Alchemik - Adam Maksymilian Grzybowski

Reflow text when sidebars are open.
Do uszu Marii Bielewicz od niemal godziny docierał przenikliwy dźwięk budzika. Słońce zaglądało do wynajmowanego przez nią pokoju przez nieumytą szybę, przyzywając ku nieprzyjaznemu światu. Warszawa już tętniła życiem. Dziewczyna nie miała jednak siły wstać. Sen był dla niej jak nicość, niebyt, czyli miejsce, gdzie najchętniej by się zaszyła i skończyła swoje istnienie. Zdawała sobie sprawę, że ten poranny absolutny brak napędu jest jednym z objawów choroby. Kilka dni temu wytłumaczyła jej to blado uśmiechnięta doktor Knapska, po czym wręczyła receptę na dwukrotnie wyższą dawkę leku przeciwdepresyjnego.
Życie w późniejszych godzinach dnia niż poranne było już zwykle nieco łatwiejsze i dzień do wieczora toczył się jakby siłą rozpędu, ale pierwsze ruchy i myśli poranka zawsze przychodziły z nieopisanym trudem. Próbowała wyobrazić sobie jakąś radość, która może spotkać ją tego dnia. Jakaś część umysłu, w której pomimo choroby tliła się niewielka chęć życia, próbowała wzbudzić jakąkolwiek pozytywną myśl, by pojawiła się motywacja do wykonania choć najmniejszego ruchu.
Był poranek dziesiątego października. Poniedziałek. Ćwiczenia z chemii na uniwersytecie zaczną się za godzinę. Fakt ten zupełnie nie napędzał do rozpoczęcia dnia. Chciała zapaść się gdzieś, zniknąć, przestać czuć i w ogóle przestać być. Rozpoczęcie studiów na Wydziale Chemii było pomyłką. Powinna przesiedzieć rok w swojej rodzinnej miejscowości, a potem jeszcze raz aplikować na medycynę. Przynajmniej spróbować. I zapewne spróbuje, chociaż na pewno znowu poniesie porażkę. Jest zupełnie do niczego.
Postanowiła dzisiaj już więcej nie podejmować próby opuszczenia łóżka. I tak nikt jej do niczego nie potrzebuje. Nikt na nią nie czeka. Nie jest w stanie zrobić niczego istotnego. Z zadaniami na ćwiczeniach z chemii też znów sobie nie poradzi.
Gdy tak ignorując dźwięk budzika, powoli osuwała się w coraz głębsze odrętwienie, poczuła na sobie wzrok. Wrażenie było silne i intrygujące na tyle, że niemoc osłabła i pozwoliła unieść powieki. Przed jej łóżkiem, na wyciągnięcie ręki siedział czarny jak smoła kot pani Staszyckiej, właścicielki mieszkania, i wpatrywał się w Marię swoimi zielonymi kocimi ślepiami.
- Figaro! - Widok zwierzaka dał jej siłę do wypowiedzenia pierwszego tego dnia słowa. - Co tutaj robisz? Jak, na Boga, się tutaj znowu dostałeś? - Zaintrygowana, uniosła się, wsparła na łokciu i spojrzała w kierunku drzwi.
Te były uchylone. Kolejny raz zasnęła, zapomniawszy zakluczyć drzwi od wewnątrz, a zwierzę sobie tylko znanym sposobem potrafiło nacisnąć klamkę. Maria przez szczelinę drzwi zobaczyła fragment korytarza z haczykami na okrycia. Jesiennego palta właścicielki na nim nie dostrzegła. Najpewniej była zatem w mieszkaniu sama z kotem. Zwierzę, siedząc blisko wezgłowia łóżka, obserwowało ją nadal mądrymi oczami i oblizywało co chwilę pyszczek.
- Koty nie zdradzają swoich tajemnic, prawda, Figaro? - zapytała cicho dziewczyna, kładąc ponownie ciężką głowę na poduszkę i zamykając powieki.
Ledwo to zrobiła, poczuła, jak kot bezczelnie pakuje jej się do łóżka i kładzie na poduszce. Zapach zwierzęcia nie sprawił jej przyjemności, ale nie miała siły zaprotestować. Czuła ciepło drobnego grzbietu wtulonego w jej policzek. Zapewne nawet psycholog Marii Bielewicz nie byłby w stanie wytłumaczyć tego zjawiska, ale to ciepło wywołało u dziewczyny łzy. Popłynęły obficie po twarzy.
Po chwili spojrzała na stojący na stoliku nocnym zegar. Do rozpoczęcia ćwiczeń zostało czterdzieści minut. Jeśli zrezygnuje z porannego prysznica i śniadania, zdąży jeszcze na zajęcia.
- Maryśka, zbieraj się! - powiedziała głośno do siebie i z wysiłkiem opuściła łóżko.
Na przystanek autobusowy dotarła już po kwadransie. Czuła w ustach gorzki smak masy tabletkowej zawierającej w sobie aktywne cząsteczki przeciwdepresyjnej sertraliny, którą zażyła bez śniadania.
***
Maria wbiegła do laboratorium kilka sekund po wejściu asystenta. Magister Rafał Amerski spojrzał na nią z wyrzutem, mimo że sam też przyszedł spóźniony i dopiero zakładał fartuch laboratoryjny. To spojrzenie pełne niechęci zabrało jej połowę z resztki energii, jaką zdołała z siebie wykrzesać. Posuwając z trudem stopy po kafelkach pracowni, zajęła swoje miejsce.
- Drodzy państwo, chemia jest pasjonującym przedmiotem - zaczął z animuszem asystent i powiódł wzrokiem po twarzach zaspanych jeszcze słuchaczy. - A dziś zajmiemy się dziedziną chemii, która upodabnia chemika do detektywa śledczego, mianowicie analizą jakościową.
Wywód asystenta przerwał napad kaszlu jednego ze studentów w ostatniej ławce.
- Coś się stało, panie Stasiak? - zapytał zirytowany Amerski.
- Nie, nie, panie magistrze. Już dobrze - zapewnił student, opanowując z trudem chichot.
- Cieszę się bardzo, że się pan nie udusił - stwierdził chłodno asystent i zaznaczył coś w swoim notatniku. - Wróćmy do naszej analizy jakościowej, drodzy państwo. Mam nadzieję, że zgodnie z prośbą zapoznaliście się z odpowiednimi rozdziałami mojego skryptu. Jeżeli tak, to powinniście sobie doskonale poradzić i zaliczyć ćwiczenia. Ponieważ dopiero raczkujecie w tej pięknej dziedzinie, jaką jest chemiczna analiza jakościowa, zaczniemy od zadań najprostszych, czyli od analizy związków nieorganicznych.
Po sali laboratoryjnej rozniósł się dźwięk wertowanych kartek podręcznika. Maria, mimo że miała na to kilka dni, nie zdołała przeczytać zaleconych rozdziałów. Teraz otworzyła skrypt po raz pierwszy. Przebiegła wzrokiem po literach pierwszego zdania, próbując zrozumieć jego treść. Bez powodzenia.
- W probówkach dla ułatwienia macie roztwory tylko z jednym kationem i jednym anionem. Pobawcie się w detektywów, moi drodzy. - W głosie magistra słychać było pasję młodego asystenta. - Znajdźcie odpowiedź na pytanie, co jest w waszej probówce. Na każdym stanowisku macie komplet odczynników, palniki, pręciki metalowe, kolby, dodatkowe probówki, zestawy do łaźni wodnej. Pamiętajcie, że wszystko ma znaczenie - kolor roztworu, zapach. Macie na to całe dwie godziny ćwiczeń. Dużo czasu. Powodzenia. Zaliczam tylko tym, którzy dotrą do prawdy. Czas start.
Studenci ruszyli do pracy. Większość z nich wiedziała, co robić, nie zaglądali do skryptu. Maria Bielewicz obserwowała przerażona ich pewne ruchy. Uświadamiały jej, że jest w tyle, nie ma pojęcia, od czego zacząć. Jest do niczego. Spojrzała zniechęcona na umieszczoną w statywie zakorkowaną probówkę z roztworem do zbadania.
- Panie magistrze! Ja mam kation sodowy w roztworze! - pochwaliła się Amelia, zwykle najbardziej aktywna studentka.
- Bardzo dobrze, pani Amelio - powiedział z uznaniem asystent. - Proszę wytłumaczyć, jak pani do tego doszła.
- Kation sodowy daje jasnopomarańczowy kolor płomienia.
- Znakomicie! A jak to pani może potwierdzić?
Studentka zmieszała się i spuściła głowę.
- Doczyta to pani sobie, pani Amelio. A jaki ma pani anion?
- Jeszcze nie wiem, panie magistrze - przyznała dziewczyna.
- Do roboty zatem! Jeszcze pani nie skończyła - skomentował asystent, po czym splótł ręce za plecami i zaczął przechadzać się pomiędzy stanowiskami.
- A mój drut się nie świeci - wypalił z ostatniego stanowiska Andrzej Stasiak, wzbudzając ogólną wesołość.
- To pręcik metalowy, a nie drut, panie Stasiak - upomniał go zirytowany magister.
- A fakt, przepraszam - powiedział niefrasobliwy student, choć nie było widać po nim ani odrobiny skruchy.
- Skoro pana roztwór w próbie płomieniowej nie zabarwia się, może pan podejrzewać, że jakich kationów nie ma w pana roztworze? - Asystent nie zamierzał odpuścić studentowi.
- Eeee... - Stasiak wydał z siebie mało inteligentny dźwięk i zerknął niepewnie w kierunku skryptu.
- Zapewne nie jest to sód, potas, wapń, stront, bar ani też cyna - usłużnie stwierdziła Amelia, podnosząc rękę do góry i nie czekając, aż ktokolwiek pozwoli jej zabrać głos.
- Słusznie, pani Amelio, ale akurat pytałem pani kolegę. - Amerski chciał usłyszeć odpowiedź od Stasiaka, którego pognieciony fartuch laboratoryjny i zblazowany wyraz twarzy najwyraźniej go drażniły.
Pierwsze osoby w grupie podnosiły ręce, zgłaszając zakończenie zadania. Do uszu Marii dochodziły jak z oddali odpowiedzi kolegów:
- Mam roztwór azotanu ołowiu. Kation ołowiu dał biały osad z zasadą sodową rozpuszczalny w jej nadmiarze. Anion azotanowy wykazałem dodatnią próbą obrączkową oraz nieobecnością osadu w reakcji z kationami srebra i baru.
- A w mojej probówce jest ortofosforan potasu. Potas zabarwił płomień na kolor fioletowy, a anion fosforanowy dał żółty osad z azotanem srebra, rozpuszczalny w kwasie azotowym.
Do świadomości Marii Bielewicz docierały kolejne pochwały asystenta, którymi obdzielał studentów. Ci, którzy zaliczyli ćwiczenie, zabierali swoje skrypty i opuszczali salę laboratoryjną. Maria stała przy swoim stole bezczynnie. Wszystko działo się jakby obok niej. Bezmyślnie obracała w dłoni odkorkowaną probówkę. Gdy ocknęła się z letargu, na sali pozostało jedynie dwoje studentów, ona i Andrzej Stasiak pracujący przy stanowisku obok niej.
- Panie Stasiak, czas minął. - Asystent najwyraźniej nie darzył sympatią wyluzowanego studenta. - Co pan wybadał?
Zapytany, podobnie jak Maria, trzymał kurczowo swoją probówkę z roztworem. Usłyszawszy pytanie, niemal ją upuścił. Kilka kropel cieczy spadło na blat.
- Słucham, panie Stasiak. Koniec tych żartów!
Do Marii dotarł napastliwy głos prowadzącego. Spojrzała na zagubionego kolegę, który utkwił wzrok w blacie stołu laboratoryjnego.
- O Jezu! Mam srebro! - usłyszała niespodziewanie radosny głos kolegi. Podążyła za jego wzrokiem i dostrzegła brązowe plamy na bibule leżącej na blacie. - Tak barwi srebro!
- Ma pan więcej szczęścia niż rozumu, Stasiak - przyznał z niechęcią magister Amerski. - A co z anionem? Jaki ma pan anion?
Andrzej zmieszał się i rozglądał bezradnie przez chwilę. Jego wzrok padł na odczynniki, które miał do dyspozycji podczas analiz. Na jednej z buteleczek widniał zaznaczony grubym flamastrem napis "AgNO3".
- Eeee... - zaczął niepewnie student - srebro chyba z wieloma anionami tworzy nierozpuszczalne sole... a więc... w moim roztworze jest... azotan srebra... chyba.
- To chyba czy na pewno?
- Na pewno - wydusił student i spojrzał na asystenta. Ten patrzył na niego z kamienną twarzą, przedłużając niepewność.
- Naprawdę ma pan więcej szczęścia niż rozumu - przerwał w końcu milczenie. - Zaliczył pan. Niestety.
Maria obserwowała, jak jej kolega odetchnął z ulgą i szybko skierował się do wyjścia. Przed drzwiami zwolnił i spojrzał na nią współczującym wzrokiem. Gdy zniknął za drzwiami, została sama z asystentem.
- Pani... przepraszam, ale nie zapamiętałem pani nazwiska - zaczął magister Amerski.
- Bielewicz. Maria Bielewicz - odpowiedziała powoli.
- Obserwowałem panią i nie widziałem, żeby przeprowadzała pani jakiekolwiek reakcje lub analizy - powiedział z przyganą, patrząc na niezabrudzony blat i dziewiczo równo stojące rzędy butelek z odczynnikami, naczyń i przyrządów laboratoryjnych. - Zrobiła pani choć jedną analizę?
- Tylko jedną - przyznała po chwili ciszy i spuściła głowę.
- Nie sądzę... biorąc pod uwagę absolutny porządek na blacie. Przespała pani całe zajęcia, pani Bielewicz. Co to ma być? Jakiś happening? - W głosie asystenta narastała irytacja. - Proszę zatem strzelać. Co jest w probówce?
Studentka westchnęła.
- Myślę, że w probówce jest roztwór soli kuchennej, czyli chlorku sodu - powiedziała cicho.
Magister Amerski spojrzał na numer na probówce, wyciągnął z kieszeni swoją kartkę, gdzie miał zapisane prawidłowe odpowiedzi.
- A jaki test pani wykonała, by to stwierdzić? - dopytał z wyrazem twarzy, z którego nie sposób było nic wyczytać.
Maria zawahała się, czy odpowiedzieć.
- Organoleptyczny. Spróbowałam smaku... - przerwała wypowiedź, widząc przerażony wzrok asystenta.
- Pani sobie ze mnie żartuje, prawda? - powoli i niepewnie cedził słowa.
- Nie wiedziałam, co zrobić, więc spróbowałam - odpowiedziała zgodnie z prawdą i spuściła głowę.
- O kurwa! Dziewczyno, przecież w probówce mógł być równie dobrze na przykład anion cyjankowy! - Asystent złapał się za głowę.
- Czyli to naprawdę chlorek sodu? - W głosie studentki wybrzmiała nadzieja.
- Tak... - Pokazał jej listę z odpowiedziami. Pod numerem trzynastym, którym opatrzona była jej probówka zadaniowa, widniał podpis "NaCl".
- Czyli zaliczyłam ćwiczenia? - Maria nie dowierzała jeszcze w swoje szczęście.
- Czy pani chce umrzeć? - odpowiedział dziwnym pytaniem na jej pytanie i wpatrywał się w nią czujnie.
Nie spuściła wzroku. Patrzyła prosto w oczy asystentowi.
- Chyba jeszcze nie - odpowiedziała po dłuższej chwili.
- To dobrze, pani Bielewicz. - Te słowa wypowiedział bardzo życzliwie. - Myślałem, że to pani kolega Stasiak jest największym farciarzem, jakiego stworzył świat. Pani jednak bije go na głowę!
***
- I co, Marysiu? Jak poszło?
Z odrętwienia wyrwał ją na korytarzu znajomy głos. Gdy podniosła oczy, napotkała zatroskany wzrok Andrzeja Stasiaka, który zakończył ćwiczenia chwilę przed nią.
- Zaliczyłam.
- Poważnie? - Najwidoczniej był przekonany, że przyjdzie mu ją pocieszać.
- Amer powiedział, że miałam nawet więcej szczęścia niż ty.
- To przecież niemożliwe - zaśmiał się chłopak. - To ja słynę z farta.
- Tym razem pobiłam cię na głowę, Andrzejku. Uwierz mi. Miałam szczęście, że w ogóle przeżyłam te ćwiczenia. - Marii udało się nawet uśmiechnąć na widok pełnej niedowierzania miny kolegi.
- To może opowiesz mi przy kawie, jak udało ci się przeżyć? - zaproponował.
- Ja nie jestem ostatnio dobrym kompanem do rozmowy - przyznała Maria. - Będziesz się ze mną nudził.
- O w życiu! Na pewno nie będę - zapewnił. - Przecież zdradzisz mi, jak odgadnąć, co jest w probówce, nie wykonując żadnego testu. To mnie intryguje. - Andrzej zaśmiał się przyjaźnie.
- Jeden test wykonałam...
- W takim razie coś mnie ominęło, bo widziałem tylko, jak z bezradną miną patrzysz na swoją probówkę jak sroka w gnat.
- Skosztowałam smaku roztworu. Smakował jak osolona woda. Strzeliłam, że to chlorek sodu, i szczęśliwie trafiłam. Oto cała historia - przyznała cicho dziewczyna i spuściła skromnie wzrok.
- Co zrobiłaś?! - Chłopak zakrztusił się i przez chwilę nie mógł powstrzymać kaszlu.
- Wiem, wiem. Już Amerski powiedział mi, że jestem nienormalna.
Andrzej, gdy tylko złapał powietrze, zaczął się głośno śmiać. Stojący przed salą laboratoryjną pozostali studenci spojrzeli z zainteresowaniem. Maria wyłapała te spojrzenia i domyśliła się, że pewnie dziwią się, czym taka nudna dziewczyna jak ona mogła aż tak rozbawić kolegę.
- Zadziałałaś, jak kiedyś czynili to wielcy alchemicy - stwierdził Andrzej, któremu po dłuższej chwili udało się powrócić do stanu powagi.
- Alchemicy? - Maria nie zrozumiała w pierwszej chwili.
- Tak. Ci najwięksi. Ci, którzy potrafili zamieniać nieszlachetne metale w złoto, uwarzyć czerwoną tynkturę dającą długie życie, tworzyć eliksiry pozwalające poznać to, co niepoznawalne, uchylające wrota zaświatów, pozwalające zgłębiać ich tajemnice.
- Przecież to było niemożliwe... zamienić jeden metal w drugi... bez reakcji syntezy jądrowej albo rozpadu... - zauważyła dziewczyna.
- Oczywiście. Ale niektórzy podobno tego dokonali. Na przykład Polak Michał Sędziwój. On uważał, że odwaga to cecha niezbędna, by dokonać czegoś wielkiego w alchemii. A aby skosztować nieznanego roztworu, trzeba nie lada odwagi - powiedział student i zabrzmiało to poważnie.
- Masz dużą wiedzę, Andrzejku. To ciekawe, co mówisz - pochwaliła Maria.
- Nie tam zaraz dużą - zaoponował skromnie. - Książkę czytałem o Michale Sędziwoju. Niesamowita postać. Jak to mówią, człowiek orkiestra: chemik, czarownik, lekarz, filozof, sekretarz i poseł Zygmunta III Wazy. Podobno też całe życie walczył z depresją.
- Walczył z depresją? Taki wielki człowiek? - Ta informacja wyraźnie zainteresowała Marię.
- To przecież nie jest choroba prostych tłumoków, Marysiu, tylko właśnie ludzi potrafiących używać mózgu.
- Słyszałam o nim. Naprawdę cierpiał na depresję?
- Tak, wówczas nazywaną melancholią. I pomimo choroby osiągnął tak wiele. Leczył się sam. Był znakomitym lekarzem.
- Jak się leczył?
- Twierdził, że melancholię należy leczyć, nagradzając regularnie swoje serce i umysł. Nie było wówczas przecież na nią żadnych leków. Pisał, że dla każdego taką nagrodą jest coś innego. Dla niego były nią okruszki wiedzy. Jego pobudzały do życia zagadki naukowe. Pisał o "drodze z okruszków, która prowadzi do spełnienia".
- Mądry człowiek. - Maria zamyśliła się. Zastanawiała się, jak powinna wyglądać jej "droga z okruszków". Nie wiedziała, co dla niej mogłoby być nagrodą, ale czuła, że chciałaby się dowiedzieć, a to już coś.
- Pamiętaj, Marysiu, nie spóźnij się jutro na wykład Różańskiego. - Andrzej zmienił temat rozmowy. - Będzie przydzielać zagadnienia prac rocznych. Wiem od kumpli ze starszych lat, że nie można się spóźnić, bo dostaje się wówczas za karę bardzo przekrojowy temat spoza giełdy i zamiast krótkiego opracowania trzeba napisać niemal coś na kształt pracy magisterskiej.
- Dziękuję za radę. - Była mu naprawdę wdzięczna. - Postaram się nie spóźnić.
- To co, idziemy na kawę? - zaproponował chłopak. - Do matmy zostało nam już tylko pół godziny, ale mogę zaproponować ci kawę z automatu i chwilę konwersacji tutaj na schodach. - Uśmiechnął się i mrugnął filuternie.
- Idziemy. - Maria pierwszy raz tego dnia się uśmiechnęła.
Dwunasty dzień stycznia Roku Pańskiego 1603.Zamek Marszałka Nadwornego KoronnegoRzeczypospolitej Mikołaja Wolskiego w Krzepicach
Tego wczesnego poranka dziedziniec zamkowy zapełniony był niecodziennymi przedmiotami. W wysokim do połowy łydki świeżym śniegu tkwiły żelazne misy wypełnione różnymi cieczami, wielkie drewniane i metalowe statywy, klatki ze zwierzętami, sterty drewna ułożone równo przy kilku paleniskach, stosy siana, kamieni i różnych kawałków skał i metali.
Dziedziniec wydawał się wyludniony, ale to jedynie pozorne wrażenie. Mimo że nie było na placu żadnego człowieka, to jednak wiele par oczu śledziło jego obecny bezruch. Służba zamkowa obserwowała go bardzo uważnie z różnych zakamarków, krużganków i okien piwnicznych.
Odkąd przyjechał do zamku on, ten mistrz i mędrzec, dziedziniec zmienił się w jego pracownię i działy się tutaj niezwykle ciekawe rzeczy. Dla gawiedzi i służby to coś niezwykłego, co odmieniało ich codzienną rutynę. Mistrz podgrzewał najróżniejsze ciecze w misach, mieszał je, niekiedy produkując niewyobrażalny wprost odór, topił skały w tyglach, podgrzewał i oziębiał przedmioty, a obserwatorzy próbowali domyślić się, a nawet obstawiać, cóż on takiego robi. Nikt jednak nie śmiał zapytać tak wyedukowaną personę, co te czynności mają na celu.
Wczoraj przed zachodem słońca mistrz osobiście ogolił do gołej skóry jedną z owiec, by zostawić ją nagą w klatce do rana. Dziś od świtu wszyscy zerkali ciekawie, co dalej będzie on czynić z tym pozbawionym runa zwierzęciem. Nakazał też służbie złapać dwa szczury piwniczne i dostarczyć mu żywe. Nikt nie miał pojęcia po co.
Nie tylko gawiedź kierowała wzrok na dziedziniec. Czynił tak również z okien swoich komnat właściciel zamku Mikołaj Wolski herbu Półkozic, senator, osobisty doradca króla Zygmunta III. Szlachcic ten rozumiał zdecydowanie więcej z poczynań mistrza, od kilku już lat opłacał bowiem te badania i regularnie odbierał raporty z wyników. Nie wiedział jednak, co dziś planuje robić jego protegowany, więc podobnie jak służba wyczekiwał, aż mistrz pojawi się w zamkowej pracowni pod gołym niebem.
Słońce było już dość wysoko i nieomalże zaglądało znad stosunkowo niskiego wschodniego muru, gdy cierpliwość obserwatorów została nagrodzona.
- To on, to on, wychodzi, patrzcie! - Wiadomość szybko rozchodziła się szeptem wśród oczekujących.
Trzydziestosześcioletni mężczyzna, który stanął w tej właśnie chwili na dziedzińcu, nie wyglądał zupełnie na swój wiek i mądrość. Pacholęcą twarz pokrywało co prawda coś na kształt brody, o którą właściciel dbał, ale co do jej gęstości można mieć dużo zastrzeżeń. Rozczochrane jasne włosy, wyglądające, jakby dopiero co podniósł się z łóżka, również nie dodawały mu powagi. Jedynie ozdobny złoty żupan i wzorzyste czerwone hajdawery sugerowały, że nie jest to byle pachołek, lecz mężczyzna szlachetnie urodzony.
Michał Sędziwój herbu Ostoja dostrzegł, że z różnych zakątków śledzi go wiele par oczu. Jego myśli jednak były już zaprzątnięte doświadczeniami, które zaplanował na dzisiejsze przedpołudnie. W tej chwili nie liczyło się nic więcej. Najwyraźniej też fortuna mu sprzyjała tego poranka, bo pojawił się świeży śnieg, a stanowił on konieczny element dzisiejszych doświadczeń. Zauważył już wcześniej, że żwawość roztapiania się młodego, jednorodnego śniegu jest dobrą miarą wytwarzanego ciepła, a właśnie zagadnienie ciepła dziś interesowało go najbardziej. Zwłaszcza jego źródeł w żywych organizmach.
W obawie przed odwilżą postanowił nie czekać, tylko od razu zacząć doświadczenia. Odrzucił na bok skórzaną płachtę okrywającą stertę skrzynek i worków, stojącą przy jednym z filarów krużganka. Wyciągnął ze sterty jeden z worków, bez szczególnego wysiłku wrzucił na plecy, zrobił kilka kroków w wysokim śniegu i wrzucił weń zawartość worka.
Okoliczni gapie powyciągali głowy, próbując zobaczyć, co gość pana zamku wrzucił w śnieg. Ci, którzy śledzili dziedziniec z poziomu wyższego niż okna piwniczne, dostrzegli, że było to martwe jagnię oraz spory kloc drewna.
Mistrz dłuższą chwilę analizował, jak zachowują się w śniegu kawałek drewna oraz truchło zwierzęcia, które pozbawił życie wczorajszego wieczora. Po zakończeniu obserwacji wyjął pergamin, pióro i kałamarz, przykląkł i, opierając pergamin o spoczywający w śniegu kawałek drewna, zanotował następujące słowa:
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.