Andrzej Stasiuk. Istnienie - Adrian Gleń

Kup ebooka

31.90 zł
27.12 zł (25,66 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Adrian Gleń - Uniwersytet Opolski, Instytut Polonistyki i Kulturoznawstwa 45-040 Opole, pl. Kopernika 11

Redakcja serii "PROJEKT: EGZYSTENCJA I LITERATURA"

Marzena Woźniak-Łabieniec, Przemysław Dakowicz, Arkadiusz Morawiec

RECENZENT

Magdalena Rabizo-Birek

REDAKTOR INICJUJĄCY

Urszula Dzieciątkowska

REDAKTOR WYDAWNICTWA UŁ

Paweł M. Sobczak

SKŁAD I ŁAMANIE

Munda - Maciej Torz

PROJEKT OKŁADKI I LAYOUT

Katarzyna Turkowska

Zdjęcie wykorzystane na okładce: PAP, fot. Arek Markowicz

? Copyright by Adrian Gleń, Łódź 2019

? Copyright for this edition by Uniwersytet Łódzki, Łódź 2019

Wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

Wydanie I. W.07735.16.0.M

Ark. wyd. 8,8; ark. druk. 14,0

ISBN 978-83-8142-552-0

e-ISBN 978-83-8142-553-7

Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

90-131 Łódź, ul. Lindleya 8

www.wydawnictwo.uni.lodz.pl

e-mail: [email protected]

tel. (42) 665 58 63

Spis treści

Wykaz skrótów

Żeby bardziej być [Prolog]

Rozdział 1. AUTO-BIO-GRAFIA

Kim Andrzej Stasiuk być może nie jest?...

Jaki autobiografizm? Jakie życiopisanie?

Rozdział 2. BYCIE

Wschód istnienia

Wschód - korzeń prywatnego mitu

Wschodnie genius loci

Rzeczywiste: początek w domostwie i zmysłach

Drżenie i oczekiwanie - (po)za istnieniem

Kruche: stanąć w szczelinie, zobaczyć, może nawet uwierzyć...

"Archaiczne to było i przedwieczne": ludzkie i zwierzęce

Coda do początku: bajka-baśń

Naczelna metafora istnienia: światło (albo z powrotem do Dukli)

Rzeczy istnienie

Rozdział 3. NIEBYCIE

Rozdział 4. BYCIE. RE-AKTYWACJA

Jeszcze raz Jadąc do..., czyli o porządku istnienia i nicości

Istnienie, czyli TERAZ-TRWANIE

(Nie)Istnienie

Zdjąć istnienie - przyjąć istnienie (glosa o fotografii)

Mała podróż: kęs święta [Zamiast epilogu]

Wejście i wyjście. I wejście

Bibliografia

Nota edytorska

Indeks osób

Wykaz skrótów

D - A. Stasiuk, Dukla, Wydawnictwo Czarne, Czarne 1999

DzO - A. Stasiuk, Dziennik okrętowy, [w:] A. Stasiuk, J. Andruchowycz, Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej środkową, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2000

DPP - A. Stasiuk, Dziennik pisany później (z fotografiami Dariusza Pawelca), Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010

F - A. Stasiuk, Fado, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006

G - A. Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

JB - A. Stasiuk, Jadąc do Babadag, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008

KBS - A. Stasiuk, Kroniki beskidzkie i światowe, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

NEZD - A. Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

PR - A. Stasiuk, Przez rzekę, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2001

O - A. Stasiuk, Osiołkiem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

TS - A. Stasiuk, Tekturowy samolot, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2001

W - A. Stasiuk, Wschód, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

Z - A. Stasiuk, Zima, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2001

Żeby bardziej być

[prolog]

1.

Pamiętam wieczór 30 września 2005 roku, gdy ogłoszono, że Jadąc do Babadag jest zwycięskie (wtedy jeszcze nagroda NIKE była niczym samotna tancerka na scenie tzw. literackiego życia). Siedziałem w stękającym autosanie, który zwoził mnie z włóczęgi po paśmie opawskim i cieszyłem się na myśl, że może autor tej książki kupi teraz lepszy wóz z napędem 4x4 i dotrze w końcu w taki ostęp, gdzie nic tylko zawrócić1, gdzie napotka Nic, które w końcu schwyci za gardło i wciągnie do swojego podróżopisania. Że To zaświeci, jak biały kwadrat na pustej ścianie. I będzie koniec, z którego znów trzeba będzie się obudzić, otrząsnąć, podnieść do żywego. W poszukiwaniu tego, co dalej, choć i tak wiadomo, że nie ma niczego ponad trwanie - jakieś takie smutne i dzielne zarazem, pośród tych wszystkich śmietnisk świata... I z nadzieją na ciąg dalszy, na jakieś "ostateczne znaczenie widzialnego", które przecież - jak pisał nieco później - istnieje, istnieć musi, skoro istnieje i jego znak. Gdzieś na pograniczu Czarnogóry i Albanii, kilka lat po pierwszym sukcesie Jadąc do Babadag rzeczywiście pisarz zanotował:

Znów dopadało mnie poczucie, że od wielu lat po prostu błąkam się po świecie bez żadnego planu i pomysłu. [...] Błąkałem się [po Ulcinj - przyp. A.G.] z nadzieją, że pomysł i plan odsłonią się w sposób naturalny. Że sens w końcu objawi się, ponieważ sens istnieje. Dlatego każdego roku wypuszczałem się dalej i dalej. Na koniec kontynentu, żeby zostawał tylko powrót [DPP, 36].

Tak sobie więc myślałem, jadąc do Opola i dalej nocnym do Siedlec, na wschód.

2.

Krytyk wypowiadający pochwałę literatury może wydawać się zrazu postacią co najmniej dwuznaczną albo zgoła fałszywą. Przede wszystkim bowiem ryzykuje: utratą zaufania (jeśli na takowe zasłużył), rezygnacją z własnego "znawstwa" (do czego odsyła i obliguje łacińskie źródło, criticere, tego ginącego już dzisiaj zawodu). Jego zachwyt budzi niedobre skojarzenia, sceptyczny półuśmiech, w najlepszym razie - niedowierzanie. Oto dotychczas chronił się za parawanem, np. "obiektywności" czy "specjalistycznego widzenia", teraz staje nagi, a nagość jego rodzi nagłe zażenowanie przy jednoczesnym grymasie podejrzliwości: ejże, czy to nie ten, który ważył sądy i racje, starannie dobierał język, dokonywał nieustannych przekładów, upierał się przy tym, że tu, a nie gdzie indziej, bije serce jakiegoś dzieła, zachłannie ściskał legitymację jedynego odkrywcy tajemnicy literatury, z godną podziwu powściągliwością i dystynkcją wymierzał cenzurki i razy? A teraz twierdzi, że się odkrył, zrzucił płaszcz konwencji, jest naraz autentyczny, prawdziwy? A cóż go tak odmienia?

Trudno, nie mam innej możliwości zawiązania paktu o autentyczność, jak tylko uciec się do solennego zapewnienia, że w książce tej pragnę wyrazić pochwałę pisania, któremu tak wiele zawdzięczam, i że chciałbym zarysować jego egzystencjalne terytorium.

Czy nie ma czegoś na rzeczy w tezie stawianej przez jednego z ojców nowoczesnej krytyki, Georges'a Pouleta, który w pewnym miejscu pisze, że największym wyzwaniem dla krytyka jest zdawać relację z własnego zachwytu? Czyż nie jest najtrudniejsze pisanie o literaturze, którą kładzie przed nami pisarz doskonale ujmujący nasze własne czucie świata? Cóż więcej uczynić może krytyk ponad zbliżanie się do tajemnicy prozy, wiernie podążając za słowem, przez które przemawia siła wyobraźni pisarza, jego wrażliwość i czucie rzeczywistości?

W takich właśnie sytuacjach najczęściej odzywa się we współ-czującym krytyku pokusa... milczenia, wynikającego stąd, że oto pisarz dotknął istoty światowidzenia, wypowiedział ją, i w obliczu owej trafności pozostaje jedynie zamilknąć, wziąć słowa płynące z literackiego dzieła za "swoje", w uniesieniu przepisując całe frazy, dzięki którym krytykowi udało się nagle pozbyć kosmicznej samotności, zawiązać wspólnotę w prowadzonej dotychczas w pojedynkę wyprawie po tajemną zasadę języka, wreszcie - poczuć wdzięczność za tę arcydzielną podpowiedź, jaką otrzymał w literackiej postaci.

Dlatego nigdy dotąd nie miałem wrażenia, że mógłbym być w swoim pisaniu bliżej timbre'u głosu, wyobraźni, jakie wyłaniają się w okresach tych zdań, bliżej ich skrytych sensów. Tyle książek, tysiące kilometrów razem, wszystko dotąd, jak by powiedział, "psu w dupę". Każda z tych książek stempluje mi pamięć i nic z tego nie wynika. Śnią mi się rozległe stepy, pustynie, słowiańskie, wschodnie on the road - ad infinitum. "I wracam tak samo głupi, jak wchodziłem".

Pomyślałem, że warto by jednak ponowić wysiłek podróży, raz jeszcze odwinąć szpulę pamięci, wdać się w drogę jego szlakiem, pochłonąć tę garść obrazów, które wsączają się w moją świadomość prosto i bezwiednie, jakbym odtwarzał najstarsze i jedynie pewne gesty ludzkości. Mam nadzieję, że wysiłek rozumienia, który właśnie podejmuję, w niczym nie naruszy tkanki tej twórczości, nie zniweczy tajemnicy kryjącej się za tym pisaniem. I że będzie na miarę trudu literaturoznawcy-kartografa, literaturoznawcy-podróżnika i literaturoznawcy-filozofa - stosownie ugruntowany i przez to właśnie przekonujący.

3.

Zanim na dobre zabrałem się do pisania tej książki, miałem już jej tytuł. Chciałem - pierwotnie - aby brzmiał: Żeby bardziej być. Wydawało mi się, że jest świetny, że trafia w sedno pisarstwa Andrzeja Stasiuka. "Bardziej być". Ale - czy można "bardziej być"? Jak to rozumieć?

"Im życie było bogatsze, intensywniejsze, mocniejsze, tym więcej oddajemy śmierci" [NEZD, 82] - pisze autor Wschodu, charakteryzując w jednym ze swoich felietonów żywot i dzieło Tiziana Terzaniego. Barwna egzystencja włoskiego reportażysty i historie, jakie za nią się kryły są dla Stasiuka jakby zaprzeczeniem upiornej dialektyki (z pierwszego zdania): w konkluzji pojawia się myśl, że prawdziwie żyjąc, zyskujemy życie. Terzani odchodzi bez lęku, w poczuciu spełnienia (mówi o tym w swojej ostatniej książce, czułej rozmowie z synem Folco), jego umieraniu nie towarzyszy smutek melancholika. To prawda, w tej właśnie chwili, ostatniej i ostatecznej, nic już po prostu po lamentacjach. Ale poczucie utraty towarzyszy nam właściwie zawsze i wszędzie. Pojawia się, gdy tylko nastaje pewien interwał w naszym istnieniu, na granicy tego, co się nam przydarza, na końcu etapu każdego działania. Lekkie ukłucie - "to już koniec" - otwiera to obezwładniające, za sprawą wszechwładnego Czasu, doświadczenie inercji, entropii.

Zanikanie staje się więc naszym głównym udziałem, mimowolne ciążenie ku niknięciu, nicości. To pierwsza z przyczyn, za sprawą których zagrożona jest misterna struktura istnienia. Do tego dochodzi, i to drugi z mechanizmów zagrażających byciu, nasza nieuważność. Zajęci, roztargnieni albo porażeni owym ubywaniem, nie wpuszczamy - do naszej świadomości, do naszych zmysłów - elementarnego poczucia istnienia. "A nic, żyje się" - mówimy. To, że tak mówimy oczywiście nie oznacza jeszcze, że nie wiemy, co przeżyliśmy. Ale w ten sposób komunikujemy prosty fakt, że minione przeciekło między palcami, przelało się. Było, minęło. "Małe było i małe minęło", jak pisze w jednym ze swoich pięknych wierszy (Było minęło) Julian Kornhauser. Nawet nie warto wspominać.

Właśnie, ileż to stanów skupienia bycia ucieka nam codziennie? Bo zamknęliśmy na nie oczy, bo wytłumaczyliśmy je sobie obiegowym sądem (byliśmy bardziej życi, niż żyliśmy - powie filozof), bo wreszcie - nie znajdując dostatecznego języka na to, co nam się wydarzyło - odwróciliśmy się od doświadczenia.

Istnienie "jest" przecież, można przytomnie zauważyć, do pewnego poziomu od człowieka niezależne. To prawda, lecz to jedynie człowiek "mieszka poetycko na ziemi" (fraza z Hölderlina), zatem posiadł język, z pomocą którego sporządza ów Miłoszowy "czarodziejski rejestr" (z wiersza pt. Gdziekolwiek) istnienia. Wszystko więc - można powiedzieć, parafrazując jeszcze ustęp ze Starożytnego torsu Apollina Rilkego - spogląda na człowieka (być może nie na wszystkich tak spogląda, choć kto tam wie...) w oczekiwaniu, że ten przyjmie rolę świadka rzeczywistości, znajdzie sposób na wysłowienie bycia, znajdzie więc taki język, który stopi się nieomal z materią, tkanką tego, co doświadczane. I odciśnie w miazdze słów, fraz, akapitów i dzieł wszelkie stopnie bycia. Kto wie, czy jednym z najświetniejszych pisarzy - najczulszych, najuważniejszych - w polskiej prozie współczesnej nie jest właśnie Andrzej Stasiuk: strażnik bycia, który pisze, idąc ze śmiercią pod ramię, z której i przeciw której jego pisanie wyrasta.

Więc pisze, tak to czuję i widzę, żeby bardziej być. Żeby przypominać - sobie i innym - o skondensowanym powietrzu nad górami we wszystkich porach roku, dni i nocy, o odcieniach spojrzeń napotkanych ludzi, o smaku rzeczy, o powtarzanych od wieków czynnościach, o "zwierzęcym" - tym dzikim i udomowionym - o wyruszaniu i powrotach. A także o drodze, którą tyleż wybieramy, co musimy pokonać.

Żeby bardziej być - tak ta książka ostatecznie jednak się nie nazywa. Powodem najważniejszym jest konwencja serii, w której rzecz się ukazuje (konwencja zresztą bardzo ciekawa, pryncypialna i, by tak to ująć, odważna: trafić z jednym słowem, aby wskazać źródło, z którego wytryskuje pisarski światoobraz, tak - "to jest coś", jak czytamy w wierszu Stanisława Grochowiaka Płonąca żyrafa - dla takiego pragnienia można ryzykować). Ale także i pewne "medialne zdarzenie". Pewnego razu zobaczyłem w kinie krótki film reklamowy, w której "mój" tytuł pełnił funkcję marketingowego sloganu. Chodziło o to, z grubsza, że po wypiciu pewnego, mocno gazowanego i słodzonego, płynu będzie można - jakoby - "bardziej być". (Cóż za cudowny eliksir, narkotyczna i dozwolona prawem mikstura - zwłaszcza dla poety, nieprawdaż?). Zwielokrotnianie, intensyfikowanie doznań zmysłowych jest domeną dzisiejszego popkulturowego świata, który prześciga się w mnożeniu wirtualnych wizji kompulsywnego konsumowania rzeczywistości. Nie chciałem stawiać pisarstwa Andrzeja Stasiuka w jednym rzędzie z językiem dzisiejszego marketingu, choć przyznać trzeba, iż mechanizm pisarstwa autora Fado działa równie narkotycznie: podwaja, mnoży i umacnia samą rzeczywistość, której wiele terytoriów opisanych w tych podróżniczych narracjach zyskało i wyrazistość, i wysłowienie. Jakkolwiek nigdy nie przestało ciążyć ku nicości...

4.

Ktoś, kogo bardzo szanuję powiedział mi ostatnio, że w swoim pisaniu jest Andrzej Stasiuk chyba najbardziej konsekwentnym polskim pisarzem, nie oglądającym się na literackie mody. I że jemu, jak żadnemu innemu pisarzowi, "chodzi właśnie o literaturę". Zrobiło mi się nagle przykro, tak to muszę banalnie nazwać. Poczułem, że z moim, czytającego jego książki, pragnieniem autentyzmu zostałem sam, że nie mogę zdradzać się tak otwarcie z naiwno-sentymentalnym odbiorem tej literatury. A jednocześnie wszystko we mnie rwało się do protestu. Że przecież nie może tutaj chodzić jedynie o literaturę. Albo że jest w tym pisaniu coś więcej niż tylko literatura. Albo że ta literatura jest czymś więcej niż tylko pisaniem... Że do czytania tej prozy trzeba wzbudzić w sobie czucie "języka pierwszego", zdolnego dobyć pokłady jakiejś "archewrażliwości", percepcyjnego szóstego zmysłu, odnaleźć utraconą w tak zwanej nowoczesności (w każdym razie - od czasu słynnego eseju Schillera) wiarę w język konieczny, w metafizyczny logos, choćby był on dziełem pojedynczym i całkowicie niefalsyfikowalnym. Na przekór tego, do czego przekonali nas przecież ojcowie dekonstrukcji: że nigdy nie dosięgniemy źródła, że jest tylko "powtarzanie w siatce różnic". Że nie będzie dostępu do sedna, do kośćca bytu. Że pozostaje opowiadać, a każda opowieść żonglerką motywami już wypisanymi jest jedynie i zręcznym kuglarstwem, i "robieniem literatury" właśnie.

Wróciłem do domu dotknięty do żywego, chciwie wczytywałem się w te same co zawsze ustępy, pomstując nad utraconą niewinnością, rozważając różne trajektorie powrotów do tego miejsca, w którym, jak w zalążku ledwie przeczuwanym, kryłaby się formuła wiary w język zdolny unieść i objąć rzeczywistość. I gdy wszelką nadzieję już miałem porzucić, znalazłem taki oto fragment:

Góry żarzyły się czerwono, pomarańczowo, przygasały na fioletowo, na szaroburo, w miarę jak blask prześlizgiwał się po przełęczach i dolinach. [...] Musiałem porzucić ten widok, ponieważ był zbyt nierzeczywisty [JB, 100].

Jaki wydał się ten ujrzany obraz? Ano jak z literackiego landszaftu - nierzeczywisty, nieprawdziwy! Paradoks? Niewątpliwie: oto istniejące, a nierealne. Niewarte zatem opisu, niewarte literatury.

Bowiem nawet jeśli wiele z obrazów autora Fado balansuje na granicy obserwacji i kreacji, to i tak doznanie realności stanowi doświadczenie źródłowe, którego narrator tej prozy poszukuje tyleż metodycznie, co intuicyjnie. Jak wtedy, gdy zaplątał się w sieć wiejskich dróg w okolicach Pâdurea Craiului i w pewnym momencie, w którejś ze wsi, gdzie na małej przestrzeni tłoczyły się proste domostwa z pobielonymi fasadami zobaczył stado świń:

W złotym powietrzu ich stukilowe cielska przywodziły na myśl jakieś wyrafinowane bluźnierstwo. Były czyste, jakby nie mieszkały w chlewie. Spod matowej szczeciniastej skóry parowało spęczniałe od krwi mięso. Tak, to było coś: nadprzyrodzony blask i ciemna, gorąca materia. Wciąż o tym myślę i któregoś dnia tam wrócę, żeby sprawdzić, jak nazywała się ta wieś. Bez nazwy zanadto przypomina przywidzenie, a ja potrzebuję prawdziwych zdarzeń, w które mogę wierzyć [...] [JB, 244, podkr. - A.G.].

Tak, rzadki to obraz (choć w podróżopisaniu autora Wschodu tego rodzaju epifanii znajdziemy wcale dużo): splot bezcielesnego światła i rozbuchanej materii. Mógł wydarzyć się gdziekolwiek, lecz narratorowi potrzebne jest osadzenie metafory na powrót w realności, niezbędna mu jest nazwa-źródło, od której będzie można raz jeszcze się odbić i odtworzyć owo zdarzenie w całym jego bogactwie. I pisaniem ubezpieczyć istnienie, które wszak - zwłaszcza, gdy brakuje słowa - ciąży ku nicości.

Bo być może literatura - i to jej metafizyczne: porządek i racja - jest właśnie, jak mawia często Andrzej Stasiuk na spotkaniach z czytelnikami, "zagadywaniem kostuchy", nieustającym opowiadaniem z nadzieją, że uda się cokolwiek utrwalić z kołowrotu żywota, ustać to, "ubić w istniejące", na chwilę zatrzymać. Taką nadzieję żywi bohater Taksimu, który opowiada do upadłego, na przekór zagrożeniu, bezwładowi i niebezpieczeństwu śmierci. Ale jest również literatura przestrzenią zapisu spotkania z nagłym i efemerycznym doświadczeniem epifanii, nieoczekiwanym, przemożnym poczuciem odnalezienia zasady (w) rzeczywistości. W tym właśnie poszukiwaniu, w tej ciągłej pogoni za wiatrem, w tym nastawieniu na to, co prawdziwe jest Stasiuk niedoścignionym realistą i metafizykiem zarazem, wyczulonym na wszelki fałsz, udawanie, przywdziewane maski, dlatego nie zagości dłużej tam, gdzie "wszyscy - jak w Kiszyniowie - naśladują własne wyobrażenia o świecie, który jest gdzie indziej" [JB, 152].

Dlatego w końcu trzeba zostawić Kiszyniów, który wcale nie leży na wschodzie... A wstąpić w ten nurt, w którym strugi życia płyną swobodnie, niepowstrzymanie i same z siebie. Wśród pięknych passusów poświęconych matce odnaleźć możemy ten, w którym wróciwszy z kolejnej włóczęgi, bohater smakuje kęs przygotowanej przez nią potrawy, doznając proustowskiej anamnezy:

i oto cofam się o dziesięciolecia, zapadam się w pamięć, wracam do początków, wracam na Wschód, chociaż nigdy go nie opuszczałem, ponieważ tylko głupcom może się wydawać, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. A prawdziwe życie jest tu, w samym środku [W, 56].

Wystarczy po prostu wjechać na własną osiemset jedynkę. Gdy z lekka zboczymy z drogi technologicznego postępu, któremu na imię Zachód, ujrzymy - jak pisze Stasiuk - "resztkę przedwiecznego" [W, 59], dotrzemy do "głębi własnych dni. W piach, kurz i drzewny dym, do miejsca narodzin" [W, 59]. Podróż na wschód jest tedy niczym mistyczne doświadczenie spustoszenia, ogołocenia. Wyzuty ze wszystkich więzów i ograniczeń sprawdza bohater nośność naczelnej metafory, jej zdolność do integracji prywatnej historii: "Musiałem unieść te wszystkie obrazy, by potem połączyć je z tymi dawnymi, żeby jedno przeświecało spod drugiego, aż nie będzie można odróżnić" [W, 116]. Szuka także na wschodzie tej pewności, "że minione nie umiera", albo choćby mgnienia, kiedy, jak o poranku w Biszkeku, wsączy się w serce "okruch, odprysk nieśmiertelności" [W, 117].

Oto prawdziwa stawka podróży na wschód, który nosi w sobie każdy (ów wschód jest więc kategorią nie tyle geograficzną, ile mentalną). Styk z rzeczywistością osiągnąć może jednak ten, kto potrafi wyzwolić się z projektowania celów i metod, kto wybiera wolność, spontaniczność, akceptuje swój los w pełni, pragnie bycia autentycznego i bezinteresownie wdaje się w drogę. Wyrusza, bo już najwyższy czas udać się w stronę źródła.

5.

W lipcu 2015 roku (dekada upłynęła od momentu mojego "zawierzenia" Stasiukowemu pisaniu) przyjechałem zobaczyć ziemię pisarza. Ziemię, jaką wybrał dla siebie przed laty, jakiej pozostaje wierny. Z której wyjeżdża, do której powraca. Bo zrozumieć to pisanie, tak mi się wydawało (choć skąd, jak nie od Goethego myśl tę mógłbym zaczerpnąć), trzeba rozpocząć od próby wniknięcia w strukturę minerałów budujących podglebie jego myśli, dotrzeć do źródła, z którego wytryskują te wyobrażenia i te frazy. Z nosem utkwionym w ziemi pod stopami studiowałem po kawałku kamieniste tereny niskiego pasma.

I ostatniego dnia dopiero dostrzegłem na niebie zwiewny zarys obłoku, który wyglądał jak biała owca. Unosił się przez chwilę nad moją głową. Zrozumiałem, że błądziłem. Klucz wisiał w przestworze.

Ale wówczas trzeba było już wracać.

Postanowiłem wrócić na okrętkę, przez tę Konieczną, i dalej - dołem.

Gdzieś przed Zborovem zaczęły stukać zawory i musiałem się zatrzymać, aby dolać oleju do zmęczonego, wysłużonego lanosa. Otworzyłem maskę, zalałem silnik. I wspiąwszy się na kamienny murek, z dyndającymi stopami, zapaliłem papierosa. Może miałem tutaj przyjechać i doświadczyć tej doskonałej wolności? Czy to jest genius loci tej ziemi?

Więc siedziałem i paliłem. Aż pojawili się oni - cygańska rodzina, z trudną do zliczenia dzieciarnią. Szli przez środek tej bocznej uliczki (na wysokości sklepu, gdzie można zapłacić w złotówkach, ponoć jedynego, w którym naszą walutę chce się komuś później wozić przez granicę), jak zawsze głośni i jak zawsze na niewiele się oglądający.

A potem stary żydowski cmentarz. Uprzejmy Słowak ośmielił mnie do otworzenia głównej bramy... butem. Wahałem się chwilę. Ale przecież chciałem z bliska odmówić mój cudzoziemski "kadisz". Wobec połamanych i zarośniętych - jak zawsze, jak wszędzie - macew, z których nie sposób czegokolwiek odczytać.

Moment rozbuchanej radości cygańskiej familii i wiekuisty rozkład kamiennych śladów niemej pamięci. Trudno o lepszy uścisk, zapasy teraz i było.

W takiej cienkiej szczelinie pomiędzy owymi odmianami czasu, mam takie nieodparte wrażenie, wydarza się też pisarstwo Andrzeja Stasiuka.

Ta książka będzie właśnie dyskretną i cierpliwą próbą pobytu w tym prześwicie.

6.

Najtrudniej przyznać się do fascynacji - przyznać się i ową fascynację zarówno utrzymywać na wodzy, jak i sprawić, aby dała ona odpowiedni rezultat. Fascynacja, obecna w tekstach krytycznych, rozumiana jako podstawa czytelniczego, krytycznego zajęcia2, wyznacza sposób lektury zbliżającej się w swych założeniach i sposobie prowadzenia narracji do krytyki nastawionej na czułą rejestrację literackiego idiomu. Zazwyczaj zatem powoduje ona, iż czytane dzieło jawi nam się jako jedyne i niepowtarzalne, ograniczamy wówczas zabiegi kontekstualizacyjne, poszukiwania wszelkich podobieństw i różnic - estetycznych, światopoglądowych, generacyjnych etc. - pomiędzy czytanym dziełem a jego antenatami. Jak słusznie zauważał niegdyś Konstanty Pieńkosz, obserwując to doświadczenie w krytyce Juliana Kornhausera, dla urzeczonego krytyka każdy tekst literacki "tworzy jakiś byt samoistny, z którym można podjąć dialog"3. Przy czym, na co przenikliwie zwracał uwagę recenzent, istotne wydaje się zwłaszcza to, że ów dialog krytyka z czytanym słowem "narzuca poezja, a krytyk [...] podejmuje go i prowadzi dyskretnie, bo ma pełny szacunek dla czyjegoś świata wewnętrznego [...]"4. Podstawowym przeto zadaniem dla krytyka empatycznego staje się przybliżanie literackiego idiomu, wejście z nim w interakcję poprzez tworzenie w słowie krytycznym eseistycznego ekwiwalentu literatury.

W swoim najbardziej znanym manifeście krytycznym (Krytyka identyfikująca się) Georges Poulet, dyskredytując zachowawcze postępowanie Alberta Thibaudeta, twierdził, iż w decydującym momencie pracy interpretacyjnej odwraca się on od tego, co "stanowi istotę i treść prawdziwej krytyki, czyli od poznawczego uchwycenia świadomości drugiego człowieka"5. Owo poznanie zaś - pisze dalej autor Myśli nieoswojonej, analizując dykcje krytyczne Jacques'a Rivi?re'a i Charlesa Du Bosa - zależy ściśle od umiejętności skomponowania tekstu, który byłby "duchową kopią analizowanego dzieła", to zaś stanie się możliwe tylko wówczas, gdy nastąpi "całkowite przeniesienie jednego świata umysłu w drugi"6. Aby akt wczucia i transpozycji okazał się płodny i odpowiedni, konieczne wydaje się uprzednie oczyszczenie, "spustoszenie" świadomości krytyka zbliżającego się do dzieła ("czyż nie jestem jedynie naczyniem dla życia innej osoby?" - zapytywał Du Bos7). Owa doskonała "instrumentalność" krytyka - jak powiedzielibyśmy za Miłoszem, pamiętając o stosownym ustępie z poematu prozą pt. Płeć poezji - wieść zaś już winna ku rozumiejącemu spełnieniu: umocnieniu i przedłużeniu cudzego istnienia. Mediumiczny w istocie charakter działań krytyka możliwy jest nie tylko i nie tyle za sprawą specyficznej koncepcji ludzkiej tożsamości zasadzającej się na "całkowitej płynności" bytu interpretatora, co na idei, wywiedzionej od Rivi?re'a, "niekompletności "ja"", która wiąże się z potrzebą, całkowicie niezbywalną, przyjęcia "egzystencji innej niż [...] własna"8.

Wczucia w utekstowione bycie Innego nie poprzedza jednak w myśleniu Rivi?re'a - co zaskakujące - rodzaj fenomenologicznej redukcji, bowiem wybór "cudzego istnienia" i "pokorno-radosne" poddanie się mu możliwe jest tylko wówczas, gdy "ja" krytyka znajduje myśl podobną swojej - i teraz dopiero następuje "zawierzenie", świadoma transformacja językowej osobowości krytyka9.

Kluczowa dla procesu budowania rozumiejącego świadectwa lektury krytycznej jest identyfikacja głosu (czy, powinniśmy rzec, pamiętając o subtelnych rozważaniach Jacka Gutorowa, jedynie dźwięku10) krytycznego ze świadomością poety. Stopniowa lektura, zataczanie kręgów wokół obsesyjnie nawracających motywów (czemu najlepiej służy strategia szkicu11), ponawianie w sobie językowego gestu artysty prowadzić ma zarówno do jego asymilacji, odtworzenia i przeżycia w doświadczeniu krytycznym, jak i do zbudowania tematycznej struktury dzieła12.

W ujęciu Genewczyków tekst literacki stanowi rodzaj "bolesnej obsesji", którą krytyk winien odsłonić poprzez wskazanie miejsc powtórzenia (do istoty obsesji należy bowiem właściwość jej powracania, w różnych postaciach, na różnych piętrach konstrukcji dzieła; łac. obsessio oznacza wszak pozostawanie w oblężeniu, poruszanie się wewnątrz czegoś zamkniętego, ale także, a może przez to właśnie, zabezpieczenie i rękojmię dla tego, co wyznaczyło przestrzeń i przedmiot obsesji) ujawniających się poprzez wszelkiego typu echa, homologie i językowe izomorfizmy. Skoro zaś tekst krytyczny ma być specyficzną "emanacją literatury", to sam dyskurs krytyczny winien stać się czymś na kształt "wtórnej literatury", której naczelną figurę stanowi peryfraza, zachowująca cielesną więź z dziełem, z którego się wywodzi13.

Właśnie taką zasadę czytelniczego, krytyczno-naukowego postępowania przyjmuję w opisie dzieła Andrzeja Stasiuka. Nie rezygnując z podstawowej czynności porządkowania elementów charakterystycznych dla prozy autora Grochowa, bardzo chciałbym, aby książka ta stała się nie tylko swoistą mapą terytorium, jakie wyznacza owo pisanie, lecz także odpowiedzią, płynącą ze strony konkretnej, jednostkowej lektury.

7.

Pisarstwo Andrzeja Stasiuka, fascynujące kilka pokoleń czytelników i badaczy literatury, dopiero niedawno doczekało się odrębnej, poświęconej jedynie temu dziełu, monografii14. Autor Wschodu inspiruje literaturoznawców, socjologów czy politologów - wyprawiając się na krańce Europy i opisując je z niezrównaną współcześnie literacką emfazą, operując frazą całkowicie oryginalną - do tego, aby eksplorować dziedzinę aktualnie rozumianej wspólnoty i tożsamości środkowoeuropejskiej (tym samym proza Stasiuka staje się wdzięcznym obiektem i preparatem, na którym sprawdzone zostają modne humanistyczne dyskursy, np. postkolonializm, studia postzależnościowe, geopoetyka). Stosunkowo niewiele natomiast napisano o egzystencjalnej i metafizycznej warstwie prozy autora Dukli, rzadko również próbowano się zbliżyć do tkanki języka tego pisarstwa, a także wyobraźni, jaka za nim stoi.

Będę koncentrował się przeto na warstwie języka i doświadczenia obecnych zwłaszcza w tych książkach Andrzeja Stasiuka, w których używana jest forma prozy autobiograficznej (m.in.: Dukla, Jadąc do Babadag, Fado, Dziennik pisany później, Wschód, Kroniki beskidzkie i światowe); w centrum tej monografii usytuowane zostaną zatem takie pojęcia, jak: życiopisanie, podróż, rzeczywistość, metafizyka, nicość i - wreszcie - śmierć, z której i przeciw której wyrasta pisanie autora Grochowa.

A nade wszystko - istnienie. Dla którego wszystkie inne, wymienione wyżej, są jedynie odmianami, modusami, stanami skupienia bądź rozproszenia, po prostu nieudolnymi metonimiami, jakie przydajemy zależnie od okoliczności, w których przychodzi nam chwilowo bywać i bawić.

"Gdybym miał powiedzieć, co to jest istnienie, rzekłbym w najlepszej wierze, że to nic nie jest" - notuje w pewnym miejscu bohater i narrator Sartre'owskich Mdłości, uznając tym samym zasadność krytyki tzw. metafizyki obecności zdiagnozowanej już we wczesnych pismach Heideggera. A zatem to przede wszystkim, że istnienie jest jakby okolone niebytem, ku któremu to pierwsze niechybnie ciąży, w związku z czym opisywanie istnienia wiąże się w sposób konieczny z odsłanianiem nicości i śmierci tkwiącej już zrazu i zwykle wewnątrz najbardziej rozbuchanego nawet bycia. Wiedza i czucie tego fenomenu dwoistości istnienia, mieszczącego w sobie zarówno widzialność, wzrost, ekspansję (domeny fizis), jak i rozpad, ubywanie, entropię (znaki niebytu), pozwala autorowi Wschodu - tak to sobie często wyobrażam - chwytać subtelne stany graniczne i przebywać w cienkiej szczelinie pomiędzy byciem i przylegającą doń jak rewers, różnorako przejawiającą się nicością.

Niech niniejsza książka będzie zaproszeniem do uważnego tropienia śladów tego rodzaju doznań, które tak mocno ujmują mnie podczas wielokroć ponawianych lektur prozy Andrzeja Stasiuka.

1 Ileż razy tak myślałem, aby w końcu przeczytać zdania w tym duchu: "Z Bajram Curri nie było dokąd pojechać. Można było tylko zostać albo wracać" [DPP, 14]; "Dojechaliśmy tam i myślałem, że nie można już dalej. Że z Tropojë można tylko wracać" [DPP, 38].

2 Zob. W. Zieliński, Fascynacja, "Tygodnik Kulturalny" 1985, nr 3, s. 12. Owa fascynacja - zauważał jeden z recenzentów, opisując dzieło krytyczne jednego z najczulszych komentatorów polskiej poezji współczesnej, Juliana Kornhausera - wskazuje na bardzo intymną relację łączącą krytyka z czytanym tekstem, relację, którą nie wahano się nazywać miłosną: "Żeby tak pisać, trzeba naprawdę poezję kochać, nie wstydząc się zachwyceń czy olśnień" (J. Pieszczachowicz, Krytyka współodczuwająca, "Twórczość" 1985, nr 5, s. 132).

3 K. Pieńkosz, W środku poematu, "Literatura" 1984, nr 11, s. 60.

4 Tamże, s. 60.

5 G. Poulet, Krytyka identyfikująca się, tłum. J. Zbierska-Mościcka, [w:] Szkoła Genewska w krytyce. Antologia, wybór H. Chudak i in., przedmowa M. Żurowski, Warszawa 1998, s. 159.

6 Tamże.

7 Tamże, s. 162.

8 Zob. tamże, s. 160.

9 Zob. tamże. Bardziej dogmatyczni w tej mierze okażą się Du Bos i Poulet, ten drugi będzie upatrywał w akcie lektury szansy na "rozerwanie piekielnego kręgu [własnego "ja"] i wyzwolenia", które pozwoli wreszcie "zapomnieć o samym sobie" (zob. G. Poulet, Baudelaire, tłum. Z. Naliwajek, [w:] Szkoła Genewska..., s. 172).

10 Zob. J. Gutorow, Niepodległość głosu. Szkice o poezji polskiej po roku 1968, Kraków 2003, s. 8-12.

11 Zob. T. Swoboda, Alchemia Richarda, [w:] J.-P. Richard, Poezja i głębia, tłum. i posłowiem opatrzył T. Swoboda, Gdańsk 1999, s. 185.

12 Zob. G. Poulet, Krytyka identyfikująca się..., s. 164; T. Swoboda, Alchemia Richarda..., s. 185-186.

13 Zob. T. Swoboda, Alchemia Richarda..., s. 195.

14 Zob. Miejsca, ludzie, opowieści. O twórczości Andrzeja Stasiuka, red. M. Rabizo-Birek, M. Zatorska, D. Niezgoda, Rzeszów 2018. Ten ważny, wieloautorski tom, zawierający kilkadziesiąt różnorakich tekstów będących tak próbami syntezy poszczególnych wątków prozy autora Murów Hebronu, jak i interpretacjami czy wariacjami osnutymi wokół konkretnych fragmentów zaczerpniętych z pisarstwa Stasiuka nie może jednak, siłą rzeczy, przynieść świadectw dłuższego trwania i bliższej zażyłości któregoś z krytyków lub badaczy z dziełem autora Wschodu.

Rozdział 1. AUTO-BIO-GRAFIA

Kim Andrzej Stasiuk być może nie jest?...

Zastanawiam się czasem - wyznał całkiem niedawno Andrzej Stasiuk - po co z Jurijem Andruchowyczem napisaliśmy Moją Europę. Wepchnięto nas w szufladkę pisarzy środkowoeuropejskich. [...] Podróżuję w wyobraźni, a nie poprzez granice polityczne czy kulturowe1.

Tak, być może owe "szufladki" są pewnym przekleństwem pragnącego ładu rozumu i nic bardziej oczywistego aniżeli potrzeba ich porzucania. Ale, chcąc nie chcąc, istnieją. A i pisarz przyłożył się solennie do tego, aby je powołać. Stał się więc autor Murów Hebronu przede wszystkim (raczej mimowolnym) specjalistą od wszelakich spraw geopolitycznych i politycznych, socjoideowych, ba, nawet historycznych, związanych z problemami wschodniej i środkowej ściany kontynentu europejskiego. Sam - być może zmęczony, jak się wydaje, udzielaniem odpowiedzi na pytanie o zasadność używania i zawartość kategorii geopolitycznej o imieniu Europa Środkowo-Wschodnia, której stał się w publicznej i powszechnej opinii tyleż użytkownikiem, strażnikiem, co zakładnikiem - wielokrotnie próbował dystansować się od roli socjologicznego autorytetu, w którą nolens volens został wepchnięty. Oto jeden z bardziej wymownych fragmentów zdradzających istotny dystans względem "środkowoeuropejskości"; w passusie tym dostatecznie słyszalne są zarówno ironia, jak i przeświadczenie, iż owa kategoria kulturowa nie wiąże się bynajmniej z jakimiś absolutnymi punktami odniesienia i poczuciem, że jej zawartość miałaby bezwzględny, ponadkulturowy i ponadhistoryczny, kształt i charakter:

Ten "wytrych środkowoeuropejski" jest jakimś kluczem, czymś, co porządkuje naszą rzeczywistość, ale oczywiście można też budować [...] opozycję do, powiedzmy, tego umownego "Zachodu". [...] Ja używam tego środka bardzo niechętnie, jak muszę to używam. Jak nic innego nie można, jak nie można tego inaczej wytłumaczyć, to mówię: "Europa Środkowa"2.

Przyjrzyjmy się zatem na początek kilku obszarom, jakie w prozie Stasiuka podchwycono, czyniąc z autora ich - wątpliwej wartości zresztą - znawcę. Nie będzie to jednak rejestr systematyczny, ani nie jest bowiem moim zamiarem tworzenie obrazu pełnej recepcji dzieła Andrzeja Stasiuka, ani miejsca na to w tej niewielkiej książce po prostu nie ma. Chcę jednak na wybranych przykładach ukazać, jak bardzo owo oczekiwanie "antropologicznej użyteczności" prozy autora Osiołkiem zaważyło na jej odbiorze.

Dość naturalnym zjawiskiem, jakie wyrasta z lekturowego doświadczenia prozy Stasiuka (zwłaszcza jej "podróżniczej", autobiograficznej części), było i jest nastawienie badaczy na poznawcze, werystyczne jej właściwości. Skoro autor wybiera się nieustannie - można sobie tak pomyśleć - nad krawędź kontynentu (i, stopniowo, coraz dalej), skoro nie zaciera po sobie śladów, skoro ściśle oznacza miejsca wędrówki, tedy trzeba by rozumieć jego gest jako zdawanie sprawy z rozumienia wszelkich (środkowoeuropejskich) rzeczy. Trudno bowiem pozbyć się przeświadczenia, iż prymarnym stylem odbioru prozy autora Dziennika pisanego później, w myśl znanej teorii Michała Głowińskiego, jest lub powinien być mimetyzm3. Nastawienie przeto na rewelatorski charakter odkryć socjologicznych czy antropologicznych, czynionych przez samego Stasiuka, wydaje się wyrastać z konkretnych elementów samej tej prozy. Jednak czytając dzieło autora Jadąc do Babadag, szybko dojść trzeba do konkluzji, którą wysłowiło już wielu czytelników i znawców Stasiukowego pisania, tej, o której pisał na przykład Aleksander Fiut:

Stasiuk [...], pragnąc dotknąć zdemistyfikowanej prawdy, znajduje się w położeniu podwójnie fałszywym. Szuka w obcych krajach tego, co przecież w istocie dobrze mu znane, a jego kontakty z mieszkańcami odwiedzanych krajów są nader powierzchowne, już choćby dlatego, że nie zna ich języka, kultury i obyczajów4.

Rzeczywiście, potencjał poznawczy tej twórczości, rozpatrywany na planach współczesnych dyskursów humanistycznych, szybko może wydać się dziedziną tautologii, czy nawet pewnego narcyzmu. W pewnym momencie swojego tekstu Fiut jednak pyta: "A może [Stasiuk jest] estetą przystrojonym dla niepoznaki w kostium antropologa czy socjologa?"5. I, cóż, po prostu tym trafia w sedno.

Bo czyż można, jak czyni to badacz, tak mało subtelnie - zwłaszcza w dobie ostatecznego przemieszania języków i perspektyw - rozgraniczać rolę i język pisarza od obecnych w nim fragmentów humanistycznych dyskursów czy antropologicznych perspektyw? Na tak postawione pytanie, które wydaje się banalne, odpowiedź musi okazać się równie oczywista. Andrzej Stasiuk jest przede wszystkim pisarzem i jego wizje nie mogą być do końca (czy jedynie) odmierzane podług miar ustalonych w obrębie humanistycznych (zwłaszcza tych modnych) orientacji (postkolonializmu, krytyki etycznej, geopoetyki, kulturowej teorii literatury itd.). Nie znaczy to, rzecz jasna, aby nie można było w ten sposób - jak czynią to np. zwolennicy dyskursów postzależnościowych czy geopoetycznych - "sprawdzać" pisarskich wizji Stasiuka pod kątem zgodności ze stanem wiedzy (np. z zakresu socjologii, geografii społecznej czy politycznej etc.)6, wydaje się jednak, że na powieściową prawdę dzieła autora Fado spoglądać wypada przede wszystkim jako na świadectwa jednostkowej wrażliwości i światooglądu, świadectwa wpisujące się zdecydowanie w charakter sztuki powieściowej, dla których mit i fantazmat należą do podstawowego instrumentarium7. W przeciwnym razie czeka czytelnika rozczarowanie albo - i to druga, równie mało owocna, perspektywa - dzieło Stasiuka okaże się zgrabnym pretekstem dla dowodzenia specjalistycznych kompetencji lub zgoła wyższości znawcy nad pisarzem, naiwnym i sentymentalnym.

