno skrzypieć. Schody były z kamienia.
- Co to było? - spytała, rozglądając się na boki za źródłem dźwięku. Nierozsądnie. Powinna była spojrzeć w górę.
- Sage!
Zanim zdążyła zaczerpnąć oddech, coś szarpnęło ją do przodu jak szmacianą lalkę. Z jej ust wyrwał się zduszony krzyk, gdy za plecami rozległ się potężny huk. Zakrztusiła się pyłem wznieconym przez uderzenie, oślepiona nagłym strumieniem światła, który wdarł się przez dach.
- Nic ci nie jest? - zapytał szef, a niski tembr jego głosu wyrwał ją z adrenalinowego szału rozpędzonych myśli. Ciemne oczy błądziły po niej w poszukiwaniu obrażeń, a jego duże dłonie spoczywały na jej ramionach. To natychmiast przywołało wspomnienie ich pierwszego spotkania w lesie. Myślała, że wrażenie, jakie na niej robi jego dotyk, z czasem osłabnie... Nic z tego.
Zdołała tylko skinąć głową, nim cofnął ręce i ruszył ku wielkiej płycie dachu, która o mało jej nie zmiażdżyła.
- Mam posłać po kogoś do naprawy dachu, szefie? - zapytała ostrożnie, zdumiona, jak stabilnie zabrzmiał jej głos, podczas gdy serce waliło jak oszalałe.
- O mało cię nie przygniotło, a ty pytasz o dach? - Spojrzał na nią z lekkim oburzeniem.
Wzruszyła ramionami.
- Wierz albo nie, ale to wciąż nie był mój najbardziej zagrażający życiu dzień w pracy.
Twarz mu pociemniała bardziej niż zwykle. Przez kilka sekund patrzył na dziurę w dachu, oddychając głęboko, by się opanować.
- Wciąż jesteś tu nowa, Sage. Nie martw się. Wszystko przed tobą.
Parsknęła śmiechem, a on się skrzywił, jakby zjadł plasterek cytryny.
- Więc, hm. Co właściwie stało się z dachem?
- Zapewne zwykłe zużycie. To stary dwór. Pewnie puściło kilka zardzewiałych śrub. Każę komuś z biura to sprawdzić i naprawić dziurę. Coś takiego się nie powtórzy.
Mruknęła pod nosem.
- Szkoda. Otarcie się o śmierć działa o poranku wyjątkowo pobudzająco.
-Trzymaj się naparu, Sage. A ściślej mówiąc, przygotuj go dla mnie. Jeszcze ściślej, postaw go na moim biurku za dwadzieścia minut. Tylko ostrożnie, kiedy będziesz omijać ten bałagan.
Kopnął odłamek dachu tak, jakby śmiertelnie go obraził, i Evie uznała to za wyraźny znak, że została odprawiona. Lekko przeskakiwała nad gruzem, pokasłując, gdy spod stóp wzbijały się kolejne obłoki pyłu. Coś przesunęło się pod jej butem, wydając cichy, metaliczny dźwięk. Kiedy schyliła się, by to podnieść, prawie potknęła się o następny taki drobiazg. Metal błysnął jej w dłoni. Śruby. Ani trochę niezardzewiałe. Przeciwnie, wyglądały na całkowicie nienaruszone.
- Mówiłem, żebyś uważała.
Te słowa zatrzymały ją w pół ruchu, a kiedy odwróciła się ku niemu, wyglądał na starszego, niż naprawdę był. Jak człowiek przygnieciony ciężarem, którego nikt nigdy nie pomoże mu dźwigać.
Posłała mu promienny uśmiech, na który odpowiedział skrzywieniem, ale postanowiła się tym nie przejmować.
- Słabo u mnie ze słuchaniem.
- Kiedyś jeszcze wpędzi cię to w kłopoty, jestem tego pewien.
Zmarszczyła nos, po czym odwróciła się na pięcie. Sukienka zafalowała, gdy ruszyła ku schodom, żeby przynieść im obojgu po kubku naparu z kotła. Kingsley podskakiwał obok niej, z wprawą balansując tabliczką w błoniastej łapie. Widniało na niej wyraźnie napisane słowo, które próbował przekazać już wcześniej.
NIEBEZPIECZEŃSTWO
Uśmiechnęła się lekko.
- Trochę za późno na takie ostrzeżenie, Kingsley.
Delikatnie poprawiła mu koronę, po czym ruszyła dalej po schodach. Z figlarnym błyskiem w oku wyrzuciła śruby w powietrze, a szef bez trudu je złapał i spojrzał na nie ze zmarszczonymi brwiami, kiedy dodała:
- Coś mi się zdaje, że moje fatalne słuchanie sprowadzi kiedyś kłopoty na ciebie.
Omal nie zatrzymała się ponownie, kiedy usłyszała jakiś dźwięk. Jakby Zły szeptał coś za jej plecami.
Coś, co brzmiało bardzo podobnie do...
- Już sprowadziło.