Prolog. Kwiecień 1946
Prolog
Kwiecień 1946
Wszędzie stoją dziecięce łóżeczka. Wypełniają salę z drewnianą podłogą,
z każdego spoglądają wielkie, szeroko otwarte oczy. Nie ma w nich
nadziei, dzieci są na to za małe, ale i tak widać w nich jakąś tęsknotę,
która wnika we mnie głęboko i porusza czułą strunę. Nie tyle w sercu, co
głębiej - w samym łonie. Minął szmat czasu, od kiedy nosiłam w sobie
dziecko, ale tego uczucia chyba nigdy się nie zapomina. Może każde
maleństwo, które wydałam na ten świat, pozostawiło we mnie jakąś
cząsteczkę siebie, strzęp pępowiny, i dlatego na widok szeroko
rozwartych dziecięcych oczu zawsze będzie mi topnieć serce. I może każde
maleństwo, któremu pomogłam przyjść na świat w mojej
dwudziestosiedmioletniej praktyce akuszerki, wpłynęło na mnie w taki sam
sposób.
Robię kilka kroków, kierując się w głąb sali. Łóżeczka są stare i siermiężne, ale czyste i starannie pościelone. W jednym kwili dziecko,
słyszę, jak delikatny, kojący głos zaczyna nucić kołysankę. Kwilenie
przechodzi w czkawkę i cichnie, pozostaje sam śpiew. Podobnie jak
wszystko inne w tej przestronnej sali nie jest piękny ani wyrafinowany,
za to nasycony miłością. Uśmiecham się i modlę w duchu, by to miejsce
okazało się właśnie tym, którego szukamy.
- Jesteś gotowa?
Odwracam się do czekającej w progu młodej kobiety, która kurczowo
zaciska palce na bielonym drewnie futryny i patrzy oczami równie
wielkimi jak oczy sierot w łóżeczkach.
- Nie wiem.
Dotykam jej dłoni.
- To było głupie pytanie. Nigdy nie będziesz gotowa, ale jesteś tu i to
wystarczy.
- A jeśli okaże się, że...
- Będziemy szukać dalej. Chodź.
Ciągnę ją za sobą, życzliwa przełożona pielęgniarek krąży pomiędzy
łóżeczkami, uśmiecha się szeroko.
- Jak dobrze, że udało się paniom dotrzeć. Ogromnie się cieszę. Mam
nadzieję, że podróż nie była zbyt uciążliwa?
Trudno mi powstrzymać gorzki śmiech. Dzisiejsza podróż przebiegła
gładko, ale tamta sprzed lat była jednym kłębem bólu i cierpienia.
Podążałyśmy ciemną, brudną drogą, na którą nikt nie powinien wstępować,
by dotrzeć do tego podupadłego miejsca kurczącej się nadziei.
Podkopywała siły nas obu i nie wiem - bez względu na to, co przed chwilą
powiedziałam - jak długo którakolwiek z nas mogłaby nią jeszcze kroczyć.
Przełożona wydaje się rozumieć. Kładzie mi dłoń na ramieniu i kiwa
głową.
- Złe czasy minęły.
- Mam nadzieję, że się pani nie myli.
- Wszyscy straciliśmy zbyt wiele.
Spoglądam na moją drogą przyjaciółkę, która ukradkiem przysunęła się w stronę łóżeczka najbliżej okna. W promieniach wpadającego do środka
słońca siedzi dziewczynka z jasnymi włosami, okalającymi poważną małą
buzię. Gdy widzi, że ktoś się zbliża, podciąga się do pozycji stojącej i choć chwieje się na nóżkach, jest bardzo zdeterminowana. Moja młoda
przyjaciółka szybkim krokiem pokonuje ostatnie metry i wyciąga rękę ku
szczebelkom. Dziecko przekłada przez nie rączki i ten widok rozdziera mi
serce - naoglądałam się zbyt wielu krat, zbyt wielu płotów, zbyt wielu
segregacji i podziałów.
- To ona? - wykrztuszam.
- Ma coś w rodzaju opisanego przez panią tatuażu. - Przełożona z zakłopotaniem wzrusza ramionami.
Coś w rodzaju... To za mało. Tracę nadzieję i nagle to ja nie jestem
gotowa, nagle pragnę, by tamta ciemna, brudna droga wiła się dalej, póki
bowiem podróżujemy, póty jest nadzieja.
Stój! - chcę wykrzyknąć, ale słowo więźnie mi w gardle, ponieważ młoda
kobieta wyciąga dziecko z łóżeczka, bierze je w ramiona, a tęsknota na
jej twarzy jest większa niż wszystkich tych sierot razem wziętych. Czas
poznać prawdę. Czas się przekonać, czy można uleczyć zranione serce.
Rozdział 1. 1 Wwrześnia 1939
Rozdział 1
1 Wwrześnia 1939
ESTERA
Gdy zegar na wieży katedry Świętego Stanisława wybił południe, Estera
Abrams usiadła na stopniach przed kościołem i wystawiła twarz do słońca.
Ciepłe promienie ogrzewały skórę, ale jesień zapuszczała już swoje macki
w kamieniu, który zdawał się chłodny w dotyku. Przez chwilę zastanawiała
się nad zdjęciem płaszcza, żeby na nim usiąść, ale był nowy, w kolorze
bladego błękitu, który zdaniem młodszej siostry podkreślał barwę jej
oczu. Nie chciała ryzykować, że go zabrudzi.
Estera się zaczerwieniła. To był naprawdę nierozsądny zakup, ale Filip
zawsze tak pięknie się ubierał. Nie zbytkownie - uczeń krawca miał
niewiele więcej pieniędzy niż pielęgniarka na praktyce - za to starannie
i z godnością. Była to jedna z pierwszych rzeczy, które przykuły jej
uwagę tamtego kwietniowego dnia, gdy po raz pierwszy usiadł na drugim
końcu schodów, ona zaś poczuła, jak każda komórka jej ciała budzi się do
życia, niczym kwiat wiśni rozwijający się na pobliskim drzewie.
Oczywiście natychmiast odwróciła wzrok i spuściła oczy na trzymane na
kolanach pierogi, ale z emocji prawie nie czuła smaku wyśmienitego
nadzienia z kapusty i grzybów, specjalności jej matki.
Nie śmiała ponownie podnieść wzroku, póki mężczyzna nie wstał, dopiero
wtedy zaryzykowała szybki rzut oka. Wyobrażała go sobie w tej chwili -
wysoka, szczupła sylwetka, niemal tyczkowata, za to pewny, zdecydowany
krok; marynarka zgrzebna, lecz doskonale skrojona; na czubku głowy
jarmułka z misterną obwódką. Syciła oczy jego widokiem, aż raptem się
obejrzał i spojrzał prosto na nią. Od razu poczuła, jak rumieni się nie
tylko jej twarz, ale i całe ciało, i to wcale nie ze spodziewanego w takiej sytuacji skrępowania, bardziej z... radości.
Następnego dnia przyszła tam wcześniej, cała spięta z niecierpliwości.
Choć wybiło południe, żaden młody mężczyzna się nie zjawił, przydreptał
jedynie wsparty na lasce starzec w zbyt głęboko wciśniętym na głowę
kapeluszu. Pospieszyła mu z pomocą poniekąd dlatego, że tak wychowała ją
matka, a częściowo w nadziei, że zanim wróci na swoje miejsce, młody
mężczyzna już tam będzie. Nic z tego. Usiadła więc ze swoim bajglem,
skubiąc go ze złością, jakby biedne pieczywo cokolwiek zawiniło, i dopiero gdy zjadła połowę, zdała sobie sprawę, że on tam jest, w tym
samym miejscu co poprzednio. Spokojnie pałaszował drugie śniadanie, z nosem utkwionym w gazecie, ale ilekroć zerkała ukradkiem w jego
kierunku, tylekroć zdawało się jej, że nie czyta, tylko gapi się przez
szpaltę.
Przez sześć długich dni siadywali ze swoimi posiłkami na przeciwnych
krańcach schodów, podczas gdy mieszkańcy Łodzi uwijali się, biegali,
rozpychali i śmiali, przemierzając ulicę Piotrkowską. Każdego dnia
ćwiczyła w myślach zdania, które za każdym razem, gdy próbowała
wypowiedzieć je na głos, nieznośnie stawały kością w gardle. W pewnym
momencie na schody między nimi weszła jakaś kobieta, głośno przy tym
cmokając. Kto wie, co ją zirytowało, kiedy bowiem oboje podnieśli głowy,
zdążyła już zniknąć w kościele. I wtedy ich spojrzenia się spotkały.
Esterze krążyły po głowie wszystkie te wyćwiczone błyskotliwe zdania,
ale uparcie pozostawały tylko w myślach. W końcu on rzucił jakąś
niemądrą uwagę o pogodzie, ona odpowiedziała jeszcze bardziej niemądrze,
jednak uśmiechali się do siebie, jakby prowadzili bardzo uczoną
dyskusję, więc może on też przygotował się wcześniej na tę okazję. Po
przełamaniu pierwszych lodów kolejne słowa przychodziły im z większą
łatwością i już wkrótce może nie tyle ze sobą gawędzili, jako że żadne z nich nie było rozmowne, co dzielili się prostymi faktami z życia.
- Podoba mi się twoja jarmułka - wykrztusiła. - Ma bardzo ładną obwódkę.
Nieśmiało dotknął nakrycia głowy.
- Dziękuję. Sam wyszywałem.
- Naprawdę?
Oblał się rumieńcem, zauważyła, że choć włosy ma ciemne, to oczy równie
niebieskie jak ona.
- Uczę się na krawca. Szyję głównie marynarki, spodnie i koszule, ale
lubię... - Pociągnął za brzeg jarmułki. - Ojciec nazywa to "dłubaniną".
Nie pochwala. Uważa, że haft jest dla kobiet.
- Haftujesz tak dobrze, że na pewno się myli.
Roześmiał się. Krótko, ale pełną piersią.
- Dziękuję. Moim zdaniem strój powinien wyrażać naszą osobowość.
Estera dotknęła bladoniebieskiego płaszcza, przypominając sobie tamtą
uwagę oraz zaskoczenie, jakie w niej wywołała. Wychowywano ją w przekonaniu, że ubranie ma być schludne, czyste i skromne, nigdy nie
przyszło jej do głowy, że może wyrażać coś więcej.
- Opowiedz mi coś jeszcze - poprosiła.
I opowiedział. Chłonęła jego słowa, chętnie słuchałaby go przez całe
popołudnie, ale miała tylko pół godziny przerwy na drugie śniadanie, a z przełożoną nie było żartów. Wystarczyło spóźnić się choćby o minutę, a zostawało się oddelegowanym na resztę dnia do noszenia pacjentom
basenów. I choć może chciałaby posiedzieć dłużej z tym młodym krawcem,
rodzice wiele poświęcili, aby zapłacić za naukę w szkole
pielęgniarskiej, była im więc coś winna, musiała przykładać się do
obowiązków. Oddalała się z ciężkim sercem i właściwie równie dobrze
mogłaby zmieniać baseny, bo tamtego popołudnia niespecjalnie skupiała
się na pracy. Na szczęście przyszedł w to samo miejsce nazajutrz i kolejnego dnia, co sprawiło, że zaczęła wysoko sobie cenić te
półgodzinne południowe przerwy, jakby były najszlachetniejszymi
diamentami z rosyjskich kopalni. Więc dlaczego dzisiaj nie przychodzi?
Z niepokojem lustrowała Piotrkowską. Może zatrzymało go coś w pracy, a może coś się stało. Tego ranka w powietrzu wyczuwało się dziwne
napięcie, ludzie byli bardziej ożywieni niż zazwyczaj, w sklepach
panował większy tłok. Każdy przechodzień taszczył siatki wypchane
zakupami spożywczymi, jakby obawiano się, że zapasy wyczerpią się w jakiś tajemniczy sposób. Gazeciarze pokrzykiwali głośniej niż
kiedykolwiek, ale w ostatnich miesiącach Estera zbyt wiele razy słyszała
tę okropną mieszaninę słów - naziści, Hitler, najazd, bomby - żeby się
nimi nadmiernie przejmować. Był piękny jesienny dzień, mimo że od
schodów ciągnął chłód, i z pewnością nikt nie zrobiłby niczego
strasznego pod tak cudownie błękitnym niebem.
I oto wreszcie się pojawił, lawirował w tłumie pod sklepem rzeźnika,
zamaszystym krokiem łatwo przebijał się przez chmary ludzi. Estera na
pół się podniosła, ale zaraz zmusiła się do przycupnięcia znów na
stopniu. Spotykali się tak od trzech miesięcy, spożywali swoje drugie
śniadania na schodach katedry Świętego Stanisława, siadając coraz bliżej
siebie. Na kwiatach wiśni zdążyły się zawiązać i dojrzeć owoce, liście
pociemniały, powoli rudziały na brzegach.
Rozmawiali, nieśmiałość słabła z każdą wymienioną informacją. Znała jego
nazwisko - Filip Pasternak. Oczywiście przymierzyła je już do swojego
imienia - Estera Pasternak - choć kiedy jej młodsza siostra Lea zrobiła
kiedyś to samo, Estera burknęła, żeby przestała się wygłupiać.
Terminował w powszechnie szanowanym zakładzie krawieckim ojca, nie miał
tam żadnej taryfy ulgowej i powiedział, że się z tego cieszy (nie była
przekonana, czy to do końca prawda). Na razie też nie planował ożenku,
jako że rodzina oczekiwała od niego "zawodowego rozwoju".
Po tym rozmowa nieco utknęła. Estera wykrztusiła, że ma wielki talent do
krawiectwa, Filip przyjął te słowa z uśmiechem wdzięczności, a potem
dodał niespodziewanie szorstkim tonem, że "ojcowie nie zawsze i nie we
wszystkim mają rację". Rozejrzeli się dokoła z minami winowajców, na
wypadek gdyby ktoś usłyszał takie bluźnierstwo, a wtedy zegar
szczęśliwie wybił połowę godziny i oboje zerwali się z miejsc. Tamtego
popołudnia Esterze przydzielono dyżur basenowy, ale ledwo to zauważała,
ponieważ tłukły się jej w głowie nieprzyzwoite myśli.
Z całą pewnością jej rodzice uznaliby, że jest za młoda na zamążpójście
albo przynajmniej zbyt zaangażowana w pielęgniarstwo. Trzeba jednak
oddać im sprawiedliwość, bo przez ostatnie dwa lata powtarzała, że
mężczyźni zupełnie jej nie interesują i prawdopodobnie już tak zostanie.
Matka za każdym razem wymownie się uśmiechała, co okropnie ją irytowało,
teraz jednak dodawało jej to otuchy. Nie żeby ktoś napomknął cokolwiek o małżeństwie czy choćby wspólnej kolacji albo spacerze w parku, czy w ogóle o czymkolwiek poza wspólnym drugim śniadaniem na stopniach katedry
Świętego Stanisława. Ten ich rytuał był jak bańka mydlana, którą przez
nieśmiałość oboje bali się przekłuć, na wypadek gdyby rzeczywiście
okazała się pusta w środku.
- Estero! - zawołał przez tłum.
Nadjeżdżał tramwaj, przez jedną straszną chwilę myślała, że Filip
zamierza przebiec tuż przed nim, ale choć był wyraźnie wzburzony,
zatrzymał się, czekając przez kilka nieznośnych sekund, aż pojazd
przetoczy się dalej. Znów go widziała; jednym susem przeskoczył przez
tory i jeszcze raz zawołał:
- Estero!
Wstała.
- Wszystko dobrze, Filipie?
- Nie! To znaczy tak. Ze mną wszystko dobrze. Ale nie ze światem,
Estero, nie z Polską.
- Dlaczego? Co się stało?
- Nie słyszałaś?
Uniosła brew, a on tak komicznie pacnął się w czoło, że pewnie by się
roześmiała, gdyby nie to, że taka frywolność wydawała się zupełnie nie
na miejscu przy jego posępnej minie.
- Oczywiście, że nie, bo byś nie pytała. Przepraszam.
Stanął dwa kroki przed nią, zrównali się wzrokiem. Zajrzała mu głęboko w oczy, zbyt zaniepokojona, by myśleć o skrępowaniu.
- Nie ma za co. Co się stało?
Westchnął.
- Niemcy zaatakowali. Żołnierze Wehrmachtu tłumnie wlewają się przez
nasze granice i nikt nie jest bezpieczny.
- Będziesz musiał walczyć?
- Być może. Jeśli zdążę. Nadciągają szybko, Estero, nacierają na Kraków
i Warszawę.
- A co z Łodzią?
- Nie wiadomo, ale pewnie i na nią przyjdzie pora. To piękne miasto z dobrze rozwiniętym przemysłem. Niemcy lubią przemysł.
- Za to nie lubią Żydów.
- Nie lubią - przyznał Filip. - Podobno niektórzy już wyjeżdżają,
zabierają swoje złoto i jadą na wschód.
- A twoja rodzina?
Pokręcił głową.
- Ojciec nie zostawi zakładu za nic w świecie. A nawet gdyby...
Umilkł, głęboko zajrzał w oczy Estery.
- A nawet gdyby...? - ponagliła.
- Nawet gdyby wyjechał, nie zabrałbym się razem z nim. Nie zostawię cię.
- Nie wyjedziesz beze mnie? - wykrztusiła, lecz oto on już ujmował jej
dłonie i przed nią klękał, długie nogi niezdarnie balansowały na wąskich
stopniach.
- Estero Abrams, czy uczynisz mi ten wielki zaszczyt i zostaniesz moją
żoną?
Zamrugała oszołomiona. Wydawało się, że cała Piotrkowska przerwała
gorączkową krzątaninę i odwróciła się w ich stronę. Dwie starsze panie
pchające taczki wyładowane zakupami przystanęły i się im przyglądały.
Jedna z nich puściła do Estery oko i skinęła głową, więc dziewczyna
ponownie zwróciła twarz ku przystojnemu mężczyźnie u jej stóp.
- Ale...
- Wybuchła wojna, Estero. Gdy tylko się o tym dowiedziałem, gdy tylko
wyobraziłem sobie żołnierzy z bronią, wroga maszerującego po ulicach
naszego miasta, nie umiałem myśleć o niczym innym, tylko o tym, że mogą
mi ciebie odebrać. A potem pomyślałem, jakie to absurdalne, że tego lata
dzień w dzień marnowałem dwadzieścia trzy i pół godziny bez ciebie, i nie zniosę ani trzydziestu minut więcej. Więc jak, Estero?
- Pytasz, czy za ciebie wyjdę?
- Tak.
- Tak!
Wyrzuciła to z siebie bez namysłu, on już wstawał z klęczek, obejmował
ją ramionami, zbliżał usta do jej ust. W głowie miała tylko jedną myśl:
że i ona zmarnowała zbyt dużo czasu. Świat wirował z radości, w uszach
huczał potężny głos, jakby Bóg zesłał zastępy śpiewających aniołów. Choć
gdyby tak było, powinien wybrać lepszy chór, ten brzmiał bowiem raczej
jak zawodzenie niż niebiański śpiew, i dopiero kiedy oderwała się od
Filipa, uświadomiła sobie, że to odgłos syreny przeciwlotniczej
dobywający się z trzeszczących, zardzewiałych głośników ustawionych
wzdłuż ulicy.
- Szybko! - rzucił Filip, biorąc ją za rękę i ciągnąc po schodach do
katedry.
Nad ich głowami dwa niemieckie samoloty, ciemne i złowieszcze, przecięły
bezchmurne błękitne niebo, a Estera nie mogła się zdecydować, czy to
najszczęśliwszy dzień w jej życiu, czy najgorszy.
Będzie zadawała sobie to pytanie wielokrotnie w ponurych latach, które
wkrótce miały nadejść.
Rozdział 2. 19 listopada 1939
Rozdział 2
19 listopada 1939
ANNA
Anna Kamińska wzięła męża pod ramię, gdy rodzice prowadzili do chupy
najpierw Filipa, a potem zaróżowioną z emocji Esterę i młoda para
stanęła naprzeciwko siebie pod pięknym baldachimem. Uśmiechnęła się,
widząc, jak zakochani patrzą sobie w oczy, tak wyraźnie podekscytowani
aktem łączenia ze sobą życia, i poczuła w duszy spokój. Chwała Bogu, że
tu przybyła. Wahała się, kiedy przyszło zaproszenie. Może w wieku
pięćdziesięciu paru lat robiła się nerwowa, ale nie była pewna, czy Bóg
chce, by uczestniczyła w żydowskiej ceremonii. Na szczęście Bartek
wyśmiał jej obawy.
- Oczywiście, że Bóg chce, abyś zobaczyła, jak ci młodzi ludzie świętują
wzajemną miłość. Wokół nas rozlewa się tyle nienawiści, że należy
chwytać oburącz taką okazję bez względu na to, w jakim miejscu się
odbywa.
Miał rację, a jej zrobiło się wstyd, że w ogóle się tym martwiła. Żydzi
byli ludźmi sumiennymi, uprzejmymi i pełnymi szacunku, to zaś należało
cenić, zwłaszcza w świecie, w którym dyktowanie innym swojej woli
stawało się normą. Minęły ponad dwa znienawidzone miesiące, odkąd
naziści wkroczyli do Polski i narzucili jej ukochanemu krajowi sztywne
reguły oraz ideologie. Miała ochotę rzucić się do gardła każdemu z tych
zadowolonych z siebie żołnierzy paradujących przez ich miasto,
zmieniających tabliczki z nazwami ulic, ustanawiających nowe prawa bez
jakiegokolwiek poszanowania zwyczajów, tradycji, a nawet, wydawało się,
zdrowego rozsądku czy przyzwoitości.
Jezus nauczał, by nadstawiać drugi policzek, ale naziści uderzyli w oba
naraz i trudno było wybaczyć im tę napaść, skoro nadciągały już kolejne
ciosy. W takich chwilach czuła się bardziej jak starotestamentowa
chrześcijanka - żądna ognia i furii - niż nowotestamentowa, co było
chyba niejaką ironią, zważywszy na miejsce, w którym się znajdowała.
Rozglądała się po synagodze, gdy kantor zaintonował cichą, mistyczną
modlitwę, odbijającą się echem od malowanych ścian. Na chodnikach przed
synagogą skrzył się szron, ale słońce świeciło jasno, wpadając ukośnie
przez okna, połyskując na złotych kolumnach i wyposażeniu, a całe
wnętrze zdawało się płonąć. Musiała przyznać, że wcale nie różniło się
aż tak bardzo od ich ukochanej katedry Świętego Stanisława; przytuliła
się do ramienia Bartka, wdzięczna, że nakłonił ją do przyjścia. Takiego
spokoju jeszcze tej jesieni nie czuła.
Bacznie obserwowała, jak Lea, młodsza siostra Estery, siedmiokrotnie
prowadzi ją dookoła pana młodego z uroczystą, poważną miną na ślicznej
twarzy i wzrokiem utkwionym w podłodze, choć może nie tyle z pobożności,
lecz by nie nadepnąć na rąbek sukni panny młodej. Anna pamiętała to
uczucie. Co z tego, że jej ślub z Bartkiem odbył się dwadzieścia trzy
lata temu, skoro wciąż żył we wspomnieniach. Był rok tysiąc dziewięćset
szesnasty, środek innej wojny - wielkiej wojny, jak ją nazywano, wojny,
która miała raz na zawsze położyć kres wszystkim wojnom, ale tak się nie
stało. Z jakiegoś powodu wszystko zaczęło się od nowa, po raz kolejny
zuchwałe potęgi po obu stronach biednej Polski pustoszyły spokojne
miasteczka i wioski. Dlaczego nie zostawią ich w spokoju? Przez stulecia
Rosja i Niemcy traktowały ojczyznę Anny jak ziemie, którymi można się
podzielić, aż w końcu w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku Polska
odzyskała niepodległość. Teraz jej sąsiedzi znów brutalnie ją tratowali
- tym razem czołgami i wielkimi działami.
Annę przeszedł dreszcz, postanowiła się skupić na radosnej ceremonii.
Okrążywszy Filipa po raz ostatni, Estera stanęła przed nim, on zaś
delikatnie zasłonił welonem jej twarz, co miało symbolizować, że miłuje
nie tylko ciało żony, ale i duszę. Ta chwila była błogosławieństwem,
dniem miłości pośród strachu oraz przypomnieniem, że bez względu na to,
o co potęgi toczą bój, co chcą zagarnąć, ludzie, którzy niefortunnie
znaleźli się pod ich panowaniem, pragną po prostu zwyczajnego życia -
chcą się żenić, mieć dzieci, zakładać rodziny. Czy istnieje coś
cenniejszego?
Ręka Anny odruchowo powędrowała do dyplomu, który zawsze nosiła w kieszeni, ukrytego w starej puszce po proszku do zębów. Nigdy nie
wiadomo, kiedy ktoś może ją wezwać, i najlepiej mieć przy sobie
potwierdzenie, że człowiek zna się na swoim fachu. Była w tym mieście
akuszerką od dwudziestu lat, nieraz musiała wstać od kolacji, wyjść ze
spotkania z przyjaciółmi, a nawet z teatru, żeby asystować przy
porodzie. Jeśli zdarzało się, że przerywano sztukę, Anna tężała,
czekając na nieunikniony komunikat: "Akuszerka Anna Kamińska proszona o zgłoszenie się we foyer". Bartek wzdychał, całował ją w czoło, ona zaś
brała płaszcz i niewielką torbę medyczną, z którą się nie rozstawała, a następnie ruszała w noc.
Było jej odrobinę żal, że nie doczekała zakończenia, ale gdy tylko
zajęła się odbieraniem porodu, banalność wyreżyserowanego dramatu o znanej akcji znikała w ekscytacji wywołanej rozwijającą się na jej
oczach akcją innego, naturalnego. Wykonywanie takiej pracy było wielkim
przywilejem. Za każdym razem, gdy asystowała przy narodzinach nowego
życia, czuła się, jakby była świadkiem ponownego przyjścia na świat
Chrystusa, i ten radosny cud odganiał wszelkie zmęczenie. Jaką moc mają
czołgi i działa wobec takiego aktu odrodzenia?
Anna bacznie przypatrywała się Esterze, nie mogąc uwierzyć, jak szybko
płynie czas. Ta śliczna młoda kobieta, stojąca dziś przed swoim
wybrankiem, była jednym z pierwszych dzieci, które Anna przyjęła na
świat. Jako świeżo upieczona absolwentka szkoły położnych w Warszawie
wciąż jeszcze nie mogła się nadziwić, że pozwolono jej na samodzielną
praktykę. W czystym i schludnym domu powitał ją o świcie mąż Ruty,
Mordechaj, przycupnięty w progu, nerwowo pykający z fajki. Na jej widok
zerwał się na równe nogi i klasnął w dłonie.
- Chwała Bogu, że już pani jest. Żona pani potrzebuje. Moja Ruta pani
potrzebuje. Zaopiekuje się nią pani, prawda? Będzie z panią bezpieczna?
Paplał jak dziecko, aż poczuła, jak ciąży jej ogrom jego miłości.
Tamtego dnia jego szczęście spoczywało w jej rękach, a te ręce,
powtarzała sobie, zostały wyszkolone w najlepszej szkole położnych w Polsce, tak więc zanosząc modlitwę do Boga, pospiesznie weszła do
środka.
Koniec końców nietrudno było spełnić życzenia Mordechaja, Ruta była
bowiem młoda i silna, miała wsparcie rzeczowej matki, która kazała jej
zacisnąć zęby i przeć, gdy Anna o to prosiła. Estera urodziła się
bezpiecznie w ciągu godziny od przybycia Anny, a Mordechaj nie szczędził
jej pochwał. Wyjaśniła jednak, że całą pracę wykonała jego żona, po czym
dyskretnie się odsunęła, on zaś ujął oburącz twarz Ruty, czule ją
całując, a potem wziął dziecko w ramiona, jak coś najcenniejszego na
świecie. Tamto niemowlę było teraz kobietą.
Anna przysłuchiwała się w skupieniu, jak Estera składa Filipowi
przysięgę mocnym, czystym głosem. Stanowili doprawdy uroczą parę, oboje
byli nieśmiali i poważnie traktowali wybrane przez siebie w życiu
ścieżki. Dostrzegała w Esterze jakąś cząstkę siebie. Dziewczyna z pasją
podchodziła do swojego zawodu i miała nadzieję, że podobnie jak Anna
będzie mogła oddawać się swemu powołaniu po założeniu rodziny. Wzrok
akuszerki spoczął na Filipie, wysokim, wyprostowanym, z dumą ślubującym
swojej wybrance serca miłość i wierność. Jedynym dobrodziejstwem
okupacji, pomyślała, jest to, że na razie nie powoływano do walki
młodych mężczyzn, dzięki czemu Filip mógł stać tutaj ze swoim drużbą
Tomaszem u boku. Kto wie, czy żarłoczna Rzesza nie postanowi ich
zaciągnąć; ale chyba nawet Hitler nie jest na tyle szalony, by kazać
wrogowi walczyć o jego sprawę, może więc Esterze uda się zatrzymać pana
młodego w domu.
Biedak i tak nie mógł pracować. Cały obszar Łodzi "uhonorowano"
włączeniem do Rzeszy, a dwa tygodnie temu niemiecki dowódca zabronił
Żydom pracować w przemysłach tekstylnym i skórzanym - zakaz ten za
jednym zamachem pozbawił dochodu niemal pięćdziesiąt procent mieszkańców
miasta. Krawiecka praktyka Filipa została raptownie przerwana, ojca
zmuszono do przekazania pracowni, swojego oczka w głowie, grubemu
Niemcowi o tłustych paluchach i bez talentu.
Z powodu tego bezsensownego posunięcia miasto będzie gorzej ubrane, a tymczasem te rządzące Łodzią świnie wydały nakaz przymusowej pracy dla
Żydów, wyciągały ich z domów oraz biur i kazały burzyć polskie pomniki,
zamiatać chodniki i zmieniać tabliczki z nazwami ulic. Anna mijała
niedawno dwóch mężczyzn ściągających ze łzami w oczach tabliczkę z nazwą
starej, szacownej Piotrkowskiej i zastępujących ją nową, błyszczącą, z napisem Adolf-Hitler-Strasse. Naziści robili tak z każdą ulicą w mieście, wymazując stare jak świat nazwy i wpisując w ich miejsce
aroganckie niemieckie. Żaden szanujący się Polak nie będzie posługiwał
się tymi nowymi, ale i tak tam widniały, szydząc z mieszkańców.
Pojawiły się także opaski. Rozkaz przyszedł raptem kilka dni temu -
wszyscy Żydzi mają nosić na ramieniu żółte opaski o szerokości
dziesięciu centymetrów, tuż poniżej pachy, w miejscu wybranym specjalnie
dla maksymalnej niewygody. Istny powrót do średniowiecza. Na przestrzeni
stuleci jakże wielu despotycznych władców zmuszało ludność żydowską do
noszenia odróżniających ją od reszty emblematów, by "zapobiec
przypadkowemu mieszaniu się ras" - jakby ludzie ze sobą nie rozmawiali,
nie poznawali swoich rodzin ani nie dzielili się historiami; jakby to
państwo miało decydować, z kim dana jednostka ma się połączyć świętym
węzłem małżeństwa.
Anna spotkała niedawno na ulicy Rutę i Leę, które załamywały ręce, że to
nowe przeklęte rozporządzenie zepsuje im starannie wybrane na ślub
kreacje, modliły się, by weszło w życie dopiero po dniu zaślubin, ale
gdzie tam, esesmani - najbardziej bezwzględni, sadystyczni
przedstawiciele niemieckiego reżimu - od tygodnia patrolowali ulice,
mierząc z broni do każdego nieszczęsnego Żyda nieoznakowanego żółtą
opaską, a czasem także pociągali za spust. Stary Eliasz Aarons,
najlepszy piekarz w mieście, nie upiecze już kołaczków ani szarlotki, by
mogły się nimi rozkoszować nieprzebrane masy klientów, został bowiem
zastrzelony we własnej piekarni, gdy się tłumaczył, że nie znalazł
jeszcze wystarczająco dużego kawałka żółtej tkaniny na swój pokaźny
biceps. Tak więc niemal wszyscy zgromadzeni teraz w świątyni, z wyjątkiem Anny i Bartka, mieli przepasane na żółto ramiona. Nawet biedna
Estera musiała założyć opaskę, choć ktoś zmyślny - zapewne Filip - w akcie wyzywającego posłuszeństwa uszył dwie, na oba rękawy, ze lśniącej
złotej tkaniny, dzięki czemu panna młoda wyglądała bardziej jak królowa
niż wyrzutek społeczeństwa.
Uroczystość dobiegała końca. Anna oderwała się od trapiących ją
rozmyślań i zanurzyła się we wspaniałości tego, co działo się tu i teraz. Esterze ponownie odsłonięto welon, rabin wziął kielich i podał
nowożeńcom. Gdy go opróżnili, wsunął naczynie do aksamitnego woreczka,
mocno zaciągnął tasiemki i położył je przed Filipem na podłodze. Pan
młody spojrzał na Esterę, która uśmiechnęła się zachęcająco i wzięła go
za rękę. Goście podeszli bliżej, Filip uniósł stopę, a potem
zdecydowanym ruchem rozdeptał szkło. Anna zdążyła usłyszeć pierwszy
brzęk, zanim utonął w radosnych okrzykach "mazeł tow!", a przyłączając
się do nich, wiedziała, że bez względu na język, bez względu na
świątynię, wszystkie kultury jednoczą się w błogosławieństwach dla
szczęśliwych małżonków.
Pocałowała własnego męża, podczas gdy wszyscy wokół wesoło trajkotali,
ściskali się nawzajem i obstępowali młodą parę, aby wziąć oboje na barki
i okrążyć z nimi synagogę. Wesele miało się odbyć w sali na tyłach tego
ładnego budynku, wydawało się jednak, że zaczyna się już teraz,
absurdalne żółte opaski wirowały wokół nowożeńców. Anna widziała, jak
Estera głośno się roześmiała, kiedy Tomasz wyrwał jej dłoń z uścisku
Filipa, a następnie wsadził ją na czyjeś usłużne ramiona, po czym sam
wziął Filipa na barana. Parę zaczęto obnosić dookoła synagogi, lecz gdy
żywiołowe oklaski gości połączyły się w miarowym rytmie, nagle z impetem
otworzyły się drzwi i rozległy strzały. Tłum zastygł, do środka
wtargnęli żołnierze SS, szorstko pokrzykując: "Raus, raus!".
Wynocha.
Anna słyszała, jak śmiech Estery przechodzi w okrzyk przerażenia,
ponieważ esesmani wycelowali w nią lufy, a ona, górując nad tłumem, była
łatwym celem. Instynktownie zeskoczyła na podłogę.
- Proszę - powiedziała po niemiecku Anna. - To jest ślub.
Oficer spojrzał na nią zaskoczony. Nauczyła się tego języka w dzieciństwie, posługiwała się nim biegle. Przydawał się jej przez lata,
ponieważ wiele pacjentek było osiedlonymi w Polsce Niemkami, nigdy
jednak nie przypuszczała, że kiedyś zostanie zmuszona do rozmowy z żołnierzem.
- Ślub?
Oficer powstrzymał swoich ludzi uniesieniem ramienia, a sam rozglądał
się po świątyni, co przynajmniej dało przerażonym gościom czas na
postawienie nowożeńców na podłodze i zapewnienie im względnego
bezpieczeństwa w tłumie. Niemiec roześmiał się paskudnie.
- Żydowski ślub! A właśnie temu, droga pani, przyszliśmy położyć kres.
Ta hołota nie może się rozmnażać. I tak jest ich już wystarczająco dużo.
- Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, zauważając porządne ubranie
niesplamione opaską. - Co tutaj robicie?
- Świętujemy miłość - odparła śmiało.
Tym razem śmiech zabrzmiał bardziej złowrogo. Kątem oka Anna dostrzegła,
jak Tomasz stoi na straży, a Ruta i Mordechaj niepostrzeżenie
wyprowadzają państwa młodych tylnymi drzwiami. Dziękowała Bogu, że udało
im się wymknąć, ale reszta zgromadzonych nadal była w niebezpieczeństwie. Rodzice Filipa, Beniamin i Sara, próbowali
wszystkich uspokajać, jednak panika narastała.
- W czymś panom pomóc? - zapytała, siląc się na uprzejmość, chociaż
słowa zdawały się kaleczyć gardło.
- Czy nam pomóc? Tak, proszę pani, w zburzeniu tego haniebnego budynku,
dopóki ci wszyscy przeklęci Żydzi są w środku. Ej, wy, stać! Ani kroku
dalej.
Zauważył tylne wyjście, którym próbowali wymykać się inni goście,
podbiegł tam i brutalnie wciągnął do środka druhnę Estery. Annie
ścisnęło się serce. Czternastoletnia Lea wydawała się taka dorosła za
plecami siostry, w upiętych wysoko, nietypowo jasnych jak na Żydówkę
włosach i delikatnym makijażu podkreślającym rysy twarzy, w tej jednak
chwili wyglądała jak wystraszone dziecko - i trudno się jej dziwić. Lufy
pistoletów znajdowały się tak blisko, takie duże, o tak niszczycielskiej
mocy. Gdyby esesmani postanowili otworzyć ogień w tej ograniczonej
przestrzeni, nikt z gości Ruty i Mordechaja nie zdołałby się ukryć.
- Proszę - odezwała się ponownie. - Proszę ich puścić. Są tu starzy
ludzie, dzieci.
- Żydowskie dzieci!
- Takie same jak inne.
Patrzył na nią z twarzą wykręconą w grymasie nienawiści.
- Nie takie same - warknął. - Żydzi są plagą tej ziemi, a naszym
obowiązkiem jest ją wyplenić.
Anna poczuła się, jakby ktoś wyssał jej z płuc całe powietrze. Widziała
Żydów zmuszanych do zasypywania kałuż piaskiem, zamykania sklepów i ukrywania się w domach, ale aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy z głębi wymierzonej w nich nienawiści. To nie szyderstwo i złośliwość; to
było czyste zło. Zabrakło jej tchu, obraz zamazywał się przed oczami.
Poczuła, jak silne ramię Bartka zdecydowanym gestem obejmuje ją w pasie.
- I jesteśmy wam za to wdzięczni - powiedział spokojnie Bartek; jego
niemiecki nie był tak dobry jak jej, ale całkowicie zrozumiały. - Ale
jakie macie rozkazy na dziś?
Anna miała ochotę obić mu pięściami pierś za tę rzekomą solidarność z wrogiem, ale próbując dojść do siebie, zauważyła, jak wypastowane buty
żołnierza niepewnie szurają po podłodze. Rozkazy. Bartek miał rację, do
tych automatów przemawiają tylko rozkazy.
- Mamy rozkaz wysadzenia w powietrze wszystkich synagog w Łodzi.
- Ale nie ludzi?
- Na razie nie - odburknął.
Tym razem Anna usłyszała w jego głosie wahanie i przywarła do Bartka,
gdy ten znów przemówił.
- Może więc pozwólcie im wyjść na ulicę, skąd będą obserwować, jak wali
się ich świątynia.
- Tak! - Oficer podchwycił pomysł. - Będzie to dla nich upokorzenie i ostrzeżenie przed potęgą Rzeszy. Raus! - wrzasnął, a reszta żołnierzy
natychmiast poszła w jego ślady. Raus, raus, raus!
Lea pierwsza rzuciła się do drzwi, za nią przepychała się reszta gości,
potykając się w pośpiechu, by zdążyć uciec, zanim zburzą świątynię, jak
to aż nazbyt często działo się w ich historii. Bartek złapał się za
głowę i uderzył nią w kolumnę; tym razem to Anna objęła go wpół i prowadziła do wyjścia.
- Co ja powiedziałem? - lamentował. - To było straszne, straszne!
- Raczej śmiałe i odważne i ocaliło tym wszystkim ludziom życie -
zaoponowała Anna.
- Na razie - odparł posępnie.
Tłum chaotycznie i w pośpiechu wylegał na Piotrkowską -
Adolf-Hitler-Strasse - Anna zaś wiedziała, że mąż ma rację. Najeźdźcy
zajęli ich miasto, a teraz będą dzielić jego mieszkańców. Jakiś głupiec
zdecydował, że dziecko, któremu Anna pomogła przyjść na świat
osiemnaście lat temu, niewinne i nagusieńkie, jest mniej wartościowe od
innych, i zamierzał zetrzeć je z tej ziemi wraz ze wszystkimi, w których
żyłach płynęła ta sama krew. Przecież to nie zwykła wojna, ale zagłada
cywilizacji. W drodze powrotnej do domu z jej serca ulotnił się cały
spokój tej pięknej ceremonii zaślubin, zastąpiły go okropnie złe
przeczucia. Nie pozostawało jej nic innego, jak tylko modlić się, by
Estera i Filip nacieszyli się kilkoma dniami wspólnego szczęścia,
ponieważ siła, którą z nich zaczerpną, będzie im bardzo potrzebna w nadchodzących tygodniach i miesiącach.
Rozdział 3. 8 lutego 1940
Rozdział 3
8 lutego 1940
ESTERA
- Filipie, jestem!
Och, jakże uwielbiała te słowa. Nigdy by nie pomyślała, że prosta
czynność, taka jak przestępowanie progu domu, okaże się taka cudowna.
Choć ich mieszkanko było niewielkie, skromnie umeblowane i prowadziło do
niego strasznie dużo schodów, mieli je tylko dla siebie i ceniła je
bardziej od najwspanialszego pałacu.
- Obiad prawie gotowy! - odkrzyknął Filip, a Estera ze śmiechem
odwiesiła płaszcz, po czym weszła do wąskiej kuchni. Stał przy kuchence,
zaróżowiony od buchającej z garnka pary, w pasie miał przewiązany
fartuch.
- Pachnie cudownie - zauważyła, wpadając w jego rozpostarte ramiona i całując na powitanie.
- Bigos, przynajmniej w założeniu. Mama dała mi przepis, ale nie mogłem
znaleźć w sklepach potrzebnych składników. Powinien zawierać siedem
różnych rodzajów mięsa, a są tam dwa i szczerze mówiąc, nie jestem
pewien, czy któreś z nich rzeczywiście można uznać za mięso w czystym
znaczeniu tego słowa.
Znów go pocałowała, ścierając mu sos z policzka.
- Będzie pyszny, Filipie. Dziękuję.
Uśmiechnął się zadowolony.
- Musiałem godzinami stać w kolejce, a kiedy byłem już blisko lady, ktoś
mnie wypchnął.
- Nie protestowałeś?
- Przy esesmanach sterczących na każdym rogu? Już widzę, jak ochoczo
pospieszyliby mi z pomocą.
Estera się skrzywiła. Z każdym kolejnym dniem tysiąc dziewięćset
czterdziestego roku ich znajomi i krewni coraz częściej stawali się
zabawkami w rękach nazistów, którzy ich bili, kopali, uderzali. Któregoś
dnia przyjaciółka Estery, Maja, zjawiła się zapłakana pod ich drzwiami,
błagając o pomoc. Naziści zmusili jej starzejącego się ojca do
przenoszenia gołymi rękami cegieł z jednej strony ulicy na drugą przez
cały poranek, a później kazali mu je odnosić. Miał poranione palce,
plecy niemal zgięte wpół, a żebra sine od kopniaków, które wymierzano mu
przy każdym upadku.
Estera zrobiła, co mogła, przemyła i opatrzyła rany, ale rano następnego
dnia esesmani znów załomotali do jego drzwi, kazali mu zabierać leniwe
gnaty do pracy i cały koszmar rozpoczął się od nowa. Ojciec trafił do
szpitala, a Maja poprzysięgła zemstę, lecz cóż mogli zrobić? Naziści
mieli broń, a dzięki broni władzę. Świat, przychodząc Polsce w sukurs,
wypowiedział Niemcom wojnę, ale najwyraźniej sama Polska musi przystąpić
do działania i modlić się o ratunek. Wielu młodych mężczyzn uciekło za
granicę, chcąc dołączyć gdzieś do armii, i choć Estera ich rozumiała,
była nieskończenie rada, że Filip został przy niej.
- Wszystko wywróciło się do góry nogami, prawda? - powiedział. - Ty
wychodzisz do pracy, a ja prowadzę dom.
- I to mi się podoba - odparła, uśmiechając się do niego. - Do twarzy ci
w fartuchu.
Zabawnie dygnął, Estera znów zachichotała, a następnie przyciągnęła go
do siebie. Ten pocałunek był dłuższy, głębszy. Nie mogła uwierzyć, że
nie minął nawet rok od czasu, kiedy ten cudowny mężczyzna siedział po
drugiej stronie schodów, a oto teraz są małżeństwem i wiodą wspólne
życie. Nie umiała już sobie przypomnieć, jak świat wyglądał bez niego, i nie wyobrażała sobie, by kiedykolwiek mogło się jej znudzić wpadanie mu
w ramiona.
- Gotowe? - zapytała.
Skosztował aromatycznego bigosu, w skupieniu marszcząc czoło.
- Myślę, że przydałoby się jeszcze z pół godziny.
- I dobrze! - wykrzyknęła, biorąc go za rękę i prowadząc do sypialni.
- Pani Pasternak, czy pani mnie uwodzi?
- Tak - odparła, nie kryjąc radości.
Cielesna strona ich małżeństwa miała dość niefortunny początek -
wypędzono ich z synagogi, gdy uroczystość dopiero rozkręcała się na
dobre. Rodzina Filipa zorganizowała im kilkudniowy pobyt w uroczym domku
w lesie łagiewnickim, ale pierwszej nocy byli tak wstrząśnięci grozą
wydarzeń, że poprzestali na przytulaniu się do siebie i wpatrywaniu w ogień. Chcieli wrócić do bliskich, by mieć pewność, że wszyscy są cali i zdrowi.
Zmęczeni i niespokojni położyli się w końcu do łóżka, a sen we
wzajemnych objęciach ukoił ich na tyle, że rano, kiedy pierwsze
promienie słońca ukośnie wdzierały się pomiędzy drzewa, odnaleźli drogę
do siebie. A później Estera nie miała ochoty w ogóle wychodzić z łóżka,
z przyjemnością zostałaby tam na wieczność. Odkryła, że przy Filipie nie
musi się krępować. W pełni mu ufała, więc wstyd wydawał się zbędny, a poza tym oboje wstąpili w związek małżeński tak samo niewinni, wspólnie
więc odbyli podróż w nieznane i Estera miała nadzieję, że będą w nią
wyruszać jeszcze przez długie lata.
- Łóżko? - zapytała, unosząc brew.
Zobaczyła, jak w odpowiedzi ciemnieją mu oczy.
- Z przyjemnością. Ale zaraz, muszę ci coś powiedzieć.
- To nie może zaczekać? Ojej! - Odsunęła kołdrę, gotowa wskoczyć w pościel, ale materac był zasłany ubraniami. - Filipie?
Zebrał je w pośpiechu i wepchnął do jutowego worka.
- Przeróbki krawieckie. Wszyscy tak szybko tracą na wadze, że potrzebują
zwężać ubrania, a rozeszła się wieść, że jestem gotów się tym zająć.
Płacą gotówką albo w artykułach spożywczych, co jest nawet lepsze, ale...
- Ale musisz robić to po kryjomu - dokończyła za niego Estera. Ścierpła
jej skóra na myśl, co by się stało, gdyby ktoś wtargnął do ich
mieszkania. Praca przy tekstyliach była zakazana, nawet we własnej
sypialni.
- Mogę przestać, jeśli chcesz - rzekł Filip, mocno ją do siebie
przytulając.
Pokręciła głową. Żartowali co prawda z mężowskiego fartuszka, ale
wiedziała, że tkwienie całymi dniami w domu jest dla niego trudne, a ta
praca pomoże mu zachować zdrowe zmysły. Poza tym było na nią
zapotrzebowanie. Opaski naramienne zastąpiono żółtymi gwiazdami Dawida,
które miały być przyszyte na piersi i plecach każdego elementu
garderoby. Ponieważ zamrożono wszystkie żydowskie konta oszczędnościowe
oraz narzucono limity wypłat gotówki, coraz trudniej było dobrze się
ubierać, nikt jednak nie chciał, by nienagannie umundurowani żołnierze
SS odbierali ludziom godność. Jeśli tacy krawcy jak Filip mogli mieć
swój udział w tym drobnym zwycięstwie, tym lepiej.
- Przyszywasz gwiazdy? - zapytała, wskazując na leżący obok stos żółtych
skrawków materiału.
- Tak.
Przynajmniej to było dozwolone i niektórzy z zamożniejszych Żydów
zamawiali dość fantazyjne gwiazdy, obracając tę przeciwność losu w szyk,
póki Niemcy tego nie ukrócili. Dzięki małostkowości SS Filip zdobył
więcej zamówień, wymieniał wymyślne emblematy na preferowane przez wroga
siermiężne naszywki, a jeśli zdarzyło mu się nieco zwęzić przy okazji
ubranie albo wyhaftować rąbek czy dodać falbankę, kto by o tym wiedział?
- Więc jak Niemcy mogą narzekać? Już dość uprzykrzają nam życie, nie
tylko w kwestii ubrań, prawda?
Filip z zakłopotaniem poruszył się w jej ramionach.
- Naprawdę muszę ci o czymś powiedzieć.
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Nie chodziło o tę odzież?
- Nie.
- Aha. A to też nie może zaczekać? - zapytała, ale zaczynała odczuwać,
że "to coś" i tak już zepsuło cały nastrój. - Więc mów.
- Nie, nie, nie. Może zaczekać. Chodź.
Zaczął rozpinać jej pielęgniarski uniform, ale trzęsły mu się palce,
więc powstrzymała go delikatnie.
- Lepiej powiedz, Filipie. Wspólny kłopot...
- To nadal kłopot - dokończył posępnie.
- Póki jesteśmy tu razem, to...
- I w tym sęk.
Załomotało jej serce.
- Chodzi o mieszkanie? Czy właściciel...
- Nie, nie właściciel. Tylko... zaczekaj.
Pobiegł pędem do kuchni i wrócił z gazetą "Lodscher Zeitung". Powoli ją
rozłożył i podsunął Esterze. Na pierwszej szpalcie zamieszczono plan
miasta, na którym zakreskowano obszar wokół bałuckiego targu i podpisano: Die Wohngebiet der Juden.
- Wohngebiet? - zapytała Filipa.
- Dzielnica mieszkaniowa - przetłumaczył, gorzko dodając: - Getto.
Opadła na łóżko, jakby zapomniała o stojącym nad nią Filipie, zmagając
się ze zrozumieniem niemieckich słów. Rozkaz napisany władczym stylem
okupantów piętnował Żydów jako "rasę wyzbytą poczucia czystości" i stwierdzał, że odseparowanie ich od "porządnych mieszkańców" miasta,
zanim zdążą ich zainfekować, jest pilną sprawą dla zdrowia publicznego.
Choć Estera w kółko czytała te słowa, docierały do niej tylko w połowie.
- "Wyzbytą poczucia czystości" - wyrzuciła wreszcie z siebie. - Jak oni
śmią?
Oburzona rozejrzała się po ich mieszkaniu - dość starym, skromnym, może
nawet trochę sfatygowanym, za to nieskazitelnie czystym.
- To nieprawda, Estero - rzekł łagodnie Filip.
- Wiem! Co tylko pogarsza sprawę. Jak mogą bezkarnie mówić o nas takie
rzeczy? Nie istnieje żadne prawo zabraniające zniesławiania? Dlaczego
nikt ich nie powstrzyma?
Filip przygryzł wargę.
- Są zdobywcami, moja kochana. A to znaczy, że mogą robić, co chcą.
- Włącznie z umieszczaniem nas w... w getcie?
Już samo słowo brzmiało wstrętnie - krótkie, oschłe, napastliwe jak
rozjuszony owad.
- Na to wygląda.
- Kiedy?
Głośno przełknął ślinę.
- Mamy trzy dni.
Wpatrywała się w niego ze zgrozą, a potem wstała, podeszła do drzwi
sypialni i za nie wyjrzała. Płaszcz wisiał na kołku w korytarzu, tam,
gdzie go zostawiła, w podskokach wpadając do kuchni, skuszona zapachem
bigosu i rozczulającym widokiem męża w fartuchu. Chciała okładać Filipa
pięściami za to, że nie protestował, gdy próbowała zwabić go do łóżka,
skoro o tym wszystkim wiedział, a równocześnie żałowała, że nie
zatrzymał tej nowiny dla siebie do czasu... No właśnie, do kiedy?
- Co robimy, Filipie?
Podszedł do niej i ją objął, wsparła się na jego piersi. Musnął ustami
jej szyję.
- Trzymamy się siebie z całej siły, kochana. Lubię to mieszkanie tak
samo jak ty, ale dla mnie dom jest tam, gdzie jesteś ty, i jeżeli
Niemcom się wydaje, że mogą nas złamać, poniewierając nami i przenosząc
we własnym mieście, są w błędzie. Zjedzmy bigos, chodźmy do łóżka, a jutro wraz z rodzinami urządzimy sobie nowy dom, lepszy niż jakiś
wyszukany niemiecki pałac, bo wypełniony miłością, a nie nienawiścią.
Starali się. Oboje bardzo się starali, ale bigos smakował jak trociny i nie mogli zasnąć, wiedząc, że być może to ich ostatnia noc w tym
małżeńskim gniazdku, toteż z ulgą powitali szary, wilgotny świt
wpełzający w szczelinę między zasłonami. Słyszeli pokrzykiwania za
oknem, leżeli wtuleni w siebie, przedłużając te ostatnie bezpieczne
chwile, ale wkrótce pukanie do drzwi oznajmiło przybycie rodziców i siostry, nie pozostawało zatem nic innego, jak wstać i zmierzyć się z koszmarem.
Wszyscy wokół biegali w panice. Getto najwyraźniej miało powstać w okolicy wielkiego targu na Bałutach w północnej części miasta, już teraz
zamieszkiwanej przez wielu Żydów, ale równie wielu zasiedlało inne
dzielnice. Zdawało się, że nikt nie wie, dokąd iść.
- Przy Południowej jest biuro kwaterunkowe - poinformował ich Tomasz,
jednak gdy dotarli na miejsce, zastali tam gęsty tłum.
- Co będzie ze szkołą? - zapytała Lea, z przejęciem rozglądając się
dokoła. W wieku czternastu lat jako jedyna spośród nich traktowała tę
sytuację jak przygodę.
- Szkoła? - Przechodzący obok Niemiec parsknął śmiechem. - Po co takim
jak wy szkoła? Szkoda dla was dobrych nauczycieli.
Lea wsparła dłonie na zaokrąglających się od niedawna biodrach.
- Jestem w klasie prymuską, żeby pan wiedział.
- Tak? Coś ci powiem, podejdź tu do mnie, a cię nauczę, do czego nadają
się takie jak ty.
Wykonał sprośny gest ku głośnej uciesze swoich towarzyszy.
Wściekła Lea zrobiła krok naprzód, ale Estera pociągnęła ją do tyłu.
- Daj spokój, Lea. Nie są tego warci.
- Nie mogą się tak do nas odnosić - wypaliła z oburzeniem.
Estera smutno się uśmiechnęła. Bo cóż mogła powiedzieć? Lea miała rację,
lecz szkaradna prawda była taka, że w okupowanej Łodzi zdobywcy mogli
sobie mówić, co im się żywnie podobało.
- Ustawmy się w kolejce.
Pełni obaw czekali długo, zanim udało im się wreszcie wejść do biura
kwaterunkowego. Przy biurkach siedzieli urzędnicy o zmęczonych twarzach,
nadzorowani przez Chaima Rumkowskiego, mianowanego przez Niemców w zeszłym miesiącu "przewodniczącym Starszeństwa Żydów", wyznaczonym do
zawiadywania gettem. Miał białe włosy i krzepiący uśmiech, za to oczy
przenikliwe, gdy omiatał wzrokiem tłumy "swoich" ludzi. Obok niego stało
dwóch esesmanów. Estera się ucieszyła, gdy skierowano ją do młodej
kobiety przy biurku stojącym najdalej od wysokiego krzesła Chaima.
- Potrzebujemy małego lokum dla mnie i mojego męża oraz drugiego, dla
rodziców z siostrą - oznajmiła.
Kobieta podniosła na nią wzrok i się roześmiała, lecz po chwili jej
twarz wykrzywił grymas.
- Dobrze się pani czuje? - zaniepokoiła się Estera.
- Na tyle dobrze, na ile to możliwe, gdy trzeba każdemu po kolei
przekazywać złe wieści - odparła ze znużeniem kobieta. - Będziecie
musieli dzielić mieszkanie.
- Wszyscy razem?
Westchnęła.
- Wszyscy razem i jeszcze z innymi.
- Mamy mieszkać z obcymi ludźmi?
- Niestety. W getcie jest o połowę mniej domów niż rodzin do
zakwaterowania. Poza tym w większości z nich nadal mieszkają Polacy.
- Co się z nimi stanie?
- Zostaną przesiedleni.
Użyła tego słowa z przekonaniem, lecz zdaniem Estery było ono zupełnie
nieadekwatne do sytuacji. Z przerażeniem spojrzała na Filipa. Ich
mieszkanie było maciupkie, ale mieli je tylko dla siebie. A teraz będą
dzielić przestrzeń z innymi, jak dzieci, a na domiar złego zamieszkają z obcymi ludźmi!
- Są jeszcze moi rodzice - zasugerował Filip. - A gdybyśmy dodali moich
rodziców?
- I byłoby was siedmioro? - zapytała kobieta.
Przytaknęli.
Ich rodzice widzieli się zaledwie kilka razy, ale obecność Estery i Filipa związałaby ich ze sobą.
- Mam coś takiego, tutaj, przy Kreuzstrasse.
- Gdzie?
- Kobieta się pochyliła.
- Dawna ulica Krzyżowa - wyszeptała, jak gdyby samo wymienienie polskiej
nazwy było zbrodnią. - Dwa pokoje.
- Dwa?
- I poddasze.
- Bierzemy - zdecydował Filip. Ścisnął dłoń Estery i szepnął jej do
ucha: - Poddasza są bardzo romantyczne.
Kochała go w tej chwili za ten optymizm bardziej niż kiedykolwiek, ale
gdy wręczono im klucz do nieznanego lokum, gdzie mieli zamieszkać z rodzicami, nie mogła opędzić się od myśli, że w życiu nie słyszała o czymś mniej romantycznym. Oddają ich najukochańsze mieszkanie jakiejś
niemieckiej parze intruzów, a oni trafią do getta. Ze złamanym sercem
przepychali się do wyjścia. Estera tak mocno ściskała rękę Filipa, że
zbielały mu knykcie.
Rozdział 4. 9 lutego 1940
Rozdział 4
9 lutego 1940
ANNA
Łup, łup, łup!
Wyrwana ze snu Anna niechętnie wstała z łóżka i po omacku sięgnęła po
swój pielęgniarski strój, który wisiał zawsze w pogotowiu na drzwiach
sypialni. Musiało już świtać, ponieważ zza zasłon wdzierała się smuga
światła, lecz Anna nie czuła się jeszcze gotowa stawić czoła kolejnemu
dniowi. Tak wiele dzieci upierało się na poród w nocy. Ktoś kiedyś
powiedział, że ciało chce, by matka wydała dziecko na świat przed
codzienną domową krzątaniną, i ta uwaga wydawała się właściwie słuszna.
Czasem Anna żałowała, że Bóg, którego zresztą szczerze kochała, nie jest
kobietą, bo pewnie wtedy ciąża byłaby jakoś lepiej zorganizowana.
- Już idę! - zawołała, gdy znów rozległ się łomot.
Najwyraźniej jakaś kobieta znalazła się w pilnej potrzebie; przewinęła w myślach listę pacjentek bliskich rozwiązania. W tym tygodniu nie
spodziewała się żadnej z nich, ale dzieci miały własne plany - rodziły
się, gdy były gotowe, a nie kiedy gotowa była matka. Anna naciągnęła na
nogi najgrubsze pończochy, mocując się z przypięciem ich do pasa, i zaczęła się zastanawiać, czy nie czas przerzucić się na spodnie, jak
niektóre młodsze położne. Spodnie wydawały się bardzo praktyczne, ale
jakoś jej nie leżały. Starzała się, na tym polegał problem, starzała
się, robiła się konserwatywna i coraz wolniej gramoliła się z łóżka o świcie.
- Idę! - krzyknęła ponownie.
Uprzedziła wszystkich, że dotarcie do drzwi w środku nocy zajmie jej
kilka minut, ale zdjęci paniką ojcowie rzadko o tym pamiętali. Nie
potrafili myśleć o niczym innym poza swoimi ukochanymi żonami i rodzącymi się dzieciątkami, no i w zasadzie właśnie tak powinno być. W końcu się wyszykowała, ruszyła do schodów. Bartek poruszył się w łóżku i przesłał jej całusa, odwzajemniła ten gest, ale on już zamykał z powrotem oczy, szczęściarz. Zostały mu jeszcze dwie godziny snu, zanim
będzie musiał stawić się przy prasie w drukarni, gdzie pracował jako
zecer - wybrał dużo rozsądniejszy zawód. Mimo wszystko Anna poczuła
znajomą ekscytację na myśl o nowym życiu, które przyjmie na ten świat;
układanie czcionek takich doznań nie zapewni.
Z uśmiechem spojrzała na zamknięte drzwi pokoju synów. Bronisław i Aleksander postanowili pójść w jej ślady w wyborze profesji; Bronek był
już od roku lekarzem, a Alek studiował na uczelni medycznej. Ich
najmłodszy syn Jakub chciał terminować u Bartka; wiedziała, że mąż jest
w głębi duszy zachwycony, że choć jeden z trzech wybrał zawodową ścieżkę
ojca.
Zerknęła na rodzinną fotografię, dumnie zawieszoną na dole schodów. Och,
ileż ceregieli towarzyszyło jej powstaniu, ale było warto. Wszyscy
wyglądali nieco sztywno, odrobinę nienaturalnie, stojąc nieruchomo i patrząc prosto w obiektyw, zamiast biegać, śmiać się, przekomarzać i siłować. Grunt, że zostali uwiecznieni - rodzina w komplecie.
- Otwierać! - Zza drzwi dobiegł szorstki okrzyk.
Zawahała się.
Nie brzmiał jak zdesperowany głos przyszłego ojca. Mimo to zdjęła z wieszaka płaszcz i sięgnęła po torbę akuszerki, a następnie przekręciła
klucz w zamku. Drzwi natychmiast otworzyły się z impetem, Anna w pośpiechu cofnęła się do korytarza, gdy dwaj mężczyźni wparowali do
środka ciężkim krokiem. Zamarło jej serce na widok mundurów SS, ale
przypomniała sobie, że niemieckie kobiety także rodzą dzieci - w swoim
czasie pomogła wielu - starała się więc opanować strach.
- W czym mogę panom pomóc?
Tym zagajeniem zbiła ich z tropu.
- Gdzie mąż?
- W łóżku.
- Pozwala kobiecie otwierać drzwi w nocy? - Spojrzeli po sobie,
parskając prostackim śmiechem. - Ech, ci Polacy!
- Otworzyłam z własnej woli, ponieważ gdy ktoś przychodzi o takiej
porze, to zawsze po mnie. Jestem akuszerką.
Cofnęli się, zmierzyli ją wzrokiem od stóp do głów, zauważyli
pielęgniarski mundurek i torbę. Starszy z nich niezdarnie się ukłonił.
- Przepraszamy. Szlachetna profesja.
- Dziękuję.
Młodszy spojrzał podejrzliwie na kompana.
- Moja matka jest położną - warknął starszy. - Cofnij się.
Obaj poszurali do drzwi, nadal otwartych, przez które wpadało do środka
lodowate lutowe powietrze.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytała nerwowo.
- A, tak. Hm...
Starszy żołnierz wydawał się speszony, jego rodak przejął więc pałeczkę,
wystąpił naprzód i szybkim ruchem podetknął Annie pod nos jakiś
dokument.
- Będziecie przesiedleni.
- Słucham?
- Wyprowadzacie się. Nie możecie tu zostać.
- Dlaczego? To mój dom od prawie trzydziestu lat. Jest własnością moją i męża. Spłaciliśmy go w całości.
- Rzesza go potrzebuje.
Anna poczuła, że zaczyna się trząść, musiała podeprzeć się ręką o ścianę. Zawadziła o portret rodzinny, przekrzywiając go. Z trudem się
wyprostowała.
- W jakim celu?
- Ten rejon miasta ma być odtąd przekształcony w dzielnicę mieszkaniową
dla żydowskich gnid.
- Niemożliwe.
Czytali o getcie poprzedniego dnia. Razem z Bartkiem analizowali
zamieszczony w gazecie rozkaz, przerażeni bezdusznym tonem, bezwzględną
skutecznością oraz ideą segregacji ludzi w oparciu o arbitralne decyzje
odnośnie do "czystości rasowej". Złamało jej to serce - w każdym razie
tak sobie sentymentalnie pomyślała - i głęboko współczuła Żydom
wysiedlanym z własnych domów i wypychanym na obszar wokół bałuckiego
targu kilka ulic dalej, ale nigdy nie przemknęło jej przez myśl, że i ona może zostać wysiedlona. Cóż za niefrasobliwa arogancja. Wcale nie
miała złamanego serca, ono złamało się dopiero teraz.
- Proszę. Co możemy zrobić? Chodzi o pieniądze? Możemy...
- Nie chodzi o pieniądze, proszę pani. Takie są rozkazy. Wasz dom
znajduje się strefie przesiedleńczej, musicie się wyprowadzić. Niech się
pani nie martwi. Dostaniecie inny. Może nawet lepszy. Niektórzy z tych
Żydów żyją jak pączki w maśle dzięki zyskom ze swoich lichwiarskich
interesów.
- Lichwiarskich? Bez żydowskich krawców pół miasta chodziłoby nago.
Młodszy żołnierz zachichotał, starszy spiorunował go wzrokiem.
- Nonsens - odparł. - Po prostu dobrzy niemieccy krawcy mieliby pracę.
Polacy też - dodał, jakby wyświadczał jej uprzejmość.
Anna poczuła, jak krew zaczyna wrzeć w jej żyłach. Na szczęście
usłyszała, jak na górze otwierają się drzwi, a potem mąż i synowie
wychodzą z pokoi. Bartek zbiegł po schodach w szlafroku, opiekuńczo
objął ją ramieniem. Przyjęła ten gest z wdzięcznością.
- Co się dzieje?
- Będą nas "przesiedlać" - wyjaśniła z goryczą.
- Dokąd?
- Do innej części miasta - odparł Niemiec wyraźnie zadowolony, że w końcu ma do czynienia z mężczyzną. - Macie dwa dni na spakowanie się;
zgłosicie się do biura kwaterunkowego dwunastego lutego między - zerknął
do oprawionego w skórę notesu - dziesiątą a dwunastą rano. Przekażecie
swoje klucze i odbierzecie inne do przydzielonego wam mieszkania. W jakimś czystym miejscu.
- Tutaj jest czysto.
- Ale nie będzie, gdy wokół zamieszkają Żydzi.
Anna spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Naprawdę pan w to wierzy? - spytała.
Żołnierz zmarszczył czoło.
- To prawda, proszę pani. Nasi wybitni naukowcy przeprowadzili wiele
eksperymentów.
- Eksperymentów sprawdzających czystość żydowskich domów?
- Oczywiście, że nie. To znacznie głębsza kwestia. Kwestia krwi,
czystości rasy. Nie zrozumie pani.
- Niby dlaczego?
Poczuła, jak Bartek ściska jej ramię, dostrzegła zatroskane spojrzenia
synów, ale nie mogła się pohamować.
- Ponieważ jest pani kobietą.
Rzuciła mu gniewne spojrzenie.
- Może i jestem kobietą, ale z wykształceniem medycznym.
- Tylko w zakresie noworodków. To nie jest prawdziwa nauka.
- Nie jest prawdziwa... Coś panu powiem, młody człowieku. Bez tej nauki
mógłby pan umrzeć w macicy własnej matki, nieprawidłowo ułożony, zanim w ogóle zdążyłby pan wziąć pierwszy w życiu oddech. Albo urodzić się z okręconą wokół szyi pępowiną, cały siny i z uszkodzonym mózgiem, choć
jeśli się nad tym zastanowić, może właśnie tak się stało, skoro wierzy
pan...
- Dosyć, Anno! - Głos Bartka ostrzegawczo zadźwięczał jej w uszach. Obaj
żołnierze poczerwienieli ze złości i już sięgali po broń. Bartek odebrał
z rąk Anny dokument i wymachiwał nim jak białą flagą. - Dziękujemy za
informację. Uważnie wszystko przeczytamy.
- I zastosujcie się do instrukcji - warknął starszy. - W przeciwnym
razie poniesiecie konsekwencje. To dla waszego dobra, nawet jeśli -
popatrzył wymownie na Annę - jesteście zbyt głupi, by to zrozumieć. Do
widzenia.
Wymaszerowali ciężkim krokiem, a Anna zatrzasnęła drzwi i przywarła do
nich plecami, jakby jej starzejące się ciało mogło powstrzymać
brutalnych przedstawicieli bezlitosnej Rzeszy przed wtargnięciem do
środka.
- Jak oni mogą? - płakała. - Jak mogą nas wyrzucać z własnego domu?
- Zdaje się - odparł gorzko Bartek - że mogą robić, co im się podoba.
Chodź, zjedzmy śniadanie i lepiej zacznijmy się pakować.
To były dwa okropne dni. W pracy nie dało się liczyć na żadne ustępstwa
czy zwolnienia, tak więc Anna wraz z Bartkiem i synami nie spali przez
prawie całe dwie noce, pakując ubrania, kołdry, pościel, naczynia
kuchenne, garnki oraz meble. Rzesza dawała im inny dom, ale żadnego
zasiłku na przeprowadzkę, musieli wydać więc część swoich mizernych
oszczędności na horrendalnie drogą furmankę do przeprowadzki, której
żadne z nich nie chciało.
Anna ze łzami w oczach owijała ślubny serwis w gazety ze znienawidzonym
anonsem o utworzeniu getta. W teorii ich także przenoszono do odrębnej,
polskiej "dzielnicy mieszkaniowej", ponieważ jednak sąsiadom
przydzielano mieszkania w lokalizacjach rozsianych po całej Łodzi,
zdawało się, że na razie polskie getto nie powstanie. Tylko jak mieli
się gdzieś zadomowić, skoro nad ich głowami wisiała groźba kolejnej
przeprowadzki? Dom jest gniazdem, miejscem, w którym rodzina ma poczucie
bezpieczeństwa, a teraz naziści odbierali im nawet to.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki