Album rodzinny. Wiersze i fotografie - Tomasz Jastrun

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Wycho­wa­łem się w domu poetów. Zarówno mama, jak i ojciec pisali wier­sze. Skrzyp wiecz­nego pióra i stu­kot maszyn do pisa­nia stały się muzyką mojego dzie­ciń­stwa. Ojciec, Mie­czy­sław Jastrun (1903-1983), był w XX wieku bar­dzo cenio­nym pisa­rzem, przede wszyst­kim poetą, ale też ese­istą i tłu­ma­czem, histo­ry­kiem lite­ra­tury, auto­rem słyn­nej bio­gra­fii Adama Mic­kie­wi­cza. Mama, Mie­czy­sława Bucz­kówna (1924-2015), pisała wier­sze, ale też książki dla dzieci, napi­sała ich wiele. Uwa­żała się jed­nak przede wszyst­kim za poetkę. Czy byłem więc ska­zany na poezję? Pierw­szy swój wiersz "stwo­rzy­łem", będąc małym dziec­kiem, gdy zapy­ta­łem rodzi­ców: "Dla­czego jabłko ma tylko głowę?", co oni pospiesz­nie zapi­sali. Dzieci, jak wia­domo, są świet­nymi poetami, zanim nie zaczną się uczyć i doro­śleć, wtedy ich wyobraź­nia sty­gnie, a zdzi­wie­nie świa­tem, które jest u źró­deł poezji, wysy­cha. Ojciec zda­wał się cały zro­biony z poezji. Miał świetną pamięć do wier­szy, znał ich tysiące, miał w gło­wie całą poezję pol­ską, ale też fran­cu­ską, nie­miecką i rosyj­ską, znał łacinę i grekę. Słynne są jego prze­kłady poezji Ril­kego, Hölderlina, także Bau­de­la­ire'a i Pusz­kina, i wielu innych twór­ców. Był poetą do szpiku kości, sam mówił, że poezja i two­rze­nie wier­szy są dla niego jak modli­twa. Zamknięty w swoim małym gabi­ne­cie, który wyda­wał mi się wielki, gdy byłem dziec­kiem, pisząc, nucił wier­sze, jakby się modlił. Ode­rwany od mate­rial­nego świata, był z tym świa­tem na bakier. Ta sfera spo­czy­wała zatem na bar­kach mamy, która musiała być bar­dziej od niego prak­tyczna. Było to dla niej bar­dzo męczące. Ja w mło­do­ści nie wyka­zy­wa­łem się żad­nymi talen­tami, mia­łem i mam do dzi­siaj słabą pamięć i zapewne jakąś formę dys­lek­sji. W szkole i potem na stu­diach polo­ni­stycz­nych nie mia­łem się więc dobrze, a posze­dłem na polo­ni­stykę tro­chę z braku lep­szego pomy­słu. Zade­biu­to­wa­łem wier­szami jesz­cze na stu­diach, w piśmie "Nowy Wyraz" w 1973 roku. Wtedy mój nie­spieszny pociąg wje­chał na tor poezji. Jadę nim do dzi­siaj. Czy wzią­łem coś z poetyki rodzi­ców? Po ojcu może pesy­mizm i pasję spo­łeczną, ale też grozę prze­mi­ja­nia. Po mamie pew­nie deli­kat­ność w liry­kach. Na pewno jed­nak jestem poetyc­kim bytem osob­nym. Znacz­nie mniej niż ojciec zanu­rzo­nym w kul­tu­rze, bliż­szym za to "mięsa życia", dla­tego też piszę prozę i felie­tony. Bywa­łem repor­te­rem i jestem felie­to­ni­stą, gram więc na wielu instru­men­tach i nie zawsze to są for­te­piany.

Wybie­ra­łem do Albumu wier­sze pod kątem rodzin­nym, te ilu­stru­jące zda­rze­nia naszego życia. Poezja taka bywa, ale nie musi taka być.

