Akademia Tańca. Akademia Tańca. Starsza siostra - Aniela Cholewińska-Szkolik

Kup ebooka

16.99 zł
12.08 zł (11,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ulica to­nęła w słońcu, a traw­niki zmie­niły się w mo­rze zło­ci­stych mnisz­ków. Zuza uwiel­biała ten wi­dok. Ozna­czał, że wio­sna roz­go­ściła się na do­bre. Od te­raz można było mieć pew­ność, że nie wrócą przy­mrozki i ziemi już nie przy­kryje gruba war­stwa śniegu. Za­wsze gdy za­uwa­żały z Magdą pierw­sze mniszki, urzą­dzały so­bie swój pierw­szy dzień wio­sny. Szły nad rzekę, plo­tły zło­ci­ste wianki, a po­tem go­dzi­nami roz­ma­wiały, chru­piąc mio­dowe cia­steczka upie­czone spe­cjal­nie na tę oka­zję. Co roku świę­to­wały tak samo, cie­sząc się, że mają swój pry­watny ry­tuał. Hm... a wła­ści­wie miały, bo w tym roku wszystko było ina­czej...

- Ech... - wes­tchnęła Zuza i zre­zy­gno­wana przy­sia­dła na ławce sto­ją­cej przy osie­dlo­wym placu za­baw.

Jej wzrok po­wę­dro­wał po wy­so­kich ścia­nach blo­ków i za­par­ko­wa­nych pod nimi sa­mo­cho­dach. Cały czas nie mo­gła się przy­zwy­czaić do ich liczby oraz tłu­mów spo­ty­ka­nych na uli­cach. Tu­taj wciąż pa­no­wały ruch, chaos i gwar. Ktoś prze­cho­dził, roz­ma­wiał, wjeż­dżał i wy­jeż­dżał, wy­pro­wa­dzał psa na spa­cer, dzieci pę­dziły na ro­wer­kach bie­go­wych, a z placu za­baw do­cie­rały nie­ustanne pi­ski, śmie­chy, na­wo­ły­wa­nia.

Zuza przy­mknęła na chwilę oczy, pró­bu­jąc się od­ciąć od miej­skiego ha­łasu. Wy­sta­wiła twarz do słońca i we wspo­mnie­niach wró­ciła do ro­dzin­nej Ka­mionki. Te­raz za­pewne sie­dzia­łaby z Magdą w ogro­dzie i cie­szy­łyby się nad­cho­dzą­cym week­en­dem. Nikt by nie ha­ła­so­wał, co naj­wy­żej sły­chać by było świer­got pta­ków i bzy­cze­nie os krę­cą­cych się wo­kół kwit­ną­cych mi­ra­be­lek. Och, Zuza tak wiele by dała, żeby móc te­raz tam być... Nie­stety, od ty­go­dnia miesz­kała w zu­peł­nie in­nym, ob­cym miej­scu i trudno było jej zna­leźć tu­taj coś, co ją cie­szyło. Nie miała obok sie­bie przy­ja­ciółki, ko­le­ża­nek z gim­na­styki oraz sym­pa­tycz­nej pani Kasi pro­wa­dzą­cej za­ję­cia, sta­rej, ale zna­nej szkoły i ab­so­lut­nie nie wie­działa, gdzie pójść, aby ze­brać my­śli i na spo­koj­nie się nad wszyst­kim za­sta­no­wić. A prze­cież miała o czym my­śleć: nowi ko­le­dzy, nowe...

Z roz­my­ślań wy­rwał ją dźwięk wia­do­mo­ści.

Wy­cią­gnęła te­le­fon i szybko zer­k­nęła na wy­świe­tlacz. Na zdję­ciu pię­trzyła się góra na­le­śni­ków po­la­nych mu­sem owo­co­wym, a na­pis pod spodem gło­sił: "Cze­kamy, ale nie do końca świata".

Dziew­czynka ze­rwała się z miej­sca, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać łzy gro­ma­dzące się pod jej po­wie­kami. Mama miała ja­kiś szó­sty zmysł, za­wsze wie­działa, kiedy się ode­zwać, aby po­wstrzy­mać ogar­nia­jącą ją falę roz­pa­czy. Poza tym po­tra­fiła do­sko­nale od­gad­nąć, na co Zuza miała naj­więk­szy ape­tyt. Na­le­śniki były do­kład­nie tym, co mo­gło po­pra­wić jej hu­mor. Oby tylko kilka dla niej zo­stało! Szyb­kim kro­kiem ru­szyła do bloku.

Gdy tylko otwo­rzyła drzwi miesz­ka­nia, od progu po­wi­tały ją dwie młod­sze sio­stry.

- Zuzi! Zuzi! - za­wo­łały i rzu­ciły jej się na szyję, ob­sy­pu­jąc ją słod­kimi od musu po­ca­łun­kami.

- Mama zro­biła na­le­śniki - wy­szep­tała jej do ucha czte­ro­let­nia Ja­goda.

- Z mu­sem tru­skaw­ko­wym - do­dała kon­spi­ra­cyj­nie bliź­niaczka Ma­lina.

- Chyba do­bre? - za­py­tała ze śmie­chem Zu­zia, szybko ścią­ga­jąc trampki. - Zo­sta­wi­ły­ście coś dla mnie?

- Spo­koj­nie. - Z kuchni wy­chy­liła się pani Ju­dyta z bu­rzą czar­nych lo­ków nie­dbale zwią­za­nych w wę­zeł. - Nie po­zwo­li­łam tym ła­kom­czusz­kom jeść, do­póki nie wró­cisz.

- Chyba nie po­słu­chały... - wy­ra­ziła wąt­pli­wość Zu­zia, kry­tycz­nie spo­glą­da­jąc na umo­ru­sane bu­zie bliź­nia­czek.

- Mu­siały ko­niecz­nie spró­bo­wać musu babci Ewy - wy­ja­śniła mama i za­raz mru­gnęła po­ro­zu­mie­waw­czo do naj­star­szej córki. - Zu­peł­nie jakby go setki razy nie ja­dły...

- Nie ja­dły­śmy - za­pew­niła ży­wio­łowo Ma­lina.

- Ni­gdy w ży­ciu - do­dała rów­nie po­waż­nie Ja­goda.

Pani Ju­dyta i Zuza tylko spoj­rzały na sie­bie ze zro­zu­mie­niem, a po­tem za­brały się ra­zem za na­kry­wa­nie do stołu. Chwilę póź­niej we cztery usia­dły do słod­kiej uczty.

- Py­cha. Dzię­kuję... - oznaj­miła po kilku mi­nu­tach Zu­zia, od­kła­da­jąc sztućce. Na jej ko­lana za­raz wdra­pała się Ma­lina, aby po­ba­wić się dłu­gimi wło­sami sio­stry. - Chyba przez rok się nie ru­szę.

- O nie, ko­cha­nie, tyle czasu to my nie mamy. - Mama się ro­ze­śmiała. - W ten week­end mu­simy się wresz­cie roz­pa­ko­wać. - Zer­k­nęła na pu­dła sto­jące pod oknem. - Za­czniemy jesz­cze dziś od kuchni.

- Mmm - mruk­nęła Zuza, wy­cie­ra­jąc z po­liczka mus, któ­rym umo­ru­sała ją młod­sza sio­stra. - Czy mnie się kleją włosy?

- Fry­zjer za­raz się tym zaj­mie - za­pew­niła z po­wagą dziew­czynka.

- Nie je­stem pewna, czy mam na to ochotę - od­parła Zuza.

- Masz! - za­wo­łały na­tych­miast obie sio­stry.

Ja­goda po­bie­gła do ła­zienki po szczotkę i ko­szy­czek ze spin­kami.

- W ta­kim ra­zie te­raz fry­zjer i mała kawka - oznaj­miła we­soło pani Ju­dyta, zbie­ra­jąc ta­le­rze ze stołu. - A po­tem, Zu­zik, po­mo­żesz mi z pu­dłami. I nie ma­rudź - za­strze­gła od razu, pusz­cza­jąc oko do naj­star­szej córki. - Przy­naj­mniej bę­dziesz to ro­bić w no­wej fry­zu­rze. Nowa fry­zura, nowe miesz­ka­nie, nowa ty. Mogę ci tylko po­zaz­dro­ścić.

- Szcze­rze mó­wiąc, na ra­zie mam dość no­wo­ści - wy­znała Zuza, ła­piąc się za włosy i pró­bu­jąc uchro­nić je przed cał­ko­wi­tym wy­rwa­niem. - Ała! Wo­la­ła­bym moją starą fry­zurę, przy­naj­mniej nie by­ła­bym łysa. A zresztą, co tam włosy... - Roz­ża­le­nie wró­ciło do niej wzmo­żoną falą. - Na­wet bez wło­sów wo­la­ła­bym być znów w na­szym sta­rym...

Na­gle za­mil­kła za­wsty­dzona, gdy spoj­rzała na mamę od­wró­coną do niej ple­cami.

Pani Ju­dyta znie­ru­cho­miała z ły­żeczką kawy unie­sioną nad kub­kiem. Zuza nie wi­działa jej twa­rzy, ale do­my­ślała się, że ma smutne spoj­rze­nie, ja­kie to­wa­rzy­szyło jej przez ostat­nie ty­go­dnie przed prze­pro­wadzką. Ko­bieta trwała w bez­ru­chu do chwili, gdy za­go­to­wała się woda. Wtedy przy­go­to­wała kawę, po­sta­wiła ku­bek na stole i wzdy­cha­jąc, usia­dła na­prze­ciwko Zuzi.

- Nie po­doba ci się tu­taj - bar­dziej stwier­dziła, niż za­py­tała.

Zuza mil­czała. Nie chciała za­smu­cić mamy wy­zna­niem, że od ty­go­dnia ma­rzy tylko o po­wro­cie do Ka­mionki, że nie znosi no­wej szkoły, w no­wym miesz­ka­niu czuje się wciąż obco, mia­sto ją prze­raża i tę­skni za Magdą. Jed­nak wie­działa, że uda­wa­nie en­tu­zja­zmu też nie miało sensu, bo mama wy­czu­wała kłam­stwo na ki­lo­metr.

- Ja też nie mogę się tu od­na­leźć - wy­znała wtedy pani Ju­dyta. - Ale na­prawdę nie mia­ły­śmy in­nego wyj­ścia. Nie mo­gły­śmy dłu­żej zo­stać w Ka­mionce. Nie po tym wszyst­kim. - Zer­k­nęła ukrad­kiem na bliź­niaczki, nie chcąc mó­wić wię­cej. - I tak do­brze, że pra­cuję z domu, więc nie ma zna­cze­nia, gdzie miesz­kamy. Naj­waż­niej­sze, że­by­śmy mo­gły być ra­zem, prawda? - Zuza prze­łknęła łzy zbie­ra­jące się pod po­wie­kami i po­ki­wała głową. Mama po­gła­skała ją po dłoni i mó­wiła da­lej: - Ro­zu­miem, że jest ci trudno, ale zo­ba­czysz, to tylko po­czątki. Dajmy so­bie tro­chę czasu. Je­stem pewna, że za mie­siąc za­do­mo­wisz się na do­bre. Na pewno z kimś się za­przy­jaź­nisz, a mia­sto bę­dziesz znała jak wła­sną kie­szeń. Bę­dziesz wtedy moją prze­wod­niczką, bo ja wciąż się gu­bię na na­szym osie­dlu. - Uśmiech­nęła się. - Tylko małe ko­rzy­stają, bo przez moje ga­pio­stwo wciąż od­kry­wamy nowe place za­baw. Ale cóż zro­bić - wes­tchnęła - całe ży­cie miesz­ka­łam na wsi i to na ta­kiej na­prawdę za­bi­tej de­chami. Z jedną ulicą i dwoma do­mami...

- Nie mia­łaś okien? - za­cie­ka­wiła się Ja­goda, prze­ry­wa­jąc upi­na­nie na gło­wie sio­stry ga­łązki bzu wy­ję­tej z wa­zo­nika.

- Okien? - zdzi­wiła się mama. - Mia­łam. A dla­czego mia­ła­bym nie mieć?

- Za­bita de­chami ozna­cza miej­sce gdzieś na od­lu­dziu - wy­ja­śniła Zuza i się ro­ze­śmiała, ukrad­kiem ocie­ra­jąc łzy. - Czyli bar­dzo mała. Mama miesz­kała w ta­kiej wio­sce, gdy miała tyle lat co wy. Ale okna w domu miała.

- To do­brze - stwier­dziła za­do­wo­lona Ja­goda i wró­ciła do swo­jego za­ję­cia.

- To bar­dzo do­brze. - Pani Ju­dyta się ro­ze­śmiała. - Wi­dzisz, ja za­wsze będę za wami w tyle, ale ty świet­nie so­bie po­ra­dzisz. Po pro­stu na ra­zie spró­bujmy się sku­pić na tym, co tu jest fajne. Ja na przy­kład cie­szę się, że mamy wszę­dzie bli­sko. Nie mu­simy po­le­gać na au­to­bu­sach, które jeź­dziły, jak chciały. Przy­naj­mniej nie bę­dziesz się spóź­niać do szkoły i na gim­na­stykę.

- Ale ja już nie cho­dzę na gim­na­stykę, mamo - za­uwa­żyła z ża­lem Zu­zia.

- O wi­dzisz! - przy­po­mniała so­bie na­gle pani Ju­dyta. Ze­rwała się z miej­sca i po­bie­gła do przed­po­koju. Po chwili wró­ciła z to­rebką, z któ­rej wy­cią­gnęła nie­wielką ko­lo­rową ulotkę. - Od razu po­win­nam ci o tym po­wie­dzieć! Za­pi­sa­łam cię - oznaj­miła ra­do­śnie i po­ka­zała bro­szurę córce.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki