Alicja w krainie konieczności - Magdalena Kawka

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Alicja w krainie konieczności

Sobota zapo­wia­dała się jak jeden z tych leni­wych, gnu­śnych dni, kiedy nie trzeba się rano stre­so­wać, w pośpie­chu myć zębów, parzyć kawy po łeb­kach i wykłó­cać z domow­ni­kami o łazienkę. U Marec­kich domow­ni­ków było zale­d­wie dwoje i na każde przy­pa­dała osobna łazienka, ale bio­rąc pod uwagę, że oboje mieli dość wybu­chowe cha­rak­tery, cza­sem wystar­czało nie­wiele, żeby od rana ska­kać sobie do oczu. Wła­ści­wie bar­dziej ska­kał Karol, który w obli­czu praw­dzi­wych życio­wych zawi­ro­wań potra­fił zacho­wać zimną krew, nato­miast byle głup­stwa natych­miast wypro­wa­dzały go z rów­no­wagi. Ali­cja miała nadzieję, że dziś nie zda­rzy się nic, co mogłoby zepsuć jej zapla­no­wany święty spo­kój, który ceniła nade wszystko.

- Gdzie ta pie­przona miarka?! Czy w tym domu nic nie może leżeć na swoim miej­scu?!

Karol od pięt­na­stu minut cho­dził jak burza gra­dowa, ciska­jąc dookoła pio­ru­nami. I prze­kleń­stwami. Wła­śnie dzi­siaj zna­lazł w sobie chęci, żeby napra­wić chwie­jące się przę­sło płotu.

- W tym domu oprócz mnie i cie­bie nikt nie mieszka, a ja na ogół nie potrze­buję two­ich narzę­dzi, więc wnio­sek jest pro­sty - odpo­wie­działa spo­koj­nie, patrząc z nie­sma­kiem na mio­ta­ją­cego się męża. Upra­gniony święty spo­kój odpły­wał w siną dal...

- Miarka to nie narzę­dzia - wark­nął ura­żony jej spo­ko­jem. - Mogła­byś doce­nić, że zamiast odpo­czy­wać po cięż­kim tygo­dniu pracy, mam jesz­cze ochotę w ogóle coś robić. Może ruszysz łaska­wie tyłek i pomo­żesz mi szu­kać? A wła­ści­wie to na ile jest nasta­wiony ten piec? - zain­te­re­so­wał się nagle. - Nie uwa­żasz, że grza­nie w środku kwiet­nia to lekka prze­sada?

Ali­cja wzru­szyła ramio­nami.

- Nie wiem, skręć, jak chcesz.

- To zna­czy, że do tej pory go nie wyłą­czy­łaś?

- Ty też tu miesz­kasz - zauwa­żyła, wysta­wia­jąc twarz do słońca i popra­wia­jąc sobie koc.

- Nie znam się na tym, ty widzia­łaś, jak mon­tują.

- Ale to ty jesteś męż­czy­zną.

- I co z tego?

Popa­trzyła na niego ze zdzi­wie­niem. Sie­działa na tara­sie, piła kawę i roz­ko­szo­wała się cie­płym wio­sen­nym dniem. Na pobli­skiej brzo­zie dwie sroki upar­cie wal­czyły z prze­ciw­no­ściami losu, budu­jąc sobie gniazdo. Z mni­szą cier­pli­wo­ścią po raz setny pod­no­siły wymy­ka­jące się z dzio­bów gałązki i patyki, przy czym pani sroka była chyba bar­dziej uta­len­to­wana niż jej part­ner, bo rza­dziej gubiła budu­lec. Powoli, bez pośpie­chu uwi­jały się przy budo­wie, w spo­koj­nym prze­świad­cze­niu, że gniazdo i tak w końcu powsta­nie.

Ali­cja obser­wo­wała je z pew­nym nie­po­ko­jem; w zeszłym roku była to ta sama para, przy­naj­mniej samica, poznała ją po wystrzę­pio­nym ogo­nie, nie­wąt­pli­wie efek­cie spo­tka­nia z jakimś nie­zdar­nym kotem. Uwiły jed­nak swoje miesz­ka­nie tro­chę za bli­sko czubka, na naj­bar­dziej chy­bo­tli­wej i wiot­kiej czę­ści drzewa i pod­czas jed­nej z wyjąt­kowo sil­nych wio­sen­nych wichur gniazdo spa­dło. Na szczę­ście nie było w nim jesz­cze piskląt i nie­zra­żone sroki od nowa zabrały się do pracy. Teraz powta­rzały ten sam błąd i mogła tylko mieć nadzieję, że w tym roku aura będzie dla pta­ków łaskaw­sza.

Ostat­nią rze­czą, na jaką miała teraz ochotę, to grze­ba­nie w ster­tach rupieci, które Karol upar­cie nazy­wał narzę­dziami. Jej mąż posia­dał wiele zalet i talen­tów, ale nie­stety, przy­bi­cie zwy­kłego gwoź­dzia było dla niego nie lada wyczy­nem, który wyma­gał odpo­wied­niej oprawy, a potem nie­zli­czo­nych pochwał z jej strony. Cza­sem zaiste trudno było uwie­rzyć, że od wielu lat zarzą­dzał z powo­dze­niem dużą firmą budow­laną, a oka­zy­wał się bez­radny wobec wła­snego pieca cen­tral­nego ogrze­wa­nia. Podej­rze­wała zresztą, że to zwy­kłe leni­stwo; wygod­niej było spy­chać wszystko na nią i ogra­ni­czać się do wyda­wa­nia pole­ceń.

Kiedy zabie­rał się do drob­nych domo­wych napraw, co, prawdę mówiąc, nie zda­rzało się zbyt czę­sto, nie­zmien­nie od pięt­na­stu lat musiała w takich chwi­lach patrzeć na niego z zachwy­tem, a kiedy zda­rzało mu się użyć wier­tarki, łapała się na tym, że zaczyna cmo­kać z podzi­wem. Tak dosko­nale weszła w rolę, że cza­sami zapo­mi­nała, że Karol mimo wszystko nie jest idiotą i zapewne zdaje sobie sprawę z szopki, jaką odgrywa żona, ale naj­wy­raź­niej mu to nie prze­szka­dzało, bo za każ­dym razem od nowa doma­gał się dowo­dów uzna­nia, a co gor­sza, jej uczest­nic­twa w róż­nego rodzaju pra­cach, zwa­nych popu­lar­nie domo­wymi.

Tym razem rów­nież, ocią­ga­jąc się, wstała z leżaka i poszła do łazienki. Przy­po­mniała sobie, że w zeszły czwar­tek, kiedy wpa­dła Olga, zasta­na­wiały się nad zmianą umy­walki. Olga wypa­trzyła jakiś nowo­cze­sny model, który rze­komo ide­al­nie paso­wałby do łazienki Ali­cji i trzeba było tylko wymie­rzyć wnękę. W efek­cie nic z tego nie wyszło, bo umy­walka kosz­to­wała wię­cej niż jej ostat­nie hono­ra­rium za zle­ce­nie, ale miarka pew­nie gdzieś tam leżała do dziś.

Ali­cja sta­nęła przed lustrem i popa­trzyła na swoje odbi­cie. Dziś był jeden z tych nie­licz­nych dni, kiedy czuła, że czas obcho­dzi się z nią łaska­wie, oszczę­dza­jąc stre­sów zwią­za­nych z prze­mi­ja­niem. A przy­naj­mniej tak jej się zda­wało. Uśmiech­nęła się do czar­no­wło­sej, zaru­mie­nio­nej pierw­szymi pro­mie­niami słońca kobiety i dotknęła w lustrze miłych dołecz­ków, które utwo­rzyły się na jej policz­kach.

Powin­nam tro­chę schud­nąć, bo za chwilę w nic się nie zmiesz­czę, pomy­ślała, ale w grun­cie rze­czy była zado­wo­lona z tego, co zoba­czyła. Jak widać, czter­dziestka to nie koniec świata, stwier­dziła i zaj­rzała za sedes. Miarka leżała, tro­chę już przy­ku­rzona, ale cią­gle, nie­stety, była tą samą miarką, któ­rej od rana tak despe­racko szu­kał Karol. Szyb­kim ruchem, choć z nie­ja­kim tru­dem wepchnęła ją do kie­szeni dżin­sów i zro­biła to w ostat­niej chwili, bo wła­śnie na progu sta­nął mąż.

- Szlag mnie za chwilę trafi! Gdzie ona, do cho­lery, może być? - wymam­ro­tał.

Zde­cy­do­wa­nym ruchem odsu­nął żonę i zaj­rzał do szafki pod zle­wem, klę­ka­jąc na posadzce. Zanur­ko­wał głę­biej, ale miarki, z przy­czyn oczy­wi­stych, nie zna­lazł. Cofa­jąc się, ude­rzył głową o drzwiczki i Ali­cja usły­szała soczy­ste prze­kleń­stwo wypły­wa­jące z ust jej ner­wo­wego mał­żonka, który wypro­sto­wał się, pocie­ra­jąc obo­lałą głowę i spoj­rzał na nią z wyrzu­tem.

- No i co się gapisz! Pomo­żesz mi wresz­cie szu­kać, czy nie?

Roz­ba­wiona obser­wo­wała jego poczy­na­nia, choć zaczęło jej się robić tro­chę głu­pio.

- Wła­śnie mia­łam taki zamiar, ale tak się do mnie odzy­wasz, że zaczy­nam się zasta­na­wiać. - Nie od razu zło­żyła broń. - Szu­ka­łeś w garażu?

- Nie, u sąsia­dów! - wark­nął.

Zaczy­nał był sar­ka­styczny, co ozna­czało, że robi się naprawdę zły. Ali­cja dłu­żej nie ryzy­ko­wała; pre­zen­tu­jąc obra­żoną minę, znik­nęła w drzwiach garażu. Postała tro­chę przy samo­cho­dzie, kry­tycz­nym okiem obrzu­ciła paję­czyny zwi­sa­jące z sufitu, po czym zawo­łała do Karola:

- Mam!

Jed­nym susem zna­lazł się przy niej.

- Leżała pod kar­to­nem - odpo­wie­działa nie­win­nie na jego nieme pyta­nie. - Jak się po sobie nie sprząta, to potem takie są efekty - dodała poucza­jąco i nie zaszczy­ciw­szy go jed­nym spoj­rze­niem, wyszła z garażu.

Nie czuła wyrzu­tów sumie­nia. Karol naprawdę ni­gdy niczego nie odkła­dał na miej­sce i to dopro­wa­dzało ją do szew­skiej pasji. Sama też nie była pedantką, ale zno­sić pod jed­nym dachem kogoś o podob­nym stop­niu bała­ga­niar­stwa - to było ponad jej siły. Po tysiącu kłótni i spo­rów, które cza­sem koń­czyły się ręko­czy­nami, bo Ali­cja miała rów­nie ner­wowe uspo­so­bie­nie co mał­żo­nek i nie­raz ręka mimo­wol­nie sko­czyła jej w stronę kubka czy tale­rza, które lądo­wały na ścia­nie, posta­no­wili, że jedy­nym spo­so­bem będzie zatrud­nie­nie pomocy domo­wej. Oboje dużo pra­co­wali, przy czym Karol nie­stety wydaj­niej, bo zara­biał dzie­sięć razy tyle co ona. Ali­cja zaj­mo­wała się sze­roko poję­tym pro­jek­to­wa­niem wnętrz, a Karol był wła­ści­cie­lem dużego przed­się­bior­stwa budow­la­nego. Jego firma cie­szyła się zasłu­żoną renomą i klien­tów nie bra­ko­wało. Kło­po­tów finan­so­wych nie mieli, więc posta­no­wili rozej­rzeć się za kimś na pełny etat.

Oka­zało się, że jedna ze zna­jo­mych Ali­cji wypro­wa­dza się za gra­nicę i zosta­wia panią Helenkę, wie­lo­let­nią pomoc domową, która zroz­pa­czona, że stra­ciła takich dobrych chle­bo­daw­ców, posta­no­wiła przejść na eme­ry­turę. Po usil­nych namo­wach dała się prze­ko­nać do pracy u pań­stwa Marec­kich.

Pierw­sze dni były dość trudne dla obu stron, bo pani Helenka przy­zwy­cza­jona do domu peł­nego dzieci nie umiała ukryć roz­cza­ro­wa­nia, że spo­sób życia nowych chle­bo­daw­ców jej nie odpo­wiada.

- W miesz­ka­niu się nie pali - wygła­szała w prze­strzeń za każ­dym razem, kiedy Ali­cja, nie mogąc zna­leźć ostat­niego pro­jektu, ner­wowo pod­pa­lała papie­rosa za papie­ro­sem i prze­wra­cała do góry nogami cały dom. - W domu wszystko powinno leżeć na swoim miej­scu. - Potę­pia­jący, kate­go­ryczny ton spra­wiał, że prze­strzeń kur­czyła się ze wstydu, a jej wła­ści­cielka, zmie­szana, roz­gnia­tała nie­do­pałki w popiel­niczce, usi­łu­jąc zejść z oczu domo­wemu cer­be­rowi.

- Karo­ool! - jęczała wie­czo­rem, kiedy zmę­czony mąż opy­chał się w kuchni pie­ro­gami ule­pio­nymi przez panią Helenkę. - Ja mam jej dosyć! Ona mnie cią­gle poucza! Nawet zapa­lić spo­koj­nie we wła­snym domu nie mogę. Czuję się jak uczen­nica, do kibla mam wycho­dzić na dymka!?

Karol wyda­wał się jed­nak nie­wzru­szony.

- W ogóle prze­stań palić. Tysiąc razy ci mówi­łem, że... - zaczął z peł­nymi ustami, ale Ali­cja mu prze­rwała.

- Wiem, wiem, twój ojciec umarł na raka płuc - wyre­cy­to­wała i wznio­sła oczy do nieba. - Ja mówię, że mam jej dosyć! - zaczęła znowu.

- Rewe­la­cja te pie­rogi! Są jesz­cze? - Karol rozej­rzał się oży­wiony.

- Stoją w lodówce, możesz sobie odgrzać - wark­nęła obra­żona.

Tak więc pani Helenka bez­a­pe­la­cyj­nie zdo­była serce łako­mego pana domu i odwza­jem­niała mu się coraz wymyśl­niej­szymi fry­ka­sami. Nato­miast pani domu wyraź­nie nie lubiła. Ali­cja zaczęła nawet podej­rze­wać, że star­sza pani pod­ko­chuje się pota­jem­nie w jej mężu. Kate­go­rycz­nie odmó­wiła pra­so­wa­nia, wyją­tek czy­niąc dla Karo­lo­wych koszul, które, jak twier­dziła, patrząc zna­cząco na Ali­cję, ni­gdy jesz­cze nie były porząd­nie odpra­so­wane.

Po paru mie­sią­cach sytu­acja unor­mo­wała się na tyle, że Ali­cja prze­stała myśleć o mor­der­stwie, doce­nia­jąc to, że gospo­sia w dużej mie­rze opa­no­wała chaos panu­jący w domu do tej pory. W dal­szym ciągu się nie lubiły, ale nauczyły się razem funk­cjo­no­wać, wycho­dząc z roz­sąd­nego zało­że­nia, że są sobie nawza­jem potrzebne. Karol w swo­jej hoj­no­ści i uwiel­bie­niu dla pie­ro­gów zapro­po­no­wał pani Helence wię­cej pie­nię­dzy, niż Ali­cji cza­sem udało się zaro­bić w mie­siąc. Nie miała pre­ten­sji; dom był zawsze wysprzą­tany, obiad ugo­to­wany, a pra­nie poroz­kła­dane w sza­fach. Posta­wiła tylko jeden waru­nek: na noc pani Helenka wraca do sie­bie i nie ma mowy o wspól­nym miesz­ka­niu. Karol nie pro­te­sto­wał, pani Helenka wpraw­dzie spoj­rzała złym okiem, ale przy­stała na warunki, bo w tej jed­nej kwe­stii Ali­cja oka­zała się nie­ugięta.

