Ania, karabela i Drzewo Poznania. Tom 2 - Bartłomiej Baranowski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I"BIWAK Z BOGIEM"

- Myślisz, że jesteś bogiem? - zapytała Monika, spoglądając na Franciszka.

Nigdy nic sobie nie robiła z konwenansów czy manier. Była dziewczyną pełną kontrastów. Nie lubiła reguł i przepisów, a tak naprawdę uwielbiała się do nich stosować. To ostatnia osoba, którą można by podejrzewać o romantyczne usposobienie, a jednocześnie była największą romantyczką w grupie i potrafiła się rozczulić podczas słuchania opowieści babci Aurelii.

Jej pytanie brzmiało poważnie, ale w istocie takie nie było. Franek był jej bardzo dobrym przyjacielem. Wypowiadając te słowa, zaszczyciła go na chwilę swoim spojrzeniem, które pomknęło w jego stronę tak delikatnie, że było ledwie widoczne przez płomień ogniska między nimi.

Chłopiec nic nie powiedział, uśmiechnął się jedynie pod nosem, a w jego imieniu przemówił wiatr.

- Nie wiem.

To szelest liści dał im odpowiedź. Franciszek był niemową i kontaktował się z przyjaciółmi w bardzo subtelny i zrozumiały tylko dla nich sposób. Wystarczyło, że spojrzał bądź coś zagrał, a oni rozumieli, co miał na myśli. Czasami pisał karteczki z wiadomościami, ale było to potrzebne już coraz rzadziej.

Monika prychnęła.

- Gdybyś nim faktycznie był, to pewnie i tak byś się nie przyznał.

Skierowała spojrzenie w bliżej nieokreśloną stronę. Swoimi zielonymi źrenicami patrzyła gdzieś ponad ostro zakończone szczyty świerków, które otaczały skoszone pola dookoła nich. Słońce zachodziło, nadając niebu czerwono-żółtą poświatę, tak przyjemną dla oka, jak miękka pościel dla zmęczonego dziecka.

- Ja bym wam nie powiedziała. Nie ma głupich - dodała pewna siebie.

Siedzący obok Piotrek, ubrany w wojskową kurtkę, uśmiechnął się, słysząc to wyznanie. Grzebał kijkiem w ognisku, by nieco podsycić żar, nim zasiądą do kolacji. Od razu dostrzegła jego reakcję i zacisnęła najpierw usta, aż jej się nosek zmarszczył. Po chwili go ofuknęła.

- Ty to pierdoła jesteś i o niczym nie masz pojęcia, głupku. Gdybym była bogiem, to pewnie nie mogłabym się opędzić od fanów i tego całego barachła, które ciągle by coś ode mnie chciało...

- A gdybyś mogła im pomóc? - Ania delikatnie wtrąciła się w rozmowę.

Jasnowłosa nastolatka siedziała ubrana w sweter w żółto-czarne paski. Wyglądała jak ogromna osa, choć jej usposobienie było zupełnie inne. W swoim zaufaniu do ludzi często była naiwna, ale jednocześnie najbardziej podejrzliwa z całej grupy. Opierała się o swojego najlepszego przyjaciela, Michała. Ten miał na sobie bordowy, wełniany mundur rycerstwa Księcia Pana. Był to strój treningowy, ponieważ ten oficjalny nosił tylko w czasie pełnienia służby. Wcześniej zawsze strzygł się krótko, ale w koszarach pałacu, gdzie zamieszkał na stałe, nauczono go, by nosił bardziej modne uczesanie: włosy wygolone z jednej strony i zaczesane na bok. Wszyscy gwardziści mieli wyglądać podobnie. W odróżnieniu od innych nie miał wąsów, bo mu jeszcze nie rosły.

- Nie wiem... Gdybym mogła... Trudno powiedzieć... Zależy, ilu byłoby tych... chcących pomocy. No i musiałabym ustalić, czy na tę pomoc zasłużyli. - Monika trochę się zakłopotała, szukając odpowiedzi na tak postawione pytanie.

- Co za różnica? - odezwał się Piotrek. Sięgnął do plecaka po swój ulubiony nóż. Gitara i nóż to jego najbliżsi przyjaciele. Tak samo jak wojskowa kurtka, z którą rzadko się rozstawał. Rozłożył scyzoryk i zaczął ostrzyć patyki, które miały posłużyć do smażenia kiełbasek na ognisku.

Ania, Monika, Piotrek, Michał i Franek spędzali jeden z ostatnich wolnych dwudzionków w swoim ulubionym miejscu, nieopodal ogromnego dębu przy wsi Cisy. Ze sporego wzniesienia było widać niewielką wieś, pełną zabudowań i drzew na każdym z podwórek. Cisy otoczone były sadami i polami zbóż, które teraz miały już ścięte kłosy. Dookoła pól rosły świerkowe lasy, ciągnące się w różnych kierunkach. Wieś składała się raptem z dwóch głównych ulic i paru ich odnóg. Oprócz Michała również Franciszek nie mieszkał tam na stałe, zajmował za to całą wieżę w pałacu Księcia Pana, władcy tych ziem i przywódcy dwuświatowców.

Ognisko trzaskało wesoło, a iskry wznosiły się ku rozgwieżdżonemu niebu. Śpiwory, na których siedzieli, rozłożone były wokół płomienia. Spędzili tu kilka ostatnich nocy. Mimo iż mieli jedynie około piętnastu lat, w dwuświecie uznawani byli za zupełnie dorosłych. Nikt więc nie widział w tym problemu. Zwłaszcza ich opiekunowie, którzy traktowali biwaki młodych jako okazję do odpoczynku od ich codziennych harców.

Michał opowiadał Ani o gwiazdozbiorach, nie wiedząc, że ona często wykorzystuje układy gwiazd w swoich zaklęciach. Nie przerywała mu, ponieważ nie chciała być niegrzeczna, ale przede wszystkim dlatego, że jego spokojny basowy głos bardzo ją uspokajał. To co mówił, nie wnosiło dla niej nic nowego, jednak w ogóle jej to nie przeszkadzało. W duchu śmiała się, że mógłby jej czytać instrukcję obsługi radia i też by się jej to podobało. Zwłaszcza że co chwila spoglądali sobie w oczy, a potem nieco speszeni odwracali wzrok, cali zaczerwienieni.

Franciszek grał na skrzypcach, ale robił to bardzo cicho, jakby chciał się dostroić do kumkających niedaleko żab i cykania świerszczy. Piotrek robił za służącego Moniki i poza swoją kiełbaską trzymał także jej kijek, by ta mogła się wylegiwać na śpiworze. Nie lubiła się męczyć, a on nie znosił słuchać jej narzekania. Rudowłosa dziewczyna czasami na niego spoglądała, z pewną niechęcią i niezadowoleniem, ale większość czasu po prostu patrzyła w niebo, rozmyślając.

Miała wątpliwości dotyczące Franka. Zresztą, nie tylko ona. Nie minął nawet rok od dramatycznych wydarzeń, w których brali udział. Wówczas Franciszek uratował Anię, poświęcając przy tym swoje życie. Tak im się przynajmniej wydawało, bo później odnaleźli go w zamku Księcia Pana. Był mocno poobijany, ale żył. Jego sali strzegło kilku konstabli. Dało się wyczuć, że nie chronią jego, a zamek. Każdemu z nich dało to do myślenia. A to nie był koniec niezwykłych zdarzeń.

Przed kilkoma miesiącami Ani udało się uciec przed Wielomrokiem. Ten potwór o nieznanym pochodzeniu zabijał każdego napotkanego dwuświatowca. Nigdy nie było wiadomo, kiedy i kogo zaatakuje. Na kogoś wypadło, na tego bęc. Jedyną oznaką, że zbliża się koniec, były koszmary. Kto je wyśnił, wiedział, że Wielomrok już idzie po jego zlęknioną duszę. Dotychczas nikomu nie udało się uciec od swojego przeznaczenia.

Nikomu poza Anią. Ta, korzystając ze swoich umiejętności, pomocy Michała, którego ze sobą porwała i specjalnego podarunku od obieżysfera, uciekła Wielomrokowi, jako pierwsza osoba w historii dwuświatu. Było to ogromne wydarzenie, które przyniosło jej sławę.

Wywołało to również inne konsekwencje. Światowcy zaczęli wierzyć, że złowrogi sen nie jest nieodwołalnym wyrokiem. Jednocześnie coraz głośniej zaczął dawać o sobie znać kult Mrocznych, twierdzący, że ucieczka Ani jest zapowiedzią końca świata i powrotu Wszechmocy - bóstwa, które podczas poprzedniej wizyty przekazało magiczne moce części ludzi, od tamtej pory nazywanych dwuświatowcami.

Według ich wierzeń, należało zabić zrodzonego z Wszechmocy. Mroczni przekonywali, że tylko złożenie ofiary sprawi, że Wielomrok na zawsze odejdzie i zapanuje pokój. Wówczas z pałacu wyciekła informacja, że Książę Pan gości w swoich komnatach niezwykłą osobę: Franciszka, chłopca, który nie wiadomo skąd się wziął, miał niezwykłe moce i prawdopodobnie był nieśmiertelny.

Sytuacja w całym dwuświecie stała się bardzo gorąca, a opiekun Ani - rycerz Tadeusz, praktycznie nie bywał już w domu. Czas spędzał na kolejnych misjach zlecanych przez Księcia.

Czy Franciszek faktycznie mógł być kimś w rodzaju boga? Ania spojrzała na chwilę w stronę chłopca o nieco przydługich czarnych włosach, który z przymkniętymi oczami grał smutną melodię na skrzypcach.

Nie. On nie może nim być, pomyślała. Serce podpowiadało jej, że musi zrobić wszystko, by go ocalić. Była w nim niewinność, jakiej nie miał nikt, kogo znała. Czuła, że on sam się w razie czego nie obroni i to właśnie ona go uratuje.

- Och, na wszechmoc! Spaliłeś mi kiełbachę na wiór! Powaliło cię?! Co z tobą nie tak?

Monika dostała ataku złości, widząc niemal czarną kiełbaskę na patyku, który trzymał Piotrek. Jej wybuchy na nikim już nie robiły wrażenia.

- Taka jest lepsza! - upierał się Piotrek.

Ania oddała swoją kiełbaskę Monice i wzięła jej przypalone mięso. Blondynka spędziła większość życia w sierocińcu, a to nauczyło ją nie wybrzydzać przy jedzeniu. To nie tak, że w domu dziecka dawali go za mało, czy było niedobre. Po prostu kucharki gotowały dla wszystkich i nikt nie mógł liczyć na spełnianie zachcianek. Chyba że miał urodziny, wtedy przygotowywano oddzielny posiłek.

Gdy zrobiło się już zupełnie ciemno i jedynie ognisko dawało trochę światła, powchodzili do śpiworów. Leżąc wokół ostatnich płomieni tlących się w palenisku, dzielili się swoimi przemyśleniami, opowiadali sobie kawały i tłumaczyli, co ich czeka, gdy skończą urlop.

- Będziemy ćwiczyć obronę pałacu przed Mrocznymi. Mój kapral to niezły czubek, ale lubię gościa, dużo mnie nauczył - opowiadał chętnie Michał, który niedawno trafił do tego towarzystwa.

Kiedy zaginęła jego przyjaciółka, Ania, próbował ją odnaleźć na własną rękę. Niestety bez skutku, aż do czasu, gdy otrzymał od niej list, w którym poinformowała go, że nie może się już z nim nigdy spotkać, ale jest bezpieczna. Wysyłając go, sporo ryzykowała.

Dwuświatowcy nie mogą się bez powodu kontaktować ze zwyklakami, czyli osobami nieobdarzonymi żadnymi mocami. Żeby przesłać list do przyjaciela, Ania musiała skorzystać z pomocy panny Ewy, mentorki Moniki. Ta współpracowała z tajną grupą Droga do domu, która zajmowała się przekazywaniem wiadomości między zwyklakami i światowcami.

Gdy któregoś popołudnia na ulicach Nysy, gdzie mieszkał Michał, pojawiła się Ania, chłopak był mocno zaskoczony, a z każdą kolejną chwilą było tylko dziwniej. Goniła ich czarna chmura, która obróciła w pył jego rodzinny dom. Później oboje uciekali, na latającym łóżku, by ostatecznie trafić na parę dni do więziennej wieży w zamku Księcia Pana. Dopiero później dowiedział się, że uciekali przed Wielomrokiem i stali się, razem z Anią, wielkimi bohaterami.

Za swoje zasługi Michał został gwardzistą w pałacu Księcia i choć nie posiadał magicznych zdolności, swoim męstwem i odwagą udowodnił, że jest godzien stać na straży życia władcy. Został wyposażony w szablę z polistali, jedynego materiału mogącego reagować na moce światowców. Teraz spędzał kolejny wieczór ze swoją dobrą przyjaciółką i nowymi znajomymi.

- E tam... ja mam zleconą obserwację jakiegoś dziadka. Nic ciekawego - odezwała się rudowłosa.

Ania, Monika i Piotrek byli świeżymi obywatelami dwuświatu. Mieli już swoje prawa i obowiązki, ale ich opiekunowie nadal sprawowali nad nimi pieczę. Młodzi codziennie uczyli się nowych zwyczajów i zasad funkcjonowania w magicznym świecie, poznawali także swoje moce. Każde z nich prowadziło dziennik, w którym zapisywali przyswajane umiejętności. Jako pełnoprawni dwuświatowcy nie roznosili już poczty, korzystając ze specjalnych pasów posłańca, ale za to musieli odbywać staż w pałacowej administracji. Trzeba było temu poświęcać kilka dni w miesiącu.

Monika była najlepszą wojowniczką w grupie. Do jej zadań należała praca wywiadowcza i dbanie o bezpieczeństwo innych obywateli dwuświatu.

- To i tak lepiej niż u mnie. Szykuje się kontrola. Będzie lipa, bo są jakieś braki, ale nie umiem jeszcze wszystkiego, więc nie wiem, jak to będzie. - Piotrek po wstępnym szkoleniu otrzymał zadania urzędnicze. Doglądał całej masy papierów i dokumentów. Odpowiadało mu to, choć czasami tęsknił za wspólnymi misjami z przyjaciółmi. Większość dnia spędzał sam, dlatego tak chętnie wyrywał się na spotkania, takie jak ten biwak.

Ania się nie odzywała, ale uważała swój przydział za najnudniejszy. Po szkoleniu została przydzielona do zespołu zajmującego się katalogowaniem przedmiotów i nieruchomości po zmarłych dwuświatowcach. Ci są niestety niepłodni, więc o ile nie wskażą spadkobiercy w oficjalnym testamencie, cały ich dobytek trafia do biura, w którym pracuje Ania. Takie przedmioty często są magiczne, czasami przeklęte, więc należy się z nimi obchodzić bardzo umiejętnie. Dziewczyna udowodniła, że świetnie sobie radzi z zaklęciami, urokami czy usuwaniem pamięci, ale mimo wszystko liczyła na coś innego i po cichu zazdrościła Monice.

Zresztą, zazdrościła jej wielu rzeczy: odwagi, umiejętności, pewności siebie, coraz szybciej rosnącego biustu i pięknych, delikatnie kręconych, rudych włosów. Ania miała szczupłą twarz, słomkowe włosy, które często kręciły się i strzępiły w nieładzie. Jej biust nie był zbyt imponujący, a już zaczynała zdawać sobie sprawę, że lepszy jest większy niż mniejszy. Widziała spojrzenia chłopaków na Monikę. Wszyscy byli tylko przyjaciółmi, ale bywało, że nie mogli oderwać od niej wzroku.

Katalogowanie magicznych przedmiotów może i brzmi ciekawie, ale najczęściej w ich ręce wpadały po prostu meble, bibeloty i nic niewarte zapiski. Spędzanie całych godzin w ogromnym magazynie nie było specjalnie ekscytujące. Biuro mieściło się w pobliżu zamku Księcia Pana, w tak zwanym barbakanie. Była to niewysoka, w porównaniu do wież zamkowych, okrągła baszta, a w niej ogromny magazyn pełen mebli, dokumentów, ksiąg i setek zakurzonych szpargałów.

- Moje królestwo - westchnęła sobie pod nosem, myśląc o swojej pracy.

Rozmawiali przez kolejne godziny przy dogasającym ognisku i spoglądali w gwiazdy. Ania leżała śpiwór w śpiwór z Michałem, który nigdy nie miał problemów z zaśnięciem. Przyglądała mu się po ciemku, jak miarowo oddycha i myślała, czy może się w niego wtulić. Nie byli parą, raczej tylko przyjaciółmi, ale czasami czuła, że chciałaby czegoś więcej, jednak nie wiedziała czego. Po drugiej stronie paleniska słyszała stłumione głosy Piotrka i Moniki.

- Co to było?

- Pewnie jakaś polna myszka, śpij już - uspokajał ją zaspany głos chłopca.

- Mysz? Jaja sobie robisz? Tu są myszy?

- Moniś, jesteś niepoważna. To tylko jakieś myszki, małe pewnie. Śpij, nic ci nie zrobią.

- A jak mi się wkręcą we włosy? Głupku, zrób coś. Głupku. Głupku! Nie udawaj, że śpisz.

Jeszcze przez chwilę było słychać ich wymianę zdań. Monika i Piotrek wbrew pozorom dobrze się dogadywali, ale byli jak ogień i woda. Ona o wybuchowym charakterze, a on opanowany i spokojny.

Kocham ich wszystkich, pomyślała Ania. Była o tym przekonana. Jeszcze dwa lata temu nie miała nikogo bliskiego, a teraz spała na polu, pod drzewem, ze swoimi przyjaciółmi. To było wspaniałe uczucie.

Gdy następnego dnia rano otworzyła oczy, nad czubkami drzew przebijało się pomału pomarańczowe słońce, barwiąc chmury na różowo. Ziewnęła, leżąc na boku i zrozumiała, dlaczego było jej tak ciepło. Michał w nocy objął ją ramieniem. Czuła jego oddech na karku i ciężar dłoni na swoim boku. Wtuliła się mocniej w przyjaciela i na chwilę zamknęła oczy, starając się zapamiętać ten moment. Kiedy znowu je otworzyła, widziała już niewyspaną Monikę, która patrzyła na nią z dezaprobatą. Ania natychmiast się wysunęła z objęć chłopca i podeszła speszona do przyjaciółki, owinięta starym śpiworem.

- Jak się spało? - zagaiła. Kucając obok rudowłosej koleżanki, pomyślała, że ta wygląda prześlicznie, nawet gdy jest zaspana i potargana.

- A jak mi się miało spać? Leżałam chyba na jakimś korzeniu. A ten chrapał pół nocy. Nie wiem, jak Sołtys z nim wytrzymuje pod jednym dachem.

Ania uśmiechnęła się pod nosem, grzebiąc patykiem w żarze paleniska. Planowała przygotować kawę w metalowym zaparzaczu.

Sołtys to opiekun Piotrka. Mieszkają razem i obaj nie są z tego zadowoleni. Sołtys dba o to, by ta niewielka miejscowość, w której mieszka kilku światowców, pozostała dla nich bezpieczna, a ich sekret nie rozszedł się gdzieś poza Cisy. Niestety, poza tym jest gburowatym i nieokrzesanym mężczyzną, który nie stroni od alkoholu.

Po chwili z zaparzacza unosił się już aromat kawy. Dziewczyny siedziały po turecku w grubych swetrach i owinięte śpiworami. Poranki w sierpniu bywają chłodne. Rozmawiały o chłopakach, głupotach i ostatnich wydarzeniach. Niedługo potem zapach kawy obudził Michała. Ania szybko nalała gorącego napoju w metalowy kubek, posłodziła brązowym cukrem i podała mu, nim ten jeszcze nie usiadł. Wymienili się ciepłymi spojrzeniami.

Wkrótce wszyscy rozmawiali, pakując się przed powrotem do domu. Kończył się dwudzionek, a jutro musieli ruszyć do swoich zadań. Zabrali wszystko i wyszli z tobołkami w stronę wsi. Zanim dotarli do pierwszych zabudowań, usłyszeli spory gwar przed domem Tadeusza z Cisów, opiekuna Ani.

- To ona! Idzie! Ania! Ania!

Niewielki tłum rzucił się do niej. To kolejna zmiana, która zaszła ostatnio. Od kiedy wyszło na jaw, że dziewczynie udało się uciec przed Wielomrokiem, niektórzy światowcy zaczęli ją traktować jak amulet. Prosili, aby ich dotknęła albo obdarzyła jakimś błogosławieństwem. Niemal każdego dnia pod jej domem zbierała się taka grupka. Bardzo ją to męczyło, bo nie lubiła być w centrum uwagi. Przyjaciele, nauczeni doświadczeniem ostatnich tygodni, otoczyli ją szczelnym kordonem, a na pomoc biegło już dwóch rosłych konstabli, których Książę Pan skierował do ochrony domu.

- Ale ja nic nie mogę zrobić. Proszę, nie dziękujcie. Mój dotyk nic wam nie da. To przypadek, że mi się udało...

Ania wraz z przyjaciółmi przeciskała się ulicą przez niewielki tłum, który dodatkowo rozpędzali konstable w bordowych mundurach, dzierżący metalowe kije. Ktoś zrobił jej zdjęcie, ktoś ciągnął ją za bluzkę, inny błagał o pomoc, bo przyśnił mu się Wielomrok. Dziewczyna czuła na sobie ciężar odpowiedzialności, wobec którego była bezsilna. Być może ten człowiek faktycznie niedługo zginie zabity przez okropne widmo, ale przecież Ania mu nie pomoże, dotykając go. Kuliła się w sobie coraz bardziej, widząc, jak przyjaciele siłują się z tłumem.

Gdy w końcu udało im się wejść do domu Tadeusza, mogli odetchnąć. Konstable zostali na zewnątrz i nadal rozganiali tłum. Młodzi pozdejmowali plecaki i usiedli wszyscy na kanapie i dwóch fotelach w salonie. Dopiero wtedy zobaczyli niecodzienny widok. W kuchni, na podłodze, stała metalowa wanna wypełniona czymś, sądząc po dźwięku, obślizgłym. Po zawartości deptała panna Ewa, lokalna wieszczka i najpiękniejsza kobieta, jaką Ania widziała. Jedną ręką trzymała szarą spódnicę, drugą trzymała się Tadeusza. Ten postawny mężczyzna, ubrany w białą koszulę i kamizelkę, miał gustownie przyciętą brodę i podtrzymywał kobietę, by ta się nie wywróciła.

- Co wy robicie? - zapytała bezceremonialnie Monika.

Rudowłosa była uczennicą Ewy i od dawna kibicowała tej parze dorosłych, aby byli razem. Niestety, coś im to uniemożliwiało. Na pewno nie pomagało, że szanujący się rycerz Księcia Pana ścigał między innymi członków Drogi do domu, a panna Ewa z nimi współpracowała. Przyjaciołom nie udało się jak dotąd ustalić, czy Tadeusz o tym wie i to akceptuje, czy zwyczajnie żyje w nieświadomości.

- Jak to co? Panna Ewa ugniata winogrona na wino, które nastawimy, żeby było gotowe na święta - odrzekł Tadeusz, nie odrywając wzroku od zaczerwienionych z wysiłku policzków kobiety.

- A skąd macie winogrona? - dopytywała Monika.

- A to już zasługa tego pijaka Sołtysa. Co za nicpoń, ale serce ma po dobrej stronie - odezwała się babcia Aurelia. Starsza kobieta ubrana w niebieski fartuszek w kwiatki właśnie weszła do kuchni, trzymając ogromny szklany gąsiorek. - Strach pomyśleć, skąd je wziął - dodała, kręcąc głową.

- Grunt, że za darmo. Za darmo to i ocet słodki. - Tadeusz zacytował staropolskie przysłowie.

- Może któraś by mnie zastąpiła? Tadek to nie jest takie łatwe - sapnęła panna Ewa, tupiąc w owocowej mazi.

Dziewczyny popatrzyły po sobie, jakoś nie miały na to ochoty.

- Dopiero co wróciły z dworu, mają brudne nogi. Tupaj, tupaj, kochana. One się jeszcze narobią w życiu.

Babcia Aurelia była niezwykle wyrozumiała dla całej grupy. Za to ją kochali już od pierwszego szkolenia. Panna Ewa przewróciła oczami, a Tadeusz się do niej uśmiechnął.

- W wojsku mój sierżant mawiał o szeregowcach: "Do młodych świat należy. Stary robi, młody leży".

Ewa aż nabrała powietrza.

- Że niby jestem stara? Zaraz sam będzie portki brudził.

Młodzi szybko zrozumieli, że Tadeusz powiedział o jedno zdanie za dużo i już chcieli się ulotnić, gdy przez drzwi wejściowe weszli dwaj zdyszani konstable. Minęli ich i zasalutowali gospodarzowi.

- Spocznij. Może się czegoś napijecie? Wody z cytryną?

Aurelia szybko nalała im przygotowanej wcześniej wody z miętą i cytryną. Obaj funkcjonariusze usiedli na niewielkich zydelkach obok pieca i oczami pożerali nogi kobiety ugniatającej winogrona.

- Mieliście spocząć, a nie obserwować zgrabne nogi mojej sąsiadki! - warknął Tadeusz.

Mężczyźni jak na rozkaz wstali, dopili wodę i wyszli patrolować teren wokół domu.

- Czyli jednak mam zgrabne nogi? - zagaiła uśmiechnięta.

- Och, na wszechmoc. Już nic nie można powiedzieć. Nie łap mnie za słówka. To takie... niskich lotów.

Babcia uśmiała się tubalnie i pokręciła głową. Obserwująca to młodzież już dawno miała sobie pójść, ale zatrzymywała ich Monika, która uwielbiała patrzeć, jak nieporadni są dorośli w sprawach uczuciowych.

Po paru minutach w drzwiach wejściowych pojawił się ich inny znajomy - Bazyli. Kurier latający na pegazie wyglądał na zmęczonego. Kilka miesięcy temu wziął ślub z Wiosną, swoją wieloletnią miłością. Wszyscy bawili się na ich uroczystości. Chłopak podszedł do Tadeusza z przesyłkami, a ten kazał zostawić wiadomości na blacie w kuchni.

- Pozwolisz, że usiądę na chwilę, co? - zapytał zdyszany posłaniec.

- Pewnie, siadaj - odparła bez zastanowienia panna Ewa.

Tadeusz zmrużył oczy.

- To chyba mój dom? I mój gość.

Bazyli, nie wiedząc, co robić dalej, stał i patrzył zdezorientowany, to na jedno, to na drugie.

- To mogę, czy nie?

- Siadaj - rzekł Tadeusz.

- Czyli nic się nie zmieniło - westchnął, siadając na taboreciku, na którym siedział przed chwilą jeden z konstabli.

- Ależ oni są słodcy - szepnęła Monika, nie odrywając oczu od tej sceny.

- Co przyniosłeś?

- Zaproszenie na wielki bal do Księcia Pana, dla ciebie i dla panny Ani. - Podał jej pozłacaną kopertę z piękną pieczęcią pałacu.

Anię aż zatkało. Do tej pory nie miała zbyt dobrych wspomnień z pałacem. Raz była tam na dochodzeniu w swojej sprawie, a za drugim razem siedziała w zamkowej wieży więziennej. Od razu sobie pomyślała, że chyba nie chce tam iść.

- Będziesz specjalnym gościem. Gratuluję - uśmiechnął się do niej Bazyli.

Dziewczyna ukłoniła mu się nadal zszokowana. Nie miała już w ręku koperty, bo zaproszenie czytała Monika.

- O łał! Prawdziwy bal u Księcia. Ależ z ciebie szczęściara.

Jej przyjaciółka uwielbiała takie zabawy, Ania niekoniecznie.

- Jak to specjalnym gościem? - zapytała blondynka. Na samą myśl, że ktoś będzie na nią patrzył, zrobiło jej się słabo.

- Nie znam szczegółów, jestem jedynie posłańcem...

- I gumowym uchem - wtrącił pod nosem Tadeusz.

- ... ale mają cię wyróżnić za twój wyczyn. Tak mi się wydaje. - Bazyli miał na myśli ucieczkę przed Wielomrokiem sprzed paru miesięcy. - Aha, no i dostąpiliście wielkiego zaszczytu. To właśnie w tym domu będzie ołtarz Wszechmocy...

- Co?!

Tadeusz natychmiast puścił rękę panny Ewy, a ta ledwo złapała równowagę poirytowana. Szybko otworzył nożykiem drugą kopertę i zaczął czytać. Gdy skończył, to aż odrzucił głowę do tyłu. Kurier uśmiechnął się tryumfalnie.

- Właśnie dlatego kocham tę robotę. Bo mogę przekazywać ludziom dobre informacje... - mruknął do nastolatków i puścił oko.

- Czemu tutaj? Przecież najbezpieczniejszym domem w Cisach jest ta nora Sołtysa...

- Ano właśnie. Nora! Trudno, żeby taki potężny artefakt spoczął wśród butelek i brudnych gaci - strofowała go babcia Aurelia, które nie wydawała się w ogóle zaskoczona.

- A poza tym, masz największy dom - rzuciła na dokładkę panna Ewa, która wyglądała na oburzoną tym, że mężczyzna nie trzyma jej już za rękę.

- Najpierw ta chmara wariatów pod moim domem... - powiedział Tadeusz, wskazując bliżej nieokreślony kierunek, ale miał na myśli fanów Ani - ...a teraz to. Co ja komu zrobiłem?

Ania go rozumiała. Kiedy go poznała, był szarmanckim rycerzem, który mieszkał samotnie. Teraz miał dużo więcej pracy, ponieważ mroczni coraz śmielej działali w Księstwie. Był przemęczony i nie mógł wypocząć, ze względu na stały pobyt konstabli w jego domu. Był przez to bardziej nerwowy niż zwykle.

- O co chodzi z tym ołtarzem? - zapytała Monika.

Wiedziała, że Piotrek zna odpowiedź. Chłopak był prawdziwą chodzącą encyklopedią dwuświatu.

- To taki ołtarz, który jest przenoszony między wsiami, w których mieszkają dwuświatowcy. Przedstawia obraz Wszechmocy, jest taką jakby relikwią. Ciągle krąży po całym kraju, można się do niego modlić i prosić o łaski.

- Niesamowite. - Tadeusz był zaskoczony wiedzą Piotrka.

Ten nie dał po sobie w ogóle poznać, ale Ania dostrzegała w jego oczach, że jest z siebie dumny. Wiedziała, że się nie przyzna, ale lubił imponować.

- No dobrze, to ja lecę jeszcze do Sołtysa, może coś wypiję w Uljance i będę spadał. Michał, szykuj się.

Uljanka to jedyny bar w Cisach, prowadzi go miła pani Ula nazywana przez młodych Ciocią.

- Jestem już spakowany.

Bazyli co niedzielę zabierał Michała do pałacowych koszar, gdzie chłopak mieszkał od czasu dołączenia do dwuświatowców.

- Tylko poczekaj na mnie, dobrze? Bo jak jeszcze raz podkradniesz mi Artura... to nie ręczę za siebie - powiedział Bazyli i wyszedł.

Ania spojrzała podejrzliwie na przyjaciela.

- Podkradasz pegaza Bazylemu? Po co?

Michał ewidentnie się zmieszał i coś tylko bąknął pod nosem, że to nic takiego. Uznała, że może faktycznie nie ma się czym przejmować, zwłaszcza że miała większe zmartwienia. Bal u Księcia mroził jej krew żyłach. Nie lubiła tłumów wokół siebie i skierowanych na nią spojrzeń. A tam pewnie nie będzie się dało tego uniknąć.

Panna Ewa wyciągnęła jedno nierozdeptane winogrono i wsadziła je do ust Tadeuszowi, który nawet nie protestował. Monika aż westchnęła.

- Ależ oni słodcy. Normalnie jak to... winogronko. - Zmrużyła zabawnie oczy, a reszta się roześmiała.

ROZDZIAŁ II "DOM PROFESORA"

Kiedy tego wieczoru Ania myła włosy, dużo myślała o informacjach, jakie udało jej się zebrać. Wszystko układała sobie skrupulatnie w głowie, żeby później szybko to zapisać w dzienniku. Nauczył ją tego Tadeusz.

Czy Franek naprawdę może być boskim wcieleniem? Po co Michał podkrada pegaza? Chce sobie, ot tak, polatać, czy leci w jakieś konkretne miejsce? Trochę ją zabolała ta informacja, ponieważ uważała go za bardzo dobrego przyjaciela, a nagle się okazuje, że ma przed nią jakiś sekret. Nie spodobało jej się to, bo chciała budować głębszą relację z Michałem. Chyba tego chciała...

Martwił ją też bal. Z jednej strony ciekawie coś takiego zobaczyć i przeżyć, ale skoro ma być gościem honorowym, to pewnie znowu będzie na świeczniku, a bardzo źle się z tym czuje. Na zaproszeniu miała napisane, że może wziąć osobę towarzyszącą. Od razu pomyślała o Michale - tak pięknie się prezentuje w swoim mundurze galowym, który miał na ślubie Wiosny i Bazylego - ale trochę bała się go o to prosić. Poza tym on jest w tym świecie znacznie krócej niż ona, a w takiej stresującej sytuacji chyba wolałaby mieć oparcie w kimś mocno zaznajomionym z dworską otoczką i zwyczajami. Kiedy jednak po kąpieli rzuciła się wreszcie na łóżko, gdy jej ciało było miękkie i pachnące, a włosy delikatnie wilgotne, to była pewna, że zaprosi Michała. Nawet zrobiło jej się głupio, że nie poprosiła go o to od razu.

A jak się obraził? - zastanawiała się. Nie, nie jest taki. Do zaśnięcia myślała już tylko o Michale i tym, jak przyjemnie było się obudzić w jego ramionach.

- Dobranoc, Kimono - rzuciła jeszcze do kota leżącego na pościeli u jej nóg. Ten tylko się przeciągnął bez podnoszenia głowy.

Ania szykowała się do kolejnego dnia swojego stażu, choć wielu nazywało to po prostu pracą. Zabawnie to brzmiało, bo przecież miała tylko piętnaście lat. W dwuświecie nie miało to większego znaczenia. Trafiały tu osoby w różnym wieku i zwykle po szkoleniu otrzymywały od Rady jakieś stanowisko.

Stała przed lustrem i podziwiała swój ubiór. Miała upięte włosy, ale wypuściła sobie jeden kosmyk, niby to frywolnie, a tak naprawdę w zaplanowany sposób, żeby opadał jej na prawe oko i by mogła go kokieteryjnie poprawić od czasu do czasu, jak to podejrzała u panny Ewy. Ubrana była w szarą bluzkę zapinaną pod szyję i spódnicę do ziemi. Sama do siebie się roześmiała, bo nie mogła uwierzyć w to, co robi. Do czarnej torebki spakowała wszystkie swoje rzeczy i zeszła na śniadanie.

W kuchni był już Tadeusz, ubrany w kraciastą kamizelkę i niebieską koszulę, pod szyją miał czerwony krawat. Kończył pić kawę, a na stole czekało jedzenie dla jego podopiecznej. Dziewczyna uwielbiała swojego opiekuna za to, jak się o nią od samego początku troszczy. Był przy tym szarmancki i czasami nawet podobał się Ani jako mężczyzna, ale był jednak dużo starszy. No i nosił brodę, nie jakiś tam mały zarost, tylko brodę na kilka centymetrów. Kiedyś się zastanawiała, gdzie on się myje, skoro łazienka jest ciągle wolna, a on zawsze taki elegancki i zadbany. Monika uświadomiła jej, że najpewniej ma drugą łazienkę u siebie w pokoju.

Na śniadanie dostała jajecznicę i ciemny chleb z masłem. Do picia Tadeusz naszykował kawę i sok jabłkowy ze świeżo wyciśniętych owoców. Jabłonie rosły niemal na każdym podwórku w Cisach.

Porozmawiali chwilę o głupotach i wyszli z domu. Dwaj konstable zasalutowali im z powagą. W tygodniu pracującym zazwyczaj mieli spokój, ale w dwudzionki do Cisów zwalały się tabuny wyznawców Ani. Dziewczyna nieco się ich bała, trochę krępowała, a przede wszystkim ciążyły na niej wyrzuty sumienia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie jest w stanie im pomóc, a Wielomrok, jak kogoś obierze za cel, to go po prostu dopadnie. Ona miała jedynie łut szczęścia.

Przed wyjściem Ania kątem oka zobaczyła, jak naczynia same zbierają się do zmywania. Nie mogła za to dostrzec kota Kimono, który najczęściej wylegiwał się na kanapie. Dopiero po wejściu do auta, starej bordowej warszawy, zobaczyła, że zwierzak siedzi na tylnym siedzeniu.

- Będzie mi dzisiaj potrzebny. Zobaczysz - uśmiechnął się do niej Tadeusz.

Gdy samochód ruszył, Ania od razu zapytała:

- Wujku, a ty idziesz do Księcia Pana na ten bal?

- No tak. Wypadałoby się pojawić.

- A wiesz może, co mnie czeka? Na tym balu. Czego będą ode mnie chcieli?

Mężczyzna nie odrywając oczu od drogi, zaczął odpowiadać, a ona przyglądała się jego zmarszczkom wokół oczu. Zastanawiała się, czy Michał też takie będzie miał w jego wieku. Jej zdaniem były urocze.

- Wydaje mi się, że po prostu chcą ci nadać jakiś tytuł, a może odznaczenie honorowe? Nie wiem konkretnie, ale jak nie chcesz mieć niespodzianki, to mogę zapytać. Żaden problem.