Owszem, nie sposób pisać przeciwko samemu autorowi Dziennika okrętowego i zapominać, że mimo wszystko restytuował on politologiczną kategorię "środkowoeuropejskości", nadając jej określoną, literacką interpretację. Pisanie o tej części kontynentu było widziane, najogólniej rzecz ujmując, jako próba "zakwestionowania historyczności Europy Środkowej"8, próba zgoła niemożliwa, dokonywana w duchu, jak ujmuje to Fiut, "niedogmatycznego odtwarzania utopii retrospektywnej"9. Nie chodzi jednak o to, że Stasiuk wierzy w możliwość wskrzeszenia idei wielonarodowości, lecz jedynie o nostalgiczne o niej wspominanie; historyczność nieustannie zmienia się pod piórem pisarza w legendę, jest sumą gorzkich doświadczeń, co powoduje, że mieszkańcy tej części świata, spojeni "wartościami liberalnej demokracji, tolerancji" [DzO, 113], łatwo ulegają pokusie podkreślania własnej pojedynczości, mają skłonność do kontemplacji rozpadu, atrofii czy do kultu detalu, o czym tak sugestywnie pisze Stasiuk w Dzienniku okrętowym [zob. np. DzO, 110-112]. Stąd też być może bierze swój początek sympatia pisarza dla tego, co izolowane, marginalizowane, samoswoje, wykluczone, pariasowskie, peryferyjne, prowincjonalne. Taką wspólnotę Stasiuk tyleż rekonstruuje w procesie swojego życio-podróżo-pisania, ile "wyczytuje" z prozy Haupta, Schulza, Kiša, Hrabala, Rotha, Ciorana, Eliadego i wielu innych swoich literackich sprzymierzeńców.

Spróbujmy przyjrzeć się temu, jak i w jakiej perspektywie operuje mitograficzna wyobraźnia autora Opowieści galicyjskich, przywołując uwagi dotyczące jednego z częściej eksplorowanych wątków, czyli stosunku bohatera tej prozy do postaci Cyganów:

Stasiuk dokłada wszelkich starań, by nie być wziętym za turystę. Stąd jego ostentacyjne lekceważenie okazywane zabytkom, wędrowanie szlakami mało uczęszczanymi, potrzeba kontaktu z zapomnianymi regionami i przeciętnymi mieszkańcami. A przecież turystą pozostaje: łowi bowiem osobliwości, łatwo i nadmiernie uogólnia, okazuje wyraźne lekceważenie wobec historycznych kontekstów oraz nie wstydzi się swojej niewiedzy o oglądanych krajach. Fascynują go Cyganie, a o ich zwyczajach, tradycji i kulturze nic prawie nie wie (!). Stają się dla niego wyłącznie symbolem niczym nieskrępowanej wolności. Pisarz zdaje się patrzeć na nich okiem nie tyle socjologa, co antropologa starej daty, który w cywilizacjach pierwotnych, żyjących w przymierzu z naturą, dopatrywał się odblasku utraconego raju niewinności. Spogląda z zewnątrz, z dystansu. [...] Uwagę jego przyciąga egzotyka w istocie mało egzotyczna, bo jest nią upiększona przez jego wyobraźnię nędza10.

To, co dla Aleksandra Fiuta w obecnym w prozie Stasiuka widzeniu przedstawicieli narodowości cygańskiej wyznacza przestrzeń naukowego resentymentu widzieć przecież można równie dobrze jako rodzaj literackiej metaforyzacji, zmierzającej do uczynienia z egzystencji obserwowanych przez pisarza bohaterów symbolu określonego modelu bycia-w-świecie, który stanowi odpór wobec zachodniego "zapominania bycia". Sam pisarz również wielokrotnie zdradzał, iż ma świadomość położenia, w jakim znajdują się Cyganie w Europie, i że - bynajmniej - nijakiego resentymentu wobec nich nie uruchamia, twierdząc jakoby żywot cygański był źródłem wyzwolenia. Przeciwnie - bycie Cyganem dzisiaj

to jest - mówi wprost pisarz - upodlenie, [...] w tym nie ma nic romantycznego tak naprawdę, w tych Cyganach węgierskich najniższego poziomu socjalnego, [...] to jest cierpienie, rozpacz, krew, popiół, łzy i więcej - nie ma w tym romantyzmu, nie ma wolności. Nie ma tam "jadą wozy kolorowe" [...]. Jest to opresja społeczna [...]11.

Sporą dozą metodologicznej ignorancji wykazuje się zwłaszcza Piotr Majewski, który nie bacząc na charakter literackiego przedstawiania, nie waha się skonkludować, iż proza Stasiuka wpisuje się bez reszty w generalizujący dyskurs etniczny, oparty na stereotypizacji obcego, gdzie dominuje zwłaszcza "schematyczność w przedstawianiu [...] przedmiotu/obiektu wyobrażeń [...]"12. Dodając do tego jeszcze przeświadczenie autora o prostym oddziaływaniu literatury na proces gruntowania symplifikującego obrazu Inności, łatwo już dowieść, iż autor Fado staje się odpowiedzialny za "reprodukcję stereotypów [...] odpowiadających społecznemu zapotrzebowaniu na przeżycia "romantyczne""13. Kierując się postzależnościową logiką i metodologią, Majewski nie zauważa specjalnego statusu literackiej kreacji, odmawia pisarzowi prawa do jednostkowego wyobrażenia, zakłada, iż "dialog z Innym" jest absolutnym imperatywem wszelkiego przedstawiania kulturowej odmienności. Stąd wniosek, iż w twórczości Stasiuka

Cyganie nie mają szans na jakąkolwiek formę autonomii - by Stasiuk czuł się dobrze, a jego konstrukcja była spójna i stabilna, muszą pozostać tacy, jakimi autor Fado sobie ich wyobraża: ahistoryczni, nomadyczni, kolorowi, niecywilizowani, muszą pozostać Rousseauowskimi "dobrymi dzikusami". Jeśli próbują wyrwać się z narzuconej im roli - i zachowywać się wbrew "swej" naturze burząc Stasiukowy ład świata - stają się śmieszni i groteskowi, a czasami wręcz zimni i odpychający14.

Swoista poprawność każe więc Majewskiemu przywołać - na potwierdzenie słuszności takiej tezy - charakterystyczny epizod spotkania z Arturem, cygańskim baronem z Mołdawii [JB, 165-166], epizod, w którym nota bene nie ma żadnej apriorycznej niechęci narratora wobec Obcego, a jest jedynie rzetelny opis etnocentrycznej obsesji, którą ów bohater (nie oczekując zresztą na jakikolwiek dialog!) wykłada.

Nie to jednak, iż w imię humanistycznego ideału myśli postkolonialnej, bezceremonialnie traktując dzieło literackie w naiwny mimetycznie sposób, odsądza badacz pisarza od czci i wiary stanowi główny powód nieporozumienia. Tym bowiem staje się przede wszystkim, równie stereotypowe, podejście do filozoficznej i antropologicznej kwestii bycia-w-świecie, którą dyskredytuje Majewski, nazywając Rousseańskim resentymentem. Postać Cygana bowiem - funkcjonując w tej prozie na planie realnych spotkań, opisywanych przez narratora z realistyczną drobiazgowością - stanowi rodzaj alegorii określonego modelu metafizycznej wrażliwości człowieka, której podstawowym wyznacznikiem staje się zdolność do widzenia trwałości w tym, co ulotne, swoisty rodzaj przekraczania materialności świata15.

Pisarz ma zatem świadomość granic własnej kompetencji, wielokrotnie wyrażał zresztą konsternację z powodu traktowania jego poglądów jako miary określonego (etnocentrycznego) widzenia międzyludzkich relacji w tzw. Europie Środkowej. A przede wszystkim - nie przegląda się w Cyganie, gruntując tym samym własną "europejskość", "nowoczesność myślenia" czy konstatując swój rzekomo "wyższy status kulturowy". Nic z tych rzeczy. Bohater Stasiukowego podróżopisania z podziwem przygląda się głębokiej ufności, z jaką "koczownicy" (w tej roli wszak nie figurują jedynie bohaterowie romskiej proweniencji) przyjmują swój los i swoją kondycję. Nie jest więc tak, iż wytropiona przez Stasiuka tożsamość środkowoeuropejska, naznaczona piętnem społeczeństw postkolonialnych - ów "relikt zachodniego imperializmu", jak nazywa ją Dariusz Skórczewski16 - zasadzająca się na traumie wynikającej z bycia poddanym historycznej hegemonii, brzemieniu ekonomicznego niedorozwoju, pesymizmie i chronicznej bierności17 - zatem że taka właśnie kondycja człowieka tej części Europy interesuje pisarza najbardziej i ją nieustannie odtwarza w swoim podróżopisaniu.

Analizując obecne w prozie Stasiuka opisy ludzi napotykanych w podróży, Skórczewski zauważa, skądinąd bardzo trafnie, iż dominuje wśród nich - przywołajmy dłuższą partię tekstu -

tylko jeden typ sylwetek - mężczyzn wystających na rogach ulic, biernych, zawieszonych w bezruchu i niemocy, wegetujących i ekstrapoluje ten psychologiczny profil na całe społeczeństwo. Napotykane postaci nie tylko nie mają wpływu na swój los ani nawet nie demonstrują takich ambicji, brak kreatywności i wiary w możliwość aktywnego współtworzenia przyszłego kształtu dziejów wyznacza samą ich ontologię. [...] Szkicowani są wprawdzie z empatią i wnikliwością, jako bohaterowie heroiczni na miarę swoich czasów, lecz heroizm ich jest heroizmem zgody na bycie ofiarą, heroizmem nieowocującym niczym prócz resentymentu18.

Interpretacja ta, jakkolwiek niczego nie można jej zarzucić pod względem przyjętej postkolonialnej optyki i metody, wydaje mi się chybiona właśnie dlatego, iż - po pierwsze - nie da się utrzymać tezy, iż Stasiuk rozciąga pojedyncze obrazy bierności (a może po prostu powolności!) obserwowanej w zachowaniach portretowanych przez siebie bohaterów na całe społeczności, które mieliby oni rzekomo reprezentować, po wtóre zaś, i co istotniejsze, owa "atrofia" interesuje pisarza nie jako przejaw "postpolitycznego ukąszenia", lecz jest swoistą egzystencjalną postawą wobec problemu samego bycia19, a także - by tak rzec - samym sednem modusu filozoficzno-kulturowej odmienności mieszkańca tej części europejskiego kontynentu

Albo któregoś lata w Zgorzelcu. Wstałem rano i poszedłem w stronę mostu. Miasto łagodnie opadało do rzeki. Wszędzie były kantory i szyldy, że tanie papierosy. Faceci już stali po dwóch, po trzech. Dzielnica miała zapach starego tynku i butwiejących drewnianych schodów. [...] Przeszedłem do Görlitz. Tam był park, poranny chłód, jakieś rezydencje, potem rynek, wszystko zaraz po remoncie. [...] Pokręciłem się trochę i znalazłem kawał martwej fabrycznej zabudowy nad rzeką. Trochę czerwonej cegły i zardzewiałej blachy, ale było jasne, że to tylko kwestia czasu i zaraz coś z tym zrobią. Wróciłem do ojczyzny. Tutaj też wszystko powoli stawało się kwestią czasu. Patrzyłem na tych po dwóch, po trzech. Mieli wymrzeć jak skazany na zagładę gatunek. Ich wyzywająca obecność, ich kontemplacyjny styl życia, ich upodobanie do obserwowania, jak świat się pogrąża, zapada nieustannie w nieistnienie [...]. Świat miał być obietnicą. Która zresztą nigdy się nie spełni [DPP, 143-144].

Ten widoczny tutaj kontrast pomiędzy rewitalizującą się zachodnią a pogrążoną w bezruchu wschodnią częścią miasta, które - jak Stambuł Pamuka - symbolicznie rozpięte jest pomiędzy Wschodem i Zachodem wyznacza przestrzeń, gdzie dokonuje się różnicowanie, odróżnianie wschodniej kontemplacji od zachodniej konsumpcji. Właściwie większość przedstawień ludzkich sylwetek w tej prozie - czy to mężczyzn przesiadujących w knajpach lub przy drogach, wpatrujących się w póżółkłe nic, czy też kobiet wygrzewających się na przydomowych ławeczkach - skoncentrowanych jest na doświadczeniu głębokiego poczucia bycia wewnątrz rzeczywistości, cierpliwego stapiania się z nią. Owo uporczywe bycie na swoim miejscu - przeciwstawiane neurotycznej konwulsji, ruchliwości człowieka Zachodu, który cierpi na chroniczną, ontologiczną obcość - przejawia się w tej prozie tak wiele razy, iż po prostu nie można bezceremonialnie traktować tego typu obrazów jako dowodów na paseizm i żywienie kompleksu środkowo-wschodniej niższości.

Ostentacyjna osiadłość mieszkańców Europy środka, biorąca swój początek, jak chce pisarz, z poczucia jakiejś pierwotnej bezdomności i atawistyczno-metafizycznego lęku [zob. DzO, 101-102] wiedzie ich wprost do "naturalnego i całkowitego zanurzenia w rzeczywistości" [DzO, 98]. Tak dzieje się np. w Gönc, gdzie pejzaż "obejmuje i otacza" ujrzane, siedzące na ławkach przy głównej ulicy stare kobiety, które po prostu "biorą w nim udział", będąc pogrążone w bezczynności [DzO, 98-99]. Albo w pewnej knajpie w Telkibanya, w której

czas stapiał się ze słonecznym światłem i koło południa całkowicie nieruchomiał. W gospodzie od rana siedzieli mężczyźni i bez pośpiechu sączyli palinkę [...]. [t]o było jedno z tych miejsc, gdzie odczuwa się potrzebę pozostania bez wyraźnego powodu. Po prostu rzeczy są tam na swoich miejscach, a ludzie nie podnoszą głosu bez potrzeby ani nie wykonują gwałtownych ruchów [JB, 68].

To prawda, ma rację Andrzej Juszczyk, kiedy zauważa - przyglądając się temu i podobnym fragmentom z dzieła Stasiuka - że tego rodzaju postaciowanie, apoteoza kontemplacji bezruchu, enumeracyjne ujęcia krajobrazu wpisują się w tradycję piśmiennictwa podejmującego problem trwałości wizji idylli i utopii. Przystać także należy na rozpoznanie, które badacz wywodzi ze zdania następującego po powyższym przedstawieniu - "Ale w końcu wyruszyliśmy z Telkibanya, ponieważ nic tak nie szkodzi utopii jak nadzieja na jej trwałość" [JB, 68] - dotyczące "pragnienia niemożliwej utopii, która jest [...] "nigdzie"". Pragnienia tego, jak słusznie zauważa dalej Juszczyk, ziścić niepodobna, stanowi ono jednak pretekst do nieustającego bycia w drodze i poszukiwania kolejnych refleksów, odprysków, odłamków pierwotnego uczestnictwa w rzeczywistości20, ontologicznego genius loci, choćby w owych miejscach przyszło spędzić "dwa razy po pięć minut"...

W czym zawiera się tajemnica tego wschodniego bycia? Co pisarza fascynuje, pociąga i pcha w drogę do kolejnych, rozsianych w pasie środka Europy miejsc, w których bezruch i dzianie, byt i nicość ściśle do siebie przylegają? Ano właśnie - i niech będzie to taki, jak powiedział Miron Białoszewski, skrót, który idzie przez całość - pragnienia: aby "świat zaczął trwać" [DzO, 121], aby "czas niekoniecznie zmienił się w historię" [DzO, 131], aby trwanie rozpinało się pomiędzy potencją a realizacją, aby "zamieszkać w teraz", aby "wydarzało się [...] tak mało, że przyszłość będzie oferować nieskończoną ilość możliwości" [DzO, 107]. I wreszcie, by "można znaleźć obraz tak doskonałej martwoty i zarazem potencjalności, wizję świata już skończonego, lecz nie puszczonego jeszcze w ruch" [DzO, 105]. Bowiem tylko podróż na wschód, "w głąb czasu i w głąb snu" [DzO, 105], oferuje nadzieję na taki splot myśli i wyobrażenia, które pozwolą "przejść na drugą stronę" [DzO, 131].

Do tego wszystkiego wypadnie powrócić. W tym miejscu powiedzmy jeszcze tyle tylko, iż celem podróży autora Taksimu po Europie Środkowej nie jest, jak to widzę, odnajdywanie artefaktów i ruin minionego, śladów przeszłości (wyłączywszy kilka nielicznych właściwie - choć niewątpliwie nadzwyczaj ważnych - wędrówek tropami Ciorana w Raşinari czy Warhola w Medzilaborcach), lecz pragnienie odnalezienia, zgadzam się z Magdaleną Marszałek, "czystej topograficznej substancji, wymykającej się czasowi [...]"21.

Co z tego wszystkiego wynika? W pierwszej kolejności być może to właśnie, że - zwłaszcza w ujęciu monograficznym - warto przyjrzeć się baczniej samej sztuce przedstawiania rzeczywistości obecnej w prozie Andrzeja Stasiuka, odnaleźć jakieś obecne w niej językowe, metaforyczne i tematyczne prawidłowości. Całkiem świadomie nie chcę przeto widzieć w autorze Kronik... etnografa, filozofa dialogu czy socjologa, a nawet (czy zwłaszcza) nie publicystę czy dziennikarza lubo kontynuatora tradycji istniejących poetyk. Rację przyznaję Elżbiecie Dutce, która, śledząc recepcję tej twórczości, tak podsumowuje obecność i obraz prozy autora Białego kruka w kalejdoskopie kolejnych komentarzy, a dbając o obiektywizm rejestru, kreśli właściwie siatki, w które teksty Stasiuka były chwytane:

Autor Murów Hebronu, Białego kruka i tomu Przez rzekę został uznany za "brutalnego" i zarazem "lirycznego" prozaika, spadkobiercę legendy Marka Hłaski, Edwarda Stachury, ale także niepokojów bohaterów powieści Konwickiego. Z kolei tomy Opowieści galicyjskie i Dukla przyczyniły się do utrwalenia wizerunku pisarza-outsidera, uciekającego z centrum na obrzeża, piewcy Beskidu Niskiego. Po publikacji Dziennika okrętowego i kolejnych utworów Andrzej Stasiuk uchodzi za znawcę zapomnianych, peryferyjnych zakątków kontynentu22.

Jaki autobiografizm? Jakie życiopisanie?

Nie wiem, ile jest prawdy w anegdocie, którą chcę opowiedzieć, ale fakt, że słyszałem ją z tak wielu ust i w różnych sytuacjach wskazuje być może na jej autentyczny rodowód. Zresztą, nawet gdyby nie była to anegdota, czyli rzecz posiadająca wiarygodne źródło narracyjne i balansująca na granicy pomiędzy kreacją a odtworzeniem, lecz jedynie zgrabna, zmistyfikowana literacka opowieść, to i tak jej potencjał metaforyczny wydaje się wart ryzyka przedstawienia.

Podróżopisanie Stasiuka ośmielało wiele niespokojnych osobowości do tego, aby odtwarzać, naśladować drogi przemierzane przez autora Fado i powielać towarzyszące mu może doświadczenia (pamiętam dobrze, że przed piętnastoma laty grupa szczególnie miłych mi studentów z Koła Literackiego działającego przy opolskiej polonistyce bez wahania wyruszyła do Raşinari, nieomal następnego dnia po wspólnym czytaniu pierwszych kilkudziesięciu stron z Jadąc do Babadag).

Pewna zakochana w twórczości pisarza doktorantka miała więc zadać sobie trud objechania Europy szlakiem wyrysowanym na podstawie Jadąc do Babadag, Fado oraz Dziennika pisanego później. Zamierzyła sobie przy tym, że trasa ta zakończy się w Wołowcu, miejscowości, którą obrał Stasiuk ostatecznie za miejsce życia i pracy po przenosinach z Warszawy, zatem, że marszruta - mająca geometrię cykliczną - wyznaczy trakt pielgrzymi, co pozwoli owej miłośniczce symbolicznie, w finale peregrynacji, dotrzeć do autora.

Jej podróż, odbywana autostopem, miała przebiegać w absolutnej harmonii, przy udziale stosownych metafizyczno-podróżniczych uniesień i odpowiedniej liczbie szczęśliwych zbiegów okoliczności losu, aż do momentu, gdy znalazła się na "żółtej" drodze 977, tej samej, która wiedzie do polsko-słowackiej granicy w Koniecznej (i tak często portretowanego w tekstach Stasiuka, nieistniejącego już, od czasu układu Schengen, przejścia granicznego). Z Gładyszowa, gdzie usytuowany jest rozjazd na Wołowiec i Jasionkę pozostało już tylko kilkanaście kilometrów, teraz jednak szczęście się odwraca i miłośniczka nie może doczekać się nie tylko żadnego ekspresu, ale i choćby konnego zaprzęgu. Po godzinie wyczekiwania kobieta postanawia, jak na pątnika przystało, przebyć ów ostatni odcinek - do wsi, w której pisarz był osiadł - piechotą.

Marsz prowadzony w listopadowe przedpołudnie - dżdżyste i przenikliwie chłodne - zaczyna już być uciążliwy, gdy wtem, z oddali, słychać zbliżający się odgłos silnika. Nasza bohaterka radośnie wskakuje więc na szosę i krzesząc z siebie resztki entuzjazmu, uporczywie macha dłonią. Terenowe auto jednak nie zwalnia i marną pociechą zdaje się widok kierowcy w szoferce. Tak, to pisarz, którego śladami wędrowała! Ale teraz widać już wyłącznie kontur samochodu, który rozmywa się we mgle i niknie za zakrętem...

***

Sygnałem, który explicite wprowadza problematykę i perspektywę autobiograficzną jest umieszczenie imienia, a przede wszystkim nazwiska, autora w tekście głównym dzieła. W takim przypadku czytelnik zostaje postawiony przed koniecznością włączania kodu biograficznego do odczytania poszczególnych fragmentów tekstu, w którym owa sygnatura funkcjonuje. Badacz tego zagadnienia stwierdza wprost: "Wykorzystanie przez autora własnego nazwiska w praktykach autobiograficznych nosi zawsze znamię upominania się o dosłownie, osobowo konkretnie rozumianą podmiotowość [...]"23. Konsekwencją takiego stanu rzeczy staje się - zdaniem Andrzeja Stoffa - zakwestionowanie autonomii literatury i konieczność przyjęcia, dla rozumienia tekstu, paktu autobiograficznego, to zaś wiąże się z usytuowaniem czytelnika w roli śledczego, tropiącego uparcie wszelkie przejawy obecności autora w dziele:

Wszędzie tam, gdzie nazwisko autora pojawi się poza pozycją tytułową, interpretacja utworu musi je uwzględnić jako jeden z zasadniczych elementów domagających się wyjaśnienia i uzgodnienia z całościowym odczytaniem sensu dzieła24.

Narracja Stasiuka, jakkolwiek konsekwentnie utrzymywana (wyłączywszy w zasadzie pewną część wczesnej prozy autora Murów Hebronu) w konwencji personalnej, z wyraziście ukształtowanym "ja", pozbawiona jest jednoznacznej identyfikacji (nie przypominam sobie ani jednego miejsca w tej literaturze, gdzie narrator-bohater byłby "zdemaskowany" przez opisywane postacie jako "Andrzej Stasiuk" albo by bezceremonialnie ujawniał swoje personalia). I to właściwie jest podstawowy argument na rzecz przyglądania się sposobowi opisu świata bez biograficznych natręctw: tropienia autora, szukania "miejsc niezgodności" literackiej wizji z autentycznymi dokumentami bądź rekonstruowania prywatnej historii na podstawie układających się w chronologiczne szeregi poszczególnych dzieł autora. To zresztą, podkreślmy, również byłoby niezwykle trudne, bowiem Stasiuk unika dokładnego datowania swoich wędrówek i zapisów, a jednym z najczęściej eksplorowanych tematów tej prozy jest po prostu sam mechanizm funkcjonowania ludzkiej pamięci. Efekt jej pracy stanowi palimpsestowy obraz, w którym daty i miejsca poszczególnych zdarzeń ulegają zatarciu i rozmazaniu na skutek nakładania się na siebie kolejnych warstw, zamglonych przez czas niepamięci, kadrów. Zdań podobnych do tego wypisanego poniżej uważny czytelnik prozy autora Fado odnajdzie mnóstwo - i to niemal w każdej książce pisarza: "[a]le równie dobrze mogło się to zdarzyć koło Legnicy albo czterdzieści kilometrów na północny wschód od Siedlec rok wcześniej albo później w jakiejś wsi" [JB, 12].

Właściwie więc imieniem pracy pamięci w prozie Stasiuka, w jego dziennikach pisanych zawsze później, jest wymienność miejsc i czasów, istotniejsze okazują się odkrycia i spotkania, które "mogłyby wydarzać się gdzie indziej" [JB, 18], dokładna lokalizacja czy mimetyczna dbałość o datowanie nie są warunkami pracy wyobraźni i pamięci pisarza. Opowieściami autora Wschodu nie rządzi przeto werystyczna zasada konieczności odtwarzania czy przepisywania detali (co pozwalałoby traktować jego utwory jako odmianę gatunków reporterskich). Ważne w tej prozie okazuje się raczej doznanie i spotkanie, stąd bliżej małym formom Stasiuka do impresji i punktowego studium, które wprawdzie biorą swój początek ze źródłowego doświadczenia, egzystencjalnego przeżycia, dla czego budulcem jest jednostkowe i autentyczne przeżycie, ale w nim się absolutnie nie wyczerpują, zmierzając raczej do - by tak rzec - metafizycznego uogólnienia, refleksji na temat bycia w ogóle, aniżeli przynależąc do form diarystycznych i autobiograficznych, w których życiopisanie ma być raczej świadectwem konkretnego, autorskiego widzenia siebie i świata.

Na karkołomność formy literackiego autoportretu - dodajmy już ostatni margines teoretycznoliteracki - zwracał zresztą uwagę Piotr Michałowski. Według niego, wykonanie werystycznego autoportretu nie jest możliwe z powodów ontologicznych, bowiem realizacja tego gatunku piśmiennictwa autobiograficznego stoi w zasadniczej sprzeczności z charakterem pośredniej komunikacji. Literacki autoportret pozostaje więc jedynie marzeniem, pogonią za wiatrem i zaklinaniem rzeczywistości, ponieważ jego udatne wykonanie musiałoby zakładać nierealne: "tożsamość podmiotu i przedmiotu opisu" oraz "równoczesność bycia i pisania oraz ustatycznienie, zatrzymanie zmienności w czasie"25. Temporalno-przestrzenna bariera komunikacyjna jest przyczyną istnienia niedostępności świata autobiografisty dla czytelnika niewspółczesnego autorowi. "Rozdarcie to, specyficzne dla autobiografii, sugeruje istnienie od samego początku projektu pisania o sobie i dla siebie [podkr. A.G.]"26.

Podkreślmy zatem ten paradoks, który tkwi u podstaw heterogeniczności poetyki odbioru powieści Stasiuka: z jednej strony mamy do czynienia z zaproszeniem, wynikającym z propozycji strategii odbioru autobiograficznego (na co wskazują chociażby faktografizm czy precyzja topograficzna obecne w jego powieściach), do roli śledczego, tropiciela autora, z drugiej zaś fragmenty tekstu, które stanowią podstawę owego śledztwa nie są w pełni konsekwentnie ufundowane na zasadzie świadectwa (tożsamość autora i narratora z bohaterem nie jest pewnikiem, przede wszystkim dlatego, iż autor konsekwentnie owej tożsamości nie ujawnia; wielokrotnie porzuca też obiektywistyczną narrację i uruchamia kody zgoła obce realistycznej konwencji przedstawiania).

Autentyczność pisarstwa Andrzeja Stasiuka oraz jego egzystencjalny wymiar proponuję rozumieć zatem na podstawie samej konwencji pisarskiej i uwierzytelniających strategii (np. wspomnianej już rzetelności tyczącej się topografii przedstawianych w tej prozie miejsc) użytych przez autora. Opowiadając np. o nadzwyczajnej szczodrości, lekkości bycia pewnego taksówkarza napotkanego w Suczawie (znamienne, że nie pada jego imię; jest po prostu "facetem, który się zjawia [...], żywy, ruchliwy i zadowolony, że może pomóc [obcym]" [JB, 49]), narrator - szczegółowo relacjonując spotkanie - zdaje sobie sprawę z pewnych, by tak rzec, "nierzeczywistości" i "nieprawdopodobieństwa" zdarzeń z udziałem tego bohatera i, na wszelki wypadek, by "podbić" czytelnicze poczucie autentyczności, dodaje: "Tak było, nic nie poradzę" [JB, 50]. Ujmujące i ważne wydaje mi się to: "nic nie poradzę". Rzeczywistość wszak rzadko ma w zwyczaju montować się w kształt sprzyjający naszym wyobrażeniom i planom. Bezinteresowność owego taksówkarza, jego radosne bycie wydaje się skandalem w świecie "postindustrialnej rozpierduchy", dla której ustalony jest pewien standard widzenia realności - smutne trwanie, umiarkowane powodzenie, określony porządek działania ludzkich wspólnot, w których przybysza traktuje się z pewnym dystansem i ostrożnością. A tu nagle ten bat'ko jak filip wychynął z konopi i wyprawia rzeczy, które godzą w "naturalny" porządek działania obywateli "narodów drugiego rzutu", więc ubezpieczyć się trzeba, pisząc: "tak było, nic nie poradzę", i chowając się dyskretnie za zasłoną anegdoty, która każe wziąć w nawias realistyczną ramę wydarzenia, a pozostawić z niej jedynie kwintesencję opisywanych rzeczy.

Zanurzanie się w potoku przeszłych, a zapamiętanych obrazów nie ma u Stasiuka na celu, podsumujmy, pieczołowitej rekonstrukcji czasoprzestrzeni, następstwa zdarzeń, o co zabiega reporter-diarysta. Przeciwnie, palimpsestowa praca pamięci i wyobraźni, kumulujących, spiętrzających zapamiętane kadry, prowadzi tu raczej do literacko-filozoficznej syntezy, która zresztą - i ostatecznie - okazuje się tym rodzajem myślenia, jakie stanowi podstawę czucia egzystencjalnego uczestnictwa w świecie i epifanii ciągłości istnienia:

Tak, ze zdarzeniami, gdy już przeminą, nie ma żadnego kłopotu, pod warunkiem, że nie próbujemy być mądrzejsi od nich [...]. Jeśli damy im spokój, zamieniają się w cudowny roztwór, w czarodziejską tynkturę, która rozpuszcza i czas, i miejsce, trawi kalendarze i atlasy [...]. Na co komu chronologia - siostra śmierci? [JB, 174]

Pisanie jest więc dla Stasiuka po prostu ożywianiem i uobecnianiem minionego, czynnością wymierzoną przeciw porządkowi czasu, który zawsze ciąży ku zamknięciu, kresowi i śmierci, pozwalając jednak na wytworzenie wewnątrz świadomości "złudnej nadziei, że pamięć wślizgnie się w jakąś niewidzialną szczelinę i podważy wieczko nicości" [JB, 181]. Rozpoczynanie opowieści, szukanie analogii i odpowiedniości pomiędzy czasami i miejscami, "wieczne debiutowanie" w "prologach do tego, co było", a co teraz powraca w opowieści (nie wiemy, czy takie, jak było - dla Stasiuka Miłoszowy dylemat wydaje się jednak pozbawiony wagi i znaczenia) ma zatem cel wcale metafizyczny: powtarzanie figury "to było jak wtedy..." (lub "mogło to być równie dobrze w..."), budowanie ciągów enumeracyjnych ("mamrotanie geograficznych modlitw, topograficznych zdrowasiek, klepanie kartograficznych litanii") prowadzić ma do tego jednego: aby ów szaleńczy kalejdoskop obrazów "choć na chwilę zastygł" [JB, 181].

Wydaje mi się więc, że wcale nie trzeba - mówiąc metaforycznie i rzecz już podsumowując - "jechać do Wołowca", aby czytać tę twórczość z przeświadczeniem, że stawką w literackiej grze jest rodzaj metafizycznej/literackiej prawdy o rzeczywistości. Dodatkowy argument na rzecz takiej optyki lektury może stanowić także rola pamięci, "sygnatariuszki realnego", która zawsze stanowi rękojmię Stasiukowego pisania. (W tym względzie być może bliskie jest autorowi Dziennika pisanego później rozumienie literatury jako świadectwa, o czym pisał w Przed nieznanym trybunałem Jan Józef Szczepański. Prawda w literaturze winna wspierać się na tej, która stoi przed dziełem. Tylko tak, twierdził autor Ikara, można uzyskać mocne wiązanie literatury z rzeczywistością).

Zakładam zatem, że sens egzystencjalnej wizji literatury uprawianej przez autora Kronik... sytuuje się właśnie w tej cienkiej przegrodzie pomiędzy obiema strategiami: odpychając od siebie pokusę bezpośredniej konfesyjności z jednej strony i uniwersalizm beletryzowanej przypowieści z drugiej, Andrzej Stasiuk buduje własną opowieść o czuciu czasu i przestrzeni. Opowieść, którą warto powtarzać, wsłuchując się w jej wewnętrzny rytm, wykreślając na jej mapie nowe punkty orientacyjne i mozolnie rejestrując możliwe do rozumienia i nawigacji legendy. Centrum tej opowieści nie jest zachłanne czy kokieteryjne autorskie ego, domagające się wyznawców, lecz czułe i sylleptyczne "ja", które odsuwając i zawieszając kwestię identyfikacji z autorem, nie uśmierca go jednak i uzyskuje tym samym legitymację do snucia swoich - wierzymy dzięki temu właśnie, że autentycznych - historii i refleksji z rozpryskującego się życia.

Egzystencjalnej lektury dzieła Andrzeja Stasiuka nie będę więc uprawiał w duchu biografistycznym, nie interesuje mnie zgodność przeżyć narratora i bohatera tej prozy z osobą jej autora, nie zastanawia mnie, ile procent reportersko-werystycznego realizmu da się zmierzyć w partiach opisowych zawartych, dajmy na to, w Jadąc do Babadag. Wystarczającą rękojmię uwierzytelnienia stanowią bowiem dla mnie dokumenty prawdziwości przedstawionych doznań i antropologiczne refleksje, które dostępne są nam wszystkim, a znajdują się nie gdzie indziej jak tylko w samym dziele autora Dziennika pisanego później.

"Bo pisarz to taki kłamca, który gra o prawdę" - ciekaw jestem, ileż razy usłyszeli tę "definicję" pisania z ust samego autora, podczas spotkań z nim, jego czytelnicy27?

1 Na Wschodzie bez zmian: z Andrzejem Stasiukiem rozmawia Grzegorz Nurek, "Nowa Europa Wschodnia" 2015, nr 1, s. 8.

2 O najpiękniejszych zamkach w wyobraźni (których nikt nie zdoła zburzyć), przebieraniu łapami w nurcie życia i parareligijnym ryciu w literaturze opowiada Andrzej Stasiuk w rozmowie z Mariuszem Kargulem, oprac. M. Kargul, M. i D. Włodarczykowie, "Kresy" 2008, nr 4, s. 106.

3 Zob. M. Głowiński, Style odbioru, Warszawa 1986, s. 9-17. Jednym z najjaskrawszych przykładów takiego właśnie swoistego zapotrzebowania czytelniczego jest artykuł Romana Szula pt. Jadąc do Babadag i na Majorkę: o reportażach Andrzeja Stasiuka jako źródle wiedzy geograficznej, "Studia Regionalne i Lokalne" 2008, nr 1, s. 126-131.

4 A. Fiut, Powrót do Europy Środkowej? Wariacje o pisarstwie Andrzeja Stasiuka i Jurija Andruchowycza, "Pogranicze" 2009, t. 3, s. 58.

5 Tamże. Badacz stawia to pytanie, ostatecznie jednak dochodzi do końcowego wniosku, iż dzięki książkom autora Jadąc do Babadag "czytelnik może poznać słabo znane zakątki naszego kontynentu [...]" (zob. tamże, s. 61). Idąc tym tropem, nie ma się co dziwić, że w wielu książkowych marketach dzieła Stasiuka odnaleźć można na półkach z turystycznymi przewodnikami...

6 Por. np. E. Kledzik, Prowincjonalizowanie: twórczość Jurija Br?zana, Wolfganga Hilbiga i Andrzeja Stasiuka w perspektywie postkolonialnej, Poznań 2013; A. Stryjakowska, Ponowoczesna tożsamość Europy Wschodniej w wybranych utworach Wiktora Jerofiejewa i Andrzeja Stasiuka, Poznań 2015; H. Gosk, Miejsce Kresów/Pogranicza w "rodzinnej"/"mojej" Europie: próba lektury wybranych utworów powojennej prozy polskiej o tematyce kresowej w perspektywie badań postkolonialnych/postzależnościowych, "Prace Filologiczne" 2008, t. 55, s. 111-119; S. Iwasiów, Postkolonializm wobec podróży: niektóre przypadki Andrzeja Stasiuka, "Rocznik Komparatystyczny" 2012, R. 3, s. 51-70.

7 Tak właśnie czyta Jadąc do Babadag Marta Koszowy, która w konkluzji swojego rozpoznania - z jakim się w pełni stowarzyszam - pisze, iż podróże Stasiuka okazują się "poszukiwaniem utraconego raju, świata pozbawionego historii, nieuwikłanego w czas. Namiastką raju może być więc sposób istnienia Europy Środkowej, namiastką raju jest umiejętność bycia w taki sposób, jak Cyganie, namiastką raju jest takie bycie w przestrzeni ze zwierzętami i przedmiotami, które pozwala nie wywyższać się i być wolnym" (M. Koszowy, Jadąc do Abony. Fotograficzne podróże Andrzeja Stasiuka, "Słupskie Prace Filologiczne. Seria Filologia Polska" 2008, z. 6, s. 97).

8 Zob. A. Fiut, Być (albo nie być) Środkowoeuropejczykiem, Kraków 1999, s. 8-9.

9 Tamże.

10 A. Fiut, Powrót do Europy Środkowej?..., s. 57. Zob. również: M. Cobel-­-Tokarska, Bieda Europy Środkowej w narracjach Andrzeja Stasiuka, "Kultura i Społeczeństwo" 2012, nr 1, s. 51-80; M. Dębicki, Z wędrówek po "opłotkach Europy": społeczno-kulturowe oblicze peryferii w twórczości Andrzeja Stasiuka, "Kultura i Społeczeństwo" 2012, nr 1, s. 81-100.

11 O najpiękniejszych zamkach w wyobraźni..., s. 106.

12 P. Majewski, Przeglądanie się w Cyganie: obraz Innego w prozie Andrzeja Stasiuka, "Sprawy Narodowościowe" 2008, z. 32, s. 155.

13 Tamże, s. 162.

14 Tamże, s. 159. Pod tym względem szczególnie znamienny był zwłaszcza pamflet Doroty Kozickiej (Podróże Dyzia Marzyciela, "Dekada Literacka" 2005, nr 6, s. 60-65), zarzucającej Stasiukowi powierzchowność, poruszanie się w domenie swoiście rozumianej przestrzeni tautologii, narcystyczne powtarzanie motywów, a przede wszystkim - co nie wydaje się argumentem zbyt racjonalnym, jeśli stawia się go przeciw prozaikowi - sprowadzanie wizerunku obcego do poziomu własnej wizji.

15 W tym sensie cygański żywot bliski jest po prostu jednej z najgłębszych zasad podróżopisania: obserwacji ubywania i kontemplacji entropijności materii. W jednym z wywiadów Stasiuk ujmuje rzecz wprost: "Ja piszę swoją prywatną historię o tym, jak wychodzę z domu, zaczynam podróżować i przyglądam się [...] materii. Interesuje mnie fizyka środkowoeuropejska, która jest - czy tego chcemy, czy nie - inna niż fizyka Zachodu" ("Przygody pisarza to tylko część wielkiej kultury". Z Andrzejem Stasiukiem rozmawia Jagoda Wierzejska, "Nowe Książki" 2010, nr 2, s. 6; por. J. Wierzejska, Mit Południa jako kontrapunkt dla opozycji Wschód - Zachód i podstawa mitu Europy Środkowej, "Porównania" 2012, t. 11, s. 71-85).

16 D. Skórczewski, Kompleks(y) środkowego Europejczyka, "Opcje" 2008, nr 2, s. 10-11.

17 Tamże, s. 10.

18 Tamże, s. 12-13 [podkr. A.G.].

19 Konkluzja tekstu Skórczewskiego zdradza, że jej autor za wszelką cenę chce udowodnić prawdziwość... przyjętej przez siebie metodologii. W zamknięciu swojego ciekawego studium używa spetryfikowanych formuł stanowiących ideową podbudowę myśli postkolonialnej, nie troszcząc się zupełnie o jej zgodność z literackimi świadectwami: "Stasiuk nie uwzględnia faktu, iż wschodni hegemon odebrał podbitym narodom prawo do modelowania dyskursu na swój temat, podstawiając w jego miejsce własny dyskurs władzy [...] oraz otwierając pole dla zachodniego dyskursu orientalizującego, który z powodzeniem utwierdził nas w przekonaniu o naszym podrzędnym statusie. Brak poczucia własnej wartości, niewiara w siebie, wreszcie [...] resentyment - to skutki tego właśnie zjawiska. Środkowo-wschodni Europejczycy postrzegają dziś siebie właśnie tak, jak chciał tego dyskurs imperialny, którym zostali objęci, i - co potwierdzają książki Andrzeja Stasiuka - jest to bodaj najtrudniejsze do przezwyciężenia residuum skolonializowania" (tamże, s. 16).

20 A. Juszczyk, Jadąc do Utopii: mit "nie-miejsca" w literaturze środkowoeuropejskiej (Stasiuk, Andruchowycz i inni), "Wielogłos" 2007, nr 2, s. 59-60.

21 M. Marszałek "Pamięć, meteorologia oraz urojenia": środkowoeuropejska geopoetyka Andrzeja Stasiuka, [w:] Literatura, kultura i język polski w kontekstach i kontaktach światowych. III Kongres polonistyki zagranicznej, Poznań 8-11 czerwca 2006, red. M. Czermińska, K. Meller, P. Fliciński, Poznań 2007, s. 543.

22 E. Dutka, "Słowiańskie on the road" - o Europie "zwanej Środkową" w prozie Andrzeja Stasiuka, "Fraza" 2007, nr 4, s. 170.

23 A. Stoff, Ja, autor. O funkcjach sygnatur w literaturze współczesnej, [w:] Ja, autor. Sytuacja podmiotu w polskiej literaturze współczesnej, red. D. Śnieżko, Warszawa 1996, s. 72.

24 Tamże, s. 75. I słusznie, wszak istnieje wiele tekstów literackich, w których nazwisko autora zaczyna funkcjonować na prawach fikcyjnej figury i włączone zostaje w przestrzeń artystycznej gry (tak dzieje się np. u Białoszewskiego czy Wojaczka, by ich jedynie w tym miejscu wymienić).

25 P. Michałowski, Niewyrażalność siebie i poetycki autoportret negatywny, [w:] Literatura wobec niewyrażalnego, red. W. Bolecki i E. Kuźma, Warszawa 1998, s. 319. Badacz wyróżnia gatunek przejściowy o intencji znajdującej się pomiędzy mimetyzmem a kreacjonizmem, w którym "rysy właściwe modelowi wykorzystywane są głównie jako budulec portretu uniwersalnego: każdego poety, każdego filozofa, każdego człowieka" (tamże, s. 314). Tak można by również, jak sądzę, widzieć losy powieściowych bohaterów Stasiuka.

26 Tamże, s. 320. Konsekwencje takiego stanu rzeczy w następujący sposób przedstawia badacz tego zagadnienia: "[W przypadku autobiografii] tekst, który odbiorca czyta, wchodzi w konflikt z tekstem tworzonym przez autora. [...] Twórcy autobiografii nie można utożsamiać z ja wypowiedzi pisanej nie tylko dlatego, że jest nieobecny w teraźniejszości dzieła, lecz również z tego względu, że źródła i odnośniki w nim zawarte są potencjalnie niesprawdzalne w stosunku do teraźniejszości czytającego [...]" (L.A. Renza, Teoria autobiografii, przeł. M. Orkan-Łęcki, "Pamiętnik Literacki" 1979, z. 1, s. 303).

27 Te właśnie słowa usłyszałem podczas wieczoru autorskiego w ramach "Opolskiej Jesieni Literackiej", jaki pisarz odbył w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu 12 grudnia 2014 roku (zapis audialny znajduje się w zasobach archiwum MBP).