Czym jest sprawiedliwość?
Oto pytanie, które niejednokrotnie przychodziło mi do głowy przez ostatnich osiem dni.
Czy chodzi o ścisłe przestrzeganie prawa? Czy może o zadbanie, by sprawiedliwości stało się zadość, nawet jeśli to oznacza pewne nagięcie zasad? Większość ludzi nigdy nie musi się nad tym zastanawiać. Czy uważam się za buntownika? Pewnie tak. Osobę łamiącą zasady? Nie.
Wiem, które zasady mogę naginać i nie dać się na tym przyłapać. Niemniej takie rzeczy zdarzało mi się robić zawsze w imię wyższego dobra. Przekonanie ławy przysięgłych to jednak coś zupełnie innego. Nie muszą oni koniecznie widzieć "prawdy", ale to, co wydaje się sprawiedliwe. Myślicie, że to jedno i to samo, zgadza się? Ano nie. Zwłaszcza w tej sprawie.
Wiem z doświadczenia, że jeśli przysięgli odwracają się w stronę oskarżonego, kiedy wchodzą na salę rozpraw ogłosić wyrok, oznacza to, że zostanie uniewinniony. Jeśli tego nie robią, uznają go za winnego. To logiczne, jak sądzę. Nikt nie chce patrzeć prosto w oczy komuś, kogo zamierza posłać za kraty.
Komuś uznanemu za mordercę.
Przyglądam się im wszystkim, siedzącym w ławie przysięgłych na lewo ode mnie. Siedmiu mężczyzn i pięć kobiet. Razem dwunastu zwykłych członków społeczeństwa zadecyduje o moim losie po wysłuchaniu makabrycznych zeznań, które zatruły powietrze w sali sądowej numer jeden z jej skrzypiącymi ławkami i ścianami bez okien.
To nowoczesna sala sądowa, nieprzypominająca tych znanych z telewizji. Zapewne zaprojektowano ją tak, by sprawiała wrażenie przestronnej, stąd nienaturalnie wysokie stropy i miękkie szare boazerie, ale koniec końców wciąż jest to pomieszczenie, w którym ludzie, posadzeni w jaskrawym świetle jarzeniówek, są zmuszeni zapłacić za swoje grzechy.
Oskarżyciel wstaje, aby zwrócić się do ławy przysięgłych z mową końcową. To jeden z tych agresywnych prawników - zarozumiały, zadufany w sobie. Zuchwały i arogancki. Podczas przesłuchania krzyżowego grillował mnie cały dzień, zachowując się, jakby już wygrał. Nie miał żadnych wątpliwości, że dowody, które przedstawił przysięgłym, są wystarczające, aby mnie skazać. Stał oparty o ławkę, z założonymi rękami, miotając we mnie pytaniami jak karabin maszynowy. Jeszcze nigdy nie kusiło mnie tak bardzo, żeby walnąć kogoś w twarz. W mojej sytuacji nie można jednak sobie pozwolić na okazanie gniewu, ponieważ dla zwykłych ludzi obserwujących proces agresja oznaczałaby, że jestem mordercą.
Moja adwokatka jest przeciwieństwem oskarżyciela. Spokojna, ale stanowcza, rozgrywa to rozważnie i nie ugina się pod presją. Da się lubić. Odnoszę wrażenie, że zjednała sobie przysięgłych. W każdym razie taką mam nadzieję.
- Panie i panowie - przemówił oskarżyciel protekcjonalnym tonem, dla podkręcenia dramaturgii chwytając się pulpitu. - Wysłuchaliście już wszystkich zeznań w tej sprawie i nadszedł czas, abyście wydali werdykt. Ta oto osoba jest oskarżona o zamordowanie Antona Smythe'a, pięćdziesięciosześcioletniego sędziego Sądu Koronnego, któremu, zgodnie z zarzutem, w piątek szóstego września dwa tysiące dwudziestego czwartego roku zadała śmiertelny cios w głowę. Cóż - kontynuuje, przyjmując złowieszczy ton, którego używał przez cały czas trwania owego spektaklu. - Ten proces nie był wolny od dramatycznych momentów. Jak zapewne pamiętacie, zeznania, których wysłuchaliście, były, mówiąc oględnie, barwne.
Siedząc na ławie oskarżonych, spoglądam w stronę przysięgłych. Młodzieniec w pierwszym rzędzie, który wygląda na ledwie uprawnionego do głosowania - dostał ode mnie ksywę Młody Hannibal Lecter - unosi brwi w sposób, który najwyraźniej ma zwrócić moją uwagę. Smutna Susan, która wygląda, jakby się miała zaraz rozpłakać, zerka na mnie, aby sprawdzić moją reakcję. Wygląda na bardzo zestresowaną. Wiem, jak się czujesz, kochana. Ani drgnę. Nie mogę się przecież do niej uśmiechnąć.
- Jeśli ten proces czegoś was nauczył, panie i panowie, to tego, że nie wszystko jest takie, jakim się zdaje. Jednego wszelako możecie być pewni. Osoba, w sprawie której macie wydać werdykt, nie jest godna zaufania. Prokuratura odrzuca przedstawioną przez oskarżonego wersję wydarzeń jako niedorzeczną. To wymysły fantasty, kłamcy i mordercy. W stosownym czasie zwrócę się do was o uznanie jego winy.
Zachowuję milczenie, podczas gdy on coraz głębiej wbija gwoździe do mojej trumny. Kiedy przytacza obciążające mnie dowody, obserwuję, jak przysięgli wpatrują się w niego z uwagą. Sędzia omiata wzrokiem zatłoczoną salę rozpraw. Gapiów przybywa z dnia na dzień. Wszyscy czekają na werdykt - kciuk w górę czy w dół?
W sprawie takiej jak ta ława przysięgłych nie zaczyna od domniemania niewinności, jak powinna, ale od domniemania winy. Dowody przeciwko mnie są obciążające. Plan od początku opierał się na zasianiu w ich głowach ziarenka wątpliwości, następnie podlewaniu go i obserwowaniu, jak kiełkuje.
Dwunastu przysięgłych. Nawet jeśli większość będzie przeciwko mnie, wystarczy, że zasiejemy dość wątpliwości w głowach co najmniej trzech, a wtedy nie będą mogli mnie skazać.
Trzech. Tylko tylu.
Czy się udało? Wkrótce się okaże.
Urzędowy charakter wszystkiego, powtarzany i powielany w tej klinicznej scenerii, deprymuje mnie, kiedy tak siedzę w boksie dla oskarżonych na tyłach sali.
Kiedy oskarżyciel przedstawia główne dowody na przebieg wydarzeń, które Antona Smythe'a doprowadziły do śmierci, a mnie do zguby, migawki z tamtej nocy przemykają mi przez głowę niczym rozbłyski stroboskopowego światła. Widzę jego ciało leżące na podłodze. Nic by nawet nie wskazywało, że od śmierci dzieliły go godziny, gdyby nie wątła strużka krwi sączącej się z jego nosa.
Już wtedy dotarło do mnie, że wszystko się zmieni. Że skończę tutaj.
Pamiętam, jak to było tamtego wieczoru. Przeczesuję wzrokiem całe pomieszczenie - "miejsce zbrodni" - wiedząc, że każdy jego centymetr zostanie sprawdzony. Jestem częścią tego systemu dość długo, by wiedzieć, że to cisza przed burzą; że wszystko, co zrobię od tego momentu, zostanie poddane szczegółowej analizie; że następnym razem, kiedy zobaczę zadane ofierze obrażenia, będą one uwiecznione na zdjęciach, tylko że wszystko będzie wyglądało jaskrawiej z powodu flesza aparatu fotograficznego, którego użyje policjant z wydziału zabójstw. Obok przedmiotów, które otrzymają nazwy typu "narzędzie zbrodni", zostaną umieszczone miarki.
Cała ta rozwaga i ostrożność nie zdały się na nic.
Zgubił mnie telefon.
Co jednak, jeśli wszystkie dowody wskazują na ciebie, a sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje? Czy mamy po prostu przyjąć, że jesteś albo ofiarą, albo zabójcą i że nie ma nic pomiędzy? To nie jest prawdziwa sprawiedliwość.
Oskarżyciel może opowiadać, co mu się żywnie podoba, ale ja wiem, co naprawdę się stało. Nie zrozumcie mnie źle - wszystko całkiem się wymknęło spod kontroli. Kiedy myślę o każdym swoim kłamstwie, o ludziach wciągniętych przeze mnie w to wszystko, o życiach zrujnowanych z mojego powodu, gardzę sobą. Ale kara dożywocia za to nie byłaby sprawiedliwa. Zginął z mojej ręki, owszem. Zmusiła mnie sytuacja. To nie była moja wina ani mój wybór.