4
Między jednym kichnięciem a drugim rozwiązanie przyszło do mnie przez nos. Musiałam tylko troszkę zaczekać, niedługo. W powietrzu unosiły się już zapachy kolacji. Niebawem miał się pojawić sygnał, na który czekałam.
W pewnym momencie w oknach budynku, w którym mieszkałam, pojawili się dorośli wołający swoje dzieci. Na moim osiedlu nie miało znaczenia, że pada deszcz, bo mieszkania były tak małe, że większość dzieciaków po odrobieniu lekcji wolała iść pobawić się w parku, niż siedzieć w ciasnym domu.
Na chodniku naprzeciwko zebrała się grupa dziesięciorga czy dwanaściorga dzieci, które czekały na przejście na drugą stronę ulicy. Przecisnęłam się między paroma przechodniami i przemknęłam do najbliżej klatki. Dzieci musiały przejść obok mojej prowizorycznej kryjówki, aby dotrzeć do swoich mieszkań, więc zamierzałam wcisnąć się między nie, aby wrócić do domu tak, by nie zobaczył mnie gospodarz.
Dzieci przeszły na drugą stronę i zaczęły się do mnie zbliżać. Ze swojego miejsca obserwowałam gospodarza i... raz, dwa, trzy...
Jednym susem wbiłam się w sam środek grupy.
- O, cześć, Amando, nie widziałam cię - odezwała się do mnie jedna z koleżanek. - Byłaś w parku?
- Ćśśś - uciszyłam ją, kładąc palec na ustach. - Nie, nie byłam w parku, ale nie chcę, żeby pan Pauldon mnie zobaczył. Zachowuj się naturalnie.
Dziewczynka zachichotała, zdjęła swoją wełnianą czapkę i wcisnęła ją na moją głowę, prawie zasłaniając mi oczy.
- Jeśli cię w tym zobaczy, pomyśli, że to ja. Czapkę oddasz mi jutro w szkole.
- Dzięki.
Od naszej klatki dzieliło nas pięć metrów.
Pan Pauldon spojrzał na naszą zbliżającą się grupę.
Cztery metry.
Wyciągnął szyję jak żyrafa, próbując dojrzeć twarze i szukając mnie pośród nich.
Trzy metry.
Moja koleżanka zbliżyła swoją twarz do mojej, udając, że plotkujemy.
Dwa metry.
Oczy gospodarza rozbłysły, gdy mnie rozpoznał.
O nie!
Metr.
Kilku chłopców z grupy weszło już do środka, jeden z nich przytrzymywał drzwi, żeby się nie zamknęły. Kiedy przez nie przechodziłam, pan Pauldon wyciągnął rękę, usiłując mnie złapać. Ja jednak odskoczyłam i popędziłam w kierunku schodów.
Mężczyzna próbował mnie ścigać, ale moja koleżanka podstawiła mu nogę. Gospodarz się potknął i o mało nie przewrócił. Właśnie tego potrzebowałam, żeby dotrzeć do pierwszego odcinka schodów. Kiedy już się tam znalazłam, przystanęłam, odwróciłam się, spojrzałam na koleżankę i rzuciłam w jej stronę bezgłośne "dziękuję", jednocześnie puszczając do niej oko. Pożegnała się ze mną gestem dłoni. Kilka sekund później otwierałam już drzwi mieszkania, które dzieliłam z ciocią Paulą. Prawie zapomniałam o książkach i zeszytach, wciąż leżących w szybie wentylacyjnym. Byłam zbyt podekscytowana.
Ciocia Paula przygotowywała właśnie kolację na małej kuchence elektrycznej umieszczonej na skrzynce po owocach, którą to konstrukcję nazywałyśmy kuchnią. Tego wieczoru w menu była gotowana kapusta. Ciocia była szczupła i zgrabnie się poruszała między nielicznymi meblami, które posiadałyśmy. Z niskiego koka, w który zawsze upinała włosy, wysunęły się pojedyncze pasma, dzięki czemu wyglądała na znacznie młodszą niż swoje prawie sześćdziesiąt lat (a przynajmniej tak szacowałam, bo w rzeczywistości nie miałam zielonego pojęcia, w jakim mogła być wieku).
- Ciociu, nie uwierzysz, co mi się dziś przytrafiło! - zawołałam, wyciągając z kieszeni kopertę, i pokazałam ją cioci.
- Oczywiście, że ci uwierzę. Dlaczego miałabym ci nie uwierzyć? - odpowiedziała ze śmiechem.
Wyłączyła kuchenkę, zostawiając na niej garnek z kapustą, bo nie było innego miejsca, w którym można by go postawić, i podeszła do mnie.
- No to opowiedz mi, co takiego ci się przytrafiło i dlaczego jesteś taka zadowolona.
Ciocia Paula usiadła na łóżku, które zajmowało prawie całą przestrzeń, jaką było nasze mieszkanie, i poklepała narzutę obok siebie, zachęcając mnie, żebym ja też usiadła.
- Dostałam wiadomość - powiedziałam z uśmiechem.
- I co to za wiadomość? - zapytała.
- Nie wiem, nie mogę jej otworzyć aż do jedenastej pięćdziesiąt siedem i piętnaście sekund.
- A kto ją przysłał?
- Nie mam pojęcia. Dał mi ją kurier i powiedział, że nie mogę jej otworzyć przed tą godziną, bo jeśli to zrobię, wiadomość zostanie zniszczona. Powiedział też, że to - pomachałam kopertą przed twarzą cioci - przekazano im trzynaście lat temu. Nie uważasz, że to wszystko jest bardzo tajemnicze?
Ciocia Paula wzięła kopertę i obejrzała ją z obu stron. Następnie podniosła ją pod żarówkę, która zwisała z sufitu na nędznym kablu, i popatrzyła pod światło. Jej twarz, na co dzień bardzo miła, zachmurzyła się, a między brwiami pojawiła się zmarszczka. Powoli i delikatnie przesuwała palcami po papierze, jakby nie chciała go zabrudzić.
- Niemożliwe - wymamrotała ciocia do samej siebie. - Niemożliwe... Chociaż... Nie, nie, to wykluczone.
- Co jest niemożliwe? Wiesz, kto ją przysłał? - dopytywałam.
Ciocia, wstając z łóżka, oddała mi kopertę. W jej głosie wyczułam jakiś dziwny ton.
- Amando, nie mam pojęcia, kto ją przysłał, ale godzina, o której możesz ją otworzyć, to godzina, o której się urodziłaś. Dokładnie o tej godzinie skończysz trzynaście lat. Może powinnyśmy pozwolić, żeby wiadomość uległa zniszczeniu, bo ani trochę mi się to nie podoba.
- Co ci się nie podoba, ciociu? - zapytałam rozczarowana.
- To wszystko mi się nie podoba. Nie wiemy, kto przysłał tę wiadomość... I mówisz, że została przekazana trzynaście lat temu... Sama nie wiem, Amando, to jest bardzo dziwne. I może być niebezpieczne.
- Ale...
- Posłuchaj, kochanie, zjemy kolację, a później zdecydujesz - przerwała mi, kierując się do garnka z kapustą.
Znałam ciocię Paulę. Zawsze była kochająca i rozsądna, a jednocześnie stanowcza i trochę uparta. Rzadko się złościła, nie musiała zresztą tego robić, wystarczyło tylko, że rzuciła swoje słynne ostrzegawcze spojrzenie, żebym natychmiast posłuchała. I teraz właśnie rzuciła mi takie spojrzenie. Nie było o czym mówić, przynajmniej na razie.
Spojrzałam na zegar, który wisiał nad łóżkiem. Była dziewiąta czterdzieści trzy. Do otwarcia koperty zostało jeszcze mnóstwo czasu.
Schowałam wiadomość do kieszeni i wyciągnęłam spod łóżka pudełko na buty, którego używałyśmy jako stołu.
Po kolacji wsunęłyśmy nasz "stół" z powrotem pod łóżko i pozmywałyśmy naczynia w łazience, którą dzieliłyśmy z gospodarzem. O tej porze można było bezpiecznie wyjść, ponieważ pan Pauldon spał już jak zabity. Przez ścianę w mieszkaniu słychać było jego chrapanie. Brzmiał jak zakatarzony smok. W łazience od razu umyłam zęby, a potem poszłam do szybu wentylacyjnego po moje książki, zeszyty i długopisy. Teraz już wiecie, dlaczego odrabiałam lekcje w szybie... W naszym mieszkaniu nie było miejsca.
Powiesiłam ubranie w "szafie", którą był po prostu karnisz nad jedynym oknem w mieszkaniu, i włożyłam piżamę, próbując w ten sposób sprawić, żeby czas płynął szybciej. Niezbyt mi się to udało. Do wyznaczonej godziny zostały jeszcze trzydzieści cztery minuty i dwanaście sekund.
Postanowiłam więc dokończyć odrabianie lekcji.
Kiedy się z tym uporałam, była jedenasta pięćdziesiąt sześć i czterdzieści dwie sekundy.
Wzrokiem podążałam za wskazówkami zegara. Jak one wolno się poruszały!
Kiedy zegar wybił wreszcie jedenastą pięćdziesiąt siedem i piętnaście sekund, z kopertą zaczęło się dziać coś dziwnego.