Annika Bengtzon (tom 2). Studio Sex - Liza Marklund

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierw­sze, co zoba­czyła, to dam­skie majtki wiszące na krzaku. Powie­wały ledwo zauwa­żal­nie, jaśnie­jąc łoso­sio­wym różem na tle paru­ją­cej zie­leni. Jej pierw­szą reak­cją była złość. Że też ci mło­dzi niczego nie usza­nują. Nawet umarli nie mogą spo­czy­wać w spo­koju.

Zato­piła się w roz­my­śla­niach nad upad­kiem spo­łe­czeń­stwa, pod­czas gdy pies wędro­wał dalej obok żela­znego par­kanu. Podą­żała za zwie­rza­kiem wzdłuż połu­dnio­wej strony cmen­ta­rza, minęła małe drzewka i wtedy zoba­czyła jedną nogę. Obu­rze­nie pogłę­biło się: bez­czelne dzie­wu­chy! Widy­wała je, kiedy wie­czo­rami spa­ce­ro­wały po chod­ni­kach, skąpo ubrane, mówiące pod­nie­sio­nymi gło­sami, wręcz zachę­cały face­tów. Upał nie był żad­nym uspra­wie­dli­wie­niem.

Pies zosta­wił bala­ska w tra­wie koło par­kanu. Odwró­ciła wzrok i udała, że nic nie widzi. Nikogo nie było tak wcze­śnie rano. Po co schy­lać się z torebką i uda­wać?

- Chodź, Jesper - zachę­cała psa, pocią­ga­jąc go w kie­runku wybiegu we wschod­niej czę­ści parku. - No chodź, maleńki, ser­deńko moje...

Kiedy odcho­dziła od ogro­dze­nia, rzu­ciła okiem przez ramię. Nogi nie było już widać, zasło­niło ją bujne listo­wie parku.

Dzi­siaj znów będzie upał, już to czuła. Pot spły­wał jej po czole, mimo że słońce ledwo zdą­żyło wstać. Oddy­chała ciężko, idąc pod górę. Pies cią­gnął smycz. Język zwi­sał mu tak, że doty­kał trawy.

Jak można poło­żyć się spać na cmen­ta­rzu, w miej­scu spo­czynku zmar­łych? Czy to wła­śnie był cel femi­ni­stek: móc tak się zacho­wy­wać, bez sza­cunku?

Wciąż była poru­szona. Ciężka droga pod górę dodat­kowo pogor­szyła jej humor.

Powin­nam pozbyć się psa, pomy­ślała i natych­miast ogar­nęły ją wyrzuty sumie­nia. Chcąc zre­kom­pen­so­wać złe myśli, schy­liła się, żeby odpiąć smycz i wziąć zwie­rzę na ręce. Pies wyswo­bo­dził się i pognał za wie­wiórką. Wes­tchnęła. Jej tro­ska oka­zała się zby­teczna.

Z kolej­nym wes­tchnie­niem opa­dła na ławkę, pod­czas gdy Jesper pobiegł za wie­wiórką i teraz gonił ją do upa­dłego. Po chwili jed­nak miał już dość i szcze­ka­jąc, usa­do­wił się pod drze­wem, na któ­rym scho­wał się mały gry­zoń. Sie­działa, cze­ka­jąc, aż pies się znu­dzi, wstała i poczuła, że mate­riał sukienki lepi się jej do ple­ców. Myśl o ciem­nych pla­mach wzdłuż krę­go­słupa powo­do­wała skrę­po­wa­nie.

- Jesper, maleńki, ser­deńko moje, pie­seczku...

Wyma­chi­wała pla­sti­kową torbą pełną psich sma­ko­ły­ków i krót­ko­nogi bul­te­rier ruszył w jej kie­runku. Ze zwi­sa­ją­cym, dyn­da­ją­cym języ­kiem wyglą­dał, jakby się śmiał.

- Tak, tego chcia­łeś, dobrze wiem, kocha­nieńki...

Dała psu całą zawar­tość torby i przy oka­zji wzięła go znów na smycz. Pora wra­cać. Jesper dostał swoje. Teraz jej kolej, na kawę i pszenną bułeczkę.

Pies jed­nak wcale nie zamie­rzał wra­cać. Znów zoba­czył wie­wiórkę i wzmoc­niony łako­ciami gotów był na nowo pod­jąć polo­wa­nie. Pro­te­sto­wał gło­śno, ze zło­ścią.

- Nie chce mi się już spa­ce­ro­wać - powie­działa zrzę­dli­wie. - Chodź!

Poszli okrężną drogą, żeby unik­nąć stro­mego tra­wia­stego zbo­cza, które opa­dało w stronę domu. Pod górę jakoś sobie radziła, ale przy scho­dze­niu zawsze bolały ją kolana.

Znaj­do­wała się naprze­ciwko pół­nocno-wschod­niego naroż­nika parku, kiedy zoba­czyła ciało. Spo­czy­wało oto­czone dziko rosnącą zie­le­nią cmen­ta­rza, lubież­nie wycią­gnięte za czę­ściowo zbu­rzo­nym gra­ni­to­wym nagrob­kiem. Frag­ment gwiazdy Dawida leżał tuż obok głowy. Wtedy dopiero poja­wił się strach. Ciało było nagie, zbyt nie­ru­chome i białe. Pies wyrwał się i pobiegł w kie­runku par­kanu, smycz tań­czyła za nim niczym wście­kły wąż.

- Jesper!

Udało mu się prze­ci­snąć mię­dzy dwoma prę­tami, ruszył w kie­runku mar­twej kobiety.

- Jesper, chodź tutaj!

Krzy­czała na tyle gło­śno, na ile miała odwagę, nie chciała prze­cież obu­dzić oko­licz­nych miesz­kań­ców. Wiele osób spało przy otwar­tych oknach w tym upale, muro­wane śród­miej­skie kamie­nice nie zdą­żyły się ochło­dzić w cza­sie krót­kich nocy. Ner­wowo grze­bała ręką w pla­sti­ko­wej tor­bie, ale łako­cie się skoń­czyły.

Bul­te­rier zatrzy­mał się koło kobiety i bacz­nie się jej przy­glą­dał. Po chwili zaczął węszyć, naj­pierw ostroż­nie, potem z coraz więk­szym pod­nie­ce­niem. Kiedy dotarł do narzą­dów płcio­wych kobiety, nie mogła się już opa­no­wać.

- JESPER! Masz natych­miast tu przyjść!

Pies spoj­rzał na nią, ale ani myślał jej słu­chać. Pod­szedł nato­miast do głowy kobiety i zaczął obwą­chi­wać jej ręce, które spo­czy­wały obok twa­rzy. Ku swo­jemu prze­ra­że­niu zoba­czyła, że pies zaczyna gryźć palce kobiety. Poczuła, że robi się jej nie­do­brze, i chwy­ciła się czar­nych, żela­znych prę­tów. Ostroż­nie prze­su­nęła się w lewo, schy­liła i zaj­rzała mię­dzy nagrobki. Z odle­gło­ści dwóch metrów spoj­rzała w oczy kobiety. Były jasne i nieco mętne, nieme i zimne. Miała dziwne uczu­cie, że dźwięki wokół niej znik­nęły, tylko w lewym uchu poja­wił się brzę­czący szum.

Muszę zabrać stąd psa, pomy­ślała.

Nie mogę nikomu powie­dzieć, że Jesper nad­gryzł ciało.

Uklę­kła i wsu­nęła rękę mię­dzy pręty tak daleko, jak tylko mogła. Jej roz­cza­pie­rzone palce wska­zy­wały pro­sto na mar­twe oczy kobiety. Ryzy­ko­wała, że jej grube ramię utkwi mię­dzy prę­tami, ale dosię­gła rączki smy­czy. Pies zawył, kiedy pocią­gnęła za skó­rzany pasek. Nie chciał puścić zdo­by­czy, w psim pysku tkwił kawa­łek ciała, które prze­su­nęło się tro­chę.

- Ty durny, wstrętny psie!

Z głu­chym łosko­tem, uja­da­jąc, ude­rzył o żelaz ny par­kan. Drżą­cymi rękami zmu­siła Jespera, żeby się cof­nął i prze­szedł mię­dzy prę­tami. Nio­sła go, ści­ska­jąc jak ni­gdy dotąd mocno obiema rękami wokół brzu­cha. Scho­dziła szybko w stronę ulicy, obcas pośli­zgnął się na tra­wie, nacią­gnęła sobie mię­sień w pachwi­nie.

Dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi miesz­ka­nia i zoba­czyła far­focle w pysku psa, zaczęła wymio­to­wać.

Sobota, 28 lipca

- MAR­TWA DZIEW­CZYNA leży w Kro­no­berg­spar­ken.

Głos był zdy­szany, sko­ło­wa­ciały język zdra­dzał regu­larne zaży­wa­nie amfe­ta­miny. Annika Bengt­zon ode­rwała na chwilę wzrok od moni­tora, pró­bu­jąc wyma­cać ołó­wek w bała­ga­nie na biurku.

- Skąd to wiesz? - spy­tała nazbyt scep­tycz­nie.

- Bo stoję tutaj obok, kurde!

Głos prze­szedł w fal­set, Annika odsu­nęła nieco słu­chawkę od ucha.

- No ale jak to mar­twa? - powie­działa, sły­sząc, jak idio­tycz­nie to zabrzmiało.

- Po pro­stu mar­twa, trup, do cho­lery! Mar­twa jak trup!

Annika rozej­rzała się nie­pew­nie po redak­cji. Gwóźdź, szef wia­do­mo­ści, sie­dział przy biurku i roz­ma­wiał przez tele­fon, Anne Snap­phane sie­działa przy biurku naprze­ciwko niej, wachlu­jąc się sko­ro­szy­tem, Foto-Pelle stał przy stole redak­cyj­nym i stu­kał w maca.

- No tak - powie­działa i zna­la­zł­szy dłu­go­pis w pustym kubku do kawy, chwy­ciła starą depe­szę agen­cyjną i zaczęła noto­wać coś na odwro­cie.

- W Kro­no­berg­spar­ken, tak?

- Za nagrob­kiem.

- Za nagrob­kiem?

Annika usły­szała, że męż­czy­zna zaczął pła­kać. Odcze­kała w mil­cze­niu kilka sekund. Nie wie­działa, jak dalej pro­wa­dzić roz­mowę. Dresz­czo­wiec, czyli tak naprawdę redak­cyjna gorąca linia, nazy­wana jed­nak przez wszyst­kich w redak­cji Dresz­czow­cem, opa­no­wany był głów­nie przez żar­tow­ni­siów albo świ­rów. Tym razem był to zde­cy­do­wa­nie kan­dy­dat do tej dru­giej kate­go­rii.

- Halo...? - ode­zwała się ostroż­nie.

Męż­czy­zna wytarł nos. Wziął kilka głę­bo­kich odde­chów i zaczął opo­wia­dać. Anne Snap­phane obser­wo­wała Annikę z dru­giej strony biurka.

- Że też chce ci się odbie­rać te tele­fony - powie­działa, kiedy Annika odło­żyła słu­chawkę. Ta nie zare­ago­wała, tylko dalej bazgrała coś na depe­szy. - Muszę kupić jesz­cze jed­nego loda, ina­czej umrę. Przy­nieść ci coś z kawiarni? - spy­tała, wsta­jąc.

- Naj­pierw muszę coś spraw­dzić - odparła Annika, po czym pod­nio­sła słu­chawkę i wybrała bez­po­średni numer do Cen­trum Ratun­ko­wego. Wszystko się zga­dzało. Cztery minuty wcze­śniej zgło­szono przy­pa­dek śmierci przy Kro­no­bergs­ga­tan.

Pod­nio­sła się i z depe­szą w gar­ści poszła do działu wia­do­mo­ści. Gwóźdź wciąż roz­ma­wiał przez tele­fon, nogi miał wycią­gnięte na biurku. Annika sta­nęła wyzy­wa­jąco tuż przed nim. Szef pod­niósł wzrok, poiry­to­wany.

- Podej­rze­nie mor­der­stwa, młoda dziew­czyna - powie­działa Annika, macha­jąc wydru­kiem z kom­pu­tera.

Gwóźdź zakoń­czył roz­mowę, odkła­da­jąc natych­miast słu­chawkę, a następ­nie opu­ścił nogi na pod­łogę.

- To wia­do­mość agen­cyjna? - spy­tał zdzi­wiony, spo­glą­da­jąc na moni­tor.

- Nie, z Dresz­czowca.

- Potwier­dzona?

- Cen­trum Ratun­kowe też ją dostało, tylko tyle wiem.

Gwóźdź powiódł wzro­kiem po redak­cji.

- Okej. Kogo mamy na sta­nie?

Annika zaczerp­nęła powie­trza.

- To moja infor­ma­cja - powie­działa z naci­skiem.

- Berit! - zawo­łał Gwóźdź, wsta­jąc. - Mor­der­stwo tego­rocz­nego lata!

Berit Ham­rin, jedna ze star­szych repor­te­rek gazety, wzięła torebkę i pode­szła do biurka.

- Gdzie jest Carl Wen­ner­gren? Pra­cuje dzi­siaj?

- Nie, ma wolne, żegluje wokół Gotlan­dii - wyjaś niła Annika. - To moja wia­do­mość, ja ją przy­ję­łam.

- Pelle, zdję­cia! - krzyk­nął Gwóźdź w kie­runku foto­re­por­te­rów.

Foto­edy­tor pod­niósł do góry kciuk.

- Ber­til Strand! - zawo­łał.

- W porządku - powie­dział szef wia­do­mo­ści i zwró­cił się do Anniki. - Co mamy?

Annika spoj­rzała na swoje naba­zgrane notatki i nagle poczuła, jak bar­dzo się dener­wuje.

- Mar­twa dziew­czyna za nagrob­kiem na żydow­skim cmen­ta­rzu w Kro­no­berg­spar­ken na Kung­shol­men.

- To jesz­cze, do cho­lery, nie zna­czy, że to jest mor­der­stwo.

- Naga i udu­szona.

Gwóźdź przy­glą­dał się Annice badaw­czo.

- I chcesz się zająć tym sama?

Annika prze­łknęła ślinę i przy­tak­nęła. Szef wia­do­mo­ści ponow­nie usiadł i wycią­gnął sko­ro­szyt.

- W porządku - powie­dział. - Poje­dziesz z Berit i Ber­rym. Dopil­nuj, żeby­śmy mieli dobre zdję­cia, pozo­stałe infor­ma­cje możemy zdo­być póź­niej, ale zdję­cia musimy mieć natych­miast.

Sza­mo­cząc się z ple­ca­kiem, w któ­rym miał sprzęt, foto­graf minął dział wia­do­mo­ści.

- Dokąd jedziemy? - spy­tał, zwra­ca­jąc się do szefa.

- Do aresztu Kro­no­berg - odpo­wie­dział Gwóźdź i pod­niósł słu­chawkę.

- Do parku - spro­sto­wała Annika, szu­ka­jąc wzro­kiem swo­jej torby. - Kro­no­berg­spar­ken. Cmen­tarz żydow­ski.

- Sprawdź, czy to przy­pad­kiem nie jakaś rodzinna kłót­nia - powie­dział Gwóźdź, wybie­ra­jąc numer do Lon­dynu.

Berit i Ber­til Strand byli już w dro­dze do windy do garażu, ale Annika się zatrzy­mała.

- Co chcia­łeś przez to powie­dzieć? - spy­tała.

- Dokład­nie to, co sły­sza­łaś. Nie mie­szamy się w sprawy rodzinne.

Szef demon­stra­cyj­nie odwró­cił się ple­cami. Annika czuła, jak w jej ciele wzbiera złość, dociera do móz gu i poraża go.

- Z tego powodu dziew­czyna nie jest chyba mniej mar­twa - zauwa­żyła.

Gwóźdź dostał połą­cze­nie i Annika zro­zu­miała, że dys­ku­sja jest skoń­czona. Pod­nio­sła wzrok, ale Berit i Ber­til Strand znik­nęli już na klatce. Szybko wró­ciła na swoje miej­sce, wycią­gnęła torbę, która wsu­nęła się pod szafkę, i pobie­gła za kole­gami. Winda zdą­żyła już zje­chać na dół; cho­lera, cho­lera, dla­czego, do dia­bła, zawsze musi pysko­wać? Za chwilę straci swój pierw­szy duży temat, bo musiała usta­wić szefa.

- Kre­tynka - powie­działa gło­śno sama do sie­bie.

Dogo­niła repor­terkę i foto­grafa przy wej­ściu do garażu.

- Na razie niczego nie zakła­damy i pra­cu­jemy wspól­nie, do momentu gdy będziemy musieli się roz­dzie­lić - zapro­po­no­wała Berit, która idąc, zapi­sy­wała coś w notat­niku. - A tak w ogóle to nazy­wam się Berit Ham­rin, nie mia­ły­śmy chyba jesz­cze oka­zji się poznać.

Star­sza kole­żanka uśmiech­nęła się do Anniki, podały sobie ręce i zaczęły wsia­dać do saaba Ber­tila Stranda, Annika z tyłu, Berit z przodu.

- Nie trza­skaj zbyt mocno drzwiami - powie­dział Ber­til Strand z nie­chę­cią, spo­glą­da­jąc przez ramię na Annikę. - Możesz uszko­dzić lakier.

Chry­ste Panie, pomy­ślała.

- Ojej, prze­pra­szam.

Foto­gra­fo­wie trak­to­wali redak­cyjne wozy jak samo­chody oddane do ich wyłącz­nej dys­po­zy­cji. W zasa­dzie wszy­scy z nie­zwy­kłą powagą pod­cho­dzili do zadań wyjaz­do­wych. Może wyni­kało to stąd, że wszy­scy bez wyjątku byli męż­czy­znami, pomy­ślała Annika. Mimo że pra­co­wała w "Kvällspressen" zale­d­wie od sied­miu tygo­dni, zdą­żyła już uświa­do­mić sobie, że samo­chody foto­re­por­te­rów to świę­tość. Kil­ka­krot­nie zda­rzyło się, że jej wcze­śniej zapla­no­wane wywiady prze­su­wano, bo foto­re­por­ter był aku­rat zajęty w myjni. Z dru­giej strony poka­zy­wało to, jaką wagę przy­wią­zy­wano do jej arty­ku­łów.

- Wydaje mi się, że naj­le­piej doje­chać do parku od tyłu, uni­ka­jąc drogi przez Fri­dhem­splan - pod­su­nęła Berit, kiedy samo­chód przy­spie­szył na skrzy­żo­wa­niu z R?lambsvägen. Ber­til Strand dodał gazu i zdą­żył jesz­cze prze­je­chać na poma­rań­czo­wym, po czym ruszył pro­sto Gjörwellsgatan, kie­ru­jąc się na pół­noc, w stronę wybrzeża Norr Mälarstrand.

- Możesz powie­dzieć, czego się dowie­dzia­łaś od swo­jego infor­ma­tora? - ode­zwała się Berit i odwró­ciła ple­cami do drzwi samo­chodu, żeby spoj­rzeć do tyłu.

Annika wycią­gnęła pomiętą depe­szę.

- Że za nagrob­kiem w Kro­no­berg­spar­ken leży mar­twa dziew­czyna, naga. Praw­do­po­dob­nie została udu­szona.

- Kto dzwo­nił?

- Jakiś ćpun. Jego kum­ple zatrzy­mali się, żeby się odlać przy par­ka­nie, i zoba­czyli ją przez pręty ogro­dze­nia.

- Dla­czego uznali, że została udu­szona?

Annika odwró­ciła depe­szę i prze­czy­tała, co zapi­sała w poprzek kartki.

- Nie była zakrwa­wiona, miała wytrzesz­czone oczy i szramy na szyi.

- To nie zna­czy, że została udu­szona ani nawet zamor­do­wana - powie­działa Berit i znów usia­dła pro­sto.

Annika nie odpo­wie­działa i odwró­ciła wzrok. Przez przy­ciem­nione szyby saaba widziała, jak opa­la­jący się w R?lambshovsparken fana­tycy słońca zostają w tyle. Przed nią roz­cią­gała się poły­skliwa tafla Riddarfjärden. Musiała zmru­żyć oczy, mimo folii na szy­bie. Dwóch sur­fe­rów zmie­rzało w stronę L?ngholmen, nie szło im zbyt dobrze. Powie­trze było pra­wie nie­ru­chome w upale.

- Ale mie­li­śmy piękne lato - ode­zwał się Ber­til Strand, skrę­ca­jąc w Polhems­ga­tan. - Kto by przy­pusz­czał, po tych desz­czach wio­sną.

- Tak, mia­łam szczę­ście - powie­działa Berit. - Wła­śnie wró­ci­łam z czte­ro­ty­go­dnio­wego urlopu. Słońce dzień w dzień. Możemy zapar­ko­wać przy budyn­kach tuż za strażą pożarną.

Saab przy­spie­szył, mija­jąc ostat­nie kamie­nice na Bergs­ga­tan. Berit odpięła pasy, zanim foto­graf zwol­nił, i wysko­czyła, zanim się zatrzy­mał. Annika szybko poszła w jej ślady; zabra­kło jej tchu, kiedy buch­nęło na nią upalne powie­trze.

Ber­til Strand zapar­ko­wał na pla­cyku manew­ro­wym, one zaś ruszyły wzdłuż budynku z czer­wo­nej cegły z lat pięć­dzie­sią­tych. Asfal­towy chod­nik był wąski, zakoń­czony kamien­nym pro­giem od strony parku.

- Dalej są schody - powie­działa Berit, któ­rej już też bra­ko­wało tchu.

Poko­nały sześć stopni i zna­la­zły się w samym parku. Bie­gły wyas­fal­to­waną ścieżką, która pro­wa­dziła do ambit­nie zapro­jek­to­wa­nego placu zabaw.

Z pra­wej strony cią­gnął się sze­reg przy­po­mi­na­ją­cych baraki dom­ków. Mija­jąc je, Annika prze­czy­tała napis: "Plac zabaw". Były tu: pia­skow­nica, ławki, skła­dany sto­lik, dra­binki do wspi­naczki, zjeż­dżal­nie, huś­tawki i inne urzą­dze­nia do zabawy dla dzieci. Znaj­do­wały się tu trzy, może cztery matki z dziećmi i wyglą­dało na to, że wła­śnie zbie­rają się do odej­ścia.

Dalej w głębi stało dwóch umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tów i roz­ma­wiało z piątą matką.

- Wydaje mi się, że cmen­tarz poło­żony jest tro­chę bar­dziej w dole, w kie­runku Sankt Göransgatan - stwier­dziła Berit.

- Świet­nie się orien­tu­jesz - powie­działa Annika. - Miesz­kasz w pobliżu?

- Nie. Ale to nie pierw­sze mor­der­stwo w tym parku.

Annika odno­to­wała, że każdy z poli­cjan­tów ma w ręku zwój biało-nie­bie­skiej pla­sti­ko­wej taśmy do wygra­dza­nia terenu. Opróż­niali plac zabaw, żeby go zamknąć.

- Dotar­li­śmy we wła­ści­wym momen­cie - wymam­ro­tała sama do sie­bie.

Odbiły w prawo i idąc dalej ścieżką, dotarły na szczyt wzgó­rza.

- W dół i w lewo - powie­działa Berit.

Annika pobie­gła przo­dem. Prze­cięła dwie alejki spa­ce­rowe i była na miej­scu. Zoba­czyła cały rząd czar­nych gwiazd Dawida, które odci­nały się na tle zie­leni.

- Widzę to miej­sce! - krzyk­nęła do tyłu i kątem oka zauwa­żyła, że Ber­til Strand doga­nia Berit.

Par­kan był czarny, z kutego żelaza, ładny, o prę­tach połą­czo­nych kół­kami i łukami i zwień­czo­nych sty­li­zo­waną gwiazdą Dawida. Bie­gła po wła­snym cie­niu, domy­śliła się więc, że zbliża się do cmen­ta­rza od połu­dnia.

Zatrzy­mała się na szczy­cie pagórka wzno­szą­cego się nad gro­bami, skąd miała dobry widok. Poli­cja nie odgro­dziła jesz­cze tej czę­ści parku, w prze­ci­wień­stwie do czę­ści pół­noc­nej i zachod­niej.

- Pospiesz­cie się! - krzyk­nęła do Berit i Ber­tila Stranda.

Par­kan oka­lał mały żydow­ski cmen­tarz z nisz­cze­ją­cymi gro­bami i gra­ni­to­wymi nagrob­kami; było ich około trzy­dzie­stu, jak szybko poli­czyła Annika. Zie­leń wypeł­niała pra­wie całą prze­strzeń, a miej­sce spra­wiało wra­że­nie dzi­kiego, zaro­śnię­tego i zanie­dba­nego. Wygro­dzony teren miał naj­wy­żej trzy­dzie­ści na czter­dzie­ści metrów, a par­kan z tyłu nie wię­cej niż pół­tora metra wyso­ko­ści. Furtka znaj­do­wała się po lewej, od strony Kro­no­bergs­ga­tan i Fri­dhems plan. Zoba­czyła, że ekipa dzien­ni­ka­rzy z "Kon­kur­ren­ten" zatrzy­mała się przy poli­cyj­nej taśmie. Grupa męż­czyzn, wszy­scy w cywilu, znaj­do­wała się wewnątrz ogro­dze­nia, po wschod­niej stro­nie. Domy­śliła się dla­czego. Tam leżała kobieta.

Annikę prze­szedł dreszcz. Nie może tego popsuć, swo­jej pierw­szej praw­dzi­wej infor­ma­cji tego lata.

Berit i Ber­til Strand dołą­czyli do niej i w tej samej chwili spo­strze­gła, że jakiś męż­czy­zna otwiera bramę pro­wa­dzącą do furtki od strony Kro­no­bergs­ga­tan. Niósł szarą płachtę. Annika zaczęła szybko oddy­chać. Jesz­cze jej nie przy­kryli!

- Pio­ru­nem! - zawo­łała przez ramię. - Może uda się nam zro­bić zdję­cie z góry!

Na pagórku przed nimi poja­wił się poli­cjant. Roz­wi­jał biało-nie­bie­ską pla­sti­kową taśmę poli­cyjną. Annika rzu­ciła się w stronę par­kanu i usły­szała, jak Ber­til Strand bie­gnie za nią w pod­sko­kach. Poko­nu­jąc ostat­nie kilka metrów do par­kanu, foto­re­por­ter zrzu­cił z ramion ple­cak i wyło­wił z niego canona z tele­obiek­ty­wem. Szara płachta była trzy metry od nich. Ber­til Strand wyce­lo­wał apa­rat w stronę listo­wia, potem cof­nął się pół metra i trza­snął kolejną serię. Poli­cjant z taśmą krzyk­nął coś, rów­nież męż­czyźni wewnątrz ogro­dze­nia zdali sobie sprawę z ich obec­no­ści.

- Mamy, co trzeba - powie­dział Ber­til Strand. - Zdjęć nam nie zabrak­nie.

- Słu­chaj­cie, do cho­lery! - zawo­łał poli­cjant z taśmą. - Wła­śnie wygra­dzamy teren!

Jakiś męż­czy­zna w hawaj­skiej koszuli i ber­mu­dach ruszył w ich kie­runku.

- Chyba powin­ni­ście już odpu­ścić - powie­dział.

Annika rozej­rzała się dokoła, nie wie­dząc, co robić. Ber­til Strand zmie­rzał już w stronę ścieżki pro­wa­dzą­cej w dół do Sankt Göransgatan. Poli­cjanci, i ten sto­jący z tyłu, i ten przed nią, wyglą­dali na bar­dzo nie­za­do­wo­lo­nych. Zro­zu­miała, że musi zaraz się stąd usu­nąć, ina­czej zro­bią to poli­cjanci. Instynk­tow­nie zaczęła prze­su­wać się bokiem wzdłuż miej­sca, gdzie Ber­til Strand pstryk­nął pierw­sze zdję­cia.

Spoj­rzała przez czarne szta­chety par­kanu, za któ­rym dwa metry dalej leżała młoda kobieta. Jej oczy patrzyły pro­sto w oczy Anniki. Były zamglone i szare. Głowę miała odrzu­coną do tyłu, ramiona roz­po­starte, przed­ra­miona uło­żone nad głową, jedna ręka wyda­wała się oka­le­czona. Usta były sze­roko otwarte w bez­gło­śnym krzyku, wargi brą­zo­wo­czarne. Jej włosy poru­szały się lekko w nie­wy­czu­wal­nym powie­wie wia­tru. Na lewej piersi miała wyraźny siniec, dolna część brzu­cha była zie­lona.

Obraz dotarł do świa­do­mo­ści Anniki w jed­nej chwili, jasny i wyra­zi­sty. Chro­po­wata sza­rość kamieni w tle, przy­tłu­miona zie­leń, gra cieni listo­wia, wil­goć i upał. I ta obrzy­dliwa woń.

I wtedy poja­wiła się płachta, i wszystko zro­biło się szare. Nie zasło­nili ciała, lecz par­kan.

- Pora się stąd ruszyć - powie­dział poli­cjant z taśmą i poło­żył rękę na jej ramie­niu.

Tak nie­sły­cha­nie ste­reo­ty­powo, pomy­ślała Annika w momen­cie, kiedy się odwra­cała. W ustach czuła suchość, miała wra­że­nie, że wszyst­kie dźwięki docie­rają do niej z bar­dzo daleka. Chwie­jąc się lekko, ruszyła w kie­runku ścieżki, gdzie Berit i Ber­til Strand cze­kali na nią za taśmą. Foto­re­por­ter wyglą­dał na znu­dzo­nego i nie­za­do­wo­lo­nego, ale Berit nie­mal się uśmie­chała.

Poli­cjant szedł za nią, wciąż doty­ka­jąc ramie­niem jej ple­ców. Musi mu być bar­dzo gorąco w mun­du­rze w taki dzień jak dzi­siaj, pomy­ślała.

- Zdą­ży­łaś coś zoba­czyć? - spy­tała Berit.

Annika przy­tak­nęła i Berit coś zano­to­wała.

- Wypy­ta­łaś tego śled­czego w hawaj­skiej koszuli?

Annika pokrę­ciła prze­cząco głową i prze­szła pod taśmą, korzy­sta­jąc z gor­li­wej pomocy poli­cjanta.

- Szkoda. Powie­dział coś sam z sie­bie?

- Chyba powin­ni­ście już odpu­ścić - zacy­to­wała Annika i Berit uśmiech­nęła się.

- A co z tobą? Dobrze się czu­jesz? - spy­tała, a Annika ski­nęła głową.

- Tak, wszystko w porządku. Bar­dzo moż­liwe, że została udu­szona, oczy nie­mal wyszły jej z orbit. Pew­nie pró­bo­wała krzy­czeć, zanim umarła, miała otwarte usta.

- Więc może ktoś ją sły­szał. Trzeba będzie póź­niej poroz­ma­wiać z sąsia­dami. To Szwedka?

Annika poczuła, że powinna na moment usiąść.

- Zapo­mnia­łam spy­tać...

Berit znów się uśmiech­nęła.

- Blon­dynka, bru­netka, młoda, stara?

- Dwa­dzie­ścia lat, góra, dłu­gie jasne włosy. Duże piersi. Sili­kon, praw­do­po­dob­nie, albo roz­twór soli.

Berit spoj­rzała na nią zdzi­wiona. Annika osu­nęła się na trawę, usia­dła po turecku.

- Ster­czały, mimo że leżała na ple­cach. Miała bli­znę pod pachą.

Annika czuła, że jej ciśnie­nie gwał­tow­nie spa­dło, oparła głowę o kolana i oddy­chała głę­boko.

- Nie­zbyt wesoły widok, co? - powie­działa Berit.

- Już w porządku - uspo­ko­iła ją Annika.

Po chwili poczuła się lepiej. Dźwięki wró­ciły z całą mocą, wdzie­rały się w jej mózg niczym łoskot maszyny pra­cu­ją­cej na peł­nych obro­tach: ruch uliczny na Drottningholmsvägen dud­nił, wyły dwie syreny, każda w innej tona­cji, roz­le­gały się krzyki, raz bar­dziej, raz mniej gło­śne, trzask apa­ra­tów, płacz dziecka.

Ber­til Strand dołą­czył do małej grupki dzien­ni­ka­rzy, która zaczęła zbie­rać się na dole przy wej­ściu; stał i roz­ma­wiał z foto­re­por­te­rem z "Kon­kur­ren­ten".

- Kto co robi? - spy­tała Annika.

Berit usia­dła obok niej, zaj­rzała do swo­ich zapis ków i zaczęła noto­wać.

- Musimy chyba zało­żyć, że to mor­der­stwo, prawda? A więc musimy przede wszyst­kim przy­go­to­wać arty­kuł o samym zda­rze­niu. Napi­sać, co się stało. Zna­le­ziono zamor­do­waną młodą kobietę. Kiedy, gdzie, jak? Musimy spraw­dzić, kim jest facet, który ją zna­lazł, i poroz­ma­wiać z nim. Masz jego nazwi­sko?

- To nar­ko­man, jego kum­pel podał adres grzecz­no­ściowy, na który mamy przy­słać nagrodę za infor­ma­cję.

- Spró­buj go odna­leźć. Cen­trum Ratun­kowe ma wszyst­kie dane doty­czące zgło­szeń - mówiła dalej Berit i odha­czała kolejne sprawy w swo­ich notat­kach.

- Już to zro­bi­łam.

- Dobrze. Potem musimy dotrzeć do poli­cjanta, który będzie chciał coś powie­dzieć, rzecz­nik pra­sowy ni­gdy nie udziela infor­ma­cji off the record. Czy ten w kwiatki powie­dział może, jak się nazywa?

- Nie.

- Szkoda. Jego też sprawdź. Ni­gdy wcze­śniej go nie widzia­łam, to może być jeden z tych nowych z wydziału zabójstw. Poza tym musimy się dowie­dzieć, kiedy umarła i dla­czego, czy są jacyś podej­rzani, jak postę­puje docho­dze­nie i jakie jest zda­nie poli­cji w tej spra­wie.

- Okej - powie­działa Annika i zano­to­wała coś w swoim bloczku.

- Boże, ale upał. Czy w Sztok­hol­mie było już kie­dyś rów­nie gorąco? - spy­tała Berit i otarła pot z czoła.

- Nie wiem. Prze­nio­słam się tutaj sie­dem tygo­dni temu.

Berit wyjęła z torebki chu­s­teczki higie­niczne i wytarła nasadę czoła.

- Dobrze, no więc mamy ofiarę - powie­działa. - Kim była? Kto ją ziden­ty­fi­ko­wał? Zapewne gdzieś jest jej zdru­zgo­tana rodzina, powin­ni­śmy się zasta­no­wić, czy nawią­zać z nimi jakiś kon­takt. Musimy zdo­być zdję­cia dziew­czyny z czasu, kiedy jesz­cze żyła. Sądzisz, że miała skoń­czone osiem­na­ście lat?

Annika zasta­no­wiła się i przy­po­mniała sobie jej sili­ko­nowe piersi.

- Tak, praw­do­po­dob­nie tak.

- Więc może są jakieś zdję­cia matu­ralne, w dzi­siej­szych cza­sach wszy­scy mło­dzi koń­czą liceum, a czapki stu­denc­kie zawsze ład­nie pre­zen­tują się na zdję­ciach. Co mówią jej przy­ja­ciele? Miała chło­paka?

Annika noto­wała.

- No i reak­cje sąsia­dów - cią­gnęła Berit. - Miej­sce poło­żone jest pra­wie w samym środku Sztok­holmu, w tej oko­licy mieszka pew­nie ponad trzy­sta tysięcy kobiet. Taka zbrod­nia wpły­nie na poczu­cie bez­pie­czeń­stwa wszyst­kich, na życie towa­rzy­skie, w ogóle na wize­ru­nek mia­sta. Więc wła­ści­wie mamy mate­riał na dwa arty­kuły. Zaj­mij się sąsia­dami, ja zajmę się resztą.

Annika przy­tak­nęła, nie pod­no­sząc wzroku.

- Sprawa ma jesz­cze jeden aspekt - dodała Berit, upusz­cza­jąc notat­nik na kolana. Dwa­na­ście, może trzy­na­ście lat temu popeł­niono nie­mal iden­tyczną zbrod­nię nie­spełna sto metrów stąd.

Annika spoj­rzała zdzi­wiona.

- Jeśli dobrze pamię­tam, młoda kobieta została zamor­do­wana na tle sek­su­al­nym na scho­dach w pół­noc­nej czę­ści parku - ode­zwała się Berit, zamy­ślona. - Zabójcy ni­gdy nie ujęto.

- Boże - powie­działa Annika. - Czy to może być ten sam facet?

Berit wzru­szyła ramio­nami.

- Naj­praw­do­po­dob­niej nie, ale należy wspo­mnieć o tam­tym mor­der­stwie. Wiele osób na pewno je pamięta. Kobieta została zgwał­cona i udu­szona.

Annika prze­łknęła ślinę.

- W grun­cie rze­czy to okropna praca - powie­działa.

- Tak, to prawda. Ale tro­chę ją sobie uła­twisz, jeśli zła­piesz poli­cjanta w kwiatki, zanim stąd odje­dzie.

Wska­zała ręką w stronę Sankt Göransgatan: męż­czy­zna w hawaj­skiej koszuli wła­śnie opusz­czał cmen­tarz. Szedł do samo­chodu zapar­ko­wa­nego na rogu Kro­no­bergs­ga­tan. Annika pode­rwała się, chwy­ciła torbę i rzu­ciła się bie­giem w dół ku ulicy. Widziała, jak repor­ter "Kon­kur­ren­ten" pró­buje zagad­nąć hawaj­ską koszulę, ale poli­cjant zbył go gestem ręki.

W tym momen­cie Annika potknęła się o asfal­tową kra­wędź i omal nie upa­dła. Wiel­kimi, nie­kon­tro­lo­wa­nymi kro­kami zaczęła zbie­gać ze stro­mego zbo­cza w kie­runku Kro­no­bergs­ga­tan. Nie będąc w sta­nie temu zapo­biec, wpa­dła na plecy poli­cjanta w hawaj­skiej koszuli. On z kolei pole­ciał pro­sto na maskę swo­jego samo­chodu.

- Co, do dia­bła! - krzyk­nął i chwy­cił żela­znym uści­skiem rękę Anniki.

- Prze­pra­szam - jęk­nęła. - Nie chcia­łam. Była­bym upa­dła.

- Co ty, u licha, wypra­wiasz? Zwa­rio­wa­łaś?

Męż­czy­zna był roz­trzę­siony i prze­stra­szony.

- Prze­pra­szam - powie­działa, czu­jąc, że zaraz się roz­pła­cze. Poza tym bolał ją lewy nad­gar­stek.

Poli­cjant odzy­skał pano­wa­nie i puścił ją. Przy­glą­dał się jej uważ­nie przez kilka sekund.

- Powin­naś pod­cho­dzić do tego spo­koj­niej, do cho­lery - mruk­nął, po czym wsiadł do swo­jego vol vo, fur­go­netki w kolo­rze czer­wo­nego wina, i odje­chał z piskiem opon.

- A niech to - wyszep­tała Annika pod nosem. Zamru­gała oczami, powstrzy­mała napły­wa­jące łzy. Mru­żąc oczy od słońca, pró­bo­wała doj­rzeć numer wywo­ław­czy samo­chodu. Wyda­wało jej się, że miał na boku "1813". Dla pew­no­ści zapa­mię­tała też numer reje­stra­cyjny.

Następ­nie odwró­ciła się i odkryła, że wpa­truje się w nią grupa sto­ją­cych przy furtce dzien­ni­ka­rzy. Zaczer­wie­niła się od szyi po nasadę wło­sów. Szybko się schy­liła i pozbie­rała dro­bia­zgi, które wypa­dły jej z torby pod­czas zde­rze­nia: notes for­matu A5, paczka gumy do żucia, pra­wie pusta pla­sti­kowa butelka pepsi max i trzy pod­pa­ski libresse w zie­lo­nym pla­sti­ko­wym opa­ko­wa­niu. Ołó­wek był w torebce, wycią­gnęła go i szybko zapi­sała numer reje­stra­cyjny samo­chodu i jego numer wywo­ław­czy.

Dzien­ni­ka­rze i foto­re­por­te­rzy ode­rwali od niej wzrok i powró­cili do swo­ich roz­mów. Annika zauwa­żyła, że Ber­til Strand orga­ni­zo­wał wła­śnie wyprawę po lody.

Pod­cią­gnęła torbę na ramie­niu i powoli ruszyła w stronę kole­gów po fachu, któ­rzy zda­wali się w ogóle nie zwra­cać na nią uwagi. Poza repor­te­rem "Kon­kur­ren­ten", męż­czy­zną w śred­nim wieku, który zamiesz­czał arty­kuły o prze­stęp­stwach kry­mi­nal­nych na stro­nach miej­skich, nie znała nikogo. Była tam młoda kobieta z magne­to­fo­nem z napi­sem "Radio Stoc­kholm", dwóch foto­re­por­te­rów, każdy z innej agen­cji, foto­graf z "Kon­kur­ren­ten" i trzech innych repor­te­rów, któ­rych nie potra­fiła przy­pi­sać do żad­nej redak­cji. Nie poja­wiła się żadna sta­cja tele­wi­zyjna; tele­wi­zja pań­stwowa nada­wała latem jedy­nie pięć minut lokal­nych wia­do­mo­ści, nato­miast miej­scowa sta­cja komer­cyjna nada­wała wyłącz­nie pro­gramy "kana­powe" i ser­wisy infor­ma­cyjne. Poranne gazety wezmą praw­do­po­dob­nie zdję­cia z agen­cji i uzu­peł­nią tek­stem z ofi­cjal­nej depe­szy TT. "Echo" nie przy­słało nikogo i nie zamie­ści ani słowa, to wie­działa na pewno. Jeden z jej kole­gów z "Katri­ne­holms-Kuri­ren", który odby­wał tam staż waka­cyjny, wyja­śnił jej pogar­dli­wie dla­czego.

- Mor­der­stwa i tym podobne histo­rie zosta­wiamy tablo­idom. Nie jeste­śmy padli­no­żer­cami.

Annika już wtedy zro­zu­miała, że wypo­wiedź ta wię­cej mówi o jej kole­dze niż o "Echu", ale cza­sem zaczy­nała wąt­pić. Dla­czego prze­rwane życie mło­dej kobiety nie było warte uwagi publicz­nych środ­ków prze­kazu? Nie mogła tego pojąć.

Pozo­stali ludzie, któ­rzy krę­cili się przy taśmie, to cie­kaw­scy prze­chod­nie.

Powoli wymi­nęła grupkę i odda­liła się od niej. Poli­cjanci, zarówno z wydziału kry­mi­nal­nego, jak i per­so­nel tech­niczny, wyko­ny­wali ruty­nowe czyn­no­ści za par­ka­nem. Nie przy­je­chała żadna karetka ani żaden kara­wan. Spoj­rzała na zega­rek. Sie­dem­na­ście po pierw­szej. Minęło dwa­dzie­ścia pięć minut od momentu, kiedy ode­brała infor­ma­cję z Dresz­czowca. Zasta­na­wiała się, co powinna teraz zro­bić. Nie było chyba sensu pró­bo­wać roz­ma­wiać z poli­cją, tylko by się wście­kli. Rozu­miała, że nie­wiele jesz­cze wie­dzieli: ani kim była kobieta, ani jak zgi­nęła, ani kto to zro­bił.

Zaczęła iść w kie­runku Drottningholmsvägen. Przy domach po zachod­niej stro­nie Kro­no­bergs­ga­tan poja­wił się skra­wek cie­nia, więc poszła tam i oparła się o fasadę domu. Była chro­po­wata, szara i gorąca. Tem­pe­ra­tura była o jakiś sto­pień niż­sza niż w samym słońcu, powie­trze parzyło jej gar­dło. Czuła nie­zno­śne pra­gnie­nie. Wyło­wiła z torby pepsi. Nakrętka prze­cie­kała, więc butelka była lepka na zewnątrz, palce przy­kle­iły się jej do ety­kiety. Cho­lerny upał!

Wypiła cie­pły, zwie­trzały napój i wci­snęła butelkę mię­dzy dwie paczki maku­la­tury w bra­mie obok.

Dzien­ni­ka­rze prze­nie­śli się spod taśmy na drugą stronę ulicy. Zapewne cze­kali na Ber­tila Stranda i dostawę lodów. W jakiś spo­sób ta sytu­acja spo­wo­do­wała, że zro­biło się jej nie­do­brze. Kil­ka­dzie­siąt metrów dalej muchy wciąż krą­żyły nad cia­łem, a prasa tęsk­nie wycze­ki­wała prze­rwy na kawę.

Powio­dła wzro­kiem po parku. Skła­dał się ze stro­mych, poro­śnię­tych trawą pagór­ków i mnó­stwa potęż­nych drzew liścia­stych. Ze swo­jego miej­sca w cie­niu mogła roz­róż­nić lipy, buki, wiązy, jesiony i brzozy. Nie­które drzewa były ogromne, inne nie­dawno posa­dzone. W głębi, mię­dzy gro­bami, rosło wiele gigan­tycz­nych drzew, głów­nie lip.

Muszę jesz­cze się napić, pomy­ślała.

Usia­dła na chod­niku i odchy­liła głowę do tyłu. Wkrótce coś się wyda­rzy. Nie może tutaj sie­dzieć.

Rozej­rzała się po gru­pie dzien­ni­ka­rzy, która zaczęła się prze­rze­dzać. Dziew­czyny z "Radio Stoc­kholm" już nie było, ale wró­cił Ber­til Strand z lodami. Berit Ham­rin gdzieś znik­nęła i Annika zasta­na­wiała się, dokąd mogła pójść.

Pocze­kam jesz­cze pięć minut, pomy­ślała. Potem pójdę kupić coś do picia i zacznę roz­ma­wiać z sąsia­dami.

Pró­bo­wała odtwo­rzyć w gło­wie mapę Sztok­holmu i dokład­nie zlo­ka­li­zo­wać miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wała. Samo serce Sztok­holmu, kamienne mia­sto wewnątrz roga­tek. Spoj­rzała na połu­dnie, omi­ja­jąc wzro­kiem budy­nek straży pożar­nej. Tam była Hant ver­kar­ga­tan, jej ulica. Miesz­kała nie dalej niż dzie­sięć kwar­ta­łów stąd, w podwó­rzu domu prze­zna­czo­nego do roz­biórki przy Kung­sholm­storg. A mimo to ni­gdy wcze­śniej nie zna­la­zła się tutaj, w tym miej­scu. W dole była sta­cja metra Fri­dhem­splan. Gdyby się sku­piła, poczu­łaby, jak dud­nią pod zie­mią pociągi, jak ich wibra­cje prze­ni­kają przez beton i asfalt. Na wprost niej znaj­do­wał się duży okrą­gły wylot wen­ty­la­cyjny z tuneli metra, pisuar i par­kowa ławka. Być może na niej wła­śnie sie­dział nar­ko­man, który zadzwo­nił na gorącą linię; sie­dział i gadał z kum­plem, który musiał się odlać. Ale w takim razie dla­czego nie poszedł do pisu­aru? - zasta­na­wiała się Annika. Myślała chwilę i w końcu uznała, że powinna tam pójść i zaj­rzeć do środka. Kiedy otwo­rzyła drzwi, zro­zu­miała dla­czego. Odór wewnątrz bla­szaka był nie do znie­sie­nia. Cof­nęła się kilka kro­ków i zamknęła drzwi.

W jej kie­runku z placu zabaw szła kobieta, pcha­jąc wózek spa­ce­rowy. Dziecko w wózku trzy­mało butelkę ze smocz­kiem pełną czer­wo­nego płynu. Matka przy­glą­dała się ze zdzi­wie­niem pla­sti­ko­wej taśmie cią­gną­cej się wzdłuż chod­nika.

- Co tu się stało?! - zawo­łała.

Annika wypro­sto­wała plecy i pod­cią­gnęła torbę na ramie­niu.

- Poli­cja odgro­dziła teren - wyja­śniła.

- Tak, widzę. Ale dla­czego?

Annika wahała się. Rzu­ciła okiem przez ramię i zoba­czyła, że pozo­stali dzien­ni­ka­rze ją obser­wują. Szybko zro­biła kilka kro­ków w stronę matki.

- Tam leży mar­twa kobieta - powie­działa cicho i wska­zała na cmen­tarz.

Matka zbla­dła.

- Coś takiego.

- Miesz­kasz tu w pobliżu?

- Tak, zaraz za rogiem. Poje­cha­li­śmy do R?lis, ale było tam tyle ludzi, że nie mia­łam gdzie usa­dzić tyłka, więc przy­szli­śmy tutaj. Ona tam jesz­cze leży?

Wycią­gnęła szyję, pró­bu­jąc coś wypa­trzyć wśród lip. Annika ski­nęła głową.

- Boże, to straszne! - wykrzyk­nęła kobieta i spoj­rzała wiel­kimi oczami na Annikę.

- Czę­sto tu przy­cho­dzisz?

- Tak, codzien­nie. Pędra­czek cho­dzi do świe­tlicy na placu zabaw.

Matka nie mogła ode­rwać wzroku od cmen­ta­rza. Annika przy­glą­dała się jej chwilę.

- Sły­sza­łaś coś nie­zwy­kłego w nocy albo nad ranem? Jakieś krzyki z parku czy coś podob­nego? - spy­tała.

Kobieta wydęła dolną wargę, zasta­no­wiła się i pokrę­ciła prze­cząco głową.

- W tej oko­licy zawsze sporo się dzieje. Przez pierw­sze lata budzi­łam się za każ­dym razem, kiedy wyjeż­dżał wóz stra­żacki, ale teraz już nie. No i mamy też pijacz­ków na Sankt Erik­splan i nie cho­dzi mi o tych z noc­le­gowni, oni się wykru­szają na długo przed zapad­nię­ciem nocy, tylko tych balu­ją­cych krzy­ka­czy. Ale naj­gor­sza jest wen­ty­la­cja McDo­nalda. Pra­cuje całą dobę i szcze­rze mówiąc, dopro­wa­dza mnie do szału. Jak umarła?

- Tego nikt jesz­cze nie wie - powie­działa Annika. - Więc nikt nie krzy­czał, nie wzy­wał pomocy, nic takiego?

- Ależ tak, zawsze się drą, zawsze ktoś krzy­czy w piąt­kowy wie­czór. Masz, skar­bie, pro­szę...

Dziecko upu­ściło butelkę ze smocz­kiem i zaczęło maru­dzić, więc matka wepchnęła mu ją z powro­tem. Potem ski­nęła głową w kie­runku Ber­tila Stranda i pozo­sta­łych.

- To hieny?

- Tak. Facet z lodami w ręku to mój foto­re­por­ter. Jestem Annika Bengt­zon z "Kvällspressen".

Wycią­gnęła rękę. Mimo wcze­śniej­szej dez­apro­baty kobieta była wyraź­nie pod wra­że­niem.

- A niech to - powie­działa. - Daniella Her­mans­son, miło mi. Napi­szesz o tym?

- Ja albo ktoś z redak­cji. Mogę robić notatki?

- Jasne.

- Będę mogła cię zacy­to­wać?

- Moje imię pisze się przez podwójne "l", a nazwi­sko przez podwójne "s", co zresztą sły­chać.

- Więc mówisz, że na ogół jest tu gło­śno?

Daniella Her­mans­son wspięła się na palce, pró­bu­jąc zer­k­nąć do notat­nika Anniki.

- Taaak... - powie­działa. - Nawet bar­dzo gło­śno, szcze­gól­nie w week­endy.

- Więc gdyby ktoś wołał o pomoc, nikt by nie zare­ago­wał?

Daniella Her­mans­son znów wydęła dolną wargę i pokrę­ciła prze­cząco głową.

- Cho­ciaż to zależy od pory dnia. Tak bli­żej czwar­tej, wpół do pią­tej na ogół jest już spo­koj­niej. Wtedy sły­chać głów­nie wen­ty­la­tor. Bo wiesz, ja śpię przy otwar­tym oknie, przez okrą­gły rok, to dobrze robi na cerę. Ale nic nie sły­sza­łam...

- Masz okno od podwó­rza czy od ulicy?

- I od podwó­rza, i od ulicy. Miesz­kamy w dwóch poko­jach tam, z pra­wej strony, na dru­gim pię­trze. Sypial­nia jest od podwó­rza.

- I przy­cho­dzisz tu codzien­nie?

- Tak, jestem na urlo­pie wycho­waw­czym po uro­dze­niu Pędraczka, wszyst­kie matki z naszej grupy spo­ty­kają się przed połu­dniem na placu zabaw. Ależ, skar­bie...

Pędra­czek wypił do końca czer­wony płyn i teraz wył. Matka pochy­liła się nad nim i wpraw­nym ruchem wło­żyła palec wska­zu­jący w pie­lu­chę, a potem go pową­chała.

- No tak - powie­działa. - Pora wra­cać. Mama założy suchą pie­lu­chę, nakarmi, prawda, Pędraczku?

Dziecko uci­chło, zna­la­zło tasiemkę od czapki i zaczęło ją żuć.

- Możemy zro­bić ci zdję­cie? - spy­tała pospiesz­nie Annika.

Daniella Her­mans­son otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Mnie? Ja mia­ła­bym...

Zaśmiała się i prze­cią­gnęła ręką po wło­sach. Annika utkwiła w niej wzrok.

- Kobieta, która leży tam, wśród nagrob­ków, została praw­do­po­dob­nie zamor­do­wana. Dla­tego musimy dokład­nie opi­sać oko­licę. Sama miesz­kam przy Kung­sholm­storg.

Daniella Her­mans­son zro­biła jesz­cze więk­sze oczy.

- Boże, zamor­do­wana? Tutaj, w naszej dziel­nicy?

- Nikt nie wie, gdzie umarła, ale tu ją zna­le­ziono.

- Prze­cież tutaj zawsze jest tak spo­koj­nie - powie­działa Daniella Her­mans­son, schy­liła się i wzięła Pędraczka na ręce.

Dziecko zgu­biło tasiemkę i znów zaczęło pła­kać. Annika chwy­ciła mocno pasek torby i ruszyła w stronę Ber­tila Stranda.

- Zacze­kaj tu - rzu­ciła do Danielli przez ramię.

Foto­re­por­ter wła­śnie wyli­zy­wał wnę­trze rożka, kiedy do niego pode­szła.

- Możesz pozwo­lić na chwilę? - powie­działa cicho.

Ber­til Strand zgniótł powoli papier i wska­zał męż­czy­znę obok.

- Annika, to jest Arne P?hlson, repor­ter z "Kon­kur­ren­ten". Pozna­li­ście się już?

Annika spu­ściła wzrok, wycią­gnęła rękę i wymam­ro­tała swoje imię. Dłoń Arnego P?hlsona była cie­pła i wil­gotna.

- Skoń­czy­łeś lody? - spy­tała kwa­śno.

Opa­le­ni­zna Ber­tila Stranda pogłę­biła się o jeden odcień. Nie podo­bało mu się, że upo­mina go sta­żystka. Zamiast odpo­wie­dzieć, schy­lił się i pod­niósł ple­cak.

- Dokąd idziemy?

Annika odwró­ciła się i ruszyła w stronę Danielli Her­mans­son. Rzu­ciła okiem na cmen­tarz, gdzie ubrani po cywil­nemu męż­czyźni stali, zajęci roz­mową. Pędra­czek wciąż wrzesz­czał, ale matka nie zwra­cała na niego uwagi. Malo­wała usta szminką, którą naj­wy­raź­niej wyjęła z małej jasno­zie­lo­nej kasetki z luster­kiem na wieczku.

- Jakie to uczu­cie dowie­dzieć się, że za oknem leży mar­twa kobieta? - spy­tała Annika i zaczęła noto­wać.

- Okropne - powie­działa Daniella Her­mans­son. - I pomy­śleć, ile razy ja i moje przy­ja­ciółki szły­śmy tędy, wra­ca­jąc z knajpy. Prze­cież to mogła być każda z nas.

- Czy teraz będziesz ostroż­niej­sza?

- Tak, na pewno - odparła Daniella Her­mans­son zde­cy­do­wa­nie. - Już ni­gdy nie będę cho­dzić przez park nocą. Ależ, skar­bie, jesteś taki marudny...

Schy­liła się, żeby znów wziąć synka na ręce. Annika noto­wała, czu­jąc mro­wie­nie na karku. To było naprawdę dobre. Nada­wało się nawet na tytuł, wystar­czyło tylko tro­chę skró­cić.

- Bar­dzo dzię­kuję - powie­działa szybko. - Możesz spoj­rzeć na Ber­tila? Jak Pędra­czek ma na imię? Ile ma lat? A ty ile? Co mam napi­sać...? Że jesteś na wycho­waw­czym, tak? Może nie powin­naś mieć takiej zado­wo­lo­nej miny...

Na twa­rzy Danielli Her­mans­son zamarł wyuczony uśmiech gwiazdy fil­mo­wej, przy­bie­rany praw­do­po­dob­nie na zdję­ciach z waka­cji i Wigi­lii. Teraz spra­wiała wra­że­nie zmie­sza­nej i zagu­bio­nej. Ber­til Strand trza­skał zdję­cia, aż fur­ko­tało, krą­żąc wokół kobiety i dziecka lek­kim, tanecz­nym kro­kiem.

- Mogę póź­niej do cie­bie zadzwo­nić, gdyby wynik­nęło coś szcze­gól­nego? Jaki jest twój numer tele­fonu? A kod do drzwi wej­ścio­wych? Na wypa­dek gdyby...

Daniella Her­mans­son posa­dziła w wózku swo­jego wrzesz­czą­cego synka i ruszyła wzdłuż poli­cyj­nej taśmy. Ku swo­jemu nie­za­do­wo­le­niu Annika zoba­czyła, jak Arne P?hlson z "Kon­kur­ren­ten" pod­cho­dzi i pró­buje ją zatrzy­mać, kiedy prze­cho­dziła obok niego. Na szczę­ście dzie­ciak tak się darł, że kobieta nie mogła sta­nąć, aby udzie­lić kolej­nego wywiadu. Annika ode­tchnęła.

- Nie będziesz uczyła mnie zawodu - ode­zwał się Ber­til Strand.

- Jasne. A co by było, gdyby wynie­siono ciało, kiedy ty aku­rat kupo­wa­łeś lody naszym kon­ku­ren­tom?

Spoj­rzał na nią z nie­chę­cią.

- W tere­nie nie jeste­śmy rywa­lami, tylko kole­gami.

- Myślę, że nie masz racji. Dzien­ni­kar­stwo nic na tym nie zyska, że będziemy polo­wać całym sta­dem. Powin­ni­śmy dzia­łać bar­dziej samo­dziel­nie, wszy­scy.

- Nikt na tym nie sko­rzy­sta.

- Ow­szem, czy­tel­nicy i wia­ry­god­ność.

Ber­til Strand zarzu­cił apa­raty na plecy.

- Dobrze, że mi to mówisz. Pra­cuję w tej gaze­cie zale­d­wie pięt­na­ście lat.

Głupi gno­jek, pomy­ślała Annika, kiedy foto­graf wró­cił do swo­ich "kole­gów". Że też ni­gdy nie potra­fię trzy­mać języka za zębami!

Nagle zakrę­ciło jej się w gło­wie, jakby zupeł­nie opa­dła z sił. Muszę się cze­goś napić, i to szybko, pomy­ślała. Ku swo­jej nie­wy­po­wie­dzia­nej rado­ści zoba­czyła, że od strony Han­tver­kar­ga­tan nad­cho­dzi Berit.

- Gdzie byłaś?! - zawo­łała i ruszyła w jej kie­runku.

Berit jęk­nęła.

- Sie­dzia­łam w samo­cho­dzie i dzwo­ni­łam. Zamó­wi­łam wycinki doty­czące tego dru­giego mor­der­stwa i skon­tak­to­wa­łam się z moimi źró­dłami w poli­cji.

Pró­bo­wała bez­sku­tecz­nie się ochło­dzić, macha­jąc ręką.

- Coś się wyda­rzyło?

- Roz­ma­wia­łam tylko z miesz­kanką tej ulicy.

- Masz coś do picia? Mam wra­że­nie, że jesteś tro­chę blada.

Annika otarła pot z czoła i nagle zebrało jej się na płacz.

- Przed chwilą powie­dzia­łam coś strasz­nie głu­piego Ber­ti­lowi - wyznała zdu­szo­nym gło­sem. - Że nie powi­nien bra­tać się z kon­ku­ren­cją na miej­scu zbrodni.

- Ja też tak uwa­żam. Ber­til Strand jest jed­nak innego zda­nia, wiem o tym. Cza­sem trudno się z nim doga­dać, ale to bar­dzo zdolny foto­graf. Idź, kup sobie coś do picia. Zostanę na poste­runku.

Annika z wdzięcz­no­ścią opu­ściła Kro­no­bergs­ga­tan i skie­ro­wała się ku Drottningholmsvägen. Usta­wiła się w kolejce do kio­sku z gaze­tami na Fri­dhem­splan, żeby kupić butelkę wody ramlösa, i wtedy zoba­czyła, jak poli­cyjna fur­go­netka do prze­wozu zwłok skręca z Sankt Göransgatan w lewo, w stronę Kro­no­berg­spar­ken.

- Cho­lera! - krzyk­nęła i wybie­gła na jezd­nię, aż jakaś tak­sówka zaha­mo­wała z piskiem; prze­cięła Sankt Eriks­ga­tan i ruszyła z powro­tem do parku. Miała wra­że­nie, że zemdleje, zanim dotrze na górę.

Samo­chód poli­cyjny zatrzy­mał się w naj­wyż­szym miej­scu na Sankt Göransgatan, po czym wysie­dli z niego męż­czy­zna i kobieta.

- Dla­czego jesteś taka zady­szana? - zdzi­wiła się Berit.

- Samo­chód, ciało - wyrzu­ciła z sie­bie Annika, oparła ręce na kola­nach i dyszała pochy­lona do przodu.

Berit wes­tchnęła.

- Fur­go­netka chwilę postoi. Ciało ni­gdzie nie znik­nie. Nie musisz się tak dener­wo­wać, nic nam nie umknie.

Annika upu­ściła torbę na chod­nik i wypro­sto­wała się.

- Prze­pra­szam - powie­działa.

Berit się roze­śmiała.

- Idź i usiądź w cie­niu. Pójdę kupić ci coś do picia.

Annika powlo­kła się do cie­nia. Czuła się jak idiotka.

- Nie wie­dzia­łam - wymam­ro­tała. - Skąd mogłam wie­dzieć.

Usia­dła na chod­niku i znów oparła się ple­cami o ścianę domu. Zie­mia parzyła ją w tyłek przez cienką sukienkę.

Męż­czy­zna i kobieta, któ­rzy przy­je­chali fur­go­netką, stali teraz wewnątrz ogro­dzo­nego terenu, tuż obok furtki, i cze­kali. Trzech funk­cjo­na­riu­szy znaj­do­wało się wciąż jesz­cze za ogro­dze­niem; domy­ślała się, że dwóch z nich było tech­ni­kami poli­cyj­nymi, a trzeci foto­gra­fem. Poru­szali się ostroż­nie, schy­lali się, pod­no­sili coś, pro­sto­wali się. Z tej odle­gło­ści nie mogła zoba­czyć, co robią. Zawsze jest tak nudno na miej­scu mor­der­stwa? - zasta­na­wiała się.

Berit wró­ciła po kilku minu­tach. Nio­sła dużą, zmro­żoną coca-colę.

- Masz. Zawiera cukier i różne sole. Tego ci trzeba.

Annika odkrę­ciła nakrętkę i zaczęła pić tak szybko, że dwu­tle­nek wyszedł jej nosem. Kasłała, pry­chała i wylała tro­chę coli na sukienkę.

Berit usia­dła obok niej i wyjęła swoją butelkę z torby.

- Co oni tam wła­ści­wie robią? - spy­tała Annika.

- Zabez­pie­czają ślady - wyja­śniła Berit. - Jest ich tylko tylu, ile trzeba, i robią tylko tyle, ile muszą. Naj­czę­ściej jest tylko dwóch tech­ni­ków i może jesz­cze ktoś z wydziału zabójstw pro­wa­dzący śledz­two.

- Hawaj­ska koszula?

- Moż­liwe - przy­znała Berit. - Jeśli dobrze się przyj­rzysz, zauwa­żysz może, że jeden z tech­ni­ków trzyma rękę bli­sko ust. Ma mały magne­to­fon i opi­suje wszystko, co zauwa­żył na miej­scu. Dokład­nie opi­suje pozy­cję, w któ­rej leży ciało, układ fałd ubra­nia i tym podobne.

- Nie ma na sobie ubra­nia - przy­po­mniała Annika.

- Być może czę­ści ubra­nia leżą gdzieś obok, to też trzeba zdo­ku­men­to­wać. Kiedy skoń­czą, ciało zosta­nie zawie­zione do zakładu medy­cyny sądo­wej w Sol­nie.

- Na sek­cję?

Berit przy­tak­nęła.

- Tech­nicy zostaną tutaj i dokład­nie prze­cze­szą cały park. Prze­szu­kają cen­ty­metr po cen­ty­metrze, zabez­pie­czą ślady krwi, śliny, spermy, włosy, włókna, odci­ski stóp, ślady opon, odci­ski pal­ców, wszystko, co tylko można sobie wyobra­zić.

Annika sie­działa chwilę w mil­cze­niu i obser­wo­wała męż­czyzn pra­cu­ją­cych wewnątrz ogro­dze­nia. Pochy­lali się nad cia­łem, widziała ich głowy pod­ska­ku­jące na tle sza­rej płachty.

- Dla­czego zasło­nili ogro­dze­nie, zamiast przy­kryć ciało? - spy­tała.

- Zazwy­czaj nie przy­krywa się ciała w miej­scu jego zna­le­zie­nia, chyba że zacho­dzi ryzyko opa­dów - wyja­śniła Berit. - Cho­dzi o ślady, chcą jak naj­mniej znisz­czyć. Płachtę powie­sili tylko dla­tego, żeby unik­nąć wścib­skich spoj­rzeń. Sprytne, prawdę mówiąc...

Tech­nicy i foto­graf pod­nie­śli się w tym samym momen­cie.

- Pora na nas - powie­działa Berit.

Wstały rów­no­cze­śnie z dzien­ni­ka­rzami, któ­rzy sie­dzieli kawa­łek dalej. Jak na umó­wiony znak wszy­scy pode­szli do taśmy. Foto­gra­fo­wie szy­ko­wali apa­raty, przy­go­to­wu­jąc obiek­tywy róż­nej dłu­go­ści. Kolejni dzien­ni­ka­rze dołą­czali do grupy, Annika szybko doli­czyła się pię­ciu foto­gra­fów i sze­ściu repor­te­rów. Jeden z nich, młody męż­czy­zna, niósł lap­topa ozna­czo­nego TT, jakaś kobieta miała blo­czek z napi­sem "Syd­sven­ska".

Męż­czy­zna i kobieta otwo­rzyli tylne drzwi fur­go­netki i wycią­gnęli skła­dane nosze. Spo­koj­nymi, meto­dycz­nymi ruchami roz­ło­żyli je, zabez­pie­cza­jąc uchwyty. Annika czuła, jak jeżą się jej włosy na rękach. Bąbelki dwu­tlenku węgla zaczęły pod­cho­dzić jej do gar­dła i zro­biło jej się nie­do­brze. Zaraz przy­wiozą zwłoki. Wsty­dziła się swo­jego pod­nie­ce­nia.

- Może­cie się nieco odsu­nąć? - popro­siła kobieta przy noszach.

Annika spoj­rzała w dół na nosze, które wła­śnie prze­jeż­dżały obok niej. Drżały, kiedy kółka poko­ny­wały nie­rów­no­ści asfaltu. Na nich, w opa­ko­wa­niu z folii, leżał porząd­nie zło­żony bre­zent z nie­bie­ską lamówką. Do owi­nię­cia ciała, pomy­ślała Annika i poczuła lodo­waty dreszcz wzdłuż krę­go­słupa.

Męż­czy­zna i kobieta zaplą­tali się w taśmę poli­cyjną. Poma­rań­czowo-żółta tabliczka z napi­sem "Teren zamknięty" jesz­cze długo koły­sała się na wie­trze.

Ludzie z noszami dotarli do ciała. Męż­czy­zna i kobieta stali w gru­pie ludzi i roz­ma­wiali. Annika czuła, jak słońce pali ją z tyłu w ręce.

- Dla­czego to tyle trwa? - wyszep­tała teatral­nie do Berit.

Berit nie odpo­wie­działa. Annika wycią­gnęła colę z torby i wypiła kilka łyków.

- Prawda, że to straszne? - powie­działa kobieta z "Syd­sven­ska".

- Tak, pew­nie - odparła Annika.

Wtedy nio­sący nosze roz­po­starli bre­zent; nie­bie­sko­szary poły­sku­jący mate­riał migo­tał wśród liści. Poło­żyli ciało mło­dej kobiety na noszach, owi­nęli je w pla­stik. Nagle Annika poczuła, że łzy same cisną się jej do oczu. Widziała niemy krzyk kobiety, jej zamglony wzrok, sine od ude­rzeń piersi.

Nie wolno mi się roz­kleić, pomy­ślała, wpa­tru­jąc się w zruj­no­wane nagrobki. Pró­bo­wała odczy­tać nazwi­ska, daty, ale napisy były po hebraj­sku. Litery zostały nie­mal zatarte przez czas i wiatr. Nagle wszystko uci­chło. Nawet ruch na Drottningholmsvägen zamarł na chwilę. Słońce sączyło się przez ogromne korony lip i tań­czyło na gra­ni­cie.

Cmen­tarz ist­niał tutaj, zanim powstało mia­sto, pomy­ślała Annika. Drzewa rosły tutaj, kiedy grze­bano pierw­szych zmar­łych. Były wtedy mniej­sze i drob­niej­sze, ale ich liście też wpra­wiały w ruch cie­nie na gra­ni­cie, na świeżo wyko­pa­nych gro­bach.

Furtki zostały otwarte, foto­gra­fo­wie ruszyli. Jeden z nich, prze­py­cha­jąc się obok Anniki, wbił jej łokieć w prze­ponę; na chwilę stra­ciła oddech. Zdzi­wiona zato­czyła się do tyłu i stra­ciła nosze z oczu. Szybko się wyco­fała.

Cie­kawe, w którą stronę leży głowa, pomy­ślała. Chyba raczej nie wieź­liby jej nogami do przodu.

Foto­gra­fo­wie nie odstę­po­wali noszy, idąc wzdłuż taśmy. Sil­niki kamer ter­ko­tały w róż­nym ryt­mie, migały kolejne lampy bły­skowe. Ber­til Strand pod­ska­ki­wał z tyłu, za ple­cami swo­ich kole­gów, trzy­ma­jąc apa­rat to nad nimi, to wsu­wa­jąc go mię­dzy nich. Annika chwy­ciła się mocno tyl­nych drzwi fur­go­netki, lakier parzył jej palce. Przez świetlne plamy pozo­sta­wiane przez lampy bły­skowe widziała, jak zbliża się worek z cia­łem mar­twej kobiety. Kie­rowca fur­go­netki zatrzy­mał się dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów od niej. Hała­so­wał, mani­pu­lu­jąc przy mecha­ni­zmie wózka. Annika zauwa­żyła, że jest spo­cony i zestre­so­wany. Spoj­rzała w dół, na folię.

Cie­kawe, czy słońce ją ogrzało, pomy­ślała.

Cie­kawe, kim była.

Cie­kawe, czy wie­działa, że umiera.

Cie­kawe, czy zdą­żyła poczuć strach.

Nagle zaczęły jej pły­nąć łzy. Puściła drzwi, odwró­ciła się i ode­szła kilka kro­ków. Zie­mia się zako­ły­sała; miała wra­że­nie, że zaraz zwy­mio­tuje.

- To ten zapach i upał - powie­działa Berit, która nagle zna­la­zła się u jej boku. Poło­żyła rękę na jej ramio­nach i odcią­gnęła od fur­go­netki.

Annika wytarła łzy.

- Teraz jedziemy do redak­cji - zade­cy­do­wała Berit.

***

Patri­cia obu­dziła się z uczu­ciem dusz­no­ści. W pokoju bra­ko­wało powie­trza, nie mogła oddy­chać. Powoli odzy­ski­wała świa­do­mość swo­jego ciała, lśnią­cego nago­ścią na mate­racu. Kiedy pod­nio­sła lewą rękę, pot spły­nął jej na żebra i pępek.

Boże drogi, pomy­ślała. Potrze­buję powie­trza! I wody!

Wahała się przez chwilę, czy zawo­łać Jose­fin, ale coś spra­wiło, że zmie­niła zda­nie. W miesz­ka­niu było zupeł­nie cicho: Jos­sie albo jesz­cze spała, albo już wyszła. Jęk­nęła i zro­biła pół obrotu, zasta­na­wia­jąc się, która może być godzina. Czarne zasłonki Jose­fin nie wpusz­czały świa­tła do pokoju, który tonął w zatęch łym mroku. Zala­ty­wało potem i kurzem.

- To zły znak - powie­działa Patri­cia, kiedy któ­re­goś dnia Jose­fin wró­ciła do domu z gru­bym czar­nym mate­ria­łem. - Nie można mieć czar­nych zasłon. Wokół okien powstaje czarna otoczka, pozy­tywna ener­gia nie może swo­bod­nie wpły­wać.

Jose­fin się ziry­to­wała.

- Nie zaj­muj się tym - odparła. - U sie­bie nie musisz ich wie­szać. Ale ja przy­naj­mniej w swoim pokoju chcę mieć ciemno. Jak, do licha, będziemy w sta­nie pra­co­wać w nocy, jeśli ni­gdy nie będziemy mogły się wyspać, pomy­śla­łaś o tym?

Oczy­wi­ście Jos­sie posta­wiła na swoim, jak zwy­kle zresztą.

Z wes­tchnie­niem usia­dła na mate­racu. Spodnie prze­ście­ra­dło było skrę­cone na środku łóżka niczym wil­gotna pępo­wina. Ziry­to­wana pró­bo­wała je wygła­dzić.

Jos­sie miała zro­bić zakupy, pomy­ślała, więc pew­nie w domu nic nie ma.

Wstała, wyszła do łazienki, zro­biła siku. Potem poży­czyła sobie szla­frok Jose­fin i wró­ciła do pokoju, żeby odsu­nąć zasłony. Świa­tło kłuło ją w oczy niczym sta­lowe pręty. Szybko zacią­gnęła je z powro­tem. W zamian otwo­rzyła sze­roko okno, sta­wia­jąc doniczkę tak, żeby nie mogło się zamknąć. Powiet rze na dwo­rze było cie­plej­sze od tego wewnątrz, ale przy­naj­mniej nie cuch­nęło.

Powoli poszła do kuchni, napeł­niła kufel do piwa wodą z kranu i wypiła chci­wie. Kuchenny zegar wska­zy­wał za pięć druga, co spra­wiło, że Patri­cia poczuła się zado­wo­lona. Nie prze­spała całego dnia, mimo że pra­co­wała do pią­tej rano.

Posta­wiła kufel na bla­cie, mię­dzy pustym kar­to­nem po pizzy i trzema kub­kami z przy­schnię­tymi toreb­kami po her­ba­cie. Jos­sie sprzą­tała bez­na­dziej­nie. Patri­cia wes­tchnęła i zaczęła zbie­rać naczy­nia, wyrzu­ciła śmieci, umyła i wytarła blaty, nie myślała o niczym.

Szła wła­śnie pod prysz­nic, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

- Jest tam Jos­sie?

To był Joachim. Pod­świa­do­mie Patri­cia wypro­sto­wała się i sku­piła, chcąc dobrze wypaść.

- Przed chwilą wsta­łam i prawdę mówiąc, nie wiem. Może śpi.

- Mogła­byś ją obu­dzić?

Odzy­wał się zdaw­kowo, ale grzecz­nie.

- En segu­ida, Joachim, zacze­kaj chwilę...

Poszła na pal­cach kory­ta­rzem do pokoju Jose­fin i ostroż­nie zapu­kała. Nie usły­szaw­szy odpo­wie­dzi, uchy­liła lekko drzwi. Łóżko było tak samo nie­po­słane jak wczo­raj, kiedy Patri­cia wycho­dziła do pracy. Po cichu pode­szła znów do tele­fonu.

- Nie, nie­stety, chyba już wyszła.

- Dokąd? Z kimś się spo­tyka?

Patri­cia zaśmiała się ner­wowo.

- Z nikim, a może z tobą? Nie wiem. Dzi­siaj jej kolej robie­nia zaku­pów...

- Noco­wała w domu?

Patri­cia sta­rała się, żeby w jej gło­sie zabrzmiało obu­rze­nie.

- Tak, oczy­wi­ście. A niby gdzie mia­łaby noco­wać?

- No wła­śnie, Pat­tan. Masz jakąś pro­po­zy­cję?

Odło­żył słu­chawkę w momen­cie, gdy Patri­cia uświa­do­miła sobie, że jest wście­kła. Nie­na­wi­dziła, kiedy ją tak nazy­wał. Robił to, żeby ją upo­ko­rzyć. Nie lubił jej. Uwa­żał, że stoi mię­dzy nim a Jose­fin.

Wró­ciła po cichu do sypialni Jose­fin i zaj­rzała do pokoju. Łóżko rze­czy­wi­ście wyglą­dało tak jak wczo­raj, narzuta leżała na pod­ło­dze po lewej stro­nie, a na poduszce czer­wony kostium kąpie­lowy Jose­fin.

Jos­sie nie wró­ciła wczo­raj do domu.

Ta myśl napeł­niła ją nie­po­ko­jem.

Powie­trze przy wej­ściu do redak­cji ude­rzyło ich niczym mokry, zimny ręcz­nik. Wil­goć skrząca się na mar­mu­ro­wej posadzce spra­wiała, że spi­żowe popier­sie zało­ży­ciela gazety lśniło. Annikę prze­szył dreszcz, czuła, że zgrzyta zębami.

W głębi, w oszklo­nej recep­cji, sie­dział por­tier, Tore Brand, i narze­kał.

- Wam to dobrze! - zawo­łał, kiedy mała grupka minęła go w dro­dze do wind. - Może­cie wyjść i odta­jać od czasu do czasu. Tutaj jest tak zimno, że musia­łem wycią­gnąć pie­cyk, żeby nie odmro­zić sobie stóp.

Annika pró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale nie była w sta­nie. Tore Brand dostał w tym roku urlop dopiero w sierp­niu, co uznał za nie­spra­wie­dli­wość gra­ni­czącą z szy­ka­nami.

- Muszę do kibelka - powie­działa Annika. - Jedź­cie na górę.

Wymi­nęła klatkę Torego Branda i poczuła, że znów ukrad­kiem palił na swoim poste­runku. Po chwili waha­nia wybrała toa­letę dla nie­peł­no­spraw­nych zamiast dam­skiej, żeby nie musieć się tło­czyć z innymi spo­co­nymi kobie­tami przy umy­walce. Chciała mieć spo­kój.

Zrzę­dliwy głos Torego Branda towa­rzy­szył jej w toa­le­cie. Zamknęła drzwi, prze­krę­ciła do góry klamkę i spoj­rzała na swoje odbi­cie w lustrze. Rze­czy­wi­ście wyglą­dała okrop­nie. Twarz jej pło­nęła, miała czer­wone oczy. Prze­su­nęła waj­chę kranu w lewo, schy­liła się, odgar­nęła włosy i pozwo­liła chłod­nej wodzie spły­wać po karku. Por­ce­lana była lodo­wato zimna w zetknię­ciu z czo­łem. Stru­myk wody ście­kał jej wzdłuż krę­go­słupa.

Dla­czego się na to nara­żam? - pomy­ślała. Dla­czego nie leżę na tra­wie nad Tallsjön i nie czy­tam "Świata Kobiet"?

Wci­snęła czer­wony guzik suszarki do rąk i odciąg nąw­szy dekolt bluzki, pró­bo­wała wysu­szyć pachy. Nie bar­dzo jej to szło.

Miej­sce Anne Snap­phane było puste, kiedy Annika weszła do redak­cji. Dwa kubki z zaschłymi śla­dami po kawie stały na biurku, ale cola znik­nęła. Annika wycią­gnęła z tego wnio­sek, że Anne została odde­le­go­wana do jakie­goś zada­nia.

Berit stała i roz­ma­wiała z Gwoź­dziem w dziale wia­do­mo­ści. Annika osu­nęła się na krze­sło, pozwa­la­jąc, żeby torba upa­dła na pod­łogę. Krę­ciło się jej w gło­wie, była wykoń­czona.

- No i jak było?! - zawo­łał Gwóźdź, patrząc wyzy­wa­jąco w jej kie­runku.

Annika wygrze­bała pospiesz­nie swój blo­czek i pode­szła do biurka.

- Młoda, naga, pla­sti­kowe cyce - powie­działa. - Dużo maki­jażu. Pła­kała. Żad­nego widocz­nego roz­kładu, nie leżała tam zbyt długo. Żad­nych ubrań w pobliżu, o ile mogłam się zorien­to­wać.

Spoj­rzała znad notesu. Gwóźdź kiwał głową zachę­ca­jąco.

- Pro­szę, pro­szę. Jacyś prze­ra­żeni miesz­kańcy?

- Dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia matka o imie­niu Daniella. Już ni­gdy nie będzie cho­dziła przez park wie­czo­rem. "To mogłam być ja", powie­działa.

Gwóźdź zano­to­wał i poki­wał głową z uzna­niem.

- Wia­domo, kto to jest?

Annika zaci­snęła usta i potrzą­snęła prze­cząco głową.

- O ile wiem, to nie.

- Miejmy nadzieję, że wie­czo­rem poda­dzą nazwi­sko. Nic wię­cej nie widzia­łaś? Może ktoś wie, gdzie miesz­kała czy cokol­wiek?

- Czy miała adres wyta­tu­owany na czole, o to pytasz? Przy­kro mi...

Annika uśmiech­nęła się, Gwóźdź nie odwza­jem­nił uśmie­chu.

- Okej. Berit, opisz pościg poli­cji za mor­dercą, dowiedz się, kim była dziew­czyna, dotrzyj do rodziny. Annika, opisz prze­ra­żoną mamuśkę i sprawdź wycinki doty­czące poprzed­niego mor­der­stwa.

- Mam wra­że­nie, że przyj­dzie nam ze sobą współ­pra­co­wać - powie­działa Berit. - Annika ma infor­ma­cje z miej­sca mor­der­stwa, któ­rych ja nie mam.

- Rób­cie, jak chce­cie. Muszę mieć przed naradą o szó­stej spra­woz­da­nie z tego, co wam się udało usta­lić.

Obró­cił się na krze­śle, pod­niósł słu­chawkę i wybrał numer. Berit zamknęła notes i ruszyła w kie­runku swo­jego miej­sca.

- Wycią­gnę­łam wycinki - rzu­ciła przez ramię. - Możemy przej­rzeć je razem.

Annika poży­czyła krze­sło sto­jące przy sąsied­nim biurku. Berit wyjęła plik pożół­kłych kar­tek z koperty opa­trzo­nej napi­sem "Mor­der­stwo Evy". Naj­wy­raź­niej miało ono miej­sce, zanim redak­cja została skom­pu­te­ry­zo­wana.

- Wszystko, co działo się daw­niej niż dzie­sięć lat temu, znaj­duje się w archi­wum doku­men­tów pisa­nych - wyja­śniła.

Annika wzięła do ręki zło­żoną kartkę, papier wyda­wał się kru­chy i sztywny. Powio­dła wzro­kiem po stro­nie. Czcionka użyta w nagłówku wydała się jej bar­dzo sze­roka i sta­ro­świecka, druk był dość kiep­ski. Czarno-białe zdję­cie na cztery szpalty poka­zy­wało park od pół­noc­nej strony.

- Dobrze pamię­ta­łam - powie­działa Berit. - Szła po scho­dach na górę, gdzieś w poło­wie drogi spo­tkała kogoś, kto był w dro­dze na dół. Dalej już nie doszła. Sprawa tego mor­der­stwa do dziś pozo­stała nie­roz­wią­zana.

Usia­dły po obu stro­nach biurka Berit i zagłę­biły się w sta­rych arty­ku­łach. Annika zauwa­żyła, że wiele z nich napi­sała Berit. Mor­der­stwo mło­dej Evy rze­czy­wi­ście pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nało dzi­siej­sze.

W gorący letni wie­czór, dobre dwa­na­ście lat temu, Eva pod­cho­dziła pod strome zbo­cze będące prze­dłu­że­niem Ine­dals­ga­tan. Zna­le­ziono ją dokład­nie obok sie­dem­na­stego stop­nia, pół­nagą i udu­szoną.

Tuż po samym zda­rze­niu uka­zało się wiele arty­ku­łów, prze­waż­nie dłu­gich, zdję­cia też były duże i zamiesz­czone na górze strony. Były rela­cje z docho­dze­nia i pro­to­kół z obduk­cji, wywiady z pobli­skimi miesz­kań­cami i przy­ja­ciółmi zamor­do­wa­nej. Jeden arty­kuł nosił tytuł Zostaw­cie nas w spo­koju. Rodzice Evy ape­lo­wali o coś do kogoś, pełni powagi obej­mo­wali się, patrząc pro­sto w obiek­tyw apa­ratu. Odby­wały się demon­stra­cje prze­ciwko bez­sen­sow­nej prze­mocy, prze­ciwko prze­mocy wobec kobiet i prze­ciwko prze­mocy mło­dzieży, było nabo­żeń­stwo dla uczcze­nia pamięci dziew­czyny w Kung­sholm­skyr­kan i góra kwia­tów na miej­scu zbrodni.

Dziwne, że nic z tego nie pamię­tam, pomy­ślała Annika. Mia­łam już wtedy tyle lat, że powin­nam była odno­to­wać takie zda­rze­nie.

Im wię­cej czasu mijało od mor­der­stwa, tym krót­sze sta­wały się arty­kuły. Mniej było zdjęć, które lądo­wały coraz niżej na stro­nie. Notatka w trzy i pół roku po zabój­stwie Evy infor­mo­wała lako­nicz­nie, że ktoś został zatrzy­many i prze­słu­chany, a następ­nie zwol­niony. Potem wszystko uci­chło.

Teraz jed­nak Eva znów tra­fiła na pierw­sze strony, w dwa­na­ście lat po swo­jej śmierci. Ana­lo­gia była oczy­wi­sta.

- Co robimy? - zasta­na­wiała się Annika.

- Krótko zre­fe­ru­jemy sprawę - powie­działa Berit. - W tej chwili nie­wiele wię­cej możemy zro­bić. Opi­szemy, co mamy: ty zaj­miesz się tą mamuśką, ja Evą. Potem pew­nie włą­czą się już kry­mi­nalni, wtedy spró­bu­jemy podzwo­nić.

- Musimy się spie­szyć? - spy­tała Annika.

Berit uśmiech­nęła się.

- Nie­spe­cjal­nie. Arty­kuł powin­ny­śmy dostar­czyć do jutra rana, do czwar­tej czter­dzie­ści pięć. Oczy­wi­ście dobrze będzie, jeśli uda nam się skoń­czyć nieco wcze­śniej, począ­tek już mamy.

- Co zosta­nie z tych dwóch arty­ku­łów?

Berit wzru­szyła ramio­nami.

- Może w ogóle się nie ukażą, ni­gdy nie wia­domo. To zależy od tego, co się wyda­rzy na świe­cie i czy wystar­czy papieru.

Annika ski­nęła głową. Liczba stron czę­sto decy­do­wała o tym, czy przyj­mo­wano arty­kuł, czy nie, tak było też w jej poprzed­niej redak­cji, w "Katri­ne­holms-Kuri­ren". W środku lata kie­row­nic­two gazety czę­sto oszczę­dzało papier, po czę­ści dla­tego, że liczba zamiesz­cza­nych ogło­szeń w lipcu gwał­tow­nie spa­dała, ale też dla­tego, iż rzadko coś się działo. Liczba stron zwięk­szała się albo zmniej­szała zawsze o cztery, ponie­waż wła­śnie cztery strony mie­ściły się na kli­szy dru­kar­skiej.

- Sądzę, że tra­fimy na pierw­szą stronę - powie­działa Berit. - Naj­pierw damy infor­ma­cję o samym zda­rze­niu, o mor­der­stwie, o śledz­twie, parę słów o dziew­czy­nie, kim była, to zna­czy jeśli poznamy jej nazwi­sko. Potem przy­po­mnie­nie mor­der­stwa Evy, twoja scenka z prze­ra­żoną matką i na koniec może jesz­cze arty­kuł o Sztok­hol­mie, mie­ście stra­chu. Pew­nie tak zro­bimy.

Annika prze­rzu­cała wycinki.

- Jak długo tu pra­cu­jesz, Berit? - spy­tała.

Kole­żanka wes­tchnęła i zaśmiała się.

- Nie­długo minie dwa­dzie­ścia pięć lat. Byłam nie­wiele star­sza od cie­bie, kiedy tu przy­szłam.

- Zawsze byłaś repor­terką kry­mi­nalną?

- Nie, skądże. Naj­pierw pisa­łam o zwie­rzę­tach i goto­wa­niu. Potem przez jakiś czas, na początku lat osiem­dzie­sią­tych, byłam repor­terką poli­tyczną, wtedy kobiety na takich sta­no­wi­skach były dobrze widziane. Potem jakiś czas pra­co­wa­łam w dziale zagra­nicz­nym. No, a teraz jestem tutaj.

- Gdzie czu­łaś się naj­le­piej? - dopy­ty­wała się Annika.

- Naj­bar­dziej lubię pisać, usta­lać fakty, docie­kać prawdy. Świet­nie się czuję tutaj, w dziale kry­mi­nal­nym. W dużej mie­rze sama o sobie decy­duję, czę­sto podej­muję wła­sne tematy. Możesz mi podać te wycinki? Dzię­kuję.

Annika wstała i poszła na swoje miej­sce. Anne Snap­phane jesz­cze nie wró­ciła. Miało się wra­że­nie, że jest pusto i cicho, kiedy jej tu nie było.

Mac Anniki prze­szedł w stan uśpie­nia, pod­sko­czyła na ostry dźwięk, który wydał, kiedy ponow­nie się włą­czył. Szybko zapi­sała, co powie­działa jej Daniella Her­mans­son, wstęp, tekst zasad­ni­czy, pod­pisy pod zdję­cia. Potem wysłała arty­kuł do tak zwa­nej redak­cyj­nej puszki. Gotowe! Udało się!

Wła­śnie miała wstać i pójść po kawę, kiedy zabrzę­czał tele­fon. Dzwo­niła Anne Snap­phane.

- Jestem na lot­ni­sku w Visby! - krzy­czała. - Podobno było jakieś mor­der­stwo w parku?

- I to nie byle jakie - powie­działa Annika. - Naga i udu­szona dziew­czyna. Co robisz na Gotlan­dii?

- Pożary lasów. Cała wyspa pło­nie jak wióry.

- Cała - powtó­rzyła niczym echo Annika, śmie­jąc się. - Czy pra­wie cała?

- To szcze­góły. Nie będzie mnie do jutra, co naj­mniej. Nakar­misz koty?

- Jesz­cze ich nie wywio­złaś? - spy­tała Annika kwa­śno.

- Cią­gnąć dwa kociaki sto mil w taki upał? To znę­ca­nie się nad zwie­rzę­tami! Mogła­byś też zmie­nić im żwi­rek w kuwe­cie?

- Dobrze, dobrze...

Roz­łą­czyły się.

Dla­czego ni­gdy nie potra­fię odmó­wić? - pomy­ślała Annika i wes­tchnęła. Przy­nio­sła kawę, kupiła też puszkę wody ramlösa w bufe­cie i z alu­mi­niową puszką w jed­nej ręce i kub­kiem kawy w dru­giej prze­cha­dzała się nie­spo­koj­nie po redak­cji. Kli­ma­ty­za­cja nie dawała już rady i powie­trze było tylko tro­chę chłod­niej­sze niż na zewnątrz. Gwóźdź roz­ma­wiał przez tele­fon, jak­żeby ina­czej, dwie duże plamy potu wykwi­tły mu pod pachami. Ber­til Strand stał przy stole mon­ta­żo­wym i roz­ma­wiał z Pel­lem Oscars­so­nem, odpo­wie­dzial­nym za mate­riał zdję­ciowy. Pode­szła do nich.

- To zdję­cia z Kro­no­berg­spar­ken?

Pelle Oscars­son klik­nął dwa razy ikonę na swoim dużym moni­to­rze. Głę­boka zie­leń parku wypeł­niła całą powierzch­nię. Ostre świa­tło sło­neczne odci­snęło na niej plamy. Nagrobki z gra­nitu zawie­szone były mię­dzy kutymi prę­tami par­kanu. Widać było nogę kobiety, od bio­dra do stopy, pośrodku zdję­cia.

- Cho­ler­nie dobre, może nawet tro­chę zbyt mocne - powie­działa Annika spon­ta­nicz­nie.

- W takim razie popatrz na to - zauwa­żył Foto-Pelle i wszedł myszą na inną ikonę.

Annika wzdry­gnęła się, kiedy napo­tkała wzro­kiem zamglone oczy kobiety.

- To te pierw­sze zdję­cia - wtrą­cił Ber­til Strand. - Dobrze, że zdą­ży­łem się odsu­nąć, prawda?

Annika prze­łknęła ślinę.

- A Daniella Her­mans­son? - spy­tała.

Foto-Pelle klik­nął trze­cią ikonę. Zde­ner­wo­wana Daniella z Pędracz­kiem na ręku patrzyła prze­stra­szona w stronę parku.

- Super - oce­niła Annika.

- "To mogłam być ja" - powie­dział Foto-Pelle.

- Skąd wiesz, że wła­śnie tak powie­działa? - zdzi­wiła się.

- Zawsze tak mówią w naszych pod­pi­sach pod zdję­ciami - wyja­śnił Pelle i wes­tchnął.

Annika poszła dalej.

Wszyst­kie drzwi w dziale kie­row­nic­twa były zamknięte. Redak­tora naczel­nego w ogóle dzi­siaj nie widziała. Wła­ści­wie to przez cały tydzień był led­wie widoczny, doszła do wnio­sku. Ludzie z zespołu reda­gu­ją­cego jesz­cze się nie poja­wili. Faceci odpo­wia­da­jący za lay­out gazety zwy­kle zaczy­nali napły­wać po siód­mej wie­czo­rem, opa­leni i ospali po całym popo­łu­dniu spę­dzo­nym w R?lambshovsparken. Zwy­kle zaczy­nali noc od wla­nia w sie­bie litra czar­nej kawy, potem chwilę kłó­cili się o błędy, które, jak twier­dzili, zostały popeł­nione w poprzed­nim nume­rze, a potem sia­dali do pracy. Żon­glo­wali tytu­łami, skra­cali tek­sty i tłu­kli w kla­wi­sze swo­ich maców, do chwili gdy o szó­stej rano gazeta szła do druku. Annika tro­chę się ich bała. Byli gło­śni i dość obce­sowi, nieco cyniczni z ten­den­cją do szu­flad­ko­wa­nia wszyst­kiego, ale ich umie­jęt­no­ści i pro­fe­sjo­na­lizm wpra­wiały w zdu­mie­nie. Wielu z nich żyło dla gazety: pra­co­wali cztery noce, potem mieli cztery noce wolne, i tak rok za rokiem. Ten sam gra­fik obo­wią­zy­wał w Boże Naro­dze­nie, Wiel­ka­noc, w noc świę­to­jań­ską: cztery noce w pracy, cztery wolne. Annika nie mogła pojąć, jak to wytrzy­my­wali.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki