Wielkanoc na obczyźnie
Psst! Zachowujcie się jak najciszej! - nakazywała zuchowata Rózia, zniżając głos i wyglądając z za węgła drwalki, gdzie przyczaiło się kilkanaście dziewczynek, grających rolę oddziału polskich legionów. - Pamiętajcie, że mamy nie dopuścić Moskali do zagarnięcia pozycji!
- Ale dlaczego nasz wywiad nie wraca?! - wionął leciutki szept z ust Ziutki. - Wysłałyśmy przecież Sabinkę i Anię, obie pomysłowe i przedsiębiorcze!
- Byleby ich nie zagarnęli Moskale! - wyraziła obawę rozważna Frania. - Lękam się sprytu Felci, która dowodzi nieprzyjacielem! Nikogo nie widać od strony parku! - dodała, osłaniając ręką oczy przed blaskiem słońca.
Pod wpływem opowiadań panny Elżuni gry wojenne stały się ulubioną zabawą dziewczynek z ochrony, a rola wywiadowczyni uważana była jako największy zaszczyt i dowód zaufania. Był to koniec marca, śniegi już stopniały. Jeno po rowach i jarach bielały jeszcze mroźne reduty, walczącej do ostatka Zimy. Wiosna unosiła się w powietrzu, śmigając błękitną szarfą wśród pierzastych obłoków. Szumiały wody stawu, uwolnione z narzuconego im, lodowatego jarzma. Czerniały wstydliwe sylwetki obnażonych drzew, utraciwszy śniegowe giezła. Owiewane tchnieniem rozpromienionej wiosny, pachniały ziemia, pola i lasy. Na zoranych dookoła polach chodziły klucze bron, przygotowujących rolę pod buraki. Po przeciwnej stronie wrzała robota przy siejbie9.
Zaniepokojone brakiem wieści o wrogu dziewczynki nie zwracały uwagi na ten szeroki obraz budzącego się życia, wpatrując się natomiast przenikliwie w gąszcz parku.
Nagle Rózia przyłożyła palec do ust:
- Biegnie! - oznajmiła cicho innym. - Widzę teraz, że to Ania! - dodała po chwili. - Prawdopodobnie Sabinka wzięta do niewoli! Ale co to?!... Utyka na jedną nóżkę!... Zatrzymała się!... Znów biegnie!... Coś się stało! Czekajmy!
Powłócząc jedną nóżką, z zaciśniętymi z bólu ząbkami, dotarła wreszcie Ania do posterunku legionów i, wyrzuciwszy z trudem słowa: - Ukryli się w krzakach za stawem! - osunęła się na ziemię, chwytając obiema rączkami obolałą stopę. Wyraz jej twarzy wskazywał silne cierpienie. - Sabinka w niewoli, a ja tak od nich uciekałam, że rozbiłam sobie nóżkę o kamień. Już nie mogę iść dalej! Nie mogę! - jęknęła.
- Ziutko i Marysiu! Zanieście ranną do ambulansu! - wydała rozkaz Rózia. - Trwać dalej bez ruchu! Bronimy naszej pozycji!
Dwie dziewczynki splotły ręce, tworząc improwizowane krzesełko, na którym umieszczono Anię.
- Stać! - zakomenderowała Rózia. - Wywiadowczym Aniu! Dziś wieczorem będziesz przedstawiona do nagrody za mężne spełnienie obowiązku! Marsz!
Dziewczynka uśmiechnęła się pomimo łez bólu, drżących na jej powiekach. Sanitariuszki ruszyły w stronę domu.
Ten drobny na pozór wypadek stał się przyczyną przewlekłej choroby, gdyż z uderzenia w kostkę wywiązało się silne zapalenie, a potem wrzód, wysoka temperatura i stan niepokojący. Ania nie spała po całych nocach, straciła apetyt, pobladła i zmizerniała tak, że zmartwiona tą przygodą swej faworytki pani Krystyna, postanowiła po naradzie z miejscowym lekarzem, odwieźć ją samochodem do Szpitala Polskiego w Kijowie.
Chirurgiczny ów szpital na 120 łóżek ciężko rannych żołnierzy powstał w pierwszych dniach wojny światowej, czerpiąc środki na utrzymanie z dobrowolnego opodatkowania się polskich ziemian kresowych. Chociaż władze rosyjskie przyjęły z zadowoleniem inicjatywę, pracę i pieniądze Polaków, ale zarząd szpitalny musiał wysyłać na dworzec kolei sanitariuszy dla wyszukiwania polskich żołnierzy wobec tłumnego nasyłania Rosjan. Nawet napis na frontonie domu na Pańkowskiej: Szpital Polski - był wielkim triumfem wobec nieuznawanej zgoła polskości. Powszechne uznanie, jakiem się cieszył szpital, było istotnie zasłużone: wielka czystość, wygody, doskonałe jedzenie, ścisła aseptyka, ideowo pracujący, dobrany personel - składały się na tę wyjątkową całość.
Naczelny lekarz, dr. Joachim, wybitny chirurg, na pozór zimny, w rzeczywistości oddany cierpiącej ludzkości i rozmiłowany w swym fachu, ogromnej pracy i energii - silną dłonią sprawował rządy. Dr. Feliks, internowany przez władze rosyjskie przy zajęciu Lwowa, zaangażowany z obozu jeńców do szpitala, sercem oddany był chorym. Ci dwaj główni lekarze mieli paru pomocników, wśród których znajdował się Hiszpan, z frontu zachodniego. Zamiast felczerów pracowali studenci wydziału medycznego w Kijowie. Kuratorką szpitala była pani Zofia, wyjątkowa organizatorka, kierująca sprawami gospodarczymi i niosąca z całym entuzjazmem pociechę religijną i moralną rannym żołnierzom. Dzięki wpływom jej męża uzyskano nawet pozwolenie na mszę katolicką w szpitalu. Oddział chirurgiczny powierzono pannie Tusi, dzielnej, energicznej osobie, wymagającej od siebie i od innych. Była ona jedyną z kobiet, która asystowała przy operacjach i robiła opatrunki. Księżna Izabella z zapałem służyła chorym, robiąc zastrzyki i masaże, panna Julia zawsze pogodna, pielęgnowała rannych z niezmierną dobrocią. Znana była ze swej ideowości i obracania dochodów z dużej fortuny kresowej na cele społeczne.
Oprócz tych stałych pracownic i sióstr płatnych panie z miasta zjawiały się codziennie na sali, aby pocieszać rannych, usługiwać im, pisywać listy, czytać głośno. Młode dziewczęta pomagały ochoczo przy wszystkich zajęciach gospodarskich. Sale szpitalne były wysokie, jasne, słoneczne. Panowała w nich atmosfera domu rodzinnego.
Ponieważ pan Edward Domański podwójnie uczestniczył w opodatkowaniu się na szpital jako przedstawiciel magnackiej fortuny, a osobiście jako właściciel ziemski, więc po listownym porozumieniu się nie odmówiono pani Krystynie przyjęcia malutkiej pacjentki, chociaż to był, oczywiście, fakt wyjątkowy. Piękny samochód zatrzymał się przed domem na Pańkowskiej. Na odgłos trąbki wyskoczyli sanitariusze, ale pan Edward, faworyzujący podobnie jak żona to miłe dziecko, zaniósł Anię po schodach na pierwsze piętro. Pani Zofia, wysoka, szczupła, o urodzie kreolki, w białym fartuchu, z czerwonym krzyżem na ramieniu, oczekiwała już w hallu na przybyłych, witając ich serdecznie.
- Cette petite a vraiment beaucoup de charme10! - pogłaskała Anię po główce i nagle zatroskała się szczerze: - Jakie ona ma rozpalone czółko! Nieście ją prędzej do panny Felicji, rozbierzcie i połóżcie do łóżeczka!
- Pani pozwoli, że ja się nią zajmę - zaproponowała żywo panna Tusia, która od razu uczuła wielką sympatię do tej obcej dziewczynki, niezdradzającej swego cierpienia żadną skargą, pomimo iż ból wyzierał z rozpalonych gorączką, szafirowych oczu.
Jedna z sióstr wzięła Anię ostrożnie na ręce i skierowała się przez salę, przepełnioną rannymi, do pokoiku felczerki. Panna Tusia szła tuż zanimi. Na widok ślicznego, jasnowłosego dziecka, leżący żołnierze jęli się podnosić na łokciach, przygadując żartobliwie:
- A to dopiero przybył nam kolega! Widzicie?! Nóżkę ma zabandażowaną! Gdzie ty dostała tę ranę, dietoczka11?! Pewno już masz świętego Jerzego za odwagę, malutka?!
Jeden z ozdrowieńców, siedzących na łóżku, wyciągnął nagle ręce do dziewczynki i porwał się na równe nogi, chcąc ku niej poskoczyć, ale mała z krzykiem schowała główkę na ramieniu siostry. Ten nieznany żołnierz o czarnych, przepaścistych oczach tak był podobny do Edmunda, że zadrżała z wrażenia i lęku.
- Gorączka się podnosi - rzekła przyciszonym głosem siostra, panna Tusia zaś Spiesznie poszła naprzód, aby sprawdzić, czy wszystko jest w należytym porządku.
Rozebrana Ania z rozkoszą utonęła główką w puchowej poduszce, a panna Felicja, wytrawna pielęgniarka, objęła przy niej straż z miną, dającą do myślenia, że nie zgodzi się na zmianę warty.
Na drugi dzień rano światło wlewało się szeroką falą przez olbrzymie okna na sali operacyjnej. Systematycznie poukładane narzędzia chirurgiczne pobłyskiwały w szklanych szafkach. Doktor Joachim, wysoki przystojny blondyn, o bystrych siwych oczach, z przystrzyżonymi wąsikami, w białym fartuchu, wprawną ręką kończył operację uśpionej i leżącej na stole chirurgicznym Ani. Panna Tusia spiesznie i wprawnie, jak gdyby odgadując jego myśli, podawała mu kolejno potrzebne narzędzia.
- Skończyłem! - powiedział doktor Joachim, ściągając wolno z rąk gumowe rękawiczki. - Sprawa jest daleko poważniejsza, niż przypuszczałem! Ostatnia była chwila do zrobienia operacji! Nic dziwnego, że mała tak gorączkowała. Sądzę jednak, iż teraz stan się prędko polepszy!
- Przy tak głębokim rozcięciu bolesne będą opatrunki - zauważyła panna Tusia, bandażując umiejętnie nóżkę. - Biedna mała!
- Nie taka biedna, kiedy cd wczoraj zawojowała tu wszystkie serca! - uśmiechnął się naczelny lekarz. - Możemy już ją oddać pannie Felicji. Któż jest teraz następny?!
Wieczorem korzystając z wolnej chwili, panna Tusia zajrzała do pokoju felczerki. Usiadła na łóżeczku Ani i, pochyliwszy się nad bladą, wymęczoną twarzyczką, ucałowała ją serdecznie.
- Jak się czujesz, dziecinko? Czy bardzo boli nóżka?
- Troszeczkę - szepnęła dziewczynka słabiutkim głosikiem.
- Tylko troszeczkę? Dzięki Bogu! Zobaczysz, będzie coraz lepiej! Musisz być teraz bardzo cierpliwa i nie płakać przy opatrunkach, bo. to przeszkadzałoby naszemu doktorowi. Zrób to dla mnie i nie płacz, dobrze, maleńka?!
- Dobrze. Ale pani cały czas będzie przy mnie, a ja panią obejmę za szyjkę i z całej siły zacisnę ząbki!
W nagrodę za tak heroiczne zachowanie się doktor Joachim przyniósł małej pacjentce ogromne pudło czekoladek od Georges'a. Nie był odosobniony w tych przejawach dobroci i serca, gdyż najpiękniejsze zabawki, znoszone przez cały personel, zalegały stół i łóżeczko ulubienicy szpitala. Odżyła przeszłość: nakręcany, podskakujący, biały pudelek został nazwany Hau-Hau. Bury niedźwiedź z koszyczkiem w łapce, kręcący się w kółko, dostał miano utraconego sobowtóra Misia. Był także i roześmiany od ucha do ucha murzynek, Dżek, oczywiście. Piękna, jasnowłosa Aldona miała kilka, podobnych chyba do ojca, bo kruczowłosych córek. Lokomotywa z wagonami, mknącymi po układanych szynach (dar panny Tusi), woziła te panie na spacer. Skacząc na zdrowej nóżce, Ania zajmowała się przyrządzaniem różnych smakołyków dla córki i wnuczek, ku czemu służyła kuchenka, ofiarowana przez pannę Felicję. Dość było jednego słówka małej rekonwalescentki, że odnowiłaby chętnie garderobę swych dzieci, aby księżna Izabella naniosła zaraz na drugi dzień stosy przecudnych gałganków z paryskich toalet. Machając z zapałem igiełką, dziewczynka wyraziła zakłopotanie, gdzie schowa te pyszne wyprawy?!... Na to już znalazł radę doktor Feliks, ustawiwszy w kącie pokoju, śliczną, zamykaną na klucz komódkę o trzech szufladach.
Nie warto wspominać o ilości cukierków, jakimi zasypywały złotowłosego pazika, odwiedzające rannych, panie z miasta. W niebieskim, malutkim kimonie, podarowanym przez panią Zofię, Ania przesuwała się między łóżkami żołnierzy, kulejąc jeszcze, ale nabierając zdrowia i sił coraz widoczniej. Częstowała rannych cukrami, obdarzając ich stokroć milszym dla samotnych biedaków widokiem dziecięcej nieśmiałej, ale pogodnej, twarzyczki. W duszyczce jej bowiem zaszła zmiana, tak jak gdyby przesilenie moralne poszło w ślad za przesileniem fizycznym po ustąpieniu gorączki. Rany jej serduszka zabliźniły się nieco, rozjarzone w pamięci obrazy ukochanych osób, przygasły. Może na to wpłynęła wysoka temperatura i przewlekła, nużąca choroba, dość, że rekonwalescencja opuszczonej dziewczynki była jakby nawrotem do dawnego stanu błogiego dziecięctwa, upływającego jeno w zmienionych warunkach. Raz tylko jeden w szpitalu, podczas najwyższej temperatury, śniła się jej matka. Tego uwielbianego oblicza dojrzeć wszakże nie mogła, przysłonięte bowiem było delikatnymi rękami o różowych paznokietkach, które Ania tak dobrze znała. Przebudziwszy się ze snu gorączkowego, jęczała bezwiednie w głębokim żalu, że nie zobaczy już nigdy swej najdroższej, ślicznej mamusi!...
Pomimo jednak przebłysków dziecięcego wesela, wywołanego objawami zbiorowej dobroci, serduszko Ani pozostało dalej zamkniętym. Była to jakby mogiłka, kryjąca utracone świętości. Kiedyś panna Felicja, zaintrygowana jak inni, przeszłością tego wykwintnego dziecka, próbowała ostrożnie wywołać jakieś zwierzenia. Zapytała tedy, czy imiona Aldona albo Dżek przypominają jej zabawki z czasów, gdy jeszcze nie była w ochronce?!... Na to usteczka Ani zacisnęły się ledwo widocznym ruchem, ale wzrok jej stał się tak dalekim i nieprzeniknionym, że pannie Felicji, pobożnej z natury, stanęła w oczach pod wpływem podświadomego kojarzenia się myśli - owa zasłona, w klasztorze Jasnogórskim, kryjąca po ukończonej adoracji cudowne oblicze Bogarodzicy przed obojętnym wzrokiem profanów.
W połowie kwietnia nadeszła Wielkanoc. Ulice Kijowa pławiły się w słońcu, ukwiecone sady rozjaśniały barwnymi plamami nieruchome tło murów, a u stóp miasta szeroki Dniepr płynął cichą, niebieską równią w obramowaniu z szarych piasków. Zarząd szpitala przygotował iście staropolskie święcone. Ania w różowej sukience od panny Tusi, z różową kokardą w jasnych lokach, wyszczotkowanych z umiłowaniem przez pannę Felicję, dreptała między łóżkami rannych, trzymając w obu łapkach ogromne pudełko i obdarzając ich nieśmiało słodyczami.
- Spasibo, dorogaja kroszka12! Życzymy wszystkiego najlepszego! Dziękujemy nasza pieszczoszko! - odpowiadali chórem rozradowani żołnierze.
Uśmiechała się w milczeniu, nie bardzo rozumiejąc dziękczynnych słów rosyjskich i tylko po wyrazie oczu i twarzy domyślając się ich treści.
Jeno w wyśnionym przez ludzkość raju - panuje Nieskończoność. Na ziemi, w cierpkich chwilach naszej pielgrzymiej wędrówki, wszystko ma swój koniec. Przed domem na Pańkowskiej stoi znów elegancki samochód, do którego wsiada pani Krystyna, uradowana, że zdrową zupełnie dziewczynkę wiezie z powrotem do Semihor. Cały personel odprowadza ulubione dziecko szpitala, prowadzone z dwóch stron przez pannę Tusię i pannę Felicję. Sanitariusz dźwiga kosz, zawierający skarby-zabawki. Żołnierze wyglądają przez okna, machają chustkami, wołają:
- Szczęśliwej drogi! Nie zapomnimy nigdy o tobie, jasnowłosy aniołku!