Tournée40 po Francji
Wrodzona praktyczność Ani przy wysoce rozwiniętym zmyśle estetycznym sprawiła, że po niejakim czasie dziewczyna zaczęła myśleć o zmianie dotychczasowego lokalu. Uważała bowiem, że pani Laurin brała zbyt wygórowane ceny wobec minimalnych wygód, jakie dawała, a jej codzienna propozycja:
- Débarrassez vos assiettes41 ! I brudne talerze do następnej potrawy - wzbudzały w niej wstręt niepohamowany. Dzięki swej wymowie i rzeczowym argumentom potrafiła zbuntować Madzię z Danką i wszystkie trzy przeniosły się do Protection de la Jeune Fille, instytucji na pół dobroczynnej i opiekuńczej, a rozpowszechnionej w całej niemal Francji, znajdującej się w Grenoble pod opieką księdza staruszka. Było tu zacisznie, czysto i tanio, gdyż I i II piętro przeznaczone dla zamożnych etranżerek42 przynosiły dochód, umożliwiający niskie bardzo ceny dla studentek, zamieszkujących III piętro. Dom o miłym wyglądzie stał w głębi, poza hiszpańskim podwórkiem z kolumnadą, obrośniętą dzikim winem, a z sali jadalnej widać było mały ogródek z kwiatowymi klombami. Na lewo od wejścia znajdowała się kancelaria księdza, przez którą przechodziło się wieczorem do wnętrza domu, przy czym godzina dziesiąta była terminem ostatecznym i studentki musiały się legitymować ze swego powrotu przed ascetycznym opiekunem. Ta wszakże nieufność i więzy jak gdyby reguły klasztornej wzbudziły protest nie tylko łagodnej anarchistki, ale i nie znoszącej takiego skrępowania Ani. Postanowiły tedy rozmówić się z zacnym staruszkiem - tak wymownie przedstawiły mu zaufanie rodziców, którzy wyprawili je same na studia za granicę, jak również solidność swych charakterów, jakiej dały dowód przez cały miesiąc od kiedy tu się przeniosły, że rozczulony ksiądz dyrektor wydobył z sutanny klucz i wręczył go "pracowitym Polkom" z zapewnieniem, iż najzupełniej im ufa.
Omal nie rzuciły się na szyję poczciwego księżunia, zapewniając z przejęciem, że chodzi im tylko o możliwość późniejszego powrotu z teatrów i koncertów. Pomimo tego zwycięstwa warunki pobytu zepsuły się nieco dla Ani, gdyż współlokatorka i koleżanka uniwersytecka, Sophie, truła jej życie swą niedelikatnością i brakiem kultury. Była to córka bogatych mieszczan z Bordeaux, przystojna szatynka, zapamiętała sportsmenka, lubiąca imponować i grzesząca niesłychanie zarozumiałością. Ojciec jej był przemysłowcem włoskiego pochodzenia, matka zaś Niemką i znać taki konglomerat narodowości wydobył na jaw ujemne cechy każdej z nich. Z jej postępowania można by wnioskować, iż jest w pokoju sama, gdyż czytywała do późna, świecąc lampę elektryczną, zajadając stosy cukierków, którymi nigdy towarzyszki nie poczęstowała i wstając bardzo wcześnie, przy czym bezceremonialne trzaskanie drzwiami stawało się nieodzownym leitmotivem43 tej wysokiej i silnej dziewczyny. Ania walczyła z początku z tymi objawami brutalności, ale wkrótce zaprzestała wszelkich upomnień wobec zupełnej ich bezcelowości. Nie mogąc przenieść się do innego pokoju, gdyż wszystkie były zajęte, starała się okazać, że dzikie zachowywanie się koleżanki nie sprawia jej żadnej przykrości. Zmizerniała jednak i pobladła w skutek krótkości snu i niepokoju wewnętrznego, tak że Raymond, z którym często się widywała, podobnie jak z innymi kolegami z Pension Laurin, załamał kiedyś ręce na jej widok z żalem:
- Czy warto było nas opuszczać, mademoiselle Annie? - powiedział serdecznie. - I gdzież są te różyczki alpejskie na bledziutkich policzkach? Już teraz nasza figlarna Daisy nie wymawiałaby ich pani.
- Odpocznę w czasie świąt - odparła Ania wymijająco.
- W czasie świąt? Tiens44! Świetna myśl! Muszą panie do nas przyjechać. Tak, tak! Zaraz napiszę do matki i dostaną panie najuprzejmiejsze zaproszenie. Mamy samochód, będziemy urządzali wycieczki, Francja taka piękna, zobaczy pani!
Ten pobyt w małym miasteczku, Digne, gdzie mieszkali rodzice Raymonda, wywarł na Anię wpływ niezapomniany. Dziwiła się tylko - ze zwykłą sobie przenikliwością - jak ludzie tego pokroju, co oboje gospodarze domu, mogli mieć syna tak biegunowo przeciwnej ideologii. Państwo Montess byli działaczami społecznymi w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu, a Raymond, zawsze wyelegantowany, ładny laluś, brał życie ze strony li tylko epikurejskiej.
- Jakaś psychologiczna zagadka - dzieliła się Ania przyciszonym głosem swymi spostrzeżeniami z Danką i Madzią, gdy wieczorem układały się do snu w dużym pokoju, przystrojonym w tiulowe firanki i stare, wygodne meble. - Pomyślcie dobrze, moje drogie! Wszakże pani Montess jest redaktorką pisemka dla dzieci, w którym stara się wpłynąć na nie w kierunku hartowania ciała i ducha. Prócz tego prowadzi ochronkę dla biednych sierotek, dając im prawdziwie macierzyńskie serce. Chodzę tam z nią codziennie, więc umiem to ocenić. Jej mąż, jako świetny doktor jest na czele kliniki w Digne i każdy jego pacjent wchodzi do tego zakładu z przekonaniem, że znajdzie się pod opieką mądrego przyjaciela i że w domu byłoby mu gorzej, niż tu, gdzie stosują wszystkie najnowsze metody leczenia!
- Byłam tam raz z doktorem - wtrąciła Madzia swoją uwagę. - Ach! Gdybyście widziały te oczy chorych, wzniesione z rozczulającą wiarą i zaufaniem na pana Montess, to powiedziałybyście sobie na pewno, że nie ma piękniejszego zawodu na świecie, niż lekarski.
- Entuzjastki! - mruknęła Danka, która na pół rozebrana, wysunęła zgrabne nogi w jedwabnych pończochach i przypatrywała się sobie w zawieszonym naprzeciw olbrzymim lustrze, odbijającym jej wgłębioną w fotel, dziewczęcą postać.
- Chcesz się przedstawić gorszą niż jesteś naprawdę - strofowała ją Ania. - Wiem doskonale, że pomimo flirtu z Raymondem, cenisz więcej jego rodziców, aniżeli tego bawidamka.
- Nie zastanawiałam się nad tą kwestią - oznajmiła Danka z zalotnym w stronę lustra uśmiechem. - Niech żyje wolność przekonań i postępowania!
- Zawsze chcesz być wierna sobie - podkreśliła Madzia żartobliwie. - Ale wiecie, co zauważyłam? Po pierwsze, że Francuzi są szalenie oszczędni. Pamiętacie jak pani Montess pytała Anię, czy ziemniaki, sprowadzane przez jej ojca z Poznańskiego do Francji, będą ścisłe, ponieważ taki gatunek wymaga mniej masła niż sypki?
- Mają rozum. Dlatego jest we Francji tylu drobnych rentierów, a u nas pracownicy nie myśleli o zabezpieczeniu starości, aż dopiero teraz, przymusowo, od kiedy powstał Z.U.P.U.45
- Z tym się zgadzam. A po wtóre, wydaje mi się, że pani Montess przyjęłaby z otwartymi ramionami naszą Anię jako synową!
- Ładnie bym się ubrała! - zaprotestowała Ania z werwą.
- Dobre masz oko, córko Eskulapa - przytaknęła Danka. - Nawet Raymond coś mi o tym lekko napomknął.
- I cóż, kochanie? Zachęcałaś go do tego kroku, czy też odradzałaś? - spytała rozbawiona Ania.
Roześmiały się wszystkie trzy z młodzieńczą beztroską.
- Pani Montess - prawiła dalej Madzia, wsuwając się pod kołdrę - wysławiała wczoraj przede mną wielkie zalety Ani, jako ewentualnej pracowniczki na polu społecznym. Et ci, et ça46, jaka ona mądra, a jak podchodzi do zagadnień społecznych, a jak ujmuje niesprawiedliwości klasowe, a jak wczuwa się w dolę sierocą!
Tu rzewny i pełen nieuchwytnego wdzięku uśmiech okolił usta Ani, znikając tak szybko, jak się ukazał.
- Słowem - ciągnęła Madzia, nie dostrzegłszy tego odblasku dawnych przeżyć koleżanki - tak pięknie oświetliła duchowość Ani, że powinnyśmy być dumne z naszej towarzyszki.
- Ba! - Danka, leżąca już w szerokim, niskim łóżku, zapaliła na dobranoc ostatniego papierosika i wydmuchnęła w górę kilka kółeczek dymu. - Przeszła ona znakomitą szkołę i może istotnie ujmować wszelkie zagadnienia klasowe na mocy własnego, nie zanadto miłego doświadczenia. Poza tym Ania jest naprawdę pierwsza klasa! Śpijmy już, moje kochane, co?
- Dobranoc - rzekła Ania, gasząc lampę przy łóżku. - Lubię bardzo nasze rozmowy z państwem Montess i doskonale czuję się w ich towarzystwie. A jakie to ładne z ich strony, że wychowali Samuela i kochają go jak drugiego syna!
- Rozkoszne mamy święta - potwierdziła Madzia z zapałem.
- Uhm! - mruknęła Danka, wtulając ładną twarzyczkę w batystową poduszeczkę pod głowę.
Radość trzech koleżanek wzrosła jeszcze, gdy pewnego dnia pan Montess zaproponował im, że wobec kończących się ferii świątecznych, ofiarowuje całej gromadce swój samochód, którym powrócą do Grenoble, odwiedzając po drodze Monte Carlo i Rivierę francuską.
Ta wycieczka samochodem przez Francję, rozsłonecznioną i ukraszoną lazurem Śródziemnego Morza, wyryła się Ani na zawsze w pamięci. Jechali w pięcioro z Raymondem i Samuelem, śpiewając z radości i zachwytu chóralnie piosenki francuskie, jak jacyś utalentowani revellersi47, promieniując młodzieńczą werwą i niepohamowaną, samorzutną wdzięcznością za życie, za istnienie.
Monte Carlo wywarło na Ani oszałamiające wrażenie. Wykwintne piękno, rozsiane tu na każdym kroku, harmonizowało idealnie z jej estetycznymi wymogami, myśl zaś, że w tym przybytku czarów natury i sztuki, ludzie odbierają sobie życie, straciwszy niejednokrotnie poprzednio honor - psuła jej nastrój. Stojąc wraz z towarzyszami wycieczki na tarasie Kasyna, gdyż do salonów gry nie pozwolono im wejść ze względu na młode lata, Ania przypatrywała się ciekawie wspaniałym limuzynom, zatrzymującym się przed frontowymi drzwiami, wysiadającym z nich wystrojonym damom i wytwornym panom, obserwując ten świat "high life'u", tak zblazowany, a tak biegunowo różny od ich młodzieńczej świeżości i nie dającej się nabyć za żadną cenę, wrażliwości na piękno życia.
Powrót do Grenoble odbył się równie wesoło, jak cała ta urocza wyprawa i trzy koleżanki zabrały się natychmiast do sumiennej pracy na uniwersytecie.
Państwo Alfredowie przyjechali do Paryża dopiero przy końcu stycznia i pani Vera stęskniona za Anią odwiedziła ją wkrótce w Grenoble. Zamieszkała, oczywiście, w pokoju dla etrenżerek na I piętrze w Protection, a gdy przeszły pierwsze chwile radości i sypiących się gradem zapytań i odpowiedzi, rzekła spokojniejszym już nieco tonem:
- Przywożę ci, Aniu, serdeczne pozdrowienia od pani Dory Worthy. Czy przypominasz ją sobie?
- Doskonale, mamusiu. Byłyśmy razem w Zakopanem. Ale gdzie mamusia ją poznała?
- U stryjenki Konstancji. Nie mówiłam ci jeszcze, że przed naszym wyjazdem do Paryża zboczyliśmy do Przymilepek na parę dni. Stryjenka w podeszłym już wieku, a wiesz jak tatuś kocha ją i szanuje. Kto wie, ile życia jej pozostało? Ogromnie była nam rada, a niespodzianka udała się znakomicie, bo nie telegrafowaliśmy o konie. Zastaliśmy u niej państwa Januszów Worthy, którzy niedawno przenieśli się na stałe do Brzeżan i już zdołali pozyskać sobie ogólną sympatię.
- Jeśli mąż jest tak miły i kulturalny jak żona, to nie dziwię się temu wcale - powiedziała Ania, nalewając wodę do miednicy. - Niech mamusia trochę umyje się po podróży, bo zaraz przyniosą pierwsze śniadanie. Wszystko naszykowane, jak mawiał kochany Doroftej, wedle upodobań mamusi.
- Wolę wykąpać się, a tymczasem umyję tylko ręce - i pani Vera wprowadziła w czyn swoje słowa, mówiąc dalej: - Oboje są siebie warci. Przypadliśmy sobie wzajemnie do gustu, bo sympatia i antypatia odczuwają się tak szybko i nieomylnie jak prąd elektryczny. Na drugi dzień pojechaliśmy do państwa Januszów na kolację i chociaż to może zabawne, ale mieliśmy uczucie, że się znamy od dawna. Co prawda tatuś żartował ze mnie, że moja sympatia do pani Dory rozwinęła się na tle zachwytów nad tobą.
Tu Ania roześmiała się z zadowoleniem i pokiwała główką na dowód, że ten sposób zdobywania serca jej matki nie jest dla niej rewelacją. Pani Vera zaśmiała się również: - Złoty mój Fredzio! Musi dowcipkować, bo inaczej zachorowałby na pewno!
W tej chwili zgrabna służąca w czarnej sukience i białym fartuszku wniosła na tacy petit déjeuner48, do którego pani Vera zabrała się z niekłamanym apetytem, co nie przeszkadzało wszakże dalszej ożywionej rozmowie z córką. Po kilku dniach pobytu w Grenoble i zaznajomieniu się z kolegami i koleżankami Ani, zaprosiła wszystkich do siebie na herbatkę oczarowując młodzież niezwykłą swą inteligencją i wesołością. Toteż odprowadzili ją całą paczką na dworzec, gdy nadszedł dzień powrotu jej do Paryża, a po odejściu pociągu unosili się długo nad zaletami towarzyskimi de madame49 Alfrede, której nazwisko polskie było dla nich tak trudnym do wymówienia jak gdyby głoski zmieniły się w kamienie, przeszkadzające ongi Demostenesowi w jego krasomówstwie.
- Matka pani młodsza od nas wszystkich - rzekł Samuel z przekonaniem. - Jakie to żywe usposobienie, jak lotna fantazja i młodzieńczość uczuć.
Wśród gwaru potwierdzających to spostrzeżenie, zadźwięczały nagle przejmujące słowa Ani:
- Co do uczuć mojej matki, to nie możecie znać ich głębi i szlachetności. Ale opowiem wam scenę z mego dzieciństwa, która wyryła się w mej pamięci na całe życie. Idźmy wolno do domu. Teraz na ulicach pusto, przeszkadzać nam nie będą. Posłuchajcie.
Pożar dworu, dzikie bandy żołnierzy i chłopów pastwiących się nad pięknymi meblami, rozpacz ojca, gdy stwierdził, że wykryto bezcenne klejnoty z ściany jadalni, ryk tłumu jako wyraz jego zachwytu nad znalezionym skarbem, niezachwiany spokój matki, wobec widma ruiny i nędzy, jej oczy pełne miłości, zwrócone na ojca i pocieszające go: Żyjesz, więc nic nie jest straszne! - wszystko to przesuwało się przed oczami zasłuchanych towarzyszy dziewczyny jak obraz wstrząsający w swej grozie. I skąd wzięły się takie mocne, bezpośrednie wyrazy w ustach tej powściągliwej mademoiselle Annie? Dziwili się temu młodzi, dziwiła się temu i Ania, ochłonąwszy ze wzruszenia, tylko Lao-Ming, najwytrawniejszy ze wszystkich psycholog, zrozumiał, że głębokie uczucia, tajone w sercu, nie rozdrabniające się na co dzień, wyjawić się musiały w formie rzadkiego, ale tym silniejszego odruchu szczerości.
Wielkanoc miała Ania spędzić z rodzicami w Paryżu, ale lubiąca ruch Danka powzięła zamiar podróży po Francji.
- Ułożyłam świetny plan - namawiała koleżanki. - Zobaczycie, że niezbyt drogo będzie nas to kosztowało, a kto wie, czy kiedykolwiek tu powrócimy? Trzeba korzystać z każdej sposobności, aby poznać obce kraje. Puchar życia należy ciągle podnosić do ust, bo inaczej zawarte w nim wino ulotni się nie dając nikomu wesela!
- Mówisz wyjątkowo rozsądnie - zadecydowała Madzia, której umysł przepojony dobrocią i umiarem, zwalczał często buntownicze zapatrywania koleżanki - jedźcie we dwie z Anią, bo co do mnie, to medycyna nie pozwala mi na takie urlopy.
Nie pomogły namowy i prośby Ani. Madzia twarda była w swych postanowieniach, szczególnie tam, gdzie wchodził w grę obowiązek, a ponieważ brat finansował jej studia zagraniczne, więc pragnęła jak najrychlej przestać być dla niego ciężarem.
- Widzę, że cię nie przekonam - ustąpiła wreszcie Ania z żalem. - Szkoda! Przyznam się teraz wam moje drogie, że jeśli opuściłam Dżiokondę, to uczyniłam to z myślą zebrania zaoszczędzonych, pieniędzy dla odbycia jakiejś ciekawej turnée po Francji.
- Możesz w każdej chwili poprosić rodziców o paręset franków na taką wycieczkę - zdziwiła się Danka. - Twoja matka tak cię kocha, że to aż bije w oczy. Szczęśliwa jesteś, Aniu! - tu Danka, wbrew zwyczajowi, zamyśliła się smutnie.
Przez szafirowe oczy Ani przeleciał błysk tak promienny, jakby zajrzało w nie słońce, ale nie podejmując uwagi towarzyszki, rzuciła pospiesznie:
- Wiem, że niczego nie odmówiliby mi, ale mnie tylko to cieszy, co sama sobie zawdzięczam.
- Powinnaś więc i mnie zrozumieć, skąd startowała. Madzia patrząc z ogromną sympatią na ożywioną w tej chwili twarzyczkę koleżanki.
Państwo Alfredowie powiadomieni o projekcie córki, wyrazili ochoczo swą zgodę i przysłali flotę pomocniczą, jak pisał pan Alfred, dodając na końcu listu:
"Rad jestem niezmiernie, że moja dziewczynka wzbogaci swój umysł zapoznaniem się ze starą kulturą i przeszłością wielkiego narodu. Przy swej spostrzegawczości wrażenia Twoje nie będą papierowe i szablonowe, ale w najwyższym stopniu twórcze. Tylko proszę Cię gorąco, dziecko kochane, odżywiaj się dobrze i nie przemęczaj się za bardzo w czasie Waszej podróży. Zwiedzanie bowiem wymaga więcej siły niż życie codzienne, a Ty na pewno skłonna będziesz bardziej do przysyłania nam pięknych upominków z wycieczki, aniżeli do użycia "floty pomocniczej" dla własnej wygody. Prosimy o częste kartki z drogi, ponieważ chcemy towarzyszyć Wam w myśli i razem z Wami przeżywać raz jeszcze to, co kiedyś wywołało i w nas podziw i zachwyt. Ściskamy Cię najserdeczniej. Twój kochający Tatuś."
Skoro dzień i godzina wyjazdu stały się wiadome, to koledzy i koleżanki z Pensjonatu Laurin postanowili urządzić przedsiębiorczym turystkom owację kwiatową na dworcu. Stawili się wszyscy w komplecie. A więc jakby wyjęty z żurnalu mód wiosennych, Raymond, z ustrojony w wyjątkowo świeży kołnierzyk Samuelem, którego bujna czupryna nie była przyciśnięta czapeczką studencką, albowiem ten sportowiec, higienistka gardził wszelakim przykryciem głowy. Przyszli również Daisy z Rodney'em, który pomimo flirtu ze śliczną Angeliką, studiował pilnie i nie zaniedbywał się w naukach, co - niestety - stało się udziałem dziewczęcia, zakochanego coraz poważniej i targanego niepokojem jak się ta cała sprawa skończy. Lao-Ming przyniósł dwie wiązanki z kwiatów i w subtelny, jak zwykle sposób, wyraził życzenie szczęśliwej podróży. Madzia ofiarowała cukierki, co wszyscy zebrani uważali jako pomysł znakomity i dlatego zjedli je na poczekaniu wspólnie z wdzięcznymi turystykami.
Tylko Fritz nie zjawił się wcale, nie sprawiając tym nikomu przykrości.
Pociąg wreszcie ruszył wysyłając ku niebu puszyste zwoje dymu i gwiżdżąc po łobuzersku (tak się przynajmniej rozbawionej młodzieży zdawało!), a zdradziecki wiatr pochwycił kartkę z wypisanymi na niej dobrymi i tanimi hotelikami, którą ułożył praktyczny Samuel i która leżała na sakwojażu Ani w wagonie. Kartka frunęła w powietrze i uleciała kędyś w dal, żegnana śmiechem odprowadzających i wykrzyknikami podróżniczek. W Avinjonie50, gdzie był pierwszy etap tournée, zajechały tedy do jakiegoś niesamowitego hoteliku, w którym nie było klamek ani zasuwek u drzwi.
- Jakoś na to poradzimy - rzekła Ania rozglądając się po skromnym nad wyraz pokoju. - Przywiążemy sznurek do klamki, a potem owiniemy go dookoła ręki. Gdyby ktoś w nocy chciał drzwi otworzyć, to będzie musiał sznurek pociągnąć i obudzi nas z wszelką pewnością. Nie warto się nad tym zastanawiać. Chodźmy lepiej zwiedzać miasto.
- Masz słuszność - zaśmiała się Danka. - Zresztą wierzymy obie w przeznaczenie. Jeśli zapisano w księdze wyroków, że mamy tu być zamordowane albo okradzione, to i klucz nam nie pomoże!
Zwiedziwszy wszystkie osobliwości miasta, leżącego nad Rodanem i będącego w XIV wieku w ciągu lat siedemdziesięciu siedzibą papieży, stały na moście zwanym Papieskim i opierając się o balustradę, zapatrzone w piękny Pałac Papieski, nasuwający tyle myśli o zmienności losów ludzkich, dzieliły się uzbieranymi wrażeniami. Szeroka rzeka toczyła przejrzyste swe wody, a kędyś w oddali wibrował nad starymi murami cudny śpiew męski.
- Sądzę wszakże - mówiła Danka, otwierając srebrną papierośnicę - że nie ma człowieka, który by wiedział na pewno, co się dzieje na tamtym świecie. Nie pomogą mu w tym wypadku ani fiolety, ani nawet amaranty! Zdaje mi się, że Stwórca musi patrzeć na ludzi tak pobłażliwie, jak gdyby to były gromady mrówek, uwijających się na wszystkie strony i to nie wiadomo z jakiego powodu.
- Zapożyczyłaś się u Sudermanna, ale jeśli wierzymy, że te mrówki mają nieśmiertelne dusze, to sprawa inaczej wygląda.
- Zazdroszczę tym, którzy tak na ślepo, bez zastrzeżeń i wahań wierzą we wszystko, co nam religia podaje - westchnęła Danka. - Ale, niestety, w nas młodych pokutuje duch krytycyzmu. Zdaje mi się, że i ty również nie jesteś wolna od niego?
- Może - rzuciła krótko Ania i zaproponowała: - Wracajmy do domu. Trzeba zjeść jakiś dinner, bo już późno, a przy tym musimy zabarykadować się na noc. Radzę przysunąć do drzwi krzesło, postawić na nim miskę i dzbanek, ale tak wycelować, aby za lada trąceniem spadł na podłogę i narobił hałasu. Jak myślisz?
- Jako wódz tej wyprawy, mianuję cię ministrem wojny. Środki obrony należą do ciebie, ja zaś będę dźwigała odpowiedzialność przed historią w razie zwycięstwa "szczura" hotelowego! - rzekła Danka wyniośle, po czym obie wybuchnęły śmiechem z tak młodzieńczym rozradowaniem, jakie daje w tych latach zamienione w rzeczywistość marzenie.
Na drugi dzień rano Ania obudziwszy się po nocy przespanej snem kamiennym, obiegła wzrokiem pokój i zaczęła wołać głośno: - Danko! Patrz! Ależ to bajeczne!
- Co się stało? - spytała sennym głosem Danka, która wytrzeźwiawszy nagle, sięgnęła pod poduszkę.
- Patrz! - Ania skierowała swój mały paluszek w stronę drzwi. - Dzbanek na podłodze, ja mam czerwoną pręgę od sznurka na ręku - a pomimo to - spałyśmy jak zabite!
- Ale pieniądze są na miejscu, a to najważniejsze. "Szczur" hotelowy uląkł się łoskotu przewróconego dzbanka. Ministrze! Przyznaję ci "Order Złotego Lwa".
- Dziękuję, wodzu i nie omieszkam pochwalić się nim przed naszymi kolegami po powrocie do Grenoble.
- Swoją drogą, nie chcę powtarzać już tego ryzyka - tu Danka ziewnęła, ukazując drobne, białe zęby. - Będziemy zajeżdżały do Protection de la Jeune Fille wszędzie, gdzie się ta zacna instytucja znajduje. Szkoda zaginionej kartki Samuela, ale nie wskrzesimy "minionych mar"!
- Wstawajmy, ubierajmy się i jedźmy dalej! Nie bądź leniuchem, Danko! - i Ania wyskoczyła z łóżka, dając dobry przykład koleżance, wyciągającej się rozkosznie na miękkiej pościeli!
W Nimes zastały gorączkowe ożywienie z powodu mającej się odbyć walki byków, poszły tedy z ciekawości na to widowisko. Stare budowle, sięgające czasów rzymskich, wśród których znajdowała się imponująca rozmiarami arena walki, wzbudziły w nich podziw dla minionej kultury całych pokoleń, przed wiekami w proch już zmienionych. Nad głowami widzów lazurowe niebo zdawało się być jakimś nieważkim kloszem, osłaniającym ten cudny zakątek od srogich wichrów północy. Obie podróżniczki usiadły w pierwszych rzędach amfiteatru, chłonąc wzrokiem obraz malowniczy, a tak dla nich nowy. Oczy ich mieniły się doznawanymi wrażeniami, twarzyczki pociągały żywą inteligencją wyrazu, tak, że jeden z torreadorów, grupując się wraz z innymi na arenie, rzucał płomienne wejrzenia w stronę interesujących cudzoziemek, a idąc do walki, posłał im efektowny gest ręką, jak gdyby chciał podkreślić, że zwycięży lub zginie - tylko dla nich!
Przedstawienie skończyło się porażką biednych zwierząt. Cała widownia ryczała z uciechy i zapału, a dziewczęta wstając z miejsca i przeciskając się przez podniecone tłumy, krytykowały bezwzględnie to lubowanie się w rozlewie krwi.
- To wynik klimatu - twierdziła Ania. - Południowcy mają gorącą krew. Dlaczego tacy Szwedzi, na przykład, nie znają podobnych uciech? Mentalność różnych narodów jest jakby odbiciem natury, wśród jakiej wyrośli.
- Zgadzam się z tobą, moja droga. Poznańskie i mazowieckie chłodne równiny nie usposabiają do podobnych wyczynów.
- Ale za to Kresy dawnej Rzeczypospolitej mają stokroć więcej rozmachu i fantazji. Znów wpływ bujnej roślinności i piękna krajobrazów - mówiła Ania, rada z każdej sposobności, by podnieść zalety drogiej dla niej ziemi ukrainnej.
- Wiesz, że to ciekawe - żartowała Danka - Hiszpania ma swego byka, Francja już tylko koguta, Anglia wyścigi konne, Niemcy zaledwo Schweinfest51! Idąc tak dalej na wschód, powinno się napotykać coraz mniejsze zwierzęta w roli bohaterów narodowych.
- A ty powinna byś otworzyć sklepik z pomysłami i sprzedawać je po pięć albo dziesięć franków od sztuki, moja Danko. Masz fach w ręku i to nie byle jaki! - tu zaśmiały się obie z taką miłą wesołością, że przechodnie zdawali się dzielić ją mimo woli z nimi.
Istotnie te dwie młodzieńcze główki tworzyły ciekawy kontrast nie tylko dlatego, że jedna z nich była brunetką, druga zaś blondynką, ale również z powodu jakby zmiany psychologicznej usposobień. Czarne oczy Danki powleczone były mgłą rozmarzenia, jej pąsowe usta miały wyraz prawdziwie kobiecy, podczas gdy szafirowe źrenice Ani pałały wolą i energią, a twarz jej tchnęła życiową werwą.
Dalsza podróż odbywała się pomyślnie, tylko gdy Danka, wchodząc do Protection de la Jeune Fille rozpoczynała swą przemowę od słów: - Nous sommes deux pauvres étudiantes52 ! - Ania musiała udawać kaszel, aby nie zdradzić się śmiechem, do tego stopnia to twierdzenie wydawało się jej komicznym wobec ich eleganckich kostiumów, walizek podróżnych, zaondulowanych starannie włosów swej towarzyszki i własnych złocistych loczków, wymykających się spod zawadiackiego beretu. Wszędzie jednak przyjmowano dziewczęta z miłym uśmiechem i najlepszą wolą, tak że ta parutygodniowa wycieczka została w pamięci obydwu, jako nieprzerwana smuga słonecznego promienia.
W Tuluzie, nad Garonną, oczarowane były Pirenejami, u stóp których leży to miasto. Wrażenia te jeszcze się wzmogły w Pau, gdzie olbrzymy górskie, urągające wiosennemu słońcu swymi białymi czapami na łysych głowach, zdały im się bliższe i posępniejsze. Stojąc przed aleją, wiodącą do Zamku w Pau, Ania wykrzyknęła ze zdumienia, iż ujrzała wreszcie na jawie pałac wróżek, widywany dotychczas tylko na obrazkach w jej dziecięcej biblioteczce. Danka zachwyciła się łożem Joanny d'Alber53t i orzekła, że warto było wydać na świat Henryka IV, którego wiekopomną zasługą było znane powiedzonko: Souvent femme varie, bien fol qui s'y fie54 ! Albowiem zawiera się w nim głęboka i najprawdziwsza synteza stosunku mężczyzny do kobiety.
W Lourdes modliła się Ania żarliwie, klęcząc u stóp Opiekunki swego smutnego dziecięctwa. Wpatrując się w Jej posąg z marmuru, przypominała sobie ów sen proroczy, gdy się Matka Boża ukazała jej na łące ukwieconej i ogrzała osierocone serduszko słodkimi słowami pociechy. Tu było Jej Królestwo ziemskie, gdzie nie w sennym marzeniu, ale na jawie spłynęła z zaświatów, aby zsyłać proszącym i nieszczęśliwym ukojenie i łaski niebiańskie. Z podziwem i czcią prawdziwą śledziły oczyma z Danką sanitariuszy i sanitariuszki, którzy dźwigali na noszach chorych i paralityków, przenosząc ich z dworca do groty cudownej. Była to młodzież z najstarszych rodzin francuskich, poświęcająca się dobrowolnie tej szczytnej i ciężkiej posłudze dla ulżenia doli zbolałym bliźnim. Przez Bayonnes pojechały dwie podróżniczki do Biarritz, a stamtąd elektryczną kolejką do St. Jean de Luz na granicy Hiszpanii, której wpływy odbiły się tak wyraźnie na miejscowej architekturze. Jechały brzegiem oceanu, a potężny rozgwar Atlantyku towarzyszył im w tej drodze, przywodząc na myśl Krzysztofa Kolumba, którego duch zdobywcy rwał się poprzez szumiące przestwory wodne, wiedziony genialną intuicją, że tam daleko, za siniejącym krańcem horyzontu, znajdują się nowe, nieznane lądy. W Bordeaux stubarwne życie ukazało im obraz wręcz odmienny od dotychczasowych. Ten port handlowy nad rzeką Garonną, posiadający oprócz ruin rzymskiego amfiteatru i uniwersytetu z wieku XV warsztaty okrętowe, fabryki szkła, beczek, likierów, win, chemikalii, konserw, zajmujący się wywozem wina, zboża, ryb i wyrobów bawełnianych - wrzał pracą, tętnił ruchem, nie kończącym się, rzekłbyś, ani we dnie, ani w nocy. Przez Clermont -Ferrand, leżące już we Francji środkowej, powróciły dziewczęta do Grenoble, nie zawiadamiając kolegów o dniu przyjazdu i z jedną tylko Madzią przegadały noc całą, pokazując jej fotografie, opowiadając przygody, nie żałując wykrzykników zachwytu, to znów na przemian gorących zapewnień współczucia, że wyrzekła się dobrowolnie takiej jasnej i niezapomnianej chwili w życiu. Z niedalekiej dzielnicy włoskiej dolatywał jednocześnie śpiew męski i przygrywanie na mandolinie.
- Jakaż olbrzymia różnica pomiędzy Francją a nami! - kończyła Ania swoje wywody. - Nie ma tu ani wylewów rzek, gdyż są wszystkie uregulowane, ani też dróg nieszosowanych, ani nieużytków, leżących odłogiem. Wszystko jest wykonane, udoskonalone, zrobione. Szczęśliwi obywatele mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, podczas gdy u nas, w Polsce, spóźniliśmy się z tą robotą o jakiś wiek przynajmniej.
- Tłumaczy nas niewola i rządy zaborców - ujęła się żywo Madzia.
- No, i lenistwo słowiańskie - dodała lekkim tonem Danka.
- Toteż powiem wam szczerze - ciągnęła dalej Ania, patrząc w dal z takim wytężeniem, jak gdyby widziała tam jakiś cel określony - że teraz gdy ujrzałam na własne oczy tak wysoką kulturę u obcych, zrozumiałam rolę naszej młodzieży, która zajmie przecież z czasem kierownicze stanowisko w Polsce. Powinna ona wyjeżdżać na Zachód, aby się zapoznać z urządzeniami innych krajów, a powróciwszy urobić sobie ręce po łokcie, byleby kraj swój doprowadzić do najwyższego rozkwitu.
- Myśl nie jest nowa! - rzuciła Danka od niechcenia. - Żółkiewscy i Sobiescy toż samo czynili przed wiekami.
- Chodzi właśnie o to, aby ich naśladować! - zawołały obie.
- Nie opowiedziałyśmy ci jeszcze, Madziu, naszej ostatniej, bardzo miłej przygody. Wyobraź sobie, wsiadamy do wagonu trzeciej klasy, jak zwykle i zastajemy tam cały oddział strzelców francuskich, z których kilku tęgo podhumorzonych. Pociąg w biegu, my szalenie zmęczone, siadamy więc skromnie na ławce. Danka przymyka oczy i w jednej chwili zasypia. Główka jej mimo woli skłania się na ramię chasseura55, który pewien jest, że to zachęta do czynu i chce ją całować! Ja zrywam się z ławki, chwytam go za rękę, wszyscy w śmiech!
- Robi się hałas piekielny, bo jeden z żołnierzy zaczyna grać na harmonijce - przerywa koleżance Danka. - Otwieram oczy i słyszę perorującą Anię, z podniesioną do góry ręką i rumieńcami oburzenia na twarzy. - A gdyby tu była wasza córka, albo żona, moi panowie? Czy radzi byście byli z takiego zachowania się dzielnych wojaków francuskich?
- Trafiło im to do przekonania, bo w wagonie uczyniło się cicho, jakby makiem siał! - triumfowała Ania. - Zaczęłyśmy opowiadać im o Polsce, że przecież razem wojowaliśmy przeciw Niemcom w czasie wielkiej wojny i że teraz jesteśmy ich sprzymierzeńcami. Przejechaliśmy tak parę stacji i większość oddziału wysiadła. Zostało tylko pięciu strzelców, którzy nas uprosili, abyśmy położyły się na ławce, a sami wyszli na korytarz. Budzimy się z rana, wypoczęte i przykryte żołnierskimi płaszczami. Prawda, jakie to ładne z ich strony?
- Poczęstowałyśmy ich winem i cukierkami i rozstaliśmy jak starzy przyjaciele - dokończyła Danka.
- Idźmy i my za tym przykładem, bo to już świta - Madzia zerwała się z krzesła. - Dobranoc, moje drogie. Zachwycona jestem waszą podróżą i waszą umiejętnością radzenia sobie w każdej okoliczności!
Nastały gorące dni letnie i zżyta już z sobą grupa etudiantów oddawała się często sportowi pływackiemu, chodząc razem do pływalni w Grenoble. Tylko Fritza wśród nich nie było wcale, a stało się to z następującego powodu. Pewnego dnia - było to w maju - Ania z Danką, przyszedłszy na studiowaną przez nich Faculté de lettres56, dostrzegły z daleka na mapie, wiszącej w auli uniwersyteckiej, jakieś dziwne, czerwone wykresy. Zaciekawione, podeszły bliżej i stanęły jak wryte, nie chcąc wierzyć własnym oczom.
- Cóż to za prowokacja! - szepnęła przez zaciśnięte zęby Ania.
- Koledzy! - zwoływała studentów impulsywna Danka. - Czyż wy tego nie zauważyliście?! - wskazywała palcem napis czerwonym ołówkiem na powojennej mapie Europy, gdzie Alzacja i Lotaryngia z jednej strony, a Pomorze i Poznańskie - z drugiej, włączone były przez nieznanego dowcipnisia do Rzeszy Niemieckiej, a na tak sztucznie powiększonym jej obszarze biły w oczy wyzywające słowa: - Deutschland über alles57!
Uczyniło się zbiegowisko i gwar wykrzykników. Sangwiniczni Francuzi wpadli w gniew nie do opisania i wygrażali nieznanemu zwolennikowi rewizji traktatów. Włosi dowcipkowali na temat ich rządu, który miał zupełną słuszność, opuszczając w czasie wojny tak zachłannego sprzymierzeńca. Jeden z Japończyków, o którym wiadomo, że od urodzenia nigdy się nie śmiał, nie mógł powstrzymać tym razem nikłego uśmiechu, przy czym biel jego zębów, odbijająca od ciemnej twarzy, stała się jeszcze jaskrawsza.
- Patrz! - szepnęła Danka do Ani. - Czy widzisz, jak apatyczny Staś się obudził?
- Nareszcie. Bardzo mu z tym do twarzy.
Młody, wysoki brunecik zabrał głos istotnie, przemawiając do kolegów z oburzeniem. Był to Staś Orsak, syn bogatych przemysłowców z Ukrainy, którego rodzice stracili znaczną fortunę w czasie rewolucji rosyjskiej. Chłopak nie mógł przeboleć tej zmiany losu, tym bardziej, że źle im się w Polsce wiodło i że wszystko, co dawniej mieli, zdobyte było li tylko pracą ojca. Małomówny i blady stronił od życia koleżeńskiego, ucząc się natomiast po całych dniach sumiennie, ale bez cienia zapału. Koledzy dowcipkowali na temat jego nazwiska, "Orsac", dowodząc, iż kryje w sobie wory złota, jakie staną się na pewno jego udziałem. Danka z Anią, poznawszy się z nim na wykładach, moralizowały go często, wytykając pesymizm w tak młodym wieku. Wszystko to chłopak przyjmował w jednaki, milczący sposób, uśmiechając się niby, a właściwie krzywiąc usta na prawo, albo na lewo. Tym dziwniejszą była raptowna zmiana w jego nastroju.
- Koledzy! - mówił podniesionym głosem. - Apeluję do waszej szlachetności. Wiecie przecież, że sto lat z górą Polacy walczyli o swoją wolność, nie ulegając gwałtowi zaborców! Dziś, gdy szablą i krwią ją zdobyli, czyż pozwolicie, aby w ten sposób ranił ktoś nasze uczucia narodowe?! - Tu uczynił gest, jak gdyby chciał zerwać mapę ze ściany.
- Masz zupełną słuszność, Orsac! - powiedział spokojnie Dick, młody Anglik, przyjaciel Rodney'a. - Stoję po waszej stronie. Pójdziemy natychmiast do rektora. Te mapy muszą być zdjęte, gdyż i w drugiej sali widziałem te same efektowne projekty.
Huczne oklaski przyjęły te słowa, po czym obydwaj wyszli.
- Ciekawam, czy on znów wpadnie w swoją beznadziejną ponurość? - powiedziała "łagodna anarchistka" do Ani. - Ja mu się tak bardzo nie dziwię, gdyż cała moja natura wzdryga się przed gwałtem!
- A ja myślałam, że rewolucja wyrwała mu brutalnie cały zapał młodzieńczy z z duszy, ale jeśli stać go na uczucie narodowej godności, to ma skąd czerpać pociechę. Myślę jednak, niestety, że po tym wybuchu powróci do dawnej apatii, z jakiej na pewno otrząśnie się z czasem.
Rektor kazał wprawdzie usunąć mapy, ale wrzenie trwało jeszcze czas jakiś, bo poznano w czerwonym napisie rys ręki Fritza i tak odeń stroniono, że opuścił Grenoble i pojechał do Vaterland'u58.
Tymczasem zażyłość Dicka z międzynarodowym gronem kolegów, wśród których Ania z Danką rej wodziły - rosła z dnia na dzień. Młody Anglik był najmłodszym synem bogatej rodziny i starszy brat jego miał zostać po śmierci ojca właścicielem całego majątku - jemu zaś - wedle ustroju angielskiego - przypadała w udziale praca i zdobycie stanowiska własnymi siłami. Dick nie uważał jednak siebie za pokrzywdzonego, wręcz przeciwnie - chlubił się tym mądrym systemem brytyjskim, zaprawiającym młode pokolenie do walki z życiem i broniącym inteligencji od zdeklasowania.
- Gdyby mi było ciężko, albo gdybym zachorował beznadziejnie, to starszy brat zawsze mi pomoże, a dom rodzinny będzie przytulnym gniazdem dla zniedołężniałego członka rodziny - upewniał słuchaczy, gdy po długo trwającej kąpieli w pływalni wyciągali się na piasku, grzejąc plecy na rozkosznym słońcu Południa i chłonąc wzrokiem piękny krajobraz alpejski, roztaczający się przed nim.
- Szkoda, że w Polsce więcej rządzimy się pod tym względem sercem, niż rozumem - wyznała Ania, podpierając budkę obiema rękami. - Rodzice dzielą sumiennie najmniejszy majątek pomiędzy wszystkie dzieci, a wynikiem tego bywa często upadek całej rodziny i owo zdeklasowanie się kulturalne, o jakim kolega wspomina.
- Mademoiselle Annie! Bardzo mnie zaciekawia, co pani będzie robiła po powrocie do kraju? Czy można spytać o plany na przyszłość? - tu Dick obrzucił dziewczynę przenikliwym i jednocześnie pełnym sympatii wejrzeniem.
- Ania jest tajemnicza i zwierza się chyba samej sobie i to do rękawa! - objaśniła go z udaną powagą Danka.
- Będę pracowała, ale jak, nie wiem sama - odparła krótko. - Byleby tylko nie w takiej instytucji, jak Armia Zbawienia, albo coś w tym rodzaju! - wybuchnął śmiechem Rodney przy zgodnym wtórze swawolnej Daisy. - Szkoda byłoby tych ślicznych rączek, które by już z zasady nie znały manucure i figlarnych loczków, zmienionych w cnotliwe pasma przyklepanych włosów!
- Mylicie się - protestowała Ania z uśmieszkiem. - Może bym i chciała zdobyć stanowisko w pracy społecznej, ale pomimo to pozostałabym kobietą wytworną. To jest obowiązek wobec własnego przemysłu i handlu.
- Dotychczas mademoiselle Danka wygłaszała epatujące zasady - powiedział wesoło Lao-Ming. - Czyżby to było zaraźliwe? - i zaśmiał się dyskretnie.
- Ja radziłbym pani wstąpić do filmu - odezwał się przekonywująco Raymond. - A ci Anglosasi nauczyliby panią pływać jak ryba, nurkować jak łódź podwodna i skakać do wody z wdziękiem nimfy. Dodajmy do tego tę zgrabną postać o kształtach miniaturowej Venus, a otrzymamy - gwiazdę filmową pierwszorzędnej wartości! Dobrze radzę, ma foi!
- Protestuję - zawołał Rodney energicznie. - Zbyt to męczące! Lepiej wyjść za jakiegoś milionera amerykańskiego i stać się jego kosztowną kobietą. My to lubimy, a żona jest u nas cackiem, które świadczy swym wyglądem o stopniu powodzenia finansowego męża. Tak, tak, Ameryka to zgoła odmienny świat pojęć i nastawienia psychologicznego, niż wasza stara Europa. Tempo naszego życia nie daje wprost czasu na pogłębienie myśli. Pieniądz - to bóstwo. Dążymy do dobrobytu - za wszelką cenę i dumni jesteśmy z nieprzebranych bogactw naszych Stanów. Ślizgamy się po powierzchni etyki, nie rozmyślając nad jej podstawami. Brak nam wyczucia odpowiedzialności za kradzieże, lub zbrodnie. Odsiedziałeś karę? All right! Idź z Bogiem i szukaj pracy! Nikt ci nie wytknie, że poznałeś się z więzieniem. To twoja osobista sprawa. Zlikwidowana? All right. Jesteś znów uczciwym człowiekiem.
- Przede wszystkim, jakim prawem jeden człowiek zamyka drugiego do więzienia? - rzuciła pytanie Danka i rozmarzonymi oczyma powiodła z wyrzutem po obecnych.
Wszyscy zaśmiali się chórem, a z ust Madzi i Daisy padły niemal równocześnie impulsywnie wypowiadane słowa:
- Rzeczywiście, jesteś anarchistką, Danko!
- To potrąca o zagadnienie wolności człowieka - odezwał się Samuel. - Walczyła o nią rewolucja francuska i nie na próżno. Sądzę jednak, że prawdziwie wolnym człowiek jest tylko w kręgu własnego ducha, o ile udoskonali go do możliwie najwyższych szczytów.
- Tak - przyznał z mocą Lao-Ming. - Dlatego boli mnie bezmiernie apatia duchowa mego narodu. Jesteśmy tak liczni, a nasza cywilizacja sięga tak odległych wieków, że powinniśmy zająć dominujące stanowisko na kuli ziemskiej. Tymczasem Japończycy, liczebnie daleko od nas słabsi, wysuwając się na czoło żółtej rasy, rozszerzają swe panowanie, zdumiewają wynikami świetnej organizacji i patriotyzmu, dążącego świadomie i za wszelką cenę do wielkości ich państwa. Ach! Gdybym mógł obudzić mój naród z tylowiekowego uśpienia, gdybym mógł wydobyć na jaw z duszy jego wszystkie ukryte tam zalety i skarby kultury i przełamać konserwatyzm, który nas skuwa - życiem własnym zapłaciłbym chętnie za rozkwit trzystumilionowego narodu - oczy Lao-Minga tchnęły głębokim entuzjazmem, odczutym i zrozumianym przez grono jego kolegów.
- Przede wszystkim - zabrał głos Samuel z wielką powagą - my młodzi, będziemy musieli zabrać się do zupełnej przebudowy pojęć o wojnie, aby ta krwawa, bezlitosna rzeź, to uprawnione morderstwo, stało się tak nie do pomyślenia, jak w naszych czasach - wojna religijna. - Zgadzam się. Ale - z drugiej strony, kto przestaje walczyć, ten przestaje żyć! - wykrzyknął Rodney. - Toteż walka powinna przenieść się na inne pola. Niech się nie objawia krwawo na pobojowiskach, ale niech wystąpi jako szlachetna rywalizacja ras na polu ekonomii, albo w obrębie poezji, ekspansji duchowej, techniki, wynalazków. Niech się objawia w takiej walce o wpływy kulturalne, jaką teraz widzimy pomiędzy Anglią i Ameryką, niech się stanie walką ducha i umysłów narodu, ale nie bójką apaszów, uzbrojonych w noże, no i w nieco od nich straszniejsze trujące gazy!
- Ja już to kiedyś mówiłam - wtrąciła skromnie Danka.
- Masz rację, Samuelu - oświadczył Dick po namyśle. - Przypominam sobie teraz, że czytałem nową książkę niemiecką, w której autor wysuwa podobne tezy. Kończy ją zdaniem: Wojna ulatywała w powietrze przy szyderczym chichocie dzieci - co oznacza zapatrywanie następnego po nas pokolenia, a w jednym z rozdziałów wydaje taki wyrok na sierżanta, chełpiącego się tym, że podłożył tajemnie minę pod kwitnące miasteczko nieprzyjacielskie, mające być zmienione za jednym przyciśnięciem jego palca w fontannę wylatujących gruzów i krwawych szczątków ludzkich: Kapitan trzema celnymi strzałami z rewolweru zgasił życie w chełpiącym się przed chwilą sierżancie i rzekł pogardliwie: - Oto twoje ordery i twoja nagroda. Kilka stóp w głąb pod ziemią. Tam będziesz spoczywał i tylko to ci się należy!
- Ależ w takim razie ten sierżant był nieszczęśliwą ofiarą swego obowiązku - zaprotestowała Ania.
- Dobrze powiedziane: po męsku. Nie uprzedziłem was, że dzieje się to wszystko podczas fikcyjnej rewolucji w Niemczech i występują tu raczej symbole, niż ludzie.
- Jeśli tak, to przyklaskujemy wszyscy autorowi. Dobrze byłoby, gdyby Fritz przejął się jego poglądami. Ale, niestety, to bardzo wątpliwe.
Cisza nastała po tych słowach. Nad dysputującymi sklepiało się czyste niebo, owiewało ich rześkie powietrze, a potężny łańcuch Alp Belledonne nurzał się w zalewie pogodnego słońca.
- Rozjedziemy się za parę miesięcy - zaczął Dick przyjaźnie. - Każdy z nas pójdzie swoją drogą przez życie. Szkoda jednak byłoby stracić tę łączność duchową, z jakiej słusznie jesteśmy dumni. Obiecajmy więc sobie, że kto z nas pierwszy się zaręczy, ten zawiadomi o tym kolegów. Oto moja ręka, że przyjadę na ślub, nawet z głębi Australii, dokąd mam zamiar się udać, jako kolonista.
- Ja stawię się również wobec tego, że Chiny są bliżej Europy - zobowiązał się chętnie Lao-Ming.
- Z Ameryki to przecież jeden skok! Furda! Liczcie na mnie - wykrzyknął Rodney, na którego Daisy spojrzała w tej chwili wymownie, jak gdyby, pytając, czy zabierze ją z sobą?
- Z Europy jeszcze prędzej przyfruniemy samolotem - żartował Raymond. - Nie zastrzegaj się, Rodney! Nie wiadomo, kto pierwszy uwikła się w sidła Hymenu!
- W każdym razie uniesiemy do grobu wspomnienia tej naszej Międzynarodówki, która postawiła sobie jako hasło pokojową współpracę narodów - zawołała Ania, zrywając z głowy niebieski czepek kąpielowy i powiewając nim w powietrzu na kształt zwycięskiego sztandaru.
Grzmot oklasków pokrył jej słowa, wykazując trafność, z jaką uderzyła w strunę, dźwięczącą tak silnie w duszach zgromadzonych na obczyźnie etudiantów.