PROLOG
niedziela, 13 października,
Żary
Niedziela była ciepła i dość słoneczna,
jeden z tych leniwych, złotych środkowoeuropejskich dni, które zdają się
istnieć poza czasem. Grupki turystów i mieszkańców miasteczka
przechadzały się niespiesznie wokół malowniczych ruin zamku Bibersteinów
i przylegającego do nich pałacu Promnitzów. Dzieci, z umazanymi
twarzami, jadły topniejące w jesiennym słońcu lody, a ich rodzice,
rozparci na drewnianych ławach rozstawionych na podwórzu pobliskiej
gospody, korzystali z ostatnich uroków pięknej jesieni, racząc się
pienistym piwem. Georg nie dostrzegał jednak subtelnej urody babiego
lata; jego zmęczone oczy rejestrowały jedynie sceny pozbawione
znaczenia. Jechał z Hamburga do dawnego Sorau przez całą długą noc i czuł, że dotkliwy brak snu niczym pasożyt kompletnie wyssał z niego
energię, pozostawiając jedynie pustą skorupę i żelazną wolę wykonania
misji.
Zatrzymał swój czarny nijaki samochód z wypożyczalni niedaleko parku i niemal natychmiast zapadł w krótką, niespokojną drzemkę przerywaną co
chwila hałasem aut przejeżdżających nierówną, brukowaną ulicą. Zbudził
się wczesnym popołudniem, przesunął ciężką dłonią po twarzy szorstkiej
od kilkudniowego zarostu i przetarł zaczerwienione, piekące oczy.
Poszukał termosu, który wpadł pod siedzenie, i z zadowoleniem odkrył, że
chlupie w nim przynajmniej jeden solidny łyk mocnej, czarnej kawy.
Słodki napój zdążył już wystygnąć, niemniej Georg poczuł chwilowy
przypływ sił. Zagryzł ten cukrowy ulepek połówką fastfoodowego burgera,
który został mu po ostatnim posiłku na stacji benzynowej, i spojrzał na
zegarek. Dochodziła czwarta, pora, w której większość turystów zaczyna
szukać miejsca na późny niedzielny lunch. On nigdy nie rozumiał,
dlaczego das Mittagessen jest w Polsce tak bardzo przesunięte w czasie. W innych okolicznościach pewnie by się zżymał, opisując później
kolegom ten barbarzyński w jego mniemaniu zwyczaj, lecz dzisiaj cieszył
się, że zajęci jedzeniem ludzie nie zwrócą na niego uwagi.
Podczas gdy coraz mniej liczni zwiedzający znikali z okolic zamku,
Georg, zarzuciwszy na ramię lekki, czarny plecak, spokojnym, miarowym
krokiem zmierzał w kierunku ceglanego muru historycznej budowli.
Niepostrzeżenie niczym duch wślizgnął się w mroczne, chłodne ruiny.
Przez chwilę kluczył ciemnymi korytarzami, pełnymi pyłu i gruzu, aż w końcu przedostał się na niewielki zarośnięty dziedziniec. Nie
interesowały go ocalałe z wielu wojennych zawieruch pozostałości
ozdobnej sztukaterii ani wciąż widoczny kształt renesansowych kamiennych
krużganków. Szybko i zdecydowanie przemierzył pustą przestrzeń i wszedł
do części ruin, w które wtopiona była wysmukła gotycka wieża. Dzień
chylił się ku końcowi i na dworze zapadał zmrok, który gęstniał z każdą
chwilą, czyniąc ciemność panującą wewnątrz ruin jeszcze bardziej
nieprzeniknioną.
Georg wyjął z plecaka niewielką latarkę czołówkę. Jej przytłumione
punktowe światło padło na trzymany przez niego w rękach oprawiony w czarną skórę notatnik. Odchylił okładkę i ponownie, po raz setny,
przeczytał tekst, którego już dawno zdążył nauczyć się na pamięć.
Powtórzył go w myślach, a słowa sprzed wieków stały się jego mantrą,
mapą i kompasem. Ostrożnie stanął na pierwszym stopniu drewnianych
spiralnych schodów. Szedł wolnym, regularnym krokiem, stawiając stopy z precyzją chirurga, tak by pod jego ciężarem nie skrzypnęło stare,
spróchniałe drewno.
