Prolog: Ciotka Win
Win, wiek: dziewięćdziesiąt siedem lat Przyczyna śmierci: życie
Mam dla was złą wiadomość - umrzecie. Ja też umrę. Wszyscy umrzemy. Steve Jobs powiedział kiedyś, że "śmierć jest najlepszym wynalazkiem życia". Życie wieczne nie byłoby żadnym życiem. Są jednak ludzie, którzy poznali i jedną, i drugą stronę. Zajrzeli w ciemność, a potem powrócili, aby żyć na nowo. Należą oni do elitarnego klubu zaledwie sześciu procent osób, którym udało się przeżyć nagłe zatrzymanie krążenia, a więc ich serce przestało bić, ale potem znów zaczęło pracować[1]. Czy możemy się czegoś od nich nauczyć? Życie pędzi naprzód, ale łatwiej je zrozumieć z pewnej perspektywy, zacznijmy zatem nie od początku, lecz od końca.
Nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w pogrzebie w dniu własnych urodzin. I nie był to zresztą ostatni raz. Po śmierci ciotki Win wiele miało się w moim życiu zmienić, wypaczyć i przeobrazić. Zagubiłem się, a potem odnalazłem dzięki zebranym w tej książce radom, jakie otrzymałem od osób, które otarły się o śmierć. Pięć lat później, również w dniu swoich urodzin, po raz drugi byłem na pogrzebie, który nauczył mnie lepiej żyć.
Ciotka Win zmarła w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat. Wiodła wspaniałe życie, więc jej pożegnanie niekoniecznie musiało być smutne. I pod wieloma względami takie nie było. Tradycja i normy kulturowe narzucają pogrzebom ton powagi i skupiają się raczej na stracie niż schedzie po zmarłym. W dniu pochówku niebo było pochmurne, niemal grafitowe, jakby natura również chciała dołączyć do orszaku odzianych w ciężkie wełniane płaszcze żałobników, którzy szczelnie owinęli ściśnięte gardła ciepłymi szalikami. Bezlistne drzewa wyciągnęły swe kościste ramiona ku niebu i przyglądały się wszystkiemu w milczeniu. Jako jeden z sześciu niosłem trumnę Win na ramieniu, a pod moimi wypolerowanymi butami szeleściła zmarznięta trawa, wyznaczając rytm, w jaki należało się poruszać. Złożyliśmy ją w pachnącym kadzidłem kościele z ciosanego kamienia, w którym na chwilę schroniła się przed zimną, wilgotną ziemią. Kiedy później opuszczano trumnę, zaczęło mżyć. Wiatr niósł szept ostatnich pożegnań - żal mieszał się z przejmującą świadomością tego, jak kruche jest piękno ludzkiego życia. Aby zerwać z tradycją i rozproszyć smutek, odczytałem mowę pogrzebową, którą przygotowałem w postaci listu:
Kochana Ciociu Win,
Nigdy wcześniej nie pisałem do zmarłych, ale ta forma wypowiedzi wydała mi się wyjątkowo odpowiednia. Początkowo chciałem napisać coś o Tobie, potem jednak uznałem, że może napiszę do Ciebie? Ten list nie jest tylko ode mnie, lecz także od wszystkich tu obecnych - chcemy Ci w ten sposób podziękować, zwrócić się do Ciebie i się z Tobą pożegnać.
Dziewięćdziesiąt siedem lat to szmat czasu - pięć tysięcy czterdzieści cztery soboty i leniwe niedziele, tysiąc sto sześćdziesiąt cztery pełnie Księżyca i sześć zaćmień Słońca. Siedem razy zmieniałaś dom, pięć razy miejsce pracy i dwukrotnie przyjęłaś oświadczyny. Twoje serce wykonało trzy miliardy uderzeń.
W Twojej historii nie liczy się jednak wyłącznie to, jak długo trwała, ale także wszystko, co zdołałaś zobaczyć, usłyszeć, powiedzieć i przeżyć.
Za Twojego życia powstało BBC, kobietom powyżej dwudziestu jeden lat przyznano prawa wyborcze, wynaleziono penicylinę, umarł król, drugi abdykował, wybrano nowego, a potem królową, była wojna i niemieckie naloty bombowe, krajem rządził Churchill, nastąpiło lądowanie aliantów w Normandii i Dzień Zwycięstwa, utworzono publiczną ochronę zdrowia, w Londynie odbyły się igrzyska olimpijskie, odkryto DNA, Anglia wygrała mistrzostwa świata w piłce nożnej, ludzie oszaleli na punkcie Beatlesów i latali Concorde'ami, pożegnano się z szylingiem, dołączyliśmy do Unii Europejskiej, a potem z niej wyszliśmy, powstał internet i telefony komórkowe, zmieniali się prezydenci i premierzy, w świecie muzyki i filmu pojawiały się, a potem znikały kolejne gwiazdy, a ty wciąż byłaś na posterunku.
Twoje życie trwało długo i zdołałaś wiele zobaczyć, usłyszeć, powiedzieć i przeżyć. Ale w twojej historii liczy się coś jeszcze - kim byłaś lub nadal jesteś:
córką,
siostrą,
bratanicą i siostrzenicą,
ciocią,
pracowniczką farmy,
dla niektórych drugą matką,
opoką,
powierniczką,
bywalczynią cmentarza,
źródłem dumy, mądrości i inspiracji,
tancerką, sekretarką, bohaterką wojenną,
konspiratorką wytyczającą na mapach cele ataków,
nadawczynią setek kartek bożonarodzeniowych każdego roku,
przyjaciółką dla tak wielu,
niezmordowaną dostarczycielką ciastek i batoników KitKat,
a dla mnie po prostu ciocią Win,
kochaną przez wszystkich - wczoraj, dziś i zawsze.
Twoi
przyjaciele, rodzina i wszyscy szczęściarze, którym dane było Cię poznać.
PS Odpisz nam, jeśli możesz.
Mam wrażenie, że to pomogło. Wybrzmiewa ostatni dźwięk organów i nastrój wyczuwalnie się zmienia. Powagę zastępuje poczucie braterstwa. Znad grobu żałobnicy udają się do domu Win. Towarzystwo daje poczucie ciepła i otuchy. Atmosfera staje się lżejsza, słychać szum rozmów i pobrzękiwanie filiżanek. W powietrzu nie unosi się już wilgotny kościelny zapach, lecz aromat świeżo upieczonych bułeczek i wina.
Na stole ustawiono oprawione w ramkę zdjęcie Win uwieczniające jedną z radosnych chwil jej długiego, szczęśliwego życia. Wokół zbierają się żałobnicy, wskazują je palcem i pełnym czułości oraz nostalgii głosem dzielą się wspomnieniami. W tle słychać ulubione walijskie hymny Win. Dzieci bawią się cicho po kątach. Wspomnienia i śmiech przenikają się nawzajem, niczym jednocząca wszystkich, niewidzialna wstęga sięgająca samej Win. Po chwili następuje wymiana gestów będących milczącą obietnicą przechowywania pamięci o zmarłej - uściski i potrząśnięcia dłoni. Padają słowa: "Musimy się wkrótce zobaczyć", choć wszyscy wiedzą, że następną okazją może być ich własny pogrzeb.
Gości jest coraz mniej, zgiełk powoli zastępuje poczucie, że coś się skończyło. Ludzie rozchodzą się do domów, pocieszając się myślą, że piękno i kruchość życia najlepiej uhonorować, otaczając troską tych, którzy jeszcze z nami są. To był cudowny dzień. Nagle uderza mnie myśl, że Win bardzo by się to wszystko spodobało - muzyka, ludzie, jedzenie, czytania... Dobrze by się bawiła, gdyby mogła być na własnym pogrzebie.
Od ponad dwudziestu lat pracuję jako lekarz intensywnej opieki medycznej i zajmuję się pacjentami błądzącymi w gęstej mgle, stąpającymi ostrożnie pomiędzy życiem i śmiercią.
Lekarz intensywnej opieki medycznej:
intensywista, lekarz zapewniający specjalistyczną opiekę pacjentom w stanie krytycznym, specjalista intensywnej opieki medycznej, specjalista intensywnej terapii, specjalista resuscytacji, a równocześnie po prostu zwykły człowiek wykonujący swoją pracę.
Choć jedna osoba na pięć spośród nas zdaje sobie sprawę, że ostatecznie umrze na oddziale intensywnej terapii[2], wielu nie będzie nawet wiedzieć, co to takiego. Oddział intensywnej opieki medycznej (OIOM, OIT) to przestrzeń, w której to, co niezwykłe, staje się rutyną, życie nieustannie balansuje na krawędzi, a każda minuta to walka z czasem. Z drugiej strony jest to całkiem zwyczajne miejsce - personel przychodzi tu do pracy, pije herbatę, wychodzi na przerwy obiadowe, drukarki przestają działać, a spłuczki w toaletach przeciekają. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że zwykli ludzie dzięki zwykłym przedmiotom dokonują tam rzeczy niezwykłych. OIOM to mikrokosmos życia, w przyspieszeniu.
W latach czterdziestych, kiedy urodził się mój tata, oddziały intensywnej opieki medycznej właściwie nie istniały. Dopiero podczas globalnej epidemii wirusa polio w 1952 roku lekarz Bj?rn Ibsen włożył rurkę do tchawicy dwunastoletniej dziewczynki o imieniu Vivi, dając podwaliny współczesnej intensywnej terapii. Niemniej, jak to zwykle bywa, to nie zabiegi, sprzęt czy leki czynią OIOM-y wyjątkowymi, lecz pracujący w nich ludzie. Vivi przeżyła dzięki zespołowi tysiąca pięciuset studentów medycyny, którzy całymi godzinami, dniami, tygodniami i miesiącami na zmianę ściskali podłączony do rurki dotchawiczej worek. To dzięki tym ludziom dziewczynka mogła opuścić szpital, dojrzeć, zakochać się i podróżować. Prawie siedemdziesiąt lat później, wskutek kolejnej globalnej epidemii, pracownicy OIOM-ów doczekali się wreszcie osobnej nazwy w Oxford English Dictionary - intensywistów. Jestem więc "pracownikiem medycznym specjalizującym się w intensywnej terapii". Ale też zwykłym człowiekiem pracującym we wspaniałym miejscu, ze wspaniałym zespołem.
Pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę na oddziale intensywnej terapii, jest symfonia dźwięków i szumu skomplikowanej aparatury - respiratorów, pomp infuzyjnych, sprzętu do dializy i monitorów, które niczym orkiestra synchronizują swoją pracę, aby utrzymać pacjenta przy życiu. Łóżka nie są tu bynajmniej miejscami odpoczynku, lecz centrum podwyższonej aktywności - otacza je supernowoczesny sprzęt, a co najważniejsze dogląda ich nieustannie specjalny pielęgniarz lub pielęgniarka. Ci niedoceniani bohaterowie świadczą całodobową opiekę, skrupulatnie monitorując każde uderzenie serca i każdy oddech.
Pacjenci oddziałów intensywnej terapii to najbardziej chore osoby w szpitalu, walczące z niewydolnością narządów wewnętrznych - płuc, które przestały oddychać, słabnących serc lub nerek, które nie filtrują krwi. Przyczyny tego stanu rzeczy bywają różne - od poważnych zakażeń i powikłań pooperacyjnych, po ciężkie urazy i choroby, w których organizm atakuje sam siebie. Trudno się więc dziwić, że czasem tracę rezon, kiedy muszę sobie natychmiast przypomnieć wszystkie z możliwych trzynastu tysięcy procedur diagnostycznych, sześciu tysięcy dostępnych leków i czterech tysięcy zabiegów chirurgicznych. Staram się wtedy równoważyć logiczne podejście naukowe z nieodzownym pierwiastkiem ludzkim, czyli nie myśleć trzewiami i nie srać mózgiem.
Oddziały intensywnej terapii są też tyglem innowacji. Czerpiąc z rozwiązań stosowanych w lotnictwie i kognitywistyce, posługujemy się listami kontrolnymi i technikami zarządzania zasobami, aby zminimalizować ryzyko błędu i zwiększyć bezpieczeństwo pacjentów. Dzięki tym strategiom, mimo panującego zamieszania, każdy pacjent może liczyć na najwyższy standard opieki, precyzyjnie dopasowany do jego indywidualnych potrzeb.
Wszystko ma jednak swoją cenę. Jedna noc na oddziale intensywnej terapii może kosztować nawet trzy tysiące funtów. Ale przynosi to realne skutki. OIOM-y ratują ludzkie życie. Dzięki coraz lepszym rozwiązaniom systemowym, wykształceniu i sprzętowi oraz leczeniu opartemu na dowodach naukowych średni odsetek przypadków śmiertelnych wśród poważnie chorych sukcesywnie spada. Obecnie na całym świecie każdego roku na oddziały intensywnej terapii trafia trzydzieści milionów pacjentów, z czego dwadzieścia cztery miliony przeżywają. Licząc od pierwszej pacjentki, można więc oszacować, że na OIT-ach uratowano dotąd około pół miliarda ludzi.
Oprócz kosztów, technologii i procedur na każdym oddziale intensywnej opieki medycznej najbardziej liczy się jednak emocjonalny i etyczny wymiar życia. Zdolność zdrowienia współistnieje tam z kruchością ludzkiej egzystencji, każde zwycięstwo zdobywa się z trudem, a każdą stratę mocno przeżywa. Pracujący tu personel działa w warunkach bezustannego kryzysu, musi się więc wykazać niesłychaną odpornością, empatią i moralną odwagą, aby móc wspierać pacjentów i ich rodziny w najtrudniejszych chwilach. Nie jesteśmy jednak tylko po to, aby ratować ludzkie życie. Naszym zadaniem jest także walka o godną śmierć. Odgrywamy ogromną rolę w każdym z czterech na pięciu przypadków, w których chorzy przeżywają pobyt na OIOM-ie, ale zajmujemy się też tym jednym na pięciu pacjentów, któremu się to niestety nie udaje.
W swojej karierze spotkałem już setki osób, których serce przestało pracować i umarły, potem jednak, wskutek resuscytacji, odzyskały życie. Po pogrzebie ciotki Win, podczas dłużących się dni i podejrzanie szybko mijających lat, zacząłem zdawać sobie sprawę, że zamiast liderów biznesu czy influencerów z mediów społecznościowych powinniśmy raczej słuchać ludzi, którzy przeżyli swoje niezapowiedziane spotkanie ze śmiercią. To oni najlepiej wiedzą, co tak naprawdę się liczy.
Zacząłem więc po pogrzebie Win kolekcjonować słowa i myśli tych pacjentów, a także odpowiedzi, jakich udzielili mi na trudne pytania. Zapisywałem te "podszepty życia" w małym czerwonym notatniku, który zawsze noszę przy sobie w pracy. Z niejedną z tych rad wszyscy się już kiedyś zetknęliśmy - czy to w wierszach lub tekstach piosenek, czy w słowach ukochanych osób. Kiedy jednak dotykamy kresu życia i konfrontujemy się z własną śmiertelnością, te podszepty stają się głośniejsze. Dopiero wtedy wybrzmiewają z pełną mocą. Bo życie łatwiej zrozumieć z perspektywy czasu, choć toczy się naprzód. Każdego roku jedna na sto osób umiera[3], nie ma więc chyba lepszego momentu, żeby wsłuchać się w te podszepty, niż teraz, kiedy nadal jesteśmy w gronie tych dziewięćdziesięciu dziewięciu szczęśliwców, którzy wciąż żyją.
Chciałbym się z wami podzielić radami udzielonymi mi przez pacjentów, którymi się opiekowałem i z których każdy zmarł w inny sposób. Opowiem o dwóch przyjaciołach rażonych piorunem, o kobiecie, która straciła serce, i o wędkarzu, którego zabrało morze, a także o zamarzniętym alpiniście i lekarzu z niewydolnością serca. Najpierw zapoznamy się z nimi w ich pierwszym życiu, przyjrzymy się ich śmierci i dowiemy się, w jaki sposób zostali ocaleni, a następnie zobaczymy ich w drugim akcie. Sprawdzimy, jak się zmienili i czego możemy się od nich nauczyć, aby lepiej wykorzystać czas, który nam pozostał na tej małej, niebieskiej plamce zwanej Ziemią. Zmarli nie doceniają własnego pogrzebu, a żywi czasem marnują swoje życie.
1 Ten wynik różni się w zależności od kraju, analizowanych danych i tego, jak zdefiniujemy termin "bez szwanku". Przedstawione dane pochodzą z najnowszych statystyk Stevena C. Brooksa, Garetha R. Clegga, Janet Bray, Charlesa D. Deakina, Gavina D. Perkinsa, Mattiasa Ringha, Christophera M. Smitha i in. przedstawionych w artykule Optimizing Outcomes After Out-of-Hospital Cardiac Arrest With Innovative Approaches to Public-Access Defibrillation: A Scientific Statement From the International Liaison Committee on Resuscitation, w: "Circulation" 2022, nr 13, t. 145, dostępny w internecie: doi.org/10.1161/CIR.0000000000001013. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autora).
2 W Wielkiej Brytanii funkcjonuje intensive care unit (ICU) - w Polsce często rozróżnia się oddziały intensywnej terapii i oddziały intensywnej opieki medycznej (przyp. red.).
3 Według The World Factbook, corocznej publikacji Centralnej Agencji Wywiadowczej USA, dane te różnią się i wynoszą rocznie od prawie dziewiętnastu na każdy tysiąc osób w Ukrainie do zaledwie jednej na tysiąc w Katarze.