1
Poniedziałkowe lekcje ciągnęły mi się w nieskończoność. Moje mięśnie nie doszły jeszcze do siebie po szalonym biegu przez świątynię Ronitów, od którego zależało moje życie, a ciało było zmęczone po weekendzie pełnym przygód i niebezpieczeństw. Ale ciocia Paula pozostawała nieugięta: nie mogłam opuścić ani jednego dnia w szkole. To nie podlegało dyskusji.
Eric i ja przeżyliśmy jakoś cały dzień nudnych lekcji, złośliwości ze strony Sary i jej paczki, a także niezapowiedziany sprawdzian z matematyki. Pod koniec dnia tęskniłam już za bieganiem po zawalających się świątyniach.
Jedyny plus był taki, że aż do następnego poniedziałku nie mieliśmy lekcji z powodu szkolnej olimpiady: wydarzenia, które odbywało się co cztery lata. Dziewczyny i chłopcy ze wszystkich części świata mieli przez resztę tygodnia rywalizować, żeby wybrać najlepszą szkołę w każdej kategorii. Wśród dziedzin były nie tylko dyscypliny sportowe, lecz także teatr, eksperymenty naukowe, a nawet fotografia. My - uczennice i uczniowie, którzy nie znajdowali się w żadnej ekipie - nie mieliśmy lekcji, choć dyrekcja szkoły poprosiła nas (z użyciem łagodnej groźby), żebyśmy przychodzili dopingować uczestników.
Nie było to wydarzenie, które by mnie szczególnie ekscytowało, zwłaszcza że organizował je pan Lapin. Był to jeden z najpotężniejszych deweloperów w mieście i dyrektor Wydziału Kultury i Sportu w ratuszu, a oprócz tego ojciec mojej arcywrogini Sary, która przez cały dzień chwaliła się każdemu, kto chciał słuchać, że ten tydzień bez lekcji zawdzięczamy jej tacie. Tak więc Sara była o wiele bardziej nieznośna niż zwykle, a reszta uczniów i uczennic miała jej powyżej uszu.
Po lekcjach pożegnałam się z Erikiem do następnego dnia, kiedy to mieliśmy znowu przyjść do szkoły, żeby oklaskiwać osoby, których nawet nie znaliśmy. Jednak w tym momencie specjalnie nas to nie obchodziło: nie mogliśmy się bowiem doczekać, żeby wrócić do domu i odpocząć... Właściwie to Eric miał odpoczywać, mnie zaś czekała sesja treningowa z ciocią Paulą, a do tego musiałam odrobić lekcje. Nie mogłam się jednak skarżyć, ponieważ ciocia pozwoliła mi wybrać, i wybrałam: dziedzictwo rodziny Black ze wszystkimi jego konsekwencjami. I tak oprócz zakurzonej willi, zobowiązań i nietypowych umiejętności odziedziczyłam też mnóstwo treningów.
My, rodzina Black, trenujemy od tysięcy lat. Nasza historia sięga starożytnego Egiptu. Z tego, co nam wiadomo. Jasne, że wtedy nie nazywaliśmy się Black. W tamtych czasach nasze nazwisko było przedstawiane za pomocą hieroglifów: ptasiego skrzydła i ptaka patrzącego przed siebie, co oznaczało "czarny".
Wspomniałam już, że jesteśmy złodziejami, prawda?
Ale nie takimi, którzy włamują się do domu, kiedy was nie ma, i zabierają konsolę do gier. Jesteśmy zupełnie innym typem złodziei.
My, Blackowie, jesteśmy ostatnią pozostałością starożytnej sekty, która czciła egipską boginię Maat, i zajmujemy się wycofywaniem z obiegu przedmiotów, które w niewłaściwych rękach mogłyby być wyjątkowo niebezpieczne dla ludzkości.
Jakich przedmiotów?
Na przykład narzędzi służących do przywoływania bogów z mrocznych wymiarów, wywoływania plagi żywych trupów i tym podobnych.
Powiecie: ale w naszym sąsiedztwie nie ma żywych trupów!
W takim razie teraz już wiecie, komu za to dziękować.
Razem z ciocią Paulą sprzątałyśmy właśnie ze stołu po kolacji - którą zawsze jemy punktualnie o wpół do ósmej - kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.
Benson, lokaj Blacków od niepamiętnych czasów i właściwie członek mojej małej rodziny, podszedł do panelu otwierania drzwi i spojrzał w ekran, żeby sprawdzić, kto przyszedł o tej porze. Zamienił kilka zdań z przybyszem, a potem się odwrócił, żeby porozmawiać z ciocią Paulą.
- Proszę pani, lord Thomsing pragnie się z panią zobaczyć.
- Proszę go wpuścić, Benson. Przyjmiemy go w sali kawowej - oznajmiła ciocia, wzdychając. Nie wyglądała na zbyt zachwyconą wizytą niejakiego lorda Thomsinga.
Skierowałyśmy się do sali kawowej, jednej z niewielu, obok jadalni i biblioteki, którą zdołaliśmy już wyremontować. Tymi pracami zajmowaliśmy się w nielicznych wolnych chwilach, jakie mieliśmy. Ciocia Paula była bardzo niechętna przyjmowaniu w domu obcych. Ktoś przypadkowo mógłby odkryć to, co zwiemy "pracownią", czyli miejsce, w którym trzymamy cały sprzęt potrzebny do naszych misji - i kłopoty gotowe.
Kiedy znalazłyśmy się w sali, gdzie miałyśmy przyjąć naszego gościa, ciocia Paula zajęła fotel obok kominka, w którym wesoło trzaskał pomarańczowy ogień, a ja usiadłam na pobliskiej sofie.
Nie minęło dużo czasu, kiedy Benson wszedł do pomieszczenia w towarzystwie dżentelmena o dość komicznym wyglądzie. Lord Thomsing był wysokim i szczupłym mężczyzną. Ubrany bardzo elegancko, jednak całość traciła na wyrazistości przez ogromne wąsy poprzetykane siwymi nitkami, które dzieliły jego twarz na dwie części. To były najdłuższe wąsy, jakie kiedykolwiek widziałam. Zaczynały się pod nosem i rozciągały na boki, gdzie łączyły się z grubymi bokobrodami, które okalały jego twarz, nadając mu wygląd znamienitego morsa.
- Drogi Thomasie - powiedziała ciocia Paula, wstając z fotela, by powitać mężczyznę.
- Zawsze miło cię widzieć, Paulo - odparł gość. Domyśliłam się, że uśmiecha się pod wąsem. Nie widziałam jego ust, ale policzki mu się uniosły, tworząc kilka zmarszczek wokół oczu, które trochę się zwęziły. - A panienka to pewnie Amanda, zgadza się?
- Tak, zgadza się, lordzie Thomsing - odpowiedziałam, wyciągając rękę, żeby uścisnąć wielką dłoń, którą podał mi lord Thomas.
Ciocia Paula wróciła na swoje miejsce i gestem pokazała mężczyźnie, żeby zajął fotel naprzeciwko niej.
- Słucham, Thomasie, czemu zawdzięczamy tę wizytę? - zapytała ciocia.
- Moja droga, wielkim zaskoczeniem i radością była dla mnie wieść, że rodzina Black wznawia... "swoją służbę" - odparł, a w jego niskim głosie dało się usłyszeć cudzysłów. - Jak zapewne wiesz, nasze rodziny nie zawsze utrzymywały ze sobą dobre stosunki, ale myślę, że my, Thomsingowie, okazaliśmy już naszą dobrą wolę...
- Przejawialiście ją wielokrotnie, Thomasie, od kilku pokoleń - zgodziła się ciocia Paula z ciepłym uśmiechem.
Lord Thomsing wahał się nieco, wygładził sobie wąsy i spuścił wzrok na podłogę, jakby wiele go kosztowało wypowiedzenie słów, które zamierzał teraz wypowiedzieć.
- Chodzi o to, że chcielibyśmy was o coś prosić...
Przysłuchiwałam się rozmowie w milczeniu, uważnie obserwując całą scenę. Nie ulegało wątpliwości, że moja ciocia i lord Thomsing się znali.
- A więc - westchnął mężczyzna - wiem, że w Galerii Tajemnic jest przechowywany pewien przedmiot, który należy do Thomsingów... I... cóż... moja matka jest już bardzo chora i ostatnie, czego pragnie w tym życiu, to zobaczyć go na własne oczy... Nie wiem, czy jest szansa, żeby ten przedmiot wrócił do prawowitych właścicieli, czyli do nas... Jeżeli odmówicie, zrozumiem to - wyjaśnił pospiesznie lord Thomsing. - To, co mój przodek zrobił z tym przedmiotem, jest niewybaczalne.
Ciocia Paula zastanawiała się przez kilka chwil, po czym powiedziała:
- To, o co mnie prosisz, jest sprzeczne z zasadami. Rodzina Black nigdy nie zwróciła żadnego z artefaktów, Thomasie.
- Wiem, Paulo - odparł lord Thomsing po chwili wahania. - Ale to ostatnie życzenie staruszki.
- Rozumiem - powiedziała ciocia poważnym tonem. - W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak się zgodzić.
Twarz lorda Thomsinga ponownie rozjaśnił, jak mi się wydawało, uśmiech pod jego imponującymi wąsami.
- Jednakże - ciągnęła ciocia - nie będziesz mógł zabrać go ze sobą dzisiaj, ponieważ musimy się zorientować, gdzie jest przechowywany, a to zajmie trochę czasu.
- Och, tak, oczywiście, rozumiem - powiedział nasz gość.
- A więc postanowione. Wróć za dwa dni i przekażemy ci waszą rodzinną pamiątkę - dodała ciocia, po czym wstała z fotela, uznając rozmowę za zakończoną.
Lord Thomsing także wstał i oboje ruszyli w stronę wyjścia. Kiedy się pożegnali, a drzwi za lordem Thomasem się zamknęły, ciocia Paula wróciła do sali kawowej, gdzie czekałam z pytającym wyrazem twarzy. Z zaciekawieniem podążałam za nią wzrokiem, gdy krążyła po pomieszczeniu. Z poważnej twarzy cioci Pauli mogłam wyczytać, że coś jest nie tak.
Z ciężkim westchnięciem usiadła z powrotem w fotelu, odchyliła się na oparcie i spojrzała w sufit. Fuknęła, po czym się wyprostowała i patrzyła na mnie przez kilka sekund, które wydały mi się całą wiecznością. Wreszcie się odezwała:
- Mamy problem, Amando. Wielki problem.