Gdzieś tam - głęboko pod wieżą - znajdowało się mauzoleum, a w nim
domniemany grobowiec Erdmanna von Promnitza, jednego z ostatnich
właścicieli zamku i fundatora przylegającego do niego pałacu. Majątek i bogactwo magnackiej rodziny w ciągu następnego pokolenia zmieniły
właściciela, a ród von Promnitzów przeszedł do historii. Ona zaś
zapamiętuje ludzi tak, jak chce, często na przekór im samym. Erdmanna
zapisała w swoich annałach nie tylko jako wielmożę, ale także mecenasa
artystów. Spośród nich największym był Georg Philipp Telemann, słynny i niezwykle płodny kompozytor, przyjaciel Händla i Bacha, jak również
filozof i poszukiwacz matematycznej doskonałości w muzyce, która dla
niego i jemu podobnych była kontynuacją myśli Pitagorasa. Muzykę tworzy
linia melodyczna złożona z szeregu liczb nanizanych na nić czasu, a splecenie jej z innymi liczbami tworzy mistyczną harmonię, mogącą
uzdrawiać, ale też, przy właściwej częstotliwości rezonansowej, zdolną
niszczyć.
Georg wszedł prawie na sam szczyt wieży. Raz jeszcze otworzył notatnik i odczytał zapisane wersety listu:
Najwspanialsza Agnes,
będąc najmłodszą z rodu mego serdecznego przyjaciela, stróża i mecenasa, któremu dozgonną wdzięczność winien jestem, z pokorą błagam o Twe łaskawe usposobienie i przychylność do mej prośby, którą w dalszych
słowach wyrażam.
W tych pałacowych progach zrodziła się wizja cudownej matematycznej
konstrukcji mazurków i polonezów zaklętej w geometrię oberka. Ową
inspiracją poruszony stworzyłem kantatę, której patron, Twój ojciec
Erdmann, już nie zazna, choć dla jego uszu była przeznaczona. Wpisałem w nią harmonię, która z jego życiową energią rezonować miała, a jej
wykonanie zdrowie umacniać aż do odzyskania pełni sił. Przekonany będąc,
że innym słuchanie mej kantaty pożytków nie dostarczy, a co więcej, w określonych okolicznościach, które w nutach zapisałem, szkodę uczynić
może, chętnie bym je w grobowcu przy Erdmannie złożył, uważam jednak, że
bardziej podniosłym czynem będzie umieścić je bliżej niebios.
Schowaj je przeto, droga Agnes, wysoko na wieży, która nad ciałem Twego
szlachetnego ojca góruje. Wierzę, że do mojej prośby przychylić się
raczysz i ową ołowianą tubę pomiędzy cegłami zamurować każesz w sekrecie, za co z serca z góry dziękuję.
Najszczersze pozdrowienia dołączam i niniejszym listem przesyłam.
Georg Philipp Telemann. Spisano w Hamburgu, dnia 5 listopada roku
Pańskiego 1745.
Schował notatnik do plecaka, a wyjął ręczny wykrywacz metalu. Nałożył
słuchawki i rozpoczął metodyczne poszukiwania. Jakiś czas temu wpadł mu
w ręce artykuł o tym, że zamek w Sorau zostanie przekazany władzom
miejskim, które planują jego rewitalizację. Dla Georga był to ostatni
dzwonek, by bezpiecznie się tu rozejrzeć. O siódmej zapadły ciemności,
lecz on, przyświecając sobie małą latarką, omiatał końcówką detektora
cegłę po cegle. Po ponad godzinie monotonnej pracy usłyszał w słuchawkach głośny, przeciągły pisk. Oznaczył miejsce kredą. Wykrywacz
zastąpił dłutem i młotkiem. Po kilku ostrożnych puknięciach bez trudu
wyjął najpierw jedną, później drugą, a w końcu wszystkie cegły
zasłaniające skrytkę w murze. Znajdował się bardzo wysoko, pod ostatnim
podestem z rozpadającą się podłogą. Wsunął głęboko dłoń w chłodny otwór.
