II
W innej dzielnicy Waszyngtonu, w innym świecie, inny zabójca planował równie przerażającą grę. Znalazł wspaniałą kryjówkę między gęsto rosnącymi świerkami i kilkoma starymi dębami górującymi nad resztą drzew, w samym środku parku Garfield. Ułożył się wygodnie pomiędzy wiszącymi nad ziemią konarami drzew i wyrośniętymi krzewami, które tworzyły rodzaj namiotu.
"No to do roboty", wyszeptał, choć w kryjówce nie było nikogo prócz niego. To miała być wspaniała przygoda, spełnienie fantazji. Wierzył w to całym sercem, ciałem i tym, co pozostało z jego duszy.
Usiadł po turecku na wilgotnej trawie i zaczął pracować nad swoją twarzą oraz włosami. Fragment piosenki rockowej grupy Hole grzmiał z głośników wewnątrz jego czaszki. Całkiem niezły kawałek. Był w swoim żywiole. Przebrania i kostiumy były chyba jedyną rzeczą, dzięki której mógł naprawdę uciec, a on musiał uciekać.
Kiedy wreszcie skończył się przebierać, wyszedł z cienia drzew. Nie potrafił powstrzymać się od śmiechu. Tego dnia naprawdę przeszedł samego siebie. To było wspaniałe. Tak głupie, że aż wspaniałe. Przypomniał sobie głupawą starą rymowankę: Na górze róże, na dole fiołki, schizofrenikiem jestem, matołki.
Zdecydowanie wyglądał teraz jak stary, bezdomny świr. Naprawdę przypominał beznadziejnego starucha, parszywą kreaturę z piosenki z "Aqualung". Włożył siwą, zmierzwioną perukę i przykleił sobie szpakowatą brodę z aktorskiego zestawu do charakteryzacji. Wszelkie niedoskonałości i niedociągnięcia niewprawnego wizażysty przykrył obszerny kaptur bluzy dresowej.
Na bluzie widniały słowa szczęście i radość.
To niesamowite. Odlotowe, myślał cały czas. Szczęście i radość. Jego bilet. Te słowa mówiły wszystko. Ironia sytuacji rozśmieszała go.
Przyszły zabójca ruszył parkową aleją. Szedł szybko, prawie biegł. Kierował się ku rzece Anacostia.
Mijał coraz więcej ludzi. Spacerowicze, żebracy, kochankowie. Było mu wszystko jedno, kim są. Większość była czarna, ale jemu to nie przeszkadzało. Właściwie nawet mu to odpowiadało. W Waszyngtonie nikt nie przejmował się czarnuchami. To fakt.
"Aqualung, oooh, Aqualung", idąc nucił słowa starego hitu. Kiedyś wykonywała ją naprawdę dobra grupa Jethro Tull. On słuchał rocka prawie bez przerwy, nawet we śnie. Cały czas miał na uszach słuchawki. Znał na pamięć chyba całą historię rock and rolla. Gdyby potrafił się zmusić do słuchania kapeli Hootie and the Blowfish, mógłby powiedzieć, że ma wielkiego rocka w małym palcu.
Roześmiał się na myśl o tym. Naprawdę był dzisiaj w znakomitym nastroju. Cała podróż wydawała mu się fantastyczna, cholernie ekscytująca, odlotowa. To były najlepsze i zarazem najgorsze chwile. Lepsze i gorsze, gorsze i lepsze, gorsze i najgorsze?
Już wybrał miejsce zbrodni. Kępa świerków niedaleko od południowo-wschodniej autostrady. Drzewa były dość wysokie i stanowiły doskonałą zasłonę.
Nieopodal stały rzędy domków z żółtej cegły. Była tam też popularna winiarnia przy Szóstej Ulicy. Dokładnie sprawdził teren, wszystko obejrzał, niemal zakochał się w tym miejscu. Już widział dzieciaki ze Szkoły Podstawowej im. Sojourner Truth. Kręciły się w pobliżu sklepu ze słodyczami. Te małe pędraki były całkiem fajne.
Nie cierpię fajnych, nienawidzę ich straszliwie. Tak naprawdę to tylko małe pieprzone roboty. Wstrętne pasożyty. Bachory! Wszystkie są tak obrzydliwie milutkie.
Ukrył się za gęstymi, rozłożystymi krzakami. Teraz miał się zająć poważną robotą. Nadmuchał kilka gumowych baloników - czerwone, pomarańczowe, niebieskie, żółte.
Były naprawdę wielkie i kolorowe. Żadne dziecko nie potrafiłoby się takim oprzeć. On sam nie znosił balonów. Nienawidził wymuszonej, fałszywej wesołości, którą kojarzył z tymi kolorowymi bombami. Wiedział jednak, że większość dzieciaków szaleje za balonami. Miał rację, prawda?
Do jednego przywiązał dwa metry sznurka i przymocował go do gałęzi drzewa.
Balon leniwie wzniósł się ponad zieloną koronę. Wyglądał jak śliczna, odcięta główka.
Morderca czekał w swojej kryjówce wśród drzew. Spędzał czas sam ze sobą, tak jak lubił.
- Muszę załatwić dzisiaj jakiegoś cielaka - mruczał słowa nibypiosenki w takt nibymelodii. - Muszę, muszę. Po prostu muszę, muszę, muszę.
Nawet mu się podobało takie podśpiewywanie. Nagle usłyszał jakiś szelest w pobliżu kryjówki. Coś trzasnęło. Gałązka albo coś takiego. Czyżby ktoś chciał mu złożyć wizytę?
Skupił się. Trzy gałązki zostały poruszone, zdeptane, złamane. Wszystko słyszał niezwykle wyraźnie i głośno - trzask!
Prawdę mówiąc, nie spodziewał się tego hałasu. Na chwilę przerażony zamarł w bezruchu. Poczuł nagły przypływ adrenaliny. Tak jakby ktoś dał mu niezłego kopa. Prawie połknął własny język.
Po chwili zobaczył czubek czyjejś głowy. Tylko czoło i białka czyichś oczu.
Białka jej oczu!
Patrzyła na niego przez gałęzie.
Była to mała czarnoskóra dziewczynka. Pięcio-, może sześcioletnia, całkiem ładniutka. Przyglądała mu się. Grzeczna mała.
Widzę cię kochanie. Tak, tak, widzę cię!
- Cześć - powiedział miło i uprzejmie. Potrafił taki być, kiedy chciał. Uśmiechnął się, a ona prawie odwzajemniła jego uśmiech.
- Chcesz dostać wielki balon? Mam mnóstwo balonów, całe wielkie mnóstwo. A tutaj jest taki jeden czerwoniutki, który należy chyba do ciebie, bo widzę na nim twoje imię. - Starał się mówić łagodnie.
Mała dziewczynka patrzyła na niego. Nie powiedziała ani słowa. Nie poruszyła się. Bała się go, przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Pewnie nie wiedziała, o co chodzi, bo powiedział, że na jednym z balonów jest jej imię.
- No dobrze, nie chcesz balonika, to nie. W porządku. Zapomnijmy o tych balonach za darmo. Ty nie chcesz balona, prawda, malutka? Nie ma sprawy. Dziś nie masz na balona ochoty! Nie i już!
- Taaak, proszę - niespodziewanie powiedziała dziewczynka. Jej brązowe oczy stały się szersze. Śliczna mała, prawda? Piękne orzechowe oczka.
- Nie bądź taka nieśmiała, malutka. Chodź tutaj. Dostaniesz piękny, wielki balonik. Co my tutaj mamy, czerwoniutki jak znak stopu, niebieski jak niebo, śliczny pomarańczowy, słodziutki żółty. Wszystkie kolory tęczy i jeszcze trochę.
Zrobił minę jak bohater - może jak Kevin Bacon z filmu Dzika rzeka, który wypożyczył jakiś tydzień temu. Może dwa tygodnie? Już nie pamiętał. Zresztą, jakie to miało znaczenie! Kiedy dziewczynka zaczęła iść w jego kierunku, mocniej zacisnął dłoń na uchwycie miniaturowego kija baseballowego, owiniętego taśmą izolacyjną. Kij miał osiemnaście i pół cala długości. Miejscowi członkowie gangów ulicznych używali podobnych, kiedy "pilnowali" porządku w dzielnicy.
Nie przestawał mówić do dziewczynki. Jego głos brzmiał śpiewnie i radośnie, ale był zabarwiony nutą ironii i sarkazmu.
- Czerwony - pisnęła w końcu dziewczynka.
Oczywiście. Miała przecież we włosach czerwoną wstążkę. Czerwień to kolor miłości, mojej prawdziwej miłości.
Bardzo ostrożnie wyszła spomiędzy drzew. Zauważył, że ma malutkie stopy. Mniej więcej rozmiar minus trzy. Wyciągnęła rączkę w kierunku kolorowych balonów, które kurczowo ściskał w dłoni. Chyba nie zauważyła, że jego ręka trzęsła się mocno.
Za plecami trzymał krótki i mocny kij. Zamachnął się, uderzył.
Szczęście i radość.