Rozdział II
Zdumienie Mateusza Cuthberta
Mateusz Cuthbert i gniada klaczka podążali wygodną drogą do odległej o kilka kilometrów Bystrej Rzeki. Droga była ładna, biegła pośród przytulnych gospodarskich zabudowań, przetykanych od czasu do czasu małym laskiem jodłowym lub kotlinką, w której pąki kwiatów zwieszały się z dzikich śliw. Powietrze było słodkie od pyłków unoszących się nad sadami kwitnących jabłoni, a łąki opadały łagodnie w kierunku odległego horyzontu spowitego w perłowo-purpurową mgłę, a do tego:
Małe ptaszki niewysłowionym świergotem wielbiły
jakby jedyny dzień lata, ten dzień, w którym żyły.
Mateusz radował się przejażdżką na swój własny sposób, acz zakłócały ją chwile, gdy musiał pozdrawiać mijane kobiety. Na Wyspie Świętego Edwarda przyjął się bowiem taki zwyczaj, że należało się kłaniać każdej spotkanej osobie, niezależnie od tego, czy był to ktoś znajomy, czy też nie.
Mateusz odczuwał przerażenie na widok każdej przedstawicielki płci żeńskiej, z wyjątkiem Maryli i pani Linde. Odnosił wrażenie, że te tajemnicze stworzenia wyśmiewają się z niego. Niewykluczone, że wcale się przy tym nie mylił, gdyż charakteryzował go przedziwny wygląd. Figurę miał niezdarną, jego długie stalowosiwe włosy sięgały aż do zgarbionych pleców, a twarz zasłaniała gęsta, jasnobrązowa broda, jaką nosił od dwudziestego roku życia. Prawdę mówiąc, jako dwudziestolatek niewiele różnił się od dzisiejszego sześćdziesięcioletniego mężczyzny, z wyjątkiem oczywiście siwizny.
Kiedy dojechał do Bystrej Rzeki, nie dostrzegł nawet śladu pociągu. Doszedłszy do wniosku, że jest jeszcze za wcześnie, przywiązał klaczkę przed pobliskim hotelikiem i skierował się na stację. Długi peron był prawie całkowicie wyludniony. Jedyną widoczną osdbą była dziewczynka siedząca nieruchomo na drugim jego końcu. Mateusz, dostrzegłszy kątem oka, że osóbka jest płci żeńskiej, przemknął obok niej chyłkiem w pośpiechu, nawet nie patrząc w jej kierunku. Gdyby tylko zechciał na nią zerknąć, nie mógłby nie zauważyć pełnego napięcia wyczekiwania w jej pozie i wyrazie twarzy. Siedziała, czekając na coś lub na kogoś, a ponieważ była to jedyna rzecz, która w tej chwili pozostawała jej do zrobienia, włożyła całe swe serce w tę czynność.
Mateusz natknął się na zawiadowcę, zamykającego właśnie kasę, co stanowiło widomy znak przygotowań do opuszczenia stacji celem udania się do domu na wieczorny posiłek. Mateusz zapytał go, czy pociąg przyjedzie o piątej bez opóźnienia.
- Pociąg "piątowy" odjechał ze stacji już pół godziny temu - odparł energicznie kolejarz. - I wysadzono z niego gościa jadącego do pana, małą dziewczynkę. Siedzi sobie tam, na peronie. Proponowałem jej przejście do poczekalni dla pań, ale odparła mi poważnie, że woli pozostać na zewnątrz. "Więcej tu pola do popisu wyobraźni" - rzekła. To oryginalne stworzenie, mówię panu.
- Ależ ja nie oczekuję dziewczynki - zaoponował Mateusz. - Przyjechałem tu po chłopca. Powinien tu być. Pani Spencer miała mi go przywieźć z Nowej Szkocji.
Zawiadowca stacji zagwizdał.
- To jakaś pomyłka - rzekł. - Pani Spencer wysiadła wraz z tą dziewuszką z pociągu i zleciła mi opiekę nad nią. Od niej dowiedziałem się, że zamierzacie z siostrą zaadoptować tę dziewczynkę z sierocińca i wkrótce ktoś z was po nią przyjedzie. To wszystko, co mi o tym wiadomo. I zapewniam pana, że nie ukrywam tu w pobliżu innych sierotek.
- Nic z tego nie rozumiem - wyjąkał bezradnie Mateusz, modląc się w duchu, żeby nagle pojawiła się tu Maryla i znalazła jakieś wyjście z tej sytuacji.
- No cóż, najlepiej niech pan zapyta dziewczynkę - powiedział obojętnie zawiadowca. - Założę się, że świetnie wszystko wyjaśni, bo wygląda na bardzo rezolutne dziecko. Może nie mieli już na stanie więcej chłopców takiego rodzaju, jaki panu odpowiada.
Odszedł żwawym krokiem, czując rosnący głód, a nieszczęsny Mateusz pozostał sam z tym, co powinien teraz zrobić, a to zdawało mu się trudniejsze niż napastowanie dzikiego lwa w jego własnej jaskini. Miał podejść do obcej mu dziewczynki, a do tego sierotki, i zapytać ją, dlaczego nie jest chłopcem. Mateuszowi łkało coś w duszy, ale zawrócił na pięcie i niechętnie, szurając nogami, poszedł w kierunku dziewczynki.
Dziecko wodziło nieustannie za nim wzrokiem od chwili, gdy przeszedł obojętnie obok niej, i teraz też jej oczy na nim spoczywały. Mateusz nie patrzył na dziewczynkę, a zresztą nawet gdyby na nią rzucił okiem i tak nie zdołałby uchwycić jej rzeczywistego obrazu. Przeciętny obserwator dostrzegłby w niej jednak dziecko w wieku jedenastu lat, ubrane w kusą, przyciasną, nadzwyczaj brzydką sukienczynę z żółtawej zgrzebnej wełny. Miała też wypłowiały, brązowy, marynarski kapelusz, spod którego opadały wzdłuż pleców dwa bardzo grube warkocze, wyraźnie rudego koloru. Twarzyczka dziewczynki była drobna, blada i gęsto usiana piegami. Usta były wydatne, a oczy wielkie, zielone w jednym oświetleniu, a znów w innym szare i markotne.
Tyle zobaczyłby przeciętny obserwator. Ktoś bardziej spostrzegawczy mógłby zaś zauważyć, że bródka panienki jest spiczasta i mocno zaznaczona, że wielkie oczy są pełne ognia i ożywienia, że usta mają śliczny wykrój i pełne są wyrazu, że czoło jest szerokie. Krótko mówiąc, nasz doskonały obserwator mógłby dojść do wniosku, że w ciele tej zagubionej istotki rodzaju żeńskiego, która tak bardzo onieśmielała i przerażała Mateusza, znalazła siedzibę niezwykła dusza. Mateuszowi oszczędzono jednakże trudu zagadnięcia dziewczynki, ponieważ, gdy tylko ta ostatnia doszła do wniosku, że mężczyzna zmierza do niej, wstała, chwytając chudą rączką obdartą, staromodną torbę z dywanowej tkaniny i wyciągając drugą do Mateusza.
- Zapewne pan Mateusz Cuthbert z Zielonego Wzgórza? - powiedziała nadzwyczaj dźwięcznym, słodkim głosikiem. - Tak się cieszę, że pana widzę. Zaczęłam już się bać, że nie przyjedzie pan po mnie, i wyobrażałam sobie różne powody, które mogły pana zatrzymać. Zdecydowałam już nawet, że jeżeli nie przyjedzie pan dzisiaj wieczorem, wówczas pójdę po torze do tej wielkiej, dzikiej wiśni na zakręcie, wdrapię się na nią i tam spędzę noc. Wcale bym się nie bała. Prawda, że pięknie byłoby spać na dzikiej wiśni, bielusieńkiej od kwitnących pąków w księżycowej poświacie? Prawda, że w marzeniach można by porównać to miejsce z marmurowymi salami zamku? A poza tym byłam przekonana, że jeśli nie zdoła pan przyjechać wieczorem, to na pewno przyjedzie pan jutro rano.
Mateusz wziął niezgrabnie małą, chudą rączkę w swoją dłoń. W tym samym momencie zrozumiał, co zrobi. Nie umiałby powiedzieć temu dziecku o błyszczących oczach, że popełniono błąd. Weźmie ją do domu i niech ten ciężar przejmie na siebie Maryla. Zresztą obojętne kto popełnił pomyłkę - i tak nie można jej pozostawić samej w Bystrej Rzece. Można więc odłożyć te wszystkie pytania i wyjaśnienia aż do chwili, gdy bezpiecznie znajdzie się znów na Zielonym Wzgórzu.
- Przepraszam za spóźnienie - rzekł nieśmiało. - Chodź. Koń czeka tam, koło hotelu. Podaj mi torbę.
- Ależ mogę ją przecież nieść sama - dziewczynka odparła radośnie. - Nie jest ciężka. Mam w niej cały swój dobytek, ale nie waży on wiele. Kiedy nie trzyma się jej w pewien specyficzny sposób, wtedy się otwiera. Lepiej więc, żebym sama ją niosła, ponieważ umiem chronić się przed jej sztuczkami. Strasznie stara jest ta moja dywanowa torba. Och, jak cieszę się, że pan przyjechał, mimo że byłoby miło usnąć na tej kwitnącej wiśni. Czy to prawda, że czeka nas daleka droga? Pani Spencer powiedziała, że mamy do pokonania długą trasę. Podobno dwanaście kilometrów. Tak się cieszę. Po prostu uwielbiam jazdę dwukółką. Ach, jakie to cudowne, że zamieszkam z wami i będę do was należeć. Nigdy do nikogo nie należałam. Naprawdę! Ale najgorszy był sierociniec. Byłam tam co prawda tylko cztery miesiące, ale to wystarczy. Pewnie nigdy nie był pan sierotą w sierocińcu, więc trudno panu to sobie wyobrazić. To najgorsze, co może się komuś przytrafić. Pani Spencer skrytykowała mnie, że tak dosadnie wyrażam się o moim poprzednim miejscu zamieszkania. A ja przecież nie miałam na myśli nic złego. A swoją drogą przyszło mi do głowy, jak łatwo być niegodziwym, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Zgadza się pan ze mną? Opiekunowie w sierocińcu byli dobrzy. Ale w takim miejscu trudno sobie cokolwiek wyobrażać. Nic do tego nie nastraja, no może z wyjątkiem pozostałych sierot. Całkiem świetnie można wyobrażać sobie różne rzeczy na ich temat - na przykład, że dziewczynka, która siedzi obok mnie, jest w rzeczywistości córką prawdziwego hrabiego, wykradzioną rodzicom we wczesnym niemowlęctwie przez pozbawioną skrupułów pielęgniarkę, która zmarła, nie wyznawszy prawdy. Często leżałam nocą, nie śpiąc, i wyokrażałam sobie różne rzeczy, ponieważ w ciągu dnia nie miałam na to czasu. Podejrzewam, że to spowodowało moją chudość - jestem strasznie chuda, prawda? Nawet gram tłuszczu nie przyobleka moich kostek. Uwielbiam wyobrażać sobie, że jestem ładną, pulchną dziewczynką, o krągłych ramionkach, z dołeczkami koło łokci.
W tym miejscu towarzyszka Mateusza zamilkła, trochę dlatego, że zadyszała się od potoku własnych słów, a trochę dlatego, że stali już obok powozu. Nie powiedziała już ani słowa, aż wyjechali poza wieś, gdzie droga tak głęboko wrzynała się w miękką glebę, że jej pobocza, które zdobiły kwitnące, dzikie wiśnie i smukłe, białe brzózki, sięgały wyżej niż ich głowy.
Dziewczynka wyciągnęła rączkę i ułamała gałązkę dzikiej wiśni, która otarła się o dwukółkę.
- Czyż to nie piękne? Z czym kojarzy się panu to drzewko wychylające się z pobocza, całe białe i koronkowe? - spytała.
- No cóż, nn...nnie mam pojęcia - rzekł Mateusz.
- Ależ oczywiście z panną młodą, całą w bieli, z uroczą woalką, jak mgiełka. Nigdy nie widziałam ślubu, ale potrafię sobie wyobrazić pannę młodą. Jestem taką brzydulą, że nikt nigdy nie zechce mnie poślubić, chyba że jakiś zagraniczny misjonarz. Przypuszczam, że taki misjonarz mógłby nie być specjalnie wymagający. I przynajmniej miałabym białą suknię. To jest moje najbardziej niedościgłe marzenie o ziemskim luksusie. Tak kocham piękne suknie. Odkąd pamiętam, nigdy nie byłam ładnie ubierana. Ale to nie szkodzi, bo mam przynajmniej do czego tęsknić. A przecież mogę marzyć, że mam piękne stroje. Dziś rano ze wstydem wyjechałam z sierocińca, bo musiałam włożyć tę straszną, starą sukienkę. Wszystkie sieroty muszą nosić odzież z tego samego ciemnego materiału. Pewien kupiec z Miasta Nadziei darował sto metrów tej wełny naszemu domowi. Podobno dlatego, że nie mógł jej sprzedać, ja jednak wolałabym uważać, że zrobił to z dobrego serca. Prawda, że tak lepiej? Kiedy wsiadłyśmy do pociągu, czułam, że oczy wszystkich utkwione są we mnie ze współczuciem. Ale wzięłam się w garść i oddałam się marzeniom - miałam na sobie najcudowniejszą, jedwabną, jasnobłękitną sukienkę - bo, jeśli już marzyć, to o tym, co najpiękniejsze. Głowę osłaniał mi kapelusz, cały w kwiatach i drżących piórach, i jeszcze miałam złoty zegarek, nowe rękawiczki i buciki. To rozweseliło mnie i podróż na wyspę upłynęła mi bardzo przyjemnie. Na statku czułam się świetnie. Pani Spencer też dobrze zniosła tę część podróży, choć zazwyczaj ją mdli. Powiedziała mi, że nie miała czasu na morską chorobę, gdyż cały czas nie mogła spuścić ze mnie oka, obawiając się, że wypadnę za burtę. Uskarżała się, że ciągle znikam jej z pola widzenia i myszkuję po całym statku. Ale jeżeli to uchroniło ją przed chorobą morską, powinna mi dziękować za to myszkowanie, prawda? Musiałam sobie obejrzeć wszystko, bo przecież nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek popłynę statkiem. Och, niech pan spojrzy! Znów kwitnące wiśnie! Pełno ich tu! Ta wyspa jest najbardziej kwitnącym miejscem na świecie. Już ją pokochałam. Tak się cieszę, że tu zamieszkam. Mówiono mi wielokrotnie, że Wyspa Księcia Edwarda jest najpiękniejszym miejscem na ziemi i często wyobrażałam sobie, że tu mieszkam, ale tak naprawdę nigdy nie przypuszczałam, że może mnie spotkać coś tak pięknego. To zachwycające, gdy marzenia się spełniają, prawda? Jakie śmieszne są te czerwone drogi! Kiedy wsiadłyśmy do pociągu w Charlottetown, przesuwały się za oknem jak jaśniejące czerwienią błyskawice. Spytałam panią Spencer, dzięki czemu mają ten kolor. Odparła, że nie wie, i zażądała, żebym ulitowała się nad nią i przestała zarzucać ją pytaniami. Powiedziała, że naliczyła już ich co najmniej tysiąc. Wierzę, że tak było, ale jakżeż inaczej dowiem się czegokolwiek, jeżeli nie będę pytać? A dlaczego te drogi są czerwone?
- No cóż, nnn...nnie mam pojęcia - rzekł Mateusz.
- Tak, to będzie jedno z pytań, na które muszę znaleźć odpowiedź któregoś dnia. Czyż to nie wspaniałe móc odkrywać prawdę dotyczącą rozmaitych zjawisk? Tak cudownie jest żyć, świat jest tak nadzwyczaj interesujący. Nie byłby taki nawet w połowie, gdybyśmy wszystko o nim wiedzieli, prawda? Przecież wtedy nic nie pozostałoby dla wyobraźni i marzeń, czyż nie? Czy nie mówię za dużo? Wszyscy naokoło skarżą się, że jestem zbyt gadatliwa. Czy nie przeszkadza to panu? Jeśli powie pan, to natychmiast zamilknę. Potrafię nic nie mówić, nawet przez dłuższy czas, jeżeli tak postanowię, aczkolwiek nie jest to łatwe.
Mateusz, ku własnemu niepomiernemu zdziwieniu, doskonale się bawił. Jak większość milczków lubił osoby gadatliwe, zawsze wtedy, gdy skore były do paplania, nie wymagając jego wzajemności. Jednakże nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, że towarzystwo małej dziewczynki może sprawić mu taką przyjemność. Kobiety były dla niego czymś strasznym, a małe dziewczynki były jeszcze gorsze. Nie znosił ich przekradania się obok niego, z ukradkowymi spojrzeniami, jak gdyby podejrzewały, że połknie je jednym haustem, jeśli odważą się wyrzec choć słowo. Tak wyglądały dobrze ułożone dziewczynki z Avonlea. Ale ta piegowata czarodziejka była zupełnie inna. Chociaż nie nadążał swą spowolniałą inteligencją za jej błyskotliwymi procesami myślowymi, uznał, że jakby polubił jej paplanie. Odezwał się więc nieśmiało, jak to miał w zwyczaju:
- Ależ możesz sobie gadać ile wlezie. Mnie to nie przeszkadza.
- Ach, to się cieszę! Jestem pewna, że się zaprzyjaźnimy. To taka ulga móc zabrać głos, kiedy tylko się zechce; jak nie słyszy się, że dzieci i ryby nie mają głosu. Mówiono mi to już z milion razy. A często śmieją się ze mnie, bo używam wyszukanych słów. Ale przecież kiedy myślę o rzeczach wielkich, nie mogę opowiadać o nich, używając prozaicznych wyrazów, prawda?
- Nn...nn...no tt...t...tak, to wydaje mi się sensowne - rzekł Mateusz.
- Zdaniem pani Spencer mój język jest podwieszony tylko w środku. Ale tak nie jest, jest mocno przymocowany tak jak u wszystkich. Powiedziała mi też, że pana gospodarstwo nazywa się Zielone Wzgórze. Na moje pytania dodała, że dookoła niego rośnie wiele drzew. Tak mnie to ucieszyło. Kocham drzewa. A w pobliżu sierocińca nie było ich wcale. Tylko kilka rachitycznych, mizernych roślin przed domem. Z pobielonymi podpórkami wyglądały jakby same też były sierotami. Płakać mi się chciało na ich widok. Często mówiłam do nich - och, biedactwa! Gdybyście rosły w wielkim lesie, w towarzystwie innych drzew, z mchem i dzwoneczkami pokrywającymi kołderką wasze korzenie, a obok przepływałby potoczek i ptaszki świergotałyby na gałęziach, wówczas wzięłybyście się do rozrastania, prawda? Ale tu po prostu nie macie możliwości. Doskonale wiem, co czujecie! Z przykrością rozstałam się z nimi dziś rano. Tak łatwo przywiązujemy się do przedmiotów, prawda? Czy gdzieś w pobliżu Zielonego Wzgórza przepływa strumyczek? Zapomniałam zapytać o to panią Spencer.
- O tak, mamy potoczek tuż obok domu.
- Naprawdę? Zawsze marzyłam o domku w pobliżu potoku. Choć nigdy nie spodziewałam się, że takie marzenie może się ziścić. Sny nie zawsze się spełniają, prawda? Czyż nie byłoby pięknie, gdyby udawało się obrócić każde marzenie w rzeczywistość? Ale teraz czuję się prawie całkiem szczęśliwa. Nie mogę zaznać pełni szczęścia, ponieważ - no proszę, niech pan mi powie, co to za kolor? - Sięgnęła po jeden z lśniących, długich warkoczy i, przeciągnąwszy go nad chudziutkim ramionkiem, pokazała Mateuszowi. Mateusz pojęcia nie miał, jak odróżnić kolor damskich włosów, jednakże w tym przypadku nie mogło być żadnych wątpliwości.
- Rudy, prawda? - rzekł.
Dziewczynka puściła warkocz i pozwoliła mu opaść z powrotem na plecy z westchnieniem tak głębokim, że zdawało się pochodzić co najmniej od samych stóp i zawierać w sobie smutki wielu stuleci.
- Tak, rudy - podchwyciła zrezygnowana. - Rozumie pan teraz, dlaczego nie mogę być w pełni szczęśliwa. Jak ktoś ma rude włosy, to jest bez szans. Wszystkie pozostałe moje wady nie robią mi specjalnej różnicy - piegi, zielone oczy i chudość nie przerażają mnie. Potrafię wyobrażać sobie, że mam piękną, gładką skórę i urocze, fiołkowe oczy jak gwiazdy. Nie umiem jednak przy pomocy wyobraźni rozprawić się z rudymi włosami. A staram się naprawdę. Myślę sobie - mam wspaniałe czarne, kruczoczarne włosy. Ale to mi nic nie daje, to cały czas wiem, że one są czerwonorude, i serce mi krwawi z rozpaczy. Będą moim zmartwieniem przez całe życie. Kiedyś czytałam o dziewczynie, która całe życie cierpiała z powodu strasznego problemu. Ale nie z powodu rudych włosów. Jej głowa była pokryta czystym złotem, układającym się w fale nad alabastrowym czołem. Co to znaczy "alabastrowe czoło"? Nigdy się tego nie dowiedziałam. Czy może mi pan to objaśnić?
- No cóż, niestety, chyba nnn...nnie - rzekł Mateusz, który zaczynał odczuwać zawrót głowy. Czuł się zupełnie tak samo, jak we wczesnej młodości, gdy za namową kolegi wybrał się na piknik, a tam dał się porwać karuzeli.
- Nieważne, w każdym razie cokolwiek to oznacza, było to bez wątpienia urocze, gdyż dziewczyna była bosko piękna. Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak to jest, kiedy jest się bosko pięknym?
- Nnnie, nigdy - wyznał niezręcznie Mateusz.
- A ja tak, i to często. A co by pan wolał, gdyby dano panu wybór: być bosko pięknym, oszałamiająco błyskotliwym czy niebiańsko szlachetnym?
- N...n...nie wiem za bardzo.
- Ja też nie. Nie umiem się zdecydować. Ale właściwie to nie ma znaczenia, bo tak naprawdę nie grozi mi żadna z tych cech. A już z całą pewnością nigdy nie będę niebiańsko szlachetna. Pani Spencer mówi... Ojej! Panie Cuthbert! Ojej, panie Cuthbert!! Ach, ojej!
Tego nie powiedziała pani Spencer; dziewczynka nie wypadła też z powozu, ani też Mateusz nie zrobił nic zadziwiającego. Po prostu powóz skręcił i znaleźli się w "alejce". "Alejka", nazywana tak przez mieszkańców Nowego Mostu, stanowiła prawie kilometrowy odcinek drogi, nad którym rozpościerała się kopuła gałęzi wielkich, rozłożystych jabłoni, zasadzonych wiele lat temu przez ekscentrycznego, starego farmera. Nad ich głowami zwieszał się długi, śnieżny baldachim wonnego kwiecia. Pod gałęziami powietrze było przepełnione purpurowym półświatłem, a daleko z przodu obraz nieba pomalowanego zachodem lśnił jak wielkie różowe okno u wylotu katedralnej nawy.
To piękno odebrało dziewczynce mowę. Odchyliła się na oparcie powozu; chude rączki złożyła jak do modlitwy. Buzią zwrócona ku górze chłonęła całą sobą urodę i zapach białej wspaniałości. I potem, kiedy wyjeżdżali z białego tunelu, kierując się po długim zboczu do Nowego Mostu, nie poruszyła się ani nic nie powiedziała. Twarz miała zachwyconą. Jechała zapatrzona daleko w zachód słońca wzrokiem, w którym, na tle towarzyszącego jej blasku, odbijały się wizje tłumnie nawiedzające jej wyobraźnię. Potem przejeehali, nadal w milczeniu, przez Nowy Most, ruchliwie krzątającą się wioseczkę, gdzie rozszczekały się na ich widok psy, mali chłopcy pogwizdywali, a w oknach pojawiły się zaciekawione twarze. Przejechali następnych pięć kilometrów, a dziewczynka się nie odzywała. Widać było, że umie zachować milczenie równie konsekwentnie, jak potrafi paplać.
- Domyślam się, że jesteś bardzo zmęczona i głodna - ośmielił się wreszcie odezwać Mateusz, tłumacząc sobie tym właśnie nagłe zamilknięcie dziecka. - Pozostał nam już krótki odcinek do przebycia, niewiele ponad kilometr.
Powróciła z głębokim westchnieniem ze swej zadumy i popatrzyła na niego rozmarzonym spojrzeniem, przez które przezierała nie całkiem jeszcze przywrócona do realiów dusza, zbłąkana w dalekiej wędrówce wśród gwiazd.
- Och, panie Cuthbert - wyszeptała - ten zakątek, przez który przejechaliśmy, ten biały zakątek - co to było?
- Cóż, ch...ch...chyba masz na myśli alejkę - rzekł Mateusz po kilku chwilach głębokiego zastanowienia. - Tak, to jest ładne miejsce.
- Ładne? Ładne nie jest chyba odpowiednim określeniem. Zresztą "piękne" też się nie nadaje. Te słowa nie są dość wyraziste. Och, to było cudowne, po prostu cudowne. To pierwsza rzecz, jaką udało mi się zobaczyć kiedykolwiek w życiu, w której nie można by już niczego udoskonalić, posługując się wyobraźnią. Zrobiło mi się tak słodko tutaj - położyła rączkę na sercu. - Poczułam jakby igiełki lekkiego bólu, który rozszedł się przyjemnie po całym ciele. Czy doznał pan kiedyś takiego bólu, panie Cuthbert?
- No cóż, nie przypominam sobie, nigdy dotąd mi się to nie przytrafiło.
- Mnie to się zdarza bardzo często - zawsze, jak patrzę na coś obdarzonego urodą godną królów. Ale "alejka" to nieodpowiednia nazwa dla tego uroczego miejsca. Takie określenie nie posiada żadnego znaczenia. Powinniśmy je nazwać, niech... no... pomyślę. O, wiem - Białą Ścieżką Rozkoszy. Czyż nie jest to nazwa z marzeń? Kiedy nie podoba mi się nazwa jakiegoś miejsca lub osoby, zawsze wyobrażam sobie nowe określenie, które potem niezmiennie i wyłącznie stosuję dla jej nazywania w myślach. Jedna z moich koleżanek nazywała się Hepzibacha Jenkins, ale dla mnie nosiła imię Róża de Vere. Inni ludzie mogą nazywać to miejsce "alejką", ale ja zawsze będę mówić o Białej Ścieżce Rozkoszy. Czy rzeczywiście od domu dzieli nas już tylko kilometr? Cieszę się, ale równocześnie jest mi szkoda. Szkoda, bo ta przejażdżka była tak przyjemna, a zawsze odczuwam żal, gdy coś przyjemnego dobiega kresu. Oczywiście po tym może nastąpić coś jeszcze milszego, ale to zawsze jest niewiadome, a jakże często to, co przeżywa się później, wcale nie jest przyjemne. Takie mam, w każdym razie, doświadczenia. Ale cieszę się, że niedługo będziemy w domu. Powiem panu, że nigdy nie miałam prawdziwego domu, odkąd sięgam pamięcią. Czuję znów tę igiełkę miłego bólu na myśl o prawdziwym domu. Czyż to nie jest ładne?
Wjechali właśnie na szczyt wzgórza. W dole rozciągał się staw, przypominający bardziej rzekę ze względu na wydłużony kształt. Brzegi jego łączył przerzucony przez środek most. Od mostu do dolnej części stawu, gdzie pasmo piaszczystych, bursztynowych wzgórz oddzielało jego wodę od dalej położonej ciemnobłękitnej zatoki, toń mieniła się wieloma barwami - najbardziej subtelnymi odcieniami fioletu i różu oraz eterycznej zieleni, a także innymi kolorami niewysłowionej urody. W górnej części stawu, w przezroczystej, falującej toni przeglądały się klony i świerki. Tu i tam nad stawem pochylała swe gałęzie jakaś dzika śliwa, spoglądając z brzegu na swe odbicie, jak biało ubrana dziewczyna skradająca się na paluszkach do zwierciadła. Z moczarów, z krańca stawu, dochodził modląco-żałobny rechot żab. Mały, szary domek wyglądał łobuzersko zza sadu jakłoni spowitego w biel i aczkolwiek zmierzch jeszcze nie zapadł, w jednym z jego okien paliło się światło.
- To staw Barry?ego - rzekł Mateusz.
- Och, to imię zupełnie nie pasuje. Nazwę go - niech no pomyślę - Jeziorem Lśniącej Toni. Tak, to jest właściwa nazwa. Wiem to z powodu miłego dreszczyku. Kiedy trafię w dziesiątkę i wymyślę określenie idealnie pasujące do czegoś, zawsze wtedy przechodzą mnie ciarki. Czy panu też się to zdarza?
Mateusz zadumał się.
- No cóż, tak. Zawsze czuję coś podobnego, widząc te obrzydliwe białe gąsienice, które przekopują grządki z ogórkami. Ciarki mnie przechodzą na ich widok.
- To chyba nie jest ten sam rodzaj dreszczy. A jakie jest pana zdanie? Nie istnieje chyba wiele wspólnego między gąsienicami a jeziorami o lśniącej toni, prawda? Ale dlaczego mieszkańcy nazywają to jezioro stawem Barry?ego?
- Chyba dlatego, że pan Barry mieszka na wzgórzu nad stawem. A jego dom nazywa się Wiśniowy Stok. Gdyby nie ten duży krzew za budynkiem, można by dostrzec stąd Zielone Wzgórze. Teraz musimy przejechać przez most, a potem zostanie kawałek drogi, więc mamy jeszcze niewiele ponad pół kilometra do pokonania.
- Czy pan Barry ma może córeczki? No nie takie bardzo małe, najlepiej mojego rozmiaru?
- Ma jedną w wieku około jedenastu lat. Na imię ma Diana.
- Ach! - dziewczynka wciągnęła głęboko powietrze. - Cóż za doskonale piękne imię!
- No cóż, nnnie wiem. Dla mnie to imię ma w sobie coś barbarzyńskiego. Jane, Mary czy jakieś inne zwykłe imię byłoby odpowiedniejsze. Ale kiedy Diana urodziła się, w domu Barrych mieszkał dyrektor szkoły, którego poproszono o wybranie imienia dla niemowlęcia. Nazwał je Dianą.
- Jaka szkoda, że mnie nie przytrafił się jakiś dyrektor szkoły przy urodzinach. Ach, jesteśmy już przy moście. Zamknę teraz oczy. Jazda po moście zawsze mnie przeraża. Nie mogę ujarzmić mojej wyobraźni, która zawsze w takiej chwili podsuwa mi obraz mostu usuwającego się spode mnie, akurat gdy jestem nad środkiem jeziora. Most składa się na pół, jak niektóre scyzoryki, a ja ląduję w wodzie. Dlatego zamykam oczy. Ale nie wytrzymuję długo i zawsze, mniej więcej w połowie mostu, je otwieram. Ponieważ, rozumie pan, jeśli most ma się rozpaść, to koniecznie muszę to zobaczyć. Jaki świetny łoskot teraz słychać! Ta część przejażdżki po moście najbardziej mi się podoba. Jak cudownie, że na świecie istnieje tak wiele rzeczy, które mogą się nam podobać. No, już przejechaliśmy. Teraz obejrzę się za siebie. Dobranoc, drogie Jezioro Lśniącej Toni. Zawsze żegnam się na noc z wszystkim, co lubię, tak samo jak z ludźmi. Myślę, że to lubią. A ta woda wyraźnie uśmiecha się do mnie.
Kiedy pojechali dalej pod górę i skręcili, Mateusz rzekł:
- Jesteśmy już bardzo blisko domu. To Zielone Wzgórze, tam...
- Och, proszę, niech pan nie kończy - przerwała gorączkowo, chwytając go za uniesioną rękę i zamykając oczy, żeby nie widzieć, w którą stronę wskazuje gestem. - Niech pan pozwoli, że sama zgadnę. Jestem pewna, że odgadnę.
Otworzyła oczy i rozejrzała się. Znajdowali się na szczycie wzgórza. Słońce zaszło jakiś czas temu, ale panorama rozpościerająca się poniżej była nadal przejrzysta w soczystym świetle. Na zachodzie, na tle nagietkowozłocistego nieba, wznosiła się strzelista iglica kościelna. Poniżej widać było małą dolinkę zakończoną w głębi długim, lekko spadzistym zboczem, z wtulonymi weń zabudowaniami gospodarstw porozrzucanymi tu i tam. Spojrzenie dziewczynki przenosiło się z jednej strony w drugą, chciwe piękna i pełne zadumy. W końcu zatrzymało się na zabudowaniach położonych po lewej stronie, cofniętych nieco od drogi, mgliście białych w cieniu kwitnących drzew i zmierzchających lasów. Nad nimi, na nieskazitelnym południowo-zachodnim niebie, lśniła, jak lampa przewodnika lub obietnica, wielka, kryształowo biała gwiazda.
- To tam, prawda? - powiedziała, pokazując.
Mateusz rozładował nadmiar zadowolenia graniczącego z zachwytem, uderzając lekko lejcami po końskim grzbiecie.
- Doprawdy, rzeczywiście odgadłaś! Jestem pewien, że pani Spencer opisała ci nasz dom w wystarczający sposób, żebyś mogła go odnaleźć.
- Wcale nie. Naprawdę mi go nie opisywała! To, co powiedziała, pasowałoby do wszystkich innych domostw w sąsiedztwie. Nie miałam najmniejszego pojęcia, jak wasze gospodarstwo wygląda. A zobaczywszy je po raz pierwszy, poczułam, że to jest mój dom. Och, mam wrażenie, jakbym śniła. I wie pan co? Na pewno mam całą rękę w siniakach, bo już któryś raz z rzędu szczypię się, żeby odpędzić to wrażenie, że śnię. Co parę chwil ogarnia mnie okropne, osłabiające uczucie i wpadam w histerię, że to wszystko dzieje się we śnie. Wtedy właśnie się szczypię, żeby sprawdzić, czy to sen, czy jawa, ale po chwili przychodzi refleksja, że przecież nawet jeżeli to tylko sen, to lepiej, żeby trwał, bo jest piękny. Więc zaprzestaję szczypania. Ale to dzieje się naprawdę. Zbliżamy się do domu.
Z kolejnym westchnieniem zachwytu zapadła znów w milczenie. Mateusz poruszył się niespokojnie. Był zadowolony, że to Maryla, a nie on, będzie musiała powiedzieć tej zabłąkanej istotce, że nie znajdzie tu swego wytęsknionego domu.
Przejechali przez kotlinkę pani Linde otoczeni już narastającym zmrokiem. Jednak nie było jeszcze tak ciemno, żeby parli Linde nie mogła dostrzec ich ze swego stanowiska obserwacyjnego przy oknie. Następnie wjechali na wzniesienie i w alejkę dojazdową Zielonego Wzgórza. Na myśl o przyjeździe do domu i zbliżającej się chwili ujawnienia nieporozumienia Mateusz zdawał się kurczyć. Myślał nie tyle o Maryli czy o sobie lub też o oczekującym ich kłopocie, co raczej o rozczarowaniu dziewczynki. Kiedy przypominał sobie zachwycone, rozświetlone oczy, nawiedzało go niemiłe uczucie, jak gdyby miał uczestniczyć w akcie morderstwa. Było to takie samo wrażenie, jak to, które towarzyszyło konieczności zabicia jagnięcia, cielaka lub innego niewinnego stworzenia.
Podwórko było zupełnie ciemne, gdy zajechali na miejsce. Liście topoli jedwabiście szeleściły dookoła.
- Słuchamy, jak drzewa mówią przez sen - wyszeptała dziewczynka, kiedy Mateusz zdejmował ją z powozu. - Jakież muszą mieć piękne sny!
A potem, ściskając torbę, która zawierała "cały jej dobytek", poszła za Mateuszem do domu.