Alkoholiczka - Mika Dunin

Kup ebooka

34.90 zł
27.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chyba tylko raz czy dwa chciałam pisać o alkoholizmie. Jako chorobie. Oczywiście - najlepiej nie mojej! Tak ogólnie. Socjologicznie. Było to krótko po diagnozie. Trafiłam na te­­rapię i pomyślałam: "Ależ to świetny materiał na reportaż". Ot, taki wymyk uzależnionego umysłu - odciąć się, zbudo­­wać mur. Jako osoba pisząca zawodowo uchwyciłam się szansy, by móc na terapię patrzeć z dystansu, by nie dać się w to wciągnąć, ochronić moją chorobę i nie dopuścić jej do świadomości. Wtedy się nie udało, nie powstał żaden reportaż. Zrozumiałam za to, że w tym, jak sądziłam, poniżającym miejscu, mówią o mnie, że mnie to dotyczy, że to ja mam problem.

Później zabrałam się za układanie życia, porządkowanie, nadrabianie, wygładzanie. Czasem burzenie, rozgrzebywanie, plątanie się i szamotanie. Na czynności niekonieczne - pisanie jakichś artykułów - nie starczało czasu i wytrwałości. Poza tym, sprawa się odrobinę skomplikowała, nie byłam już neutralnym obserwatorem, nie byłam z zewnątrz. Ale nie osiągnęłam jeszcze stanu, w którym mog­łabym pisać z perspektywy wnętrza i przemiany, czyli doświadczeń i rozwiązań.

Picie było zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Odstawienie trunków niczego, poza kwestiami oczywistymi - że prosto trzymałam się na nogach, nie bełkotałam, że wiedziałam, jak skończyłam dzień - nie załatwiło. Ale gdy­­bym nie przestała pić, nie odkryłabym tego, co jest pod spo­­dem. I nie miałabym siły tego zmienić. Dlaczego przestałam? Bo było już tak źle, że więcej bym nie uniosła. Tak mi się wtedy wydawało. Jak mi się to udało? Nie mam pojęcia. To musiał być cud - sama z siebie nigdy wcześ­­niej czegoś podobnego nie dokonałam, nie podołałam takiemu wysiłkowi. A jednak. Ktoś po prostu powiedział: "Musisz przestać pić". Ja usłyszałam: "Wystarczy, że przestaniesz pić, i będzie lepiej". Uchwyciłam się dymu - to objaw rozpaczy. A może desperacji. Dlaczego sądziłam, że odstawienie alkoholu to taki drobiazg, że pasuje do niego słowo "wystarczy"? To był jeden z mechanizmów obronnych, który wcześniej podtrzymywał komfort picia - picie to nic takiego, w każdej chwili mogę przestać, piję, bo lubię - teraz, paradoksalnie, zadziałał nie na korzyść choroby, tylko na moją. Skoro to takie łatwe, nie ma się czego bać. Jeśli to tylko kwestia "wystarczy" - dam radę. Tak, naprawdę wystarczy. Na początek. Sprawdziłam to. Dokładnie. Bo nawet gdy w tych czasach, już bez alkoholu, bywało źle lub wręcz bardzo źle, nigdy nie było aż tak beznadziejnie, jak z alkoholem. Trzeźwa rozpacz nie jest tym samym co dół zalany wódą.

Wrażenie, że ta historia całymi odcinkami i frazami dzieje się poza rzeczywistością, jest właściwym odczuciem i... prosimy nie regulować odbiorników. Życie alkoholika dzieje się w głowie. Co i jak zrobić, powiedzieć, jaki ruch będzie najlepszy, co on mi powie, co ja odpowiem, jak ona mi tak, to ja jej tak, oni mi na pewno nie, tamto nigdy... To pochłania tak wiele energii, że na realne posunięcia nie ma już siły i czasu. Realne są głównie klęski, realne są krzywdy dotykające bliskich. Ale nawet tych klęsk alkoholik często nie ściąga na siebie świadomie, krzywd nie wyrządza specjalnie. Jest na to zbyt niezborny. Nie potrafi zapanować nad swoim piciem ani nad życiem. Nawet jeśli obmyśli plan zemsty, i tak nie będzie w stanie go zrealizować do końca i według reguł sztuki rewanżu. To smutne, ale nawet ból zadawany bliskim może się okazać bólem bardziej przypadkowym, uderzającym rykoszetem w ludzi, którzy z jakichś powodów znaleźli się w polu rażenia alkoholika, niż zaplanowaną, ukierunkowaną akcją. Bo alkoholik myśli głównie o sobie. Alkoholik jest krańcowym przykładem egoisty i ego­­centryka, niezwykle często totalnie lekkomyślnego. Tajemnica i zarazem tragedia tej choroby polega na tym, że zło jest i nie jest zawinione. A granica jest płynna. W żadnym razie nie zdejmuje to odpowiedzialności z alko­ho­­lika. Pokazuje tylko jego zagubienie.

Życie alkoholika to chaos, podróż po spirali, z której pączkują kolejne odnogi labiryntów. Powtórki i zapętlenia: Jak to możliwe, że znowu tu jestem?! Dlaczego znowu to zrobiłam?! Pijana rzeczywistość. Nie wystarczy odstawienie szklanki czy kieliszka, by się z niej wyrwać.

ROZDZIAŁ PIERWSZYMETAMORFOZY

Układam włosy i bach, znika pół szklaneczki. Muszę się z nimi naszarpać, więc nie żałuję sobie nagrody. Nakładam make-up, kolejny łyk. Puder, róż, pociągam haust. Ostre czarne kreski na powiekach - wymagają sporo uwagi i co najmniej dwóch łyków, po jednym na każdą powiekę. Tuż przed rzęsami muszę dorobić drinka. Potem jeszcze czerwień na wargi i gotowa ja mogę ruszyć na podbój świata. Wszystko dzieje się dość szybko. Musi, zanim alkohol zacznie spowalniać ruchy i odbierze niezbędną precyzję. Ręka nie ma prawa drgnąć, makijaż wygląda jak od szab­­lonu, idealnie.

Równie starannie dobieram strój - to istotny element całej gry. Umiem to, wiem, że robię wrażenie. Perfumy, raczej ciężkie, z męską pieprzową nutą. Takie lubię, a przy okazji tylko takie przebiją się przez zaporę knajpianego zaduchu i oparów nocy. Biżuteria, którą następnego dnia jak zwykle będę nerwowo tropić w zakamarkach torby, ubrań, dzwonić po znajomych. Portfel z gotówką - przezornie w takich miejscach nie używam kart - przynajmniej na trzy kolejki, wieczór i tak przeważnie się rozkręca w dobrą stronę. Dorzucam do torby jakieś kieszonkowe wydanie poezji trudnej a mrocznej albo Ciorana czy Kierkegaarda, dla głupiego szpanu, co jednak zawsze działa. Gotowa do wyjścia. Jak zwykle, prawie codziennie, choć wolę uważać, że to sporadyczne okazje.