Wier­sze sta­ra­łem się ukła­dać blo­kami tema­tycz­nymi. Są tu więc utwory odda­jące grozę wyda­rzeń histo­rycz­nych: rodzice prze­żyli oku­pa­cję, ja tylko kon­spi­ra­cję lat. 70. i 80. Byłem zwią­zany z opo­zy­cją demo­kra­tyczną, prze­ży­łem stan wojenny, kiedy musia­łem się ukry­wać, i trudne lata po nim. Moje wier­sze dru­ko­wane w pod­ziem­nych wydaw­nic­twach były popu­larne, czas jed­nak odarł je z daw­nych emo­cji i rzadko je teraz wzna­wiam. Ojciec grozę wojny i oku­pa­cji zamknął w tomie Godzina strze­żona (rok 1944), wyda­nym w pod­zie­miu, a roz­li­czył się ze sta­li­ni­zmem w Gorą­cym popiele (rok 1956). Poda­łem do druku jego wiersz List Anny Żywioł, pisany w cza­sach sta­li­now­skich. Za poli­tykę kul­tu­ralną i za bez­pie­czeń­stwo (zna­mienne połą­cze­nie) odpo­wia­dał wtedy Jakub Ber­man. Miał ogromną wła­dzę. Jego córka wspo­mina: "Ojciec był uszczę­śli­wiony, gdy Jastrun napi­sał w wier­szu: "Ja, Anna Żywioł, nie umia­łam czy­tać, nie umia­łam pisać". I ojciec mi to poka­zał, i powie­dział: "Nie mógł mi spra­wić więk­szej rado­ści". To było speł­nie­nie jego marzeń o nowej lite­ra­tu­rze". Mój ojciec napi­sał sto­sun­kowo nie­wiele wier­szy w sty­li­styce socre­ali­stycz­nej, ale wsty­dził się ich do końca życia, dla­tego tego wier­sza ni­gdy nie zamiesz­czał w wybo­rach swej poezji. Wydał mi się jed­nak ten utwór cie­ka­wym świa­dec­twem czasu, a zara­zem wier­szem mimo wszystko arty­stycz­nie uda­nym.

Są w Albu­mie liczne liryki, wier­sze o dzie­ciach, w końcu wier­sze meta­fi­zyczne, poże­gna­nia bli­skich. Jak przy­stało na album rodzinny, w poezję zostały "wkle­jone" foto­gra­fie z moimi komen­ta­rzami. Nie­które zdję­cia kore­spon­dują z poezją, inne nie­ko­niecz­nie, ale są czę­ścią rodzin­nej auto­bio­gra­fii i zdają się inte­re­su­jące same w sobie. Stąd np. moje foto­gra­fie z Szym­bor­ską i z Mroż­kiem.

Nie­które wier­sze aż pro­szą się o przy­pis, choćby wiersz mamy Okno. Oto jego frag­ment:

I ta biała aka­cja

Co jak wyrzut sumie­nia

Kwit­nie

Przy ruinie w któ­rej się gnież­dżą

Ludzie z dziećmi kozą i koniem

I ten komin kre­ma­to­rium

Insty­tutu Szcze­pio­nek

Któ­rym wyfru­wają psy i koty

(Ofiary inkwi­zy­cji nauki)

To dokładny opis widoku z okien naszego war­szaw­skiego domu na Iwic­kiej, we wcze­snych latach 50., kiedy stał jesz­cze wśród ruin. Ten nie­zwy­kły budy­nek, gdzie miesz­kali lite­raci, opi­sa­łem w książce Dom pisa­rzy w cza­sach zarazy. A Insty­tut szcze­pio­nek z wier­sza mamy wystę­puje w wier­szu ojca Epoka jako "szpi­tal waria­tów". Wiersz ojca Cyja­nek odnosi się do kon­kret­nej sytu­acji. Ojciec pod­czas wojny był w nie­for­mal­nym związku z Kry­styną Bil­ską, która rato­wała mu nie raz życie w cza­sie oku­pa­cji. Histo­ria z cyjan­kiem jest praw­dziwa. Po woj­nie ojciec opu­ścił part­nerkę dla mojej mamy, mło­dej stu­dentki polo­ni­styki. Miał z tego powodu do końca życia wiel­kie wyrzuty sumie­nia. Nie chcia­łem jed­nak w ten spo­sób komen­to­wać innych wier­szy, by nie zabu­rzać ich poetyc­kiej mate­rii. Wier­sze lubią świe­cić tylko swoim świa­tłem, a nie­do­po­wie­dze­nie bywa siłą poezji.

Mówi się, że foto­gra­fie i wier­sze uwiecz­niają ludzi i zda­rze­nia. Taka wiecz­ność trwa jed­nak zwy­kle tylko chwilę, ta książka pró­buje ją nieco wydłu­żyć. Moi rodzice jako poeci zostali zapo­mniani, czas jest bez­względny także dla sztuki. Zasy­puje ją śnie­giem i pia­skiem, nie­któ­rych twór­ców trak­tuje łagod­niej, dla innych nie ma lito­ści.

Chcia­łem, żeby te wier­sze i foto­gra­fie były świa­dec­twem histo­rii, tej dużej i małej, rodzin­nej. I aby roz­ma­wiały nie tylko ze sobą, ale też z czy­tel­ni­kiem.

Tomasz Jastrun