Ania z lechickich pól. Tom III: Miłość Ani - Maria Dunin-Kozicka

Kup ebooka

24.90 zł
21.17 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dom prof. Tarszów

Pani Jadwiga Tarszowa siedziała przy biurku w swym studio i czytała z uwagą jeden z wielu listów, nadesłanych jej przez redakcję pisma ludowego, w którym pracowała od szeregu lat. Prowadziła bowiem dział odpowiedzi, zasycany przez licznych czytelników, darzących redakcję bezgranicznym zaufaniem wobec nieustannych dowodów, że nigdy przez nią w błąd nie byli wprowadzeni. Poruszało się tu przeróżne sprawy, od szkolnych, majątkowych, wojskowych, inwalidzkich począwszy, a kończąc na sercowych i najbardziej intymnych. Dookoła pani domu, pochylonej nad ćwiartką papieru, stały pod ścianami i tuż przy biurku mniejsze i większe szafy, przepełnione książkami, piętrzącymi się również na stołach w pozornym nieładzie, usprawiedliwionym częstym po nie sięganiem wytrawnej pracowniczki. Na grubym tomie encyklopedii umieściła się niby żywy przycisk, kotka faworytka i oplótłszy przednie łapki pręgowatym ogonkiem, wpatrywała się zmrużonymi zielonymi ślepkami w nieruchomą jasną głowę swej pani. Te krótko przycięte włosy nie przywodziły na myśl owych nieujarzmionych ongi, bladowłosych warkoczy, sięgających aż po pięty i zbytnio ciążących tej samej, ale młodzieńczej wówczas główce panny Wisieńki. Koń, ruch i pole były jej żywiołem, gdy sadziła wtedy przez ugory i miedze litewskie, osłonięta falującym płaszczem rozplecionych w biegu warkoczy, których żadna wstążka nie zdołała utrzymać w karności. Dziś ironizujące życie przykuło ją do fotela, dając do ręki cięte pióro zamiast junackiej szpicruty. Twarz jeno pozostała równie pogodna i różowa, jak w tych minionych latach, kiedy to całe otoczenie zwało pannę Jadzię "Wisieńką", a choroba nie zdołała przyćmić wrodzonej wesołości i żywości usposobienia. Szelest odwracanej kartki wyrwał rozpieszczoną kotkę z posągowej nieruchomości. Sprężonymi pazurkami pociągnęła leciutko wełniany rękaw pani domu, przypominając w ten sposób o swej obecności.

- Leila! Nie przeszkadzaj! - odezwał się miły głos, z nutką pozornej srogości. - Widzisz, że jestem zajęta. Muszę zatelefonować do M. S. Wojsk., bo to sprawa biednego inwalidy. Przysiadłaś mi sznur od telefonu, ale co to ciebie obchodzi!

Leila, słusznie tak nazwana, gdyż niejednego już Hassana zdradziła, ziewnęła na to oświadczenie, wykazując doskonałą obojętność na kwestie, które jej pani rozstrzygała z niemałym nakładem dobrej woli i umiejętności. Po telefonicznej rozmowie pani Jadwiga napisała wyczerpującą odpowiedź i zarubrykowała ją w liczbowej księdze, leżącej przed nią, po czym wzięła następny list do ręki. Po chwili wesoły uśmiech pojawił się na jej ustach, lecz w miarę czytania rosnące zakłopotanie przyćmiewało go stopniowo. List zawierał następujące wynurzenie:

Ukochana Redakcjo naszego "Pielgrzyma Ludowego"!

Zacna Przewodniczko tysiącznej ludzkości! Zwracam się i błagam z gorącą prośbą do Redakcji o radę, która będzie miała znaczenie dla mnie nawet na równi z moim życiem. Mam 26 lat i mam dwie narzeczone. Jedną wybrało moje serce, a drugą - moja rodzina. Pierwsza jest uboga i pracuje w fabryce, przez co rodzice moi jej nie chcą. Druga natomiast jest bogata, ale ja jej wprost nienawidzę! Rodzice grożą mi wydziedziczeniem, a ja wtedy stracę około 15 tysięcy złotych. A jeśli się ożenię, to ta, która za mną wprost przepada, zdecydowana jest na wszystko i sama zginie! Muszę jeszcze się przyznać, że jestem po zapowiedziach, z tą której nie kocham, z namowy rodziny. Więc co mam robić?! Co mam począć, nieszczęsny?! Ukochana Redakcjo! Poradź mnie biednemu...

- Rzeczywiście, biedne chłopczysko! - wyrwało się półgłosem pani Jadwidze. - Powinien iść za głosem serca, ale zbyt daleko zabrnął. Przecież zerwanie po zapowiedziach jest na wsi skandalem. Jedyna droga chyba, to... - zatopiła się w myślach nad rozwikłaniem tego trudnego problemu, gdy nagle wyostrzony jej słuch złowił dźwięk dzwonka w przedpokoju.

Stereotypowe pani wyszła z domu nie miało prawa obywatelstwa u prof. Tarszów, nie tylko dlatego, że pani wychodziła istotnie nadzwyczaj rzadko, ale i z tego powodu jeszcze, że każdy gość był tu mile widziany, a koło przyjaciół składało się z ludzi, którzy zawsze mieli coś ciekawego do powiedzenia. Po krótkiej tedy chwili Zuzia, wieloletnia służąca profesorostwa, wszedłszy do studia niemal bezszelestnie i zwinnie, oznajmiła przyciszonym głosem:

- Pani Alfredowa Przedborowa - i podała bilet wizytowy.

- Co ty mówisz?! Pani Przedborowa?! Ależ to nadzwyczajne! Co za niespodzianka! - wykrzyknęła z radosnym zdumieniem pani Jadwiga i tak impulsywnie sięgnęła po laskę, leżącą na stole, że Leila, spłoszona tą gwałtownością, w dwóch susach znalazła się na szafce z książkami, skąd popatrywała ciekawie na niezwykle żywe ruchy swej pani, dźwigającej otyłą nieco postać z fotela, podpierającej się laską i podążającej z możliwą szybkością w stronę salonu.

Tu dopiero nastąpił wybuch serdeczności z obu stron.

- Droga pani! Nareszcie przypomniała sobie pani o naszym istnieniu! - zabrzmiał głos pełen wyrzutu, stłumiony natychmiast wielokrotnymi uściskami.

- Najmilsza pani Jadwigo! Przecież tak niedawno przeniesiono męża pani z Wilna do Warszawy.

- Ale są poczty i to od czasów króla Cyrusa! A tu nic i nic! Dwa listy i głuche milczenie, a tak zżyliśmy się w Truskawcu w czasie tego niedługiego urlopu pana Alfreda.

- Proszę darować wygnańcom. Życie pochwyciło nas w niemiłosierne swe tryby i na nic nie mamy czasu. Do tego stopnia walka o byt przygłusza inne pragnienia. Nie mówmy jednak o tym. Kochana pani domyśla się, że to jest moja córka, Ania?

- Oczywiście. Niechże cię ucałuję, miły paziku w loczkach! - zaśmiała się szczerze pani Jadwiga, tuląc młodą dziewczynę do piersi, przy czym filigranowość Ani wystąpiła tym bardziej na jaw w tym uderzającym kontraście. - Podobna jak dwie krople wody do fotografii, pokazywanej mi przez państwa w Truskawcu, ale za to nie przypomina zupełnie swych rodziców - tu profesorowa odsunęła się nieco od dziewczęcia, przypatrując się jej z życzliwym uśmiechem: - Tylko kolor oczu pana Alfreda - czyniła dalej swe spostrzeżenia - ale rysy zgoła inne.

Tajemniczy uśmieszek wykwitł na ustach Ani i zgasł tak szybko, że widzowie tej sceny mogliby sądzić, iż ulegli złudzeniu.

- Może usiądziemy - zaproponowała pani Vera. - Kochana gospodyni domu tak jest przejęta naszym widokiem, że muszę wchodzić w jej rolę, a widzę, niestety, że boska Naftusia nie uzdrowiła chorej nogi.

- Litewski upór! - dorzuciła wesołym tonem pani Jadwiga, opierając się mocno na lasce i siadając powoli na kanapie obok swego gościa.

- Nie straciła pani humoru, najmilsza Litwinko! Jaką jednak siłę posiadają więzy duchowe! Nie widziałyśmy się trzy lata, a wydaje mi się naprawdę, że rozstałyśmy się dopiero wczoraj. Gdy przeczytałam w Kurierze, że profesor Józef Tarszo objął katedrę na Uniwersytecie Warszawskim, tak mi żywo stanęły w pamięci nasze rozmowy, wycieczki, przygody truskawieckie, że postanowiłam zaraz odwiedzić państwa.

- Mamusia zadręczyła przynajmniej dziesięć telefonistek, zanim dostała adres państwa - odezwała się Ania przekornie.

Szybkie i sprężyste kroki dały się słyszeć w przedpokoju i po chwili pan domu wszedł do salonu. Był to niewysoki, szczupły blondyn o niezmiernie wyrazistej twarzy i piwnych oczach tak pełnych życia, iż szkła, które stale nosił z powodu krótkiego wzroku, zdawały się być reflektorami tej tryskającej werwy. Jasne włosy, uczesane na przedziałek, zdradzały indywidualistę w każdym calu, gdyż z widocznym przymusem ulegały szorstkim wpływom szczotki, tworząc - jakby dla zaznaczenia własnej woli - nieposkromiony wicherek nad czołem. Ubrany starannie, ale bez przesady, szczery i prawdziwy w każdym ruchu i słowie, wywarł na Ani pociągające wrażenie. Szedł przez salon z wyciągniętymi rękami, gdyż wrodzona mu żywość chciała, by w ten sposób przyspieszyć chwilę powitania bardzo dlań miłego i nieoczekiwanego gościa.

- Droga pani Vero - rzekł, całując jej ręce. - Jakież dobre bogi panią tu przyniosły? Często mówiliśmy o państwu, ale wyznam szczerze, że nie mieliśmy nawet adresu państwa w ostatnich czasach. Ktoś mówił mi, że pan Alfred zmienił posadę, ale dokładniejszych wskazówek dać nie umiał.

- Ta ostatnia posada tak się nam dała we znaki, że lepiej o tym nie mówić - powiedziała pani Vera, zaczerwieniwszy się lekko pod wpływem przykrych wspomnień. - Wszystko to już przeszło i znajdujemy się obecnie w jakiejś pomyślniejszej fazie losu, ponieważ mój mąż został radcą rolnym przy ambasadzie polskiej w Paryżu i wkrótce mamy tam wyjechać. Tymczasem jednak pracuje w Ministerstwie Rolnictwa. Wybierał się do państwa razem z nami, ale przeszkodziło mu ważne posiedzenie.

- Jakże się cieszę, że pan Alfred zdobył stanowisko, jakie słusznie mu się należy wobec jego rozumu i wiedzy fachowej. Pewien jestem, że praca jego na obczyźnie przyniesie korzyść Państwu Polskiemu. Ta jednak pomyślność i tamte przykrości nie tłumaczą mi wcale, dlaczego najłaskawsza pani urwała nagle korespondencję z jej niegodnymi sługami? - tu profesor przycisnął ręką szkła, które miały stałą tendencję do zsuwania się ze szczupłego, rasowego nosa, a to z powodu zbyt gwałtownych ruchów głową. Trudno i darmo! Szkło nie jest źrenicą i odwrotnie.

- Józiu! - zgromiła męża pani Jadwiga. - Czy ty się nie domyślasz, że ta młoda osoba, która spogląda na ciebie okiem rozbawionym, a tak szafirowym, jak najpiękniejszy bławatek - to jest...

- Ania! Czyli panna Ania, przepraszam! - wykrzyknął pan domu, który już na pierwsze słowa żony obrócił się w stronę dziewczyny i witał ją bez słów całą gamą uśmiechów i spojrzeń. - Jaka malutka rączka - mówił dalej wesoło, ujmując wyciągniętą doń rękę Ani. - Czy tu się zmieści pocałunek wąsatego profesora? A nóżka jak u Kopciuszka? Królewicz z bajki nie miałby wiele kłopotu z nałożeniem na nią zgubionego pantofelka. A na ślubie jedlibyśmy i pili, i weselili się całą duszą, prawda panno Aniu?

- Na pewno. Na gorycze będzie zawsze dość czasu - odparła swobodnie.

- Świetnie. Już widzę, z kim mam do czynienia. Czyż nie można było wyręczyć mamusi i napisać kilka słów na kartce do Wilna, donosząc wiernym przyjaciołom, co porabiacie i jak się wam powodzi? - przekomarzał się z Anią, wpatrując się w nią z widocznym upodobaniem.

- Nie przypominam sobie, abyśmy otrzymywali z Wilna jakieś wiadomości. Trzeba przyznać, że Litwa okazała się w tym wypadku nie lepszą od Ukrainy - podkreśliła dziewczyna z przekorą tak pełną wdzięku, że zachwycony profesor roześmiał się na cały głos, odrzucając w tył głowę i wciskając szkła na nos, a pani domu oznajmiła uprzejmie:

- Wobec takiego zrównania Kresów, zapijmy tę sprawę herbatą - i podniosła się z kanapy, ze starannie ukrywanym wysiłkiem, co jednak nie przeszkodziło Ani skoczyć ku niej i podać jej rękę.

- Dziękuję, powiewny motylku - rzekł profesor serdecznie, podtrzymując żonę silnym ramieniem - ale na takim skrzydełku trudno się oprzeć - tłumaczył z rozbrajającą szczerością.

- Jestem bardzo silna w ręku - zapewniała Ania gorliwie. - Nawet tatuś mi to przyznaje.

Wchodzili wszyscy do jadalni, gdzie krzątała się Zuzia, szczupła blondynka o bladym czole i płowych włosach, surowo w tył zaczesanych. Ruchy jej były tak lekkie, że nie słychać było odgłosu stąpania, a cała obsługa przy stole zdawała się spływać na gości bez jej współudziału.

- Panie pozwolą, że przedstawię im naszego siostrzeńca - powiedziała pani Tarszowa. - Usiądź, Carlo, obok Ani i staraj się, by twej sąsiadce niczego nie brakowało.

Wysoki, bardzo przystojny brunet podszedł do pani Very i pocałował ją w rękę, po czym skłonił się przed Anią i usiadł naprzeciw niej. Życzliwy półuśmiech, z utajoną w nim rzewnością nadał małym ustom dziewczyny tyle podbijającego, dziecięcego wyrazu, że szafirowe oczy chłopca, obramowane długimi, czarnymi rzęsami, spoczęły na niej z mimowolnym zachwytem.

- Jaki on podobny do Adama - myślała Ania z rozrzewnieniem, które starała się opanować. - Oczy i wzrost, nawet profil przypominają mi tego biedaka, który był dla mnie tak prawdziwie po bratersku dobrym, a który już dawno leży na cmentarzu w Zakopanem, jak to wiem z listów Marysieńki. Ciekawam, czy i ten jest równie wartościowy, jak tamten? - podniosła oczy i spojrzała uważnie na Carla, jak gdyby chcąc przeniknąć go na wylot, ale wejrzenie jej oparło się o zasłonę z rzęs, poza którą migotało coś nieprzeniknionego.

- Czy jest on równie delikatnym w obejściu jak Adam? - rozmyślała jeszcze. - Rysy jego nie są tak subtelne jak tamtego, a usta i zęby mają w sobie coś wilczego. Nie! Jaka ja jestem zabawna! Czy mam prawo tak ostro sądzić z pierwszego wrażenia? Nie. Teraz patrzy na mnie. Doprawdy przypomina zupełnie Adama.

- Więc państwo stracili nadzieję powrotu do siebie? - zagaił rozmowę pan domu, przysuwając do pani Very wspaniale usmażone konfitury.

- Nie traci się nadziei do końca życia, zwłaszcza gdy tak się kochało ziemie kresowe, jak my! - odparła żywo. - Zgodziłabym się na tę tułaczkę i walkę o byt, na to pognębienie jednej klasy społecznej, gdyby ci władcy Rosji dali naprawdę szczęście narodowi. Ale jeśli miliony bezrobotnych rzucają na obu półkulach groźne pytanie, czy powinien istnieć system, nie mogący wyżywić niewolników kapitalizmu, to czyż nie mają do tego samego prawa głodni niewolnicy sowieccy?! Komunizm w Rosji nie dał przez siedemnaście lat swego istnienia żadnych realnych dowodów swej doskonałości.

- Pani tak sądzi? A ja uważam, że bolszewicy mają wielką zasługę, ponieważ nauczyli pracować tych, którzy umieli dawniej tylko wydawać i myśleli tylko o sobie. Robotnikom źle się nie dzieje. Pani informacje są mylne. - Głos Carla miał ton narzucającej się pewności.

- Za to twoje są pierwszorzędne - rzekł profesor niechętnie.

- Et, Carlo, daj spokój! Występujesz zawsze z jakimiś nadzwyczajnymi teoriami - zaśmiała się pobłażliwie pani domu.

- Ja tylko wypowiadam moje najgłębsze przekonanie, ciociu - odparł bez wahania młodzieniec, przy czym drwiący uśmieszek błąkał mu się po wargach.

- Czy on tak myśli naprawdę, czy też przemawia przezeń duch przekory? - rozmyślała Ania, patrząc nieznacznie na swego sąsiada.

- Co do mnie, to nikt nie może zarzucić mi próżniactwa, ani wstecznictwa - mówił bardzo żywo profesor - a twierdzę jednak, że uniform komunistyczny, standaryzowany człowiek, spopielała radość życia - budzą we mnie takie przerażenie, iż wolałbym odebrać sobie życie, niż żyć w takich warunkach. Zgadzam się z Sandersonem i uznaję tylko życie twórcze, najeżone niebezpieczeństwami, płonące entuzjazmem, życie aktywne, radosne, dionizyjskie, gardzące monotonią i szablonami. Budzenie wiary w postęp ideałów ludzkości, pomnażanie indywidualnych sił twórczych - oto są teorie tego wielkiego pedagoga, jakie i ja wyznawałem od lat najmłodszych.

- Czyż znajdzie się człowiek, który by się nimi nie zachwycał?! - przemówiła Ania, wpatrzona w profesora.

- To prawda! - dorzuciła z zapałem jej matka. - Dlatego buntuję się przeciw doktrynerom rosyjskim, którzy głodnym i zobojętniałym ludziom pozwolili na jedno tylko uczucie: Troskę o piatiletkę1!

Krótki dźwięk dzwonka wmieszał się do ciekawej rozmowy towarzystwa.

- Pacjenci się złażą - jęknął komicznie profesor. - Plaga mego życia! Ale dziś niech trochę poczekają.

- Proszę mu nie wierzyć - zaprzeczyła wesoło żona. - Bez swoich chorych i bez klinik żyć by nie mógł na pewno, a pacjenci kochają go jak najlepszego przyjaciela i wierzą mu bezgranicznie.

- Nie chwal mnie, Wisiu, bo wobec ciebie jestem partacz, cyrulik z Pacanowa! Ładny mi profesor uniwersytetu, który nie może wyleczyć chorej żony!

- Jeszcze nie wynaleziono sposobu wprawienia zdrowego nerwu na miejsce chorego - pocieszała męża pani Jadwiga. - Zobaczysz, że i tego doczekamy się w obecnej dobie wspaniałego rozkwitu techniki i wynalazków.

- Ponieważ jestem dzieckiem tej epoki, proponuję rodzicom, że polecę samolotem do Grenoble, zamiast wlec się antycznymi pociągami, ale nie zgadzają się, niestety! - odezwała się Ania, patrząc na matkę.

- To pani jedzie do Grenoble2 na uniwersytet? - zainteresował się milczący dotychczas Carlo. - Mam tam paru kolegów z gimnazjum i zazdroszczę im prawdziwie tego życia studenckiego, tak różnobarwnego, ciekawego i nie dającego się nawet porównać z tutejszą szarzyzną - skrzywił usta z wyrazem wyższości.

- Hm! - sarknął popędliwie pan Józef. - Może zazdrościsz im egzotycznego próżniactwa, bo i ja mam swoje i pewne wiadomości o tym ich życiu.

Błysk urazy z pięknych oczu Carla był jedyną odpowiedzią na ostrą replikę wuja, gdyż liczył się z jego zdaniem i niechętnie wdawał się z nim w dysputy, gdyż był zawsze pobity w takich razach.

- Muszę się usprawiedliwić z mego zacofania - przerwała zmącony chwilowo nastrój pani Vera. - Od czasu naszych ciężkich przeżyć w Bolszewii Alfred miewa zawroty głowy, a chcemy odbyć tę podróż we troje, aby się nacieszyć wrażeniami Ani wobec takich cudów natury, jak Hemmering i Alpy, które będzie oglądała po raz pierwszy w życiu. Z Paryża pojedzie do Grenoble już sama.

- A tu na złość, panna Ania to indywidualistka pierwszej klasy, jak gdyby była moją rodzoną córką - śmiał się profesor, zwracając głowę z błyszczącymi szkłami na nosie w stronę dziewczyny i ogarniając ją ciepłym spojrzeniem. - Co, miła panienko? Oj, te loczki, kręcące się niesamowicie w różnych kierunkach, wiele mówią mi o charakterku, o którym tyle słyszałem w Truskawcu od rozkochanego tatusia i od ośmielającej się krytykować matki. Proszę się przyznać, panno Aniu, staremu psychologowi.

- Staremu? - powtórzyła dziewczyna z miną, wyrażającą mocniejszy protest, niż słowa. - Ja tu widzę stokroć więcej intuicji, niż lat. Przyznaję jednak najchętniej, że nęci niemożność spróbowania własnych sił. Może to leży w naturze człowieka i - ptaka?

- Pięknie - zdecydował pan domu. - Prorokuję, że pani przywiezie za rok dyplom z Grenoble, co nie każdemu się uda - tu spojrzał z lekką złośliwością na Carla.

Pani Vera popatrzyła na zegarek:

- Nakarmili nas, czas do domu, czas! - oznajmiła z wrodzonym sobie humorem. - Ach! Jakiż on miły! - zachwyciła się nagle, widząc burego kotka, który wdrapał się po nodze pana domu na jego plecy i oparłszy się łapkami o jego głowę, zaczął lizać ucho, mrucząc przy tym pieszczotliwie.

- To synek Leili, Hassanek - wyjaśniła pani Jadwiga z zadowoleniem. - A oto jego matka. Patrzcie! Obejrzała nas wszystkich swymi zielonymi ślepkami i zdecydowała się na wybór. Już jest na kolanach Ani. Widocznie, Aniu kochana, lubisz zwierzęta, gdyż one czują przez skórę swoich przyjaciół.

- Istotnie - potwierdziła pani Vera. - Kiedy byłyśmy czas jakiś w Przymilepkach u stryjenki naszej, Przedborowej, to Ania zasłynęła tam jako opiekunka psiego i kociego rodu.

Zaśmiali się wszyscy chórem, a dziewczyna głaskała kotkę wzdłuż grzbietu z miłą dla niej czułością. Wtem Leila wydała pisk bólu i zeskoczyła z kolan Ani, która spojrzała gniewnie na Carla:

- Jak pan mógł przycisnąć jej tak ogonek?! - zawołała z oburzeniem. - Biedne zwierzątko, słabsze od pana. Fe! Wstyd! - i uderzyła go lekko, ale niechętnie, po ręku.

- Masz, na co zasłużyłeś, Karolu - rzekł poważnie pan domu, rzucając porozumiewawcze spojrzenie na żonę, uśmiechającą się z przymusem i nie wiedzącą, jak załagodzić to drobne wprawdzie, ale niemiłe dla niej zajście.

- Niestety, musimy państwa kochanych pożegnać - tu pani Vera wstała od stołu. - Alfred na pewno już na nas czeka i będzie miał po raz setny powód do przekomarzania się z nami na temat naszej niesłowności.

- Szkoda - powiedziała z żalem pani Jadwiga. - Nie wyczerpaliśmy jeszcze ani jednej kwestii do głębi, a mamy ich tyle do omówienia.

- Więc jeśli państwo pozwolą, to pojutrze wybierzemy się do nich na jakąś godzinkę po obiedzie - zaproponował pan domu, całując ręce gości na pożegnanie.

- Na cały wieczór - poprawiła go pani Vera, przy czym głos jej miał tak mile proszące tony, że ujęci tym oboje Tarszowie przyrzekli chętnie swą bytność.

- Ja osobiście wybieram się jednak do państwa Przedborów na godzinkę, a do ich córki na resztę wieczoru - zażartował pan Józef. - To będzie moja nagroda za... Za co, panno Aniu? - wpatrzył się w nią z przyjacielskim uśmiechem.

- To już my wiemy, panie profesorze - odcięła się rezolutnie.

- A innym nic do tego! - rzucił, śmiejąc się już na cały głos i poprawiając niesforne szkła na nosie.

- Słowem, jesteście świetnie dobrane, ostre kasztany - zakonkludowała pani Vera. - Mieliśmy taką czwórkę przed opuszczeniem naszej drogiej Czereszeńki. Chodźmy już, Aniu, bo nie zdecydujemy się nigdy na rozstanie z tym domem.

W taksówce matka wychwalała z żywością zalety swych truskawieckich przyjaciół, czemu Ania raz jeden przytaknęła. Zajęta bowiem była odtwarzaniem w myśli postaci i słów dawno przebrzmiałych zgasłego przedwcześnie Adama, którego istotnie lubiła i ceniła, a którego Carlo przypominał jej tak wyraźnie, podobny do niego dziwnym trafem.

Pan Alfred czekał na swoje panie w pensjonacie na Krakowskim Przedmieściu, gdzie Przedborowie chwilowo zamieszkali. Na widok wchodzących do pokoju pani Very z Anią, przestał muskać szczotką starannie utrzymane małe wąsiki i odwróciwszy się od lustra, przed którym stał wyprostowany, oznajmił z niezadowoleniem w głosie:

- Mam dla was nowinę, moje drogie, ale nie z tych przyjemnych.

- Co się stało? - zapytały obie, stropione i przyzwyczajone już do zdradzieckich niespodzianek losu.

- Mój szef oświadczył dziś na posiedzeniu, że zatrzymuje mnie w Warszawie do grudnia.

- Cóż będzie z Anią? - wykrzyknęła pani Vera. - Przecież wykłady na uniwersytecie w Grenoble rozpoczynają się pierwszego listopada.

- Przeznaczenie, mamusiu. Widocznie sądzone mi było, że pojadę sama - rzekła z tajonym zadowoleniem Ania, zdejmując kapelusz i jesionkę.

- Wcale mnie to nie zachwyca - oponowała matka. - Dziękuję ci, Fredziu - zwróciła się do męża, pomagającego jej rozebrać się z płaszcza. Usiadła na fotelu i splotła z zakłopotaniem ręce:

- Nie jestem zacofana, ale uważam, że młoda dziewczyna, jadąca po raz pierwszy przez całą Europę sama, może być narażona na różne powikłania, chociażby wskutek nieznajomości języka niemieckiego. Wolałabym, abyś poczekała na nas, moja Aniu.

- Za nic, mamusiu! - wykrzyknęła gorączkowo. - Według mego zdania rodzice powinni rzucać dzieci w wir życia, jak kaczęta na wodę. Niech sobie radzą jak umieją! Niech giną, jeśli są niedołęgami! W taki sposób młodzi się wyrabiają, nieprawdaż, tatusiu?

- Pewnie. Im więcej głupstw wyczynią, tym większej nabiorą mądrości - poparł ją na pół żartobliwie.

- Widzę, że jak zwykle - przegłosujecie mnie. Ale jeśli się na to zdecyduję, to pod warunkiem, że dasz mi, Aniu droga, słowo, iż z nikim obcym nigdzie nie pójdziesz i nie dasz się nigdzie zaprowadzić, chociażby ci to proponowała najbardziej pociągająca z wyglądu kobieta. Rozmawiałyśmy z tobą niejednokrotnie o zasadzkach życia i wiesz dobrze, co mam na myśli.

- Matka obawia się, że cię uśpią, a potem obudzisz się dopiero w haremie sułtana, niby nasza podolska Rokbolanka - żartował pan Alfred, obejmując córkę ramieniem i stając z nią przed żoną. - Kto wie? Może wynikłoby z tego entente cordiale pomiędzy Turcją a Polską? Co, Vero? Wierzę w talent dyplomatyczny naszej córki. Waham się nawet, czy nie należałoby jej poświęcić dla tak wielkiego celu?

- Nie bagatelizujcie moich przestróg dla dowcipu - oburzyła się pani Vera.

- Jeśli mamy mówić serio, to chyba wierzysz w to, moja kochana, że naszej Ani nikt wbrew jej woli nigdzie nie zaprowadzi i w pole nie wyprowadzi!

- Wielkie rzeczy podróż do Grenoble! - uspokajała matkę Ania.

- Oczywiście, że Krzysztof Kolumb dokonał daleko trudniejszej imprezy! - zgodziła się pani Vera z pewnym rozdrażnieniem.

- Mamusiu! - dziewczyna zarzuciła matce ręce na szyję. - Bardzo dziękuję mamusi za tyle troskliwości - wodziła ustami po jej policzku, obdarzając lekkimi pocałunkami - ale proszę mi zaufać, proszę chcieć w to uwierzyć, że dam sobie radę w każdym wypadku.

- Dobrze. Niech i tak będzie. Zaznaczam tylko, że mowy być nie może o samolocie. Powiezie cię przez Europę antyczna lokomotywa zamiast motoru fruwającego ptaka, mój nowoczesny Ikarze! - głos pani Very brzmiał tak niezłomnie, że Ania spojrzawszy przelotnie na ojca i nie widząc w nim tym razem sojusznika, przyjęła ten wyrok z rezygnacją, odkładając ziszczenie swych marzeń do jakiejś pomyślniejszej chwili.

Etudianci23 w Grenoble

Pension Laurin, w którym ulokowała się Ania, zajmował piąte piętro skromnej kamienicy. Nie znano tu takiego luksusu, jak pokój osobny, każdy z nich bowiem przeznaczony był dla dwóch lub trzech mieszkańców. Współlokatorką Ani była również Polka, panna Danka Sławińska, z czego Ania nie była z początku zadowolona, gdyż chodziło jej o nieustanną wprawę w obcych językach. Wkrótce jednak tożsamość celu i podstawowa cecha samodzielności zadzierzgnęła między dwiema studentkami coraz mocniejszy węzeł wzajemnego porozumienia. Obie pragnęły iść przez życie o własnych siłach, obie uczyły się z zapałem i studiowały pilnie wydział literacki na sławnym uniwersytecie w Grenoble. Ta była wszakże pomiędzy nimi różnica, że Ania występowała zawsze jako rzeczniczka ładu społecznego o zdemokratyzowanych podstawach, wówczas gdy Danka, wychowana przez uwielbiającego ją, a bardzo liberalnego ojca, rzucała rękawicę całemu dotychczasowemu ustrojowi.

Rozmarzone jej oczy, o łagodnym wyrazie oswojonej sarenki i pogodna, ładna twarzyczka tworzyły taki kontrast z wywrotowymi teoriami, sypiącymi się potoczyście z ust drobnych i mocno pąsowych, że spostrzegawczość Ani określiła nową koleżankę mianem "przemiłej anarchistki", co jej często powtarzała ze śmiechem. Danka się nie obrażała, przeciwnie - wznosząc na Anię śliczne czarne oczy o wilgotnym połysku i wydmuchując zgrabne kółeczka dymu z cienkiego papierosika, przyznawała szczerze: - W tym żarcie jest duża część prawdy, moja droga!

Sąsiedni pokój zajmowała trzecia Polka, Madzia Grajewska, przystojna brunetka, istny mól książkowy, tak przy tym dobra i uczynna, że porównanie jej do Madzi z Emancypantek24 Prusa nasuwało się co chwila rodaczkom. Doszło wreszcie do tego, że cudzoziemcy etudianci, mieszkający w pensjonacie, zaznajomili się z działalnością literacką du fameux Prousse25 i psychologią jego bohaterki. Towarzyszką Madzi w jej sypialni była Daisy, młodziutka, urocza Angielka o kasztanowatych włosach, różanej cerze i stylowym profilu, tak bajecznie zdolna, że przyjechała ze swej wyspy jako stypendystka na studia uniwersyteckie w Grenoble. Wieczorami cały pensjonat gromadził się przy wspólnym obiedzie, gdzie niefrasobliwy, młodzieńczy humor i radość życia triumfowały nad niewyszukanym menu nowożytnej Giocondy. Ania szybko zaaklimatyzowała się w nowych dla siebie warunkach i już po tygodniu wielojęzyczny gwar, jaki witał je z Danką, gdy wchodziły do jadalni po całodziennej pracy, zdawał się być czymś dawno znanym i naturalnym.

- Bonsoir, mademoiselle Annie26 ! Comment ça va, mademoiselle Danka27 ? Dlaczego panie tak się dziś spóźniły? Czyżby księgi mądrości, w jakich panie stale toną, zawierały w sobie więcej magnesu, niż towarzystwo takich czarujących kolegów, jak my? - żartował wesoło Raymond, młody Francuz, nerwowy, kochliwy, bardzo przystojny brunet, typ południowca.

Danka przyjęła to spostrzeżenie dość chłodno, gdyż lekceważenie mężczyzn, jako niższych od kobiety leżało w jej programie życiowym, co nie przeszkadzało jej bałamucić kolegów i cieszyć się w duchu wrażeniem, jakie jej uroda na nich wywierała. Odpowiedziała tedy spokojnym tonem, przeciskając się pomiędzy krzesłami a ścianą i dążąc do swego miejsca:

- Zaczytałyśmy się po prostu w listach z domu - usiadła obok Raymonda i rozkładając na kolanach serwetę, mówiła dalej: - Ja dostałam długą epistołę od ojca, a Ania od przyjaciół z Warszawy.

- Musi się w tym kryć jakiś cichy admirator z Polski, pas vrai, mademoiselle Annie28 ? - dokuczał żartobliwie drugi kolega, młody Amerykanin, Rodney, niewielkiego wzrostu, znany sportowiec, wybitny jako umysł i charakter, ale pozbawiony zupełnie zmysłu estetycznego, o czym świadczyły dziwnie niegustowne i źle dobierane do ubrań krawatki.

- Mówiący ma rację - rzucił krótko towarzysz Raymonda, Samuel, góral francuski, nie wstydzący się swego pochodzenia, ale przeciwnie, ceniący w należytym stopniu swą głęboką inteligencję i pracowitość. Obdarzał Anię szczerą sympatią i wyróżniał ją spośród koleżanek, toteż i teraz patrzył na nią z przyjaznymi błyskami w oczach.

- Da liegt der Hund begraben29 - rzekł z naciskiem Fritz, Niemiec z Prus Wschodnich, zaborczy, agresywny, trawiony nieustanną gorączką polityczną z powodu traktatu wersalskiego, korytarza i polskiego morza. Pracowitość Ani wzbudzała w nim szacunek, ale jej narodowość kładła tamę wszelkiej przyjaźni. Spojrzał jednak na dziewczynę z mimowolnym uśmiechem, gdyż wszelkie aluzje do miłości i zakochania tworzą w młodzieńczych latach teren prawdziwie międzynarodowy.

- Oh! La, la, la! Mademoiselle Anie ?! Co znaczą te róże alpejskie na naszej Jungfrau30?! - wykrzyknęła swawolnie Daisy, widząc rumieniec Ani, która chętnie dałaby sobie klapsa za ten niepotrzebny objaw wrażenia. Dostała bowiem list od profesorowej Tarszowej, a w dopisku ukłony od Carla dla niezapomnianej pogromczyni dzikich instynktów. Zła była na siebie i na niego, i na kolegów, podejrzewających ją o jakieś amory, gdy w rzeczywistości opanowana była całkowicie myślą chlubnego dyplomu.

- Takie róże zakwitają na policzkach innych dużo częściej, niż na moich - odcięła się jednak natychmiast, rzucając wieloznaczące spojrzenie na Rodney'a i na śliczną Angielkę, która od pierwszej chwili zapałała niezwykłą sympatią do mądrego Amerykanina.

Rodney zaśmiał się krótko i szczerze, ukazując białe, zdrowe zęby:

- Nie zaczepiajcie Polek! - rzucił ostrzegawczo. - Wiadomo, że są arcydzielne. A któż nam dał Pułaskich i Paderewskich?!

- Nie starczyłoby nam dnia i nocy na wyliczanie wielkich mężów i kobiet polskich! - oświadczył ze zwykłą swemu narodowi, przesadną kurtuazją, młody Chińczyk, Lao-Ming. Ania polubiła go szczerze, gdyż był opanowany, rozumny i kulturalny. Był to syn mandaryna, potomek starej, cesarskiej dynastii Mingów.

- Słusznie - potwierdził Raymond, skłaniając głowę wytwornym gestem w stronę koleżanek Polek.

- Może byście dali nareszcie spokój tym wszystkim uprzejmościom! - zaprotestował arbitralnie Rodney. - Pogimnastykujmy lepiej nasze umysły. Mam dziś dla was pyszny temat do dyskusji.

- Słuchamy! Słuchamy! - buchnął gwar ożywiony, a oczy zebranych błysnęły ciekawością, gdyż młody Amerykanin posiadał istotny dar wynajdywania niebanalnych tematów.

- Uwaga zatem! - Rodney poprawił się na krześle i mówił, gestykulując żywo: - Stawiam na wadze szklankę, ważę ją z idealną dokładnością. Jest! All right31! Teraz wpuszczam do środka muchę, która fruwa w powietrzu, zamiast usiąść na ściankach. Compris32?! Politechnicy, literaci, prawnicy i ty, przyszła doktorko medycyny - tu spojrzał na Madzię - wstępujcie w szranki dyskusji i udowodnijcie, czy waga wykaże większy ciężar szklanki wobec takiego pasażera, czy też nie?

- Co za głupstwo! - zaoponował, śmiejąc się Lao-Ming. - Rozwiązanie nasuwa się samo. Żartujesz sobie z nas, Rodney!

- Hola! - wykrzyknęła Ania przekornie. - Mucha bije skrzydłami i zgęszcza powietrze w szklance. Jeśli mowa o idealnej wadze, to oczywiście, musi jej przybyć.

- Nie bierzemy w rachubę kwestii, czy mucha zechce latać w powietrzu, zamiast usiąść sobie wygodnie na szklance? - wyraziła powątpiewanie Danka. - Nikt jej nie zmusi do fruwania, a wówczas cała dyskusja upada.

- Czyżby i muchy były anarchistkami? - zapytał z udaną zgrozą Rodney. Zaśmiali się wszyscy chórem, nie wyłączając sprawczyni tej wesołości.

- Przecież mucha znajduje się w szklance, więc czy siedzi, czy fruwa, waga musi się zwiększyć - orzekł sucho Fritz. - Wy, Polacy, zdolni jesteście jako poeci, ale brak wam systematyczności w rozumowaniu.

- Istotnie, kolego! Najczystszą naszą poezją czynu jest Gdynia, która prawdziwie wyrosła z niczego - zgodziła się z nim pozornie Ania, z drwiącymi ognikami w szafirowych oczach.

- Do czasu! - zmełł przez zęby Fritz półgłosem.

Wieczorny dîner33 się skończył, a resztki skromnego deseru zgarnięte były na półmisek wedle planu skrzętnej gospodyni, która we wszystkich dysputach nie brała nigdy udziału, wodząc natomiast kontemplacyjnym okiem po mieszkającej u niej młodzieży. Ci obcy przeważnie etudianci stanowili dla niej jakby kupony do renty o dość wysokim oprocentowaniu. Jedyny Raymond cieszył się większymi jej względami, ponieważ jako syn zamożnych rodziców, wymagał więcej i płacił drożej.

- Pan już nas opuszcza, monsieur34 Raymond? - zapytała, podkreślając wyraźnie mniemany żal z tego powodu.

- Oui, madame - zbył ją krótko, ale grzecznie, student i rzuciwszy półgłosem kilka słów niemal do ucha Samuela, skłonił się wszystkim i wyszedł z jadalni. Gęsta, czarna czupryna przyjaciela_górala chwiała się demonstracyjnie i protestująco w czasie błyskawicznej utarczki z Raymondem, a oczy jego wpatrzone były teraz z przygnębieniem w drzwi, za którymi zniknął elegancki i przystojny młodzieniec.

- Znów poszedł grać w karty - Rodney uderzył pięścią w stół z gniewem i zdziwieniem jednocześnie. - I po co on tu właściwie przyjechał?

Samuel targnął niecierpliwym ruchem zmięty jak zwykle kołnierzyk. - Spytaj lepiej po co ja (podkreślił) tu jestem? Mam go powstrzymywać od tego strasznego nałogu i zobowiązałem się do tego wobec jego rodziców, a nie wiem doprawdy, jak mam się brać do rzeczy?! Wszystkie moje wywody i przedstawienia trafiają na grunt tak lekkomyślny, że - tu rozłożył ręce - że jestem bezradny!

Pełen troski wewnętrznej opuścił pokój, zapomniawszy nawet o obowiązkowym ukłonie dla zebranych kolegów, z których kilku już wyszło.

- Nasi także potrafią, niestety, grać w karty i próżnować - skonstatowała Danka, siedząca już na małej kanapce w rogu. Marzycielskimi oczyma patrzyła gdzieś w przestrzeń, przed siebie i paliła z wdziękiem cienkiego papierosika.

- To wstyd! - powiedziała surowo Ania. - Czyż oni nie rozumieją, że my tu wszyscy przedstawiamy nasze ojczyzny, że od naszego zachowania się zależy pojęcie obcych o nas, jako o narodzie i Państwie? Raczej u siebie, w kraju, mogą grzeszyć w ostateczności lekkomyślnym postępowaniem, ale tu, na obczyźnie - nigdy! Zgadzam się zupełnie z Danką, która pomimo swego anarchizmu twierdzi zawsze toż samo!

Lao-Ming skinął głową potakująco:

- Najlepsza dyplomacja, to zbliżenie młodzieży za granicą. Większe da to wyniki, niż Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Obcowanie młodych ze sobą, wspólne przeżycia, biedy, radości, czar lat młodzieńczych opromienią te nasze wspomnienia i uczynią je mostem, przerzuconym pomiędzy różnymi narodowościami. Wierzę, że gdy usłyszę w podeszłym wieku o jakichś kwestiach Polski, rozpatrywanych na forum międzynarodowym, to serce zabije mi sympatią dla narodu, którego urocze i dzielne przedstawicielki zmuszają mnie do szacunku dla ich ojczyzny - tu skłonił się z ogromną i szczerą uprzejmością przed Danką, Anią i Madzią, których wyraz oczu był dostateczną odpowiedzią na to uznanie.

- Przede wszystkim należy znieść granice - rzuciła Danka łagodnie. - Z rywalizacji poszczególnych państw wynika wojna, a przyznacie, że taka usankcjonowana rzeź, to barbarzyństwo! - nacisnęła kilka razy rewolwerek-zapalniczkę, która chronicznie się zacinała, wywołując dowcipy kolegów, że la belle Polonaise35 mało ma ognia.

- En avant, Danka36 ! - zaśmiała się Ania srebrzyście. - Zobaczycie, moi drodzy, jak ona zaraz zburzy cały dotychczasowy światopogląd, niby Galileusz37 swym wiekopomnym: Eppur si muove38!

- Ja tylko nie znoszę niewoli w całym znaczeniu tego słowa - oznajmiła Danka, strzepując lekko popiół z papierosa - a człowiek jest dla mnie celem sam w sobie i centrum stworzenia. Co mnie obchodzą najpiękniejsze teorie, jeśli wśród nich człowiek jest nieszczęśliwy?

- Zgodzę się chętnie, że droga do porozumienia polsko-niemieckiego nie idzie przez Genewę i przez Ligę Narodów, ale przez zbliżenie się młodzieży tych dwóch krajów na gruncie międzynarodowym - odezwał się nagle Fritz z przekonaniem. - Pewien jestem, że gdybyśmy odrzucili szowinistyczne racje stanu, to przyznalibyście mi słuszność, gdy twierdzę, że tak zwany korytarz jest krzywdą dla Niemiec, że żaden naród na świecie nie pozwoli, aby go tak przecięto na dwie połowy i że anulowanie tego nonsensu historycznego byłoby pierwszym krokiem do zgody sąsiadujących naszych krajów.

- Tak? - rzuciła Madzia opanowanym, ale mocnym głosem. - A jakież były wasze podstawy moralne, gdy ćwiartowaliście Polskę wspólnie z Austrią i Rosją, korzystając z naszej słabości i urządzając rozbiory naszej ojczyzny?

- Wasi królowie byli lennikami naszych cesarzy - uniósł się Niemiec.

- Ach! To tak dawno było! Czy warto o tym mówić? - machnęły ręką lekceważąco. - A zresztą czy to prawda? Kronikarze bujają nawet współczesnych, cóż dopiero mówić o potomności?! Zresztą Grunwald - to dość silny argument co do naszej samoistności.

- Byliście od wieków agresywni - zabrała głos Danka, nie unosząc się wcale i wygłaszając tak łagodnie piorunujące zdania, że Lao-Ming starał się ukryć dyskretnie mimowolny uśmiech. - Jakież to potworne, taka agresywność w centrum kultury Zachodu i Wschodu!

Fritz wyprostował się dumnie:

- Jesteśmy najkulturalniejszym narodem na świecie, bo nasza kultura przenika nie szczyty, ale cały naród! - wykrzyknął z uniesieniem. - W czasie ostatniej wojny mieliśmy identycznie świetne pielęgniarki dla swoich rannych i dla obcych.

- Co wam nie przeszkadzało znęcać się nad więźniami - skonstatowały trzy głosy dziewczęce, brzmiące unisono.

To powiedzenie zabolało snadź Fritza, gdyż zawołał nagle z rozpaczą:

- Co wy mówicie?! Boże Święty! - Ten wykrzyknik przytoczony był po polsku. Dziewczęta spojrzały na siebie i zrozumiały się wzajem doskonale. Ileż razy ten butny Niemiec, pochodzący z Prus Wschodnich, słyszał wśród miejscowej ludności polskiej ten bolesny zwrot do Stwórcy, że aż tak dobrze go zapamiętał?

- Dość tej dysputy - zaproponowała Ania stanowczo. - Zboczyliśmy z drogi zgody i wyrozumiałości na jakieś niepotrzebne manowce. Chodźmy lepiej na spacer przed snem i jutrzejszą pracą. Dobrze?

Lao-Ming skłonił się, wyrażając swą zgodę, Fritz zaś wyszedł ostentacyjnie, z twarzą pociemniałą od gniewu.

We czworo zeszli ze schodów i podążyli w stronę Place Grenette, będącego właściwym centrum życia w Grenoble. Nieustanny ruch tramwajów, autobusów i przechodniów nadawał przylegającym doń ulicom wygląd niezmiernie ożywiony i wesoły. Tu znajdowały się również dwie kawiarnie: Taverne des Dauphins, koncentrująca życie większości studentów, i Favorite, wytworniejsza, uczęszczana przez zamożniejszych spośród nich. Przechodząc obok pierwszej, dziewczęta rzuciły z ciekawością spojrzenie do wnętrza, gdzie zobaczyły poprzez obłoki dymu Raymonda, grającego w karty z paczką kolegów.

- Czy poznajecie naszych rodaków? - spytała gniewnie Ania. - Ładnie się popisują! Wstyd mi dziś było za swoich, gdy ten Amerykanin natrząsał się nad Raymondem.

- Nie wysłałabym nigdy dzieci swych za granicę na studia - rzekła Madzia stanowczo. - Zbyt wiele tu pokus, a nie wszyscy mają silną wolę!

- Zgadzam się z tobą - przytaknęła jej Danka. - Spójrzcie na tego "Bertusia", czyli Wojtka po prostu! Lekkoduch, w szaro-różowych, modnych pantalonach, z fajeczką w ustach, zadumany nad taką, lub inną rozgrywką, nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo szkodzi Polakom. Co sobie myślą o nas cudzoziemcy, widząc takich Rom, Fred, Paul, Thad i jak tam jeszcze ich przezywają, tych kartograjów i próżniaków?!

- Czy mogę dowiedzieć się, co panie tak oburza? - zapytał delikatnie Lao-Ming, wyczuwając muzykalnym uchem niezadowolenie w głosach koleżanek.

- Proszę nam darować. Byłyśmy naprawdę niegrzeczne, rozmawiając w nieznanym języku - zwróciła się doń Madzia - ale co pan mówi na te studia karciane?! Tam, w Polsce, niejedno biedne matczysko od ust sobie odejmuje, byleby syna wykierować na dyplomatę, lub inżyniera, a on w taki marny sposób wyzyskuje jej dobroć i poświęcenie! - wstrząsnęła się z oburzeniem.

Milczenie kulturalnego Chińczyka było dowodem, że potakuje w cichości krytycznym uwagom młodej studentki, ale nie wypowie na głos zdania, potępiającego jej rodaków. Ania z Danką również przycichły i pociągnęły Madzię za rękaw, sygnalizując w ten sposób koniec tej niemiłej rozmowy. Obchodzili tedy Place Grenette39, nie zamieniając słowa, lecz napawając się świeżym powietrzem i ostygając powoli. Koło katedry Notre-Dame skręcili na most przez Izerę, wiodący do wyżej nieco położonej dzielnicy La Tronche, siedliska bogatych Amerykanek i Angielek, przyjeżdżających na studia z własnymi automobilami. Jarzyła się ona od świateł elektrycznych, rozsypanych jak gwiazdki na ciemnym tle nocy. Humory poprawiły się znacznie, a doznane niedawno ujemne wrażenie poszło kędyś w niepamięć wobec rześki i czujnej potęgi młodości. Gwarzyli wesoło, powracając do odległej jeszcze Pension Laurin.

- A teraz - rzekł syn mandaryna uprzejmie - zapraszam panie do słynnego Express Baru, nawiedzanego z takim zapałem przez szoferów, dorożkarzy i studentów. Przypatrzymy się tam różnym typom miejscowym i poznamy samorodny dowcip Gallów. Uraczymy się przy tym szklanką pysznej czekolady i słodkimi rogalikami za śmieszną cenę półtora franka.

- Pyszna myśl - zgodziła się Ania - tylko zastrzegamy sobie prawo równości przy likwidowaniu rachunku. Lao-Ming uczynił gest przeczący: - Cienie mych przodków wyrzekłyby się mnie, jako ich potomka, gdybym okazał się tak mało rycerskim dla kobiet! - oznajmił z taką powagą, że dziewczęta, nie chcąc go urazić, już mu się nie sprzeciwiały.

- Zrewanżujemy się jutro ładnym albumem z koleżeńskimi fotografiami - szepnęła koleżankom Danka i weszli wszyscy do przepełnionego i zadymionego lokalu.

List z podróży

Grenoble, pensjonat Laurin,

28 października 1928.

Najdrożsi Tatusinkowie!

Wczoraj po południu stanęłam szczęśliwie w Grenoble i natychmiast wysłałam do Was kartkę (jak to zresztą czyniłam przez cały czas podróży), abyście byli o mnie spokojni. Dziś, obiegłszy miasto, które jest czarujące, zasiadam do długiej z Wami pogawędki. Tatusiu kochany! Uznajmy się za pokonanych! Miałam przygodę! A Ty, Matko przewidująca, triumfuj, ale nie drżyj, bo Twoja Ania zdała celująco egzamin życiowy. Zaczynam od początku. Czy nie domyślacie się, że Wasza dzielna podróżniczka goniła resztkami sił w chwili, gdy żegnała Was wszystkich na dworcu w Warszawie? - Jeśli nie - to doskonale się zakonspirowałam. Przypomnijcie sobie te różne wyczyny, obmyśliwane przez Michasia, przez Pawełków z Bisią, jak również przez kochanych państwa Przedborów i ich przyjaciół, którzy wszyscy razem prześcigali się w wynajdowaniu coraz to nowych rozrywek ku uczczeniu odjeżdżającej przyszłej studentki. Nie dziwcie się tedy memu zmęczeniu. W dodatku mój wagon przepełnił się podróżnymi po paru godzinach jazdy. O! jak wielką mieliście słuszność, nastając, bym wzięła sleeping do Wiednia. Czemuż Was nie usłuchałam? (Triumfuj znów, Matko!) Gdybyście byli zobaczyli Waszą Anię, skuloną w kąciku, wytrącaną nieustannie z upragnionej drzemki ciągłym ruchem i gadaniną jadących - rozpłynęlibyście się z żalu nad Waszym małym uparciuchem. Tak wygląda ta sprawa z Waszego punktu widzenia, bo co do mnie, to uważam, że noc chociaż niemiła, skończyła się jak wszystko na tym świecie, a ja dojeżdżam do Wiednia tak zaciekawiona nowym miastem, że postanowiłam - korzystając z parogodzinnego postoju - objechać samochodem tę stolicę wygnanych ceremoniałów i dworskiej świetności. Co do niemczyzny, to Król Przypadek usłużył mi jak gnom w bajce, gdyż kierowca taksówki był Ślązakiem cieszyńskim, najprzychylniej dla Polski i dla Polaków usposobionym. Wypytywał mnie o nasze stosunki w kraju, a w zamian dużo opowiadał o przedwojennym Wiedniu i obwoził po całym mieście, zatrzymując się przed wspanialszymi gmachami, muzeami, pomnikami itd., dając mi wyjaśnienia z talentem doskonałego cicerona. Oczywiście nie będę Wam tego powtarzała, bo Wiedeń znacie lepiej ode mnie. Powiem tylko, że nie starczyło mi czasu na obiad.

Wróciłam tedy do pociągu przesycona wrażeniami (Wiedeń jest śliczny!), ale - z pustym żołądkiem. O przejeździe przez Semmering3 nie będę się również rozpisywała. Cudne i basta! Po fali ciemnych zachwytów przyszła nareszcie fala głodu i osłabienia. Baczność, Mamusiu! Zaczyna się prolog do przygody! Zrobiło mi się słabo. Skłoniłam główkę na ramię, jak to się mówi w sensacyjnych powieściach, i przymknęłam oczy. Siedzący w tym samym coupé4, jakiś łysy pan o wytwornych manierach, dyskretny admirator, śledzący mnie bacznie od Wiednia (zauważyłam to pomimo Semmeringu!) i lubujący się, jak mi to później wyznał, widokiem nieskazitelnej świeżości wrażeń, otworzył szybko drzwi, potem okno na korytarzu i zaczął machać chustką, pragnąc odświeżyć powietrze, przesycone dymem z cygar. Och! te cygara austriackie! Okropność! Byliśmy tylko we dwoje w coupé. Tak, Mamusiu! Enfin seuls5 ! Musiałam być strasznie blada, gdyż dystyngowany mój współtowarzysz podróży przemawia do mnie po niemiecku, po francusku, podsuwa mi poduszkę wagonową pod głowę, a wreszcie czuję pod nosem sole trzeźwiące. O, zgrozo! Może to jakieś usypiające specyfiki!... Otwieram oczy i czynię ręką łuk, wytrącający nieszczęsny flakonik gdzieś w kąt wagonu. Jak na przypuszczalną ofiarę haremu, bronię się wcale dobrze.

- Non, non, monsieur, merci6. Je déteste cette odeur-la7 ! Proszę, jeśli pan łaskaw dać mi wodę kolońską. Ot, tam! - wskazujący paluszek do góry. - Na siatce w torebce podróżnej.

To mnie ogromnie orzeźwiło i poczułam się lepiej. - Mademoiselle8 ! - mówi zachęcająco mój elegancki opiekun. - Może by pani po prostu coś zjadła! Widzę, że od Wiednia, vous dégustez les paysages9, ale nic więcej pani w ustach nie miała. - A la bonne heure10 ! - odpowiadam. - Zdaje mi się, że pan dobrze mi radzi. Proszę więc kazać mi przynieść herbatę i sandwicze. - Spałaszowałam taką porcję, że nawet Mamusia byłaby zadowolona i siły mi wróciły. Zamiast wody kolońskiej dostałam lusterko. Bon11 ! Rumieńczyk na twarzy, wygląd świetny, bodaj to młodość, mój wiecznie młody Tatusiu! A teraz - spać, spać! Rzuciłam przelotne spojrzenie na mego towarzysza i ujrzałam niepokojące iskierki w jego ciemnych oczach.

Uważajcie, kochani! Tu już jest clou sensacji!

Mój wzrok był jak gdyby biczem, który rozpętał jego wymowę: - Mademoiselle! Pani jest pączek różany, wiośniany! Vous ?tes une petite fée mignonne, une fée charmante12 ! Jedźmy razem do Paryża! Zapraszam panią na czarującą wycieczkę, jakiej pani nie pożałuje. Zwiedzimy wszystkie osobliwości tego miasta-Lumi?re13, a potem odwiozę panią, dokąd pani rozkaże, nawet na koniec świata.

- Pan się pomylił w adresie, mój panie! - wybuchnęłam tak impulsywnie, a z moich oczu strzeliły takie błyski oburzenia, że mój przygodny, ale znać wytrawny Don Juan, zgasł w okamgnieniu. - Przepraszam panią - wyrzekł z powagą. - Pomyliłem się istotnie - tu pocałował mnie w rękę z szacunkiem, ale wyrwałam ją natychmiast, gdyż nie ostygłam jeszcze z gniewu. - Niech mnie jedno tłumaczy - mówił dalej przekonywająco. - Czy pani sądzi, że pani pierwszej zaproponowałem taką eskapadę? A przecież nigdy nie spotkała mnie odmowa! Lekkość obyczajów teraźniejszej młodzieży upoważnia do wielu rzeczy i fałszywego kroku, jaki popełniłem przed chwilą, za co błagam panią o przebaczenie. Ma pani we mnie rzetelnego przyjaciela, pełnego szacunku dla takiego uroczego wyjątku w ogólnej regule. - Mój panie! Bez komplementów! Moje przebaczenie zależy od dalszego postępowania pana. Nie wiem dotychczas z kim mam zaszczyt mówić?

Mamusiu! Tatusiu! On się zaczął śmiać! Czyż to nie oburzające?! Czyżbym wyglądała, jak zaperzony kogucik wobec tego słonia?! To prawda, powściągnął natychmiast swoją niewczesną wesołość i przedstawił mi się z całą powagą: - Edouard Lorenz, dyrektor Międzynarodowego Touring Clubu w Genewie.

Jechaliśmy wciąż tylko we dwoje. Spać mi się chciało okrutnie, ale walczyłam mężnie z ogarniającą mnie sennością. Nie mogłam się otrząsnąć z niemiłego wrażenia. Skruszony admirator zauważył to bez trudu: - Mademoiselle ! Jak mam panią przekonać o zupełnej zmianie mego zapatrywania na panią? Proszę gorąco, niech pani zaufa mi i tak weźmie moje słowa, jak je wypowiadam. Pani jest przemęczona. Za dwie godziny mamy rewizję na granicy szwajcarskiej w Buks, czyli druga już noc nie przespana. Dojeżdżamy do Insbruku. Wysiądźmy tu. Zawiozę panią do świetnego, znanego mi dobrze hotelu, prześpi się pani, wypocznie, a jutro, o piątej wsiądziemy do pociągu i - dalsza droga. - Doskonała myśl, z tą tylko zmianą, że - wysiądę sama, a pan pojedzie dalej. Proszę o adres hotelu. - Westchnął tak, że mi się go żal zrobiło, ale słowo dane Mamusi, trzymało mnie na uwięzi. - Nie ma pani do mnie zaufania, princesse14 Finette! Zasłużyłem na to, niestety! - Pożegnaliśmy się bardzo serdecznie, obiecując pisywać do siebie. W hotelu la gérante15 mówił po francusku na szczęście. Spałam rozkosznie do południa, a po obiedzie, z którego nawet Pantaleon mógłby być słusznie dumny, zwiedziłam stolicę Tyrolu. Cudne miasteczko, śpiące jak dziecko w kolebce pod strażą szczytów górskich, co niby troskliwe nurse's16 w białych czepkach ze śniegu, czuwają nad jego ciszą. Powietrze boskie. Widziałam sławne figury z brązu w starej katedrze i myślałam, że Mamusia słusznie się nimi zachwycała. O jedenastej w nocy wsiadłam znów do pociągu, pełna męstwa wobec ewentualnych przygód, ale nie miałam już żadnej. Teraz, gdy tak dokładnie wszystko opisałam, waham się z twierdzeniem, kto miał słuszność: Tatuś, czy Mamusia? Miałam wprawdzie przygodę, ale wyszłam z niej zwycięsko, nieprawdaż? A więc - oboje Tatusinkowie mieli słuszność. Wracam do mej podróży. Po rewizji w Buks spać już nie mogłam, wyczekując niecierpliwie Szwajcarii Słowackiego. Wschód słońca oświetlał czarujące widoki alpejskie. Pociąg grzmiał, pędząc po mostach, zawieszonych nad przepaściami, lub znikał w tunelach, wylatując znów jak czarny żuk na wolne przestrzenie, gdzie błękitniały jeziora i stały rozsiane domy w czerwonych kapturkach z dachówki. W oddali wodospady jak srebrne wstążki przecinały górskie zbocza. W Genewie zatrzymałam się w pensjonacie, zaleconym mi przez Tatusia. Wałęsałam się po mieście i stanęłam przed wspaniałą siedzibą Ligi Narodów, myśląc zuchwale: - Czyż słowo zdoła kiedy powstrzymać miecz? - Przez Dijon i Lyon dojeżdżam wreszcie do Grenoble. Z okien wagonu poznaję się po raz pierwszy z ziemią francuską. Sprawia na mnie wrażenie wielkiego kraju-ogrodu, gdzie już niczego dodać nie można, bo całość doszła do szczytu współczesnej kultury. Patrząc na tę doskonałość, oceniałam tym bardziej wysiłek i wartość tego, czego dokonaliśmy od czasu niepodległości Polski. I my mamy talent organizacyjny, i my możemy powiedzieć sobie ze spokojną dumą, że w wyścigu ogólnej pracy bierzemy udział niemały, a przy tym mamy jeszcze tyle, tyle do zrobienia!

List już tak długi, a myśli tłoczą się jedna za drugą i ręka posuwa się niepowstrzymanie po papierze. O ile w tak krótkim czasie zdołałam wyczuć utajonego w murach ducha Grenoble, to miasto to jest siedliskiem turystów i studentów, niby nasz stary pamiątkowy Kraków. Leży ono w dolinie Izery, a na horyzoncie potężny ma puklerz z łańcucha Alp Belledonne. Piękne Muzeum Sztuki, mieszczące w sobie bibliotekę, zawierającą 300 tysięcy tomów, ciekawy pod względem architektury, bo pochodzący z XV wieku Pałac Sprawiedliwości, ratusz miejski, Brama św. Laurentego, coś niby nasza Brama Floriańska, równie archaiczna, uniwersytet, katedra - oto najważniejsze zabytki Grenoble, nadające mu charakter historycznego miasta.

Wracając do mych osobistych spraw, to mieszkam w pensjonacie Laurin. Właścicielka tej instytucji, starsza pani, obciągnięta w brązową aksamitną suknię, hermetycznie pod szyją zapięta, twarz ma pooraną zmarszczkami, gładkie brązowe włosy, zwinięte w olbrzymi węzeł w tyle głowy i do tego wszystkiego - tajemniczy uśmiech Giocondy. Czy Tatusinkowie widzą ją z oddali? Lubi ciskać wykrzyknik: - Tiens ! C'est vrai~ment bizarre17 ! - Wiadomości jej historyczno-obyczajowe co do Polaków są minimalne, żeby nie powiedzieć żadne! Podczas pierwszego obiadu spytała mnie z zaciekawieniem, czy w Polsce jadają kalafiory? - Och! Madame18 ! - wypaliłam bez namysłu. - O każdej porze roku i to codziennie! - Tiens ! C'est bizarre19 ! - bąknęła, zdumiona naprawdę. - Czyżby to była narodowa potrawa? - Oui, madame20 ! Na równi z ziemniakami i marchwią - odparłam w szowinistycznym zapale. Proszę sobie wyobrazić, drodzy moi, że je się tu wszystko na jednym talerzu, a po każdej potrawie aksamitna Gioconda podsuwa kolejno wszystkim biesiadnikom półmisek, zapraszając uprzejmie: - Débarrassez vos assiettes, s'il vous plaît21 !, a my zsuwamy posłusznie resztki jedzenia, nie mówiąc przy tym, że to jest naprawdę bizarre. Jakąż świętą zgrozą zapałałoby oblicze naszego kochanego Dorofteja, gdyby ktoś mu powiedział, że jest kraj na świecie, gdzie pany22 tak się zachowują przy stole. Ale - co prawda - nie są to pany, tylko biedni etudianci. Oczy mi się kleją, więc ściskam Was gorąco. Z daleka staliście mi się jeszcze droższymi, niż z bliska. Hola, ho, panno Aniu! Bez tych sentymentalizmów! Odeślijcie, proszę ten mój list Pawełkom. Serdeczne pozdrowienia wszystkim moim kochanym.

Dobranoc.

Wasza Ania

Tournée40 po Francji

Wrodzona praktyczność Ani przy wysoce rozwiniętym zmyśle estetycznym sprawiła, że po niejakim czasie dziewczyna zaczęła myśleć o zmianie dotychczasowego lokalu. Uważała bowiem, że pani Laurin brała zbyt wygórowane ceny wobec minimalnych wygód, jakie dawała, a jej codzienna propozycja:

- Débarrassez vos assiettes41 ! I brudne talerze do następnej potrawy - wzbudzały w niej wstręt niepohamowany. Dzięki swej wymowie i rzeczowym argumentom potrafiła zbuntować Madzię z Danką i wszystkie trzy przeniosły się do Protection de la Jeune Fille, instytucji na pół dobroczynnej i opiekuńczej, a rozpowszechnionej w całej niemal Francji, znajdującej się w Grenoble pod opieką księdza staruszka. Było tu zacisznie, czysto i tanio, gdyż I i II piętro przeznaczone dla zamożnych etranżerek42 przynosiły dochód, umożliwiający niskie bardzo ceny dla studentek, zamieszkujących III piętro. Dom o miłym wyglądzie stał w głębi, poza hiszpańskim podwórkiem z kolumnadą, obrośniętą dzikim winem, a z sali jadalnej widać było mały ogródek z kwiatowymi klombami. Na lewo od wejścia znajdowała się kancelaria księdza, przez którą przechodziło się wieczorem do wnętrza domu, przy czym godzina dziesiąta była terminem ostatecznym i studentki musiały się legitymować ze swego powrotu przed ascetycznym opiekunem. Ta wszakże nieufność i więzy jak gdyby reguły klasztornej wzbudziły protest nie tylko łagodnej anarchistki, ale i nie znoszącej takiego skrępowania Ani. Postanowiły tedy rozmówić się z zacnym staruszkiem - tak wymownie przedstawiły mu zaufanie rodziców, którzy wyprawili je same na studia za granicę, jak również solidność swych charakterów, jakiej dały dowód przez cały miesiąc od kiedy tu się przeniosły, że rozczulony ksiądz dyrektor wydobył z sutanny klucz i wręczył go "pracowitym Polkom" z zapewnieniem, iż najzupełniej im ufa.

Omal nie rzuciły się na szyję poczciwego księżunia, zapewniając z przejęciem, że chodzi im tylko o możliwość późniejszego powrotu z teatrów i koncertów. Pomimo tego zwycięstwa warunki pobytu zepsuły się nieco dla Ani, gdyż współlokatorka i koleżanka uniwersytecka, Sophie, truła jej życie swą niedelikatnością i brakiem kultury. Była to córka bogatych mieszczan z Bordeaux, przystojna szatynka, zapamiętała sportsmenka, lubiąca imponować i grzesząca niesłychanie zarozumiałością. Ojciec jej był przemysłowcem włoskiego pochodzenia, matka zaś Niemką i znać taki konglomerat narodowości wydobył na jaw ujemne cechy każdej z nich. Z jej postępowania można by wnioskować, iż jest w pokoju sama, gdyż czytywała do późna, świecąc lampę elektryczną, zajadając stosy cukierków, którymi nigdy towarzyszki nie poczęstowała i wstając bardzo wcześnie, przy czym bezceremonialne trzaskanie drzwiami stawało się nieodzownym leitmotivem43 tej wysokiej i silnej dziewczyny. Ania walczyła z początku z tymi objawami brutalności, ale wkrótce zaprzestała wszelkich upomnień wobec zupełnej ich bezcelowości. Nie mogąc przenieść się do innego pokoju, gdyż wszystkie były zajęte, starała się okazać, że dzikie zachowywanie się koleżanki nie sprawia jej żadnej przykrości. Zmizerniała jednak i pobladła w skutek krótkości snu i niepokoju wewnętrznego, tak że Raymond, z którym często się widywała, podobnie jak z innymi kolegami z Pension Laurin, załamał kiedyś ręce na jej widok z żalem:

- Czy warto było nas opuszczać, mademoiselle Annie? - powiedział serdecznie. - I gdzież są te różyczki alpejskie na bledziutkich policzkach? Już teraz nasza figlarna Daisy nie wymawiałaby ich pani.

- Odpocznę w czasie świąt - odparła Ania wymijająco.

- W czasie świąt? Tiens44! Świetna myśl! Muszą panie do nas przyjechać. Tak, tak! Zaraz napiszę do matki i dostaną panie najuprzejmiejsze zaproszenie. Mamy samochód, będziemy urządzali wycieczki, Francja taka piękna, zobaczy pani!

Ten pobyt w małym miasteczku, Digne, gdzie mieszkali rodzice Raymonda, wywarł na Anię wpływ niezapomniany. Dziwiła się tylko - ze zwykłą sobie przenikliwością - jak ludzie tego pokroju, co oboje gospodarze domu, mogli mieć syna tak biegunowo przeciwnej ideologii. Państwo Montess byli działaczami społecznymi w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu, a Raymond, zawsze wyelegantowany, ładny laluś, brał życie ze strony li tylko epikurejskiej.

- Jakaś psychologiczna zagadka - dzieliła się Ania przyciszonym głosem swymi spostrzeżeniami z Danką i Madzią, gdy wieczorem układały się do snu w dużym pokoju, przystrojonym w tiulowe firanki i stare, wygodne meble. - Pomyślcie dobrze, moje drogie! Wszakże pani Montess jest redaktorką pisemka dla dzieci, w którym stara się wpłynąć na nie w kierunku hartowania ciała i ducha. Prócz tego prowadzi ochronkę dla biednych sierotek, dając im prawdziwie macierzyńskie serce. Chodzę tam z nią codziennie, więc umiem to ocenić. Jej mąż, jako świetny doktor jest na czele kliniki w Digne i każdy jego pacjent wchodzi do tego zakładu z przekonaniem, że znajdzie się pod opieką mądrego przyjaciela i że w domu byłoby mu gorzej, niż tu, gdzie stosują wszystkie najnowsze metody leczenia!

- Byłam tam raz z doktorem - wtrąciła Madzia swoją uwagę. - Ach! Gdybyście widziały te oczy chorych, wzniesione z rozczulającą wiarą i zaufaniem na pana Montess, to powiedziałybyście sobie na pewno, że nie ma piękniejszego zawodu na świecie, niż lekarski.

- Entuzjastki! - mruknęła Danka, która na pół rozebrana, wysunęła zgrabne nogi w jedwabnych pończochach i przypatrywała się sobie w zawieszonym naprzeciw olbrzymim lustrze, odbijającym jej wgłębioną w fotel, dziewczęcą postać.

- Chcesz się przedstawić gorszą niż jesteś naprawdę - strofowała ją Ania. - Wiem doskonale, że pomimo flirtu z Raymondem, cenisz więcej jego rodziców, aniżeli tego bawidamka.

- Nie zastanawiałam się nad tą kwestią - oznajmiła Danka z zalotnym w stronę lustra uśmiechem. - Niech żyje wolność przekonań i postępowania!

- Zawsze chcesz być wierna sobie - podkreśliła Madzia żartobliwie. - Ale wiecie, co zauważyłam? Po pierwsze, że Francuzi są szalenie oszczędni. Pamiętacie jak pani Montess pytała Anię, czy ziemniaki, sprowadzane przez jej ojca z Poznańskiego do Francji, będą ścisłe, ponieważ taki gatunek wymaga mniej masła niż sypki?

- Mają rozum. Dlatego jest we Francji tylu drobnych rentierów, a u nas pracownicy nie myśleli o zabezpieczeniu starości, aż dopiero teraz, przymusowo, od kiedy powstał Z.U.P.U.45

- Z tym się zgadzam. A po wtóre, wydaje mi się, że pani Montess przyjęłaby z otwartymi ramionami naszą Anię jako synową!

- Ładnie bym się ubrała! - zaprotestowała Ania z werwą.

- Dobre masz oko, córko Eskulapa - przytaknęła Danka. - Nawet Raymond coś mi o tym lekko napomknął.

- I cóż, kochanie? Zachęcałaś go do tego kroku, czy też odradzałaś? - spytała rozbawiona Ania.

Roześmiały się wszystkie trzy z młodzieńczą beztroską.

- Pani Montess - prawiła dalej Madzia, wsuwając się pod kołdrę - wysławiała wczoraj przede mną wielkie zalety Ani, jako ewentualnej pracowniczki na polu społecznym. Et ci, et ça46, jaka ona mądra, a jak podchodzi do zagadnień społecznych, a jak ujmuje niesprawiedliwości klasowe, a jak wczuwa się w dolę sierocą!

Tu rzewny i pełen nieuchwytnego wdzięku uśmiech okolił usta Ani, znikając tak szybko, jak się ukazał.

- Słowem - ciągnęła Madzia, nie dostrzegłszy tego odblasku dawnych przeżyć koleżanki - tak pięknie oświetliła duchowość Ani, że powinnyśmy być dumne z naszej towarzyszki.

- Ba! - Danka, leżąca już w szerokim, niskim łóżku, zapaliła na dobranoc ostatniego papierosika i wydmuchnęła w górę kilka kółeczek dymu. - Przeszła ona znakomitą szkołę i może istotnie ujmować wszelkie zagadnienia klasowe na mocy własnego, nie zanadto miłego doświadczenia. Poza tym Ania jest naprawdę pierwsza klasa! Śpijmy już, moje kochane, co?

- Dobranoc - rzekła Ania, gasząc lampę przy łóżku. - Lubię bardzo nasze rozmowy z państwem Montess i doskonale czuję się w ich towarzystwie. A jakie to ładne z ich strony, że wychowali Samuela i kochają go jak drugiego syna!

- Rozkoszne mamy święta - potwierdziła Madzia z zapałem.

- Uhm! - mruknęła Danka, wtulając ładną twarzyczkę w batystową poduszeczkę pod głowę.

Radość trzech koleżanek wzrosła jeszcze, gdy pewnego dnia pan Montess zaproponował im, że wobec kończących się ferii świątecznych, ofiarowuje całej gromadce swój samochód, którym powrócą do Grenoble, odwiedzając po drodze Monte Carlo i Rivierę francuską.

Ta wycieczka samochodem przez Francję, rozsłonecznioną i ukraszoną lazurem Śródziemnego Morza, wyryła się Ani na zawsze w pamięci. Jechali w pięcioro z Raymondem i Samuelem, śpiewając z radości i zachwytu chóralnie piosenki francuskie, jak jacyś utalentowani revellersi47, promieniując młodzieńczą werwą i niepohamowaną, samorzutną wdzięcznością za życie, za istnienie.

Monte Carlo wywarło na Ani oszałamiające wrażenie. Wykwintne piękno, rozsiane tu na każdym kroku, harmonizowało idealnie z jej estetycznymi wymogami, myśl zaś, że w tym przybytku czarów natury i sztuki, ludzie odbierają sobie życie, straciwszy niejednokrotnie poprzednio honor - psuła jej nastrój. Stojąc wraz z towarzyszami wycieczki na tarasie Kasyna, gdyż do salonów gry nie pozwolono im wejść ze względu na młode lata, Ania przypatrywała się ciekawie wspaniałym limuzynom, zatrzymującym się przed frontowymi drzwiami, wysiadającym z nich wystrojonym damom i wytwornym panom, obserwując ten świat "high life'u", tak zblazowany, a tak biegunowo różny od ich młodzieńczej świeżości i nie dającej się nabyć za żadną cenę, wrażliwości na piękno życia.

Powrót do Grenoble odbył się równie wesoło, jak cała ta urocza wyprawa i trzy koleżanki zabrały się natychmiast do sumiennej pracy na uniwersytecie.

Państwo Alfredowie przyjechali do Paryża dopiero przy końcu stycznia i pani Vera stęskniona za Anią odwiedziła ją wkrótce w Grenoble. Zamieszkała, oczywiście, w pokoju dla etrenżerek na I piętrze w Protection, a gdy przeszły pierwsze chwile radości i sypiących się gradem zapytań i odpowiedzi, rzekła spokojniejszym już nieco tonem:

- Przywożę ci, Aniu, serdeczne pozdrowienia od pani Dory Worthy. Czy przypominasz ją sobie?

- Doskonale, mamusiu. Byłyśmy razem w Zakopanem. Ale gdzie mamusia ją poznała?

- U stryjenki Konstancji. Nie mówiłam ci jeszcze, że przed naszym wyjazdem do Paryża zboczyliśmy do Przymilepek na parę dni. Stryjenka w podeszłym już wieku, a wiesz jak tatuś kocha ją i szanuje. Kto wie, ile życia jej pozostało? Ogromnie była nam rada, a niespodzianka udała się znakomicie, bo nie telegrafowaliśmy o konie. Zastaliśmy u niej państwa Januszów Worthy, którzy niedawno przenieśli się na stałe do Brzeżan i już zdołali pozyskać sobie ogólną sympatię.

- Jeśli mąż jest tak miły i kulturalny jak żona, to nie dziwię się temu wcale - powiedziała Ania, nalewając wodę do miednicy. - Niech mamusia trochę umyje się po podróży, bo zaraz przyniosą pierwsze śniadanie. Wszystko naszykowane, jak mawiał kochany Doroftej, wedle upodobań mamusi.

- Wolę wykąpać się, a tymczasem umyję tylko ręce - i pani Vera wprowadziła w czyn swoje słowa, mówiąc dalej: - Oboje są siebie warci. Przypadliśmy sobie wzajemnie do gustu, bo sympatia i antypatia odczuwają się tak szybko i nieomylnie jak prąd elektryczny. Na drugi dzień pojechaliśmy do państwa Januszów na kolację i chociaż to może zabawne, ale mieliśmy uczucie, że się znamy od dawna. Co prawda tatuś żartował ze mnie, że moja sympatia do pani Dory rozwinęła się na tle zachwytów nad tobą.

Tu Ania roześmiała się z zadowoleniem i pokiwała główką na dowód, że ten sposób zdobywania serca jej matki nie jest dla niej rewelacją. Pani Vera zaśmiała się również: - Złoty mój Fredzio! Musi dowcipkować, bo inaczej zachorowałby na pewno!

W tej chwili zgrabna służąca w czarnej sukience i białym fartuszku wniosła na tacy petit déjeuner48, do którego pani Vera zabrała się z niekłamanym apetytem, co nie przeszkadzało wszakże dalszej ożywionej rozmowie z córką. Po kilku dniach pobytu w Grenoble i zaznajomieniu się z kolegami i koleżankami Ani, zaprosiła wszystkich do siebie na herbatkę oczarowując młodzież niezwykłą swą inteligencją i wesołością. Toteż odprowadzili ją całą paczką na dworzec, gdy nadszedł dzień powrotu jej do Paryża, a po odejściu pociągu unosili się długo nad zaletami towarzyskimi de madame49 Alfrede, której nazwisko polskie było dla nich tak trudnym do wymówienia jak gdyby głoski zmieniły się w kamienie, przeszkadzające ongi Demostenesowi w jego krasomówstwie.

- Matka pani młodsza od nas wszystkich - rzekł Samuel z przekonaniem. - Jakie to żywe usposobienie, jak lotna fantazja i młodzieńczość uczuć.

Wśród gwaru potwierdzających to spostrzeżenie, zadźwięczały nagle przejmujące słowa Ani:

- Co do uczuć mojej matki, to nie możecie znać ich głębi i szlachetności. Ale opowiem wam scenę z mego dzieciństwa, która wyryła się w mej pamięci na całe życie. Idźmy wolno do domu. Teraz na ulicach pusto, przeszkadzać nam nie będą. Posłuchajcie.

Pożar dworu, dzikie bandy żołnierzy i chłopów pastwiących się nad pięknymi meblami, rozpacz ojca, gdy stwierdził, że wykryto bezcenne klejnoty z ściany jadalni, ryk tłumu jako wyraz jego zachwytu nad znalezionym skarbem, niezachwiany spokój matki, wobec widma ruiny i nędzy, jej oczy pełne miłości, zwrócone na ojca i pocieszające go: Żyjesz, więc nic nie jest straszne! - wszystko to przesuwało się przed oczami zasłuchanych towarzyszy dziewczyny jak obraz wstrząsający w swej grozie. I skąd wzięły się takie mocne, bezpośrednie wyrazy w ustach tej powściągliwej mademoiselle Annie? Dziwili się temu młodzi, dziwiła się temu i Ania, ochłonąwszy ze wzruszenia, tylko Lao-Ming, najwytrawniejszy ze wszystkich psycholog, zrozumiał, że głębokie uczucia, tajone w sercu, nie rozdrabniające się na co dzień, wyjawić się musiały w formie rzadkiego, ale tym silniejszego odruchu szczerości.

Wielkanoc miała Ania spędzić z rodzicami w Paryżu, ale lubiąca ruch Danka powzięła zamiar podróży po Francji.

- Ułożyłam świetny plan - namawiała koleżanki. - Zobaczycie, że niezbyt drogo będzie nas to kosztowało, a kto wie, czy kiedykolwiek tu powrócimy? Trzeba korzystać z każdej sposobności, aby poznać obce kraje. Puchar życia należy ciągle podnosić do ust, bo inaczej zawarte w nim wino ulotni się nie dając nikomu wesela!

- Mówisz wyjątkowo rozsądnie - zadecydowała Madzia, której umysł przepojony dobrocią i umiarem, zwalczał często buntownicze zapatrywania koleżanki - jedźcie we dwie z Anią, bo co do mnie, to medycyna nie pozwala mi na takie urlopy.

Nie pomogły namowy i prośby Ani. Madzia twarda była w swych postanowieniach, szczególnie tam, gdzie wchodził w grę obowiązek, a ponieważ brat finansował jej studia zagraniczne, więc pragnęła jak najrychlej przestać być dla niego ciężarem.

- Widzę, że cię nie przekonam - ustąpiła wreszcie Ania z żalem. - Szkoda! Przyznam się teraz wam moje drogie, że jeśli opuściłam Dżiokondę, to uczyniłam to z myślą zebrania zaoszczędzonych, pieniędzy dla odbycia jakiejś ciekawej turnée po Francji.

- Możesz w każdej chwili poprosić rodziców o paręset franków na taką wycieczkę - zdziwiła się Danka. - Twoja matka tak cię kocha, że to aż bije w oczy. Szczęśliwa jesteś, Aniu! - tu Danka, wbrew zwyczajowi, zamyśliła się smutnie.

Przez szafirowe oczy Ani przeleciał błysk tak promienny, jakby zajrzało w nie słońce, ale nie podejmując uwagi towarzyszki, rzuciła pospiesznie:

- Wiem, że niczego nie odmówiliby mi, ale mnie tylko to cieszy, co sama sobie zawdzięczam.

- Powinnaś więc i mnie zrozumieć, skąd startowała. Madzia patrząc z ogromną sympatią na ożywioną w tej chwili twarzyczkę koleżanki.

Państwo Alfredowie powiadomieni o projekcie córki, wyrazili ochoczo swą zgodę i przysłali flotę pomocniczą, jak pisał pan Alfred, dodając na końcu listu:

"Rad jestem niezmiernie, że moja dziewczynka wzbogaci swój umysł zapoznaniem się ze starą kulturą i przeszłością wielkiego narodu. Przy swej spostrzegawczości wrażenia Twoje nie będą papierowe i szablonowe, ale w najwyższym stopniu twórcze. Tylko proszę Cię gorąco, dziecko kochane, odżywiaj się dobrze i nie przemęczaj się za bardzo w czasie Waszej podróży. Zwiedzanie bowiem wymaga więcej siły niż życie codzienne, a Ty na pewno skłonna będziesz bardziej do przysyłania nam pięknych upominków z wycieczki, aniżeli do użycia "floty pomocniczej" dla własnej wygody. Prosimy o częste kartki z drogi, ponieważ chcemy towarzyszyć Wam w myśli i razem z Wami przeżywać raz jeszcze to, co kiedyś wywołało i w nas podziw i zachwyt. Ściskamy Cię najserdeczniej. Twój kochający Tatuś."

Skoro dzień i godzina wyjazdu stały się wiadome, to koledzy i koleżanki z Pensjonatu Laurin postanowili urządzić przedsiębiorczym turystkom owację kwiatową na dworcu. Stawili się wszyscy w komplecie. A więc jakby wyjęty z żurnalu mód wiosennych, Raymond, z ustrojony w wyjątkowo świeży kołnierzyk Samuelem, którego bujna czupryna nie była przyciśnięta czapeczką studencką, albowiem ten sportowiec, higienistka gardził wszelakim przykryciem głowy. Przyszli również Daisy z Rodney'em, który pomimo flirtu ze śliczną Angeliką, studiował pilnie i nie zaniedbywał się w naukach, co - niestety - stało się udziałem dziewczęcia, zakochanego coraz poważniej i targanego niepokojem jak się ta cała sprawa skończy. Lao-Ming przyniósł dwie wiązanki z kwiatów i w subtelny, jak zwykle sposób, wyraził życzenie szczęśliwej podróży. Madzia ofiarowała cukierki, co wszyscy zebrani uważali jako pomysł znakomity i dlatego zjedli je na poczekaniu wspólnie z wdzięcznymi turystykami.

Tylko Fritz nie zjawił się wcale, nie sprawiając tym nikomu przykrości.

Pociąg wreszcie ruszył wysyłając ku niebu puszyste zwoje dymu i gwiżdżąc po łobuzersku (tak się przynajmniej rozbawionej młodzieży zdawało!), a zdradziecki wiatr pochwycił kartkę z wypisanymi na niej dobrymi i tanimi hotelikami, którą ułożył praktyczny Samuel i która leżała na sakwojażu Ani w wagonie. Kartka frunęła w powietrze i uleciała kędyś w dal, żegnana śmiechem odprowadzających i wykrzyknikami podróżniczek. W Avinjonie50, gdzie był pierwszy etap tournée, zajechały tedy do jakiegoś niesamowitego hoteliku, w którym nie było klamek ani zasuwek u drzwi.

- Jakoś na to poradzimy - rzekła Ania rozglądając się po skromnym nad wyraz pokoju. - Przywiążemy sznurek do klamki, a potem owiniemy go dookoła ręki. Gdyby ktoś w nocy chciał drzwi otworzyć, to będzie musiał sznurek pociągnąć i obudzi nas z wszelką pewnością. Nie warto się nad tym zastanawiać. Chodźmy lepiej zwiedzać miasto.

- Masz słuszność - zaśmiała się Danka. - Zresztą wierzymy obie w przeznaczenie. Jeśli zapisano w księdze wyroków, że mamy tu być zamordowane albo okradzione, to i klucz nam nie pomoże!

Zwiedziwszy wszystkie osobliwości miasta, leżącego nad Rodanem i będącego w XIV wieku w ciągu lat siedemdziesięciu siedzibą papieży, stały na moście zwanym Papieskim i opierając się o balustradę, zapatrzone w piękny Pałac Papieski, nasuwający tyle myśli o zmienności losów ludzkich, dzieliły się uzbieranymi wrażeniami. Szeroka rzeka toczyła przejrzyste swe wody, a kędyś w oddali wibrował nad starymi murami cudny śpiew męski.

- Sądzę wszakże - mówiła Danka, otwierając srebrną papierośnicę - że nie ma człowieka, który by wiedział na pewno, co się dzieje na tamtym świecie. Nie pomogą mu w tym wypadku ani fiolety, ani nawet amaranty! Zdaje mi się, że Stwórca musi patrzeć na ludzi tak pobłażliwie, jak gdyby to były gromady mrówek, uwijających się na wszystkie strony i to nie wiadomo z jakiego powodu.

- Zapożyczyłaś się u Sudermanna, ale jeśli wierzymy, że te mrówki mają nieśmiertelne dusze, to sprawa inaczej wygląda.

- Zazdroszczę tym, którzy tak na ślepo, bez zastrzeżeń i wahań wierzą we wszystko, co nam religia podaje - westchnęła Danka. - Ale, niestety, w nas młodych pokutuje duch krytycyzmu. Zdaje mi się, że i ty również nie jesteś wolna od niego?

- Może - rzuciła krótko Ania i zaproponowała: - Wracajmy do domu. Trzeba zjeść jakiś dinner, bo już późno, a przy tym musimy zabarykadować się na noc. Radzę przysunąć do drzwi krzesło, postawić na nim miskę i dzbanek, ale tak wycelować, aby za lada trąceniem spadł na podłogę i narobił hałasu. Jak myślisz?

- Jako wódz tej wyprawy, mianuję cię ministrem wojny. Środki obrony należą do ciebie, ja zaś będę dźwigała odpowiedzialność przed historią w razie zwycięstwa "szczura" hotelowego! - rzekła Danka wyniośle, po czym obie wybuchnęły śmiechem z tak młodzieńczym rozradowaniem, jakie daje w tych latach zamienione w rzeczywistość marzenie.

Na drugi dzień rano Ania obudziwszy się po nocy przespanej snem kamiennym, obiegła wzrokiem pokój i zaczęła wołać głośno: - Danko! Patrz! Ależ to bajeczne!

- Co się stało? - spytała sennym głosem Danka, która wytrzeźwiawszy nagle, sięgnęła pod poduszkę.

- Patrz! - Ania skierowała swój mały paluszek w stronę drzwi. - Dzbanek na podłodze, ja mam czerwoną pręgę od sznurka na ręku - a pomimo to - spałyśmy jak zabite!

- Ale pieniądze są na miejscu, a to najważniejsze. "Szczur" hotelowy uląkł się łoskotu przewróconego dzbanka. Ministrze! Przyznaję ci "Order Złotego Lwa".

- Dziękuję, wodzu i nie omieszkam pochwalić się nim przed naszymi kolegami po powrocie do Grenoble.

- Swoją drogą, nie chcę powtarzać już tego ryzyka - tu Danka ziewnęła, ukazując drobne, białe zęby. - Będziemy zajeżdżały do Protection de la Jeune Fille wszędzie, gdzie się ta zacna instytucja znajduje. Szkoda zaginionej kartki Samuela, ale nie wskrzesimy "minionych mar"!

- Wstawajmy, ubierajmy się i jedźmy dalej! Nie bądź leniuchem, Danko! - i Ania wyskoczyła z łóżka, dając dobry przykład koleżance, wyciągającej się rozkosznie na miękkiej pościeli!

W Nimes zastały gorączkowe ożywienie z powodu mającej się odbyć walki byków, poszły tedy z ciekawości na to widowisko. Stare budowle, sięgające czasów rzymskich, wśród których znajdowała się imponująca rozmiarami arena walki, wzbudziły w nich podziw dla minionej kultury całych pokoleń, przed wiekami w proch już zmienionych. Nad głowami widzów lazurowe niebo zdawało się być jakimś nieważkim kloszem, osłaniającym ten cudny zakątek od srogich wichrów północy. Obie podróżniczki usiadły w pierwszych rzędach amfiteatru, chłonąc wzrokiem obraz malowniczy, a tak dla nich nowy. Oczy ich mieniły się doznawanymi wrażeniami, twarzyczki pociągały żywą inteligencją wyrazu, tak, że jeden z torreadorów, grupując się wraz z innymi na arenie, rzucał płomienne wejrzenia w stronę interesujących cudzoziemek, a idąc do walki, posłał im efektowny gest ręką, jak gdyby chciał podkreślić, że zwycięży lub zginie - tylko dla nich!

Przedstawienie skończyło się porażką biednych zwierząt. Cała widownia ryczała z uciechy i zapału, a dziewczęta wstając z miejsca i przeciskając się przez podniecone tłumy, krytykowały bezwzględnie to lubowanie się w rozlewie krwi.

- To wynik klimatu - twierdziła Ania. - Południowcy mają gorącą krew. Dlaczego tacy Szwedzi, na przykład, nie znają podobnych uciech? Mentalność różnych narodów jest jakby odbiciem natury, wśród jakiej wyrośli.

- Zgadzam się z tobą, moja droga. Poznańskie i mazowieckie chłodne równiny nie usposabiają do podobnych wyczynów.

- Ale za to Kresy dawnej Rzeczypospolitej mają stokroć więcej rozmachu i fantazji. Znów wpływ bujnej roślinności i piękna krajobrazów - mówiła Ania, rada z każdej sposobności, by podnieść zalety drogiej dla niej ziemi ukrainnej.

- Wiesz, że to ciekawe - żartowała Danka - Hiszpania ma swego byka, Francja już tylko koguta, Anglia wyścigi konne, Niemcy zaledwo Schweinfest51! Idąc tak dalej na wschód, powinno się napotykać coraz mniejsze zwierzęta w roli bohaterów narodowych.

- A ty powinna byś otworzyć sklepik z pomysłami i sprzedawać je po pięć albo dziesięć franków od sztuki, moja Danko. Masz fach w ręku i to nie byle jaki! - tu zaśmiały się obie z taką miłą wesołością, że przechodnie zdawali się dzielić ją mimo woli z nimi.

Istotnie te dwie młodzieńcze główki tworzyły ciekawy kontrast nie tylko dlatego, że jedna z nich była brunetką, druga zaś blondynką, ale również z powodu jakby zmiany psychologicznej usposobień. Czarne oczy Danki powleczone były mgłą rozmarzenia, jej pąsowe usta miały wyraz prawdziwie kobiecy, podczas gdy szafirowe źrenice Ani pałały wolą i energią, a twarz jej tchnęła życiową werwą.

Dalsza podróż odbywała się pomyślnie, tylko gdy Danka, wchodząc do Protection de la Jeune Fille rozpoczynała swą przemowę od słów: - Nous sommes deux pauvres étudiantes52 ! - Ania musiała udawać kaszel, aby nie zdradzić się śmiechem, do tego stopnia to twierdzenie wydawało się jej komicznym wobec ich eleganckich kostiumów, walizek podróżnych, zaondulowanych starannie włosów swej towarzyszki i własnych złocistych loczków, wymykających się spod zawadiackiego beretu. Wszędzie jednak przyjmowano dziewczęta z miłym uśmiechem i najlepszą wolą, tak że ta parutygodniowa wycieczka została w pamięci obydwu, jako nieprzerwana smuga słonecznego promienia.

W Tuluzie, nad Garonną, oczarowane były Pirenejami, u stóp których leży to miasto. Wrażenia te jeszcze się wzmogły w Pau, gdzie olbrzymy górskie, urągające wiosennemu słońcu swymi białymi czapami na łysych głowach, zdały im się bliższe i posępniejsze. Stojąc przed aleją, wiodącą do Zamku w Pau, Ania wykrzyknęła ze zdumienia, iż ujrzała wreszcie na jawie pałac wróżek, widywany dotychczas tylko na obrazkach w jej dziecięcej biblioteczce. Danka zachwyciła się łożem Joanny d'Alber53t i orzekła, że warto było wydać na świat Henryka IV, którego wiekopomną zasługą było znane powiedzonko: Souvent femme varie, bien fol qui s'y fie54 ! Albowiem zawiera się w nim głęboka i najprawdziwsza synteza stosunku mężczyzny do kobiety.

W Lourdes modliła się Ania żarliwie, klęcząc u stóp Opiekunki swego smutnego dziecięctwa. Wpatrując się w Jej posąg z marmuru, przypominała sobie ów sen proroczy, gdy się Matka Boża ukazała jej na łące ukwieconej i ogrzała osierocone serduszko słodkimi słowami pociechy. Tu było Jej Królestwo ziemskie, gdzie nie w sennym marzeniu, ale na jawie spłynęła z zaświatów, aby zsyłać proszącym i nieszczęśliwym ukojenie i łaski niebiańskie. Z podziwem i czcią prawdziwą śledziły oczyma z Danką sanitariuszy i sanitariuszki, którzy dźwigali na noszach chorych i paralityków, przenosząc ich z dworca do groty cudownej. Była to młodzież z najstarszych rodzin francuskich, poświęcająca się dobrowolnie tej szczytnej i ciężkiej posłudze dla ulżenia doli zbolałym bliźnim. Przez Bayonnes pojechały dwie podróżniczki do Biarritz, a stamtąd elektryczną kolejką do St. Jean de Luz na granicy Hiszpanii, której wpływy odbiły się tak wyraźnie na miejscowej architekturze. Jechały brzegiem oceanu, a potężny rozgwar Atlantyku towarzyszył im w tej drodze, przywodząc na myśl Krzysztofa Kolumba, którego duch zdobywcy rwał się poprzez szumiące przestwory wodne, wiedziony genialną intuicją, że tam daleko, za siniejącym krańcem horyzontu, znajdują się nowe, nieznane lądy. W Bordeaux stubarwne życie ukazało im obraz wręcz odmienny od dotychczasowych. Ten port handlowy nad rzeką Garonną, posiadający oprócz ruin rzymskiego amfiteatru i uniwersytetu z wieku XV warsztaty okrętowe, fabryki szkła, beczek, likierów, win, chemikalii, konserw, zajmujący się wywozem wina, zboża, ryb i wyrobów bawełnianych - wrzał pracą, tętnił ruchem, nie kończącym się, rzekłbyś, ani we dnie, ani w nocy. Przez Clermont -Ferrand, leżące już we Francji środkowej, powróciły dziewczęta do Grenoble, nie zawiadamiając kolegów o dniu przyjazdu i z jedną tylko Madzią przegadały noc całą, pokazując jej fotografie, opowiadając przygody, nie żałując wykrzykników zachwytu, to znów na przemian gorących zapewnień współczucia, że wyrzekła się dobrowolnie takiej jasnej i niezapomnianej chwili w życiu. Z niedalekiej dzielnicy włoskiej dolatywał jednocześnie śpiew męski i przygrywanie na mandolinie.

- Jakaż olbrzymia różnica pomiędzy Francją a nami! - kończyła Ania swoje wywody. - Nie ma tu ani wylewów rzek, gdyż są wszystkie uregulowane, ani też dróg nieszosowanych, ani nieużytków, leżących odłogiem. Wszystko jest wykonane, udoskonalone, zrobione. Szczęśliwi obywatele mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, podczas gdy u nas, w Polsce, spóźniliśmy się z tą robotą o jakiś wiek przynajmniej.

- Tłumaczy nas niewola i rządy zaborców - ujęła się żywo Madzia.

- No, i lenistwo słowiańskie - dodała lekkim tonem Danka.

- Toteż powiem wam szczerze - ciągnęła dalej Ania, patrząc w dal z takim wytężeniem, jak gdyby widziała tam jakiś cel określony - że teraz gdy ujrzałam na własne oczy tak wysoką kulturę u obcych, zrozumiałam rolę naszej młodzieży, która zajmie przecież z czasem kierownicze stanowisko w Polsce. Powinna ona wyjeżdżać na Zachód, aby się zapoznać z urządzeniami innych krajów, a powróciwszy urobić sobie ręce po łokcie, byleby kraj swój doprowadzić do najwyższego rozkwitu.

- Myśl nie jest nowa! - rzuciła Danka od niechcenia. - Żółkiewscy i Sobiescy toż samo czynili przed wiekami.

- Chodzi właśnie o to, aby ich naśladować! - zawołały obie.

- Nie opowiedziałyśmy ci jeszcze, Madziu, naszej ostatniej, bardzo miłej przygody. Wyobraź sobie, wsiadamy do wagonu trzeciej klasy, jak zwykle i zastajemy tam cały oddział strzelców francuskich, z których kilku tęgo podhumorzonych. Pociąg w biegu, my szalenie zmęczone, siadamy więc skromnie na ławce. Danka przymyka oczy i w jednej chwili zasypia. Główka jej mimo woli skłania się na ramię chasseura55, który pewien jest, że to zachęta do czynu i chce ją całować! Ja zrywam się z ławki, chwytam go za rękę, wszyscy w śmiech!

- Robi się hałas piekielny, bo jeden z żołnierzy zaczyna grać na harmonijce - przerywa koleżance Danka. - Otwieram oczy i słyszę perorującą Anię, z podniesioną do góry ręką i rumieńcami oburzenia na twarzy. - A gdyby tu była wasza córka, albo żona, moi panowie? Czy radzi byście byli z takiego zachowania się dzielnych wojaków francuskich?

- Trafiło im to do przekonania, bo w wagonie uczyniło się cicho, jakby makiem siał! - triumfowała Ania. - Zaczęłyśmy opowiadać im o Polsce, że przecież razem wojowaliśmy przeciw Niemcom w czasie wielkiej wojny i że teraz jesteśmy ich sprzymierzeńcami. Przejechaliśmy tak parę stacji i większość oddziału wysiadła. Zostało tylko pięciu strzelców, którzy nas uprosili, abyśmy położyły się na ławce, a sami wyszli na korytarz. Budzimy się z rana, wypoczęte i przykryte żołnierskimi płaszczami. Prawda, jakie to ładne z ich strony?

- Poczęstowałyśmy ich winem i cukierkami i rozstaliśmy jak starzy przyjaciele - dokończyła Danka.

- Idźmy i my za tym przykładem, bo to już świta - Madzia zerwała się z krzesła. - Dobranoc, moje drogie. Zachwycona jestem waszą podróżą i waszą umiejętnością radzenia sobie w każdej okoliczności!

Nastały gorące dni letnie i zżyta już z sobą grupa etudiantów oddawała się często sportowi pływackiemu, chodząc razem do pływalni w Grenoble. Tylko Fritza wśród nich nie było wcale, a stało się to z następującego powodu. Pewnego dnia - było to w maju - Ania z Danką, przyszedłszy na studiowaną przez nich Faculté de lettres56, dostrzegły z daleka na mapie, wiszącej w auli uniwersyteckiej, jakieś dziwne, czerwone wykresy. Zaciekawione, podeszły bliżej i stanęły jak wryte, nie chcąc wierzyć własnym oczom.

- Cóż to za prowokacja! - szepnęła przez zaciśnięte zęby Ania.

- Koledzy! - zwoływała studentów impulsywna Danka. - Czyż wy tego nie zauważyliście?! - wskazywała palcem napis czerwonym ołówkiem na powojennej mapie Europy, gdzie Alzacja i Lotaryngia z jednej strony, a Pomorze i Poznańskie - z drugiej, włączone były przez nieznanego dowcipnisia do Rzeszy Niemieckiej, a na tak sztucznie powiększonym jej obszarze biły w oczy wyzywające słowa: - Deutschland über alles57!

Uczyniło się zbiegowisko i gwar wykrzykników. Sangwiniczni Francuzi wpadli w gniew nie do opisania i wygrażali nieznanemu zwolennikowi rewizji traktatów. Włosi dowcipkowali na temat ich rządu, który miał zupełną słuszność, opuszczając w czasie wojny tak zachłannego sprzymierzeńca. Jeden z Japończyków, o którym wiadomo, że od urodzenia nigdy się nie śmiał, nie mógł powstrzymać tym razem nikłego uśmiechu, przy czym biel jego zębów, odbijająca od ciemnej twarzy, stała się jeszcze jaskrawsza.

- Patrz! - szepnęła Danka do Ani. - Czy widzisz, jak apatyczny Staś się obudził?

- Nareszcie. Bardzo mu z tym do twarzy.

Młody, wysoki brunecik zabrał głos istotnie, przemawiając do kolegów z oburzeniem. Był to Staś Orsak, syn bogatych przemysłowców z Ukrainy, którego rodzice stracili znaczną fortunę w czasie rewolucji rosyjskiej. Chłopak nie mógł przeboleć tej zmiany losu, tym bardziej, że źle im się w Polsce wiodło i że wszystko, co dawniej mieli, zdobyte było li tylko pracą ojca. Małomówny i blady stronił od życia koleżeńskiego, ucząc się natomiast po całych dniach sumiennie, ale bez cienia zapału. Koledzy dowcipkowali na temat jego nazwiska, "Orsac", dowodząc, iż kryje w sobie wory złota, jakie staną się na pewno jego udziałem. Danka z Anią, poznawszy się z nim na wykładach, moralizowały go często, wytykając pesymizm w tak młodym wieku. Wszystko to chłopak przyjmował w jednaki, milczący sposób, uśmiechając się niby, a właściwie krzywiąc usta na prawo, albo na lewo. Tym dziwniejszą była raptowna zmiana w jego nastroju.

- Koledzy! - mówił podniesionym głosem. - Apeluję do waszej szlachetności. Wiecie przecież, że sto lat z górą Polacy walczyli o swoją wolność, nie ulegając gwałtowi zaborców! Dziś, gdy szablą i krwią ją zdobyli, czyż pozwolicie, aby w ten sposób ranił ktoś nasze uczucia narodowe?! - Tu uczynił gest, jak gdyby chciał zerwać mapę ze ściany.

- Masz zupełną słuszność, Orsac! - powiedział spokojnie Dick, młody Anglik, przyjaciel Rodney'a. - Stoję po waszej stronie. Pójdziemy natychmiast do rektora. Te mapy muszą być zdjęte, gdyż i w drugiej sali widziałem te same efektowne projekty.

Huczne oklaski przyjęły te słowa, po czym obydwaj wyszli.

- Ciekawam, czy on znów wpadnie w swoją beznadziejną ponurość? - powiedziała "łagodna anarchistka" do Ani. - Ja mu się tak bardzo nie dziwię, gdyż cała moja natura wzdryga się przed gwałtem!

- A ja myślałam, że rewolucja wyrwała mu brutalnie cały zapał młodzieńczy z z duszy, ale jeśli stać go na uczucie narodowej godności, to ma skąd czerpać pociechę. Myślę jednak, niestety, że po tym wybuchu powróci do dawnej apatii, z jakiej na pewno otrząśnie się z czasem.

Rektor kazał wprawdzie usunąć mapy, ale wrzenie trwało jeszcze czas jakiś, bo poznano w czerwonym napisie rys ręki Fritza i tak odeń stroniono, że opuścił Grenoble i pojechał do Vaterland'u58.

Tymczasem zażyłość Dicka z międzynarodowym gronem kolegów, wśród których Ania z Danką rej wodziły - rosła z dnia na dzień. Młody Anglik był najmłodszym synem bogatej rodziny i starszy brat jego miał zostać po śmierci ojca właścicielem całego majątku - jemu zaś - wedle ustroju angielskiego - przypadała w udziale praca i zdobycie stanowiska własnymi siłami. Dick nie uważał jednak siebie za pokrzywdzonego, wręcz przeciwnie - chlubił się tym mądrym systemem brytyjskim, zaprawiającym młode pokolenie do walki z życiem i broniącym inteligencji od zdeklasowania.

- Gdyby mi było ciężko, albo gdybym zachorował beznadziejnie, to starszy brat zawsze mi pomoże, a dom rodzinny będzie przytulnym gniazdem dla zniedołężniałego członka rodziny - upewniał słuchaczy, gdy po długo trwającej kąpieli w pływalni wyciągali się na piasku, grzejąc plecy na rozkosznym słońcu Południa i chłonąc wzrokiem piękny krajobraz alpejski, roztaczający się przed nim.

- Szkoda, że w Polsce więcej rządzimy się pod tym względem sercem, niż rozumem - wyznała Ania, podpierając budkę obiema rękami. - Rodzice dzielą sumiennie najmniejszy majątek pomiędzy wszystkie dzieci, a wynikiem tego bywa często upadek całej rodziny i owo zdeklasowanie się kulturalne, o jakim kolega wspomina.

- Mademoiselle Annie! Bardzo mnie zaciekawia, co pani będzie robiła po powrocie do kraju? Czy można spytać o plany na przyszłość? - tu Dick obrzucił dziewczynę przenikliwym i jednocześnie pełnym sympatii wejrzeniem.

- Ania jest tajemnicza i zwierza się chyba samej sobie i to do rękawa! - objaśniła go z udaną powagą Danka.

- Będę pracowała, ale jak, nie wiem sama - odparła krótko. - Byleby tylko nie w takiej instytucji, jak Armia Zbawienia, albo coś w tym rodzaju! - wybuchnął śmiechem Rodney przy zgodnym wtórze swawolnej Daisy. - Szkoda byłoby tych ślicznych rączek, które by już z zasady nie znały manucure i figlarnych loczków, zmienionych w cnotliwe pasma przyklepanych włosów!

- Mylicie się - protestowała Ania z uśmieszkiem. - Może bym i chciała zdobyć stanowisko w pracy społecznej, ale pomimo to pozostałabym kobietą wytworną. To jest obowiązek wobec własnego przemysłu i handlu.

- Dotychczas mademoiselle Danka wygłaszała epatujące zasady - powiedział wesoło Lao-Ming. - Czyżby to było zaraźliwe? - i zaśmiał się dyskretnie.

- Ja radziłbym pani wstąpić do filmu - odezwał się przekonywująco Raymond. - A ci Anglosasi nauczyliby panią pływać jak ryba, nurkować jak łódź podwodna i skakać do wody z wdziękiem nimfy. Dodajmy do tego tę zgrabną postać o kształtach miniaturowej Venus, a otrzymamy - gwiazdę filmową pierwszorzędnej wartości! Dobrze radzę, ma foi!

- Protestuję - zawołał Rodney energicznie. - Zbyt to męczące! Lepiej wyjść za jakiegoś milionera amerykańskiego i stać się jego kosztowną kobietą. My to lubimy, a żona jest u nas cackiem, które świadczy swym wyglądem o stopniu powodzenia finansowego męża. Tak, tak, Ameryka to zgoła odmienny świat pojęć i nastawienia psychologicznego, niż wasza stara Europa. Tempo naszego życia nie daje wprost czasu na pogłębienie myśli. Pieniądz - to bóstwo. Dążymy do dobrobytu - za wszelką cenę i dumni jesteśmy z nieprzebranych bogactw naszych Stanów. Ślizgamy się po powierzchni etyki, nie rozmyślając nad jej podstawami. Brak nam wyczucia odpowiedzialności za kradzieże, lub zbrodnie. Odsiedziałeś karę? All right! Idź z Bogiem i szukaj pracy! Nikt ci nie wytknie, że poznałeś się z więzieniem. To twoja osobista sprawa. Zlikwidowana? All right. Jesteś znów uczciwym człowiekiem.

- Przede wszystkim, jakim prawem jeden człowiek zamyka drugiego do więzienia? - rzuciła pytanie Danka i rozmarzonymi oczyma powiodła z wyrzutem po obecnych.

Wszyscy zaśmiali się chórem, a z ust Madzi i Daisy padły niemal równocześnie impulsywnie wypowiadane słowa:

- Rzeczywiście, jesteś anarchistką, Danko!

- To potrąca o zagadnienie wolności człowieka - odezwał się Samuel. - Walczyła o nią rewolucja francuska i nie na próżno. Sądzę jednak, że prawdziwie wolnym człowiek jest tylko w kręgu własnego ducha, o ile udoskonali go do możliwie najwyższych szczytów.

- Tak - przyznał z mocą Lao-Ming. - Dlatego boli mnie bezmiernie apatia duchowa mego narodu. Jesteśmy tak liczni, a nasza cywilizacja sięga tak odległych wieków, że powinniśmy zająć dominujące stanowisko na kuli ziemskiej. Tymczasem Japończycy, liczebnie daleko od nas słabsi, wysuwając się na czoło żółtej rasy, rozszerzają swe panowanie, zdumiewają wynikami świetnej organizacji i patriotyzmu, dążącego świadomie i za wszelką cenę do wielkości ich państwa. Ach! Gdybym mógł obudzić mój naród z tylowiekowego uśpienia, gdybym mógł wydobyć na jaw z duszy jego wszystkie ukryte tam zalety i skarby kultury i przełamać konserwatyzm, który nas skuwa - życiem własnym zapłaciłbym chętnie za rozkwit trzystumilionowego narodu - oczy Lao-Minga tchnęły głębokim entuzjazmem, odczutym i zrozumianym przez grono jego kolegów.

- Przede wszystkim - zabrał głos Samuel z wielką powagą - my młodzi, będziemy musieli zabrać się do zupełnej przebudowy pojęć o wojnie, aby ta krwawa, bezlitosna rzeź, to uprawnione morderstwo, stało się tak nie do pomyślenia, jak w naszych czasach - wojna religijna. - Zgadzam się. Ale - z drugiej strony, kto przestaje walczyć, ten przestaje żyć! - wykrzyknął Rodney. - Toteż walka powinna przenieść się na inne pola. Niech się nie objawia krwawo na pobojowiskach, ale niech wystąpi jako szlachetna rywalizacja ras na polu ekonomii, albo w obrębie poezji, ekspansji duchowej, techniki, wynalazków. Niech się objawia w takiej walce o wpływy kulturalne, jaką teraz widzimy pomiędzy Anglią i Ameryką, niech się stanie walką ducha i umysłów narodu, ale nie bójką apaszów, uzbrojonych w noże, no i w nieco od nich straszniejsze trujące gazy!

- Ja już to kiedyś mówiłam - wtrąciła skromnie Danka.

- Masz rację, Samuelu - oświadczył Dick po namyśle. - Przypominam sobie teraz, że czytałem nową książkę niemiecką, w której autor wysuwa podobne tezy. Kończy ją zdaniem: Wojna ulatywała w powietrze przy szyderczym chichocie dzieci - co oznacza zapatrywanie następnego po nas pokolenia, a w jednym z rozdziałów wydaje taki wyrok na sierżanta, chełpiącego się tym, że podłożył tajemnie minę pod kwitnące miasteczko nieprzyjacielskie, mające być zmienione za jednym przyciśnięciem jego palca w fontannę wylatujących gruzów i krwawych szczątków ludzkich: Kapitan trzema celnymi strzałami z rewolweru zgasił życie w chełpiącym się przed chwilą sierżancie i rzekł pogardliwie: - Oto twoje ordery i twoja nagroda. Kilka stóp w głąb pod ziemią. Tam będziesz spoczywał i tylko to ci się należy!

- Ależ w takim razie ten sierżant był nieszczęśliwą ofiarą swego obowiązku - zaprotestowała Ania.

- Dobrze powiedziane: po męsku. Nie uprzedziłem was, że dzieje się to wszystko podczas fikcyjnej rewolucji w Niemczech i występują tu raczej symbole, niż ludzie.

- Jeśli tak, to przyklaskujemy wszyscy autorowi. Dobrze byłoby, gdyby Fritz przejął się jego poglądami. Ale, niestety, to bardzo wątpliwe.

Cisza nastała po tych słowach. Nad dysputującymi sklepiało się czyste niebo, owiewało ich rześkie powietrze, a potężny łańcuch Alp Belledonne nurzał się w zalewie pogodnego słońca.

- Rozjedziemy się za parę miesięcy - zaczął Dick przyjaźnie. - Każdy z nas pójdzie swoją drogą przez życie. Szkoda jednak byłoby stracić tę łączność duchową, z jakiej słusznie jesteśmy dumni. Obiecajmy więc sobie, że kto z nas pierwszy się zaręczy, ten zawiadomi o tym kolegów. Oto moja ręka, że przyjadę na ślub, nawet z głębi Australii, dokąd mam zamiar się udać, jako kolonista.

- Ja stawię się również wobec tego, że Chiny są bliżej Europy - zobowiązał się chętnie Lao-Ming.

- Z Ameryki to przecież jeden skok! Furda! Liczcie na mnie - wykrzyknął Rodney, na którego Daisy spojrzała w tej chwili wymownie, jak gdyby, pytając, czy zabierze ją z sobą?

- Z Europy jeszcze prędzej przyfruniemy samolotem - żartował Raymond. - Nie zastrzegaj się, Rodney! Nie wiadomo, kto pierwszy uwikła się w sidła Hymenu!

- W każdym razie uniesiemy do grobu wspomnienia tej naszej Międzynarodówki, która postawiła sobie jako hasło pokojową współpracę narodów - zawołała Ania, zrywając z głowy niebieski czepek kąpielowy i powiewając nim w powietrzu na kształt zwycięskiego sztandaru.

Grzmot oklasków pokrył jej słowa, wykazując trafność, z jaką uderzyła w strunę, dźwięczącą tak silnie w duszach zgromadzonych na obczyźnie etudiantów.