Alchemik - Adam Maksymilian Grzybowski

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Maria

Do uszu Ma­rii Bie­le­wicz od nie­mal go­dzi­ny do­cie­rał prze­ni­kli­wy dźwięk bu­dzi­ka. Słoń­ce za­glą­da­ło do wy­naj­mo­wa­ne­go przez nią po­ko­ju przez nie­umy­tą szy­bę, przy­zy­wa­jąc ku nie­przy­ja­zne­mu świa­tu. War­sza­wa już tęt­ni­ła ży­ciem. Dziew­czy­na nie mia­ła jed­nak siły wstać. Sen był dla niej jak ni­cość, nie­byt, czy­li miej­sce, gdzie naj­chęt­niej by się za­szy­ła i skoń­czy­ła swo­je ist­nie­nie. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ten po­ran­ny ab­so­lut­ny brak na­pę­du jest jed­nym z ob­ja­wów cho­ro­by. Kil­ka dni temu wy­tłu­ma­czy­ła jej to bla­do uśmiech­nię­ta dok­tor Knap­ska, po czym wrę­czy­ła re­cep­tę na dwu­krot­nie wyż­szą daw­kę leku prze­ciw­de­pre­syj­ne­go.

Ży­cie w póź­niej­szych go­dzi­nach dnia niż po­ran­ne było już zwy­kle nie­co ła­twiej­sze i dzień do wie­czo­ra to­czył się jak­by siłą roz­pę­du, ale pierw­sze ru­chy i my­śli po­ran­ka za­wsze przy­cho­dzi­ły z nie­opi­sa­nym tru­dem. Pró­bo­wa­ła wy­obra­zić so­bie ja­kąś ra­dość, któ­ra może spo­tkać ją tego dnia. Ja­kaś część umy­słu, w któ­rej po­mi­mo cho­ro­by tli­ła się nie­wiel­ka chęć ży­cia, pró­bo­wa­ła wzbu­dzić ja­ką­kol­wiek po­zy­tyw­ną myśl, by po­ja­wi­ła się mo­ty­wa­cja do wy­ko­na­nia choć naj­mniej­sze­go ru­chu.

Był po­ra­nek dzie­sią­te­go paź­dzier­ni­ka. Po­nie­dzia­łek. Ćwi­cze­nia z che­mii na uni­wer­sy­te­cie za­czną się za go­dzi­nę. Fakt ten zu­peł­nie nie na­pę­dzał do roz­po­czę­cia dnia. Chcia­ła za­paść się gdzieś, znik­nąć, prze­stać czuć i w ogó­le prze­stać być. Roz­po­czę­cie stu­diów na Wy­dzia­le Che­mii było po­mył­ką. Po­win­na prze­sie­dzieć rok w swo­jej ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści, a po­tem jesz­cze raz apli­ko­wać na me­dy­cy­nę. Przy­naj­mniej spró­bo­wać. I za­pew­ne spró­bu­je, cho­ciaż na pew­no zno­wu po­nie­sie po­raż­kę. Jest zu­peł­nie do ni­cze­go.

Po­sta­no­wi­ła dzi­siaj już wię­cej nie po­dej­mo­wać pró­by opusz­cze­nia łóż­ka. I tak nikt jej do ni­cze­go nie po­trze­bu­je. Nikt na nią nie cze­ka. Nie jest w sta­nie zro­bić ni­cze­go istot­ne­go. Z za­da­nia­mi na ćwi­cze­niach z che­mii też znów so­bie nie po­ra­dzi.

Gdy tak igno­ru­jąc dźwięk bu­dzi­ka, po­wo­li osu­wa­ła się w co­raz głęb­sze odrę­twie­nie, po­czu­ła na so­bie wzrok. Wra­że­nie było sil­ne i in­try­gu­ją­ce na tyle, że nie­moc osła­bła i po­zwo­li­ła unieść po­wie­ki. Przed jej łóż­kiem, na wy­cią­gnię­cie ręki sie­dział czar­ny jak smo­ła kot pani Sta­szyc­kiej, wła­ści­ciel­ki miesz­ka­nia, i wpa­try­wał się w Ma­rię swo­imi zie­lo­ny­mi ko­ci­mi śle­pia­mi.

- Fi­ga­ro! - Wi­dok zwie­rza­ka dał jej siłę do wy­po­wie­dze­nia pierw­sze­go tego dnia sło­wa. - Co tu­taj ro­bisz? Jak, na Boga, się tu­taj zno­wu do­sta­łeś? - Za­in­try­go­wa­na, unio­sła się, wspar­ła na łok­ciu i spoj­rza­ła w kie­run­ku drzwi.

Te były uchy­lo­ne. Ko­lej­ny raz za­snę­ła, za­po­mniaw­szy za­klu­czyć drzwi od we­wnątrz, a zwie­rzę so­bie tyl­ko zna­nym spo­so­bem po­tra­fi­ło na­ci­snąć klam­kę. Ma­ria przez szcze­li­nę drzwi zo­ba­czy­ła frag­ment ko­ry­ta­rza z ha­czy­ka­mi na okry­cia. Je­sien­ne­go pal­ta wła­ści­ciel­ki na nim nie do­strze­gła. Naj­pew­niej była za­tem w miesz­ka­niu sama z ko­tem. Zwie­rzę, sie­dząc bli­sko wez­gło­wia łóż­ka, ob­ser­wo­wa­ło ją na­dal mą­dry­mi ocza­mi i ob­li­zy­wa­ło co chwi­lę pysz­czek.

- Koty nie zdra­dza­ją swo­ich ta­jem­nic, praw­da, Fi­ga­ro? - za­py­ta­ła ci­cho dziew­czy­na, kła­dąc po­now­nie cięż­ką gło­wę na po­dusz­kę i za­my­ka­jąc po­wie­ki.

Le­d­wo to zro­bi­ła, po­czu­ła, jak kot bez­czel­nie pa­ku­je jej się do łóż­ka i kła­dzie na po­dusz­ce. Za­pach zwie­rzę­cia nie spra­wił jej przy­jem­no­ści, ale nie mia­ła siły za­pro­te­sto­wać. Czu­ła cie­pło drob­ne­go grzbie­tu wtu­lo­ne­go w jej po­li­czek. Za­pew­ne na­wet psy­cho­log Ma­rii Bie­le­wicz nie był­by w sta­nie wy­tłu­ma­czyć tego zja­wi­ska, ale to cie­pło wy­wo­ła­ło u dziew­czy­ny łzy. Po­pły­nę­ły ob­fi­cie po twa­rzy.

Po chwi­li spoj­rza­ła na sto­ją­cy na sto­li­ku noc­nym ze­gar. Do roz­po­czę­cia ćwi­czeń zo­sta­ło czter­dzie­ści mi­nut. Je­śli zre­zy­gnu­je z po­ran­ne­go prysz­ni­ca i śnia­da­nia, zdą­ży jesz­cze na za­ję­cia.

- Ma­ryś­ka, zbie­raj się! - po­wie­dzia­ła gło­śno do sie­bie i z wy­sił­kiem opu­ści­ła łóż­ko.

Na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy do­tar­ła już po kwa­dran­sie. Czu­ła w ustach gorz­ki smak masy ta­blet­ko­wej za­wie­ra­ją­cej w so­bie ak­tyw­ne czą­stecz­ki prze­ciw­de­pre­syj­nej ser­tra­li­ny, któ­rą za­ży­ła bez śnia­da­nia.

***

Ma­ria wbie­gła do la­bo­ra­to­rium kil­ka se­kund po wej­ściu asy­sten­ta. Ma­gi­ster Ra­fał Amer­ski spoj­rzał na nią z wy­rzu­tem, mimo że sam też przy­szedł spóź­nio­ny i do­pie­ro za­kła­dał far­tuch la­bo­ra­to­ryj­ny. To spoj­rze­nie peł­ne nie­chę­ci za­bra­ło jej po­ło­wę z reszt­ki ener­gii, jaką zdo­ła­ła z sie­bie wy­krze­sać. Po­su­wa­jąc z tru­dem sto­py po ka­fel­kach pra­cow­ni, za­ję­ła swo­je miej­sce.

- Dro­dzy pań­stwo, che­mia jest pa­sjo­nu­ją­cym przed­mio­tem - za­czął z ani­mu­szem asy­stent i po­wiódł wzro­kiem po twa­rzach za­spa­nych jesz­cze słu­cha­czy. - A dziś zaj­mie­my się dzie­dzi­ną che­mii, któ­ra upo­dab­nia che­mi­ka do de­tek­ty­wa śled­cze­go, mia­no­wi­cie ana­li­zą ja­ko­ścio­wą.

Wy­wód asy­sten­ta prze­rwał na­pad kasz­lu jed­ne­go ze stu­den­tów w ostat­niej ław­ce.

- Coś się sta­ło, pa­nie Sta­siak? - za­py­tał zi­ry­to­wa­ny Amer­ski.

- Nie, nie, pa­nie ma­gi­strze. Już do­brze - za­pew­nił stu­dent, opa­no­wu­jąc z tru­dem chi­chot.

- Cie­szę się bar­dzo, że się pan nie udu­sił - stwier­dził chłod­no asy­stent i za­zna­czył coś w swo­im no­tat­ni­ku. - Wróć­my do na­szej ana­li­zy ja­ko­ścio­wej, dro­dzy pań­stwo. Mam na­dzie­ję, że zgod­nie z proś­bą za­po­zna­li­ście się z od­po­wied­ni­mi roz­dzia­ła­mi mo­je­go skryp­tu. Je­że­li tak, to po­win­ni­ście so­bie do­sko­na­le po­ra­dzić i za­li­czyć ćwi­cze­nia. Po­nie­waż do­pie­ro racz­ku­je­cie w tej pięk­nej dzie­dzi­nie, jaką jest che­micz­na ana­li­za ja­ko­ścio­wa, za­cznie­my od za­dań naj­prost­szych, czy­li od ana­li­zy związ­ków nie­orga­nicz­nych.

Po sali la­bo­ra­to­ryj­nej roz­niósł się dźwięk wer­to­wa­nych kar­tek pod­ręcz­ni­ka. Ma­ria, mimo że mia­ła na to kil­ka dni, nie zdo­ła­ła prze­czy­tać za­le­co­nych roz­dzia­łów. Te­raz otwo­rzy­ła skrypt po raz pierw­szy. Prze­bie­gła wzro­kiem po li­te­rach pierw­sze­go zda­nia, pró­bu­jąc zro­zu­mieć jego treść. Bez po­wo­dze­nia.

- W pro­bów­kach dla uła­twie­nia ma­cie roz­two­ry tyl­ko z jed­nym ka­tio­nem i jed­nym anio­nem. Po­baw­cie się w de­tek­ty­wów, moi dro­dzy. - W gło­sie ma­gi­stra sły­chać było pa­sję mło­de­go asy­sten­ta. - Znajdź­cie od­po­wiedź na py­ta­nie, co jest w wa­szej pro­bów­ce. Na każ­dym sta­no­wi­sku ma­cie kom­plet od­czyn­ni­ków, pal­ni­ki, prę­ci­ki me­ta­lo­we, kol­by, do­dat­ko­we pro­bów­ki, ze­sta­wy do łaź­ni wod­nej. Pa­mię­taj­cie, że wszyst­ko ma zna­cze­nie - ko­lor roz­two­ru, za­pach. Ma­cie na to całe dwie go­dzi­ny ćwi­czeń. Dużo cza­su. Po­wo­dze­nia. Za­li­czam tyl­ko tym, któ­rzy do­trą do praw­dy. Czas start.

Stu­den­ci ru­szy­li do pra­cy. Więk­szość z nich wie­dzia­ła, co ro­bić, nie za­glą­da­li do skryp­tu. Ma­ria Bie­le­wicz ob­ser­wo­wa­ła prze­ra­żo­na ich pew­ne ru­chy. Uświa­da­mia­ły jej, że jest w tyle, nie ma po­ję­cia, od cze­go za­cząć. Jest do ni­cze­go. Spoj­rza­ła znie­chę­co­na na umiesz­czo­ną w sta­ty­wie za­kor­ko­wa­ną pro­bów­kę z roz­two­rem do zba­da­nia.

- Pa­nie ma­gi­strze! Ja mam ka­tion so­do­wy w roz­two­rze! - po­chwa­li­ła się Ame­lia, zwy­kle naj­bar­dziej ak­tyw­na stu­dent­ka.

- Bar­dzo do­brze, pani Ame­lio - po­wie­dział z uzna­niem asy­stent. - Pro­szę wy­tłu­ma­czyć, jak pani do tego do­szła.

- Ka­tion so­do­wy daje ja­sno­po­ma­rań­czo­wy ko­lor pło­mie­nia.

- Zna­ko­mi­cie! A jak to pani może po­twier­dzić?

Stu­dent­ka zmie­sza­ła się i spu­ści­ła gło­wę.

- Do­czy­ta to pani so­bie, pani Ame­lio. A jaki ma pani anion?

- Jesz­cze nie wiem, pa­nie ma­gi­strze - przy­zna­ła dziew­czy­na.

- Do ro­bo­ty za­tem! Jesz­cze pani nie skoń­czy­ła - sko­men­to­wał asy­stent, po czym splótł ręce za ple­ca­mi i za­czął prze­cha­dzać się po­mię­dzy sta­no­wi­ska­mi.

- A mój drut się nie świe­ci - wy­pa­lił z ostat­nie­go sta­no­wi­ska An­drzej Sta­siak, wzbu­dza­jąc ogól­ną we­so­łość.

- To prę­cik me­ta­lo­wy, a nie drut, pa­nie Sta­siak - upo­mniał go zi­ry­to­wa­ny ma­gi­ster.

- A fakt, prze­pra­szam - po­wie­dział nie­fra­so­bli­wy stu­dent, choć nie było wi­dać po nim ani odro­bi­ny skru­chy.

- Sko­ro pana roz­twór w pró­bie pło­mie­nio­wej nie za­bar­wia się, może pan po­dej­rze­wać, że ja­kich ka­tio­nów nie ma w pana roz­two­rze? - Asy­stent nie za­mie­rzał od­pu­ścić stu­den­to­wi.

- Eeee... - Sta­siak wy­dał z sie­bie mało in­te­li­gent­ny dźwięk i zer­k­nął nie­pew­nie w kie­run­ku skryp­tu.

- Za­pew­ne nie jest to sód, po­tas, wapń, stront, bar ani też cyna - usłuż­nie stwier­dzi­ła Ame­lia, pod­no­sząc rękę do góry i nie cze­ka­jąc, aż kto­kol­wiek po­zwo­li jej za­brać głos.

- Słusz­nie, pani Ame­lio, ale aku­rat py­ta­łem pani ko­le­gę. - Amer­ski chciał usły­szeć od­po­wiedź od Sta­sia­ka, któ­re­go po­gnie­cio­ny far­tuch la­bo­ra­to­ryj­ny i zbla­zo­wa­ny wy­raz twa­rzy naj­wy­raź­niej go draż­ni­ły.

Pierw­sze oso­by w gru­pie pod­no­si­ły ręce, zgła­sza­jąc za­koń­cze­nie za­da­nia. Do uszu Ma­rii do­cho­dzi­ły jak z od­da­li od­po­wie­dzi ko­le­gów:

- Mam roz­twór azo­ta­nu oło­wiu. Ka­tion oło­wiu dał bia­ły osad z za­sa­dą so­do­wą roz­pusz­czal­ny w jej nad­mia­rze. Anion azo­ta­no­wy wy­ka­za­łem do­dat­nią pró­bą ob­rącz­ko­wą oraz nie­obec­no­ścią osa­du w re­ak­cji z ka­tio­na­mi sre­bra i baru.

- A w mo­jej pro­bów­ce jest or­to­fos­fo­ran po­ta­su. Po­tas za­bar­wił pło­mień na ko­lor fio­le­to­wy, a anion fos­fo­ra­no­wy dał żół­ty osad z azo­ta­nem sre­bra, roz­pusz­czal­ny w kwa­sie azo­to­wym.

Do świa­do­mo­ści Ma­rii Bie­le­wicz do­cie­ra­ły ko­lej­ne po­chwa­ły asy­sten­ta, któ­ry­mi ob­dzie­lał stu­den­tów. Ci, któ­rzy za­li­czy­li ćwi­cze­nie, za­bie­ra­li swo­je skryp­ty i opusz­cza­li salę la­bo­ra­to­ryj­ną. Ma­ria sta­ła przy swo­im sto­le bez­czyn­nie. Wszyst­ko dzia­ło się jak­by obok niej. Bez­myśl­nie ob­ra­ca­ła w dło­ni od­kor­ko­wa­ną pro­bów­kę. Gdy ock­nę­ła się z le­tar­gu, na sali po­zo­sta­ło je­dy­nie dwo­je stu­den­tów, ona i An­drzej Sta­siak pra­cu­ją­cy przy sta­no­wi­sku obok niej.

- Pa­nie Sta­siak, czas mi­nął. - Asy­stent naj­wy­raź­niej nie da­rzył sym­pa­tią wy­lu­zo­wa­ne­go stu­den­ta. - Co pan wy­ba­dał?

Za­py­ta­ny, po­dob­nie jak Ma­ria, trzy­mał kur­czo­wo swo­ją pro­bów­kę z roz­two­rem. Usły­szaw­szy py­ta­nie, nie­mal ją upu­ścił. Kil­ka kro­pel cie­czy spa­dło na blat.

- Słu­cham, pa­nie Sta­siak. Ko­niec tych żar­tów!

Do Ma­rii do­tarł na­pa­stli­wy głos pro­wa­dzą­ce­go. Spoj­rza­ła na za­gu­bio­ne­go ko­le­gę, któ­ry utkwił wzrok w bla­cie sto­łu la­bo­ra­to­ryj­ne­go.

- O Jezu! Mam sre­bro! - usły­sza­ła nie­spo­dzie­wa­nie ra­do­sny głos ko­le­gi. Po­dą­ży­ła za jego wzro­kiem i do­strze­gła brą­zo­we pla­my na bi­bu­le le­żą­cej na bla­cie. - Tak bar­wi sre­bro!

- Ma pan wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu, Sta­siak - przy­znał z nie­chę­cią ma­gi­ster Amer­ski. - A co z anio­nem? Jaki ma pan anion?

An­drzej zmie­szał się i roz­glą­dał bez­rad­nie przez chwi­lę. Jego wzrok padł na od­czyn­ni­ki, któ­re miał do dys­po­zy­cji pod­czas ana­liz. Na jed­nej z bu­te­le­czek wid­niał za­zna­czo­ny gru­bym fla­ma­strem na­pis "AgNO3".

- Eeee... - za­czął nie­pew­nie stu­dent - sre­bro chy­ba z wie­lo­ma anio­na­mi two­rzy nie­roz­pusz­czal­ne sole... a więc... w moim roz­two­rze jest... azo­tan sre­bra... chy­ba.

- To chy­ba czy na pew­no?

- Na pew­no - wy­du­sił stu­dent i spoj­rzał na asy­sten­ta. Ten pa­trzył na nie­go z ka­mien­ną twa­rzą, prze­dłu­ża­jąc nie­pew­ność.

- Na­praw­dę ma pan wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu - prze­rwał w koń­cu mil­cze­nie. - Za­li­czył pan. Nie­ste­ty.

Ma­ria ob­ser­wo­wa­ła, jak jej ko­le­ga ode­tchnął z ulgą i szyb­ko skie­ro­wał się do wyj­ścia. Przed drzwia­mi zwol­nił i spoj­rzał na nią współ­czu­ją­cym wzro­kiem. Gdy znik­nął za drzwia­mi, zo­sta­ła sama z asy­sten­tem.

- Pani... prze­pra­szam, ale nie za­pa­mię­ta­łem pani na­zwi­ska - za­czął ma­gi­ster Amer­ski.

- Bie­le­wicz. Ma­ria Bie­le­wicz - od­po­wie­dzia­ła po­wo­li.

- Ob­ser­wo­wa­łem pa­nią i nie wi­dzia­łem, żeby prze­pro­wa­dza­ła pani ja­kie­kol­wiek re­ak­cje lub ana­li­zy - po­wie­dział z przy­ga­ną, pa­trząc na nie­za­bru­dzo­ny blat i dzie­wi­czo rów­no sto­ją­ce rzę­dy bu­te­lek z od­czyn­ni­ka­mi, na­czyń i przy­rzą­dów la­bo­ra­to­ryj­nych. - Zro­bi­ła pani choć jed­ną ana­li­zę?

- Tyl­ko jed­ną - przy­zna­ła po chwi­li ci­szy i spu­ści­ła gło­wę.

- Nie są­dzę... bio­rąc pod uwa­gę ab­so­lut­ny po­rzą­dek na bla­cie. Prze­spa­ła pani całe za­ję­cia, pani Bie­le­wicz. Co to ma być? Ja­kiś hap­pe­ning? - W gło­sie asy­sten­ta na­ra­sta­ła iry­ta­cja. - Pro­szę za­tem strze­lać. Co jest w pro­bów­ce?

Stu­dent­ka wes­tchnę­ła.

- My­ślę, że w pro­bów­ce jest roz­twór soli ku­chen­nej, czy­li chlor­ku sodu - po­wie­dzia­ła ci­cho.

Ma­gi­ster Amer­ski spoj­rzał na nu­mer na pro­bów­ce, wy­cią­gnął z kie­sze­ni swo­ją kart­kę, gdzie miał za­pi­sa­ne pra­wi­dło­we od­po­wie­dzi.

- A jaki test pani wy­ko­na­ła, by to stwier­dzić? - do­py­tał z wy­ra­zem twa­rzy, z któ­re­go nie spo­sób było nic wy­czy­tać.

Ma­ria za­wa­ha­ła się, czy od­po­wie­dzieć.

- Or­ga­no­lep­tycz­ny. Spró­bo­wa­łam sma­ku... - prze­rwa­ła wy­po­wiedź, wi­dząc prze­ra­żo­ny wzrok asy­sten­ta.

- Pani so­bie ze mnie żar­tu­je, praw­da? - po­wo­li i nie­pew­nie ce­dził sło­wa.

- Nie wie­dzia­łam, co zro­bić, więc spró­bo­wa­łam - od­po­wie­dzia­ła zgod­nie z praw­dą i spu­ści­ła gło­wę.

- O kur­wa! Dziew­czy­no, prze­cież w pro­bów­ce mógł być rów­nie do­brze na przy­kład anion cy­jan­ko­wy! - Asy­stent zła­pał się za gło­wę.

- Czy­li to na­praw­dę chlo­rek sodu? - W gło­sie stu­dent­ki wy­brzmia­ła na­dzie­ja.

- Tak... - Po­ka­zał jej li­stę z od­po­wie­dzia­mi. Pod nu­me­rem trzy­na­stym, któ­rym opa­trzo­na była jej pro­bów­ka za­da­nio­wa, wid­niał pod­pis "NaCl".

- Czy­li za­li­czy­łam ćwi­cze­nia? - Ma­ria nie do­wie­rza­ła jesz­cze w swo­je szczę­ście.

- Czy pani chce umrzeć? - od­po­wie­dział dziw­nym py­ta­niem na jej py­ta­nie i wpa­try­wał się w nią czuj­nie.

Nie spu­ści­ła wzro­ku. Pa­trzy­ła pro­sto w oczy asy­sten­to­wi.

- Chy­ba jesz­cze nie - od­po­wie­dzia­ła po dłuż­szej chwi­li.

- To do­brze, pani Bie­le­wicz. - Te sło­wa wy­po­wie­dział bar­dzo życz­li­wie. - My­śla­łem, że to pani ko­le­ga Sta­siak jest naj­więk­szym far­cia­rzem, ja­kie­go stwo­rzył świat. Pani jed­nak bije go na gło­wę!

***

- I co, Ma­ry­siu? Jak po­szło?

Z odrę­twie­nia wy­rwał ją na ko­ry­ta­rzu zna­jo­my głos. Gdy pod­nio­sła oczy, na­po­tka­ła za­tro­ska­ny wzrok An­drze­ja Sta­sia­ka, któ­ry za­koń­czył ćwi­cze­nia chwi­lę przed nią.

- Za­li­czy­łam.

- Po­waż­nie? - Naj­wi­docz­niej był prze­ko­na­ny, że przyj­dzie mu ją po­cie­szać.

- Amer po­wie­dział, że mia­łam na­wet wię­cej szczę­ścia niż ty.

- To prze­cież nie­moż­li­we - za­śmiał się chło­pak. - To ja sły­nę z far­ta.

- Tym ra­zem po­bi­łam cię na gło­wę, An­drzej­ku. Uwierz mi. Mia­łam szczę­ście, że w ogó­le prze­ży­łam te ćwi­cze­nia. - Ma­rii uda­ło się na­wet uśmiech­nąć na wi­dok peł­nej nie­do­wie­rza­nia miny ko­le­gi.

- To może opo­wiesz mi przy ka­wie, jak uda­ło ci się prze­żyć? - za­pro­po­no­wał.

- Ja nie je­stem ostat­nio do­brym kom­pa­nem do roz­mo­wy - przy­zna­ła Ma­ria. - Bę­dziesz się ze mną nu­dził.

- O w ży­ciu! Na pew­no nie będę - za­pew­nił. - Prze­cież zdra­dzisz mi, jak od­gad­nąć, co jest w pro­bów­ce, nie wy­ko­nu­jąc żad­ne­go te­stu. To mnie in­try­gu­je. - An­drzej za­śmiał się przy­jaź­nie.

- Je­den test wy­ko­na­łam...

- W ta­kim ra­zie coś mnie omi­nę­ło, bo wi­dzia­łem tyl­ko, jak z bez­rad­ną miną pa­trzysz na swo­ją pro­bów­kę jak sro­ka w gnat.

- Skosz­to­wa­łam sma­ku roz­two­ru. Sma­ko­wał jak oso­lo­na woda. Strze­li­łam, że to chlo­rek sodu, i szczę­śli­wie tra­fi­łam. Oto cała hi­sto­ria - przy­zna­ła ci­cho dziew­czy­na i spu­ści­ła skrom­nie wzrok.

- Co zro­bi­łaś?! - Chło­pak za­krztu­sił się i przez chwi­lę nie mógł po­wstrzy­mać kasz­lu.

- Wiem, wiem. Już Amer­ski po­wie­dział mi, że je­stem nie­nor­mal­na.

An­drzej, gdy tyl­ko zła­pał po­wie­trze, za­czął się gło­śno śmiać. Sto­ją­cy przed salą la­bo­ra­to­ryj­ną po­zo­sta­li stu­den­ci spoj­rze­li z za­in­te­re­so­wa­niem. Ma­ria wy­ła­pa­ła te spoj­rze­nia i do­my­śli­ła się, że pew­nie dzi­wią się, czym taka nud­na dziew­czy­na jak ona mo­gła aż tak roz­ba­wić ko­le­gę.

- Za­dzia­ła­łaś, jak kie­dyś czy­ni­li to wiel­cy al­che­mi­cy - stwier­dził An­drzej, któ­re­mu po dłuż­szej chwi­li uda­ło się po­wró­cić do sta­nu po­wa­gi.

- Al­che­mi­cy? - Ma­ria nie zro­zu­mia­ła w pierw­szej chwi­li.

- Tak. Ci naj­więk­si. Ci, któ­rzy po­tra­fi­li za­mie­niać nie­szla­chet­ne me­ta­le w zło­to, uwa­rzyć czer­wo­ną tynk­tu­rę da­ją­cą dłu­gie ży­cie, two­rzyć elik­si­ry po­zwa­la­ją­ce po­znać to, co nie­po­zna­wal­ne, uchy­la­ją­ce wro­ta za­świa­tów, po­zwa­la­ją­ce zgłę­biać ich ta­jem­ni­ce.

- Prze­cież to było nie­moż­li­we... za­mie­nić je­den me­tal w dru­gi... bez re­ak­cji syn­te­zy ją­dro­wej albo roz­pa­du... - za­uwa­ży­ła dziew­czy­na.

- Oczy­wi­ście. Ale nie­któ­rzy po­dob­no tego do­ko­na­li. Na przy­kład Po­lak Mi­chał Sę­dzi­wój. On uwa­żał, że od­wa­ga to ce­cha nie­zbęd­na, by do­ko­nać cze­goś wiel­kie­go w al­che­mii. A aby skosz­to­wać nie­zna­ne­go roz­two­ru, trze­ba nie lada od­wa­gi - po­wie­dział stu­dent i za­brzmia­ło to po­waż­nie.

- Masz dużą wie­dzę, An­drzej­ku. To cie­ka­we, co mó­wisz - po­chwa­li­ła Ma­ria.

- Nie tam za­raz dużą - za­opo­no­wał skrom­nie. - Książ­kę czy­ta­łem o Mi­cha­le Sę­dzi­wo­ju. Nie­sa­mo­wi­ta po­stać. Jak to mó­wią, czło­wiek or­kie­stra: che­mik, cza­row­nik, le­karz, fi­lo­zof, se­kre­tarz i po­seł Zyg­mun­ta III Wazy. Po­dob­no też całe ży­cie wal­czył z de­pre­sją.

- Wal­czył z de­pre­sją? Taki wiel­ki czło­wiek? - Ta in­for­ma­cja wy­raź­nie za­in­te­re­so­wa­ła Ma­rię.

- To prze­cież nie jest cho­ro­ba pro­stych tłu­mo­ków, Ma­ry­siu, tyl­ko wła­śnie lu­dzi po­tra­fią­cych uży­wać mó­zgu.

- Sły­sza­łam o nim. Na­praw­dę cier­piał na de­pre­sję?

- Tak, wów­czas na­zy­wa­ną me­lan­cho­lią. I po­mi­mo cho­ro­by osią­gnął tak wie­le. Le­czył się sam. Był zna­ko­mi­tym le­ka­rzem.

- Jak się le­czył?

- Twier­dził, że me­lan­cho­lię na­le­ży le­czyć, na­gra­dza­jąc re­gu­lar­nie swo­je ser­ce i umysł. Nie było wów­czas prze­cież na nią żad­nych le­ków. Pi­sał, że dla każ­de­go taką na­gro­dą jest coś in­ne­go. Dla nie­go były nią okrusz­ki wie­dzy. Jego po­bu­dza­ły do ży­cia za­gad­ki na­uko­we. Pi­sał o "dro­dze z okrusz­ków, któ­ra pro­wa­dzi do speł­nie­nia".

- Mą­dry czło­wiek. - Ma­ria za­my­śli­ła się. Za­sta­na­wia­ła się, jak po­win­na wy­glą­dać jej "dro­ga z okrusz­ków". Nie wie­dzia­ła, co dla niej mo­gło­by być na­gro­dą, ale czu­ła, że chcia­ła­by się do­wie­dzieć, a to już coś.

- Pa­mię­taj, Ma­ry­siu, nie spóź­nij się ju­tro na wy­kład Ró­żań­skie­go. - An­drzej zmie­nił te­mat roz­mo­wy. - Bę­dzie przy­dzie­lać za­gad­nie­nia prac rocz­nych. Wiem od kum­pli ze star­szych lat, że nie moż­na się spóź­nić, bo do­sta­je się wów­czas za karę bar­dzo prze­kro­jo­wy te­mat spo­za gieł­dy i za­miast krót­kie­go opra­co­wa­nia trze­ba na­pi­sać nie­mal coś na kształt pra­cy ma­gi­ster­skiej.

- Dzię­ku­ję za radę. - Była mu na­praw­dę wdzięcz­na. - Po­sta­ram się nie spóź­nić.

- To co, idzie­my na kawę? - za­pro­po­no­wał chło­pak. - Do mat­my zo­sta­ło nam już tyl­ko pół go­dzi­ny, ale mogę za­pro­po­no­wać ci kawę z au­to­ma­tu i chwi­lę kon­wer­sa­cji tu­taj na scho­dach. - Uśmiech­nął się i mru­gnął fi­lu­ter­nie.

- Idzie­my. - Ma­ria pierw­szy raz tego dnia się uśmiech­nę­ła.

Rozdział 2

Mistrz

Dwu­na­sty dzień stycz­nia Roku Pań­skie­go 1603.Za­mek Mar­szał­ka Na­dwor­ne­go Ko­ron­ne­goRze­czy­po­spo­li­tej Mi­ko­ła­ja Wol­skie­go w Krze­pi­cach

Tego wcze­sne­go po­ran­ka dzie­dzi­niec zam­ko­wy za­peł­nio­ny był nie­co­dzien­ny­mi przed­mio­ta­mi. W wy­so­kim do po­ło­wy łyd­ki świe­żym śnie­gu tkwi­ły że­la­zne misy wy­peł­nio­ne róż­ny­mi cie­cza­mi, wiel­kie drew­nia­ne i me­ta­lo­we sta­ty­wy, klat­ki ze zwie­rzę­ta­mi, ster­ty drew­na uło­żo­ne rów­no przy kil­ku pa­le­ni­skach, sto­sy sia­na, ka­mie­ni i róż­nych ka­wał­ków skał i me­ta­li.

Dzie­dzi­niec wy­da­wał się wy­lud­nio­ny, ale to je­dy­nie po­zor­ne wra­że­nie. Mimo że nie było na pla­cu żad­ne­go czło­wie­ka, to jed­nak wie­le par oczu śle­dzi­ło jego obec­ny bez­ruch. Służ­ba zam­ko­wa ob­ser­wo­wa­ła go bar­dzo uważ­nie z róż­nych za­ka­mar­ków, kruż­gan­ków i okien piw­nicz­nych.

Od­kąd przy­je­chał do zam­ku on, ten mistrz i mę­drzec, dzie­dzi­niec zmie­nił się w jego pra­cow­nię i dzia­ły się tu­taj nie­zwy­kle cie­ka­we rze­czy. Dla ga­wie­dzi i służ­by to coś nie­zwy­kłe­go, co od­mie­nia­ło ich co­dzien­ną ru­ty­nę. Mistrz pod­grze­wał naj­róż­niej­sze cie­cze w mi­sach, mie­szał je, nie­kie­dy pro­du­ku­jąc nie­wy­obra­żal­ny wprost odór, to­pił ska­ły w ty­glach, pod­grze­wał i ozię­biał przed­mio­ty, a ob­ser­wa­to­rzy pró­bo­wa­li do­my­ślić się, a na­wet ob­sta­wiać, cóż on ta­kie­go robi. Nikt jed­nak nie śmiał za­py­tać tak wy­edu­ko­wa­ną per­so­nę, co te czyn­no­ści mają na celu.

Wczo­raj przed za­cho­dem słoń­ca mistrz oso­bi­ście ogo­lił do go­łej skó­ry jed­ną z owiec, by zo­sta­wić ją nagą w klat­ce do rana. Dziś od świ­tu wszy­scy zer­ka­li cie­ka­wie, co da­lej bę­dzie on czy­nić z tym po­zba­wio­nym runa zwie­rzę­ciem. Na­ka­zał też służ­bie zła­pać dwa szczu­ry piw­nicz­ne i do­star­czyć mu żywe. Nikt nie miał po­ję­cia po co.

Nie tyl­ko ga­wiedź kie­ro­wa­ła wzrok na dzie­dzi­niec. Czy­nił tak rów­nież z okien swo­ich kom­nat wła­ści­ciel zam­ku Mi­ko­łaj Wol­ski her­bu Pół­ko­zic, se­na­tor, oso­bi­sty do­rad­ca kró­la Zyg­mun­ta III. Szlach­cic ten ro­zu­miał zde­cy­do­wa­nie wię­cej z po­czy­nań mi­strza, od kil­ku już lat opła­cał bo­wiem te ba­da­nia i re­gu­lar­nie od­bie­rał ra­por­ty z wy­ni­ków. Nie wie­dział jed­nak, co dziś pla­nu­je ro­bić jego pro­te­go­wa­ny, więc po­dob­nie jak służ­ba wy­cze­ki­wał, aż mistrz po­ja­wi się w zam­ko­wej pra­cow­ni pod go­łym nie­bem.

Słoń­ce było już dość wy­so­ko i nie­omal­że za­glą­da­ło znad sto­sun­ko­wo ni­skie­go wschod­nie­go muru, gdy cier­pli­wość ob­ser­wa­to­rów zo­sta­ła na­gro­dzo­na.

- To on, to on, wy­cho­dzi, pa­trz­cie! - Wia­do­mość szyb­ko roz­cho­dzi­ła się szep­tem wśród ocze­ku­ją­cych.

Trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­ni męż­czy­zna, któ­ry sta­nął w tej wła­śnie chwi­li na dzie­dziń­cu, nie wy­glą­dał zu­peł­nie na swój wiek i mą­drość. Pa­cho­lę­cą twarz po­kry­wa­ło co praw­da coś na kształt bro­dy, o któ­rą wła­ści­ciel dbał, ale co do jej gę­sto­ści moż­na mieć dużo za­strze­żeń. Roz­czo­chra­ne ja­sne wło­sy, wy­glą­da­ją­ce, jak­by do­pie­ro co pod­niósł się z łóż­ka, rów­nież nie do­da­wa­ły mu po­wa­gi. Je­dy­nie ozdob­ny zło­ty żu­pan i wzo­rzy­ste czer­wo­ne haj­da­we­ry su­ge­ro­wa­ły, że nie jest to byle pa­cho­łek, lecz męż­czy­zna szla­chet­nie uro­dzo­ny.

Mi­chał Sę­dzi­wój her­bu Osto­ja do­strzegł, że z róż­nych za­kąt­ków śle­dzi go wie­le par oczu. Jego my­śli jed­nak były już za­prząt­nię­te do­świad­cze­nia­mi, któ­re za­pla­no­wał na dzi­siej­sze przed­po­łu­dnie. W tej chwi­li nie li­czy­ło się nic wię­cej. Naj­wy­raź­niej też for­tu­na mu sprzy­ja­ła tego po­ran­ka, bo po­ja­wił się świe­ży śnieg, a sta­no­wił on ko­niecz­ny ele­ment dzi­siej­szych do­świad­czeń. Za­uwa­żył już wcze­śniej, że żwa­wość roz­ta­pia­nia się mło­de­go, jed­no­rod­ne­go śnie­gu jest do­brą mia­rą wy­twa­rza­ne­go cie­pła, a wła­śnie za­gad­nie­nie cie­pła dziś in­te­re­so­wa­ło go naj­bar­dziej. Zwłasz­cza jego źró­deł w ży­wych or­ga­ni­zmach.

W oba­wie przed od­wil­żą po­sta­no­wił nie cze­kać, tyl­ko od razu za­cząć do­świad­cze­nia. Od­rzu­cił na bok skó­rza­ną płach­tę okry­wa­ją­cą ster­tę skrzy­nek i wor­ków, sto­ją­cą przy jed­nym z fi­la­rów kruż­gan­ka. Wy­cią­gnął ze ster­ty je­den z wor­ków, bez szcze­gól­ne­go wy­sił­ku wrzu­cił na ple­cy, zro­bił kil­ka kro­ków w wy­so­kim śnie­gu i wrzu­cił weń za­war­tość wor­ka.

Oko­licz­ni ga­pie po­wy­cią­ga­li gło­wy, pró­bu­jąc zo­ba­czyć, co gość pana zam­ku wrzu­cił w śnieg. Ci, któ­rzy śle­dzi­li dzie­dzi­niec z po­zio­mu wyż­sze­go niż okna piw­nicz­ne, do­strze­gli, że było to mar­twe ja­gnię oraz spo­ry kloc drew­na.

Mistrz dłuż­szą chwi­lę ana­li­zo­wał, jak za­cho­wu­ją się w śnie­gu ka­wa­łek drew­na oraz tru­chło zwie­rzę­cia, któ­re po­zba­wił ży­cie wczo­raj­sze­go wie­czo­ra. Po za­koń­cze­niu ob­ser­wa­cji wy­jął per­ga­min, pió­ro i ka­ła­marz, przy­kląkł i, opie­ra­jąc per­ga­min o spo­czy­wa­ją­cy w śnie­gu ka­wa­łek drew­na, za­no­to­wał na­stę­pu­ją­ce sło­wa:

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.