Na wie­czór zapla­no­wała kola­cję w mie­ście i ewen­tu­al­nie jakieś kino. Nie zdą­żyła zapy­tać Karola, co o tym myśli, kiedy ode­zwała się jej komórka.

- Cześć, kochana! - zaszcze­bio­tało w słu­chawkę. - Już wró­ci­li­śmy i zamie­rzamy was dzi­siaj odwie­dzić. Dzie­ciaki nie mogą się wprost docze­kać, żeby poba­wić się z Paszą. Słu­chaj, mam ci tyle do opo­wie­dze­nia! A, zapo­mnia­ła­bym: mam dla cie­bie nie­spo­dziankę, zoba­czysz, szczęka ci opad­nie - paplała dalej Zuzanna, nie pozwa­la­jąc sio­strze dojść do głosu.

- Ale... - pró­bo­wała zapro­te­sto­wać, żegna­jąc w myślach miły wie­czór poza domem. - Wła­śnie zamie­rza­li­śmy...

- No wiesz!? Rodzina wraca do domu z wygna­nia, a ty masz inne plany?! - Na Zuzę nie było moc­nych. Kiedy coś sobie posta­no­wiła, to tak miało być. - Będziemy po sie­dem­na­stej. Do zoba­cze­nia! Nawet nie wiesz, jak się za tobą stę­sk­ni­łam - wes­tchnęła. - No to pa! - cmok­nęła i roz­łą­czyła się.

Ali­cji nie bra­ko­wało pew­no­ści sie­bie, nie miała pro­ble­mów z aser­tyw­no­ścią, ale przy swo­jej młod­szej o trzy lata sio­strze wszyst­kie te cechy brały w łeb i mogła je sobie co naj­wy­żej w buty wsa­dzić. Zuzan­nie się nie odma­wiało. Ta dziew­czyna miała w sobie siłę i nie­wy­obra­żalną wprost umie­jęt­ność sta­wia­nia na swoim.

Kiedy miała cztery lata, ciężko zacho­ro­wała i rodzice prze­or­ga­ni­zo­wali całe życie swoje i Ali­cji, żeby tylko móc opie­ko­wać się młod­szą córką. Tro­chę prze­sa­dzali w speł­nia­niu wszyst­kich jej życzeń, nawet tych, któ­rych nie zdą­żyła jesz­cze wypo­wie­dzieć, i orga­ni­zo­wa­niu atrak­cji. Zuza przez parę mie­sięcy nie cho­dziła i wyda­wało się, że zosta­nie przy­kuta do łóżka już na zawsze. Świat zaczął krę­cić się wokół niej, wio­dła iście kró­lew­ski żywot; star­sza sio­stra i rodzice byli na każde ski­nie­nie i kiedy po roku cho­roba szczę­śli­wie się cof­nęła, Zuza nie umiała pogo­dzić się z gwał­towną detro­ni­za­cją. Tym bar­dziej że jako zbyt małe dziecko nie rozu­miała zagro­żeń zwią­za­nych z cho­robą, a nie­do­god­ność w postaci jeż­dże­nia na wózku uwa­żała za pomy­słową zabawę. Jesz­cze przez wiele lat trak­to­wano ją jak rekon­wa­le­scentkę, cho­ciaż była już zdrowa jak rydz i nic nie wska­zy­wało na to, że nie­do­ma­ga­nia mogą wró­cić. Mała bestia nauczyła się ter­ro­ry­zo­wać oto­cze­nie, robiła słod­kie minki albo wykrzy­wiała usta w pod­kówkę i to na ogół wystar­czało, żeby mama, ojciec oraz wszyst­kie ciotki bie­gły na wyścigi.

Jedna Ali­cja pró­bo­wała się bun­to­wać, bo miała wra­że­nie, że przej­rzała intrygi sio­stry, i nie pozwa­lała sobą mani­pu­lo­wać. Nie zawsze jej to wycho­dziło, bo w grun­cie rze­czy kochała tego małego potwora. Cza­sem wtrą­cali się rodzice, ape­lu­jąc do jej roz­sądku i wygła­sza­jąc zda­nie, któ­rego w dzie­ciń­stwie nie­na­wi­dziła: "Ustąp jej, ona jest młod­sza". Nie prze­szka­dzało to Ali­cji sta­wać w obro­nie sio­stry, gdy tylko ktoś krzywo na nią spoj­rzał albo, co gor­sza, gdy sama pro­wo­ko­wała zaczepki. Cho­dziły do tej samej szkoły, wycho­wy­wały się na tym samym podwórku, a Zuza nie­stety miała nie­wy­pa­rzony język i zawsze mówiła to, co myśli, nie­jed­no­krot­nie paku­jąc się w kło­poty. Biedna Ala czę­sto cho­dziła z poobi­ja­nymi kola­nami i roz­wa­lo­nym nosem, bo jak lwica rzu­cała się lek­ko­myśl­nej sio­strze na ratu­nek, nie zwa­ża­jąc na to, że czę­sto prze­ciw­nik był więk­szy od niej. Zuza przyj­mo­wała to jako natu­ralną powin­ność star­szej sio­stry, ale trzeba przy­znać, że zawsze bro­niła jej przed rodzi­cami, bio­rąc winę na sie­bie.

Kiedy miały po kil­ka­na­ście lat i Zuza zako­chała się na zabój w rudym Tomku z sąsied­niej klatki, z któ­rym rodzice nie pozwa­lali się jej spo­ty­kać, okre­śla­jąc go jako nie­od­po­wied­nie towa­rzy­stwo, Ali­cja została wta­jem­ni­czona i nie­raz bie­gała od Zuzy do Tomka i z powro­tem, klnąc w duchu na czym świat stoi, ale pokor­nie roz­no­sząc miło­sną kore­spon­den­cję. Pew­nego razu w Wigi­lię, mało­letni zako­chani posta­no­wili uciec z domu i biedna Ala cier­piała katu­sze, nie chcąc powie­dzieć rodzi­com, gdzie jest jej młod­sza sio­stra. Nie pod­dała się nawet ostro przy­parta do muru. Na szczę­ście ucie­ki­nie­rzy daleko nie zaszli, bo w nocy tem­pe­ra­tura spa­dła do minus dzie­się­ciu i zmar­zły im tyłki. Wró­cili po dwóch godzi­nach, zanim zde­ner­wo­wani rodzice zdą­żyli zawia­do­mić mili­cję.

Zuza wcze­śnie wyszła za mąż. To była kla­syczna wpadka, którą zali­czyła na stu­diach i która skoń­czyła się szyb­kim ślu­bem i jesz­cze szyb­szym roz­wo­dem. Młody tatuś nie udźwi­gnął roli męża i ojca i parę mie­sięcy po uro­dze­niu Ani odpły­nął w siną dal, żeby ni­gdy nie powró­cić. Hono­rowa Zuza ni­gdy go nie szu­kała, a dzięki wspar­ciu sio­stry i rodzi­ców skoń­czyła stu­dia i naj­le­piej jak umiała opie­ko­wała się córeczką. Jako wzięta tłu­maczka szybko zaczęła zara­biać wystar­cza­jąco duże pie­nią­dze i przez parę lat nie wią­zała się na stałe z żad­nym męż­czy­zną.

Były wtedy z Ali­cją bli­sko. Miesz­kały nie­da­leko, a ciotka trak­to­wała sio­strze­nicę jak wła­sną córkę. Zuza w dal­szym ciągu miała nie­zno­śnie apo­dyk­tyczny cha­rak­ter, pró­bo­wała ukła­dać życie star­szej sio­strze, jakby nie dostrze­ga­jąc, że wła­snym nie­ko­niecz­nie zaświad­cza o tym, że umie sobie z nim radzić.

Kiedy Ali­cja posta­no­wiła wyjść za Karola, Zuza nie omiesz­kała jej poin­for­mo­wać, co o tym myśli. Według niej to było zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie i jeśli Ali­cja nie chciała podzie­lić losu sio­stry, powinna się trzy razy zasta­no­wić, zanim zde­cy­duje się na ten despe­racki krok.

Ali­cja miała wra­że­nie, że dwa­dzie­ścia osiem lat to jed­nak nie jest za wcze­śnie. Karola znała już dwa lata i od roku pla­no­wali ślub. Rozu­miała, że Zuza, znie­chę­cona do insty­tu­cji mał­żeń­stwa, pró­buje prze­no­sić na nią swoje obawy, ale ten jeden raz posta­no­wiła nie dać się ster­ro­ry­zo­wać. Pokłó­ciły się wtedy potęż­nie, bo Ali­cja nie uwa­żała za słuszne rezy­gno­wać ze ślubu tylko dla­tego, że sio­strze nie podoba się jej przy­szły mąż. Podej­rze­wała zresztą, że Zuza, samotna i roz­go­ry­czona, jest zwy­czaj­nie zazdro­sna. Nie może pogo­dzić się z sytu­acją, że to nie ona jest szczę­śliwą panną młodą, że została porzu­cona, skrzyw­dzona i oszu­kana przez los, który pierw­szy raz w życiu obszedł się z nią bez­li­to­śnie i nie pró­buje jej niczego rekom­pen­so­wać. Mogła tupać nogą, uśmie­chać się przy­mil­nie albo wygra­żać mu pię­ścią, nie zmie­niało to jed­nak sytu­acji, że przy­naj­mniej chwi­lowo, we wła­snym poję­ciu, jest tą prze­graną sio­strą. Miała pre­ten­sje do całego świata, a przede wszyst­kim do Ali­cji, która zamiast poma­gać jej i jed­no­czyć się w sio­strza­nej samot­no­ści, zdra­dziła ją i zajęła się swoim życiem. Mimo per­swa­zji rodzi­ców nie przy­szła na ślub i zerwała kon­takty na dobrych parę mie­sięcy.

Ali­cji było przy­kro, ale znała Zuzę i wie­działa, że złość w końcu jej przej­dzie i za jakiś czas będzie uwa­żała, że nic się nie stało. Pewne było, że nie doczeka się prze­pro­sin, bo Zuzanna nie umiała prze­pra­szać. Rze­czy­wi­ście, po jakimś cza­sie wszystko wró­ciło do normy, Zuza jesz­cze tro­chę nadą­sana raz czy drugi odwie­dziła sio­strę i szwa­gra i od nowa zamie­rzała wtrą­cać się w życie Ali­cji.

Nie wzięła jed­nak pod uwagę, że nowy czło­nek rodziny ma rów­nie mocny cha­rak­ter i w prze­ci­wień­stwie do żony nie zamie­rza godzić się na dyk­tat szwa­gierki. Tra­fiła więc kosa na kamień. Na szczę­ście nie­długo potem Zuza poznała swo­jego obec­nego męża, uro­dziły się bliź­niaczki i mogła na całej czwórce ćwi­czyć swój oso­bliwy cha­rak­ter, nie wycho­dząc nawet z domu.

W kilka mie­sięcy po uro­dze­niu dzieci wyje­chali całą rodziną do Nie­miec, gdzie mieli osiąść na stałe, pędząc dostat­nie i przy­jemne życie. Adam, mąż Zuzy, został z macie­rzy­stej firmy wysłany na kil­ku­letni kon­trakt do Nie­miec, ale oboje liczyli, że już tu nie wrócą. Życie szybko zwe­ry­fi­ko­wało ocze­ki­wa­nia, szcze­gól­nie Zuzy, która jakoś nie mogła odna­leźć się w nowym śro­do­wi­sku i z bie­giem czasu zaczęła nale­gać na powrót. W efek­cie mieli więc dwa domy: jeden w Ber­li­nie, który Adam, Nie­miec z pocho­dze­nia, odzie­dzi­czył po swo­ich przod­kach, drugi w Pol­sce.

Zuza z dziew­czyn­kami czę­ściej sie­działa w Pol­sce, bo bliź­niaczki i Ania tu cho­dziły do szkoły, pomiesz­ku­jąc u dziad­ków pod­czas nie­obec­no­ści rodzi­ców.

Mie­siąc temu Zuza poje­chała do męża. Korzy­sta­jąc z tego, że zbli­żał się koniec roku, zabrała bliź­niaczki. Jak się wła­śnie oka­zało - wró­cili kilka dni temu. Ali­cji myliły się już kolejne wyjazdy i powroty sio­stry. Cza­sem, roz­ma­wia­jąc z nią przez tele­fon, nie wie­działa, czy dzwoni na drugi koniec mia­sta, czy do Nie­miec, bo za Zuzą trudno było nadą­żyć. Jed­nego dnia jadły razem obiad w mie­ście, uma­wia­jąc się na następny dzień, po czym oka­zy­wało się, że Zuza nie może się spo­tkać, bo wła­śnie robi zakupy na Kudam­mie.

Ali­cja posta­no­wiła uprze­dzić Karola o odwie­dzi­nach, więc wes­tchnęła i wyszła do ogrodu. Oba­wiała się, że nie będzie zachwy­cony, dla­tego posta­no­wiła podejść go dyplo­ma­tycz­nie. Tak jak podej­rze­wała, roz­be­be­szona skrzynka z narzę­dziami leżała koło płotu, a obok stała otwarta puszka z bejcą do kon­ser­wo­wa­nia drewna. Sprawcy bała­ganu nie było w pobliżu, więc ruszyła na poszu­ki­wa­nia. Zna­la­zła go z dru­giej strony domu. Stał oparty o ogro­dze­nie, w ręku trzy­mał puszkę piwa i naj­wy­raź­niej dosko­nale się bawił. Po dru­giej stro­nie płotu, z podob­nym zesta­wem, stał Paweł, sąsiad Marec­kich. Pano­wie zajęci roz­mową nawet nie zauwa­żyli, kiedy pode­szła i klep­nęła męża w plecy.

- Nie prze­pra­cuj się przy­pad­kiem. Cześć, Paweł! - zawo­łała do sąsiada.

- Cześć, sąsiadko! Nie besz­taj męża, bo wła­śnie oma­wiamy bar­dzo ważny pro­jekt.

- Nie wąt­pię, jak zawsze - mruk­nęła z sar­ka­zmem. - Czego tym razem nie możesz zna­leźć? - zwró­ciła się do Karola. - Pędzla?

- Skąd wiesz? - zdzi­wił się. - Chcia­łem zabez­pie­czyć drewno, ale oczy­wi­ście w tym domu nic nie leży na swoim miej­scu.

Paweł poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem.

- U mnie tak samo. Magda cią­gle sprząta w garażu, a im bar­dziej ona sprząta, tym bar­dziej ja niczego nie mogę zna­leźć. Czy te baby nie mogą ogra­ni­czyć się do sprzą­ta­nia w kuchni? - Zaśmiał się, łypiąc nie­pew­nie na Ali­cję. - Żar­to­wa­łem, żar­to­wa­łem! - krzyk­nął, widząc jej reak­cję.

- Gdyby ci Magda nie sprzą­tała w garażu, to po jakimś cza­sie nawet samo­chodu byś nie zna­lazł. - Ali­cja zro­biła się czer­wona. - Nie­wdzięczne, głu­pie chłopy - pomam­ro­tała pod nosem i odwró­ciła się na pię­cie, zosta­wia­jąc zasko­czo­nych męż­czyzn.

Wcale nie była zła na Pawła, lubiła go i jego poczu­cie humoru. Nastrój zepsuła jej Zuza i na kimś musiała się wyła­do­wać. Tyle razy obie­cy­wała sobie, że nie pozwoli się tak trak­to­wać, i znowu nic z tego nie wyszło. Nawet nie zdo­łała powie­dzieć, że ma inne plany... Może nie było nic nie­sto­sow­nego w nie­za­po­wie­dzia­nych odwie­dzi­nach, w końcu to jed­nak sio­stra, ale dla Ali­cji zna­czyło to coś wię­cej.

Chyba powin­nam pójść na jakiś tre­ning aser­tyw­no­ści czy coś podob­nego.

- Cho­lera jasna! - zaklęła gło­śno.

- Co cię znowu ugry­zło? - Karol sta­nął z tyłu. - Już się biorę za ten płot. - Wzru­szył nie­chęt­nie ramio­nami. - Poga­dać chwilę nie można?

- Daj mi spo­kój z pło­tem.

- No to co się stało?

- Zuza dzwo­niła, wpadną po połu­dniu - powie­działa nie­chęt­nie. - Może to i dobrze, Adam ci z pło­tem pomoże...

- A, rozu­miem. - Objął ją. - Mia­łaś inne plany, a kochana sio­stra znowu posta­wiła cię przed fak­tem doko­na­nym. - Karol dobrze znał bolączki żony. - Prze­stań tak się tym zadrę­czać. Jak chcesz, to zadzwo­nię do nich i powiem, że wycho­dzimy. Chcesz? - Wziął ją pod brodę i zaj­rzał w oczy. Ali­cja lubiła, kiedy tak cał­ko­wi­cie się na niej sku­piał. Przy­lgnęła do niego i pomy­ślała, że jest kochany, ale nie­stety niczego nie rozu­mie, jak zwy­kle zresztą.

- Nie, daj spo­kój. - Wyswo­bo­dziła się z jego objęć. - Prze­cież nie cho­dzi o to, że nie chcę się z nią spo­tkać. Wku­rza mnie tylko, że robi to w taki spo­sób.

- Bo jej na to pozwa­lasz. Kręci tobą, jak chce, i jesz­cze mówi, że to dla two­jego dobra. - Karol powie­dział to w dobrej wie­rze, lecz Ali­cja znowu zaczy­nała być zła.

- Wiesz co? Bar­dzo ci dzię­kuję - żach­nęła się. - Nie ma to jak kon­struk­tywne wspar­cie wła­snego męża.

- A co ja takiego powie­dzia­łem? - Zro­bił duże oczy. - Ona cię wku­rza, a na mnie się wyży­wasz! Chodź, Pasza, idziemy stąd. Pocze­kamy, aż pani wyfruną muchy z nosa.

Pokle­pał po karku wiel­kiego owczarka nie­miec­kiego, który z rado­ścią zamer­dał ogo­nem i pobiegł za panem w inny kąt ogrodu.

Już dawno prze­stał się przej­mo­wać, znie­chę­cony tym, że parę razy sta­wał po stro­nie żony i zwy­kle dosta­wał za to po uszach. Kry­ty­ko­wać swoją świętą sio­strę mogła tylko ona. Ni­gdy nie potra­fił zro­zu­mieć rela­cji mię­dzy tymi kobie­tami. Zuzanny nawet nie pró­bo­wał zro­zu­mieć; prawdę powie­dziaw­szy, nie prze­pa­dał za nią. Uwa­żał, że jest zapa­trzoną w sie­bie, samo­lubną ego­cen­tryczką, która dosko­nale zdaje sobie sprawę z wła­snych wad. Pro­blem pole­gał raczej na tym, że nie uwa­żała ich za wady.

Ali­cja widziała to ina­czej i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała prze­ko­nać męża, że Zuza jest nad wyraz wraż­liwa i deli­katna, że za bar­dzo się wszyst­kim przej­muje i nie umie się zdy­stan­so­wać, bio­rąc nie­winne uwagi za prze­jawy nie­chęci w sto­sunku do jej osoby.

Karol miał na ten temat zgoła inne zda­nie: według niego, to sprytna, mała mani­pu­lantka, która potra­fiła wyko­rzy­stać wszyst­kie znane sobie spo­soby, żeby osią­gnąć cel. Ni­gdy nie powie­dział żonie, że jej uko­chana młod­sza sio­stra pró­bo­wała zarzu­cić na niego paję­czynę swo­ich nie­wąt­pli­wych uro­ków już parę mie­sięcy po ich ślu­bie. Na początku robiła to na tyle deli­kat­nie, że mógł uda­wać, że nie dostrzega jej sta­rań.

Zuza zawsze mu się podo­bała, bo była atrak­cyjną kobietą, a on był męż­czy­zną czu­łym na kobiece wdzięki. Pro­wa­dziła więc z nim sub­telną grę, uwa­ża­jąc, żeby Ali­cja się nie zorien­to­wała. Powłó­czy­ste spoj­rze­nia, przy­pad­kowe dotknię­cia, nie­opatrz­nie odsło­nięte ramię czy zagad­kowy uśmiech na początku nawet mu schle­biały. Po jakimś cza­sie poczuł się głu­pio ze względu na żonę, która cie­szyła się naiw­nie z dobrych rela­cji z sio­strą.

Zuza była w tym cza­sie czę­stym gościem w ich domu i zaczy­nała się tam czuć coraz lepiej, na tyle dobrze, że razem z małą Anią nie­jed­no­krot­nie zosta­wała na noc, twier­dząc, że w domu z ogro­dem mała czuje się o wiele lepiej niż w jej cia­snym i dusz­nym miesz­ka­niu w środku zady­mio­nego mia­sta. Ania cho­ro­wała na astmę, więc Karol nie pro­te­sto­wał, tym bar­dziej że całe dnie spę­dzał w pracy. Za to Ali­cja cie­szyła się, że ma je oby­dwie koło sie­bie, cho­ciaż miała z tego powodu dwa razy wię­cej pracy niż zwy­kle, bo Zuza czuła się gościem i nie kiw­nęła nawet pal­cem.

Miarka się prze­brała, kiedy któ­rejś let­niej, par­nej nocy zszedł do kuchni, żeby napić się wody. Drzwi sypialni od dawna pro­siły się o naoli­wie­nie zawia­sów, ale jakoś nie mógł zna­leźć na to czasu. Kiedy stał przy kuchen­nym bufe­cie, spo­cony, ubrany tylko w obci­słe bok­serki, zoba­czył wcho­dzącą Zuzę. Miała na sobie jedy­nie krótką prze­zro­czy­stą koszulkę, która wię­cej odsła­niała, niż zakry­wała. Musiał w duchu przy­znać, że wygląda wyjąt­kowo ape­tycz­nie. Naj­wi­docz­niej zda­wała sobie z tego sprawę, bo zupeł­nie nie­skrę­po­wana usia­dła na wyso­kim baro­wym stołku, zakła­da­jąc nogę na nogę w taki spo­sób, by nie pozo­sta­wić wąt­pli­wo­ści, że nie ma na sobie bie­li­zny.

- Strasz­nie gorąco, nie mogę spać. Nale­jesz mi wody? - zapy­tała, gła­dząc się po smu­kłym udzie i spo­glą­da­jąc na niego spod wpół­przy­mknię­tych powiek.

Podał jej napeł­nioną szklankę, nie bar­dzo wie­dząc, jak się zacho­wać. Uda­wał, że nie dostrzega jej jed­no­znacz­nych gestów. Nagle u sąsia­dów zaszcze­kał pies. Odru­chowo spoj­rzał w okno, ale nie dostrzegł niczego nie­po­ko­ją­cego. Kiedy odwró­cił się z powro­tem, Zuza stała oparta o lodówkę. Zmięta czer­wona koszulka leżała na pod­ło­dze, two­rząc nie­po­ko­jącą plamę.

- Nie bądź taki prze­ra­żony, nie podo­bam ci się? - Szwa­gierka zaśmiała się cicho, bio­rąc go za rękę i zmy­słowo pro­wa­dząc ją w kie­runku swo­ich piersi. Poczuł cie­pło jej gład­kiego ciała i mimo­wol­nie porów­nał w myślach z cia­łem żony. Cho­ciaż były sio­strami, wyglą­dały zupeł­nie ina­czej. Ali­cja była dość szczu­pła, ale zaokrą­glona tu i ówdzie. Miała pełne piersi i dużo uro­czych dołecz­ków oraz tro­chę nie­pro­por­cjo­nalne w sto­sunku do całej syl­wetki roz­ło­ży­ste bio­dra.

Przed nim stała wysmu­kła, wiotka kobieta o małych, ale jędr­nych pier­siach i pięk­nej linii zgrab­nych ud. Dłu­gie pasmo kasz­ta­no­wych wło­sów wyśli­znęło się z gumki, łagodną kaskadą spły­nęło w kie­runku piersi i koń­cem oparło się na pra­wym sutku.

Przez chwilę patrzył jak urze­czony, nie mogąc oprzeć się jej uro­kowi. Wtedy jesz­cze nie znał jej tak dobrze i trak­to­wał bar­dziej jak roz­ka­pry­szone dziecko niż sprytną mani­pu­lantkę. Na górze dało się sły­szeć skrzy­pie­nie pod­łogi i to wyrwało go z chwi­lo­wego odrę­twie­nia.

- Ubierz się - powie­dział zimno, poda­jąc jej koszulkę. Na szczę­ście ze scho­dów zbie­gła tylko Pasza i widząc pana sto­ją­cego w pobliżu jej ulu­bio­nego kuchen­nego mebla, zaczęła się łasić, żebrząc o kawa­łek kieł­basy.

Z ulgą otwo­rzył lodówkę i rzu­cił psu kawa­łek wędliny. Sły­szał za ple­cami sze­le­sty świad­czące o tym, że Zuza się ubiera. Kiedy ponow­nie się odwró­cił, była już w koszulce; stała nie­opo­dal i patrzyła wyzy­wa­jąco. W jej spoj­rze­niu dostrzegł coś jesz­cze: jakby błysk try­umfu kogoś, kto dopiął swego.

- Nie zda­łeś - rzu­ciła od nie­chce­nia, bawiąc się puklem wło­sów i prze­su­wa­jąc wzro­kiem po jego syl­wetce. Zatrzy­mała się poni­żej linii brzu­cha. Popa­trzył w dół i poża­ło­wał, że facet bywa cza­sem dla kobiety jak otwarta księga. - Zawsze wie­dzia­łam, że ci się podo­bam, a teraz mam dowód. - Kiw­nęła głową w stronę jego pod­brzu­sza. - To był egza­min. Biedna Ala... - powie­działa obłud­nie.

Po chwi­lo­wej kon­ster­na­cji Karol odzy­skał rezon. Zachciało mu się nagle śmiać.

- No wiesz, w pisem­kach dla panów zro­bi­ła­byś karierę. Tu masz naj­lep­szy dowód. - Pogła­dził się po peni­sie. - Cho­ciaż piersi mogła­byś mieć nieco więk­sze... - dodał po krót­kim namy­śle.

W nią jakby pio­run strze­lił. Syk­nęła: "Cham!", i odwró­ciw­szy się gwał­tow­nie, pobie­gła na górę, nie dba­jąc o to, że tupie, aż echo nie­sie. Po chwili dobiegł go płacz dziecka, pew­nie obu­dziła się Ania.

Głu­pia nim­fo­manka, pomy­ślał.

- Ale ciało ma nie­złe - dodał gło­śno i poszedł spać.

-

- Nie masz poję­cia, jak odży­wam, kiedy tu wra­cam! W Ber­li­nie po pro­stu nie da się żyć - powie­działa Zuza z emfazą i unio­sła szklankę w kie­runku Karola. - Nale­jesz mi? - spy­tała. - Strasz­nie gorąco, nie wiem, jak wy wytrzy­mu­je­cie bez kli­ma­ty­za­cji - prych­nęła. - Myśla­łam, kochana, że twój mąż zara­bia wystar­cza­jąco dużo, żebyś nie musiała pocić się we wła­snym domu.

Ali­cja popa­trzyła w kie­runku Karola, który w ogóle nie prze­jął się sło­wami szwa­gierki.

- U nas w Niem­czech wszy­scy mają kli­ma­ty­za­cję - ode­zwał się Adam. - Przy­naj­mniej ci, któ­rych na to stać. - Zare­cho­tał gło­śno. - A w ogóle co ty wyga­du­jesz, Zuzieńko? W porów­na­niu z Niem­cami Pol­ska to duża wio­cha. U nas, na ten przy­kład, nie ma w ogóle koma­rów. - Rozej­rzał się try­um­fal­nie po ogro­dzie. - Wyobra­żam sobie, jak się tu męczy­cie! Jak chcesz, Ali­cja, to przy­wiozę ci taki śro­dek; spry­skasz krzaki, trawę, wle­jesz do oczka i po koma­rach.

- Dzię­ku­jemy, ale my lubimy żaby - ode­zwał się uprzej­mie Karol. - Mówisz, że nie ma koma­rów? A kiedy ostatni raz widzia­łeś żabę?

- He, he! Szwa­gier eko­log i miło­śnik żab. - Adam poro­zu­mie­waw­czo spoj­rzał na żonę. - No to w takim razie wyco­fuję się. Ja tam lubię żyć luk­su­sowo, a żab mogę sobie na waka­cjach posłu­chać. O! Albo u was. Nie po to czło­wiek haruje jak wół, żeby miał sobie odma­wiać. Ja tam sobie nie odma­wiam. - Pokle­pał się po obfi­tym brzu­chu. - Zmie­ni­łem samo­chód - rzu­cił od nie­chce­nia. - Zuzieńce też kupi­li­śmy nową alfę.

- Bar­dzo cię prze­pra­szam, ale sama sobie kupi­łam. Nie doło­ży­łeś ani gro­sza! - zapro­te­sto­wała ner­wowo Zuza.

- Bo się nie zgo­dzi­łaś. A trzeba było kupić za gotówkę, nie łado­wać się w kre­dyty. Ale skąd! Moja żona jest ambitna i sama chciała sfi­nan­so­wać. No to teraz buja się z ratami - zakpił.

Zuza wzru­szyła ramio­nami i nic nie odpo­wie­działa. Przy stole zapa­dła nie­zręczna cisza.

- Kupi­łam rewe­la­cyjną szynkę! - zawo­łała Ali­cja z takim entu­zja­zmem, jakby zdo­by­cie szynki było powo­dem do świę­to­wa­nia. - Bez kon­ser­wan­tów, robioną tra­dy­cyjną metodą i z praw­dzi­wej, wiej­skiej świni. Spró­buj­cie, naprawdę pyszna. Od wczo­raj się nią zaja­dam. - Pod­nio­sła do góry pół­mi­sek.

- A to są świ­nie miej­skie? - zakpił znowu Adam.

- Czemu ja nic o tym nie wie­dzia­łem? - ode­zwał się z pre­ten­sją Karol, miło­śnik mięsa. Z zapa­łem pod­niósł do ust soczy­sty pla­ster i lekko się skrzy­wił. - Zupeł­nie bez smaku. Sucha i za słona. No, moja droga, jeśli to ma być dobra szynka...

Ali­cji zro­biło się przy­kro i cho­ciaż tyle razy obie­cy­wała sobie, że nie da się spro­wo­ko­wać, nie wytrzy­mała.

- Mógł­byś raz zwy­czaj­nie powie­dzieć, że ci po pro­stu nie sma­kuje?

- Prze­cież powie­dzia­łem - obru­szył się.

- Nie. Powie­dzia­łeś, że jest do bani.

- A to nie to samo? - zdzi­wiony Karol uniósł brwi.

- To zupeł­nie co innego - włą­czyła się Zuza. - Nie powie­dzia­łeś, że szynka ci nie sma­kuje, tylko dałeś nam do zro­zu­mie­nia, że twoja żona jest idiotką, która nie wie, co to zna­czy dobra szynka i zachwala nam tu jakieś wióry. Wstyd, Ali­cja, takie gówno gościom poda­wać. To powie­dzia­łeś. - Uśmiech­nęła się do szwa­gra uprzej­mie, a Ali­cja posłała jej wdzięczne spoj­rze­nie.

Sie­dzieli na tara­sie od godziny i od samego początku Ali­cja miała wra­że­nie, że coś tu nie gra. Przy­szli sami - zosta­wili bliź­niaczki u babci - i z pozoru wszystko wyglą­dało jak zwy­kle, tylko Zuza była jakaś dziwna. Zacho­wy­wała się jak zawsze, ale wyglą­dała ina­czej. Miała na sobie powy­cią­gany swe­ter, a kiedy pod­nio­sła rękę, Ali­cja zauwa­żyła, że lakier na paznok­ciach pood­pry­ski­wał w paru miej­scach. To było do niej nie­po­dobne, Zuza była wielką estetką i prę­dzej zapa­dłaby się pod zie­mię, niż pozwo­liła, żeby ktoś oglą­dał ją bez maki­jażu czy z prze­cho­dzo­nym mani­kiu­rem.

Ali­cja nie dała się namó­wić Ada­mowi na podzi­wia­nie nowego cudu moto­ry­za­cji i kiedy pano­wie wyszli przed dom, zacią­gnęła Zuzę do sypialni.

- Co się dzieje? - zapy­tała, sadza­jąc ją w fotelu.

- Nic. Masz papie­rosa?

Po chwili waha­nia wycią­gnęła z noc­nej szafki paczkę marl­boro.

- Masz, Karol mnie zabije, że palę tutaj. Do spółki z panią Helenką - powie­działa, poda­jąc sio­strze ogień i wty­ka­jąc sobie papie­rosa do ust.

- Już dawno mówi­łam, że powin­naś pozbyć się tego bab­ska. - Zuza zacią­gnęła się z widoczną przy­jem­no­ścią i przy­mknęła oczy. - Ona mnie nie lubi.

- Nie przej­muj się, mnie też. A teraz gadaj, co jest?

Zuza znowu się zacią­gnęła, wstała z fotela i pode­szła do okna.

- Naprawdę ład­nie tu - stwier­dziła bez związku i odwró­ciła się w stronę Ali­cji. - Jestem w ciąży - powie­działa spo­koj­nie.

Ali­cję zatkało. Przez chwilę wpa­try­wała się w sio­strę otwar­tymi ze zdu­mie­nia oczyma, w myślach roz­wa­ża­jąc, które z pytań cisną­cych się na usta wybrać, aż w końcu zapy­tała naj­głu­piej jak można:

- Jak to?

- Zwy­czaj­nie. - Zuza wzru­szyła ramio­nami. - Naj­ba­nal­niej na świe­cie. W ciąży i już.

- O Boże, Adam pew­nie umiera ze szczę­ścia! - Ali­cji zaczęło prze­cho­dzić chwi­lowe odrę­twie­nie. Pode­szła do sio­stry z uśmie­chem i chciała ją wyści­skać, ale ta odsu­nęła się nie­chęt­nie.

- Prze­stań się wygłu­piać. Adam nic nie wie i mam nadzieję, że ni­gdy się nie dowie - dodała, przy­glą­da­jąc się Ali­cji podejrz­li­wie. Ostat­nie zda­nie było wła­ści­wie pyta­niem, które zawi­sło pomię­dzy sio­strami.

Ali­cja otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia.

- Osza­la­łaś! Ty naprawdę osza­la­łaś. Chcesz się pozbyć tego dziecka? Wiesz, ile bym dała, żeby być na twoim miej­scu?! - zawo­łała odro­binę za gło­śno i zaraz ze stra­chem ści­szyła głos. - Który mie­siąc?

- Jakie to ma zna­cze­nie? Na tyle wcze­śnie, że jesz­cze mogę zro­bić skro­bankę. - Zuza znowu zacią­gnęła się papie­ro­sem. - Nie­stety, nie jesteś na moim miej­scu, więc oszczędź mi tych mora­li­za­tor­skich gadek - powie­działa nie­chęt­nie, widząc, że Ali­cja poczer­wie­niała na twa­rzy. - To tylko zabieg, nic wię­cej.

- To dziecko! - krzyk­nęła Ali­cja histe­rycz­nie. - Nie masz prawa sama podej­mo­wać decy­zji! Zuza, pro­szę - powie­działa bła­gal­nie. - Poroz­ma­wiaj cho­ciaż z Ada­mem, prze­cież on ma prawo wie­dzieć...

- Nie ma. To nie jego dziecko - stwier­dziła Zuza spo­koj­nie.

- A czyje?!

Zawa­hała się na chwilę.

- Nie wiem. - Wzru­szyła ramio­nami. - To zna­czy, domy­ślam się, ale nie mam pew­no­ści. W grę wcho­dzą dwa warianty, ale żaden z nich nie jest moim mężem - powie­działa z nutą cyni­zmu.

Ali­cja gapiła się na nią z otwar­tymi ustami. Po chwili bez­rad­nie usia­dła na łóżku i scho­wała głowę w ramio­nach. Jakiś czas pano­wała cisza. W końcu Zuza zaczęła mówić:

- Pozna­łam go, kiedy tłu­ma­czy­łam jego książkę. Zresztą kie­dyś ci opo­wia­da­łam. To Nie­miec, wzięty pisarz. Spo­ty­ka­li­śmy się parę mie­sięcy, kiedy razem pra­co­wa­li­śmy. Potem pewne sprawy... - zawie­siła głos - wymknęły się spod kon­troli, a potem mnie zosta­wił. Uznał, że tak będzie lepiej dla nas obojga, i wró­cił do Włoch, gdzie na stałe mieszka. Nie widzie­li­śmy się dwa lata i już pra­wie o nim zapo­mnia­łam, kiedy nie­ocze­ki­wa­nie zadzwo­nił i poin­for­mo­wał mnie, że przy­go­to­wuje do druku następną książkę i chce, żebym ją tłu­ma­czyła. Zgo­dzi­łam się i umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie...

Zuza umil­kła.

- To jego dziecko? - spy­tała ostroż­nie Ali­cja.

- Z tłu­ma­cze­nia nic nie wyszło, bo nie doga­dał się z wydaw­cami. - Zuza jakby nie sły­szała pyta­nia. - Spo­tka­li­śmy się jesz­cze parę razy, ale oka­zało się, że nie da się wejść dwu­krot­nie do tej samej rzeki. Zresztą ja już w tym cza­sie spo­ty­ka­łam się z Nor­ber­tem.

- Jak to z Nor­ber­tem? - Ali­cja głu­pio myślała, że już nic jej nie zasko­czy. - A twój mąż?

- Daj spo­kój. - Zuza wzru­szyła ramio­nami. - Adam to kre­tyn. Naprawdę myślisz, że mogła­bym być z nim szczę­śliwa?

- Prze­cież za niego wyszłaś...

- Bo byłam głu­pia i myśla­łam, że to dla mnie ide­alne roz­wią­za­nie: nie­zbyt lotny, bogaty i cią­gle nie­obecny mąż. Nie­stety, pomy­li­łam się. - Wes­tchnęła i spoj­rzała na sio­strę.

Ta sie­działa jak ska­mie­niała, nie mogąc uwie­rzyć w to, co wła­śnie usły­szała. Do dzi­siaj myślała, że zna Zuzę, może nie tak dobrze, jak zna się zwy­kle bli­skie przy­ja­ciółki, ale przy­naj­mniej na tyle, żeby nie dać się zasko­czyć. Ni­gdy się sobie prze­sad­nie nie zwie­rzały, lecz wie­działy o naj­waż­niej­szych rze­czach. Mama z ojcem zawsze dbali o to, żeby więź mię­dzy sio­strami nie skoń­czyła się, kiedy każda pój­dzie w swoją stronę. Po ślu­bie z Ada­mem Zuza tro­chę się odda­liła; już nie każde święta spę­dzały wspól­nie, w rodzin­nym domu; skoń­czyły się popo­łu­dniowe wizyty na Mic­kie­wi­cza, kiedy to, uma­wia­jąc się po pracy, lubiły wpa­dać do mamy na pla­cek droż­dżowy. Zuza zja­wiała się tam wła­ści­wie wyłącz­nie wtedy, kiedy przy­wo­ziła bądź odbie­rała dziew­czynki, które wię­cej czasu spę­dzały z bab­cią niż z wiecz­nie zajętą mamą. Ania była już pra­wie doro­sła, więc kiedy Zuza wyjeż­dżała, pozwa­lała jej miesz­kać w domu samej, pod warun­kiem że codzien­nie będzie się mel­do­wała u babci.

Nagle Ali­cja prze­stra­szyła się, że patrzy na sio­strę jak na obcą kobietę, i to w dodatku taką, która zupeł­nie jej się nie podoba. Zuza jakby odga­dła te myśli, bo pode­szła i wzięła ją za rękę.

- Zacho­wu­jesz się, jakby wła­śnie spa­dły ci różowe oku­lary - powie­działa łagod­nie, ale z nutą kpiny w gło­sie. - Jesteś już dużą dziew­czynką, sio­strzyczko, i powin­naś z więk­szym dystan­sem pod­cho­dzić do życia. Myśla­łaś, że ludzie po ślu­bie się nie zdra­dzają, tylko trwają w oko­wach mał­żeń­skich, nawet jeśli nie mają na to ochoty?

- Nie, ale... - Ali­cja znowu nie wie­działa, co ma powie­dzieć. Nie była naiwną panienką i od dawna wie­działa, że nadęty, nie­zbyt lotny Adam ze swo­imi pro­stac­kimi powie­dzon­kami, głu­pa­wym poczu­ciem humoru i obez­wład­nia­ją­cym poczu­ciem samo­za­do­wo­le­nia zupeł­nie nie pasuje do jej inte­li­gent­nej i wraż­li­wej sio­stry. Po cichu zawsze uwa­żała, że są jak gołę­bica i indor: trudno wyobra­zić sobie bar­dziej nie­do­braną parę. Miała wra­że­nie, że prze­trwali tyle lat tylko dla­tego, że w zasa­dzie miesz­kali osobno.

- Poza tym, jeśli chcesz wie­dzieć - kon­ty­nu­owała Zuza - Adam wcale nie jest taki skrzyw­dzony, jak myślisz. O nie, mój mąż umie zadbać o sie­bie. W zeszłym mie­siącu zna­la­złam w moich rze­czach w Ber­li­nie biu­sto­nosz. Tyle że nie mój. Łatwo zauwa­żyć, że miseczkę E mogła­bym co naj­wy­żej nosić na gło­wie, a i to nie wiem, czy nie byłaby za duża - powie­działa z gory­czą. - Inte­li­gentny facet wymy­śliłby inte­li­gentne kłam­stwo, a ten idiota usi­ło­wał mnie prze­ko­nać, że to mój, tylko pew­nie zapo­mnia­łam. Wyobra­żasz sobie, jakim trzeba być kre­ty­nem, żeby bie­li­znę kochanki wkła­dać do szafy żony?

- No, fakt. - Mimo wszystko Ali­cja nie mogła się nie zgo­dzić. - Ale to niczego nie zmie­nia - zastrze­gła zaraz. - To wszystko teraz nie­ważne - dodała po chwili zasta­no­wie­nia. - Jesteś w ciąży i teraz tylko to się liczy. A ten... Nor­bert? - zapy­tała nie­pew­nie.

- Nor­bert to już prze­szłość - oznaj­miła lodo­wato Zuzanna. - Pomyłka.

- Ale może ta pomyłka, jak mówisz, jest ojcem dziecka.

- Jakie to ma zna­cze­nie w takiej sytu­acji? Ja nie zamie­rzam uro­dzić, więc co za róż­nica? - Zuza wzru­szyła ramio­nami. - Mówię ci o tym tylko dla­tego, że... ostat­nio jakoś... No, jakoś nie mogę sobie z tym wszyst­kim pora­dzić - powie­działa cicho.

Po raz pierw­szy od początku roz­mowy Ali­cja dostrze­gła w jej oczach iskierki ludz­kich uczuć: bez­rad­ność i strach. Zuza wyglą­dała teraz jak mała dziew­czynka, któ­rej zaczęło cią­żyć uda­wa­nie doro­słej. Stała naprze­ciwko, w za dużym swe­trze, zga­szona i okla­pła. Przed chwilą trzy­mała się jesz­cze papie­rosa, teraz nie wie­działa, co zro­bić z rękami, i ner­wowo sku­bała dół swe­tra.

- Cho­lera - wes­tchnęła w końcu. - Myśla­łam, że takie rze­czy zda­rzają się tylko nasto­lat­kom. No nic, jakoś sobie pora­dzę. - Pró­bo­wała wziąć się w garść.

- Jakoś? Chcesz się pozbyć dziecka i mówisz "jakoś"? - Ali­cja czuła, że powta­rza się jak zacięta płyta. Chciała wymy­ślić coś mądrzej­szego, pocie­szyć ją, ale w gło­wie miała tylko jedno. - Zuza, prze­cież to dziecko. Twoje dziecko - jęk­nęła. - Wyobra­żasz sobie, że mogła­byś zro­bić coś takiego bliź­niacz­kom? Albo Ani? - Chwy­ciła się ostat­niego argu­mentu, z góry wie­dząc, jaka będzie odpo­wiedź.

- Nie dra­ma­ty­zuj. Co za głu­pie porów­na­nie! Ania może i była wpadką, ale cho­ciaż kocha­łam jej ojca. Poza tym to zupeł­nie co innego. Nic nie rozu­miesz! - zde­ner­wo­wała się.

Powoli zaczy­nała tra­cić ten swój zimny spo­kój, jaki pre­zen­to­wała od początku roz­mowy, co bar­dzo ucie­szyło Ali­cję. Posta­no­wiła, że choćby nie wiem co, nie pozwoli usu­nąć ciąży, zrobi wszystko, żeby Zuzę prze­ko­nać. Zasta­na­wiała się wła­śnie gorącz­kowo, jakich jesz­cze użyć argu­men­tów, kiedy do pokoju wsu­nął głowę Karol.

- Tu jeste­ście - powie­dział z ulgą i Ali­cja domy­śliła się, że pół godziny w towa­rzy­stwie szwa­gra to wszystko, na co było go stać. Zuza także się domy­śliła.

- Jak widzę, nie popę­ka­łeś z zazdro­ści na widok tego cudu moto­ry­za­cji i pew­nie mój sub­telny mał­żo­nek jest nie­po­cie­szony - powie­działa drwiąco, prze­cho­dząc obok Karola.

- Co ją ugry­zło? - zdzi­wił się, kiedy zostali sami. - Ali­cja, co się stało? Masz taką minę... - zaczął, ale żona nie dała mu dokoń­czyć:

- Nic, potem ci powiem. Chodź, roz­pa­limy grilla, kupi­łam zape­klo­waną polę­dwicę - powie­działa z roz­tar­gnie­niem i pocią­gnęła go za rękę.

-

Zuza zadzwo­niła następ­nego dnia. Ali­cja jechała wła­śnie na spo­tka­nie z wyjąt­kowo nużą­cym klien­tem, który co dwa dni zmie­niał kon­cep­cję i nie mógł się zde­cy­do­wać, czy jego nowe biuro ma być w stylu baro­ko­wego prze­py­chu, czy może lep­szy będzie surowy, mini­ma­li­styczny, acz nie­by­wale drogi wystrój. Nie z takimi dzi­wa­kami już pra­co­wała, więc teraz jedy­nie zasta­na­wiała się, o ile pod­nieść stawkę za codzienne męczące kursy tam i z powro­tem.

- Posłu­chaj - zaczęła Zuza. - Wła­ści­wie to nie mogę teraz roz­ma­wiać, ale może spo­tkamy się po połu­dniu? Wczo­raj zapo­mnia­łam ci o czymś powie­dzieć. Zna­la­złam dla was dziecko - zako­mu­ni­ko­wała jak gdyby ni­gdy nic.

Ali­cja mijała wła­śnie wyjąt­kowo ruchliwe skrzy­żo­wa­nie i chyba tylko opatrz­ność boża spra­wiła, że wyjeż­dża­jąc z pod­po­rząd­ko­wa­nej, nie wpa­ko­wała się pod koła nad­jeż­dża­ją­cej z pra­wej strony cię­ża­rówki. Kie­rowca zaczął hamo­wać z piskiem opon, na szczę­ście zdą­żyła śmi­gnąć mu przed nosem, w ostat­niej chwili ratu­jąc się reflek­sem. We wstecz­nym lusterku zoba­czyła, jak z kolosa wyska­kuje roz­sier­dzony męż­czy­zna, więc nie cze­ka­jąc na dal­szy roz­wój wypad­ków, dodała gazu i znik­nęła za zakrę­tem. Całe zda­rze­nie trwało ułamki sekund.

- Halo! Halo! Jesteś tam? - ode­zwał się tele­fon z pre­ten­sją i Ali­cja uświa­do­miła sobie, że cały czas ści­ska w ręku słu­chawkę.

- Jestem... - powie­działa, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę. - Jesz­cze - dodała.

- No wła­śnie mówię, że nie mogę teraz roz­ma­wiać, ale wpad­nij do mnie po połu­dniu, to wszystko ci opo­wiem.

- Cze­kaj, Zuza! Jakie dziecko? O czym ty mówisz?! - Ali­cja sta­rała się opa­no­wać.

- Teraz nie mogę. Cześć! - zabrzmiało sta­now­czo i Zuza się roz­łą­czyła.

Przez cały dzień Ali­cja nie mogła się sku­pić. Pan Barań­ski po raz setny doszedł do wnio­sku, że jed­nak woli prze­pych.

- Wie pani, klienci muszą czuć, że to nie byle co. Taki gabi­net ma wzbu­dzać respekt i zazdrość. Pani mówi, że egzo­tyczne, dro­gie drewno jest ele­ganc­kie, a ja pani mówię, że nie każdy zna się na drew­nie, za to każdy wie, że jak jest złoto, to jest kupa szmalu. Dobrze mówię? - Zaśmiał się zado­wo­lony z sie­bie. - I jesz­cze te lampy mi się nie podo­bają. Jakieś takie... - skrzy­wił się. - W jed­nym pałacu widzia­łem takie szklane żyran­dole, to by chyba paso­wały, co nie? - Przyj­rzał się jej z uwagą. - Oj, pani Alu! - pogro­ził jej żar­to­bli­wie pal­cem. - Ja tu za panią robotę całą wyko­nuję, a pani jakaś taka wczo­raj­sza dzi­siaj jest. Dobrze mówię? - Zaśmiał się zado­wo­lony z żartu.

- Tak, tak, ma pan rację. Prze­pra­szam... - odpo­wie­działa roz­tar­gniona.

Zawsze zasta­na­wiało ją, jak ludzie pokroju Barań­skiego są w sta­nie zarzą­dzać dużą firmą i zara­biać nie­złe pie­nią­dze. Kie­dyś doszła do wnio­sku, że to brak wyobraźni pozwala im inwe­sto­wać i roz­wi­jać inte­resy, nie mar­twiąc się o nic. Według niej Barań­ski był bez­re­flek­syj­nym kre­ty­nem, trwa­ją­cym w nie­ustan­nym prze­ko­na­niu, że Pan Bóg, stwa­rza­jąc świat, odwa­lił potężną fuszerkę i udał mu się tylko jeden Barań­ski.

Dziś jed­nak nie miała do niego głowy, więc upew­niw­szy się jesz­cze dwa razy, że nie zmieni zda­nia, nanio­sła szyb­kie poprawki w pro­jek­cie i poże­gnała się.

- Pani to się mar­nuje w tej pracy - usły­szała, jak zwy­kle, na odchodne. - Pan Barań­ski - męż­czy­zna dum­nie wypiął potężny tors, na któ­rym poły­ski­wał mon­stru­al­nych roz­mia­rów złoty łań­cuch - ni­gdy by nie pozwo­lił, żeby jego żona pra­co­wała. - Ali­cji sta­nął przed oczyma potężny goryl, który wład­czo ude­rza się w piersi na oczach zachwy­co­nych samic. - W domku to co innego - kon­ty­nu­ował. - Zadbać o sie­bie, mężowi obia­dek ugo­to­wać, film se cie­kawy obej­rzeć, dzieci z przed­szkola ode­brać. O, to są zaję­cia dla kobiety, a nie jakieś zapier­da­la­nie na drugi koniec mia­sta za parę zło­tych. O, par­don - zre­flek­to­wał się. - Ale z pani to jesz­cze nie­zły kawa­łek kobitki jest - uspra­wie­dli­wił się w prze­ko­na­niu, że wygło­sił potężny kom­ple­ment. - Dobrze mówię?

- Do widze­nia panu - ski­nęła mu wynio­śle głową i wsia­dła do auta. Pomy­ślała, że przy takim podej­ściu do mał­żeń­stwa szybko żony nie znaj­dzie, bo nawet kobiety, które mogłyby się sku­sić jego pie­niędzmi, prę­dzej czy póź­niej zorien­tują się, że dostają w pakie­cie pro­stac­kiego, zabor­czego mega­lo­mana o zaco­fa­nych poglą­dach. Dobrym przy­kła­dem była jej wła­sna sio­stra...

Zabo­lało ją to "jesz­cze". Nie­wąt­pli­wie była od niego parę lat star­sza, ale to nie powód, żeby wyty­kać jej wiek. Nie czuła się stara i była na sie­bie zła, że prze­jęła się komen­ta­rzem takiego pacana. Obie­cała sobie, że skoń­czy dla niego pro­jekt tak szybko, jak się da, i ni­gdy już nie da się wro­bić Karo­lowi w pracę dla jego zna­jo­mych. Jej mąż był inte­li­gent­nym, bły­sko­tli­wym czło­wie­kiem i nie mogła zro­zu­mieć, jak może pod­trzy­my­wać takie zna­jo­mo­ści. Karol tłu­ma­czył, że to biz­nes, nie kole­żeń­stwo, ale jakoś nie dawała się prze­ko­nać. Czuła, że jest nie­kon­se­kwentna: dzi­wiła się Karo­lowi, a sama prze­cież nie prze­bie­rała w klien­tach, tylko zazwy­czaj brała, co się nawi­nęło. Zda­rzali się sym­pa­tyczni, mili ludzie, ale cza­sem zmu­szona była pra­co­wać i z takimi Barań­skimi.

Wra­ca­jąc do domu, zaje­chała do hur­towni. Już od progu wpa­dła jej w oko obrzy­dliwa, hor­ren­dal­nie droga, buracz­kowa tera­kota na wysoki połysk ze zło­tymi żył­kami. Pomy­ślała, że będzie wprost ide­alna dla Barań­skiego; nama­calny dowód kiczo­wa­tego, nowo­bo­gac­kiego gustu: dro­gie, błysz­czy się i ocieka zło­tem. Bez zasta­no­wie­nia zadzwo­niła, podała adres i popro­siła, żeby w wol­nej chwili ją obej­rzał. Czas poka­zał, że się nie pomy­liła; klient był zachwy­cony i kupił gla­zurę nie tylko do gabi­netu, ale także do swo­jego nowego domu.

W jej wła­snym domu cze­kała na nią zale­gła praca i nabur­mu­szona pani Helenka. Zazwy­czaj nie dawało się pogo­dzić tych dwóch ele­men­tów, więc Ali­cja posta­no­wiła odpra­wić dzi­siaj gospo­się. Na obiad mogła zro­bić sałatkę z dodat­kiem gril­lo­wa­nego mięsa, które leżało w lodówce od wczo­raj; dla Karola wystar­czy, a ona sama zamie­rzała zjeść coś u Zuzy.

- Pani Helenko... - zaczęła, ale gospo­sia nie dała jej skoń­czyć.

- Nie będę sprzą­tała po tym bydlaku - powie­działa z pre­ten­sją.

Ali­cja w pierw­szej chwili nie zro­zu­miała, kogo ma na myśli.

- Po psie - dodała gospo­sia, widząc jej nie­pewną minę. - Znowu wyle­gi­wała się na sofie. Pani zoba­czy, ile kła­ków. Ta sofa to się już zupeł­nie do niczego nie nadaje, wstyd na niej ludzi sadzać, bo co sobie pomy­ślą? - Dla pani Helenki było to naj­waż­niej­sze kry­te­rium. - Ja to bym tego psa już dawno... - Spoj­rzała na Paszę i w jej oku bły­snęły mor­der­cze instynkty.

Biedna suka, jakby wyczu­wa­jąc nie­cne zamiary gosposi, scho­wała się za swoją panią.

- Pani Helenko, Karol by się zapła­kał - z nie­winną miną zauwa­żyła Ali­cja, pokle­pu­jąc psa.

- Toż wiem prze­cie... - wes­tchnęła gospo­sia. - Ale to ręce opa­dają! Pan Karo­lek świata za nią nie widzi. Żeby on tak panią kochał jak tego psa... - dodała zgryź­li­wie.

Ali­cja udała, że nie sły­szy. Przy­zwy­cza­iła się do tych drob­nych zło­śli­wo­ści i nie robiły już na niej takiego wra­że­nia jak jesz­cze rok temu.

- Może pani dziś pójść wcze­śniej. Karol wróci późno, a ja nie będę jadła w domu.

- Jakże to? - obu­rzyła się gospo­sia. - A kto panu Karol­kowi poda obiad?

- Sam sobie weź­mie, korona mu z głowy nie spad­nie. Zro­bię mu sałatkę i zosta­wię w lodówce. - Ali­cja usi­ło­wała być sta­now­cza, ale gospo­sia miała na ten temat wła­sne zda­nie.

- Te sałatki to żadne jedze­nie - prych­nęła z pogardą. - Jak nie ma zupy, to nie ma obiadu. Obiad bez zupy to nie obiad - oświad­czyła sta­now­czo. Ali­cja wie­działa, że nie­stety, jej mąż uważa podob­nie. - Zaraz zro­bię szcza­wiową, pan Karol lubi. - Pani Helenka naj­wy­raź­niej w dal­szym ciągu nie­wiele sobie robiła z pra­wo­wi­tej pani domu. Zaka­sała rękawy i znik­nęła w kuchni.

Ali­cja stała bez­rad­nie na środku pokoju w kolej­nym poczu­ciu klę­ski. Drobne star­cia z gospo­sią zawsze koń­czyły się tak samo: Helenka robiła, co chciała, a Ali­cja, żeby zacho­wać resztki sza­cunku dla samej sie­bie, musiała uda­wać, że wła­śnie wydała gosposi pole­ce­nie, które tamta teraz skwa­pli­wie wyko­nuje.

- Chodź do mnie, Pasza - powie­działa z gory­czą do psa, który uło­żył się wygod­nie przy drzwiach tara­so­wych. - No chodź, pie­sku, ty jedna się ze mną liczysz. Dosta­niesz kieł­ba­ski - kusiła, kuca­jąc i wycią­ga­jąc rękę.

Pasza popa­trzyła na nią leni­wie, nawet nie pod­no­sząc głowy, po czym zamknęła oczy.

- Ty wstrętna suko, ty też prze­ciwko mnie?

A kto ci jeść daje? - już miała zapy­tać, ale przy­po­mniała sobie uczci­wie, że psa karmi na ogół Karol albo pani Helenka. Żeby zacho­wać twarz, weszła do kuchni i powie­działa:

- Dobrze, niech pani ugo­tuje zupę, a potem jest pani wolna.

Gospo­sia spoj­rzała na nią z poli­to­wa­niem.

- Koszule muszę panu Karol­kowi upra­so­wać na te targi. Jakże za gra­nicą będzie wyglą­dał w pognie­cio­nych?

Ali­cja lekko się spło­szyła i zanim pomy­ślała, co mówi, pal­nęła bez zasta­no­wie­nia:

- Jakie targi? To Karol wyjeż­dża?

Gospo­sia wyglą­dała na usa­tys­fak­cjo­no­waną.

- Jakże to? Pani nie wie? - zapy­tała z podej­rzaną sło­dy­czą. - Na targi, do Wied­nia - powie­działa z dumą, jakby sama się tam wybie­rała. - Jutro z rana - dodała, przy­glą­da­jąc się podejrz­li­wie skon­ster­no­wa­nej pani domu.

- Wiem, oczy­wi­ście, że wiem, tylko zapo­mnia­łam, że to już jutro. - Ali­cja ner­wowo podra­pała się po gło­wie.

- Aku­rat - mruk­nęła gospo­sia, ale Ali­cja wolała uda­wać, że nie sły­szy. Zaj­rzała do lodówki, wzięła sobie pomi­dora i rzu­ciła na odchod­nym:

- Tylko pro­szę jajka do zupy ugo­to­wać na pół­twardo, bo Karol nie lubi innych.

- Prze­cie chyba wiem, jakie jajka lubi pan Karo­lek! - dole­ciało z kuchni, lecz Ali­cja była już w pokoju i nie musiała reago­wać.

Była zła na męża, że nie raczył jej poin­for­mo­wać o wyjeź­dzie, ale nie omiesz­kał zawia­do­mić o tym gosposi, sta­wia­jąc żonę w nie­zręcz­nej sytu­acji. Było jasne, że pani Helenka wyko­rzy­sta każdą moż­li­wość, żeby jej dopiec. Już i tak uwa­żała się za naj­waż­niej­szą w domu, zaraz po panu Karolku oczy­wi­ście, spro­wa­dza­jąc Ali­cję do roli uciąż­li­wej loka­torki, któ­rej nie można wyrzu­cić, bo jed­nak regu­lar­nie płaci czynsz, a poza tym pan domu ma do niej sła­bość...

Z tą sła­bo­ścią zresztą ostat­nio róż­nie bywało... Mijali się jak dwa okręty, które pły­wają po róż­nych tra­sach. Do nie­dawna cho­ciaż przy­bi­jali do tego samego portu, ale od paru mie­sięcy Karol wię­cej czasu spę­dzał w pracy, na róż­nych tar­gach, spo­tka­niach i zebra­niach. Firma wcho­dziła na nowe rynki, duże szanse na roz­wój widać było szcze­gól­nie w Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie pol­scy budow­lańcy byli kon­ku­ren­cyjni ze względu na stawki, ale też na facho­wość. Roz­sze­rzała asor­ty­ment usług, a to, jak twier­dził jej mąż, wyma­gało zaan­ga­żo­wa­nia całego kapi­tału, zarówno finan­so­wego, jak i ludz­kiego. Braku finan­so­wego na razie nie odczuła; oprócz pie­nię­dzy ze zle­ceń cią­gle regu­lar­nie wpły­wały na jej konto pie­nią­dze od męża, ale ludzki - jak naj­bar­dziej. Jej oso­bi­sty, ludzki kapi­tał był zaan­ga­żo­wany gdzie indziej i nawet week­endy rzadko zda­rzało mu się spę­dzać razem z żoną. Tłu­ma­czył wpraw­dzie, że ten ciężki okres nie potrwa długo, że w końcu sytu­acja się usta­bi­li­zuje, ale nie bar­dzo mu wie­rzyła. Bolało ją to, że wcale nie wyda­wał się zmar­twiony z powodu ogra­ni­czo­nych kon­tak­tów. Kiedy już wra­cał do domu, był zmę­czony, roz­draż­niony i nie dało się z nim nawet poga­dać, nie mówiąc o czymś innym...

Kie­dyś w środku nocy poczuła, jak kła­dzie rękę na jej udzie. Ucie­szyła się i mru­cząc, wyprę­żyła jak młoda kotka. Ręka powę­dro­wała wyżej; po chwili dołą­czyła do niej druga, a w następ­nej chwili pod­nie­cona Ali­cja usły­szała gło­śne chrap­nię­cie i zro­zu­miała, że jej mąż śpi jak zabity, a to, co jej wyda­wało się zapro­sze­niem do piesz­czoty, było tylko remi­ni­scen­cją jego snów, do któ­rych nie miała dostępu. Poczuła się samotna i opusz­czona.

Z roz­my­ślań wyrwał ją dzwo­nek tele­fonu w chwili, kiedy wła­śnie przy­po­mniała sobie, że miała pra­co­wać. Obie­cała skoń­czyć na jutro dwa pro­jekty. Jeden był pra­wie gotowy, ale drugi musiała grun­tow­nie prze­my­śleć. Z cięż­kim ser­cem, wes­tchnąw­szy, pod­nio­sła słu­chawkę. Dzwo­niła Olga.

- Słu­chaj! Mar­cza­kowa jest zachwy­cona! - krzyk­nęła zaafe­ro­wana.

Skon­ster­no­wana Ali­cja zmarsz­czyła nos.

- Jaka Mar­cza­kowa? I czym jest taka zachwy­cona? - spy­tała podejrz­li­wie.

- No, kuch­nią Wolań­skiej - znie­cier­pli­wiła się przy­ja­ciółka.

- Tak dobrze gotuje? To jakaś knajpa? - spy­tała ostroż­nie Ali­cja. - Czy może szyfr?

- Jaki szyfr? Zgłu­pia­łaś? Kuch­nię robi­łaś Wolań­skiej w zeszłym roku. Skle­rozę już masz czy tak obro­słaś w piórka, że klien­tów nie pamię­tasz?

- Ach, ta Wolań­ska. - Ali­cja wresz­cie sko­ja­rzyła. - Taka chuda paniu­sia z pre­ten­sjami - przy­po­mniała sobie.

- Nie z pre­ten­sjami, tylko z pie­niędzmi, i to dużymi - popra­wiła Olga. - A w ogóle nie narze­kaj, bo ci baba reklamę zro­biła, jak nie przy­mie­rza­jąc pro­fe­sjo­nalna agen­cja. Po to wła­śnie dzwo­nię. Nie wiem, coś ty jej w tej kuchni zro­biła, ale Mar­cza­kowa chce taką samą.

Ali­cja skrzy­wiła się, bo przy­po­mniała sobie, ile wysiłku i zachodu kosz­to­wało ją spro­wa­dze­nie z Włoch spe­cjal­nego mar­muru, z któ­rego wyko­nane zostały kuchenne blaty i któ­rym obu­do­wała ścianę. Dla klienta koszt był olbrzymi, ale ona jakoś nie­uważ­nie nali­czyła swoją pro­wi­zję i głu­pio jej było się potem wyco­fać. W sumie naro­biła się jak wół, a nie zaro­biła wiele wię­cej niż zwy­kle.

- Kto to jest Mar­cza­kowa? - zapy­tała, bo nazwi­sko wydało jej się zna­jome.

- No jak to? Mar­cza­kowa! Ta Mar­cza­kowa! Żona TEGO Mar­czaka.

- A, TEGO Mar­czaka. - Ali­cja przy­po­mniała sobie wielką czarną limu­zynę z szo­fe­rem w praw­dzi­wej libe­rii, którą jeź­dził pre­zes Mar­czak, wła­ści­ciel naj­więk­szych zakła­dów pro­du­ku­ją­cych coś tam oraz udzia­ło­wiec nie­zli­czo­nych spółek w kraju i za gra­nicą. Pomy­ślała, że takiemu pew­nie nie wystar­czy byle mar­mur...

- Nie wie­dzia­łam, że Mar­czak ma żonę - zauwa­żyła z powąt­pie­wa­niem. - Czemu ty do mnie dzwo­nisz, a nie ona? - zdzi­wiła się.

- Ich dziecko jest w mojej kla­sie. Swoją drogą bystry chłop­czyk, wcale nie wygląda na roz­piesz­czo­nego dzie­dzica, w prze­ci­wień­stwie do innych. - Olga pra­co­wała w pry­wat­nej szkole, gdzie cze­sne było wyż­sze niż jej nauczy­ciel­ska pen­sja i gdzie uczęsz­czały dzieci naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych poli­ty­ków i biz­nes­me­nów. - Pode­szła do mnie po wywia­dówce i powie­działa, że dostała namiary na cie­bie od Wolań­skiej. Wolań­skiej syn też cho­dzi do naszej szkoły - dodała bez związku.

- Wiem, do waszej szkoły cho­dzą wszyst­kie nie­przy­sto­so­wane do nor­mal­nego życia jed­nostki - wtrą­ciła Ali­cja zgryź­li­wie, bo zaczy­nała być zła. - Olga, ja w prze­ci­wień­stwie do cie­bie pró­buję pra­co­wać, poza tym naprawdę nie mam dziś głowy ani do Mar­cza­ko­wej, ani do Wolań­skiej. Mam kło­poty z Zuzą, wła­ści­wie to ona ma kło­poty, a ja od rana nie mogę o niczym innym myśleć - wes­tchnęła w słu­chawkę.

Olga w lot zro­zu­miała.

- A, Zuza, rozu­miem. Co tym razem?

Zuza i Olga znały się dość dobrze, ale za sobą nie prze­pa­dały. Wła­ści­wie Olga miała podobny cha­rak­ter, była rów­nie zabor­cza, lubiła sku­piać na sobie uwagę i cza­sem miała pro­blemy z empa­tią. Poza tym zazwy­czaj waliła pro­sto z mostu, co przy­spa­rzało jej kło­po­tów z prze­ło­żo­nymi i rodzi­cami, a wzbu­dzało sym­pa­tię wśród uczniów. Przy tym wszyst­kim sta­no­wiła jed­nak egzem­plarz o wiele bar­dziej sym­pa­tyczny i dający się lubić. Mimo lek­kiej pyszał­ko­wa­to­ści była w grun­cie rze­czy poczciwa i dobro­duszna.

- Nie chce mi się teraz o tym gadać. Prze­pra­szam, ale naj­pierw muszę to sama prze­tra­wić.

- Dobra, jak chcesz. - Olga nie nale­gała. - A wra­ca­jąc do Mar­cza­ko­wej, pro­siła, żebym cię prze­ko­nała, byś mimo nawału zajęć zna­la­zła dla niej czas. Powie­działa, że dobrze zapłaci.

- A skąd ona wie, że mam nawał zajęć? - zdzi­wiła się Ali­cja. - Tro­chę mam, ale żeby zaraz nawał?

- Ja jej powie­dzia­łam - oświad­czyła Olga nie­win­nie. - Niech sobie nie myśli, że jesteś jakimś pierw­szym lep­szym pro­jek­tan­tem, który gania za klien­tami. Marka, kochana, marka. Trzeba się cenić i budo­wać sobie markę - dodała poucza­jąco. - Koń­czę, bo za chwilę mam lek­cję z piątą B, wykoń­czą mnie te bachory - wes­tchnęła i poże­gnała się.

Ali­cja też wes­tchnęła i z nie­chę­cią otwo­rzyła kom­pu­ter. W grun­cie rze­czy ucie­szyła się na myśl o nowym zle­ce­niu. Lubiła pro­jek­to­wać, two­rzyć i wymy­ślać nową rze­czywistość. Ni­gdy do końca nie wie­działa, jaki będzie osta­teczny efekt, i cza­sem sama bywała zasko­czona. Nie bała się ryzy­kow­nych roz­wią­zań, nowa­tor­skiej kolo­ry­styki. Naj­chęt­niej pro­jek­to­wa­łaby na wła­sną rękę, według wła­snego uzna­nia, nie­stety, w tej pracy naj­waż­niej­szy był klient. Nie­raz z żalem musiała rezy­gno­wać z cie­ka­wego pomy­słu, ponie­waż klient wolał roz­wią­za­nia stan­dar­dowe i nie dawał się prze­ko­nać do innego układu kuchen­nych mebli niż okle­pane szafki sto­jące, szafki wiszące i kafelki nad zle­wem do kom­pletu, naj­le­piej w kolo­rze pia­sko­wym. Kiedy widziała świa­tełko w tunelu, pró­bo­wała prze­ko­ny­wać do swo­ich pomy­słów; ostroż­nie oswa­jała z nową kon­cep­cją, robiła dzie­siątki wizu­ali­za­cji i cza­sem się uda­wało. Zwy­kle jed­nak była tylko tech­nicz­nym wyko­nawcą banal­nych roz­wią­zań.

Jedyne, czego nie lubiła, to wła­śnie klienci, czyli, para­dok­sal­nie, ele­ment, bez któ­rego nie mia­łaby pracy. Naj­czę­ściej marudni, nie­zde­cy­do­wani, a jed­no­cze­śnie prze­ko­nani, że wie­dzą naj­le­piej, jak ma być.

Sie­działa nad pro­jek­tami już dwie godziny, kiedy poczuła, że bur­czy jej w brzu­chu. Przy­po­mniała sobie, że rano zdą­żyła tylko wypić kawę. Z kuchni dola­ty­wały sma­ko­wite aro­maty. Pani Helenka naprawdę potra­fiła goto­wać i Ali­cję nie­raz zasta­na­wiało, czy Karol miałby do gosposi tyle serca i cier­pli­wo­ści i czy tak łatwo wyba­czyłby jej nie­chęć do swo­jego uko­cha­nego psa, gdyby nie talenty kuli­narne.

Jak na zawo­ła­nie zaszcze­kała Pasza i w rado­snych pod­sko­kach wybie­gła przed dom. Ali­cja usły­szała samo­chód męża. Zdzi­wiła się prze­lot­nie, bo zapo­wie­dział, że dziś będzie póź­niej.

- Dobrze, że jesteś! - zawo­łał już od progu. - Od godziny nie mogę się do cie­bie dodzwo­nić. Tyle czasu gadasz przez tele­fon? - Rzu­cił płaszcz na fotel i sta­nął przy jej biurku.

Ali­cja spoj­rzała na komórkę.

- Musiała się roz­ła­do­wać i nie zauwa­ży­łam...

- To teraz nie czuj się zasko­czona, bo pró­bo­wa­łem cię uprze­dzać. Pamię­tasz, jak ci mówi­łem o tym Angliku? No, o tym, co miał kupić miesz­ka­nie w Pol­sce - dodał znie­cier­pli­wiony, bo spoj­rze­nie żony nie zdra­dzało, żeby cokol­wiek pamię­tała. - Ten, który zała­twia mi kon­takty w Lon­dy­nie.

- A, ten - przy­po­mniała sobie. - Pamię­tam, i co z tego?

Była zła, że nawet się z nią nie przy­wi­tał, tylko od progu ma pre­ten­sje i zawraca jej głowę jaki­miś Angli­kami.

- No więc kupił dom pod mia­stem i wła­śnie tam na nas czeka. Obie­ca­łaś, że zro­bisz mu pro­jekty... - powie­dział Karol tro­chę nie­pew­nie.

- Ja? - zdzi­wiła się nie­bo­tycz­nie i aż unio­sła z krze­sła. - Obie­ca­łam?

Karol popa­trzył z wyrzu­tem:

- Mówi­łem ci prze­cież, że może będzie taka potrzeba... - zaczął, ale mu prze­rwała.

- Mówi­łeś, że ten facet szuka domu i potem może potrzebny będzie mu pro­jek­tant - wyce­dziła. - Tylko tyle.

- A to nie to samo? - udał zdzi­wio­nego. Usiadł na sofie i pocią­gnął żonę za sobą. - Alu­niu, no nie bądź taka. - Posa­dził ją sobie na kola­nach. - To tylko mały pro­jek­cik. Prze­cież wiesz, jak mi zależy na dobrych kon­tak­tach. Ten facet naprawdę może mi dużo uła­twić, poza tym nikogo tu nie zna, kupił dom, żeby nie miesz­kać po hote­lach. A w ogóle to trak­tuje go raczej jak inwe­sty­cję, więc nie musisz się za bar­dzo przy­kła­dać. On na stałe i tak mieszka w Anglii, a ten dom to taka fana­be­ria. Poza tym gość ma gest, nie jest upier­dliwy, zoba­czysz, będzie ci się dobrze pra­co­wało.

Ali­cja usi­ło­wała coś powie­dzieć, lecz Karol zamknął jej usta poca­łun­kiem. Była na niego wście­kła, czuła się wyko­rzy­sty­wana, ale nie umiała mu się oprzeć.

- Tęsk­nię za tobą - szep­nął jej do ucha. - Może dokoń­czymy wie­czo­rem?

Wyswo­bo­dziła się z jego objęć i gwał­tow­nie sta­nęła na nogach.

- Jak możesz? Jesteś wstrętny - powie­działa bez prze­ko­na­nia.

Sie­dział roz­party i przy­glą­dał się żonie z uśmie­chem. Może to nie było do końca w porządku, ale już wie­dział, że się udało.

- Prze­cież wiesz, że nie lubię tak pra­co­wać - ska­pi­tu­lo­wała. - Poza tym nie doga­dam się z nim... - się­gnęła roz­pacz­li­wie po ostatni argu­ment.

- Doga­dasz, kocha­nie, on świet­nie mówi po pol­sku. Jego matka była Polką. Zoba­czysz, będzie tobą zachwy­cony. No, wkła­daj płaszcz.

O tak, jej mąż umiał posta­wić na swoim.

-

O tej godzi­nie całe mia­sto było zakor­ko­wane. Karol pro­wa­dził samo­chód i jed­no­cze­śnie posy­łał inwek­tywy w stronę innych kie­row­ców.

- Rusz się, kmio­cie, prze­cież masz jesz­cze zie­lone! No, co się gapisz, bara­nie! Jazda z tego skrzy­żo­wa­nia! Kurwa, w tym tem­pie dowle­czemy się gdzieś w oko­li­cach Wiel­ka­nocy! - wście­kał się, bez­sil­nie ude­rza­jąc w kie­row­nicę. - Dla­czego ci idioci ruszają, dopiero jak się zapali zie­lone?! - Karol za kie­row­nicą pre­zen­to­wał men­tal­ność Kalego. Wyty­kał innym to wszystko, co bar­dzo czę­sto było jego udzia­łem.

Ali­cja sie­działa z boku i sta­ra­jąc się nie słu­chać gde­ra­nia męża, usi­ło­wała dodzwo­nić się do Zuzy, żeby prze­ło­żyć spo­tka­nie. Miała też nadzieję, że może sio­stra będzie bar­dziej roz­mowna i choć pobież­nie powie, co miało zna­czyć to rado­sne: "mam dla was dziecko".

Przez wiele lat sta­rali się o dziecko, odwie­dzili chyba wszyst­kich leka­rzy w kraju i za gra­nicą, stra­cili mnó­stwo pie­nię­dzy, czasu i ner­wów. A na końcu stra­cili także nadzieję. Naj­gor­sze, że ni­gdy nie usły­szeli jed­no­znacz­nej dia­gnozy; według leka­rzy nie było kon­kret­nego powodu, dla któ­rego nie mogliby mieć dzieci. Z gory­czą przy­po­mniała sobie wszyst­kie odbyte roz­mowy: leniwe plem­niki, nie­ty­powa budowa, stres, zmę­cze­nie, pro­szę wypo­cząć, pro­szę tak bar­dzo nie myśleć o dziecku... Słowa, słowa, z któ­rych nic nie wyni­kało. Nie było czego leczyć: parę nad­że­rek, jakaś nie­wielka tor­biel. Karol przez jakiś czas łykał całe sterty wita­min, nosił luźną i prze­wiewną bie­li­znę. Rzu­cił papie­rosy, prze­stał pić kawę; jesz­cze tro­chę i prze­stałby kląć, bo w pew­nym momen­cie wpadł na pomysł, że to kara boska za grze­chy... Kiedy któ­ryś lekarz zasu­ge­ro­wał, że za pro­blemy z nie­płod­no­ścią odpo­wie­dzialny jest jego sie­dzący tryb życia, zaczął upra­wiać jog­ging i prze­stał jeź­dzić samo­cho­dem. Wytrzy­mał co prawda tylko dwa mie­siące, ale wła­śnie wtedy Ali­cja uświa­do­miła sobie, jak bar­dzo jej mąż, z natury leniwy hedo­ni­sta, pra­gnie dziecka.

Po paru latach usil­nych sta­rań, kiedy całe ich życie krę­ciło się wokół dziecka, któ­rego jesz­cze nawet nie było (Ali­cja myślała cza­sem, że gdyby nawet zaszła w ciążę, ich rodzi­ciel­stwo dato­wa­łoby się na dobrych kilka lat wstecz), oboje zgod­nie powie­dzieli: dość. Stało się to wtedy, kiedy pew­nego dnia odkryli, że nie mogą już na sie­bie patrzeć, a seks z zegar­kiem i kalen­da­rzem w ręku zaczyna im się koja­rzyć z comie­sięczną, znie­na­wi­dzoną robotą. Wtedy dali sobie spo­kój. Karol przy­znał jej się potem, że wyobra­żał sobie, że wła­śnie gdy zre­zy­gnują, zda­rzy się cud. Tak jak los na lote­rii, któ­rego spe­cjal­nie nie spraw­dza się od razu, tylko nosi w kie­szeni jesz­cze długo, coraz bar­dziej nabie­ra­jąc pew­no­ści, że wła­śnie na niego padła cała wygrana. Wygra­nej jed­nak nie było i po wielu mie­sią­cach oboje w końcu się z tym pogo­dzili.

- Kto ci, kurwa, dał prawo jazdy, kre­ty­nie! - Jazda do teraź­niej­szo­ści odbyła się szybko i bru­tal­nie. - No sama powiedz, ledwo żółte się zapa­liło, a ten jełop już hamuje! Nawet ty masz więk­sze jaja. - Karol pie­nił się i dener­wo­wał, ale Ali­cja pomy­ślała, że tak naprawdę jest w swoim żywiole: wal­czyć, ści­gać się i zdep­tać innego samca, nawet jeśli herosi mie­liby sie­dzieć odgro­dzeni dwiema szy­bami samo­cho­dów.

- Prze­stań się wście­kać, co ci to da? Prze­cież on i tak nie sły­szy - zauwa­żyła znu­żona. - Lepiej opo­wiedz mi coś o tym face­cie, skoro i tak już zary­wam całe popo­łu­dnie.

- O jakim fa...? A, o Danielu. No co, facet jak facet, co ci mam powie­dzieć. - Karol znowu pochy­lił się nad kie­row­nicą jak szar­żu­jący byk. - Ożeż twoja mać! Żebyś ty świtu nie zoba­czył ni­gdy, gnoju nie­myty! - pole­ciało w stronę nie­bie­skiego bmw, które z wdzię­kiem wepchnęło się przed ich saaba.

Ali­cja zoba­czyła, jak w bmw otwiera się szyba i smu­kła, opa­lona ręka uzbro­jona w brzę­czące bran­so­letki i zdobna w krwi­sto­czer­wone paznok­cie macha z gra­cją w ich stronę. Po chwili szyba zamknęła się, a sprytna wła­ści­cielka nie­bie­skiego samo­chodu, doci­ska­jąc pedał gazu i lekko manew­ru­jąc, wci­snęła się mię­dzy inne samo­chody. Po krót­kiej chwili stra­cili z oczu błę­kitny zde­rzak.

- Bez­czelna, jak to się wpy­cha! - Ali­cji w końcu udzie­lił się bojowy nastrój.

- Nie, dla­czego? - zdzi­wił się Karol. - Po pro­stu spraw­nie jeź­dzi. Jakby tak wszy­scy jeź­dzili, to nie byłoby kor­ków - zauwa­żył filo­zo­ficz­nie.

Zasko­czona spoj­rzała na niego, ale nic nie odpo­wie­działa.

Kiedy wje­chali na auto­stradę, Karol moc­niej wci­snął pedał gazu, jakby chcąc powe­to­wać sobie to, że musiał tkwić w korku. Jechali lewym pasem i po jakimś cza­sie Ali­cja ze zgrozą zauwa­żyła, że prze­staje roz­róż­niać marki mija­nych samo­cho­dów. Prze­chy­liła się i spoj­rzała na licz­nik.

- Możesz zwol­nić? - popro­siła, jesz­cze spo­koj­nie. - Boję się.

- Czego? - zdzi­wił się Karol. - Prze­cież nie jadę za szybko...

Z wysił­kiem posta­rała się opa­no­wać.

- Jedziesz sto dzie­więć­dzie­siąt...

- Wcale nie. Tylko sto osiem­dzie­siąt, z two­jej strony dobrze nie widać... - zaprze­czył bez­tro­sko.

- Karol! - krzyk­nęła.

- Co? - zdzi­wił się.

- Albo zwol­nisz, albo wysia­dam... - zaczęła zło­wiesz­czo.

- To wysia­daj - oświad­czył i jesz­cze bar­dziej przy­spie­szył.

Poczuła taką bez­silną złość, że aż zachciało jej się pła­kać. Zaci­snęła zęby i posta­no­wiła wię­cej się nie odzy­wać.

- Nie prze­sa­dzaj - oświad­czył jej mał­żo­nek po chwili mil­cze­nia. - Prze­cież nie jadę za szybko. Jeste­śmy na auto­stra­dzie! Mam się wlec sześć­dzie­siątką? - nadął się, ale zwol­nił.

- Mię­dzy sto dzie­więć­dzie­siąt a sześć­dzie­siąt ist­nieje jesz­cze wiele innych moż­li­wo­ści - zauwa­żyła, cią­gle obra­żona.

- Ale wku­rza mnie to, że mi nie ufasz! - oświad­czył. - Prze­cież nie robię nic głu­piego! Jest jasno, dobra nawierzch­nia, mały ruch... O co ci cho­dzi?

- O to, że się boję. I o to, że masz to w nosie. Nawet jeśli mój strach jest irra­cjo­nalny, to chyba nie kosz­tuje cię tak dużo, żeby tro­chę zwol­nić?

- A cie­bie, żeby choć tro­chę mi zaufać...

Obru­szyła się:

- To nie kwe­stia zaufa­nia, a ty nie musisz wszyst­kiego odno­sić od razu do sie­bie. Nie jesteś pęp­kiem świata. To ja się boję, a mój strach nie ma z tobą nic wspól­nego!

- Ow­szem ma! Bo to ja jestem kie­rowcą, a ty pasa­że­rem!

- No to zadbaj, do cho­lery, o kom­fort swo­jego pasa­żera!

Na miej­sce doje­chali obra­żeni na sie­bie i spóź­nieni pra­wie pół­to­rej godziny. Kiedy skoń­czył się las, oczom ich uka­zało się cia­sne osie­dle nie­du­żych jed­no­ro­dzin­nych dom­ków oto­czo­nych polami i nie­wiel­kimi sku­pi­skami drzew, które kie­dyś pew­nie były lasem. Naj­pierw wykar­czo­wano las, zamie­nia­jąc tereny na pola uprawne, potem pozbyto się pól, sadząc na nich jed­na­kowe domki, oko­lone jed­na­ko­wymi ogród­kami, w któ­rych naj­czę­ściej kró­lo­wały małe jesz­cze iglaki i rodo­den­drony. Więk­szość domów sty­li­zo­wana była na dawne pol­skie dworki: przy głów­nym wej­ściu stały na bacz­ność dwie beto­nowe kolumny two­rzące mały ganek i pod­trzy­mu­jące nie­duży spa­dzi­sty daszek.

Całość ulo­ko­wana była na nie­wiel­kim wzgó­rzu i z daleka robiła wra­że­nie kolo­nii na Księ­życu: równe kratki dzia­łek z czer­wo­nymi pla­mami dachów. Ali­cja z nie­chę­cią przyj­rzała się kra­jo­bra­zowi.

- I czym to się różni od blo­ko­wisk? Dzia­łeczki jak chu­s­teczki, pięć­dzie­siąt na pięć­dzie­siąt, i sąsiad za każdą szybą. Ucie­kają z miej­skiej cia­snoty, a powinni poro­bić sobie szklane dachy, żeby choć tro­chę prze­strzeni zoba­czyć - mruk­nęła, bo domki rze­czy­wi­ście stały cia­sno, nie­mal jeden na dru­gim. Wra­że­nie potę­go­wała jesz­cze wielka prze­strzeń oka­la­ją­cych je pól.

- Czego się cze­piasz? - Karol wyzwo­lony z kor­ków momen­tal­nie odzy­skał humor. - Kupują takie, na jakie ich stać. Myślisz, że nie wole­liby mieć paru hek­ta­rów wła­snego ogrodu i naj­bliż­szego sąsiada dzie­sięć kilo­me­trów dalej?

Ali­cja była prze­ko­nana, że nie. Więk­szość ludzi, z któ­rymi się sty­kała, miała mocno roz­wi­nięty instynkt stadny. Doświad­czyła tego kie­dyś dotkli­wie nawet na pustej rano plaży. Przy­cho­dziła wcze­śnie, żeby unik­nąć tłu­mów. Nie­stety, dla pierw­szych pla­żo­wi­czów, któ­rzy poja­wiali się z namio­tami, dziećmi, kocami, para­so­lami, psami i całą masą innego oprzy­rzą­do­wa­nia, jej skromny kocyk zawsze sta­no­wił jedyny punkt odnie­sie­nia. Przez całe dwa tygo­dnie ani razu nie zda­rzyło się, żeby pierw­szy pla­żo­wicz nie posta­no­wił roz­ło­żyć całego dobytku obok niej, choćby nie wiem jak pusta i wielka była plaża. Następny robił to samo i już po krót­kiej chwili wszy­scy razem sta­no­wili malow­ni­czą wysepkę oto­czoną wielką prze­strze­nią pia­chu. Prze­no­sze­nie nie na wiele się zda­wało, bo po jakimś cza­sie przy­by­wali następni i cała zabawa zaczy­nała się na nowo.

- Poza tym ludzie czują się bez­piecz­niej w gro­ma­dzie. Ja też nie wyobra­żam sobie, że za pło­tem mogłoby nie być Pawła. Czuję się przy nim bez­pieczny, szcze­gól­nie jak się cze­piasz, że za dużo piwa piję. - Karol łyp­nął łobu­zer­sko na żonę, mając nadzieję, że ją roz­bawi. Czuł się tro­chę głu­pio przez ten incy­dent na auto­stra­dzie; rze­czy­wi­ście nie musiał tak gnać...

Ali­cja nie była jed­nak w nastroju do żar­tów; mar­twiła się o Zuzę i nie miała ochoty na wyrob­ni­czą wizytę.

- Bo pijesz. A poza tym ja nie mówię o bez­lud­nej wyspie, ale mię­dzy nor­malną oko­licą a tym tutaj jest chyba coś jesz­cze... - zaczęła, ale jej prze­rwał.

- Oj, daj już spo­kój - powie­dział nie­chęt­nie. - Zrzę­dzisz jak stara ciotka. Zoba­czysz, że to naprawdę fajny facet.

- A co to ma do rze­czy? - spy­tała ura­żona, ale nic już wię­cej nie powie­działa, tym bar­dziej że wresz­cie zatrzy­mali się przed jed­nym z domów.

W odróż­nie­niu od reszty nie miał ganku i nie uda­wał sta­ro­pol­skiej sie­dziby. Pro­sty, skromny domek, któ­remu uroku doda­wały nie­bie­skie drew­niane okien­nice, od razu wzbu­dził jej sym­pa­tię. Ogród nie był jesz­cze urzą­dzony, zwały ziemi pię­trzyły się na całej powierzchni i wszystko razem wyglą­dało cią­gle jak plac budowy.

Karol pod­szedł do furtki i zadzwo­nił. Po chwili w drzwiach sta­nęła młoda kobieta.

- Pro­szę wejść, jest otwarte. Cze­kam wła­śnie na pana. - Uśmiech­nęła się cza­ru­jąco, poda­jąc rękę Karo­lowi. Ali­cji od razu się nie spodo­bała: za młoda, zbyt atrak­cyjna, miła, a do tego kom­plet­nie igno­ru­jąca jej obec­ność. - Daniel mówił, że pan przy­je­dzie, ale nie­stety, wypa­dło mu ważne spo­tka­nie i popro­sił, żebym pana opro­wa­dziła.

Odrzu­ciła wdzięcz­nym gestem dłu­gie, puszy­ste włosy. Przy oka­zji Ali­cja z satys­fak­cją stwier­dziła, że miała brzyd­kie dło­nie - mię­si­ste, z krót­kimi parów­ko­wa­tymi pal­cami, zupeł­nie nie­pa­su­jące do całej postaci. Wes­tchnęła w duchu, że to będzie jed­nak zbyt mało, by obrzy­dzić ją Karo­lowi.

Nie­zna­joma na­dal upar­cie igno­ro­wała jej obec­ność, zwra­ca­jąc się wyłącz­nie do męż­czy­zny, który wodził za nią maśla­nym wzro­kiem.

- Może przej­dziemy do łazienki na dole. Daniel pro­sił, żeby sku­pił się pan przede wszyst­kim na łazien­kach. Nie zamie­rza spę­dzać tu zbyt wiele czasu, ale z łazie­nek na pewno będzie korzy­stał. - Zaśmiała się krótko. - Prze­pra­szam, bo ja się jesz­cze panu nie przed­sta­wi­łam. Nazy­wam się Amanda Nowacky, jestem asy­stentką pana Moore'a. - Znowu wycią­gnęła rękę do Karola.

- Karol Marecki.

Ali­cja z mimo­wol­nym roz­ba­wie­niem przy­glą­dała się, jak jej nie­zno­szący kon­we­nan­sów mąż z gra­cją szur­nął butami i pochy­lił się nad podaną mu dło­nią.

- Pani jest Angielką?

- Tak. To zna­czy nie cał­kiem - popra­wiła się Amanda i z wdzię­kiem zama­chała rękami. - Uro­dzi­łam się w Olsz­ty­nie, ale kiedy mia­łam dwa latka, rodzice wyemi­gro­wali do Liver­po­olu. Potem prze­nie­śli­śmy się do Leeds i rodzice do dziś tam miesz­kają. Wpraw­dzie na sta­rość chcie­liby wró­cić, ale wie pan, jak to jest, ponoć nie prze­sa­dza się sta­rych drzew. - Wes­tchnęła. - W każ­dym razie tam się wycho­wa­łam. Ale w Pol­sce też czuję się jak u sie­bie - zastrze­gła zaraz, patrząc nie wia­domo dla­czego na Ali­cję. - Wie pan, my jeste­śmy takim poko­le­niem, które wszę­dzie czuje się dobrze - znowu posłała Karo­lowi uro­czy uśmiech i strzą­snęła nie­wi­dzialny pyłek z mikro­sko­pij­nej spód­niczki.

- A my, wie pani - ode­zwała się po raz pierw­szy Ali­cja - jeste­śmy takim poko­le­niem, które ceni sobie czas. Czy mogli­by­śmy w końcu obej­rzeć te pomiesz­cze­nia?

Amanda popa­trzyła na nią ze zdzi­wie­niem:

- Oczy­wi­ście, ale myśla­łam... - zaczęła, spo­glą­da­jąc pyta­jąco w stronę Karola.

- A, nie, nie! To jest tylko mój kie­rowca - stwier­dziła Ali­cja. - Mogę wresz­cie zoba­czyć dom?

Awan­tura wybu­chła, kiedy zna­leźli się z powro­tem w domu. Przez całą drogę powrotną żadne z nich nie powie­działo ani słowa. Ali­cja począt­kowo myślała, że Karo­lowi jest głu­pio, że tak się zacho­wał, i dla­tego nie wie, co powie­dzieć. Mil­czała, żeby dać mu czas. Na miej­scu oka­zało się, że sro­dze się pomy­liła.

- No to może teraz wyja­śnisz, dla­czego zacho­wa­łaś się jak kre­tynka? - zapy­tał z podej­rzaną sło­dy­czą, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi. - Naska­ku­jesz na obcych ludzi, jesteś nie­miła i trak­tu­jesz mnie jak idiotę! Tylko mój kie­rowca! - prych­nął, pod­no­sząc głos.

Ali­cja pomy­ślała, że jeśli pani Helenka jesz­cze nie poszła, będzie miała ubaw po pachy. Igno­ru­jąc chwi­lowo męża, zaj­rzała do kuchni. Na pły­cie stał gar­nek ze sma­ko­wi­cie wyglą­da­jącą zupą, ale gosposi na szczę­ście już nie było. Nie­wiele myśląc, wzięła sobie talerz.

- Będziesz jadł? - zapy­tała.

Karol wszedł do kuchni.

- Osza­la­łaś? - Spoj­rzał na nią nie­bo­tycz­nie zdzi­wiony. - Prze­cież się kłó­cimy.

- To ty się kłó­cisz, a mnie się nie chce o tym gadać, bo to ty zacho­wa­łeś się jak idiota. Śli­nisz się na widok jakiejś baby i w ogóle nie zauwa­żasz, że stoję obok jak jakaś kre­tynka do towa­rzy­stwa. Myślisz, że jak się czu­łam, widząc, jak mojemu wła­snemu mężowi świecą się oczy, kiedy jakaś siksa uro­czo się do niego wdzię­czy? - spy­tała, bio­rąc sobie zupę.

Karol zaj­rzał jej przez ramię.

- Mnie też mogła­byś nalać - powie­dział z urazą, ale Ali­cja wyczuła, że spu­ścił z tonu. - Poza tym wcale nie była taka młoda...

- Sam sobie nalej. Tyle chyba potra­fisz.

Była na niego zła. Wycią­gnął ją z domu, pokrzy­żo­wał plany, a na koniec spra­wił jej przy­krość. Uczci­wie musiała przy­znać, że do tej pory ni­gdy nie dawał jej poważ­nych powo­dów do zazdro­ści. Przez palce patrzyła na ota­cza­jący go wia­nu­szek kobiet: sekre­tarka, asy­stentka, dwie księ­gowe... Karol był przy­stojny, miał w sobie taki rodzaj łobu­zer­skiego uroku, który roz­czu­lał kobiety w każ­dym wieku, i skrzęt­nie to wyko­rzy­sty­wał. Potra­fił na przy­kład bez więk­szych sta­rań nakło­nić księ­gową do pracy po godzi­nach, wyłącz­nie w ramach przy­sługi.

Sie­dzieli zgod­nie po obu stro­nach stołu. Karol machał z zapa­łem łyżką i zacho­wy­wał się tak, jakby nic się nie stało.

- Zawsze mówi­łem, że pani Helenka to skarb. Dla­czego nawet w naj­droż­szych knaj­pach ni­gdy nie potra­fią do szcza­wio­wej podać jajek na pół­twardo? Czy to jakiś pro­blem? - zapy­tał z peł­nymi ustami.

- Nie wie­dzia­łam, że w naj­droż­szych knaj­pach podają szcza­wiową. - Ali­cja cią­gle czuła się ura­żona.

Przez całe życie zazdro­ściła mu tego, że więk­szość rze­czy spływa po nim jak woda po gęsi. Awan­tury z jego udzia­łem były ogni­ste i krót­kie. Po pię­ciu minu­tach nawet nie pamię­tał, o co miał pre­ten­sje. Na początku mał­żeń­stwa uwa­żała, że taki mąż to skarb: burze prze­cho­dziły szybko i cokol­wiek by się stało, wystar­czała nie­długa chwila i Karol, wyrzu­ciw­szy z sie­bie pre­ten­sje, pytał, co jest na obiad.

Z bie­giem lat prze­stało jej to odpo­wia­dać. Od jakie­goś czasu miała nie­od­parte wra­że­nie, że Karol od niej ucieka. Może zresztą nie tyle od niej, ile od wszyst­kich jej nie­po­ko­jów i nie­ja­snych emo­cji. Żyją sobie zgod­nie, ale obok. Ona chcia­łaby prze­ga­dać pro­blem, powie­dzieć, co czuje, spy­tać, dla­czego tak, a nie ina­czej; chcia­łaby zwy­czaj­nie o tym poroz­ma­wiać

Nie z Karo­lem. Dla niego sprawa sta­wała się zamknięta raz na zawsze. Nie rozu­miał, po co to cią­gnąć i roz­dra­py­wać. Uwa­żał, że Ali­cja znaj­duje jakąś maso­chi­styczną przy­jem­ność w ana­li­zo­wa­niu rze­czy, które spra­wiły jej przy­krość. Któ­rymi on spra­wił jej przy­krość. Nie zno­sił tego całego bab­skiego gada­nia: o zra­nio­nych uczu­ciach, o emo­cjach. Jakieś poplą­tane obszary nad­wraż­li­wo­ści jego żony, któ­rych i tak nie rozu­miał, ale z któ­rymi nauczył się już w miarę bez­bo­le­śnie funk­cjo­no­wać. Dawno pogo­dził się z tym, że widocz­nie kobie­tom jest to potrzebne.

W ciszę popo­łu­dnia wdarł się z całą mocą dzwo­nek do drzwi. Ali­cja od dawna pro­siła, żeby zmie­nić go na inny, bar­dziej do znie­sie­nia. Prze­raź­liwe, ochry­płe pie­nia wyrwa­nego ze snu koguta bawiły Karola, a ją za każ­dym razem przy­pra­wiały o stan przed­za­wa­łowy.

- Tyle razy pro­si­łam... - zaczęła znowu umę­czo­nym tonem, lecz Karol, nie słu­cha­jąc dal­szego ciągu, poszedł otwo­rzyć.

Po chwili sta­nął w drzwiach w towa­rzy­stwie Lusi.

- Do cie­bie - zaanon­so­wał krótko. - Panie pozwolą, że się poże­gnam, ale mam jesz­cze tro­chę pracy. - Uśmiech­nął się i obró­ciw­szy na pię­cie, znik­nął za drzwiami.

- Cią­gle za mną nie prze­pada - wes­tchnęła nowo przy­była, sado­wiąc się na krze­śle. - O, szcza­wiowa. Mogę? - spy­tała, pocią­ga­jąc nosem.

Ali­cja nalała jej pełny talerz i posta­wiła na stole. Lusia pod­nio­sła łyżkę do ust.

- Pyszna. Ty to masz szczę­ście z tą Helenką - wes­tchnęła z zazdro­ścią. - Nie to co ja. Ty wiesz, że od kiedy umarł Antoni, ani razu nie ugo­to­wa­łam zupy? Bo dla kogo mam niby goto­wać? Dla Pusi? Ona nie jada zup.

Lusia była sąsiadką. Jej impo­nu­jący dom stał po dru­giej stro­nie ulicy, dokład­nie naprze­ciwko. Wyglą­dała jak skrzy­żo­wa­nie sło­nicy z sarenką. Ważyła ze sto trzy­dzie­ści kilo­gra­mów, miała obfity biust, potężne, atle­tyczne ramiona i wyglą­dała, jakby ubrała się w opony. Cała skła­dała się z wałecz­ków i dołecz­ków. Cało­ści dopeł­niały za duże co naj­mniej o trzy roz­miary kwie­ci­ste namioty, które upar­cie nazy­wała sukien­kami. Dziw­nie nie­pa­su­jąca do cało­ści była jedy­nie jej maleńka blond główka z okrą­głą twa­rzyczką, któ­rej naj­waż­niej­szą część sta­no­wiły ogromne brą­zowe oczy ocie­nione gęstą szczotką rzęs oraz nie­mal mikro­sko­pij­nej wiel­ko­ści, sub­telne stópki, które wbrew prawu gra­wi­ta­cji uno­siły lekko jej impo­nu­jącą syl­wetkę. Lusia miała małe różowe usteczka, które jak odku­rzacz, z wiel­kim zapa­łem pochła­niały wszystko, co nada­wało się do jedze­nia, a znaj­do­wało w zasięgu wzroku ich wła­ści­cielki.

- Zro­bisz mi kawy? - zapy­tała, odsu­wa­jąc pusty talerz. - Ciśnie­nie mi chyba spa­dło, bo taka się czuję słaba. Wiem, co mówię. W nocy też jakoś nie mogę spać. - Skrzy­wiła się. - To pew­nie przez te nowe poduszki. For­tunę na nie wyda­łam; z owczej wełny czy z cze­goś... W każ­dym razie w tele­wi­zji mówili, że śpi się na nich rewe­la­cyj­nie, a ja tam nie wiem. Dusz­no­ści jakieś mia­łam, oddy­chać nie mogłam. Słu­chaj - zwró­ciła się oży­wiona do Ali­cji - a może ja mam uczu­le­nie na wełnę? Na pie­rze mam, to pew­nie i na wełnę też? Jak myślisz? Wiem, co mówię. No tak, mogłam się tego spo­dzie­wać - powie­działa po chwili - samotną kobietę to każdy może oszu­kać. - Wes­tchnęła. - Będziesz musiała pomóc mi zanieść je z powro­tem na pocztę, nie mogę się prze­cież roz­cho­ro­wać z powodu podu­szek. Mój lekarz mówił, że nie­le­czona aler­gia pro­wa­dzi do astmy, a ja już się jakoś tak dziw­nie czuję... - Zaka­słała i poło­żyła dłoń na swoim obfi­tym biu­ście.

Ali­cja na pamięć znała wszyst­kie dole­gli­wo­ści i bolączki sąsiadki. Od kiedy cztery lata temu umarł jej mąż, Lusia uznała, że sta­tus wdowy zobo­wią­zuje wszyst­kich zna­jo­mych, dal­szych i bliż­szych, do nie­sie­nia jej pomocy przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Po począt­ko­wym okre­sie tro­ski i zain­te­re­so­wa­nia zna­jomi zaczęli się wykru­szać, bo tak­tem nie grze­szyła; trudno było zno­sić jej nie­za­po­wia­dane wizyty w dzień i w nocy, cią­głe tele­fony i tysiące próśb doty­czą­cych na przy­kład wypro­wa­dza­nia kota na spa­cer o pią­tej nad ranem.

Była star­sza od Ali­cji o dzie­sięć lat i w związku z tym posta­no­wiła trak­to­wać ją jak młod­szą sio­strę. Poznały się zale­d­wie kilka mie­sięcy przed śmier­cią jej męża i raczej nie utrzy­my­wały towa­rzy­skich kon­tak­tów, co teraz nie prze­szka­dzało Lusi czuć się u Marec­kich jak u sie­bie w domu. Karol jej nie zno­sił, ale za to zaprzy­jaź­niła się z panią Helenką i Ali­cja nie miała serca uświa­da­miać jej, jak bar­dzo jest uciąż­liwa dla oto­cze­nia.

Teraz jed­nak nie miała głowy do Lusi, więc posta­no­wiła się jej deli­kat­nie pozbyć.

- Oczy­wi­ście, kochana, że ci pomogę, ale nie dzi­siaj. Jestem tro­chę zajęta, Karol jutro leci do Wied­nia i muszę go przy­go­to­wać. Wiesz, jak to jest z face­tami, sam w życiu by sobie walizki nie spa­ko­wał. - Mru­gnęła z poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem.

Lusia była jed­nak za sta­rym wró­blem, żeby się nabrać na te plewy.

- To ja ci pomogę - oświad­czyła słodko. - Wiem, co mówię. Kiedy Antoni jeź­dził w dele­ga­cje, ni­gdy nie mógł się nachwa­lić, jak dobrze go zawsze zapa­ko­wa­łam. Skar­petki i bie­li­zna w osob­nych worecz­kach, koszule poskła­dane. A w ogóle pamię­taj, że swe­try zawsze składa się na lewą stronę. Zresztą chodź, to ci pokażę. - Lusia z ochotą, acz­kol­wiek z pew­nym wysił­kiem, pod­nio­sła się z krze­sła i wyszła z kuchni. Ali­cja zre­zy­gno­wana powlo­kła się za nią, modląc się w duchu, by Karol się nie zorien­to­wał, że ulu­biona sąsiadka grze­bie w jego gaciach.

Karol odle­ciał rano, zapo­wia­da­jąc dłuż­szą nie­obec­ność. Korzy­sta­jąc z bli­sko­ści Alp, posta­no­wił na parę dni sko­czyć w góry. Kiedy się poznali, był zapa­lo­nym pie­chu­rem; prze­mie­rzał Tatry i Beskidy wzdłuż i wszerz, marząc o bar­dziej wyma­ga­ją­cych górach, które z powodu bra­ków finan­so­wych i innych nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści były poza jego zasię­giem. Kiedy wresz­cie zaczęło ich być stać na zagra­niczne wyjazdy, każdą wolną chwilę spę­dzali na wyso­ko­ści co naj­mniej kil­ku­set metrów nad pozio­mem morza. Ali­cja zde­cy­do­wa­nie wola­łaby poziom morza, ale Karol był nie­ugięty. Na wyjazd nad morze dał się namó­wić zale­d­wie raz i na tym się skoń­czyło. Narze­kał przez całe dwa tygo­dnie, że się nudzi, że za oknem cią­gle to samo, a w sto­łówce śmier­dzi. Opa­lać się nie lubił, ryb nie jadał i w efek­cie sama zaczęła żało­wać, że go namó­wiła. Ni­gdy potem już nie popeł­niła takiego błędu: w góry jeź­dzili razem, a potem ona wyska­ki­wała, naj­czę­ściej z Olgą, posma­żyć się parę dni na plaży.

Po kilku latach kupili nawet dom we Fran­cji, w nie­wiel­kiej wio­seczce Les Houches, nie­da­leko Cha­mo­nix. Drew­niany, poło­żony w doli­nie, z ogrom­nym tara­sem i zapie­ra­ją­cym dech w pier­siach wido­kiem na Mont Blanc. Ali­cja była zda­nia, że wystar­czyłby mały domek w Sude­tach, ale Karol oświad­czył sta­now­czo, że Sudety są prze­lud­nione i roz­dep­tane, pełne eme­ry­tów i szkol­nych wycie­czek, i bez waha­nia zapła­cił żądaną sumę za alpej­skie cacuszko.

Musiała jed­nak uczci­wie przy­znać, że dom był uro­czy. Zbu­do­wany według popu­lar­nych w oko­licy pro­jek­tów - nowo­cze­sność uda­jąca sta­rzy­znę. Kupili go od roz­wo­dzą­cego się wła­śnie mał­żeń­stwa za sto­sun­kowo nie­wiel­kie pie­nią­dze. Bale, z któ­rych był wyko­nany, wyglą­dały, jakby miały co naj­mniej sto lat, choć parę sezo­nów wcze­śniej były jesz­cze zdro­wymi drze­wami rosną­cymi w lesie. Po pod­da­niu kosz­tow­nemu i dłu­go­trwa­łemu pro­ce­sowi posta­rza­nia nabrały szla­chet­nego uroku patyny.

Uświa­do­miła sobie rap­tem, że od kilku lat nie byli tam razem. Karol, który bywał we Fran­cji z powodu służ­bo­wych wyjaz­dów, zaglą­dał jesz­cze cza­sem do Les Houches, ale ona już dawno nie. Pod­czas ostat­nich waka­cji roz­je­chali się w dwie różne strony: Karol pod­pi­sy­wał wła­śnie umowę z jakąś szwaj­car­ską firmą i nie mógł zna­leźć paru dni na wyjazd z żoną. Potem się oka­zało, że jed­nak zaha­czył o Les Houches. Kiedy miała pre­ten­sje, że nawet wtedy nie zadzwo­nił, zbył ją krótką infor­ma­cją, że miał prze­rwę w nego­cja­cjach i zabrał Szwaj­ca­rów na kola­cję do Cha­mo­nix. Następ­nie prze­no­co­wali w Les Houches i tak im się spodo­bała jego chatka, że tam posta­no­wili sfi­na­li­zo­wać umowę. W efek­cie inte­res udał się wyśmie­ni­cie i Karol miał w kie­szeni kon­trakt na budowę dużego kom­pleksu hote­lo­wego. Ali­cja posta­no­wiła wtedy, że nie będzie nudną żoną z pre­ten­sjami i nic nie powie­działa, choć w głębi serca czuła żal.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki