EVIE
Oto bajki mojego dzieciństwa.
Georg Cantor, twórca teorii mnogości, spędził dużą część życia w zakładzie dla umysłowo chorych.
Kurt Gödel, który stworzył dwa z najsłynniejszych twierdzeń matematycznych, zagłodził się na śmierć, kiedy rozchorowała się jego żona, bo odmawiał spożywania posiłków przygotowywanych przez kogokolwiek innego.
John Nash, badacz teorii gier, zgubił się we wnętrzu własnej głowy.
Mogłabym wymieniać dalej, ale kiedy ostatnio widziałam się z Anitą, powiedziała mi, że nie powinnam się tak fascynować tragicznymi losami matematyków, bo koncentrowanie się na ich problemach jest przeciwskuteczne. Szkoda, że nikt nie uświadomił tego mojej mamie.
Dziś Anita zaprasza mnie do siebie, zanim mam szansę zabrać się do pracy domowej. Przekształciła salon swojego starego domu w gabinet terapeutyczny - jest tu nieodzowna kozetka, są przeszklone drzwi prowadzące do ogrodu, żeby wchodzący i wychodzący pacjenci nie musieli się mijać. Ten system ma ponoć chronić moją prywatność, ale w rzeczywistości budzi we mnie wstyd - jakby obecność tutaj była czymś niewłaściwym.
Na szczęście rekompensuje mi to sama Anita. Ma szeroki uśmiech, niesamowicie kręcone włosy przetykane pasmami siwizny i bardziej niż lekarkę przypomina serdeczną ciocię. Jest także pierwszą terapeutką, którą sama sobie wybrałam.
Mama, która napisała pracę magisterską na temat powiązania chorób psychicznych z predyspozycjami matematycznymi, uważa moje spotkania z Anitą za środek zapobiegawczy. Znalazła mi terapeutę, gdy tylko przyjechałam do Newton, ale w zeszłym roku postanowiłam z niego zrezygnować. Dlaczego? Bo wizyty u niego tylko wzmacniały moje lęki, zamiast je łagodzić.
- Co u ciebie słychać? - zaczyna Anita, przysuwając jedno z krzeseł do przeszklonych drzwi, bo za nic w świecie nie położę się na tej idiotycznej kozetce.
- Złożyłyśmy z Bex podania na Uniwersytet Chicagowski. - Zrobiłam to, bo mają tam jeden z najlepszych wydziałów fizyki teoretycznej, a Bex przekonał świetny współczynnik przyjęć do szkoły medycznej. Świadomość, że będziemy tam razem, pomaga mi zdławić panikę w zarodku.
- A Caleb? - dopytuje Anita z uśmiechem.
- Ciągle się zastanawia.
- Nie miałabyś nic przeciwko, gdyby wyjechał studiować gdzieś daleko?
Zastanawiam się nad tym przez chwilę.
- Nie wyjedzie - stwierdzam.
- Wydajesz się nie mieć co do tego wątpliwości.
Bo nie mam.
Moje lęki trudno byłoby zliczyć. Towarzyszą mi wszystkie: i te zwykłe - przed ośmionożnymi stworzeniami, zamkniętymi przestrzeniami, publicznymi występami, gadającymi lalkami i nadmiernie entuzjastycznymi nauczycielami nauczania początkowego; i te trochę niecodzienne - przed żabami (jak to możliwe, że ich nogi tak się wyginają?), mostami, suchymi basenami, pełnymi restauracjami i galaretką (zarówno przed jej dotykaniem, jak i jedzeniem, co według Caleba jest całkowicie racjonalne).
Nie boję się jednak tego, że Caleb mnie zostawi i wyjedzie na uczelnię gdzieś daleko.
- Przyjaźnimy się całe życie. - Prostota tego stwierdzenia nie wyraża wszystkiego, co mam na myśli, ale nie wiem, co jeszcze miałabym dodać.
- Nawet najlepsi przyjaciele czasem się od siebie oddalają - odpowiada Anita.
- Może. Ale nie my - zapewniam, choć wcale nie podobają mi się wątpliwości, jakie zasiewają w mojej głowie te słowa.
- Obyś miała rację. Mimo to poszerzenie kręgu znajomych nie wydaje się złym pomysłem. Może warto byłoby poćwiczyć nawiązywanie nowych znajomości właśnie teraz, gdy czujesz się bezpieczna?
- Ludzie są nudni.
- Oprócz ciebie w szkole uczy się stu dwudziestu innych miłośników matematyki i nauk ścisłych - przypomina mi Anita. - Z pewnością znajdzie się wśród nich ktoś wart twojego czasu.
Kończymy spotkanie, gadając o wszystkich wyzwalaczach, które dały mi w tym tygodniu popalić. Poprzedni terapeuta uważał, że lęki leczy się farmakologicznie i za pomocą terapii poznawczo-behawioralnej. Anita sięga głębiej i pomaga mi dostrzec, że lęk nie jest wyłącznie produktem mojego mózgu. Przybliżyła mi pojęcie lęku sytuacyjnego, a ja zrozumiałam, że okres dorastania w rodzinnym mieście był dla mnie jedną wielką s y t u a c j ą.
Dzięki jej pomocy ubiegłej wiosny odstawiłam leki. Cieszę się, że zapewniły mi przestrzeń niezbędną do tego, żebym mogła poczuć się lepiej, ale teraz już nie potrzebuję ich na co dzień. Mama nie jest przekonana, czy to właściwa droga, ale Anita ciągle mi przypomina, że to ja jestem panią swojego życia.
- Nie przestawaj się starać - mówi, gdy nasz czas dobiega końca, a ja wychodzę z gabinetu drzwiami wstydu.
Spacer do Newton w październikowym słońcu upływa mi szybko. Przylegający do kampusu uniwersyteckiego teren szkoły średniej zdobią betonowe rzeźby mitycznych stworzeń: smoków, jednorożców i węży morskich - trochę dziwna stylistyka jak na szkołę skupiającą się na przedmiotach ścisłych. Główny budynek wzniesiono w stylu neogotyckim, mimo że powstał przed dekadą - artystycznie postarzone okna w ołowianych ramach nadają mu stateczność i wiekowość. Caleb uważa, że dzięki temu władze mogą żądać wyższego czesnego, co moim zdaniem nie ma sensu, ale nauczyłam się ufać mu w takich kwestiach.
Zadaszone przejście prowadzi z głównego lobby do internatu, budynku o wiele bardziej prozaicznego i dyskretnie ukrytego. Na trzech piętrach mieszczą się tam pokoje jednoosobowe - dziewczyny mieszkają na najwyższym piętrze, a chłopacy na dwóch pozostałych, co odzwierciedla strukturę płci uczniów. Dział rekrutacji twierdzi, że odpowiada to także stosunkowi składanych podań, ale Bex ma co do tego wątpliwości.
Otwieram drzwi i widzę Bex - siedzi ze skrzyżowanymi nogami na moim łóżku, a wokół walają się notatki z biologii. Dzisiaj zdecydowała się na stylówę Księżniczki Kujonów. Ma na sobie białą koszulę z kołnierzykiem i kobaltową kamizelkę, a także plisowaną spódniczkę w barwach szkoły: niebieskiej, czarnej i szarej. Włosy koloru mahoniu związała w dwa sterczące kucyki i zwieńczyła całość wielkimi okularami w czarnych oprawkach. Jutro pomimo jasnych wytycznych szkolnego regulaminu będzie wyglądać zupełnie inaczej.
Ja praktycznie każdego dnia wkładam to samo: czarną bluzę z kapturem, niebieski T-shirt i plisowaną spódnicę w szkocką kratę. Według Bex szkolne restrykcje dotyczące ubioru są jak zasady pisania sonetu: w wypadku większości ludzi prowadzą do katastrofy, ale prawdziwym artystom pozwalają tworzyć rzeczy magiczne. (Według mnie wszystkie sonety to dno).
Bex jest najmłodszą córką superpopularnego telewizyjnego kaznodziei, kochanego przez prawicowych wyborców z dwóch powodów: przekonań politycznych oraz latynoskiego pochodzenia, dzięki któremu jego głównie biała widownia może się poczuć mniej rasistowska. Bex, praktycznie rzecz biorąc, zaszantażowała rodziców, żeby pozwolili jej wyjechać do Newton - zagroziła, że zrobi coś znacznie bardziej kompromitującego niż nauka w szkole o kierunku technicznym, jeśli się nie zgodzą.
Odwieszam płaszcz i torbę, odkładam notatnik i pisaki na skraj biurka, a następnie przeciągam po nich palcami, żeby je ułożyć w równy rząd. (Nie, nie mam lęku przed nieporządkiem. To zwykła awersja, jak do serka wiejskiego).
- Właśnie miałam spytać, czy przegadałyście już wszystkie twoje wariactwa, ale widzę, że wciąż czeka cię mnóstwo roboty - komentuje moje zachowanie Bex.
- Zamiłowanie do porządku nie jest zaburzeniem. - Ogarniam jej notatki znaczącym spojrzeniem, a ona zaczyna je zbierać.
- Co tutaj robisz? - pytam. - I jak się dostałaś do środka?
Bex przechyla głowę na bok, trzepocze rzęsami i mówi cichym, słodkim głosem:
- Och, Evan! Zostawiłam podręcznik do biologii w pokoju Evie. Jeśli go zaraz nie odzyskam, obleję jutro sprawdzian! Pomocy!!!
Prycham. Bex musiałaby oberwać w głowę młotkiem, żeby nie zaliczyć sprawdzianu z biologii. Ale jest tak śliczna, że ludzie często jej nie doceniają. Evan, uczeń college'u, który pełni funkcję opiekuna internatu, należy do grona jej wielbicieli i oddałby Bex nie tylko klucz do mojego pokoju, lecz także mojego laptopa, gdyby go ładnie poprosiła.
- Czy kiedykolwiek pomyślałaś, że te wielkie brązowe oczy i dołeczki w policzkach dają ci nad innymi nieuczciwą przewagę? - pytam.
- Jasne, Evie. Jako ciemnoskóra dziewczyna marząca o karierze w świecie nauki codziennie borykam się z kwestią swoich nieuczciwych przewag - odpowiada. - Och, a na marginesie: gdybyś kiedykolwiek chciała odegrać rolę angielskiej róży, służę pomocą.
Wiem, co ma na myśli. Po ojcu Brytyjczyku odziedziczyłam jasnobrązowe włosy, szare oczy i bladą karnację. Po matce z kolei mikry wzrost, włosy, które łatwo się kręcą, i umiarkowane rozczarowanie ogromną częścią ludzkości.
Siadam obok Bex i ponawiam pytanie:
- Co tutaj robisz?
Bex często u mnie przesiaduje, ale wie, że moja przestrzeń osobista to coś, czego pilnie strzegę. Kocham porządek i nienawidzę się dzielić ulubioną częścią pokoju - olbrzymią tablicą suchościeralną, na której jaskrawymi kolorami zapisuję notatki.
- Dostałam od rodziców spóźniony prezent urodzinowy. - Podaje mi maleńkie pudełko. W środku znajduje się masywny srebrny pierścionek. Prosty, ale gustowny. - Przeczytaj - dodaje, kiedy patrzę na nią zdezorientowana.
Wewnątrz pierścionka wygrawerowano słowa: "Nie należysz do samej siebie".
Nie rozumiem ich, ale przechodzi mnie dreszcz.
- To z Biblii - tłumaczy Bex. - Oznacza, że nasze ciała nie należą do nas, więc to coś w rodzaju pierścienia czystości. Gdy wyjeżdżałam z domu, obiecałam rodzicom, że nie będę się z nikim umawiać, ale chyba wyczuli, że się waham.
Czasem się zastanawiam, kto został bardziej skrzywdzony: Bex przez ojca, który interpretuje w sposób dosłowny najgorsze fragmenty Biblii, czy ja przez mamę, która uważa, że DSM-5 (oficjalny spis zaburzeń psychicznych) to doskonały podręcznik wychowywania dzieci.
Zamykam pudełko i chowam pierścionek do szuflady biurka.
- Oddam ci go, gdy będziesz wracać do domu. Chyba że uznasz, że już go nie potrzebujesz - mówię. - Wyskoczymy po coś słodkiego?
Promień Księżyca, lokalna cukiernia, stanowi lek na wszelkie problemy, od tych błahych po śmiertelnie poważne. Ja za każdym razem zamawiam to samo - ciastko czekoladowe z kawałkami czekolady. Bex woli wymyślny przysmak miesiąca - tym razem jest to ciastko z ananasem, pomarańczą i kokosem. Myślę, że te wybory mówią sporo o naszych charakterach.
Wracamy do Newton z wypiekami zawiniętymi w brązowy papier. Zamykamy się w pokoju i zjadamy je z apetytem. W pewnej chwili Bex odzywa się z wahaniem:
- Mogę cię o coś spytać?
- Wal śmiało.
- Co to za kolorowe bazgroły na tablicy?
Odwracam się do niej zaskoczona. Nie tego się spodziewałam.
- Zwykle twoja tablica jest pełna równań, więc zdziwiły mnie te wszystkie pokręcone obrazki - tłumaczy. Przygląda się uważnie mojej twarzy, a ja odwracam wzrok, jednocześnie szukając w jej pytaniu drugiego dna.
Odczytywanie ludzkich emocji sprawia mi sporo trudności, choć oczywiście im lepiej kogoś znam, tym łatwiej mi to przychodzi. Bex ma do mojej bolączki pragmatyczne podejście - opisuje mi na głos uczucia malujące się na twarzach innych ludzi i nazywa to "emocjonalną narracją". Niestety ta metoda nie działa, kiedy próbuję rozczytać samą Bex.
Aż w końcu słowo "pokręcone" naprowadza mnie na właściwy trop. Bex się martwi, że bazgroły na tablicy są efektem lęku.
- To afrykańskie symbole zwane adinkrami - mówię, żeby ją uspokoić.
- Zdajesz sobie sprawę, że to żadna odpowiedź?
- Długa wersja?
Bex kiwa głową, więc opowiadam:
- Najstarsze pochodzą z Ghany, gdzie służyły do zapisywania aforyzmów. To coś jak hieroglify, jeden obrazek zawiera mnóstwo informacji. Spójrz. - Wyciągam telefon, żeby pokazać jej kwadrat narysowany wokół czegoś, co przypomina przekrzywiony tor kolejowy. - Ten oznacza "dom odporny na działanie wiatru" i symbolizuje siłę w obliczu przeciwności losu.
- A co znaczy ten duży na górze tablicy? Wygląda jak odwrócona lilia.
Uśmiecham się.
- Tak się składa, że to mój ulubiony. "Kura depcze po swoich pisklętach, lecz ich nie zabija". To rada dla rodziców: wychowuj, ale nie rozpieszczaj.
- Motto rodziny Beckhamów - komentuje ironicznie Bex.
- Można tak powiedzieć.
- Ale dlaczego tak się nimi zainteresowałaś? - docieka moja przyjaciółka.
- Bo najlepsze w tym wszystkim jest to, że można tworzyć matematyczne adinkry.
- Jak ten statek kosmiczny, który narysowałaś?
- Zgadza się! - przytakuję. - Czarne i białe kropki, różne kolory, linie ciągłe i przerywane... Każda z tych rzeczy jest zakodowaną informacją. Dzięki temu w jednym rysunku można zawrzeć wiele równań.
- Tylko po co?
- Bo to pozwala modelować dość złożone rzeczy.
- Aha. Ale nie zamieniasz się w żadnego newtonowskiego Unabombera?
- Nie. Nie zamieniam się.
Wolę jej nie mówić, jak naprawdę nazywał się Unabomber ani jaką miał specjalizację matematyczną, choć wiem obie te rzeczy.