Od progu zasysa mnie wir, znajomy puls, przydymiony gwar. Ktoś krzyczy moje imię, ktoś macha, śmieje się do mnie, wyciągają się czyjeś ręce, pierwsza szklanka płynie z gracją, jak w zwolnionym tempie, w moją stronę. Już nie ma odwrotu. Dlaczego miałby być? Przecież jest świetnie, o to chodziło, jest bosko. Te rozmowy, pomysły, szalone pla­­ny, śmiechy i tańce. Tylko tutaj, tylko z nimi.

Nie lubię zegarów, unikam ich w takich miejscach, siadam tyłem do pełnej wyrzutu tarczy. Nie sądzę, żeby mi­nęło zbyt wiele czasu, ale zawsze przegrywam, zawsze jestem do tyłu. Jest zbyt późno. W toalecie przyłapuję moją twarz na całkowitym braku wyrazu. Jakbym nie miała w niej mięśni, wszystko zwisa, choć w moim wieku nie ma co zwisać. Puste oczy, najgorsze to puste spojrzenie, śmiertelne zmęczenie. Po niedawnej perfekcji makijażu nie został ślad. Nie mam siły na taką siebie patrzeć, nie chcę takiej siebie znać. Odwracam głowę i prawie udaje mi się przywrócić w miarę ludzki grymas. Spinam się, wiem, że muszę, zaraz wyjdę z tego kibla, zaraz mnie zobaczą, muszę wyglądać. Znowu przesadziłam?! Nie wiem, jak to się stało, która kolejka o tym przesądziła? Może ta mieszanka słodkich wódek? Mogłam się trzymać klasyki... Do domu. Booożeee, jak ja mam wrócić do domu??!

ROZDZIAŁ DRUGI NIENASYCENIE

Moje picie było nienormalne. Pojęłam to w pełni pewnej ponurej, a może tylko nudnej nocy. Nie była to noc pijackich ekscesów ani beznadziejnych prób utrzymania w stanie jako takiego skupienia rozedrganych komórek mojego ciała. Nie był to również moment ocknięcia się z urwanego filmu na zgliszczach niedawnego wieczoru. Nie, wszystkie podobne chwile zamykałam - gdy już doszłam do względnej poczytalności - co najwyżej stwierdzeniem: "Muszę trochę przystopować". Wiedziałam, że muszę trochę przystopować. Bo mogę mieć problem. Kiedyś. Dlatego muszę przystopować, żeby to się nie rozwinęło, żeby potencjalny problem nie stał się faktem, realnym problemem, z którym już nic się nie da zrobić. Ale przegapiłam ten moment. I nawet nie poczułam, że to się stało.

To olśnienie, poczucie dogłębnego zrozumienia i pewności, przyszło pewnej nocy, oddalonej od ostatniego mojego drinka o jakieś tysiąc pięćset dni. Wcześniej, gdy nienormalność mojego picia trwała w najlepsze, nie byłam w stanie tego zobaczyć i przyznać, nawet przed samą sobą, a może zwłaszcza przed sobą. Dotarło podczas nocnego seansu dobijania się telewizją, przy okazji oglądania jakiejś sentymentalnej kominkowej sceny z taniego melodramatu. Oprócz poczucia wyjątkowego żalu, że takie romantyczno-romansowe historie, z wilczym futrem, zło­­tymi jęzorami ognia i dwiema lampkami czerwonego wina w tle, są już poza moim zasięgiem (bo właśnie lampka wina była w tle, a nie na pierwszym planie), zrozumiałam, że tak naprawdę nigdy mi nie zależało na tym sentymentalnym ogniu i że nie ma co ronić łez, bo przecież wiem, że scenka z moim udziałem wyglądałaby inaczej. Wyglądała zresztą, miałam takie na swoim koncie. Nie ograniczyłaby się do dwóch lampek. Dwie butelki tak. Pod warunkiem że mój sceniczny partner nie byłby zbyt zainteresowany ich zawartością. A po takiej ilości alkoholu nie było szans na romantyczny ciąg dalszy. W każdym razie z mojej strony. A przecież żadna inna mnie nie interesowała.

Wkradał się tu pewien paradoks - dobrze, żeby romantyczny kochanek nie przesadzał z alkoholem, bo wtedy zostawało go więcej dla mnie, ale z drugiej strony, jeśli nie przesadzał, widział, co się dzieje, stawał się niewygodnym świadkiem mojej przesady, mojej rozpaczliwej i zwykle nie­­udanej próby wcielenia się w normalną, świadomą siebie, ciała, sytuacji, kobietę. Świadek musiał zginąć. I ginął wkrótce, w okolicznościach pozornie niemających związku z przyłapaniem mnie na jakże niestosownym zachowaniu. Nie nazywałam wtedy tego wszystkiego, co się ze mną działo, mojego zachowania i picia, nienormalnym. Miałam świetnie wykształcone mechanizmy obronne, szwadron inteligentnych agentów, wyszkolonych pitbulli, chroniących mnie przed prawdą. Jednak pewnych faktów nie da się tak po prostu zignorować. Niektórych nie da się nawet skutecznie zakłamać. Coś, jakiś maleńki ułamek rzeczywistości, zawsze będzie uwierać. Tak naprawdę dzięki temu kawałkowi, który odbierał mi komfort pogrążania się w chaosie - żyję. Prawdopodobnie właśnie dzięki niemu żyje każdy alkoholik, któremu udało się dosłyszeć w końcu ten cichy głos i pójść za nim na ostatnich nogach, niekiedy wbrew sobie. Ten kawałek to instynkt przetrwania, tlący się pomimo, wytyczonego już i przynajmniej w połowie przebytego, szlaku ku śmierci.

Mówią, że alkoholizm jest chorobą zakłamania. Ja bym powiedziała, że to rodzaj ślepoty. I naprawdę nie wiem, na ile ta ociemniałość jest kwestią wyboru, odmową widzenia, swoistym lenistwem. Z upływem czasu, wraz z pogłębianiem się mojej świadomości i wiedzy na ten temat, możliwość wyboru w przypadku osoby chorej na alkoholizm wydaje mi się coraz mniej realna.

Oczywiście, że są przyczyny i skutki niewidzenia, ale trudno z całą pewnością stwierdzić, co było najpierw. Czy piłam i w efekcie tego straciłam ostrość widzenia? Czy mo­­­­że defekt optyczny był pierwszy i dlatego nie zauważyłam nawet, że picie nie jest dobrym rozwiązaniem? Na pewno jednak picie pogłębiało ślepotę albo może uruchomiło kolejny typ dysfunkcji wzroku - przekrzywianie obrazu, który i tak już był zniekształcony, dostrajanie go do ustawionych pod zupełnie nieprawdopodobnym kątem oczu. Że­­­­­­by to, co robię, nie wyglądało aż tak źle, podle, absurdalnie.

Ktoś, kto z boku obserwuje ten pijacki taniec szukania i znajdowania - zawsze! - pretekstów, a potem, po przejściu tajfunu każdego pojedynczego alkoholowego szaleństwa, gaszenia wyrzutów sumienia, natychmiast widzi, i to w całej rozciągłości, słabe punkty tej kombinacji, w odczuciu alkoholika misternej, a tak naprawdę dość żałosnej i karkołomnej prowizorki. Ale nie alkoholik. Kiedy już złapiesz się na haczyk alkoholizmu, wydaje ci się, że świat wygląda właśnie tak, jak sobie ustaliłeś. A ustalać musisz, bo przecież tak naprawdę nie widzisz rzeczywistości, do czego pod żadnym pozorem nie możesz się przyznać. Żaden wariat nie przyzna się do własnego szaleństwa. W dodatku przeważnie nawet nie wiesz, że nie widzisz. Skąd niby miałbyś wiedzieć? I zaledwie chwilę po tych prywatnych ustaleniach, zakłamywaniu i wypaczaniu faktów, sam wierzysz, że to jedyne prawdziwe widzenie. Jedyna prawdziwa rzeczywistość. Twoja rzeczywistość. Musisz tak mieć, musisz tak robić, bo inaczej twój świat się rozsypie. A do tego nie możesz dopuścić, bo zginiesz. W każdym razie myślisz, wiesz na pewno, że zginiesz. Rozpadniesz się razem ze swoim światem.

Właśnie to zaślepienie, przejawiające się w kompletnym braku kontaktu z rzeczywistością, jest cechą tej choroby. Nie znam żadnego alkoholika, ze mną na czele, który miałby inne doświadczenia. Niektórzy z tego wychodzą. Niekiedy wymaga to sporo czasu, zawsze wysiłku i pracy, ale jest możliwe. Mnie się udało. I kilku znajomym także. Zanim jednak znalazłam rozwiązanie, przewędrowałam z zawiązanymi oczami, mimo że już na trzeźwo, szmat drogi, przewracając się, raniąc, gubiąc trop i znowu wracając na szlak. Ostatni odcinek przed metą przebyłam w całkowitej beznadziei. Doświadczywszy niezliczonych nadziei i porażek, wiedziałam, że nic nie działa. Wypró­bowałam już tyle sposobów.

Alkoholizm, jak większość uzależnień, to choroba niezaspokojenia. Nie ma takiej dawki uzależniającej substancji, która byłaby wystarczająca, po której człowiek uzależniony powiedziałby: "Dość". Nigdy nie było mi dość. Nigdy nie powiedziałam: "Wystarczy", w krytycznych momen­­­tach nie byłam w stanie już nic powiedzieć. "Ograniczenie" nie było kluczowym słowem w moim słowniku. Tym bardziej samoograniczenie. Prawdę mówiąc, było określeniem marginalnym, rzadko i wyłącznie pod przymusem, a więc wyjątkowo niechętnie, branym pod uwagę - w każdym razie w czasach, kiedy wydawało mi się, że to ja decyduję.

Gdy ktoś próbował wyciągnąć z worka niewygodnych terminów to słowo, znikał z mojego świata, rażony siłą wściekłej furii. Gdy w te leksykalne gierki zaczynały pogrywać ze mną okoliczności, furia rosła wprost proporcjonalnie do mojej bezsilności. Bezsilności, do której nie mogłam się przyznać.

Ograniczenia mogły mnie co najwyżej na jakiś czas zatrzymać, nawet złamać, ale nie miały mocy przemienić mnie w kogoś innego, pokornego, pogodzonego. Nie miałam zamiaru się ograniczać. W niczym. A na pewno nie w piciu. Po co, przecież picie jest OK, jest zabawne, szalone, niegrzeczne, zbuntowane. I najważniejsze - przecież wszyscy piją. To mój organizm mnie ratował, odmawiał współpracy, wyłączał się z zabawy. Jego "nie" było niepodważalne i nieodwołalne. Do następnego razu. A ten przychodził zawsze, mimo obietnic - składanych samej sobie. Do pustych przyrzeczeń składanych przed innymi jeszcze nie doszło, dzięki czemu wciąż mogłam odgrywać scenkę z gatunku nic się takiego nie dzieje, nikt mi nic nie mówi, nikt nic nie widzi, nie ma problemu, wszystko jest pod kontrolą.

Wszystko jest pod kontrolą. Wszystko jest pod kon-tro-lą. Nie było. Już to czułam koniuszkami rzęs i paznokci. Im bardziej to czułam, im bardziej nie było, tym bardziej chciałam udowodnić, że jest.

Brak kontroli jest kolejną cechą tej choroby. Brak kontroli nad wypijanym alkoholem. Jego ilością, często jakością, nad czasem. Wraz z postępem picia i zapadania się w uzależnienie, brak kontroli nad towarzystwem i sytuacjami towarzyszącymi piciu, nad warunkami i otoczeniem.

Oczywiście, wszystko było dość proste do wytłumaczenia. Piłam, bo lubiłam, bo mi smakowało. Bo mi wolno! Bo inni piją. Bo jestem kobietą i nie zgadzam się na moje fizyczne, biologiczne, społeczne, kulturowe i jakie tam jeszcze kto by wymyślił ograniczenia. Piję w dziwnych - z punktu widzenia normalnych użytkowników alko­­holu - porach, bo konwenanse mnie nie dotyczą, bo jestem artyst­­­­­ką, intelektualistką, bo mam wolne przedpołudnia, popołudnia, wieczory. Nocy już wtedy nie miałam wolnych (prawdę mówiąc pozostałych pór dnia również), nawet ten mój wykrzywiony obraz rzeczywistości musiał skapitulować przed faktami, czyli niezaprzeczalnemu i niedającemu się podważyć istnieniu dziecka i męża, czekających na mnie w domu. Nie znaczy to bynajmniej, że nocami nie piłam. Wiązało się to po prostu z cięższym kalibrem występku, silniejszym poczuciem winy, większym wysiłkiem lawirowania i tuszowania, bardziej zagmatwanymi operacjami unormalnienia, uprawomocnienia tej sytuacji.

Czemu piłam w miejscach, do których moje porządne koleżanki nigdy by nie zajrzały, może nawet nie wiedzą, że takie istnieją? Z ludźmi, z którymi nie chciałabym nawet zamienić słowa, a gdyby któryś na ulicy wpadł na pomysł przyznania się do znajomości ze mną, umarłabym ze wstydu? A raczej: jak to sobie wytłumaczyłam? Byłam ponad to wszystko! Byłam indywidualistką, ciekawą świata, prawdziwego świata z krwi, flegmy, skóry i kości. Szczyn i wymiocin, powinnam dodać, ale wtedy wolałam przemilczeć (i nie miało to nic wspólnego z taktem). Byłam artystką - wiem, już wspominałam, ale warto powtórzyć. Byłam intelektualistką - jak wyżej. Byłam dziennikarką, być może nawet pisarką, przecież rozmawiałam w knajpach o pisa­niu scenariuszy, do jednego nawet się przymierzałam. A wiadomo, że dobry pisarz, nawet jeśli nie czerpie wprost ze swojego życia, musi być doskonałym obserwatorem. Chciałam być obserwatorem. Potrzebowałam tych miejsc i tych ludzi, by z nich czerpać. Może na przykład wpadnie mi do głowy fantastyczny pomysł na reportaż? Te brudne, śmierdzące bramy, te zapuszczone mieszkania w starych kamienicach, prawie meliny, to przecież idealna sceneria, kopalnia tematów...

Jakoś tak zupełnie przypadkiem okazywało się, że te miejsca i ci ludzie zawsze byli gorsi ode mnie, zawsze bardziej zmęczeni, pijani, zbrukani. Ja i moje picie wypadaliśmy na tym tle naprawdę przyjemnie, niemal elegancko. Jak dama z pieskiem w unieruchomionym w tajdze pociągu, która przeszła do przedziału trzeciej klasy, bo w jej komfortowym wysiadło światło. Wiadomo, że pociąg zaraz ruszy i wszystko wróci do normy. Światło włączą, damę z pieskiem odprowadzą na jej miejsce, zostanie tylko ulotne wspomnienie. To mógł być prawdziwy powód mojego wyboru. I jeszcze ten, że lepsze towarzystwo, lepsze wed­ług moich tajnych kryteriów, zbyt mnie deprymowało, bym dała radę stanąć z nim do konfrontacji.

Te tłumaczenia nigdy nie padły z moich ust. Nie musiały - nikt nie pytał. Przygotowałam je na wszelki wypadek. Tak sądziłam. Na wypadek, gdyby ktoś się zainte­resował, powątpiewał, gdyby się czepiał. Ale prawda jest inna - zebrałam je na prywatny użytek. Żebym mogła ode­przeć atak tej części świadomości, która wiedziała. Wiedziała, o co tak naprawdę chodzi.

Problem kontroli, a ściślej mówiąc jej braku, który - jak się później okazało - dotyczył całego mojego życia, przez tych kilka lat skupił się na temacie alkoholu. Przejawiał się w konieczności, w prawdziwym przymusie wykazania, że właśnie to potrafię skontrolować, że nad tym akurat mam władzę. Wszystko wprawdzie mi się rozpada, ale nad piciem panuję znakomicie.

Oczywiście nie panowałam. Fakty są takie, choć wtedy nie przyjęłam ich do wiadomości, że zwyczajnie nie wiedziałam, ile wypiję. Czasami nie wiedziałam, że w ogóle wypiję. Szłam ulicą, po zakupach, załatwieniu jakichś spraw, spotkaniu albo ot, tak sobie, i wstępowałam do ulubionej knajpy. Nigdy mnie nie zastanowiło, że moje szlaki zawsze prowadziły obok niej. Nie była w pobliżu mojego domu. A i tak zawsze tamtędy przechodziłam. Większość spotkań, nawet jeśli się w niej nie zaczynała, to na pewno kończyła. A skoro już tam byłam, to przecież nie po to, by pić wodę czy sok. Wystarczył jeden drink, żeby cały plan dnia brał w łeb. Nagle się okazywało, że sprawy nie są tak ważne, jak być może wcześniej się wydawały, każdą rafę codziennych obowiązków da się jakoś ominąć albo czasu jest tyle, że jeszcze jeden drink nie naruszy ustalonego porządku zajęć. Ten następny też nie powinien. A gdyby... pewne kwestie spokojnie mogą poczekać do jutra. Nie pali się, nie?! Czy byłam psychicznie chora? W pewnym sensie tak. Przede wszystkim jednak byłam ślepa.

Pamiętam z dzieciństwa zagraniczne malowanki, budzące pożądanie, gorące pragnienie posiadania. Grube książki, złożone z kartek zadrukowanych czarnymi konturami, gotowymi na przyjęcie barw, którymi moja fantazja zechce je wypełnić. Wymyślne rysunkowe labirynty, które pokonywałam ołówkiem albo, od święta, mazakiem. Rebusy nie do rozwiązania, bo w nieznanym języku, którego nie umiałam zastosować, mimo spędzania długich popołudni na oglądaniu kursów języków obcych w czarno-białym telewizorze marki Neptun. I wreszcie najwspa­­nialsza rzecz, tak pociągająca i tajemnicza, jak trójwymiarowe pocztówki, w których, nie wiadomo gdzie, krył się peł­­nowymiarowy świat - strony upstrzone ponumerowanymi punkcikami. To dla nich nauczyłam się liczyć. By wydrzeć ich tajemnicę. Bo żeby zobaczyć rysunek i móc go pokolorować, musiałam najpierw prawidłowo połączyć kolejne liczby rozsiane na obrazku.

W okresie aktywnego rozwoju mojego uzależnienia znajomość liczb zdała się na nic. Nie potrafiłam połączyć kropek na mojej malowance. Nigdy, za czasów picia, nie powstał z nich konkretny kształt. Na raz byłam w stanie zobaczyć co najwyżej dwa punkty. To jednak było zbyt mało, by wyciągnąć wnioski. Mogłam ogarnąć wzrokiem i pojmowaniem fakt, że pokłóciłam się z mężem i wyszłam "na jednego". Ale uznać, że celowo dążyłam do kłótni, że to ja ją wywołałam, właśnie po to, by móc z czystym sumieniem, z racją po mojej stronie wyjść i robić, co chora dusza zapragnie, było poza moimi ówczesnymi możliwościami. Cały łańcuch błędnych decyzji, wynikających jedna z drugiej, umykał mojej percepcji. Jedyne, co rzucało się w oczy, to moja - oczywiście niezawiniona - krzywda oraz równie oczywista i usprawiedliwiona w tych okolicznościach reakcja.

Jestem nieszczęśliwa, tak, los sobie ze mnie zakpił, tak, uwięził w realiach nie do przyjęcia, tak, nie mam wyjścia, tak, jedyne, co mi zostaje, to wyrwać tę odrobinę swobody, cienia zadowolenia, ulgi, wydrapać. Bawić się wbrew wszystkiemu, nie poddawać do końca, buntować się, walczyć. Bunt przez zabijanie siebie - nie wezmą mnie nawet siłą. Bunt przez jakże liczne, powtarzane z precyzyjną częstotliwością, próby wymknięcia się nieuniknionemu - zrujnowanym wieczorom i reputacji.

Widzę, że poszłam na kolację do znajomej znajomego znajomego, która mogła mnie zatrudnić, na co liczyłam, czego chyba chciałam, na pewno potrzebowałam. Widzę, temu faktowi nie zaprzeczam, że wypiłam zbyt dużo wina (po co aż tyle go postawili?), i mam poczucie, że zrobiłam z siebie kompletną idiotkę. Mimo to dzwonię do niej dwa dni później, zgodnie z umową. Udaje, że mnie nie poz­naje. "Widzę", że rozmawiam z nadętą suką, u której tak napraw­dę wcale nie chciałabym pracować, bo jestem za dobra na taką pracę. Między upiciem się a chłodnym głosem po drugiej stronie słuchawki nie ma na mojej malowance żadnego połączenia. Dla własnego bezpieczeństwa emocjo­nalnego muszę tak odwrócić kartkę, żeby te punkty nig­dy się nie spotkały. Bo będzie niemiło, niewygodnie, nie­przyjemnie. A ja nie lubię, gdy jest niemiło i nieprzyjemnie.

Jeśli mimo wszystko uwiera mnie świadomość, że ta oziębłość ma jakiś związek z moim zachowaniem, to i tak całą sytuację rozpatruję w oderwaniu od wszystkich innych. Bo jeszcze bardziej nie widzę, że podobnych kolacji, podobnych spartaczonych szans i okazji było o wiele więcej. Tak samo jak niedotrzymanych obietnic wczesnego powrotu, zobowiązań trzymania się w pionie, prób ogarnięcia tego wszystkiego i uniknięcia kolejnego wstydu. W moich oczach to zawsze był ten jeden raz. Wszystkie wcześniejsze przedawniały się i znikały z rejestrów. A z czystą kartą można zrobić, co się chce.

Nawet kace, jakże dotkliwa i namacalna cena za wczorajszą próbę umknięcia rzeczywistości, były tylko samotnymi wysepkami na oceanie mojego bezproblemowego - jak chciałam wierzyć - picia. Do tych powszednich już się przyzwyczaiłam. Uznałam je za rzecz naturalną - każdy miewał przecież gorsze samopoczucie po kilku kieliszkach wina - niezbyt lubiany, lecz nieodłączny składnik dobrej zabawy.

Kace giganty to było coś ekstra, wyjątek. Uważałam tak nawet wtedy, gdy ich częstotliwość niepokojąco wzrosła. Możliwe, że chora część mnie miała z nich pożytek. Dotkliwe cierpienie fizyczne było bowiem karą za mój występek. Nic więcej nie musiałam robić, nie musiałam się zastanawiać, naprawiać, działać, przecież już zapłaciłam - fizycznym bólem. Nie mówiąc o tym, że cierpienie fizyczne mog­ło na chwilę zagłuszyć, przesłonić cierpienia psychiczne, choć tak naprawdę było niczym przy tych ostatnich.

A jednak i tego nie umiałam zobaczyć w realnym świet­le. Zwykle było tak: budziło mnie koszmarne łupanie w czaszce i jeszcze gorsze poczucie, że zdarzyło się coś naprawdę złego. Bywało, że nie zdążyłam jeszcze rozer­wać sklejonych ze strachu przed rzeczywistością powiek, a już wczorajsze złe dobijało się do mnie bezlitośnie, z całą siłą. To pierwsze uderzenie było najdotkliwsze. Brutalnie szczere i odarte z kojącego okładu wszystkich zaprzeczeń, racjonalizacji i minimalizowania. Na szczęście przez większą część mojego picia trwało sekundy. Czasami ułamki sekund. Usilnie nad tym pracowałam. Żeby zbyt wiele trzeźwej rzeczywistości nie dopuścić do umysłu. Przeważnie się udawało. Mimo wszystko zostawało poczucie, że nie jest w porządku, że coś trzeba zrobić, jakoś to ukrócić.

Tak, "ukrócić" to dobre słowo. Ma w sobie cień jakiejś, czyjejś, zewnętrznej odpowiedzialności. Trzeba ukrócić to, co jest ze mną robione, co na mnie spada. Postanawiałam więc coś z tym zrobić. Na przykład skończyć z tym całym piciem, nigdy więcej tego ohydztwa (szczególnie wtedy, gdy cierpiałam fizycznie, mdłości wywracały mnie na lewą stronę, a członki ciała ożywały nagle zadanym, bezładnym życiem).

Już w chwili wypowiadania w myślach tych przyrzeczeń wiedziałam, że to tylko takie gadanie. Nawet jeśli sy­­tuacja była poważniejsza niż zwykle, i tak wiedziałam, że to najwyżej czasowe ograniczenie. Przecież nikt nie brał­­by tego na serio. Przecież aż tak źle nie jest. Przecież nikt nie zgłasza większych zastrzeżeń.

Zwykle mniej więcej po tygodniu dochodziłam do wniosku, że świadkowie mojego kompromitującego zachowania już o wszystkim zapomnieli albo żenujące obrazy wystarczająco zblakły i mogę wrócić do normalnego nienormalnego funkcjonowania.

Specjaliści od uzależnień zebrali w jedną, dość pokaźną listę, te wszystkie zachowania, które prawdopodobnie każdy nadmiernie i nienormalnie pijący człowiek uważa za wyjątkowe, wybitnie indywidualne, czasami wyłącznie incydentalne, wstydliwe - a jest ich całe mnóstwo, takich samych, żałośnie podobnych zachowań ludzi, którzy sądzą, że nikt tego nie widzi, nie orientuje się, nikt się nie dowie, nie może dowiedzieć.

Lista skonstruowana jest według pewnej struktury i układa się w fazy uzależnienia. Na terapii odwykowej pre­­zentowano nam ją w formie kolorowej ryciny. Koja­rzyła mi się z inną planszą, zapamiętaną ze szkolnych czasów: z układem rozrodczym kobiety, który w skrytości, udając, że nie jestem w ogóle zainteresowana, pożerałam wzrokiem na każdej lekcji biologii w czwartej klasie. Wydawało mi się, że wyczytam z niego przyszłość, moje szczęście i powodzenie w dorosłym życiu. Wtedy, na lekcjach biologii, nie dowiedziałam się niczego, co potem by mi pomogło. Liczyłam, że usłyszę, o co chodzi z tym niepokojącym napięciem, że gęsta mgła niezrozumiałej tęsknoty i przyciągania zostanie wreszcie rozwiana. Tymczasem nauczycielka wykpiła się jakimiś pęcherzykami, ciałkami i endometrium, mimo wszystko, niczym rasowa reżyserka thrillerów, trzymając nas do końca w gorączkowej niepewności, przejawiającej się w palących wypiekach na policzkach.

Może podczas terapeutycznych pogadanek już nie chciałam dać się nabrać i dlatego kolorowy wykres w kształcie macicy i jajników niespecjalnie do mnie przemawiał? W każdym razie w żaden sposób nie potrafiłam się na nim odnaleźć. To znaczy odnajdowałam, ale wyznaczone przeze mnie miejsce nie zadowalało i nie przekonywało ani moich terapeutów, ani grupy.

Wykres zaczyna się od picia towarzyskiego, które w zasadzie nie jest etapem uzależnienia, bo w taki sposób pija większość ludzi. Większość na tym poprzestaje. Chodzi o przyjemność, rozluźnienie, dobrą zabawę. Te wszystkie rzeczy, którymi mamią reklamy piwa. Te wszystkie stany, które są takie fajne i takie nieproblematyczne.

Towarzysko nie piłam nigdy. W moim piciu alkoholu było zawsze coś zdeformowanego i grzesznego, koniecznie do ukrycia. Młode dziewczyny nie piją w taki sposób. Dziewczyny w tym wieku po prostu wcale nie mają kontaktu z taką ilością i jakością alkoholu. Nie muszą pić po kryjomu. Być może wysączają pierwszy w życiu kieliszek wina do uroczystego obiadu, wydanego z jakiejś wyjątkowej okazji. Może idą z ojcem do restauracji? Może wypi­­ja­­ją lampkę sylwestrowego szampana? Albo kieliszeczek babcinego likieru. A może to absolutna fikcja, bo nikt już dziś w ten sposób nie używa alkoholu?

W czasach, kiedy ja byłam dziewczynką, tak to mogło wyglądać, tak właśnie mogłam sobie wyobrażać idealne życie idealnej nastolatki z dobrego domu, z normalnej rodziny, w idealnej scenerii. Ja tak nie miałam. Nigdy, nawet w tych pierwszych razach, nie chodziło o fajną zabawę, miło spędzony czas, przyjemny szmerek w głowie. I w tych pierwszych razach tego nie było. Było za to poczucie występku - nic dziwnego, picie w krzakach ze starszymi chłopakami czy w szkolnej toalecie, na balu kończącym ósmą klasę, prosto z butelki, jest dość odległe od eleganckiego maczania ust w czerwonym słodkim winie w otoczeniu roześmianej rodziny, która mocą kilku pokoleń wspiera tę inicjację.

Była też wszechogarniająca zachłanność, nawet nie chęć, ale konieczność wlania w siebie jak największej dawki płynu. Jedno i drugie nie opuściło mnie nigdy, w całym okresie picia i wiele lat po ostatnim razie. Nie musiałam pić alkoholu, żeby te obsesyjne myśli i odczucia dalej miały nade mną władzę.

Od początku piłam do dna. Zawsze do dna. Do stanu totalnego ścięcia z nóg. Choć tak naprawdę nie chodziło o nogi, lecz o świadomość, a raczej ten kawałeczek gdzieś tam głęboko w jaźni, który tak dotkliwie uwierał, nie dawał spokoju od najmłodszych lat. Nie miałam przy tym pojęcia, co tak naprawdę robię. Przecież jako nastolatka, która wyszła z domu na dwie godziny, bo wie, że więcej wolnego nie wchodzi w grę, nie planowałam, że upoję się nieprzytomnie, wykasuję z mózgu moje niepojęte nieszczęście, a potem wrócę czyściutka i bielutka do rzeczy­wistości i mamy. W ogóle o tym nie myślałam.

Faza picia towarzyskiego była na terapeutycznym wykresie zaznaczona przyjemnie pobudzającym trawiastym kolorem. Potem rysunek przybierał niepokojącą barwę czerwoną i następowały fazy: ostrzegawcza, krytyczna i chroniczna. Odcień nie pozwalał na wątpliwości - jeśli tam jesteś, już po tobie. Chyba dlatego nie rwałam się do oznaczania mojego aktualnego miejsca pobytu.

Kiedy mnie zmusili - wybrałam fazę ostrzegawczą. Mogłam się ewentualnie przyznać do znajdowania okazji do picia (wprawdzie na wykresie mowa była o szukaniu, ale przecież to dość podobne słowa), byłam w końcu duszą towarzystwa, obracałam się w artystycznym środowisku przyszłych filmowców, krytyków, malarzy i filozofów, więc te okazje nie były niczym nadzwyczajnym, nikogo to nie powinno dziwić.

Czy inicjowałam picie i podkręcałam tempo? Bez przesady, najczęściej nie musiałam, wystarczyło zadbać o to odpowiednio wcześniej, decydując się na picie z bardziej doświadczonymi zawodnikami. Dopiero później zorientowałam się, jak było naprawdę, że te wszystkie sytuacje, kiedy alkohol lądował na stołach przyjaciółek, koleżanek, mamy i babci, ja inicjowałam. To ja znajdowałam sposób, żeby je do tego przekonać, a nawet żeby sądziły, że to ich własny pomysł.

Urwany film? Hm, przykra sprawa, tak naprawdę przerażająca, ale na razie próbowałam zgrywać światowca. Tak, urywał mi się film. Jednak traktowałam to raczej jako objaw zewnętrzny, coś, co mnie spotyka, z czym moje działania nie mają wiele wspólnego. Taki tajemniczy nalot pozaziemskiej energii, który akurat mnie - właściwie dlaczego? - okrywa czarnym kirem nie-pamięci, nie-wiedzy, nie-bycia. No więc dobrze, urwany film tak, lecz nie z mojej winy. Może jakieś uszkodzenie w odpowiadającym za świadomość płacie mózgu?

Były jeszcze próby picia w samotności. Miałam na to doskonałe wytłumaczenie, równie wiarygodne jak pozostałe. Ja po prostu lubię od czasu do czasu wypić lampkę dobrego koniaku. W miękkim fotelu, otulona eleganckim, no, powiedzmy, tylko wyobrażonym, wełnianym pledem, oglądająca wybitny film na wideo - a na tym się znałam, w tej dziedzinie szkoliłam się na profesjonalistę - lub czytająca jakąś naprawdę dobrą powieść. Nie byle jaką, banalny best­seller. Koniecznie z wyższej i najwyższej intelektualnej półki.

Tu też plasowały się moje słynne beauty sesje, zmieniające mnie przed wyjściem do baru czy na imprezę w naprawdę interesującą kobietę. Wprawdzie film czy książka odpadają po drodze, a po zabawach z lustrem nie muszę i właściwie już nawet nie mam siły gdziekolwiek wychodzić, ale... Tak daleko nie przewijam taśmy. Tych detali nie muszę wyjawiać. Moje picie przed toaletką nie miało przecież nic wspólnego z obśmianym, godnym pożałowania obrazem pijącego do lustra pijaczka. Nie mogło mieć, to nie byłam ja. Ja jestem młodą atrakcyjną kobietą. Wykształconą, inteligentną, świadomą, na poziomie. Nie zapędzajmy się za daleko, te tendencyjne i tanie obrazki to nie do mnie!

W fazie krytycznej, podobnie jak poprzednia zaznaczonej na wykresie czerwonym kolorem, był punkt dotyczący moralnego kaca. Tak, z tym jednym mogłam się w pełni zgodzić, ale przecież jeden objaw nie czyni ze mnie takiej alkoholiczki. Jakby alkoholizm był stopniowalny, jakby to jeszcze coś mogło zmienić - tak, walczyłam o życie, a właściwie trzymałam się pazurami właśnie tego, co powoli, od lat mnie miażdżyło i zmiażdżyłoby, gdyby pomoc nie nadeszła na czas. Trzymałam się nadziei, że jeszcze wszystko można odkręcić, schować się mamusi pod sukienkę, za­cisnąć z całych sił powieki, a po ich otwarciu zobaczyć czyste niebo i łąkę w kwiatach. Obudzić się z tego koszmaru i być normalną dziewczyną, pełnosprawną w każdej dziedzinie. No, i pić dalej. Normalnie, jak wszyscy.

Moralniaki były najgorsze. Bo nie mijały. Fizycznego kaca, zatrucie alkoholem możesz przetrzymać, wyspać, wybiegać, wypocić, zajeść, o ile jesteś w stanie wtedy jeść. Ja jeszcze byłam. Wystarczy trochę cierpliwości. Kac moralny nie był tak prosty do usunięcia. Właściwie... w ogóle nie dawał się zlikwidować. Radziłam sobie z nim w jedyny znany mi wtedy sposób - znowu się upijając. Alkohol na chwilę wypłukiwał niepokój, rozpuszczał poczucie zagubienia, zalewał zgliszcza, na których i z których próbowałam mimo wszystko budować codzienność, w tamtym czasie i okolicznościach, z takimi kartami, jakie wciśnięto mi w garść. Jednak późnym wieczorem, na granicy nocy, w oparach reanimowanych bez nadziei złudzeń, w papierosowej mgle i rozedrganej poświacie, prawdziwy obraz nędzy tracił kontury. Nie było widać ruin - nie było tak źle. Chociaż przez chwilę. Już wtedy wyczuwałam, że to nie jest najdoskonalsze rozwiązanie.

Każde kolejne picie i pijaństwo pogłębiało wyrzuty sumienia i poczucie beznadziejności mojej i świata. Dodawało kolejne powody do wstydu i strachu, do ucieczki od rzeczywistości jeszcze straszniejszej, jeszcze bardziej przeze mnie splątanej dziś niż wieczór wcześniej. Żadne nie spowodowało nawet minimalnego zmniejszenia moich problemów i cierpienia. Nigdy, nawet jeden głupi raz, alkohol nie sprawił, że jakakolwiek sprawa została załatwiona, problem rozwiązany. Się nie załatwiła. Się nie rozwiązało. Pod koniec picia strat przybywało. I jednocześnie coraz mniej dawało się ukryć: trupy, jeden po drugim, wypływały na powierzchnię.

Z pozostałych objawów alkoholizmu, ujętych w tej fazie, bardzo łatwo było mi się wykpić. Nie klinowałam, nie zaniedbywałam rodziny, nie miałam konfliktów małżeńskich. No, dobrze, nie mieliśmy konfliktów, bo nie mieliśmy kontaktu, mijaliśmy się. Niewyrabianie się w roli żo­­ny, zaniedbywanie dziecka - to wszystko byłam w stanie zobaczyć dopiero z perspektywy czasu i konkretnej wiedzy, którą siłą we mnie wtłoczono. Ale w tamtym początkowym okresie nie widziałam problemu. Radziłam sobie świetnie. Na wszelki wypadek nie zadając weryfikujących pytań osobom, które mogłyby zburzyć ten mit. Mąż trochę się boczył, ale przecież z zupełnie innych powodów. Dziecko bywało nieznośne, jak to małe dzieci. Kot za mną nie przepadał, a wręcz reagował nerwowo, gdy zbierało mi się na czułości, nie dlatego, że byłam wstawiona albo już pijana, tylko z powodu jego kociej, jak wiadomo wrednej, natury.

Nieobecności w pracy - nie dotyczy (nie pracowałam). Usprawiedliwianie picia licznymi okazjami - tu nie było nic do usprawiedliwiania, to po prostu były fakty. Tak właśnie funkcjonowało moje środowisko. I byłam święcie przekonana, że nie mijam się z rzeczywistością. W pewnym sensie nie mijałam się. Z moją własną uzależnio­­ną rzeczywistością. To był efekt patrzenia przez pijany filtr.

Nieregularne odżywianie się - zawsze byłam na diecie, dbałam o linię, alkohol bardzo mi w tym pomagał. Tak sądziłam, tak to sobie tłumaczyłam. Wypijałam dwa kieliszki białego wina do kolacji, ale tak naprawdę na kolację. Potem jeszcze dwa, i następne. Kiedy piłam, coś dziwnego działo się z łaknieniem. Możliwe, że zanikało. Równie możliwe, że znieczulona alkoholem nie rejestrowałam głodu. Wypijałam takie ilości, że żołądek był pełen. Nie interesowało mnie, czy daje się na to nabrać. Nie zamierzałam go słuchać. Nie słuchałam żadnego elementu mojego orga­­nizmu, a ten, póki co, cierpliwie to znosił, łaskawie nie upokarzał mnie swoją realną władzą. Niekiedy rzucałam się na jedzenie i pochłaniałam poza wszelką kontrolą. Nie budziło to mojego niepokoju, najczęściej tego nawet nie zauważałam. Poza tym - byłam przecież w stanie połączyć co najwyżej dwa najbliższe punkty na mapie mojego funkcjonowania, nie widziałam kompletnego schematu. Malowanka była wciąż niedokończona.

Na wykresie obok hasła "wzrost agresywności" widniało "konflikty z prawem". Minus przy tym drugim załatwił sprawę z pierwszym. Skoro drugiego nie mam, to cały punkt odrzucam. Właśnie w taki sposób pracuje umysł alkoholika. Znajduje furtki, przez które może czmychnąć. Niuanse, niedopowiedzenia, najmniejsze luki. Właściciel umysłu - ja - nic o tym nie wiedział. Nie rejestrował żadnych nieprawidłowości. Od lat mój radar był ustawiony na nieodbieranie niepokojących sygnałów. Z zewnątrz wyglądało to więc na normalną, logiczną odpowiedź. Tyle że nie odzwierciedlało faktów. A te układały się w dość długą listę wrzasków, przekleństw, wycia, szarpań, przepychanek, pyskówek z przypadkowymi ludźmi, wreszcie rękoczynów oraz niszczenia przedmiotów - własnych i cudzych. Nie panowałam nad złością. Bałam się jej, ale nie przyjmowałam tego strachu do wiadomości. Znowu nie widziałam więcej niż dwóch zdarzeń naraz. Tak było bezpieczniej.

I było jeszcze coś. Coś, do czego nie przyłożyłam wtedy należytej wagi. Poczucie pustki, bezradności. Może znów za odrzucenie całego punktu, czyli jak się później okazało sprawy kluczowej, odpowiedzialne było słowo "bezradność"? Bo nade wszystko bałam się przyznać, że nie mam już siły, nie daję rady, że potrzebuję pomocy. Nie miałam, nie dawałam, potrzebowałam, ale przyznać się? Niemożliwe. Byłam zaprogramowana, tak doskonale wytresowana, tak wyćwiczona w tym, że zawsze sobie radzę i zawsze poradzę, iż zwrócenie się o pomoc musiało przybrać formę przypadku, a wręcz szeregu przypadkowych spotkań, rozmów, przesunięć terminów, braków funduszy i możliwości. Dopiero w taki sposób spreparowana sytuacja ratunkowa (do psychologa poszłam za koleżankę, której głupio było odwołać wizytę) miała szansę zadziałać na mnie - perfekcyjną, akuratną, dzielną, silną i kompletnie wówczas zagubioną mnie.

Poczucie pustki. Pierwotna przyczyna moich kłopotów. Wielka czarna dziura, której nic nie jest w stanie zapchać, zapełnić, zasypać, zaspokoić. Czułam, co ze mną robi, ale nie potrafiłam jej nazwać, namierzyć. Wołała, a ja nie wiedziałam, kto woła. Słyszałam głos i musiałam za nim iść. To ona była odpowiedzialna za moje nienasycenie. Bo to ona była nienasycona. Pierwsze sygnały były zwykle tak subtelnie zawoalowane, że można było ich nawet nie poczuć albo pomylić z czymś zupełnie innym, jakąś małą choróbką, dolegliwością żołądkową. Mogłam je zgonić na niskie ciśnienie albo napięcie przedmiesiączkowe. Zaczynało się dziwnym wierceniem w brzuchu, suchością w ustach, szumem w uszach. Wydaje ci się, że te czysto fizyczne objawy muszą mieć związek z twoim ciałem, z jego chwilowym niedomaganiem. Mają, ale nie w sposób, w jaki o tym myślisz. Nawet się nie spodziewasz, co się za tym kryje i jak długo nosisz w sobie tego wirusa. Kiedy już rozhula się na dobre, przypomnisz sobie - ona nie da ci tego przegapić - z czym masz do czynienia i że nie masz żadnych szans, choćbyś nie wiadomo jak się starał, buntował, walczył.

Powolutku, i na razie tylko na sekundę, rozchylają się zasłonki, wypuszczając smrodliwy powiew. Czy już ją poz­najesz? Swoją osobistą, bezdenną otchłań rozpaczy? Za późno na odwrót. Jedyne, co możesz zrobić, to modlić się, by tym razem pozostawiła cię przy życiu. Nie licz na więcej. Zapomnij o godności. Po jej ataku nic ci z tych rze­­-czy, uważanych przez demokratów za niezbywalne prawa ludzkiej jednostki, nie zostanie. Nie będą ci do niczego potrzebne. Jedyne, na co - być może - będzie cię stać, to powolne, żmudne pielęgnowanie maleńkiego kłącza instynktu przetrwania, jeśli pustka będzie na tyle przewrotna, by nie zetrzeć na miazgę.

Chciałam z nią walczyć. A może tylko ją obłaskawić? Kiedy się odzywała, czułam się jak lew zamknięty w klatce. Krążyłam nerwowo, obijając się o pręty. Nawet jeśli siedziałam nieruchomo w fotelu, o klatkę obijały się moje myśli. Proces kombinowania rozpoczęty. Ludzie mają różne pomysły na swoją czarną dziurę. Niektórzy, jak ja, próbują ją zalać morzem alkoholu albo rojeniami o namiętnej miłości i próbami jej zdobycia. Inni zapychają żarciem, zagłuszają beznadziejnym seksem z kimś, kogo imienia na pewno nie zapamiętają, nawet nie zapytają o nie; toną w necie, w hazardzie, prochach. Dają się ogłupić telenowelom albo wstępują do sekty. Gnoją swoje dziecko albo próbują rozpuścić się w słodkomdłym smaku pięści jakiegoś sfrustrowanego gościa. Tyle że pustki nic nie nasyci. Z ohydnym odgłosem beknięcia upomni się o więcej. I ty jej to dasz. Wlejesz w nią więcej wódy, pozwolisz się obmacywać kolejnym obcym i równie pustym jak ty emocjonalnym i duchowym kalekom, zastawisz wszystko, co ci jeszcze dziwnym trafem zostało, połkniesz tabletki, przypalisz uda lokówką albo potniesz przedramiona.

Czarna dziura ma wiele wspólnego z niezaspokojeniem, nienasyceniem. A te towarzyszyły mi od dziecka. Zachłannie jadłam - ze strachu, że mi zabraknie, że ktoś weźmie ostatnią porcję, że głód zostanie. Zachłannie czytałam, słuchałam. O tak, dziecięca zachłanność historii i słów. Pamiętam, jak próbowałam odgonić senność, jak nieporadnie stawałam do niemożliwej potyczki, prosiłam, żeby towarzystwo przestało mówić - żeby świat zamarł i poczekał na mnie - nie mogłam przecież uronić ani zdania. Przez wiele lat wypijałam kawę jednym haustem, niemal parząc gardło. Nie umiałam się nią delektować, sączyć subtelnie między słowami. Podobnie było z każdym napojem. Mogłam nie pić pół dnia, a potem - potem szłam na całość. Jakby jakaś część mnie miała nadzieję, że ilość będzie w stanie przejść w jakość. A jakość oznaczała wtedy moc zalania czarnej dziury. Moc przyniesienia ulgi. To coś w środku pozostało takie samo, tylko przycichło, przysiadło skurczone.

Wtedy, tamtej nocy z telewizyjną sceną kominkową, poczułam oddech czarnej dziury - żal, że to już nie dla mnie, że nigdy, że jestem gorsza i poszkodowana. Tak to się zwykle zaczynało - podsycaniem nierealistycznych oczekiwań i urojonych żalów. Ale jedno już wtedy wie­działam - nie chcę i nie mogę uciszać jej alkoholem. O tym byłam przekonana, choć to wcale nie przynosiło mi ulgi ani nie dodawało sił. Jeszcze nie raz nawiedzały mnie takie myśli i obrazy, a nawet zapowiedź smaku, w których mocny, lekko cierpki płyn lał się strumieniem do ust, do gardła, płynął po twarzy, szyi, piersiach, brzuchu. Dawał obietnicę ukojenia, choć wciąż nie był w stanie ugasić pragnienia. Tak jakby lał się nie tam, gdzie się pragnie. Nie w to, co pragnie. Naczynie wciąż pozostawało puste.