Ania z lechikich pól. Tom I: Dziecięctwo - Maria Dunin-Kozicka

Kup ebooka

24.90 zł
21.17 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Błysk pierwszej miłości

Rodzina zebrana była przy podwieczorku. Miejsce zmarłej przed rokiem pani domu zajęła starsza siostra, ciocia Misia, której falująca, podstrzyżona czupryna, stanowiła jedyną chyba oznakę emancypacji1. Zielone bowiem oczy tej niezamężnej krewnej promieniały blaskami łagodnej nieśmiałości i bezgranicznego uczucia dla osieroconej siostrzenicy. Głębia tego uczucia tak była niezmierna, że na samym jej dnie znalazłaby cichutka ciocia Misia - w razie nadzwyczajnej potrzeby - odwagę do stawiania oporu despotycznemu szwagrowi, siedzącemu naprzeciw niej, przy drugim końcu owalnego stołu.

Byłby to czyn heroiczny, gdyż despotyzm pana Wojciecha, jedyna wada jego nieskazitelnego charakteru, uniezależniał go od rodziny i znajomych, wywołując samowładcze rozstrzyganie każdej życiowej sprawy. Tylko wobec żony, niezwykle pięknej i dobrej, uginała się ta stalowa natura, topniejąc niby wosk rozgrzany ogniem bezgranicznego uczucia, ale w owej chwili podwieczorkowej herbaty wyraz twarzy pana domu nie zwiastował żadnej ustępliwości. Spojrzenie jego niebieskich źrenic spoczywało z wyniosłym chłodem na wytwornej postaci czarnookiego młodzieńca, rozmawiającego z ożywieniem z siedemnastoletnią Alinką, przyszłą dziedziczką ślicznych Malinek. Na wprost dwojga tych młodych znajdował się trzydziestokilkuletni mężczyzna o wyniosłym czole, z odrzuconymi w tył ciemnymi włosami. Jego szare, mądre oczy badały przenikliwie wyraz twarzy owego przystojnego bruneta, którego małe, miękko wykrojone usta i nieco zbyt duży orli nos widniały często w profilu, gdy zwracał się ku swej uroczej sąsiadce. Półgłosem rzucane słowa świetnego causera2 wywoływały ciepłe, różane tony na licach dziewczęcia, fiołkowe oczy mieniły się przy tym aksamitną ciemnią bratków, to znów lśniły przejrzyście niby dwa jasne ametysty. Za każdym takim objawem rodzącego się, wiośnianego uczucia, nagły ból przesuwał się po wygolonej, rozumnej twarzy obserwatora i znikał wnet, poskromiony wolą. Miejsce przy stole pomiędzy nim, a panem domu nie było zajęte, pomimo iż nakrycie wskazywało, że miało swe przeznaczenie. Służący Jakub, którego całe życie upłynęło w tym wiejskim dworze i który miał przekonanie, że chyba śmierć usunie go z zajmowanego stanowiska - krzątał się sprawnie dookoła stołu, bacząc pilnie na idealne wywiązywanie się ze swego obowiązku.

Przez otwarte okna wdzierały się oddechy silnie pachnących kwiatów i dolatywał łagodny szum leciwych drzew parku. Gromadki szaroniebieskich gołębi snuły się po alei wjazdowej, gruchając rozgłośnie i czekając nieustępliwie na sypane im szczodrą dłonią Alinki (a czasem Jakuba) okruchy pieczywa. Soczyste trawniki rozpościerały się falą niziutkiej zieleni aż hen! pod mocarne grzywacze drzewne. Gdzieś w oddali puszyły się pawie, dumne ze swych szmaragdowych wachlarzy i swawolnie igrały rasowe źrebaki na zagrodzonej dla nich przestrzeni. Wiatr pomykał chyżo i lekko, wiosłując w powietrzu jednym skrzydłem z niebieskiego lazuru, a drugim z promieni słonecznych. Czarowny maj siał hojnie swe krótkotrwałe wdzięki na ten piękny i cichy dwór wiejski, zdając się być symbolem dobrego smaku i niezachwianej harmonii. Tylko w duszach zebranych w nim ludzi brak było owej podstawowej łączności, mogącej zestrzelić w jedno ognisko myśli i poglądy na życie. Wśród potocznej rozmowy sprzeczne prądy krzyżowały się wraz ze spojrzeniami, wywołując napiętą atmosferę.

Wtem tętent kłusującego konia zwrócił powszechną uwagę, a przed oknami jadalni przemknęła szybko sylwetka młodej amazonki, trzymającej się wyśmienicie na damskim siodle.

- Nareszcie Bisia zdecydowała się pożegnać swoje buraki! - padł wesoły okrzyk z ust Alinki. - Proszę mi wierzyć, że gdyby można było zatrzymać słońce w biegu jak to uczyniono przed wiekami, Bisia nie zawahałaby się ani na chwilę przed tak ryzykownym czynem! Sen jest wedle niej niepotrzebnym skracaniem życia ludzkości!

- Czyżbym istotnie tak się wyraziła? - zabrzmiał spokojny głos panny Balbiny, wchodzącej spiesznie do pokoju. - Przepraszam wszystkich za spóźnienie, ale nie możemy dać sobie rady z tym nawałem wiosennej pracy! Znów nowa szkoda w lesie! - zwróciła się do pana domu, który ogarniał ją wzrokiem pełnym życzliwego uznania. - Trzy sosny ścięte! Dlaczego Jakub nie nalał mi herbaty?! Wypiłabym duszkiem zimną, bo mam jeszcze moc zajęcia w polu! Za chwilę jadę!

- I my pojedziemy konno do lasu! Dobrze, ojczulku?! - zaproponowała żywo Alinka. - Cóż ty na to, Edmundzie?! - przechyliła w bok główkę, patrząc z uśmiechem na sąsiada.

- Najchętniej! - przystał młody. - Wszakże w tym lesie znalazłem kwiat paproci! - zniżył głos, przeznaczając te poetyczne słowa li tylko dla ślicznego dziewczęcia, ale nielitościwa panna Balbina wyłowiła je bystrym słuchem i rąbnęła chłodno:

- Ośmielam się wątpić! Kwiat paproci zakwita o północy, a o tej porze woli pan znajdować się w wygodnym łóżku, niż w naszej leśnej puszczy, w Podbórzu!

Alinka spłonęła rumieńcem niezadowolenia:

- Naszego lasu nie można nazywać puszczą, a zresztą Edmund wyszedł chyba z lat, kiedy się mali chłopcy boją ciemności?! - z wyzwaniem w oczach patrzyła na starszą od siebie o kilka lat pomocnicę ojca przy gospodarstwie, ale opalona twarz panny Balbiny nie straciła zwykłego spokoju. Znać było po niej, że każde swe zdanie opiera na mocnych przesłankach i nie da się zachwiać w swych ugruntowanych poglądach.

Ciocia Misia wtrąciła się szybko do rozmowy, gdyż wszelkie dysonanse były dla jej słodkiej natury wręcz nie do zniesienia:

- Jeśli i ty, Wojciechu, pojedziesz konno, to my z panem Zygmuntem będziemy wam towarzyszyli wolantem. Czy panu moja propozycja dogadza? Dość się pan napracował w zimie nad tymi naukowymi rozprawami! Proszę teraz używać wsi w całej pełni!

Uczony pochylił się w uprzejmym ukłonie:

- Taka wycieczka to rozkosz istna dla mieszczucha, łaskawa pani! W ogóle, czaruje mnie wszystko w tych cudnych Malinkach. Wszystko!... - powtórzył ciszej, wpatrując się w Alinkę z taką mocą uczucia, jak gdyby pragnął wziąć ją na ręce, przytulić do piersi i nieść przez całe życie ponad cierniami losu, nie troszcząc się zgoła o własne, udręczone stopy.

Błysk ironii strzelił z pięknych oczu Edmunda na widok tego cichego entuzjazmu rywala. Mierzył go niechętnym wzrokiem w milczeniu. Złotowłosa Alinka spąsowiała jak róża, którą w miłym dziewczęcym zakłopotaniu wyjęła z żardinierki 3 stojącej na stole, zatapiając w jej wonnych płatkach delikatny, zgrabny nosek. Panna Balbina stłumiła westchnienie podnoszące mimowiednie jej szczupłą pierś. Czatujące spojrzenie cioci Misi biegło po wszystkich nieco lękliwie, tylko pan domu rozparł się wygodnie na krześle i z serdeczną przyjaźnią patrzył na uczonego.

Za oknami, w parku, gwizdały, ćwierkały i nawoływały się ptaki.

Chwilowe milczenie zebranych oprzytomniło pana Zygmunta. Wstrząsnął się nieznacznie i powiedział żywo:

- Powinienem właściwie mieć wyrzuty sumienia, że swoją bytnością w Malinkach odrywam naszego szanownego gospodarza od zajęć rolnych. Znamy się od tak dawna, że różne światowe przesądy nie mogą dla nas istnieć! Jeśli to się nie zmieni od jutra - mówił jasnym, żartobliwym głosem - to chyba będę zmuszony...

- Nie kończ, mój drogi! - przerwał mu pan Wojciech. - Poświęciłem ci dzień twego przyjazdu, aby okazać jak miłym jesteś dla mnie gościem. Jutro nie będziesz mnie prawie widział. Zastąpią mnie moje panie. A teraz, jedźmy! Jakubie! Każ Antoniemu osiodłać konie i wolantem zajechać przed ganek.

- Słucham pana dziedzica! - wyprostował się Jakub służbiście, jak gdyby stawał na baczność i uczyniwszy zwrot w prawo, wyszedł z jadalni.

Ruszyli się wszyscy od stołu.

- Idę zmienić strój do konnej jazdy! - oznajmiła Alinka i w nagłym porywie zalotności cisnęła zgrabnie trzymaną w ręce różę w twarz Edmundowi.

- Bataille des fleurs4 ! - plasnęła w dłonie z uciechą. - A ty jak mi odpowiesz?!

Przepaściste oczy Edmunda sypnęły pękiem iskier w stronę złotowłosej kuzynki. Wpili się w siebie wzrokiem, on - kusząco, ona - z wdziękiem podbitej władczyni.

Brązowe źrenice panny Balbiny, obserwującej tę niemą scenę, zamigotały gniewnie pod wyrazistymi łukami ciemnych brwi:

- Widzę, że nie doczekam się państwa tak prędko, więc jadę sama! - odezwała się nieco szorstko i jak błyskawica przesunąwszy się przez jadalnię, zniknęła za drzwiami.

- Zatrzymujesz wszystkich, Alinko! - zawołał tnącym głosem pan Wojciech. Konie będą za chwilę, bo rozporządzenie wydałem jeszcze z rana. Przebierz się i nie marudź, jeśli łaska.

Dziewczyna skoczyła ku ojcu z lekkością sarenki i położyła mu na ramionach białe maleńkie ręce o różowych paznokietkach:

- Takim tonem mówisz do mnie, ojczulku, jakbyś miał ochotę dać mi klapsa! A ja przecież w tym roku skończyłam Sacré C?ur5 i tak ci wyrosłam na schwał, że wyglądam przynajmniej na lat dwadzieścia! Prawda, ojczusiu! - wtuliła świeże usta w policzek pana Wojciecha i sączyła nimi delikatne pocałunki.

- Któż ci się oprze, ty mała czarodziejko! - wyrwały się cioci Misi słowa zachwytu.

Edmund uczynił gest ręką, jakby zmiatał pióropuszem pył dookoła stóp dziewczęcia:

- Nie mogę się dość nadziwić, jak taka cudna orchidea przyszła na świat w tej zimnej, mglistej Polsce?! - wyraził pełne pochlebstwa zdumienie.

- Zamiast zastanawiania się nad tym faktem, idź mój kochany i przebierz się również! - wpadł mu w słowa oschle pan Wojciech. - Wróciłeś z Antwerpii i Paryża, więc zapewne olśnisz nas modnym strojem! - zdjął ze swych ramion dłonie córki.

- Nie tylko strojem, ojczulku - ujęła się gorąco za kuzynem Alinka - ale i dyplomem ukończonej akademii handlowej!

- Drogo to kosztowało! - skonkludował chłodno wielbiciel bezwzględnej prawdy. - Jego matka wie coś o tym! - spojrzał z ukosa na niestropionego bynajmniej krewnego, który wygłosiwszy swobodnie:

- Wuj ma do mnie jakieś uprzedzenie. Proszę wierzyć, że jestem dla siebie jeszcze surowszym sędzią! - skłonił się uprzejmie i opuścił jadalnię.

Wkrótce jechali wszyscy według ułożonego programu. Alinka w czarnej sukiennej amazonce, której wykwintny krój uwydatniał jej smukłe kształty, w dżokejce na jasnych włosach, dosiadała wprawnie białej jak śnieg arabki, która jęła przebierać pod nią rasowymi, nerwowymi nóżkami, po czym wyciągniętym kłusem ruszyła przez park i bramę wjazdową na szeroką drogę do lasu.

- Noc i jutrzenka! - wyrzucał z siebie gorączkowe słowa Edmund, jadąc obok kuzynki i śpiesząc się z rozżarzaniem tlejącego w jej sercu ognika zanim ten nieznośny wuj weredyk6 nie dopędzi ich na swym karogniadym Piorunie. - Noir et blanc7 ! Przecudne masz pomysły i wyglądasz jak boginka, moja urocza rusałko, mój kwiecie jabłoni!

- Nie śpieszcie się tak! - wołał za nimi pan Wojciech. - Nie jesteśmy na polowaniu par force! Czy słyszysz, Alinko?!

- Słyszę ojczusiu! - odkrzyknęła dziewczyna - ale to Leda tak mnie unosi!

- Widzę, że ojciec chce cię wydać za tego starego mantykę - szeptał dalej Edmund, przechylając się z konia w stronę chyżej amazonki. - Przecież to niemożliwe, śmieszne, wprost nie do pomyślenia! Ty - cud wiośniany i taki nudny, cnotliwy profesor! Alinko! Ty nie zgodzisz się na takie...

- Nareszcie was dogoniłem! - zabrzmiał tuż przy nich niezadowolony głos. Ciemna głowa Pioruna z rozdętymi chrapami zrównała się z Ledą i pan Wojciech pochwyciwszy mocno uzdę kłusującej arabki, jął hamować bystrość jej biegu.

- Nie wyrywajcie się naprzód! Leda jest bardzo nerwowa. Może ponieść, a wówczas nie wiem, czy Alinka da sobie z nią radę. Jedźmy wolno. Chcę się przyjrzeć naszym zasiewom.

Małe czerwone usta Edmunda zacisnęły się gniewnie. Czarne oczy, ślące przed chwilą fale uwielbienia - stały się nagle złe, fosforyzujące. Wuj przeszkadzał mu w napawaniu się rozkwitem pąka dziewczęcej miłości, który pod jego umiejętnym tchnieniem miał się zmienić w kwiat o płomiennej barwie. Ściągnął cugle karemu hunterowi tak ostro, iż ów stanął dęba.

- Czy on się już oświadczył?! - pytał z niepokojem ciocię Misię uczony. Śledził on z wolantu całą tę scenę i w jasnowidzeniu uczucia pojmował jej motywy.

- Nie! - odparła szybko.

Serce niemłodej panny dziwnie było rozdwojone. Widziała rosnącą miłość siostrzenicy dla przystojnego i wykwintnego kuzyna, a gorąca chęć, aby fiołkowe źrenice Alinki nie skąpały się w rosie cierpienia i zawodu, nakazywała jej sprzyjanie Edmundowi. Coś jej wszakże mówiło, że głęboka toń uczucia tego poważnego szlachetnego człowieka, który jadąc obok niej, słał wszystkie swe myśli do stóp złotowłosej amazonki - stokroć jest piękniejsza, niż wszystkie skry brylantowe zalotów tamtego. Spojrzała na swego towarzysza przyjaźnie. Jego regularne rysy tchnęły prawością. Podbródek znamionował spokojną wolę. Matowa biel czoła uwypuklała dostojne kształty, za którymi taiły się skarby wiedzy. Ciocia Misia westchnęła. Szkoda, że Alinka temu właśnie nie oddała serca! Zwłaszcza wobec jawnej niechęci szwagra wobec Edmunda sprawa komplikuje się wręcz niesłychanie. Niezmierna wiara w rozum i prawość towarzysza skłoniły ją do odkrycia mu istotnego stanu rzeczy.

- Nie oświadczył się! - powtórzyła. - Widzi pan przecież dysonans pomiędzy nim, a Wojciechem. Zaczęło się to niemal od pierwszej chwili przyjazdu chłopca do Malinek i rośnie aż do jakiegoś obopólnego wybuchu. Najpierw poszło im o powstanie! Pan sam jest synem powstańca, stąd ta dawna nasza zażyłość i wie pan jaką aureolą otacza mój szwagier wspomnienie bohaterów narodowych z 318 i 639 roku! A tu, proszę sobie wyobrazić, Edmund kiedyś przy obiedzie rozpoczął biegłe wywody o szkodliwym romantyzmie tych ludzi. Najnowsze badania historyczne - mówił przekonującym tonem - dowodzą, iż powstania w Polsce stworzyli i podżegali masoni, którym chodziło o to, abyśmy nie zjednoczyli się z Rosją, bo wówczas wyższość kultury polskiej w połączeniu z bogactwem i obszarem tej Eurazji10 dałaby niesłychane wyniki, uniemożliwiające cele masonerii. Powstańcy byli zatem właściwie szkodnikami, ślepcami zezwalającymi na użycie ich jako narzędzi destrukcji wobec własnego narodu! Co się ze mną działo, gdy tego słuchałam, może sobie pan wyobrazić! Ukradkiem, z lękiem, spojrzałam na Wojciecha. Krwawe plamy wykwitły mu na policzkach, oczy rzucały błyskawice, żyły na czole wystąpiły jak nabrzmiałe pręgi. Wrzał cały od skłębionych myśli. Tonem nie znoszącym oporu przemówił: Bolesne to dla mnie nad wyraz, że ty, wnuk powstańca, wyrażasz się tak lekceważąco o tych, którzy nie zawahali się przed złożeniem daniny z krwi i życia dla wykazania żywotności ducha polskiego. Nie byłbyś z pewnością zdolny do takiego bohaterstwa! Proszę cię, abyś przy mnie tej sprawy już więcej nie poruszał!

- Ostro, ale sprawiedliwie! - zawyrokował uczony, śledząc wciąż wzrokiem posuwających się umiarkowanym kłusem jeźdźców. - Cóż na to Edmund?

- Najuprzejmiejszym głosem odpowiedział: Zastosuję się do życzenia wuja! I zaczął opowiadać Alince o najnowszych kreacjach mody w Paryżu.

- Zadziwiająca giętkość! - mruknął pan Zygmunt z lekką ironią.

Jakiś czas milczeli oboje. Koła wolantu turkotały głośno, tocząc się po dobrze utrzymanej szosie. Wzorowo dokonane zasiewy roztaczały się po dwóch stronach niby zielone aksamitne dywany, na których wiatr rysował lśniące jak srebro szlaki. Las był już niedaleko.

- Byłyśmy z Alinką świadkami jeszcze jednego starcia! - podjęła swe opowiadanie ciocia Misia. - Zgadało się coś o najnowszych kierunkach w literaturze i sztuce. Edmund zabrał głos i w niezmiernie ciekawy sposób przedstawił nam obraz twórczości artystów francuskich. Że obdarzony jest wybitną inteligencją, to każdy mu przyzna, ma przy tym dar wymowy, więc porwał nas swymi słowami. Nawet Wojciech był pod jego urokiem, gdy nagle chłopak wygłosił takie zdanie: To jest istotny Duch Świata! Mój szwagier poruszył się i żywo spytał: Co masz na myśli? Bo wedle mnie istotnym Duchem Świata - jest Bóg! - Pobłażliwy uśmiech wygiął małe usta Edmunda: Tak! To jest przekonanie ludzi starego autoramentu, ale tęgie umysły naszej epoki nazywają Duchem Świata wszystkie dzieła geniuszu ludzkiego, wszystkie rzeźby, wynalazki, poematy, obrazy, architekturę, prace inżynieryjne, słowem to wszystko, co dźwiga ludzkość w wiecznym postępie, co przyczynia się do jej rozkwitu, stając się jednocześnie nieśmiertelnym Pięknem i Wiedzą!

- Ten młodzik odrzuca wszelkie boskie pierwiastki! - podkreślił mocno uczony, który przez cały czas łowił uważnie każde słowo swej towarzyszki.

- Coś podobnego oświadczył mu Wojciech. A wie pan jak na to zareagował ten mój siostrzeniec, który budzi we mnie chwilami jakąś głuchą obawę, chociaż znam go od dziecka i kocham?!... Oto - delikatnym ruchem przyłożył rękę do piersi, a potem do czoła i powiedział dobitnie: Wuju kochany! Wierzę w to wszystko, co promieniuje z wzniosłego serca i umysłu! Anglicy dawno już osądzili, że najwartościowszym tworem na świecie jest uczciwy człowiek! Czy ten uczciwy człowiek ma być koniecznie ateuszem?! - sarknął niechętnie mój szwagier i byłby dalej zapewne nacierał na Edmunda, ale ktoś z sąsiedztwa zajechał w tej chwili przed nasz dwór, obezwładniając tym samym impet Wojciecha. Pan wie jaki zeń raptus?! Ale oto już wjeżdżamy do lasu.

Młody uczony napawał się w milczeniu ciszą leśną, wolną od ludzkich głosów, rozbrzmiewającą jedynie szumem ptasiego życia. Rudopienne sosny zieleniały górą niby olbrzymie, spadające parasole. Plamy słońca, przedzierającego się przez drobne listowie sędziwych brzóz, drgały na białej korze i błądziły u ich stóp, na mchu. Brązowe kolumny dębów unosiły wzwyż ku niebu dostojne swe korony. Jechali szlakiem zielonej darni, gdyż las podzielony był na rewiry i utrzymany starannie. Pan Wojciech zbliżył się ku nim na swym lśniącym Piorunie:

- Stań, Antoni! Tu w pobliżu jest wzgórek z rosnącymi na nim trzema dębami. Może się tam rozłożycie, kochani państwo, a ja tymczasem skoczę przyjrzeć się ściętym sosnom i ocenić straty! - zawrócił konia i zniknął wkrótce za zakrętem.

Uczony pomógł cioci Misi wysiąść z wolantu i podbiegł żywo do zaróżowionej amazonki, chcąc potrzymać jej Ledę, ale Edmund wyprzedził go i uwiązawszy wierzchówkę do drzewa, odwrócił się twarzą do Zygmunta. Patrzyli na siebie przez chwilę z niemą, groźną wrogością.

- Proszę mi podać koszyk z wolantu, panie Zygmuncie - zawołała dziewczyna spiesznie.

- Patrz, Alinko, jakie śliczne kwiaty! Widzisz?! - wskazywał Edmund szpicrutą. - Różowieją z dala! Chodź! Narwiemy cały pęk i udekorujemy improwizowany salon pod dębami! - magnetyzował ją czarnymi oczyma, w których lśniły błyski nakazu.

Dziecięca wesołość przemknęła po twarzy Alinki. Nagłym ruchem zerwała z głowy małą czapeczkę i cisnęła ją w bok, na murawę. Ukośny snop promieni słonecznych padł na jej włosy, rozpalając ukryte w nich złote połyski. Zęby błysnęły najczystszą bielą w ślicznym rozchyleniu ust:

- Dobrze! - zgodziła się. - Goń mnie! - i pomknęła rączo naprzód, ująwszy z obu stron dłońmi przydługą nieco czarną amazonkę.

Chłopak rzucił się za biegnącą kuzynką, a młody uczony stał na miejscu jak wryty i patrzył w ślad za nimi. Już przyklękli na ziemi. Zrywają kwiaty leśne... mówią, szeptem zapewne, bo żaden dźwięk nie dolatuje słuchu pokonanego rywala... wpatrują się w siebie... Usta Zygmunta wygięły się w bolesnym skrzywieniu, tak jak gdyby uczuł gryzący smak zazdrości. Opanował się jednak. Szybkim zdecydowanym krokiem powrócił do cioci Misi, śledzącej również niespokojnym wzrokiem ten postęp w zalotach młodych. Rozłożył się obok niej, podpierając głowę jedną ręką. Milczeli czas jakiś, zatopieni w myślach.

- Jak się to wszystko skończy? - westchnęła niemłoda panna, zapominając, iż porusza sprawę tak drażliwą dla zakochanego beznadziejnie człowieka.

- Bardzo prosto! - odpowiedział Zygmunt nerwowo. - Rozpieszczona jedynaczka pokona opór ojca. Zaśpiewają im wkrótce Veni Creator11 i dopiero późniejsze życie wykaże, ile będzie trwałego szczęścia w skojarzeniu natur tak różnych?! Oby się nie zawiodła! - zwiesił głowę w zadumie.

Z dala mroczna świątynia lasu ziała ciszą. Dolatywało uparte i nieustające pukanie dzięcioła.

- Alinko! - krzyknęła ciocia Misia, przykładając rękę do ust. - Gdzie jesteś?! Wracajcie! - Nie śmiała narzucać się siostrzenicy zbyt natrętną opieką, albowiem dziewczyna wnet po przyjeździe do domu, oznajmiła jej z przymilnym uśmieszkiem, że jest już dorosła i samodzielna! Dziecinne to było zdanie, ale wchodziła tu jeszcze w grę bezkrytyczna wprost miłość ciotki.

- Hop! Hop! Zaraz, zaraz, ciotuchno! - dobiegła przytłumiona odpowiedź.

Milczący towarzysz uniósł się na łokciu i otrząsnął z zamyślenia:

- Pani widzi, jak gorąco kocham tę przecudną dziewczynę, która w moich oczach wyrosła i rozwinęła się w kwiat, budzący tęskne pożądania! Zgniótłbym swój zawód i ból, gdyby ją wziął ktoś godniejszy ode mnie, ale jeśli zwycięzcą ma być ten pyszałek, ten egoista, to oschłe serce?!... - porwał się na równe nogi i mówił dalej namiętnie i gorzko: - Ona się chlubi jego dyplomem, ale zapomina jednocześnie, że ten najdroższy kuzynek siedział pięć lat w akademii handlowej zamiast dwóch tylko! Panicz hulał, a matka zapracowywała się na śmierć, dając lekcje, bo nie starczyło na wszystkie zachcianki gagatka! Dopiero gdy pan Wojciech napisał mu wręcz, że jako bliski krewny tej opuszczonej matki, czuje się w obowiązku zaopiekować się nią wobec grożącej z wyczerpania choroby serca - dopiero wówczas ten wykwintny Petroniusz przysiadł, jak to mówią, fałdów, zdał egzaminy i z dyplomem w kieszeni powrócił z Antwerpii do Warszawy.

- Nie wiedział, że matka zamęcza się lekcjami, gdyż nie pisała mu o tym - sprostowała ostry sąd ciocia Misia.

- Tak?! Więc skądże brało się tyle pieniędzy?! Z tego malutkiego kapitaliku?! I pani go broni?! - wyrzucał jej żywo.

- Chciałabym, aby nie potrzebował wcale mojej obrony! - wykrzyknęła załamującym się głosem. - Wojciech wraca! - zauważyła nagle, przysłuchując się bliskiemu już tętentowi kopyt końskich. Znów będzie nowa przykrość, gdy zobaczy, że Alinki nie ma tu z nami! Doprawdy, niech to się już raz skończy, tak, albo inaczej, bo serce mi pęknie z tych wszystkich wzruszeń i niepokojów!

Zygmunt wyszedł śpiesznie na zieloną taśmę murawy i jął iść w stronę, gdzie zniknęli młodzi, ale dojrzał wnet na końcu wyciętej w lesie alei, kroczącego luzem Pioruna, i trzy zbliżające się postacie. Ruszył na ich spotkanie.

- Przepraszam cię, kochany Zygmuncie, za nietakt mojej córki! - mówił doń za chwilę pan Wojciech, głosem mieniącym się akcentami niezadowolenia. - Młode to jeszcze, niewyrobione i wyszło jej z głowy, że nie jednego ma gościa, ale dwóch! Daruj jej tę płochość dziecięcą, bo to się więcej nie powtórzy.

Zanim młody uczony zdążył wymówić jakieś słowo protestu, dziewczyna podała mu obie swe delikatne, białe jak lilie ręce:

- Ojczulek skarcił mnie najsłuszniej! Przepraszam pana! Wpatrzony w nią Zygmunt otrzymał uśmiech w darze. Pochylił się i ucałował kolejno ciepłe, maleńkie dłonie.

- Już zgoda między nami! Widzisz ojczusiu?! Pan Zygmunt lepszy od ciebie! A teraz chodźmy do cioci Misi, która tam na pewno snuje, biedactwo kochane, jakąś scenę z dramatu: Ojciec i córka! - Swawolny śmiech obił się o chropawe pnie drzew, rozjaśniając twarze trzech mężczyzn.

Słońce kłoniło się już ku ciemnej linii horyzontu, gdy wolant zajechał z powrotem przed dwór w Malinkach. Pan Wojciech wysforował się naprzód i zsiadłszy z konia, podszedł do stojącej opodal panny Balbiny. Alinka z kuzynem przelecieli koło nich pędem, krzyknąwszy wyjaśniająco:

- Odprowadzimy tylko wierzchowce do stajni i natychmiast wracamy!

- Czas z tym skończyć! - powiedział zniżonym głosem pan domu do swej zaufanej pomocnicy.

- Ładna para! Szkoda! - westchnęła z żalem. - Ale wobec takiego charakteru, im prędzej - tym lepiej! Będzie ciężka przeprawa z Alinką! - dodała.

- Cóż robić?! Przecina się wrzód, aby nie zatruł organizmu! - zakonkludował pan Wojciech stanowczo.

Na drugi dzień po rannej kawie, gdy młodzi układali plan przejażdżki łódką po stawie, wuj zbliżył się do siostrzeńca:

- Proszę cię, Edmundzie na parę słów do mego gabinetu.

- Służę wujowi - odparł uprzejmie. - Idź tymczasem, Alinko nad staw i poczekaj tam na mnie. Pan również zechce nam towarzyszyć?! - zwrócił się z wyszukaną grzecznością do Zygmunta.

Tamten skłonił się chłodno:

- Dziękuję za propozycję. Niestety, mam jeszcze na parę dni pilne zajęcie. Muszę dokończyć moją rozprawę i wysłać ją do Warszawy. - Pomimo tych słów, został w jadalni, przerzucając ostatnie dzienniki.

- Czekam na ciebie! - przypomniał pan Wojciech tonem, nie zwiastującym pogodnej rozmowy.

Wyszli obaj, zostawiając w sercu dziewczyny nagły wstrząs niepokoju. Czego ojczulek może chcieć od Edmunda?! I ten jego chmurny wzrok, ten głos mrożący?!... Nie! Nie pójdzie nad staw! Woli pozostać w domu!

Wybiegła z jadalni i weszła do przechodniego pokoju, gdzie stały szafy z wiktuałami i skrzynie z futrami. Usiadła na jednej z nich i czekała, co dalej się stanie, czując, iż myśli jej zmącone są do dna.

Tymczasem za ścianą, w gabinecie, Edmund usiadł swobodnie na staroświeckiej sofie, założył nogę na nogę, oplótł rękami kolana i czekał cierpliwie na przemówienie wuja. Że miał to być jakiś dotkliwy pater noster12 - nie wątpił ani przez chwilę. Wierzył jednak w swój takt światowca i w zręczność, z jaką rozpraszał dotychczas nasuwające się chmury.

Pan Wojciech chodził z jednego kąta pokoju w drugi z założonymi w tył rękoma. Wreszcie zatrzymał się przed siostrzeńcem i patrząc mu bystro w oczy, odezwał się:

- Znasz mnie od lat twych dziecięcych. Wiesz zatem, że nie owijam nigdy prawdy w papierki, tylko wprost przystępuję do celu. Zapytuję cię tedy: Czy chcesz się żenić z Alinką?!

Skurcz zakłopotania przemknął po wyrazistej twarzy młodzieńca. Wahającym się głosem dał niepewną odpowiedź:

- Byłoby to dla mnie wielkim szczęściem!... Tak, kochany wuju!... Ale - nie posiadam żadnego stanowiska... Proponują mi dopiero posadę w Kijowie.

- Rozumiem - gospodarz domu ściągnął brwi i smagał zmieszanego chłopca błyskiem pogardy. - Dobrze się składa, bo gdybyś nawet miał takie zamiary - nie dostałbyś mojej córki! Ponieważ jednak nie stać cię na uczciwą miłość, a pragniesz jej zawrócić w głowie, co czynisz z istotną maestrią, to najlepiej będzie jeśli...

- Opuszczę Malinki natychmiast! - dokończył zań Edmund gwałtownie. Porwał się z sofy, wyprostował całą swą szczupłą, niewielką postać i - przeraźliwie blady, wwiercał się pałającymi oburzeniem czarnymi źrenicami w spokojne oblicze wuja. Wymawiano mu dom! Stary weredyk przekroczył wszelkie granice możliwości.

- Skoro ci to dogadza, to nie mogę cię zatrzymywać! - powiedział wuj, nie odwracając jeszcze przez chwilę swych nieugiętych oczu od wzburzonej twarzy chłopca, po czym nacisnął dzwonek.

Cisza zaległa pokój. Słychać było jeno odgłos kroków chodzącego równo pana domu i przyspieszony oddech gościa, mającego krtań ściśniętą z gniewu i podniecenia.

- Jakubie - zwrócił się pan Wojciech łagodnie, gdy w otwieranych drzwiach stanął na progu służący. - Niech Antoni pospieszy się z założeniem koni do powozu. Panicz otrzymał ważną wiadomość i musi koniecznie zdążyć na południowy pociąg!

- Słucham! - wyraził się lakonicznie wierny przyjaciel. Młodszy o parę lat od właściciela Malinek, chłop z tejże wsi, przekradał się ongi ze swoim paniczem do szeregów powstańczych. Stąd też łączyły ich dalej więzy niezachwianej ufności. Rad był w duszy, że ten modny laluś opuszcza Malinki.

Jego zaloty nie zyskały uznania Jakuba, przywiązanego do córki dziedzica bardziej może, niż do własnej.

Alinka zeskoczyła ze skrzyni i chwyciła za rękę idącego przez ciemnawy pokój służącego:

- Czy to naprawdę dla panicza mają zaprzęgać do powozu?! - spytała gorączkowym, stłumionym głosem, a usłyszawszy potwierdzenie, oparła się o ścianę i przymknęła oczy... Sądziła, iż świat zakołysał się wraz z nią. Kocha go, kocha i nie da sobie odebrać! Zdawało się jej, że jakiś nieugięty upór rośnie w niej wraz ze świadomością pierwszego wiośnianego uczucia! Z tablicy wiszącej obok zdjęła szybko jeden z licznych kluczy i wymknęła się na palcach, lekko i skrycie, z dworu do parku. Przebiegła pędem kilka alei, a potem skryła się w gęstwinie owocowego sadu. Dopadła wreszcie małej bramki tkwiącej w murze otaczającym sadybę dworską i przykucnęła w zaroślach.

Ojczulek nie pozwoliłby mi się z nim rozmówić, ani pożegnać sam na sam - myślała z goryczą. - Tu nikt nas nie zobaczy, a poczciwy Antoni będzie milczał jak grób! Skoro tylko posłyszę turkot, otworzę furtkę i wyskoczę na drogę - planowała sobie niby wytrawny spiskowiec.

Tymczasem we dworze sprawy szły swoim torem. Edmund zdołał w końcu, po długim, zaciętym milczeniu, opanować zranioną ambicję i przybrać maskę poprawnej uprzejmości.

- Wuj pozwoli mi, oczywiście, złożyć moje uszanowanie i pożegnanie cioci Misi i życzyć szczęścia kuzynce, z którą nieprędko się zobaczymy. Zdecydowany jestem dorobić się milionów w złotym Kijowie! - wyrzekł ceremonialnie.

- Ależ i owszem. Proszę cię, mój kochany! - zgodził się pan Wojciech z nikłym uśmiechem na ustach.

Weszli do jadalni, gdzie zastali ciotkę, podlewającą troskliwie kwiaty na oknach. Młody uczony siedział przy stole, trzymając w ręku gazetę i błądząc po niej z roztargnieniem oczami.

Edmund rzucił okiem na zegarek:

- Jak to czas prędko leci! Nasza pogadanka i moje rozmyślania o przyszłości trwały całe pół godziny! Wuj zakomunikował mi ważną nowinę (ledwo dostrzegalna ironia zadźwięczała w jego matowym głosie), wobec czego zmuszony jestem pędzić co tchu do Warszawy. Dziękuję drogiej cioci za dobroć dla mnie i za psucie mnie wiejskimi przysmakami! - ujął delikatnie ręce oszołomionej ciotki i złożył na nich długi, serdeczny pocałunek. - Nie widzę tu Alinki - mówił dalej z zupełną na pozór swobodą. - Czeka na mnie przy łódce! Pan będzie tak uprzejmy - (spojrzał na Zygmunta, a małe, pięknie skrojone usta zacisnęły mu się na chwilę zjadliwym wyrazem) i zechce złożyć jej w moim imieniu zapewnienie szczerego żalu z powodu naszego tak nieoczekiwanego rozstania. Wujowi również składam - odwrócił się ku spacerującemu w milczeniu panu domu, ale napotkał wzrok tak twardy, że odpadła go nagle cała robiona swada i uczuł się niemal przygwożdżonym do ziemi.

Turkot podjeżdżającego powozu uwolnił wszystkich od kłopotliwej nad wyraz sytuacji.

- Ten poczciwy Antoni! Jak się pospieszył, aby mi dogodzić! - rzucił Edmund od niechcenia, przybierając znów pozę wyrobionego światowca. - Żegnam łaskawych państwa, bo istotnie - zerknął na zegarek na ręku - czas wielki na mnie! Dziękuję Jakubie za pamięć o mojej walizce! - dodał, widząc przez otwarte okno służącego, wkładającego do powozu eleganckie przybory podróżne.

- Do widzenia, chłopcze! - powiedziała ciocia Misia lekko drżącym głosem, obejmując Edmunda i całując go w czoło. - Niech cię Bóg prowadzi i pomaga we wszystkich zamiarach!

- Wątpię czy nasz nowomodny siostrzeniec czuje potrzebę takiej opieki - zauważył spokojnie pan Wojciech. - Jedź szczęśliwie - dodał. - Życzę ci prędkiego zdobycia świetnego stanowiska ze względu na twoją biedną, spracowaną matkę!

Mężczyźni podali sobie kolejno ręce, ścisnąwszy je z obopólnym chłodem i Edmund ubrawszy się z błyskawicznym pośpiechem, wskoczył lekko do powozu. Zgrzytałby chętnie zębami z tłumionej pasji, gdyby nie wrodzone mu rzeczywiste zamiłowanie do piękna i estetyki. Jechał tedy, nie oglądając się za pozostałymi na ganku, kamienny na pozór, trawiąc doznane upokorzenie. Zraniona duma cierpiała w nim bezgranicznie, gdyż ambitny był ponad wszelką miarę. Serce brało w tej udręce podrzędny zgoła udział. Alinka podobała mu się bezsprzecznie, tak, może nawet zakochał się trochę w jej fiołkowych oczach i ślicznej, subtelnie rzeźbionej twarzy. Ale brać na barki obowiązki rodzinne, żenić się w dwudziestym czwartym roku życia - nie! Nigdy! Nie zachęciły go do tego szalonego kroku nawet urocze Malinki! Po pierwsze - są tam długi, po drugie nie wiadomo czy ten nieznośny impetyk oddałby mu je, a wreszcie - chęć kawalerskiej wolności była w tym młodym homme a femmes13 tak mocna, że złoto całego świata nie skusiłoby go do takiej transakcji. Wyobrażał sobie również, że gdyby kiedyś w przyszłości zakładał gniazdo rodzinne, to żona ma być jemu za wszystko obowiązana, aby tym łacniej mógł nią dowolnie rządzić.

- Nasza panienka stoi przy murze! - przerwał mu te rozmyślania Antoni, odwracając się z kozła.

Edmund wychylił się z powozu i spojrzał na drogę. Zgrabna postać dziewczęcia w białej powiewnej sukni rysowała się z dala niby krzew białej róży wykwitający na tle czerwonej cegły ogrodzenia. Konie jechały szparko, więc za chwilę ujrzał chłopak dokładnie zaróżowioną ze wzruszenia twarz kuzynki, pociemniałe fiolety jej źrenic i drobne, wdzięczne usteczka rozchylające się w okrzyku:

- Stój, Antoni! - podbiegła do pojazdu i wskoczyła na stopień: - Chodźmy do sadu. Bramka otwarta. Prędzej! - objęła smagłą dłoń ukochanego ślicznymi palcami i pociągnęła go za sobą, wołając półgłosem:

- Antoni poczeka chwilkę! Dobrze, mój złoty Antoni?! - Dlaczego tak nagle wyjeżdżasz?! - spytała gorączkowo, gdy się znaleźli oboje po drugiej stronie muru, w cieniu rozłożystej jabłoni.

- Wuj tego sobie życzy - wyrwała mu się z ust szczera prawda.

Dziewczyna zarzuciła mu obie ręce na szyję:

- Ale przecież ty mnie kochasz i ja ciebie kocham! Nie możemy się rozstać dla czyjejś fantazji! Poczekamy do mojej pełnoletności! Dobrze?! Ja czuję, że nigdy o tobie nie zapomnę! A ty?! - wpatrywała się weń miłośnie i trwożnie zarazem.

- Ja również. Ale widzisz, ojciec nie chce mi ciebie dać! Czyż możemy iść wbrew jego woli?! - usiłował wywikłać się z więzów Amora, nie dając całkowitego obrazu rzeczywistości.

Serdeczny lęk przepłynął przez oczy dziewczyny, tak jakby ostry wiatr zakołysał bratkami:

- Odmówił?! Zupełnie odmówił?! Ja myślałam, że nie chce, abyśmy się wzajemnie bałamucili teraz, gdy nie masz jeszcze dobrej posady i dlatego ciebie wyprawia! Masz obowiązki wobec matki! Ale to niemożliwe, żeby odebrał ci wszelką nadzieję?! Co?! Powiedz?! - zazierała mu głęboko w oczy, pragnąc znaleźć na ich dnie skarby niezłomnego uczucia, jakim pałało jej obudzone serce.

Rozkoszne ciepło biło od wiotkiej, przytulonej do młodzieńca kuzynki. Świeży jej oddech palił mu policzek. Gotowość oddania się jemu na całe życie - była rozbrajająco dziecięca i namiętna zarazem. Tak blisko miał jej usta koloru dojrzałej poziomki, z wygiętą w górę linią kącików! Gdyby nie czujny rozsądek, podszyty sporą dozą egoizmu - pochwyciłby ją w ramiona, przegiął złotą główkę, spiłby z tych ust nieznających pocałunku nektar pierwszego upojenia, a nawet przysiągł miłość do zgonu!... Ale wspomnienie twardej ręki wuja i lęk przed kobiercem ślubnym oblały go zimną wodą.

Z subtelnością estety, unikającego brutalnych posunięć, ujął delikatnie szczupłe w przegubach dłonie Alinki i powoli rozluźnił jej uścisk:

- Znam ciebie lepiej, niż ty siebie samą! - powiedział czule. - Byłabyś nieszczęśliwa, gdybyś musiała zerwać z ojcem! Uprzedził się do mnie, a wiesz dobrze, że nikt go nie przekona!

- Alinko! - zabrzmiał z oddali głos, pełen trwożnej pieczołowitości.

Dziewczyna przyłożyła palec do ust:

- Ciocia Misia mnie szuka! Muszę iść! Edmundzie! - skoczyła ku niemu, jakby przyciągnięta magnetyzmem jego pysznych, głębokich oczu i obdarzyła go przeciągłym, ciepłym pocałunkiem. - Jedź! - popychała go w stronę bramki, gdyż olśniony doznanym wrażeniem, stał w miejscu, niepewny, jak ma teraz postąpić.

- Pamiętaj o mnie i bądź mi wierny! - szepnęła mu jeszcze do ucha i jak strzała frunęła tam, skąd dolatywało nowe, niegłośne wołanie:

- Gdzieżeś ty się schowała, dziewczyno?! Odezwij się! Alinko!

Pan Wojciech spotkał w parku biegnącą jedynaczkę i rzekł łagodnie:

- Szukam cię nad stawem, ale widzę, że wracasz z innej zupełnie drogi. Gdzie byłaś, dziecko kochane?!

- Żegnałam się z Edmundem! - wyznała dziewczyna odważnie.

- Mam nadzieję, że pożegnałaś się z nim na zawsze?! - powiedział krótko. - Słyszałem wiele o jego licznych, romantycznych przygodach za granicą. Dopóki żyję, nie zobaczysz już więcej tego rozamorowanego fircyka, tego paniczyka bez Boga i wiary, który zresztą poprzestawał na zawracaniu ci głowy, nie mając najlżejszej ochoty do wzięcia cię za żonę!

- To nieprawda! - krzyknęła Alinka z dziecinną porywczością.

- Pierwszy raz w życiu zadano mi kłamstwo - stwierdził pan Wojciech z powagą. - Czy mam ci dać słowo honoru, że mówię prawdę?

- Ojczulku! - załkała dziewczyna. - Przecież sam nie chcesz tego małżeństwa! Edmund mi to przed chwilą oznajmił i twierdził nawet, że nie byłabym szczęśliwa, gdybym poszła wbrew twemu życzeniu! Widzisz, źle go sądzisz! Znamy się od dzieci! Cóż dziwnego, że teraz, gdy dorośliśmy!...

- Ale czy powiedział, że pragnie cię poślubić?! - natarł pan Wojciech na córkę, a widząc jej twarz, ukrytą w dłoniach i ramiona, wstrząsane gwałtownym łkaniem, objął ją wpół i szepnął:

- On ciebie niewart, dziecino moja! Wykreśl go ze swej pamięci!

Alinka wyrwała się ojcu z uścisku:

- Nigdy, nigdy o nim nie zapomnę! Ojczulek łamie moje serce, zabiera szczęście! Niech i tak będzie! Pójdę do klasztoru! Tak, tak! - powtarzała z zaciętością. - Dziś jeszcze napiszę do Matek! Chętnie mnie wezmą do swego grona! Albo nie! Dokuczyło mi życie! Utopię się!... - i szlochając na cały głos, odbiegła od ojca, znikając w gąszczu krzewów parkowych.

- Co ty mówisz?! Bój się Boga, Alinko! Grzeszysz takimi słowami, a mnie rozdzierasz serce! - wołała ciężkim, jakby martwym głosem ciocia Misia, która posłyszawszy te rozpaczliwe wykrzykniki, dążyła spiesznym krokiem do odnalezionej wreszcie siostrzenicy.

- To twoja wina, Wojciechu! - łamała ręce, patrząc na szwagra bez lęku. - Trzeba się było wpierw dobrze nad wszystkim zastanowić! - I przyłożywszy obie dłonie do ust, aby ustokrotnić błagalny okrzyk: Alinko! rzuciła się w pogoń za nieszczęśliwą dziewczyną!

Pan Wojciech stał na miejscu, oparty rękami o laskę, z głową ku ziemi nieco pochyloną i - milczał.

Przeszło lat kilkanaście.

W rodzinnym gnieździe

Ślicznie pani wygląda w tej sukni! Prześlicznie! Doprawdy przypominają mi się dziecięce bajki o ondynach, mieszkających na dnie wód! - puściła wodze swemu zachwytowi właścicielka eleganckiej pracowni strojów kobiecych Madame Cornélie, ogarniając wprawnym spojrzeniem stojącą przed lustrem klientkę. - Panno Felciu! - zwróciła się do swej pomocnicy, klęczącej na posadzce i upinającej bok seledynowej, połyskliwej wieczorowej sukni. - Trochę wyżej. Ot tak, doskonale! Pani figura nadaje się do wszelkich fantazji! Istny skarb dla mistrzyni mody, umiejącej z tego korzystać!

- Cała tedy zasługa po pani stronie! - uśmiechnęła się młoda i dziwnie urocza kobieta, przechylając nieco w bok głowę, aby jednym rzutem oczu ocenić trafność wypowiadanego przed chwilą sądu. Lustro odbiło jej postać z cichym, acz wymownym pochlebstwem, gdyż uśmiech tający się dotąd w kącikach ust, rozsłonecznił nagle jej twarz podobną do kamei i zamigotał tysiącem iskierek w dużych, fiołkowych źrenicach.

- Już można zdejmować, panno Felciu! Ostrożnie! - komenderowała właścicielka firmy tonem dowódcy, gotującego się do wygrania bitwy. - Na ramieniu przypięłam szpilką! Ten rękaw z gazy - marzenie! Śliczna toaleta wyjdzie z naszej pracowni! Co prawda nie każda kobieta umie tak nosić wykwintne stroje jak pani. I ta opalona cera, niby brzoskwinia na słońcu! Nie byłam nigdy w Malinkach, ale sądząc z opowiadania pani - nie ma chyba bardziej czarującego miejsca na świecie! Szkoda, że już państwo musieli wrócić do miasta. Warszawa duszna i pełna kurzu o tej porze!

- Trudna rada! - wyjaśniła urocza klientka, zdejmując ostrożnie, przy pomocy uprzejmej panny Felci szklące się połyskami jedwabie mierzonej sukni i wkładając angielski, spacerowy kostium i jasną bluzkę. - Wszak to początek września i starsze dzieci nie mogą opuszczać lekcji w szkołach. Mój ojciec przyjechał z nami, tak mu żal było rozstać się z Anią. Leciutko podsuwa nam myśl, że dla zdrowia maleńkiej lepszy byłby ten wrzesień spędzony w Malinkach, niż w zakurzonym mieście, ale mąż dyplomatycznie udaje, iż nie rozumie tych aluzji. Przy tym na Brzozowej, gdzie mieszkamy, warunki zdrowotne są naprawdę świetne. Powietrza od Wisły i słońca mamy w bród!

Właścicielka pracowni zwróciła się z serdecznym wyrazem twarzy do małej dziewczynki, siedzącej na kanapie z lalką w ręku i zapatrzonej przez cały czas w stojącą przed lustrem młodą kobietę z uwielbieniem, dochodzącym do niemej, palącej się w ciemnoniebieskich oczach dziecięcej egzaltacji.

- Czy ta śliczna laleczka także była zadowolona z pobytu w Malinkach? - spytała żartobliwie. - Jaki ma na sobie piękny i modny płaszcz! A te sznurowane, czerwone buciki?! Cacko, doprawdy! I kapelusik ze strusim piórkiem! - Czy wolno wiedzieć, gdzie się twoja córka tak wykwintnie ubiera, Aniu?!

- W Maison Annette! - zaśmiała się wesoło matka dziewczynki, nakładając na jasne włosy zgrabny, niewielki kapelusz i poprawiając nad czołem złocisty loczek. - Wszystko to, co pani widzi jest dziełem Ani! Te malutkie paluszki umieją śmiało prowadzić ostrza nożyczek i nadawać kształty bluzek, spódniczek, koszulek dla lalek różnym cennym gałgankom! Wyrasta to spod tych drobnych rączek całymi stosami!

Madame Cornélie, polska patriotka, urągająca swym francuskim szyldem nakazom caratu mającym zrusyfikować przynajmniej pozornie Warszawę, plasnęła w dłonie z zapałem:

- To nadzwyczajne! Ależ to geniusz igły z tego małego pisklątka! Nigdy mi pani o tym nie wspominała! Może zasłynie kiedyś w całym świecie i prześcignie samego Wortha14?! To nie do wiary! Co za dokładność w robocie! Czekajże, dziecinko kochana! Brak ci pewno materiałów do roboty? Zaraz przyniosę mnóstwo prześlicznych kawałków! Musisz mi tylko pokazać, co z tego wszystkiego uszyjesz! - i miła pani Kornelia, wyszła do pracowni, skąd wróciła za chwilę, niosąc w ręku pęk kolorowych skrawków i powiewając nimi wesoło w powietrzu.

Mamusia przypatrywała się Ani z uśmiechem, podszytym tkliwością. Kochała ją daleko goręcej, niż resztę swych dzieci i nic w tym nie było dziwnego. Ta sześcioletnia, wątła i poważna dziewczynka, na której bladej twarzyczce różowiła się jedynie jasnokoralowa plama usteczek, zdawała się ukrywać w sobie duszyczkę, mogącą się zerwać lada chwila do odlotu tam, skąd niedawno spłynęła do tej kruchej, choć wdzięcznej powłoki cielesnej. Madame Cornélie patrzyła również na Anię dziwiąc się jej milczeniu.

- Powiedz szczerze, maleńka! Jeśli te skrawki ci się nie podobają, przyniosę inne! - przynaglała dziewczynkę do odpowiedzi.

- Zachwycona jest nimi! Niech mi pani wierzy! - tłumaczyła mamusia z tym słonecznym uśmiechem, jakim podbijała serca wszystkich, na których padł jej odblask. - Milczenie Ani pełne jest niedopowiedzianych słów. To już taka dziwnie poważna natura! - wciągała na ręce jasne rękawiczki, a każdy jej ruch kojarzył się harmonijnie z wytwornością smukłej postaci.

- Dziękuję pani - wymówiły zwięźle koralowe usteczka Ani, choć serduszko dziewczynki skakało po prostu z radości na widok tak cudnych, przecudnych gałganków. Już teraz wszystkie lalki będą mogły pójść na Bal wróżek, urządzany przez jedną z młodocianych rówieśniczek. Dotychczas wszakże ogromne były troski i wątpliwości, czy jedna przynajmniej, Aldona weźmie udział w tym wyścigu lalek o najpiękniejszą, uszytą własnoręcznie przez każdą z dziewczynek toaletę.

- Idziemy już, Aniuś! - przerwała mamusia te pełne triumfu rozmyślania swej córeczki. Znała jej skupioną i zamkniętą w sobie duszyczkę, nie dziwiła się przeto wcale obojętnej na pozór postawie dziewczynki.

- Dziękujmy raz jeszcze - spojrzała na nią wesoło - i żegnajmy się z panią Kornelią. Tatuś i dziadzio nie lubią spóźniania się na obiad! Wyszły obie z salonu mód, kierując się z Senatorskiej w stronę Starego Miasta.

Przedziwna polska jesień malowała czuby drzew po ogrodach i lasach purpurą i złotem, ale tu, na ulicach Warszawy przeciągała tylko niedbale promiennym wiechciem po dachach i murach obojętnych na to dotknięcie kamienic, wśród których snuli się liczni przechodnie, spragnieni ostatnich ciepłych pozdrowień słońca. Ania szła obok matki z szybkością, na jaką pozwalały jej drobne nóżki, gdyż zegar na ratuszu wskazywał tak nieoczekiwanie późną godzinę, iż pani Alina przyśpieszyła kroku, pragnąc zjawić się w porę na obiad. Świergotliwy głosik dziewczynki podawał chwilami do wiadomości matki jakiś ułamek przepełniającego ją zachwytu nad pięknymi istotnie skrawkami drogich i gustownych materii, a jej widok wywoływał w oczach wielu mijanych przechodniów powtarzające się stale wrażenie: - Jakież to miłe dziecko!

Największym urokiem Ani były jej włosy - złociste, miękkie i jedwabiste jak pela. Zwijały się one w naturalne loki, opadające w połyskliwych skrętach na szczupłe ramionka dziewczynki i czyniące jej głowę w granatowym berecie niezmiernie podobną do portretu pazia.

- Już jesteśmy blisko domu! - powiedziała z westchnieniem ulgi mamusia. - Dziadzio nie uznaje niepunktualności, więc trzeba mu dogadzać, jest naszym gościem i takim kochanym gościem! Ale - spojrzała żywo na dziewczynkę - może zmęczyłaś się, córuchno?! Przecież można było wziąć dorożkę! Że też nie pomyślałam o tym! - i nagle roześmiały się obie tak srebrzyście, jakby swawolny potok przetoczył się przez wał usypanych drobnych kamieni.

- Nie zmęczyłam się, mamusiu, tylko czuję, że mam nóżki! Ale Bisia mówi, że to znaczy, że rosnę! To dobrze - zapewniała matkę dziewczynka. - Może chłopcy przestaną mnie nazywać królową elfów! Co, mamusiu?! Chciałabym być wysoką, wysoką, bo na dole czasem okropnie duszno i ciasno. Pamięta mamusia wtedy w teatrze na Kopciuszku? Taki tłum! Starszym lepiej było u góry, więcej mieli powietrza, a ja myślałam, że się zaduszę!

Pani Alina zaśmiała się szczerze, tak ją ubawiło określenie dziewczynki. Wchodziły już obie na schody dużej kamienicy i za chwilę dzwoniły do drzwi wejściowych na drugim piętrze. Szybkie kroki dały się słyszeć poza szklaną i okratowaną taflą, drzwi się otworzyły, a na progu stanął niemłody, szczupły mężczyzna o srebrnej czuprynie na jeża i takimże niewielkim zaroście.

- Nareszcie jesteście, zbiegi! - zawołał głosem, w którym energia łączyła się przedziwnie z dobrocią. - Czekamy na was! Przewiozłem już Zygmunta do jadalnego pokoju!

- Ależ nie ma jeszcze trzeciej, ojczulku kochany! - zapewniała pośpiesznie pani domu, zdejmując żakiet i kapelusz. Potrząsnęła leciutko głową, przy czym jej jasne włosy nabrały od razu puszystej falistości. - Idę do jadalni. Brygidko! - zwróciła się do tęgiej, wiejskiej służącej, rozbierającej Anię z płaszczyka. - Dawajcie zaraz obiad!

W jadalni już było gwarno jak w rojącym się ulu. Trójka starszych dzieci - czternastoletni Michaś, młodszy od niego o rok Pawełek i jedenastoletnia Hala, rozhukane, roześmiane, zdrowe urwisy wpadli właśnie przed chwilą po lekcjach w szkole z hałasem do domu. Stojąc przy stole i pożerając w oczekiwaniu na obiad okazałe pajdy15 świeżego chleba, przeplatali energiczne poruszania szczękami nie mniej energicznym i głośnym komunikowaniem ojcu ostatnich nowin szkolnych. W fotelu na kółkach siedział pan domu, niepospolity uczony i przysłuchiwał się z zajęciem każdemu słowu rozprawiającej młodzieży. Zajmowało go wszystko, co się tyczyło rozwoju dzieci, ich charakterów, zabaw, sportów, szkolnych ambicji. Korzystał z każdej chwili wspólnych posiłków, aby - (sternik niewidoczny, a tak bardzo kochany) - przygotować do walki z oceanem życia ich łódź, stojącą dotychczas w zatoce rodzinnego gniazda. Atak paralityczny zwalił na łoże cierpienia i bezwładu tego wielkiego przyrodnika przed czterema już przeszło laty. Zbiegli się wówczas do niego najznakomitsi lekarze miasta, pragnąc gorąco uratować dla wiedzy polskiej życie wybitnego człowieka. Przy troskliwej, fachowej opiece i po długiej kuracji umiejętność medyczna odniosła triumf nad ciężką chorobą. Umysł przyrodnika odzyskał dawną prężność twórczości, tylko nóg nie opuścił stały niedowład i pan Zygmunt przykuty został do ruchomego fotela. Rozwiały się w nicość nadzieje otrzymania katedry uniwersyteckiej, którą już mu obiecywano ze względu na jego zasługi w świecie nauki, ale uczony przyjął całe to doświadczenie losu z niewzruszonym spokojem. Najpiękniejszą bowiem cechą tego podniosłego umysłu był splot bezbrzeżnej miłości dla wiedzy z uczuciem głębokiej wiary. Poddawał się wyrokom boskim z ufnością chrześcijanina, umiejącego powiedzieć nie słowami, lecz duszą całą:

- Niech się stanie nie moja wola, ale Twoja, o Panie!

Po powrocie do względnego zdrowia wezwał do siebie lekarzy przyjaciół i z pogodnym uśmiechem prosił ich o wypowiedzenie mu istotnej w swym stanie prawdy po odbytym konsylium. Taka jednak mężna i niezłomna stanowczość brzmiała w jego głosie dobrotliwym na pozór, że nikt nie odważyłby się na zbywanie go mglistymi ogólnikami.

- Kochany Zygmuncie! - odezwał się najstarszy z eskulapów poważnie. - Możesz żyć lata całe, albo umrzeć znienacka, jeśli nastąpi pęknięcie naczynka w mózgu.

Uczony wyciągnął obie dłonie do zgromadzonych i ściskał je kolejno:

- Dziękuję wam za tę otwartość! Jakież to szczęście, że moja rodzina ma opiekuna w naszym nieocenionym dziadziu, którego siły i zdrowie zdają się rokować długie życie! Pragnąłbym tylko mieć dość czasu, aby moje odkrycia naukowe przelać na papier dla przyszłych pokoleń. Może moi następcy obalą w proch moje twierdzenia, ale każda omyłka ludzi nauki, to jeden krok naprzód ku poznaniu bezwzględnej Prawdy!

Od tej chwili minęło kilka lat w zupełnym spokoju i rodzina oswoiła się z wolna z widokiem ojca paralityka, pogrążonego przez cały dzień w pisaniu dzieł naukowych i przewożonego na ruchomym fotelu do jadalni w porach wspólnych posiłków. Przeciążenie programem szkolnym za czasów rosyjskich, czyniące z uczących się dzieci woły robocze, ciągnące z mozołem pod wysoką górę wiedzy ogromny wóz, naładowany zbędnymi często wiadomościami - sprawiało iż jedynie pomiędzy jednym łykiem, a drugim toczyły się przy tym stole rozmowy szczere, otwarte - ukazywała się głąb duszy dziecięcej, łaknącej piękna i ideału. Więc i teraz, gdy pani Alina weszła powiewnym swym krokiem do jadalnego pokoju, Michaś z Pawełkiem opowiadali ojcu o wspaniałych zamiarach Bratniaka, a twarz uczonego wyrażała gotowość pomocy w tej sprawie.

Zegar, stojący w rogu, wybił poważnym basem sakramentalną trzecią godzinę.

- A co?! Widzi ojczulek, że się nie spóźniłam! - zawołała przekornie młoda kobieta.

Na dźwięk jej głosu cała trójka dzieci rzuciła się ku niej z okrzykiem radości, całując ręce i najśliczniejszą buziuchnę, a szare oczy uczonego przykuły się do uroczej postaci żony, młodszej odeń o lat kilkanaście, z wyrazem bezbrzeżnego uczucia.

- Czy zadowolona jesteś z nowej sukni, Alinko?! - zapytał głębokim, ciepłym tonem.

Pani domu przerwała na chwilę rozlewanie zupy do podawanych jej talerzy: - Nadzwyczajnie! Wyobraź sobie seledynowosrebrzyste połyski - na boku podpięcie i zwieszające się nenufary - toż samo na lewym ramieniu! Bajka!

- Będziesz wyglądała jak ondyna wodnica! - zawyrokował uczony.

Nagły uśmiech podniósł kąciki ust mamusi, przy czym błysnęły zęby drobne i lśniące jak perły nanizane półkolem:

- To samo twierdzi pani Kornelia! Chyba to prawda, bo przecież nie umówiliście się co do identyczności takiego sądu!

- Naturalnie, że prawda! - skonstatował krzykliwie Michaś. - Wszyscy moi koledzy, znający mamusię nazywają ją zawsze: Lorelei!

- Tss! Zlituj się, Michasiu, nie podnoś tak głosu! - mitygował chłopca dziadzio Wojciech. - Minąłeś się z powołaniem, a raczej zbyt późno ujrzałeś światło dzienne. Powinieneś był jako herold ogłaszać turnieje na cześć pięknych niewiast!

- Z niego to tak bucha, jak gejzery w Islandii - zaśmiała się Hala trochę złośliwie.

- Michaś temu nie winien, że ma tyle krzyku w środku! - zabrzmiał nagle dźwięczny głosik Ani, broniącej ukochanego, starszego brata.

Zaśmiali się wszyscy ochoczo, a Michaś, rzuciwszy w stronę Ani serdeczne: Dziękuję ci, Aniątko, oznajmił stanowczo Hali:

- Możesz być pewna, że gdybyś żyła w tych czasach, nie zmęczyłbym gardła oznajmianiem turniejów na twoją cześć! Błędni rycerze uwielbiali słodycz w kobiecie!

- Hm! Kto wie?! - wymknęły się dziewczynce tajemnicze słowa.

Miała jasnokasztanowate włosy z miedzianym połyskiem, zielone oczy, usta jak mak szkarłatne i cerę kreolki. Odziedziczyła tę niezwykłą urodę po babce, żonie dziadzia Wojciecha i starsze koleżanki, naśladując Sewera, mawiały o niej, że jest bajecznie kolorowa! Brała udział we wszystkich żywych obrazach i przedstawieniach na pensji, a potwierdzenie tego, że jest naprawdę bardzo ładna, szeptało jej nieraz lustro, gdy się w nim przeglądała.

Pan Zygmunt spojrzał na starszą córeczkę bacznie:

- I ja również nie jestem pewien, czy byłabyś, Halko, damą serca któregoś z tych trubadurów! Im nie chodziło wcale o piękne włosy, albo o czarujące oczy! Szukali oni ideału kobiety w kobiecie, byli sługami najwyższego piękna duchowego i często nie znali nawet tej, dla której imienia krzyżowali szpady z innym, podobnie jak oni, romantycznym poszukiwaczem przygód!

Hala zarumieniła się jaskrawo, pojmując, że przenikliwość ojca wykryła jej tajne myśli, a Pawełek rzucił przez stół pytanie najmłodszej siostrzyczce:

- A ty, Aniątko, czy chciałabyś być opiewaną przez jakiegoś rycerza?!

Króciutkie i stanowcze: - Nie! - padło z bladoróżowych usteczek Ani.

- Nie?! Dlaczego nie?! - dopytywał się ciekawie Pawełek.

- Bo zanadto by o mnie mówiono, a dla kobiety jest najlepiej, kiedy o niej wcale nie mówią! - wygłosiła mała z całą powagą.

Szalony śmiech buchnął ze wszystkich stron i posypały się pytania:

- Skąd przyszło ci to na myśl, Aniu?

Ale mała nie stropiła się bynajmniej i odparła rezolutnie:

- Słyszałam jak dziadzio tak mówił do tatusia, a tatuś na to powiedział: Pewno, że tak! - więc musi to być prawda!

Pan Zygmunt porozumiał się wzrokiem z dziadziem. Trzeba być ostrożniejszym wobec tej uważającej na każde ich słowo dziewczynki. Istotnie mówił tak kiedyś o zmroku spierając się lekko na temat pani Aliny i nie zwrócili uwagi, że pod koniec dyskusji weszła Ania do salonu i zajęła się swymi lalkami.

Podano już deser. Obiad się kończył. Chłopcy przywieźli fotel ojca do salonu, który był właściwie sanktuarium rodzinnym, gdyż tam, pod jednym z trzech okien przesiadywał stale uczony za olbrzymim biurkiem, zapełnionym książkami i materiałami do jego prac naukowych. Dziadzio Wojciech wszedł również za zięciem i wyprawiwszy chłopców z pokoju, zamknął drzwi do jadalni. Przeszedł się kilka razy po salonie, założywszy w tył ręce, po czym stanął przed fotelem pana Zygmunta:

- Niepotrzebnie zachęcasz Alinkę do bywania w świecie, mój drogi! - powiedział niezadowolonym lekko tonem. - Mąż chory, jej miejsce w domu!

Uczony patrzył na ojca żony nieporuszenie poważnymi oczami:

- Nie zapominajmy o jej młodości! Miała siedemnaście lat, gdy wyszła za mnie! Czworo dzieci! Dość się nakłopotała po nocach, czuwając nad nimi, pielęgnując w chorobach! A teraz - nie mogę jej dać pełni życia, do jakiej ma prawo! Niech się przynajmniej choć czasem zabawi. Zresztą - to nie bal, tylko raut literacki!

Dziadzio unosił się, widząc, że nie przekona zakochanego męża:

- Dziś raut, jutro five16 na sto osób, za parę miesięcy - karnawał! Po co narażasz ją na pokusy światowego życia, pełnego lekkości i zbytków?! Wiesz przecież, jaki to słaby charakter?! Przypomnij sobie, jak zadurzyła się w tym wytwornym gagatku, Edmundzie, w tym samochwale i egoiście! Jakie to były szlochy i zaklęcia, że dla niej już tylko trumna, albo klasztor! wobec mego stanowczego veto17. No i co?! Uległa mej woli i twojej wytrwałej miłości! Wyszła za ciebie!

Pan Zygmunt wyciągnął rękę, jakby chciał powstrzymać naganę teścia. Głęboka czułość wzbierała w jego szarych oczach.

- Byłem z nią szczęśliwy przez tych kilkanaście lat, ojcze!

- Wiem. Patrzę trzeźwo. Jest pod twoim szlachetnym wpływem i absolutnie nic jej zarzucić nie można! Rad jestem, że nie widzę i nie zobaczę nigdy, na jakie moralne manowce poprowadziłby ją taki mąż jak Edmund! Zwłaszcza, gdyby w grę weszło uczucie! Oho! Krwawiłoby mi się serce z żalu nad losem Alinki, w rzeczywistości tak dobrej i słodkiej! Nieprzeparty czar od niej wieje - wszystko to prawda. Cóż - kiedy woli jej brak! To nie Ania, która już teraz wie, czego chce!

Niedostrzegalny prawie uśmiech na ustach zięcia był całą odpowiedzią. Bystry wzrok dziadzia złowił go jednak w przelocie:

- Tak, tak! Tobie się zawsze wydaje, że Ania to moja faworytka, że przesadzam w mym sądzie o niej! A ja ci mówię, że ona będzie kiedyś chlubą rodziny! Znam się na ludziach, mój drogi! Taka poważna, zamknięta w sobie duszyczka, a jednocześnie te niesłychanie miłe i świeże porywy dziecięcej swobody i wesołości! Niepospolite macie dziecko, Zygmuncie!

- Nie spieram się wcale ze zdaniem ojca! - zaśmiał się cicho uczony i spojrzał w kąt niedaleko swego biurka, gdzie urządzony był pokoik dla lalek i gdzie stały różne zabawki Ani. - Leży teraz maleńka dla wzmocnienia sił po obiedzie w swoim pokoju, ale niedługo wstanie i przyjdzie do mnie. Czy ojciec wie, że ona mi nic nie zawadza?! - ciągnął dalej z odcieniem tkliwości w głosie. - Całymi godzinami krząta się tam, przy tej szafeczce z sukniami i bielizną lalek, albo gotuje im obiady na tej maleńkiej kuchence, a tak się porusza cichutko, że nie słyszę jej wcale. Przeciwnie - powiedziałbym nawet, że jej obecność w pokoju tak na mnie działa ożywczo, jakby w tym kącie rosła w doniczce konwalia. A nie zniósłbym tu nikogo innego, przy mojej wytężonej pracy.

Dziadzio Wojciech zacierał ręce i śmiał się z zadowoleniem. Jego niebieskie oczy lśniły iskierkami dumy:

- Wygłosiłeś przed chwilą największą pochwałę na cześć mojej drogiej wnuczusi, sam może o tym nie wiedząc. Nie będziemy zatem więcej o tym mówili. Skoro rozważyłeś jakąś sprawę wszechstronnie - nie powracaj już do niej nigdy! - cytował z naciskiem ulubione swe zdanie. - Ale widzę również, że nie dacie mi teraz Ani do Malinek?! - postawił kwestię jasno. - Poczekałbym na nią do jutra!

- Ojcze kochany! - przemówił serdecznie uczony. - Przecież ona była od początku maja w Malinkach. Niech trochę posiedzi z nami, w domu. Skoro tylko pierwszy śnieg upadnie - proszę przysłać tu Bisię po naszą maleńką.

- Zgoda! - dziadzio uścisnął mocno rękę zięcia, którego cenił nad wyraz. Verbum nobile! Chociażby ten śnieg spadł w listopadzie - mam twoje słowo!

- Oczywiście - stwierdził swe przyrzeczenie pan Zygmunt.

- Dziadziu! - zaanonsował krzykliwie Michaś, otwierając drzwi z hałasem - Pawełek już pobiegł na dół po samochód. Czas jechać na dworzec! Dziadzio mnie zobowiązał do pilnowania godziny, dlatego przyszedłem!

- Słusznie! Odwieziecie mnie obaj. Gdzie mamusia i Ania?! Wołajcie Halę. Niech Brygidka znosi pakunki i walizę. Żegnajmy się, dzieci najdroższe. Obyśmy się zobaczyli jak najprędzej w dobrym zdrowiu i powodzeniu! - ściskał dziadzio kolejno wszystkie kochane i najbliższe dla siebie istoty, zostawiając na koniec pożegnanie z najmłodszą wnuczką. - To na deser - mówił, tuląc energicznie wykrojone usta do bladej twarzyczki dziewczynki, zarzucającej mu na szyję łapięta nieopisanie wdzięcznym i ufnym ruchem.

- Samochód już czeka, dziadziu! - wyrzucił jednym tchem zadyszany Pawełek.

- Dobrze. Żegnajcie, kochani! A piszcie często i obszernie!

Już dziadzia nie ma i cicho w mieszkaniu. Mamusia poszła do swego pokoju i tam, ułożywszy się na szezlongu, czyta najnowszą ciekawą książkę. Umysł mamusi jest ogromnie wrażliwy i bystry z natury. Interesuje ją wszystko, co tylko ma związek ze sztuką, muzyką i literaturą. Polityka ma w niej obojętnego widza, albo słuchacza. Nie zna się na tym i nic nie poradzi, więc nie zawiera nigdy decydującego w tych kwestiach głosu.

Ania wsuwa się do salonu i cichutko, bezszelestnie dochodzi do swego kącika. Lubi go niezmiernie, gdyż czuje się tam królową w państwie milczących lalek, z którymi rozmawia w duszy bezgłośnie, wiedząc z góry, jaką odpowiedź włoży im jej fantazja w ukarminowane, zaciśnięte usta. Lubi również usiąść na małym stołeczku, oprzeć łokcie na podniesionych kolanach i ująwszy głowinę w różowe dłonie, patrzeć w skupieniu na piszącego ojca. Jego profil suchy i czysty zdaje się trwać nieporuszenie, niby wycięta w kości słoniowej rzeźba. Ciemne włosy, przetkane z rzadka srebrnymi nitkami, odrzucone są w tył z czoła. Opuszczone powieki tają myśli, spływające na papier za pomocą szybko posuwającego się pióra, którym kieruje szczupła, przejrzysta, jakby uduchowiona ręka.

O szarej godzinie pan Zygmunt odkładał na bok to pióro i ciepłym głosem rzucał pytanie:

- Czy jesteś tu, Aniu? Chodź do mnie! Dziewczynka wysuwała się ze swego kąta, gdzie o tej porze słała zwykle łóżeczka dla lalek i zamiatała ich pokój malutką miotełką. Szła do ojca tak cicho na wyprężonych stópkach, że w lekkim mroku wczesnego wieczoru zdawała się płynąć ku niemu drobniutka i wdzięczna w błękitnej, albo różowej sukience i białym haftowanym fartuszku z malusieńkimi kieszoneczkami. Niosła przed sobą, cisnąc do piersi, swój nieodzowny, drewniany stołeczek.

- Siadaj, córeczko! Cóż mi dziś powiesz nowego? - uczony pochylał się ku dziewczynce i białą swą szczupłą dłonią pieścił łagodnie jej główkę i spadające, puszyste loki.

- Tatusiu! - Ania wznosiła z ufnością ku ojcu ciemnoniebieskie oczy: - Michaś opowiadał mi wczoraj o cudownej lampie Alladyna! Tatuś wie?! Tyle skarbów pod ziemią, aż oczy bolą od patrzenia! Rubiny, brylanty w takich sypankach drewnianych jak u dziadziusia w Malinkach kasza jęczmienna, albo gryczana! Ach! jak ja bym chciała, tatusiu, trafić do takiego cudownego miejsca! Zobaczyć te cuda na własne oczy! - i Ania wzdychała smętnie, wiedząc już od starszego rodzeństwa, że te wszystkie czarodziejskie przygody są bardziej na niby, aniżeli naprawdę!

- Tak, marzysz o cudach opisywanych w Tysiącu i jednej nocy18, a nie chcesz widzieć, córeczko, stokroć piękniejszych cudów, jakie wokoło ciebie rozsypała hojna dłoń Boga! - Uczony opierał się głową o skórzane plecy fotela, a splecione palce rąk składał na kolanach. Mówił powoli, głębokim tonem. - Widziałaś przecież tyle razy maleńka, najzwyklejsze żołędzie w ogrodzie u dziadzia, nieprawdaż? Czy przyszło ci kiedy na myśl, że z czegoś tak niewielkiego może wyrosnąć wspaniały, niebotyczny, rozłożysty dąb?! Czyż trzeba większego cudu?! Przypatrz się uważnie zwykłym kwiatom na łąkach! Czyż liczko najśliczniejszej z twoich czarodziejek wróżek da się porównać z delikatnością ich płatków! Na każdym kroku stąpasz wśród cudów, dziecinko, tylko oczka twoje jeszcze na nie zamknięte! Jakże pragnąłbym dożyć tej chwili, kiedy podrośniesz, kiedy będę mógł wziąć cię za rączkę i pokazać ci skarby nieporównanie cudowniejsze od wszystkich skarbów Alladyna! - tu głos mówiącego nabierał odcienia melancholijnej wątpliwości.

Malutka i ciepła dłoń Ani przesuwała się pieszczotliwie po szorstkim rękawie ojcowskiego ubrania:

- Dożyjesz, tatusienieczku! Dlaczego nie miałbyś dożyć?! Przecież zdrów jesteś zupełnie, kiedy tak dużo piszesz! - i pod wpływem nowej fali pytań, zwierzała się ojcu tajemniczym półszeptem:

- Tatuś wie?! Dostałam wczoraj wieczorem od mamusi małego klapsa!

- Widocznie zawiniłaś - solidaryzował się uczony z żoną, chociaż sam był przeciwnikiem wszystkich kar cielesnych, stosowanych wobec dzieci.

- Czytałam w łóżku już po pacierzu Historię o Marysi i krasnoludkach. Tatuśku, byłam ciekawa końca, więc zapaliłam sobie taki malusieńki kawałek świecy i raptem zobaczyłam cień mamusi nad sobą! Tak się zlękłam, aż mi książka z ręki wypadła! A mamusia taką miała zagniewaną twarzyczkę, jakby to słoneczko, co to mamusia ma w serduszku, schowało się gdzieś daleko! Niegrzeczna rączka! - powiedziała mamusia i dała mi klapsa i poszła prędko, stukając obcasikami. Nie chcę dostawać klapsów od mamusi! Tatuś rozmawia przecież co wieczora z Panem Bogiem, prawda, tatusiu?! To proszę Go poprosić, aby zesłał na mnie Ducha Świętego, żebym ja przez okładkę wiedziała, jaki będzie koniec powiastki! W dzień mi tego nie trzeba, bo mam dużo czasu, tylko wieczorem! Dobrze, tatuśku?!

- Dobrze. Przedstawię dziś wieczorem twoją prośbę Panu Bogu - składał uczony przyrzeczenie poważnym głosem. - Ale ty w zamian obiecaj, córeczko, że będziesz zawsze pamiętała, zawsze - przez całe twe życie - że twój ojciec nie położył się nigdy na spoczynek bez odmówienia wieczornego pacierza. Czy przyrzekasz mi to, Aniu?!

- Przyrzekam - dziewczynka powtórzyła ulegle nieznane jej dotąd słowo - i obiecuję (to brzmiało z zupełnym zrozumieniem przyjmowanego obowiązku), że nie zapomnę nigdy o wieczornym pacierzu tatusiu!

Niekiedy - uchylały się o tej szarej godzinie drzwi od salonu i na progu stawała - mamusia. Serduszko Ani trzepotało się z radości w wątlutkiej piersi, jak ptak strząsający kropelki rosy w słonecznej jutrzni. Bo chociaż dziewczynka kochała swym skupionym, nie rozpraszającym się uczuciem i chorego, mądrego tatusia, i dziadka Wojciecha, który ją tak czule przyjmował i gościł w tych najśliczniejszych Malinkach, i swoje starsze rodzeństwo, nie mówiące nigdy inaczej o niej jak: nasze drogie Aniątko! - ale ponad wszystkich na świecie Ania podziwiała mamusię. Mamusia to była cud nad cudami! Takiej drugiej mamusi nie było przecież na świecie! Może sobie tatuś nie wierzyć, że wróżki zlatują do kołyseczki małego dziecka i przynoszą mu różne dary jako najlepsze i kochające matki chrzestne, ale dlaczego w takim razie mamusia jest taka podobna do wróżki Dobrutki, tej miłej i dobrej opiekunki pokrzywdzonych królewien, a której wizerunek Ania oglądała z niegasnącym zachwytem tyle i tyle razy na obrazku we francuskiej książce Hali: Les contes des fées19 ?! Dlaczego mamusia w balowej, wyciętej sukni, w błyszczącej przepasce na czole jest tak przecudna, że skoro Ania ujrzała ją w takim stroju, to ze zdumienia i szczęścia nie mogła przemówić słowa! Przecież to wróżka Pięknotka! Też same jasne, faliste włosy, też same fiołkowe, ogromne oczy mieniące się liliowymi blaskami jak duże, ciemne ametysty w broszce u piersi i też same ramiona i ręce, różowo mleczne, zgrabniutkie, zakończone paznokietkami, jak płatki róży! A skądże ten zapach róży, jakim mamusia jest tak przepojona, że nawet jej oddech - to zapach kwiecia?! A te jej opowiadania przecudne, a takie prawdziwe, jakby tam wszędzie sama bywała?! Wszystko, to dary, niezwykłe dary tych matek chrzestnych, tych wróżek, w których istnienie tatuś nie wierzy! Za każdym razem, kiedy mamusia stawała w mroku niedalekiego wieczoru na progu salonu, Ania wpatrywała się w nią z bijącym sercem, czy nie ujrzy promienia jasności, z owego chowanego pod sukienką na piersiach, czarodziejskiego słoneczka?!

Ale nie!... Popielate cienie wieczoru nie prześwietlały się żadnym odbłyskiem, tylko dźwięczny głos mamusi rzucał wesołe pytanie:

- Może wam coś zagrać, wielki i mały filozofie?!

- Prosimy bardzo! - odpowiadał tatuś pospiesznie i tyle głębokiej radości zawierało się w tych prostych słowach, jakby niewidzialny promień z mamusinego słoneczka ocieplił i natchnął nowym życiem jego zagrożone serce.

Mamusia szła przez salon lekkimi, posuwistymi krokami. Wszystko w niej było wdziękiem, wszystko tchnęło niewysłowioną harmonią. Podchodziła do fortepianu, którego białe klawisze lśniły w mroku płaskimi grzbietami i zapalała dwie świece pod różowymi kapturkami. Marzycielskie światełko nasycało niewielkie koło przestrzeni, a mamusia siadała przy fortepianie i kładła na jego milczącym, czarno białym uzębieniu swe wysmukłe i zwinne palce. Za chwilę melancholijna i czarująca melodia Sonaty Księżycowej wypływała ze strun instrumentu niby cicho szemrząca kaskada. Zasłuchanej Ani, siedzącej na niskim stołeczku, zdawało się, że płynie na srebrnym pasie księżyca, odbijającym się w cichej powierzchni wody. Łódka, która ją niesie, nie potrzebuje wioseł ni steru! Sama myśl Ani ciągnie ją szybko naprzód i naprzód ku złotej olbrzymiej piłce, huśtającej się lekko w rozlewnych objęciach niedostrzegalnej fali. I nagle białe palce mamusi spadają z góry na pieszczone dotychczas klawisze... Burza skłębionych tonów huczy i rwie się z wielostrunnej, rozszlochanej piersi starego, cennego przyjaciela ich domu! Ania wie co to znaczy... Kuli się nieco na swym stołeczku, tak jej zaczyna być straszno... Przez las ciemny, ponury jedzie w poszóstnej karecie królewna. Wokół niej poczet rycerzy w zbrojach, na pląsających rumakach. Wtem - krzyk, zgiełk, odgłosy trąb, strzały, bój rozpaczliwy! To napaść wrogów, zbójców drapieżnych, najemników Czarnego Rycerza! Odlatują poza pnie głowy, ścinane zbójeckimi mieczami, kona trafiony w samo serce Błękitny Rycerz, zaręczony z cudną królewną, a zbójcy wynoszą ją zemdloną, zbielałą jak lilia, z karety... Już cicho... Las stoi ciemny, ponury i tylko wicher przebiega po jego gałęziach, przebiega i rośnie, szumi i huczy, za bary się bierze z ogromnymi dębami, potrząsa nimi i wyje przeciągle... Aż w końcu z jękliwym świstem odlatuje gdzieś hen, daleko...

Już koniec. Fortepian milczy - słuchacze również. Wreszcie Ania odzywa się błagalnym głosikiem:

- Mamuchno! Zagraj nam jeszcze o tym chłopczyku, co tak się żali, że wróbelek odfrunął mu z ręki!

Pani Alina zna określenia córeczki na pamięć, tak delikatnie zaczyna więc przesuwać zwinnymi paluszkami po klawiszach, jakby malowała jakieś zwiewne pastele. Snują się po całym pokoju subtelne tony szopenowskiego mazurka, wywołując w duszyczce Ani najtkliwsze współczucie dla owego poszkodowanego chłopczyka.

W drzwiach salonu stoją przejęci czarem mamusinej gry Michaś, Pawełek i Hala. Weszli tu, aby powiedzieć, że kolacja jest już na stole i stygnie. Kolację podają wcześnie w domu na Brzozowej ze względu na chorego i na uczące się dzieci. Mamusia dostrzega ich, kończy głębokim, potężnym akordem i wstaje od fortepianu:

- Już dość! Chłopcy, przewieźcie tatusia do jadalni!

Chłopcy rzucają się do tatusinego fotela, zataczają go ostrożnie i popychają w kierunku drzwi do jadalni. Ania wiezie również tatusia. Wygięła się w łuk nieledwie, wbija małe nożyny w posadzkę i, ile tylko sił starczy, pomaga braciom. Mamusia zatrzymuje czasem na kolację panią Spendosię. Jest to eksobywatelka z Ukrainy, siwa staruszka o bladej, nalanej twarzy i smutnych, ale bystro patrzących oczach, której mąż umarł na Syberii jako powstaniec 63 roku20 i któremu, wnet po wysłaniu go na bezterminową katorgę, rząd carski skonfiskował jeszcze w dodatku śliczny majątek w Kijowszczyźnie21. Z uratowanymi resztkami swego posagu przeniosła się biedna wdowa z trojgiem dzieci do Warszawy, ale los uwziął się na nią, jakby zsyłając karę za to, że pokochała i wyszła za mąż za człowieka zagrożonego piersiową chorobą. Ledwie zdołała przeprowadzić dzieci przez szkoły i widziała już je w marzeniach na odpowiednich stanowiskach, gdy rozwijająca się szybko gruźlica zaprowadziła w ciągu kilku lat dwóch synów i córkę do mogiły. Została sama, bez środków do życia, ale ów hart kresowy, tkwiący z dawien dawna w tamtych mocnych ludziach sprawił, iż w zarobkowej pracy i tworzeniu sobie skromnego bytu, znalazła pewną ulgę w niedoli. Wszystko to było dawno, radości i smutki przybrały pastelowe, łagodne tony i pani Spendosia, cerując bieliznę, lubiła opowiadać zasłuchanym dzieciom o swej ukochanej, bujnej i żyznej Ukrainie, gdzie nawet ziemia na wiosnę pachnie inaczej, niżeli tu, na waszych piaseczkach, gdzie zachody słońca są stokroć piękniejsze niż nad murami Warszawy i gdzie natura i ludzie mają gest taki szeroki, wspaniały i malowniczy!

- Nie może tam być piękniej niż w Malinkach, u dziadzia! - przeczyła gorąco i nieufnie Ania.

- Pewno! - potwierdzał aż zbyt głośno wrażliwy i unoszący się z łatwością Michaś, wstrząsając złotawą, falistą czupryną.

- A jednak nawet w podręcznikach szkolnych stoi jak byk, że równie żyznych ziem jak w województwie bracławskim22 nie miała dawna Rzeczypospolita nigdzie! - cytował z pamięci spokojniejszy odeń23, rozważny Pawełek. - Bierzemy teraz w szkole historię Rusi i doskonale to zdanie utkwiło mi w głowie!

- Masz czego bronić! - Michaś wydymał pogardliwie dolną wargę. - Byłeś tam kiedy, sprawdziłeś własnymi oczyma?! Niby to nasza Lubelszczyzna nie żyzna?! A Malinki?! Nie oddałbym ich za wszystkie dawne województwa kresowe!

- Chcesz być mądrzejszym od Korzona! - zaperzył się na dobre Pawełek.

- A ty zanadto ulegasz każdemu drukowanemu słowu! Trzeba mieć także i własne zdanie! - odciął gwałtownie Michaś, czerwieniąc się ze wzburzenia.

Stali naprzeciw siebie jak dwa koguciki, sypiąc nawzajem iskrami z oczu pomimo, iż kochali się obaj tak szczerze, że jeden za drugiego poszedłby bez wahania w ogień i wodę.

- Jest się o co spierać! - wybuchnęła swawolnym śmiechem Hala. - Wstydźcie się, chłopcy! Czekajcie! Zaraz was pogodzę! Napiszemy do dziadzia czy pozwoli, abyśmy na Wielkanoc przywieźli z sobą do Malinek panią Spendosię?! Niech własnymi oczami popatrzy i rozsądzi, gdzie jest naprawdę piękniej?! Tu u nas, czy tam - na tej bajkowej Ukrainie?! Dobrze?! No, zgoda! A teraz, prosimy pięknie, niech nam kochana pani opowie jeszcze coś ciekawego! Może - o swoim ślubie, o weselu?! Jak to tam było? Czy dużo osób? Jakie przyjęcie?! Czy to możliwe, aby szampan lał się rzeką, jak pisał niedawno do mamusi jeden z naszych krewnych o weselu znajomej panienki, złoszcząc się okropnie na takie wydawanie polskiego grosza na głupstwa! Mamusia przeczytała list na głos i powiedziała do tatusia: - Prawda! Ale cóż robić! kiedy to takie smaczne głupstwo! Tatuś nic - tylko oczami uśmiechnął się do mamusi. Więc jak to było, kochana pani?! Słuchamy! Tylko prędko, prędziutko, bo mnóstwo mamy lekcji do przygotowania na jutro! - wyrzucała z siebie Hala potok słów, płynących z dziwną łatwością.

Wszystkie wrażenia wpadały i ulatywały z jej duszy, tak jakby miała w niej okna i drzwi otwarte na oścież. Ogromnie zdolna, była pierwszą uczennicą w swej klasie, ale nieprzetrawione wiadomości, nachwytane świetną pamięcią, nie trzymały się długo umysłu. Było to najzupełniejsze przeciwieństwo charakteru i usposobienia młodszej siostrzyczki, która przeżywała wyłącznie w sobie każde nowe wrażenie, nie dzieląc się nim przenigdy z obcymi i obdarzając swym zaufaniem tylko nieliczne, najbliższe i ukochane osoby.

Kiedyś - zeszłego roku - wybrała się Ania do pani Spendosi z dziadziem Wojciechem, który od czasu do czasu urządzał loterię fantową na korzyść samotnej staruszki, więc chciał jej odnieść - jak mówi - zebraną, dość znaczną sumkę. A może kierowała nim myśl pokazania Ani wnętrza domu i życia wydziedziczonych?!... Z tego się wszakże nikomu nie zwierzył. Dzień był prześliczny, lutowy, mroźny, niedzielny dzień, skąpany w słońcu i chwilowej beztrosce wałęsających się po mieście i świętujących w przechadzce ów siódmy dzień wypoczynku - różnych pracowników Warszawy. Ania szła raźno, trzymając dziadzisia za rękę i zwracając powszechną uwagę swymi złocistymi lokami, rozsypanymi na tle ciemnego aksamitnego futerka i wyrazem oczu, których ciemny szafir migotał w blaskach słońca rozweseloną głębią.

Pani Spendowska mieszkała na Złotej, w oficynie, na czwartym piętrze. Odnajmowała tam kuchenkę, w której jednak było schludnie i czysto. Okruchy dawnego bogactwa, jakieś brązowe lichtarze, złocony, duży kałamarz, stojący stylowy zegar, saskie bombonierki i miniatury na kości słoniowej - rzucały się w oczy tym jaskrawiej, że wszystkie sprzęty były sosnowe, najprostszej roboty, marnego stolarza. Na ścianach wisiały dwa duże płótna i jedno z nich przedstawiało mężczyznę w sile wieku o czarnym, płomiennym oku, drugie - było najwdzięczniejszą grupą trojga przemiłych dzieci, tulących się do młodej przystojnej kobiety, w której domyślać by się należało obecnej gospodyni tego lokalu. Pręgowany bury kot zerwał się z głośnym miauczeniem na widok wchodzących gości i skoczył na podłogę ze stołu, zaś otyła nieco staruszka przywitała ich okrzykiem prawdziwej wdzięczności.

Podczas gdy dziadzio załatwiał sprawy pieniężne z subtelnością i dobrocią, cechującymi jego charakter, Ania rozglądała się dookoła, wodząc oczami po wszystkich przedmiotach. Było jej coraz ciężej na sercu. Nadmierną swą wrażliwością wyczuła raczej, niż zrozumiała - dojmujący ból sieroctwa. Te nieżyjące już dzieci z portretu zdawały się prosić ją o coś, czego odgadnąć nie mogła i to ją strasznie męczyło. Malarz bowiem skierował ich wzrok nie na matkę, ale na patrzących na nie widzów, chcąc spotęgować w ten sposób wrażenie. Pan Tytus Spendowski spoglądał wprawdzie w dal orlim wejrzeniem, ale i tu Ani się zdało, że gdyby ktoś wyrządził krzywdę jego biednej, opuszczonej żonie - to skoczyłby w mig z portretu i starłby na miazgę zuchwalca. - Ja jej nie zrobię nigdy nic złego! - powtarzała w myśli, wysyłając tę obietnicę w stronę mężnego powstańca. - Nie patrzcie na mnie - prosiła bezgłośnie nieżyjące już dzieci, które nie odwracały jednak od niej uporczywego spojrzenia. Dziewczynka pojąć nie mogła, jakie słowa kryją się w ich nieruchomych ustach, tak czerwonych i pełnych jak usta Aldony albo Wilejki!

- Dlaczego tak zbladłaś, Aniu?! - zapytał nagle dziadzio z niepokojem w głosie. Zmęczyłaś się pewno?! To moja wina! Przecież z Brzozowej na Złotą to porządny kawał drogi, ale szłaś tak ochoczo, że nie myślałem o wzięciu dorożki! Chodźmy, maleńka! Wolę cię odwieźć jak najprędzej do domu! Pożegnaj się z panią Spendowską.

Dziewczynka podeszła do staruszki, wpatrującej się w nią nieco wypukłymi, poczciwymi oczami. Macierzyńska troskliwość wyzierała z tych ciemnych źrenic i wywołała w poruszonej duszyczce Ani przymus natychmiastowej reakcji. Zarzuciła obie ręce na szyję osieroconej matki, przycisnęła swe ciepłe usteczka do jednego i do drugiego zmarszczonego policzka:

- To od Juleczki, a to - od Stefanka! - Wspięła się na paluszki i pocałowała rozrzewnioną kobietę w czoło. - A to od najstarszego, Krzycha! Ile razy pani przyjdzie do nas na Brzozową - zawsze tak będę robiła! - i Ania rzuciła spoza ramionek porozumiewawcze spojrzenie w stronę portretu dzieci.

Pani Spendosia ocierała łzy, szepcząc coś w rodzaju: Święte dziecko! albo: Prawdziwy aniołek! - dziadzio odwrócił się i patrzył w milczeniu przez okno, tylko Ania uwolniona od strasznej poprzedniej troski, wyciągała żywo maleńkie śniegowce nie mogąc sobie dać rady z zatrzaskami u góry. Było jej wesoło i lekko, widocznie odgadła niemą prośbę umarłych i padający na nią cień smutku ustąpił miejsca słonecznej pogodzie.

Od tego czasu samotna wdowa została niejako członkiem rodziny Ani. Znalazła się zawsze w domu jakaś pilna robota, wykończona starannie przez pracowite ręce dawnej ziemianki, a jej opowieści o Ukrainie i różnych ludziach, z którymi się znała - liczyć by można było na tuziny!

Dobrze tedy było w rodzinnym gnieździe - dobrze i ciepło, i miło nie tylko swoim, domowym, ale i obcym, przyjaciołom i gościom. Dobrze było w tych słonecznych, obszernych pokojach przez cały dzień i o szarej godzinie, i przy obiedzie, i w czasie kolacji, lecz - dla Ani - najdroższą, najbardziej wyczekiwaną chwilą było ostatnie dobranoc mamusi. Jak słodki jest pocałunek mamusi! Tak słodki jak wonny miód leśny, który Ania jadła u dziadzia w Malinkach! Jak ciche, leciutkie jej kroki, gdy zmówiwszy z Anią wieczorny paciorek i przeżegnawszy ją ślicznym ruchem bieluchnych dłoni - oddala się od niej i znika czarodziejska wróżka Dobrutka!

Dziewczynka zostaje sama w białym łóżeczku za siatką. Przymknięte ma oczy i sen oplata ją więzami miłego bezwładu, ale Ania ostatnim błyskiem zapadającej w łagodną toń świadomości, wie, że anioł stróż stanął za jej usypiającą głowiną i rozpiął nad jej pościelą śnieżyste skrzydła, ochraniając do rana jej cichy, beztroski sen - błogi sen kochanego i szczęśliwego dziecka!

Malinki i dziadzio

Stało się już stałym i niezmiennym zwyczajem, że państwo Zygmuntowie zjeżdżali całym domem na ferie letnie do dziadzia. Malinki wrzały wówczas tak nieustającym (chyba w nocy!) rozgwarem i życiem, jak bijąca do góry fontanna, skrząca się blaskiem wodnym brylantów w powodzi słonecznej roztoczy.

Za to przez resztę roku, zwłaszcza późną jesienią albo zimą, kiedy ustawała z konieczności wytężona praca na roli, kiedy - nocami - gardłowe krzyki wichru i bębnienie w szyby mokrymi śrutowinami24 deszczu dawały się aż nadto we znaki - odczuwał dziadzio swoją samotność i wyrywał się do Warszawy, lub też wyprawiał na Brzozową gońca, objuczonego wiejskimi smakołykami wraz z gorącą prośbą listowną o przysłanie do Malinek na czas jakiś - Ani. Niepodobna opisać tej opętanej wrzawy, jaka wybuchała w mieszkaniu państwa Zygmuntów na widok ukazującej się znienacka w progu, obładowanej tłumokami szczupłej, ale muskularnej osoby w porządnym czarnym futrze z barankowym kołnierzem, w takiejże solidnie na uszy nasuniętej czapce i w ciepłych rękawicach skórkowych.

- Wiwat! Bisia przyjechała! Niech żyje sto lat! - wrzeszczeli chłopcy, rzucając się na szyję krzepkiej ochmistrzyni, która zezwalała z radością na dławiące jej gardło uściski młodzieńcze.

- A czy są śliwki na rożenkach?!

- Wynoście się, chłopcy! - odtrącała braci z trudem Hala. - Ja także chcę się przywitać! Bisieńko kochana! Hip hip! hop, hop, hurra! Będą gruszki smażone! I serki owocowe! I półgąski i przekąski!! Allo hej! Olla ho!

Nawet Ania śmiała się rozkosznie, ukazując drobne i białe ząbki, podskakując na dwóch nóżkach jednocześnie i wołając z radością:

- Malinki przyjechały! Malinki przyjechały! - Ale nie myślała w takiej chwili o słodyczach, tylko ta kochana czarna Bisia łączy się w jej pamięci tak nierozerwalnie z najdroższym domem dziadka, że zdawało się jej, iż stary, miły dwór przysunął się do Brzozowej blisko, bliziutko, ot! ręką sięgnąć i już się go będzie miało w maleńkiej piąsteczce.

Panna Balbina liczyła sobie dopiero trzydzieści osiem lat życia, ale - prawdę powiedziawszy - była jakby bez wieku, do tego stopnia nikt się tym nigdy nie zainteresował. Od szeregu lat, jeszcze za życia nieboszczki pani Wojciechowej, prowadziła gospodarstwo kobiece w Malinkach i - trzeba przyznać - wywiązywała się z tego zadania wręcz znakomicie. Dopomagało jej w tym zdrowie i siły, nieodczuwające po prostu znużenia. Mogła panna Balbina przesiedzieć noc całą w oborze przy chorej jałówce, a później pogonić wózkiem na plantację buraków pastewnych, by do wieczora nie spuszczać bystrego, wszystko widzącego oka z motykujących grządki wiejskich pracownic! Śniada jej twarz, okraszona ciemnym rumieńcem, była zawsze jednaka: wesoła i pogodna, a przenikliwe oczy koloru palonej kawy wyławiały bez trudu najmniejsze usterki w robocie. Była przy tym prędka i wymagająca wobec podwładnych.

- Olaboga, moiściewy! - zwierzały się z jawną obrazą dziewczęta wiejskie w domu. - A dyć25 ona szuka cięgiem dziury w całym!

Sąsiednie dwory zazdrościły po kryjomu takiej nieocenionej prawej ręki panu Wojciechowi, składając przy każdej okazji, wzorowej gospodyni i chlubie mleczarstwa wyrazy szczerego uznania. Mogła tedy ustroić ciemne swe, najgładziej przyczesane włosy w zasłużony laur gospodarskiej sławy, ale nie czyniła tego nigdy, twierdząc natomiast, że osobiste swe życie przepartoliła26! Przyczyną zaś tej surowej oceny było - jej imię! Tak! Tylko imię i nic ponadto! Czy słyszał kto kiedy, aby w ostatnich, nowożytnych czasach nazwać dziewczynę - Balbiną?!... I któż by chciał się narazić na śmieszność usłyszenia na cały kościół przy składaniu przysięgi małżeńskiej słów:

- Edwardzie! albo Henryku! albo Stanisławie! Czy chcesz pojąć tę oto Balbinę za małżonkę?!

Przecież nie! Oto dlaczego nie miała w swym pracowitym, zapobiegliwym, czynnym życiu ani jednego konkurenta! Oto dlaczego nie jest dziś szczęśliwą, krzątającą się matką rodziny, tylko zawiędła27 w staropanieństwie! I nie rodzice są temu winni, ale ksiądz proboszcz ówczesny, weredyk i despota względem własnych parafian, który - gdy ją przyniesiono do chrztu w pięknej koronkowej poduszeczce, a matka chrzestna podała jej imiona: - Elwira - Horternsja! - fuknął na całe grono: - Niepotrzebna pretensja! Będzie się nazywała Balbina, bo takie imię sobie przyniosła!

Głęboka pobożność chroniła skutecznie tę zacną duszę od niesłusznej zresztą goryczy żalu do owego, Bogu ducha winnego, proboszcza, oskarżanego przez nią sprawcy jej samotnego losu, a z wolna rosnące i potęgujące się z każdym rokiem przywiązanie do Malinek, pana Wojciecha i jego najbliższej rodziny - sprawiło, iż nasza Bisia, Bisieńka uczuła w spragnionym macierzyńskiej miłości sercu - że te kochane dzieci są jak gdyby jej własne, że ta cała rodzina - to jej najbliżsi i że Malinki tak są jej własnym domem jakby posiadała na poparcie swego twierdzenia formalny akt rejentalny.

Z chwilą gdy list dziadziusia wręczony przez Bisię rodzicom Ani uzyskiwał wyrok pomyślny (bo czyż dziadziowi można było czegokolwiek odmówić?) - usuwali się wszyscy domowi w cień dobrowolnej niższości, bohaterkami zaś dnia stawały się - Bisia z Anią. Nie wolno było nikomu pakować bielizny i sukieneczek dziewczynki! Nawet tęga i miła Brygidka, córka starego Jakuba z Malinek, o której dziadzio mawiał z uśmiechem, że to nie Brygidka, a cała Brygida, a jeszcze trafniej - Brygada, stosując to miano do jej zamaszystej, silnej postaci - nawet Brygidka, która wypiastowała28 Anię od dziecka, traciła wówczas wszystkie nabyte swą pieczołowitością, zasłużone prawa. Cała wielce skomplikowana akcja wybierania się w drogę odbywała się w salonie, gdyż uczony tracąc drogą swą konwalijkę na kilka tygodni, pragnął nasycić jej widokiem oczy, przynajmniej w ciągu ostatnich godzin. Bisia klęczała na posadzce przed otwartą szeroką paszczą sporej walizki i układała w niej starannie malutką, wykwintną odzież dziewczynki. Ania znosiła w ramionkach, biegając co chwila do swego kącika - to Aldonę i Wilejkę, to znów ich pokojówkę, Fruzię, ubraną w przepyszny strój krakowski, to wykrzykiwała z zakłopotaniem:

- Bisiu! Gdzie się to wszystko zmieści?! Nie mogę przecież zostawić przy tatusiu tego nieznośnego murzynka, Dżeka i mego włóczkowego Hau-hau i niedźwiadka Misia! Oni są bardzo grzeczni, kiedy im paluszkiem nakiwam29! Ale jak się dowiedzą, że nie ma mnie w domu, no, no! - kręciła główką ze zgrozą. - Nie dadzą pisać tatusinkowi, takie tu będą piski! Muszą także jechać do Malinek, prawda? Bisiu?! Co, Bisieńko kochana?!

- Pojadą, pojadą! - uspokajała zafrasowaną dziewczynkę, pakująca wprawnie wszystkie zabawki, panna Balbina. - A to co znowu? - wołała ze zdziwieniem, widząc spadające do walizki nowe jeszcze przedmioty.

- To kuferek Aldony i cała wyprawa Wilejki! - śmiała się Ania rozkosznie i przymilnie zaglądała w oczy niezadowolonej już Bisi. - Muszą przecież zmieniać bieliznę dwa razy na tydzień! Ja im sama przepiorę! Niech się Bisia nie martwi! Ja nie będę praczce dokuczać! Nie, nie Bisieńko!

Wreszcie wszystko było gotowe, Ania ubrana i dwie walizki zniesione do czekającej na dole dorożki. Ostatnie pocałunki, długie, gorące. Ania serduszko ma rozdwojone: jest jej smutno i wesoło zarazem. Za to panna Balbina idzie ze schodów krokiem triumfatora, prowadząc swą zdobycz za rączkę. Na ulicy dziewczynka podnosi do góry główkę, zdejmuje białą, włóczkową rękawiczkę i z całej siły powiewa nią, śląc tak jeszcze raz pożegnanie rodzinie, wyglądającej przez szyby zamkniętych okien.

- Już pojechały! - mówi mamusia i patrzy w opustoszały kącik salonu.

- Szkoda maleńkiej! - wzdycha tatuś i bierze się powoli do pracy.

Ania szalenie lubi jechać koleją. Wygląda przez okna wagonu i nie ma z nią najmniejszego kłopotu, tak doskonale się bawi w zupełnej cichości. Bisia czyta jakąś ciekawą powieść i od czasu do czasu rzuca rozjaśnionym z głębokiego zadowolenia wzrokiem na swoje najmłodsze dziecko. Jednak jakieś podświadome wyrzuty sumienia nurtują we wrażliwej, subtelnej duszyczce dziewczynki, gdyż zwraca się nagle do swej opiekunki i mówi, usprawiedliwiając jakby radosny wyraz bladej twarzyczki:

- Przecież ja wrócę na Boże Narodzenie? Prawda, Bisiu?!

Na stacji w Puławach nowa, cudowna niespodzianka! Stangret dziadziusia, stary Antoni Socha, z długimi, zwisającymi aż na kołnierz granatowego futrzanego płaszcza wąsami - przyjechał po naszą maluśką panieneczkę saniami! Bisia pomaga zejść ze stromych wagonowych schodów dziewczynce, która woła na cały głos: - Antoni! Antoni! Dzień dobry! - aż podróżni spoglądają na to zaróżowione od mrozu, drobniutkie stworzonko z przyjaznym uśmiechem. Ciągnie oczy wszystkich ku sobie rozsłonecznioną twarzyczką.

Sanna wprawdzie nie jest pierwszorzędna i ostra gruda, przykryta gdzieniegdzie lekkim opadem śniegu, wygląda niby pocukrowane, wydłużające się w dal, twarde czekoladowe ciastko. Ślizgające się po dołach i zamarzniętych wzniesieniach płozy, podrzucają z boku na bok dziewczynkę, siedzącą obok Bisi i zawiniętą w lisiurkę myśliwską i w baranicę dziadziusia. Już widać jak na dłoni Malinki. Wysoki mur, obiegający wokoło siedzibę dworską, urywa się na znacznej przestrzeni, naprzeciw podjazdu i domu, zmieniając się w niskie, kamienne obramowanie, aby nie zasłaniać widoku na pola i lasy. Majestatyczne świerki, przysypane znów takim skrzącym, śnieżystym cukrem jak droga, rozpościerają w milczeniu zielone ramiona, unosząc je nieco w górę, jakby gotowały się do czułego objęcia nadjeżdżającej, kochanej wnuczusi. Na ganku stoi dziadzio w popielatej czamarze, w czapce z szarego baranka na głowie. Niebieskie jego oczy, płoną radością w blaskach uchodzącego już słońca - jak dwa turkusy. Siwe, niewielkie wąsy i krótko przystrzyżona broda obramiają twarz czerstwą, rumianą, (pomimo siódmego krzyżyka!) twarz prawdziwie polską, o regularnych rysach i pięknym energicznym wyrazie. Stary Jakub, służący dziadzia, wynosi z osadzonych przed gankiem sani futrzane zawiniątko, w głębi którego trzepoce się i śmieje z nadmiaru błogiego uczucia maluśka panieneczka z Warszawy.

- Do przedpokoju, Jakubie! - woła dziadzio nakazująco. - Silny mróz dziś mamy! Jeszcze mi się przeziębi moje kochane wnuczątko!

Jakiś przytłumiony okrzyk wydobywa się spod lisiego puszystego kołnierza, ale Jakub jest nieubłagany i wnosi na rękach do ciepłego wnętrza domu to najmilsze chucherko! Dziewczynka uwolniona wnet od zbytecznej futrzanej osłony rzuca się do pochylającego się nad nią dziadzia i zaplata mu na szyi wyciągnięte radośnie rączyny.

- Dawajcie obiad! - rzuca dziadzio krótkie dobitne polecenie. - Moja kochana podróżniczka na pewno porządnie zmęczona i wcześnie dziś uśnie?!

- Ja nic nie jestem zmęczona, ale to nic, dziadziu! - broni się mała srebrzystym głosikiem. - Tak to wszystko jakoś przeleciało, że nawet nie pamiętam jak tu zajechałam, dziadziusiu!

Pomimo tych pocieszających słów jednak Ani pod koniec obiadu kleją się nieco oczy. Jakie to dziwne?! Chyba coś wpadło do środka?! Przeciera je niby nieznacznie chusteczką, wydobytą z maluśkiej kieszonki fartuszka.

- A nie mówiłem?! - śmieje się dziadzio, łyskając białymi, zdrowymi zębami spod srebrnych wąsów. - Spać, mościa panno, spać! Jutro pogadamy o wszystkim! Panno Balbino! Pani opiece powierzam to małe kurczątko!

- Ja wcale nie chcę spać, dziadziusiu! - protestuje dziewczynka, podniesiona już ze swego krzesełka kunsztownym chwytem silnych, muskularnych rąk Bisi i przytulona przez nią do piersi. - To mnie tak mróz wlazł do oczek!

- Mam nadzieję, że do jutra ani śladu zeń w tych oczkach nie będzie! - żartuje dziadzio, całując wnuczkę serdecznie. - Mamy dość czasu! Roztopi się z pewnością pod cieplutką kołderką!

Tak witano gorąco i radośnie goszczono Anię w tych jasnych, w tych drogich sercu Malinkach, gdzie wrażliwa duszyczka dziewczynki uchodziła mimo woli od smugi cienia, jaką los na nią rzucał z powodu choroby ojca w rodzinnym domu. Zaraz po rannym śniadaniu szła Ania z dziadziem do jego sypialni. Tu, w kącie pokoju wznosił się okrągły piec na wysokich nóżkach, a cała pod nim przestrzeń od dołu tworzyła okratowaną klatkę dla tulących się tam przez zimę przepióreczek. Z uciechą, przepełniającą małe serduszko, podnosiła dziewczynka zasuwkę i szara chmara przepiórek rozsypywała się wnet po lśniącej posadzce, świegocąc swe pozdrawiające i wielokrotne: Pit pilit! Pit pilit!...

- Moje ptaszynki! Moje kochane! Nie uciekajcie! Popieścimy się troszeczkę! Nie bądźcie takie dzikusy. Fe wstyd! - szczebiotała Ania, suwając kolankami po woskowanych taflach i wyciągając na próżno rączki dla pogłaskania puszystych grzbiecików.

- Pit pilit! Pit pilit! - śpiewały dziękczynnie lokatorki spod pieca, dziobiąc rzucane im przez dziewczynkę ziarenka prosa, ale umykając wciąż zwinnie od rozpostartych nad nimi paluszków.

Dość długo trwała zwykle ta miła, choć bezowocna zabawa - wreszcie dziadzio wraz z wnuczką ogarniali z dwóch stron niegrzeczne dzikuski i zapędzali je z powrotem do ich ciepłego osiedla pod piecem. Pokój dziadzia krył jednak jeszcze inne powaby. Oto w trzech jego szerokich oknach wisiały u góry klatki z kanarkami. Było ich po dwie w każdej framudze, koncert zatem śpiewaczy głuszył niekiedy rozmowę, budząc w Ani zachwyty nad perlistością tonów i wywołując z jej strony niemniej perlisty, radosny śmieszek. Najciekawszą wszakże okazywała się zielona klateczka z mieszkającą w niej parą przyjaciół: starą kanarzycą i niemłodym już szczygłem. Dziadzio Wojciech kochał ptaki i rozumiał ich pieśni bez słów, więc dawał czasem chwilową swobodę szczygłowi, który wylatywał przez okno do parku. Dość jednak było wysunąć przez lufcik rękę z zieloną klateczką, z wnętrza której niósł się piskliwy zew kanarzycy, aby wierny jej czerwonopióry towarzysz sfruwał natychmiast z drzewa i wracał pośpiesznie do rodzinnego żłobka. Z okien sypialni pana Wojciecha widniała grupa srebrnych, niebotycznych topoli, którym Ania również mówiła codziennie swym słodkim głosikiem: Dzień dobry, wygłaszając następnie dwuwiersz, jaki dziadzio ułożył na ich cześć. Sadził je bowiem sam, wraz z ojcem, jako mały jeszcze chłopczyna.

Ania przemawiała zatem, patrząc na obnażone, śpiące zimowym snem topole:

- Teśmy30 drzewa razem sadzili, razem z nami rosły! Nam się karki schyliły, im - głowy podniosły! - i dodawała od siebie: - Żyjcie długo, kochane topole i zazieleńcie się na wiosnę! A teraz, dziadziusiu! - prosiła przymilnie - chodźmy do oranżerii, do tamtych ptaszków!

Dziadzio nastawiał marsa, ot tak, dla zabawy, patrzył na końce swych srebrnych wąsów i niby się ociągał, ale dziewczynka wiedziała dobrze, że to tylko figielki, ujmowała tedy delikatnie, ale stanowczo dłoń dziadzia i wysuwała naprzód jedną nóżkę, ciągnąc go za sobą, po czym stawiała drugą, wołając:

- Hej, hej! Mam wór piasku wiślanego! Może ktoś kupi?! Hej, hej!

Tak dochodzili w najlepszej zgodzie i wesołości przez jadalnię do salonu, gdzie dwoje drzwi parapetowych wiodło do oszklonego przybytku zieleni i kwiatów. Tam - wśród palm pierzastolistnych, juk, dracen, kulistych różowych i białych azalii, rododendronów, drzew cytrynowych, fruwały, świergotały i darły się na wszystkie tony, otwierając szeroko gardziołka, przeróżne polne i leśne ptaszęta, łapane w sidła przez braci Ani, a ratowane następnie z niewoli przez dziadzia Wojciecha. Mroźne, zimowe miesiące spędzały one w tej uroczej cieplarni, a na wiosnę wypuszczał je właściciel Malinek na wolność, zachęcając do odlotu machaniem chustki.

- Dziadziu! - pytała dziewczynka już w oranżerii, patrząc na ptaszki: - Gdzie im lepiej, czy tu, u dziadziusia, czy latem w ogrodzie?!

- Naturalnie, że na wolności! - odpowiadał dziadzio bez wahania. - Klatka jest zawsze niewolą - duża, lub mała, złocona, albo drewniana - zawsze to brak wolności! Tylko wolny człowiek, wolny naród może być szczęśliwy! Kiedyś zrozumiesz to lepiej, dziecinko!

Dziewczynka poważniała nagle. Wprawna dłoń dziadka umiała wygrywać na wielostrunnej jej duszyczce melodie, jakich piękność odczuwała podświadomie niekiedy. Przytuliła się całą postacią do boku dziadziusia:

- Jak ja kocham Malinki! Jak mi tu dobrze! - i zaraz dodawała pośpiesznie: - Ale nasz dom na Brzozowej także bardzo kocham! Niech dziadzio nie myśli, że dla ptaszków zapomniałam o moim chorym tatusiu!

Jednak - cudowne to były chwile, te ranne zabawy z gilami, sikorkami, makolągwami i z szarą zgrają ruchliwych jak żywe srebro przepiórek, ale nie potrafiłaby Ania z pewnością odpowiedzieć na pytanie, co woli: ranki, czy popołudniowe godziny w Malinkach?!

Wówczas to bowiem dziadzio Wojciech, który nigdy nie udawał się po obiedzie na drzemkę, lubił spacerować dookoła stołu w jadalni, nazywając tę przechadzkę: les cent pas de Napoléon31. Naśladował w tej drobnej sprawie cesarza Francuzów, którego geniusz uwielbiał. Średniego wzrostu, szczupły, prosty jak trzcina, zawsze starannie ubrany, umiejący podnieść głowę z godnością i błysnąć nakazująco niebieskim okiem, skoro tego zachodziła potrzeba - uderzał dziadzio Wojciech w dziecięcą fantazję Ani podobieństwem do dawnych rycerzy polskich, z kolorowych obrazków w powieściach Przyborowskiego, które posiadała w swej biblioteczce siostrzyczka Hala. Jakkolwiek dziewczynka nie zdawała sobie sprawy, że w dziadku pociąga ją tak nieprzeparcie bijąca od niego tężyzna ducha i woli, to jednak każde jego słowo było dlań wyrocznią, każde zdanie - wskazówką na przyszłość, każda rada - nieodwołalnym rozkazem.

Pod jednym tylko względem Ania nie potrzebowała rad, ani przestróg dziadka. Oto - nie znała kłamstwa. Jej czysta natura tak ją broniła przed tą wadą, jak biały puch łabędzi, ochraniający pierś ptaków od zetknięcia ze stojącą, zanieczyszczoną wodą.

Dziadzio i wnuczka spacerowali z początku w milczeniu. Naprzód szedł pan Wojciech, ze skrzyżowanymi i założonymi w tył rękami, bielejąc ostrzyżoną na jeża czupryną i srebrnym zarostem. Za nim, w odległości paru kroków zaledwie, dreptała leciutko i bezszelestnie drobna dziewczynka w ciepłej, jasnej sukience, ze złocistymi lokami, w których zdawał się wić i mienić zbłąkany promień słoneczny, z malutkimi rączkami, podobnie jak u dziadziusia założonymi nieruchomo na plecach. Ojciec pani Aliny posiadał w swych tekach sporą kolekcję sztychów i drzeworytów, przedstawiających obrazy i wydarzenia z historii Polski, rozwieszał je zatem kolejno na ścianach jadalni, ucząc wnuczkę w ten łatwy i poglądowy sposób dziejów i losów dawnej Rzeczypospolitej.

- Widzisz, Aniu! - mówił rozrastającym się mocą zapału głosem, stanąwszy przed nowo powieszonym, kolorowym sztychem w jadalnym pokoju. - To jest szkoła rycerska w Warszawie, założona przez ostatniego króla naszego, Stanisława Augusta. Wychowankami jej byli kadeci, to znaczy młodzi żołnierze, przygotowujący się do bronienia Ojczyzny orężem. Stoją na tym obrazku w uniformach od parady: krótkie, białe spodnie sukienne, granatowe fraki z obszlegami pąsowymi, szpada uniformowa, a na głowach - kaszkiety ze strusimi piórami. Każdy, wstępujący do Korpusu kadet, otrzymywał pościel, składającą się z siennika, prześcieradła, kołdry i wałka pod głowę. Wstawali oni o szóstej rano, szli na mszę, potem spożywali bardzo skromne śniadanie, gdyż hartowanie ciała szło na równi z hartowaniem ducha. Ty wiesz, przecież Aniu, co to znaczy: hartowanie?! Kiedy zaś taki nowozaciężny kadet wstępował do tej szkoły, wołał go do siebie komendant i tak doń przemawiał: Czy wiesz pan, jakiego zgromadzenia będziesz miał honor być członkiem?! - Tu dziadzio obracał się w tył i spoglądał badawczo na stojącą poza nim wnuczkę, której wbite w sztych ciemnoniebieskie oczy zdradzały głębokie przejęcie tematem. Zadowolony, prawił dalej mocnym, wnikliwym tonem: Wiem! - odpowiadał mu na to kadet. - To zgromadzenie jest utrzymywane kosztem Ojczyzny na to, żeby tu młodzi chłopcy wyrastali na dzielnych obywateli swego kraju. Dlatego też moim świętym obowiązkiem jest uczyć się jak najpilniej i pamiętać o tym, że krwią, życiem i wszelkimi siłami Ojczyźnie mojej służyć powinienem! - Tu dziadzio przerywał na chwilę, jak gdyby pragnął, aby rzucane przezeń ziarenka, zapadły głęboko w duszyczkę Ani, po czym znów głos zabierał:

- A kiedy taki kadet kończył nauki to wszyscy oficerowie, profesorowie i koledzy składali mu życzenia, dodając sakramentalne, to znaczy uświęcone zwyczajem, słowa: Pamiętaj, żeś miał honor być kadetem! - Tu dziadzio zwracał głowę ku Ani, która z założonymi na plecach rączkami, wpatrywała się w głębokim i skupionym milczeniu wiszącym na ścianie kadetom i pałacowi Kazimierzowskiemu, w którym mieściła się ich rycerska szkoła - i pytał, zatapiając przenikliwe spojrzenie w ciemnoniebieskich oczach dziewczynki:

- A wiesz ty, dziecko, co to jest honor?!

- Wiem, dziadziu! - odpowiadała mała bez chwili wahania. Dziecięcy jej głosik rozbrzmiewał z dziwną pewnością. Drobne, różowe łapięta, skrzyżowane na pleckach, nie zmieniły pozycji. Bez gestów, tak nieodzownych każdemu dziecku, mówiła z ogromnym przejęciem:

- Honor, to znaczy, dziadziusiu, żebym ja nigdy, nigdy nie pozwoliła, żeby mnie uderzył silniejszy chłopczyk i żebym ja nigdy nie uderzyła słabszego chłopczyka!

Pan Wojciech pieścił wnuczkę ciepłym promieniem niebieskich oczu:

- Tak! To jest honor, chociaż taki kadet inaczej by go określił! Będą z ciebie ludzie, Aniątko moje najdroższe! Pamiętaj, całe życie postępuj wedle tego, co mi przed chwilą powiedziałaś, bo trzeba koniecznie, żeby słowa zgadzały się z uczynkami! Uczynki - to koniki, co ciągną, a słowa - machnął ręką lekceważąco - to tylko bat, co furczy w powietrzu; - i rozpoczynał znów swą milczącą przechadzkę pod ścianami wokoło pokoju, a za nim posuwała się równie bezgłośnie miniaturowa jego naśladowczyni. Wreszcie dziadzio przystawał powtórnie i wyciągniętą zza pleców ręką wskazywał dwa piękne sztychy na ścianie:

- Patrz, Aniu! Rzeź Pragi, przedmieścia Warszawy! Dowódca Moskali, Suworow, wkracza na czele rozjuszonych żołnierzy. Postanowił zasiekać szablami, zalać rzeką krwi walkę narodu o wolność! W Warszawie już słychać rozpaczliwe krzyki mordowanych i dzikie Ura! Kozaków! Pociski padają na miasto, wzniecają pożary... Dzwony biją w kościołach na trwogę, zlewają się ze łkaniem, napełniają powietrze smętnym lamentem! Powstanie Kościuszkowskie dogasa! Rok 1794 - rok olbrzymich wysiłków i serdecznych nadziei - nie wyzwolił Rzeczypospolitej Polskiej od narzuconego jarzma moskiewskich zwycięzców! A tu - widzisz, dziecko, stoi na szańcach Pragi generał Jakub Jasiński! Patrz! w jednej ręce ma zakrzywiony pałasz, drugą - wyciąga przed siebie, jakby mówił najeźdźcom: - Precz! Dopóki ja żyję - nie pokonacie mojej Ojczyzny! Nie darmo był ongi kadetem i od młodości się ćwiczył w najdoskonalszej cnocie ofiarności krwi i życia dla Polski! Patrz! Jego oko błyszczy bezbrzeżnym męstwem! Iluż on wrogów zabije i porani śmiertelnie, zanim sam padnie na wznak wśród huku pękających bomb i świstu kul - padnie, nie wypuszczając ze stygnącej dłoni swej okrwawionej szabli! Teraz już wiesz i rozumiesz, co to jest bohaterstwo, Aniu! - rozpłomieniony wzrok dziadzia spoczął z ufnością na wnuczce, ale ku jego wielkiemu zdziwieniu, dziewczynka odpowiedziała bez entuzjazmu, chociaż z wielką powagą:

- Rozumiem, dziadziu! Oni jego wszyscy chcieli zarąbać, a on ich chciał pozabijać i to się nazywa bohaterstwo!

- Ba, ba, mościapanno32, gdyby tak wszyscy potępiali rozlew krwi nie byłoby nigdy wojny! - wpadł w chwilową zadumę. - Braterstwo ludów! - mówi dalej raczej do siebie. Idea szczytna i piękna, ale czy ludzkość dojdzie kiedy do przyswojenia jej sobie jako nowej wytycznej w układach międzynarodowych?! Tymczasem - tu zwrócił się do wnuczki - czy można siedzieć z założonymi rękami, gdy cię wróg napada i pali, i niszczy?! Czy masz dobrowolnie, wyciągać ręce, aby ci zaborca nałożył kajdany?! Hm, hm! Tak doskonale pojmujesz honor, a to zagadnienie widocznie jeszcze dla ciebie zbyt trudne! - obchodził w milczeniu jadalnię dookoła, wreszcie usiadł na niskim, staroświeckim fotelu z takimi zabawnymi po dwóch jego stronach poduszeczkami pod głowę i skinął na Anię:

- Chodź tu, maleńka! - posadził ją na kolana. - Skończyłaś niedawno sześć lat, kochanie i duża już z ciebie dziewczynka. Dlatego przeznaczyłem dla ciebie w Malinkach inny pokój, niż ten, w którym dotychczas spałaś. Nie mówiłem ci o tym wczoraj, bo po podróży byłaś zmęczona i śpiąca, ale za chwilę pokażę ci ten twój nowy pokoik!

- To ja już nie będę spała z Bisią, dziadziuniu?! - pytała ciekawie.

- Nie. Trzeba przestać się mazać i zacząć żyć samodzielnie.

- Samodzielnie? - powtórzyła Ania. - Co to znaczy, dziadziusiu!!

- To znaczy, że masz sama działać, sama o sobie myśleć, sama spać, radzić sobie, gdybyś się czegoś w nocy przelękła, nie bać się ciemności, tylko przeżegnać się, wstać z łóżka i pójść śmiało do czegoś, co cię przestraszyło! Niemądre niańki wiecznie opowiadają dzieciom o duchach! A gdyby zleciały z nieba duchy umarłych, to nie straszyłyby nas, żywych, na pewno! Więc gdybyś zobaczyła coś białego w kącie twego pokoju, to pójdź i dotknij ręką: przekonasz się, że to prześcieradło, albo ręcznik, wiszący na gwoździu! Takie to duchy! I jeszcze pamiętaj słowa dziadziusia: niebezpieczeństwo, któremu się patrzy w oczy - przestaje istnieć! - to znaczy być! - Nie ma go - i koniec. A teraz, daj mi rączkę! Pójdziemy razem obejrzeć twój nowy pokój.

Dwór w Malinkach zabudowany był w kształcie podkowy, od podjazdu był to dość długi, niewysoki budynek, zakończony z lewego boku piętrową wieżyczką, na której gnieździły się stada gołębi. Dwa parterowe skrzydła przylegały doń od strony ogrodu, pomiędzy nimi zaś rósł z dawien dawna wspaniały świerk, rozrzuconymi szeroko ramionami opierając się niemal o szare gonty ich malowanego pokrycia. W wieżyczce mieściła się biblioteka, zabudowana od dołu do góry wysokimi szafami z czarnego drzewa. Pośrodku stał ciężki, owalny stół, przykryty zielonym suknem, pod którego zwisające, obszyte sznurem cztery rogi dzieci państwa Zygmuntostwa niezmiernie lubiły wpełzać i chować się (za czasów ich wcześniejszego dzieciństwa), okrążając na czworakach i przypatrując się z nienasyconą ciekawością i trwogą trzem krępym murzynkom z hebanu, stanowiącym podstawę stopu i trzymającym jego masywny blat na wzniesionych do góry rękach. Ciężkie, zielone zasłony sukienne u okien i wisząca pośrodku sufitu lampa, rzucająca jasny krąg światła na poukładane na stole dzienniki i tygodniki warszawskie - dopełniały umeblowania tego poważnego przybytku sztuki i wiedzy, na straży którego stały u góry, na bibliotecznych szafach, marmurowe popiersia najsławniejszych prozaików i poetów całego świata. Słońce - bywało tu przyjacielem w dzień, żarzący się ogniem kominek - wieczorem, gdy przed rozpoczęciem przez dziatwę nauk szkolnych w Warszawie, państwo Zygmuntostwo mieszkali stale w Malinkach. W owej chwili ulubiony dawniej ten pokój został nieco zaniedbany z powodu choroby pana Zygmunta, uniemożliwiającej mu chodzenie po schodach. Parterowe za to pokoje, a przede wszystkim unikany dawniej salon, w którym jesionowe, antyczne meble świadczyły o długim szeregu przodków - rozbrzmiewały w czasie wakacji gwarem życia rodzinnego.

Ania szła z dziadziusiem przez ten salon, przylegający tuż do jadalni, zaciekawiona ogromnie, jaki to będzie ten nowy pokój?! Przez jedne z drzwi skręcili pod kątem do korytarza, gdzie stały szafy z pościelą i bielizną. Długoletnia zamożność poszczególnych pokoleń była tu skrzętnie chowana z biegiem czasu. W tym prawym skrzydle domu mieściły się trzy pokoje. Dziadzio otworzył drzwi do ostatniego, narożnego i wszedł doń pierwszy, prowadząc za rączkę dziewczynkę. Pokój był duży i prawie pusty. Pod jedną ścianą stało żelazne siatkowe łóżko z cienkim materacem włosiennym, a przy nim sosnowy stołek, pod oknem prosty stół imponujących rozmiarów, w kącie zaś - umywalnia z olbrzymią miednicą. Szorstkie prześcieradło i dwa lniane ręczniki zarzucone na biało lakierowany parawanik, obciągnięty kretonem w kwiaty, rzucały białą nutę w monotonię tego nieumeblowanego właściwie pokoju. Dwa drewniane krzesła odbijały się nieheblowanymi nóżkami w woskowanej podłodze. Sznurowa drabinka spuszczała się z sufitu, wprowadzając Anię w stan zupełnego już osłupienia.

- Widzę, że nie przeniesiono ci tu jeszcze twej pościeli od Bisi! - przemówił dziadzio niezadowolonym głosem i nacisnął guzik dzwonka elektrycznego, umieszczonego przy drzwiach wejściowych. - Jakże ci się tu podoba? - zapytał wpatrując się bacznie w dziewczynkę.

Ania milczała. Surowy chłód tego pokoju wywarł na jej subtelną duszyczkę niemiłe wrażenie, zwłaszcza, gdy przypomniała sobie swój śliczny białoniebieski pokoik w Warszawie. Gdyby mogła powiedzieć prawdę dziadziusiowi, to wyznałaby mu otwarcie, że tu jest tak brzydko jakby w więzieniu, gdyż właśnie tak przedstawiały się na obrazach więzienne cele, chociażby tego ukochanego Kościuszki! Ale dziewczynka wyczuwała delikatnością ponad wiek przeciętnego dziecka, że takie powiedzenie sprawiłoby przykrość dziadziusiowi, a jakieś kłamstwo nie przeszło jej nawet przez myśl, więc zwiesiła główkę i zacisnęła usteczka. W rodzinie mawiano o takim nastroju Ani, że się zacięła i że nie ma na świecie środka, który by ją z milczenia mógł wyprowadzić, chyba jej własna wola!

- Hm! - chrząknął mocno dziadzio i nikt nie byłby w stanie powiedzieć, jakiego rodzaju uczucie to chrząknięcie wyraża.

W tej chwili zapukano lekko do drzwi i Jakub wszedł do pokoju.

- Aha! To ty?! Doskonale. Przenieś, mój kochany, natychmiast poduszkę Ani, kołdrę i walizkę od panny Balbiny tu, do tej jej nowej sypialni! - zakomenderował dziadzio, tonem nie dopuszczającym cienia sprzeciwu.

- Słucham pana - odpowiedział na pozór ulegle stary Jakub i wyszedł spiesznie, ale wnet zamamrotał gniewnie na korytarzu:

- Że też to starszy pan nie ma litości nad takim biednym maleństwem! - Pomimo tej ostrej krytyki wypełnił rozkaz co do joty, gdyż wiedział dobrze, że żartów nie ma, kiedy starszy pan czegoś wymaga. Współczujący gorąco krzywdzonej - wedle jego pojęcia - dziewczynce i obładowany pakunkami wrócił prędko do tej, Boże odpuść, sypialni dziecka:

- Już wszystko! - powiedział, składając pościel na łóżko i stawiając walizkę obok.

- Nie, nie! Nie wszystko! - wykrzyknęła nagle Ania, wyrwana ze swego zaciętego milczenia biegiem rozwijających się wypadków. - A moja Aldona? A Wilejka?! I Miś i Hau hau! I ten przecudny kredensik, co dziadziuś kazał mi zrobić swemu stolarzowi! I ta duża kuchenka, większa jak w Warszawie! Czy można powiedzieć Jakubowi, by mi to wszystko przyniósł do tego pokoju?

- Można, dziecinko! - Zezwolił dziadzio z taką ogromną dobrocią w głosie, jak gdyby głaskał tymi słowami wzniesioną prosząco ku niemu twarzyczkę dziewczynki.

Jakub wyszedł natychmiast udobruchany nieco tonem starszego pana. Chociaż nie pojmował jego zamiarów względem tego drogiego pisklątka, to jednak, powróciwszy parę razy, ustroił tę celę klasztorną wdziękiem różnobarwnych, dziecięcych zabawek.

Tymczasem dziadzio wysunął krzesło na środek pokoju i usiadł na nim:

- Baczność, wnuczusiu! Urządzamy próbę! Połóż się na łóżku... Tak... Dobrze. Teraz - wyciągnij rączkę do dzwonka! Jest?! Świetnie! Gdybyś się w nocy przelękła swej samotności - powtórzysz tylko swój ruch sprzed chwili i naciśniesz długo ten świecący wśród ciemni guzik. Umyślnie taki kupiłem. Bisia natychmiast do ciebie przyleci, bo druty idą do jej pokoju. Może będziesz wolała Jakuba, może nie zechcesz budzić swojej spracowanej Bisieńki, to wówczas - masz drugi dzwonek, ten koło drzwi wejściowych. Ale - ja mam nadzieję, że będziemy wszyscy spali spokojnie tej nocy i że moja wnuczka okaże się mężną, dzielną kobietką! Co, jak sądzisz, Aniu?!

Dziewczynka milczała. Już sobie postanowiła, że za nic, za nic nie zadzwoni w nocy, ale chwalenie się przed spełnieniem zamiaru było tak przeciwne jej naturze, że szepnęła tylko cichutko:

- Jeszcze nie wiem, dziadziusiu!

- Z rana - mówił dalej pan Wojciech, nie przywiązując na pozór wagi do tej mglistej półodmowy33 - przyjdzie do ciebie Józia, zaleje cię pokojową wodą, wytrze tym szorstkim prześcieradłem i poczeka, aż się sama ubierzesz. Potem - będziesz się gimnastykowała na tej drabince. Pokażę ci, jak to się odbywa. Trzeba wyrobić sobie mięśnie i wyciągnąć się nieco. Przykro by mi było, gdyby moja wnuczka została przez całe życie taką drobniuchną królową elfów. A przede wszystkim - chcę cię zahartować moralnie i cieleśnie. Chcę z ciebie uczynić odważną dziewczynkę, która się nie będzie bała życia! Bo życie bywa bardzo trudne i ciężkie, dziecinko!

- Życie jest ciężkie, dziadziu! Co to znaczy?! - zdrowa ciekawość migotała w ciemnoniebieskich oczach Ani, która już zeskoczyła z twardego łóżka i zbliżyła się ufnie do kolan dziadka. Ów - objął ją mocno ramieniem i przygarnął do siebie. W jego spojrzeniu czytało się w tej chwili z łatwością niemą prośbę, rzucaną gdzieś w dalekie przestworza: Oszczędź, Stwórco świata, nadmiernych cierpień tej ukochanej dziecinie! - na głos zaś powiedział:

- To znaczy, Aniu, że nie zawsze będziesz miała rodziców i dziadzia, i domek własny! Nikt nie wie, co go czeka! A może sama się kiedyś znajdziesz na wielkiej drodze życia i będziesz musiała walczyć o kawałek chleba, który ci teraz mamusia, albo Bisia z radością podaje! Wtedy to trzeba mieć odwagę do walki i siły do zwycięstwa, i liczyć tylko na siebie! Pamiętaj, dziecko, liczyć tylko na siebie! Na to, co umiesz i na hart twej dzielnej, odważnej duszyczki! Bo człowiek wszystko może, Aniu - wszystko! Jedno musi tylko: umrzeć! Tak więc, jak w bajkach, które uwielbiasz, może każdy z nas pokonać smoki - trudności życia. I nie trzeba wcale na to być królewiczem i mieć zaczarowaną szpadę! Wystarczy zupełnie odwaga i patrzenie w oczy niebezpieczeństwu! Czy rozumiesz mię, Aniu?

- Rozumiem, dziadziusiu! - mała wsparła się łokciami o kolana pana Wojciecha i swym ulubionym ruchem ujęła głowinę w malutkie dłonie. Jej oczy miały nieopisany wyraz zadumy, niezwykłej w dziecięcym, pogodnym wieku. - Mnie się teraz podoba ten mój nowy pokoik. To będzie taka moja własna rycerska szkoła, rycerskie życie, tak jak u tego rycerza, co to Michaś wciąż wyśpiewywał:

- Jadał chudo - sypiał twardo. Patrzył Śmierci - w twarz z pogardą! - zanuciła cienkim głosikiem. - Dziadzio wie? Mamusi tak to dokuczyło, aż raz zawołała. - Przestań Michasiu, bo mi się to przez uszy przelało! - Tak zabawnie, dziadziu! Przez uszy przelało! Niby woda, albo mleko! - i perlisty śmieszek, podobny do świergotów ptaszęcych, rozjaśnił nagle powagę wejrzenia, odbijając się wesołym echem wśród bielonych ścian tej rycerskiej szkoły.

Pan Wojciech przyłożył usta do jasnej głowy wnuczki i pocałował ją z zadowoleniem:

Tak! Ty będziesz chlubą rodziny, mój najdroższy promyczku! - myślał. - Ziarno rzucone. Przyszłość okaże, że zwyciężysz! Wychowam cię lepiej niż własną córkę, którą pozwalałem psuć i rozpieszczać! Uległem pod tym względem uwielbianej żonie i dziś potępiam siebie za to z całą szczerością! A teraz - powiedział głośno - dość już nagadaliśmy się o poważnych rzeczach! Prawda, dziewczynko?! Pójdziemy do krówek, potem do koników i do gołębi. Biegnij do Jakuba, maleńka i weź sporo pośladu. Sypniemy gołąbkom na powitanie. Czy dobrze, Aniu?!

Odpowiedział mu tylko tupot małych nóżek, oddalających się od jego kolan w stronę drzwi. Mignęła w szparze jasna sukienka i długie, złociste loki, po czym w rycerska szkoła uczyniło się nagle tak cicho i mroczno, jak gdyby zgasło w niej światełko, rozweselające to zimne wnętrze.

Kiedy pan Wojciech wszedł wieczorem do nowego pokoju wnuczki, zastał tam Bisię, która po raz pierwszy w życiu obróciła się do niego niegrzecznie plecami, udając, że go nie widzi. Ania leżała już w łóżku, dochodząc piętami zaledwie do środka i z ogromnym przejęciem komenderowała posłuszną na każde jej skinienie panną Balbiną. Na widok dziadka mała wykrzyknęła z roztargnieniem:

- Dziadziusiu! Jestem bardzo zajęta! Bisieńko! Proszę mi podać Aldonę i Wilejkę! Tak, tak! Ależ nie tu - w nogi! Aha, dobrze! Niech i one wiedzą, co to rycerskie życie! Twardo wam, moje kochane?! Co?! Nic nie szkodzi! Śpijcie spokojnie! Bisieńko! Dżeka trzeba także położyć koło nich! To nędzny tchórz! - (trudno wyrazić niesłychaną pogardę jaką Ania włożyła w to określenie!). Jeszcze by mnie obudził w nocy! Miś niech leży przy Dżeku - on się go boi, może będzie cicho. A Hau hau - tu, na kołderce! To dzielny piesek! On ma odwagę i zaraz zaszczeka, gdyby jakiś złodziej chciał tu przyjść w nocy!

- Ależ to nie Warszawa, dziecko, tu nie ma złodziei, a zresztą stróż nocny chodzi wciąż z psami naokoło domu i całego folwarku - zapewniał Anię pan Wojciech trochę zaniepokojony rozmiarami bohaterstwa, jakie dziewczynka wkładała w swój pierwszy samotny nocleg. Pełne wyrzutu spojrzenie Bisi uderzyło go dotkliwie, jak uderzenie szpady, ale dziadzio uśmiechnął się tylko przyjaźnie i zapewnił miękkim głosem:

- Będzie tu zupełnie bezpiecznie. Nie bój się, Aniu!

- Ja się nic, a nic nie boję, dziadziusiu! - protestowała dziewczynka oburzonym głosikiem. - Już odmówiłam pacierz z Bisieńką i zaraz usnę jak zabita. Niech mię dziadziuś pocałuje! Raz za siebie, a dwa razy za mamusię! Dobranoc, dziadziu! A teraz - Bisia! Dobranoc, Bisieńko! Niech Bisia śpi i nie myśli o mnie! Dobranoc - wszystkim moim kochanym, i wszystkim ptaszkom, i wszystkim gwiazdkom na niebie! Już śpię! - i obróciwszy się na bok, przymknęła powieki.

Dziadzio z panną Balbiną, uczyniwszy pół obrotu na palcach, szli lekko ku drzwiom, gdy nagle dźwięczny głosik zamącił tę pełną troskliwej dbałości ciszę:

- Dziadziusiu!

- Wybijesz się ze snu, maleńka! - powiedział z wyrzutem pan Wojciech, zatrzymując się jednak i zwracając w stronę łóżka. - Co się stało?

- Bo dziadziusiu, ja tylko chciałam zapytać, jak dziadzio myśli?! Czy do tego mego nowego pokoju przyleci mój anioł stróż z Brzozowej, czy może wejdzie tu ten stary anioł z Malinek, co to kołysał do snu moją mamusię, kiedy była taka maleńka jak ja?!

Pan Wojciech milczał przez długą chwilę. Trzymana przezeń w ręku świeca rzucała na jego piękne, orle rysy rozjaśniające błyski, a niebieskie oczy płonęły w tym jasnym kręgu przedziwnym wyrazem. Powoli, ważąc jakby każde słowo, odrzekł dziewczynce:

- Ja myślę, Aniu, że za twoim łóżkiem stanie tu zaraz ten nasz stary anioł z Malinek, ten sam, który kołysał twoją mamusię do snu, kiedy była taka maleńka jak ty! Tylko że ona nie spała sama i na tak twardym łóżku jak ty! Dobranoc, dziecko! - i wyszedł spiesznym krokiem z tego przybytku dziecięcego hartu i wiary, a za nim panna Balbina z sercem bijącym ze wzruszenia. Znalazłszy się już na korytarzu zamknęła drzwi pokoju Ani, zostawiając usypiającą słodko dziewczynkę w samotnej ciemni jej pierwszej próby życiowej.