I. Piwne średniowiecze
1. "Mam ci ja beczułkę"
"Mam ci ja beczułkę dobrze sfermentowanego piwa, które przygotowałem na postrzyżyny jedynego syna, jakiego mam, lecz cóż to znaczy taka odrobina" - przemówił zaskoczony Piast, oracz księcia Popiela, do tajemniczych przybyszów, którzy zawitali do jego chaty1.
Przedtem owi nieznajomi goście zostali odpędzeni przez księcia Popiela i zawędrowali do jego ubogiego poddanego. Gościnność biednego Piasta opłaciła się, gdyż wypijanego piwa miast ubywać wciąż przybywało, nawet w wypożyczonych naczyniach. Inaczej niż na uczcie księcia Popiela, który dopiero w obliczu cudu dał się zaprosić na biesiadę postrzyżynową u prostego oracza czy kołodzieja. Przy czym "zaproszony książę wcale nie uważał sobie za ujmę zajść do swego wieśniaka", relacjonował Anonim zwany Gallem2.
Opowieść ta ma znamiona typowego dla średniowiecza powielenia zdarzenia ewangelicznego, kiedy to Jezus cudownie rozmnożył wino w Kanie Galilejskiej. Tym razem Anonim poprzez swą opowieść sygnalizował, że wysłani do Polski "nieznajomi", czyli aniołowie, mieli stygmatyzować narodzenie się nowej sławnej dynastii. I wielkiego państwa gnieźnieńskiego Mieszka I, które będzie zmierzać nieuchronnie ku jasności, czyli przyjęciu nauk Jezusa.
Temu właśnie miał służyć cud rozmnożenia piwa i jadła u założyciela dynastii, prostego wieśniaka Piasta. Ponieważ jednak na ziemiach polskich nie uprawiano winorośli, a wino było rarytasem zapewne także na dworze książęcym, więc piwo, zwane po łacińsku cerevisia, jako napój podnoszący nastrój biesiadny zostało cudownie rozmnożone. Musiało być napojem słabym, o niewielkiej zawartości alkoholu, gdyż ze słów Anonima wynika, że dopiero wypicie znacznej ilości mogło działać euforycznie, jak przystało na ucztę przy uroczystych postrzyżynach chłopca wchodzącego w dorosłość. W XIII wieku kronikarz Boguchwał uznał zresztą piwo za napój zbyt pospolity jak na potrzeby narodzenia się wielkiej dynastii, więc cerevisia zastąpił odrobiną likworu qui medo Polonice discitur, "który w Polsce miodem nazywają", a który równie cudownie się rozmnożył, zapewniając Piastowi tron książęcy3.
Plemiona zasiedlające tereny dawnej Polski znały piwo zapewne od niepamiętnych czasów. Stykały się z cywilizacją celtycką, germańską czy też z kupcami rzymskimi wędrującymi po bursztyn. Na ziemiach polskich w czasach rzymskich podstawą pożywienia były ziarna zbóż, więc z kiełkującego jęczmienia można było wytwarzać piwo, choć raczej marnej jakości. Spożywano je chyba przy rzadkich okazjach. Natomiast arystokracja plemienna, usiłująca naśladować rzymski styl życia poprzez kontakty z Germanami, importowała od kupców naczynia metalowe, z brązu, ceramiczne, a nawet szklane i srebrne pucharki. Służyły one zapewne piciu piwa albo miodu czy też "wina" ze zboża.
"Zastanawia szczególnie przeznaczenie kompletu przylegających do siebie czerpaka i cedzidła", pisze Jerzy Wielowiejski. Czy był to zestaw do cedzenia wina? Rzecz to wysoce niepewna. Niemniej jednak wino z Południa importowano na znaczną skalę, o czym świadczą "tysiące amfor ceramicznych, w których przewożono wino na tereny Europy Wschodniej". Mniej takich amfor znaleziono, przynajmniej do lat 70. XX wieku w Europie Środkowej, co wskazywałoby, że ziemie polskie znalazły się na styku kulturowym: importu wina i wytwarzania napoju winnego z dziko rosnących owoców4. Niemiecki kronikarz Herbord sądził, że "wino potrzebne do mszy św. sprowadzili w nasz kraj duchowni apostołujący wiarę chrześcijańską na Pomorze, na przykład św. Otton". Za nim powtarzał ten wniosek historyk Michał Bobrzyński5. Raczej się mylił, gdyż niemieccy misjonarze usiłowali jedynie zakładać winnice, o czym piszemy dalej, a nie importować ten trunek.
Na ziemiach polskich początkowo nade wszystko codziennie pito wodę albo wyjątkowo mleko. W kniejach, dolinkach, na polanach państwa Polan przeważała krystaliczna woda ze strumyka czy też źródła. Otaczano je czcią, a samą wodę słodzono miodem. Gdy plony były obfitsze - pito warzone piwo jęczmienne.
Z opisów ludów barbarzyńskich, do jakich zaliczali się Słowianie i Germanie, wiemy, że u tych ostatnich picie alkoholu znosiło hamulce społeczne. Wywoływało najpierw niepohamowaną gościnność, która zmieniała się następnie w agresję. "Wspólnym biesiadom i gościnnym przyjęciom żaden inny lud nie oddaje się z bardziej nieograniczoną swobodą" niż Germanie, sądził rzymski historyk Tacyt na przełomie I i II wieku. "Dzień i noc bez przerwy spędzić na pijatyce nie przynosi nikomu hańby. Między pijanymi powstają naturalnie częste sprzeczki, które rzadko ograniczają się do obelg, a częściej kończą mordem i ranami"6.
Nie jest przy tym wykluczone, że Germanie mieszali wino z piwem, byle się upić jak najszybciej do nieprzytomności. Nic dziwnego, że twórcy wyrafinowanej kultury, jak Sidonius Apollinaris, którzy w Rzymie natknęli się na pijane "tłumy kudłatych Germanów", śmierdzących "zjełczałym masłem", zżymali się na dźwięk ich języka, dzikość i tępotę "jak u zwierząt"7.
Zapewne równie skłonni do picia byli Słowianie. Im jednak nie było dane wtargnąć do Rzymu, unicestwić wspaniałą cywilizację, by przejąć stamtąd wzorce porządku i sztuki, szczycąc się w następnych wiekach mianem Kulturträger, niemieckich nosicieli kultury wobec wschodnich ludów. Nie wiemy jednak, czy Słowianie uprawiali aż tak dzikie pijaństwo, jak podawał Tacyt, które u Germanów wyzwalało zwierzęce instynkty i w znacznej mierze ułatwiło panoszenie się i podboje w Europie oraz w Afryce. Alkohol pity do momentu pojawienia się stanów depresyjnych bywa najczęściej stymulatorem agresji i być może ten właśnie stan stał się typowy dla ludów germańskich, które zetknęły się z nieznaną im kulturą wina.
Jak wiele prymitywnych ludów Germanie pochłaniali ten mocny napój bez umiaru. Podobnie czynili Celtowie i, jeśli zastosować technikę porównawczą, podobnie rozpiją się później Indianie północnoamerykańscy "wodą ognistą", czyli whisky, sprzedawaną im skwapliwie przez białych kolonizatorów.
Czy Słowianie pili podobnie? Bizantyjski autor podręcznika taktyki prawdopodobnie z VII wieku, zwany Pseudo-Maurycym, zwracał uwagę, że ludzie z plemion słowiańskich nawykłych "do wolności nie pozwalają się w żaden sposób ujarzmić ani opanować, a zwłaszcza na własnej ziemi. Są bardzo liczni i wytrwali, znoszą łatwo upał, zimno i słotę, niedostatek odzienia i środków do życia. Dla przybywających do nich są życzliwi i chętnie ich odprowadzają z miejsca na miejsce, użyczając im, czego potrzebują"8.
Byli zatem równie gościnni i zapewne skłonni do biesiadowania. Potwierdzał to w XI wieku Helmold w swej Kronice Słowian: "Celują najwyższą gościnnością". Wśród Słowian połabskich miał panować "dziwaczny zabobon: w czasie uczt i pijatyk podają sobie w koło czaszę, w którą imieniem boga dobra i zła składają słowa - nie powiem poświęcenia, lecz przekleństwa"9. Wiemy też od Pseudo-Maurycego, że gromadzili w stogach ber (rodzaj zboża) i proso, z czego można było również wytwarzać napoje fermentowane10.
A jednak to nie niebywale rozrodzeni Słowianie mieli zniszczyć imperium rzymskie. Być może dlatego, że ich styl picia nie wywoływał osławionej furia Teutonica, czyli szału teutońskiego, jak określano agresję Germanów. Jak się też wydaje, ów szał nie wynikał ze spożycia jedynie alkoholu, lecz także z powodu jakichś halucynogennych środków narkotycznych.
Podczas wojen wodza bizantyjskiego Priskosa z Gepidami (Słowianami?) na jednej z rzek dopływających do Dunaju, zwanej Paspirios, pod koniec VI wieku natrafiamy na jakichś barbarzyńców. Prawdopodobnie byli to Słowianie, jak zwykle "do snu skłonni, a w danej chwili podpici", pisał Teofilakt Symokatta. Gepidowie zostali zaskoczeni przez Priskosa, a "barbarzyńcę [Musokiosa] zgubiło to, że był nieprzytomny po pijatyce, bo właśnie wyprawiał uroczystość nagrobną po swoim własnym bracie [...]. Rzymianie całą noc pławili się we krwi". Po czym ci powściągliwi i rozsądni Rzymianie - sami oddali się radosnemu pijaństwu z okazji zwycięstwa.
Wtedy Gepidowie "zebrali się i zagrodzili Rzymianom drogę odwrotu". Wojska bizantyjskie ledwo wywinęły się z opresji. Dla Rzymian pijaństwo w wojsku było łamaniem podstawowych zasad, więc winnych opilstwa kazał Priskos wbić na pal. Jak wspomnieliśmy, picie czystego wina w krajach kultury grecko-rzymskiej, a tym bardziej upijanie się było objawem barbarzyńskiego zdziczenia, nie do przyjęcia przez potomków Greków i Rzymian. Dotyczyło to również armii. W drodze i pochodach legionów wino i ocet miały służyć głównie konserwacji wody, zaspokajaniu pragnienia oraz, wraz z oliwą, jako lek na rany czy też na rozmaite dolegliwości po zmieszaniu albo wywarzeniu z różnymi ziołami.
Priskos pozbierał się po porażce i wykorzystał kolejne pijaństwo barbarzyńców, którzy nie byli w stanie przezwyciężyć chęci przeniesienia się do alkoholowego raju. Uderzył na pijanych o świcie: nad rzeką Tissos "barbarzyńcy zostali [...] pobici na głowę i tego samego dnia jeszcze zepchnięci w nurty rzeki, a wraz z nimi zginęła też wielka ilość Sklawinów", czyli Słowian oraz ich bestialskich panów - Awarów11.
W X wieku arabski podróżnik Ibrahim Ibn Jakub nie miał jednak wątpliwości, że "Słowianie [są] skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda [...] żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile"12. Żeby przetrwać w świecie przemocy i strachu, trzeba było szybko reagować, wykazywać się instynktem gromadnym i być okrutnym, bez chwili wahania. Jaki był na to wpływ alkoholu - nie wiemy, ale zapewne duży. Kroniki bizantyjskie od VI wieku potwierdzają ponadto, że Słowianie piwo znali od dawna13. W świetle badań okazuje się, że nie chmielono go jednak, choć archeolodzy natrafiają czasem na szyszki dzikiego chmielu pochodzące zapewne z X wieku.
Ale też przodkowie zamieszkujący ziemie polskie znali inne trunki. Nie wydaje się bowiem możliwe, by podczas gorącego lata i naturalnej fermentacji soków Słowianie nie odkryli właściwości sfermentowanych napojów z dzikich owoców i zwarzonego miodu, tak jak wiele ludów, od Mezopotamii i Egiptu poczynając. Toteż Ibrahim Ibn Jakub w swej relacji donosił, że w państwie Polan "ich wina i upajające napoje - to miód"14.
Natrafiamy tu jednak na lingwistyczną zagadkę, gdyż arabski wyraz użyty przez Ibrahim Ibn Jakuba oznacza moszcz z daktyli, a także z winogron, miodu i prosa15. Niemniej miód był na ziemiach polskich osiągalny w leśnych barciach, więc była to raczej sycera czwórniakowa, czyli stołowa, albo trójniakowa, dostępna dla ówczesnej arystokracji. Do opieki nad pasiekami powołani byli bartnicy, gdyż miód sycony należał w puszczańskiej Polsce do towarów luksusowych.
Podobnie było na ziemiach ruskich, które potem staną się częścią monarchii jagiellońskiej i Rzeczypospolitej szlacheckiej. Wesele, tryzna, czyli rodzaj stypy z pojedynkami, uczty - tym wydarzeniom towarzyszył alkohol. Z biegiem czasu piwo zapewne zaczęto pić codziennie, jak wszędzie w Europie, gdzie nie istniała z przyczyn klimatycznych kultura winna.
Istnieje na ten temat kilka półlegendarnych przekazów. Książę kijowski Włodzimierz zwany Wielkim szukał stosownej nowej wiary monoteistycznej. Jak czytamy w Kronice staroruskiej, rozesłał więc na wszystkie strony posłów, by zdali mu relacje z wyznawanych wiar w Boga Jedynego. Gdy okazało się, że Mahomet zakazał muzułmanom pić wino i piwo, odraczając tę gratyfikację, tak jak współżycie z wieloma hurysami, pośmiertnie w raju, Włodzimierz nie chciał przyjąć takiej wiary. Po pierwsze sam miał kilkanaście żon i podobno 800 konkubin. A po drugie: "Dla Rusi picie jest weselem, nie możemy bez tego być". Przyjął więc w 988 roku chrzest w duchu bizantyjskim, gdzie wino było częścią sakramentu mszy świętej.
W X wieku wielkiej księżnej kijowskiej Oldze groziło niebezpieczeństwo w postaci wymuszonego zamążpójścia. Jednakże przebiegłej niewieście udało się tak podejść wysłanych wojów Drewlan, że przystąpili oni do uczty. Księżna spiła ich na tryznie, po czym "kazała drużynie swojej siec Drewlan; i zasiekli ich pięć tysięcy"16. Co ciekawe, ani Włodzimierzowi, ani Oldze nie przeszkodziło to stać się świętymi Kościoła prawosławnego.
Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa w 966 roku do Polski wlało się szerzej także wino. Napój ten nabrał znaczenia sakralnego, gdyż był używany podczas eucharystii. Stał się tak ważnym elementem liturgii i wiary, że w XI wieku w Gnieźnie i koło Poznania usiłowano zakładać winnice: wskazują na to pestki winogron odnalezione przez archeologów. Nie było też rzeczą przypadku, że wyobrażenie tłoczenia winogron nogami dziewoi (kmiecia?), dzierżącej w lewej ręce winne grono, znalazło się na bordiurze Drzwi Gnieźnieńskich. Rzecz do końca nie jest jednak wyjaśniona, chyba że przyjmiemy, iż na ziemiach polskich we wczesnym średniowieczu panował znacznie łagodniejszy klimat niż w późniejszych, na przykład XVII-wiecznych czasach "małej epoki lodowcowej" czy nawet obecnie. Niemniej jednak próby zakładania winnic na ziemiach polskich były podejmowane, o czym świadczy działalność Ottona biskupa Bambergu, który sprowadził na Pomorze "pełne naczynia sadzonek winnej latorośli [...] aby przynajmniej do celów kultowych ziemia ta wino rodziła"17. Głównym jednak źródłem zaopatrzenia w winny trunek był zapewne import.
Wino napływało do państwa gnieźnieńskiego prawdopodobnie z Austrii, znad Renu, może z Moraw, które stały na znacznie wyższym poziomie cywilizacyjnym niż formujące się państwo Piastów. Alpy początkowo były zbyt dużą przeszkodą, by docierały nad Wisłę wina włoskie. Z zastrzeżeniem, że jeśli Anonim piszący pierwszą kronikę Polski był Włochem z Wenecji, to prawdopodobne jest, że i stamtąd napływało wino na potrzeby dworu i Kościoła. Import z południa nie był jednak znaczący, o czym świadczą odnalezione "korczagi - specjalnego kształtu smukłe amfory, wewnątrz polewane, służące właśnie do przewozu i wina, i oliwy. To tylko jednostkowe znaleziska, poświadczające wyjątkowość ich zawartości", pisze Maria Miśkiewicz18.
Początki Polski są owiane tajemnicą, więc niemal nic nie wiemy także o obyczajach alkoholowych na dworze Mieszka I. Ale za panowania jego syna i następcy pęka ogromny bukłak z alkoholem: w opisach czasów Bolesława Chrobrego dziejopis Anonim nie szczędzi nam bowiem obrazów z obyczajów dworu. Dowiadujemy się, że na rzecz Kościoła gnieźnieńskiego król "nadał mu dziesięcinę ze wszystkich karczem kilku powiatów". Stąd między innymi wysnuwamy wniosek, że władca pełnił funkcję patriarchy, czyli pana wszystkich ziem, dóbr, w tym owych szynków.
Warzeniem piwa i syceniem miodu zajmowali się książęcy fachowcy zwani braxatores, którzy wyrabiali trunki na miejscu składania danin. Sycenie miodów było znane od dawna na ziemiach polskich, skoro poświadczenie dokumentalne znajdujemy pod rokiem 1067, gdzie występuje słowo "sycera", którą "lud w powszechności za lekarstwo poczytywał i poczytuje". W czasie produkcji miodu i piwa ludność musiała utrzymywać owych braxatores, po czym trunek trafiał do karczmarza zwanego tabernarius. Dopiero wtedy kmiotkowie mogli się napić, być może także tego, co sami uwarzyli za zezwoleniem patriarchalnego pana19.
Wyprawy pierwszego króla polskiego odbywały się nie tylko w potokach krwi, ale i wylewanego na ucztach alkoholu. Niewykluczone, że miody sycone, piwo i wino stały się w tym przypadku, jak w wielu innych, jedną z sił napędowych ekspansjonizmu Bolesława Chrobrego. Napędzały go do działania i znieczulały na nieszczęście innych. Stały się też instrumentem rządzenia w czasach, gdy integracja wokół jednego ośrodka władzy była bardzo utrudniona, o czym dalej. Podobnie było za panowania wiecznie podpitych lub wręcz pijanych Merowingów we Francji - nim nie przyjęli chrztu i trochę się ucywilizowali.
Pisał Anonim o Chrobrym: "Miał zaś król dwunastu przyjaciół i doradców, z którymi oraz ich żonami wielokrotnie, zbywszy się trosk i planów, lubił ucztować i posilać się; z nimi też poufalej prowadził tajne narady królestwa. Gdy tak wspólnie ucztowali i weselili się, a mówiąc o tym i owym, wspomnieli przypadkiem owych skazanych z racji ich rodu, król Bolesław ubolewał nad ich śmiercią ze względu na zacność ich rodziców i wyrażał żal, że kazał ich stracić. Wtedy czcigodna królowa, ręką głaszcząc pieszczotliwie zacną pierś króla, zapytywała go, czy sprawiłoby mu to przyjemność, gdyby przypadkiem jakiś święty nie wskrzesił ich z grobu. Król odpowiadał jej, że nie ma nic tak kosztownego, czego by nie dał, gdyby ktoś mógł ich z tamtego świata przywołać". Żona i czujni doradcy wykorzystywali zatem dobry humor Bolesława dla ocalenia niektórych skazanych.
"Weselenie się" chyba nie brało się znikąd w tych groźnych czasach, więc jest ponad wszelką wątpliwość, że na ucztach pojawiały się napoje oszałamiające. Żona Emnilda (?) i doradcy króla wiedzieli zapewne, że alkohol pity na ucztach zmienia niebezpieczną bestię drzemiącą w Chrobrym, który na przykład zapowiadał Rusinom, że ich krew "ubroczy kopyta koni moich" i słowa dotrzymywał, w prawdziwego baranka. "Mądra i wierna królowa oskarżała się jako winna i świadoma pobożnego podstępu, i wraz z dwunastoma przyjaciółmi i ich żonami padała do nóg królowi, prosząc o przebaczenie winy własnej i skazańców". Król się zapewne godził, podnosił ją z ziemi, "pochwalał jej cnotliwy podstęp", po czym skazańcy pojawiali się w pokorze przed obliczem króla. Jedyną karą była chłosta dokonywana osobiście w łaźni przez weselącego się nadal króla. Miała ona raczej charakter symbolicznego, ewangelicznego oczyszczenia20.
Choć Anonim nie pisze wprost o pijanym królu, to opowiada o tych zdarzeniach w kontekście uczt. Na związek picia ze stanami emocjonalnymi wskazywałaby też zmienność nastrojów Chrobrego, który szafował wyrokami śmierci, by na ucztach godzić się na ich odwołanie. Trudno jednak ustalić, czy była to jedynie symboliczna opowieść Galla, czy zasłyszany przekaz ustny, czy też stosowna baśń służąca budowie pozytywnego obrazu wybitnego władcy. Liczby i sceny przytoczone przez Anonima w Kronice mają bowiem wyraźny kontekst biblijny i ewangeliczny. Dwunastu przyjaciół siedzących na owych ucztach -wieczerzach przypomina dwunastu apostołów czy też dwunastu doradców z innych przekazów o Karolu Wielkim lub Bolesławie Krzywoustym.
Także opowieść o trzech dniach biesiadowania i najlepszym winie podanym przez Bolesława Chrobrego na zjeździe gnieźnieńskim w 1000 roku trzeciego dnia miała za cel budowanie wizerunku władcy stygmatyzowanego jako powielenia obrazu Chrystusa. Tak sądzą historycy Czesław Deptuła i Marian Dygo21. Zabiegi pisarskie Galla sprawiły, że powstała i utrwaliła się legendarna postać Bolesława, który miał być "wspaniały, szlachetny, cnotliwy, sprawiedliwy, szczodrobliwy", a za jego panowania Polska miała swój wergiliuszowy "wiek złoty"22.
Tymczasem Chrobry był początkowo okrutnym księciem rozbójnikiem, jakich wielu żyło w średniowieczu i później. Okrucieństwo władcy było wówczas cechą niezbędną, gdyż państwo byłoby skazane na podbicie przez innych, gdyby samo bezwzględnie nie podbijało sąsiadów lub nie zawierało stosownych sojuszy. Struktury władzy także załamywałyby się, gdyby nie system uczt dla elit i swoista rodząca się drabina nie tylko krewniacza, lecz także "wspólnoty ucztujących".
Do niedalekiego Magdeburga docierały wieści o księciu piwoszu, jak nazwał Chrobrego niechętny mu biskup merseburski Thietmar. Kronikarz ten opowiadał też o znamiennym zdarzeniu podczas kolejnej wyprawy Chrobrego walczącego w 1004 roku z królem niemieckim: "Kiedy w tym czasie pewnego dnia Bolesław siedział przy uczcie, jeden z naszych, kapelan biskupa Reinberna, odezwał się tam na temat przybycia naszego [niemieckiego - J.B.] wojska". W odpowiedzi król polski ironizował, że "toć gdyby posuwali się jak te żaby, mogliby już tu przybyć"23.
Gdy studiuje się kroniki i ślady dokumentów dotyczących rodzącej się Polski, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że król i książęta albo się bili, albo biesiadowali. Nie było to niczym osobliwym na tle Europy. Albowiem ucztowanie nie było rzeczą naganną, jeśli nie przeradzało się w dziką pijatykę: oznaczało ono jeden ze sposobów administrowania - i było metodą bodaj najbardziej skuteczną. W ten sposób wojna, picie i władza weszły w przenikające się związki jako środki integrujące nowo powstałe państwo - w czasach gdy inne spoiny, jak chrześcijaństwo i związana z tym wielka kultura, dopiero napływały do Poznania i Gniezna, cementując państwo Polan.
"I ucztować Bolesław lubił wspaniale nie tylko z 12 doradcami". Oni tylko stanowili radę królewską, skąd władza spływała niżej. Król "każdego dnia powszedniego kazał zastawiać 40 stołów głównych, nie licząc pomniejszych", pisze Anonim. Wprawdzie owe 40 stołów może oznaczać, jak oceniał Jacek Banaszkiewicz, "wielkie zagłębie żywnościowe" dla urzędników i ich rodzin z czterech stron świata, ale może też mieć znaczenie inne, symboliczne, archetypowe czy też biblijne24.
Gall Anonim wyraźnie usiłował stworzyć wielką legendę Bolesława Chrobrego, przodka jego chlebodawcy, Bolesława Krzywoustego. Nie wydaje się jednak, by owe uczty na 40 stołów były jedynie zmyśleniem pierwszego dziejopisa Polski. Swą politykę uprawiał Chrobry mieczem, okrucieństwem, a także "przez bufet", inicjując polską wersję rządów "kija i marchewki". Wysyłał komesów do grodów, "aby tam, jako jego namiestnicy, miastom i zamkom urządzali biesiady, a jego wiernym poddanym rozdzielali szaty". Znów przypomina to ewangeliczny motyw wysyłania "12 apostołów" czy też "70 posłańców".
Kryły się za tym całkiem ziemskie realia. Uwzględniając zamiłowanie rodzaju ludzkiego, a więc i Polan, do pijanej zabawy i prezentów, król Bolesław znakomicie trafiał w żądzę ludycznej, pijanej zabawy, ukojenia lęków w alkoholu i blasku pańskiej łaski i wykorzystywał to do własnych celów. Stosując te instrumenty administrowania, tocząc wojny integrujące elity i wodzów wokół władzy króla, zapraszając do swych stołów na uczty ówczesną arystokrację, Chrobry wyniósł młode państwo do pozycji potęgi. System administracyjny kreowany poprzez hierarchiczne ucztowanie okazał się bardzo sprawny, skoro król odniósł tyle sukcesów. A przy okazji budował pośród weselących się poddanych swą złotą legendę.
Oczywiście Bolesław Chrobry niczego nie wymyślił. O tym sposobie sprawowania władzy czytamy na przykład w Biblii. Oto król perski Aswerus zwołał na naradę "najdzielniejszych Persów i Medów". Trwała ona aż 180 dni. Po niej Aswerus wydał ucztę "na zamku w Suzie od największych do najmniejszych przez siedem dni na dziedzińcu ogrodu przy pałacu króla"25. Zważywszy, że siódemka u ludów Wschodu oznaczała nieskończoność, była to niekończąca się uczta, póki zdrowie pozwalało. Podobne biesiady na tysiące stołów miał wyprawiać władca perski Dariusz.
Ucztowanie Chrobrego z cesarzem Ottonem trwało tylko trzy dni. Z jakiegoś powodu Anonim tę liczbę przytoczył; zapewne był to zwyczajowy czas odświętnego ucztowania. Ale być może miało to odniesienie do osławionej trzydniówki, którą inicjują ludzie mający problem z alkoholem. Znamienne jest jednak, że po zakończeniu uczty Bolesław kazał cześnikom i stolnikom "zebrać ze wszystkich stołów z trzech dni złote i srebrne naczynia, bo żadnych drewnianych tam nie było, mianowicie kubki, puchary, misy, czarki i rogi, i ofiarował je cesarzowi".
Przewaga naczyń do picia wskazywałaby, że pito tam sporo napojów oszałamiających; trudno uwierzyć, by była to jedynie woda źródlana czy słabe piwo jęczmienne. Zapewne raczono się winem i miodami pitnymi. Chrobry musiał się jednak hamować przed nadużyciem alkoholu, gdyż młodziutki cesarz niemiecki słynął z religijnej egzaltacji, a ta wykluczała upijanie się.
O ucztowaniu za czasów króla Bolesława Śmiałego Anonim milczy. Za to sporo wiemy o porywczości króla, która skończyła się katastrofą rozsiekania biskupa krakowskiego Stanisława ze Szczepanowa, późniejszego świętego. Nie wiemy, jaki wpływ na gwałtowność Śmiałego miał alkohol. Anonim pisze, że po wykryciu zdrad żon swych wojów król oderwał owym kobietom niemowlęta od piersi i "nie wzdragał się przed tym, żeby im szczenięta przystawiano. A tak dalece brzydził się strojem kobiecym, że dokądkolwiek szedł, kazał ze sobą prowadzić zamiast żony bydlę juczne, ozdobione purpurą i bisiorem. Twierdzą również niektórzy, że nadużywał go w znaczeniu odrażającym", pisał kronikarz wielkopolski. "Pewne jednak pisma, na których trzeba się opierać, utrzymują zgodniej z prawdą, że tak nie było"26.
Gwałtowność króla wyzierająca z kronik zapewne nie była zmyślona. Być może w przypływie wściekłości istotnie sam władca rozsiekał swego niedawnego przyjaciela, biskupa Stanisława. Czy tłumaczyły go jedynie okrutne czasy i osobiste traumy? Nadużywanie trunków w obrębie władzy było powszechne i przeradzało się w pijaństwo, skoro Anonim chwali przy okazji młodziutkiego Bolesława Krzywoustego, swego księcia dobroczyńcę: "A więc wojowniczy Bolesław, ponad ucztowanie i pijatykę przedkładając rycerskie rzemiosło i łowy, pozostawił starszych z całym tłumem przy biesiadzie [a sam] z niewielkim orszakiem udał się w lasy na łowy, lecz myśliwi natknęli się na wroga. Pomorzanie bowiem rozpuścili zagony po Polsce". I oczywiście młody Bolesław ich powstrzymał, a nawet doczekał się pomocy tych, "co siedzieli przy uczcie"27.
W jakim stanie walczyli - trudno orzec. Wino na dworze Władysława Hermana i Krzywoustego musiało być jednak w dość powszechnym użytku, skoro Anonim dedykuje swym dobroczyńcom, u których żyje na łaskawym chlebie, piwie i winie:
Nie moje, lecz wasze oglądajcie,
nie rękę, lecz złoto uważajcie,
nie kielich, lecz wino wypijajcie!28
Potwierdza to Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem, opisując stypę u "króla Pompiliusza" (chodzi zapewne o księcia Popiela): "Gdy czyste wino nieco rozwiało ich smutek, król prosi, aby go odwiedzili i w jego obecności, wzajemnie przy pucharach zachęcając się, mile się pocieszali".
W tej opowieści pojawia się element dramatyczny, gdyż owi zaproszeni byli spiskowcami, którzy chcieli otruć "króla". Jednakże ten ich wyprzedził, wino podawane przez "króla" było zatrute i zamiast władcy spiskowcy wyprawili na tamten świat siebie29. Oczywiście mamy tu do czynienia z legendą, ale kontekst wskazuje, że w XII-XIII wieku, kiedy to Mistrz Wincenty pisał uczoną księgę, wino było już wówczas na dworach polskich i w klasztorach w dość powszechnym użyciu. Mieszkańcy osad czy grodów zapewne nadal pili piwo, racząc się nim obficiej podczas świąt i uroczystości.
2. Piastowski instrument polityczny
Nadeszły czasy rozbicia dzielnicowego. Jak widzieliśmy, już Chrobry wykorzystywał biesiadowanie jako środek administrowania krajem. Alkohol odgrywał nieocenioną rolę podczas tworzenia wspólnot plemiennych i państw, podobnie jak wojna. Upojenie uskrzydlało, dawało poczucie jedności, tak jak zagrożenie rodziło przyjaźnie i łączność z grupą.
Władcy Polski, podobnie jak inni, nie mogli funkcjonować skutecznie w społecznej próżni. Aby nie zostać zrzuconym z tronu albo otrutym, zaszlachtowanym czy zaduszonym, musieli tworzyć wokół siebie jak najliczniejszą warstwę stronników. Musiał też książę dbać o swoją duszę. Najłatwiej mógł to czynić przez nadania dóbr, lenn, oddawania regale (regaliów), czyli części gospodarki zastrzeżonej dla panującego, z czego korzystali wielmoże, duchowieństwo i tworzący się stan rycerski. W ramach tego procesu w ręce szlachty i wyższego kleru dostawały się między innymi karczmy, jako utilitas, "integralna część własności nieruchomej"30.
Jednocześnie na dworach książęcych coraz większego znaczenia nabierał urząd stolnika i podczaszego. Godności te panujący powierzali najbardziej zaufanym wielmożom, gdyż w dobie walk o władzę używano różnych sposobów. Przez dawną Polskę, tak jak przez inne państwa, przetoczyła się fala podejrzeń o otrucia: według Roczników Jana Długosza księcia wrocławskiego Henryka Białego w 1266 roku otruli jego zbuntowani rycerze, "których podejrzewano o podanie trucizny wymienionemu Henrykowi"31. Potem krąg podejrzeń o przyśpieszenie jego zejścia z tego świata obejmie niemal wszystkich piastowskich książąt śląskich. Być może było w tym wiele ziaren prawdy. Dlatego rola kucharzy, dworzan i urzędników usługujących do stołu i próbujących potraw i napojów przed podaniem ich księciu nabierała takiego znaczenia.
Zresztą władcy piastowscy nie wyróżniali się w tym względzie spośród innych władców zachodniej i wschodniej Europy. Chodziło raczej o to, czy umieli wykorzystywać wpływ alkoholu na decyzje polityczne i na innych, czy też poddawali się jego wpływowi. Albowiem książęta nadal rządzili "przez stół", ciesząc się na ucztach i dorywczych pijatykach, niekiedy traktując je jako niezbędną część działań wojennych, co było wysoce ryzykowne i nierozważne.
W 1146 roku pod mury Poznania dotarł Władysław Wygnaniec, usiłując dopaść tam swych braci Bolesława i Mieszka, pretendentów do tronu krakowskiego. Pewny zwycięstwa Władysław pozwolił na rozluźnienie dyscypliny. Gdy oblężeni nie podejmowali akcji zaczepnych, "żołnierze Władysława rozeszli się z obozu i ze strzeżonych obwarowań, skoro oblężeni nie dawali sposobności do walki, odpoczywali albo oddawali się zbytkowi i pijaństwu. I tak w obozie Władysława panowało ogólne rozluźnienie, jakby wrogowie zostali już całkowicie pokonani. [...] Garstkę tylko pozostawiono na postojach i obwarowaniach, reszta rozproszyła się na wszystkie strony. Wielu się rozbiegło, aby oddać się rozpuście, część spędzała czas na zabawie i ucztowaniu. Niektórzy, wymiotując, po wczorajszym przepiciu się, zmorzeni snem leżeli bezbronni".
Na to tylko czekali obrońcy Poznania. Wypadli zza murów "niemal w samo południe, kiedy wrogowie byli raczej pogrążeni we śnie albo ucztowali"32. Im też przypadło zwycięstwo. W tej dydaktycznej opowieści Długosz zwraca uwagę na zgubną rolę alkoholu, który przyczynił się do rozprzężenia dyscypliny i w konsekwencji doprowadził do klęski. W rzeczywistości przyczyny porażki księcia Władysława były bardziej skomplikowane.
Ostatnim synem Bolesława Krzywoustego był Kazimierz Sprawiedliwy. Przeżył trudne dzieciństwo i młodość jako zakładnik na dworze Fryderyka Barbarossy. Nie został jednak psychopatycznym księciem dążącym do odzyskania swej ziemi i władzy za wszelką cenę; widocznie był niezwykle odporny psychicznie. I na dodatek nie upijał się w czasach powszechnego nadużywania lichych trunków; być może było to spowodowane obyczajami na dworze cesarskim usiłującymi nawiązywać do tradycji rzymskich i pracy duchownych czuwających nad moralnością dworu.
Niemniej jednak wielu braci Kazimierza i liczni możni w Polsce, Czechach, na Rusi i w Niemczech piło z pewnością ponad miarę, by złagodzić dziecięce strachy i realne zagrożenia. Granica między upiciem się czy też uzależnieniem a piciem jako spożywaniem napoju orzeźwiającego czy nasennego bywa płynna. Jak się wydaje, wraz z wlaniem się strugi wina i miodów syconych na dwory książąt piastowskich pijaństwo stało się tak powszechne, że nie zauważano go. Pisano za to o licznych biesiadach i laniu w gardła wielkich pucharów wina. Wiemy to stąd, że Mistrz Wincenty dostrzegał w XIII-wiecznej Polsce "nałóg biesiadowania".
Kazimierz Sprawiedliwy miał więc wszelkie dane, aby łagodzić alkoholem deficyty braku ojca i matki, niepewność własnej sytuacji, brak poczucia bezpieczeństwa i skrzywdzenia. Tak jednak się nie stało. Kadłubek zauważa: "Któż by nie wiedział, że nałóg biesiadowania nieprzyjacielem jest zacności? Biesiada bowiem, z nazwy i z rzeczy podszywając się pod uprzejmość [gospodarza], zwabia cnoty, upaja je, ba, zatruwa!". Kazimierz "pod osłoną jakowejś dobroduszności nie tylko hucznych uczt nie unika, lecz coraz częściej urządza bardzo okazałe i wystawne biesiady, a to z wielu powodów. Pierwszy to, aby z odurzonych umysłów innych ludzi dowiedzieć się, jakich zalet jemu [samemu] brakuje. Roztropność bowiem doświadcza się w zetknięciu z głupotą, tak jak głupota jest osełką dla cnoty" - opowiadał Mistrz Wincenty. "Po wtóre, aby poznać innych sądy o sobie. Swobodnym bowiem zwie się Bakchus i swobodne o wszystkim wygłasza zdanie. Po trzecie, aby od spojonych [gości] wydrzeć skrycie przeciwko sobie knowane zasadzki, których nie może wydobyć od trzeźwych. [Albowiem] opilstwo włamuje się do skarbca duszy, aby wyjawić otwarcie tajemnicę [strzeżoną] w trzeźwości. Po czwarte żaden rozsądny człowiek nie wlewa nektaru do pękniętego naczynia, bo wylałby się wszystek. I dlatego mąż mądry nie żałuje trudu, aby przezornie zbadać rozsądek tych, którym chce powierzyć poufne zamiarów tajemnice". Kazimierz "stosownie do chwili oddaje się godziwym ucztom, w takiej jednak mierze, iż nie pozwala pijaństwu brać nad sobą góry, skoro nie opuszcza go nieodłączna towarzyszka, trzeźwość umysłu"33.
Jeśli wierzyć Mistrzowi, Kazimierz nie uzależnił się od alkoholu. Za to nałóg ostro pijących własnych urzędników sprytnie wykorzystywał: uczty traktował jako ważny środek informacyjny. Pomimo powściągliwości w piciu wina książę krakowski był jednak oskarżany, że jest "pijanicą", który przyłączył się do "towarzystwa opilców".
Tworzący mu złotą legendę Mistrz Wincenty usiłował te opinie zdementować34. Paradoksem dziejów stało się zatem, że jeden z najtrzeźwiejszych Piastów, "osobliwa gwiazda ojczyzny", "wychyliwszy maleńki kubek - na ziemię się osunął i ducha wyzionął. Nie wiadomo, czy zgasł [tknięty] chorobą, czy trucizną" - pisze Kadłubek35.
Obraz księcia Mistrz Wincenty nakreślił piękny. Ale też wiemy, że biskup napisał Sprawiedliwemu panegiryk, tak jak przed laty uczynił to Anonim na usługach Bolesława Krzywoustego. Wiadomo bowiem, że Kazimierz zwany Sprawiedliwym nie był bynajmniej święty i miał inne uzależnienie: od hazardu. Uwielbiał grać w kości i to zdaje się dobrze oddawać jego charakter, bowiem dość ryzykownie poczynał sobie w politycznym życiu.
Jednym z najbardziej hulaszczych Piastów czasów rozbicia dzielnicowego stał się książę śląski Bolesław Rogatka, zwany także Cudacznym albo Srogim (ur. między 1220 a 1225-zm. 1278). "Książę Bolesław, syn zabitego przez pogan księcia Henryka, nic innego nie robił, tylko płatał głupie figle", pisał współczesny mu mnich36. Jego szaleńcze zachowania brały się w pierwszej kolejności z wychowania przez babkę, św. Jadwigę, która we włosiennicy, brudna, zwykła przemywać chłopcu twarz równie brudną wodą pozostałą z mycia nóg mniszkom. Mogło to wywołać trwałą traumę u malca i powodować odreagowania w młodzieńczym buncie: kiedy nieco podrósł, zlewał handlarkom mleko na Nowym Targu we Wrocławiu do jednego naczynia, a potem patrzał, jak się o to mleko biły. Zanosił się wtedy dzikim śmiechem.
Z biegiem lat jego cechy szaleńcze pogłębiło wyraźne uzależnienie od alkoholu. Rogatka zaczął wprowadzać niemieckie wzorce: między innymi wyprawił pierwszy poświadczony historycznie turniej rycerski na ziemiach polskich w 1242 roku we Lwówku Śląskim (Löwenberg in Schlesien, Leopolis). Zaczął też prowadzić swobodny tryb życia, odbiegający od dotychczasowych średniowiecznych chrześcijańskich wyobrażeń, dając się ponieść nowej fali szerzonej z Prowansji przez poetyckich truwerów i minnesingerów.
Po niemieckich marchiach i księstwach rozeszła się wieść o hulaszczym, zuchwałym księciu z rodu Piastów, co ściągnęło na dwór Rogatki wszelkiej maści awanturników, błędnych rycerzy, sadystycznych zbirów, udających rycerzy, których lubiąski kronikarz nazwał wprost rabusiami. Dwór stał się niemieckojęzyczny, a sam Rogatka usiłował się zniemczyć, co mu się zupełnie nie udawało. "Ten Bolesław Łysy według relacji ludzi godnych wiary nazywany był Cudaczny, był bowiem cudacznym w sposobie mówienia, z tego powodu, że mówiąc po niemiecku, tak słowa zniekształcał, iż wśród licznych słuchających śmiech wywoływał", czytamy opinię XVI-wiecznego Rusina (Bychowca), skompilowaną zapewne z innych przekazów37.
Aby pojmać swego brata, księcia głogowskiego Konrada I, w 1257 roku Rogatka zaprosił go na ucztę. Konrad domyślił się zamachu i przyjechał ze zbrojnymi, których ukrył koło wejścia do zamku. W ten sposób Bolesław Cudaczny wpadł w ich sidła, gdy usiłował aresztować brata. Z więzienia Konrad wypuścił go dopiero po spełnieniu żądań.
W pijackim życiu Rogatki nie brakło zapewne i bachanaliów, skoro zgodnie z nowymi trendami książę miał nałożnicę. Jego pijackie uczty przeplatały się więc z turniejami, recytacjami, śpiewami wagantów i minnesingerów. Oburzona żona Rogatki Eufemia wolała opuścić swego męża, bez kolasy i służby: "Wzgardzona przez owego [księcia - J.B.] z powodu najnikczemniejszej nałożnicy mizernego stanu, pieszo uciekła", czytamy w Kronice polskiej (polsko-śląskiej)38. Historyk Benedykt Zientara wiele zachowań Henryka Rogatki nazwał wprost bandyckimi, co na ogół odnosiło się do nadmiernego, niekontrolowanego picia. Również bałagan panujący w kancelarii Henryka, stojącej "na bardzo słabym poziomie", był wynikiem nieuporządkowanego, pijackiego trybu życia księcia39.
Nieco spokojniejszym admiratorem piwa był książę krakowski Leszek Biały (około 1186-1227). Uwielbiał ten napój i chyba się od niego uzależnił. Do narodowej legendy przeszła jego odmowa dana papieżowi w sprawie powinności wyprawy do dalekiej Ziemi Świętej. Jak każdy chrześcijański władca tej doby Leszek pod przysięgą zobowiązał się do krucjaty i nawracania pogan. Wytłumaczył się jednak papieżowi Honoriuszowi III, że z powodu pewnej choroby nie może pić wina ani czystej wody, a jedynie piwo i miód sycony. Dlatego prosił o zamianę krucjaty palestyńskiej na pruską, gdzie piwa ani miodu nie brakowało.
Papież podszedł do tej sprawy ze zrozumieniem. Specjalnym pismem z kwietnia 1221 roku nakazał biskupowi wrocławskiemu Wawrzyńcowi, proboszczowi głogowskiemu Piotrowi i dziekanowi łęczyckiemu Albertowi zbadanie tej kwestii. Duchowni wydali opinię korzystną dla księcia, który uniknął dalekiej wyprawy, nadal rozkoszując się pienistym napojem40.
Jednocześnie poprzez ten "unik piwny" Polska nie wpisała się w ruch krucjatowy, tworzący kolejną wielką, obok św. Graala, legendę zachodniej Europy. Polska nie dostała się w krąg tego wielkiego mitu, natomiast Leszkowi przyszło zginąć w kraju podczas zwołanego zjazdu książąt piastowskich: śląskiego Henryka Brodatego, wielkopolskiego Władysława Laskonogiego i właśnie małopolskiego Leszka Białego. Wszyscy byli pretendentami do tytułu księcia seniora. Feralnego dnia książęta zażywali kąpieli w łaźni, gdy zostali zaatakowani. Leszek półnagi wyskoczył z kąpieli, ale został dogoniony i zadźgany prawdopodobnie przez wojów księcia Władysława Odonica Plwacza i księcia pomorskiego Świętopełka.
Leszek Biały odchodził jako władca niedoskonały: Stanisław Zachorowski nazywał go ociężałym duchowo, pozbawionym talentu i energii, o słabej woli41. Duży wpływ na ową ociężałość i wolę Leszka mogło mieć spożywane piwo.
Z niektórych zwrotów w kronikach, czy też ex silentio (o czym napiszemy przy okazji księcia Przemysła I), możemy wysnuć wniosek, że w kręgach książęcych pito codziennie, podobnie jak w środowisku mieszczańskim, co najmniej dwa litry piwa. Być może przesada w piciu pośród książąt zdarzała się często, a nie tylko okazjonalnie, z powodu wesel, zjazdów, małżeństw, pogrzebów czy poselstw. Poza tym po latach codziennego wypijania nawet niskoprocentowego alkoholu część władców popadała w sidła nałogu, z całą konsekwencją dla zdrowia psychicznego i fizycznego.
Pewną wskazówką są dzieje księcia żagańskiego Konrada II zwanego Garbatym. Wyniesiony z probostwa wrocławskiego na patriarchę Akwilei pojechał w sprawie nominacji, jak sądził Długosz, do arcybiskupstwa w Salzburgu. W rzeczywistości miał zapewne objąć arcybiskupstwo we Włoszech. "Ale kiedy już dotarł do Wiednia [raczej chodzi o Wenecję lub Akwileję - J.B.] i dowiedział się, że Salzburg ma tylko wino, a nie ma przyrządzanego z pszenicy piwa, na którym wychował się od dzieciństwa, złożywszy godność arcybiskupa, wraca z Wiednia do Polski", pisał Długosz.
Jednakże w jego księstwie panował już brat Henryk III głogowski, który po powrocie Konrada II zakuł go w kajdany. Ujma była tak wielka, że w tymże 1303 roku uwięziony książę żagański i niedoszły arcybiskup zmarł. Długosz skwitował to tak: "[...] drobna przeszkoda odwiodła go tak łatwo od sięgnięcia po zaszczytną godność biskupa [...] moim zdaniem z powodu małoduszności, bo mógł z własnego i cudzego zboża kazać przyrządzić każdy rodzaj piwa i nie odrzucać paliusza" arcybiskupiego42.
Alkohol służył nie tylko jako codzienny napój i instrument politycznego działania, ale też jako broń militarna i fortel. Niekiedy dochodziło do sytuacji paradoksalnych. W czasie walki króla czeskiego Jana Luksemburskiego z biskupem Nankerem w 1339 roku grodu Milicz miał bronić kanonik wrocławski archidiakon Henryk z Wierzbna. Niestety archidiakon, uzależniony od alkoholu, dał się przekupić dwiema flaszami wina francuskiego i zamek oddał Janowi Luksemburskiemu. Staremu biskupowi Nankerowi pozostawało tylko wykląć króla, czym ten się zupełnie nie przejął. Śląsk przechodził coraz bardziej pod władanie czeskie.
Podczas wojen husyckich Czesi w 1427 roku podeszli pod Bolesławiec. Rada miejska skorzystała z broni alkoholowej, proponując husytom odstąpienie spod murów za beczki z piwem. Husyci przystali na ten rarytas i miasto ocalało. Za to Złotoryja, pomimo znakomitego piwa, i Lubin nie zdołały się wybronić okupem. Zostały spalone, a duchownych wymordowano43. Ponownie Bolesławiec ocalił się wykupem piwnym podczas walk wojsk Macieja Korwina i Kazimierza Jagiellończyka w 1469 roku o władzę nad Śląskiem44.
Wraz z rozwojem handlu i importem wina niektórzy Piastowie zaczęli odwracać się od pienistego napoju. Już w XIII wieku na stole Henryka Brodatego widzimy wino: zapewne traktowane jako dowód prestiżu władcy, skoro książę gniewa się, że jego żona, św. Jadwiga, pije wodę. Zgodnie z hagiograficznym życiorysem Jadwigi "cudowna zamiana" tej wody w wino miała uchronić księżnę przed konsekwencjami gniewu Henryka. Doceniając coraz bardziej napój z winogron, książęta piastowscy usiłowali zakładać winnice od Śląska i Małopolski po Wielkopolskę, a nawet Mazowsze, o czym świadczy osadzony w Trzebnicy winiarz Swarysz, specjalista wolny od wszelkich posług i świadczeń poza produkcją wina45. Także na zboczach Ślęży zapewne osadnicy flandryjscy założyli winnice, stąd nazwa osady: Wino. Natomiast Henryk Brodaty włączył kanoników regularnych do zagospodarowania Śląska - także w winnice.
Picie wina przez ostatniego z wybitnych piastowskich władców Śląska w 1222 roku usiłował wykorzystać kleryk Mikołaj. Zaprosił on Henryka Brodatego na "uroczystą biesiadę" wraz z trzema biskupami. Jej celem było podchmielenie księcia do tego stopnia, by uzyskać od niego fundację na założenie klasztoru w Henrykowie. Poczekano, aż na koniec uczty Henryk stanie się "bardziej ochoczy", i zgodę uzyskano. Sprawę jednak odwlekano i dopiero 6 czerwca 1228 roku po "wielkiej uczcie" syn Brodatego Henryk Pobożny za zgodą ojca założył klasztor w Henrykowie, oddając zakonnikom 100 łanów lasu do zagospodarowania.
Wielka, zasłużona w początkowym okresie, acz okrutna dynastia Piastów ulegała coraz większej degeneracji. Przyczyn było wiele, w tym polityczne, społeczne, medyczne itd., ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nadużywany czy stosowany nawet codziennie alkohol wpływał na stopniowe zwyrodnienie członków rodu. "Po latach [...] upodobania Piastowiczów uległy pewnej zmianie", zauważa Ryszard Kiersnowski. Mocniejsze wina, które niegdyś Grecy i Rzymianie rozcieńczali, pojawiły się na niektórych stołach piastowskich jako trunek główny. A zawierał on więcej alkoholu niż piwo i szybciej uzależniał.
Na przykład zniemczony książę oleśnicki Konrad Starszy z Piastów "wina mołdawskiego, włoskiego i wszelkiego słodkiego zagranicznego na równi z piwem używał"46. To jedne z pierwszych śladów importu wina z Mołdawii. Gdy w 1417 roku Konrad został biskupem wrocławskim, był już tak uzależniony od alkoholu, że bez wręczonej mu baryłki wina nie nadawał kandydatom żadnych beneficjów ani prebend. Było mu zapewne o tyle łatwiej pić, że mógł się zasłonić tym, czym dotąd zasłaniają się chrześcijańscy alkoholicy: Jezus też pił wino. Więc niech sobie ludzie plotą, co chcą, picie nie jest grzechem.
Biskup Konrad Piastowicz jawi się zatem jako nałogowiec. Wskazuje na to opis Długosza: był to "mąż czarniawy i złośnik, małej nauki, niskiego wzrostu, oddany obżarstwu, nieumiarkowany względem kobiet, w wydatkach rozrzutny, tłustego ciała, oczy miał ropiejące, w mowie jąkał się i bełkotał". Nie przestrzegał też żadnych ceremonialnych zachowań, "pochopny do wszelkiej płochości". Braki wyrównywał układaniem piosenek i tekstów religijnych, śpiewanych w kościołach, do czego miał podobno talent. Jego pijackie zwyczaje tolerowano, choć Długosz zżymał się, że od czasu ustanowienia przez tego księcia biskupa zwyczaju opłacania się baryłką przedniego wina przez starających się o prebendy i beneficja proboszczów obyczaj ten "był już stale zachowany".
Podobne upodobania miał biskup krakowski Dobiesław z Kurozwęk. "Bardziej ku światowym skierowany rzeczom i lubieżnościom cielesnym oddany", opisuje go Jan Długosz stojący na straży czystości Kościoła47. Nie wydaje się jednak, by biskup Dobiesław był uzależniony tak jak jego wrocławski odpowiednik: chyba po prostu lubił wino, kobiety i śpiew, zgodnie z nadciągającymi nowymi podmuchami włoskiego quattrocento, wiejącymi znad Alp.
Wino stało się wyróżnikiem awansu społecznego i dowodem pozycji spożywających ten trunek feudałów i przedstawicieli wyższego duchowieństwa. Sprowadzaniu tego trunku na ziemie polskie sprzyjało pojawienie się winnic na Węgrzech (w tym na pobliskiej Słowacji), w Austrii, Mołdawii i Czechach oraz okres ożywienia gospodarczego w XIII wieku. "Piękne to były czasy", pisze historyk Benedykt Zientara, również dla ludzi i gospodarki europejskiej. "Chłop znad Renu wędrował setki mil, by osiedlić się na Śląsku czy w Siedmiogrodzie, zmieniał pana, ale czuł się stale członkiem tej samej chrześcijańskiej wspólnoty"48. Nad Renem wyrabiano od dawna znakomite wina, więc zapewne z chłopami wędrowały beczki i bukłaki z winem oraz szczepy winorośli. Wydawały one jednak nie tak słodkie owoce jak na południu i wymagały też szczególnej opieki, aby nie przemarzły podczas srogich polskich zim.
Mocniejsze wina sprzyjały piciu ekscesywnemu, nieumiarkowanemu. W sferach rządzących było to dopuszczalne, ale wśród ludu mogło prowadzić do niekontrolowanych wybuchów. Dlatego nieumiarkowane picie wywoływało sprzeciw władzy, duchownych pijących powściągliwie i bywało potępiane. Upić się można było, a nawet wypadało w związku ze szczególnymi wydarzeniami, ale niezbyt często. Jak zwykle działał lęk przed karą i opinią społeczną; nikt nie chciał się znaleźć poza nawiasem grupy czy grodu.
Prawo do upicia się regulowane było świętami kościelnymi. Było dozwolone i uzasadnione w karnawale i po okresie postu, kiedy to stało się częścią chrześcijańskiej radości i ludycznej zabawy. Wtedy nawet niektórzy książęta czy biskupi przestawali się hamować. Podobno po 40-dniowym poście w 1352 roku książę brzeski Bolesław III zjadł naraz 13 kurczaków, zapijając to potężnymi haustami napojów. Po czym zmarł.
W gruncie rzeczy przed wpadnięciem w nałóg tak powszechnie spożywanego piwa najskuteczniej chroniła asceza i chrześcijańskie posty. Ascetyczne życie prowadziła wspomniana św. Jadwiga, księżna z Andechsów, żona Henryka Brodatego. Książę, widząc przemianę małżonki, sam zaczął się zmieniać. Wbrew modzie zapuścił brodę, zyskując przez to miano Brodatego, i wygolił sobie mniszą tonsurę (badacze spierają się jednak, czy nie była to naturalna łysina). Uduchowienie nie przeszkadzało mu wszak w realizacji wielkich planów politycznych. Sama Jadwiga pościła, jedząc dziennie trzy kawałki chleba zmieszane z popiołem, co doprowadziło ją do omdleń. Dopiero pod presją księcia i współtowarzyszek, jak zapewnia autor Żywota św. Jadwigi, w niedzielę i święta księżna zaczęła spożywać ryby i nabiał, zapijając je piwem, a nie jak dotąd przegotowaną wodą49.
Za sprawą Anny czeskiej oraz trendów przenikających epokę ascetyczne życie wiódł także Henryk Pobożny, który zginął pod Legnicą w 1241 roku. Podobny wpływ wywarła św. Kinga na Bolesława Wstydliwego, znacznie eskalując jednak ascezę. Odmawiała mężowi współżycia, pomimo że leżeli razem w jednym łożu. "Ach, cóż to za małżonka, która ani nogi, ani najmniejszej cząstki gołej ciała księcia swego nie chce oglądać", wzdychały damy dworu, rozumiejąc cierpienia władcy50.
Niezwykłym władcą stał się też według Kroniki wielkopolskiej książę poznański Przemysł I. Ten zdolny władca "pychą gardził, pijaństwa zupełnie unikał. Nigdy nie widział go nikt pijanego. Jadł umiarkowanie, miodu przez wiele lat nie pił, lecz piwo i wino. Było ono tak rozcieńczone, że ledwie miało smak wina. Kąpieli przez dobre cztery lata przed śmiercią nie używał"51. Przemysł I był zatem księciem tak wyjątkowym na tle innych, coraz bardziej degenerujących się niektórych Piastów, że zasłużył na wzmiankę dotyczącą jego wstrzemięźliwości. Nieco gorzej wypadł jego syn, Przemysł II, pomimo koronowania się na króla i odnowy idei jednego państwa polskiego. Był podejrzany o zlecenie zaduszenia poduszką własnej żony, młodziutkiej Ludgardy, co przeszło do ludowej legendy.
Piwo stało się napojem pospolitym i na dworach monarszych Europy zaczęło dominować wino. Jego picie podnosiło rangę wielmożów i było upragnionym napojem upajającym dla plebsu. Kiedy król czeski i polski Wacław II wstępował w 1297 roku na tron praski, wyprawił uroczystości, które przewyższyły wszystko, co widział ówczesny świat. Wino wypływało ze studni przy kościele na Nowym Targu w Pradze dla wszystkich, a tysiące ludzi na łąkach, stołach i w namiotach rozstawionych na dzisiejszym Smichowie objadało się i upijało do nieprzytomności. Możni bawili się w ogromnym drewnianym budynku wybudowanym specjalnie na tę okazję.
Sam król, tak rozrzutny, cierpiał jednak na swoisty obłęd: lękał się burzy i grzmotów. Chronił się przed nimi, zamykając się w specjalnej skrzyni wyłożonej relikwiami świętych. Wierzył, że gromadzone szczątki, osadzane w misternych relikwiarzach, uchronią go przed nieszczęściami.
Jednak gdy jego "dobra żona" Guta (Jutta) zmarła, Wacław zaczął koić lęki w promiskuitycznym seksie. Ale i to nie uspokajało go na długo: stał się skrajnie zmienny, przenikało go poczucie grzechu. Coraz częściej usiłował odpokutować orgie i pijatyki w celach klasztoru zbrasławskiego, biczując się, modląc i umartwiając.
Wacław II nie mógł w ten sposób długo żyć: zawsze był wątły, chorowity, zalękniony, a jednocześnie inteligentny, bardzo ambitny, dążył do zbudowania wielkiego imperium. Niektóre zamierzenia tego niepiśmiennego władcy, jak próba erygowania uniwersytetu w Pradze, budzą dotąd nasz podziw. Zmarł młodo, mając 34 lata, wyglądał jak starzec, do czego alkohol zapewne się przyczynił.
Syn Wacława II, młodziutki Wacław III, napatrzył się aż nadto na obyczaje ojca na Hradczanach i w podróżach, kiedy to uwijały się wokół niego rozbawione panie. Zapewne przyjął to za normę. Gdy ojciec zamknął powieki na zawsze, 16-letni wówczas Wacław III usunął starych mentorów, oddając się rozrywkom typowym dla młodzieży. Uwielbiał biesiady z rówieśnikami, po których podchmieleni winem rycerze ze swym panem wbiegali w praskie uliczki. Tamże zaczynali wieczorne i nocne "polowanie na dziewczęta", zapewne ladacznice, gdyż o tej porze porządne panny marzyły o swych książętach, leżąc na wypchanych słomą poduchach, wtulone w ciepłe pierzyny, a bywało, że spały "w nogach", we wspólnym łożu rodziców.
Podczas kolejnych walk o koronę polską Wacław III zastawił dobra pod pożyczki na armię i ufundował klasztor we Wsetinie "na okoliczność zwycięskiej wyprawy", by sam Pan Bóg wsparł jego górne zamierzenia. Po czym pomaszerował latem 1306 roku pewny siebie, wesoło, jak na młodego rycerza i hulakę przystało, przez Ołomuniec na Kraków.
Oddajmy głos Janowi Długoszowi opisującemu, co stało się dalej. W swej relacji opierał się on na czeskiej Kronice Pulkawy: "Ale kiedy dla oceny własnych i obcych sił zatrzymał się w Ołomuńcu, gdzie przybyli do niego niektórzy popierający go rycerze polscy, i w południe położył się do snu w domu dziekana Ołomuńca w jednej tylko koszuli z powodu nadmiernego upału, pewien rycerz, który już dawno na to czatował, trzeciego sierpnia [w rzeczywistości - 4 VIII 1306] zadał mu wiele dotkliwych ran i zamordował go, że dniami i nocami oddawał się pijaństwu i zaspokajaniu najsprośniejszych chuci ciała, grabił cudze dobra i gwałcił cudze żony. Wszyscy, którym powierzono straż przy królu, zupełnie tego nie słyszeli, zajęci załatwianiem własnych spraw lub pogrążeni w głębokim śnie"52.
Zabójstwa dokonano w rzeczywistości w domu komornika Albrechta ze Sternberga. Dotąd nie wiemy z pewnością, kto stał za tym zamachem: raczej nie król Niemiec Albrecht ani Władysław Łokietek jako domniemani inspiratorzy. Czeski badacz Józef Šusta wskazuje na odsuniętych przez Wacława III od władzy panów czeskich i być może ma rację. Możliwe, że zabójcą był niemiecki najemnik Konrad z Dotensteinu w Turyngii. Nie dowiemy się, co nim kierowało, gdyż wybiegając z domu, podobno ze skrwawionym mieczem, został zaraz rozsiekany przez zbudzone straże. Inne poszlaki wskazują też na rycerza Holena z Wildsteinu. Jest jednak raczej pewne, że wykorzystali oni przede wszystkim pijaństwo i rozwiązłość króla do wyrównania porachunków.
Wojna, jak wszędzie i zawsze, niosła ze sobą pasmo okropności i nieludzkiego okrucieństwa. Szczególnie doświadczył tego dążący do zdobycia korony nieustępliwy książę brzesko-kujawski Władysław zwany dla niewielkiego wzrostu Łokietkiem. Od Długosza wiemy, że Łokietek "popadał w błędy rycerzy i gwałcił dziewice i szlachetnie urodzone niewiasty"53. Na biesiadowanie nie miał jednak za wiele czasu: Długosz nawet nie wspomniał o uczcie po koronacji 1320 roku na Wawelu. Zauważył jednak, że Łokietek przeniósł koronację i stolicę do Krakowa, gdyż miasto mogło "zorganizować zarówno dla własnych obywateli, jak i dla obcych przybyszów rozrywki i zabawy oraz bardzo piękne i bezpieczne oglądanie wspomnianej uroczystości"54.
Najwybitniejszy Piast Kazimierz zwany Wielkim, syn Łokietka, mógł już zbierać owoce sukcesów ojca. Swe dorosłe życie rozpoczął mocnym akordem. Jako królewicz na przełomie 1329 i 1330 roku znalazł się na dworze węgierskim. To, co zobaczył w Wyszehradzie, oczarowało zapewne królewicza z wawelskiego dworu, gdzie panowała siermiężna surowość obyczajów dworu Łokietka, wiecznie dążącego do zjednoczenia Polski, niemającego czasu ani zrozumienia dla sztuki czy wykwintnych manier. Kazimierza oczarowała śliczna dwórka Klara Zach, którą celowo przedstawiła mu jego siostra Elżbieta. Gdy Klara zjawiła się w sypialni królewicza, została "zgwałcona przez księcia Kazimierza i do syta wykorzystana, w tajemnicy mówi swemu ojcu Felicjanowi o swym zhańbieniu, prosząc, aby pomścił jej sromotną hańbę", czytamy relację Długosza55. I tak doszło w kwietniu 1330 roku do krwawej zemsty rozwścieczonego ojca na królu węgierskim Karolu Robercie i jego żonie Elżbiecie, córce Władysława Łokietka. Zresztą nie do końca wiemy, czy chodziło tu o akt zemsty, czy o spisek magnatów zawiązany przeciwko Karolowi Robertowi.
Kazimierz był wówczas żonaty z Aldoną Anną litewską. Nie wiemy, czy już wtedy uwielbiał biesiadowanie, jak to stanie się widoczne w następnych latach. Chyba tak, skoro sama Aldona, córka księcia Giedymina, pomimo szlachetności i uległości mężowi, "oddawała się jednak zabawom, tańcom i świeckim uciechom, takich bowiem umiejętności nabrała od dziecka u barbarzyńskich rodziców", biadał najwybitniejszy kronikarz polski. "Nawet w czasie podróży wozem jechały przed nią bębny, harfy, skrzypce i różnego rodzaju instrumenty, grając do taktu". Miało być przyjemnie na wschodni sposób, ale za tę skłonność do rozkosznego życia zdaniem Długosza Aldona została pokarana "nienaturalną i straszną śmiercią" w 1339 roku56.
W czerwcu 1340 roku pojawili się w Krakowie synowie oślepłego już króla Czech Jana Luksemburskiego - Karol IV i Jan Henryk, książę Karyntii. Oprócz rozmów dotyczących sojuszu z Czechami i zakończenia konfliktów z Krzyżakami bracia wysunęli kandydaturę ich siostry i najstarszej córki Jana Luksemburskiego - Małgorzaty, wdowy po Henryku II, księciu dolnobawarskim. Oczekiwała ona Kazimierza w czeskiej Pradze.
Polski król przybył nad Wełtawę w początkach lipca. To był piękny czas, nie tylko ze względu na porę roku i pogodę: do Pragi przyjechał też król węgierski Karol Robert, zapewne z żoną Elżbietą. Kazimierz, doskonale zorientowany w związku dyplomacji z ucztowaniem, starał się zjednać i olśnić nie tylko królów, lecz także lud praski niezwykłą hojnością. "Ktokolwiek bowiem z mieszkańców Pragi albo i przybyszów czegokolwiek zapragnął, jego chleb i wino spożywał, a wszystkich radośnie i z wielką przyjaźnią obsługiwano", czytamy w kronice Franciszka z Pragi57. Król polski nie czynił tego jedynie z czystej gościnności, ale i z powodów politycznych: elity czeskie miały się przekonać o rosnącej sile polskiego państwa, pomimo że Polska prawie nie miała kopalni złota i srebra, jak Czechy czy Węgry.
Wielka reklama odniosła połowiczny skutek. Trzy dni po 28. rocznicy urodzin 11 lipca 1341 roku Małgorzata zmarła. Zdaje się, że chorowała od jakiegoś czasu; zaraz jednak pojawiły się oszczercze spekulacje, że umarła przerażona i upokorzona z powodu ślubu z rozpustnym "półpoganinem", żonatym poprzednio z Litwinką Aldoną.
Następną żoną Kazimierza Wielkiego została Adelajda heska. Kazimierzowi tak się śpieszyło do ożenku, że na miejsce wyznaczył Poznań, leżący bliżej Hesji niż Kraków, który Długosz mylnie podaje jako miejsce zawarcia ślubu.
Uroczystość odbyła się 29 września 1341 roku w katedrze poznańskiej. Ceremonii przyglądał się Karol IV Luksemburski, Bolesław mazowiecki, Bolesław brzeski i Jan ścinawski ze Śląska oraz zapewne inni Piastowie. Obok nich stał ojciec Adelajdy, Henryk II Żelazny, książęta brunszwiccy i hrabiowie. Jak podaje Kazimierz Jasiński, wesele nierozłączne z piciem wina trwało tydzień albo i dłużej. Trudno nie oprzeć się refleksji, że ówcześni władcy byli we władaniu nałogu albo na jego pograniczu, skoro potrafili pić tygodniami.
Z rozsianych uwag Długosza wiemy, że Kazimierz uwielbiał ucztować i nie wylewał nigdy za kołnierz58. Impet w piciu łączył z rozmachem w zmienianiu przaśnej, drewnianej Polski. Wiadomo, że jeszcze 4 października 1341 roku teść Kazimierza Henryk Żelazny bawił w Poznaniu, podczas gdy król hojną ręką oddawał mu kosztowne, złote i srebrne prezenty. Uczty, oprócz przyjemności życia na rauszu, były instrumentem: król polski umiał bowiem połączyć największy dotąd zjazd władców w Polsce z długą biesiadą i reklamą potęgi własnego państwa. Miało to zadziwić wszystkich - i zadziwiło, już choćby z racji prezentów, nadań i umiejętności picia potężnego wzrostem władcy podczas wielu dni bezustannego biesiadowania.
Kazimierz Wielki, jak powszechnie wiadomo, zasłynął z wydźwignięcia Polski z kryzysu, zintegrowania państwa i niezwykłego gospodarczego ożywienia. Dotyczyło to również kwestii napojów. Gdy wraz z kolonizacją na prawie niemieckim do Polski wlała się potężna rzeka rozmaitych piw, Kazimierz zadbał też o interesy mieszkańców polskiej stolicy i innych miast. Nad monopolem produkcji i konsumpcją piwa w stołecznym Krakowie miała czuwać rada miejska, a król zakazał wyszynku na pół mili od stolicy.
Zadbał też władca, aby poza mury miejskie nie przedostali się Izraelici. Wyznaczył im prawo handlu i szynkowania poza murami Krakowa w miejscu zwanym odtąd Kazimierzem. W ten sposób miejska produkcja i handel trunkami były prowadzone przez chrześcijan. A wyszynk był wówczas i później wysoce rentowny, zważywszy na powszechne picie piwa, jako podstawowego napoju gaszącego pragnienie i sycącego, oraz rosnącą konkurencję rodzimych miodów i wina z Węgier.
Skłonność Kazimierza do trunków połączoną z "nieumiarkowaną rozpustą" mocno krytykował Kościół. Oddaliwszy kolejną żonę, Adelajdę heską, "jawnie i pokątnie żył z nałożnicami, których tłumy, jak jakieś siedliska sromoty porozmieszczał w Opocznie, Czchowie, Krzeczowie i wielu innych miejscowościach", zżymał się Długosz59. Właściwie nikt nie był w stanie pojąć powodu oddalenia cnej żony; czy dlatego, że nie dała mu dzieci? Tłumaczono to sobie czarami, co jednak było stałym toposem w wyjaśnianiu niecodziennych miłości i zdrad małżeńskich od czasów najdawniejszych do "epoki rozumu". A może Adelajda zaczęła przestrzegać męża przed nieumiarkowanym stylem życia? Coraz częściej widoczny stawał się bowiem nie tylko królewski "zgubny nawyk do wielu kobiet", ale i "nałóg biesiadowania"60.
W rezultacie Kościół w trosce o duszę króla wysłał do Kazimierza odważnego wikariusza katedralnego krakowskiego Marcina Baryczkę. Napominał on króla, aby zaczął żyć po chrześcijańsku. Dotknięty do żywego Kazimierz kazał kanonika utopić w lodowatej Wiśle nocą z 13 na 14 grudnia 1349 roku, przez co, jak pisze Długosz, "częściowo dorównał swym przodkom, częściowo ich przewyższył", porównując ten czyn z kaźnią św. Stanisława.
O powiązaniu rozmachu w rządach z biesiadowaniem króla dowiadujemy się również z opisu słynnej uczty u Wierzynka. W ciepłym wrześniu 1364 roku zjawili się na Wawelu cesarz Karol IV, król węgierski Ludwik Andegaweński, król Cypru Piotr, książę mazowiecki Siemowit III, książę świdnicki Bolko II, książę Władysław Opolczyk i prawdopodobnie książę słupski Bogusław V z synem Kaźkiem oraz margrabia brandenburski Otto. "Wielka radość z powodu spotkania się w jednym dniu i miejscu tylu królów i z powodu ich pojednania wyciskała zarówno królom, jak i książętom i panom łzy, oznaki ich serdecznych uczuć", pisał Długosz.
Nawiasem mówiąc, płacz możnych tego świata był nieodłączną częścią spotkań aż do XVIII wieku. Czy wynikał on z nadmiernej emocjonalności? Jeśli tak, to skąd się brała owa emocjonalność? Czy przypadkiem nie z wypijanego nadmiernie i codziennie alkoholu? Nie wiemy: płacz męski mógł też być częścią maski kulturowej, gdyż tak "wypadało" czynić w poczuciu szczęścia i nieszczęścia; mógł też być dowodem ówczesnej chwiejności emocjonalnej. "I chociaż każdemu z królów, książąt i panów król polski Kazimierz przeznaczył specjalnych szafarzy spośród panów i szlachty polskiej, którzy ich zaopatrywali i służyli im pomocą, to jednak wszyscy otrzymali polecenie, że mają być posłuszni rajcy krakowskiemu Wierzynkowi"61.
W rzeczywistości spotkanie u Wierzynka było kongresem połączonym z wielką ucztą, na którą zadłużyła się rada miejska Krakowa. "A jak zostali ugoszczeni, uczczeni, obsłużeni i podejmowani chlebem, winem i wszelkimi rodzajami pożywienia i napojów, wszelkim ptactwem, rybami i innymi gatunkami mięs - szalony byłby, kto by o to pytał, bo nie powinno się pytać o to, co niepodobna opowiedzieć", zachwycał się francuski kronikarz Guillaume Machaut62. Oczywiście na stołach dworskich nie królowało piwo, jako napój zbyt pospolity, a wino. W przerwach pomiędzy wypijanymi pucharami zapadały ważne decyzje polityczne. Kazimierzowi chodziło o to, by uzyskać akceptację cesarza i króla węgierskiego dla swych planów małżeńskich i potwierdzenia praw sukcesji tronu dla ewentualnego swego dziedzica.
Monarcha zadbał też, aby radość uroczystości wyszła na ulice: "Na rynku miasta Krakowa w wielu miejscach król polski Kazimierz kazał umieścić kadzie i beczki niezwykłej wielkości, pełne najlepszego wina, a niektóre pełne owsa, i polecił je ciągle napełniać. Z nich wszystkich goście i zaproszeni czerpali nie tylko z potrzeby, ale i dla zachcianki". Król polski nie mógł być przecież gorszy niż czeski Wacław II, który, jak wiemy, w 1297 roku nakazał wypełnić studnię winem.
Biesiady trwały ponad 20 dni. Chodziło o to, pisał Długosz, by "królowie i książęta, utrwaliwszy między sobą przyjazne stosunki i zawarłszy pod uroczystą przysięgą układ o wieczystym pokoju", mogli ostatecznie się porozumieć. Trud ucztowania i ogromne wydatki opłaciły się królowi Polski politycznie, gruntując silną pozycję Polski wobec Krzyżaków i Litwy.
Jednocześnie Kazimierz, znajdując się pod presją rycerstwa, choć sam był zwolennikiem biesiadnego weselenia się przy kielichu, usiłował jednak zapanować nad zbytkiem szerzącym się w Krakowie pośród mieszczan. W specjalnym dekrecie ograniczył liczbę gości na weselach do 90, a liczbę dań do 5. W Gdańsku liczbę weselników ograniczono do 120 "na 10 stołów". Rycerstwo cieszyło się z ograniczeń mieszczaństwa, ale cóż z tego, skoro przykład zbytków i rozwiązłego życia szedł z samej góry, od króla...
Kazimierz zmarł nieoczekiwanie w 1370 roku, a wraz z nim odeszła dynastia Piastów. Król zlekceważył przeziębienie, z czego wywiązało się zapalenie płuc. Na dodatek leczony był przez jednego z lekarzy miodem syconym. Inni medycy byli przeciwni podawaniu choremu trunku, który najprawdopodobniej jeszcze bardziej osłabił 60-letniego króla. Zachodzi bowiem pytanie, czym tak silny i zdrowy w młodości król osłabił swój organizm, że nie przetrzymał krupowego zapalenia płuc? Czy nie przyczynił się do tego alkohol?
Znów nie wiadomo. Pomimo tonów krytycznych Jan Długosz wystawił jednak królowi piękną laurkę: wprawdzie Kazimierz "okazywał skłonność do ucztowania, miłostek i innych rozkoszy", był "łakomy" według dziejopisa, jednakże "odznaczał się niepospolitą roztropnością" charakteryzującą tylko "znakomitych władców"63.
Zważywszy na rozmach działań i dokonań Kazimierza, trudno nie zgodzić się z tą opinią. Nawet uwzględniając fakt, że do działań napędzało go także wino, biesiady i wdzięki kobiet. W końcu uczty były elementem sprawowania rządów, a w przypadku Kazimierza Wielkiego nie tyle wino rządziło nim, ile on winem.
3. Wiechy, wieńce i krzyżyki
Gospody, karczmy, oberże, szynki, gościńce istniały na ziemiach polskich zapewne od niepamiętnych czasów. Wspomina o nich Gall Anonim. Wielość ich nazw wskazuje na częstotliwość występowania i emocjonalny stosunek do miejsc, gdzie można było się napić, najeść i zabawić. Anonim pisał, że po śmierci Bolesława Chrobrego w 1025 roku "ani klaskania, ani brzęku cytry nie słyszano po gospodach" czy tabernach64.
Wnioskować stąd można, że gospody z piwem leżały przynajmniej wzdłuż największych szlaków handlowych i dostarczały księciu, a potem obdarowanemu feudałowi znacznych zysków. W zamian karczmy były otoczone opieką suwerena i właściciela jako miejsca w miarę bezpieczne. Karczmarze płacili daninę, początkowo na przykład w wosku czy nabiale, a później czynsz pieniężny.
Niektórzy jednak albo nieumiejętnie prowadzili interes, albo - co bardziej prawdopodobne - wskutek zamiłowania do trunków sami wpadali w długi. "W jednej zapisce z końca XII wieku czytamy nawet, że jakiś Boleta, człowiek wolny, utracił wolność, i poszedł za niewolnika za dług karczmiany, debitum tabernae, tj. zapewne za czynsz z karczmy zaległy panującemu"65. Może karczmę przegrał w kości, a może przepił, tego już się raczej nie dowiemy.
Musiał się bardzo ów Boleta przyczynić do bankructwa, gdyż ogólnie piwo pijano litrami i interes był raczej zyskowny. Według badań Richarda van Dülmena ludność w Niemczech już w okresie średniowiecza spożywała więcej piwa niż wody i mleka66. Nie inaczej było w Polsce, na co wskazuje rosnąca gwałtownie liczba szynków. Kultura piwna objęła też inne kraje Europy, od Wysp Brytyjskich z umiłowanym tam ciemnym piwem ale, przez Niemcy, po Polskę i Ruś.
Początkowo przymus propinacyjny spożywania trunków wyprodukowanych przez pana nie istniał. Warunki życia i picia były zupełnie znośne nawet dla kmieci w XIII-XIV wieku. W czasach rozkwitu osadnictwa na prawie niemieckim zasadźca sołtys lokowanej wsi na ogół otrzymywał prawo zakładania "wolnej karczmy" (taberna libera). Sołtys (zasadźca) osadzał wtedy karczmarza "zwykle dziedzicznie, za umówionym czynszem". Często nadanie szynku łączyło się z dzierżawieniem ogrodu z chmielnikiem, łanów ziemi, łąki, browaru i piekarni. Karczma polska w XIV-XV wieku stanowiła zatem centralny punkt życia wsi jako ośrodek produkcyjno-handlowy i jako lokal rozrywkowy. Ale, co ciekawe, Liber beneficiorum Jana Długosza wskazuje, że jeszcze większe dochody niż karczma przynosiły płody z ziemi związanej z dzierżawą czy posiadaniem szynku67. Być może dlatego, że karczmarz trzymał w swym ręku wszystkie produkty z uprawy ziemi służące warzeniu piwa.
We wczesnych wiekach polskiej państwowości karczmy wiejskie i miejskie szynki stały się nieodłączną częścią polskiego krajobrazu. Łączyło się to z akcją osadniczą na prawie niemieckim. Niektóre wsie zakładane były jednak wcześniej, więc bywało, że pojawiało się w jednej wsi kilka karczem. Związane to było także z rozrodzeniem się szlachty i dzieleniem jednej wsi na cząstki, do czego dochodziły jeszcze karczmy plebańskie. Wtedy dzierżawcy czy właściciele zmuszeni byli do umawiania się na dni wyszynku.
Dochodziło też do sporów rozstrzyganych przez sądy. Ważność karczem, sołtysich i plebańskich, potwierdzały statuty wiślicko-piotrkowskie z 1347 roku, ustanowione przez Kazimierza Wielkiego, biorące karczmarzy pod ochronę - "aby karczmarzom nikt gwałtu czynić nie śmiał"68. Prawo z 1433 roku zwalniało karczmarzy w Polsce od podatku podymnego (od chałupy), jeśli nie posiadali oni ziemi. Sołtys mógł też warzyć trunki i prowadzić wyszynk bez obciążeń na rzecz feudałów.
Ulgi te wynikały stąd, że właściciele czy zasadźcy musieli dbać o karczmarzy, gdyż od obrotów w gościńcach uzależniona była wysokość czynszu. Rola karczmy we wsi rosła, ponieważ miejsce to stawało się punktem centralnym, tuż po kościele czy kaplicy. W karczmie sołtys ściągał czynsze, daniny, sądził i karał. Pełniła ona funkcję sklepu i miejsca zgromadzeń.
Ponieważ był to czas wykształcania się herbowej szlachty, także spośród sołtysów, więc często bogatszy sołtys oddawał karczmę w dzierżawę. Świadczy o tym na przykład taki dokument: "Sołtys wsi Czeszek wypuszcza w roku 1437 w wieczystą dzierżawę dziedziczną całą karczmę", a arendarz ma płacić roczny czynsz w wysokości trzech kop groszy polskich, jednego wiertla lekkiego piwa z każdego warzenia, dobrego piwa w niedzielę za grosz mały i wiele innych mięs i ryb, czyniących z sołtysa zamożnego człowieka. Transakcja ta musiała być opłacalna dla obu stron, skoro byli chętni do obejmowania dzierżawy69. Oprócz tych tabern dzierżawnych istniały też karczmy pańskie (rycerskie, szlacheckie), karczmy chłopskie, posiadające niekiedy samodzielne browary jeszcze w czasach Stefana Batorego, oraz plebańskie.
W tych ostatnich dochodziło do niezwykłego zderzenia sacrum z profanum. Często bowiem pleban po odprawieniu mszy zmieniał się w karczmarza serwującego alkohol weselącym się wiernym. Było to w niezgodzie z postanowieniami synodów: już w 1279 roku legat papieski przywiózł polskim plebanom zakaz prowadzenia wyszynku trunków. Na niewiele to się zdało: "Dziekani jeszcze w XV wieku odprawiają sądy kościelne, przy czym sędzia wraz z podsądnymi upija się nieraz do nieprzytomności. Nawet śluby małżeńskie w karczmach księża błogosławią", pisze Jan Ptaśnik. "Wraz z chłopami siedzą księża całymi dniami i nocami po szynkach, razem jedzą i piją, razem grają w kości o pieniądz i napitek [...] W niedziele i święta w karczmach kler puszcza się w tany z kobietami wiejskimi, przyśpiewując nieprzystojne śpiewki". Przy tym "zabawy karczemne kończyły się nie tylko orgiami pijackimi, ale także bójkami podpitych biesiadników"70.
Dopiero surowe postanowienia władz kościelnych i ustawy synodalne powściągnęły sprzężenie funkcji karczmarza ze stanem duchownym. Coraz częściej klerycy zaczęli oddawać swe gospody w dzierżawę. Oczywiście i wśród duchowieństwa znajdowały się jednostki uzależnione. Zaczęto je jednak dostrzegać dopiero po zaniku średniowiecznej anonimowości i obawy przed grzechem. Na przykład w 1540 roku upomniany został imiennie ksiądz kanonik Jan (?) Lanczski, który "miał zwyczaj przesiadywać w karczmach i zajazdach, ze szlachtą i osobami świeckimi dużo pił i upijał się". Upomnienia nie pomogły, gdyż kanonik nie mógł się wyzwolić ze szponów nałogu alkoholowego i gier hazardowych, czemu zresztą sprzyjały nowe prądy renesansowej swobody w obyczajowości i kulturze71.
Karczma jako centralne miejsce spotkań i wymiany handlowej, gdzie rozprawiano o sprawach dotyczących wsi, kupowano wyroby rzemieślnicze i żywność, gdzie odbywały się zabawy świąteczne, odgrywała też rolę miejsca zebrań samorządowych. Wzmianka z 1320 roku informuje, że we wsiach założonych na prawie niemieckim w szynkach odbywały się sądy72. W karczmach, jak już cytowaliśmy, zawierano nawet śluby - do czasu gdy statut biskupa krakowskiego Jana Grota z 1331 roku uznał małżeństwa zawarte w karczmie za bezprawne73.
W wiekach XIV i XV pojawiła się na ziemiach polskich prawdziwa inwazja szynków. Przemarsze wojsk książąt wyprawiających się po koronę przestały nękać ludność w takim stopniu jak do czasów koronacji Władysława Łokietka. Państwo polskie stabilizowało się, pojawił się dobrobyt na ówczesną miarę. Na przykład w kluczu 14 wsi kujawskich działały 23 karczmy, co dawało imponującą liczbę 1 karczmy na 10 domów chłopskich. Podobne relacje możemy dostrzec na Śląsku, ziemi łęczyckiej i w Poznańskiem, a potem w Wielkopolsce74. Wraz z rozwojem gospodarki folwarcznej liczba ta będzie gwałtownie rosnąć, gdyż chciwość ludzka nie ma granic, podobnie jak chęć zerwania, choć na chwilę, kontaktu z rzeczywistością przez coraz bardziej umęczonych chłopów. Najłatwiejszą formą takiego oderwania się od rzeczywistości było picie. Okazjami w pierwszej kolejności były święta i zabawy okolicznościowe. Niektórzy wpadali w nałóg, co wykorzystywali dla wzbogacenia się sołtysi, a potem panowie feudalni.
Ci ostatni zaczęli przechwytywać karczmy jako źródło poważnych dochodów. W XV-XVI wieku, jak pisze Józef Burszta, "walka z karczmą sołtysią była jednym z najistotniejszych fragmentów ogólnego ataku na pozycję sołtysa". W statutach krakowsko-wareckich z lat 1420 i 1423 orzeczono, że dziedzic pan może usunąć nawet dziedzicznego sołtysa, gdyby ten nie spełniał swych obowiązków75. O takie oskarżenie nie było trudno, więc w XV-XVI wieku nastąpiło rugowanie sołtysów z karczem i przejmowanie ich przez panów. Dzięki temu browary szlacheckie zwolnione od podatków miały zapewniony zbyt piwa, a pojawiający się tu i ówdzie przymus propinacyjny sprawiał, że rosły zyski pana sprzedającego własne trunki chłopom.
Z biegiem wieków pan mógł karczmarza wykupić, "stąd też w XVII wieku karczmarze dziedziczni w dobrach prywatnych całkowicie zanikają, a z nimi zanika też średniowieczne prawo karczmy", pisze Burszta. Dziedziczny karczmarz zostaje zastąpiony dorocznym, który nie produkował trunków, a jedynie sprzedawał to, co wyprodukowano w wytwórniach szlacheckich. Gorzelnie i browary sołtysie zostały w ten sposób zniszczone przez szlacheckie produkty, a panowie herbowi zaczęli się bogacić nie tylko na eksporcie zboża, lecz także na przerabianiu go na alkohol76.
Czy chłopi pili nieumiarkowanie? Początkowo nie, gdyż w wiekach XIII-XV bariery ekonomiczne, teologiczne i kościelne skutecznie hamowały rozwój niekontrolowanego pijaństwa wśród kmieci. Opilstwo zdarzało się na ogół tylko w święta, jak to czytamy w satyrze Kolęda się z Allelują zwadziła z drugiej połowy XV wieku:
Ty, Kolędo, z wieczora łazuczesz,
Popoiwszy chłopy, szpetnie je potłuczesz.
Pamiętam ci łońskie twe wesele:
Żeś goliła przez brzytwy chłopy śmiele
- co oznaczało, że w czasie kolędowania w poprzednim roku doszło do ostrych bójek grup kolędników77.
I o to chodziło na wsiach nawykłych do nudnej, monotonnej pracy. Przynajmniej działo się coś nadzwyczajnego, o czym można było rozprawiać w długie wieczory oprócz opowieści o zwidach, duchach, wodnikach, diabłach, wilkołakach itp., nasycających ludzką potrzebę przeżywania strachu.
W okresie wczesnego piastowskiego średniowiecza u zarania lokacji miast wiele najstarszych domostw w grodach i w klasztorach otrzymywało przywileje na warzenie piwa. Otrzymywali je także mieszkańcy osad leżących w pobliżu miasta i podzamcza. Widać w tym wpływ niemiecki, choć, jak wspomnieliśmy, piwo było od niepamiętnych czasów napojem także celtyckim i słowiańskim. Początkowo w wielu miastach i wsiach nie wprowadzano ograniczeń propinacji, czyli produkcji i obrotu piwem, tak że każdy mógł warzyć ten napój. To były piękne czasy wolności tak przestrzennej, że w karczmach duchowny mógł siedzieć obok chłopa, a ten obok szlachcica. Ten stan trwał do XV wieku, kiedy to, jak wspomnieliśmy, "wolne karczmy" zostały wyrugowane przez karczmy dworskie w ramach tworzenia się wielkich folwarków szlacheckich.
Piwo w Polsce różnicowało się i szlachetniało. Wilkierz krakowski z 1396 roku rozróżniał cerevisia triticea et ordacea, czyli piwo pszenne i jęczmienne78. Jak pisze Długosz o Polsce: "Wino rzadko tu używane, a uprawa winnic nieznana. Ma jednak kraj polski napój warzony z pszenicy, chmielu i wody, po polsku piwem zwany, a gdy nic nadeń lepszego do pokrzepienia ciała, jest nie tylko rozkoszą mieszkańców, lecz i cudzoziemców wybornym smakiem więcej niż w innych krajach zachwyca". Zapewne to tego napoju codziennie zażywał nasz sławny kanonik79.
Odmian piwa było jednak znacznie więcej niż cerevisia triticea et ordacea, o czym w innym miejscu. Na jakość i wielość odmian bez wątpienia wpływali browarnicy niemieccy osiedlający się w Krakowie. O codziennej obecności piwa na stołach świadczy też najstarszy wiersz Słoty z początków XV wieku O zachowaniu się przy stole:
Przetoć stół wieliki, Świeboda [pan - J.B.]
staje na nim piwo i woda
I k' temu mięso i chleb
I wiele jinych potrzeb
podług dostatka tego
kto le może dostać czego80.
Sposób produkcji piwa był podobny: wyrabiano je z kiełkujących ześrutowanych zbóż (słodu), ziela (chmielu), wody i zadanych drożdży. Niby proste, ale o jakości piwa decydowały szczegóły: zapach i wilgotność słodu, którego produkcją zajmowali się z biegiem czasu wyspecjalizowani słodownicy. Decydowała również jakość wody źródlanej używanej do warzenia piwa.
Piwo znalazło też poczesne miejsce w przyrządzanych potrawach polskich. O ile specjalnością na przykład kuchni francuskiej było dodawanie wina czy octu do mięs, o tyle w kuchni polskiej popularny stał się dodatek pienistego napoju. Przy tym było to początkowo piwo rozmaitej jakości: na wsiach mógł je warzyć nawet chłop z pomocą młynarza. "Piwami nazywano także "kwasy" produkowane z resztek pieczywa i fermentującej bryi, zalane wrzątkiem, być może z dodatkiem miodu i odstawione na kilka dni", sądzi Urszula Świderska81.
Chłopi i szlachta tylko przy szczególnej okazji usiłowali się tym niskoprocentowym napojem upijać. Mikołaj Rej uważał, że w ogóle tego nie czynili. Wzdychał za dawnymi czasy: "Przodkowie nasi [...] patrz, jako pięknie, jak trzeźwo, pobożnie, a na wszem pomiernie żyli, a jako długo onych rozkosznych, wesołych, wolnych a szczerych żywotów swych używali"82. Jednak na ogół przeszłe czasy wydają się piszącym piękniejsze niż teraźniejsze, więc i Rej łatwo ulegał tej wergiliuszowskiej fantasmagorii.
Wiele zdarzeń zaprzecza dawnej "pomiernej trzeźwości". Na przykład w Krakowie w 1267 roku lud tańczył z okazji konsekracji biskupa Pawła z Przemankowa, nie zważając na post. Inne źródła wskazują, że w XIV wieku duchowni pląsali z wiernymi na cmentarzach, co wywołało reakcję wyższych władz duchownych83. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że jedną z przyczyn tych obyczajów była pogańska przeszłość, czyli stypa z udziałem alkoholu.
W kilkutysięcznym Krakowie już w średniowieczu aż 25 browarów produkowało piwo. Gród Kraka do czasów Władysława Łokietka germanizował się zastraszająco, a zamiłowanie do spożywania i produkcji piwa było w równym stopniu słowiańskie co niemieckie. Humanista Konrad Celtis, który przybył do Krakowa w 1488 roku, ocenił, że jest to miasto całkiem niemieckie. Przy czym Niemcy według jego, jak też wcześniejszych opinii, mieli przodować w piciu ponad miarę.
Pijąc, mówisz, Postumie: to grecki obyczaj.
Raczej do niemieckiego trybu to zaliczaj84.
Upijaniu się na "niemiecką modłę" towarzyszyć miała pycha i zarozumialstwo. Od czasów opisów Tacyta obraz Germanów niewiele się zmienił.
Wzorce piwne napływały również ze Śląska. Tamże warzono znakomite pieniste napoje w Świdnicy, Wrocławiu, Złotoryi, Opolu, Legnicy i Bolesławcu. Szczególną popularnością cieszyło się piwo świdnickie: gdy miasto otrzymało w 1278 roku od Henryka Prawego przywilej sprzedawania piwa w beczkach, było ono szeroko eksportowane. Pito je nie tylko na Śląsku, ale w Krakowie, w Pradze, a nawet w dalekiej Pizie. Największym wzięciem cieszył się "pierwszy war", a wyrób rozmaitych gatunków świdnickiego trunku regulował "urbiarz piwny" dotyczący karczmarzy, słodowników i bednarzy. W 1474 roku eksport osiągnął 1300 warów, czyli około miliona litrów!85
W Krakowie zapewne od zamierzchłych czasów warzono piwo. Zarówno w tym mieście, jak i w innych nie obowiązywało prawo propinacji i "wszyscy, którzy chcą", mieli prawo prowadzić szynk, jak to czytamy we wzmiance z 1288 roku. I to nie tylko w murach miasta, ale i w odległości jednej mili od murów86. U zarania akcji lokacyjnej miast rozpoczęła się zatem ostra walka na marki piwa z nadzieją na jego eksport.
W XV wieku przybrało to formy zorganizowane, gdyż od 1423 roku istniał w Krakowie cech piwowarów i karczmarzy. Profesje te przynosiły wielkie dochody w czasach piastowskich książąt, pod warunkiem wszakże, że browarnik podołał ostrej konkurencji. To ona wymuszała podnoszenie jakości orzeźwiającego, niskoprocentowego napoju, a patent na wyrób był zastrzeżony królewskim czy książęcym przywilejem.
Silna konkurencja wywołała z kolei specjalizację. W XVI wieku piwowarzy podzielili się na browarników odpowiedzialnych za warzenie piwa, i słodowników, specjalistów od słodu. Ponadto, aby strzec jakości i miar wydawanych napojów, władze miejskie niektórych miast ustanowiły "konew piwną", czyli Officium vectionis vasarum, urząd czuwający nad miarami i jakością trunku.
Szynków w Krakowie było bez liku. Miasto, podzielone na dzielnice: Stare, Kazimierz i Kleparz, strzegło swych propinacyjnych przywilejów. Dochodziło do sporów między starym Krakowem a Kleparzem, w których musieli pośredniczyć Jagiellonowie - Aleksander i Jan Olbracht. Edykty królewskie zakazywały kleparzanom sprowadzania i wyszynku obcych napojów poza produkcją i piciem własnych trunków. Nie respektowano tego jednak, sprowadzając pokątnie piwo świdnickie i inne. Jedyne, co w tej sytuacji mogła uczynić rada miejska, to uregulować ceny w szynkach w samym Krakowie87.
Picie piwa było tak powszechne, że czeladź miała zastrzeżony w umowach dzienny przydział pienistego trunku oprócz wyżywienia. Jeśli go nie otrzymywała, dostawała ekwiwalent pieniężny. Pracować należało wesoło, pod dobrą datą, co nie znaczyło, że źle. Mistrz za byle niedoróbki czy wady popełnione przez ucznia i czeladnika dotkliwie karał podopiecznych.
Już w czasach przeddługoszowych piwo było chmielone i, jak wspomnieliśmy, zachwycało słynnego kronikarza jakością. Uprawa chmielu stała się opłacalna, więc w XIII wieku na Śląsku osiągano niemałe dochody z jego uprawy, o czym świadczy przypadek rycerza Politko Jaksicy. Wiemy, że po 1282 roku był on właścicielem Wadochowic koło Ząbkowic i uprawiał tam "ziele" potrzebne do chmielenia piwa. Musiało się mu to opłacać, skoro utrzymywał tę uprawę. Dziesięcinę z chmielu płacił też od 1295 roku Jeszko Steinburg na rzecz biskupa Jana88.
Pasteryzacji raczej nie stosowano, więc przed niepożądaną fermentacją i kwaśnieniem chroniły piwo zimne piwnice. Piwowarzy byli na ogół fachowcami wysokiej klasy, skoro nie dostrzegamy zbyt wielu skarg z powodu zepsucia się czy skwaśnienia warzonego napoju. Zdarzały się jednak i takie przypadki, skoro mawiano: "Gdy piwo kwaśnieje, wiechę chowają"89.
Szynki z charakterystyczną wiechą, zapewne z gałęzi jodłowych lub świerkowych, oznaczającą podawanie piwa w piwnicach krakowskich spragnieni napotykali na każdej niemal uliczce. Oznaczenia piwiarni wiechami, winiarni wieńcami, a miodosytni czerwonym krzyżykiem przyszło do nas z południa i zachodu i było znane w całej Europie90. Szynkarzy nazywano z łacińska caupones: Kraków był miastem akademickim, znajomość łaciny stawała się powszechna, promieniując na całą Polskę, więc i nazwy łacińskie przylgnęły do sprzedających trunki, hamując panoszącą się niemczyznę. Natomiast miejsce wyszynku zwano cellarium i, co ciekawe, według wilkierza z 1370 roku wejście do tej celi piwnicznej nie mogło być od ulicy, lecz z boku czy od podwórca91.
Czy przestrzegano tego przepisu, trudno dociec. Interes propinacyjny był na ogół dobrym środkiem utrzymania, gdyż spragnieni byli bez mała wszyscy. Jak wspomnieliśmy, piwa dzielono generalnie na jasne pszenne i czarne jęczmienne. W rzeczywistości w największych miastach, gdzie funkcjonowały różne browary, można było spożywać nieskończenie wiele rodzajów piwa. Ta możliwość wyboru sprawiała, że mieszczanie, rzemieślnicy, a nawet wyrobnicy stawali się wybredni. Oprócz napojów z mniej znanych, pokątnych browarów w samym Krakowie mieszkańcy mieli do wyboru piwo białe zwane cerevisia alba; lekkie, czyli schayte; droższe langwelle i "marcowe" - gęste, czarne warzone z jęczmienia. Najpopularniejsze było jednak piwo pszeniczne cerevisia triticea.
Czasem z piwa starego, za jakie uchodziło jęczmienne, wytwarzano z odwaru podpiwek. Niektóre piwa, może nawet większość, były mętne, co uważano za pożądane jako składnik dodatkowego pożywienia. Piwo głogowskie tak oceniano: "Zawiesiste i zawiera wiele składników spożywczych, jest też mętne, ostre i bardzo wonne, zwłaszcza wtedy, gdy doda się do niego dużo chmielu"92. Większość piw się pieniła, skoro w najstarszym poradniku towarzyskim "przeciw gachom", pisanym po 1320 roku po łacinie, zatytułowanym Antigameratus, autorstwa niemieckiego mieszczanina z Sącza, a potem kanonika krakowskiego Frowinusa, czytamy, aby piwo pić bez zanurzenia nosa w pianie, "bo jeśli w nią nos zanurzysz, na miano nurka zasłużysz". Zalecane też było, aby kulturalny biesiadnik zdmuchiwał pianę nie więcej niż dwa razy. "Wiedz również, że w obrus świeży nosa czyścić nie należy", instruował niemiecki autor poradnika, na którym się wzorował polski Słota, zalecając, by nie pić trunku, mając usta pełne jedzenia.
Pamiętaj, że Bachus woli,
Gdy się go pije powoli.
Ktoś cię prosi lub ci każe
Pić? - pamiętaj o umiarze.
Jeśli chcesz wypaść ładnie,
Zostaw nieco wina na dnie.
Frowinus namawiał też do rozcieńczania wina i stosowania go po najedzeniu się gruszek, jako środek na dolegliwości gastryczne. W zamian za poczęstunek w jadle nakazywał rewanżowanie się winem93.
W poradniku Frowinusa uderza nas obecność win, które docierają do Krakowa. Wiechy były najczęściej wieszane przed szynkami, ale chętny do napicia się czegoś mocniejszego łatwo mógł znaleźć krzyżyk nad drzwiami albo wieniec. Wieńców oznaczających winiarnię było najmniej, gdyż wina były najdroższe. Ale i one się rozmnożą wraz z rozwojem handlu międzynarodowego, gdy do Krakowa popłyną strugi z beczek win przywożonych przez kupców i przyjdzie na nie moda wraz z węgierskimi żakami. Dostrzeżono szybko jego wartość: czyste wino bardziej oszałamiało, rozpalało głowy, pobudzało i podnosiło temperament.
Trunki były tak powszechne, że posiedzenia rady miejskiej i przyjmowanie gości nie mogły się obyć bez piwa, a przy wyjątkowych okazjach wina. Jak świadczy przykład Biecza, uchwały podejmowano głównie po pijanemu i trzeba było specjalnej uchwały, aby proceder ten ukrócić. Wraz z rozwojem zamożności i wyrobieniem gustów mieszczanie krakowscy zapragnęli też pić najlepszy napój chmielony, a za taki uchodziło słynne piwo świdnickie. Import był niezwykle kosztowny, gdyż jeden wóz z beczkami czy wielką beką kosztował aż 8 grzywien, za co można było na Śląsku nabyć około 18 krów! W 1377 roku kwarta piwa świdnickiego - takich gatunków, jak "Mocne", "Marcowe", "Czeskie", "Gorzkie" - kosztowała więcej niż importowane wina i wynosiła tygodniowy zarobek rektora szkoły kolegiackiej we Wrocławiu (1 wiardunek, czyli 12 groszy obrachunkowych) oraz równowartość 1 świni94.
Mimo wysokiej ceny piwo świdnickie było pożądane na stołach, ówczesne elity cierpiały bowiem na ten sam grzech nieopanowania, co współcześni nowobogaccy: pijąc "najlepsze", stawali się we własnym mniemaniu najlepsi. Piwo to sprzedawano zatem w podziemiach ratusza krakowskiego w Piwnicy Świdnickiej istniejącej do dziś jako Ratuszowa. Miejsce z biegiem lat zyskało złą sławę z powodu hulanek i rozpusty, o czym jeszcze w XVI wieku wspominał Andrzej Frycz Modrzewski95.
Potok piwa płynął też we Wrocławiu i w innych miastach śląskich. Najstarsze znane nam karczmy wrocławskie stały przy mostach Piaskowym i Młyńskim, gdzie ruch był największy. Pierwszą karczmę od połowy XII wieku posiadał klasztor na Piasku, drugą klasztor w Olbinie. Obydwie rywalizowały ze sobą. Trzecia najstarsza znana nam karczma znajdowała się we Wrocławiu w miejscu zwanym Bierzwiecznik, w okolicy obecnego placu Uniwersyteckiego, nadana cysterkom przez Henryka Brodatego. W XIII wieku dochody roczne z tej karczmy wynosiły około 12 grzywien srebra, za co można było kupić na Śląsku 8 koni albo 24 krowy, 80 wieprzy lub 180 owiec. Dla lokujących pieniądze we włości - 1,5 łana ziemi, czyli ponad 21 hektarów!
We Wrocławiu istniała też i istnieje dotąd słynna Piwnica Świdnicka (Schweidnitzer Keller) reklamowana obecnie jako jedna z najstarszych restauracji w Europie. "Wiele domostw, w tym najstarsze, pamiętające czasy lokacji, posiadało przywilej warzenia piwa", pisał o Wrocławiu Jan Drabina. Podczas spisu w 1403 roku naliczono w mieście aż 304 szynki; były one na każdym skrzyżowaniu ulic! W Opolu liczącym sobie 2400 mieszkańców czy Raciborzu z 3100 mieszczanami przywilej warzenia piwa posiadało aż 300 domów!96
W związku z zapotrzebowaniem na piwo na czele elity pieniężnej pojawili się szynkarze, których pozycja społeczna lokowała się wysoko: pomiędzy rzemieślnikami a miejskim patrycjatem. Ich działalność była obwarowana wieloma statutami i rozporządzeniami w celu zachowania monopolu karczmarzy: na przykład piwa w większej ilości nie można było wynosić poza szynk. Spis podatkowy Wrocławia z początku XV wieku wskazuje, że na 1 zamożnego kupca, 31 bogatych kramarzy, 20 przekupniów, 1 sprzedawcę soli, 12 handlarzy dziczyzną, 4 handlujących smołą i 2 sprzedających paszę przypadało aż 304 karczmarzy płacących podatki!97 Być może owi karczmarze trudnili się nie tylko wyszynkiem, ale i drobnym handlem, niemniej proporcje liczby handlarzy do szynkarzy były tak oszałamiające, jak wypijane codziennie ilości piwa. Statystyczny konsument średniowieczny wypijał 2 litry tego napoju dziennie, nie wliczając w to dzieci i bardziej powściągliwych w piciu niewiast98.
Obecnie codzienne spożywanie takich ilości piwa zostałoby uznane za wstęp do alkoholizmu. Wówczas było normą. Ale ponieważ żyło się nieśpiesznie w owych czasach bez zegara, to stacjonarny i powolny tryb życia sprzyjał piciu. Nawilżano organizm, a przy okazji w stanie lekkiego podchmielenia trudne życie wydawało się znośniejsze. Poza tym piwo pite w ilościach umiarkowanych miało znaczenie zdrowotne, sycąc, usuwając toksyny z organizmu, dostarczając mikroelementów i witamin.
Nie znamy żadnych statystyk dotyczących liczby alkoholików; możemy jedynie się domyślać, że nadużywający, wpadający w pętlę uzależnienia, wcześnie znajdywali się na marginesie życia społecznego. Tam, skrajnie zaniedbani i chorzy, szybko kończyli doczesny żywot. W najstarszych zapiskach nie dostrzegamy ich jednak zbyt wielu; na przykład w zapiskach miejskich Świdnicy widać, że usuwano ich albo usiłowano usuwać jako złoczyńców z miasta.
Alkoholizm, w tym uzależnienie się od piwa, w ogóle nie był zauważany wśród mieszczan. Dostrzegano najwyżej skrajne objawy "szaleństwa" alkoholowego. Skutki psychosomatyczne u nadmiernie pijących ukazywały się mimowolnie w dopiskach, przyśpiewkach ludowych, a wreszcie wierszach, gdzie pojawiają się sugestie owych "szaleństw". Wyrazi to w końcu dosadnie i nie raz Mikołaj Rej, kiedy renesansową Polskę zacznie ogarniać plaga pijaństwa, która wprawdzie, jak widzimy, istniała wcześniej, lecz nie znalazła satyryka tej miary co Rej.
Pisał on:
Pijany mało z szalonym jest różny
Bo w obydwu łeb płochy, ba, i próżny99.
Picie piwa było przyjemnością i koniecznością dla ludzi nieuzależnionych. Jednak nawet wtedy dostrzegano, że ma związek z przestępczością. Widoczne było to właśnie w Świdnicy, gdzie mieszczanie wzbogacali się niezmiernie na wyrobie i eksporcie piwa. Wieści o tym ściągały wielu chętnych polujących na ich sakiewki. "Jako że wiele samowolnego i złego pospólstwa, łobuzów i obrzynaczy kieszeni przebywa w mieście, zwłaszcza przy ulicy Pod Ogonem, którzy za dnia i w nocy kradną ludziom kury, gęsi, jak również parkany i ogrodzenia, nadto jedzą i piją, bluźnią Bogu i czynią inne bezeceństwa, w dzień włóczą się po mieście, uprawiają złodziejstwa i obcinają kieszenie, przeto świetna rada chce to raz na zawsze usunąć i każdego z takich szkodliwych i złodziejskich ludzi za dnia lub w nocy nie przyjmować do gospody", czytamy w rozporządzeniu porządkowym świdnickiej rady miejskiej. W 1560 roku władze miasta zabroniły też życia w konkubinacie, zakazały gier hazardowych, noszenia "wstrętnych [zapewne obcisłych - J.B.] pludrów i wymyślnych strojów", nierządu. Jednocześnie brak represjonowania prostytutek wskazuje, że władze i tu pogodziły się z ich istnieniem, jako swoistym wentylem bezpieczeństwa dla chętnych100.
Jednocześnie patrycjat czy kler usiłował pozyskiwać plebs jako ważną siłę społeczną, również poprzez wspólne picie. Wskutek tego, jak narzekał pisarz miasta Wrocławia, Piotr Eschenloer, rządów nad miastem nie sprawowano na ratuszu, lecz w Piwnicy Świdnickiej i innych karczmach. "Kto głośniej przeklinał i więcej pił, miał też najwięcej do powiedzenia w mieście"101. Nie był to zapewne wynik przewrażliwienia pisarza miejskiego, lecz wniosek z poczynionych obserwacji.
Władze jednak czuwały nad tym, by mieszkańcy nie przesadzali w piciu, co mogło prowokować bójki itp. Zarządzały na przykład reglamentację wysokości udzielanego przez karczmarza kredytu: we Wrocławiu wynosił on pół talara na czas jednego miesiąca. Mieszczanie mieli mieć zagwarantowany spokój podczas ciszy nocnej, a kobiety nie miały ulegać pokusom. "Kobiety zamężne i panny, które są w gospodzie bez swoich mężów lub rodzin, powinny zaraz po zachodzie słońca iść do domu". A ponadto: "Jeśli ktoś pijany lub trzeźwy opuszcza gospodę i swoim zachowaniem zakłóca ludziom ciszę nocną, płaci karę pieniężną", zarządzał w połowie XVI wieku jeden z biskupów wrocławskich. Rada miejska nie tylko zatwierdzała miary wagowe dla napitków i godziny wyszynku, lecz także dbała o czystość podawanych posiłków, trunków, miejsc noclegowych i łóżek. Za złamanie tych zasad groziły kary pieniężne, więzienie, a nawet utrata koncesji.
4. "Wojny piwne" i "szaleni popi"
Jak wspomnieliśmy, piwo jako napój codziennego spożycia, równie ludowy co książęcy, przynosiło niemałe dochody. Według obiegowych opinii w średniowieczu inwestycja w browar zwracała się już po roku. Natomiast "większy dochód przynoszą tylko karczmy położone przy traktach handlowych"102.
Lokowane miasta średniowieczne domagały się zatem przywilejów chroniących ich browary przed zalewem cudzych trunków. Piwo, a raczej dochody z niego stały się ważną kwestią ekonomiczną i społeczną, a więc i źródłem konfliktów. Obawiano się między innymi pożarów pochodzących od rozpalanych pieców piwowarskich: we wrocławskim Urkundenbuchu czytamy, że w 1377 roku wydano nakaz, by ściany, do których przylegają te piece, były murowane103.
W jakimś momencie narodziła się też reguła jednej mili: wiele miast śląskich i innych chroniło się nie tylko przed importem, ale i przed pobliskimi browarami, zyskując od książąt i królów monopol na wyszynk i produkcję piwa w odległości jednej mili od miasta. Regułę tę miał ustanowić niemiecki król Henryk Ptasznik (876-936).
Najstarsze i późniejsze lokacje przestrzegały tej reguły. Książę wrocławski Henryk Prawy (około 1257-1290), ustanawiając monopol dla browarów świdnickich, nakazał, "aby wszystkie karczmy zbudowane po lokacji miasta w promieniu jednej mili całkiem i w zupełności były zburzone". Natomiast Wacław czeski, lokując Nowy Sącz w 1292 roku, zastrzegał, "aby w oddaleniu mili wokół miasta tego w żaden sposób nikt nie śmiał karczemnie browarzyć"104. Zakaz ten był jednak notorycznie łamany na Śląsku, głównie przez tutejszych feudałów, więc władzom miejskim bardziej zależało na tym, by cudze piwo nie trafiało poza mury. Konkurencja była równie ostra jak dzisiaj: pojawiały się coraz smaczniejsze gatunki, jak na przykład słynny scheps na przełomie XVI i XVII wieku, warzony przez zakonników w Płakowicach.
Próby złamania przywilejów miejskich wywoływały napięcia społeczne. Gdy za panowania Kazimierza Wielkiego ówczesny urzędnik królewski Bodzanta sprowadził transport beczek z piwem do Krakowa, wywołało to ostry protest władz miejskich. Bodzanta bowiem złamał prawo wyłączności Krakowa na przywóz pienistego napoju. Nawet król Kazimierz zmuszony był wydanego prawa przestrzegać i Bodzanta z beczkami zawrócił.
Pierwsi piwowarzy w Gdańsku pojawiają się w księgach miejskich w 1342 roku. Jest raczej pewne, że warzono tam piwo znacznie wcześniej, gdyż podział na browarników i słodowników wskazuje na daleko posuniętą specjalizację105. W czerwcu 1378 roku w Gdańsku opanowanym przez Krzyżaków wybuchł bunt w obronie browarników pod wodzą Hermanna von Rudena i Petera Moldenhauera. Mieszczanie żądali wycofania importu piwa z Wismaru, na którego przywóz zezwolił wielki mistrz. Przywódcy wtargnęli do ratusza, podczas gdy tłum wylewał do rynsztoków piwo wismarskie. Von Ruden chciał nawet w sprawie "krzywd piwnych" jechać do Malborka.
Rządzili tam jednak Krzyżacy, którzy nie pozwalali na żadne rozruchy. Przywódców schwytano, osądzono i powieszono. Von Ruden zdołał zbiec do Słupska, więc rozesłano za nim listy gończe. Pewne ślady wskazują, że udał się w pielgrzymkę pokutną do Santiago de Compostela i do Rzymu. Niemniej siła buntu skłoniła bezlitosną komturię do cofnięcia zezwolenia na import piwa do Gdańska. Browarnictwo rozwijało się tam znakomicie, w XV wieku osiągając według spisu z 1416 roku liczbę 378 browarników na Prawym Mieście. W tym czasie przeżywający okres rozwoju Toruń miał zaledwie 57 browarników.
Nieoczekiwanie w XVI wieku w Gdańsku pojawiły się zwiastuny kryzysu browarnictwa. Był on wywołany przez zalew wsi piwami z lokalnych browarów pomorskich i walkami cechu browarników z patrycjatem. Do kryzysu przyczyniły się też obciążenia podatkowe forsowane przez radę miejską. A to miało wpływ na wysoką cenę: piwo gdańskie, ciemne, zwane "tafelbier", "jopenbier", dubeltowe i inne były bardzo mocne, ale kosztowały na ogół około dwóch razy drożej niż inne piwa. A nawet więcej w porównaniu z "cienkuszem" pitym przez biedotę106.
Konflikty związane z dochodową produkcją i wyszynkiem piwa nie ominęły innych większych miast na ziemiach polskich. Kryły się za tym poważniejsze napięcia pomiędzy plebsem a bogatym patrycjatem i klerem. W 1379 roku we Wrocławiu doszło do incydentu, który przekształcił się w poważny spór. Władze wrocławskie, poddane władzy królów czeskich, dzierżyły wówczas przywilej "szrotu", czyli prawa do sprowadzania piwa i wina i obrotu nimi w obrębie murów miejskich.
Był to czas napięć między władzą i Kościołem. Wrocław nadal nie miał biskupa. Sprowadzane słynne i drogie piwo świdnickie, jak wiemy, szynkowano w piwnicy pod ratuszem zwanej Świdnicką. Tymczasem w 1380 roku książę legnicki Ruprecht I wysłał na święta Bożego Narodzenia dla brata, dziekana kapituły wrocławskiej Henryka, kilka beczek piwa sprowadzonego ze Świdnicy. Dla rady Wrocławia oznaczało to złamanie przywilejów miasta. Pachołkowie wysłani przez radę miejską zatrzymali transport.
Sprawa nie była błaha i nie spadła też niczym grom z jasnego nieba. Dotyczyła toczącego się od pewnego czasu sporu między kanonikami a radą miejską o prawo importu i wyszynku piwa, z czego miasto miało ogromny dochód. Woźnica transportujący beczki z piwem świdnickim wylądował w lochu na rozkaz władz miejskich, a pojemniki zarekwirowano. Gdy kanonicy zażądali zwrotu ładunku, rada miejska odmówiła.
Wtedy 8 stycznia 1381 roku Kościół sięgnął po najskuteczniejszą broń i obłożył miasto interdyktem, czyli klątwą. Wywołało to z kolei gniew społeczności wrocławskiej. Kapituła, aby uniknąć presji rozjątrzonych mieszczan, szybko przeniosła się do Nysy, wskutek czego wrocławianie pozostali bez opieki duchowej, gdyż w ich mieście nikt nie odprawiał nabożeństw ani nie udzielał posług duszpasterskich.
Skąd takie dramatyczne zacietrzewienie wrocławian? Po pierwsze złamano prawo, co godziło w podstawy poczucia bezpieczeństwa mieszczan. Ale w pewnym stopniu trzeba to tłumaczyć także uzależnieniem od pienistego napoju spożywanego codziennie. Jak wiemy, piwo świdnickie przewyższało znacznie jakością napój wrocławski, a sława tego piwa była tak wielka, że w samej Świdnicy na jednego piwowara przypadało dwóch karczmarzy! Zarówno to, jak i na przykład zapis testamentowy słodu (Malz), złożony przez piekarza Martina Bohmego na rzecz żony, wskazuje, jak opłacalne było śrutowanie słodu, warzenie i import smacznego napoju z tego miasta107.
Niemniej pomimo wysokiej jakości import piwa świdnickiego naruszał przywileje piwowarskie wrocławian. Był nade wszystko zagrożeniem dla wyszynku piwa z rodzimych browarów wrocławskich dla tutejszych karczem. Mieszczanie chcieli, aby prawu zakazującemu import obcego napoju podporządkowali się także kanonicy, dzierżący dwie najważniejsze karczmy przy moście.
Kwestia sprowadzania piwa świdnickiego przez kanoników wrocławskich przerodziła się w "wojnę piwną". Sprawy te dotarły do zaniepokojonego Rzymu i do Pragi, gdyż za sporami krył się konflikt o poważniejszym obliczu narodowym i religijnym, w którym uczestniczyli arcybiskup gnieźnieński, król czeski, legat papieski. Dotyczył również sprawy nieobsadzonego biskupstwa wrocławskiego.
Doceniając powagę sytuacji w bogatym mieście, 27 czerwca 1381 roku we Wrocławiu zjawił się król czeski Wacław IV Luksemburski, nakazując duchowieństwu odprawianie nabożeństw. "Kiedy jednak kler odmówił [...] król Wacław rozgniewany przedostatniego czerwca więzi opata NPMarii na Piasku i zatrzymuje przez osiem dni w więzieniu w ratuszu wrocławskim". Opat konkurencyjnego opactwa św. Wincentego na Olbinie zdołał zbiec dzięki kłamstwu, "że następnego dnia w infule odprawi msze wobec króla". Z obawy przed długimi rękami króla czeskiego i mieszczan schronienie znalazł w granicach polskich, w odległym klasztorze w Strzelnie na Kujawach.
Widząc nieustępliwość mnichów w "wojnie piwnej", król zezwolił swym czeskim wojskom na grabież dóbr kościelnych. Weszły one na teren skłóconych klasztorów na Piasku i na Olbinie, po czym, wyłamując zamki, doszczętnie splądrowały opactwa i przyległe dobra podwrocławskie. Wacław IV obłowił się sowicie, nakazując także złożenie danin. Pisze Jan Długosz, że Czesi i ich król "żywili się do syta z dziedzictwa Jezusa Chrystusa i rzeczy poświęconych Imieniu Bożemu i urządzali bez przerwy wspaniałe, zbytkowne i wyszukane uczty"108.
Przez kilka miesięcy trwał impas w związku z oporem duchownych. Wizja śmierci bez spowiedzi i komunikantów dla współczesnych była przerażająca, a więc i presja na kler duża. Wreszcie 15 września 1381 roku nuncjusz papieski Tomasz, biskup Lucerii, zniósł interdykt.
Mediacje trwały jednak do maja następnego roku, kiedy to strony się w końcu ugodziły. Kapituła miała zapłacić miastu 5 tysięcy marek, co było sumą ogromną, ale w zamian kanonicy mogli sprowadzać na Ostrów Tumski wszystkie rodzaje piwa, w tym świdnickiego. W ten sposób ich pragnienie picia najwyborniejszego i najdroższego napoju chmielonego zostało zaspokojone. I chociaż to kanonicy wygrali "wojnę piwną", to prawdziwym zwycięzcą był czeski król.
Mieszczanie nie chcieli być gorsi w gaszeniu nieustającego pragnienia najlepszym piwem i nadal odwiedzali Piwnicę Świdnicką. Jednakże podczas wojny Jerzego z Podiebradu z Maciejem Korwinem w drugiej połowie XV wieku "piwny szlak" został opanowany przez zdziczałych raubritterów pod wodzą Hansa Duringa, wychodzących na łupiestwa z ruin warowni na górze Ślęża. Wtedy wzburzeni mieszczanie wrocławscy zażądali od rady, by przydzielać transportom piwnym ochronę z zaciężnego wojska, tak by mogli w spokoju nadal cieszyć się ukochanym piwem ze Świdnicy.
W 1503 roku ponownie doszło do zaostrzenia konfliktu. Tym razem tłumy mieszczan, pomimo ponownego wyklęcia, gotowe były wtargnąć na wyspę tumską. Sytuację uratowali franciszkanie, którzy wbrew interdyktowi zaczęli odprawiać nabożeństwa, chroniąc kanoników przed rozjątrzonymi mieszczanami i wyrobnikami109.
Jeszcze groźniejsze wydarzenia związane z piwem miały miejsce w Żaganiu w 1415 roku. Mieszczanie, zazdrośni o dochody z panoszącego się browaru klasztornego w Okalenicach (Schönborn), wtargnęli do tamecznego browaru, z wściekłym zapałem rąbiąc kadzie, niszcząc słód i wylewając z piwnic albo wynosząc ze sobą zapasy pienistego napoju. Nie pomógł mnichom nałożony interdykt: podobny los z rąk rozwścieczonych mieszczan spotkał browary i składy w innych okolicznych klasztorach. Rozjątrzenie wynikało z naruszenia podstaw bezpieczeństwa, czyli złamania prawa, w tym przypadku przywilejów danych mieszczanom i piwowarom, z zachwiania porządku ekonomicznego w miastach, co wywoływało aż tak dramatyczne odruchy. Straty obliczano na 200 grzywien. Musiał interweniować książę Jan I, pośrednicząc w zgodzie między "piwnymi stronami"110.
Groźny przebieg miała wojna piwna między Zgorzelcem (Görlitz) a Żytawą (Zittau). W 1367 roku cesarz i król Czech Karol IV nadał Zgorzelcowi monopol piwny, który był zmieniany przez jego następców. W 1491 roku mieszczanie Zgorzelca zaatakowali konwój transportujący piwo żytawskie, ochronę pobili, a płyn z beczek wylali. W odpowiedzi najemnicy żytawscy uderzyli na osady zgorzeleckie Osiek i Włosień, które zrabowali, zabijając kilku mieszkańców. Nie oszczędzono dóbr proboszcza, więc sprawa dotarła do papieża Aleksandra VI, który żytawian potępił. Szykowała się mała wojna domowa, gdyż Zgorzelec najął 2 tysiące żołnierzy z artylerią. Dopiero interwencja wójta krajowego, a potem króla powstrzymała oba miasta. Wyrok królewski był korzystny dla Zgorzelca i pomimo oporu rady Żytawy spór zakończono.
Podobne konflikty o dużym nasileniu zdarzyły się w Nowogródźcu nad Kwisą między mieszczanami a zakonnicami klasztoru Magdalenek, do których należało miasteczko. Trwał w XVI wieku przez pół stulecia, nim wygrali mieszczanie. Spór poróżnił też radę w Głogowie z kapitułą kolegiaty na Ostrowie Tumskim, gdzie warzono tańsze piwo przyciągające za Odrę spragnionych mieszczan. Na dodatek od 1560 roku szynkowano tam dobre piwo wrocławskie. Zarządzona operacja przejęcia przez mieszczan kilkuset litrów złocistego trunku zakończyła się gigantycznym pijaństwem i awanturą w 1596 roku w pobliżu Bramy Odrzańskiej. Takie sytuacje, łącznie z wtargnięciem na Ostrów Tumski, zdarzały się także w początkach XVII wieku.
We Lwówku na tle wojny piwnej mieszczan z joannitami produkującymi słynny scheps doszło nawet do krwawej ofiary. W 1612 roku z wyroku sądu ścięto karczmarza obok jego browaru. Jednakże jeszcze większe nasilenie konfliktów na tle redukcji i wyszynku piwa odnotowano w Świdnicy, gdzie w drugiej połowie XVII wieku doszło do "piwnej wojny trzydziestoletniej" pomiędzy jezuitami a mieszczanami.
Podłożem tych starć były nieodmiennie sprawy ekonomiczne połączone z uzależnieniem się mieszczan od picia piwa jako niezbędnego składnika gaszenia pragnienia i pożywienia. Do protestów dochodziło także w Krakowie, gdzie rada przypominała o zakazie importu piwa do miasta. W 1456 roku interweniował w tej sprawie sam król Kazimierz Jagiellończyk, zakazując sprowadzania obcego piwa do Krakowa i szynkowania go na ratuszu. Prohibicja krakowska objęła nawet piwo świdnickie, które mogły sprowadzać jedynie uprzywilejowane osoby, w tym korporacja uniwersytecka, gdzie jednak dla wykładowców prepozyt wydawał piwo, ale w znikomych ilościach w porównaniu z tym, ile pili dziennie mieszczanie, a nawet ubodzy, żebrzący żacy.
Powodem zakazu importu obcego piwa był spadek dochodów z mielenia słodu w królewskich młynach. Pomimo surowych kar dla ludzi nieprzestrzegających zarządzenia królewskiego zakaz nie utrzymał się długo. Od 1501 roku mieszczanie znów mogli sprowadzać piwo świdnickie do Piwnicy Świdnickiej o tej samej nazwie111.
Złość w miastach budził nie tylko nielegalny import piwa, ale i próby fałszowania trunków. O to było nietrudno; wystarczyło go "ochrzcić" wodą. Nic więc dziwnego, że w XV-wiecznym dialogu Mistrza Polikarpa ze Śmiercią karczmarze, którzy mieszki napełniają, bo "źle piwa dają", mieli otrzymać taką samą zapłatę po śmierci jak inni wielcy grzesznicy.
Oprócz "podejrzanych karczmarzy" wiernych mierził też styl życia wielu kanoników i duchownych. Wodę w konwentach pito tylko za karę, a "brak możliwości spożywania piwa, w dobrym na dodatek gatunku, był szczególnie ciężką pokutą dla grzeszących zakonników", stwierdza Anna Pobóg-Lenartowicz112. Sami duchowni zauważali swe nieumiarkowanie w piciu, skoro na przykład w drugiej połowie XV wieku w kodeksie zawierającym kazania znajdujemy:
Laudate księża! Paschę skaźni,
Bo rad piwo pije po łaźni113.
Oznaczało to picie po wielkanocnym obmyciu się, mimo że święta się jeszcze nie zaczęły.
Natomiast w łacińskim dykcjonarzu teologicznym spisanym w 1436 roku w klasztorze Benedyktynów w Sieciechowie znajdujemy wiersz, transliterowany przez Aleksandra Brücknera:
Przeto źle napisano,
Eże mało piwa we dzbanie imano.
Kto nie umie niszs pisać, ten mnima,
Aby mała by była robota.
Boże miły, poflon bądź!
Nie weźmiesz tych ksiąg,
Aliż mi trzy wiardunki dasz.
Oznaczało to, iż autor sądził, że nie sposób dobrze pisać na trzeźwo, i prosił Boga o pieniężne wsparcie: trzy wiardunki, czyli trzy czwarte grzywny srebra na piwo. Odpowiadało to 48 groszom, czyli wartości zakupu ponad jednego wołu!114
Gdy funkcję opata w klasztorze żagańskim przejął Jan II, był oburzony tym, że bracia piją bezustannie, i to w towarzystwie kobiet. Mnisi twierdzili przy tym, że nie łamią reguły, gdyż nie piją po kryjomu. "Siedzieli z dziewczętami aż od obiadu do wieczora, pijąc aż do uśnięcia"115. Podobno refektarz był tak zapełniony kobietami, że bracia nie mogli wypić swego piwa w wyłącznie męskim towarzystwie. Niektórzy pili do północy, a nawet jutrzni, tłumacząc to leczniczym działaniem na żołądek i inne choroby.
Skala wydatków na piwo była tak duża, że nowicjusze potrafili wydawać na nie 3 grosze dziennie, podczas gdy za 30 groszy można było kupić na Śląsku wołu, a za 12 groszy obrachunkowych świnię! Piwna rozpusta była przeniesieniem zwyczajów z Nowogrodu Bobrzańskiego: plures fratrum Polonie erant in Newinborg, quorum proprium est plus bibere quam orare (większość braci polskich była w Nowogrodzie Bobrzańskim [Newinborgu], a tam więcej pili, niż modlili się)116. Bywało też, że opaci, a nawet szeregowi bracia jedli i pili z pozłacanych lub srebrnych naczyń.
Obraz to chyba nie do końca prawdziwy. Miał on bowiem ukazać umiejętności nowego opata Jana II, któremu w 1383 roku udało się naprawić obyczaje w klasztorze żagańskim. Niemniej jednak reformy te objęły inne klasztory śląskie, powstrzymując plagę pijaństwa.
Kapłani, pełniący z założenia funkcję duchowych pasterzy, byli szczególnie ostro postrzegani przez ówczesną ludność - i tak jest do dzisiaj w Polsce. Mieli być drogowskazem - i wielu było. Ale równie wielu nie świeciło przykładem umiarkowanego życia, a ich obyczaje były dalekie od wstrzemięźliwości. Na końcu homilii z XV wieku znajdujemy na przykład dopisek:
Dum bibo piwo,
Stat mihi kolano krzywo,
czyli w wolnym tłumaczeniu: "Jak piję piwo, to kolano mi stoi krzywo". A w Satyrze na księży z 1414 roku zapisanej w traktacie teologicznym czytamy z kolei:
Kapłanie, chcesz polepszyć dusze swej,
Nie mów często: "Piwa nalej" -
Boć piwo jest dziwny olej.
Więc z nich kłamają chłopi,
A rzekąc: "szaleni są popi"117.
Różnie można interpretować tę satyrę, ale wskazuje ona, że piszący wiązał nadmierne spożywanie pienistego trunku z zakłamaniem i stopniowym porzucaniem cnych zasad przez księży. I wreszcie we wspomnianym dialogu Mistrza Polikarpa Śmierć zapowiada:
Kanonicy i proboszcze
Będą w mojej szkole jeszcze
I plebani z miąższą szyją
Jiż to bardzo piwo piją
I pogardłki na piersiach wieszają [...]118.
Nie dziwi nas zatem, że w ustawach krakowskich dość często pojawiają się wobec duchownych "ostre zakazy uczęszczania do karczem, udziału w pijaństwach, w zabawach i schadzkach bractw, śpiewania pieśni rozwiązłych (chodziło tu czasem o stare pieśni obrzędowe), zabraniano też gier w kości i gałki [...]. Do gospody wolno było wejść w podróży albo z godziwej przyczyny, na przekąskę lub skromny napitek", zauważa badaczka życia codziennego w Krakowie. "Musiały się natomiast zdarzać mało budujące sądy duchowne w karczmach, dostatecznie obficie zakrapiane piwem lub winem, skoro wychodzą zakazy sądów w gospodach"119.
Piciu piwa nie oparły się także klasztory żeńskie. W klasztorze Klarysek w Krakowie zakonnice same warzyły piwo ze zboża i chmielu w przyklasztornym browarze lub też kupowały je u jezuitów. Wino, konsumowane sporadycznie, jak wspomnieliśmy, pojawiło się później, w początkach XVI wieku, sprowadzane w beczkach głównie z Węgier, Moraw i Mołdawii. Wiemy też z ksiąg rachunkowych, że siostry piły wódkę z ziołami, takimi jak cynamon, piołun, kminek, migdały, oraz słodką ratafię - najpewniej w celach leczniczych. Szczególną karierę robiła "wódka królowej węgierskiej" Elżbiety Łokietkówny, z dodatkiem rozmarynu, zwana larędogą, mająca zapewniać długowieczność, urodę i działać przeciw bólom zębów i podagrze120.
Tak umiłowane przez mieszczan piwo w przypadku niechrześcijan jakoby okazywało swą złą moc, sądzili wierni w Jezusie. Przyczyniać się miało do tak obrazoburczych poczynań jak rzekome bezczeszczenie hostii przez Żydów. W jednej z relacji czytamy, że pewien przekupiony przez Żydów woźny wrocławski za 100 florenów miał wykraść hostię z kościoła. Woźny opłacił więc pasterza, a ten udał się do wsi Długołęka pod Oleśnicą, gdzie napotkał wiejskiego księdza, łasego "na pieniądze i na piwo". Ksiądz zgodził się za florena wydobyć hostię z niezamkniętego kościoła, ale przedtem zaproponował pasterzowi "odświeżyć się i pocieszyć w karczmie dobrym piwem, choćby tylko za jednego tenara". Pocieszyli się obficiej, za trzy grosze, po czym ksiądz wyniósł opłatek podczas drzemki plebana. Pasterz zaniósł ją woźnemu, a temu jeszcze po wydatkach zostało 80 florenów w sakiewce. Choć to barwnie opisane zdarzenie jest na poły mityczne, tak jak przypisywane Żydom bezczeszczenie hostii, to jednak sposób zawierania znajomości i podchodów "biznesowych" w karczmie ukazuje jej rolę w robieniu interesów121.
W XV wieku piwowarstwo objęło już całą Polskę. Piwa grodzkie z Końskiej Woli, Warki, Sierpca, Przemyśla konkurowały z krakowskimi i śląskimi. Bydgoszcz eksportowała napój do Gdańska, który, jak wiemy, słynął z ciemnego i czerwonego piwa. Gdański pienisty napój trafiał również do Niemiec i do Wielkopolski. Tamże pito też piwa żnińskie i z Pakości. Natomiast na ziemiach ruskich król Jagiełło w 1408 roku nadał prawa budowy i wyrobu browaru w Haliczu. Ruch piwowarski objął także Lwów, a piwo warzone w tym mieście zdawało się nie ustępować innym.
5. Winna codzienność i niecodzienność
Jak już wspomnieliśmy, w okresie średniowiecza wino dużo rzadziej gościło na stołach mieszczan niż znacznie tańsze piwo. Wprawdzie na samym Śląsku wyrabiano wina gubińskie i średzkie, ale nie odznaczały się one dobrą jakością.
Podobnie było na Mazowszu. Zresztą wina udawały się w Polsce tylko dlatego, że klimat był nieco cieplejszy w czasach piastowskich i jagiellońskich niż później, w małej epoce polodowcowej. Próbowano też produkcji napoju poprzez fermentację soków z dzikich owoców, soku klonowego, brzozowego czy też na przykład z kwiatów bławatka122. Nie były to próby udane i na szerszą skalę, skoro napoje te nie zagościły na polskich stołach. Za to Śląsk i Kraków miał najbliżej do zagłębi winnych i tu importowano najpierw na szczególne okazje, a potem i szerzej wina węgierskie, włoskie, najchętniej z Rivoli, austriackie i bawarskie.
Wino pociągało: nie tylko władcy, ale i możni za wszelką cenę usiłowali wyhodować odporną winorośl. Próbowano ją uprawiać już w XII wieku, nie tylko na nieco cieplejszym Śląsku, lecz nawet na ziemi chełmińskiej i dobrzyńskiej. Świadczą o tym nazwy wsi: Winiary, Winogrady, Winogóra. Trudno jednak dociec, czy był to wyraz kultu wina, czy też nazwanie miejscowości w związku z uprawą winorośli. Zapewne winnice były uprawiane w Zagoszczy na potrzeby stołu Jagiełły (który ponoć trunków nie pił) i Jadwigi, późniejszej świętej.
Wiemy, że własne wino, a więc i plantacje posiadali komesowie już we wczesnym polskim średniowieczu: w 1272 roku żona komesa wrocławskiego Przecława obiecała kościołowi w Pogorzeli dać beczułkę wina. Z kolei rycerz Jeszko Steinburg był zobowiązany przekazywać trzy grzywny dziesięciny ze swej winnicy, jak wynika z dokumentu z 1295 roku. Dochodziło nawet do poważnych zatargów w sprawie winnicy (Weynberg) położonej koło Lwówka Śląskiego (Löwenberg) na wielkim stoku, z czym łączyła się też kwestia wyszynku win. W 1419 roku rada miasta uzyskała od starosty świdnicko-jaworskiego wyrok, że pan na Weynbergu, rycerz Tristan Redern, może szynkować w mieście Löwenberg wina wälchen, romani i malvasier w jednej gospodzie, w dawnym domu wójta w rynku. Ten ostatni trunek, zapewne małmazja, był bardzo drogi. Natomiast miastu starosta zezwolił na wyszynk win austriackich i węgierskich w piwnicy ratuszowej.
Niestety winnice polskie były narażone na przemarzanie i wydawały kwaśne owoce, jak to opisywał w XVI wieku biskup warmiński Marcin Kromer. Tylko w niektórych miejscach i odpowiednim mikroklimacie udawało się otrzymać niezłe wino. Podobno po sklarowaniu wino z polskich winogron stawało się słodsze123. W razie potrzeby dosładzano je miodem lub też po dodaniu miodu fermentowały i to było najważniejsze.
Wino pomimo wyższej ceny miało swoich zagorzałych zwolenników, skoro jeden z dominikanów wrocławskich w XV wieku napisał: Mocht ich da piere nich getrinken, wenn ich hab des Wines gewo[lt]. Ów mnich nie chciał pić piwa, nad które przedkładał wino. Zwolenników dobrego napoju z krzewów winorośli również przybywało, skoro od 1472 roku działała we Wrocławiu oddzielna winiarnia włoska. Rosła też zamożność mieszczan, co objawiało się manifestowaniem bogactwa do tego stopnia, że rada miejska w 1374 roku zabroniła podawania na weselu liczby potraw ponad cztery. Jak wiemy, podobne zakazy wydał wcześniej Kazimierz Wielki w Krakowie. Z kolei w Zgorzelcu statut z 1400 roku zabronił między innymi podawać z okazji chrztu wino i obce piwo. Spożywanie przez mieszczan drogich win, jak słodka małmazja czy wino rodzynkowe, było początkowo w ogóle zabronione. Ten niemiłosiernie słodki trunek gościł głównie na stołach monarchów i możnowładców124.
Szczególną karierę miały zrobić wina zwane węgrzynami, co można powiązać z wpływami Andegawenów węgierskich na ziemiach polskich. Pojawiły się one na królewskim stole w czasach regencji Elżbiety zastępującej Ludwika Węgierskiego. Analiza regestów królowej Jadwigi Andegawenki z końca XIV wieku wskazuje, że podskarbi jej dworu Hińczka wydawał na potrzeby dworu i Jadwigi dużo wina czerwonego i białego. Niekoniecznie były to węgrzyny, skoro zwano je Romaniae, Gallicum i rywuła (rivola, rowle). Wina sprowadzano także z Czech, Moraw, pojawiały się wina reńskie i francuskie. Natomiast największą karierę, jako wina najprzedniejsze, bo najsłodsze, miały zrobić muszkatel i małmazja125.
Zapewne w większości wina, jeśli nie były aromatyzowane w procesie fermentacji, to zaprawiano je korzeniami, jak to było w modzie już w czasach rzymskich. Z regestów i rachunków wynika, że Jadwiga nie prowadziła ascetycznego trybu życia, lecz dbała, by w jej skarbczyku dostępne były drogie wówczas przyprawy korzenne i równie drogi cukier126. Czy piła wino? Raczej tak, skoro Długosz tylko przy Jagielle odnotowuje, że nie brał on mocnych napojów do ust.
A przecież wiedziano, że wino wzmaga apetyt seksualny, skoro w najstarszym polskim wierszu o tematyce miłosnej z początków XV wieku czytamy:
Mnisz-li ty, panno, bych był mał?
U mnet wisi jako s[t]ał
Nożyk przy biedrzyccy.
[...]
Na pisane pierzynie
Damy sobie do wole
Piwa i medu
[...]
Mnisz-li, pan[n]o, bych był ślep?
Uderzym ja kijem w kerz,
Wyżenu zajęce.
Co oznaczało, że podczas miłosnych zapałów "członka wnikającego w zarośla", czyli w pochwę (kija w kerz), nie należało jednak być ślepym, czyli nie upijać się...127
Spożywanie wina spotęgowało podejrzenia wobec Jadwigi o miłosne kontakty z Wilhelmem Habsburgiem. Jednakże główny strumień wina królewskiego płynął nie do Jagiełły i Jadwigi, a na potrzeby dworu i gości: braci króla, książąt mazowieckich, ruskich, śląskich, pomorskich, posłów krzyżackich itd. W 1394 roku na zapusty zjechała do Krakowa siostra Jagiełły Aleksandra, żona księcia Ziemowita mazowieckiego, z dwórkami i kapelą. Tańce i figle zapewne nie toczyły się na trzeźwo. Beczki wina wytoczono też podczas zjazdu Jadwigi z królem węgierskim Zygmuntem w Sączu w 1395 roku. Trzy lata później odwiedził on Kraków i polską parę królewską, stając tym razem do pojedynku na włócznie, a po turnieju obdarowany "wracał wesoły na Węgry"128.
Był to czas, gdy niektórzy władcy poddawali się urokom codziennego spożywania wina i wyraźnie wpadali w uzależnienie. Syn Karola IV i Anny Świdnickiej, król Niemiec i Czech Wacław IV Luksemburski w 1400 roku na zjeździe we Frankfurcie nad Menem został pozbawiony tronu króla rzymskiego. Powodem, jak zauważał Długosz, była "gnuśność" króla, który "za dawnego nałogu oddając się obżarstwu i opilstwu, przesypiając dnie i noce, pędzi niechwalebny żywot", aż do śmierci w 1419 roku129. Wprawdzie pijaństwo mogło być władcy wybaczone, a nawet pożądane, gdyż zbliżało nieco do majestatu, ale gnuśność, czyli zaniedbanie spraw państwa z powodu nałogu - była nie do przyjęcia.
O wzroście prestiżu wina i jego spożyciu w kręgach władzy świadczą nieliczne krakowskie źródła XIV- i XV-wieczne, gdzie znajdujemy wzmianki o vinum proprium, albo regesty lwowskie i krakowskie zawierające informacje o tajemniczym winie zwanym rubeum lub album. Wręczane one były przez władze miejskie przyjeżdżającym dostojnikom130. Nadal jednak nie wiemy, czy było to wino swojskie, czy importowane. Wypada raczej zgodzić się z Marią Dembińską, że "wino w ogólności, czy to zagraniczne, czy to inne, jest rzadko pite w XIV i XV wieku nawet przez zamożniejszych".
Jednakże konstatacja ta dotyczy głównie wieku XIV. W początkach XV stulecia rozpoczął się bowiem wspomniany szerszy import szlachetnego trunku z Węgier, Włoch, Mołdawii, Austrii, Nadrenii, a nawet Hiszpanii. Po 1425 roku sprowadzanie win do Polski rozwija się na wielką skalę, co niezmiernie ożywia handel zagraniczny131.
Trunek ten pojawił się wówczas nawet na niezbyt zamożnych stołach kolegium uniwersyteckiego, choć nadal przeważało tam piwo. Wino i piwo było przy tym oszczędnie wydawane przez prepozyta, sprawującego władzę nad piwnicą kolegialną wspólnoty magistrów, doktorów i mistrzów. Wykładowcom Akademii Krakowskiej przysługiwała tylko jedna szklanka piwa, "na drugą potrzebne było zezwolenie prepozyta"132.
Dopiero uroczystości, szczególnie w dzień św. Floriana 14 czerwca, przywoływały na stoły profesury dzbany z winem i piwem, zresztą na koszt beneficjentów. Być może wtedy puszczały więzy codziennej dyscypliny: w średniowieczu bowiem podczas posiłków akademickich o 11 i 18 musiała panować cisza, a lektor czytał księgę mającą wzmóc cnoty słuchających. Resztek z posiłków nie można było zabierać. Mistrzowie mieli służyć przykładem, więc picie w szynkach czy nawet rozmowy z niewiastami były absolutnie zabronione, a za ich złamanie groziły nie tylko kary pieniężne, ale i wykluczenie z kolegium.
Picie wina towarzyszyło też bez wątpienia burzliwemu życiu bractwa żaków w Krakowie. Rządziło się ono swoimi tradycyjnymi regułami: na przykład pomiędzy 8 a 21 sierpnia odbywały się beanie, czyli otrzęsiny, po których beanus musiał ugościć swych dręczycieli na swój koszt w szynku, gospodzie, a czasem i w samej bursie. Władze wydawały stosowne ustawy prohibicyjne, ale nie mogły powstrzymać tego procederu. Przymykały więc na nie oko, ograniczając się początkowo do zakazu wydawania na otrzęsiny przez nieszczęsnego beanusa więcej niż pół florena. W 1511 roku beanie w ogóle zniesiono, ale władze uczelni nie były w stanie zapanować nad plagą pijaństwa wśród młodzieży.
Zresztą przed popadnięciem w grzech opilstwa nie chroniły tytuły naukowe ani wykształcenie. Na przykład w 1512 roku rektor skazał na grzywnę magistra Marcina z Tarnowa, a w 1527 roku magistra Macieja z Przedborza za to, że ten pił z chłopami, o kształceniu młodzieży, a może i o Bożym świecie zapominając133.
Władze zakazywały również wpuszczania kobiet do burs. Często jednak okazywało się, że w bursach przebywali także goście wbrew zakazom, co zmusiło prowizorów i seniorów do kontrolowania pomieszczeń żakowskich od 1495 roku. Niektórzy studenci, pomimo obostrzeń i kontroli, wymykali się wszak wieczorami do szynku i tam pili i szukali towarzystwa kobiet. Było to zjawisko nagminne, a wiemy o tym między innymi stąd, że czasem pachołkowie miejscy zamykali bardziej swarliwych uczniów w wieży ratuszowej.
Część żaków zdawała się nie przejmować tym, że są widoczni, a więc i ich pijaństwo było łatwo dostrzegane. Związane to było ze strojem: studenci byli zobowiązani do noszenia duchownych tunik z kapucą na głowę, co wyróżniało ich spośród mieszczan i rzemieślników. Za zmianę stroju groziły kary pieniężne; ubiór miał być wyróżnikiem społecznym i wskazówką dla otoczenia i straży, z kim mają do czynienia. Żacy usiłowali jednak omijać te przepisy, podobnie jak zakaz noszenia noży, które i tak mieli przy sobie, tłumacząc się, że służą im jedynie do temperowania piór.
Niewiele pomagało wbijanie im do głów, że pijaństwo jest "studnicą wszelkiego złego", bo z niego wszystko, co złe, pochodzi: gra namiętna w karty i rozpusta. Młodość musiała się wyszumieć, co w średniowieczu może poza okresem karnawału nie miało zrozumienia wśród starszych: żacy krakowscy, jeśli tylko mieli grosz przy sobie, niewiele sobie z zakazów robili, skoro na drodze stawały im niezliczone szynki i piwnice z piwem, winem, kobietami i z pazernymi karczmarzami, którym chęć zysku przesłaniała niemal wszystko, poza obawą przed gniewem Boga i władzy.
Występował przeciw szynkarzom prezbiter krakowski św. Jan Kanty, wołając w XV wieku: "Karczmarze [...] są gwałtownikami Boga, w karczmach dokonują się zabójstwa tak duchowe jak cielesne. Karczmy dane nam są ku potrzebie jako gospody, nie gwoli ćwiczenia się w żarłoctwie, w wyzysku i chciwości"134.
Pomimo tak cnych głosów i surowych kar żacy wałęsali się nadal, po nocach lądując w szynkach. Ich pragnienia i pożądania skrywały mroki, ledwo oświetlane pochodniami przechadzających się straży. Do szynków studenci zawsze chodzili pod bronią, gdyż gra w kości i karty wyzwalała ogromne emocje. Niektórzy uzależniali się nie tyle od alkoholu, ile od hazardu, jak niejaki Maciej z Piotrkowa mieszkający przy szkole św. Anny, który zapomniał o wszystkim łącznie ze studiami, wpadając w szpony nałogowej gry w karty i kości. Mimo kary i upomnień rektora wrócił do nałogu, został znów ujęty i ukarany kolejną grzywną wynoszącą aż 10 florenów. Uzależnienie jego przypomina obecne uzależnienie od gier komputerowych i hazardu, wyzwalających ogromne niezaspokojone emocje, od euforii do moralnego kaca po stracie.
Zwadom sprzyjał też międzynarodowy skład żaków, kierujących się, jakżeby inaczej, stereotypami. I tak Niemcy byli Żydami zrodzonymi de culo Pilati, z Piłata; Czesi (a było ich ledwie kilku) to heretycy; Węgrzy nieokrzesani barbarzyńcy; Mazurzy złodzieje, a według Litwinów - zrodzeni z Judasza itd. Szczególnie dostawało się właśnie Mazurom: unikajcie ich towarzystwa, "albowiem zdrada i zawiść królują na Mazowszu", śpiewano, deprecjonując tę krainę przyszłej stolicy Polski135. "Nazywano ich mazurskimi świniami, bo dają się bić jak świnie", znajdujemy w aktach rektorskich136. Litwini chodzili nawet koło ich komnat, przedrzeźniając "mazurzenie" w słowach, pomimo że na terenie Akademii i bursy obowiązywał wyłącznie język łaciński.
Zacofanie Mazurów miało się przejawiać również w tym, że na Mazowszu w średniowieczu wino poza mszalnym było raczej zupełnie nieobecne. Popularnym napojem upajającym był na tych obszarach, a także na ziemi chełmińskiej i dobrzyńskiej, miód sycony, pomimo prób hodowli winorośli. Miód od dawna był "napojem obrzędowym w różnych pogańskich uroczystościach religijnych, później stał się najpowszedniejszym, bo i stosunkowo najtańszym napojem nie tylko dla pospolitego ludu", sądzi Kazimierz Grążawski137. Litwini wzniecali też awantury z Polakami i zapewne tym sprzeczkom towarzyszyło piwo, a w przypadku Madziarów także wino. Mimo że akta rektorskie wspominają początkowo o niewielu awanturach, to jednak zdarzały się coraz częściej, osiągając renesansowe apogeum w roku 1549.
Poza wyjątkami Polacy żyli dobrze z Niemcami; natomiast najbardziej Germanów nienawidzili Madziarzy. Byli oni skłonni do tak szaleńczych wyczynów, że ich bursa przy Brackiej była w stanie dewastacji. Do Akademii Krakowskiej przywieźli też obyczaje dawno zarzucone w Polsce: bicie młodszych studentów w Dzień Młodzianków 28 grudnia. Gdy w 1507 roku zgodnie ze swym zwyczajem Węgrzy pobili okrutnie Wojciecha z Piczkowic, sprawa dotarła do rektora, który zasądził wysokie kary. Madziarzy jednak opierali się płaceniu jakichkolwiek długów: "Zjeść, napić, kazać sobie coś zrobić, a potem nie zapłacić, to było u nich czymś zwyczajnym. Szczególniej zaś jako dobrzy patrioci węgierscy lubili zapijać się winem węgierskim. A mieli je niedaleko swej bursy, bo na ulicy Wiślnej u winiarza Jana Medyka, któremu uważali za święty obowiązek wypić jak najwięcej, a gdyby się upominał o zapłatę, obić go za to", opisywał Jan Ptaśnik138.
Winiarnia Medyka mieściła się naprzeciw bursy ubogich i była najpopularniejsza wśród studentów. Właściciel chyba nieźle zarabiał, ale przez 17 lat, kiedy to spotykamy go w aktach rektorskich, miał mnóstwo kłopotów z żakami, szczególnie właśnie z Węgrami. Pod winiarnią była piwnica, w której zabawiali się owi studenci. Długi młodych Węgrów narastały, a Medyk wierzył, że skoro tu popijają, w tym także senior bursy węgierskiej, to w końcu zapłacą za zborgowane wina. Tymczasem oni ani myśleli zwracać długów. Karczmarz imał się więc nietypowych sposobów, na przykład wypisał nazwiska dłużników na kilku kartach i przybił je na murach kościołów, między innymi na murze kościoła św. Franciszka, gdzie Węgrzy mieli swoją kaplicę. Czyżby więc szynkarz Jan Medyk posiadł sztukę pisania, choć król Kazimierz Jagiellończyk tego nie potrafił? Wiemy jedynie, że akcja protestacyjna czcigodnego Medyka nie odniosła skutku, gdyż przełożony kaplicy Mikołaj zerwał owe karty i podarł.
Wtedy karczmarz Medyk zaskarżył go przed rektorem, czego dotąd unikał z obawy, by nie obostrzono przepisów "o uczęszczaniu do miejsc zakazanych". Wyniesienie się studentów z jego gospody oznaczałoby finansową klęskę; nie pomogłyby wówczas nawet sposoby, jakich chwytali się zwykle karczmarze, byle utrzymać bądź przyciągnąć klientelę. A były one przemyślne: pokropienie gospody wywarem z mrówek, umieszczanie sznura wisielca czy pokropek z wywaru zioła zwanego targownikiem lub odczyninem. Jednakże imć Medyk sprawę przegrał, bo rektor rozsądził, że karczmarzowi wolno przybijać takie kartki tylko na drzwiach kościoła, a nie na murze.
Toteż swawolili Węgrzy bez umiaru. Pewnego wieczoru pojawił się w winiarni senior bursy węgierskiej Piotr z Waradynu z kilkoma studentami, którzy nie mieli pieniędzy. Czcigodny Medyk na słowo nic im dać nie chciał, ale: "Panie Janie, rzecze wtedy senior, zaręczam ci, że nie poniesiesz szkody ze strony tych Węgrów; sami ci bowiem wszystko zapłacą". Wierząc słowu seniora, Medyk wino wydał. Lecz dni mijały, a on zapłaty nie otrzymywał. W końcu poszedł do rektora. Senior przyznał się do swego długu w kwocie trzech florenów, ale nie potwierdził swego poręczenia za innych studentów. Karczmarz zdołał mu jednak to udowodnić, gdyż senior zwrócił mu już nie trzy, lecz cztery floreny. Suma ta wskazuje, że Węgrzy popijali u Medyka w dużych ilościach.
W końcu doszło do rzeczy okropnej: Węgrzy ciężko poranili nieustępliwego karczmarza. Nie wiemy, czy stało się to w jego szynku, czy też w mieście. Interweniowali radcy i straże, które podczas bójki aresztowały dwóch studentów: Andrzeja z Apatu i Michała z Temeszwaru. Zostali oni osadzeni w więzieniu na ratuszu.
Doszło do kompromisu, gdyż za uwięzionymi wstawił się u rektora senior bursy węgierskiej i kilku studentów. Zaręczyli oni 13 lipca 1534 roku za uwięzionych, że ugodzą się z czcigodnym Medykiem i wynagrodzą mu stratę i krzywdę. Zapewniali też, że gdy wyjdą z więzienia, nie będą się nigdy mścić na karczmarzu pod karą 300 dukatów. 12 dni po bijatyce i poręczeniu studenci opuścili mury więzienne i wraz z Medykiem stanęli przed sądem rektorskim, a ten zatwierdził ugodę, za której zerwanie groziła kara 600 florenów.
Na tym się jednak działalność karczmarza skończyła. Być może uczelnia i ratusz miały dosyć awantur stąd wychodzących i gospodę nakazali zamknąć. W sierpniu 1534 roku po raz ostatni widzimy pana Medyka, po czym jego osoba i kłopoty piwnicy z winem znikają ze źródeł historycznych.
Tymczasem studenci tak się rozzuchwalili, że nie tylko pili w szynkach, ale i posyłali po piwo. Wiemy to z oskarżenia prepozyta kościoła św. Leonarda, księdza Srolli, że widział on seniora przy szkole Bożego Ciała, Jana zwanego Łyskiem lub Subtilką, z podejrzaną kobietą Błażkówną. Została ona wciągnięta przez okno do bursy.
Ależ skąd - odpowiadali na oskarżenie studenci, my posłaliśmy Jana po piwo, a rzekoma kobieta to był właśnie wciągany przez okno Jan. Widział to prepozyt, opowiadali studenci, na dodatek zachęcając ich: "Ciągnijcie dobrze tę niewiastę, panowie studenci, a wpuśćcie i mnie do siebie, będę wam szynkował". Wtedy żacy mieli zażądać pół grosza. "Dam i 6 groszy, tylko mnie wpuśćcie i pozwólcie ze sobą triumfować"139.
Oczywiście były to drwiny i docinki żakowskie. Sprawa się ciągnęła, ale dla naszego wywodu o alkoholu jest znamienne, że także kierownicy szkół zamiast świecić przykładem sami ulegali powabowi piwa i wina, a zapewne i łatwych kobiet. Działo się tak, pomimo że kara wydalenia z uczelni i uniemożliwienie promocji bakalarskiej byłyby katastrofą dla każdego studenta, którego rodzice musieli wysupłać spore kwoty na edukację, a on sam najczęściej żebrał, aby się utrzymać. Lawirowanie między skłonnością do trunków a dążeniem do zdobycia wykształcenia i kariery duchownej w przyszłości bywało trudne, ale nie beznadziejne, gdyż władze na ogół ograniczały się do wymierzania kar pieniężnych niesfornym żakom.
Oczywiście alkohol i w tej epoce był traktowany jako lek. W trosce o zdrowie medycy wymyślali terapie żywieniowe i dotyczące sposobu życia. Przed królową Boną i szerszym wprowadzeniem jarzyn i warzyw do jadłospisu znano już na Śląsku ich wartość, skoro lekarze zalecali po marcowym objadaniu się mięsem jedzenie w czerwcu sałaty, w lipcu kopru i szałwii, a we wrześniu białego chleba z kozim mlekiem zapijanym wywarem z pokrzywy. Natomiast w czerwcu nie zalecano pić młodego piwa140. Ciekawa to wskazówka, bo jednocześnie piwo marcowe i majowe (maibock warzony na Morawach, w Czechach i Niemczech) uchodziło za wyborne, zresztą podobnie uważa się dzisiaj.
Podobne zalecenia medyczne dotyczyły innych spożywanych trunków. W styczniu medycy nakazywali pić białe wino dla rozgrzania ciała, co zakazane było w czerwcu. W styczniu, czerwcu i lipcu należało unikać picia miodu syconego, a stosować go powinno się w lutym i październiku. W listopadzie pić sycerę z imbirem141. W Krakowie dopuszczano też, a nawet zalecano picie przez dzieci lekkiego białego wina, ale tylko jednego gatunku i w niewielkich ilościach142.
Podawanie wina dzieciom miało wspomagać ich trawienie, choć jednocześnie zalecano podawać dzieciom dania lekkostrawne. Sam pomysł raczenia dziatek winem w niewielkich ilościach był przy tym praktykowany w innych kulturach i państwach, jak choćby w Gruzji czy Armenii, gdzie w ogóle miała narodzić się kultura winna.
Potocznie postrzega się średniowiecze jako "wieki ciemne". Badania rozjaśniły i wyprostowały te krzywdzące osądy, również w kwestiach szeroko pojętej kultury alkoholowej. W wymiarze społecznym, ekonomicznym czy nawet religijnym nie była to kraina ciemnego chaosu i zabobonu. Jak widzieliśmy, to wtedy wykształciła się wielka rozmaitość gospód i karczem, skupiających określone środowiska, na przykład żaków, rzemieślników czy prawników.
Oczywiście pojawił się też w miastach margines ludzi bez zajęcia lub złoczyńców. Tak było zawsze i wszędzie, więc i w samym Krakowie włóczyło się, szczególnie nocą, wielu pijaków. Ich wyłapywaniem zajmowali się wiertelnicy, czuwający nad przestrzeganiem zarządzeń rady, dzięki czemu stolica była miejscem raczej bezpiecznym. Porządek, jaki władze miejskie usiłowały utrzymywać w miastach w tamtych czasach, przydałby się nawet w dzisiejszych miastach. Przestrzeganie prawa było budujące. Do gospód i szynków często zaglądały straże, bacząc, czy ktoś jest pijany, czy się awanturuje lub zamierza wszcząć burdę.
Picie, jak wiele dziedzin życia, było uregulowane. Kiedy z ratusza krakowskiego rozlegał się drugi dzwonek miejski, oznaczał on koniec wyszynku trunków. Od tej chwili można było je sprzedawać tylko na wynos. W niedziele i święta zabraniano szynkowania przed kościelną sumą i otwierania więcej niż jedną beczkę naraz. Oczywiście istniał też w te dni zakaz warzenia piwa.
Piwowarzy i wyrobnicy usiłowali owe straty w piciu i zabawie wyrównywać sobie w "leniwy poniedziałek". Ale rada miejska Krakowa ukróciła te zabiegi, zakazując w 1390 roku próżnowania w pierwszy dzień tygodnia. Zdesperowani mieszczanie, piwowarzy i karczmarze domagali się więc od rady miejskiej zmniejszenia liczby świąt143. Nie było to chyba zanadto potrzebne, gdyż mimo zakazów i przestróg pito coraz więcej. Wnioskujemy to z zarządzeń synodalnych, statutów cechowych i traktatów Stanisława ze Skarbimierza, przestrzegających przed zgubnym nadużywaniem wina i piwa. Rektor Akademii był przekonany, że ludzie dlatego nie osiągają 120. roku życia, długości przewidzianej w Biblii, gdyż skracają je sobie do 60, a nawet 40 lat wskutek "złych nałogów". Wytykał też młodzieży, że woli obcować z pijakami i "lekkomyślnymi kobietami" zamiast z magistrami i doktorami144.
Cny rektor nie dostrzegał, że powód niechęci żaków do swych preceptorów był prosty: po co czuć się gorszym w towarzystwie więcej wiedzącego i bezustannie pouczającego doktora czy profesora, na dodatek niewiele pijącego? Lepiej było pić z podobnymi sobie...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Gall Anonim, Kronika polska, przeł. R. Grodecki, komentarz M. Plezia, Wrocław 1975, s. 13.
2 Analiza Tomasza Jasińskiego z 2005 roku wskazuje, że owym Gallem nie był Frank, a mnich z Wenecji - Monachus Littorensis, "Kwartalnik Historyczny" 2005, nr 3, s. 69-89.
3 Monumenta Poloniae Historica, wyd. A. Bielowski i in., Lwów 1872, t. 2, s. 479.
4 J. Wielowiejski, Życie codzienne na ziemiach polskich w okresie wpływów rzymskich (I-V w.), Warszawa 1976, s. 104, 216 i n.
5 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi w dawnej Polsce, Kraków 1888, s. 14.
6 Tacyt, Wybór pism, przeł., oprac. S. Hammer, Wrocław 1956, Germania 22, s. 341.
7 Za: B. Zientara, Świt narodów europejskich, Warszawa 1985, s. 33.
8 M. Plezia, Greckie i łacińskie źródła do najstarszych dziejów Słowian, Poznań-Kraków 1952, s. 91.
9 Helmolda Kronika Słowian, przeł. J. Matuszewski, Warszawa 1974, s. 245; K. Grążawski, Życie codzienne na ziemi chełmińskiej i dobrzyńskiej w średniowieczu, Pułtusk 2003, s. 38.
10 M. Plezia, Greckie i łacińskie źródła, dz. cyt., s. 95.
11 Teofilakt Symokatta, Historiae, w: M. Plezia, Greckie i łacińskie źródła, dz. cyt., s. 109-116.
12 [Ibrahim Ibn Jakub], Relacja Ibrahima Ibn Jakuba z podróży do krajów słowiańskich w przekładzie al-Bekriego, przeł. T. Kowalski, Kraków 1946, t. 1, s. 51-52.
13 Por.: M. Miśkiewicz, Życie codzienne mieszkańców ziem polskich we wczesnym średniowieczu, Warszawa 2010, s. 26.
14 [Ibrahim Ibn Jakub], Relacja, dz. cyt., s. 53.
16 Kroniki staroruskie, przeł. E. Goranin, F. Sielicki, H. Suszko, Warszawa 1987, s. 39-41.
17 Herbord, Vita Ottonis, ep. Babenbergensis, w: Monumenta Poloniae Historica, t. 2, cap. 41, przeł. G. Labuda, przekł. w: M. Dembińska, Konsumpcja żywnościowa w Polsce średniowiecznej, Wrocław 1963, s. 71.
18 M. Miśkiewicz, Życie codzienne, dz. cyt., s. 27.
19 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 5-6.
20 Gall Anonim, Kronika polska, dz. cyt., s. 15.
21 C. Deptuła, Galla Anonima mit genezy Polski. Studium z historiozofii i hermeneutyki symboli pisarstwa średniowiecznego, Lublin 2000, passim; M. Dygo, Uczty Bolesława Chrobrego, "Kwartalnik Historyczny" 2005, nr 3, s. 41 i n.
22 Gall Anonim, Kronika polska, dz. cyt., s. 36-37.
23 [Thietmar], Kronika Thietmara, przekł., wstęp, przypisy M.Z. Jedlicki, posłowie K. Ożóg, Kraków 2002, s. 124.
24 Por. J. Banaszkiewicz, Trzy razy uczta, w: Społeczeństwo Polski średniowiecznej, red. S.K. Kuczyński, Warszawa 1992, t. 5, s. 95-108.
26 Kronika wielkopolska, przeł. K. Abgarowicz, wstęp, oprac., komentarz B. Kürbis, Warszawa 1965, s. 84.
27 Gall Anonim, Kronika polska, dz. cyt., s. 108-109.
29 W. Kadłubek, Kronika polska, przeł. B. Kürbis, Wrocław-Warszawa-Kraków 1992, s. 36.
30 M. Bobrzyński wskazuje na brak wzmianek w nadaniach o tabernach, czyli karczmach. Sądzi jednak, że nie wymieniano ich w nadaniach dlatego, że było oczywiste, iż należą do utilitas, czyli nadawanego majątku nieruchomego. M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 6-8.
31 J. Długosz, Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Ks. 7/8, przeł. J. Mrukówna, red., komentarz K. Pieradzka, Warszawa 1974, ks. 7, s. 193.
32 J. Długosz, Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Ks. 5/6, przeł. J. Mrukówna, red., komentarz K. Pieradzka, Warszawa 1973, ks. 5, s. 38-39.
33 W. Kadłubek, Kronika polska, dz. cyt., s. 193-194.
36 Księga henrykowska, red. R. Grodecki, Poznań-Wrocław 1949, s. 132; R. Heck, Mentalność i obyczaje pierwszego księcia legnickiego Bolesława Rogatki, "Szkice Legnickie" 1976, t. 9, s. 27 i n.
37 R. Heck, Mentalność i obyczaje, dz. cyt., s. 28-29.
38 Monumenta Poloniae Historica, dz. cyt., t. 4, s. 656; R. Heck, Mentalność i obyczaje, dz. cyt., s. 47.
39 A. Wałkówski, Dokumenty i kancelaria księcia Bolesława II Rogatki, Zielona Góra 1991, s. 186.
40 Kodeks dyplomatyczny Śląska, red. K. Maleczyński, Wrocław 1964, t. 3, s. 18-20.
41 J. Dąbrowski, R. Grodecki, S. Zachorowski, Dzieje Polski średniowiecznej, Kraków 1995, t. 1, s. 254.
42 J. Długosz, Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Ks. 9, przeł. J. Mrukówna, oprac. D. Turkowska, M. Kowalczyk, Warszawa 1975, s. 27-28; F.S. Dmochowski, Dawne obyczaje i zwyczaje szlachty i ludu wiejskiego w Polsce i w ościennych prowincjach, Warszawa 1860, s. 144.
43 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 9, s. 242-243.
44 Za: S. Wrzesiński, Tajemnice rycerzy: życie codzienne śląskich feudałów, Zakrzewo 2008, s. 134. Autor, niestety, nie opatrzył pracy przypisami.
45 Por.: R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku w wiekach średnich, Warszawa 1977, s. 54.
46 J. Długosz, Vita episcoporum, w: Opera omnia, Kraków 1887, s. 472, przekł. w: E. Maleczyńska, Ruch husycki w Czechach i w Polsce, Warszawa 1959, s. 173; R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku, dz. cyt., s. 75.
47 J. Długosz, Vita episcoporum, dz. cyt., s. 173.
48 B. Zientara, Henryk Brodaty i jego czasy, Warszawa 1975, s. 14.
49 Por.: R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku, dz. cyt., s. 112.
50 Za: J. Żylińska, Piastówny i żony Piastów, Warszawa 1982, s. 176.
51 Kronika wielkopolska, dz. cyt., s. 258-259.
52 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 9, s. 44.
53 Tamże, ks. 8, s. 386; A. Krawiec, Seksualność w średniowiecznej Polsce, Poznań 2000, s. 167.
54 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 9, s. 134-135.
57 Kronika Františka Pražského (Chronicon Francisci Pragensis), ed. J. Zachová, Praha 1998, przekł. w: J. Śliwiński, Kazimierz Wielki. Kobiety a polityka, Olsztyn 1994, s. 43.
58 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 9, s. 444.
62 Cyt. za: R. Grodecki, Kongres Krakowski w roku 1364, Warszawa 1939, s. 70.
63 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 9, s. 444-446.
64 Gall Anonim, Kronika polska, dz. cyt., s. 41.
65 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 16.
66 R. van Dülmen, Kultur und Alltag in der Frühen Neuzeit, München 1999, 1 Bände, s. 69; B. Bobowski, Kultura materialna mieszczan Świdnicy i rycerstwa Weichbildu świdnickiego w świetle testamentów (od I połowy XIV do końca I ćwierci XVII wieku), Zielona Góra 2011, s. 167.
67 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 11, 17-18.
68 Statuty Kazimierza Wielkiego, oprac. O. Balzer, Poznań 1947, cz. 1.
69 S. Sochaniewicz, Sołtystwa i wójtostwa pod względem prawnym i ekonomicznym w ziemi lwowskiej, w: Studia nad historią prawa polskiego, Lwów 1921, t. 7, s. 345.
70 J. Ptaśnik, Kultura wieków średnich. Życie społeczne i religijne, Warszawa 1925, s. 160-161; J. Fijałek, Średniowieczne ustawodawstwo synodalne biskupów polskich. 1. Życie i obyczaje kleru w Polsce średniowiecznej, Kraków 1893, s. 18-23.
71 Akta kapituł w wieku XVI, wyd. B. Ulanowski, Kraków 1908, nr 168, 201, 216; J. Burszta, Wieś i karczma. Rola karczmy w życiu wsi pańszczyźnianej, Warszawa 1950, s. 32-33.
72 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 15.
73 Za: B. Baranowski, Polska karczma. Restauracja. Kawiarnia, Warszawa 1979, s. 8.
74 B. Baranowski, Polska karczma, dz. cyt., s. 13. Por. badania dotyczące zachodniej Wielkopolski: M. Szczepaniak, Karczma-wieś-dwór. Rola propinacji na wsi wielkopolskiej od połowy XVII do schyłku XVIII wieku, Warszawa 1977, s. 15.
75 J. Burszta, Wieś i karczma, dz. cyt., s. 37.
76 Tamże, s. 39, 42, 52-53.
77 Polska poezja świecka XV wieku, oprac. M. Włodarski, Wrocław 1997, s. 20.
78 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 13-14.
79 J. Długosz, Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Ks. 1/2, przeł. S. Gawęda i in., red., wstęp J. Dąbrowski, tekst łac. ustaliła i przedmową zaopatrzyła W. Semkowicz-Zarembina, Warszawa 1961, t. 1, s. 99; J. Gilewska-Dubis, Życie codzienne mieszczan wrocławskich w dobie średniowiecza, Wrocław 2000, s. 112.
80 Średniowieczna poezja polska świecka, oprac. S. Vrtel-Wierczyński, Wrocław 1952, s. 3-4.
81 U. Świderska, Kultura rycerska w średniowiecznej Polsce, Zielona Góra 2001, s. 101.
82 M. Rej, Żywot człowieka poczciwego, oprac. J. Krzyżanowski, Wrocław 1956, s. 210.
83 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie: wiek XIII-XV, Kraków 1966, s. 160.
84 J. Kochanowski, Z łacińska śpiewa Słowian muza, w: Dzieła polskie, oprac. J. Krzyżanowski, Warszawa 1978, s. 165.
85 Świdnica. Zarys monografii miasta, red. W. Korta, Wrocław-Świdnica 1995, s. 72.
86 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 26.
88 Za: S. Wrzesiński, Tajemnice rycerzy, dz. cyt., s. 134.
89 Za: R. Primke, M. i W. Szczerepa, Gawędy o piwie, Warszawa 2007, s. 45.
90 K. Pieradzka, Handel Krakowa z Węgrami w XVI w., Kraków 1935, s. 125; A. Mączak, Życie codzienne w podróżach po Europie w XVI i XVII wieku, Warszawa 1980, s. 75.
91 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 30.
92 Za: R. Primke, M. i W. Szczerepa, Gawędy o piwie, dz. cyt., s. 33.
93 Toć jest dziwne a nowe. Antologia literatury polskiego średniowiecza, przeł. J. Sękowski, oprac. A. Jelicz, Warszawa 1987, s. 156-157.
94 Za: R. Primke, M. i W. Szczerepa, Gawędy o piwie, dz. cyt., s. 11, 26. Autorzy powoływali się na badania Romualda M. Łuczyńskiego.
95 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 97.
96 J. Drabina, Życie codzienne w miastach śląskich XIV i XV wieku, Opole 1991, s. 24, 44.
97 Za: R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku, dz. cyt., s. 145.
98 M. Dembińska, Konsumpcja, dz. cyt., s. 95; J. Gilewska-Dubis, Życie codzienne mieszczan, dz. cyt., s. 113; J. Drabina, Życie codzienne w miastach śląskich, dz. cyt., s. 24.
99 Za: G. Godlewski, Bachus w kontuszu: z dziejów motywu alkoholu w literaturze polskiej, Ciechanów 1989, s. 17.
100 Świdnica, dz. cyt., s. 84.
101 J. Drabina, Życie codzienne w miastach śląskich, dz. cyt., s. 90-91.
102 M. Bobrzyński, Prawo propinacyi, dz. cyt., s. 18.
103 J. Drabina, Życie codzienne w miastach śląskich, dz. cyt., s. 17.
104 Za: R. Primke, M. i W. Szczerepa, Gawędy o piwie, dz. cyt., s. 10.
105 M. Bogucka, Gdańsk jako ośrodek produkcyjny w XIV-XVII wieku, Warszawa 1962, s. 18 i n.
106 Tamże, s. 19, 24-25, 38-39.
107 B. Bobowski, Kultura materialna mieszczan, dz. cyt., s. 167.
108 J. Długosz, Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Ks. 10, przeł. J. Mrukówna, red., komentarz Z. Perzanowski, Kraków 1982, s. 111-112; T. Silnicki, Dzieje i ustrój Kościoła na Śląsku do końca w. XIV, w: Historia Śląska od najdawniejszych czasów do roku 1400, Kraków 1939, t. 2, cz. 1, s. 270-286.
109 J. Drabina, Życie codzienne w miastach śląskich, dz. cyt., s. 91.
110 R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku, dz. cyt., s. 164-165.
111 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 97.
112 A. Pobóg-Lenartowicz, Kanonicy regularni na Śląsku: życie konwentów w śląskich klasztorach kanoników regularnych w średniowieczu, Opole 1999, s. 131.
113 Polska poezja świecka, dz. cyt., s. 113.
115 Katalog opatów żagańskich, Scriptores Rerum Silesiacarum, Wrocław 1835, t. 1, s. 200, przeł. R. Kiersnowski, w: Życie codzienne na Śląsku, dz. cyt., s. 164.
116 A. Pobóg-Lenartowicz, Kanonicy regularni, dz. cyt., s. 131.
117 Toć jest dziwne, dz. cyt., s. 272.
118 Średniowieczna poezja polska świecka, dz. cyt., s. 29.
119 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 52-53.
120 P. Gąsiorowska, Życie codzienne w klasztorze klarysek krakowskich od XIII do końca XVIII wieku, Kraków 2003, s. 92-93, 97.
121 Za: R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku, dz. cyt., s. 159.
122 U. Świderska, Kultura rycerska, dz. cyt., s. 101.
123 M. Kromer, Polska, czyli o położeniu, ludności, obyczajach, urzędach i sprawach publicznych Królestwa Polskiego księgi dwie, przeł. S. Kazikowski, wstęp, oprac. R. Marchwiński, Olsztyn 1977, s. 28.
124 J. Gilewska-Dubis, Życie codzienne mieszczan, dz. cyt., s. 113.
125 W. Bogatyński, Walka z pijaństwem w renesansowym Krakowie (fragment życia obyczajowego Krakowa w dawnych wiekach), Kraków 1954, s. 7.
126 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 95.
127 Polska poezja świecka, dz. cyt., s. 98-99.
128 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 10, s. 291-292; Z. Nowak, Polityka północna Zygmunta Luksemburskiego do roku 1411, "Roczniki Towarzystwa Naukowego w Toruniu" R. 69, z. 1.
129 J. Długosz, Roczniki, dz. cyt., ks. 10, s. 311-312.
130 Najstarsze rachunki miasta Krakowa, cz. 2, wyd. F. Piekosiński, Kraków 1878, s. 277, 231, 236 i n.
131 M. Dembińska, Konsumpcja, dz. cyt., s. 72-73, 85.
132 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 129.
133 W. Bogatyński, Walka z pijaństwem, dz. cyt., s. 11.
134 J. Fijałek, Studya do dziejów Uniwersytetu Krakowskiego i jego wydziału teologicznego w 15 wieku, Cracoviae 1898, s. 156.
135 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 135-136.
136 J. Ptaśnik, Obrazki z życia żaków krakowskich w XV I XVI wieku, oprac. A. Krzeczkowska, Kraków 2008, s. 47.
137 K. Grążawski, Życie codzienne, dz. cyt., s. 42-43.
138 J. Ptaśnik, Obrazki, dz. cyt., s. 46.
139 J. Ptaśnik, Obrazki, dz. cyt., s. 73-74.
140 J. Gilewska-Dubis, Życie codzienne mieszczan, dz. cyt., s. 114.
141 J. Drabina, Życie codzienne w miastach śląskich, dz. cyt., s. 24.
142 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, dz. cyt., s. 155.
143 W. Bogatyński, Walka z pijaństwem, dz. cyt., s. 8.
144 Stanisław ze Skarbimierza, Mowy wybrane o mądrości, przeł. B. Chmielowska i in., oprac. M. Korolko, Kraków 2001.