PROLOG
CZŁOWIEK jest w stanie znieść ból tylko do pewnej granicy. Potem mdleje.
Świadomość wyłącza się, odmawia współpracy, jak przeciążony bezpiecznik.
Żeby nie przekroczyć tej granicy, trzeba mieć dużo wrażliwości i doświadczenia.
Mężczyzna z młotkiem spoglądał na leżącego na łóżku osobnika z pełną
rezygnacji cierpliwością.
- Ty decydujesz - odezwał się w końcu. - Skończymy, kiedy będziesz
chciał.
Żadnej reakcji, ale był pewien, że jego słowa dotarły do adresata. Jego
klient - zwykle tak ich określał, byli dla niego po prostu kolejnym
zleceniem - był dość potężnym okazem homo sapiens. Dobrze umięśniony,
zdrowa cera, cienka warstwa podskórnego tłuszczu. Powodowały nim względy
ideologiczne i przekonania, a to zapowiadało komplikacje. Przestał
wykonywać gwałtowne ruchy i pojękiwać, leżał spokojnie na łóżku. Miał na
sobie spodnie i koszulę. Srebrna taśma klejąca wokół nadgarstków nie
była już potrzebna, została tylko ta na ustach.
Mężczyzna spojrzał na swojego brata bliźniaka, na swoje lustrzane
odbicie po drugiej stronie łóżka. Skinął do niego głową. Bliźniak
pochylił się nad skrzynką z narzędziami. Zastanawiał się chwilę, a potem
ręką w rękawiczce sięgnął po dłuto.
Mężczyzna z młotkiem znów skinął głową, jakby aprobując wybór.
Potem zamknął oczy i przez chwilę skupiał się na oddechu, na swojej
obecności tu i teraz, jakby chciał poczuć własne ciało i ciężar
narzędzia, które trzymał w ręku.
Na krótką chwilę zatęsknił za swoim magnum.
Prawda była taka, że całkowicie odeszli już od broni palnej jako
narzędzia pracy. Broń zawsze wywołuje hałas, nawet jeśli jest wyposażona
w tłumik. Ludzie reagują na jej widok bardzo mocno, a sznurek czy
skrzynka z narzędziami są niewidoczne.
Czuł, że się dekoncentruje, że jego myśli się rozpraszają. Zapanował nad
oddechem i łagodnie, acz stanowczo go wyrównał. Otworzył oczy i spojrzał
na swojego klienta.
- Zamierzam dać ci szansę i pozwolić ci odpowiedzieć - powiedział
łagodnie. - Ale jeśli zaczniesz krzyczeć albo zrobisz jakieś inne
głupstwo, skończy się to dla ciebie bardzo boleśnie.
Klient nie odpowiadał. Miał zamknięte oczy, oddychał przez nos,
chrapliwie, z wysiłkiem.
Mężczyzna odkleił kawałek taśmy, zaledwie kilka centymetrów, tak, żeby
odsłonić usta.
- Jesteś gotów? - spytał. - Jedna chwila i twoja udręka się skończy.
Odkleił kolejny kawałek taśmy. Leżący na łóżku osobnik zaczerpnął
powietrza, z jego gardła dobyło się gulgotanie. Zakasłał, z kącika ust
poleciała strużka śliny.
Pochylił się nad jego uchem i głosem delikatnym jak aksamit wyszeptał:
- Gdzie ona jest?
Klient oddychał urywanie, oczy nadal miał zamknięte. Ale na pewno
zrozumiał pytanie. Gałki oczne pod powiekami zaczęły się poruszać
szybciej, ciało się napięło.
Mężczyzna znów pochylił się nad łóżkiem.
- Co powiedziałeś? Nie usłyszałem...
Klient najwyraźniej usiłował coś powiedzieć, coś zabulgotało mu w gardle. Dźwięki, które wydał, przypominały raczej pojękiwania niż słowa.
- Nie... wiem...
Mężczyzna westchnął. Zauważył, że jego lustrzane odbicie zrobiło
dokładnie to samo.
- Przykro mi - powiedział, przyklejając z powrotem taśmę.
Od spodu była mokra od śliny i nie chciała się dobrze trzymać. Następnym
razem będzie musiał wymienić ją na nową.
- No to teraz sprawdzimy, jak wygląda sytuacja pod koszulą - stwierdził
i zaczął odpinać guziki. Spod zaciśniętych powiek klienta poleciały dwie
łzy.
- Spróbuj nie płakać - poprosiło lustrzane odbicie. - Nos spuchnie i utrudni ci oddychanie.
Widać było, że klient bardzo się stara robić to, o co go proszą. Chciał
być posłuszny. Mężczyzna uznał to za dobry znak. Ostrożnie dotknął
żeber. Klient jęknął. Krwiak rozlał się na cały bok, sięgnął okolic
pępka. Pod skórą wyraźnie rysowały się pęknięcia.
- Kolej na trzecie - oświadczył.
Uniósł młotek, a jego lustrzane odbicie odciągnęło klientowi powieki.
Źrenice zwęziły się pod wpływem światła, odruchy wciąż były prawidłowe.
Powiódł palcami po klatce piersiowej, dokładnie wszystko odmierzył,
uniósł młotek i uderzył, spokojnym, precyzyjnym ruchem. Żebro pękło z głuchym, lekko stłumionym trzaskiem. Ciałem wstrząsnęły konwulsje,
oddech stał się szybki, płytki. Klient tracił przytomność. Brat bliźniak
pochylił się nad nim.
- Wystarczy, że powiesz. Natychmiast skończymy.
Oczy klienta poleciały gdzieś do środka, widać było jedynie białka. Brat
chwycił mocniej dłuto.
- Gdzie jest Nora?
Rozdział II
PONIEDZIAŁEK, 13 MAJA
CISZA. To było pierwsze, co zwróciło jej uwagę. Pies nie szczekał.
Zwykle stał przy bramie do garażu i wył. Piana ciekła mu z pyska,
ciągnął za linkę, aż obroża zaczynała mu się wrzynać w szyję i zaczynało
mu brakować tchu.
Zawsze uważała, że z tym psem coś jest nie w porządku. Gdyby był
człowiekiem, z pewnością zdiagnozowano by u niego jakieś zaburzenia, coś
oznaczonego jakimś skrótem. Była tego pewna. Wyglądał co prawda
sympatycznie, miał błyszczące czarne futro i wielkie łapy, ale miał też
lekkiego zeza i za duże zęby. Sprawiał wrażenie nieobliczalnego, nie
budził zaufania. To, że nie szczekał, sprawiło, że na chwilę poczuła
ulgę.
Ale to minęło, kiedy podeszła do tylnych drzwi i zobaczyła, że nie są
zamknięte. Otworzyła je bezszelestnie, zatrzymała się na progu i poczuła
na twarzy ciepły powiew suchego powietrza.
Cisza była dojmująca. A potem poczuła zapach. Nie jakiś odrażający, po
prostu obcy. Trochę słodki, a zarazem ostry. Nie pasował tam.
Szybko weszła do kuchennego przedsionka i ostrożnie zamknęła za sobą
drzwi. Nieprzyjemne uczucie nasiliło się. W domu było bardzo cicho.
Słyszała bicie własnego serca. Powoli, starając się nie robić hałasu,
schyliła się i zdjęła botki. Zdążyło się wokół nich utworzyć małe
jeziorko. Bezwiednie sięgnęła po leżącą na ławce ścierkę i starła wodę.
Tuż obok pralki stały kapcie, ale z jakiegoś powodu nie wzięła ich.
Wepchnęła rękawiczki do kieszeni płaszcza, zdjęła go, potem czapkę i szalik, i powiesiła wszystko, łącznie z torebką, na wieszaku przy
tylnych drzwiach. A potem po cichu, na bosaka, weszła do kuchni. Tu
zapach był jeszcze ostrzejszy.
Nad blatem paliło się światło. A nie powinno.
Pies. Tylne drzwi. Światło nad kuchennym blatem.
Ekologia, pomyślała. Trzeba myśleć ekologicznie. Oszczędzać energię.
Polityk musi być wiarygodny, musi świecić przykładem, być wzorem dla
wyborców.
Zgasiła światła, obeszła blat i wyszła do holu.
I tam, na podłodze, leżał pies.
W pierwszej chwili pomyślała, że to jakiś inny pies. Był taki mały.
Jakby się skurczył. Energia, która go rozsadzała za życia, zniknęła.
Wyglądał jak kawałek szmaty leżącej w holu na dywanie w perskie wzory.
Dywan zawsze przysparzał jej kłopotów. Nie wystarczyło go odkurzyć:
zwykle musiała użyć jeszcze rollera. Sztywny akryl nie wchłonął krwi
psa. Zastygła, tworząc brunatną skorupę.
Zaczęła oddychać szybciej. Pociła się, czuła wilgoć pod pachami. Dawniej
reagowała tak na hałas w szkole, kiedy uczniowie tracili zainteresowanie
lekcją i zaczynali uderzać butami o cementową posadzkę. Próbowała wziąć
się w garść.
Właściwie nigdy nie lubiła tego psa. Wabił się Stefan. Co to za imię dla
psa?
Szła dalej, trzymając się blisko ściany. Doszła do salonu. Zasłony były
zaciągnięte. Zamrugała w mroku. Salon był pusty. Stojące powietrze było
duszne. Przełknęła ślinę. Powinna wyjść. Natychmiast.
Ktoś musiał zabić psa. To nie był wypadek. Ale dlaczego ktoś miałby coś
takiego zrobić?
Usłyszała jakiś dźwięk. Ktoś jęknął. A może zakasłał. Głuchy, cichy
dźwięk, męski głos.
Zamarła.
Dźwięk dochodził z góry, z sypialni.
Spojrzała w stronę schodów. Pomyślała, że on nie może jej tu zobaczyć.
Jak wytłumaczy swoją obecność? Co tu robiła? Ale przecież drzwi były
otwarte. Każdy mógł wejść.
Znów spojrzała na psa.
Musiał zabić psa. Dlaczego to zrobił? A może coś się stało dzieciom?
A jeśli na górze były dzieci?!
Z góry znów doszły jakieś dźwięki. Chociaż nie była do końca pewna.
Co miała robić? Dom powinien być pusty. Drzwi zamknięte, światła
zgaszone.
Stała w holu kilka minut, może krócej.
Potem wytarła ręce o nogawki spodni, okrążyła ciało psa i ruszyła na
górę. Szybko, zanim zdąży zmienić zdanie. Szła zdyszana. Ominęła piąty i siódmy stopień, które zawsze trzeszczały.
Drzwi do pokoju dzieci były zamknięte. Uchyliła je ostrożnie, chociaż
wiedziała, że zawiasy nie będą skrzypieć. Naoliwiła je zaledwie kilka
tygodni wcześniej. Roleta z króliczkami była opuszczona. Pluszowe
maskotki spały w łóżeczkach dla lalek. Poza tym pokój był pusty. Łóżka
dzieci były zasłane. Zarówno Isaka i Samuela, jak i stojące pod oknem
łóżeczko małej Elisabeth. Odetchnęła z ulgą i szybko zamknęła drzwi.
Ruszyła w stronę dużej sypialni.
Leżał na podwójnym małżeńskim łóżku. O ile to rzeczywiście był on.
Widziała go tylko na zdjęciu ślubnym, a teraz jego twarz była
zniekształcona, nie do rozpoznania. Usta miał szeroko otwarte, przednie
zęby wybite. Leżał w nienaturalnej pozycji. Nie miała pojęcia, że nogi i ręce mogą się zginać pod tak dziwnymi kątami. Miał na sobie spodnie i koszulę. Bose stopy. Bez skarpetek. Popękane pięty.
Patrzyła na ciało i czuła, jak wypełnia ją coś ciężkiego, ciepłego. Coś,
co sprawiło, że niemal przestała oddychać.
Ktoś to zrobił. A jeśli ten ktoś nadal jest w domu?
Z gardła mężczyzny wydobył się bełkot. Nagle wróciła jej władza w nogach, zrobiła krok do tyłu, potknęła się. Odzyskała równowagę. Szybko
przeszła obok pokoju dzieci, zeszła na dół, minęła ciało psa, weszła do
kuchni, a potem do przedsionka.
Gdy drżącą ręką zaczęła zapinać płaszcz, czuła, jak po jej ciele
spływają strużki potu. Otworzyła tylne drzwi i rozpłakała się. Łzy
piekły ją, przepełnił ją żal i może jeszcze poczucie winy.
Rozdział III
ROZLEGŁ SIĘ DZWONEK, winda zwolniła, krótki syk i drzwi się otworzyły.
Nina Hoffman spojrzała niepewnie na elektroniczną tablicę. Dotarła na
miejsce?
Wyszła na pomalowane na czerwono półpiętro. Winda zamknęła się za nią.
Głuchy basowy odgłos dał jej do zrozumienia, że kabina zniknęła gdzieś w hermetycznym budynku. Została sama. W ciszy.
Tak, wszystko się zgadzało, i klatka, i piętro.
Z lewej były szklane drzwi, z alarmem i otwieranym kodem zamkiem.
Podeszła, wcisnęła guzik. Założyła, że to dzwonek. Cisza.
Stała i czekała. Poczuła suchość w ustach, przełknęła ślinę. Usłyszała
szum którejś z wind. Nie potrafiła powiedzieć, czy jedzie w górę, czy w dół. Nagle ogarnęły ją wątpliwości. Tak wielkie, że zakręciło jej się w głowie. Co ona robi? Naprawdę chce się na to narażać? Znowu? I wtedy
usłyszała stłumiony stukot obcasów. Za szklanymi drzwiami pokazała się
twarz. Mimo woli zrobiła krok w tył.
- Nina Hoffman?
Kobieta była niska. Kształtna blondynka na wysokich obcasach. Lalka
Barbie.
- Witamy w Krajowej Policji Kryminalnej. Proszę.
Nina ruszyła korytarzem. Zwróciła uwagę, że jest wyjątkowo niski. Gdzieś
z głębi dochodził szum wentylatora. Podłoga lśniła.
- Miałam się zgłosić na kurs wprowadzający. Może pani...
- Szef prosił, żeby pani przekazać, że chce się z panią spotkać. Wie
pani, gdzie jest jego gabinet?
Skąd miałaby to wiedzieć?
- Nie - powiedziała głośno.
Lalka Barbie wszystko jej wytłumaczyła.
Obcasy Niny uderzały o wybłyszczoną podłogę, stukały głucho. Mijały
otwarte drzwi, urywki rozmów wirowały w powietrzu, ze świetlików w dachu
padały promienie słońca. Dotarły do końca korytarza, skręciły w lewo i znalazły się w narożnym pokoju z widokiem na Bergsgatan.
- Nina. Proszę, niech pani wejdzie.
Komisarz Q awansował. Odszedł z wydziału zabójstw sztokholmskiej policji
i został szefem służby wywiadowczej Krajowej Policji Kryminalnej.
Nina weszła do gabinetu, rozpięła kurtkę.
- Witamy w Krajowej Policji Kryminalnej - powiedział komisarz.
Najwyraźniej tak zwyczajowo witano nowych pracowników.
- Dziękuję.
Uważnie przyglądała się siedzącemu za biurkiem mężczyźnie, chociaż
starała się robić to dyskretnie. Jego jaskrawa hawajska koszula mocno
kontrastowała z urzędowym wystrojem gabinetu. Spotkali się już
wcześniej, w związku z morderstwem policjanta Davida Lindholma. To ona
znalazła wtedy ciało. Zastanawiała się, czy powinna mu o tym
przypomnieć.
Na biurku komisarza panował porządek: kubek do kawy i laptop, dwie
cienkie teczki z dokumentami. Komisarz wstał, obszedł biurko i serdecznie uścisnął jej dłoń.
- Odnalazła się już pani w tym labiryncie? - spytał, wskazując jej
krzesło dla gości.
Kiedy miałaby to zrobić? Była tam od pięciu minut.
- Jeszcze nie.
Powiesiła kurtkę na oparciu krzesła i usiadła. Krzesło był twarde,
niewygodne. Komisarz wrócił na swoje miejsce, odchylił się i spojrzał na
nią badawczo.
- Powinna pani przejść dzisiaj kurs przygotowawczy, tak?
Powiedziano jej, że kurs trwa tydzień.
- Tak, zgadza się.
Komisarz sięgnął po teczkę, włożył okulary do czytania, otworzył teczkę
i zaczął studiować jej CV.
- Wyższa Szkoła Policyjna - przeczytał. - Potem staż w okręgu Katarina
na Södermalmie, aspirantka, asystentka, inspektor. Powrót na studia,
Uniwersytet Sztokholmski: główny przedmiot to nauka o zachowaniu, poza
tym kryminalistyka, psychologia społeczna i kurs etnologii.
Przyglądał jej się przez okulary.
- Dlaczego nauka o zachowaniu?
Bo czuję się zagubiona, bo chcę zrozumieć ludzi.
- Wydało mi się to interesujące.
- Widzę, że mówi pani po hiszpańsku. I po niemiecku, i portugalsku.
- Dorastałam na Teneryfie. Mój ojciec był Niemcem. Rozumiem portugalski,
ale nie mówię dobrze w tym języku.
- Angielski?
- Owszem.
Komisarz zamknął teczkę.
- Kiedy obejmowałem to stanowisko, zapewniłem sobie prawo doboru
współpracowników. Chcę, żeby pani u mnie pracowała.
Nina nie odpowiedziała. Przyglądała mu się uważnie. Do czego zmierza?
Czemu tak dokładnie analizuje jej wykształcenie?
Q zamknął teczkę, zsunął okulary na czoło.
- Dlaczego pani odeszła z Katariny? I wróciła na studia?
Przyglądała mu się kilka sekund.
Bo cała moja rodzina miała przestępcze skłonności. Od pokoleń. Wybrałam
to samo, tylko jakby z innej strony. Bo na plantacji haszyszu w Maroku
zabiłam własnego brata.
- Chciałam się rozwijać. Czułam, że mogę dać z siebie coś więcej.
Komisarz pokiwał głową, patrzył na nią spokojnie.
- Nie szukamy twardzieli, tylko ludzi, którzy czymś się wyróżniają.
Przyjmujemy kobiety, gejów, lesbijki, intelektualistów, ludzi, którzy
wykraczają ponad przeciętność.
Chciał ją zaszokować? W takim razie musi się bardziej postarać. A może
chce ją podejść? Wybadać jej preferencje seksualne?
Nie odpowiedziała.
Uśmiechnął się.
- Ma pani wykształcenie policyjne, więc zapewne ma pani też odpowiednie
uprawnienia. Może pani prowadzić przesłuchania i tak dalej, o ile
oczywiście uzna to pani za konieczne. Ale przede wszystkim ma pani być
analitykiem operacyjnym. Zależy pani na tym kursie?
Patrzyła na niego w milczeniu.
- To znaczy dostanie pani zaliczenie. Lamia się tym zajmie, przydzieli
pani hasło, laptop, wszystko co trzeba. A przedstawić się ludziom może
pani chyba sama, prawda?
A więc blondynka ma na imię Lamia.
Pomyślała, że chętnie zaliczyłaby kurs. Nie była pewna, ile jeszcze
pamięta, jeśli chodzi o procedury. Poza tym przez ostatnie cztery lata
wiele mogło się zmienić.
Komisarz uznał jej milczenie za zgodę.
- Zna pani Ingemara Lerberga? - spytał.
Przez ułamek sekundy szukała w pamięci. Polityk, były polityk.
- Oczywiście.
Komisarz Q otworzył drugą teczkę i zsunął okulary z powrotem na nos.
- Znaleziono go ciężko pobitego, w jego własnym domu w Słonecznym Brzegu
w Saltsjöbaden, pod Sztokholmem. Policja z Nacki poprosiła nas o pomoc.
Ma pani tam jakieś kontakty?
Słoneczny Brzeg. Tak się chyba nazywał jakiś telewizyjny serial...
- Nie, nic mi nie przychodzi do głowy.
Podał jej teczkę z dokumentami.
- Powstaje nowa grupa dochodzeniowa, na początek trzy osoby. Chciałbym,
żeby pani tam pojechała i się rozejrzała. Jeśli coś panią zaintryguje,
proszę pytać. Niech pani to potraktuje jako wprowadzenie do pracy.
Komisarz stał, opierał się o krzesło i przyglądał jej się.
- Spotykamy się jutro w sali odpraw o dziewiątej. Lamia wszystko pani
przygotuje.
Rozdział IV
DOM STAŁ w pewnym oddaleniu od innych, na końcu ulicy, w pobliżu
niewielkiej stacji kolejki podmiejskiej.
Annika Bengtzon wyłączyła wycieraczki, pochyliła się do przodu i mrużąc
oczy, wyjrzała przez przednią szybę. Poczuła na twarzy gorące powietrze.
Przykręciła nawiew. Rozejrzała się.
Policja z Nacki wygrodziła część jezdni z nawrotką na końcu, dom,
działkę i część trawnika sąsiada. Kilku dziennikarzy zaparkowało na
poboczu drogi. Siedzieli i nudzili się w cieple za zaparowanymi szybami
albo stali przy taśmach policyjnych. W pierwszym komunikacie podano dość
niefortunnie, że Lerberg nie żyje. Potem to sprostowano. Podobno był
"bardzo poważnie poturbowany". Ten popełniony na początku błąd zapewne
wyjaśniał wyjątkowo duże zainteresowanie mediów. Zabójstwo polityka
zawsze budzi zainteresowanie, nawet jeśli ów polityk jest już tylko
członkiem komisji socjalnej w Nacce. Lerberg był dość kontrowersyjnym
członkiem parlamentu, więc w archiwum było sporo jego zdjęć.
Annika zaczerpnęła głęboko powietrza. Przemoc zawsze źle na nią
wpływała, podobnie jak hordy dziennikarzy.
Postanowiła zostać w samochodzie najdłużej, jak to będzie możliwe.
Dom stał z dala od ulicy, schowany za rzadkimi krzakami bzu i kilkoma
jabłonkami, skąpanymi w strugach deszczu. Z tyłu widać było skalny
wyłom, szarożółty kamień pokryty zeschłą trawą. Dom w żaden sposób się
nie wyróżniał. Pomalowany na czerwono, z białymi zdobieniami i spadzistym dachem. Zbudowany zapewne gdzieś w latach dwudziestych, a potem, w siedemdziesiątych, gruntowanie odnowiony. Elewacja była nowa,
wymieniono też okna na zdecydowanie większe. Wynik tych zabiegów nie był
zbyt udany. Trudno będzie przedstawić dom jako luksusową willę, którą
odmalował jej szef. Cóż, wszystko jest względne. Opis to kwestia
techniczna. Dla jej mieszkającej w Hälleforsnäs matki wyremontowany dom
w ekskluzywnym Saltsjöbaden na pewno mógł uchodzić za luksusową
rezydencję. Zapewne nie tylko dla niej.
Annika zastanawiała się chwilę nad swoim pragmatyzmem. Kiedy się taka
stała?
Lerberga odwieziono do szpitala. To było wszystko, co wiedziała. Na
YouTube był już filmik, na którym było widać, jak sprzed domu odjeżdża
karetka. Pelle, fotograf, rozmawiał z jego autorem. Zaproponował, że
umieści film na stronie "Kvällspressen", ale jego ofertę przebił
bogatszy od nich "Konkurrenten".
Deszcz wciąż padał. Duży telewizyjny wóz transmisyjny skręcił w wąską
uliczkę i zatrzymał się, zasłaniając jej dom. Musiała wysiąść. Wyłączyła
silnik, włożyła pelerynę z kapturem, przewiesiła torbę przez ramię,
chwyciła statyw i wysiadła. Wiatr natychmiast zaczął targać poły
peleryny. Piekielny ziąb! Skinęła głową zespołowi TV4 i dziennikarzom z "Fina Morgontidningen". Udawała, że nie widzi Bossego z "Konkurrenten".
Stał niedaleko i zdecydowanie za głośno rozmawiał przez komórkę.
Spojrzała na zegarek. Opiekę nad dziećmi sprawował w tym tygodniu ich
ojciec, więc nie musiała się nigdzie spieszyć, ale i tak chciała to
skończyć jak najszybciej. Jimmy, jej obecny partner, miał przygotować
kolację. Obiecała, że będzie na czas. Poza tym nie działo się nic
nadzwyczajnego, żadnych sensacji. Chodziło jedynie o relację z miejsca
zdarzenia. Oczekiwano od niej, że załatwi to szybko, profesjonalnie.
Potrzebowała kilku ujęć do wydania internetowego, może komentarza
któregoś z policjantów. Resztę dopisze sama na podstawie dostępnych
informacji.
Skatowany we własnym domu. Ciężko ranny.
Ustawiła statyw na ulicy, zaledwie kilka metrów od reportera miejscowego
radia, wyciągnęła z torby kamerę wideo i zamontowała ją na statywie.
- Osłonić ją parasolem? - zaproponował reporter, młody, wysoki, szczupły
mężczyzna.
Nie pamiętała, jak się nazywa, ale znała go z widzenia. Miał na plecach
aparaturę nadawczą, cztery anteny z małą migoczącą żarówką. Przypominał
wielkiego owada. Uśmiechnęła się do niego niepewnie.
- Dzięki. Chociaż moja kamera przeszła już chyba wodny chrzest bojowy...
- To rzeczywiście niewiarygodne. Skąd tyle tego deszczu? Czy to się
nigdy nie skończy...
Annika podłączyła kabel od mikrofonu, odchrząknęła, wcisnęła play i stanęła przed kamerą.
- Tutaj... - zaczęła, patrząc prosto w obiektyw. - W tej idyllicznej
willowej dzielnicy w podsztokholmskim Saltsjöbaden znaleziono dzisiaj
rano ciężko pobitego Ingemara Lerberga. Były polityk został odwieziony
do Szpitala Południowego. Jego stan lekarze określają jako krytyczny.
Urwała i spojrzała na reportera z radia.
- Zmieściłam się w piętnastu sekundach, prawda?
- Może nawet w czternastu.
Opuściła mikrofon, podeszła do kamery. Kolejne ujęcie. Rozejrzała się po
okolicy: policyjne wygrodzenia, dziennikarze, ludzie za zaciągniętymi
zasłonami w domach. Potem, kiedy już dowie się więcej o tym, co tu się
stało, wykorzysta te ujęcia. Będą tłem reportażu. Reporter nadal trzymał
nad nią parasol.
- Wcale nie jest tu tak luksusowo, jak by można się było spodziewać -
powiedział.
- Adres robi wrażenie, nie dom - stwierdziła Annika.
Wcisnęła stop i schowała kamerę do torby. Reporter zabrał parasol.
- Wiesz, kto to zgłosił?
- Wiem tylko, że o dziewiątej trzydzieści sześć.
Annika spojrzała na dom. Nie tylko facet z radia i jej szef spodziewali
się czegoś bardziej spektakularnego. Ingemar Lerberg był politykiem
cieszącym się dużym autorytetem, wypowiadał się w wielu poważnych
sprawach. Sam o sobie mówił, że jest przedsiębiorcą. Często fotografował
się na pokładach jachtów.
- Dlaczego odszedł? Z parlamentu.
- To miało jakiś związek z podatkami. Chodziło o jego firmy -
powiedziała Annika.
Nagle kiwnęła głową w stronę wygrodzenia.
- Policja Kryminalna?
- Na to wygląda.
Podniosła głowę i spojrzała na dom. Na piętrze znów włączono reflektory.
Oślepiające białe światło sprawiło, że wilgoć za oknami rozpadła się na
kawałki.
- Jeśli już tu są, to tam na górze musiała być niezła jatka -
stwierdziła Annika.
- Albo policja z Nacki chce...
Spojrzała na niego. Młodzi dzisiaj nie są tacy głupi, pomyślała.
- Annika Bengtzon - usłyszała gdzieś za sobą.
Poczuła ucisk w żołądku, spojrzała przez ramię i odwróciła się.
- Cześć, Bosse.
Nie była w stanie pojąć, jak mogła być nim tak zauroczona. Kretyn.
- Zmieniasz świat o tak wczesnej porze?
Mogła albo go zlekceważyć, co by oznaczało wypowiedzenie wojny, albo
wdać się z nim w dyskusję. A tego nie był wart. Odwróciła się i uśmiechnęła do niego.
- Zarabiam na chleb, Bosse. Nie wszyscy mogą żyć z odsetek.
W Klubie Prasowym Bosse z lubością rozwodził się o swoich sukcesach na
giełdzie. Zwykle grał za pożyczone pieniądze. Sukcesy te zresztą rzadko
były długotrwałe. Jego uśmiech był trochę wymuszony.
- I pomyśleć, że stoisz tu w błocie ze zwykłymi śmiertelnikami.
Annika ze zdziwieniem uniosła brwi.
- Sądziłem, że zamieszkałaś w jakimś pałacu w Norrköping. Twój nowy
facet ma podobno odpowiadać za kwestie imigracji.
Ona też słyszała te plotki. Jej nowy partner, Jimmy Halenius, miał ponoć
objąć stanowisko dyrektora generalnego Urzędu do spraw Migracji.
Westchnęła teatralnie.
- Bosse, zawiodłam się na tobie. Myślałam, że jesteś na bieżąco.
- Na górze coś się dzieje! - krzyknął radiowiec.
Annika natychmiast wyciągnęła kamerę. Wycelowała obiektyw w dom i ustawiła ostrość. Kilku policjantów, dwóch w mundurach i trzech po
cywilnemu, wyszło na schody przed domem. Wśród nich była młoda kobieta.
Szła wyprostowana: szerokie ramiona, szczupłe nogi, włosy ściągnięte w długi koński ogon, który sięgał jej pleców. Annika nagle poczuła, że
brakuje jej tchu. Czy to możliwe?
- To Nina Hoffman - powiedział Bosse, wskazując głową na policjantkę. -
Była zamieszana w morderstwo Davida Lindholma. Myślałem, że się jej
pozbyli.
Reporterzy nadal wymieniali plotki, ale ona już nie słuchała.
Nina zeszczuplała. Annika patrzyła, jak zdejmuje niebieskie ochraniacze
na buty i podchodzi do jednego z cywilnych wozów policyjnych, w ogóle
nie zwracając uwagi na dziennikarzy.
Zaczerpnęła głęboko powietrza. Spotkały się w Maroku, na farmie Fatimy
pod Asilą. Pewnie wiedziała o niej i o jej rodzinie więcej niż
ktokolwiek inny.
Policjanci stojący na schodach nadal rozmawiali. Jeden z nich, w cywilnym ubraniu, żywo gestykulował. Po chwili ruszył w stronę
dziennikarzy. Natychmiast skupili się wokół niego. Zatrzymał się jakiś
metr od plastikowej taśmy i powiódł wzrokiem po tłumie. Annika odwróciła
wzrok od Niny i skierowała kamerę na policjanta. Radiowiec podsunął mu
mikrofon.
- Mogę potwierdzić, że Ingemara Lerberga znaleziono dzisiaj rano
nieprzytomnego w jego własnym domu - oświadczył policjant.
Z powagą patrzył na stojących przed nim przedstawicieli mediów. W ciszy,
która zapadła po jego słowach, słychać było, jak krople deszczu uderzają
o ziemię.
- Postanowiliśmy podzielić się z wami tą wiadomością - ciągnął policjant
- chociaż nadal nie zdołaliśmy powiadomić wszystkich jego bliskich.
- Kto jeszcze nie został poinformowany?! - krzyknęła stojąca gdzieś z tyłu kobieta z miejscowej stacji telewizyjnej.
Policjant zlekceważył ją. Po jego czole spływała strużka wody.
- Ingemar Lerberg został odwieziony do Szpitala Południowego, gdzie
natychmiast poddano go operacji. Lekarze nie wypowiadają się na temat
jego szans.
- Kto zadzwonił na numer ratunkowy?! - znów krzyknęła kobieta z miejscowej stacji.
Annika przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Policjant stał i kołysał się na piętach.
- Dochodzenie jest w toku - powiedział. - Prowadzi je Diana Rosenberg,
prokurator rejonowa z Nacki. Kolejne informacje...
- Kto zgłosił sprawę? - Kobieta się nie poddawała.
- To było anonimowe zgłoszenie.
- Kobieta czy mężczyzna?
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.
- Nie może pan czy nie chce?
Policjant najwyraźniej miał dosyć. Odwrócił się i ruszył w stronę domu.
Mokre włosy przyklejały mu się do głowy, popelinowa kurtka była cała w mokre plamy.
- Jakieś motywy?! - krzyknęła za nim kobieta z miejscowej stacji. - Czy
Lerbergowi grożono?! Są ślady włamania?!
Policjant zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.
- Odpowiedź na wszystkie pytania brzmi: nie - rzucił, podciągnął ramiona
i szybkim krokiem ruszył w stronę domu.
Annika znów schowała kamerę do torby, spojrzała na ludzi stojących wokół
radiowozów. Niny Hoffman nie było.
- Podrzucić cię do miasta? - zaproponował jej radiowiec.
- Dzięki, ale mam wstawkę na żywo w audycji o drugiej.
- Słyszałaś o Schymanie? - spytał Bosse.
Annika spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Bosse wyglądał jak kot,
który właśnie połknął kanarka.
- Jego Nagroda Dziennikarska to jedno wielkie oszustwo. Chodzi o te
artykuły o milionerce, która zniknęła.
Annika uniosła brwi.
- Kto tak twierdzi?
- W necie pojawiły się takie informacje.
Boże drogi, pomyślała.
- To był film dokumentalny - powiedziała głośno, wyjmując z torby
kluczyki.
Bosse zamrugał oczami.
- Nie seria artykułów - ciągnęła Annika. - Schyman dostał nagrodę za
film dokumentalny. Zresztą dwukrotnie - dodała.
Podeszła do samochodu, pomachała przypominającemu owada radiowcowi i wsiadła do środka. Włączyła nawiew, zaparowane szyby odzyskały
przejrzystość. Ruszając, zdążyła jeszcze zobaczyć mijającą ją Ninę
Hoffman.
<?fragment end="sample"???>
Rozdział V
REDAKTOR NACZELNY ANDERS SCHYMAN patrzył w ekran komputera. Przyglądał
się uśmiechniętemu Ingemarowi Lerbergowi. Śnieżnobiałe zęby, dołeczki w policzkach i niewiarygodnie niebieskie oczy. Stał na wybrzeżu portowym
na tle dużego tankowca. Rozpięta sportowa kurtka, koszula z rozpiętym
kołnierzykiem, rozwiane włosy. Sympatyczny facet. Znali się od
dziesięciu, może piętnastu lat. Przez jakiś czas obaj byli członkami
komitetu programowego Klubu Rotariańskiego, ale po ujawnieniu afery
podatkowej z udziałem Lerberga ich kontakty się rozluźniły.
"Kvällspressen" nie mogło mu oczywiście okazać żadnych szczególnych
względów jedynie dlatego, że Schyman, wówczas wydawca, i on byli
rotarianami.
Kto i co chciał z niego wyciągnąć?
Znów wszedł na stronę z aktualnymi informacjami o tym, co się stało.
Annika Bengtzon umieściła na Twitterze zdjęcie z miejsca przestępstwa.
Zainteresowanie mediów było duże. Żadnego motywu, żadnych gróźb, żadnych
śladów włamania. Wrócił na stronę Lerberga czy raczej jego firmy:
www.itc.se, International Transport Consultant AB. Lerberg był zdolnym
przedsiębiorcą, działał w branży żeglarskiej, a nawet szerzej - w żegludze. Zajmował się między innymi cyfrowym systemem koordynacji w transporcie morskim. Poza tym miał swój udział w powstaniu mariny w Saltsjöbaden, luksusowej przystani dla jachtów, ale i statków
pasażerskich.
Największy rozgłos zyskał oczywiście jako polityk.
Schyman wpisał w Google lerberg polityk saltsjöbaden. Na pierwszym
miejscu wyskoczyły wycinki z "Kvällspressen". Ucieszył się, jak zwykle w takich sytuacjach, chociaż wiedział, że nie jest to przecież czysty
przypadek. Przeleciał wzrokiem stronę i na samym dole zobaczył wycinek z forum dyskusyjnego. Pochylił się nad ekranem:
Ludzie władzy z Saltsjöbaden
Obok nazwiska Lerberga i wielu innych zobaczył także swoje nazwisko.
Anders Schyman, Rycerz Prawdy
O co tu chodzi?
Zwykle nie sprawdzał, co piszą o nim w sieci, a w każdym razie niezbyt
często, ale czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział.
Zaciekawiony kliknął w link. Na ekranie pojawiła się winietka, zapalona
świeczka i jego zdjęcie, zrobione podczas jakiejś imprezy. Stał z kieliszkiem w ręku i uśmiechał się szeroko do kamery, oczy i czoło mu
błyszczały. Może to było po debacie w Klubie Publicystów?
Znamy go, wszyscy go znają, naszego bohatera, Rycerza Sprawiedliwości,
Wybawiciela, który ratuje nas ze szponów Władzy i Korupcji, znakomitego
redaktora i wydawcę "Kvällspressen".
Przysunął się bliżej. Co to, do licha, ma znaczyć?
Są co prawda tacy, którzy twierdzą, że opuszczając telewizję publiczną i przechodząc do najbardziej plotkarskiego szwedzkiego tabloidu, sprzedał
się rodzinie właścicieli, składając wartości etyczne i moralne na
ołtarzu kapitalizmu, ale Światło Prawdy nikogo nie osądza. Stoimy na
straży tolerancji i otwartości i zawsze jesteśmy w stanie dowieść swoich
racji.
Schyman spojrzał na górę ekranu. Bloger nazwał samego siebie Światłem
Prawdy, co już wróżyło jak najgorzej.
Wszyscy znamy wspaniałą historię jego życia, wiemy, że ma charyzmę i doświadczenie zawodowe: wykładał na uniwersytecie, był przewodniczącym
Związku Wydawców Prasy, redaktorem, który uczynił z "Kvällspressen"
największy szwedzki dziennik, a do tego wszystkiego dwukrotnie został
laureatem Wielkiej Nagrody Dziennikarskiej! Dwukrotnie! Prawdziwy
wyczyn! Godny bohatera! Niemal bez precedensu! Połączmy się więc w szczerym, radosnym Alleluja!
Aż taki wyczyn to to nie był. Było więcej takich, którzy dostali nagrodę
dwa razy.
Lecz Światło Prawdy nie na darmo nosi takie imię. To właśnie ten
człowiek pozwala nam dostrzec Prawdę, zobaczyć prawdziwą Istotę rzeczy.
Uosabia Krytyczne Myślenie, Opór wobec establishmentu i jego
przerażającej Poprawności Politycznej. Nie bójcie się nazwać mnie
Postrachem Obłudników i Błaznów.
A teraz przyjrzyjmy się bliżej wspaniałym dziennikarskim osiągnięciom
Andersa Schymana. Zróbmy krok w stronę Światła, poddajmy te wielkie
czyny wnikliwej analizie.
O co tu, do diabła, chodzi?
Naszą uwagę przyciąga przede wszystkim drugi wyczyn Andersa Schymana,
jego wielki medialny sukces, film dokumentalny, który pozwolił mu
opuścić szare betonowe mury państwowej telewizji i zagościć w naszych
domach.
Droga Publiczności, Przyjaciele:
Skierujmy światło na Violę Söderland.
- Nadal żyje.
Schyman wzdrygnął się i podniósł głowę. Szef działu wiadomości, Patrik
Nilsson, stał w rozkroku po drugiej stronie biurka. W jego głosie
słychać było zawód.
Schyman pospiesznie zamknął blog, poczuł się winny. Nie słyszał, jak
Patrik rozsuwał szklane drzwi, bo przed oczami stanęła mu Viola
Söderland w całej swojej sztucznej krasie.
- Miałem stuprocentową pewność - powiedział. - Byłem przekonany, że
zniknęła z własnej woli.
Patrik Nilsson przyglądał mu się nic niemówiącym wzrokiem.
- Szpital Południowy wydał nowy komunikat. Podczas operacji doszło do
zatrzymania akcji serca. Natychmiast podjęli odpowiednie działania i udało się go odratować. Utrzymują go w śpiączce farmakologicznej, ze
względu na obrażenia.
Schyman miał mętlik w głowie. Myśli rozlewały mu się niczym lawa, ale
próbował zachować obojętny wyraz twarzy.
Odchrząknął, spojrzał na pusty ekran. Wpis na blogu wstrząsnął nim
bardziej, niżby się spodziewał. Kretyńskie insynuacje.
- Pamiętasz Violę Söderland?
Na twarzy szefa działu wiadomości zobaczył zmieszanie.
- Kogo?
Schyman wstał z krzesła i podszedł do kanapy. Odwrócił się plecami do
ekranu komputera, ale w oczach nadal miał wypalone fragmenty tekstu.
Słowa kłuły go jak szpilki.
- Ta miliarderka. Sprawa Złotej Iglicy.
Opadł na zniszczoną kanapę. Patrik Nilsson podciągnął dżinsy i przez
szklaną ścianę spojrzał na redakcję.
- Ta kobieta, która zniknęła? Z ogromnymi niezapłaconymi podatkami?
W pierwszej chwili Schyman poczuł się obrażony, ale po chwili odczuł
ulgę. Światło Prawdy najwyraźniej przeceniło czytelników. Nikt nie znał
szczegółów jego dziennikarskiego wyczynu. Kto to dzisiaj jeszcze
pamięta? Kogo to obchodzi?
- Tak, ta, która zniknęła - potwierdził.
- I co? Gdzieś się teraz znalazła?
- Można tak powiedzieć - stwierdził Schyman. - Lerberg z tego wyjdzie?
Patrik Nilsson zmarszczył brwi.
- O co chodzi z tą miliarderką? Coś przeoczyłem?
Schyman wstał. Że też nigdy się nie nauczy trzymać język za zębami.
- Nie mamy zamordowanego polityka?
- Może zdąży umrzeć, zanim pójdziemy do druku - powiedział Patrik z nadzieją. - Na razie trzymamy pierwszą stronę.
Schyman domyślił się, że pierwsza strona z wiadomością o śmierci
Lerberga jest już gotowa, najwyraźniej trochę przedwcześnie. No cóż,
takie rzeczy się zdarzają.
- Mam nadzieję, że jednak będziemy musieli przygotować nową -
stwierdził.
Patrik odebrał to jako znak, że ma wracać do pracy. Ostentacyjnie
zaczerpnął powietrza, odsunął drzwi i opuścił szklaną klatkę szefa. Nie
zasunął drzwi do końca. Przez szparę sączyły się dźwięki z zewnątrz,
falujący gwar głosów, stukanie obcasów, dżingle zapowiadające audycję i głuchy szum wentylacji.
Niedługo to wszystko się skończy, przynajmniej dla niego. Poinformował
już zarząd, a ten - może trochę zbyt skwapliwie - dał mu
błogosławieństwo. Za niecały tydzień jego odejście zostanie podane do
publicznej wiadomości i zacznie się polowanie na jego następcę.
Odchodził z tarczą. Udało mu się utrzymać wyniki z zeszłego roku.
Umocnił pozycję "Kvällspressen" jako największego dziennika w Szwecji.
Pokonał "Konkurrenten", mógł sobie pozwolić na odpoczynek.
Wrócił do komputera, spojrzał na ekran, na czarno-białe zdjęcie, które
zrobiła jego żona. Przedstawiało Rödlöga, archipelag, którego cząstką
była ich niewielka skalista wysepka. Bez bieżącej wody i kanalizacji,
ale czuli się tam jak w raju.
Gdyby na brzegu zainstalować wiatrak, pomyślał, mogliby tam mieszkać
okrągły rok. I jeszcze antenę paraboliczną, żeby mogli być na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie. I pomost, żeby mogły przybijać także
większe łodzie. I panele słoneczne na dachu, do ogrzewania wody, i telefon satelitarny, na wszelki wypadek.
Postanowił sprawdzić, gdzie składa się podania w sprawie elektrowni
wiatrowej.
Rozdział VI
NINA ZAPARKOWAŁA na wyznaczonym miejscu przy głównym wejściu do
szpitala. Deszcz nadal padał, z rynny tuż obok tryskały fontanny wody.
Została chwilę w samochodzie. Szpital Południowy miał największy w całej
Skandynawii Oddział Ratunkowy. Kiedy pracowała w komisariacie na
Södermalmie, bywała tam kilka razy w miesiącu, czasem nawet w tygodniu.
Wszystkie te wizyty zlewały jej się w jedną, z wyjątkiem tej z trzeciego
czerwca, już niemal pięć lat temu. Tego dnia rano znaleziono martwego
Davida Lindholma, najpopularniejszego policjanta w Szwecji. I to ona go
znalazła. Jego żona Julia - jej Julia - była w szoku. Trafiła na oddział
intensywnej opieki medycznej.
Nina wysiadła z samochodu i wkroczyła do wielkiego holu ze szklanym
dachem i błyszczącą kamienną podłogą. Pokazała w recepcji policyjną
legitymację i powiedziała, po co przyszła. Skierowano ją do doktora
Kararei, ordynatora OIOM-u. Czwarte piętro, winda B. Poczuła znajomy
zapach. Korytarze lśniły czystością i jak zawsze były źle oświetlone.
Mijała pracowników szpitala w szeleszczących kitlach i pacjentów w zadeptanych kapciach.
Przy drzwiach na oddział był dzwonek, wcisnęła go. Minęło kilka minut,
zanim drzwi się otworzyły i w progu stanął ordynator Kararei. Okazał się
potężnie zbudowanym mężczyzną o krótkich palcach, mówił z lekkim obcym
akcentem.
Przedstawiła się. Krajowa Policja Kryminalna. Ciągle jeszcze się do tego
nie przyzwyczaiła.
- Czy mogłabym przesłuchać ofiarę?
- Odejdźmy na bok - zaproponował lekarz, prowadząc ją do pustego
gabinetu.
W środku było chłodno, niemal zimno. Panował półmrok, wpadające przez
okno światło było szare. Ale lekarz nie zapalił lampy.
- Operacja nadal trwa - powiedział, wskazując Ninie krzesło dla
pacjentów.
- Jak on się czuje?
- Nadal nie mamy pewności, czy przeżyje.
Gdyby Lerberg umarł, mieliby do czynienia z morderstwem polityka.
Lerberg nie był co prawda ani premierem, ani ministrem spraw
zagranicznych, ale sprawa z pewnością byłaby priorytetowa. Nina
doskonale wiedziała, że nie wolno jej popełnić żadnego błędu. Poprawiła
się na krześle, odkaszlnęła, wyjęła nową komórkę, którą dostała od
Lamii, i włączyła nagrywanie. Na małym ekranie pokazały się jej
powiększone palce. Najwyraźniej musiała wcisnąć zły klawisz. Zaczęła od
początku.
- Obrażenia zagrażają życiu ofiary - stwierdziła, wciskając kolejny
guzik, tym razem właściwy.
- Każde z osobna zapewne nie, ale stan ogólny pacjenta jest poważny. Do
tego dochodzi odwodnienie.
Lekarz sięgnął po kartę z informacjami o pacjencie.
- Rozumiem, że przez jakiś czas pozostawał bez jedzenia i bez wody. Jak
długo? - spytała.
Położyła komórkę na biurku, tuż przed lekarzem, który siedział
zagłębiony w lekturze. Po chwili zaczął czytać na głos:
- Silne zaburzenia metaboliczne, niski poziom elektrolitów, sodu i potasu, zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej... Powiedziałbym, że jakieś
trzy doby, co najmniej.
Nina policzyła dni i doszła do wniosku, że wszystko musiało się rozegrać
w czwartek wieczorem albo w piątek rano.
- Jak długo mógłby jeszcze wytrzymać? Gdyby go nie znaleziono?
- Trudno powiedzieć. Jakąś godzinę. Nie sądzę, żeby dożył południa.
Nina skinęła głową. Zerknęła na komórkę, w nadziei, że rozmowa zachowa
się na karcie pamięci. Musi pamiętać, żeby to później sprawdzić.
- Jakie obrażenia stwierdzono?
Lekarz czytał dalej.
- Pacjent ma obszerne wylewy podskórne, silne otarcia w okolicy pachwin,
pozrywane ścięgna... - Podniósł głowę, spojrzał na nią znad okularów. -
Musieliśmy go otworzyć, żeby umożliwić odpływ krwi i zmniejszyć ryzyko
wystąpienia zespołu ciasnoty przedziałów międzypowięziowych podudzia...
Nina patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
- Nie rozumiem.
- W okolicach pachwin wystąpiło silne krwawienie. Wywołało ucisk, który
mógłby doprowadzić do martwicy tkanek. Nasza chirurg jest zdolnym
lekarzem. Będzie próbować zszyć uszkodzone mięśnie i ścięgna, ale musi
być ostrożna...
- Rozłożono mu nogi tak, że doszło do zerwania mięśni?
Lekarz ponownie zajrzał do karty. Czytał dłuższą chwilę. W gabinecie
unosił się zapach środków do dezynfekcji. Kiedy znów się odezwał, zaczął
jej opowiadać o obustronnym przemieszczeniu stawów barkowych, rozległych
uszkodzeniach naskórka, pierścienia rotatorów i całego stawu barkowego.
Nina nadal patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
- To znaczy, że trzeba nastawić wywichnięte stawy i zszyć zerwane
mięśnie i ścięgna.
- Miał obrażenia nadgarstków?
Lekarz spojrzał na nią i znów zagłębił się w papierach.
- Otarcia i uszkodzenia naskórka o szerokości mniej więcej jednego
centymetra.
Nina po raz kolejny sprawdziła, czy rozmowa się nagrywa.
- Związano mu ręce na plecach i powieszono za nadgarstki - powiedziała.
Doktor Kararei spojrzał w okno. Siedział tak chwilę, jakby próbował
wyobrazić sobie, jak to było. Potem pochylił głowę i wrócił do lektury.
- Zdarty naskórek na stopach, widoczne liczne wybroczyny i przebarwienia.
Uderzenia w stopy tępym narzędziem, przez dłuższy czas, pomyślała Nina.
- Krwawienie z gałek ocznych i jamy ustnej, zarówno po wewnętrznej
stronie policzków, jak i pod językiem.
Nina skinęła głową.
- Ktoś próbował go dusić.
- Raczej nie - zaprzeczył lekarz. - Na szyi nie ma śladów po palcach ani
po sznurze.
- Ale to dość typowe obrażenia.
- To prawda.
Nina oddychała przez nos. Głęboki oddech, świadomy wdech i wydech.
- Na miejscu zbrodni była foliowa torba - powiedziała. - Na podłodze w pokoju dzieci. Widziałam ją.
- Twarz spuchnięta, liczne wybroczyny, zaczerwienienia.
- Bito go po twarzy, stąd opuchlizna i krwiaki - stwierdziła.
- Pięć złamanych żeber w dolnej części klatki piersiowej, po prawej
stronie. Zapadnięte płuco. Rana kłuta lewej gałki ocznej...
Nina położyła dłonie na kolanach. Oddychała głęboko, czuła, jak zimne
powietrze dociera do jej płuc.
Lekarz odłożył teczkę.
Nina uniosła głowę. Chciała, żeby jej głos brzmiał pewnie i mocno.
- To klasyczne tortury, powszechnie znane. Mają swoje nazwy.
Lekarz spojrzał na nią. Był spokojny, ale poważny.
- Widywałem takie rzeczy w różnych częściach świata, ale jeszcze nigdy w Szwecji - powiedział.
Nina milczała dłuższą chwilę. W końcu spytała:
- Jeśli przeżyje, ma szanse wrócić do zdrowia?
- Stopy się zagoją, chociaż potrwa to pewnie kilka tygodni. Bolesność
utrzyma się zapewne przez jakiś miesiąc, mogą być mniej sprawne. Gałka
oczna została zszyta, tkanka się odrodzi, ale istnieje ryzyko osłabienia
wzroku. Należy się liczyć z ograniczoną ruchomością barku, na pewno
pozostanie też znaczna bolesność. Ale najbardziej martwi nas to, że
doszło do niedotlenienia. Nie potrafimy powiedzieć, czy mózg został
uszkodzony.
Nina nie mogła się ruszyć.
- A psychicznie?
- Konieczna będzie długotrwała rehabilitacja - powiedział lekarz,
wstając.
Nina sięgnęła po komórkę, wyłączyła nagrywanie, zapisała plik. Jej ruchy
były trochę urywane, nie było w nich płynności, jakby zesztywniała,
siedząc na niewygodnym krześle.
- Dziękuję - powiedziała. - Mogę go zobaczyć? Przez drzwi do sali.
Lekarz pokręcił głową.
- Kiedy go wybudzicie, żebyśmy mogli go przesłuchać?
Podał jej wizytówkę z numerem swojej komórki i dodał, że może dzwonić o każdej porze.
- Czekamy, aż skontaktuje się z nami jego żona. Nie wie pani
przypadkiem, gdzie można ją znaleźć? - spytał, stając w drzwiach.
Spojrzała na niego. Zastanawiała się, ile wie i co ewentualnie może mu
powiedzieć.
Wyszła na ciemny korytarz. Drzwi gabinetu zamknęły się z cichym
szelestem. Doktor Kararei przyglądał jej się zamyślony. Uznała, że może
mu zaufać.
- To musi na razie pozostać między nami, ale Nora Lerberg zniknęła -
powiedziała.
Lekarz ruszył w stronę wyjścia, podążyła za nim.
- Znaleźliśmy natomiast dzieci. Cała trójka jest u ciotki, w Vikingshill. Gdzie jest żona, tego nikt nie wie.
Dotarli do wejścia na oddział.
- Czy to możliwe, żeby ona to zrobiła? - spytała Nina.
- Gdyby ktoś jej pomagał, byłoby to teoretycznie możliwe, ale
powiedziałbym, że to raczej mało prawdopodobne.
Pożegnali się.
Nina szła korytarzem, ściskała w dłoni komórkę. Obrazy tańczyły jej
przed oczami. Związany, powieszony za nadgarstki. Bity, duszony...
To tortury, mają swoje nazwy.
Przeszła pospiesznie przez hol, minęła informację i kwiaciarnię,
kawiarnię, toalety dla pacjentów i telefony korporacji taksówkowych.
Zadzwoniła jej komórka. Wzdrygnęła się. Miała wrażenie, że pali ją w rękę.
- Nina? Nina Hoffman?
Rozpoznała głos z koszmarów.
- Annika Bengtzon. Co mogę dla ciebie zrobić?
Wyszła na deszcz, nie przejmując się, że zmoknie.
- Chciałam się tylko przywitać. Widziałam cię przed domem Lerberga. W Saltsjöbaden. To byłaś ty, prawda?
Nina otworzyła samochód i usiadła za kierownicą.
- Rozumiesz chyba, że nie mogę ci nic powiedzieć? - powiedziała i zamknęła oczy.
Obustronne przemieszczenie stawów barkowych, liczne otarcia i uszkodzenia naskórka.
- Nic a nic?
Nina otworzyła oczy. Zobaczyła fasadę szpitala.
Związali mu ręce na plecach, powiesili za nadgarstki.
- Myślałam, że jesteś w Waszyngtonie.
Annika roześmiała się, a może westchnęła?
- Gazety nie stać na stałych korespondentów. Wróciłam do redakcji. Znów
jestem reporterką, dostarczam materiały do wydania papierowego i tego w sieci. Policja z Saltsjöbaden mówi, że Lerberg może nie przeżyć. Wiesz,
w jakim jest stanie?
Nina nie odpowiedziała.
Annika była mimowolnym świadkiem tego, co się wtedy stało. Była też tam,
w Maroku, widziała, jak strzela do Filipa. Wiedziała, gdzie jest
pochowany.
Nina włączyła silnik.
- Nie bardzo mogę rozmawiać.
- Od kiedy pracujesz w Krajowej Policji Kryminalnej? - ciągnęła Annika.
Nina wrzuciła wsteczny bieg, obejrzała się do tyłu. Tylna szyba była
zaparowana, a do tego od zewnątrz pobrudzona gliną.
- Na razie, Annika.
- Numer mojej komórki się nie zmienił. Gdybyś chciała się odezwać...
Nina się rozłączyła.
Co takiego wiedział Lerberg, czego najwyraźniej wiedzieć nie powinien?
Dlaczego tego nie wyjawił?
I dlaczego pozwolono mu przeżyć?
Rozdział VII
KIEDY ANNIKA WRÓCIŁA DO REDAKCJI, było już późne popołudnie. Południowa
część obwodnicy była zablokowana, a na trasie szybkiego ruchu
Essingeleden samochody stały w miejscu, jak zwykle. Tkwiąc w korku,
usiłowała dowiedzieć się czegoś o Lerbergu. Czegoś, co mogłaby potem
wykorzystać w artykule.
W redakcji od razu wyjęła laptopa. Przeniosła materiał z kamery na
serwer i wysłała maila z kodami czasowymi do redaktora działu
fotograficznego, żeby mógł coś wybrać do wersji papierowej. Wzięła kubek
kawy z automatu, szybko zredagowała wstawkę do wydania internetowego.
Minuta i dwadzieścia pięć sekund. Jakość nie była najlepsza. Ujęcia były
zbyt ciemne, ziarno za wyraźne, brakowało światła. Co za okropna wiosna,
pomyślała. Kamera lekko się kołysała na wietrze. Jakby była na morzu.
Ona sama miała szarą cerę i cienie pod oczami. To jej się zdarzało.
- Policja ma do rozwiązania mroczną zagadkę w związku z usiłowaniem
zabójstwa byłego parlamentarzysty Ingemara Lerberga - zaczęła. - Nie
znamy jeszcze żadnego ewentualnego motywu tej zbrodni. Nie grożono mu,
nie wiadomo też, w jaki sposób sprawca dostał się do domu ofiary. Według
źródeł "Kvällspressen" policja nie znalazła śladów włamania do wilii,
położonej w ekskluzywnej podmiejskiej dzielnicy Słoneczny Brzeg w Saltsjöbaden...
- Nadal żyje - usłyszała nad sobą głos Patrika.
- Przykro mi - powiedziała. - Może wyślemy kogoś do szpitala, żeby
załatwił sprawę?
Szef działu wiadomości przysiadł na biurku.
- Dzwonili z gabinetu przewodniczącego Chrześcijańskich Demokratów. Za
pół godziny wypowiedzą się o swoim partyjnym koledze. Zajmiesz się tym?
- Jasne - powiedziała, spoglądając na zegarek.
- Pani prokurator już zdecydowała, czy to było usiłowanie morderstwa?
- Dzwoniłam do niej z samochodu.
- Dowiedziałaś się czegoś o psie?
Spojrzała na niego, nie bardzo rozumiejąc, o czym mówi.
- Stefan, cztery lata - ciągnął Patrik. - Agencje podają, że znaleziono
go martwego w holu. Sprawdzisz jego przeszłość?
- Psa?
- Czy był politykiem kontrowersyjnym? Czy czuł się zagrożony? Sprawdź,
dlaczego został zmuszony do odejścia, ale wstrzymaj się z publikacją, aż
będziemy mieli jasność, czy przeżyje, czy nie...
Annika wpisała w Google ingemar lerberg polityk. Patrik pochylił się
nad ekranem.
- Używajmy określenia czołowy polityk. Prawdę mówiąc, przez jakiś czas
rozważano jego kandydaturę na szefa partii.
- To prawda, całe jedno popołudnie. "Kvällspressen" poświęciła mu wtedy
wstępniak.
- Nie brnij w szczegóły - rzucił Patrik i wrócił do działu wiadomości.
Annika przeleciała wzrokiem tytuły na ekranie. Jak szybko o wszystkim
zapominamy, pomyślała. Pamiętała, że czytała o Lerbergu, kiedy wyszła na
jaw sprawa jego podatków, ale zostały jej jedynie mgliste wspomnienia o jakichś nie do końca czystych interesach. Poza tym nie wiedziała o nim
nic, zresztą dlaczego miałaby wiedzieć? Zaznaczyła to, co wydało jej się
interesujące.
Jakieś osiem-dziesięć lat wcześniej Ingemar Lerberg, członek
Chrześcijańskich Demokratów, był niewątpliwie barwną postacią na
szwedzkiej scenie politycznej. Został wybrany do parlamentu. Jego
program przypominał program amerykańskiej Tea Party, ruchu społecznego
głoszącego konieczność demontażu państwa, stawiającego na wolność
jednostki, deklarującego przywiązanie do Boga i bezgraniczne zaufanie do
prywatnej gospodarki. Lerberg proponował między innymi reorganizację
struktur samorządowych i prywatyzację opieki społecznej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki