WSTĘP
Wychowałem się w domu poetów. Zarówno mama, jak i ojciec pisali
wiersze. Skrzyp wiecznego pióra i stukot maszyn do pisania stały się
muzyką mojego dzieciństwa. Ojciec, Mieczysław Jastrun (1903-1983), był w XX wieku bardzo cenionym pisarzem, przede wszystkim poetą, ale też
eseistą i tłumaczem, historykiem literatury, autorem słynnej biografii
Adama Mickiewicza. Mama, Mieczysława Buczkówna (1924-2015), pisała
wiersze, ale też książki dla dzieci, napisała ich wiele. Uważała się
jednak przede wszystkim za poetkę. Czy byłem więc skazany na poezję?
Pierwszy swój wiersz "stworzyłem", będąc małym dzieckiem, gdy zapytałem
rodziców: "Dlaczego jabłko ma tylko głowę?", co oni pospiesznie
zapisali. Dzieci, jak wiadomo, są świetnymi poetami, zanim nie zaczną
się uczyć i dorośleć, wtedy ich wyobraźnia stygnie, a zdziwienie
światem, które jest u źródeł poezji, wysycha. Ojciec zdawał się cały
zrobiony z poezji. Miał świetną pamięć do wierszy, znał ich tysiące,
miał w głowie całą poezję polską, ale też francuską, niemiecką i rosyjską, znał łacinę i grekę. Słynne są jego przekłady poezji Rilkego,
Hölderlina, także Baudelaire'a i Puszkina, i wielu innych twórców. Był
poetą do szpiku kości, sam mówił, że poezja i tworzenie wierszy są dla
niego jak modlitwa. Zamknięty w swoim małym gabinecie, który wydawał mi
się wielki, gdy byłem dzieckiem, pisząc, nucił wiersze, jakby się
modlił. Oderwany od materialnego świata, był z tym światem na bakier. Ta
sfera spoczywała zatem na barkach mamy, która musiała być bardziej od
niego praktyczna. Było to dla niej bardzo męczące. Ja w młodości nie
wykazywałem się żadnymi talentami, miałem i mam do dzisiaj słabą pamięć
i zapewne jakąś formę dysleksji. W szkole i potem na studiach
polonistycznych nie miałem się więc dobrze, a poszedłem na polonistykę
trochę z braku lepszego pomysłu. Zadebiutowałem wierszami jeszcze na
studiach, w piśmie "Nowy Wyraz" w 1973 roku. Wtedy mój niespieszny
pociąg wjechał na tor poezji. Jadę nim do dzisiaj. Czy wziąłem coś z poetyki rodziców? Po ojcu może pesymizm i pasję społeczną, ale też grozę
przemijania. Po mamie pewnie delikatność w lirykach. Na pewno jednak
jestem poetyckim bytem osobnym. Znacznie mniej niż ojciec zanurzonym w kulturze, bliższym za to "mięsa życia", dlatego też piszę prozę i felietony. Bywałem reporterem i jestem felietonistą, gram więc na wielu
instrumentach i nie zawsze to są fortepiany.
Wybierałem do Albumu wiersze pod kątem rodzinnym, te ilustrujące
zdarzenia naszego życia. Poezja taka bywa, ale nie musi taka być.
Wiersze starałem się układać blokami tematycznymi. Są tu więc utwory
oddające grozę wydarzeń historycznych: rodzice przeżyli okupację, ja
tylko konspirację lat. 70. i 80. Byłem związany z opozycją
demokratyczną, przeżyłem stan wojenny, kiedy musiałem się ukrywać, i trudne lata po nim. Moje wiersze drukowane w podziemnych wydawnictwach
były popularne, czas jednak odarł je z dawnych emocji i rzadko je teraz
wznawiam. Ojciec grozę wojny i okupacji zamknął w tomie Godzina
strzeżona (rok 1944), wydanym w podziemiu, a rozliczył się ze
stalinizmem w Gorącym popiele (rok 1956). Podałem do druku jego wiersz
List Anny Żywioł, pisany w czasach stalinowskich. Za politykę
kulturalną i za bezpieczeństwo (znamienne połączenie) odpowiadał wtedy
Jakub Berman. Miał ogromną władzę. Jego córka wspomina: "Ojciec był
uszczęśliwiony, gdy Jastrun napisał w wierszu: "Ja, Anna Żywioł, nie
umiałam czytać, nie umiałam pisać". I ojciec mi to pokazał, i powiedział: "Nie mógł mi sprawić większej radości". To było spełnienie
jego marzeń o nowej literaturze". Mój ojciec napisał stosunkowo niewiele
wierszy w stylistyce socrealistycznej, ale wstydził się ich do końca
życia, dlatego tego wiersza nigdy nie zamieszczał w wyborach swej
poezji. Wydał mi się jednak ten utwór ciekawym świadectwem czasu, a zarazem wierszem mimo wszystko artystycznie udanym.
Są w Albumie liczne liryki, wiersze o dzieciach, w końcu wiersze
metafizyczne, pożegnania bliskich. Jak przystało na album rodzinny, w poezję zostały "wklejone" fotografie z moimi komentarzami. Niektóre
zdjęcia korespondują z poezją, inne niekoniecznie, ale są częścią
rodzinnej autobiografii i zdają się interesujące same w sobie. Stąd np.
moje fotografie z Szymborską i z Mrożkiem.
Niektóre wiersze aż proszą się o przypis, choćby wiersz mamy Okno.
Oto jego fragment:
I ta biała akacja
Co jak wyrzut sumienia
Kwitnie
Przy ruinie w której się gnieżdżą
Ludzie z dziećmi kozą i koniem
I ten komin krematorium
Instytutu Szczepionek
Którym wyfruwają psy i koty
(Ofiary inkwizycji nauki)
To dokładny opis widoku z okien naszego warszawskiego domu na Iwickiej,
we wczesnych latach 50., kiedy stał jeszcze wśród ruin. Ten niezwykły
budynek, gdzie mieszkali literaci, opisałem w książce Dom pisarzy w czasach zarazy. A Instytut szczepionek z wiersza mamy występuje w wierszu ojca Epoka jako "szpital wariatów". Wiersz ojca Cyjanek
odnosi się do konkretnej sytuacji. Ojciec podczas wojny był w nieformalnym związku z Krystyną Bilską, która ratowała mu nie raz życie
w czasie okupacji. Historia z cyjankiem jest prawdziwa. Po wojnie ojciec
opuścił partnerkę dla mojej mamy, młodej studentki polonistyki. Miał z tego powodu do końca życia wielkie wyrzuty sumienia. Nie chciałem jednak
w ten sposób komentować innych wierszy, by nie zaburzać ich poetyckiej
materii. Wiersze lubią świecić tylko swoim światłem, a niedopowiedzenie
bywa siłą poezji.
Mówi się, że fotografie i wiersze uwieczniają ludzi i zdarzenia. Taka
wieczność trwa jednak zwykle tylko chwilę, ta książka próbuje ją nieco
wydłużyć. Moi rodzice jako poeci zostali zapomniani, czas jest
bezwzględny także dla sztuki. Zasypuje ją śniegiem i piaskiem,
niektórych twórców traktuje łagodniej, dla innych nie ma litości.
Chciałem, żeby te wiersze i fotografie były świadectwem historii, tej
dużej i małej, rodzinnej. I aby rozmawiały nie tylko ze sobą, ale też z czytelnikiem.
Tomasz Jastrun