Ania z lechickich pól. Tom II: Młodość - Maria Dunin-Kozicka

Kup ebooka

24.90 zł
21.17 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wśród śnieżnych rozłogów Ukrainy

W bezwietrznej ciszy rozległy się donośnie hałaśliwe dźwięki bałagulskich kwart1, stanowiących charakterystyczną cechę miejscowego zaprzęgu. Sanie, przepełnione dziatwą, sunęły jedne za drugimi, wpadając niekiedy w przepaściste wyboje, z których wyciągały je bez wysiłku czwórki rasowych koni, zaprzężonych w lejc. Śniegu nasypało tyle, że głębokie rowy po obu stronach kilkunastu sążniowej drogi, przedstawiały się jak białe wały, poza którymi, oślepiający bezmiar śnieżystych puchów, migotał w blaskach grudniowego słońca niby rzucone z magnacką hojnością skry diamentowe. Gorący szafir nieba i przeczysta biel śniegów łączyły się z sobą hen! w dali, na krańcach powietrznego stropu, potęgując jaskrawością barw, ów rozmach zawsze tu natury bujnej, malowniczej w każdej porze roku. Pokryte szronem lasy gorzały skrami, rozpalonymi złotym młotem słonecznych promieni. Niepokalane płaty śniegu przyginały gałęzie podniebnych sosen i starych rozłożystych dębów, ścieląc wysokie, puchowe kobierce dla bezlistnych olbrzymów leśnych, przystrojonych bogato w tęczowe kryształki. W kotlinkach gromady olch brodziły stopami w zastygłej fali oceanu śnieżnego, czarującego dziś w powodzi słonecznych blasków, mogącego jednak wespół z poszarzałem niebem sypnąć w oczy zbłąkanemu podróżnemu ostro tnącą kurzawą i tumanem śnieżnym, owiewając go grozą niesamowitej stepowej zawieruchy. Monotonię bezbrzeżnej roztoczy zimowego krajobrazu przerywały niekiedy samotne grusze, jedyne pozostałości wykarczowanych przed laty puszcz leśnych, dziś drogowskazy dla bystrego oka mieszkańców ziem ukraińskich.

Sanie, wiozące dziatwę, wysłane przez okoliczne dwory na stację Olszanica w Kijowszczyźnie, skręciły z szerokiego szlaku pocztowego, wyjeżdżonego i szklącego się w słońcu, na boczną, kopną drogę, kierując się na jedną z takich grusz samotnic. Wszystkie te zaprzęgi różniły się między sobą li tylko maścią dorodnych koni, cechował je bowiem swoisty typ bałagulski, a powożącynimi stangreci ubrani byli jednako: wysokie barankowe czapy, ciemne burki z wyłożonym na nie barankowym kołnierzem kożucha i szerokie skórzane pasy z wielką klamrą, ozdobioną herbem albo szlachecką koroną. Kresowi ziemianie otwierali z całą gotowością ramiona, aby przyjąć u siebie i zająć się dalszym losem dziatwy polskiej, pozbawionej przez wojnę własnego schronu w Piasecznej.

W ostatnich saniach siedziała Ania z panną Elżunią. Otulona w przysłane futro, wpatrywała się z ciekawością i wielkim zdumieniem w krajobraz tak odmienny od tego, jaki widywała dotychczas. Więc to jest ta Ukraina, którą się tak zachwycała pani Spendosia?! Jakże tu pięknie! Jaka szeroka droga! A te czwórki koni! Nigdy tak nie jeździła! I tyle śniegu! Jak cicho! Tylko dzwonki brzęczą i konie czasem parskają, a naokoło wszystko śpi! Bo to jest zaczarowane królestwo Zimy z bajki, która tak Anię zachwyciła, że czytała ją wiele i wiele razy. Zdawało się jej teraz, iż ona to właśnie jest ową małą dziewczynką, po którą królewna Zima przyjechała cudnymi, białymi saniami, zaprzężonymi w lotne jak śnieg renifery. Miała na sobie płaszcz gronostajowy i wysoki, szklący się jak brylanty, kołpak lodowy na głowie. Przygarnęła ją blisko, bliziutko, otuliła białym, puszystym futrem niedźwiedziem i zaklaskała w rączki. Renifery pomknęły. Śnieg mięciutki jak jedwab! Sanie z wyrzeźbionym łabędziem na przodzie, suną gładko niby łódka po stawie. Nawet ziemia nie przeziera z pod śnieżystej opony, bo ma takie dostatnie, pyszne futerko! Jak ono lśni w słońcu! Aż oczy bolą od patrzenia! Jaki świat wielki! Lasy błyszczą w złotych promieniach i takie ogromne, końca nie widać! Można jechać i jechać, a nie spotyka się innych sani, ani żywego człowieka! A może - zamigocą wreszcie hen! - daleko, na błękitnej ścianie nieba, okrągłe baszty lodowego pałacu, zaczarowanej siedziby królewny Zimy?!... Srebrzyste mewy, łopocąc skrzydłami, porwą się w locie ku swej władczyni!...

Tymczasem wbrew spostrzeżeniom Ani zaprzęgi zbliżały się do rozległej wsi ukraińskiej, przez którą wiodła dalsza droga. Zasypany śniegiem kołowrót nie stanowił wielkiej trudności dla przyzwyczajonych do tego rodzaju przeszkód koni i stangretów. Wpadłszy w głęboki wybój, sanie pomknęły dalej szeroką ulicą wiejską między dwoma szeregami chat, przywalonych śniegiem i świecących drobnymi szybkami okienek. O życiu wsi świadczyły dymy z kominów i bydło, powracające od wodopoju, za którym brnęli po kolana w śniegu gawroniący2 się chłopcy wiejscy, ustępując z drogi jadącym czwórkom. Zdała - widniał na wzgórzu dwór wśród majestatycznych świerków, dźwigających okiście śniegu. Droga biegła w dół, ku mostkowi, mijając studnię z wysokim żurawiem, którym gibka czarnobrewa Ukrainka w białym kożuchu, wyszytym barwnymi skórkami, ciągnęła wodę. Za mostkiem, wspinając się raźno na pagórek, wjechały rącze czwórki na plac wiejski, tak zwany stepek, pośrodku którego stała bizantyjska cerkiewka z trzema charakterystycznymi kopułkami, w otoczeniu ubielonych drzew.

Na ten widok myśli Ani pofrunęły znów do Malinek, niby wędrowne ptaki, wiedzione instynktem pod rodzinną strzechę. Jak tu wszędzie inaczej! Jakie to niepodobne do kościółka w Malinkach! Więc aż tu zajechała?! Tak daleko od swoich?!... Kto by się tego spodziewał?!...

Wieś pozostała za posuwającymi się chyżo saniami, pędzącymi w dal białą i przepastną na pozór. Gładki dotychczas step zmienił się niepostrzeżenie w falujące łagodnie rozłogi, wśród których zarysowały się z rzadka, na krańcach, zda się, niebieskiego stropu, wsie otulone w połyskliwe welony śnieżne. Niekiedy rozmowny stangret wskazywał końcem biczyska te zaledwo widne osiedla ludzkie i zabudowania folwarczne, wygłaszając ich nazwy z chełpliwością wieloletniego sługi dworskiego. Okazywało się, że i te, i tamte wzniesienia na białej równi, ten dymiący komin cukrowni, ten olbrzymi szmat ziemi - należał do naszych paniw3, tam, dokąd wy jedziecie! I to duże sioło tuż przed wami - takoż ich batkowszczyna4!

Tak objaśniał Grześ, vel Hrehorko, chłop Rusin, będący od dziecka przy stajni dworskiej, mówiący doskonale po polsku i do tego stopnia wciągnięty mimo woli w orbitę pańskości i bogactwa, że zdawało mu się, iż jest współwłaścicielem zaprzęgów i stajni. Z kilkorga sani, sunących przed hulankami Grzesia, dolatywały wraz z miarowym odgłosem kołyszących się kwart, wesołe dźwięki śmiechu i rozmów jadących dziewczynek. Nęciła je zmiana pobytu, zaciekawiała nowość wrażeń.

Przejechano około trzydziestu wiorst, gdy Grześ fachowym ściągnięciem lejców, osadził na miejscu karną bułaną czwórkę i, odwracając się ku otulonym w futra postaciom, oznajmił uroczyście:

- Oto już Semihory!

Jego wesoła, junacka twarz uśmiechała się z zadowoleniem; podkręcone zawadiacko wąsy przystrojone były sopelkami lodu, a barankowa czapa, nasunięta aż na brwi, odsłaniała bystre oczy. Patrzył na dwie bieżenki5 uważnie, badając wrażenie, jakie na nie wywrze jego miejsce rodzinne. Widok był imponujący. Z falistej wyżyny, na której się zatrzymali, droga szła ostro w dół ku grobli i kilkupiętrowemu młynowi, a potem biegła szeroka i prosta między dwoma szeregami ładnych domków z ogródkami, zamieszkałych przez urzędników fabrycznych. Dalej wznosił się znacznie większy dom dyrektora w wieńcu z osrebrzonych śniegiem drzew, od których odcinała się jaskrawą czerwienią murowana fabryka cukru. Szeroko rozrzucona wieś, licząca zapewne kilka tysięcy mieszkańców, leżała po obu stronach rzeki, wypływającej ze stawu. Zielone kopuły cerkiewne zabarwiały odrębnym tonem biel grudniowego kolorytu, nad którym zachodzące nisko słońce zdawało się ociekać purpurą. Za wsią bezpośrednio rozciągnęło się miasteczko i widać było jakby na dłoni kościół w romańskim stylu, połyskujący cynkową blachą pokrycia. Wśród zbiorowiska małych żydowskich domków wystrzelały gdzieniegdzie znaczniejsze budynki, odznaczające się rudzizną6 cegły wbrew pstrokaciźnie drewnianych ścian innych domostw, pociągniętych różową, zieloną albo niebieską farbą. Najpiękniejszą ozdobą tego rozległego obrazu musiał być latem staw, tak wielki, że sprawiał wrażenie jeziora, skutego dziś lodem, zawianego śniegiem, po którym przecinały się drogi w różnych kierunkach. Nad stawem wsparł się dumnie na sklepionych arkadach piętrowy, okazały pałac z portykiem o sześciu potężnych kolumnach. Opodal - bieliły się liczne zabudowania pałacowe, a dalej, w górę, przedzielony wielkim obszarem parku i sadu owocowego, rozłożył się folwark, budynki gospodarskie, stajnie dla stadniny. Nad tym wszystkim górował od strony parku piękny dom administratora z ostro zakończoną wieżyczką.

Szafirowe oczęta Ani pociemniały z nadmiaru wrażeń. Wpatrywała się bez tchu niemal w ten obraz, którego rozciągłość i bogactwo uderzyły jej dziecięcą wyobraźnię. Jaka cudowna ta Ukraina! I gdzie one tu zamieszkają?! W którym z tych domów?!... A może w pałacu?!... Ej, nie! To już byłoby naprawdę jak w bajce!

Jak gdyby w odpowiedzi na to niewymówione pytanie, Grześ wyciągnął rękę w kierunku stawu, mówiąc:

- Czy widzicie ten mały dworek przy końcu parku?! Ot, ten, z kolumienkami i oszklonym ganeczkiem z boku?! To dla was. Pan administrator kazał mi was tu zawieźć. Dobrze wam będzie! Latem będą dziewczynki pluskać się w stawie. I sadek macie wiśniowy! Wio, malutkie!

Zjechawszy ostrożnie z góry, wytrawny stangret rozwinął bat i, strzeliwszy zeń parę razy z fantazją, wysunął się na czoło poprzedzających go czwórek, wskazując im drogę do przeznaczonego dla dziatwy schroniska.

Na ganku stało już kilka pań opiekunek w narzuconych naprędce szubkach i z wielką dobrocią powitało wysiadające z sanek dziewczynki i pannę Elżunię. Przewodniczyła im żona administratora semihorskiego klucza, pani Krystyna Domańska, której wiotka postać i blada, szczupła twarz nosiły wyraz ukrywanego cierpienia. Nikt z najbliższego nawet otoczenia nie znał przyczyny tego bolesnego wejrzenia jasnych oczu, gdyż pozornie życie jej układało się bardzo pomyślnie. W dużym jadalnym pokoju stół, zastawiony niewyszukanymi, ale smacznie przyrządzonymi potrawami, oczekiwał na przemęczone nieco długą wędrówką podróżniczki. Ania zajadała z wielkim apetytem, nie rozmawiając wszelako z koleżankami, myśl jej zaprzątnięta albowiem była wszystkim, co się przesunęło w tym dniu przed jej oczyma. Zaciekawiała ją również nieznana jeszcze sypialnia. Jak to tam będzie na tej przepięknej Ukrainie?! Czy tak twardo i niewygodnie jak w ochronie w Piasecznej?! A może tak miękko i błękitnie jak u mamusi?! Tu wszakże nastąpiło pierwsze rozczarowanie w tym nowym okresie życia, gdyż paluszek Ani, szukający wieczorem puchowej poduszki, trafił na łamliwe, słomiane wezgłowie. Snadź i tu, na tej mlekiem i miodem płynącej Ukrainie, opiekunki dziatwy uważały, iż hart ciała niezbędny jest dla mocy ducha.

Wielkanoc na obczyźnie

Psst! Zachowujcie się jak najciszej! - nakazywała zuchowata Rózia, zniżając głos i wyglądając z za węgła drwalki, gdzie przyczaiło się kilkanaście dziewczynek, grających rolę oddziału polskich legionów. - Pamiętajcie, że mamy nie dopuścić Moskali do zagarnięcia pozycji!

- Ale dlaczego nasz wywiad nie wraca?! - wionął leciutki szept z ust Ziutki. - Wysłałyśmy przecież Sabinkę i Anię, obie pomysłowe i przedsiębiorcze!

- Byleby ich nie zagarnęli Moskale! - wyraziła obawę rozważna Frania. - Lękam się sprytu Felci, która dowodzi nieprzyjacielem! Nikogo nie widać od strony parku! - dodała, osłaniając ręką oczy przed blaskiem słońca.

Pod wpływem opowiadań panny Elżuni gry wojenne stały się ulubioną zabawą dziewczynek z ochrony, a rola wywiadowczyni uważana była jako największy zaszczyt i dowód zaufania. Był to koniec marca, śniegi już stopniały. Jeno po rowach i jarach bielały jeszcze mroźne reduty, walczącej do ostatka Zimy. Wiosna unosiła się w powietrzu, śmigając błękitną szarfą wśród pierzastych obłoków. Szumiały wody stawu, uwolnione z narzuconego im, lodowatego jarzma. Czerniały wstydliwe sylwetki obnażonych drzew, utraciwszy śniegowe giezła. Owiewane tchnieniem rozpromienionej wiosny, pachniały ziemia, pola i lasy. Na zoranych dookoła polach chodziły klucze bron, przygotowujących rolę pod buraki. Po przeciwnej stronie wrzała robota przy siejbie9.

Zaniepokojone brakiem wieści o wrogu dziewczynki nie zwracały uwagi na ten szeroki obraz budzącego się życia, wpatrując się natomiast przenikliwie w gąszcz parku.

Nagle Rózia przyłożyła palec do ust:

- Biegnie! - oznajmiła cicho innym. - Widzę teraz, że to Ania! - dodała po chwili. - Prawdopodobnie Sabinka wzięta do niewoli! Ale co to?!... Utyka na jedną nóżkę!... Zatrzymała się!... Znów biegnie!... Coś się stało! Czekajmy!

Powłócząc jedną nóżką, z zaciśniętymi z bólu ząbkami, dotarła wreszcie Ania do posterunku legionów i, wyrzuciwszy z trudem słowa: - Ukryli się w krzakach za stawem! - osunęła się na ziemię, chwytając obiema rączkami obolałą stopę. Wyraz jej twarzy wskazywał silne cierpienie. - Sabinka w niewoli, a ja tak od nich uciekałam, że rozbiłam sobie nóżkę o kamień. Już nie mogę iść dalej! Nie mogę! - jęknęła.

- Ziutko i Marysiu! Zanieście ranną do ambulansu! - wydała rozkaz Rózia. - Trwać dalej bez ruchu! Bronimy naszej pozycji!

Dwie dziewczynki splotły ręce, tworząc improwizowane krzesełko, na którym umieszczono Anię.

- Stać! - zakomenderowała Rózia. - Wywiadowczym Aniu! Dziś wieczorem będziesz przedstawiona do nagrody za mężne spełnienie obowiązku! Marsz!

Dziewczynka uśmiechnęła się pomimo łez bólu, drżących na jej powiekach. Sanitariuszki ruszyły w stronę domu.

Ten drobny na pozór wypadek stał się przyczyną przewlekłej choroby, gdyż z uderzenia w kostkę wywiązało się silne zapalenie, a potem wrzód, wysoka temperatura i stan niepokojący. Ania nie spała po całych nocach, straciła apetyt, pobladła i zmizerniała tak, że zmartwiona tą przygodą swej faworytki pani Krystyna, postanowiła po naradzie z miejscowym lekarzem, odwieźć ją samochodem do Szpitala Polskiego w Kijowie.

Chirurgiczny ów szpital na 120 łóżek ciężko rannych żołnierzy powstał w pierwszych dniach wojny światowej, czerpiąc środki na utrzymanie z dobrowolnego opodatkowania się polskich ziemian kresowych. Chociaż władze rosyjskie przyjęły z zadowoleniem inicjatywę, pracę i pieniądze Polaków, ale zarząd szpitalny musiał wysyłać na dworzec kolei sanitariuszy dla wyszukiwania polskich żołnierzy wobec tłumnego nasyłania Rosjan. Nawet napis na frontonie domu na Pańkowskiej: Szpital Polski - był wielkim triumfem wobec nieuznawanej zgoła polskości. Powszechne uznanie, jakiem się cieszył szpital, było istotnie zasłużone: wielka czystość, wygody, doskonałe jedzenie, ścisła aseptyka, ideowo pracujący, dobrany personel - składały się na tę wyjątkową całość.

Naczelny lekarz, dr. Joachim, wybitny chirurg, na pozór zimny, w rzeczywistości oddany cierpiącej ludzkości i rozmiłowany w swym fachu, ogromnej pracy i energii - silną dłonią sprawował rządy. Dr. Feliks, internowany przez władze rosyjskie przy zajęciu Lwowa, zaangażowany z obozu jeńców do szpitala, sercem oddany był chorym. Ci dwaj główni lekarze mieli paru pomocników, wśród których znajdował się Hiszpan, z frontu zachodniego. Zamiast felczerów pracowali studenci wydziału medycznego w Kijowie. Kuratorką szpitala była pani Zofia, wyjątkowa organizatorka, kierująca sprawami gospodarczymi i niosąca z całym entuzjazmem pociechę religijną i moralną rannym żołnierzom. Dzięki wpływom jej męża uzyskano nawet pozwolenie na mszę katolicką w szpitalu. Oddział chirurgiczny powierzono pannie Tusi, dzielnej, energicznej osobie, wymagającej od siebie i od innych. Była ona jedyną z kobiet, która asystowała przy operacjach i robiła opatrunki. Księżna Izabella z zapałem służyła chorym, robiąc zastrzyki i masaże, panna Julia zawsze pogodna, pielęgnowała rannych z niezmierną dobrocią. Znana była ze swej ideowości i obracania dochodów z dużej fortuny kresowej na cele społeczne.

Oprócz tych stałych pracownic i sióstr płatnych panie z miasta zjawiały się codziennie na sali, aby pocieszać rannych, usługiwać im, pisywać listy, czytać głośno. Młode dziewczęta pomagały ochoczo przy wszystkich zajęciach gospodarskich. Sale szpitalne były wysokie, jasne, słoneczne. Panowała w nich atmosfera domu rodzinnego.

Ponieważ pan Edward Domański podwójnie uczestniczył w opodatkowaniu się na szpital jako przedstawiciel magnackiej fortuny, a osobiście jako właściciel ziemski, więc po listownym porozumieniu się nie odmówiono pani Krystynie przyjęcia malutkiej pacjentki, chociaż to był, oczywiście, fakt wyjątkowy. Piękny samochód zatrzymał się przed domem na Pańkowskiej. Na odgłos trąbki wyskoczyli sanitariusze, ale pan Edward, faworyzujący podobnie jak żona to miłe dziecko, zaniósł Anię po schodach na pierwsze piętro. Pani Zofia, wysoka, szczupła, o urodzie kreolki, w białym fartuchu, z czerwonym krzyżem na ramieniu, oczekiwała już w hallu na przybyłych, witając ich serdecznie.

- Cette petite a vraiment beaucoup de charme10! - pogłaskała Anię po główce i nagle zatroskała się szczerze: - Jakie ona ma rozpalone czółko! Nieście ją prędzej do panny Felicji, rozbierzcie i połóżcie do łóżeczka!

- Pani pozwoli, że ja się nią zajmę - zaproponowała żywo panna Tusia, która od razu uczuła wielką sympatię do tej obcej dziewczynki, niezdradzającej swego cierpienia żadną skargą, pomimo iż ból wyzierał z rozpalonych gorączką, szafirowych oczu.

Jedna z sióstr wzięła Anię ostrożnie na ręce i skierowała się przez salę, przepełnioną rannymi, do pokoiku felczerki. Panna Tusia szła tuż zanimi. Na widok ślicznego, jasnowłosego dziecka, leżący żołnierze jęli się podnosić na łokciach, przygadując żartobliwie:

- A to dopiero przybył nam kolega! Widzicie?! Nóżkę ma zabandażowaną! Gdzie ty dostała tę ranę, dietoczka11?! Pewno już masz świętego Jerzego za odwagę, malutka?!

Jeden z ozdrowieńców, siedzących na łóżku, wyciągnął nagle ręce do dziewczynki i porwał się na równe nogi, chcąc ku niej poskoczyć, ale mała z krzykiem schowała główkę na ramieniu siostry. Ten nieznany żołnierz o czarnych, przepaścistych oczach tak był podobny do Edmunda, że zadrżała z wrażenia i lęku.

- Gorączka się podnosi - rzekła przyciszonym głosem siostra, panna Tusia zaś Spiesznie poszła naprzód, aby sprawdzić, czy wszystko jest w należytym porządku.

Rozebrana Ania z rozkoszą utonęła główką w puchowej poduszce, a panna Felicja, wytrawna pielęgniarka, objęła przy niej straż z miną, dającą do myślenia, że nie zgodzi się na zmianę warty.

Na drugi dzień rano światło wlewało się szeroką falą przez olbrzymie okna na sali operacyjnej. Systematycznie poukładane narzędzia chirurgiczne pobłyskiwały w szklanych szafkach. Doktor Joachim, wysoki przystojny blondyn, o bystrych siwych oczach, z przystrzyżonymi wąsikami, w białym fartuchu, wprawną ręką kończył operację uśpionej i leżącej na stole chirurgicznym Ani. Panna Tusia spiesznie i wprawnie, jak gdyby odgadując jego myśli, podawała mu kolejno potrzebne narzędzia.

- Skończyłem! - powiedział doktor Joachim, ściągając wolno z rąk gumowe rękawiczki. - Sprawa jest daleko poważniejsza, niż przypuszczałem! Ostatnia była chwila do zrobienia operacji! Nic dziwnego, że mała tak gorączkowała. Sądzę jednak, iż teraz stan się prędko polepszy!

- Przy tak głębokim rozcięciu bolesne będą opatrunki - zauważyła panna Tusia, bandażując umiejętnie nóżkę. - Biedna mała!

- Nie taka biedna, kiedy cd wczoraj zawojowała tu wszystkie serca! - uśmiechnął się naczelny lekarz. - Możemy już ją oddać pannie Felicji. Któż jest teraz następny?!

Wieczorem korzystając z wolnej chwili, panna Tusia zajrzała do pokoju felczerki. Usiadła na łóżeczku Ani i, pochyliwszy się nad bladą, wymęczoną twarzyczką, ucałowała ją serdecznie.

- Jak się czujesz, dziecinko? Czy bardzo boli nóżka?

- Troszeczkę - szepnęła dziewczynka słabiutkim głosikiem.

- Tylko troszeczkę? Dzięki Bogu! Zobaczysz, będzie coraz lepiej! Musisz być teraz bardzo cierpliwa i nie płakać przy opatrunkach, bo. to przeszkadzałoby naszemu doktorowi. Zrób to dla mnie i nie płacz, dobrze, maleńka?!

- Dobrze. Ale pani cały czas będzie przy mnie, a ja panią obejmę za szyjkę i z całej siły zacisnę ząbki!

W nagrodę za tak heroiczne zachowanie się doktor Joachim przyniósł małej pacjentce ogromne pudło czekoladek od Georges'a. Nie był odosobniony w tych przejawach dobroci i serca, gdyż najpiękniejsze zabawki, znoszone przez cały personel, zalegały stół i łóżeczko ulubienicy szpitala. Odżyła przeszłość: nakręcany, podskakujący, biały pudelek został nazwany Hau-Hau. Bury niedźwiedź z koszyczkiem w łapce, kręcący się w kółko, dostał miano utraconego sobowtóra Misia. Był także i roześmiany od ucha do ucha murzynek, Dżek, oczywiście. Piękna, jasnowłosa Aldona miała kilka, podobnych chyba do ojca, bo kruczowłosych córek. Lokomotywa z wagonami, mknącymi po układanych szynach (dar panny Tusi), woziła te panie na spacer. Skacząc na zdrowej nóżce, Ania zajmowała się przyrządzaniem różnych smakołyków dla córki i wnuczek, ku czemu służyła kuchenka, ofiarowana przez pannę Felicję. Dość było jednego słówka małej rekonwalescentki, że odnowiłaby chętnie garderobę swych dzieci, aby księżna Izabella naniosła zaraz na drugi dzień stosy przecudnych gałganków z paryskich toalet. Machając z zapałem igiełką, dziewczynka wyraziła zakłopotanie, gdzie schowa te pyszne wyprawy?!... Na to już znalazł radę doktor Feliks, ustawiwszy w kącie pokoju, śliczną, zamykaną na klucz komódkę o trzech szufladach.

Nie warto wspominać o ilości cukierków, jakimi zasypywały złotowłosego pazika, odwiedzające rannych, panie z miasta. W niebieskim, malutkim kimonie, podarowanym przez panią Zofię, Ania przesuwała się między łóżkami żołnierzy, kulejąc jeszcze, ale nabierając zdrowia i sił coraz widoczniej. Częstowała rannych cukrami, obdarzając ich stokroć milszym dla samotnych biedaków widokiem dziecięcej nieśmiałej, ale pogodnej, twarzyczki. W duszyczce jej bowiem zaszła zmiana, tak jak gdyby przesilenie moralne poszło w ślad za przesileniem fizycznym po ustąpieniu gorączki. Rany jej serduszka zabliźniły się nieco, rozjarzone w pamięci obrazy ukochanych osób, przygasły. Może na to wpłynęła wysoka temperatura i przewlekła, nużąca choroba, dość, że rekonwalescencja opuszczonej dziewczynki była jakby nawrotem do dawnego stanu błogiego dziecięctwa, upływającego jeno w zmienionych warunkach. Raz tylko jeden w szpitalu, podczas najwyższej temperatury, śniła się jej matka. Tego uwielbianego oblicza dojrzeć wszakże nie mogła, przysłonięte bowiem było delikatnymi rękami o różowych paznokietkach, które Ania tak dobrze znała. Przebudziwszy się ze snu gorączkowego, jęczała bezwiednie w głębokim żalu, że nie zobaczy już nigdy swej najdroższej, ślicznej mamusi!...

Pomimo jednak przebłysków dziecięcego wesela, wywołanego objawami zbiorowej dobroci, serduszko Ani pozostało dalej zamkniętym. Była to jakby mogiłka, kryjąca utracone świętości. Kiedyś panna Felicja, zaintrygowana jak inni, przeszłością tego wykwintnego dziecka, próbowała ostrożnie wywołać jakieś zwierzenia. Zapytała tedy, czy imiona Aldona albo Dżek przypominają jej zabawki z czasów, gdy jeszcze nie była w ochronce?!... Na to usteczka Ani zacisnęły się ledwo widocznym ruchem, ale wzrok jej stał się tak dalekim i nieprzeniknionym, że pannie Felicji, pobożnej z natury, stanęła w oczach pod wpływem podświadomego kojarzenia się myśli - owa zasłona, w klasztorze Jasnogórskim, kryjąca po ukończonej adoracji cudowne oblicze Bogarodzicy przed obojętnym wzrokiem profanów.

W połowie kwietnia nadeszła Wielkanoc. Ulice Kijowa pławiły się w słońcu, ukwiecone sady rozjaśniały barwnymi plamami nieruchome tło murów, a u stóp miasta szeroki Dniepr płynął cichą, niebieską równią w obramowaniu z szarych piasków. Zarząd szpitala przygotował iście staropolskie święcone. Ania w różowej sukience od panny Tusi, z różową kokardą w jasnych lokach, wyszczotkowanych z umiłowaniem przez pannę Felicję, dreptała między łóżkami rannych, trzymając w obu łapkach ogromne pudełko i obdarzając ich nieśmiało słodyczami.

- Spasibo, dorogaja kroszka12! Życzymy wszystkiego najlepszego! Dziękujemy nasza pieszczoszko! - odpowiadali chórem rozradowani żołnierze.

Uśmiechała się w milczeniu, nie bardzo rozumiejąc dziękczynnych słów rosyjskich i tylko po wyrazie oczu i twarzy domyślając się ich treści.

Jeno w wyśnionym przez ludzkość raju - panuje Nieskończoność. Na ziemi, w cierpkich chwilach naszej pielgrzymiej wędrówki, wszystko ma swój koniec. Przed domem na Pańkowskiej stoi znów elegancki samochód, do którego wsiada pani Krystyna, uradowana, że zdrową zupełnie dziewczynkę wiezie z powrotem do Semihor. Cały personel odprowadza ulubione dziecko szpitala, prowadzone z dwóch stron przez pannę Tusię i pannę Felicję. Sanitariusz dźwiga kosz, zawierający skarby-zabawki. Żołnierze wyglądają przez okna, machają chustkami, wołają:

- Szczęśliwej drogi! Nie zapomnimy nigdy o tobie, jasnowłosy aniołku!

W Semihorach

Na drugi dzień rano Ania obudziła się jak zwykle nieco wcześniej od reszty dziewczynek. Niepodległość jej natury, zarysowująca się coraz wyraźniej wobec radykalnych zmian życiowych, buntowała się bezwiednie przeciw każdemu, rzuconemu z góry nakazowi. Dzwonek, wyrywający ją ze snu, zdawał się jej być nieznośnym tyranem. Myśl ta prześladowała ją do tego stopnia, że budziła się parę razy nad ranem, aby go uprzedzić i, poleżawszy trochę, po jakimś czasie, wstać na jego odgłos z dobrej i nieprzymuszonej woli. Ostatecznie stało się to jej przyzwyczajeniem, a te ranne chwile, wykradane nieświadomie kontroli starszych, używała na ciche gawędy samej z sobą. Więc i tego ranka, otworzywszy oczy, jęła wodzićnimi po ścianach. Nie zeznawała z początku, gdzie się znajduje. Gliniany, szeroki piec w kącie, bielone wapnem ściany, łóżeczka żelazne, pomalowane na biało, żółte mięciuchne koce... Ach, prawda! Jest na Ukrainie! Mignęły przed nią obrazy skrzących się, ośnieżonych przestworów i rozwiały się, a zajęła ją rzeczywistość. Skąd płyną te słoneczne promienie, igrające ruchliwie w złocistej sukience Matki Boskiej Berdyczowskiej, zawieszonej na przeciwległej ścianie, nad białym klęcznikiem?!... Podniosła się na łokciu i obejrzała dokoła. Aha! To przez te serduszka, wycięte w okiennicach, z zewnątrz zamkniętych! Takich jeszcze dotąd nie widywała!

Wszystko tu inne... Nie ma już owej Matki Bożej w niebieskim płaszczu z Jezusikiem na ręku, Tej, która się opiekowała nią tak serdecznie w jej pierwszych troskach dziecięcych, a potem - w ochronce! Kule pewno zwaliły tę ścianę, na której znajdował się Jej święty wizerunek! Jakie to wszystko dziwne! Nagle stanęły jej w oczach te mrówki w lesie w Malinkach, biegnące na różne strony, kiedy to Michaś wsadził dla zabawy kij w ogromne mrowisko. Dziewczynka ogarniała dalej wspomnieniem swoje niedawne przejścia. Jest znów sama na tej wielkiej drodze życia, o której mówił jej dziadzio, sama!... Gdzież jest mamusia, Bisia, rodzeństwo, gdzie taki dobry stryj Benedykt?!... Nawet opiekunek z Piasecznej przy niej już nie ma!...

Istotnie - ochrona dziwne przechodziła losy od chwili ucieczki przed następującymi hufcami Teutonów. Piorun wojenny oszczędził dziatwę, uderzając natomiast złośliwie w oddaną jej starszyznę. Panna Regina, kontuzjowana odłamkiem szrapnela, zapadła na tak silne, dochodzące aż do nieprzytomności, bóle głowy, że musiała pozostać w Warszawie, aczkolwiek obie z przełożoną opłakały to rozstanie gorącymi łzami. W krótkim czasie po przybyciu na Wołyń, gdzie właściciel jakiejś zapadłej wsi ofiarował z całą gotowością niewielki domek tułaczom, nowy cios spadł na barki skłopotanej7 pani Matyldy.

Oto policja rosyjska wezwała pannę Lucynę do pobliskiego miasteczka, a stwierdziwszy raz jeszcze w jej obecności, że wedle paszportu jest obywatelką Austrii i że nazwisko jej brzmi wcale niebłagonadieżno8 Henzel, wyraziła niedwuznaczne powątpiewanie o prawości jej upodobań politycznych i jako możliwego szpiega niemieckiego, skazała na wyjazd do Orenburga. Szorstkość odpowiedzi panny Lucyny, zarzucającej tym bandytom brak logiki, a nawet po prostu kręćka umysłowego, utwierdziła ich tym bardziej w powziętej decyzji. Rozogniona dyskusją obywatelka powróciła chyżo do swego chwilowego azylu, a wtargnąwszy do przełożonej, jęła grzmieć niczym Jowisz na Olimpie, wygrażając podniesionymi rękoma bezczelnym stróżom caratu i samemu, godnemu ich carowi! Oszołomiona nawałem inwektyw pani Matylda pojęła wreszcie, że ubywa jej druga, wypróbowana współpracowniczka, ale pomijając własne z tego powodu trudności, przeniosła całą swą troskę na ciężki los długoletniej swej pomocnicy. Ta znów przeciwnie - drwiła z wygnania i z Orenburga, twierdząc, że wszędzie są zakute głowy, którym się przyda nieco oleju i że wszędzie zarobi na życie belferką.

- Ale pani, pani jak sobie da radę z tymi smykami?!- wołała gniewnie. - Tyle dzieci na tę jedną, nieszczęsną głowę! Reginki nie ma, Florcię zatrzymał w Warszawie ten rozkochany narzeczony! Drugi Albin! Wieczysta fontanna łez i zaklęć! Zostanie pani z panną Zofią, ale ta dba tylko o chorych wychowańców! Zdrowi nie obchodzą jej wcale! Co to będzie, moja droga pani? Wół-by tego nie uciągnął, a cóż dopiero jedna wątła kobieta! Ach! głupcy, idioci, szakale! - (nowy upust goryczy i oburzenia). Całe szczęście, że mamy Jadzię! Pomimo młodego wieku może czasem panią wyręczyć.

Ale gdy Jadzia dowiedziała się o zesłaniu panny Lucyny do tak odległej miejscowości w Rosji, wpadła w głęboką zadumę. Po jakimś czasie udała się do przełożonej i, całując ją po rękach, błagała o pozwolenie towarzyszenia wygnance. - Jej to zawdzięczam mówiła z hamowanym wzruszeniem - długoletni pobyt w tej naszej kochanej ochronie. Wszakże to ona, przechodząc koło budującej się kamienicy, była świadkiem tragicznej śmierci mego ojca, który spadł z rusztowania i zabił się na miejscu. Zaopiekowała się jedyną córeczką biednego mularza, ubłagała panią przełożoną o wzięcie sierotki do Piasecznej, a potem uczyła mnie z całym zapałem, karcąc ostro, przeciw czemu stale się buntowałam. Ale teraz dojrzałam w tej naszej tułaczce i na wszystko patrzę innymi oczyma. Nie opuszczę panny Lucyny. Będę jej w tym Orenburgu gotowała, prała, sprzątała, a jeśli bieda nas przydusi, pójdę na posługi i tak jakoś damy sobie radę we dwie. Czy dobrze, droga pani?!

Altruistyczne pobudki głównej bohaterki zatargu upadły wobec oświadczenia pani Matyldy, że plan Jadzi w zupełności pochwala, a jako pomocnicę wybiera sobie pannę Elżunię, z którą spotkały się parę razy u proboszcza w niedalekiej mieścinie. Tak przeszła jesień, hojna, kolorowa, słoneczna jesień wołyńska. Od wygnanek z Orenburga nadchodziły częste listy, przepełnione głęboką tęsknotą do kraju i za swoimi. Panna Lucyna unosiła się w nich nad zaradnością i pogodą Jadzi, która podtrzymywała ją na duchu, wmawiając stale, że to całe zło szybko minie, albowiem takie ma w duszy niezachwiane przeczucie. Tymczasem - pomimo uzyskanych kilku lekcyj u miejscowych Polaków - wystarczało im zaledwie na skromne utrzymanie, przy czym gospodarcza skrzętność młodziutkiej wychowanki była istotnie nieoceniona.

Nadchodziła zima. Na polach, z których zebrano już wszystkie plony, widniały jeno, to tu, to ówdzie, przykryte ziemią kopce buraków, nie odstawionych jeszcze do cukrowni. Wiatr jął wygwizdywać zimne i szorstkie melodie, a po drutach telegrafu niosły się jękliwe podźwięki. Bywały już dnie kiedy polatywał śnieg na przemian z ślepiącym deszczem, niby zapowiedź niedalekich mrozów. Warunki, w jakich znajdowała się ochrona zmieniały się na gorsze. Ciasnota małego dworku przywodziła często na myśl obszerny, jasny budynek w Piasecznej. Ścisłe oddzielenie chłopców od dziewcząt nie dawało się wprost przeprowadzić w tak zwężonych ramach, przy czym brak silnej dłoni panny Lucyny występował coraz dobitniej wobec rozbrykanych wychowanków. Na domiar złego pani Matylda jęła zapadać na zdrowiu. Lekkie z początku bóle w prawym boku stawały się z dniem każdym dokuczliwsze, a wezwany lekarz stwierdził niepokojący stan wątroby. Wytrawna kobieta pojęła, iż zawisł nad nią miecz Damoklesa w postaci ciężkiej choroby, a może nawet - śmierci, wytężyła tedy całą swą energię, aby ustalić losy ochrony. Wyprawiła naglący list do Centralnego Komitetu Obywatelskiego, działającego na terenie Rusi, a zawiązanego jeszcze w Warszawie, w 1915 roku.

Uzyskawszy wówczas od rządu rosyjskiego prawo zakładania ochron dla dziatwy polskiej, Komitet ów podążył za falą wysiedleńców, pędzonych na Wschód przez cofające się wojska moskiewskie, śląc na wszystkie szlaki tułacze ciepłe promienie opieki i pomocy materialnej i moralnej. Ziemianie kresowi pośpieszyli również z dobrze pojętą ofiarnością, przeznaczając dla tworzonych przez C.K.O. ochron, budynki folwarczne lub pokoje w pałacach i dworach. Sprawa tedy dziatwy z Piasecznej została w krótkim względnie czasie pomyślnie rozwiązana. Pani Matylda otrzymała w odpowiedzi propozycję przeniesienia dziewczynek do Semihor w Kijowszczyźnie, stanowiących wraz z licznymi folwarkami wspaniały klucz, będący od kilkuset lat w posiadaniu magnackiego rodu. Chłopcy mieli nadal zostać pod jej opieką na Wołyniu w modrzewiowym dworku, ofiarowanym tak skwapliwie przez właściciela, pana Janusza Zaklikę, przy czym Wydział Oświatowo-Wychowawczy C.K.O. donosił przełożonej, iż skierowuje do niej sprężystego wychowawcę, który przeszedł zorganizowany wspólnymi siłami Komitetu i dodatkowy Kurs Nauczycielski Kijowskiej Rady Okręgowej.

Wyprawiła tedy przełożona na Ukrainę wszystkie dziewczynki z panną Elżunią, która była zapaloną patriotką, dbającą najwięcej na świecie o Polskę, o jej niepodległość i zmartwychwstanie. Tylko dla matki staruszki uczyniła to poświęcenie, iż wyrzekła się objęcia niebezpiecznej roli wychowawczyni w legionach, do których przekradli się jej bracia. Cała jej istota gorzała płomieniem ukochania sprawy ojczystej, a na powierzone sobie dziewczynki spoglądała z punktu widzenia ich przyszłej użyteczności w zaciętym boju o wolność narodu. To stanowisko, tak biegunowo przeciwne troskliwej dobroci panny Reginy, i panny Zofii, lub poczciwemu wykuwaniu charakteru panny Lucyny, Ania wyczuwała doskonale, nie zdając sobie sprawy, oczywiście, z jego powodów. Wiedziała tylko, że u panny Elżuni dzieci z ochronki były daleko, bardzo daleko, gdzieś na ostatnim miejscu poza Polską i Piłsudskim, a u tamtych opiekunek nie napotykały żadnych przeszkód na drodze do ich macierzyńskiego uczucia. A przełożona?! Czarna Pani, jak ją nazywali chłopcy w Piasecznej, ściszając jednak mimo woli głos, gdy o niej mówili. Biedna!... Ania westchnęła cichutko w swoim łóżeczku, przypominając sobie jak się z nią przed paru dniami serdecznie żegnała, jak ją błogosławiła i szepnęła przy końcu wzruszonym głosem: - Pokochałam cię gorąco, moja maleńka! Daj Boże, abyś powróciła do tej ślicznej... cioci. Życzę ci tego z całego serca! Jakżebym chciała jeszcze się z tobą zobaczyć, ale nie wiem, czy to kiedyś nastąpi!... i nagle porywczym ruchem przyłożyła rękę do boku, a usta jej tak zbielały jakby krew z nich uciekła... Znów ten okropny atak! Biedna!... westchnienie tym razem głębsze podniosło szczupłą pierś dziewczynki. Nie trzeba do nikogo się przywiązywać, bo widać to już takie jej nieszczęście, że jeśli kogoś pokocha, to musi stracić go na zawsze!

W tej chwili dał się słyszeć donośny głos dzwonka, uchyliły się drzwi od sąsiedniego pokoju i panna Elżunia weszła do sypialni. Napotkała rozbudzony wzrok Ani i spojrzała na przeciągające się wychowanki:

- Nie śpisz już, Aniu, i dziwisz się z pewnością, dlaczego dziś tak długo nie ma dzwonka?! Myślałam, że jesteście przemęczone tą podróżą i dlatego pozwoliłam wam wyspać się do woli. Ale teraz pośpieszajcie moje dziewczynki, bo śniadanie na was czeka.

W jadalnej sali ustawione były dwa długie drewniane stoły. Podłoga lśniła czystością, a na bielonych ścianach widniały, zawieszone ręką pani Krystyny, litografie, przedstawiające Wawel krakowski, Zamek w Warszawie, klasztor Jasnogórski, jezioro Gopło ze zwaliskami ruin i inne najcenniejsze zabytki dziejowe w miastach całej Polski. Smakowity zapach zbożowej kawy z mlekiem, mogącej udawać z powodzeniem miejską śmietankę, unosił się w powietrzu. Na talerzach leżały kromki razowego chleba, posmarowane masłem albo miodem.

Dziewczynki wbiegły do jadalni, która się w mgnieniu oka napełniła wrzawą zadowolonych, dziecięcych głosików.

- Patrzcie! Przecież to nie święto, ani niedziela, a będziemy za chwilę wsuwały chleb z miodem i kawę, kawę, zamiast tego wiecznego mleka! Pycha na tej boskiej Ukrainie! - wołała, podskakując znana z łakomstwa Kasia, szatynka pucułowata, biała i różowa o dobrym uśmiechu.

- Jaka miła ta nasza kucharka, Kiłyna! - zwróciła się do panny Elżuni Michasia, odznaczająca się praktycznością, systematycznością i wielkim zamiłowaniem gospodarstwa i kuchni. - Czy pani pozwoli mi pójść do niej i nauczyć się wypieku tego pachnącego chleba?

Roztrzepana Irenka, nie czekając na odpowiedź kierowniczki, wykrzyknęła z zapałem:

- Bajka chleb! Wolę sto razy te błyszczące korale i paciorki, jakie ona nosi na szyi! Albo ta chusta w kwiaty i wyszywana koszula! Śliczne! Jakbym ja chciała ubrać się w to wszystko i przejrzeć się w lustrze, czy mi w tym do twarzy?!

- Wiadomo, wiadomo, że w głowie ci tylko fiołki i stroje! - zaśmiały się chórem dziewczynki.

- Czy doprawdy tak piękne są te hafty? - spytała z zajęciem Marysia, szczupła, wysoka brunetka, której największą ambicją było mistrzowskie władanie igiełką. - Proszę pani, może mi pani pozwoli odrobić ten wzór na kanwie?

Panna Elżunia wzniosła rękę:

- Uciszcie się, moje drogie! Nie dacie mi przyjść do słowa. Mamy przed sobą czas na rozstrzygnięcie tych waszych pytań. Na dziś plan już ułożony. Lekcyj nie będzie. Rozpakujcie rzeczy i poukładajcie je na półkach w ściennych szafach. Same macie je utrzymywać w porządku. Potem pójdziemy na spacer i zaznajomimy się z otoczeniem, a wieczorem opowiem wam dalej o naszych walkach niepodległościowych.

- Na spacer, na spacer! - klasnęła w dłonie rówieśnica Ani, czarnooka, śniada jak cyganka, Sabinka, ogromnie pomysłowa i przedsiębiorcza. - Widziałam przez okno ścieżki wykopane w śniegu, wyższym ode mnie! Ach! Gdybyśmy miały łopatki! Kopałybyśmy zaraz takie okopy, jak widziałyśmy pod Warszawą, uciekając wtedy z Piasecznej. Tyle tu tego śniegu! Mogłybyśmy się w nim schować z głowami!

- Nic dziwnego! - odezwała się poważnym głosikiem Zosia, pracowity mól książkowy, wiecznie zaczytana w różnych opowiadaniach. - Przecież tu, na tych ukraińskich stepach, dawniej koń z rycerzem chował się w wysokich trawach! Dlatego nazywano te ziemie mlekiem i miodem płynące, tak były żyzne - dodała pouczająco, mrużąc nieco siwe, inteligentne oczy, jak to zwykli czynić krótkowidze.

- Dobrze mówią niektóre dziewczynki, że musisz się popisywać swoją mądrością! - zauważyła uszczypliwie rudeńka, z zadartym noskiem Felcia, mająca upodobanie w mąceniu dobrych stosunków między koleżankami.

- Felciu! - rzuciła ostrzegawczo kierowniczka. - Nie chciałabym zaczynać naszego pobytu w Semihorach od ukarania ciebie.

- Ale dlaczego nasza Ania siedzi tak cicho jak myszka? - wtrąciła spiesznie najstarsza wśród wychowanek, trzynastoletnia Ziutka, pragnąc odwrócić powszechną uwagę od zawstydzonej Felci. Macierzyńska z natury, prawdziwa mała kobietka, łagodziła przykre nastroje, otaczając opieką młodsze i słabsze. Wpatrzyła się poczciwymi oczyma w Anię, która drgnęła jakby ze snu zbudzona i, uśmiechnąwszy się z wdzięcznością, nie odpowiedziała wszakże na to pytanie.

- Nie wyciągniesz Ani na otwartość, jeśli ona tego nie chce - wyjawiła swój sąd z pewnym naciskiem panna Elżunia. - Wstawajcie dzieci. Pierzcie się do porządkowania!

Życie ochrony w Semihorach ujęte zostało w systematyczne karby. Do pomocy pannie Elżuni stanęły z całą dobrą wolą panie z administracji i z miasteczka, podjąwszy się każda nauczania jednego z przedmiotów szkolnych, na czym schodziły ranki. Podczas wielkiej pauzy odbywały się ćwiczenia fizyczne albo zabawy na świeżym powietrzu. Poobiednie godziny poświęcone były szyciu i haftom, a wieczorne opowiadania kierowniczki urozmaicały i dopełniały ten rozumny i planowy rozkład dnia. Chociaż kierunek myślowy panny Elżuni dążył do rozwijania w powierzonych sobie dziewczynkach indywidualności, tężyzny duchowej i inicjatywy w związku z ich rolą przyszłych obywatelek polskich, ale ideowość i chłodne rozumowanie brały tu górę nad sercem i wychowanki, odczuwając to nieraz podświadomie, tęskniły za objawami tkliwości kobiecej. Jedna tylko Ania była w szczęśliwszym pod tym względem położeniu, gdyż pani Krystyna Domańska wyróżniła ją z pośród wychowanek Piasecznej, zabierała jako towarzyszkę zabaw małej córeczki do swego pięknego domu, tak różniącego się atmosferą zbytku od prostoty trybu życia w ochronie, pieściła nieraz, czując coraz większy pociąg do tej cichej, poważnej dziewczynki.

Ania nigdy się nie zdradziła ze swoją przeszłością, zamykając czarowne chwile dziecięctwa i ból sieroctwa w głębi małego, dumnego serduszka. Panna Elżunia, zapytywana częstokroć przez rozmaite panie o pochodzenie tego dziecka, zwracającego uwagę swą wykwintną urodą pazia i złocistymi lokami, nie umiała dać żadnej dokładnej wskazówki. Tak więc dookoła wiotkiej postaci dziewczynki o zadumanym czole i szafirowych oczach tworzyła się legenda, przymglona jak słońce za welonem z obłoków i nieodgadniona jak wiele rzeczy na tym dziwacznym świecie.

Na urwistej ścieżce życia

Do roboty, dziewczęta! Dwa dni świętowałyście - to wystarczy! - mówiła sucho panna Franciszka, składając na stole w jadalnym pokoju stos pokrajanych koszul z grubego perkalu. - Do jutra musimy to wszystko skończyć i dostaniemy zapłatę. Teraz nie ma darmozjadów!

Wysoka i szczupła, ze spłowiałymi warkoczami, oplecionymi dookoła głowy, o wieczyście13 kwaśnym wyrazie twarzy, podwiązanej najmniej pięć razy na tydzień chustką z powodu uporczywej fluksji, nowa kierowniczka ochrony prowadziła ją żelazną ręką od ośmiu miesięcy, zbagatelizowawszy dawny kierunek umysłowy na korzyść praktycznego, w czym szła z duchem czasu. Czasy bowiem i poglądy zmieniły się radykalnie w owym przewrotowym 1917 roku. Zdawało się, iż jakiś potworny pług w orał się w nagromadzone od wieków pokłady duchowe ludzkości, wyrzucając na wierzch pławiące się we krwi i zbrodni, bestialskie instynkty i grzebiąc na dnie sponiewierane kwiaty kultury. Apoteozowanie najniższych warstw społecznych i najgrubszej pracy rąk stało się hasłem chwili. Demokratyczna z przekonań panna Franciszka sympatyzowała zawsze skrycie z upośledzonymi przez los, do czego przyczyniała się w niemałym stopniu kąśliwa zazdrość względem wybranych. Rewolucja wyzwoliła ją z obleczonych z musu pozorów. Nie miała się już z kim rachować, będąc samowładną kierowniczką ochrony.

Dziewczynki, milcząc ulegle, zasiadły dokoła stołów i zabrały się do szycia. Choinka w kącie pokoju, skąpo przystrojona resztkami ozdób z przeszłego roku, zdawała się im przypominać minione, dobre chwile.

- Aniu! Sabinko! Do kuchni! Zmyjecie naczynie po śniadaniu i obierzecie kartofle! Dość długo udawałyście paniątka! Pamiętajcie, że nie chowacie się na salonowe damy! - obchodziła stół, dozorując pilnie wykonywanie roboty, gdyż była istotnie sumienna. - Zosiu! Dlaczego stawiasz takie krzywe ściegi?! Czy zawsze te książki ci w głowie?! Profesorem nie będziesz, tylko pracownicą! Byle dobrą! Może to i większa zasługa! Felciu! Leć do Selkomu14!Powiedz, że dzieci z ochrony nie mają już mąki. Niech nam dadzą z dworskiego spichlerza! Idę do kuchni, a wy - szyjcie! - posuwistym krokiem wyszła z jadalni.

Dziewczynki, uwolnione z surowego nadzoru, podniosły głowy i zaczęły przerzucać się cichą wymianą słów:

- Nigdy nie mamy chwili wytchnienia! Ja tak lubiłam igiełkę, a teraz, mówię wam, rzuciłabym w kąt te żołnierskie koszule, tak mi obrzydły! - powiedziała buntowniczym tonem Marysia.

- Uważałyście, jak mi panna Franciszka wypomina czytanie?! Szkoda panny Elżuni! Co też ona tam robi w tej Polsce?! To dopiero mamy pecha! Jej matka umarła, a ją zaraz poniosło do legionów! - westchnęła Zosia, potrząsając czupryną.

- Ja, gdybym była na miejscu Komendanta, wnet bym tu przywaliła i rozpędziła na cztery wiatry tę hołotę, co pali i niszczy majątki polskie! - zawyrokowała buńczuczna Rózia.

- Dałby to Bóg! Wtedy powróciłyby do Semihor nasze opiekunki, które musiały uciekać przed tymi okropnymi napadami do miasta! - wstrząsnęła się mimo woli Irenka.

- I powróciłoby dobre jedzenie, i panna Franciszka przysiadłaby trochę! - wyrwało się gorące życzenie z ust pucułowatej ongi, a teraz o pociągłych policzkach, łakomej Kasi.

- A przede wszystkim nasza dobra, kochana pani Domańska byłaby z nami! - dorzuciła wzruszonym głosem Ziutka. - O, nie pozwoliłaby maleńkiej. Ani dźwigać wiader! Patrzcie?! Widzicie, jak jej ciężko?!

- Dlaczego panna Franciszka wali na to biedactwo najgorsze roboty?! - dziwiła się Hela.

- Przez uszy się to nam przelewa, że nie jesteśmy hrabiankami! Ależ my same o tym doskonale wiemy! Jesteśmy ubogie dziewczęta, córki rzemieślników i robotników! Czyż dlatego nie mamy prawa do żadnego wykształcenia?! - perorowała wzburzona Zosia.

- Tss! - przyłożyła palec do ust Michasia. - Zamilczcie! Biegnie już ta Skarżypyta, Felcia!

Wszystkie dziewczynki, zgromadzone przy dwóch stołach i wsłuchane w cichą rozmowę indywidualniejszych koleżanek, pochyliły się nad koszulami, chcąc nadrobić czas stracony.

Drzwi otworzyły się z hałasem i zaróżowiona od mrozu Felcia, wpadła, oznajmiając donośnie:

- Cieszcie się, dziewczynki! Widziałam po drodze pana Apolinarego! Obiecał przyjść dziś po południu i nauczyć nas nowych piosenek! Wygra nam na skrzypcach melodię, a my będziemy chórem śpiewały! Ach! jak to dobrze! Przynajmniej przez jedną godzinę nie będziemy miały tego nudnego szycia, nieprawdaż?! - wodziła oczyma po zebranych, ale wychowanki uporczywie milczały.

Pan Apolinary był nauczycielem muzyki i śpiewu. Posiadał własny domek z ogrodem i kawał pola, a duszę miał prawdziwego poety. Wizja tego gniazda w sadzie, obciążonym darami Pomony, czyniła pannę Franciszkę wielce uprzejmą wobec podstarzałego kawalera, mogącego przecież w każdej chwili wpaść w sidła Hymenu. Toteż udzieliła skwapliwie swej aprobaty na dalsze prowadzenie lekcyj śpiewu, rozpoczętych z inicjatywy pani Krystyny jeszcze za rządów panny Elżuni. Pan Apolinary szczycił się tym, iż przypominał z profilu mistrza Paderewskiego, chcąc tedy uwydatnić to łechcące jego ambicję podobieństwo, zapuścił długą, lwią czuprynę i nosił szeroko rozwarte kołnierze z fantazyjnym krawatem. W owych czasach jęły przedostawać się jak gdyby na falach eteru, przez powietrzne granice, nowe piosenki pierwszych żołnierzy polskich. Muzyk semihorski wygrywał je na skrzypcach, zaklinając w dźwięki tonów humor i łzy walczących szeregowców. Z prawdziwym wyczuciem artyzmu, jakie daje tylko rzetelny talent, prowadził on chór dziewcząt w ochronie, ale największą jego dumą i zapłatą za wszystkie trudy była maleńka Ania.

Dziecięcy jej głosik mienił się nieraz takimi akcentami głębi i rzewności, że odbijając się echem w duszy nauczyciela-poety, wzbudzał w nim prawdziwie ojcowskie uczucie dla tego jasnowłosego dziecka, do którego przemawiał w myśli z tkliwością słowami Mickiewicza: - Słowiczku mój! A leć, a piej!... - Podświadomie nieledwie dorabiał koniec tej inwokacji: - Piej, wśród szarych wróbląt ochrony!

Nic dziwnego, że znużona duszyczka Ani promieniowała smutkiem w śpiewie. Przyszły znów na nią czasy nadmiernej goryczy. Przeczucie, tające się na dnie jej serca, że nie należy się do nikogo przywiązywać, bo trzeba będzie go stracić - zamieniło się raz jeszcze w okrutną rzeczywistość. Niby tęcza na chmurach zajaśnieli przed nią dobrocią i uczuciem opiekunowie szpitalni i pozostali za nią daleko... A teraz i pani Krystyna ją opuściła, wygnana w świat mściwymi rękami tłumu, co wdarł się do jej siedziby z dzikimi, wyjącymi pogróżkami na ustach! Przy tym - demokratyczna kierowniczka ochrony, wyczuwając w tym ślicznym dziecku przynależność do znielubionej przez siebie klasy społecznej, obrzucała częstokroć to dumne paniątko kolcami swych uszczypliwych frazesów. Kolce te tkwiły w Ani głęboko, nie raniąc jej zgoła pozornie, a to opanowanie, ten nieprzenikniony spokój bladej twarzyczki drażniły nad wyraz pannę Franciszkę. Wyidealizowane dziecię Rewolucji: Równość Powszechna - zaciążyła także w sposób fatalny nad stanem zdrowia i sił wątłej dziewczynki. Roboty przy kuchni i sprzątaniu wyczerpywały ją ponad wszelką miarę, do czego się jednak nigdy nikomu nie przyznała, ani się poskarżyła.

Jedyną jej powierniczką, zgarniającą w święte dłonie ciche łzy dziecka w ciemnościach Nocy - była owa Matka, Boża w niebieskim płaszczu z małym Jezusikiem na ręku, której utracony wizerunek został na zawsze wyryty na dnie serca i pamięci osieroconej dziewczynki. Do Niej - to wznosiła obie rączki, błagając o pomoc i ratunek. U Jej stóp składała z dziecięcą ufnością żale, troski dnia powszedniego i ból osamotnienia. Lżej wszakże nie było, ciężkie życie dawało się ukochanej wnuczce dziadka Wojciecha we znaki, ale wiara dziewczynki bynajmniej nie słabła. Aż raz - jak gdyby w nagrodę za tyle wierności - Ania znalazła się we śnie na cudownej łące, usianej kwiatami tak promiennymi jak gwiazdy, a wydającymi woń tak upojną, że mała chłonęła ją z zachwytem całą swą drobną istotką. Szmaragdowe, przezroczyste koniki polne wygrywały na skrzypeczkach nieziemskie melodie. Słońca nie było wcale, tylko nie wiadomo skąd płynąca jasność, rozpalała się w powietrzu. Ania klęczała wśród kwiatów w słodkim przeczuciu wielkiej radości. Wtem - jakby utkana z lazurów, spłynęła na łąkę Matka Boża z Jezusikiem na ręku. Płaszcz miała na sobie niebieski, powłóczysty, obrzeżony mrugającymi, złotymi gwiazdkami, bose stopki zanurzyła w jedwabiste, zielone trawy, a nad głowami Matki i Bożego Dziecięcia unosiły się na kształt aureoli różnobarwne motylki.

Tak szła wolno ku Ani i zatrzymała się przed nią. Boski Syneczek na ręku uśmiechnął się do dziewczynki. Ania, klęcząc, wpatrywała się bez tchu w nieziemskie zjawisko. Nagle - z góry, z dalekich przestworów, jęły spadać w bezmiernej ilości kwiaty niezapominajek. Jak się to stało, dziewczynka nie pojmowała, ale wnet błękitna grota sklepiła się nad cudownymi postaciami. Głosem tak słodkim jak miód z najczystszych kwiatów, Niebiańska Pani przemówiła do niej:

- Nie płacz, maleńka! Teraz ty będziesz pod moją opieką!

Promieniem gwiaździstych oczu rozświetliła smutne serduszko Ani, po czym jęła wolno odpływać, a grota z niezapominajek przeistoczyła się w bezkresne turkusowe otoczę. Barwami opali lśniące motylki odfruwały nad najświętszymi głowami. Polne koniki grały niemilknącą pieśń uwielbienia. Liliowe dzwoneczki, chwiejąc się na wysmukłych łodyżkach, dzwoniły... dzwoniły... dzwoniły...

- Aniu! Aniu! - wpadł do ucha śniącej dziewczynki ostry suchy głos panny Franciszki. - Dzwonek już dawno przebrzmiał, a ty się wylegujesz! Zapomnij raz na zawsze o tych pańskich wymysłach! Wstawaj natychmiast! Dziś na ciebie kolej posprzątać jadalnię. Weźmiesz szczotkę, sukna, a pamiętaj, że trzeba zamiatać kąty, bo środek sam siebie zamiata!

Ku rzetelnemu zdziwieniu kierowniczki Ania nie zamknęła się w upartym milczeniu, ale odparła raźno:

- Dobrze, proszę pani! Zrobię to wszystko prędziutko!

Suwając się na kolankach, w podwiniętej szarej sukience, Ania wycierała starannie podłogę drobnymi łapkami. Tego ranka otaczająca ją ciężka rzeczywistość zdała się jej łatwiejsza do zniesienia. Wierzyła święcie, że niedługo to potrwa. Przecież jest pod opieką Królowej Niebios! Ona wszystko może! Trzeba tylko poczekać, aż się zmiłuje.