Po chwili opuszkami palców wyczuł obły przedmiot. Chwycił go i pociągnął
do siebie. Po krótkich zmaganiach ciężka ołowiana tuleja wypadła na
stopień schodów. Georg ją przydepnął, zapobiegając jej upadkowi w czeluść klatki schodowej.
Podniósł znalezisko i zaczął mu się uważnie przyglądać. Miał w rękach
trzydziestocentymetrową rurkę zaplombowaną na obu końcach woskowymi
pieczęciami. Aby dobrać się do zawartości, należałoby je usunąć, a na to
nie miał teraz czasu ani odpowiednich warunków.
Drżącymi z podniecenia dłońmi ukrył tubę w plecaku. Już chciał ruszyć w drogę powrotną, gdy jego wzrok padł na rozrzucone cegły i świeżą dziurę
w ścianie. Nie, nie mógł tego tak zostawić. Nikt nie powinien się
dowiedzieć, że w murze wieży znajdowała się tajna skrytka. Z kieszeni
plecaka wyjął nóż myśliwski. Zestrugał krawędź drewnianego stopnia w zwijające się spiralnie wióry, uformował z nich kopczyk i obłożył
odłupanymi drzazgami. Wsunął w tę prymitywną konstrukcję zapaloną
zapałkę i patrzył przez chwilę, jak mały płomień rośnie i zaczyna
łapczywie, niczym żywe stworzenie, lizać suche schody i starą poręcz.
Gdy miał pewność, że żaden przypadkowy podmuch wiatru nie zniweczy jego
dzieła, pospiesznie ruszył w dół. Odległość dzielącą go od samochodu
pokonał niemal biegiem. Plecak rzucił na tylne siedzenie, po czym
wyjechał z parkingu, kierując się w stronę granicy. We wstecznym
lusterku dostrzegł jeszcze, jak wieża bucha pulsującym płomieniem i niczym gigantyczna pochodnia oświetla mury zamku i pogrążone w mroku
miasteczko. Sprawdził godzinę - parę minut po dziewiątej. Jak dobrze
pójdzie, znajdzie się w domu, zanim wstanie świt.
ROZDZIAŁ 1
niedziela, 10 listopada,
Warszawa
Od rana padał deszcz. Niebo przykryły
ciężkie ołowiane chmury, czyniąc środek dnia niemal zmierzchem. Uliczne
latarnie zapaliły się przedwcześnie, a ich mdłe światło tworzyło iluzję
mieniącej się tęczowo kurtyny utkanej misternie z gęsto padających
kropel porywanych od czasu do czasu mocniejszymi podmuchami wiatru.
Kapitan ABW Zygmunt Friszer szedł Nowym Światem w kierunku Hotelu
Sheraton, dokąd został wezwany w trybie pilnym. Odebrał telefon, gdy od
pół godziny siedział w swoim ulubionym, nieco zapuszczonym lokaliku i kończył jeść lunch, na który wybrał tradycyjny rosół z wermiszelem, na
danie główne kotlet schabowy z kością, a do tego mizerię ze śmietaną tak
gęstą, że mogłaby w niej stać łyżka, i oczywiście opiekane ziemniaki.
Klnąc w myślach na przełożonych, którzy nie po raz pierwszy pozbawiali
go wolnego weekendu, zakropił niedzielny posiłek i swoją złość na
niesprawiedliwy los solidnym kieliszkiem porządnie schłodzonej wódki.
Stawiał duże kroki, starając się omijać rozległe kałuże na chodniku.
Ręce schował w kieszeniach obszernego płaszcza, który zdążył już
nasiąknąć deszczem i brzydko pociemniał na ramionach. Zyga nie uznawał
parasoli. Jego głowę chronił kapelusz - klasyczna fedora przywodząca na
myśl bohaterów starych filmów gangsterskich. Zbierająca się na rondzie
woda spływała mu cienkimi strużkami na tors. Pogoda była paskudna i zupełnie nie sprzyjała spacerom. Friszer przyspieszył i uważnie się
rozglądając, przeskoczył skrzyżowanie z Książęcą, nie zważając na
czerwone światło. Ostatnie trzysta metrów dzielące go od wejścia do
hotelowego lobby pokonał prawie biegiem. Już z daleka zauważył stojącą
pod szklanym daszkiem podkomisarz Ewę Dzik, która nieskutecznie chroniąc
się przed zacinającym deszczem, paliła cienkiego papierosa.
- No cześć, Ewo, dobiegłem - przywitał się, nie zdejmując kapelusza, z którego skapywały krople wody.
- Hej - odpowiedziała krótko.
Już po tym można było stwierdzić, że ma się do czynienia z osobą
nielubiącą trwonić czasu na pogaduszki. Szybkim, nerwowym ruchem zgasiła
papierosa, wciskając go w popielniczkę pod ścianą. Niedopałek zasyczał
cicho w mokrym piasku.
- Chodźmy! - wydała dyspozycję i nie oglądając się za siebie, ruszyła w stronę obrotowych drzwi.
Friszer podążył za nią bez słowa. Wsiedli do windy i wjechali na szóste
piętro.
Stojącemu przy wyjściu funkcjonariuszowi w cywilu Ewa rzuciła tylko
krótkie spojrzenie i mignęła policyjną odznaką, a on w milczeniu wskazał
ręką, w którym kierunku mają iść. W korytarzu minęli dwóch techników z przepastnymi torbami wypełnionymi różnorakim sprzętem do zbierania
próbek i śladów. Mundurowy pilnujący drzwi apartamentu rozpoznał Ewę i pozwolił im wejść do środka. W folderach reklamowych opisano to lokum
jako "apartament junior", co według Friszera było lekkim nadużyciem, bo
nie było ono ani przestronne, ani przesadnie luksusowe: ot, dwa pokoje,
jeden z dużym łóżkiem.
Na środku mniejszego pomieszczenia ktoś postawił krzesło i skrępował
siedzącego na nim półnagiego mężczyznę. Nie żył od kilku, może
kilkunastu godzin. Denat miał około pięćdziesięciu lat, szczupłe ciało i znaczną łysinę czołową. Resztka włosów, długich i przetłuszczonych,
opadała na nijaką twarz. Z jego oczu, uszu i nosa wyciekły strużki krwi
i zastygły cienkimi liniami na piersi. Na podłodze walały się rozrzucone
fotokopie jakichś dokumentów. Po bliższych oględzinach można było
stwierdzić, że widnieje na nich napisany odręcznie list, a spora ich
część to arkusze papieru nutowego pokrytego także ręcznie zapisanymi
znakami, które przypominały ziarenka rozsypanego maku.
Zyga, przyświecając sobie latarką w telefonie, przypatrywał się uważnie
śladom krwi. Zwrócił uwagę na wyraźne, okrągłe odgniecenia wokół uszu
ofiary.
- Od czego to może być? - zastanawiał się głośno.
- Słuchawki. Facet miał na uszach słuchawki - skonstatowała krótko
podkomisarz Dzik i zaczęła się rozglądać za nimi po pokoju, lecz ich nie
znalazła. - Dziwne... Ktoś musiał je stąd zabrać. Może technicy? - Nie do
końca wierzyła w taki przypadek.
Friszer zrobił telefonem zdjęcie odcisku słuchawek i zaczął oglądać
węzły na nadgarstkach denata. Ręce miał skrępowane z tyłu kawałkiem
linki, jaką można kupić w każdym markecie budowlanym. Nie znalazł
niczego charakterystycznego w sposobie wiązania: kilka razy okręcone
przeguby i zwykły supeł.
- Wiemy, kto to? - spytał Ewę.
- Zameldował się na podstawie niemieckiego dowodu osobistego. Georg
Telman prowadził mały antykwariat w Hamburgu. Jeździł po świecie,
głównie po Europie. Bywał także w Polsce, zapewne w interesach. Zdążyłam
przejrzeć wpisy na stronie jego firmy oraz posty w mediach
społecznościowych - dorzuciła, widząc pytający wzrok Friszera.
- Chyba nieźle z tego żył, skoro stać go było na taki drogi hotel,
zwłaszcza że ze względu na jutrzejsze święto ceny pewnie jeszcze
podskoczyły. - Zyga nie krył zdumienia. Zawsze mu się wydawało, że
handlarze starociami są tacy jak przedmioty, z którymi mają do
czynienia: starzy, podniszczeni i bez szans na miejsce na najwyższej
półce.
Przyklęknął na jedno kolano i gumową końcówką ołówka przesuwał leżące na
podłodze kartki. Najpierw przypatrzył się kserokopii listu napisanego po
niemiecku, z którego zrozumiał tylko datę: 5 listopada 1745. Następnie
zaczął przeglądać nuty. Nie potrafił ich odczytać. Kilkakrotnie
sfotografował każdą kartkę, aby mieć pewność, że wszystkie szczegóły
będą ostre.
- Można zabrać te papiery. Domyślam się, że ekipa coś na nie zostawiła?
Ewa skinęła głową i wskazała foliowe koszulki. W tym momencie zjawił się
mały zespół z noszami i czarnym workiem. Sprawnie zajęli się
umieszczaniem w nim zwłok.
- No dobra - odezwała się podkomisarz, gdy zostali sami. - Mam robotę.
Prokurator na mnie czeka, muszę iść z nim pogadać.
- Czekaj chwilę! Co mówili ludzie z recepcji? Ktoś go odwiedził?
- Oficjalnie nikt. Na nagraniu widać rosłego faceta w ciemnej kurtce z kapturem, z którym ofiara wchodzi do windy o pierwszej w nocy.
- I już?
- I już. Więcej nic się nie nagrało. Ani na szóstym piętrze, ani na
korytarzach pracowniczych. Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie
słyszał, a z nocnym ochroniarzem nie ma kontaktu.
- Jak to "nie ma kontaktu"? Nie żyje czy urwał się na Bahamy?
- Jest nieprzytomny. Poranna zmiana znalazła go leżącego w toalecie z potężną wybroczyną na łysej głowie. Ostatni ruch w przejściu
pracowniczym, które sprawdzał, był o trzeciej czterdzieści. System
podaje, że hotel opuściła jakaś Karolina. Sprawdziliśmy: dziewczyna od
trzech dni jest na urlopie w Egipcie. Czyli jej kartę ktoś ukradł albo
zhakował.
- Słuchaj, Ewa... - zaczął Zyga znudzonym tonem. - Mnie to wygląda na
zwykłą policyjną robotę: jest trup i dochodzenie. Nie bardzo rozumiem,
gdzie tu sprawy bezpieczeństwa państwa. Że niby dlaczego? Bo jutro jest
jedenasty listopada?
- Nie ja cię tu wezwałam - ucięła krótko. - Widocznie są jakieś powody.
Gadaj ze swoim szefem, a nie ze mną. Ja muszę zejść do lobby i zdać
raport.
Friszer prychnął zirytowany. Sprawy, którymi się zajmował, dotyczyły
zagrożeń cybernetycznych na wielką skalę. A to, co tutaj zastał,
wyglądało na morderstwo na tle rabunkowym. W milczeniu wyciągnął telefon
i wybrał numer przełożonego. Ewa, zbierając się do wyjścia, starała się
nie słuchać jego przyciszonej rozmowy. Nagle Zyga, chowając aparat,
krzyknął w jej stronę:
- Ewo, dokąd technicy zabrali elektronikę ofiary?
- Pewnie jak zwykle do laboratorium, bo co?
- To dzwoń do nich, niech niczego nie ruszają i przywiozą ją tutaj albo
do mnie.
Podkomisarz Dzik odszukała numer jednego z techników. Włączyła tryb
głośnomówiący.
- Halo.
- Dzik z tej strony. Dokąd zawieźliście fanty?
- Donikąd. Czekamy, aż skończycie. Stoimy pod hotelem i jaramy szlugi.
Chcesz do nas dołączyć?
- Nie, dzięki, w taką pogodę to żadna frajda. Zabezpieczyliście jakąś
elektronikę?
- Taa, no pewnie - odpowiedział technik, ziewając.
- To przynieście z powrotem do pokoju. Kapitan Friszer jej potrzebuje.
- Powiedz temu swojemu kapitanowi, żeby sam się pofatygował. Musimy
pilnować samochodu.
Ewa rozłączyła się bez uprzedzenia. Dalsza konwersacja z technikiem
abnegatem nie miała sensu.
- Musisz zejść na dół - rzuciła krótko do Zygi, zupełnie niepotrzebnie,
bo ten już był w progu.
Na ulicy bez trudu wypatrzył szarą furgonetkę. Zastukał natarczywie w boczne drzwi. Jeden z techników wyskoczył i usłużnie je odsunął. Widok
oficera najwyraźniej go zdyscyplinował. Zyga wślizgnął się do środka i otworzył wskazaną torbę. Znalazł laptop, telefon, tablet i słuchawki w białym etui. Podpisał dokumenty i zabrał urządzenia. Podczas całej
operacji nie zaszczycił zblazowanych techników ani jednym słowem.
Sprawdził tylko, czy na każdym przedmiocie są ślady szarego proszku.
Wrócił do hotelowego lobby, wjechał na szóste piętro i zahaczył o barek
dla gości VIP, żeby nalać sobie porządną porcję whisky. W końcu
oficjalnie nie był na służbie.
W pokoju nie zastał już nikogo. Usiadł przy biurku i ostrożnie wyjął
urządzenia. Telefon zabezpieczono biometrycznie. Tablet włączył się bez
komplikacji. Zaczął od przejrzenia poczty. Przeszukanie załączników
nasunęło pewien trop. Dwa maile wysłane przed dwoma tygodniami zawierały
skany rękopisów nutowych i listu. Friszer wyświetlił na swoim telefonie
fotografie papierów znalezionych przy ofierze i zaczął porównywać.
Charakter pisma wydawał się identyczny. W drugim mailu znajdował się
fragment listu, którego całość Zyga także sfotografował. Odbiorcą maili
był ktoś, kto posługiwał się adresem złożonym z przypadkowych liter i cyfr, a lakoniczne odpowiedzi wysyłał niepodpisane. Szukając dalej,
natknął się na najnowszą wiadomość sprzed dwóch dni - z informacją o spotkaniu w Sheratonie i potwierdzeniem terminu na dzisiaj o dwudziestej
trzeciej.
Wrócił do przyglądania się nutom. Co takiego w nich było, że
zainteresowała się nimi grupa hakerów? Właśnie taką wiadomość otrzymał
od szefa - Echelon potwierdził, że tajemniczy adres można przypisać
cyberprzestępcom. Nuty... Telemann... Telman... Układanka miała zbyt mało
elementów. Zaczął się zastanawiać, czy zna kogoś, kto mógłby go
wesprzeć, i przyszła mu na myśl Olga Weiss. Nie tylko płynnie mówiła po
niemiecku, ale była też wirtuozką violi da gamba. A do niedawna również
tajną współpracowniczką CIA. Nadawałaby się wybitnie.
Zaczął przeglądać kontakty, nie miał jednak jej numeru. I nagle go
olśniło - Tomasz Szczerzec! Jeśli nic się nie zmieniło, to jest
partnerem Olgi. A jego numer Zyga miał. Wybrał go i przyłożył telefon do
ucha.
- Kapitan Friszer?
- Tak jest, mecenasie, kapitanie Szczerzec!
- Czemu zawdzięczam ten telefon w niedzielne popołudnie?
- Prawdę mówiąc, szukam pani Olgi. Mam do niej wielką prośbę o pomoc w kwestiach muzycznych.
- To tym zajmuje się oficer ABW w wolnych chwilach? No, no, gratuluję! -
W głosie Tomasza pomimo ironii słychać było dużą dozę sympatii.
- Wolne to one nie są - westchnął Zyga. - Mamy morderstwo antykwariusza
z Niemiec, który handlował barokowymi nutami. Pomyślałem, że pani Olga
rzuci nieco światła na materiał dowodowy... I trochę mi się spieszy...
- Proszę poczekać. - Tomasz zasłonił mikrofon ręką. Po chwili odezwał
się znowu: - Olga mówi, że chętnie panu pomoże. Kiedy chciałby pan się
spotkać?
- Jak najprędzej! Jestem w Sheratonie.
- Skoro tak, to zapraszamy do nas. Mieszkamy bardzo blisko.
Zyga powtórzył podany adres.
- Będę za kwadrans. Dziękuję!
Poskładał dokumenty, schował elektronikę do foliowych toreb, wsunął je
pod płaszcz i wyszedł z feralnego apartamentu.
ROZDZIAŁ 2
niedziela, 10 listopada,
Warszawa
Późnym popołudniem pociąg metra z metalicznym zgrzytem wjechał na peron stacji Politechnika. O tej porze
ruch był niewielki, zwłaszcza że pogoda nie sprzyjała eskapadom i spacerom. Nieliczni podróżujący byli rozrzuceni po całym peronie,
wpatrzeni w ekrany swoich telefonów albo w pustkę. Na jego końcu stało
dwoje młodych ludzi. Dziewczyna z zaangażowaniem tłumaczyła coś
chłopakowi, który skwapliwie przytakiwał każdemu jej zdaniu, kiwając
głową w bejsbolówce z prostym daszkiem. Upodabniało go to do dziwacznego
ptaka wykonującego taniec godowy wokół krytycznie oceniającej jego
występ samicy. Pociąg zatrzymał się z szumem i piskiem, po czym drzwi
się otworzyły i wysiadło zaledwie kilka osób. Z ostatniego wagonu
wyszedł rosły mężczyzna ubrany w obszerną granatową kurtkę z nasuniętym
na głowę kapturem. W ręku niósł reklamówkę. Szybkim, zdecydowanym
krokiem zmierzał wprost do wyjścia i po chwili zniknął na schodach.
Młodzi ludzie wsiedli do tego samego wagonu, korzystając z ostatnich
drzwi, i zajęli dwa wolne krzesełka obok rudej dziewczyny zasłuchanej w coś, co grało w jej niebieskich słuchawkach. Drzwi się zamknęły i pociąg
z lekkim szarpnięciem ruszył w kierunku centrum. W tej samej chwili
dziewczyna ze słuchawkami osunęła się bezwładnie, a jej głowa wylądowała
na kolanach rozgadanej współpasażerki.
- Hej, no co ty? - krzyknęła ta zdumiona, patrząc na drobne ciało
rudzielca.
Uniosła je za ramiona, jakby chciała zepchnąć z siebie intruzkę. Głowa
ze słuchawkami na uszach przekręciła się, ukazując bladą, nieruchomą
twarz z cieknącymi z nosa cienkimi strużkami krwi. Dziewczyna skoczyła
na równe nogi, odrzucając z przestrachem bezwładne ciało, które upadło
na podłogę. Słuchawki zsunęły się z uszu, z których obficie wyciekła
czerwona, gęsta ciecz, tworząc niewielką kałużę na brudnej podłodze.
Pociąg przyspieszył. Siedzący naprzeciwko nich młody mężczyzna opadł na
znajdujący się obok pusty fotel, uderzając głową w poręcz. Jego
pokaźnych rozmiarów słuchawki spadły na podłogę, odsłaniając broczące
krwią uszy. Chłopak w bejsbolówce zerwał się już z miejsca wraz ze swoją
towarzyszką. Popatrzyli na siebie przerażonym wzrokiem i zaczęli
krzyczeć. Dziewczyna rzuciła się do interkomu służącego do rozmów z maszynistą i szybkimi, nerwowymi ruchami kilkakrotnie nacisnęła czarny
przycisk, wykrzykując bezładnie do mikrofonu:
- Trupy! Dwa trupy... Oni nie żyją! Z głowy leci im krew. Z uszu i z nosa.
Policja! Niech pan wezwie policję!
- Proszę zachować spokój i niczego nie dotykać, za chwilę będziemy na
stacji - odezwał się zniekształcony i odrobinę mechaniczny głos
maszynisty.
Po kilkunastu sekundach pociąg wjechał na peron i się zatrzymał.
Jednakże drzwi się nie otwierały. Zniecierpliwieni pasażerowie
bezskutecznie szarpali za uchwyty.
- Szanowni państwo... - Z głośników popłynął głos maszynisty. - W pociągu
doszło do wypadku. Czekamy na przybycie policji i innych służb. Do tego
czasu nikt nie może wysiąść. Prosimy o pozostanie na swoich miejscach.
Komunikat został powtórzony dwukrotnie. Zdumieni ludzie w ciszy usiedli
z powrotem na krzesełkach. Jedynie z ostatniego wagonu dochodził
przeraźliwy, niemilknący kobiecy krzyk.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki