PROLOG
piątek, 21 marca,
okolice Zakroczymia
Słońce szybko chyliło się ku zachodowi, a na bezchmurnym, chłodnym niebie rozkwitały złoto-różowe refleksy
gasnącego dnia. Marta pchnęła ciężką, kutą z żelaza furtkę i przystanęła
na skraju zdziczałego parku, którego od lat nie tknęła ręka ogrodnika.
Ogarnęła wzrokiem zamkniętą, zapomnianą przestrzeń, na której końcu stał
stary dom. Niegdyś biały tynk, teraz poszarzały i pożłobiony
pęknięciami, w wielu miejscach odpadł, odsłaniając rany surowej cegły.
Ciemny, omszały dach niemal całkowicie znikał w uścisku splecionych
konarów potężnych stuletnich drzew.
Na zarośniętym podjeździe stały dwa samochody, zielone kombi i mała
osobówka w pastelowym kolorze. Lekki, chłodny wiatr niósł ze sobą
wilgotną woń nieodległej Wisły. Marta, przejeżdżając wcześniej autobusem
przez most, patrzyła na szeroko rozlany nurt rzeki połyskujący złociście
pomiędzy nagimi jeszcze brzegami. Wzięła głęboki wdech, jakby za chwilę
miała się zanurzyć w jej odmętach, poprawiła paski plecaka i ruszyła w kierunku ciemnozielonych drzwi, z których tu i ówdzie płatami złaziła
farba.
Już miała wyciągnąć dłoń do masywnej mosiężnej kołatki w kształcie
Uroborosa, węża pożerającego własny ogon, gdy drzwi otworzyły się
bezszelestnie, a w ich mrocznym prostokącie stanęła wysoka, ciemnowłosa
kobieta.
- Marta? - spytała. Popatrzyła na przybyłą spod gęstych, ciemnych brwi.
- Dzień dobry, tak, to ja... - odezwała się nieśmiało dziewczyna.
- Witaj. Jestem Sonia, czekałyśmy na ciebie. No chodź. - Kobieta cofnęła
się o pół kroku, robiąc przejście.
Zanim Marta zdążyła zdjąć plecak, Sonia ujęła ją za ramiona i pocałowała
dwukrotnie w policzki, ceremonialnie i bez czułości. Piegowata twarz
Marty lekko pokraśniała z emocji. Odwzajemniając pocałunek, poczuła
ostry ziołowy zapach palonej szałwii, który osiadł na włosach i ubraniu
gospodyni.
- Beata już jest, a także Weronika i Klaudia, których jeszcze nie
poznałaś. Czekamy na Marię. Powinna wkrótce przyjechać.
Marta domyśliła się obecności Beaty, gdy dostrzegła błękitne
jeździdełko, którym kilka razy podróżowały razem nad jezioro. Co do
dwóch pozostałych kobiet, uprzedzono ją, że tutaj będą. Natomiast Maria...
Maria była kimś wyjątkowym. To dzięki niej Marta znalazła się w tym
miejscu. To właśnie ona wprowadziła ją w świat dawno zapomnianych
wierzeń, pełen tajemnic i ukrytych mocy. Takie samotnie żyjące kobiety
nazywano kiedyś amazonkami. Ale Maria była kimś więcej - szamanką, a właściwie sei?kone, potrafiącą za pomocą run odmienić los i stworzyć
nową rzeczywistość. Na dźwięk jej imienia Marta uśmiechnęła się do
siebie, przypominając sobie ich pierwsze spotkanie przy kamiennym kręgu
w Węsiorach. Minął zaledwie rok, a wydawało się to tak odległe, jakby
należało do innego życia.
Z wilgotnej, chłodnej sieni weszły do przestronnego pomieszczenia, które
w poprzednim wcieleniu mogło być salonem, teraz zaś przeobraziło się w przestrzeń sakralną pulsującą inną, starszą energią. Martę przeszedł
dreszcz. Powietrze było gęste i ciężkie, nasycone aromatyczną, niemal
duszącą wonią palonego jałowca i szałwii. Światło było skąpe: kilka
grubych świec rzucało nieregularne, drżące cienie, przez co przedmioty
zdawały się nieustannie poruszać. Panowała cisza przerywana jedynie
ledwie słyszalnym skrzypieniem dębowych deseczek pociemniałego ze
starości parkietu. Podłogę zaściełały skóry i grube, ręcznie tkane
chodniki, których wzory wymyślono przed tysiącami lat. Na środku stał
niski kamienny ołtarz, nadkruszony czasem, naznaczony śladami dawnych
rytuałów. Spoczywała na nim zamknięta skrzynka z ciemnego drewna oraz
gliniana urna przypominająca artefakt wydobyty z grobowca. Tuż obok, w kamiennym kominku przywodzącym na myśl raczej palenisko, płonęły grube
dębowe polana. Wokół wznosiły się drzewce ozdobione wstążkami i piórami.
Belki stropowe - prawie czarne, spękane, ze śladami sadzy - jakby od
wieków oświetlane przez migotliwe płomienie; na ścianach zawieszono
amulety z kości, srebrne pierścienie i płótna pokryte runami. Całości
wystroju dopełniał nieproporcjonalnie wysoki, obity wygarbowaną skórą
tron przeznaczony dla sei?kone.
Drzwi na taras były uchylone. W ostatnich promieniach słońca stały tam
trzy kobiety, które rozmawiając, wskazywały Wisłę. Odwróciły się do
Marty i przywitały ją w taki sam sposób, jak zrobiła to Sonia.
- Pięknie tu - wyszeptała Marta.
Szeroki nurt rzeki mienił się srebrem i zielenią. Gdzieś niedaleko
odezwał się ptak - jego wysoki, przeciągły głos zabrzmiał ostro,
zwiastując polowanie.
- Jak dotarłaś? Dobrą miałaś podróż? - spytała Beata.
- Całkiem, całkiem. Z Elbląga do Warszawy kursuje mnóstwo autobusów.
Niestety kierowca nie chciał się zatrzymać w Zakroczymiu i musiałam się
przesiąść na Marymoncie. Ostatni odcinek przeszłam pieszo - zakończyła z westchnieniem, po czym uśmiechnęła się, starając się ukryć napięcie.
Znajoma od razu odczytała jej emocje i z troską ujęła ją za dłoń.
- Cieszę się, że jesteś. Ja też dotarłam bez przygód z Olsztyna, choć
przez te wykopy na końcu było trochę problemów... Dziewczyny z Poznania
miały łatwiej. - Zerknęła w stronę Weroniki i Klaudii.
- Z Obornik! - sprostowały jednocześnie.
Marta od razu dostrzegła, że są bliźniaczkami. Czterdziestolatki były
przysadziste, kędzierzawe i rumiane. Miały w sobie pozytywną energię;
każdy ich gest emanował radością, a przymrużone oczy zdawały się
nieustannie uśmiechać.
Na taras wyszła Sonia z tacą, na której stały duży kamionkowy imbryk
oraz gliniane czarki.
- No, dziewczęta, czas na herbatkę. Ziółka sama zbierałam! - oznajmiła
niskim, chropawym głosem. - Maria będzie za kwadrans - dodała ciszej.
Napar był gorzki, jednak Marta wypiła go do dna. Zapowiedź przybycia
sei?kone oznaczała, że początek rytuału zbliża się wielkimi krokami.
Wciągnęła powietrze i zapatrzyła się w ciemniejące niebo, czując, jak
jej ciało ogarnia błogie odprężenie.
Z zamyślenia wyrwał ją głęboki ton gongu dobiegający z wnętrza domu.
Sonia weszła do środka, by po kilku minutach pojawić się ponownie w towarzystwie siwowłosej kobiety. Wyprostowana sylwetka przybyłej
sprawiała, że wydawała się wyższa, niż była w rzeczywistości. W migotliwym świetle świec jej pomarszczona twarz przypominała spękaną,
wyschniętą ziemię. Kobieta podeszła kolejno do każdej z nich, składając
powitalny pocałunek.
- Dziś twój wielki dzień - powiedziała dźwięcznym głosem do Marty.
- Tak, Mario...
- Tutaj nazywaj mnie moim prawdziwym imieniem.
- Dobrze, Sigrun.
- Dziś narodzisz się na nowo i dostaniesz imię, które nada ci Freja. To
ogromny zaszczyt. Staniesz się jedną z nas!
Marta zamknęła oczy. Przygotowywała się na ten moment od wielu miesięcy.
Dowiedziała się, że Freja - ustami sei?kone - wypowie jej nowe imię,
które odkryje jej prawdziwe przeznaczenie. Jeśli bogini uzna, że powinna
zostać völvą - jak zgromadzone tu kobiety - otworzą się przed nią drzwi
do prawdziwego poznania. Marta bardzo tego pragnęła. Rúna, jak nazywała
Beatę, powiedziała jej, że niezwykle ważne jest, aby podczas sei?r
miała przy sobie odpowiednie amulety z wyrytymi symbolami boskich mocy.
Marta długo nie mogła zdecydować, który ze świętych znaków jest jej
przypisany. Kilka dni przed przyjazdem wydarzyło się jednak coś, co
sprawiło, że dokonała jasnego wyboru. Na wystawę do muzeum, w którym
pracowała, przywieziono eksponaty związane z obecnością Gotów na
ziemiach polskich. Znaleziska z niedawno odkrytego kobiecego grobu były
tak bogate, że archeolodzy nabrali przekonania, iż natrafiono na miejsce
pochówku osoby niezwykłej. Wśród wielu srebrnych przedmiotów jeden
wyróżniał się szczególnie: kuta bransoleta w kształcie wijącego się węża
z okrągłą tarczą, pod którą znajdowała się niewielka puszka. Gdy Marta
wzięła cenny artefakt do rąk, poczuła, jak przepływa przez nią prąd. W tym momencie wiedziała, że znalazła amulet, którego szukała.
Z zamyślenia wyrwał ją niski głos Soni.
- Już czas, dziewczęta. Pora się przygotować i zapalić święty ogień!
Weszły do środka. Na ołtarzu postawiły drewniane szkatułki ze swoimi
amuletami i stanęły w kręgu. Zamknęły oczy, wsłuchując się w trzask
płonących polan. Sigrun zaczęła nucić pradawną gardłową melodię. Dźwięki
stopniowo narastały, odbijając się echem. Nagle jej głos nabrał mocy,
stał się jak rzeka torująca sobie drogę wśród skał. Wszystkie kobiety
przeszył spazm. Wstrzymały oddech. A potem poczuły silną więź ze sobą
nawzajem, z tym miejscem i z czasem, w którym splatały się emocje,
wspomnienia i teraźniejszość. Zawodzenie Sigrun przeszło w melodyjną
pieśń. Ilekroć rozpoczynała nowy wers, nabierała garść suszonych ziół i sypała je w ogień. Pokój wypełniła wonna, odurzająca mgła.
Vanadis, Pani złotych pól,
Co z wiatrem niesiesz trawy szept.
- O Frejo, daj nam obfitość! - odpowiedziały chórem.
Mardöll, jaśniejesz ponad falą,
Perły radości w pianie tkasz.
- O Frejo, prowadź nas przez fale! - Ich głosy wzniosły się na wyższy
ton.
Gefn, co życie w brzasku niesiesz,
Twe słowo rodzi złoty plon.
- O Frejo, uczyń ziemię płodną!
Menglö?, Pani nocy czarnej,
Twój naszyjnik światłem lśni.
- O Frejo, broń tych, co cię wzywają!
Dostrzegły cienie swych przodkiń, które wiły się w tańcu wokół ognia. I same zaczęły się poruszać w rytm wypowiadanych słów.
Vanadis, Mardöll, Gefn, Menglö?,
Wzywamy cię w tańcu iskier.
Nagle pieśń opadła i ucichła.
- Heil Freia! Heil Freia! Heil Freia! - wypowiedziały boskie
pozdrowienie.
Sigrun ściągnęła przez głowę luźną suknię. Pozostałe poszły w jej ślady.
Stanęły w kręgu, nagie jak w chwili narodzin. Sei?kone podniosła z ołtarza glinianą urnę wypełnioną niebieską maścią i okrągły pędzel ze
szczeciny dzika, po czym podeszła do Soni. Nabrała mikstury i zaczęła
pisać na jej ciele święte runy.
Dagaz - dwa trójkąty stykające się wierzchołkami, które zapewniają
przebudzenie i równowagę - umieściła na czole.
Algiz - święte drzewo mające chronić przed złem - narysowała między
piersiami, jego gałęzie przebijały sutki.
Wreszcie sowelo - symbol w kształcie błyskawicy, dający życie i płodność
- umieściła poniżej pępka, tak że sięgał aż do łona.
Te same znaki wypisała na ciałach pozostałych uczestniczek. Gdy
skończyła, odstawiła urnę na ołtarz. Uklękła przy ognisku i z kamiennego
obrzeża zgarnęła dłonią popiół ze spalonych ziół. Dwoma palcami, niczym
kapłanka składająca ofiarę, oznaczyła runami własną pomarszczoną skórę i stanęła w kręgu, wznosząc ręce.
- Włóżcie swoje amulety! - poleciła.
Marcie kręciło się w głowie. Miała wrażenie, że skóra pod runami staje
się przezroczysta i emanuje światłem. Wyjęła bransoletkę gockiej
kapłanki i wsunęła ją na przedramię. Sonia zaczęła wystukiwać rytm na
bębnie; kobiety podrygiwały wokół ognia. Sei?kone podeszła do Marty i chwyciła ją za dłonie.
- To mówi Freja! - wykrzyknęła, a bębnienie się urwało. - Twoje
prawdziwe imię to Gudrun, twoim przeznaczeniem jest walka. Zmierzysz się
z najpotężniejszymi wrogami i ich pokonasz, a światu przyniesiesz pokój.
- Heil Freia! - zawołały kobiety w ekstazie.
- Nie możesz nosić tego amuletu, bo już nie szukasz drogi, lecz ją
znalazłaś - wyszeptała Sigrun prosto do ucha Marty. - Twoim znakiem jest
valknut, gdyż twym przeznaczeniem jest Walhalla!
Chwyciła bransoletkę i ściągnęła ją z jej ręki. Położyła ją na ołtarzu,
a ze ściany zdjęła wykuty ze stali wisior z symbolem przenikających się
trójkątów i zawiesiła go na szyi dziewczyny. Ciężki medalion spoczął
między jej drobnymi piersiami. Marcie się wydało, że skóra na całym jej
ciele zaczyna skrzyć, a stopy unoszą się nad ziemią.
- Ja lecę... - wyszeptała. - Lecę! - powtórzyła głośniej i niepomna
niczego wybiegła na taras.
Otoczyła ją noc pobłyskująca resztkami światła, którego nie zdołały
wessać płomienie rytualnego ognia. W jej oczach wszystko stało się nagle
dziwnie małe. W mroku widziała zarys drzew na tle połyskującej Wisły, a w rozpuszczonych rudych włosach poczuła pęd wiatru, który niósł ją w stronę rzeki. Nie czuła bólu, gdy ostre kolce drapały jej skórę do krwi.
Po chwili dotknęła tafli wody, która wydała się ciepła i miękka. Bez
wahania się zanurzyła, pozwalając się porwać gwałtownemu nurtowi. Rzeka
zapraszała, aby wejść głębiej. Marta pogrążyła się w mknących falach.
Zobaczyła unoszące się w wodzie barwne, świetliste stworzenia: machały
do niej, zapraszając do zabawy. Podążyła za nimi, ale one nagle
zniknęły, a Marta poczuła ostry ucisk w piersiach. Chciała krzyknąć, by
zaczekały, lecz z jej ust wydobyły się jedynie bąble powietrza. Rzeka,
zazwyczaj obojętna i zimna, pieszczotliwie otuliła jej blade, bezwładne
ciało i pozwoliła mu opaść na miękkie, muliste dno, gdzie prąd powoli
zaczął układać rude włosy, splatając je z wodorostami.
ROZDZIAŁ 1
piątek, 21 marca,
ośrodek ABW w Puszczy Kampinoskiej
Kristiny nie obchodziło, że tego dnia
zaczyna się kalendarzowa wiosna. A to co najmniej z dwóch powodów. Po
pierwsze, od połowy listopada była uwięziona w sterylnej podziemnej
przestrzeni, całkowicie pozbawiona kontaktu z zewnętrznym,
nieprzewidywalnym światem. Słońce, poranne mgły czy deszcz oglądała
jedynie podczas obowiązkowych, odmierzanych co do minuty wyjść na
spacerniak - betonowy plac otoczony wysokim parkanem, nad którym
rozciągała się siatka przesłaniająca skrawek nieba. Nie mogła wybrać się
gdzieś dalej, pójść do jakiegoś zadymionego klubu na drinka i zatańczyć
z przygodnie poznaną dziewczyną. Po drugie, w Szwecji, jej ojczyźnie, ta
data nie budziła szczególnych emocji. Prawdziwą wiosnę świętowano tam
dopiero na koniec kwietnia, w noc Walpurgii - Valborgsmässoafton,
kiedy to ludzie zbierali się na świeżym powietrzu, jedli, pili, tańczyli
i symbolicznie się oczyszczali w dymie palących się całą noc ognisk.
Jak co dzień, obudzono ją o siódmej i dano dokładnie pół godziny na
poranną toaletę oraz przygotowanie się do wyjścia. Po czterech
miesiącach pewne zachowania stały się dla niej nową, przygnębiającą
normą. Kiedyś potrafiła nie spać całą noc, przesiadując na fotelu
gamingowym, jadła tylko wtedy, gdy poczuła ssący głód, i zdarzało się
jej nawet przez kilka dni nosić te same ciuchy. Świat, w którym
nieustannie była zanurzona w binarnej rzeczywistości sieci, włamywała
się na serwery potężnych instytucji i korporacji, planowała ataki
hakerskie - definitywnie się skończył i został za nią niczym odległe,
wyblakłe wspomnienie. Teraz jej życie podporządkowano ściśle ustalonemu
harmonogramowi: praca, będąca zarazem karą i perwersyjną formą
odkupienia, precyzyjnie wyznaczone przerwy na odpoczynek i regularne,
pozbawione smaku posiłki.
Podczas porannego prysznica zauważyła, jak bardzo zmieniło się jej
ciało. Jeszcze niedawno była przeraźliwie chuda, a jej wytatuowana skóra
miała niezdrowy szarawy odcień. Po zimie trochę przybrała. Nadal można
ją było określić mianem szczupłej, ale już nikt nie podejrzewałby jej o anoreksję.
Stanęła przed lustrem, przeczesała palcami krótkie, ledwie centymetrowe
platynowe włosy i spojrzała prosto w swoje jasnoniebieskie oczy, celowo
nie zniżając wzroku. Niewielkie lustro odbijało tylko jej twarz, która
stała się pełniejsza i nabrała niewinnego wyrazu. Jednak na szyi
widniało niezmywalne piętno dawnego życia: ciemny, misterny tatuaż z wysuniętą do przodu głową żmii z obnażonymi kłami jadowymi schodził w dół, oplatając jej ramiona i pierś. Pseudonim, którym się posługiwała -
Viper - został wymalowany na jej skórze z artystyczną doskonałością i techniczną precyzją.
Od dramatycznych wydarzeń w Parlamencie Europejskim przeszła głęboką
przemianę. Choć usunięcie tatuażu nie było możliwe, nikt nie mógł jej
zabronić go ukrywać. Poprosiła kapitana Friszera, by zamiast luźnych
koszulek dostarczono jej bluzki z golfem. Był to jej mały codzienny akt
samoobrony; nie chciała przypominać sobie dawnego życia ani pozwolić, by
inni mogli je dostrzec.
O siódmej trzydzieści drzwi jej pokoju otworzyła milcząca strażniczka i zaprowadziła Kristinę do kantyny na śniadanie. Sala była niewielka,
sterylnie czysta i jasno oświetlona. Błyszczące blaty podłużnych stołów
ze stali nierdzewnej oraz ustawione wokół nich metalowe krzesła tworzyły
wrażenie przestrzeni zaprojektowanej do szybkiego posiłku. Gołe,
jasnoszare ściany zdawały się krzyczeć: Zjedz i wychodź!
Kristina chwyciła szarą tacę i udała się do bufetu. Kilka miesięcy
wcześniej minęłaby obojętnie wszystkie pojemniki z jedzeniem. Teraz
jednak pilnowano, aby codziennie dostarczała organizmowi odpowiednią
dawkę kalorii i witamin. Na tacy położyła pojemnik serka wiejskiego oraz
kromkę ciemnego pieczywa. Do metalowego kubka nalała soku jabłkowego i zajęła miejsce przy najbliższym wolnym stole. O tej porze w kantynie
było sporo osób, z czego większość stanowili kończący zmianę
funkcjonariusze. Jedynym wyjątkiem był młody, wysoki mężczyzna z niesforną ciemnoblond czupryną i rudawym zarostem. Pojawiał się
codziennie; większość posiłków jadał sam, ale nie wyglądał na więźnia i nigdy nie był pilnowany. Choć Kristina nie szukała towarzystwa,
kilkakrotnie ich spojrzenia się spotkały. Wtedy obdarzał ją sympatycznym
uśmiechem, jakby wiedział, kim ona jest i dlaczego tu siedzi.
Zdjęła metalową pokrywkę i zaczęła nabierać łyżeczką grudkowatego
twarożku. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła wchodzącego do kantyny
Friszera w towarzystwie mężczyzny, o którym przed chwilą myślała.
Przerwali rozmowę, kiedy przekroczyli próg. Obaj natychmiast spojrzeli
na Kristinę. Reakcja była taka, jakiej się spodziewała: młody mężczyzna
się uśmiechnął, a kapitan skinął nieznacznie głową. Przechodząc obok jej
stolika, zatrzymał się.
- Trochę się spóźnię. Myślę, że około pół godziny do godziny.
Kristina potwierdziła przyjęcie komunikatu kiwnięciem głowy.
Obserwowała, jak mężczyźni podchodzą do bufetu. Chłodny, bezemocjonalny
sposób bycia Friszera bardzo jej odpowiadał. W zasadzie całe jej życie w Szwecji wyglądało właśnie tak.
Przeklinała w myślach dzień, w którym dała się wciągnąć w grę
Obliviatesa. To on - sztuczna inteligencja na usługach nieznanego
potentata - doprowadził ją do miejsca, w którym teraz przebywała:
uwięziona i zmuszona do współpracy z ABW. Żałowała, że przyczyniła się
do śmierci wielu osób. Wspomnienie dziesiątek ciał i głów broczących
krwią nawiedzało ją niemal co noc. Budziła się sztywna, przypominając
sobie o pokucie, którą dobrowolnie przyjęła.
Kapitan Zygmunt Friszer, wyznaczony przez sąd na jej opiekuna, miał
nadzorować jej pracę, wykorzystując przy tym niemałe zdolności Kristiny
w dziedzinie cyberprzestępczości. W ciągu ostatnich czterech miesięcy
jej zadaniem było rozbicie szajki hakerów okradających zwykłych ludzi. W zmyślny sposób czyścili konta drobnych ciułaczy. Zarówno policja, jak i ABW były bezradne. Szczerze mówiąc, Kristinie także niewiele udało się
zdziałać. Miała dzisiaj rozmawiać o napotkanych problemach z kapitanem,
a było to trudne, bo od pewnego czasu odnosiła wrażenie, że oficer
sądzi, iż Kristina sabotuje prace, co było oczywistą bzdurą. Po prostu
utknęła. Potrzebowała czegoś nowego, jakiejś inspiracji. Ciekawa była,
czy dzisiaj ją czymś zaskoczy.
Skończyła jeść, odniosła tacę i podeszła do strażniczki.
- Kapitan Friszer powiedział, że jest teraz zajęty i mam wolną godzinę.
Jest szansa, żebym wyszła na dwór?
Strażniczka zastanowiła się, po czym skinęła głową.
- Chcesz zabrać coś do ubrania? Jest dość chłodno.
Kristina uśmiechnęła się nieznacznie.
- Nie, nie trzeba. Jest okej.
Gdy wyszła na plac, wciągnęła głęboko do płuc zapach lasu. Już dawno
przestała zwracać uwagę na liczne kamery obserwujące każdy jej ruch.
Ruszyła wzdłuż parkanu po betonowej nawierzchni. Trzydzieści kroków,
zwrot w lewo, dwadzieścia cztery kroki, zwrot w lewo... Starała się nie
myśleć o nadchodzącej rozmowie. Po półgodzinie zmęczona chodzeniem w kółko przysiadła na ławce. Zwiesiwszy głowę, przyglądała się mrówkom
kręcącym się po betonie. Biegały chaotycznie, szukając czegoś
przydatnego dla mrowiska, a gdy już to znalazły, odwracały się i podążały niewidoczną ścieżką za parkan. Przyszło jej na myśl, że jej
dotychczasowe podejście do problemu hakerskiego jest podobne: obserwuje
pojedyncze mrówki, potrafi opisać schemat ich zachowań i na tej
podstawie zniszczyć jedną wrogą komórkę. Ale nadal nie wiedziała, gdzie
kryje się królowa. Komórek było wiele, a w miejsce jednej zlikwidowanej
pojawiały się kolejne.
Nagle usłyszała szczęk otwieranych drzwi.
- Friszer cię wzywa, koniec spaceru - zakomunikowała strażniczka.
Kristina wstała i podążyła za nią w mrok korytarza.
W pracowni pod ścianą stał szeroki pulpit z trzema monitorami i jednostką chłodzoną glikolem. Wzrok przykuwał fotel przypominający
siedzisko astronauty. Na środku znajdował się stół konferencyjny. Gdy
Kristina weszła, zaskoczyło ją, że Friszer czeka na nią w towarzystwie
młodego mężczyzny, którego widywała w kantynie. Zygmunt wskazał jej
wolne krzesło i monotonnym barytonem przedstawił swojego gościa:
- Kristino, to Karol Koppel, którego poznałaś przy okazji likwidacji
Obliviatesa. Od dwóch miesięcy ukrywa się w naszym ośrodku, bo wasza
ostatnia akcja przysporzyła mu potężnych wrogów, którzy zagrażają jego
życiu. Sam ci opowie, czym się zajmuje, a z uwagi na twoje przekonania
dotyczące sztucznej inteligencji może ci się to wydać... hmm... niewłaściwe.
Z mojego punktu widzenia jednak wasza obecność w jednym miejscu stwarza
szansę, że jeśli się dogadacie, twoje zadanie stanie się łatwiejsze.
Karol uśmiechnął się czarująco, patrząc w błękitne oczy Kristiny.
Uznała, że jest niezwykle sympatyczny. I zrozumiała, dlaczego zawsze
zachowywał się tak, jakby znał ją od dawna. Kristina, kładąc dłonie na
oparciu krzesła, mimowolnie odwzajemniła uśmiech, ale zaraz jej czoło
się zachmurzyło.
- Dlaczego mówisz mi o nim dopiero teraz?
- Dopiero teraz jest to potrzebne.
- Wcześniej nie było?
- Nie - uciął Friszer.
- Hej, czy to istotne? - spytał Karol z rozbrajającym uśmiechem. -
Wiedziałem, kim jesteś, bo to było częścią programu przystosowawczego,
ale zakazano mi z tobą rozmawiać. Bardzo się cieszę, że już nie muszę
przestrzegać tej durnej zasady. - Wstał i podszedł do Kristiny,
wyciągając rękę.
Wspomnienie wspólnej roboty przy rozwalaniu Obliviatesa było silniejsze
niż gniew, jaki żywiła wobec Friszera. Uścisnęła dłoń Karola, czując,
jaka jest delikatna i ciepła. Całkiem uspokojona usiadła.
- To czym się tutaj zajmujesz? - spytała ze szczerym zainteresowaniem.
Wreszcie trafił się ktoś, z kim mogła porozmawiać. Dopiero teraz
uświadomiła sobie, jak bardzo jej tego brakowało.
- W zasadzie tym samym co ty: tropię bandytów w sieci. Co prawda
działających w innych obszarach, ale to nadal przestępcy.
- Wiem, że nie jesteś hakerem, a Zygmunt powiedział, że zajmujesz się
sztuczną inteligencją. Czym konkretnie?
- No wiesz... Buduję prototypy samouczących się modeli nastawionych na
wykrywanie nietypowych schematów. Nie zamierzam ich zazdrośnie strzec,
chcę je oddać do powszechnego użytku. Niedawno mój zespół wypuścił
ZEUS-a. To taka wyszukiwarka, Zero Effort Universal Search. Jej lepszą
wersją jest Genesis, który będzie miał wiele cech generatywnej sztucznej
inteligencji. Głównie chodzi o pokonywanie rozmaitych barier i wchodzenie na pilnie strzeżone obszary, by zdobywać informacje o nielegalnej działalności. Teraz koncentruję się na przepływach
finansowych, opracowuję metodę wykrywania prania brudnych pieniędzy. To
tak z grubsza...
- A ci wrogowie, przed którymi się ukrywasz: nie potrafisz ich wytropić
za pomocą swojej sztucznej inteligencji? - spytała, udając naiwność.
Karol uciekł wzrokiem w bok. Na jego twarzy pojawił się grymas, jakby
mówienie o tym było dla niego bolesne. Odparł jednak całkiem szczerze:
- Bardzo bym chciał. A jeszcze bardziej pragnąłbym, aby to, co mnie
spotkało, nigdy się nie wydarzyło.
- Karol ma od roku do czynienia z agentem Pjongjangu - wtrącił Friszer.
- Mówię to, ponieważ wszystko wskazuje, że ataki phishingowe, które
starasz się wyśledzić, pochodzą z tego samego źródła.
Kristina odchyliła się na krześle, zastanawiając się, jakie to
traumatyczne przeżycia stały się udziałem Karola. Pomyślała, zważywszy
na własne porąbane życie, że wokół Friszera gromadzą się ludzie nie
tylko pokręceni, ale i pokiereszowani, co nieoczekiwanie wydało się jej
pocieszające.
- I sądzicie, że ci, którzy go ścigają, organizują phishing w Polsce?
- Nie wiemy, ale nie można tego wykluczyć - odezwał się Friszer posępnym
tonem. - Mamy doniesienia, że bardzo podobne ataki przeprowadzono w Skandynawii i Anglii, a wszystkie ścieżki prowadzą do Polski, stąd zaś
do Korei Północnej. Tak twierdzi Karol po przeanalizowaniu twoich
wyników.
- Dostrzegłem w nich schemat charakterystyczny dla informatyków
szkolonych przez Pjongjang - powiedział Karol. - Przy sprawie
Obliviatesa pojawił się człowiek, którego poznałem jako Dennisa L?. To
agent Pjongjangu, który próbował powstrzymać prace przy ZEUS-ie. To on
mnie torturował... Do dzisiaj mam z tego powodu koszmary. Uciekł, jednak
nie zniknął. Tym razem chciał mnie zabić... Jak widzisz, żyję, ale
wystrzelone przez niego pociski trafiły moją przyjaciółkę. Helen oddała
za mnie życie. W końcu NSA przechwyciła połączenie satelitarne z Kanady.
Są pewni, że to był Dennis i że nadal chce mnie zlikwidować.
- Dlatego się tu ukryłeś - stwierdziła Kristina matowym głosem.
Skinął głową.
- Dennis L? to świetny programista i doskonały haker. Sposób, w jaki
zapisywał kod, cechowały subtelne niuanse, które występują w zebranych
przez ciebie materiałach. Wszystko to może świadczyć, że za phishingiem
stoją Koreańczycy.
- I właśnie tego się dowiedziałeś dzięki sztucznej inteligencji? -
Kristina wydęła pogardliwie wargi. - Musisz wiedzieć, że uważam AI za
zło, a GenAI za jego kwintesencję. Najlepszym tego przykładem jest to
całe gówno nazwane Dniem Wolności i jego emanacja, Obliviates. Nie
wydaje mi się, aby stosowanie złych rzeczy mogło dawać dobre rezultaty!
- Ostatnie zdanie wypowiedziała twardo, patrząc prosto w stalowe oczy
Friszera.
- Spodziewałem się takiej reakcji, Kristino, ale obawiam się, że nie
masz wyjścia. Od dzisiaj, czy tego chcesz, czy nie, Karol wchodzi do
gry. Masz się z nim wszystkim dzielić!
Spojrzała niechętnie na Koppela. Ten dotąd sympatyczny facet nagle wydał
jej się, wraz ze swoją sztuczną inteligencją, nad wyraz obmierzły. Gdyby
nie wyraźne żądanie kapitana, wstałaby, przewracając krzesło, i wyszła
bez słowa. Skrzyżowała ramiona na piersiach i zapatrzyła się tępo w ścianę. Jak to ma, do cholery, wyglądać? Mam się poddać? Zrezygnować ze
swoich przekonań? Niedoczekanie! Już raczej pokaże Karolowi, jak
absurdalne jest poleganie na samouczących się algorytmach, pozbawionych
uczuć i wrodzonej błyskotliwości. Tak. Właśnie tak zrobi. Udowodni mu
wszystko... Zmrużyła chytrze oczy i skinęła głową.
Friszer z trzaskiem zamknął notatnik i wstał od stołu.
- No to do roboty.
Wyszedł bez pożegnania, zostawiając Kristinę i Karola, którzy wzajemnie
taksowali się wzrokiem.
ROZDZIAŁ 2
sobota, 22 marca,
Wrocław
To już trzeci miesiąc -
pomyślał Kim, odstawiając umyty kubek na półkę. Zielona herbata z dodatkiem mięty, mająca działać uspokajająco, tylko nasilała jego
wewnętrzne wrzenie. Od niemal kwartału gnił w tym wynajętym ciasnym
mieszkanku, a wszystkie jego zakamarki z każdym dniem coraz bardziej go
irytowały. Czuł, że nie potrafi zapanować nad energią, która nie
znajdując ujścia, kumulowała się w nim i pogrążała go w chaosie.
Ćwiczenia oddechowe oraz wyuczone techniki napinania i rozluźniania
mięśni, zamiast przynosić harmonię, potęgowały frustrację i poczucie
upokarzającej bezsilności. Z czasem ta zamknięta przestrzeń stała się
dla niego więzieniem nie tylko ciała, ale i ducha. Jego oczy, kiedyś
pełne zimnej determinacji, teraz były znużone i martwe, odbijając
panującą wokół pustkę.
Kim doskonale wiedział, co jest przyczyną tego stanu i co mogłoby go z niego wyrwać. Karol Koppel - a właściwie jego śmierć - miała być
antidotum na wszystkie bolączki. Lecz facet zapadł się pod ziemię i mimo
usilnych starań Kim nie potrafił go namierzyć. Podczas ostatniej
krótkiej rozmowy z towarzyszem kapitanem Parkiem usłyszał zwyczajowe
życzenia podążania drogą rewolucji, wypowiedziane jednak takim tonem, że
zrozumiał, iż właśnie otrzymał ostatnią szansę. Porażka nie wchodziła w grę.
Nagi usiadł na podłodze w pozycji lotosu. Dłonie ułożył w mudrę
trzeciego oka i wyrównał oddech. Myśli przeniosły go do mroźnej doliny w Kanadzie, zasypanej dziewiczym śniegiem i wypełnionej absolutną ciszą.
Widok był kojący; Kim żałował, że regeneracji sił mógł tam poświęcić
jedynie kilka dni. Pewnego ranka usłyszał warkot skutera śnieżnego, a przez szparę w oknie dostrzegł zbliżającą się małą postać. Gdy do jego
uszu dotarł charakterystyczny pisk klawiszy zamka szyfrowego, wiedział,
że sielanka dobiegła końca.
Bezimienny agent zabrał go w długą podróż do Montrealu, a potem
przekazał kolejnemu towarzyszowi, który pod osłoną nocy umieścił go na
statku płynącym do Europy. Kim przez blisko miesiąc ukrywał się przed
załogą w kontenerach, w dusznym gorącu maszynowni i w ładowni.
Najtrudniej było zdobyć jedzenie i wodę: radził sobie, podkradając
żywność z kambuza, lecz nigdy jej nie wystarczało, by zaspokoić głód.
Gdy statek zacumował w Hamburgu, a cała załoga była zajęta mocowaniem
lin, Kim włożył wykradzione wcześniej kombinezon i kask, chwycił plik
papierów i obojętnie przeszedł obok grupki zapracowanych ludzi. Zszedł
na nadbrzeże i zniknął w labiryncie ciężarówek i wózków widłowych.
Portowe roboty, dźwigi i ogłuszający hałas maskowały jego obecność.
Wtopił się w tłum, odczuwając jednocześnie ulgę i napięcie.
Ukrył się w niepozornym hoteliku, gdzie nikt nie pytał o dokumenty,
dopóki na kontuarze lądował zwitek banknotów. Przez dwa tygodnie prawie
nie wychodził z pokoju, cierpliwie oczekując na kontakt. W połowie
stycznia nadeszła wiadomość: Karol Koppel opuścił bazę NSA i wsiadł na
pokład samolotu US Air Force, który miał lądować w Jasionce pod
Rzeszowem. Dla Kima stało się jasne, że Karol wreszcie wrócił do Polski.
Następnego dnia przekupił kierowcę furgonetki i bezpiecznie przejechał
granicę, która z powodu napięć związanych z ruchem migrantów była
intensywnie patrolowana. Wysiadł niepostrzeżenie na pierwszym postoju. W kantorze przy stacji benzynowej wymienił pieniądze i po dwóch
przesiadkach dotarł do Wrocławia. Bez trudu odnalazł grupę
informatyków-hakerów ze swojego kraju, których sam szkolił, gdy pracował
w ESTIGAME. Młodzi towarzysze wybrali Wrocław z jednego powodu -
obecności dużych koreańskich firm. Widok skośnych oczu nie dziwił tu
mieszkańców, co więcej, cieszyli się z azjatyckich restauracji i sklepów. Koreańczycy, nie budząc podejrzeń, mogli wynajmować mieszkania,
udając zwykłych etatowych pracowników.
Kim nie miał dokumentów, a wszystkie tożsamości, których dotychczas
używał, były spalone. Jeden z jego dawnych podopiecznych znalazł mu
lokum. Mimo wszystko Kim starał się nie rzucać w oczy, wychodził tylko w nocy. Cały czas próbował namierzyć Karola Koppela, ale nigdzie nie mógł
trafić na żaden ślad. I to właśnie było przyczyną jego głębokiej
frustracji.
Jeden z młodych, wysłany do Warszawy, zainstalował na telefonie Tomasza
Szczerca program szpiegujący. Od miesiąca Kim nasłuchiwał wszystkich
jego rozmów. Niestety ani jedno słowo nie wskazywało na kontakt z Karolem. Raz tylko usłyszał, jak Tomasz zwierza się Oldze Weiss, że
niepokoi się o siostrzeńca. To nie pocieszyło Kima.
Nabrał powietrza, napełniając przeponę i płuca, po czym powoli wypuścił
je ustami. Po szóstym wdechu myśli się uspokoiły. Zapadał w świetlistą
mgłę, obserwując, jak rozedrgany chaos zamarza w krystaliczną strukturę.
Kontynuował ćwiczenie, aż z jego ust dobył się niski, gardłowy,
przeciągły dźwięk: Ommmmmmm... Po półgodzinie otworzył oczy, przepełniony
dziwnym spokojem, jakby przeczuwał, że za chwilę zbliży się do
rozwiązania. Wstał i poszedł pod prysznic. Chłodna woda go orzeźwiła,
przyspieszając krążenie. W tym momencie usłyszał sygnał z komputera
informujący o uruchomieniu mikrofonu w telefonie Szczerca. Nie spieszył
się. Wiedział, że wszystko jest nagrywane, a prawdę mówiąc, nie
spodziewał się żadnych rewelacji. Usiadł przed komputerem i już miał
włączyć odsłuch, gdy jego specjalnie zabezpieczony telefon
zasygnalizował szyfrowaną wiadomość od kapitana Parka.
Dziękuję Partii, że mogę przekazać ci to polecenie. Od tej chwili
przewodzisz grupie towarzyszy informatyków w Polsce. Waszym zadaniem
jest wzmocnienie działań i potrojenie pozyskiwania zasobów finansowych.
Życzę ci, towarzyszu Kimie, abyś zawsze podążał drogą rewolucji.
Kim szeroko otworzył oczy i ponownie przeczytał przekaz, który za minutę
miał zniknąć. Czyżby młodzi towarzysze przestali sobie radzić? Poczuł,
że go doceniono, powierzając mu tak odpowiedzialne zadanie, a jednocześnie zalała go fala radości, która mogła wyrwać go z beznadziei.
Miał już dość siedzenia w czterech ścianach. Szybko napisał do nowego
zespołu, żeby spodziewali się go o dziesiątej wieczorem i byli gotowi do
złożenia raportu. Uśmiechając się w duchu, włączył nagranie ostatniej
rozmowy Tomasza Szczerca.
Dźwięk był bardzo wyraźny, zakłócany jedynie lekkim szumem silnika
samochodowego. Tomasz rozmawiał z Olgą o jakimś wydarzeniu muzycznym.
Kim już miał wyłączyć odsłuch, gdy nagle wychwycił coś, co sprawiło, że
jego palce zawisły nad klawiaturą. Cofnął nagranie o minutę i podkręcił
głośność.
- ...na szczęście ty siedzisz w pierwszym rzędzie i masz mi przez cały
czas słać dobre myśli i pozytywną energię.
- Na to zawsze możesz liczyć, a przecież będzie nas więcej. Joanna, Ewa
i Zygmunt obiecali, że przyjadą.
- To dobrze... Ciekawe, co słychać u Friszera i Dzik. Ostatnio odniosłam
wrażenie, że mają się ku sobie.
Rozmowa ucichła. Kim oparł się na krześle i splótł dłonie na karku.
Czyżby zbliżał się do przełomu? W końcu w otoczeniu Tomasza pojawił się
ktoś nowy... Zygmunt Friszer! Kapitan ABW, który prowadził sprawę Karola
Koppela. Że też nie przyszło mu do głowy, żeby spróbować go namierzyć!
Zacisnął zęby, zły na siebie za tak oczywisty błąd. Los podsunął mu
jednak cień szansy. Już wiedział, że cały dzień spędzi na nasłuchu.
Po godzinie telefon Szczerca ponownie zaczął nadawać. Po dwóch godzinach
ciszy mecenas witał się z kimś na ulicy: byli to Friszer i Dzik. Kim
wytężył słuch, ale do jego uszu docierała jedynie ożywiona rozmowa o daniu z królika. Po dłuższej chwili głos Tomasza ponownie przebił się
przez szum restauracji.
- No oczywiście koncert Olgi to wielkie wydarzenie, ale tak naprawdę
martwię się milczeniem Karola. Od dwóch miesięcy nie daje znaku życia.
Boję się, że znowu w coś się wpakował.
- Karol jest w bezpiecznym miejscu - odezwał się Zygmunt Friszer.
- Co pan mówi? Wie pan, gdzie on jest? Panie Zygmuncie!
- Wiem, ale nie mogę zdradzić szczegółów. Jak powiedziałem, jest
bezpieczny. Nie musi się pan martwić, panie Tomaszu. I niech pan
zapomni, że usłyszał o tym ode mnie.
Głośnik komputera zamilkł. Kim niespokojnie wiercił się na swoim
miejscu. Wreszcie coś! Informacja, którą mimochodem przekazał Friszer,
będzie kluczem do odnalezienia Karola. Z radości klepnął się w udo, lecz
zaraz zmarkotniał, uświadomiwszy sobie, że bezpieczne miejsce, o którym
wspomniał oficer ABW, może znajdować się wszędzie... Udał się do
niewielkiej kuchenki w korytarzu, nalał wody do szklanki, wypił duszkiem
i otarł usta dłonią.
Cholera! - pomyślał. Może trzeba będzie śledzić ruchy Friszera.
Zdał sobie sprawę, że najlepszą metodą będzie wyjście z dziupli i dotarcie do Warszawy. Nie podobał mu się ten pomysł.
Nagle głośnik komputera ponownie ożył. Kim rzucił się w jego stronę i pochylił nad ekranem.
- Hej, martwiłem się, że nie przyjedziesz - usłyszał głos Szczerca.
- Odwiedzałam koleżanki we Wrocławiu. Jechałam do Żar z przesiadką w Legnicy. Oczywiście pociąg musiał zaliczyć opóźnienie, ale jestem -
odpowiedział kobiecy głos.
- Świetnie. Jeśli nie masz innych planów, jutro możesz wrócić z nami.
- Dzięki, właśnie o to chciałam spytać. Spotkałeś Friszera i Dzik?
- Byliśmy na obiedzie. Friszer trochę wypił i... puścił parę o Karolu.
Wie, gdzie on jest. Mówi, że w bezpiecznym miejscu.
- Zdaje mi się, że wiem, co miał na myśli. Jeśli się nie mylę, chodzi o ośrodek ABW. Ma rację: mysz się tam nie prześlizgnie.
Rozmowa się urwała.
Kim stanął w rozkroku, zwinięte pięści oparł na biodrach. W rozchylonym
szlafroku czuł się jak superbohater wezwany na ostateczną misję. O ośrodku ABW uczono go, zanim po raz pierwszy przyjechał do Polski.
Zapamiętał jego plany zdobyte przez wywiad Najwyższego Przywódcy; znał
na pamięć najsłabsze punkty zabezpieczeń. Miały mu posłużyć nie do
ucieczki, lecz do wtargnięcia. Odnosił wrażenie, że stary bawełniany
szlafrok faluje niczym peleryna w podmuchach wiatru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki