W rodzinnym gnieździe
Ślicznie pani wygląda w tej sukni! Prześlicznie! Doprawdy przypominają mi się dziecięce bajki o ondynach, mieszkających na dnie wód! - puściła wodze swemu zachwytowi właścicielka eleganckiej pracowni strojów kobiecych Madame Cornélie, ogarniając wprawnym spojrzeniem stojącą przed lustrem klientkę. - Panno Felciu! - zwróciła się do swej pomocnicy, klęczącej na posadzce i upinającej bok seledynowej, połyskliwej wieczorowej sukni. - Trochę wyżej. Ot tak, doskonale! Pani figura nadaje się do wszelkich fantazji! Istny skarb dla mistrzyni mody, umiejącej z tego korzystać!
- Cała tedy zasługa po pani stronie! - uśmiechnęła się młoda i dziwnie urocza kobieta, przechylając nieco w bok głowę, aby jednym rzutem oczu ocenić trafność wypowiadanego przed chwilą sądu. Lustro odbiło jej postać z cichym, acz wymownym pochlebstwem, gdyż uśmiech tający się dotąd w kącikach ust, rozsłonecznił nagle jej twarz podobną do kamei i zamigotał tysiącem iskierek w dużych, fiołkowych źrenicach.
- Już można zdejmować, panno Felciu! Ostrożnie! - komenderowała właścicielka firmy tonem dowódcy, gotującego się do wygrania bitwy. - Na ramieniu przypięłam szpilką! Ten rękaw z gazy - marzenie! Śliczna toaleta wyjdzie z naszej pracowni! Co prawda nie każda kobieta umie tak nosić wykwintne stroje jak pani. I ta opalona cera, niby brzoskwinia na słońcu! Nie byłam nigdy w Malinkach, ale sądząc z opowiadania pani - nie ma chyba bardziej czarującego miejsca na świecie! Szkoda, że już państwo musieli wrócić do miasta. Warszawa duszna i pełna kurzu o tej porze!
- Trudna rada! - wyjaśniła urocza klientka, zdejmując ostrożnie, przy pomocy uprzejmej panny Felci szklące się połyskami jedwabie mierzonej sukni i wkładając angielski, spacerowy kostium i jasną bluzkę. - Wszak to początek września i starsze dzieci nie mogą opuszczać lekcji w szkołach. Mój ojciec przyjechał z nami, tak mu żal było rozstać się z Anią. Leciutko podsuwa nam myśl, że dla zdrowia maleńkiej lepszy byłby ten wrzesień spędzony w Malinkach, niż w zakurzonym mieście, ale mąż dyplomatycznie udaje, iż nie rozumie tych aluzji. Przy tym na Brzozowej, gdzie mieszkamy, warunki zdrowotne są naprawdę świetne. Powietrza od Wisły i słońca mamy w bród!
Właścicielka pracowni zwróciła się z serdecznym wyrazem twarzy do małej dziewczynki, siedzącej na kanapie z lalką w ręku i zapatrzonej przez cały czas w stojącą przed lustrem młodą kobietę z uwielbieniem, dochodzącym do niemej, palącej się w ciemnoniebieskich oczach dziecięcej egzaltacji.
- Czy ta śliczna laleczka także była zadowolona z pobytu w Malinkach? - spytała żartobliwie. - Jaki ma na sobie piękny i modny płaszcz! A te sznurowane, czerwone buciki?! Cacko, doprawdy! I kapelusik ze strusim piórkiem! - Czy wolno wiedzieć, gdzie się twoja córka tak wykwintnie ubiera, Aniu?!
- W Maison Annette! - zaśmiała się wesoło matka dziewczynki, nakładając na jasne włosy zgrabny, niewielki kapelusz i poprawiając nad czołem złocisty loczek. - Wszystko to, co pani widzi jest dziełem Ani! Te malutkie paluszki umieją śmiało prowadzić ostrza nożyczek i nadawać kształty bluzek, spódniczek, koszulek dla lalek różnym cennym gałgankom! Wyrasta to spod tych drobnych rączek całymi stosami!
Madame Cornélie, polska patriotka, urągająca swym francuskim szyldem nakazom caratu mającym zrusyfikować przynajmniej pozornie Warszawę, plasnęła w dłonie z zapałem:
- To nadzwyczajne! Ależ to geniusz igły z tego małego pisklątka! Nigdy mi pani o tym nie wspominała! Może zasłynie kiedyś w całym świecie i prześcignie samego Wortha14?! To nie do wiary! Co za dokładność w robocie! Czekajże, dziecinko kochana! Brak ci pewno materiałów do roboty? Zaraz przyniosę mnóstwo prześlicznych kawałków! Musisz mi tylko pokazać, co z tego wszystkiego uszyjesz! - i miła pani Kornelia, wyszła do pracowni, skąd wróciła za chwilę, niosąc w ręku pęk kolorowych skrawków i powiewając nimi wesoło w powietrzu.
Mamusia przypatrywała się Ani z uśmiechem, podszytym tkliwością. Kochała ją daleko goręcej, niż resztę swych dzieci i nic w tym nie było dziwnego. Ta sześcioletnia, wątła i poważna dziewczynka, na której bladej twarzyczce różowiła się jedynie jasnokoralowa plama usteczek, zdawała się ukrywać w sobie duszyczkę, mogącą się zerwać lada chwila do odlotu tam, skąd niedawno spłynęła do tej kruchej, choć wdzięcznej powłoki cielesnej. Madame Cornélie patrzyła również na Anię dziwiąc się jej milczeniu.
- Powiedz szczerze, maleńka! Jeśli te skrawki ci się nie podobają, przyniosę inne! - przynaglała dziewczynkę do odpowiedzi.
- Zachwycona jest nimi! Niech mi pani wierzy! - tłumaczyła mamusia z tym słonecznym uśmiechem, jakim podbijała serca wszystkich, na których padł jej odblask. - Milczenie Ani pełne jest niedopowiedzianych słów. To już taka dziwnie poważna natura! - wciągała na ręce jasne rękawiczki, a każdy jej ruch kojarzył się harmonijnie z wytwornością smukłej postaci.
- Dziękuję pani - wymówiły zwięźle koralowe usteczka Ani, choć serduszko dziewczynki skakało po prostu z radości na widok tak cudnych, przecudnych gałganków. Już teraz wszystkie lalki będą mogły pójść na Bal wróżek, urządzany przez jedną z młodocianych rówieśniczek. Dotychczas wszakże ogromne były troski i wątpliwości, czy jedna przynajmniej, Aldona weźmie udział w tym wyścigu lalek o najpiękniejszą, uszytą własnoręcznie przez każdą z dziewczynek toaletę.
- Idziemy już, Aniuś! - przerwała mamusia te pełne triumfu rozmyślania swej córeczki. Znała jej skupioną i zamkniętą w sobie duszyczkę, nie dziwiła się przeto wcale obojętnej na pozór postawie dziewczynki.
- Dziękujmy raz jeszcze - spojrzała na nią wesoło - i żegnajmy się z panią Kornelią. Tatuś i dziadzio nie lubią spóźniania się na obiad! Wyszły obie z salonu mód, kierując się z Senatorskiej w stronę Starego Miasta.
Przedziwna polska jesień malowała czuby drzew po ogrodach i lasach purpurą i złotem, ale tu, na ulicach Warszawy przeciągała tylko niedbale promiennym wiechciem po dachach i murach obojętnych na to dotknięcie kamienic, wśród których snuli się liczni przechodnie, spragnieni ostatnich ciepłych pozdrowień słońca. Ania szła obok matki z szybkością, na jaką pozwalały jej drobne nóżki, gdyż zegar na ratuszu wskazywał tak nieoczekiwanie późną godzinę, iż pani Alina przyśpieszyła kroku, pragnąc zjawić się w porę na obiad. Świergotliwy głosik dziewczynki podawał chwilami do wiadomości matki jakiś ułamek przepełniającego ją zachwytu nad pięknymi istotnie skrawkami drogich i gustownych materii, a jej widok wywoływał w oczach wielu mijanych przechodniów powtarzające się stale wrażenie: - Jakież to miłe dziecko!
Największym urokiem Ani były jej włosy - złociste, miękkie i jedwabiste jak pela. Zwijały się one w naturalne loki, opadające w połyskliwych skrętach na szczupłe ramionka dziewczynki i czyniące jej głowę w granatowym berecie niezmiernie podobną do portretu pazia.
- Już jesteśmy blisko domu! - powiedziała z westchnieniem ulgi mamusia. - Dziadzio nie uznaje niepunktualności, więc trzeba mu dogadzać, jest naszym gościem i takim kochanym gościem! Ale - spojrzała żywo na dziewczynkę - może zmęczyłaś się, córuchno?! Przecież można było wziąć dorożkę! Że też nie pomyślałam o tym! - i nagle roześmiały się obie tak srebrzyście, jakby swawolny potok przetoczył się przez wał usypanych drobnych kamieni.
- Nie zmęczyłam się, mamusiu, tylko czuję, że mam nóżki! Ale Bisia mówi, że to znaczy, że rosnę! To dobrze - zapewniała matkę dziewczynka. - Może chłopcy przestaną mnie nazywać królową elfów! Co, mamusiu?! Chciałabym być wysoką, wysoką, bo na dole czasem okropnie duszno i ciasno. Pamięta mamusia wtedy w teatrze na Kopciuszku? Taki tłum! Starszym lepiej było u góry, więcej mieli powietrza, a ja myślałam, że się zaduszę!
Pani Alina zaśmiała się szczerze, tak ją ubawiło określenie dziewczynki. Wchodziły już obie na schody dużej kamienicy i za chwilę dzwoniły do drzwi wejściowych na drugim piętrze. Szybkie kroki dały się słyszeć poza szklaną i okratowaną taflą, drzwi się otworzyły, a na progu stanął niemłody, szczupły mężczyzna o srebrnej czuprynie na jeża i takimże niewielkim zaroście.
- Nareszcie jesteście, zbiegi! - zawołał głosem, w którym energia łączyła się przedziwnie z dobrocią. - Czekamy na was! Przewiozłem już Zygmunta do jadalnego pokoju!
- Ależ nie ma jeszcze trzeciej, ojczulku kochany! - zapewniała pośpiesznie pani domu, zdejmując żakiet i kapelusz. Potrząsnęła leciutko głową, przy czym jej jasne włosy nabrały od razu puszystej falistości. - Idę do jadalni. Brygidko! - zwróciła się do tęgiej, wiejskiej służącej, rozbierającej Anię z płaszczyka. - Dawajcie zaraz obiad!
W jadalni już było gwarno jak w rojącym się ulu. Trójka starszych dzieci - czternastoletni Michaś, młodszy od niego o rok Pawełek i jedenastoletnia Hala, rozhukane, roześmiane, zdrowe urwisy wpadli właśnie przed chwilą po lekcjach w szkole z hałasem do domu. Stojąc przy stole i pożerając w oczekiwaniu na obiad okazałe pajdy15 świeżego chleba, przeplatali energiczne poruszania szczękami nie mniej energicznym i głośnym komunikowaniem ojcu ostatnich nowin szkolnych. W fotelu na kółkach siedział pan domu, niepospolity uczony i przysłuchiwał się z zajęciem każdemu słowu rozprawiającej młodzieży. Zajmowało go wszystko, co się tyczyło rozwoju dzieci, ich charakterów, zabaw, sportów, szkolnych ambicji. Korzystał z każdej chwili wspólnych posiłków, aby - (sternik niewidoczny, a tak bardzo kochany) - przygotować do walki z oceanem życia ich łódź, stojącą dotychczas w zatoce rodzinnego gniazda. Atak paralityczny zwalił na łoże cierpienia i bezwładu tego wielkiego przyrodnika przed czterema już przeszło laty. Zbiegli się wówczas do niego najznakomitsi lekarze miasta, pragnąc gorąco uratować dla wiedzy polskiej życie wybitnego człowieka. Przy troskliwej, fachowej opiece i po długiej kuracji umiejętność medyczna odniosła triumf nad ciężką chorobą. Umysł przyrodnika odzyskał dawną prężność twórczości, tylko nóg nie opuścił stały niedowład i pan Zygmunt przykuty został do ruchomego fotela. Rozwiały się w nicość nadzieje otrzymania katedry uniwersyteckiej, którą już mu obiecywano ze względu na jego zasługi w świecie nauki, ale uczony przyjął całe to doświadczenie losu z niewzruszonym spokojem. Najpiękniejszą bowiem cechą tego podniosłego umysłu był splot bezbrzeżnej miłości dla wiedzy z uczuciem głębokiej wiary. Poddawał się wyrokom boskim z ufnością chrześcijanina, umiejącego powiedzieć nie słowami, lecz duszą całą:
- Niech się stanie nie moja wola, ale Twoja, o Panie!
Po powrocie do względnego zdrowia wezwał do siebie lekarzy przyjaciół i z pogodnym uśmiechem prosił ich o wypowiedzenie mu istotnej w swym stanie prawdy po odbytym konsylium. Taka jednak mężna i niezłomna stanowczość brzmiała w jego głosie dobrotliwym na pozór, że nikt nie odważyłby się na zbywanie go mglistymi ogólnikami.
- Kochany Zygmuncie! - odezwał się najstarszy z eskulapów poważnie. - Możesz żyć lata całe, albo umrzeć znienacka, jeśli nastąpi pęknięcie naczynka w mózgu.
Uczony wyciągnął obie dłonie do zgromadzonych i ściskał je kolejno:
- Dziękuję wam za tę otwartość! Jakież to szczęście, że moja rodzina ma opiekuna w naszym nieocenionym dziadziu, którego siły i zdrowie zdają się rokować długie życie! Pragnąłbym tylko mieć dość czasu, aby moje odkrycia naukowe przelać na papier dla przyszłych pokoleń. Może moi następcy obalą w proch moje twierdzenia, ale każda omyłka ludzi nauki, to jeden krok naprzód ku poznaniu bezwzględnej Prawdy!
Od tej chwili minęło kilka lat w zupełnym spokoju i rodzina oswoiła się z wolna z widokiem ojca paralityka, pogrążonego przez cały dzień w pisaniu dzieł naukowych i przewożonego na ruchomym fotelu do jadalni w porach wspólnych posiłków. Przeciążenie programem szkolnym za czasów rosyjskich, czyniące z uczących się dzieci woły robocze, ciągnące z mozołem pod wysoką górę wiedzy ogromny wóz, naładowany zbędnymi często wiadomościami - sprawiało iż jedynie pomiędzy jednym łykiem, a drugim toczyły się przy tym stole rozmowy szczere, otwarte - ukazywała się głąb duszy dziecięcej, łaknącej piękna i ideału. Więc i teraz, gdy pani Alina weszła powiewnym swym krokiem do jadalnego pokoju, Michaś z Pawełkiem opowiadali ojcu o wspaniałych zamiarach Bratniaka, a twarz uczonego wyrażała gotowość pomocy w tej sprawie.
Zegar, stojący w rogu, wybił poważnym basem sakramentalną trzecią godzinę.
- A co?! Widzi ojczulek, że się nie spóźniłam! - zawołała przekornie młoda kobieta.
Na dźwięk jej głosu cała trójka dzieci rzuciła się ku niej z okrzykiem radości, całując ręce i najśliczniejszą buziuchnę, a szare oczy uczonego przykuły się do uroczej postaci żony, młodszej odeń o lat kilkanaście, z wyrazem bezbrzeżnego uczucia.
- Czy zadowolona jesteś z nowej sukni, Alinko?! - zapytał głębokim, ciepłym tonem.
Pani domu przerwała na chwilę rozlewanie zupy do podawanych jej talerzy: - Nadzwyczajnie! Wyobraź sobie seledynowosrebrzyste połyski - na boku podpięcie i zwieszające się nenufary - toż samo na lewym ramieniu! Bajka!
- Będziesz wyglądała jak ondyna wodnica! - zawyrokował uczony.
Nagły uśmiech podniósł kąciki ust mamusi, przy czym błysnęły zęby drobne i lśniące jak perły nanizane półkolem:
- To samo twierdzi pani Kornelia! Chyba to prawda, bo przecież nie umówiliście się co do identyczności takiego sądu!
- Naturalnie, że prawda! - skonstatował krzykliwie Michaś. - Wszyscy moi koledzy, znający mamusię nazywają ją zawsze: Lorelei!
- Tss! Zlituj się, Michasiu, nie podnoś tak głosu! - mitygował chłopca dziadzio Wojciech. - Minąłeś się z powołaniem, a raczej zbyt późno ujrzałeś światło dzienne. Powinieneś był jako herold ogłaszać turnieje na cześć pięknych niewiast!
- Z niego to tak bucha, jak gejzery w Islandii - zaśmiała się Hala trochę złośliwie.
- Michaś temu nie winien, że ma tyle krzyku w środku! - zabrzmiał nagle dźwięczny głosik Ani, broniącej ukochanego, starszego brata.
Zaśmiali się wszyscy ochoczo, a Michaś, rzuciwszy w stronę Ani serdeczne: Dziękuję ci, Aniątko, oznajmił stanowczo Hali:
- Możesz być pewna, że gdybyś żyła w tych czasach, nie zmęczyłbym gardła oznajmianiem turniejów na twoją cześć! Błędni rycerze uwielbiali słodycz w kobiecie!
- Hm! Kto wie?! - wymknęły się dziewczynce tajemnicze słowa.
Miała jasnokasztanowate włosy z miedzianym połyskiem, zielone oczy, usta jak mak szkarłatne i cerę kreolki. Odziedziczyła tę niezwykłą urodę po babce, żonie dziadzia Wojciecha i starsze koleżanki, naśladując Sewera, mawiały o niej, że jest bajecznie kolorowa! Brała udział we wszystkich żywych obrazach i przedstawieniach na pensji, a potwierdzenie tego, że jest naprawdę bardzo ładna, szeptało jej nieraz lustro, gdy się w nim przeglądała.
Pan Zygmunt spojrzał na starszą córeczkę bacznie:
- I ja również nie jestem pewien, czy byłabyś, Halko, damą serca któregoś z tych trubadurów! Im nie chodziło wcale o piękne włosy, albo o czarujące oczy! Szukali oni ideału kobiety w kobiecie, byli sługami najwyższego piękna duchowego i często nie znali nawet tej, dla której imienia krzyżowali szpady z innym, podobnie jak oni, romantycznym poszukiwaczem przygód!
Hala zarumieniła się jaskrawo, pojmując, że przenikliwość ojca wykryła jej tajne myśli, a Pawełek rzucił przez stół pytanie najmłodszej siostrzyczce:
- A ty, Aniątko, czy chciałabyś być opiewaną przez jakiegoś rycerza?!
Króciutkie i stanowcze: - Nie! - padło z bladoróżowych usteczek Ani.
- Nie?! Dlaczego nie?! - dopytywał się ciekawie Pawełek.
- Bo zanadto by o mnie mówiono, a dla kobiety jest najlepiej, kiedy o niej wcale nie mówią! - wygłosiła mała z całą powagą.
Szalony śmiech buchnął ze wszystkich stron i posypały się pytania:
- Skąd przyszło ci to na myśl, Aniu?
Ale mała nie stropiła się bynajmniej i odparła rezolutnie:
- Słyszałam jak dziadzio tak mówił do tatusia, a tatuś na to powiedział: Pewno, że tak! - więc musi to być prawda!
Pan Zygmunt porozumiał się wzrokiem z dziadziem. Trzeba być ostrożniejszym wobec tej uważającej na każde ich słowo dziewczynki. Istotnie mówił tak kiedyś o zmroku spierając się lekko na temat pani Aliny i nie zwrócili uwagi, że pod koniec dyskusji weszła Ania do salonu i zajęła się swymi lalkami.
Podano już deser. Obiad się kończył. Chłopcy przywieźli fotel ojca do salonu, który był właściwie sanktuarium rodzinnym, gdyż tam, pod jednym z trzech okien przesiadywał stale uczony za olbrzymim biurkiem, zapełnionym książkami i materiałami do jego prac naukowych. Dziadzio Wojciech wszedł również za zięciem i wyprawiwszy chłopców z pokoju, zamknął drzwi do jadalni. Przeszedł się kilka razy po salonie, założywszy w tył ręce, po czym stanął przed fotelem pana Zygmunta:
- Niepotrzebnie zachęcasz Alinkę do bywania w świecie, mój drogi! - powiedział niezadowolonym lekko tonem. - Mąż chory, jej miejsce w domu!
Uczony patrzył na ojca żony nieporuszenie poważnymi oczami:
- Nie zapominajmy o jej młodości! Miała siedemnaście lat, gdy wyszła za mnie! Czworo dzieci! Dość się nakłopotała po nocach, czuwając nad nimi, pielęgnując w chorobach! A teraz - nie mogę jej dać pełni życia, do jakiej ma prawo! Niech się przynajmniej choć czasem zabawi. Zresztą - to nie bal, tylko raut literacki!
Dziadzio unosił się, widząc, że nie przekona zakochanego męża:
- Dziś raut, jutro five16 na sto osób, za parę miesięcy - karnawał! Po co narażasz ją na pokusy światowego życia, pełnego lekkości i zbytków?! Wiesz przecież, jaki to słaby charakter?! Przypomnij sobie, jak zadurzyła się w tym wytwornym gagatku, Edmundzie, w tym samochwale i egoiście! Jakie to były szlochy i zaklęcia, że dla niej już tylko trumna, albo klasztor! wobec mego stanowczego veto17. No i co?! Uległa mej woli i twojej wytrwałej miłości! Wyszła za ciebie!
Pan Zygmunt wyciągnął rękę, jakby chciał powstrzymać naganę teścia. Głęboka czułość wzbierała w jego szarych oczach.
- Byłem z nią szczęśliwy przez tych kilkanaście lat, ojcze!
- Wiem. Patrzę trzeźwo. Jest pod twoim szlachetnym wpływem i absolutnie nic jej zarzucić nie można! Rad jestem, że nie widzę i nie zobaczę nigdy, na jakie moralne manowce poprowadziłby ją taki mąż jak Edmund! Zwłaszcza, gdyby w grę weszło uczucie! Oho! Krwawiłoby mi się serce z żalu nad losem Alinki, w rzeczywistości tak dobrej i słodkiej! Nieprzeparty czar od niej wieje - wszystko to prawda. Cóż - kiedy woli jej brak! To nie Ania, która już teraz wie, czego chce!
Niedostrzegalny prawie uśmiech na ustach zięcia był całą odpowiedzią. Bystry wzrok dziadzia złowił go jednak w przelocie:
- Tak, tak! Tobie się zawsze wydaje, że Ania to moja faworytka, że przesadzam w mym sądzie o niej! A ja ci mówię, że ona będzie kiedyś chlubą rodziny! Znam się na ludziach, mój drogi! Taka poważna, zamknięta w sobie duszyczka, a jednocześnie te niesłychanie miłe i świeże porywy dziecięcej swobody i wesołości! Niepospolite macie dziecko, Zygmuncie!
- Nie spieram się wcale ze zdaniem ojca! - zaśmiał się cicho uczony i spojrzał w kąt niedaleko swego biurka, gdzie urządzony był pokoik dla lalek i gdzie stały różne zabawki Ani. - Leży teraz maleńka dla wzmocnienia sił po obiedzie w swoim pokoju, ale niedługo wstanie i przyjdzie do mnie. Czy ojciec wie, że ona mi nic nie zawadza?! - ciągnął dalej z odcieniem tkliwości w głosie. - Całymi godzinami krząta się tam, przy tej szafeczce z sukniami i bielizną lalek, albo gotuje im obiady na tej maleńkiej kuchence, a tak się porusza cichutko, że nie słyszę jej wcale. Przeciwnie - powiedziałbym nawet, że jej obecność w pokoju tak na mnie działa ożywczo, jakby w tym kącie rosła w doniczce konwalia. A nie zniósłbym tu nikogo innego, przy mojej wytężonej pracy.
Dziadzio Wojciech zacierał ręce i śmiał się z zadowoleniem. Jego niebieskie oczy lśniły iskierkami dumy:
- Wygłosiłeś przed chwilą największą pochwałę na cześć mojej drogiej wnuczusi, sam może o tym nie wiedząc. Nie będziemy zatem więcej o tym mówili. Skoro rozważyłeś jakąś sprawę wszechstronnie - nie powracaj już do niej nigdy! - cytował z naciskiem ulubione swe zdanie. - Ale widzę również, że nie dacie mi teraz Ani do Malinek?! - postawił kwestię jasno. - Poczekałbym na nią do jutra!
- Ojcze kochany! - przemówił serdecznie uczony. - Przecież ona była od początku maja w Malinkach. Niech trochę posiedzi z nami, w domu. Skoro tylko pierwszy śnieg upadnie - proszę przysłać tu Bisię po naszą maleńką.
- Zgoda! - dziadzio uścisnął mocno rękę zięcia, którego cenił nad wyraz. Verbum nobile! Chociażby ten śnieg spadł w listopadzie - mam twoje słowo!
- Oczywiście - stwierdził swe przyrzeczenie pan Zygmunt.
- Dziadziu! - zaanonsował krzykliwie Michaś, otwierając drzwi z hałasem - Pawełek już pobiegł na dół po samochód. Czas jechać na dworzec! Dziadzio mnie zobowiązał do pilnowania godziny, dlatego przyszedłem!
- Słusznie! Odwieziecie mnie obaj. Gdzie mamusia i Ania?! Wołajcie Halę. Niech Brygidka znosi pakunki i walizę. Żegnajmy się, dzieci najdroższe. Obyśmy się zobaczyli jak najprędzej w dobrym zdrowiu i powodzeniu! - ściskał dziadzio kolejno wszystkie kochane i najbliższe dla siebie istoty, zostawiając na koniec pożegnanie z najmłodszą wnuczką. - To na deser - mówił, tuląc energicznie wykrojone usta do bladej twarzyczki dziewczynki, zarzucającej mu na szyję łapięta nieopisanie wdzięcznym i ufnym ruchem.
- Samochód już czeka, dziadziu! - wyrzucił jednym tchem zadyszany Pawełek.
- Dobrze. Żegnajcie, kochani! A piszcie często i obszernie!
Już dziadzia nie ma i cicho w mieszkaniu. Mamusia poszła do swego pokoju i tam, ułożywszy się na szezlongu, czyta najnowszą ciekawą książkę. Umysł mamusi jest ogromnie wrażliwy i bystry z natury. Interesuje ją wszystko, co tylko ma związek ze sztuką, muzyką i literaturą. Polityka ma w niej obojętnego widza, albo słuchacza. Nie zna się na tym i nic nie poradzi, więc nie zawiera nigdy decydującego w tych kwestiach głosu.
Ania wsuwa się do salonu i cichutko, bezszelestnie dochodzi do swego kącika. Lubi go niezmiernie, gdyż czuje się tam królową w państwie milczących lalek, z którymi rozmawia w duszy bezgłośnie, wiedząc z góry, jaką odpowiedź włoży im jej fantazja w ukarminowane, zaciśnięte usta. Lubi również usiąść na małym stołeczku, oprzeć łokcie na podniesionych kolanach i ująwszy głowinę w różowe dłonie, patrzeć w skupieniu na piszącego ojca. Jego profil suchy i czysty zdaje się trwać nieporuszenie, niby wycięta w kości słoniowej rzeźba. Ciemne włosy, przetkane z rzadka srebrnymi nitkami, odrzucone są w tył z czoła. Opuszczone powieki tają myśli, spływające na papier za pomocą szybko posuwającego się pióra, którym kieruje szczupła, przejrzysta, jakby uduchowiona ręka.
O szarej godzinie pan Zygmunt odkładał na bok to pióro i ciepłym głosem rzucał pytanie:
- Czy jesteś tu, Aniu? Chodź do mnie! Dziewczynka wysuwała się ze swego kąta, gdzie o tej porze słała zwykle łóżeczka dla lalek i zamiatała ich pokój malutką miotełką. Szła do ojca tak cicho na wyprężonych stópkach, że w lekkim mroku wczesnego wieczoru zdawała się płynąć ku niemu drobniutka i wdzięczna w błękitnej, albo różowej sukience i białym haftowanym fartuszku z malusieńkimi kieszoneczkami. Niosła przed sobą, cisnąc do piersi, swój nieodzowny, drewniany stołeczek.
- Siadaj, córeczko! Cóż mi dziś powiesz nowego? - uczony pochylał się ku dziewczynce i białą swą szczupłą dłonią pieścił łagodnie jej główkę i spadające, puszyste loki.
- Tatusiu! - Ania wznosiła z ufnością ku ojcu ciemnoniebieskie oczy: - Michaś opowiadał mi wczoraj o cudownej lampie Alladyna! Tatuś wie?! Tyle skarbów pod ziemią, aż oczy bolą od patrzenia! Rubiny, brylanty w takich sypankach drewnianych jak u dziadziusia w Malinkach kasza jęczmienna, albo gryczana! Ach! jak ja bym chciała, tatusiu, trafić do takiego cudownego miejsca! Zobaczyć te cuda na własne oczy! - i Ania wzdychała smętnie, wiedząc już od starszego rodzeństwa, że te wszystkie czarodziejskie przygody są bardziej na niby, aniżeli naprawdę!
- Tak, marzysz o cudach opisywanych w Tysiącu i jednej nocy18, a nie chcesz widzieć, córeczko, stokroć piękniejszych cudów, jakie wokoło ciebie rozsypała hojna dłoń Boga! - Uczony opierał się głową o skórzane plecy fotela, a splecione palce rąk składał na kolanach. Mówił powoli, głębokim tonem. - Widziałaś przecież tyle razy maleńka, najzwyklejsze żołędzie w ogrodzie u dziadzia, nieprawdaż? Czy przyszło ci kiedy na myśl, że z czegoś tak niewielkiego może wyrosnąć wspaniały, niebotyczny, rozłożysty dąb?! Czyż trzeba większego cudu?! Przypatrz się uważnie zwykłym kwiatom na łąkach! Czyż liczko najśliczniejszej z twoich czarodziejek wróżek da się porównać z delikatnością ich płatków! Na każdym kroku stąpasz wśród cudów, dziecinko, tylko oczka twoje jeszcze na nie zamknięte! Jakże pragnąłbym dożyć tej chwili, kiedy podrośniesz, kiedy będę mógł wziąć cię za rączkę i pokazać ci skarby nieporównanie cudowniejsze od wszystkich skarbów Alladyna! - tu głos mówiącego nabierał odcienia melancholijnej wątpliwości.
Malutka i ciepła dłoń Ani przesuwała się pieszczotliwie po szorstkim rękawie ojcowskiego ubrania:
- Dożyjesz, tatusienieczku! Dlaczego nie miałbyś dożyć?! Przecież zdrów jesteś zupełnie, kiedy tak dużo piszesz! - i pod wpływem nowej fali pytań, zwierzała się ojcu tajemniczym półszeptem:
- Tatuś wie?! Dostałam wczoraj wieczorem od mamusi małego klapsa!
- Widocznie zawiniłaś - solidaryzował się uczony z żoną, chociaż sam był przeciwnikiem wszystkich kar cielesnych, stosowanych wobec dzieci.
- Czytałam w łóżku już po pacierzu Historię o Marysi i krasnoludkach. Tatuśku, byłam ciekawa końca, więc zapaliłam sobie taki malusieńki kawałek świecy i raptem zobaczyłam cień mamusi nad sobą! Tak się zlękłam, aż mi książka z ręki wypadła! A mamusia taką miała zagniewaną twarzyczkę, jakby to słoneczko, co to mamusia ma w serduszku, schowało się gdzieś daleko! Niegrzeczna rączka! - powiedziała mamusia i dała mi klapsa i poszła prędko, stukając obcasikami. Nie chcę dostawać klapsów od mamusi! Tatuś rozmawia przecież co wieczora z Panem Bogiem, prawda, tatusiu?! To proszę Go poprosić, aby zesłał na mnie Ducha Świętego, żebym ja przez okładkę wiedziała, jaki będzie koniec powiastki! W dzień mi tego nie trzeba, bo mam dużo czasu, tylko wieczorem! Dobrze, tatuśku?!
- Dobrze. Przedstawię dziś wieczorem twoją prośbę Panu Bogu - składał uczony przyrzeczenie poważnym głosem. - Ale ty w zamian obiecaj, córeczko, że będziesz zawsze pamiętała, zawsze - przez całe twe życie - że twój ojciec nie położył się nigdy na spoczynek bez odmówienia wieczornego pacierza. Czy przyrzekasz mi to, Aniu?!
- Przyrzekam - dziewczynka powtórzyła ulegle nieznane jej dotąd słowo - i obiecuję (to brzmiało z zupełnym zrozumieniem przyjmowanego obowiązku), że nie zapomnę nigdy o wieczornym pacierzu tatusiu!
Niekiedy - uchylały się o tej szarej godzinie drzwi od salonu i na progu stawała - mamusia. Serduszko Ani trzepotało się z radości w wątlutkiej piersi, jak ptak strząsający kropelki rosy w słonecznej jutrzni. Bo chociaż dziewczynka kochała swym skupionym, nie rozpraszającym się uczuciem i chorego, mądrego tatusia, i dziadka Wojciecha, który ją tak czule przyjmował i gościł w tych najśliczniejszych Malinkach, i swoje starsze rodzeństwo, nie mówiące nigdy inaczej o niej jak: nasze drogie Aniątko! - ale ponad wszystkich na świecie Ania podziwiała mamusię. Mamusia to była cud nad cudami! Takiej drugiej mamusi nie było przecież na świecie! Może sobie tatuś nie wierzyć, że wróżki zlatują do kołyseczki małego dziecka i przynoszą mu różne dary jako najlepsze i kochające matki chrzestne, ale dlaczego w takim razie mamusia jest taka podobna do wróżki Dobrutki, tej miłej i dobrej opiekunki pokrzywdzonych królewien, a której wizerunek Ania oglądała z niegasnącym zachwytem tyle i tyle razy na obrazku we francuskiej książce Hali: Les contes des fées19 ?! Dlaczego mamusia w balowej, wyciętej sukni, w błyszczącej przepasce na czole jest tak przecudna, że skoro Ania ujrzała ją w takim stroju, to ze zdumienia i szczęścia nie mogła przemówić słowa! Przecież to wróżka Pięknotka! Też same jasne, faliste włosy, też same fiołkowe, ogromne oczy mieniące się liliowymi blaskami jak duże, ciemne ametysty w broszce u piersi i też same ramiona i ręce, różowo mleczne, zgrabniutkie, zakończone paznokietkami, jak płatki róży! A skądże ten zapach róży, jakim mamusia jest tak przepojona, że nawet jej oddech - to zapach kwiecia?! A te jej opowiadania przecudne, a takie prawdziwe, jakby tam wszędzie sama bywała?! Wszystko, to dary, niezwykłe dary tych matek chrzestnych, tych wróżek, w których istnienie tatuś nie wierzy! Za każdym razem, kiedy mamusia stawała w mroku niedalekiego wieczoru na progu salonu, Ania wpatrywała się w nią z bijącym sercem, czy nie ujrzy promienia jasności, z owego chowanego pod sukienką na piersiach, czarodziejskiego słoneczka?!
Ale nie!... Popielate cienie wieczoru nie prześwietlały się żadnym odbłyskiem, tylko dźwięczny głos mamusi rzucał wesołe pytanie:
- Może wam coś zagrać, wielki i mały filozofie?!
- Prosimy bardzo! - odpowiadał tatuś pospiesznie i tyle głębokiej radości zawierało się w tych prostych słowach, jakby niewidzialny promień z mamusinego słoneczka ocieplił i natchnął nowym życiem jego zagrożone serce.
Mamusia szła przez salon lekkimi, posuwistymi krokami. Wszystko w niej było wdziękiem, wszystko tchnęło niewysłowioną harmonią. Podchodziła do fortepianu, którego białe klawisze lśniły w mroku płaskimi grzbietami i zapalała dwie świece pod różowymi kapturkami. Marzycielskie światełko nasycało niewielkie koło przestrzeni, a mamusia siadała przy fortepianie i kładła na jego milczącym, czarno białym uzębieniu swe wysmukłe i zwinne palce. Za chwilę melancholijna i czarująca melodia Sonaty Księżycowej wypływała ze strun instrumentu niby cicho szemrząca kaskada. Zasłuchanej Ani, siedzącej na niskim stołeczku, zdawało się, że płynie na srebrnym pasie księżyca, odbijającym się w cichej powierzchni wody. Łódka, która ją niesie, nie potrzebuje wioseł ni steru! Sama myśl Ani ciągnie ją szybko naprzód i naprzód ku złotej olbrzymiej piłce, huśtającej się lekko w rozlewnych objęciach niedostrzegalnej fali. I nagle białe palce mamusi spadają z góry na pieszczone dotychczas klawisze... Burza skłębionych tonów huczy i rwie się z wielostrunnej, rozszlochanej piersi starego, cennego przyjaciela ich domu! Ania wie co to znaczy... Kuli się nieco na swym stołeczku, tak jej zaczyna być straszno... Przez las ciemny, ponury jedzie w poszóstnej karecie królewna. Wokół niej poczet rycerzy w zbrojach, na pląsających rumakach. Wtem - krzyk, zgiełk, odgłosy trąb, strzały, bój rozpaczliwy! To napaść wrogów, zbójców drapieżnych, najemników Czarnego Rycerza! Odlatują poza pnie głowy, ścinane zbójeckimi mieczami, kona trafiony w samo serce Błękitny Rycerz, zaręczony z cudną królewną, a zbójcy wynoszą ją zemdloną, zbielałą jak lilia, z karety... Już cicho... Las stoi ciemny, ponury i tylko wicher przebiega po jego gałęziach, przebiega i rośnie, szumi i huczy, za bary się bierze z ogromnymi dębami, potrząsa nimi i wyje przeciągle... Aż w końcu z jękliwym świstem odlatuje gdzieś hen, daleko...
Już koniec. Fortepian milczy - słuchacze również. Wreszcie Ania odzywa się błagalnym głosikiem:
- Mamuchno! Zagraj nam jeszcze o tym chłopczyku, co tak się żali, że wróbelek odfrunął mu z ręki!
Pani Alina zna określenia córeczki na pamięć, tak delikatnie zaczyna więc przesuwać zwinnymi paluszkami po klawiszach, jakby malowała jakieś zwiewne pastele. Snują się po całym pokoju subtelne tony szopenowskiego mazurka, wywołując w duszyczce Ani najtkliwsze współczucie dla owego poszkodowanego chłopczyka.
W drzwiach salonu stoją przejęci czarem mamusinej gry Michaś, Pawełek i Hala. Weszli tu, aby powiedzieć, że kolacja jest już na stole i stygnie. Kolację podają wcześnie w domu na Brzozowej ze względu na chorego i na uczące się dzieci. Mamusia dostrzega ich, kończy głębokim, potężnym akordem i wstaje od fortepianu:
- Już dość! Chłopcy, przewieźcie tatusia do jadalni!
Chłopcy rzucają się do tatusinego fotela, zataczają go ostrożnie i popychają w kierunku drzwi do jadalni. Ania wiezie również tatusia. Wygięła się w łuk nieledwie, wbija małe nożyny w posadzkę i, ile tylko sił starczy, pomaga braciom. Mamusia zatrzymuje czasem na kolację panią Spendosię. Jest to eksobywatelka z Ukrainy, siwa staruszka o bladej, nalanej twarzy i smutnych, ale bystro patrzących oczach, której mąż umarł na Syberii jako powstaniec 63 roku20 i któremu, wnet po wysłaniu go na bezterminową katorgę, rząd carski skonfiskował jeszcze w dodatku śliczny majątek w Kijowszczyźnie21. Z uratowanymi resztkami swego posagu przeniosła się biedna wdowa z trojgiem dzieci do Warszawy, ale los uwziął się na nią, jakby zsyłając karę za to, że pokochała i wyszła za mąż za człowieka zagrożonego piersiową chorobą. Ledwie zdołała przeprowadzić dzieci przez szkoły i widziała już je w marzeniach na odpowiednich stanowiskach, gdy rozwijająca się szybko gruźlica zaprowadziła w ciągu kilku lat dwóch synów i córkę do mogiły. Została sama, bez środków do życia, ale ów hart kresowy, tkwiący z dawien dawna w tamtych mocnych ludziach sprawił, iż w zarobkowej pracy i tworzeniu sobie skromnego bytu, znalazła pewną ulgę w niedoli. Wszystko to było dawno, radości i smutki przybrały pastelowe, łagodne tony i pani Spendosia, cerując bieliznę, lubiła opowiadać zasłuchanym dzieciom o swej ukochanej, bujnej i żyznej Ukrainie, gdzie nawet ziemia na wiosnę pachnie inaczej, niżeli tu, na waszych piaseczkach, gdzie zachody słońca są stokroć piękniejsze niż nad murami Warszawy i gdzie natura i ludzie mają gest taki szeroki, wspaniały i malowniczy!
- Nie może tam być piękniej niż w Malinkach, u dziadzia! - przeczyła gorąco i nieufnie Ania.
- Pewno! - potwierdzał aż zbyt głośno wrażliwy i unoszący się z łatwością Michaś, wstrząsając złotawą, falistą czupryną.
- A jednak nawet w podręcznikach szkolnych stoi jak byk, że równie żyznych ziem jak w województwie bracławskim22 nie miała dawna Rzeczypospolita nigdzie! - cytował z pamięci spokojniejszy odeń23, rozważny Pawełek. - Bierzemy teraz w szkole historię Rusi i doskonale to zdanie utkwiło mi w głowie!
- Masz czego bronić! - Michaś wydymał pogardliwie dolną wargę. - Byłeś tam kiedy, sprawdziłeś własnymi oczyma?! Niby to nasza Lubelszczyzna nie żyzna?! A Malinki?! Nie oddałbym ich za wszystkie dawne województwa kresowe!
- Chcesz być mądrzejszym od Korzona! - zaperzył się na dobre Pawełek.
- A ty zanadto ulegasz każdemu drukowanemu słowu! Trzeba mieć także i własne zdanie! - odciął gwałtownie Michaś, czerwieniąc się ze wzburzenia.
Stali naprzeciw siebie jak dwa koguciki, sypiąc nawzajem iskrami z oczu pomimo, iż kochali się obaj tak szczerze, że jeden za drugiego poszedłby bez wahania w ogień i wodę.
- Jest się o co spierać! - wybuchnęła swawolnym śmiechem Hala. - Wstydźcie się, chłopcy! Czekajcie! Zaraz was pogodzę! Napiszemy do dziadzia czy pozwoli, abyśmy na Wielkanoc przywieźli z sobą do Malinek panią Spendosię?! Niech własnymi oczami popatrzy i rozsądzi, gdzie jest naprawdę piękniej?! Tu u nas, czy tam - na tej bajkowej Ukrainie?! Dobrze?! No, zgoda! A teraz, prosimy pięknie, niech nam kochana pani opowie jeszcze coś ciekawego! Może - o swoim ślubie, o weselu?! Jak to tam było? Czy dużo osób? Jakie przyjęcie?! Czy to możliwe, aby szampan lał się rzeką, jak pisał niedawno do mamusi jeden z naszych krewnych o weselu znajomej panienki, złoszcząc się okropnie na takie wydawanie polskiego grosza na głupstwa! Mamusia przeczytała list na głos i powiedziała do tatusia: - Prawda! Ale cóż robić! kiedy to takie smaczne głupstwo! Tatuś nic - tylko oczami uśmiechnął się do mamusi. Więc jak to było, kochana pani?! Słuchamy! Tylko prędko, prędziutko, bo mnóstwo mamy lekcji do przygotowania na jutro! - wyrzucała z siebie Hala potok słów, płynących z dziwną łatwością.
Wszystkie wrażenia wpadały i ulatywały z jej duszy, tak jakby miała w niej okna i drzwi otwarte na oścież. Ogromnie zdolna, była pierwszą uczennicą w swej klasie, ale nieprzetrawione wiadomości, nachwytane świetną pamięcią, nie trzymały się długo umysłu. Było to najzupełniejsze przeciwieństwo charakteru i usposobienia młodszej siostrzyczki, która przeżywała wyłącznie w sobie każde nowe wrażenie, nie dzieląc się nim przenigdy z obcymi i obdarzając swym zaufaniem tylko nieliczne, najbliższe i ukochane osoby.
Kiedyś - zeszłego roku - wybrała się Ania do pani Spendosi z dziadziem Wojciechem, który od czasu do czasu urządzał loterię fantową na korzyść samotnej staruszki, więc chciał jej odnieść - jak mówi - zebraną, dość znaczną sumkę. A może kierowała nim myśl pokazania Ani wnętrza domu i życia wydziedziczonych?!... Z tego się wszakże nikomu nie zwierzył. Dzień był prześliczny, lutowy, mroźny, niedzielny dzień, skąpany w słońcu i chwilowej beztrosce wałęsających się po mieście i świętujących w przechadzce ów siódmy dzień wypoczynku - różnych pracowników Warszawy. Ania szła raźno, trzymając dziadzisia za rękę i zwracając powszechną uwagę swymi złocistymi lokami, rozsypanymi na tle ciemnego aksamitnego futerka i wyrazem oczu, których ciemny szafir migotał w blaskach słońca rozweseloną głębią.
Pani Spendowska mieszkała na Złotej, w oficynie, na czwartym piętrze. Odnajmowała tam kuchenkę, w której jednak było schludnie i czysto. Okruchy dawnego bogactwa, jakieś brązowe lichtarze, złocony, duży kałamarz, stojący stylowy zegar, saskie bombonierki i miniatury na kości słoniowej - rzucały się w oczy tym jaskrawiej, że wszystkie sprzęty były sosnowe, najprostszej roboty, marnego stolarza. Na ścianach wisiały dwa duże płótna i jedno z nich przedstawiało mężczyznę w sile wieku o czarnym, płomiennym oku, drugie - było najwdzięczniejszą grupą trojga przemiłych dzieci, tulących się do młodej przystojnej kobiety, w której domyślać by się należało obecnej gospodyni tego lokalu. Pręgowany bury kot zerwał się z głośnym miauczeniem na widok wchodzących gości i skoczył na podłogę ze stołu, zaś otyła nieco staruszka przywitała ich okrzykiem prawdziwej wdzięczności.
Podczas gdy dziadzio załatwiał sprawy pieniężne z subtelnością i dobrocią, cechującymi jego charakter, Ania rozglądała się dookoła, wodząc oczami po wszystkich przedmiotach. Było jej coraz ciężej na sercu. Nadmierną swą wrażliwością wyczuła raczej, niż zrozumiała - dojmujący ból sieroctwa. Te nieżyjące już dzieci z portretu zdawały się prosić ją o coś, czego odgadnąć nie mogła i to ją strasznie męczyło. Malarz bowiem skierował ich wzrok nie na matkę, ale na patrzących na nie widzów, chcąc spotęgować w ten sposób wrażenie. Pan Tytus Spendowski spoglądał wprawdzie w dal orlim wejrzeniem, ale i tu Ani się zdało, że gdyby ktoś wyrządził krzywdę jego biednej, opuszczonej żonie - to skoczyłby w mig z portretu i starłby na miazgę zuchwalca. - Ja jej nie zrobię nigdy nic złego! - powtarzała w myśli, wysyłając tę obietnicę w stronę mężnego powstańca. - Nie patrzcie na mnie - prosiła bezgłośnie nieżyjące już dzieci, które nie odwracały jednak od niej uporczywego spojrzenia. Dziewczynka pojąć nie mogła, jakie słowa kryją się w ich nieruchomych ustach, tak czerwonych i pełnych jak usta Aldony albo Wilejki!
- Dlaczego tak zbladłaś, Aniu?! - zapytał nagle dziadzio z niepokojem w głosie. Zmęczyłaś się pewno?! To moja wina! Przecież z Brzozowej na Złotą to porządny kawał drogi, ale szłaś tak ochoczo, że nie myślałem o wzięciu dorożki! Chodźmy, maleńka! Wolę cię odwieźć jak najprędzej do domu! Pożegnaj się z panią Spendowską.
Dziewczynka podeszła do staruszki, wpatrującej się w nią nieco wypukłymi, poczciwymi oczami. Macierzyńska troskliwość wyzierała z tych ciemnych źrenic i wywołała w poruszonej duszyczce Ani przymus natychmiastowej reakcji. Zarzuciła obie ręce na szyję osieroconej matki, przycisnęła swe ciepłe usteczka do jednego i do drugiego zmarszczonego policzka:
- To od Juleczki, a to - od Stefanka! - Wspięła się na paluszki i pocałowała rozrzewnioną kobietę w czoło. - A to od najstarszego, Krzycha! Ile razy pani przyjdzie do nas na Brzozową - zawsze tak będę robiła! - i Ania rzuciła spoza ramionek porozumiewawcze spojrzenie w stronę portretu dzieci.
Pani Spendosia ocierała łzy, szepcząc coś w rodzaju: Święte dziecko! albo: Prawdziwy aniołek! - dziadzio odwrócił się i patrzył w milczeniu przez okno, tylko Ania uwolniona od strasznej poprzedniej troski, wyciągała żywo maleńkie śniegowce nie mogąc sobie dać rady z zatrzaskami u góry. Było jej wesoło i lekko, widocznie odgadła niemą prośbę umarłych i padający na nią cień smutku ustąpił miejsca słonecznej pogodzie.
Od tego czasu samotna wdowa została niejako członkiem rodziny Ani. Znalazła się zawsze w domu jakaś pilna robota, wykończona starannie przez pracowite ręce dawnej ziemianki, a jej opowieści o Ukrainie i różnych ludziach, z którymi się znała - liczyć by można było na tuziny!
Dobrze tedy było w rodzinnym gnieździe - dobrze i ciepło, i miło nie tylko swoim, domowym, ale i obcym, przyjaciołom i gościom. Dobrze było w tych słonecznych, obszernych pokojach przez cały dzień i o szarej godzinie, i przy obiedzie, i w czasie kolacji, lecz - dla Ani - najdroższą, najbardziej wyczekiwaną chwilą było ostatnie dobranoc mamusi. Jak słodki jest pocałunek mamusi! Tak słodki jak wonny miód leśny, który Ania jadła u dziadzia w Malinkach! Jak ciche, leciutkie jej kroki, gdy zmówiwszy z Anią wieczorny paciorek i przeżegnawszy ją ślicznym ruchem bieluchnych dłoni - oddala się od niej i znika czarodziejska wróżka Dobrutka!
Dziewczynka zostaje sama w białym łóżeczku za siatką. Przymknięte ma oczy i sen oplata ją więzami miłego bezwładu, ale Ania ostatnim błyskiem zapadającej w łagodną toń świadomości, wie, że anioł stróż stanął za jej usypiającą głowiną i rozpiął nad jej pościelą śnieżyste skrzydła, ochraniając do rana jej cichy, beztroski sen - błogi sen kochanego i szczęśliwego dziecka!