Ania z Zielonego Wzgórza. Anne of Green Gables - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

11.00 zł
9.46 zł (7,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział VII. Modlitwa Ani.

Tegoż wieczoru, odprowadzając Anię do pokoiku na facjatce, Maryla rzekła surowo:

- Wiesz, Aniu, zauważyłam wczoraj, iż, rozebrawszy się rozrzuciłaś ubranie po podłodze. Jest to brzydkie przyzwyczajenie, którego nie znoszę. Każdą część ubrania powinnaś, rozebrawszy się, starannie ułożyć. Nie lubię dziewczynek, nie dbających o porządek.

- Wczoraj wieczorem byłam tak bardzo zrozpaczona, że nie myślałam o ubraniu - odpowiedziała Ania. - Dziś ułożę wszystko jak najskrupulatniej. W przytułku surowo przestrzegano tego. Rzadko kiedy zapomniałam; zdarzało się to jedynie wówczas, gdy spieszyłam się do łóżka, aby zatonąć w marzeniach...

- Tutaj, o ile zostaniesz, nie wolno ci zapominać - upominała Maryla. - Ot tak, wszystko winno być w porządku. Teraz zmów modlitwę i połóż się spać.

- Ja nie odmawiam modlitwy! - rzekła Ania.

Maryla spojrzała zdumiona.

- Co też ty wygadujesz, Aniu? Czyż nie uczyli cię nigdy modlitwy? Bóg żąda, by wszystkie dzieci modliły się! Czy wiesz, Aniu, kto jest Bóg?

- Bóg jest to duch, niewidzialna istota, najwyższa doskonałość, wieczny i niezmienny, wszechmocny, wszystkowiedzący, rozumny, sprawiedliwy, dobry i litościwy - wyrecytowała Ania szybko i płynnie.

Maryla uspokoiła się nieco.

- Więc jednakże masz jakieś pojęcie. Nie jesteś zupełnie poganką. Gdzież nauczyłaś się tego?

- O, w niedzielnej szkole Domu Sierot. Uczyli nas tam całego katechizmu. To mi się bardzo podobało. Jest coś wspaniałego w wyrazach: "Nieskończony, niezmienny i wieczny". Jakie to potężne! Jest w tem głęboki, pełny ton, jak gdyby wielkie organy zagrały. Nie można tego nazwać poezją, ale jednakże przypomina ją trochę, czy nie?

- Nie rozprawiamy teraz o poezji, Aniu... mówimy o wieczornej modlitwie. Czy nie wiesz, że to brzydko nie modlić się każdego wieczoru? Obawiam się, że jesteś bardzo niedobrem dzieckiem.

- Pani także łatwiej byłoby być niedobrą, niż dobrą, gdyby pani miała rude włosy - rzekła Ania z wyrzutem. - Ci, co nie mają rudych włosów, nie wiedzą wcale, jakie to okropne. Pani Tomas powiedziała, że Bóg umyślnie dał mi rude włosy. Od owej chwili nie mogłam go kochać. A zresztą wieczorami bywałam zbyt zmęczona, aby móc recytować jakąś modlitwę. Od ludzi, którzy muszą cały dzień piastować bliźnięta, nie powinno się wymagać, aby pamiętali jeszcze o modlitwie. Czy pani nie jest tegoż zdania?

Maryla przyszła do wniosku, że religijne wychowanie Ani powinnoby się zacząć bezzwłocznie; nie było tu czasu do stracenia.

- Musisz odmawiać modlitwę, dopóki jesteś pod moim dachem, Aniu - rzekła.

- Ależ, owszem, jeśli pani sobie tego życzy - odpowiedziała wesoło dziewczynka. - Uczynię wszystko, by panią zadowolić. Tylko dziś proszę mi powiedzieć, co mam mówić. Leżąc w łóżku, ułożę sobie jakąś bardzo piękną modlitwę, którą odtąd będę codziennie odmawiała. Jestem pewną że to będzie coś bardzo zajmującego.

- Musisz uklęknąć - rzekła Maryla, trochę zakłopotana.

Ania uklękła u kolan Maryli i z powagą spojrzała na nią.

- Dlaczego właściwie należy klękać do modlitwy? Gdybym ja szczerze pragnęła się pomodlić, wiem, cobym uczyniła. Poszłabym sama, samiutka na wielką piękną łąkę, albo lepiej jeszcze do dużego, ciemnego lasu i patrzałabym ku obłokom, het, w górę, w te cudne, bezgraniczne, błękitne niebiosa. Wtedy poprostu odczułabym modlitwę... Jestem gotowa. No, i cóż mam powiedzieć?

Maryla była wciąż zakłopotana. Miała zamiar nauczyć Anię tego codziennego dziecięcego pacierza: "Kiedy się do snu układam" i t. d. Lecz, jakeśmy to już kiedyś wspominali, nie będąc pozbawiona uczucia śmieszności, odczuła natychmiast, że naiwny pacierz, ułożony dla biało ubranych maleństw, szepczących go na kolanach kochających matek, nieodpowiedni był dla tego piegowatego stworzenia, nie uznającego, ani też nie łaknącego Bożej miłości, której mu nigdy nie ofiarowano za pośrednictwem miłości ludzi.

- Jesteś dość duża, abyś potrafiła pomodlić się bez czyjejś pomocy - rzekła wreszcie. - Podziękuj Bogu za wszystkie dobrodziejstwa, jakich doznałaś, i proś go pokornie o spełnienie twoich życzeń.

- Dobrze, postaram się jak najlepiej - przyrzekła Ania, kryjąc twarz na kolanach Maryli.

- Litościwy Ojcze Niebieski - tak mówią księża w kościołach, więc można pewnie i u siebie w domu tak mówić... czy nie? - przerwała, podnosząc na chwilę głowę. - Litościwy Ojcze Niebieski, dziękuję Ci za "Jezioro lśniących wód", za "Białą drogę rozkoszy", za "Królowę śniegu" i za "Jutrzenkę". Jestem Ci zato naprawdę niewymownie wdzięczna. To są wszystkie Twoje dobrodziejstwa, jakie sobie w tej chwili przypominam, i za które Ci się należy podziękowanie. Co się tyczy moich życzeń, jest ich tak wiele, że w tej chwili nie starczyłoby mi czasu na wyliczanie ich. Wymienię więc tylko dwa najważniejsze. Pozwól mi pozostać na Zielonem Wzgórzu i uczyń mnie piękną, gdy dorosnę.

Pozostaję z szacunkiem

Twoja Ania Shirley.

- No i cóż, dobrze? - spytała, spiesznie podnosząc się z kolan. - Gdybym była miała więcej czasu, z pewnością dobrałabym piękniejszych wyrażeń.

Trudno byłoby opisać uczucia biednej Maryli. Pocieszała się nieco przeświadczeniem, że ta niezwykle oryginalna modlitwa była skutkiem nieświadomości, nie zaś braku szacunku dziecka. Starannie otuliła Anię kołdrą, przyrzekając sobie w duchu, że nazajutrz każe jej się nauczyć prawdziwego pacierza. Wychodziła już z pokoiku, zabierając świecę, kiedy Ania przywołała ją znowu.

- Przypomniałam sobie właśnie - rzekła - że powinnam była powiedzieć "amen", zamiast "z szacunkiem". Przecież tak mówią księża w kościołach. Zapomniałam o tem, ale wiedziałam, że musi być jakieś zakończenie, więc dałam takie, jakie znalazłam raz w podręczniku do pisania listów. Czy pani sądzi, że to stanowi jaką różnicę?

- Nie, wątpię bardzo - rzekła Maryla. - Śpij spokojnie, dobranoc!

- Dziś mówię "dobra noc" z czystem sumieniem - rzekła Ania, kryjąc głowę w poduszki.

Maryla wróciła do kuchni, postawiła świecę na stole i zwróciła się ku Mateuszowi.

- Wistocie, Mateuszu, czas najwyższy, aby ktoś przygarnął to dziecko i zajął się jego wychowaniem. Jest to prawie zupełna poganka. Czy uwierzyłbyś, że się nigdy w życiu nie modliła? Muszę zaraz jutro pójść na probostwo pożyczyć dla niej modlitewnik dla młodzieży. Zacznę ją też posyłać do szkoły niedzielnej, gdy tylko zdążę jej uszyć jakieś ubranie. Przewiduję, że będę miała ręce pełne roboty... Tak, tak, każdy musi mieć w życiu swój dział trosk. Dotąd wiodłam spokojny żywot. Teraz przyszła na mnie kolej ciężkich dni, i muszę się poddać z rezygnacją losowi.

Chapter V. Anne's History

 

Do you know," said Anne confidentially, "I've made up my mind to enjoy this drive. It's been my experience that you can nearly always enjoy things if you make up your mind firmly that you will. Of course, you must make it up firmly. I am not going to think about going back to the asylum while we're having our drive. I'm just going to think about the drive. Oh, look, there's one little early wild rose out! Isn't it lovely? Don't you think it must be glad to be a rose? Wouldn't it be nice if roses could talk? I'm sure they could tell us such lovely things. And isn't pink the most bewitching color in the world? I love it, but I can't wear it. Redheaded people can't wear pink, not even in imagination. Did you ever know of anybody whose hair was red when she was young, but got to be another color when she grew up?"

 

"No, I don't know as I ever did," said Marilla mercilessly, "and I shouldn't think it likely to happen in your case either."

 

Anne sighed.

 

"Well, that is another hope gone. 'My life is a perfect graveyard of buried hopes.' That's a sentence I read in a book once, and I say it over to comfort myself whenever I'm disappointed in anything."

 

"I don't see where the comforting comes in myself," said Marilla.

 

"Why, because it sounds so nice and romantic, just as if I were a heroine in a book, you know. I am so fond of romantic things, and a graveyard full of buried hopes is about as romantic a thing as one can imagine isn't it? I'm rather glad I have one. Are we going across the Lake of Shining Waters today?"

 

"We're not going over Barry's pond, if that's what you mean by your Lake of Shining Waters. We're going by the shore road."

 

"Shore road sounds nice," said Anne dreamily. "Is it as nice as it sounds? Just when you said 'shore road' I saw it in a picture in my mind, as quick as that! And White Sands is a pretty name, too; but I don't like it as well as Avonlea. Avonlea is a lovely name. It just sounds like music. How far is it to White Sands?"

 

"It's five miles; and as you're evidently bent on talking you might as well talk to some purpose by telling me what you know about yourself."

 

"Oh, what I know about myself isn't really worth telling," said Anne eagerly. "If you'll only let me tell you what I imagine about myself you'll think it ever so much more interesting."

 

"No, I don't want any of your imaginings. Just you stick to bald facts. Begin at the beginning. Where were you born and how old are you?"

 

"I was eleven last March," said Anne, resigning herself to bald facts with a little sigh. "And I was born in Bolingbroke, Nova Scotia. My father's name was Walter Shirley, and he was a teacher in the Bolingbroke High School. My mother's name was Bertha Shirley. Aren't Walter and Bertha lovely names? I'm so glad my parents had nice names. It would be a real disgrace to have a father named-well, say Jedediah, wouldn't it?"

 

"I guess it doesn't matter what a person's name is as long as he behaves himself," said Marilla, feeling herself called upon to inculcate a good and useful moral.

 

"Well, I don't know." Anne looked thoughtful. "I read in a book once that a rose by any other name would smell as sweet, but I've never been able to believe it. I don't believe a rose would be as nice if it was called a thistle or a skunk cabbage. I suppose my father could have been a good man even if he had been called Jedediah; but I'm sure it would have been a cross. Well, my mother was a teacher in the High school, too, but when she married father she gave up teaching, of course. A husband was enough responsibility. Mrs. Thomas said that they were a pair of babies and as poor as church mice. They went to live in a weeny-teeny little yellow house in Bolingbroke. I've never seen that house, but I've imagined it thousands of times. I think it must have had honeysuckle over the parlor window and lilacs in the front yard and lilies of the valley just inside the gate. Yes, and muslin curtains in all the windows. Muslin curtains give a house such an air. I was born in that house. Mrs. Thomas said I was the homeliest baby she ever saw, I was so scrawny and tiny and nothing but eyes, but that mother thought I was perfectly beautiful. I should think a mother would be a better judge than a poor woman who came in to scrub, wouldn't you? I'm glad she was satisfied with me anyhow, I would feel so sad if I thought I was a disappointment to her-because she didn't live very long after that, you see. She died of fever when I was just three months old. I do wish she'd lived long enough for me to remember calling her mother. I think it would be so sweet to say 'mother,' don't you? And father died four days afterwards from fever too. That left me an orphan and folks were at their wits' end, so Mrs. Thomas said, what to do with me. You see, nobody wanted me even then. It seems to be my fate. Father and mother had both come from places far away and it was well known they hadn't any relatives living. Finally Mrs. Thomas said she'd take me, though she was poor and had a drunken husband. She brought me up by hand. Do you know if there is anything in being brought up by hand that ought to make people who are brought up that way better than other people? Because whenever I was naughty Mrs. Thomas would ask me how I could be such a bad girl when she had brought me up by hand-reproachful-like.

 

"Mr. and Mrs. Thomas moved away from Bolingbroke to Marysville, and I lived with them until I was eight years old. I helped look after the Thomas children-there were four of them younger than me-and I can tell you they took a lot of looking after. Then Mr. Thomas was killed falling under a train and his mother offered to take Mrs. Thomas and the children, but she didn't want me. Mrs. Thomas was at her wits' end, so she said, what to do with me. Then Mrs. Hammond from up the river came down and said she'd take me, seeing I was handy with children, and I went up the river to live with her in a little clearing among the stumps. It was a very lonesome place. I'm sure I could never have lived there if I hadn't had an imagination. Mr. Hammond worked a little sawmill up there, and Mrs. Hammond had eight children. She had twins three times. I like babies in moderation, but twins three times in succession is too much. I told Mrs. Hammond so firmly, when the last pair came. I used to get so dreadfully tired carrying them about.

 

"I lived up river with Mrs. Hammond over two years, and then Mr. Hammond died and Mrs. Hammond broke up housekeeping. She divided her children among her relatives and went to the States. I had to go to the asylum at Hopeton, because nobody would take me. They didn't want me at the asylum, either; they said they were over-crowded as it was. But they had to take me and I was there four months until Mrs. Spencer came."

 

Anne finished up with another sigh, of relief this time. Evidently she did not like talking about her experiences in a world that had not wanted her.

 

"Did you ever go to school?" demanded Marilla, turning the sorrel mare down the shore road.

 

"Not a great deal. I went a little the last year I stayed with Mrs. Thomas. When I went up river we were so far from a school that I couldn't walk it in winter and there was a vacation in summer, so I could only go in the spring and fall. But of course I went while I was at the asylum. I can read pretty well and I know ever so many pieces of poetry off by heart-'The Battle of Hohenlinden' and 'Edinburgh after Flodden,' and 'Bingen of the Rhine,' and most of the 'Lady of the Lake' and most of 'The Seasons' by James Thompson. Don't you just love poetry that gives you a crinkly feeling up and down your back? There is a piece in the Fifth Reader-'The Downfall of Poland'-that is just full of thrills. Of course, I wasn't in the Fifth Reader-I was only in the Fourth-but the big girls used to lend me theirs to read."

 

"Were those women-Mrs. Thomas and Mrs. Hammond-good to you?" asked Marilla, looking at Anne out of the corner of her eye.

 

"O-o-o-h," faltered Anne. Her sensitive little face suddenly flushed scarlet and embarrassment sat on her brow. "Oh, they meant to be-I know they meant to be just as good and kind as possible. And when people mean to be good to you, you don't mind very much when they're not quite-always. They had a good deal to worry them, you know. It's a very trying to have a drunken husband, you see; and it must be very trying to have twins three times in succession, don't you think? But I feel sure they meant to be good to me."

 

Marilla asked no more questions. Anne gave herself up to a silent rapture over the shore road and Marilla guided the sorrel abstractedly while she pondered deeply. Pity was suddenly stirring in her heart for the child. What a starved, unloved life she had had-a life of drudgery and poverty and neglect; for Marilla was shrewd enough to read between the lines of Anne's history and divine the truth. No wonder she had been so delighted at the prospect of a real home. It was a pity she had to be sent back. What if she, Marilla, should indulge Matthew's unaccountable whim and let her stay? He was set on it; and the child seemed a nice, teachable little thing.

 

"She's got too much to say," thought Marilla, "but she might be trained out of that. And there's nothing rude or slangy in what she does say. She's ladylike. It's likely her people were nice folks."

 

The shore road was "woodsy and wild and lonesome." On the right hand, scrub firs, their spirits quite unbroken by long years of tussle with the gulf winds, grew thickly. On the left were the steep red sandstone cliffs, so near the track in places that a mare of less steadiness than the sorrel might have tried the nerves of the people behind her. Down at the base of the cliffs were heaps of surf-worn rocks or little sandy coves inlaid with pebbles as with ocean jewels; beyond lay the sea, shimmering and blue, and over it soared the gulls, their pinions flashing silvery in the sunlight.

 

"Isn't the sea wonderful?" said Anne, rousing from a long, wide-eyed silence. "Once, when I lived in Marysville, Mr. Thomas hired an express wagon and took us all to spend the day at the shore ten miles away. I enjoyed every moment of that day, even if I had to look after the children all the time. I lived it over in happy dreams for years. But this shore is nicer than the Marysville shore. Aren't those gulls splendid? Would you like to be a gull? I think I would-that is, if I couldn't be a human girl. Don't you think it would be nice to wake up at sunrise and swoop down over the water and away out over that lovely blue all day; and then at night to fly back to one's nest? Oh, I can just imagine myself doing it. What big house is that just ahead, please?"

 

"That's the White Sands Hotel. Mr. Kirke runs it, but the season hasn't begun yet. There are heaps of Americans come there for the summer. They think this shore is just about right."

 

"I was afraid it might be Mrs. Spencer's place," said Anne mournfully. "I don't want to get there. Somehow, it will seem like the end of everything."

 

Rozdział III. Zdumienie Maryli Cutbert.

Na odgłos kroków brata Maryla szybko wybiegła na jego spotkanie. Lecz kiedy wzrok jej padł na dziwaczne, małe stworzenie, w ciasnej, grubej sukience, z długiemi, ognisto-czerwonemi warkoczami i oczami błyszczącemi radością, cofnęła się, zdumiona.

- Cóż to, Mateuszu? - wybuchnęła. - Gdzież jest chłopiec?

- Nie było tam chłopca - odpowiedział Mateusz nieśmiało. - Była tylko ona.

Wskazał dziewczynkę, przypomniawszy sobie dopiero teraz, że nie zapytał jej nawet o imię.

- Nie było chłopca? - Ależ musiał tam być - nalegała Maryla. - Wszakże prosiliśmy panią Spencer, by go przywiozła.

- Tak, ale nie uczyniła tego. Przywiozła właśnie tę dziewczynkę. Pytałem zawiadowcę stacji, ale ten powiedział, że pani Spencer zostawiła tylko ją. I musiałem ją zabrać do domu. Nie można było zostawić dziecka na pustej stacji, nawet jeśli zaszła jakaś pomyłka.

- A to paradne! - zawołała Maryla.

Podczas tej rozmowy dziewczynka milczała, a oczy jej krążyły od Maryli do Mateusza. Wyraz radości znikł z jej twarzyczki. Zdawało się, że nagle zrozumiała treść rozmowy. Rzuciwszy swą drogocenną torbę, zrobiła kilka kroków naprzód i załamała ręce.

- Nie chcecie mnie! - krzyknęła. - Nie chcecie mnie dlatego, że nie jestem chłopcem! Powinnam się była tego spodziewać! Nikt mnie nie chciał! Zawsze tak bywało! Powinnam była rozumieć, że to było zbyt piękne, aby mogło się spełnić! Powinnam była wiedzieć, że mnie nigdy nikt nie zechce! Ale cóż ja pocznę? - Rozpłynę się chyba we łzach!

I uczyniła to. Opadłszy na krzesło, zarzuciła ręce nad głowę, potem ukryła twarz w dłonie i zaczęła gwałtownie szlochać.

Maryla i Mateusz spoglądali na siebie przerażeni. Żadne z nich nie wiedziało, co począć, co powiedzieć. Wreszcie Maryla przerwała milczenie.

- Cicho, cicho, przecież niema znowu o co tak rozpaczać!

- Niema o co?

Dziewczynka szybko podniosła głowę i ukazała twarzyczkę, skąpaną we łzach, oraz drgające usta.

- Pani także płakałaby, gdyby, będąc sierotą, przybyła pod dach domu, który miał zostać jej rodzinnym domem, i nagle dowiedziałaby się, że pani nie chcą, bo nie jest chłopcem! O, jest to najtragiczniejsza chwila, jaką przeżyłam!

Coś, jakby niechętny uśmiech, trochę leniwy, bo dawno nieczynny, złagodził surowy wyraz twarzy Maryli.

- Nie płacz tylko! Nie wyrzucamy cię przecież za drzwi dziś wieczór! Pozostaniesz u nas, dopóki się cała ta sprawa nie wyjaśni. Jak się nazywasz?

Dziewczynka zawahała się przez chwilę.

- Możeby pani zechciała nazywać mnie Kordelją? - rzekła śpiesznie.

- Nazywać cię Kordelją? Czy to nie jest twoje imię?

- Nie-e-e, nie zupełnie, ale chciałabym nazywać się Kordelją. To brzmi tak dystyngowanie!

- Nie pojmuję, o co ci chodzi. Jeśli nie nazywasz się Kordelja, jakie masz imię?

- Anna Shirley - wyjąkała niechętnie właścicielka tego imienia. - Ale proszę, niech pani nazywa mnie Kordelją. Wszakże dla pani jest to obojętne, jak na mnie wołać będzie, jeśli pozostanę tutaj niedługo. A przecież Anna to takie nieromantyczne imię.

- Romantyczne, czy nieromantyczne! - odburknęła prozaiczna Maryla. - Anna jest skromne i rozumne imię. Nie masz powodu się go wstydzić.

- Ja się go nie wstydzę - odpowiedziała Anna, - tylko Kordelja więcej mi się podoba, i w ostatnich czasach wmówiłam sobie, że się tak nazywam. Kiedy byłam młodsza, wolałam imię Geraldyny, ale teraz jestem zdania, że Kordelja jest ładniejsze. Jeśli jednak pani chce koniecznie nazywać mnie Anną, proszę przynajmniej mówić "Aniu", zamiast Andziu.

- Myślę, że to wszystko jedno - rzekła Maryla z owym niedostrzegalnym uśmiechem.

- O nie, to wielka różnica! To brzmi o wiele, o wiele delikatniej. Wymawiając jakieś imię, widzimy je natychmiast przed sobą, jak gdyby było wydrukowane; przynajmniej ja tak odczuwam. Andzia wygląda ohydnie, zaś Ania delikatnie. Jeśli więc pani zechce nazywać mnie Anią, postaram pogodzić się z myślą, że nie noszę imienia Kordelji.

- A więc, Aniu, nie Andziu, czy możesz nam powiedzieć, w jaki sposób zaszło to nieporozumienie? Prosiliśmy panią Spencer, by nam przywiozła chłopca. Czy w Domu Sierot nie było chłopców?

- Owszem, jest ich bardzo wielu. Lecz pani Spencer powiedziała wyraźnie, że państwo życzą sobie wziąć jedenastoletnią dziewczynkę. Wtedy przełożona uznała, że ja będę najodpowiedniejsza. Pani niema pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam! Całą noc nie spałam z radości! Ach - dodała, zwracając się z wyrzutem do Mateusza - czemuż nie powiedział mi pan na dworcu, że to pomyłka, i nie pozostawił mnie tam? Gdyby nie widziała Białej drogi rozkoszy ani Jeziora lśniących wód, nie byłoby mi tak ciężko na duszy.

- O czem ona mówi? - spytała Maryla brata.

- Przypomina sobie... szczegóły naszej rozmowy, podczas gdyśmy jechali... - odpowiedział śpiesznie Mateusz. - Idę wyprząc klacz, Marylo. Proszę cię, przygotuj herbatę, zanim powrócę.

- Czy pani Spencer wiozła jeszcze jakie dziecko? - pytała dalej Maryla po odejściu Mateusza.

- Owszem, zabrała Lutka Jonesa dla siebie. Lutek ma zaledwie pięć lat i jest bardzo piękny. Ma ciemne, kasztanowate włosy. Gdybym ja miała kasztanowate włosy i była bardzo piękna, czybyście mnie także nie przyjęli?

- O, nie. Chcieliśmy chłopca, któryby pomagał Mateuszowi w gospodarstwie. Nie potrzeba nam dziewczyny. Zdejm kapelusz! Położę go wraz z twoją torbą na stole w sieni.

Ania posłusznie zdjęła kapelusz. Po chwili wrócił Mateusz i zasiedli do wieczerzy. Ale Ania nic nie jadła. Napróżno dziobała, jak ptaszek, chleb z masłem i marmeladę jabłkową, podaną jej na szklanej podstawce. Widocznem było, że nie mogła przełknąć ani jednego kęsa.

- Ależ ty nic nie jesz! - zauważyła Maryla, rzucając jej spojrzenie surowe, jakby za jakiś czyn, godny nagany.

Ania westchnęła.

- Nie mogę. Wpadłam w otchłań rozpaczy. Czyby pani miała ochotę do jedzenia, gdyby pani wpadła w otchłań rozpaczy?

- Nie mogę tego powiedzieć, bom tam nigdy nie była - odrzekła Maryla sucho.

- Ach, pani nie była... Ale chyba że pani to sobie kiedy wyobrażała?

- Nie, i to nie.

- Ha, w takim razie przypuszczam, że pani nie może zrozumieć tego uczucia. Jest ono bardzo nieprzyjemne... Kiedy się wtedy próbuje jeść, w gardle coś staje i nie można nic przełknąć, nawet czekoladki. Dwa lata temu jadłam czekoladkę. Było to coś przepysznego! Odtąd często śniłam, że mam całą torebkę czekoladek, lecz zawsze, ilekroć sięgnęłam po pierwszą, budziłam się. Przecież nie będziecie się gniewali o to, że nie jem. Wszystko tutaj jest doskonałe, ale jednak nie mogę...

- Jest pewnie zmęczona - rzekł Mateusz, który od chwili powrotu nie wyrzekł ani słowa. - Najlepiej byłoby kazać jej pójść spać.

Maryla myślała właśnie nad tem, gdzieby Ania mogła przepędzić noc. Przygotowała była dla oczekiwanego chłopca komórkę obok kuchni. Lecz pomimo że był to kąt czysty i jasny, nie wydawał jej się odpowiedni dla dziewczynki. Wobec tego, że o przyjęciu takiej bezdomnej istoty w gościnnym pokoju mowy być nie mogło, pozostawał tylko pokoiczek na facjatce.

Maryla zapaliła świecę i kazała Ani pójść za sobą, co też dziewczynka uczyniła, zabierając po drodze przez sień torbę swoją i kapelusz. Sień była także bez zarzutu, a pokoik na górze, w którym się Ania znalazła po chwili, wydawał się jeszcze czyściejszym.

Maryla postawiła lichtarz na małym trójnożnym stoliku i odgarnęła kołdrę z łóżka.

- Masz pewnie koszulę nocną? - spytała.

Ania skinęła głową potwierdzająco.

- Owszem, mam dwie. Przełożona mi je uszyła. Są strasznie wąskie. Wszystko w Domu Sierot jest bardzo szczupło wymierzone, wszystkiego jest skąpo, więc też i szyją oszczędnie... przynajmniej w takim ubogim przytułku, jakim jest nasz. Niecierpię krótkich i ciasnych nocnych koszul. Ale przecież można w nich równie przyjemnie śnić jak w ozdobionych haftami i oszytych koronką wokoło szyi. To jest jedyna pociecha.

- Tak, ale rozbierz się jak najprędzej i kładź się do łóżka. Powrócę za pięć minut zagasić świecę. Nie byłabym spokojna, gdybym to tobie poleciła. Mogłabyś zaprószyć ogień.

Po odejściu Maryli Ania rozejrzała się wokoło. Białe tynkowane ściany były takie nagie i smutne, jak gdyby się same litowały nad swem ubóstwem. Podłoga była także goła; tylko pośrodku leżała okrągła pleciona mata, jakiej Ania nigdy dotąd nie widziała. W jednym kącie pokoju znajdowało się wysokie, staroświeckie łóżko o czterech ciemnych słupach, przeznaczonych do zawieszania kotary. W drugim kącie trójnożny stolik, a na nim czerwona aksamitna poduszeczka do szpilek, dość twarda, by złamać ostrze najgrubszej nawet igły. Nad stolikiem maleńkie podłużne lusterko. Pomiędzy łóżkiem a stolikiem znajdowało się okno, przybrane u góry śnieżno-białą muślinową falbaną, zaś wprost okna umywalka. Od całego tego pokoiku wiał przerażający chłód, nie dający się wcale opisać. To też przejął on biedną Anię do szpiku kości.

Szlochając, szybko zrzuciła z siebie ubranie, włożyła ciasną nocną koszulę i wskoczyła do łóżka, aby, zatopiwszy twarz w poduszce, nakryć się kołdrą aż na głowę.

Kiedy Maryla powróciła, by zabrać świecę, rozrzucone po podłodze rozmaite części ubrania i nastroszona pościel były jedyną oznaką czyjejś obecności w pokoju.

Spokojnie podniosła ubranie Ani, złożyła je w porządku na niskiem, ceratowem krześle, wzięła świecę i zbliżyła się do łóżka.

- Dobranoc! - rzekła.

Blada twarzyczka Ani i wielkie jej oczy wyjrzały natychmiast z pod kołdry.

- Jakże mówi mi pani "dobra" noc, wiedząc, że będzie to najgorsza noc, jaką kiedykolwiek przeżyłam - rzekła z wyrzutem.

Poczem znowu zniknęła pod kołdrą.

Maryla powoli zeszła do kuchni i zaczęła zmywać naczynia od wieczerzy. Mateusz palił fajkę - niewątpliwa oznaka złego humoru. Palił rzadko, bo Maryla nie lubiła tego, nazywając używanie fajki złem przezwyczajeniem. Nieraz jednak pozwalał sobie na ten wybryk, na co siostra patrzała wtedy przez palce.

- Tak, ładna historja! - rzekła gniewnie. - Przez posły wilk nie tyje. Prawdopodobnie służący pani Spencer przekręcił treść naszej prośby. Jutro musi jedno z nas pojechać rozmówić się z panią Spencer. Dziewczynę należy odesłać do Domu Sierot.

- Tak sądzę - odpowiedział Mateusz jakby bez przekonania.

- Sądzisz? - czy nie uważasz tego za konieczne?

- Wiesz, Marylo, to jest bardzo miłe stworzenie. Naprawdę, że przykro jest odesłać tę dziewczynkę, kiedy tak bardzo pragnęłaby tu pozostać.

- Ależ, Mateuszu, czyż, zdaniem twojem, powinnibyśmy ją zatrzymać?

Zdziwienie Maryli nie byłoby większe, gdyby jej spokojny brat wypowiedział chęć chodzenia na głowie.

- Nie, nie, nie zupełnie - wyjąkał Mateusz, nie wiedząc, jak wybrnąć. - Uważam... że nie mogą żądać tego od nas.

- Co znowu! A właściwie czem byłaby ona dla nas?

- Może my bylibyśmy czemś dla niej, Marylo - wyrzekł Mateusz zupełnie niespodzianie.

- Mateuszu! zdaje mi się, że to dziecko zaczarowało cię! Widzę, że pragniesz je zatrzymać!

- Wierzaj mi, że to bardzo ciekawa istota! - przekonywał Mateusz. - Gdybyś ją słyszała rozprawiającą, kiedyśmy wracali z dworca...

- O, mówić ona potrafi! Odrazu to poznałam. I to wcale dobrze o niej nie świadczy. Nie lubię dzieci, które dużo mówią. Nigdy nie pragnęłam dziewczynki z przytułku, a gdybym miała wybierać, to w każdym razie nie tego rodzaju. Jest w niej coś, czego nie rozumiem. Nie, odeślemy ją tą samą drogą, jaką przybyła.

- Możebym ja wziął francuskiego chłopca do pomocy w gospodarstwie, a tybyś ją zatrzymała do towarzystwa - rzekł Mateusz.

- Nie potrzeba mi towarzystwa - odburknęła Maryla szorstko. - Nie mam zamiaru zatrzymać jej.

- Zrobisz tak jak sama zechcesz - odpowiedział Mateusz, wstając i odkładając fajkę. - Idę spać; dobranoc.

Mateusz odszedł. Wkrótce i Maryla, pozmywawszy naczynia kuchenne, udała się na spoczynek. Zaś na facjatce, o piętro wyżej, leżała samotna, bezdomna, spragniona miłości dziecina, którą gorzki płacz ukołysał wreszcie do snu.

Rozdział II. Zdumienie Mateusza.

Mateusz Cutbert wolnym krokiem przejechał osiem mil, dzielących go od Szerokiej Rzeki. Śliczną była owa droga, wijąca się pomiędzy dwoma szeregami wygodnych dworków, miejscami przerzynana skrawkiem lasu sosnowego o balsamicznym zapachu żywicy lub jakąś dolinką, gdzie dzikie śliwy wyciągały swe gałęzie, osypane puszystym kwieciem. Powietrze nasycone było zapachami niezliczonych sadów jabłkowych, łąki gubiły się w dali na horyzoncie w purpurze i opalu, a ptaszki śpiewały i wyciągały trele z taką radością, jaka się należy pierwszym dniom wiosny.

Mateusz rozkoszował się tą przejażdżką we właściwy sobie sposób. Urok psuły mu jedynie chwile, w których musiał się kłaniać spotykanym kobietom. Na wyspie księcia Edwarda panuje bowiem zwyczaj kłaniania się każdej spotykanej osobie, czy to znajomej, czy obcej.

Mateusz nie lubił kobiet, prócz swej siostry Maryli i pani Małgorzaty. Podejrzywał te tajemnicze istoty, że w duchu śmieją się zeń. Właściwie miał zupełne prawo tak sądzić, gdyż powierzchowność jego była naprawdę dość śmieszna; niezgrabna figura, długie popielato-siwe włosy, sięgające zgarbionych pleców, i gęsta, ciemna broda, którą zapuścił, mając lat dwadzieścia. Prawdę mówiąc, kiedy miał lat dwadzieścia, wyglądał tak samo, jak obecnie. Tyle tylko, że nie był siwy.

Przybywszy na stację, nie zastał ani znaku pociągu. Przypuszczając, że zajechał zbyt wcześnie, uwiązał klacz w podwórzu małego zajazdu i udał się na dworzec. Długi peron był prawie pusty. Jedyną żywą istotą była dziewczynka, siedząca na stosie dachówek.

Mateusz, zauważywszy, że to dziewczynka, przemknął się obok, nie patrząc na nią nawet. Gdyby się jej był przyjrzał, nie uszedłby jego uwadze wyraz pełen niepokoju i wyczekiwania, jaki się na całej tej małej postaci malował. Widocznie czekała tu na kogoś czy też na coś, a że oczekiwanie było w tej chwili jej jedyną czynnością, oddawała jej się z całem przejęciem, na jakie się zdobyć potrafiła.

Spotkawszy zawiadowcę stacji, zamykającego właśnie okienko kasy, z zamiarem udania się do domu na wieczerzę, Mateusz zapytał go, czy pociąg, przybywający o pół do szóstej, nieprędko nadejdzie?

- Pociąg ten już był przybył i odszedł pół godziny temu - odpowiedział zapytany. - Wysiadł zaś jeden tylko pasażer, mający jechać do was - jakaś mała dziewczynka. Oto siedzi tam, na tym stosie dachówek. Prosiłem, by weszła do poczekalni dla pań, ale odrzekła, że woli zostać na peronie. Tutaj ma - jakto się ona wyraziła? - więcej pola dla swej wyobraźni. Oryginalny dzieciak, powiadam panu!

- Ależ ja nie oczekuję żadnej dziewczynki - odpowiedział Mateusz bezradnie. - Przybyłem po chłopca, którego miałem tu zastać. Pani Spencer przyrzekła sprowadzić go z Nowej Szkocji.

Zawiadowca uśmiechnął się.

- W takim razie zaszła jakaś pomyłka - rzekł. - Pani Spencer wyszła z wagonu z tą oto dziewczynką, którą mi powierzyła. Opowiedziała, że pan i pańska siostra bierzecie ją na wychowanie z Domu Sierot i że pan po nią przyjedzie. Oto wszystko, co mogę powiedzieć w tej sprawie. Więcej dzieci z Domu Sierot nie mam na składzie - dodał żartobliwie.

- Nie pojmuję zupełnie - rzekł z zakłopotaniem Mateusz, żałując, że tu niema Maryli dla rozwiązania tej sprawy.

- Najlepiej będzie, jeśli pan sam rozmówi się z dziewczynką - radził zawiadowca. - Z pewnością ona wyjaśni wszystko; jest bowiem niezwykle rezolutna, mogę pana zapewnić. Być może, że w przytułku nie mieli takiego chłopca, jakiego pan sobie życzył.

Skinął głową i odszedł, gdyż był głodny. Biedny Mateusz pozostał sam. Miał uczynić coś, co uważał za gorsze, niż dostanie się do lwiej paszczy. Musiał zwrócić się z pytaniem do dziewczynki - do obcej dziewczynki - do sieroty - z pytaniem, dlaczego nie jest ona chłopcem? Mateusz westchnął ciężko i wolnym krokiem ruszył w stronę, gdzie dziewczynka siedziała.

Już gdy po raz pierwszy przechodził tędy, utkwiła ona weń wzrok, teraz znowu oczy jej spoczęły na nim.

Mateusz nie patrzał na nią, ale gdyby nawet był patrzał, nie spostrzegłby tego, co zwykły obserwator potrafiłby tu zauważyć.

Dziewczynka około lat jedenastu ubrana była w bardzo krótką, bardzo wąską i bardzo brzydką sukienkę z szarożółtawej, domowego wyrobu wełny. Na głowie miała wyblakły, brunatny kapelusz marynarski, z pod którego opadały na ramiona dwa bardzo grube, czerwone, jak ogień, warkocze. Twarzyczka była drobna, blada, chuda i bardzo piegowata, usta duże, oczy takież, przyczem zmieniające barwę, to zielone, to znowu szare.

Tyle widziałby przeciętny obserwator. Bardziej bystry spostrzegacz zauważyłby, że podbródek był szpiczasty i wystający, że wielkie oczy były pełne życia i inteligencji, usta słodkie i wymowne, zaś czoło szerokie i rozumne. Jednem słowem, bardziej spostrzegawczy widz doszedłby do wniosku, że niepospolitą duszyczkę musiała posiadać ta biedna bezdomna istotka, której nieśmiały Mateusz Cutbert tak bardzo się przeraził.

Przykrość rozpoczęcia rozmowy została mu jednakże oszczędzona, bo zaledwie dziewczynka zrozumiała, że prawdopodobnie po nią przyjechał, zerwała się z miejsca, jedną chudą, brunatną rączką chwyciła wytartą, staromodną torbę podróżną, drugą zaś jemu podała.

- Domyślam się, że to pan Mateusz Cutbert z Zielonego Wzgórza - rzekła niezwykle jasnym i miłym głosem. - Cieszę się bardzo, że pana widzę. Zaczęłam się już lękać, że pan po mnie nie przyjedzie i przemyśliwałam, co właściwie mogło panu przeszkodzić. Postanowiłam więc, o ileby pan nie przyjechał po mnie dziś wieczór, wdrapać się po drabinie na szczyt tej oto wielkiej dzikiej wiśni i tam przepędzić noc. Wcalebym się nie bała, bo przecież cudnie byłoby przespać noc pośród białego kwiecia dzikiej wiśni, przy świetle księżyca, prawda? Zdawaćby się mogło, że mieszkam w marmurowym pałacu, czy nie? A byłabym zupełnie spokojna, że jeśli pan nie przybył po mnie dziś wieczór, z pewnością nadjedzie pan jutro wczesnym rankiem.

Mateusz, nieco zmieszany, uścisnął szczupłą dłoń dziewczynki, a jednocześnie stanowczo postanowił nie mówić temu dziecku o błyszczących oczach, że tu zaszło jakieś nieporozumienie. Zabierze ją do domu i niechaj Maryla rozwikła tę sprawę. Nie mógłby jej wszak w żadnym razie, nawet w razie pomyłki, pozostawić na dworcu; więc wszelkie pytania i wyjaśnienia pozostawi do chwili, gdy wreszcie szczęśliwie znajdzie się z powrotem w domu, na Zielonem Wzgórzu.

- Żałuję, żem się spóźnił - rzekł nieśmiało. - Chodź, mała, ze mną! Koń mój czeka dalej. Daj mi twoją torbę!

- Ach, cóż znowu! - zaprotestowała wesoło dziewczynka. - Nie jest ona wcale ciężka. Wprawdzie wszystko, co mam i posiadam, spoczywa w niej, ale pomimo to nie jest ona wcale ciężka. A jeśli nie trzymać jej w pewien odpowiedni sposób, otwiera się z jednej strony. Ja znam ten sposób i dlatego najchętniej sama ją niosę. Jest to niezmiernie stara torba... Ach, jakże się cieszę, że pan przyjechał po mnie, pomimo że cudownie byłoby spać na dzikiej wiśni. Pewnie daleką mamy drogę, prawda? Pani Spencer mówiła mi, że prawie osiem mil. Jestem temu bardzo rada, bo strasznie lubię jechać. Ach, jakże to doskonale, że będę z wami mieszkała i będę do was należała... Nigdy dotąd nie należałam do kogoś. Ale Dom Sierot to już było najgorsze. Przeżyłam tam tylko cztery miesiące, jednak to wystarcza! Przypuszczam, że pan nigdy nie był w Domu Sierot, więc nie może pan sobie wyobrazić, jak tam jest. To chyba najgorsze, co sobie można przedstawić! Pani Spencer uważa, że to bardzo brzydko, iż ja tak mówię, ale ja przecież nic złego nie mam na myśli. Bardzo łatwo jest uczynić nieświadomie coś brzydkiego, prawda? Opiekunowie w Domu Sierot są dobrzy - to pewna. Ale tam niema wcale pola dla imaginacji! Wszystko jest tak jednostajne, takie do siebie podobne... - prócz dzieci, rozumie się. Bo o dzieciach można sobie rozmaite rzeczy wyobrażać. Naprzykład pomyśleć sobie, że ta dziewczynka, obok śpiąca, jest może córką jakiegoś księcia, wykradzioną rodzicom we wczesnem dzieciństwie przez niegodziwą niańkę, która umarła, nie zdążywszy wyznać swego czynu. Zwykle nocami starałam się nie spać i zmyślać takie historje, bo w dzień nie miałam na to czasu. Być może, iż dlatego jestem tak strasznie chuda, bo jestem chuda, czy pan nie uważa tego? Nie mam ani źdźbła mięsa na kościach. Ale chętnie wyobrażam sobie, że jestem pełna i ładna, z dołeczkami na łokciach...

Towarzyszka Mateusza zamilkła, po części dlatego, że zabrakło jej tchu, po części zaś, że właśnie stanęli przy kabrjolecie. Nie wyrzekła już ani jednego słowa, gdy opuszczali miasteczko i wyjechali na stromy pagórek. Droga wrzynała się tu głęboko w soczysty grunt. Po obu jej stronach rosły kwitnące wiśnie i smukłe topole, tworząc niby dach tunelu nad głowami jadących.

Dziewczynka wyciągnęła dłoń i zerwała gałązkę dzikiej śliwy, która musnęła bok kabrjoletu.

- Czyż to nie cudne? Co pan myśli, widząc takie drzewa, osypane śnieżno-białym kwieciem? Cóż one panu przypominają?

- Nie myślę o tem - rzekł Mateusz.

- Ależ pannę młodą, bez wątpienia! Biało ubraną pannę młodą, w białym koronkowym welonie. Nie widziałam panny młodej, ale mogę sobie wyobrazić, że tak właśnie wygląda! Ja z pewnością nigdy nie będę panną młodą. Bo ze mną nikt nie zechce się ożenić... może wreszcie jaki misjonarz, tępiący pogaństwo. Przecież misjonarz nie powinien być wybredny! Ale białą suknię będę może kiedy posiadała. Jest to szczyt moich pragnień ziemskich. Uwielbiam piękne suknie! Nigdy w życiu, jak tylko mogę zapamiętać, nie miałam strojnego ubrania. Tem bardziej tęskni się do czegoś, czego się nie posiadało, czyż nie? A zresztą potrafię sobie wyobrazić, że jestem pięknie ubrana! Dziś rano, kiedym opuszczała Dom Sierot, było mi tak przykro, że musiałam wyjść w tej starej, szkaradnej, codziennej sukni. Wszystkie dzieci noszą tam takie. Jakiś kupiec podarował zeszłej zimy naszemu przytułkowi trzysta metrów tej tkaniny. Niektórzy mówili, że zrobił to dlatego, iż nie mógł rozprzedać tej sztuki, ale ja wolę przypuszczać, że uczynił to z dobrego serca, prawda? Kiedy wsiadłam do wagonu, czułam, że każdy, kto spojrzy na mnie, będzie się nademną litował. Ale ja sama wyobrażałam sobie wtedy, że jestem w bladoniebieskiej jedwabnej sukni - wszakże wyobrażać sobie można i coś najpiękniejszego - w wielkim kapeluszu, przybranym kwiatami i powiewnemi piórami, mam złoty zegarek, cienkie skórkowe rękawiczki i bronzowe trzewiki, zapinane z boku. Byłam taka szczęśliwa, tak się rozkoszowałam tą podróżą! Na statku nie miałam wcale morskiej choroby. I pani Spencer czuła się dobrze, pomimo, że zwykle choruje. Mówiła, że nie miała czasu, bo bezustannie musiała uważać na mnie, bym nie wpadła do wody. Mówiła też, że w życiu nie widziała tak niespokojnego ducha. A przecież, jeśli dzięki mnie uniknęła morskiej choroby, nie powinna była się skarżyć, czy nie? Wszakże nic dziwnego, że chciałam obejrzeć wszystko na statku, bo kto wie, kiedy będę miała znowu sposobność ku temu?... Ach, jakże tu wiele kwitnących drzew wiśniowych! Ta wyspa to wspaniały ogród kwitnący! Już ją kocham i jestem tak bardzo szczęśliwa, że będę tu mieszkała. Słyszałam zawsze, że wyspa księcia Edwarda to najpiękniejsze miejsce na świecie i nieraz wyobrażałam sobie, że mieszkam na niej. Lecz nigdy nie odważyłam się pomyśleć, że rzeczywiście tu zamieszkam. A czyż to nie rozkosznie, jeśli sen się spełnia?... Jakże te czerwone drogi są dziwne! Kiedyśmy wsiadły do wagonu w Charlotte Town i te drogi zaczęły przed nami migać, spytałam panią Spencer, co czyni je czerwonemi? Odpowiedziała, że nie wie i żebym ją, na miłość Boską, zwolniła od tych ciągłych pytań... Powiedziała, żem ją z pewnością pytała przynajmniej sto razy... Być może, ale jakże zrozumieć rozmaite rzeczy, jeśli nie można zadawać pytań? No, i od czegóż są te drogi czerwone?

- Naprawdę, że nie wiem - odrzekł Mateusz.

- A więc jest to jeszcze jedno, na co muszę poszukać wyjaśnienia. Czyż to nie bardzo przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak życiem cieszę... świat jest taki ciekawy... Nie byłby nim ani w połowie, gdybyśmy wszystko wiedzieli już zawczasu, czy nie? Ale ja może za wiele mówię? Zawsze uważają, że jestem zbyt gadatliwa. Możeby pan wołał, ażebym milczała? Jeśli pan sobie życzy, proszę otwarcie powiedzieć. Potrafię milczeć, gdy zechcę. Chociaż to nie jest łatwe.

Mateusz, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, czuł się wcale dobrze. Jak ludzie milczący wogóle, lubił osoby gadatliwe, o ile te, rozprawiając, nie wymagały jego współudziału w rozmowie. Lecz nigdy nie przypuszczał, że towarzystwo dziewczynki może być przyjemne. Kobiety były, zdaniem jego, nudne, a cóż dopiero dziewczynki! Nie lubił ich, gdy cichaczem starały się minąć go, zerkając zdala, jak gdyby się lękały, że połknie je jednym tchem, jeśli odważą się wymówić bodaj słówko. Takiemi bowiem były dobrze wychowane dziewczynki z Avonlei. Ale to piegowate, jasnookie stworzonko było zupełnie inne i pomimo, że powolnej inteligencji Mateusza trudno było podążyć za jego żywym biegiem myśli, czuł wyraźnie, że ten szczebiot nie był mu wcale przykrym.

- Mów, ile chcesz. Mnie to nie przeszkadza - rzekł życzliwie.

- Ach, jakże się cieszę! Przeczuwam, że pan i ja będziemy się zgadzali. Przyjemnie jest mówić do syta, a nie być zmuszonym milczeć, dlatego, że dorośli są zdania, iż dzieci powinno się widzieć, a nie słyszeć. Mówili mi to z miljon razy przynajmniej. I śmieją się ze mnie, że używam obrazowych wyrażeń. Ale jeśli ktoś ma piękne myśli, musi wszakże używać pięknych wyrażeń dla określenia ich. Czy nie prawda?

- Owszem, tak się zdaje - potwierdzał Mateusz.

- Pani Spencer mówi, że mój język musi być zawieszony przez środek. Ale to nieprawda, bo jest mocno przytwierdzony z jednego końca. Opowiadała mi, że wasza posiadłość nazywa się Zielone Wzgórze. Wypytywałam ją o wszystko. Mówiła, że otoczona jest wokoło drzewami. Jakże szczęśliwą się uczułam! Ach, kocham drzewa nadewszystko! W naszym przytułku nie było ich wcale; zaledwie kilka biednych, nędznych drzewek u głównego wejścia. One także wyglądały jak sieroty. Tak mi ich strasznie żal było! I często mówiłam do nich: Ach, wy biedne maleństwa! Gdybyście rosły w wielkim szumiącym lesie, w sąsiedztwie innych wielkich drzew, gdzieby drobne mchy i konwalijki leśne pokrywały wasze korzenie, w pobliżu szemrałby strumyk, a w gałęziach świegotały ptaki, czyżbyście wtedy nie rozrosły się szybko? Tutaj, gdzie jesteście, nie możecie się rozwijać! Doskonale rozumiem, jak wy się tu czujecie, kochane drzewka! Przykro mi było dziś rano, kiedym się z niemi żegnała. Człowiek przywiązuje się do niektórych rzeczy, wszak prawda? Czy w pobliżu Zielonego Wzgórza jest jaki strumyczek? Zapomniałam spytać o to panią Spencer!

- Pewnie, że jest, tuż za naszym dworkiem.

- Co za szczęście! Zawsze marzyłam o tem, żeby mieszkać kiedy nad strumykiem! Ale nie spodziewałam się wcale, że to się ziści. Marzenia nie zawsze się spełniają, prawda? Teraz będę prawie zupełnie szczęśliwa! Bo zupełnie szczęśliwą nigdy być nie mogę, gdyż... jaki to jest kolor?

Ujęła jeden ze swych długich, lśniących warkoczy, opadających na chude plecy, i zbliżyła go do oczu Mateusza, który nie przywykł wprawdzie wyrokować o kolorze warkoczy damskich, lecz w tym wypadku nie mógł mieć żadnych wątpliwości.

- Czerwony, czy nie? - rzekł.

Dziewczynka odrzuciła warkocz z westchnieniem tak głębokiem, iż zdawało się wydobywać niemal z jej stóp i wyrażać smutek wielu wieków.

- Tak, czerwony - potwierdziła z rezygnacją. - Teraz zrozumiał pan, dlaczego nie mogę być zupełnie szczęśliwą. Nie może nią być osoba, posiadająca czerwone włosy! Wszystkiem innem: piegami, zielonemi oczami i moją chudością nie martwię się tyle. Potrafię sobie wyobrazić, że jest inaczej. Potrafię sobie wyobrazić, że mam najdelikatniejszą płeć koloru różowego płatka róży i fiołkowe oczy, błyszczące jak gwiazdy. Ale nie mogę sobie wyobrazić, że nie mam tych włosów. Staram się o to, powtarzam sobie: włosy twoje są lśniąco czarne, czarne jak skrzydła krucze. Napróżno! Wiem, że są czerwone, jak ogień, i serce mi pęka z bólu. Będzie to zmartwienie całego mego życia. Czytałam pewnego razu o dziewczynce, która miała troskę przez całe życie, lecz nie o czerwone włosy. Przeciwnie, miała lśniące złote loki, opadające na alabastrowe czoło. Co to znaczy czoło z alabastru? Nigdy nie mogłam się dowiedzieć. Czy pan może mi to objaśnić?

- Nie, obawiam się, że nie potrafię - odrzekł Mateusz.

- No, w każdym razie musiało to być coś bardzo pięknego, bo była bosko piękna. Czy pan może sobie wyobrazić, jak się czuje ktoś, co jest bosko piękny?

- Nie, nie mogę - wyznawał Mateusz skromnie.

- Ja mogę. A gdyby panu kazali wybierać, jakim chciałby pan być, bosko pięknym, tryskającym zdrowiem, czy anielsko dobrym?

- Naprawdę... nie wiem dokładnie.

- Ja też nie wiem. Jestem w nieustannej niepewności! Ale mniejsza o to, bo ja przecież nigdy nie będę taką. A już najpewniej nie będę anielsko dobrą... Pani Spencer mówi, że... ach, panie Cutbert! Ach panie Cutbert, panie Cutbert!

Nie były to słowa pani Spencer. Dziewczynka nie wypadła też z kabrjoletu, ani Mateusz nie uczynił nic niezwykłego. Lecz poprostu skręcili z gościńca i wjechali w Aleję.

"Aleją" nazywali mieszkańcy tych stron długą cztero- czy pięćsetjardową drogę, nad którą sklepiały się dwa rzędy wielkich, w tej chwili białem kwieciem osypanych jabłoni, przed wielu laty zasadzonych tu przez jakiegoś starego rolnika "dziwaka". Jechali pod długiem sklepieniem śnieżnobiałego, pachnącego kwiecia. Panował pod niem łagodny półcień, daleko zaś w głębi lśniło fioletem i purpurą zabarwione wieczorne niebo, niby wielkie różowe okno świątyni.

Cudny ten widok chwilowo odjął mowę dziewczynce. Przechyliła się w tył siedzenia, chude rączyny splotła na kolanach, a twarzyczkę w niemym zachwycie podniosła ku wspaniałemu sklepieniu. Wtedy nawet, gdy już wyjechali z alei, dziewczynka pozostała jeszcze milcząca, bez ruchu.

Przejechali w milczeniu Newbridge, gęsto zaludnione miasteczko, gdzie psy, ujadając, rzuciły się na nich, mali chłopcy witali ich podrzucaniem czapek w górę, a wiele twarzy ciekawie wychyliło się z okien. Przebyli prawie ze trzy mile, a dziewczynka wciąż jeszcze nie zaczynała rozmowy. Prawdopodobnie umiała milczeć równie wytrwale, jak i mówić.

- Domyślam się, że jesteś porządnie zmęczona i głodna - rzekł wreszcie Mateusz, nie mogąc inaczej wytłumaczyć sobie jej milczenia. - Ale znajdujemy się już niedaleko domu, o parę mil tylko.

Z głębokiem westchnieniem ocknęła się ze swych marzeń i spojrzała nań, jak istota, która dotąd bujała w dalekich, gwiaździstych przestworzach.

- Ach, panie Cutbert - szepnęła - to białe... ta biała droga... co to było takiego?

- Masz pewnie Aleję na myśli - odpowiedział Mateusz po chwili namysłu. - Tak, to bardzo ładne miejsce.

- Ładne? O, ładne to wcale niedostateczna nazwa. Ani piękna, to także nie wystarcza. Ono jest cudowne, cudowne! Jest to pierwsza rzecz, którą widziałam w życiu, a której nie możnaby sobie wyobrazić cudowniejszą. Tutaj - wskazała ręką piersi - tutaj sprawiło mi to ból nawet, ale ból przyjemny. Czy pan doznawał kiedy takiego bólu, panie Cutbert?

- Nie, nie pamiętam, abym go miał kiedykolwiek.

- Ja często go doznaję. Zawsze, ilekroć widzę coś cudownie pięknego? Ale dlaczego nazwaliście to królewskie sklepienie Aleją? Przecież ta nazwa nic nie wyraża! Powinnoby to się nazywać... zaraz, pomyślę tylko... Białą drogą rozkoszy. Czy to nie byłaby śliczna nazwa? Kiedy mi się imię jakiejś osoby lub rzeczy nie podoba, zawsze staram się wymyślić inne. W naszym Domu Sierot była dziewczynka, imieniem Hepziba Jenkins, ale ja w myśli zwałam ją zawsze Rozalją de Vere. Niechaj sobie wszyscy ten sklepiony kurytarz nazywają Aleją. Ja zawsze będę mówiła "Biała droga rozkoszy!..." Czy naprawdę będziemy niedługo w domu? Martwię się tem i cieszę. Martwię się, bo ta przejażdżka była tak cudna, a zawsze przykro, kiedy się coś przyjemnego kończy. Przecież i potem może się zdarzyć coś miłego, ale nigdy nie jest się tego pewnym. Wiem to z doświadczenia. A cieszę się, że przyjadę do domu. Widzi pan, od czasu jak zapamiętam, nie miałam nigdy prawdziwego domu. Teraz znowu doznaję tego przyjemnego bólu... Ach, czyż to nie śliczne!

Zjeżdżali właśnie z wierzchołka wzgórza. W dole ujrzeli staw, wyglądający prawie jak rzeczka, taki był długi i kręty. Pośrodku przerzynał go mostek, poniżej którego, odcięta od szafirowej zatoki morskiej łańcuchem piasczystych polanek, mieniła się woda stawu tęczą barw szafranu, szkarłatu oraz jaśniejszej i ciemniejszej zieleni z tysiącem łagodnych półtonów, dla których nie znaleziono jeszcze nazw. Powyżej mostu prześlizgiwał się ów staw pomiędzy gęstemi gajami jodeł i klonów i rozpościerał się ciemno-lśniący w ich cieniu. Tu i owdzie ze stromego wybrzeża wychylała się dzika śliwa, niby zalotne dziewczę, wspinające się na palce, by ujrzeć w wodzie swe własne odbicie. Z bagien w pobliżu stawu rozlegał się dziwnie jasny i melancholijny chór głosów żabich.

Z pomiędzy białych jabłoni, nieco wyżej na wzgórzu, wychylał się niewielki szary domek, a pomimo że zmierzch nie był jeszcze zupełny, z jednego okienka migotało światło.

- Oto jest staw rodziny Barrych - rzekł Mateusz.

- Fe, jaka szkaradna nazwa! Jabym to inaczej określiła... pozwól mi pan pomyśleć... Jezioro lśniącej wody! Tak, to jest odpowiednie. Poznaję to po owym dreszczu, bo jeśli nazwa, którą nadaję, jest naprawdę piękna, to natychmiast dreszcz mnie przejmuje. Czy i pan miewa nieraz dreszcz?

Mateusz pomyślał chwilę.

- O, owszem, zdarza się... Dreszcz zawsze mnie przejmuje, ilekroć widzę te szkaradne białe liszki, pełzające po zagonach ogórków. Niecierpię ich!

- Ach, to jest pewnie zupełnie inny rodzaj dreszczu. Przecież musi być ogromna różnica pomiędzy liszkami a jeziorem o ciemnych, źwierciedlanych falach. Dlaczego ludzie nazywają je stawem Barrych?

- Pewnie dlatego, że w tym małym domku mieszka pan Barry. Posiadłość jego nazywa się Sosnowe Wzgórze.

- Gdyby poza nią nie znajdował się ten gęsty gaj, widzianoby już stąd Zielone Wzgórze. Teraz przejedziemy most, droga skręci na lewo i będziemy o pól mili od domu.

- Czy Pan Barry ma córeczki? Nie maleńkie, ale takie w moim wieku?

- Owszem, ma dziewczynkę jedenastoletnią. Nazywa się Djana.

- Ach! - Ania westchnęła bardzo głęboko. - Cóż za prześliczne imię!

- Nie uważam tego. Brzmi jakoś pogańsko. Ja wolę Jankę, Marynię lub coś podobnego. Ale kiedy Djana przyszła na świat, w domu Barrych był nauczyciel, którego prosili o wybór imienia. On to zaproponował imię Djany.

- Szkoda, że nie było nauczyciela tam, gdzie ja się urodziłam... Ach, oto jesteśmy na moście. Zamykam oczy. Zawsze boję się mostem jechać, bo doznaję uczucia, że kiedy się znajdę pośrodku, most załamie się, jak scyzoryk, i zapadnie pod nami. Dlatego przymykam oczy, ale z boku zerkam, gdy przypuszczam, żeśmy minęli środek mostu. Bo, na wypadek, gdyby się załamał, chciałabym to widzieć... Ach, jakże dudni! Ale oto przejechaliśmy! Teraz spojrzę poza siebie. Dobranoc, kochane "Jezioro lśniącej wody!" Zawsze mawiam dobranoc temu wszystkiemu, co lubię, tak samo jak ludziom. Ta woda patrzy na mnie, jakby się uśmiechała.

Kiedy wjechali na przyległy pagórek i droga znowu zmieniła kierunek, Mateusz rzekł:

- Jesteśmy bardzo blisko domu. Zielone Wzgórze...

- Ach, nie mów pan, gdzie! - przerwała śpiesznie, chwytając jego wyciągnięte ramię, i zamknęła oczy, by nie widzieć, co wskazuje. - Pozwól mi zgadnąć. Jestem pewna, że zgadnę!

Znowu otworzyła oczy i rozejrzała się wokoło. Znajdowali się na szczycie wzgórza. Słońce było już zaszło, ale krajobraz tonął jeszcze w świetle. Na wschodzie ciemna dzwonnica kościółka zarysowywała się na złoto-czerwonawym obłoku. Niżej roztaczała się mała dolina, a po drugiej stronie długi, nieco stromy łańcuch wzgórz, usianych ładnemi dworkami.

Oczy dziewczynki błądziły uważnie i żywo od jednego dworku do drugiego. Wreszcie zatrzymały się na dość obszernym, co stał trochę na lewo, bardzo daleko od gościńca, otoczony kwitnącym sadem, wyraźnie odcinającym się od przyległych lasów. Ponad tym dworem w południowo-wschodniej stronie czystego, wolnego od obłoków nieba, błyszczała wielka gwiazda, niby kryształowa lampa, wskazująca drogę, pełna obietnic.

- To tutaj, prawda? - rzekła, wyciągając rękę w ową stronę.

Mateusz wesoło śmignął klacz.

- Wistocie, zgadłaś! - rzekł - prawdopodobnie pani Spencer bardzo szczegółowo opisała ci wszystko.

- Nie, wcale nie. To, co mówiła, dałoby się równie dobrze zastosować do innych dworków. Nie wytworzyłam sobie wcale dokładnego pojęcia o waszym domu. Lecz zaledwie go dojrzałam, uczułam, że tam znajduje się moja nowa ojczyzna. Ach, czy to aby nie jest sen! Czy pan uwierzy, że moje ramię musi być sine i żółte, tyle razy szczypałam się dziś od rana. Bo chciałam się przebudzić, gdyby to był tylko sen! Szczypałam się, żeby się przekonać, że to prawda... lecz nagle przypomniałam sobie, że jeśli to sen, nie chcę się zbudzić, wolę śnić dłużej i przerwałam szczypanie... Ale to jest przecież rzeczywista prawda i istotnie niedługo będę w domu!

Umilkła z westchnieniem ulgi. Mateusz niespokojnie kręcił się na swem miejscu. Rad był, że to Maryla, a nie on, powie temu biednemu, bezdomnemu dziecku, że dom, do którego tak tęskniła, swych drzwi dla niego nie otworzy.

Zmierzch był już zupełny, kiedy przejeżdżali obok mieszkania pani Linde. Pomimo to czcigodna niewiasta z okna swego potrafiła dojrzeć ich, gdy skręcali na drogę ku Zielonemu Wzgórzu.

Kiedy zajechali w podwórze, Mateusz drżał przed mającem nastąpić wyjaśnieniem, z uczuciem, którego nie potrafił sobie wytłumaczyć. Nie myślał o przykrości, jaką ta omyłka sprawić może jemu lub Maryli, lecz o rozczarowaniu dziecka. Gdy wyobrażał sobie, jak zachwyt zgaśnie w jego oczach, doznawał równie bolesnego uczucia, jak gdyby miał pomóc w torturowaniu kogoś; doznawał takiego wstrętu, jaki go opanowywał, kiedy trzeba było zakłuć prosię, cielę lub inne niewinne stworzenie.

Stanęli przed dworkiem. W podwórzu było już zupełnie ciemno. Liście topoli poruszały się na gałęziach z szelestem jedwabiu.

- Posłuchaj pan, jak drzewa rozmawiają we śnie - szepnęła, stając na ziemi. - Jakież cudne muszą mieć sny!

Poczem, ująwszy mocno torbę, zawierającą całą jej chudobę, weszła za Mateuszem do sieni.

 

Chapter IV. Morning at Green Gables

 

It was broad daylight when Anne awoke and sat up in bed, staring confusedly at the window through which a flood of cheery sunshine was pouring and outside of which something white and feathery waved across glimpses of blue sky.

 

For a moment she could not remember where she was. First came a delightful thrill, as something very pleasant; then a horrible remembrance. This was Green Gables and they didn't want her because she wasn't a boy!

 

But it was morning and, yes, it was a cherry-tree in full bloom outside of her window. With a bound she was out of bed and across the floor. She pushed up the sash-it went up stiffly and creakily, as if it hadn't been opened for a long time, which was the case; and it stuck so tight that nothing was needed to hold it up.

 

Anne dropped on her knees and gazed out into the June morning, her eyes glistening with delight. Oh, wasn't it beautiful? Wasn't it a lovely place? Suppose she wasn't really going to stay here! She would imagine she was. There was scope for imagination here.

 

A huge cherry-tree grew outside, so close that its boughs tapped against the house, and it was so thick-set with blossoms that hardly a leaf was to be seen. On both sides of the house was a big orchard, one of apple-trees and one of cherry-trees, also showered over with blossoms; and their grass was all sprinkled with dandelions. In the garden below were lilac-trees purple with flowers, and their dizzily sweet fragrance drifted up to the window on the morning wind.

 

Below the garden a green field lush with clover sloped down to the hollow where the brook ran and where scores of white birches grew, upspringing airily out of an undergrowth suggestive of delightful possibilities in ferns and mosses and woodsy things generally. Beyond it was a hill, green and feathery with spruce and fir; there was a gap in it where the gray gable end of the little house she had seen from the other side of the Lake of Shining Waters was visible.

 

Off to the left were the big barns and beyond them, away down over green, low-sloping fields, was a sparkling blue glimpse of sea.

 

Anne's beauty-loving eyes lingered on it all, taking everything greedily in. She had looked on so many unlovely places in her life, poor child; but this was as lovely as anything she had ever dreamed.

 

She knelt there, lost to everything but the loveliness around her, until she was startled by a hand on her shoulder. Marilla had come in unheard by the small dreamer.

 

"It's time you were dressed," she said curtly.

 

Marilla really did not know how to talk to the child, and her uncomfortable ignorance made her crisp and curt when she did not mean to be.

 

Anne stood up and drew a long breath.

 

"Oh, isn't it wonderful?" she said, waving her hand comprehensively at the good world outside.

 

"It's a big tree," said Marilla, "and it blooms great, but the fruit don't amount to much never-small and wormy."

 

"Oh, I don't mean just the tree; of course it's lovely-yes, it's radiantly lovely-it blooms as if it meant it-but I meant everything, the garden and the orchard and the brook and the woods, the whole big dear world. Don't you feel as if you just loved the world on a morning like this? And I can hear the brook laughing all the way up here. Have you ever noticed what cheerful things brooks are? They're always laughing. Even in winter-time I've heard them under the ice. I'm so glad there's a brook near Green Gables. Perhaps you think it doesn't make any difference to me when you're not going to keep me, but it does. I shall always like to remember that there is a brook at Green Gables even if I never see it again. If there wasn't a brook I'd be haunted by the uncomfortable feeling that there ought to be one. I'm not in the depths of despair this morning. I never can be in the morning. Isn't it a splendid thing that there are mornings? But I feel very sad. I've just been imagining that it was really me you wanted after all and that I was to stay here for ever and ever. It was a great comfort while it lasted. But the worst of imagining things is that the time comes when you have to stop and that hurts."

 

"You'd better get dressed and come down-stairs and never mind your imaginings," said Marilla as soon as she could get a word in edgewise. "Breakfast is waiting. Wash your face and comb your hair. Leave the window up and turn your bedclothes back over the foot of the bed. Be as smart as you can."

 

Anne could evidently be smart to some purpose for she was down-stairs in ten minutes' time, with her clothes neatly on, her hair brushed and braided, her face washed, and a comfortable consciousness pervading her soul that she had fulfilled all Marilla's requirements. As a matter of fact, however, she had forgotten to turn back the bedclothes.

 

"I'm pretty hungry this morning," she announced as she slipped into the chair Marilla placed for her. "The world doesn't seem such a howling wilderness as it did last night. I'm so glad it's a sunshiny morning. But I like rainy mornings real well, too. All sorts of mornings are interesting, don't you think? You don't know what's going to happen through the day, and there's so much scope for imagination. But I'm glad it's not rainy today because it's easier to be cheerful and bear up under affliction on a sunshiny day. I feel that I have a good deal to bear up under. It's all very well to read about sorrows and imagine yourself living through them heroically, but it's not so nice when you really come to have them, is it?"

 

"For pity's sake hold your tongue," said Marilla. "You talk entirely too much for a little girl."

 

Thereupon Anne held her tongue so obediently and thoroughly that her continued silence made Marilla rather nervous, as if in the presence of something not exactly natural. Matthew also held his tongue,-but this was natural,-so that the meal was a very silent one.

 

As it progressed Anne became more and more abstracted, eating mechanically, with her big eyes fixed unswervingly and unseeingly on the sky outside the window. This made Marilla more nervous than ever; she had an uncomfortable feeling that while this odd child's body might be there at the table her spirit was far away in some remote airy cloudland, borne aloft on the wings of imagination. Who would want such a child about the place?

 

Yet Matthew wished to keep her, of all unaccountable things! Marilla felt that he wanted it just as much this morning as he had the night before, and that he would go on wanting it. That was Matthew's way-take a whim into his head and cling to it with the most amazing silent persistency-a persistency ten times more potent and effectual in its very silence than if he had talked it out.

 

When the meal was ended Anne came out of her reverie and offered to wash the dishes.

 

"Can you wash dishes right?" asked Marilla distrustfully.

 

"Pretty well. I'm better at looking after children, though. I've had so much experience at that. It's such a pity you haven't any here for me to look after."

 

"I don't feel as if I wanted any more children to look after than I've got at present. You're problem enough in all conscience. What's to be done with you I don't know. Matthew is a most ridiculous man."

 

"I think he's lovely," said Anne reproachfully. "He is so very sympathetic. He didn't mind how much I talked-he seemed to like it. I felt that he was a kindred spirit as soon as ever I saw him."

 

"You're both queer enough, if that's what you mean by kindred spirits," said Marilla with a sniff. "Yes, you may wash the dishes. Take plenty of hot water, and be sure you dry them well. I've got enough to attend to this morning for I'll have to drive over to White Sands in the afternoon and see Mrs. Spencer. You'll come with me and we'll settle what's to be done with you. After you've finished the dishes go up-stairs and make your bed."

 

Anne washed the dishes deftly enough, as Marilla who kept a sharp eye on the process, discerned. Later on she made her bed less successfully, for she had never learned the art of wrestling with a feather tick. But is was done somehow and smoothed down; and then Marilla, to get rid of her, told her she might go out-of-doors and amuse herself until dinner time.

 

Anne flew to the door, face alight, eyes glowing. On the very threshold she stopped short, wheeled about, came back and sat down by the table, light and glow as effectually blotted out as if some one had clapped an extinguisher on her.

 

"What's the matter now?" demanded Marilla.

 

"I don't dare go out," said Anne, in the tone of a martyr relinquishing all earthly joys. "If I can't stay here there is no use in my loving Green Gables. And if I go out there and get acquainted with all those trees and flowers and the orchard and the brook I'll not be able to help loving it. It's hard enough now, so I won't make it any harder. I want to go out so much-everything seems to be calling to me, 'Anne, Anne, come out to us. Anne, Anne, we want a playmate'-but it's better not. There is no use in loving things if you have to be torn from them, is there? And it's so hard to keep from loving things, isn't it? That was why I was so glad when I thought I was going to live here. I thought I'd have so many things to love and nothing to hinder me. But that brief dream is over. I am resigned to my fate now, so I don't think I'll go out for fear I'll get unresigned again. What is the name of that geranium on the window-sill, please?"

 

"That's the apple-scented geranium."

 

"Oh, I don't mean that sort of a name. I mean just a name you gave it yourself. Didn't you give it a name? May I give it one then? May I call it-let me see-Bonny would do-may I call it Bonny while I'm here? Oh, do let me!"

 

"Goodness, I don't care. But where on earth is the sense of naming a geranium?"

 

"Oh, I like things to have handles even if they are only geraniums. It makes them seem more like people. How do you know but that it hurts a geranium's feelings just to be called a geranium and nothing else? You wouldn't like to be called nothing but a woman all the time. Yes, I shall call it Bonny. I named that cherry-tree outside my bedroom window this morning. I called it Snow Queen because it was so white. Of course, it won't always be in blossom, but one can imagine that it is, can't one?"

 

"I never in all my life saw or heard anything to equal her," muttered Marilla, beating a retreat down to the cellar after potatoes. "She is kind of interesting as Matthew says. I can feel already that I'm wondering what on earth she'll say next. She'll be casting a spell over me, too. She's cast it over Matthew. That look he gave me when he went out said everything he said or hinted last night over again. I wish he was like other men and would talk things out. A body could answer back then and argue him into reason. But what's to be done with a man who just looks?"

 

Anne had relapsed into reverie, with her chin in her hands and her eyes on the sky, when Marilla returned from her cellar pilgrimage. There Marilla left her until the early dinner was on the table.

 

"I suppose I can have the mare and buggy this afternoon, Matthew?" said Marilla.

 

Matthew nodded and looked wistfully at Anne. Marilla intercepted the look and said grimly:

 

"I'm going to drive over to White Sands and settle this thing. I'll take Anne with me and Mrs. Spencer will probably make arrangements to send her back to Nova Scotia at once. I'll set your tea out for you and I'll be home in time to milk the cows."

 

Still Matthew said nothing and Marilla had a sense of having wasted words and breath. There is nothing more aggravating than a man who won't talk back-unless it is a woman who won't.

 

Matthew hitched the sorrel into the buggy in due time and Marilla and Anne set off. Matthew opened the yard gate for them and as they drove slowly through, he said, to nobody in particular as it seemed:

 

"Little Jerry Buote from the Creek was here this morning, and I told him I guessed I'd hire him for the summer."

 

Marilla made no reply, but she hit the unlucky sorrel such a vicious clip with the whip that the fat mare, unused to such treatment, whizzed indignantly down the lane at an alarming pace. Marilla looked back once as the buggy bounced along and saw that aggravating Matthew leaning over the gate, looking wistfully after them.

 

 

Rozdział V. Historia Ani.

- Wie pani - mówiła Ania z ufnością - mam zamiar cieszyć się tą przejażdżką. Wiem z doświadczenia, że prawie zawsze można być zadowolonym, o ile się tego naprawdę pragnie. Tylko należy pragnąć szczerze. Więc jadąc, nie będę myślała ani o Domu Sierot, ani o tem, że tam wrócę. Będę myślała jedynie o przejażdżce. O, niechże pani spojrzy, oto zakwitła już dzika różyczka! Czy nie cudna? Czy pani nie uważa, że przyjemnie jest być różą? Gdyby też róże mogły mówić! Jestem pewna, że opowiadałyby najmilsze rzeczy. A czy barwa czerwona nie jest najpiękniejsza w świecie? Lubię ją nadewszystko, lecz nie mogę jej używać. Osoby rude nie powinny przecież ubierać się czerwono... nawet w wyobraźni. Czy pani przypadkiem nie słyszała o tem, że ktoś w dzieciństwie miał rude włosy, które zmieniły barwę, gdy dorósł?

- Nie, nie mogę sobie tego przypomnieć - odpowiedziała surowo Maryla. - Co się zaś ciebie tyczy, nie przypuszczam, aby taka zmiana była możliwa.

Ania westchnęła.

- Znowu jedna nadzieja pogrzebana... Życie moje jest prawdziwym cmentarzem nadziei. Przeczytałam kiedyś to zdanie w jednej z książek i odtąd pocieszam się niem, ile razy doznaję jakiegoś rozczarowania.

- Chciałabym wiedzieć, co stanowi tę pociechę? - rzekła Maryla.

- To, że wyrazy te brzmią romantycznie i elegancko, jak gdybym była bohaterką jakiejś powieści. Szalenie lubię wszystko, co romantyczne, a cmentarz pogrzebanych nadziei jest chyba czemś najbardziej romantycznem... Prawie że rada jestem, iż go posiadam. Czy będziemy jechały przez "Jezioro lśniących wód?"

- Nie, przejeżdżamy przez staw Barrych, bo zapewne o nim mówisz. Pojedziemy wybrzeżem morskiem.

- Wybrzeże morskie! ślicznie brzmi - rzekła Ania zamyślona. - Ciekawam, czy jest równie piękne, jak się zowie. Gdy pani powiedziała "wybrzeże morskie", widziałam w myśli taki prześliczny obraz! Białe Piaski to także ładna nazwa! Ale nie taka ładna jak Avonlea. Avonlea brzmi cudnie, zupełnie jak muzyka! Jak daleko do Białych Piasków?

- Pięć mil. Wobec tego, że będziesz zapewne bezustannie mówiła, mów przynajmniej do rzeczy i opowiedz mi wszystko, co wiesz o sobie.

- O, to, co wiem o sobie, nie jest naprawdę godne opowiadania. Lecz gdyby mi pani pozwoliła opowiedzieć to wszystko, co zmyślam o sobie i co sobie wyobrażam, bezwątpienia zajęłoby to panią daleko więcej.

- Dziękuję bardzo! Żadnych bajek z wyobraźni! Trzymaj się samych faktów. Zacznij od początku. Gdzie się urodziłaś i ile masz lat?

- W marcu skończyłam jedenaście - rzekła Ania z westchnieniem, pełnem rezygnacji. - Na świat przyszłam w Bolingbroke, w Nowej Szkocji. Ojciec mój nazywał się Walter Shirley i był nauczycielem w Wyższej Szkole. Matka nazywała się Berta. Czy Berta i Walter to nie ładne imiona? Ja się tak bardzo cieszę, że rodzice moi mieli piękne imiona. Przecież to byłoby okropne, gdyby mój ojciec nazywał się... powiedzmy naprzykład, Jedeniak?

- Sądzę, że to wszystko jedno, jak się kto zowie. Chodzi jedynie o to, jaki ma charakter - wtrąciła Maryla, uważając za odpowiednie wystąpić z morałem.

- Ha, nie wiem - odrzekła Ania w zamyśleniu. - Coprawda, czytałam kiedyś, że jeśliby nawet róża miała inne imię, pachniałaby równie rozkosznie, ale trudno mi w to uwierzyć. Sądzę, że nie byłaby tak wspaniała, gdyby się nazywała pokrzywą lub kapustą. Pewnie, że mój ojciec byłby równie miłym człowiekiem, gdyby się nazywał Jedeniak... ale byłoby mu z tem ciężko. Matka moja była także nauczycielką w Wyższej Szkole, ale kiedy wyszła za mąż za mego ojca, rzuciła posadę, rozumie się. Przecież mąż potrafi sam dać utrzymanie... Pani Tomas zwykła była mówić, że była to para smarkaczy, w dodatku biednych, jak myszy kościelne. Zamieszkali w maleńkim żółtym domku w Bolingbroke. Nigdy nie widziałam tego domku lecz wyobrażałam go sobie po tysiąc razy. Wokoło okna wił się niewątpliwie groszek pachnący, ganeczek otoczony był bzem, a konwalijki rosły na trawniku. W oknach były firanki muślinowe, bo firanki muślinowe nadają domowi pewien ton. Urodziłam się właśnie w tym domku. Pani Tomas mówiła, że byłam najszkaradniejszem dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziała. Sama skóra i kości, no i oczy! Ale podobno matka moja twierdziła, że byłam piękna. Myślę, że chyba matka umie lepiej osądzić, niż biedna posługaczka, co przychodzi do szorowania, czy nie? W każdym razie zadowolona jestem, żem się matce podobała. Byłoby mi bardzo ciężko, gdybym wiedziała, że doznała rozczarowania z mego powodu, bo wkrótce potem umarła nieboraczka. W trzy miesiące po mojem urodzeniu umarła na gorączkę. Jakże żałuję, że nie żyła przynajmniej tak długo, bym mogła wołać na nią "mamo"... Jak to musi być miło mówić "mamo". Ojciec umarł w cztery dni po niej, także na gorączkę. Odtąd nie miałam już rodziców i, jak pani Tomas opowiadała, nie wiedziano, co ze mną począć. Widzi pani, już wtedy nikt mnie nie chciał. Takie widocznie było moje przeznaczenie...

Rodzice moi przybyli z bardzo daleka i było ogólnie wiadomem, że nie mieli na miejscu żadnych krewnych. Wreszcie pani Tomas powiedziała, że mnie weźmie, chociaż była uboga i miała męża pijaka. Karmiła mnie flaszką. Czy pani nie wie, od czego to zależy, że ludzie karmieni flaszką mają być lepsi od innych? Bo ilekroć uczyniłam coś złego, pani Tomas mówiła tonem wyrzutu, że nie rozumie jak mogę być tak niegodziwa, skoro zadała sobie tyle pracy, karmiąc mnie flaszką.

Państwo Tomas przeprowadzili się z Bolingbroke do Merysville. Pozostawałam u nich do ósmego roku życia. Pomagałam piastować dzieci, a było ich czworo, młodszych ode mnie. Niech mi pani wierzy, że to była praca nielada... Aż tu razu jednego pan Tomas wpadł pod koła pociągu i został zabity. Matka jego ofiarowała się, że przyjmie pod swój dach wdowę z dziećmi, ale mnie wziąć nie chciała. Znowu zostałam bez dachu, a pani Tomas nie miała pojęcia, co ze mną zrobić.

Wtedy to zjawiła się niejaka pani Hamond, mieszkająca dalej, nad rzeką, a widząc, że umiem zajmować się małemi dziećmi, postanowiła zabrać mnie do siebie. Odtąd więc zamieszkałam w małej chatce pośród gęstego, ciemnego lasu. Była tam straszna pustka. Jestem pewna, że nie wyżyłabym tam nigdy, gdybym nie posiadała swej wyobraźni. Pan Hamond pracował w niewielkim tartaku, a pani Hamond miała ośmioro dzieci. Trzy razy z rzędu miała bliźnięta. Kocham bardzo dzieci, ale bliźnięta trzy razy z kolei... to już za wiele. Powiedziałam to pani Hamond bardzo stanowczo, kiedy ostatnia para przyszła na świat. Tak strasznie bolały mnie ręce od tego wiecznego bujania tych dzieci...

W tym lesie nad rzeką mieszkałam całe dwa lata, aż wreszcie pan Hamond umarł, a pani zwinęła gospodarstwo. Dzieci swe rozdała krewnym, sama zaś powróciła do Stanów Zjednoczonych. Mnie nikt nie chciał wziąć, więc odesłano mnie do Domu Sierot w Hopetown. Ale i w przytułku nie chcieli mnie przyjąć. Odpowiedzieli, że mają przepełnienie. Jednakże musieli, bo gdzież miałam się podziać? Spędziłam tam cztery miesiące do dnia przybycia pani Spencer.

Westchnieniem, jakby ulgi, Ania zakończyła swe opowiadanie. Widocznie nieprzyjemnie było jej wspominać swe losy w świecie, który jej nigdy nie pragnął.

- Czy chodziłaś kiedy do szkoły? - spytała Maryla, kierując klacz nad brzeg morza.

- Niewiele. Uczęszczałam do niej ostatniego roku mego pobytu u pani Tomas. Kiedy mieszkałam nad rzeką, szkoła była tak oddalona, że w zimie droga do niej stawała się niemożliwą, w lecie zaś dzieci mają wakacje, pozostawała więc na naukę tylko jesień i wiosna. Ale w Domu Sierot, rozumie się, uczęszczałam do szkoły. Umiem płynnie czytać, umiem na pamięć wiele pięknych poezyj, np.: "Bitwa pod Hohenlinden", "Dziewica jeziora". Ach, jak ja lubię takie poezje, od których dreszcz przejmuje człowieka. Muszę przyznać, że niektóre takie pieśni znajdowałam w piątej części Wypisów, ale ja uczyłam się z czwartej. Jednak starsze dziewczęta pożyczały mi jej do czytania.

- Czy te kobiety, pani Tomas i pani Hamond, były dobre dla ciebie? - spytała Maryla, patrząc ukradkiem na Anię.

- O-o-o! - zająkała się Ania. I twarzyczkę jej oblał nagle szkarłatny rumieniec. Widocznie była zakłopotana. - Z pewnością miały ten zamiar... chciały być możliwie dobre i sprawiedliwe. A jeśli ludzie chcą, to przecież nie można brać za złe, że nie zawsze im się to udaje. Przecież i one same miały ciężkie życie... Czyż to nie straszne, taki mąż, co bezustannie pije? Albo czyż nie trzeba świętej cierpliwości, żeby mieć bliźnięta trzy razy z kolei? Jednak jestem pewna, że chciały być dobre względem mnie.

Milcząc, dziewczynka zatonęła w podziwianiu wybrzeża; Maryla nie stawiała więcej pytań, w roztargnieniu trzymała lejce, podczas gdy rozmaite myśli krążyły po jej głowie.

Nagle ogarnęła ją litość dla tego dziecka. Jakież ubogie, pozbawione miłości miało ono życie... życie ciężkiej pracy, ubóstwa i sieroctwa! Bo Maryla była dość inteligentna, aby w opowiadaniu dziewczynki umieć odczytać pomiędzy wierszami i odgadnąć prawdę. Nic dziwnego, że myśl o domu, nadzieja uzyskania rodziny wprawiła ją w taki zachwyt. Szkoda wistocie, że trzeba ją było odesłać do przytułku. Gdyby tak Maryla, idąc za niewytłumaczonym pomysłem Mateusza, zatrzymała ją? Niewątpliwie życzył on sobie tego, a dziewczynka wydawała się wistocie miłem, serdecznem stworzeniem.

- Mówi za wiele - pomyślała Maryla - ale możnaby to z niej wykorzenić. A zresztą w tem, co mówi, niema nic głupiego, ani prostackiego. Ma w sobie nawet coś pańskiego. Widocznie rodzice jej byli ludzie szlachetnych uczuć.

Wybrzeże morskie stawało się dzikie i puste. Naprawo rosły wielkie jodły, których nie zdołały złamać lata walki z wichrami morskiemi. Nalewo wznosiły się czerwone skały, tak stromo zawieszone nad wodą, że koń, nieco mniej spokojny i pewny siebie, byłby niejednokrotnie wstrząsnął nerwami jadących. Tuż u stóp skały leżały całe stosy kamieni, wypolerowanych i spłókanych do czysta przez fale morskie, lub błyszczały małe piasczyste zatoczki, zasiane lśniącym żwirem, niby klejnotami oceanu. Dalej rozpościerało się morze, błyszczące i szafirowe, a ponad niem uwijały się mewy, których silne skrzydła ciskały srebrne błyskawice w promieniach słońca.

- Czy morze nie jest czemś wspaniałem? - spytała Ania, budząc się z długiego milczenia. - Razu jednego kiedy byłam w Marysville, pan Tomas wynajął wielki omnibus i pojechaliśmy do morza o kilka mil dalej. Spędziliśmy tam cały dzień. Cieszyłam się każdą chwilą owego dnia, pomimo że musiałam pilnować dzieci. Wspomnieniami owej wycieczki żyłam długo, długo... Ale to wybrzeże jest piękniejsze od wybrzeża Marysville. A czy mewy nie są cudne? Czy pani nie chciałaby być mewą? Ja chciałabym bardzo... gdybym nie była człowiekiem, rozumie się. Jakże musi być miło zbudzić się o czerwonym wschodzie słońca, żeglować dzień cały w błękitnych przestworzach ponad morzem. A wieczorem powrócić do swego domu. Do własnego gniazda! Ach, ja to sobie wyobrażam cudnie!... Cóż to za olbrzymi dom tam przed nami?

- Jest to hotel w Białych Piaskach. Należy on do niejakiego pana Kirk, ale sezon jeszcze się nie zaczął. Przybywa tu na lato niezmiernie wiele Amerykanów. Zachwycają się tem wybrzeżem.

- Lękałam się, czy to nie dom pani Spencer - rzekła Ania smutnie. - Nie tęsknię doń wcale. Gdy tam przybędę, wszystko się dla mnie skończy.

 

Rozdział IV. Poranek na Zielonym Wzgórzu.

Dzień był już jasny, kiedy Ania zbudziła się i, siadłszy na łóżku, ze zdumieniem spojrzała na okno, przez które płynął strumień wesołych promieni słonecznych, a poza niemi coś niezmiernie lekkiego a białego powiewało ku błękitnemu niebu.

Przez chwilę nie pamiętała, gdzie się znajduje. Ogarnęło ją uczucie niewymownej radości, lecz prawie natychmiast zjawiło się straszne przypomnienie, i... radość zamarła. Była na Zielonem Wzgórzu, a musi z niego wyjechać i wrócić tam, skąd przybyła. Nie chcieli jej tu zatrzymać, dlatego, że nie była chłopcem!

Lecz był to poranek i wszakże tu, przed jej oknem, stała cudna kwitnąca wiśnia. Jednym skokiem dziewczyna znalazła się poza łóżkiem. Pchnęła okno, które zaskrzypiało leniwie i ciężko, jakby już dawno nie otwierane, co też było istotnie.

Ania uklękła i spoglądała w ten jasny czerwcowy poranek oczami pełnemi zachwytu. Ach, czyż to nie było piękne? Czyż to nie było urocze miejsce? Gdybyż mogła tu pozostać! Postara się wyobrazić to sobie! Tutaj oto jest szerokie pole dla jej wyobraźni!

Ogromna wiśnia rosła tuż blisko, aż gałęzie jej dotykały domu; a kwiaty osypały drzewo tak obficie, że zakryły całkiem liście. Po obu stronach dworku roztaczały się sady, jeden pełen jabłoni, drugi drzew wiśniowych, osypanych kwieciem. Trawniki były żółte od lwich paszczęk. Dalej w ogrodzie krzaki uginały się pod olbrzymiemi kiściami fioletowo-liljowych bzów. Świeży wietrzyk poranny podnosił upajającą woń ich ku oknu pokoiku Ani.

Poza ogrodami, hen ku dolinie, ciągnęły się zielone łąki, pokryte soczystą koniczyną. Tam właśnie toczył się strumyk i rosły młode brzózki. Ich smukłe, białe pnie wznosiły się ponad bogate podszycie puszystych paproci, mchów i traw rozmaitego rodzaju. Dalej ciągnęło się wzgórze, przystrojone ciemną zielenią sosen i jodeł. Poprzez niewielką szczelinę wśród drzew zerkało ku Ani okno facjatki owego szarego domku, który była widziała po drugiej stronie "Jeziora lśniących wód".

Nieco dalej na lewo znajdowały się stajnia, spichrz i inne zabudowania gospodarskie, a z drugiej strony, poza zielonemi łąkami można było widzieć lśniące, szafirowe morze.

Ania, spojrzeniem pełnem uwielbienia piękna, wchłaniała chciwie wspaniały krajobraz. Biedne dziecko widziało w swem życiu tak mało pięknych widoków! A to, co ujrzała w tej chwili, przechodziło jej najbujniejsze nawet marzenia!

Klęczała, zapomniawszy o całym świecie, zapatrzona tylko w owe cuda wokoło siebie, gdy nagle uczuła czyjąś dłoń na swem ramieniu. Weszła Maryla, niezauważona przez małą marzycielkę.

- Czas, abyś już była ubrana - rzekła krótko.

Maryla nie wiedziała jak przemawiać do tego dziecka, a z powodu tej nieświadomości, która jej ciężyła, pomimo woli bywała szorstką.

Ania zerwała się z głębokiem westchnieniem.

- Ach! czyż to nie cudowne! - rzekła, ręką wskazując jasny świat poza oknem.

- Owszem, drzewo jest bardzo duże - odpowiedziała Maryla - i ślicznie kwitnie. Lecz owocu daje mało, przytem jest on drobny i robaczywy.

- Ach, ja nie mówię specjalnie o tem drzewie, pomimo że w tej chwili kwitnie wspaniale. Mam na myśli wszystko, ogród i sad, i strumyk, i las, cały ten wielki świat... Czy się pani nie wydaje, że właśnie w taki poranek kochamy cały świat? Słyszę aż tutaj śmiech strumyka. Może pani zauważyła, że strumienie są zawsze wesołe? Śmieją się zawsze! Nieraz zimową porą słyszałam, jak śmiały się pod lodem. Cieszę się bardzo, że w pobliżu Zielonego Wzgórza jest strumień. Pani myśli zapewne, że powinnoby mi to być obojętne wobec tego, iż tu nie zostanę? Ale tak nie jest... Jeśli nawet nigdy już nie zobaczę tego strumyka, zachowam o nim przyjemne wspomnienie. Dziś nie jestem pogrążona w otchłani rozpaczy, o nie... Nigdy rano tam nie bywam... Czyż to nie cudnie, że bywają poranki? Właśnie wyobrażałam sobie, że to jednak mnie oczekiwaliście i że ja tu zostanę na zawsze, na zawsze... Najgorsze jednak z tych wyobrażanych rzeczy jest to, że przychodzi chwila w której trzeba przerwać marzenie, a wtedy wszystko pryska...

- Najlepiej byłoby, gdybyś się ubrała i zeszła, zamiast siedzieć tu i marzyć - zauważyła Maryla, gdy udało jej się wtrącić słówko. - Śniadanie czeka. Umyj się i uczesz porządnie! Okno zostaw otwarte i wyłóż pościel do wietrzenia. Pośpiesz się, proszę.

Ania potrafiła się widocznie śpieszyć, gdyż po dziesięciu minutach była już na dole, świeżo umyta, z włosami splecionemi, starannie ubrana, zadowolona, że posłusznie spełniła rozkazy Maryli. Aby być sprawiedliwym; należy dodać, że jednak zapomniała wyłożyć pościel do wietrzenia.

- Dziś jestem porządnie głodna - rzekła, siadając na krześle, wskazanem jej przez Marylę. - Tak się cieszę, że dziś słoneczny ranek. Chociaż lubię też dżdżyste poranki. Każdy poranek jest piękny, prawda? Nigdy nie wiemy, co nas spotka w ciągu dnia. Mamy więc tyle pola dla wyobraźni. Cieszę się jednak, że deszcz nie pada, bo łatwiej jest znieść zmartwienie w słoneczny dzionek. A dziś mam wielką troskę do dźwigania... Łatwo jest czytać o czyjemś nieszczęściu i wyobrażać sobie, że mybyśmy potrafili znieść je po bohatersku, lecz kiedy się ono na nas istotnie wali, to nie łatwo, prawda?

- Zmiłuj się, przestań paplać - rzekła Maryla. - Stanowczo, dziewczynka nie powinna tak dużo mówić.

Po tej uwadze Ania zamilkła uporczywie, aż milczenie jej, jako wymuszone, irytowało Marylę. I Mateusz nic nie mówił, co było zresztą stałym jego zwyczajem, - śniadanie więc minęło w zupełnej ciszy.

Powoli Ania wpadała w coraz większą zadumę, jadła machinalnie, a oczy jej utkwione były nieruchomo w obłoki, płynące za oknem. Marylę raziło to coraz więcej. Doznawała niemiłego uczucia, że podczas gdy to dziwne dziecko siedziało przy stole, duszyczka jego biegała w dalekich przestworzach na skrzydłach fantazji. Któż zgodziłby się mieć stale obok siebie taką istotę?

Ale - dziw nad dziwy! - Mateusz pragnąłby ją zatrzymać. Maryla czuła, że pragnie on tego zarówno silnie dziś rano, jak pragnął wczoraj wieczorem i że nadal będzie sobie tego życzył, Taka była natura Mateusza. Potrafił wbić sobie coś do głowy, trzymać się tego z zacięciem i trwać w upartem milczeniu, które mówiło więcej, niż gdyby powtarzał swoje zdanie od rana do nocy.

Po śniadaniu Ania ocknęła się z zadumy i spytała, czyby nie mogła zmyć naczynia.

- Czy umiesz porządnie i czysto zmywać? - spytała nieufnie Maryla.

- O-o! tak. Chociaż lepiej potrafię dzieci niańczyć. Mam doświadczenie pod tym względem. Szkoda, że tu niema maleństw, którychbym mogła doglądać.

- Ja nie żałuję tego. Ty jedna sprawiłaś nam już zbyt wiele kłopotu. Nie mam pojęcia, co począć z tobą. Mateusz jest istotnie dziwak, śmieszny dziwak!

- Mnie wydaje się on bardzo miłym - zauważyła Ania z wyrzutem. - Nie twierdził wcale, że ja dużo mówię. Przeciwnie, zdawało mi się, że jest temu rad. Zaledwiem go zobaczyła, uczułam, że to będzie dusza powinowata.

- Jesteście oboje dziwacy, jeśli to nazywasz powinowatą duszą - sarknęła Maryla. - Owszem, możesz zmyć naczynia. Nie żałuj gorącej wody i wytrzyj dokładnie. Mam dziś rano zajęcia po uszy, gdyż popołudniu jadę do Białych Piasków pomówić z panią Spencer. Pojedziesz ze mną, tam postanowimy, co z tobą zrobić. Gdy skończysz zmywać, pójdziesz na górę sprzątnąć swój pokoik.

Ania zmyła i wytarła starannie szklanki i talerze, co nie uszło bystrego oka Maryli. Mniej zręcznie potrafiła zasłać łóżko; nie przywykła bowiem do układania wielkich poduszek. Wreszcie doprowadziła łóżko do porządku. Maryla, chcąc jej się pozbyć, kazała jej pójść i na własną rękę znaleźć sobie jakąś rozrywkę.

Ania wybiegła uśmiechnięta, z błyszczącemi oczami. Lecz już na progu zatrzymała się, nagle cofnęła i, powracając, usiadła przy stole. Wyraz zachwytu znikł zupełnie z jej twarzyczki.

- Cóż się stało? - spytała Maryla.

- Nie mam odwagi wyjść - rzekła Ania tonem męczennika, wyrzekającego się rozkoszy ziemskich. - Jeśli tu nie pozostanę, pocóż mam pokochać Zielone Wzgórze? A przecież, gdy się teraz zapoznam z brzózkami, z sadem, z kwiatami i ze strumykiem, nie potrafię ich nie pokochać! Już i tak jest ciężko, pocóż ma być gorzej jeszcze? Tak bardzo pragnęłabym wyjść do ogrodu; zdaje mi się, że wszystko woła: Aniu, Aniu! chodźże do nas! Chciałybyśmy mieć towarzyszkę zabaw, Aniu, Aniu! Lecz lepiej będzie, gdy nie wyjdę. Pocóż kochać coś, z czem trzeba pożegnać się wkrótce! A trudno powstrzymać się od kochania, prawda? Dlatego to cieszyłam się tak bardzo, że będę tu mieszkała. Zdawało mi się, że znajdę u was tak wiele do pokochania i nic mi w tem nie przeszkodzi... Ale krótki sen minął! Obecnie jestem już prawie zrezygnowana, a lękam się, że gdy wyjdę, żal znowu mnie ogarnie i smutek wróci! Jak się nazywa ten kwiat w doniczce, na oknie?

- Jest to fuksja.

- O, nie o tę nazwę mi chodzi. Mam na myśli imię, któreście wy jej dali. Czy pani jej nie przezwała inaczej? Możebym ja mogła? Nazwałabym ją Jutrzenką! Pozwól mi pani nazywać ją tak, dopóki będę tutaj.

- Ależ, dobrze, jeśli ci to sprawia przyjemność. Powiedz jednak, czy ma sens nadawanie imion kwiatom?

- Owszem, ja lubię dawać pieszczotliwe nazwy wszystkiemu, nawet kwiatom. Uważam, że wtedy są więcej do ludzi zbliżone. Skąd wiemy, czy fuksji nie jest przykro, że nazywają ją tylko fuksją? Pani także nie chciałaby zawsze nazywać się tylko kobietą. Ja będę mówiła Jutrzenka. Tej wielkiej wiśni pod mojem oknem dałam już imię dziś rano. Nazwałam ją Królową śniegu, dlatego że jest biała. Prawda, że ona niezawsze stoi w kwiecie, ale można sobie wyobrazić, że zawsze; czy nie?

- Nigdy w życiu nie widziałam ani nie słyszałam nic podobnego - mruczała Maryla, schodząc do piwnicy po kartofle. - Ona jest naprawdę niezwykła, tak jak Mateusz mówi. Sama zaczynam się niepokoić, co jeszcze powie. Myślę, że wkrótce oczaruje i mnie, bo Mateusza niewątpliwie zaczarowała. Przypominam sobie spojrzenie, jakie mi rzucił, odchodząc. Wyrażało ono wszystko, co przemyślał ostatniej nocy. Wołałabym, żeby był taki, jak inni mężczyźni i wypowiadał otwarcie swe zdanie. Wtedy możnaby z nim pogadać i wyperswadować mu niejedno. Ale co zrobić z mężczyzną, który tylko patrzy?

Tymczasem Ania znowu pogrążyła się w zadumie, oparłszy twarzyczkę na dłoniach i utkwiwszy wzrok w obłokach. Maryla pozostawiła ją tak, dopóki nie zasiedli do obiadu.

- Czy będę mogła dostać po obiedzie kabrjolet i klacz, Mateuszu? - spytała brata.

Mateusz skinął głową potwierdzająco i smutnym wzrokiem spojrzał na Anię. Maryla pochwyciła to spojrzenie i rzekła sucho:

- Chcę pojechać do Białych Piasków, by załatwić tę sprawę. Zabiorę Anię, aby pani Spencer mogła natychmiast odesłać ją do Nowej Szkocji. Herbatę dla ciebie pozostawię na kominku. Powrócę do domu na czas dojenia.

Mateusz milczał i Maryla miała wrażenie, że napróżno traciła czas na tłumaczenie się. Niema nic bardziej irytującego nad mężczyznę, który nie odpowiada... z wyjątkiem kobiety nie odpowiadającej.

W godzinę potem Mateusz założył klacz do kabrjoletu i Maryla z Anią wsiadły natychmiast. Mateusz otworzył wrota przed niemi, a kiedy powoli wyjeżdżały, rzekł głośno niewiadomo do kogo:

- Mały Janek Buot był tutaj dziś rano. Powiedziałem mu, że umówię się z nim na lato.

Maryla nie odrzekła ani słowa, lecz tak mocno śmignęła biedną klacz, że ta, nieprzywykła do podobnego obchodzenia się z nią, ruszyła galopem. Ale Maryla raz jeszcze spojrzała poza siebie. Za furtką stał oparty o płot Mateusz, poważnym, lecz smutnym wzrokiem spoglądając za odjeżdżającemi.

 

Anne of Green Gables

 

Chapter I. Mrs. Rachel Lynde is Surprised

 

Mrs. Rachel Lynde lived just where the Avonlea main road dipped down into a little hollow, fringed with alders and ladies' eardrops and traversed by a brook that had its source away back in the woods of the old Cuthbert place; it was reputed to be an intricate, headlong brook in its earlier course through those woods, with dark secrets of pool and cascade; but by the time it reached Lynde's Hollow it was a quiet, well-conducted little stream, for not even a brook could run past Mrs. Rachel Lynde's door without due regard for decency and decorum; it probably was conscious that Mrs. Rachel was sitting at her window, keeping a sharp eye on everything that passed, from brooks and children up, and that if she noticed anything odd or out of place she would never rest until she had ferreted out the whys and wherefores thereof.

 

There are plenty of people in Avonlea and out of it, who can attend closely to their neighbor's business by dint of neglecting their own; but Mrs. Rachel Lynde was one of those capable creatures who can manage their own concerns and those of other folks into the bargain. She was a notable housewife; her work was always done and well done; she "ran" the Sewing Circle, helped run the Sunday-school, and was the strongest prop of the Church Aid Society and Foreign Missions Auxiliary. Yet with all this Mrs. Rachel found abundant time to sit for hours at her kitchen window, knitting "cotton warp" quilts-she had knitted sixteen of them, as Avonlea housekeepers were wont to tell in awed voices-and keeping a sharp eye on the main road that crossed the hollow and wound up the steep red hill beyond. Since Avonlea occupied a little triangular peninsula jutting out into the Gulf of St. Lawrence with water on two sides of it, anybody who went out of it or into it had to pass over that hill road and so run the unseen gauntlet of Mrs. Rachel's all-seeing eye.

 

She was sitting there one afternoon in early June. The sun was coming in at the window warm and bright; the orchard on the slope below the house was in a bridal flush of pinky-white bloom, hummed over by a myriad of bees. Thomas Lynde-a meek little man whom Avonlea people called "Rachel Lynde's husband"-was sowing his late turnip seed on the hill field beyond the barn; and Matthew Cuthbert ought to have been sowing his on the big red brook field away over by Green Gables. Mrs. Rachel knew that he ought because she had heard him tell Peter Morrison the evening before in William J. Blair's store over at Carmody that he meant to sow his turnip seed the next afternoon. Peter had asked him, of course, for Matthew Cuthbert had never been known to volunteer information about anything in his whole life.

 

And yet here was Matthew Cuthbert, at half-past three on the afternoon of a busy day, placidly driving over the hollow and up the hill; moreover, he wore a white collar and his best suit of clothes, which was plain proof that he was going out of Avonlea; and he had the buggy and the sorrel mare, which betokened that he was going a considerable distance. Now, where was Matthew Cuthbert going and why was he going there?

 

Had it been any other man in Avonlea, Mrs. Rachel, deftly putting this and that together, might have given a pretty good guess as to both questions. But Matthew so rarely went from home that it must be something pressing and unusual which was taking him; he was the shyest man alive and hated to have to go among strangers or to any place where he might have to talk. Matthew, dressed up with a white collar and driving in a buggy, was something that didn't happen often. Mrs. Rachel, ponder as she might, could make nothing of it and her afternoon's enjoyment was spoiled.

 

"I'll just step over to Green Gables after tea and find out from Marilla where he's gone and why," the worthy woman finally concluded. "He doesn't generally go to town this time of year and he never visits; if he'd run out of turnip seed he wouldn't dress up and take the buggy to go for more; he wasn't driving fast enough to be going for a doctor. Yet something must have happened since last night to start him off. I'm clean puzzled, that's what, and I won't know a minute's peace of mind or conscience until I know what has taken Matthew Cuthbert out of Avonlea today."

 

Accordingly after tea Mrs. Rachel set out; she had not far to go; the big, rambling, orchard-embowered house where the Cuthberts lived was a scant quarter of a mile up the road from Lynde's Hollow. To be sure, the long lane made it a good deal further. Matthew Cuthbert's father, as shy and silent as his son after him, had got as far away as he possibly could from his fellow men without actually retreating into the woods when he founded his homestead. Green Gables was built at the furthest edge of his cleared land and there it was to this day, barely visible from the main road along which all the other Avonlea houses were so sociably situated. Mrs. Rachel Lynde did not call living in such a place living at all.

 

"It's just staying, that's what," she said as she stepped along the deep-rutted, grassy lane bordered with wild rose bushes. "It's no wonder Matthew and Marilla are both a little odd, living away back here by themselves. Trees aren't much company, though dear knows if they were there'd be enough of them. I'd ruther look at people. To be sure, they seem contented enough; but then, I suppose, they're used to it. A body can get used to anything, even to being hanged, as the Irishman said."

 

With this Mrs. Rachel stepped out of the lane into the backyard of Green Gables. Very green and neat and precise was that yard, set about on one side with great patriarchal willows and the other with prim Lombardies. Not a stray stick nor stone was to be seen, for Mrs. Rachel would have seen it if there had been. Privately she was of the opinion that Marilla Cuthbert swept that yard over as often as she swept her house. One could have eaten a meal off the ground without over-brimming the proverbial peck of dirt.

 

Mrs. Rachel rapped smartly at the kitchen door and stepped in when bidden to do so. The kitchen at Green Gables was a cheerful apartment-or would have been cheerful if it had not been so painfully clean as to give it something of the appearance of an unused parlor. Its windows looked east and west; through the west one, looking out on the back yard, came a flood of mellow June sunlight; but the east one, whence you got a glimpse of the bloom white cherry-trees in the left orchard and nodding, slender birches down in the hollow by the brook, was greened over by a tangle of vines. Here sat Marilla Cuthbert, when she sat at all, always slightly distrustful of sunshine, which seemed to her too dancing and irresponsible a thing for a world which was meant to be taken seriously; and here she sat now, knitting, and the table behind her was laid for supper.

 

Mrs. Rachel, before she had fairly closed the door, had taken a mental note of everything that was on that table. There were three plates laid, so that Marilla must be expecting some one home with Matthew to tea; but the dishes were everyday dishes and there was only crab-apple preserves and one kind of cake, so that the expected company could not be any particular company. Yet what of Matthew's white collar and the sorrel mare? Mrs. Rachel was getting fairly dizzy with this unusual mystery about quiet, unmysterious Green Gables.

 

"Good evening, Rachel," Marilla said briskly. "This is a real fine evening, isn't it? Won't you sit down? How are all your folks?"

 

Something that for lack of any other name might be called friendship existed and always had existed between Marilla Cuthbert and Mrs. Rachel, in spite of-or perhaps because of-their dissimilarity.

 

Marilla was a tall, thin woman, with angles and without curves; her dark hair showed some gray streaks and was always twisted up in a hard little knot behind with two wire hairpins stuck aggressively through it. She looked like a woman of narrow experience and rigid conscience, which she was; but there was a saving something about her mouth which, if it had been ever so slightly developed, might have been considered indicative of a sense of humor.

 

"We're all pretty well," said Mrs. Rachel. "I was kind of afraid you weren't, though, when I saw Matthew starting off today. I thought maybe he was going to the doctor's."

 

Marilla's lips twitched understandingly. She had expected Mrs. Rachel up; she had known that the sight of Matthew jaunting off so unaccountably would be too much for her neighbor's curiosity.

 

"Oh, no, I'm quite well although I had a bad headache yesterday," she said. "Matthew went to Bright River. We're getting a little boy from an orphan asylum in Nova Scotia and he's coming on the train tonight."

 

If Marilla had said that Matthew had gone to Bright River to meet a kangaroo from Australia Mrs. Rachel could not have been more astonished. She was actually stricken dumb for five seconds. It was unsupposable that Marilla was making fun of her, but Mrs. Rachel was almost forced to suppose it.

 

"Are you in earnest, Marilla?" she demanded when voice returned to her.

 

"Yes, of course," said Marilla, as if getting boys from orphan asylums in Nova Scotia were part of the usual spring work on any well-regulated Avonlea farm instead of being an unheard of innovation.

 

Mrs. Rachel felt that she had received a severe mental jolt. She thought in exclamation points. A boy! Marilla and Matthew Cuthbert of all people adopting a boy! From an orphan asylum! Well, the world was certainly turning upside down! She would be surprised at nothing after this! Nothing!

 

"What on earth put such a notion into your head?" she demanded disapprovingly.

 

This had been done without her advice being asked, and must perforce be disapproved.

 

"Well, we've been thinking about it for some time-all winter in fact," returned Marilla. "Mrs. Alexander Spencer was up here one day before Christmas and she said she was going to get a little girl from the asylum over in Hopeton in the spring. Her cousin lives there and Mrs. Spencer has visited here and knows all about it. So Matthew and I have talked it over off and on ever since. We thought we'd get a boy. Matthew is getting up in years, you know-he's sixty-and he isn't so spry as he once was. His heart troubles him a good deal. And you know how desperate hard it's got to be to get hired help. There's never anybody to be had but those stupid, half-grown little French boys; and as soon as you do get one broke into your ways and taught something he's up and off to the lobster canneries or the States. At first Matthew suggested getting a Home boy. But I said 'no' flat to that. 'They may be all right-I'm not saying they're not-but no London street Arabs for me,' I said. 'Give me a native born at least. There'll be a risk, no matter who we get. But I'll feel easier in my mind and sleep sounder at nights if we get a born Canadian.' So in the end we decided to ask Mrs. Spencer to pick us out one when she went over to get her little girl. We heard last week she was going, so we sent her word by Richard Spencer's folks at Carmody to bring us a smart, likely boy of about ten or eleven. We decided that would be the best age-old enough to be of some use in doing chores right off and young enough to be trained up proper. We mean to give him a good home and schooling. We had a telegram from Mrs. Alexander Spencer today-the mail-man brought it from the station-saying they were coming on the five-thirty train tonight. So Matthew went to Bright River to meet him. Mrs. Spencer will drop him off there. Of course she goes on to White Sands station herself."

 

Mrs. Rachel prided herself on always speaking her mind; she proceeded to speak it now, having adjusted her mental attitude to this amazing piece of news.

 

"Well, Marilla, I'll just tell you plain that I think you're doing a mighty foolish thing-a risky thing, that's what. You don't know what you're getting. You're bringing a strange child into your house and home and you don't know a single thing about him nor what his disposition is like nor what sort of parents he had nor how he's likely to turn out. Why, it was only last week I read in the paper how a man and his wife up west of the Island took a boy out of an orphan asylum and he set fire to the house at night-set it on purpose, Marilla-and nearly burnt them to a crisp in their beds. And I know another case where an adopted boy used to suck the eggs-they couldn't break him of it. If you had asked my advice in the matter-which you didn't do, Marilla-I'd have said for mercy's sake not to think of such a thing, that's what."

 

This Job's comforting seemed neither to offend nor to alarm Marilla. She knitted steadily on.

 

"I don't deny there's something in what you say, Rachel. I've had some qualms myself. But Matthew was terrible set on it. I could see that, so I gave in. It's so seldom Matthew sets his mind on anything that when he does I always feel it's my duty to give in. And as for the risk, there's risks in pretty near everything a body does in this world. There's risks in people's having children of their own if it comes to that-they don't always turn out well. And then Nova Scotia is right close to the Island. It isn't as if we were getting him from England or the States. He can't be much different from ourselves."

 

"Well, I hope it will turn out all right," said Mrs. Rachel in a tone that plainly indicated her painful doubts. "Only don't say I didn't warn you if he burns Green Gables down or puts strychnine in the well-I heard of a case over in New Brunswick where an orphan asylum child did that and the whole family died in fearful agonies. Only, it was a girl in that instance."

 

"Well, we're not getting a girl," said Marilla, as if poisoning wells were a purely feminine accomplishment and not to be dreaded in the case of a boy. "I'd never dream of taking a girl to bring up. I wonder at Mrs. Alexander Spencer for doing it. But there, she wouldn't shrink from adopting a whole orphan asylum if she took it into her head."

 

Mrs. Rachel would have liked to stay until Matthew came home with his imported orphan. But reflecting that it would be a good two hours at least before his arrival she concluded to go up the road to Robert Bell's and tell the news. It would certainly make a sensation second to none, and Mrs. Rachel dearly loved to make a sensation. So she took herself away, somewhat to Marilla's relief, for the latter felt her doubts and fears reviving under the influence of Mrs. Rachel's pessimism.

 

"Well, of all things that ever were or will be!" ejaculated Mrs. Rachel when she was safely out in the lane. "It does really seem as if I must be dreaming. Well, I'm sorry for that poor young one and no mistake. Matthew and Marilla don't know anything about children and they'll expect him to be wiser and steadier that his own grandfather, if so be's he ever had a grandfather, which is doubtful. It seems uncanny to think of a child at Green Gables somehow; there's never been one there, for Matthew and Marilla were grown up when the new house was built-if they ever were children, which is hard to believe when one looks at them. I wouldn't be in that orphan's shoes for anything. My, but I pity him, that's what."

 

So said Mrs. Rachel to the wild rose bushes out of the fulness of her heart; but if she could have seen the child who was waiting patiently at the Bright River station at that very moment her pity would have been still deeper and more profound.

 

Rozdział VI. Co Maryla postanowiła.

Jednak niezadługo tam przybyły. Pani Spencer mieszkała w dużym żółtym domu, tuż pod Białemi Piaskami. Ucieszona niespodziewanemi odwiedzinami, z radością wybiegła na ganek.

- Drodzy, kochani ludzie! - zawołała. - Wcale się dziś was nie spodziewałam, ale jestem serdecznie rada. Wszak wyprzęgniemy klacz, Marylo? Jakże ty się miewasz, Aniu?

- Dziękuję, mam się dobrze - odrzekła Ania bez śladu uśmiechu.

Jakiś cień smutku padł na jej twarzyczkę.

- Zatrzymamy się na chwilę, więc klacz wypocznie - dodała Maryla. - Ale przyrzekłam Mateuszowi powrócić wcześnie. Widzi pani, zaszło tu jakieś nieporozumienie, i właśnie przyjechałam, aby rzecz wyjaśnić. Pisaliśmy do brata pani, aby w naszem imieniu zechciał panią prosić o przywiezienie nam chłopca z Domu Sierot. Zwróciliśmy mu uwagę, że chodzi nam o chłopca lat dziesięciu lub jedenastu...

- Czy być może, Marylo? - przerwała pani Spencer, zdumiona. - Wszakże Robert przysłał mi córeczkę swoją Nancy, z wiadomością, że pragniecie wziąć dziewczynkę... czyż nie, Florciu? - zwróciła się z zapytaniem do wchodzącej właśnie na schody córki.

- Ależ tak, bez wątpienia - potwierdziła Florcia stanowczo.

- Bardzo mi przykro - rzekła pani Spencer - że się tak stało, ale nie z mojej winy. Starałam się to załatwić jak najlepiej i byłam pewna, że postąpiłam wedle życzenia pani. Nancy jest nieznośny wiatrogłów. Ileż razy gniewałam się na nią za jej roztrzepanie.

- Coprawda, myśmy zawinili - rzekła Maryla z rezygnacją. - Należało osobiście to załatwić, a nie polecać ważnej sprawy posłom. Trudno, zaszła pomyłka i obecnie należy jedynie pomyśleć o sprostowaniu jej. Czy możemy odesłać małą do przytułku? Sądzę, że ją przyjmą, prawda?

- Przypuszczam - rzekła pani Spencer w zamyśleniu. - Ale może nie trzeba jej będzie wcale odsyłać. Wczoraj była u mnie pani Piotrowa Blewett i bardzo żałowała że nie prosiła mnie o przywiezienie dla niej dziewczynki do pomocy w domu. Pani Blewett ma, jak wiadomo, liczną rodzinę i trudno jej niezmiernie utrzymać służącą. Ania będzie dla niej bardzo odpowiednim nabytkiem. Uważam to naprawdę za zrządzenie Opatrzności.

Maryla nie robiła teraz wrażenia osoby wierzącej, że Opatrzność wtrąciła się do tej sprawy. Wprawdzie była to znakomita sposobność pozbycia się zbytecznej sieroty, a jednak w tej chwili nie czuła najmniejszej wdzięczności dla tego losu.

Panią Piotrowa Blewett znała jedynie z powierzchowności, jako osobę chudą, kościstą i brzydką. Ale mówiono o niej, że jest "strasznie wymagającą gospodynią i wyzyskiwaczką". Dziewczęta, porzucające służbę u niej, opowiadały niestworzone rzeczy o jej szyderskim tonie i wybuchach gniewu, jak również o dokuczliwości jej złych i krnąbrnych dzieci. Maryla poczuła jakby wyrzut sumienia na myśl wydania Ani na łaskę takich ludzi.

- Dobrze - rzekła obojętnie - wstąpię do niej i pomówię w tej sprawie.

- Ale czyż to nie pani Blewett we własnej osobie idzie aleją? - zawołała pani Spencer, wprowadzając gości z przedpokoju do bawialni, gdzie wionął na nich taki chłód, jak gdyby powietrze w przejściu przez ciemno-zielone, szczelnie zasunięte żaluzje straciło całe swe ciepło.

- Co za szczęśliwy traf! Możemy odrazu załatwić sprawę. Niechże pani siada na fotelu, panno Cutbert! A ty, Aniu, siądź na taburecie, tylko nie skub pokrowca? Dajcie mi wasze kapelusze. Florciu, pójdź, nastaw herbatę. Dobry wieczór, pani Blewett! Właśnie mówiłyśmy o życzeniu pani; jak to dobrze, że pani nadchodzi. Pozwolę sobie zaznajomić panie. Pani Blewett, panna Cutbert. Przepraszam was na chwilę! Zapomniałam powiedzieć Florci, by wyjęła rogaliki z pieca.

I pani Spencer wybiegła, podniósłszy przedtem zielone żaluzje. Ania siedziała milcząca i nieruchoma, z rękami złożonemi na kolanach, wpatrzona w panią Blewett.

Czyż naprawdę oddadzą ją do tej kobiety o kościstej twarzy i surowych oczach? Czuła, że łzy uwięzły jej w gardle, a oczy zaszły mgłą, ze strachem pomyślała, że nie potrafi powstrzymać się od płaczu.

Właśnie powróciła pani Spencer, zgrzana, lecz rozpromieniona, gotowa podjąć się rozstrzygnięcia każdej trudnej sprawy fizycznej lub umysłowej.

- Zaszło tu nieporozumienie co do tej dziewczynki - rzekła do pani Blewett. - Byłam pewna, że państwo Cutbert życzą sobie wziąć dziewczynkę na wychowanie. Tak mi powiedziano. Tymczasem oni prosili o przysłanie chłopca. Wobec tego, jeśli pani nie zmieniła od wczoraj zamiaru, dziewczynka ta byłaby dla niej, sądzę, bardzo odpowiednim nabytkiem.

Pani Blewett zmierzyła Anię spojrzeniem od stóp do głowy.

- Ile masz lat i jak się nazywasz? - spytała.

- Ania Shirley - odpowiedziało przerażone dziecko. - Mam lat jedenaście.

- Hm, nie wyglądasz na tyle. Ale jesteś pewnie zwinna. Mojem zdaniem, zwinni ludzie to najlepsi robotnicy. Jeśli cię wezmę, musisz się porządnie sprawować - być pilną, pracowitą, prędką i posłuszną. Mam nadzieję, że będziesz uczciwie spełniała swe obowiązki... A więc wezmę panno Cutbert. Pani się jej pozbędzie. Mój maleńki jest taki rozkapryszony, że brak mi już cierpliwości. Jeżeli pani sobie życzy, mogę ją natychmiast zabrać do siebie.

Maryla spojrzała na Anię i serce jej ścisnął jakiś dziwny ból na widok bladej twarzyczki, napiętnowanej wyrazem niemej rozpaczy, - rozpaczy małego, niewinnego stworzenia, widzącego się znowu w klatce bez sposobu wyjścia. Poczuła, że jeśli nie uczyni zadość błagalnej prośbie, zawartej w tem spojrzeniu, będzie ją ono prześladowało aż do śmierci. Przytem, nie lubiła pani Blewett. Oddać wrażliwe dziecko na niewolnicę tej kobiecie! Nie mogła wziąć na siebie odpowiedzialności za czyn podobny.

- Nie wiem jeszcze... - rzekła powoli. - Nie twierdzę, że nie chcemy jej bezwarunkowo zatrzymać. A nawet muszę przyznać, że brat mój życzy sobie, by została u nas. Właściwie przyjechałam tutaj, aby się dowiedzieć, w jaki sposób nieporozumienie to powstało... Teraz zdaje mi się, że najlepiej uczynię, gdy, powróciwszy do domu, raz jeszcze rozmówię się z Mateuszem. Nie mogę teraz postanowić nic ostatecznego bez jego zezwolenia. W razie jednak, gdy postanowimy jej nie zatrzymać, przywiozę ją lub odeślę do pani jutro wieczorem. Jeśli tego nie uczynię, znaczy, że pozostanie u nas. Czy pani się na to zgadza, pani Blewett?

- Muszę się zgodzić - odpowiedziała opryskliwie zapytana.

Podczas gdy Maryla to mówiła, zdawało się, że słońce znowu zajaśniało na twarzyczce Ani. Przedewszystkiem zgasł na niej wyraz rozpaczy, potem zakwitł lekki promień nadziei, a oczy zalśniły jak dwie gwiazdy poranne. Dziewczynka była jak przeistoczona, a kiedy po chwili tamte panie wyszły poszukać jakiegoś przepisu gospodarskiego, po który pani Blewett przybyła, Ania rozpromieniona przypadła do kolan Maryli.

- Ach, panno Cutbert, czy pani naprawdę powiedziała, że zatrzymacie mnie na Zielonem Wzgórzu? - szeptała bez tchu, jakgdyby ta cudna możliwość mogła się rozwiać od dźwięku głośnej mowy. - Czy pani naprawdę tak powiedziała? Czy może tylko jest to igraszką mojej wyobraźni?

- Sądzę, że dobrze byłoby, abyś się nauczyła trzymać na wodzy swą imaginację - rzekła Maryla sucho. - Wtedy potrafiłabyś rozróżnić rzeczywistość od przewidzeń, ręczę za to. Tak, właśnie tak powiedziałam. Ale niema w tem jeszcze nic pewnego i być może, iż ostatecznie pani Blewett cię zabierze. Z pewnością jesteś jej bardziej potrzebna, niż mnie.

- W takim razie wolałabym powrócić do Domu Sierot - wybuchnęła Ania. - Wszakże ona wygląda zupełnie jak... jak jaszczurka.

Maryla powstrzymała się od uśmiechu, uważając, że Anię należy złajać za podobną uwagę.

- Mała dziewczynka powinnaby się wstydzić wyrażać w ten sposób o starszej i obcej osobie - rzekła surowo. - Wracaj na swoje miejsce, zachowuj się spokojnie i trzymaj język na wodzy, jak dobrze wychowana dziewczynka.

- Postaram się o to i będę robiła wszystko, co mi pani każe. Tylko zatrzymajcie mnie! - prosiła Ania, wracając posłusznie na miejsce.

Gdy tegoż wieczoru powróciły do domu, Mateusz spotkał je na gościńcu. Maryla już zdala spostrzegła brata, chodzącego tam i z powrotem, i odgadła pobudki jego niepokoju. Przygotowana była na wyraz zadowolenia, jaki wyczytała w jego twarzy, gdy zobaczył, że powraca z Anią. Ale nie mówiła z nim o tej sprawie, dopóki nie znaleźli się sam na sam w podwórzu, przy dojeniu krów. Wtedy opowiedziała mu w krótkich wyrazach historję dzieciństwa Ani i wynik swej rozmowy z panią Spencer.

- Nie powierzyłbym nawet ulubionego psa tej babie Blewett - rzekł Mateusz z niezwykłą zaciętością.

- I ja jej nie lubię - przyznała Maryla - lecz mamy do wyboru: albo oddać Anię do niej, albo zatrzymać ją u nas. Jeśli więc ty, Mateuszu, pragniesz, by została, zgodzę się ostatecznie na to. Tak wiele zastanawiałam się nad tem, że wreszcie przywykłam do tej myśli. Wydaje mi się to w pewnym stopniu obowiązkiem... Nigdy nie wychowywałam dziecka, a z dziewczynką trudniejsza sprawa. Być może, iż popełnię niejeden błąd... Postaram się wszakże postępować słusznie... A więc co do mnie, zgadzam się, by została.

Ponura twarz Mateusza rozjaśniła się.

- Wiedziałem, że tak postąpisz, Marylo - rzekł. - Jest to takie miłe stworzenie...

- Lepiej byłoby, gdyby posiadała więcej praktycznego rozumu - odpowiedziała Maryla. - Postaram się, by go nabyła. Tylko pamiętaj, Mateuszu, nie wtrącać się do mojej metody postępowania. Wprawdzie stara panna nie umie może idealnie wychowywać dziecka, sądzę jednak, że potrafi to lepiej, niż stary kawaler. Najsłuszniej więc będzie, jeśli mnie zostawisz tę troskę. Gdybym nie potrafiła dać sobie rady, ty mi pomożesz.

- Ależ, rozumie się, Marylo, że będziesz postępowała, jak zechcesz - uspokajał Mateusz siostrę. - Tylko bądź dla niej dobrą i łagodną, nie psując jej bynajmniej... Wydaje mi się, że ona należy do tych istot, z któremi można wszystko przeprowadzić, o ile postępuje się z miłością.

Maryla sarknęła, aby wyrazić pogardę dla metody wychowania Mateusza i weszła do śpiżarni.

- Nie powiem jej dziś wieczór, że zostanie u nas - myślała, zajęta rozlewaniem mleka do dzieżek. - Biedna jej mózgownica pracowałaby tak żywo, że nie byłaby w stanie zasnąć. Tak, Marylo, dobrześ się urządziła! Czyś przypuszczała kiedykolwiek, że doczekasz się dnia, w którym weźmiesz dziecko na wychowanie? Wistocie zadziwiające! Lecz daleko dziwniejsze jest, że przyszło to do głowy Mateuszowi, tak bardzo nielubiącemu dziewczynek... Jakkolwiek się stało, podjęliśmy się trudnego zadania i Bóg wie, jaki będzie koniec przedsięwzięcia.

 

Chapter II. Matthew Cuthbert is surprised

 

Matthew Cuthbert and the sorrel mare jogged comfortably over the eight miles to Bright River. It was a pretty road, running along between snug farmsteads, with now and again a bit of balsamy fir wood to drive through or a hollow where wild plums hung out their filmy bloom. The air was sweet with the breath of many apple orchards and the meadows sloped away in the distance to horizon mists of pearl and purple; while

 

"The little birds sang as if it were

The one day of summer in all the year."

 

Matthew enjoyed the drive after his own fashion, except during the moments when he met women and had to nod to them-for in Prince Edward island you are supposed to nod to all and sundry you meet on the road whether you know them or not.

 

Matthew dreaded all women except Marilla and Mrs. Rachel; he had an uncomfortable feeling that the mysterious creatures were secretly laughing at him. He may have been quite right in thinking so, for he was an odd-looking personage, with an ungainly figure and long iron-gray hair that touched his stooping shoulders, and a full, soft brown beard which he had worn ever since he was twenty. In fact, he had looked at twenty very much as he looked at sixty, lacking a little of the grayness.

 

When he reached Bright River there was no sign of any train; he thought he was too early, so he tied his horse in the yard of the small Bright River hotel and went over to the station house. The long platform was almost deserted; the only living creature in sight being a girl who was sitting on a pile of shingles at the extreme end. Matthew, barely noting that it was a girl, sidled past her as quickly as possible without looking at her. Had he looked he could hardly have failed to notice the tense rigidity and expectation of her attitude and expression. She was sitting there waiting for something or somebody and, since sitting and waiting was the only thing to do just then, she sat and waited with all her might and main.

 

Matthew encountered the stationmaster locking up the ticket office preparatory to going home for supper, and asked him if the five-thirty train would soon be along.

 

"The five-thirty train has been in and gone half an hour ago," answered that brisk official. "But there was a passenger dropped off for you-a little girl. She's sitting out there on the shingles. I asked her to go into the ladies' waiting room, but she informed me gravely that she preferred to stay outside. 'There was more scope for imagination,' she said. She's a case, I should say."

 

"I'm not expecting a girl," said Matthew blankly. "It's a boy I've come for. He should be here. Mrs. Alexander Spencer was to bring him over from Nova Scotia for me."

 

The stationmaster whistled.

 

"Guess there's some mistake," he said. "Mrs. Spencer came off the train with that girl and gave her into my charge. Said you and your sister were adopting her from an orphan asylum and that you would be along for her presently. That's all I know about it-and I haven't got any more orphans concealed hereabouts."

 

"I don't understand," said Matthew helplessly, wishing that Marilla was at hand to cope with the situation.

 

"Well, you'd better question the girl," said the station-master carelessly. "I dare say she'll be able to explain-she's got a tongue of her own, that's certain. Maybe they were out of boys of the brand you wanted."

 

He walked jauntily away, being hungry, and the unfortunate Matthew was left to do that which was harder for him than bearding a lion in its den-walk up to a girl-a strange girl-an orphan girl-and demand of her why she wasn't a boy. Matthew groaned in spirit as he turned about and shuffled gently down the platform towards her.

 

She had been watching him ever since he had passed her and she had her eyes on him now. Matthew was not looking at her and would not have seen what she was really like if he had been, but an ordinary observer would have seen this: A child of about eleven, garbed in a very short, very tight, very ugly dress of yellowish-gray wincey. She wore a faded brown sailor hat and beneath the hat, extending down her back, were two braids of very thick, decidedly red hair. Her face was small, white and thin, also much freckled; her mouth was large and so were her eyes, which looked green in some lights and moods and gray in others.

 

So far, the ordinary observer; an extraordinary observer might have seen that the chin was very pointed and pronounced; that the big eyes were full of spirit and vivacity; that the mouth was sweet-lipped and expressive; that the forehead was broad and full; in short, our discerning extraordinary observer might have concluded that no commonplace soul inhabited the body of this stray woman-child of whom shy Matthew Cuthbert was so ludicrously afraid.

 

Matthew, however, was spared the ordeal of speaking first, for as soon as she concluded that he was coming to her she stood up, grasping with one thin brown hand the handle of a shabby, old-fashioned carpet-bag; the other she held out to him.

 

"I suppose you are Mr. Matthew Cuthbert of Green Gables?" she said in a peculiarly clear, sweet voice. "I'm very glad to see you. I was beginning to be afraid you weren't coming for me and I was imagining all the things that might have happened to prevent you. I had made up my mind that if you didn't come for me to-night I'd go down the track to that big wild cherry-tree at the bend, and climb up into it to stay all night. I wouldn't be a bit afraid, and it would be lovely to sleep in a wild cherry-tree all white with bloom in the moonshine, don't you think? You could imagine you were dwelling in marble halls, couldn't you? And I was quite sure you would come for me in the morning, if you didn't to-night."

 

Matthew had taken the scrawny little hand awkwardly in his; then and there he decided what to do. He could not tell this child with the glowing eyes that there had been a mistake; he would take her home and let Marilla do that. She couldn't be left at Bright River anyhow, no matter what mistake had been made, so all questions and explanations might as well be deferred until he was safely back at Green Gables.

 

"I'm sorry I was late," he said shyly. "Come along. The horse is over in the yard. Give me your bag."

 

"Oh, I can carry it," the child responded cheerfully. "It isn't heavy. I've got all my worldly goods in it, but it isn't heavy. And if it isn't carried in just a certain way the handle pulls out-so I'd better keep it because I know the exact knack of it. It's an extremely old carpet-bag. Oh, I'm very glad you've come, even if it would have been nice to sleep in a wild cherry-tree. We've got to drive a long piece, haven't we? Mrs. Spencer said it was eight miles. I'm glad because I love driving. Oh, it seems so wonderful that I'm going to live with you and belong to you. I've never belonged to anybody-not really. But the asylum was the worst. I've only been in it four months, but that was enough. I don't suppose you ever were an orphan in an asylum, so you can't possibly understand what it is like. It's worse than anything you could imagine. Mrs. Spencer said it was wicked of me to talk like that, but I didn't mean to be wicked. It's so easy to be wicked without knowing it, isn't it? They were good, you know-the asylum people. But there is so little scope for the imagination in an asylum-only just in the other orphans. It was pretty interesting to imagine things about them-to imagine that perhaps the girl who sat next to you was really the daughter of a belted earl, who had been stolen away from her parents in her infancy by a cruel nurse who died before she could confess. I used to lie awake at nights and imagine things like that, because I didn't have time in the day. I guess that's why I'm so thin-I am dreadful thin, ain't I? There isn't a pick on my bones. I do love to imagine I'm nice and plump, with dimples in my elbows."

 

With this Matthew's companion stopped talking, partly because she was out of breath and partly because they had reached the buggy. Not another word did she say until they had left the village and were driving down a steep little hill, the road part of which had been cut so deeply into the soft soil, that the banks, fringed with blooming wild cherry-trees and slim white birches, were several feet above their heads.

 

The child put out her hand and broke off a branch of wild plum that brushed against the side of the buggy.

 

"Isn't that beautiful? What did that tree, leaning out from the bank, all white and lacy, make you think of?" she asked.

 

"Well now, I dunno," said Matthew.

 

"Why, a bride, of course-a bride all in white with a lovely misty veil. I've never seen one, but I can imagine what she would look like. I don't ever expect to be a bride myself. I'm so homely nobody will ever want to marry me-unless it might be a foreign missionary. I suppose a foreign missionary mightn't be very particular. But I do hope that some day I shall have a white dress. That is my highest ideal of earthly bliss. I just love pretty clothes. And I've never had a pretty dress in my life that I can remember-but of course it's all the more to look forward to, isn't it? And then I can imagine that I'm dressed gorgeously. This morning when I left the asylum I felt so ashamed because I had to wear this horrid old wincey dress. All the orphans had to wear them, you know. A merchant in Hopeton last winter donated three hundred yards of wincey to the asylum. Some people said it was because he couldn't sell it, but I'd rather believe that it was out of the kindness of his heart, wouldn't you? When we got on the train I felt as if everybody must be looking at me and pitying me. But I just went to work and imagined that I had on the most beautiful pale blue silk dress-because when you are imagining you might as well imagine something worth while-and a big hat all flowers and nodding plumes, and a gold watch, and kid gloves and boots. I felt cheered up right away and I enjoyed my trip to the Island with all my might. I wasn't a bit sick coming over in the boat. Neither was Mrs. Spencer although she generally is. She said she hadn't time to get sick, watching to see that I didn't fall overboard. She said she never saw the beat of me for prowling about. But if it kept her from being seasick it's a mercy I did prowl, isn't it? And I wanted to see everything that was to be seen on that boat, because I didn't know whether I'd ever have another opportunity. Oh, there are a lot more cherry-trees all in bloom! This Island is the bloomiest place. I just love it already, and I'm so glad I'm going to live here. I've always heard that Prince Edward Island was the prettiest place in the world, and I used to imagine I was living here, but I never really expected I would. It's delightful when your imaginations come true, isn't it? But those red roads are so funny. When we got into the train at Charlottetown and the red roads began to flash past I asked Mrs. Spencer what made them red and she said she didn't know and for pity's sake not to ask her any more questions. She said I must have asked her a thousand already. I suppose I had, too, but how you going to find out about things if you don't ask questions? And what does make the roads red?"

 

"Well now, I dunno," said Matthew.

 

"Well, that is one of the things to find out sometime. Isn't it splendid to think of all the things there are to find out about? It just makes me feel glad to be alive-it's such an interesting world. It wouldn't be half so interesting if we know all about everything, would it? There'd be no scope for imagination then, would there? But am I talking too much? People are always telling me I do. Would you rather I didn't talk? If you say so I'll stop. I can stop when I make up my mind to it, although it's difficult."

 

Matthew, much to his own surprise, was enjoying himself. Like most quiet folks he liked talkative people when they were willing to do the talking themselves and did not expect him to keep up his end of it. But he had never expected to enjoy the society of a little girl. Women were bad enough in all conscience, but little girls were worse. He detested the way they had of sidling past him timidly, with sidewise glances, as if they expected him to gobble them up at a mouthful if they ventured to say a word. That was the Avonlea type of well-bred little girl. But this freckled witch was very different, and although he found it rather difficult for his slower intelligence to keep up with her brisk mental processes he thought that he "kind of liked her chatter." So he said as shyly as usual:

 

"Oh, you can talk as much as you like. I don't mind."

 

"Oh, I'm so glad. I know you and I are going to get along together fine. It's such a relief to talk when one wants to and not be told that children should be seen and not heard. I've had that said to me a million times if I have once. And people laugh at me because I use big words. But if you have big ideas you have to use big words to express them, haven't you?"

 

"Well now, that seems reasonable," said Matthew.

 

"Mrs. Spencer said that my tongue must be hung in the middle. But it isn't-it's firmly fastened at one end. Mrs. Spencer said your place was named Green Gables. I asked her all about it. And she said there were trees all around it. I was gladder than ever. I just love trees. And there weren't any at all about the asylum, only a few poor weeny-teeny things out in front with little whitewashed cagey things about them. They just looked like orphans themselves, those trees did. It used to make me want to cry to look at them. I used to say to them, 'Oh, you poor little things! If you were out in a great big woods with other trees all around you and little mosses and June bells growing over your roots and a brook not far away and birds singing in you branches, you could grow, couldn't you? But you can't where you are. I know just exactly how you feel, little trees.' I felt sorry to leave them behind this morning. You do get so attached to things like that, don't you? Is there a brook anywhere near Green Gables? I forgot to ask Mrs. Spencer that."

 

"Well now, yes, there's one right below the house."

 

"Fancy. It's always been one of my dreams to live near a brook. I never expected I would, though. Dreams don't often come true, do they? Wouldn't it be nice if they did? But just now I feel pretty nearly perfectly happy. I can't feel exactly perfectly happy because-well, what color would you call this?"

 

She twitched one of her long glossy braids over her thin shoulder and held it up before Matthew's eyes. Matthew was not used to deciding on the tints of ladies' tresses, but in this case there couldn't be much doubt.

 

"It's red, ain't it?" he said.

 

The girl let the braid drop back with a sigh that seemed to come from her very toes and to exhale forth all the sorrows of the ages.

 

"Yes, it's red," she said resignedly. "Now you see why I can't be perfectly happy. Nobody could who has red hair. I don't mind the other things so much-the freckles and the green eyes and my skinniness. I can imagine them away. I can imagine that I have a beautiful rose-leaf complexion and lovely starry violet eyes. But I cannot imagine that red hair away. I do my best. I think to myself, 'Now my hair is a glorious black, black as the raven's wing.' But all the time I know it is just plain red and it breaks my heart. It will be my lifelong sorrow. I read of a girl once in a novel who had a lifelong sorrow but it wasn't red hair. Her hair was pure gold rippling back from her alabaster brow. What is an alabaster brow? I never could find out. Can you tell me?"

 

"Well now, I'm afraid I can't," said Matthew, who was getting a little dizzy. He felt as he had once felt in his rash youth when another boy had enticed him on the merry-go-round at a picnic.

 

"Well, whatever it was it must have been something nice because she was divinely beautiful. Have you ever imagined what it must feel like to be divinely beautiful?"

 

"Well now, no, I haven't," confessed Matthew ingenuously.

 

"I have, often. Which would you rather be if you had the choice-divinely beautiful or dazzlingly clever or angelically good?"

 

"Well now, I-I don't know exactly."

 

"Neither do I. I can never decide. But it doesn't make much real difference for it isn't likely I'll ever be either. It's certain I'll never be angelically good. Mrs. Spencer says-oh, Mr. Cuthbert! Oh, Mr. Cuthbert!! Oh, Mr. Cuthbert!!!"

 

That was not what Mrs. Spencer had said; neither had the child tumbled out of the buggy nor had Matthew done anything astonishing. They had simply rounded a curve in the road and found themselves in the "Avenue."

 

The "Avenue," so called by the Newbridge people, was a stretch of road four or five hundred yards long, completely arched over with huge, wide-spreading apple-trees, planted years ago by an eccentric old farmer. Overhead was one long canopy of snowy fragrant bloom. Below the boughs the air was full of a purple twilight and far ahead a glimpse of painted sunset sky shone like a great rose window at the end of a cathedral aisle.

 

Its beauty seemed to strike the child dumb. She leaned back in the buggy, her thin hands clasped before her, her face lifted rapturously to the white splendor above. Even when they had passed out and were driving down the long slope to Newbridge she never moved or spoke. Still with rapt face she gazed afar into the sunset west, with eyes that saw visions trooping splendidly across that glowing background. Through Newbridge, a bustling little village where dogs barked at them and small boys hooted and curious faces peered from the windows, they drove, still in silence. When three more miles had dropped away behind them the child had not spoken. She could keep silence, it was evident, as energetically as she could talk.

 

"I guess you're feeling pretty tired and hungry," Matthew ventured to say at last, accounting for her long visitation of dumbness with the only reason he could think of. "But we haven't very far to go now-only another mile."

 

She came out of her reverie with a deep sigh and looked at him with the dreamy gaze of a soul that had been wondering afar, star-led.

 

"Oh, Mr. Cuthbert," she whispered, "that place we came through-that white place-what was it?"

 

"Well now, you must mean the Avenue," said Matthew after a few moments' profound reflection. "It is a kind of pretty place."

 

"Pretty? Oh, pretty doesn't seem the right word to use. Nor beautiful, either. They don't go far enough. Oh, it was wonderful-wonderful. It's the first thing I ever saw that couldn't be improved upon by imagination. It just satisfies me here"-she put one hand on her breast-"it made a queer funny ache and yet it was a pleasant ache. Did you ever have an ache like that, Mr. Cuthbert?"

 

"Well now, I just can't recollect that I ever had."

 

"I have it lots of time-whenever I see anything royally beautiful. But they shouldn't call that lovely place the Avenue. There is no meaning in a name like that. They should call it-let me see-the White Way of Delight. Isn't that a nice imaginative name? When I don't like the name of a place or a person I always imagine a new one and always think of them so. There was a girl at the asylum whose name was Hepzibah Jenkins, but I always imagined her as Rosalia DeVere. Other people may call that place the Avenue, but I shall always call it the White Way of Delight. Have we really only another mile to go before we get home? I'm glad and I'm sorry. I'm sorry because this drive has been so pleasant and I'm always sorry when pleasant things end. Something still pleasanter may come after, but you can never be sure. And it's so often the case that it isn't pleasanter. That has been my experience anyhow. But I'm glad to think of getting home. You see, I've never had a real home since I can remember. It gives me that pleasant ache again just to think of coming to a really truly home. Oh, isn't that pretty!"

 

They had driven over the crest of a hill. Below them was a pond, looking almost like a river so long and winding was it. A bridge spanned it midway and from there to its lower end, where an amber-hued belt of sand-hills shut it in from the dark blue gulf beyond, the water was a glory of many shifting hues-the most spiritual shadings of crocus and rose and ethereal green, with other elusive tintings for which no name has ever been found. Above the bridge the pond ran up into fringing groves of fir and maple and lay all darkly translucent in their wavering shadows. Here and there a wild plum leaned out from the bank like a white-clad girl tip-toeing to her own reflection. From the marsh at the head of the pond came the clear, mournfully-sweet chorus of the frogs. There was a little gray house peering around a white apple orchard on a slope beyond and, although it was not yet quite dark, a light was shining from one of its windows.

 

"That's Barry's pond," said Matthew.

 

"Oh, I don't like that name, either. I shall call it-let me see-the Lake of Shining Waters. Yes, that is the right name for it. I know because of the thrill. When I hit on a name that suits exactly it gives me a thrill. Do things ever give you a thrill?"

 

Matthew ruminated.

 

"Well now, yes. It always kind of gives me a thrill to see them ugly white grubs that spade up in the cucumber beds. I hate the look of them."

 

"Oh, I don't think that can be exactly the same kind of a thrill. Do you think it can? There doesn't seem to be much connection between grubs and lakes of shining waters, does there? But why do other people call it Barry's pond?"

 

"I reckon because Mr. Barry lives up there in that house. Orchard Slope's the name of his place. If it wasn't for that big bush behind it you could see Green Gables from here. But we have to go over the bridge and round by the road, so it's near half a mile further."

 

"Has Mr. Barry any little girls? Well, not so very little either-about my size."

 

"He's got one about eleven. Her name is Diana."

 

"Oh!" with a long indrawing of breath. "What a perfectly lovely name!"

 

"Well now, I dunno. There's something dreadful heathenish about it, seems to me. I'd ruther Jane or Mary or some sensible name like that. But when Diana was born there was a schoolmaster boarding there and they gave him the naming of her and he called her Diana."

 

"I wish there had been a schoolmaster like that around when I was born, then. Oh, here we are at the bridge. I'm going to shut my eyes tight. I'm always afraid going over bridges. I can't help imagining that perhaps just as we get to the middle, they'll crumple up like a jack-knife and nip us. So I shut my eyes. But I always have to open them for all when I think we're getting near the middle. Because, you see, if the bridge did crumple up I'd want to see it crumple. What a jolly rumble it makes! I always like the rumble part of it. Isn't it splendid there are so many things to like in this world? There we're over. Now I'll look back. Good night, dear Lake of Shining Waters. I always say good night to the things I love, just as I would to people. I think they like it. That water looks as if it was smiling at me."

 

When they had driven up the further hill and around a corner Matthew said:

 

"We're pretty near home now. That's Green Gables over-"

 

"Oh, don't tell me," she interrupted breathlessly, catching at his partially raised arm and shutting her eyes that she might not see his gesture. "Let me guess. I'm sure I'll guess right."

 

She opened her eyes and looked about her. They were on the crest of a hill. The sun had set some time since, but the landscape was still clear in the mellow afterlight. To the west a dark church spire rose up against a marigold sky. Below was a little valley and beyond a long, gently-rising slope with snug farmsteads scattered along it. From one to another the child's eyes darted, eager and wistful. At last they lingered on one away to the left, far back from the road, dimly white with blossoming trees in the twilight of the surrounding woods. Over it, in the stainless southwest sky, a great crystal-white star was shining like a lamp of guidance and promise.

 

"That's it, isn't it?" she said, pointing.

 

Matthew slapped the reins on the sorrel's back delightedly.

 

"Well now, you've guessed it! But I reckon Mrs. Spencer described it so's you could tell."

 

"No, she didn't-really she didn't. All she said might just as well have been about most of those other places. I hadn't any real idea what it looked like. But just as soon as I saw it I felt it was home. Oh, it seems as if I must be in a dream. Do you know, my arm must be black and blue from the elbow up, for I've pinched myself so many times today. Every little while a horrible sickening feeling would come over me and I'd be so afraid it was all a dream. Then I'd pinch myself to see if it was real-until suddenly I remembered that even supposing it was only a dream I'd better go on dreaming as long as I could; so I stopped pinching. But it is real and we're nearly home."

 

With a sigh of rapture she relapsed into silence. Matthew stirred uneasily. He felt glad that it would be Marilla and not he who would have to tell this waif of the world that the home she longed for was not to be hers after all. They drove over Lynde's Hollow, where it was already quite dark, but not so dark that Mrs. Rachel could not see them from her window vantage, and up the hill and into the long lane of Green Gables. By the time they arrived at the house Matthew was shrinking from the approaching revelation with an energy he did not understand. It was not of Marilla or himself he was thinking or of the trouble this mistake was probably going to make for them, but of the child's disappointment. When he thought of that rapt light being quenched in her eyes he had an uncomfortable feeling that he was going to assist at murdering something-much the same feeling that came over him when he had to kill a lamb or calf or any other innocent little creature.

 

The yard was quite dark as they turned into it and the poplar leaves were rustling silkily all round it.

 

"Listen to the trees talking in their sleep," she whispered, as he lifted her to the ground. "What nice dreams they must have!"

 

Then, holding tightly to the carpet-bag which contained "all her worldly goods," she followed him into the house.

 

 

Ania z Zielonego Wzgórza 

CZĘŚĆ PIERWSZA.

Rozdział I. Zdumienie pani Małgorzaty Linde.

Dworek pani Małgorzaty Linde stał w tem właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący do Avonlei, skręcał w dolinę, otoczoną olchami i porosłą paprociami, poprzez którą przerzynał się strumyk, mający swe źródło het, daleko, w lasach, po drugiej stronie starego dworu Cutbertów. Na początku swej wędrówki przez lasy, pełne kaskad szumiących, zasilających wody tego strumyka, był on bardzo kapryśnym i swawolnym, lecz, zbliżając się do doliny Lindów, stawał się coraz spokojniejszym i dobrze ułożonym potokiem, bo nawet, przemykając się w pobliżu ogrodu pani Małgorzaty Linde, winien był pamiętać "co wypada, a co nie wypada".

Przyczyną tego była prawdopodobnie okoliczność, że pani Małgorzata, siedząc u okna, stale czujnym wzrokiem baczyła nie tylko na to, co się działo na gościńcu, ale interesowała się też strumykami zarówno jak i dziećmi, przechodzącemi lub bawiącemi się opodal, a jeśli zauważyła coś niezwykłego, nie zaznała spokoju, dopóki nie potrafiła wyszperać przyczyny i celu tej rzeczy.

Wielu jest ludzi, zarówno w Avonlei jak i poza jej granicami, lubiących zajmować się sprawami swych sąsiadów dlatego najczęściej, że zaniedbują swe własne. Ale pani Małgorzata Linde należała do tych niezwykle dzielnych osób, które gorliwie dbając o własne dobro, żywią jednocześnie gorące zainteresowanie się sprawami swych bliźnich.

Była ona wzorową panią domu, pod okiem której gospodarstwo szło jak w zegarku, ona "rej wiodła" w Szwalni dla dziewcząt, ona zajmowała się szkołą niedzielną, była jednym z głównych filarów Związku Kościoła i Stowarzyszenia misjonarzy, nawracających dalekich pogan.

Pomimo to, pani Małgorzata miała jeszcze dość wolnego czasu, aby, siedząc godzinami u okna kuchni, robić szydełkiem kołdry bawełniane - a zrobiła ich już sześćdziesiąt, jak szeptem opowiadały sobie kumoszki z Avonlei, i czujnem okiem przyglądać się gościńcowi, który tutaj właśnie skręcał w dolinę, a potem wił się w górę, po stromem wzgórzu.

Wobec tego, że Avonlea zbudowana jest na trójkątnym małym półwyspie, wynurzającym się z zatoki Św. Wawrzyńca, i z dwu stron otoczona wodą, każdy dążący do miasta lub powracający musiał przechodzić drogą ku wzgórzu, i w ten sposób mijał ulicę, sam nie wiedząc o tem, pod okiem wszystko widzącej pani Małgorzaty.

Pewnego popołudnia w pierwszych dniach czerwca siedziała ona na swem zwykłem miejscu. Ciepłe i jasne promienie słońca zaglądały do niej przez okno. Przed dworkiem roztaczał się cudny sad, strojny teraz w najpiękniejszą szatę weselną z bladoróżowych i białych kwiatów, nad któremi unosiły się, brzęcząc, mirjady pszczół.

Tomasz Linde - skromny człowieczek, którego mieszkańcy Avonlei zwykli byli nazywać mężem Małgorzaty Linde - sadził marchew u podnórza pagórka, poza stodołą. Sąsiad jego Mateusz Cutbert niewątpliwie czynił to samo na wielkiej nowinie w pobliżu Zielonego Wzgórza. Tak myślała pani Małgorzata, słyszała bowiem poprzedniego wieczoru, w sklepie Wilhelma Bakera, jak mówił do Piotra Morisona, że nazajutrz sadzić będzie marchew.

Naturalnie, ze go Piotr musiał o to zapytać, bo Mateusz Cutbert nie należał do ludzi, którzy niepytani odpowiadają cokolwiek.

A tymczasem, czyż to możliwe? Oto o godzinie pół do czwartej, w jasne popołudnie, i to w dzień powszedni, Mateusz Cutbert jedzie wolnym truchtem, w górę wzgórza. Co dziwniejsza, ma na sobie biały kołnierzyk i odświętne ubranie, więc nie ulega wątpliwości, że wyjeżdża z Avonlei. Jedzie zaś kabrjoletem, zaprzężonym w brunatną klacz, co wskazuje, że droga jest dość daleka. Dokądże się wybrał i jaki mógł mieć interes?

Nie ulega wątpliwości, że gdyby chodziło o którego innego z mieszkańców Avonlei, pani Małgorzata, ze swą rzadką zdolnością domyślania się, odpowiedziałaby na oba pytania. Ale Mateusz tak rzadko wyjeżdżał z domu, iż tylko jakaś nagła i nieoczekiwana sprawa mogła być tego powodem. Z natury bowiem był tak niesłychanie wstydliwy i nieśmiały, że wyjazd z domu lub udanie się pomiędzy obcych, z którymi musiałby rozmawiać, uważał za wielką przykrość. Mateusz w białym kołnierzyku, w kabrjolecie, było to zjawisko, nie często widywane!

Jakkolwiek pani Małgorzata długo biedziła się nad domysłami, nie potrafiła jednak dojść do żadnego wniosku. Spokój jej został zmącony!

- Niema innej rady! - postanowiła wreszcie. - Po herbacie przejdę na Zielone Wzgórze i wybadam Marylę, dokąd to on pojechał i w jakiej sprawie? Wszakże nigdy w tej porze roku nie jeździ do miasta i nigdy nie wdaje się w żadne odwiedziny, i to jeszcze w dzień powszedni! Gdyby mu zabrakło marchwi do sadzenia i musiał po nią jechać, nie ubrałby się przecież odświętnie i nie pojechałby kabrjoletem. Również nie udawał się po doktora, bo jechał zbyt wolno. Musiało tedy wczoraj wieczorem zajść u nich coś nieoczekiwanego! Nie mogę tego pojąć! Nie będę spokojna, póki się nie dowiem, dlaczego Mateusz Cutbert dziś wyjechał z Avonlei!

Zaraz przeto po herbacie pani Małgorzata ruszyła w drogę do Zielonego Wzgórza. Niedługą miała wędrówkę. Wielki, rozlegle zbudowany i otoczony sadami dwór, w którym mieszkała rodzina Cutbertów, oddalony był zaledwie o ćwierć mili gościńcem od dworku Lindów. Należało jednak przejść jeszcze kawałek boczną drogą. Ojciec Mateusza był równie milczący i nieśmiały jak jego syn, i, budując swe domostwo, postarał się wystawić je możliwie daleko od sąsiednich domów, nie ukrywając go jednakże w lesie. Dwór swój postawił tedy na ostatecznym krańcu polany, gdzie był widoczny z wielkiego gościńca, wzdłuż którego wszystkie inne domki Avonlei stały obok siebie w jednym szeregu.

Pani Małgorzata Linde dziwiła się zawsze, jak można było stawiać dom w tem miejscu i jeszcze nazywać go mieszkaniem.

- Ma się dach ponad głową, to prawda - mówiła, krocząc boczną drogą, okoloną krzakami dzikiej róży - ale jest to odludzie, bez sąsiadów. - Cóż dziwnego, że Maryla i Mateusz są trochę dziwacy, żyjąc w takiem odosobnieniu. Jeśli drzewa mogą służyć za towarzystwo, to mają ich, dzięki Bogu, aż nadto. Jednakże ja wołałabym patrzeć na ludzi. Co prawda, oboje wyglądają na zadowolonych, lecz przypuszczam, że przywykli już do takiego rodzaju życia. "Można się do wszystkiego przyzwyczaić", rzekł pewien Irlandczyk, którego skazali na powieszenie.

Z temi słowy pani Małgorzata weszła w wielkie podwórze Zielonego Wzgórza. Całe wśród Zieleni, czyste i znakomicie utrzymane, z jednej strony otoczone było wysokiemi staremi wierzbami, z drugiej zaś równo przyciętemi topolami. Ani jeden kamyk, ani jedna zużyta zapałka nie leżały na drodze; nie ulega bowiem wątpliwości, że pani Małgorzata zauważyłaby to natychmiast. W duszy żywiła głębokie przekonanie, że Maryla Cutbert zamiatała to podwórze równie często jak swe pokoje. Możnaby śmiało jeść wprost z ziemi bez obawy połknięcia źdźbła brudu.

Pani Linde krótko a mocno zapukała do drzwi kuchni i, usłyszawszy "proszę", weszła. Kuchnia na Zielonem Wzgórzu była niezmiernie wesoła, a tak czysta, iż czyniła wrażenie nigdy nieużywanej sali. Okna jej zwrócone były na wschód i na zachód. Ze strony wschodniej, od podwórza, wdzierał się tu cały potok łagodnego czerwcowego słońca; od zachodu zaś, skąd rozweselał oczy blask białego kwiecia wiśni z sadu i zieleń lekko kołyszących się smukłych brzóz, pięło się dzikie wino.

Tutaj Maryla Cutbert zwykła była siadywać, o ile chciała chwilę wypocząć, zawsze nieufnie spoglądając na słońce, które wydawało jej się zbyt wesoło świecące dla poważnego świata. Tutaj też siedziała w tej chwili właśnie, zajęta haftem. Stół był nakryty do wieczerzy.

Zaledwie Małgorzata zdążyła uchylić drzwi, już doskonale zauważyła wszystko, co stało na owym stole. Znajdowały się na nim trzy nakrycia; widocznem więc było, że Maryla oczekiwała jakiegoś gościa, mającego przybyć z Mateuszem. Lecz talerze były codzienne, zaś na salaterce tylko powidła z jabłek i jeden rodzaj pieczywa. A więc ten oczekiwany gość nie był żadną czcigodną, wysoko urodzoną osobą.

W takim razie jednak co znaczył biały kołnierzyk Mateusza i gniada klacz? Pani Małgorzata zaczęła gubić się w tej zagadkowej sprawie na zwykle tak cichem, bynajmniej nieosłoniętem tajemniczością, Zielonem Wzgórzu.

- Dobry wieczór, Marylo - rzekła, wchodząc.

- Dobry wieczór, Małgorzato - odrzekła wesoło Maryla. - Śliczny wieczór, prawda? Siadaj, proszę! Jakże się twoi miewają?

Coś, co w braku innego określenia możnaby nazwać przyjaźnią, istniało zawsze pomiędzy Marylą Cutbert a panią Małgorzatą, pomimo - albo może właśnie z powodu kontrastu ich natur.

Maryla była to wysoka i szczupła kobieta o ostrych konturach członków. Jej ciemne włosy o niewielu siwych pasmach zwinięte były stale w gruby węzeł, w morderczy sposób przeszyty dwiema metalowemi szpilkami. Czyniła wrażenie osoby o ciasnym poglądzie na świat i bardzo wymagającej. Jednakże nieznaczny jakiś rys wokoło ust, leciutko tylko naznaczony, wskazywał, że gdyby był cokolwiek bardziej rozwinięty, zdradzałby niewątpliwie skłonność do wesołej ironji.

- My mamy się wszyscy doskonale - odpowiedziała pani Małgorzata. - Lecz kiedym zobaczyła Mateusza, jadącego gościńcem, przyszło mi na myśl, czy nie zaszło u was coś niepomyślnego. Sądziłam, że jedzie może po doktora.

Jakiś niewidoczny prawie uśmiech zaigrał na ustach Maryli. Oczekiwała Małgorzatę; wiedziała dobrze, że widok Mateusza, wyjeżdżającego niespodzianie kabrjoletem, rozbudzi bez wątpienia ciekawość sąsiadki.

- O nie, czuję się zupełnie dobrze, pomimo żem miała wczoraj ciężką migrenę - odrzekła. - Mateusz pojechał na dworzec. Oczekujemy małego chłopca z Domu Sierot, w Nowej Szkocji. Ma on właśnie przyjechać wieczornym pociągiem.

Gdyby Maryla była oznajmiła, że Mateusz pojechał na dworzec dla odebrania kangura, przysłanego z Australji, zdumienie pani Małgorzaty pewnie nie byłoby większe. Zdawało się, że oniemiała na parę sekund. Niepodobieństwem przecież było przypuszczać, że Maryla żartuje z niej... lecz w tej chwili pani Małgorzata gotowa była tak sądzić.

- Czy mówisz serjo, Marylo? - spytała, odzyskawszy głos.

- Ależ, naturalnie - odpowiedziała zapytana takim tonem, jak gdyby sprowadzanie chłopców z Domu Sierot, w Nowej Szkocji, stanowiło część zwykłych zajęć wiosennych każdej porządnej fermy w Avonlei, nie zaś aby było faktem całkiem tu niesłychanym.

Pani Małgorzata czuła, że traci swą duchową równowagę. Myślała samemi wykrzyknikami. Chłopiec! Maryla i Mateusz Cutbertowie adoptują chłopca! Z Domu Sierot! Czyż to nie koniec świata! Chybaż po tem nic ją już nie będzie w stanie zadziwić! Nic! Nic!...

- Skądże taka myśl wam przyszła? - spytała tonem nagany.

Ponieważ powzięto postanowienie bez jej rady, należało więc je zganić.

- O, długo rozmyślaliśmy nad tem, - właściwie przez całą zimę, - odpowiedziała Maryla. - Na kilka dni przed Bożem Narodzeniem była u nas pani Spencer i opowiadała, że na wiosnę przyjmie do siebie dziewczynkę z Domu Sierot w Hopetown, gdzie mieszka jej cioteczny brat; często bywając u niego, miała sposobność poznać ten Dom Sierot, jako dobrze prowadzony. Mówiła o kilku chłopcach sierotach, których tam widywała, a że Mateusz i ja już dawno myśleliśmy o tem, więc postanowiliśmy wziąć do siebie owego chłopca. Mateusz jest już niemłody, - wiesz, że skończył sześćdziesiąt lat - i nie taki rzeźki, jak dawniej. Od czasu do czasu serce go niepokoi. A pani wszakże rozumie, co to znaczy najmować obcą pomoc! Niema tu innych najemników, jak te głupie wyrostki francuskie. Trudno ich utrzymać, bo zaledwie się ich nieco poduczy i przyzwyczai, wymykają się do fabryk lub wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych.

Początkowo myślał Mateusz o chłopcu z Barnado. Ale ja nie chciałam się na to zgodzić. - Być może, iż to bardzo odpowiedni nabytek, nie twierdzę przeciwnie - rzekłam - ale nie chcę znać uliczników Londynu. Daj mi przynajmniej tutaj dziecko. Kogokolwiekbądź weźmiemy, zawsze to bardzo sprawa niepewna. Lecz lżej mi będzie na duszy, spokojniej będę spała, mając w domu dziecko, rodem z Kanady - mówiłam.

I wreszcie postanowiliśmy prosić panią Spencer, aby gdy pojedzie po dziewczynkę dla siebie, wybrała dla nas chłopca. Właśnie w zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że wyjeżdża w tej sprawie i natychmiast przez służącego Roberta Spencera posłałam jej pozdrowienie z prośbą, aby się nam wystarała o ładnego, zdrowego dziesięcio lub jedenastoletniego chłopczyka. Uważamy, że to wiek najodpowiedniejszy; - chłopiec jest dość duży dla załatwiania drobnych sprawunków, a dość młody, by móc nim pokierować wedle naszej myśli. Znajdzie u nas ciepły rodzinny kąt i odpowiednią opiekę. Dziś właśnie otrzymaliśmy od pani Spencer depeszę - listonosz przyniósł ją, - że przyjeżdża pociągiem o pół do szóstej po południu. Dlatego to Mateusz pojechał na stację. Pani Spencer zostawi tam chłopca, bo sama jedzie dalej do Białych Piasków.

Pani Małgorzata dumna była z tego, że zawsze bez ogródek wypowiadała swe zdanie. Postanowiła uczynić to i obecnie, pomimo że nie odzyskała jeszcze swej zwykłej równowagi.

- Wiesz, Marylo, muszę ci wyznać otwarcie, że macie zamiar popełnić wielkie szaleństwo. Nie wiecie, co robicie! Wprowadzacie do waszego domu jakieś obce dziecko, stworzenie, o którem nic nie wiecie, którego charakteru najzupełniej nie znacie, nie macie pojęcia, jacy byli jego rodzice, ani też, czem ono będzie w przyszłości. Właśnie w zeszłym tygodniu czytałam w gazecie, że jakieś małżeństwo z naszych stron przygarnęło do domu swego sierotę, chłopca z przytułku, a ten potwór podpalił ich dom - umyślnie, - i omal nie zginęli w ogniu. Słyszałam też o innym wypadku, że taki przygarnięty sierota wypijał im wszystkie jajka i nie mogli go od tego odzwyczaić. Gdybyś się była mnie spytała o radę - czegoś nie uczyniła, Marylo, - ja zaklinałabym cię na wszystko, byś tego nie zrobiła. Bezwarunkowo nie!

Ta spóźniona przestroga zdawała się ani przerażać, ani martwić Marylę. Spokojnie w dalszym ciągu kończyła swą robotę.

- Nie przeczę, że jest trochę słuszności w tem, co mówisz, Małgorzato. Ja sama długi czas nie wiedziałam, na co się zgodzić. Ale Mateusz bardzo pragnął tego. Widziałam, jak mu na tem zależy, więc ustąpiłam. Mateusz tak rzadko żąda czegoś, że jeśli kiedy to uczyni, uważam za swój obowiązek spełnić jego żądanie. Co się tyczy ryzyka, toć trudno obliczyć naprzód skutki czegokolwiek na świecie. Ludzie, mający własne dzieci, także nie są pewni, jak się one pokierują. Nie zawsze przecież wyrastają na dzielne jednostki. A Nowa Szkocja toć to prawie część naszej wyspy! Zupełnie co innego, gdybyśmy je sprowadzali z Anglji lub ze Stanów Zjednoczonych. Dziecko naszego kraju nie może się wszakże tak bardzo różnić od nas.

- Owszem, mam nadzieję, że wszystko dobrze pójdzie - rzekła pani Małgorzata tonem, zdradzającym wprost przeciwne przekonanie. - Tylko nie powiedz, żem cię nie ostrzegała, jeśli kiedykolwiek chłopiec ten podpali wasz dom lub wrzuci strychninę do studni. Przypominam sobie podobny wypadek w Nowym Brunświku, gdzie cała rodzina umarła w najstraszniejszych męczarniach... Tylko, że wtedy była to dziewczynka.

- Wszakże my nie bierzemy dziewczynki - odpowiedziała Maryla, jak gdyby zatruwanie studzien było wyłącznie kobiecą czynnością i nie należało się go obawiać ze strony chłopca. - Nigdy nie przyszłoby mi na myśl wziąć dziewczynkę do domu. Dziwi mnie, że pani Spencer to robi. Ona jednak potrafiłaby wziąć cały Dom Sierot pod swą opiekę, gdyby na taki pomysł wpadła.

Pani Małgorzata chętnie poczekałaby na powrót Mateusza. Ale zważywszy, że ma jeszcze całe dwie godziny przed sobą, postanowiła pójść dalej i wstąpić do Bellów, aby im zanieść tę nowinę. Wyobrażała sobie, jakie tam uczyni wrażenie, a pani Małgorzata lubiła bardzo silne wrażenia.

Pożegnała się więc ku wielkiemu zadowoleniu Maryli, której pod wpływem czarnych przeczuć i wróżb pani Małgorzaty z nową mocą nasunęły się dawne obawy i wątpliwości.

- Niesłychane rzeczy! - westchnęła pani Małgorzata, znalazłszy się znowu na gościńcu. - Czyż to nie sen aby? No, to pewna, że chłopca żal mi serdecznie. Mateusz, zarówno jak Maryla, nie mają pojęcia o wychowaniu dziecka i z pewnością będą żądali odeń, aby był mędrszy i doświadczeńszy od swego dziadka - jeśli go kiedykolwiek posiadał, co jest bardzo wątpliwe. Nie umiem sobie wcale wyobrazić dziecka w domu Cutbertów. Przecież nigdy tam dziecka nie było, bo Mateusz i Maryla byli też już dorośli, kiedy ojciec ich stawiał nowy dom, - a zresztą, Bóg wie, czy oni wogóle byli kiedy dziećmi. Za nic w świecie nie chciałabym być w skórze tego biednego chłopca. Naprawdę, żal mi go serdecznie!

W ten sposób wywnętrzała się pani Małgorzata przed kwitnącemi krzakami głogu.

Lecz litość jej bez wątpienia byłaby jeszcze głębsza i serdeczniejsza, gdyby mogła widzieć dziecko, które w tej chwili czekało na dworcu kolei żelaznej w Szerokiej Rzece.

 

Chapter III. Marilla Cuthbert is Surprised

 

Marilla came briskly forward as Matthew opened the door. But when her eyes fell on the odd little figure in the stiff, ugly dress, with the long braids of red hair and the eager, luminous eyes, she stopped short in amazement.

 

"Matthew Cuthbert, who's that?" she ejaculated. "Where is the boy?"

 

"There wasn't any boy," said Matthew wretchedly. "There was only her."

 

He nodded at the child, remembering that he had never even asked her name.

 

"No boy! But there must have been a boy," insisted Marilla. "We sent word to Mrs. Spencer to bring a boy."

 

"Well, she didn't. She brought her. I asked the station-master. And I had to bring her home. She couldn't be left there, no matter where the mistake had come in."

 

"Well, this is a pretty piece of business!" ejaculated Marilla.

 

During this dialogue the child had remained silent, her eyes roving from one to the other, all the animation fading out of her face. Suddenly she seemed to grasp the full meaning of what had been said. Dropping her precious carpet-bag she sprang forward a step and clasped her hands.

 

"You don't want me!" she cried. "You don't want me because I'm not a boy! I might have expected it. Nobody ever did want me. I might have known it was all too beautiful to last. I might have known nobody really did want me. Oh, what shall I do? I'm going to burst into tears!"

 

Burst into tears she did. Sitting down on a chair by the table, flinging her arms out upon it, and burying her face in them, she proceeded to cry stormily. Marilla and Matthew looked at each other deprecatingly across the stove. Neither of them knew what to say or do. Finally Marilla stepped lamely into the breach.

 

"Well, well, there's no need to cry so about it."

 

"Yes, there is need!" The child raised her head quickly, revealing a tear-stained face and trembling lips. "You would cry, too, if you were an orphan and had come to a place you thought was going to be home and found that they didn't want you because you weren't a boy. Oh, this is the most tragical thing that ever happened to me!"

 

Something like a reluctant smile, rather rusty from long disuse, mellowed Marilla's grim expression.

 

"Well, don't cry any more. We're not going to turn you out-of-doors to-night. You'll have to stay here until we investigate this affair. What's your name?"

 

The child hesitated for a moment.

 

"Will you please call me Cordelia?" she said eagerly.

 

"Call you Cordelia? Is that your name?"

 

"No-o-o, it's not exactly my name, but I would love to be called Cordelia. It's such a perfectly elegant name."

 

"I don't know what on earth you mean. If Cordelia isn't your name, what is?"

 

"Anne Shirley," reluctantly faltered forth the owner of that name, "but, oh, please do call me Cordelia. It can't matter much to you what you call me if I'm only going to be here a little while, can it? And Anne is such an unromantic name."

 

"Unromantic fiddlesticks!" said the unsympathetic Marilla. "Anne is a real good plain sensible name. You've no need to be ashamed of it."

 

"Oh, I'm not ashamed of it," explained Anne, "only I like Cordelia better. I've always imagined that my name was Cordelia-at least, I always have of late years. When I was young I used to imagine it was Geraldine, but I like Cordelia better now. But if you call me Anne please call me Anne spelled with an E."

 

"What difference does it make how it's spelled?" asked Marilla with another rusty smile as she picked up the teapot.

 

"Oh, it makes such a difference. It looks so much nicer. When you hear a name pronounced can't you always see it in your mind, just as if it was printed out? I can; and A-n-n looks dreadful, but A-n-n-e looks so much more distinguished. If you'll only call me Anne spelled with an E I shall try to reconcile myself to not being called Cordelia."

 

"Very well, then, Anne spelled with an E, can you tell us how this mistake came to be made? We sent word to Mrs. Spencer to bring us a boy. Were there no boys at the asylum?"

 

"Oh, yes, there was an abundance of them. But Mrs. Spencer said distinctly that you wanted a girl about eleven years old. And the matron said she thought I would do. You don't know how delighted I was. I couldn't sleep all last night for joy. Oh," she added reproachfully, turning to Matthew, "why didn't you tell me at the station that you didn't want me and leave me there? If I hadn't seen the White Way of Delight and the Lake of Shining Waters it wouldn't be so hard."

 

"What on earth does she mean?" demanded Marilla, staring at Matthew.

 

"She-she's just referring to some conversation we had on the road," said Matthew hastily. "I'm going out to put the mare in, Marilla. Have tea ready when I come back."

 

"Did Mrs. Spencer bring anybody over besides you?" continued Marilla when Matthew had gone out.

 

"She brought Lily Jones for herself. Lily is only five years old and she is very beautiful and had nut-brown hair. If I was very beautiful and had nut-brown hair would you keep me?"

 

"No. We want a boy to help Matthew on the farm. A girl would be of no use to us. Take off your hat. I'll lay it and your bag on the hall table."

 

Anne took off her hat meekly. Matthew came back presently and they sat down to supper. But Anne could not eat. In vain she nibbled at the bread and butter and pecked at the crab-apple preserve out of the little scalloped glass dish by her plate. She did not really make any headway at all.

 

"You're not eating anything," said Marilla sharply, eying her as if it were a serious shortcoming. Anne sighed.

 

"I can't. I'm in the depths of despair. Can you eat when you are in the depths of despair?"

 

"I've never been in the depths of despair, so I can't say," responded Marilla.

 

"Weren't you? Well, did you ever try to imagine you were in the depths of despair?"

 

"No, I didn't."

 

"Then I don't think you can understand what it's like. It's a very uncomfortable feeling indeed. When you try to eat a lump comes right up in your throat and you can't swallow anything, not even if it was a chocolate caramel. I had one chocolate caramel once two years ago and it was simply delicious. I've often dreamed since then that I had a lot of chocolate caramels, but I always wake up just when I'm going to eat them. I do hope you won't be offended because I can't eat. Everything is extremely nice, but still I cannot eat."

 

"I guess she's tired," said Matthew, who hadn't spoken since his return from the barn. "Best put her to bed, Marilla."

 

Marilla had been wondering where Anne should be put to bed. She had prepared a couch in the kitchen chamber for the desired and expected boy. But, although it was neat and clean, it did not seem quite the thing to put a girl there somehow. But the spare room was out of the question for such a stray waif, so there remained only the east gable room. Marilla lighted a candle and told Anne to follow her, which Anne spiritlessly did, taking her hat and carpet-bag from the hall table as she passed. The hall was fearsomely clean; the little gable chamber in which she presently found herself seemed still cleaner.

 

Marilla set the candle on a three-legged, three-cornered table and turned down the bedclothes.

 

"I suppose you have a nightgown?" she questioned.

 

Anne nodded.

 

"Yes, I have two. The matron of the asylum made them for me. They're fearfully skimpy. There is never enough to go around in an asylum, so things are always skimpy-at least in a poor asylum like ours. I hate skimpy night-dresses. But one can dream just as well in them as in lovely trailing ones, with frills around the neck, that's one consolation."

 

"Well, undress as quick as you can and go to bed. I'll come back in a few minutes for the candle. I daren't trust you to put it out yourself. You'd likely set the place on fire."

 

When Marilla had gone Anne looked around her wistfully. The whitewashed walls were so painfully bare and staring that she thought they must ache over their own bareness. The floor was bare, too, except for a round braided mat in the middle such as Anne had never seen before. In one corner was the bed, a high, old-fashioned one, with four dark, low-turned posts. In the other corner was the aforesaid three-corner table adorned with a fat, red velvet pin-cushion hard enough to turn the point of the most adventurous pin. Above it hung a little six-by-eight mirror. Midway between table and bed was the window, with an icy white muslin frill over it, and opposite it was the wash-stand. The whole apartment was of a rigidity not to be described in words, but which sent a shiver to the very marrow of Anne's bones. With a sob she hastily discarded her garments, put on the skimpy nightgown and sprang into bed where she burrowed face downward into the pillow and pulled the clothes over her head. When Marilla came up for the light various skimpy articles of raiment scattered most untidily over the floor and a certain tempestuous appearance of the bed were the only indications of any presence save her own.

 

She deliberately picked up Anne's clothes, placed them neatly on a prim yellow chair, and then, taking up the candle, went over to the bed.

 

"Good night," she said, a little awkwardly, but not unkindly.

 

Anne's white face and big eyes appeared over the bedclothes with a startling suddenness.

 

"How can you call it a good night when you know it must be the very worst night I've ever had?" she said reproachfully.

 

Then she dived down into invisibility again.

 

Marilla went slowly down to the kitchen and proceeded to wash the supper dishes. Matthew was smoking-a sure sign of perturbation of mind. He seldom smoked, for Marilla set her face against it as a filthy habit; but at certain times and seasons he felt driven to it and them Marilla winked at the practice, realizing that a mere man must have some vent for his emotions.

 

"Well, this is a pretty kettle of fish," she said wrathfully. "This is what comes of sending word instead of going ourselves. Richard Spencer's folks have twisted that message somehow. One of us will have to drive over and see Mrs. Spencer tomorrow, that's certain. This girl will have to be sent back to the asylum."

 

"Yes, I suppose so," said Matthew reluctantly.

 

"You suppose so! Don't you know it?"

 

"Well now, she's a real nice little thing, Marilla. It's kind of a pity to send her back when she's so set on staying here."

 

"Matthew Cuthbert, you don't mean to say you think we ought to keep her!"

 

Marilla's astonishment could not have been greater if Matthew had expressed a predilection for standing on his head.

 

"Well, now, no, I suppose not-not exactly," stammered Matthew, uncomfortably driven into a corner for his precise meaning. "I suppose-we could hardly be expected to keep her."

 

"I should say not. What good would she be to us?"

 

"We might be some good to her," said Matthew suddenly and unexpectedly.

 

"Matthew Cuthbert, I believe that child has bewitched you! I can see as plain as plain that you want to keep her."

 

"Well now, she's a real interesting little thing," persisted Matthew. "You should have heard her talk coming from the station."

 

"Oh, she can talk fast enough. I saw that at once. It's nothing in her favour, either. I don't like children who have so much to say. I don't want an orphan girl and if I did she isn't the style I'd pick out. There's something I don't understand about her. No, she's got to be despatched straight-way back to where she came from."

 

"I could hire a French boy to help me," said Matthew, "and she'd be company for you."

 

"I'm not suffering for company," said Marilla shortly. "And I'm not going to keep her."

 

"Well now, it's just as you say, of course, Marilla," said Matthew rising and putting his pipe away. "I'm going to bed."

 

To bed went Matthew. And to bed, when she had put her dishes away, went Marilla, frowning most resolutely. And up-stairs, in the east gable, a lonely, heart-hungry, friendless child cried herself to sleep.