Sobota, 28 lipca
- MARTWA DZIEWCZYNA leży w Kronobergsparken.
Głos był zdyszany, skołowaciały język zdradzał regularne zażywanie
amfetaminy. Annika Bengtzon oderwała na chwilę wzrok od monitora,
próbując wymacać ołówek w bałaganie na biurku.
- Skąd to wiesz? - spytała nazbyt sceptycznie.
- Bo stoję tutaj obok, kurde!
Głos przeszedł w falset, Annika odsunęła nieco słuchawkę od ucha.
- No ale jak to martwa? - powiedziała, słysząc, jak idiotycznie to
zabrzmiało.
- Po prostu martwa, trup, do cholery! Martwa jak trup!
Annika rozejrzała się niepewnie po redakcji. Gwóźdź, szef wiadomości,
siedział przy biurku i rozmawiał przez telefon, Anne Snapphane siedziała
przy biurku naprzeciwko niej, wachlując się skoroszytem, Foto-Pelle stał
przy stole redakcyjnym i stukał w maca.
- No tak - powiedziała i znalazłszy długopis w pustym kubku do kawy,
chwyciła starą depeszę agencyjną i zaczęła notować coś na odwrocie.
- W Kronobergsparken, tak?
- Za nagrobkiem.
- Za nagrobkiem?
Annika usłyszała, że mężczyzna zaczął płakać. Odczekała w milczeniu
kilka sekund. Nie wiedziała, jak dalej prowadzić rozmowę. Dreszczowiec,
czyli tak naprawdę redakcyjna gorąca linia, nazywana jednak przez
wszystkich w redakcji Dreszczowcem, opanowany był głównie przez
żartownisiów albo świrów. Tym razem był to zdecydowanie kandydat do tej
drugiej kategorii.
- Halo...? - odezwała się ostrożnie.
Mężczyzna wytarł nos. Wziął kilka głębokich oddechów i zaczął opowiadać.
Anne Snapphane obserwowała Annikę z drugiej strony biurka.
- Że też chce ci się odbierać te telefony - powiedziała, kiedy Annika
odłożyła słuchawkę. Ta nie zareagowała, tylko dalej bazgrała coś na
depeszy. - Muszę kupić jeszcze jednego loda, inaczej umrę. Przynieść ci
coś z kawiarni? - spytała, wstając.
- Najpierw muszę coś sprawdzić - odparła Annika, po czym podniosła
słuchawkę i wybrała bezpośredni numer do Centrum Ratunkowego. Wszystko
się zgadzało. Cztery minuty wcześniej zgłoszono przypadek śmierci przy
Kronobergsgatan.
Podniosła się i z depeszą w garści poszła do działu wiadomości. Gwóźdź
wciąż rozmawiał przez telefon, nogi miał wyciągnięte na biurku. Annika
stanęła wyzywająco tuż przed nim. Szef podniósł wzrok, poirytowany.
- Podejrzenie morderstwa, młoda dziewczyna - powiedziała Annika,
machając wydrukiem z komputera.
Gwóźdź zakończył rozmowę, odkładając natychmiast słuchawkę, a następnie
opuścił nogi na podłogę.
- To wiadomość agencyjna? - spytał zdziwiony, spoglądając na monitor.
- Nie, z Dreszczowca.
- Potwierdzona?
- Centrum Ratunkowe też ją dostało, tylko tyle wiem.
Gwóźdź powiódł wzrokiem po redakcji.
- Okej. Kogo mamy na stanie?
Annika zaczerpnęła powietrza.
- To moja informacja - powiedziała z naciskiem.
- Berit! - zawołał Gwóźdź, wstając. - Morderstwo tegorocznego lata!
Berit Hamrin, jedna ze starszych reporterek gazety, wzięła torebkę i podeszła do biurka.
- Gdzie jest Carl Wennergren? Pracuje dzisiaj?
- Nie, ma wolne, żegluje wokół Gotlandii - wyjaś niła Annika. - To moja
wiadomość, ja ją przyjęłam.
- Pelle, zdjęcia! - krzyknął Gwóźdź w kierunku fotoreporterów.
Fotoedytor podniósł do góry kciuk.
- Bertil Strand! - zawołał.
- W porządku - powiedział szef wiadomości i zwrócił się do Anniki. - Co
mamy?
Annika spojrzała na swoje nabazgrane notatki i nagle poczuła, jak bardzo
się denerwuje.
- Martwa dziewczyna za nagrobkiem na żydowskim cmentarzu w Kronobergsparken na Kungsholmen.
- To jeszcze, do cholery, nie znaczy, że to jest morderstwo.
- Naga i uduszona.
Gwóźdź przyglądał się Annice badawczo.
- I chcesz się zająć tym sama?
Annika przełknęła ślinę i przytaknęła. Szef wiadomości ponownie usiadł i wyciągnął skoroszyt.
- W porządku - powiedział. - Pojedziesz z Berit i Berrym. Dopilnuj,
żebyśmy mieli dobre zdjęcia, pozostałe informacje możemy zdobyć później,
ale zdjęcia musimy mieć natychmiast.
Szamocząc się z plecakiem, w którym miał sprzęt, fotograf minął dział
wiadomości.
- Dokąd jedziemy? - spytał, zwracając się do szefa.
- Do aresztu Kronoberg - odpowiedział Gwóźdź i podniósł słuchawkę.
- Do parku - sprostowała Annika, szukając wzrokiem swojej torby. -
Kronobergsparken. Cmentarz żydowski.
- Sprawdź, czy to przypadkiem nie jakaś rodzinna kłótnia - powiedział
Gwóźdź, wybierając numer do Londynu.
Berit i Bertil Strand byli już w drodze do windy do garażu, ale Annika
się zatrzymała.
- Co chciałeś przez to powiedzieć? - spytała.
- Dokładnie to, co słyszałaś. Nie mieszamy się w sprawy rodzinne.
Szef demonstracyjnie odwrócił się plecami. Annika czuła, jak w jej ciele
wzbiera złość, dociera do móz gu i poraża go.
- Z tego powodu dziewczyna nie jest chyba mniej martwa - zauważyła.
Gwóźdź dostał połączenie i Annika zrozumiała, że dyskusja jest
skończona. Podniosła wzrok, ale Berit i Bertil Strand zniknęli już na
klatce. Szybko wróciła na swoje miejsce, wyciągnęła torbę, która wsunęła
się pod szafkę, i pobiegła za kolegami. Winda zdążyła już zjechać na
dół; cholera, cholera, dlaczego, do diabła, zawsze musi pyskować? Za
chwilę straci swój pierwszy duży temat, bo musiała ustawić szefa.
- Kretynka - powiedziała głośno sama do siebie.
Dogoniła reporterkę i fotografa przy wejściu do garażu.
- Na razie niczego nie zakładamy i pracujemy wspólnie, do momentu gdy
będziemy musieli się rozdzielić - zaproponowała Berit, która idąc,
zapisywała coś w notatniku. - A tak w ogóle to nazywam się Berit Hamrin,
nie miałyśmy chyba jeszcze okazji się poznać.
Starsza koleżanka uśmiechnęła się do Anniki, podały sobie ręce i zaczęły
wsiadać do saaba Bertila Stranda, Annika z tyłu, Berit z przodu.
- Nie trzaskaj zbyt mocno drzwiami - powiedział Bertil Strand z niechęcią, spoglądając przez ramię na Annikę. - Możesz uszkodzić lakier.
Chryste Panie, pomyślała.
- Ojej, przepraszam.
Fotografowie traktowali redakcyjne wozy jak samochody oddane do ich
wyłącznej dyspozycji. W zasadzie wszyscy z niezwykłą powagą podchodzili
do zadań wyjazdowych. Może wynikało to stąd, że wszyscy bez wyjątku byli
mężczyznami, pomyślała Annika. Mimo że pracowała w "Kvällspressen"
zaledwie od siedmiu tygodni, zdążyła już uświadomić sobie, że samochody
fotoreporterów to świętość. Kilkakrotnie zdarzyło się, że jej wcześniej
zaplanowane wywiady przesuwano, bo fotoreporter był akurat zajęty w myjni. Z drugiej strony pokazywało to, jaką wagę przywiązywano do jej
artykułów.
- Wydaje mi się, że najlepiej dojechać do parku od tyłu, unikając drogi
przez Fridhemsplan - podsunęła Berit, kiedy samochód przyspieszył na
skrzyżowaniu z R?lambsvägen. Bertil Strand dodał gazu i zdążył jeszcze
przejechać na pomarańczowym, po czym ruszył prosto Gjörwellsgatan,
kierując się na północ, w stronę wybrzeża Norr Mälarstrand.
- Możesz powiedzieć, czego się dowiedziałaś od swojego informatora? -
odezwała się Berit i odwróciła plecami do drzwi samochodu, żeby spojrzeć
do tyłu.
Annika wyciągnęła pomiętą depeszę.
- Że za nagrobkiem w Kronobergsparken leży martwa dziewczyna, naga.
Prawdopodobnie została uduszona.
- Kto dzwonił?
- Jakiś ćpun. Jego kumple zatrzymali się, żeby się odlać przy parkanie,
i zobaczyli ją przez pręty ogrodzenia.
- Dlaczego uznali, że została uduszona?
Annika odwróciła depeszę i przeczytała, co zapisała w poprzek kartki.
- Nie była zakrwawiona, miała wytrzeszczone oczy i szramy na szyi.
- To nie znaczy, że została uduszona ani nawet zamordowana - powiedziała
Berit i znów usiadła prosto.
Annika nie odpowiedziała i odwróciła wzrok. Przez przyciemnione szyby
saaba widziała, jak opalający się w R?lambshovsparken fanatycy słońca
zostają w tyle. Przed nią rozciągała się połyskliwa tafla Riddarfjärden.
Musiała zmrużyć oczy, mimo folii na szybie. Dwóch surferów zmierzało w stronę L?ngholmen, nie szło im zbyt dobrze. Powietrze było prawie
nieruchome w upale.
- Ale mieliśmy piękne lato - odezwał się Bertil Strand, skręcając w Polhemsgatan. - Kto by przypuszczał, po tych deszczach wiosną.
- Tak, miałam szczęście - powiedziała Berit. - Właśnie wróciłam z czterotygodniowego urlopu. Słońce dzień w dzień. Możemy zaparkować przy
budynkach tuż za strażą pożarną.
Saab przyspieszył, mijając ostatnie kamienice na Bergsgatan. Berit
odpięła pasy, zanim fotograf zwolnił, i wyskoczyła, zanim się zatrzymał.
Annika szybko poszła w jej ślady; zabrakło jej tchu, kiedy buchnęło na
nią upalne powietrze.
Bertil Strand zaparkował na placyku manewrowym, one zaś ruszyły wzdłuż
budynku z czerwonej cegły z lat pięćdziesiątych. Asfaltowy chodnik był
wąski, zakończony kamiennym progiem od strony parku.
- Dalej są schody - powiedziała Berit, której już też brakowało tchu.
Pokonały sześć stopni i znalazły się w samym parku. Biegły wyasfaltowaną
ścieżką, która prowadziła do ambitnie zaprojektowanego placu zabaw.
Z prawej strony ciągnął się szereg przypominających baraki domków.
Mijając je, Annika przeczytała napis: "Plac zabaw". Były tu:
piaskownica, ławki, składany stolik, drabinki do wspinaczki,
zjeżdżalnie, huśtawki i inne urządzenia do zabawy dla dzieci. Znajdowały
się tu trzy, może cztery matki z dziećmi i wyglądało na to, że właśnie
zbierają się do odejścia.
Dalej w głębi stało dwóch umundurowanych policjantów i rozmawiało z piątą matką.
- Wydaje mi się, że cmentarz położony jest trochę bardziej w dole, w kierunku Sankt Göransgatan - stwierdziła Berit.
- Świetnie się orientujesz - powiedziała Annika. - Mieszkasz w pobliżu?
- Nie. Ale to nie pierwsze morderstwo w tym parku.
Annika odnotowała, że każdy z policjantów ma w ręku zwój
biało-niebieskiej plastikowej taśmy do wygradzania terenu. Opróżniali
plac zabaw, żeby go zamknąć.
- Dotarliśmy we właściwym momencie - wymamrotała sama do siebie.
Odbiły w prawo i idąc dalej ścieżką, dotarły na szczyt wzgórza.
- W dół i w lewo - powiedziała Berit.
Annika pobiegła przodem. Przecięła dwie alejki spacerowe i była na
miejscu. Zobaczyła cały rząd czarnych gwiazd Dawida, które odcinały się
na tle zieleni.
- Widzę to miejsce! - krzyknęła do tyłu i kątem oka zauważyła, że Bertil
Strand dogania Berit.
Parkan był czarny, z kutego żelaza, ładny, o prętach połączonych kółkami
i łukami i zwieńczonych stylizowaną gwiazdą Dawida. Biegła po własnym
cieniu, domyśliła się więc, że zbliża się do cmentarza od południa.
Zatrzymała się na szczycie pagórka wznoszącego się nad grobami, skąd
miała dobry widok. Policja nie odgrodziła jeszcze tej części parku, w przeciwieństwie do części północnej i zachodniej.
- Pospieszcie się! - krzyknęła do Berit i Bertila Stranda.
Parkan okalał mały żydowski cmentarz z niszczejącymi grobami i granitowymi nagrobkami; było ich około trzydziestu, jak szybko policzyła
Annika. Zieleń wypełniała prawie całą przestrzeń, a miejsce sprawiało
wrażenie dzikiego, zarośniętego i zaniedbanego. Wygrodzony teren miał
najwyżej trzydzieści na czterdzieści metrów, a parkan z tyłu nie więcej
niż półtora metra wysokości. Furtka znajdowała się po lewej, od strony
Kronobergsgatan i Fridhems plan. Zobaczyła, że ekipa dziennikarzy z "Konkurrenten" zatrzymała się przy policyjnej taśmie. Grupa mężczyzn,
wszyscy w cywilu, znajdowała się wewnątrz ogrodzenia, po wschodniej
stronie. Domyśliła się dlaczego. Tam leżała kobieta.
Annikę przeszedł dreszcz. Nie może tego popsuć, swojej pierwszej
prawdziwej informacji tego lata.
Berit i Bertil Strand dołączyli do niej i w tej samej chwili
spostrzegła, że jakiś mężczyzna otwiera bramę prowadzącą do furtki od
strony Kronobergsgatan. Niósł szarą płachtę. Annika zaczęła szybko
oddychać. Jeszcze jej nie przykryli!
- Piorunem! - zawołała przez ramię. - Może uda się nam zrobić zdjęcie z góry!
Na pagórku przed nimi pojawił się policjant. Rozwijał biało-niebieską
plastikową taśmę policyjną. Annika rzuciła się w stronę parkanu i usłyszała, jak Bertil Strand biegnie za nią w podskokach. Pokonując
ostatnie kilka metrów do parkanu, fotoreporter zrzucił z ramion plecak i wyłowił z niego canona z teleobiektywem. Szara płachta była trzy metry
od nich. Bertil Strand wycelował aparat w stronę listowia, potem cofnął
się pół metra i trzasnął kolejną serię. Policjant z taśmą krzyknął coś,
również mężczyźni wewnątrz ogrodzenia zdali sobie sprawę z ich
obecności.
- Mamy, co trzeba - powiedział Bertil Strand. - Zdjęć nam nie zabraknie.
- Słuchajcie, do cholery! - zawołał policjant z taśmą. - Właśnie
wygradzamy teren!
Jakiś mężczyzna w hawajskiej koszuli i bermudach ruszył w ich kierunku.
- Chyba powinniście już odpuścić - powiedział.
Annika rozejrzała się dokoła, nie wiedząc, co robić. Bertil Strand
zmierzał już w stronę ścieżki prowadzącej w dół do Sankt Göransgatan.
Policjanci, i ten stojący z tyłu, i ten przed nią, wyglądali na bardzo
niezadowolonych. Zrozumiała, że musi zaraz się stąd usunąć, inaczej
zrobią to policjanci. Instynktownie zaczęła przesuwać się bokiem wzdłuż
miejsca, gdzie Bertil Strand pstryknął pierwsze zdjęcia.
Spojrzała przez czarne sztachety parkanu, za którym dwa metry dalej
leżała młoda kobieta. Jej oczy patrzyły prosto w oczy Anniki. Były
zamglone i szare. Głowę miała odrzuconą do tyłu, ramiona rozpostarte,
przedramiona ułożone nad głową, jedna ręka wydawała się okaleczona. Usta
były szeroko otwarte w bezgłośnym krzyku, wargi brązowoczarne. Jej włosy
poruszały się lekko w niewyczuwalnym powiewie wiatru. Na lewej piersi
miała wyraźny siniec, dolna część brzucha była zielona.
Obraz dotarł do świadomości Anniki w jednej chwili, jasny i wyrazisty.
Chropowata szarość kamieni w tle, przytłumiona zieleń, gra cieni
listowia, wilgoć i upał. I ta obrzydliwa woń.
I wtedy pojawiła się płachta, i wszystko zrobiło się szare. Nie
zasłonili ciała, lecz parkan.
- Pora się stąd ruszyć - powiedział policjant z taśmą i położył rękę na
jej ramieniu.
Tak niesłychanie stereotypowo, pomyślała Annika w momencie, kiedy się
odwracała. W ustach czuła suchość, miała wrażenie, że wszystkie dźwięki
docierają do niej z bardzo daleka. Chwiejąc się lekko, ruszyła w kierunku ścieżki, gdzie Berit i Bertil Strand czekali na nią za taśmą.
Fotoreporter wyglądał na znudzonego i niezadowolonego, ale Berit niemal
się uśmiechała.
Policjant szedł za nią, wciąż dotykając ramieniem jej pleców. Musi mu
być bardzo gorąco w mundurze w taki dzień jak dzisiaj, pomyślała.
- Zdążyłaś coś zobaczyć? - spytała Berit.
Annika przytaknęła i Berit coś zanotowała.
- Wypytałaś tego śledczego w hawajskiej koszuli?
Annika pokręciła przecząco głową i przeszła pod taśmą, korzystając z gorliwej pomocy policjanta.
- Szkoda. Powiedział coś sam z siebie?
- Chyba powinniście już odpuścić - zacytowała Annika i Berit uśmiechnęła
się.
- A co z tobą? Dobrze się czujesz? - spytała, a Annika skinęła głową.
- Tak, wszystko w porządku. Bardzo możliwe, że została uduszona, oczy
niemal wyszły jej z orbit. Pewnie próbowała krzyczeć, zanim umarła,
miała otwarte usta.
- Więc może ktoś ją słyszał. Trzeba będzie później porozmawiać z sąsiadami. To Szwedka?
Annika poczuła, że powinna na moment usiąść.
- Zapomniałam spytać...
Berit znów się uśmiechnęła.
- Blondynka, brunetka, młoda, stara?
- Dwadzieścia lat, góra, długie jasne włosy. Duże piersi. Silikon,
prawdopodobnie, albo roztwór soli.
Berit spojrzała na nią zdziwiona. Annika osunęła się na trawę, usiadła
po turecku.
- Sterczały, mimo że leżała na plecach. Miała bliznę pod pachą.
Annika czuła, że jej ciśnienie gwałtownie spadło, oparła głowę o kolana
i oddychała głęboko.
- Niezbyt wesoły widok, co? - powiedziała Berit.
- Już w porządku - uspokoiła ją Annika.
Po chwili poczuła się lepiej. Dźwięki wróciły z całą mocą, wdzierały się
w jej mózg niczym łoskot maszyny pracującej na pełnych obrotach: ruch
uliczny na Drottningholmsvägen dudnił, wyły dwie syreny, każda w innej
tonacji, rozlegały się krzyki, raz bardziej, raz mniej głośne, trzask
aparatów, płacz dziecka.
Bertil Strand dołączył do małej grupki dziennikarzy, która zaczęła
zbierać się na dole przy wejściu; stał i rozmawiał z fotoreporterem z "Konkurrenten".
- Kto co robi? - spytała Annika.
Berit usiadła obok niej, zajrzała do swoich zapis ków i zaczęła notować.
- Musimy chyba założyć, że to morderstwo, prawda? A więc musimy przede
wszystkim przygotować artykuł o samym zdarzeniu. Napisać, co się stało.
Znaleziono zamordowaną młodą kobietę. Kiedy, gdzie, jak? Musimy
sprawdzić, kim jest facet, który ją znalazł, i porozmawiać z nim. Masz
jego nazwisko?
- To narkoman, jego kumpel podał adres grzecznościowy, na który mamy
przysłać nagrodę za informację.
- Spróbuj go odnaleźć. Centrum Ratunkowe ma wszystkie dane dotyczące
zgłoszeń - mówiła dalej Berit i odhaczała kolejne sprawy w swoich
notatkach.
- Już to zrobiłam.
- Dobrze. Potem musimy dotrzeć do policjanta, który będzie chciał coś
powiedzieć, rzecznik prasowy nigdy nie udziela informacji off the
record. Czy ten w kwiatki powiedział może, jak się nazywa?
- Nie.
- Szkoda. Jego też sprawdź. Nigdy wcześniej go nie widziałam, to może
być jeden z tych nowych z wydziału zabójstw. Poza tym musimy się
dowiedzieć, kiedy umarła i dlaczego, czy są jacyś podejrzani, jak
postępuje dochodzenie i jakie jest zdanie policji w tej sprawie.
- Okej - powiedziała Annika i zanotowała coś w swoim bloczku.
- Boże, ale upał. Czy w Sztokholmie było już kiedyś równie gorąco? -
spytała Berit i otarła pot z czoła.
- Nie wiem. Przeniosłam się tutaj siedem tygodni temu.
Berit wyjęła z torebki chusteczki higieniczne i wytarła nasadę czoła.
- Dobrze, no więc mamy ofiarę - powiedziała. - Kim była? Kto ją
zidentyfikował? Zapewne gdzieś jest jej zdruzgotana rodzina, powinniśmy
się zastanowić, czy nawiązać z nimi jakiś kontakt. Musimy zdobyć zdjęcia
dziewczyny z czasu, kiedy jeszcze żyła. Sądzisz, że miała skończone
osiemnaście lat?
Annika zastanowiła się i przypomniała sobie jej silikonowe piersi.
- Tak, prawdopodobnie tak.
- Więc może są jakieś zdjęcia maturalne, w dzisiejszych czasach wszyscy
młodzi kończą liceum, a czapki studenckie zawsze ładnie prezentują się
na zdjęciach. Co mówią jej przyjaciele? Miała chłopaka?
Annika notowała.
- No i reakcje sąsiadów - ciągnęła Berit. - Miejsce położone jest prawie
w samym środku Sztokholmu, w tej okolicy mieszka pewnie ponad trzysta
tysięcy kobiet. Taka zbrodnia wpłynie na poczucie bezpieczeństwa
wszystkich, na życie towarzyskie, w ogóle na wizerunek miasta. Więc
właściwie mamy materiał na dwa artykuły. Zajmij się sąsiadami, ja zajmę
się resztą.
Annika przytaknęła, nie podnosząc wzroku.
- Sprawa ma jeszcze jeden aspekt - dodała Berit, upuszczając notatnik na
kolana. Dwanaście, może trzynaście lat temu popełniono niemal identyczną
zbrodnię niespełna sto metrów stąd.
Annika spojrzała zdziwiona.
- Jeśli dobrze pamiętam, młoda kobieta została zamordowana na tle
seksualnym na schodach w północnej części parku - odezwała się Berit,
zamyślona. - Zabójcy nigdy nie ujęto.
- Boże - powiedziała Annika. - Czy to może być ten sam facet?
Berit wzruszyła ramionami.
- Najprawdopodobniej nie, ale należy wspomnieć o tamtym morderstwie.
Wiele osób na pewno je pamięta. Kobieta została zgwałcona i uduszona.
Annika przełknęła ślinę.
- W gruncie rzeczy to okropna praca - powiedziała.
- Tak, to prawda. Ale trochę ją sobie ułatwisz, jeśli złapiesz
policjanta w kwiatki, zanim stąd odjedzie.
Wskazała ręką w stronę Sankt Göransgatan: mężczyzna w hawajskiej koszuli
właśnie opuszczał cmentarz. Szedł do samochodu zaparkowanego na rogu
Kronobergsgatan. Annika poderwała się, chwyciła torbę i rzuciła się
biegiem w dół ku ulicy. Widziała, jak reporter "Konkurrenten" próbuje
zagadnąć hawajską koszulę, ale policjant zbył go gestem ręki.
W tym momencie Annika potknęła się o asfaltową krawędź i omal nie
upadła. Wielkimi, niekontrolowanymi krokami zaczęła zbiegać ze stromego
zbocza w kierunku Kronobergsgatan. Nie będąc w stanie temu zapobiec,
wpadła na plecy policjanta w hawajskiej koszuli. On z kolei poleciał
prosto na maskę swojego samochodu.
- Co, do diabła! - krzyknął i chwycił żelaznym uściskiem rękę Anniki.
- Przepraszam - jęknęła. - Nie chciałam. Byłabym upadła.
- Co ty, u licha, wyprawiasz? Zwariowałaś?
Mężczyzna był roztrzęsiony i przestraszony.
- Przepraszam - powiedziała, czując, że zaraz się rozpłacze. Poza tym
bolał ją lewy nadgarstek.
Policjant odzyskał panowanie i puścił ją. Przyglądał się jej uważnie
przez kilka sekund.
- Powinnaś podchodzić do tego spokojniej, do cholery - mruknął, po czym
wsiadł do swojego vol vo, furgonetki w kolorze czerwonego wina, i odjechał z piskiem opon.
- A niech to - wyszeptała Annika pod nosem. Zamrugała oczami,
powstrzymała napływające łzy. Mrużąc oczy od słońca, próbowała dojrzeć
numer wywoławczy samochodu. Wydawało jej się, że miał na boku "1813".
Dla pewności zapamiętała też numer rejestracyjny.
Następnie odwróciła się i odkryła, że wpatruje się w nią grupa stojących
przy furtce dziennikarzy. Zaczerwieniła się od szyi po nasadę włosów.
Szybko się schyliła i pozbierała drobiazgi, które wypadły jej z torby
podczas zderzenia: notes formatu A5, paczka gumy do żucia, prawie pusta
plastikowa butelka pepsi max i trzy podpaski libresse w zielonym
plastikowym opakowaniu. Ołówek był w torebce, wyciągnęła go i szybko
zapisała numer rejestracyjny samochodu i jego numer wywoławczy.
Dziennikarze i fotoreporterzy oderwali od niej wzrok i powrócili do
swoich rozmów. Annika zauważyła, że Bertil Strand organizował właśnie
wyprawę po lody.
Podciągnęła torbę na ramieniu i powoli ruszyła w stronę kolegów po
fachu, którzy zdawali się w ogóle nie zwracać na nią uwagi. Poza
reporterem "Konkurrenten", mężczyzną w średnim wieku, który zamieszczał
artykuły o przestępstwach kryminalnych na stronach miejskich, nie znała
nikogo. Była tam młoda kobieta z magnetofonem z napisem "Radio
Stockholm", dwóch fotoreporterów, każdy z innej agencji, fotograf z "Konkurrenten" i trzech innych reporterów, których nie potrafiła
przypisać do żadnej redakcji. Nie pojawiła się żadna stacja telewizyjna;
telewizja państwowa nadawała latem jedynie pięć minut lokalnych
wiadomości, natomiast miejscowa stacja komercyjna nadawała wyłącznie
programy "kanapowe" i serwisy informacyjne. Poranne gazety wezmą
prawdopodobnie zdjęcia z agencji i uzupełnią tekstem z oficjalnej
depeszy TT. "Echo" nie przysłało nikogo i nie zamieści ani słowa, to
wiedziała na pewno. Jeden z jej kolegów z "Katrineholms-Kuriren", który
odbywał tam staż wakacyjny, wyjaśnił jej pogardliwie dlaczego.
- Morderstwa i tym podobne historie zostawiamy tabloidom. Nie jesteśmy
padlinożercami.
Annika już wtedy zrozumiała, że wypowiedź ta więcej mówi o jej koledze
niż o "Echu", ale czasem zaczynała wątpić. Dlaczego przerwane życie
młodej kobiety nie było warte uwagi publicznych środków przekazu? Nie
mogła tego pojąć.
Pozostali ludzie, którzy kręcili się przy taśmie, to ciekawscy
przechodnie.
Powoli wyminęła grupkę i oddaliła się od niej. Policjanci, zarówno z wydziału kryminalnego, jak i personel techniczny, wykonywali rutynowe
czynności za parkanem. Nie przyjechała żadna karetka ani żaden karawan.
Spojrzała na zegarek. Siedemnaście po pierwszej. Minęło dwadzieścia pięć
minut od momentu, kiedy odebrała informację z Dreszczowca. Zastanawiała
się, co powinna teraz zrobić. Nie było chyba sensu próbować rozmawiać z policją, tylko by się wściekli. Rozumiała, że niewiele jeszcze
wiedzieli: ani kim była kobieta, ani jak zginęła, ani kto to zrobił.
Zaczęła iść w kierunku Drottningholmsvägen. Przy domach po zachodniej
stronie Kronobergsgatan pojawił się skrawek cienia, więc poszła tam i oparła się o fasadę domu. Była chropowata, szara i gorąca. Temperatura
była o jakiś stopień niższa niż w samym słońcu, powietrze parzyło jej
gardło. Czuła nieznośne pragnienie. Wyłowiła z torby pepsi. Nakrętka
przeciekała, więc butelka była lepka na zewnątrz, palce przykleiły się
jej do etykiety. Cholerny upał!
Wypiła ciepły, zwietrzały napój i wcisnęła butelkę między dwie paczki
makulatury w bramie obok.
Dziennikarze przenieśli się spod taśmy na drugą stronę ulicy. Zapewne
czekali na Bertila Stranda i dostawę lodów. W jakiś sposób ta sytuacja
spowodowała, że zrobiło się jej niedobrze. Kilkadziesiąt metrów dalej
muchy wciąż krążyły nad ciałem, a prasa tęsknie wyczekiwała przerwy na
kawę.
Powiodła wzrokiem po parku. Składał się ze stromych, porośniętych trawą
pagórków i mnóstwa potężnych drzew liściastych. Ze swojego miejsca w cieniu mogła rozróżnić lipy, buki, wiązy, jesiony i brzozy. Niektóre
drzewa były ogromne, inne niedawno posadzone. W głębi, między grobami,
rosło wiele gigantycznych drzew, głównie lip.
Muszę jeszcze się napić, pomyślała.
Usiadła na chodniku i odchyliła głowę do tyłu. Wkrótce coś się wydarzy.
Nie może tutaj siedzieć.
Rozejrzała się po grupie dziennikarzy, która zaczęła się przerzedzać.
Dziewczyny z "Radio Stockholm" już nie było, ale wrócił Bertil Strand z lodami. Berit Hamrin gdzieś zniknęła i Annika zastanawiała się, dokąd
mogła pójść.
Poczekam jeszcze pięć minut, pomyślała. Potem pójdę kupić coś do picia i zacznę rozmawiać z sąsiadami.
Próbowała odtworzyć w głowie mapę Sztokholmu i dokładnie zlokalizować
miejsce, w którym się znajdowała. Samo serce Sztokholmu, kamienne miasto
wewnątrz rogatek. Spojrzała na południe, omijając wzrokiem budynek
straży pożarnej. Tam była Hant verkargatan, jej ulica. Mieszkała nie
dalej niż dziesięć kwartałów stąd, w podwórzu domu przeznaczonego do
rozbiórki przy Kungsholmstorg. A mimo to nigdy wcześniej nie znalazła
się tutaj, w tym miejscu. W dole była stacja metra Fridhemsplan. Gdyby
się skupiła, poczułaby, jak dudnią pod ziemią pociągi, jak ich wibracje
przenikają przez beton i asfalt. Na wprost niej znajdował się duży
okrągły wylot wentylacyjny z tuneli metra, pisuar i parkowa ławka. Być
może na niej właśnie siedział narkoman, który zadzwonił na gorącą linię;
siedział i gadał z kumplem, który musiał się odlać. Ale w takim razie
dlaczego nie poszedł do pisuaru? - zastanawiała się Annika. Myślała
chwilę i w końcu uznała, że powinna tam pójść i zajrzeć do środka. Kiedy
otworzyła drzwi, zrozumiała dlaczego. Odór wewnątrz blaszaka był nie do
zniesienia. Cofnęła się kilka kroków i zamknęła drzwi.
W jej kierunku z placu zabaw szła kobieta, pchając wózek spacerowy.
Dziecko w wózku trzymało butelkę ze smoczkiem pełną czerwonego płynu.
Matka przyglądała się ze zdziwieniem plastikowej taśmie ciągnącej się
wzdłuż chodnika.
- Co tu się stało?! - zawołała.
Annika wyprostowała plecy i podciągnęła torbę na ramieniu.
- Policja odgrodziła teren - wyjaśniła.
- Tak, widzę. Ale dlaczego?
Annika wahała się. Rzuciła okiem przez ramię i zobaczyła, że pozostali
dziennikarze ją obserwują. Szybko zrobiła kilka kroków w stronę matki.
- Tam leży martwa kobieta - powiedziała cicho i wskazała na cmentarz.
Matka zbladła.
- Coś takiego.
- Mieszkasz tu w pobliżu?
- Tak, zaraz za rogiem. Pojechaliśmy do R?lis, ale było tam tyle ludzi,
że nie miałam gdzie usadzić tyłka, więc przyszliśmy tutaj. Ona tam
jeszcze leży?
Wyciągnęła szyję, próbując coś wypatrzyć wśród lip. Annika skinęła
głową.
- Boże, to straszne! - wykrzyknęła kobieta i spojrzała wielkimi oczami
na Annikę.
- Często tu przychodzisz?
- Tak, codziennie. Pędraczek chodzi do świetlicy na placu zabaw.
Matka nie mogła oderwać wzroku od cmentarza. Annika przyglądała się jej
chwilę.
- Słyszałaś coś niezwykłego w nocy albo nad ranem? Jakieś krzyki z parku
czy coś podobnego? - spytała.
Kobieta wydęła dolną wargę, zastanowiła się i pokręciła przecząco głową.
- W tej okolicy zawsze sporo się dzieje. Przez pierwsze lata budziłam
się za każdym razem, kiedy wyjeżdżał wóz strażacki, ale teraz już nie.
No i mamy też pijaczków na Sankt Eriksplan i nie chodzi mi o tych z noclegowni, oni się wykruszają na długo przed zapadnięciem nocy, tylko
tych balujących krzykaczy. Ale najgorsza jest wentylacja McDonalda.
Pracuje całą dobę i szczerze mówiąc, doprowadza mnie do szału. Jak
umarła?
- Tego nikt jeszcze nie wie - powiedziała Annika. - Więc nikt nie
krzyczał, nie wzywał pomocy, nic takiego?
- Ależ tak, zawsze się drą, zawsze ktoś krzyczy w piątkowy wieczór.
Masz, skarbie, proszę...
Dziecko upuściło butelkę ze smoczkiem i zaczęło marudzić, więc matka
wepchnęła mu ją z powrotem. Potem skinęła głową w kierunku Bertila
Stranda i pozostałych.
- To hieny?
- Tak. Facet z lodami w ręku to mój fotoreporter. Jestem Annika Bengtzon
z "Kvällspressen".
Wyciągnęła rękę. Mimo wcześniejszej dezaprobaty kobieta była wyraźnie
pod wrażeniem.
- A niech to - powiedziała. - Daniella Hermansson, miło mi. Napiszesz o tym?
- Ja albo ktoś z redakcji. Mogę robić notatki?
- Jasne.
- Będę mogła cię zacytować?
- Moje imię pisze się przez podwójne "l", a nazwisko przez podwójne
"s", co zresztą słychać.
- Więc mówisz, że na ogół jest tu głośno?
Daniella Hermansson wspięła się na palce, próbując zerknąć do notatnika
Anniki.
- Taaak... - powiedziała. - Nawet bardzo głośno, szczególnie w weekendy.
- Więc gdyby ktoś wołał o pomoc, nikt by nie zareagował?
Daniella Hermansson znów wydęła dolną wargę i pokręciła przecząco głową.
- Chociaż to zależy od pory dnia. Tak bliżej czwartej, wpół do piątej na
ogół jest już spokojniej. Wtedy słychać głównie wentylator. Bo wiesz, ja
śpię przy otwartym oknie, przez okrągły rok, to dobrze robi na cerę. Ale
nic nie słyszałam...
- Masz okno od podwórza czy od ulicy?
- I od podwórza, i od ulicy. Mieszkamy w dwóch pokojach tam, z prawej
strony, na drugim piętrze. Sypialnia jest od podwórza.
- I przychodzisz tu codziennie?
- Tak, jestem na urlopie wychowawczym po urodzeniu Pędraczka, wszystkie
matki z naszej grupy spotykają się przed południem na placu zabaw. Ależ,
skarbie...
Pędraczek wypił do końca czerwony płyn i teraz wył. Matka pochyliła się
nad nim i wprawnym ruchem włożyła palec wskazujący w pieluchę, a potem
go powąchała.
- No tak - powiedziała. - Pora wracać. Mama założy suchą pieluchę,
nakarmi, prawda, Pędraczku?
Dziecko ucichło, znalazło tasiemkę od czapki i zaczęło ją żuć.
- Możemy zrobić ci zdjęcie? - spytała pospiesznie Annika.
Daniella Hermansson otworzyła szeroko oczy.
- Mnie? Ja miałabym...
Zaśmiała się i przeciągnęła ręką po włosach. Annika utkwiła w niej
wzrok.
- Kobieta, która leży tam, wśród nagrobków, została prawdopodobnie
zamordowana. Dlatego musimy dokładnie opisać okolicę. Sama mieszkam przy
Kungsholmstorg.
Daniella Hermansson zrobiła jeszcze większe oczy.
- Boże, zamordowana? Tutaj, w naszej dzielnicy?
- Nikt nie wie, gdzie umarła, ale tu ją znaleziono.
- Przecież tutaj zawsze jest tak spokojnie - powiedziała Daniella
Hermansson, schyliła się i wzięła Pędraczka na ręce.
Dziecko zgubiło tasiemkę i znów zaczęło płakać. Annika chwyciła mocno
pasek torby i ruszyła w stronę Bertila Stranda.
- Zaczekaj tu - rzuciła do Danielli przez ramię.
Fotoreporter właśnie wylizywał wnętrze rożka, kiedy do niego podeszła.
- Możesz pozwolić na chwilę? - powiedziała cicho.
Bertil Strand zgniótł powoli papier i wskazał mężczyznę obok.
- Annika, to jest Arne P?hlson, reporter z "Konkurrenten". Poznaliście
się już?
Annika spuściła wzrok, wyciągnęła rękę i wymamrotała swoje imię. Dłoń
Arnego P?hlsona była ciepła i wilgotna.
- Skończyłeś lody? - spytała kwaśno.
Opalenizna Bertila Stranda pogłębiła się o jeden odcień. Nie podobało mu
się, że upomina go stażystka. Zamiast odpowiedzieć, schylił się i podniósł plecak.
- Dokąd idziemy?
Annika odwróciła się i ruszyła w stronę Danielli Hermansson. Rzuciła
okiem na cmentarz, gdzie ubrani po cywilnemu mężczyźni stali, zajęci
rozmową. Pędraczek wciąż wrzeszczał, ale matka nie zwracała na niego
uwagi. Malowała usta szminką, którą najwyraźniej wyjęła z małej
jasnozielonej kasetki z lusterkiem na wieczku.
- Jakie to uczucie dowiedzieć się, że za oknem leży martwa kobieta? -
spytała Annika i zaczęła notować.
- Okropne - powiedziała Daniella Hermansson. - I pomyśleć, ile razy ja i moje przyjaciółki szłyśmy tędy, wracając z knajpy. Przecież to mogła być
każda z nas.
- Czy teraz będziesz ostrożniejsza?
- Tak, na pewno - odparła Daniella Hermansson zdecydowanie. - Już nigdy
nie będę chodzić przez park nocą. Ależ, skarbie, jesteś taki marudny...
Schyliła się, żeby znów wziąć synka na ręce. Annika notowała, czując
mrowienie na karku. To było naprawdę dobre. Nadawało się nawet na tytuł,
wystarczyło tylko trochę skrócić.
- Bardzo dziękuję - powiedziała szybko. - Możesz spojrzeć na Bertila?
Jak Pędraczek ma na imię? Ile ma lat? A ty ile? Co mam napisać...? Że
jesteś na wychowawczym, tak? Może nie powinnaś mieć takiej zadowolonej
miny...
Na twarzy Danielli Hermansson zamarł wyuczony uśmiech gwiazdy filmowej,
przybierany prawdopodobnie na zdjęciach z wakacji i Wigilii. Teraz
sprawiała wrażenie zmieszanej i zagubionej. Bertil Strand trzaskał
zdjęcia, aż furkotało, krążąc wokół kobiety i dziecka lekkim, tanecznym
krokiem.
- Mogę później do ciebie zadzwonić, gdyby wyniknęło coś szczególnego?
Jaki jest twój numer telefonu? A kod do drzwi wejściowych? Na wypadek
gdyby...
Daniella Hermansson posadziła w wózku swojego wrzeszczącego synka i ruszyła wzdłuż policyjnej taśmy. Ku swojemu niezadowoleniu Annika
zobaczyła, jak Arne P?hlson z "Konkurrenten" podchodzi i próbuje ją
zatrzymać, kiedy przechodziła obok niego. Na szczęście dzieciak tak się
darł, że kobieta nie mogła stanąć, aby udzielić kolejnego wywiadu.
Annika odetchnęła.
- Nie będziesz uczyła mnie zawodu - odezwał się Bertil Strand.
- Jasne. A co by było, gdyby wyniesiono ciało, kiedy ty akurat kupowałeś
lody naszym konkurentom?
Spojrzał na nią z niechęcią.
- W terenie nie jesteśmy rywalami, tylko kolegami.
- Myślę, że nie masz racji. Dziennikarstwo nic na tym nie zyska, że
będziemy polować całym stadem. Powinniśmy działać bardziej samodzielnie,
wszyscy.
- Nikt na tym nie skorzysta.
- Owszem, czytelnicy i wiarygodność.
Bertil Strand zarzucił aparaty na plecy.
- Dobrze, że mi to mówisz. Pracuję w tej gazecie zaledwie piętnaście
lat.
Głupi gnojek, pomyślała Annika, kiedy fotograf wrócił do swoich
"kolegów". Że też nigdy nie potrafię trzymać języka za zębami!
Nagle zakręciło jej się w głowie, jakby zupełnie opadła z sił. Muszę się
czegoś napić, i to szybko, pomyślała. Ku swojej niewypowiedzianej
radości zobaczyła, że od strony Hantverkargatan nadchodzi Berit.
- Gdzie byłaś?! - zawołała i ruszyła w jej kierunku.
Berit jęknęła.
- Siedziałam w samochodzie i dzwoniłam. Zamówiłam wycinki dotyczące tego
drugiego morderstwa i skontaktowałam się z moimi źródłami w policji.
Próbowała bezskutecznie się ochłodzić, machając ręką.
- Coś się wydarzyło?
- Rozmawiałam tylko z mieszkanką tej ulicy.
- Masz coś do picia? Mam wrażenie, że jesteś trochę blada.
Annika otarła pot z czoła i nagle zebrało jej się na płacz.
- Przed chwilą powiedziałam coś strasznie głupiego Bertilowi - wyznała
zduszonym głosem. - Że nie powinien bratać się z konkurencją na miejscu
zbrodni.
- Ja też tak uważam. Bertil Strand jest jednak innego zdania, wiem o tym. Czasem trudno się z nim dogadać, ale to bardzo zdolny fotograf.
Idź, kup sobie coś do picia. Zostanę na posterunku.
Annika z wdzięcznością opuściła Kronobergsgatan i skierowała się ku
Drottningholmsvägen. Ustawiła się w kolejce do kiosku z gazetami na Fridhemsplan, żeby kupić butelkę wody ramlösa, i wtedy zobaczyła, jak
policyjna furgonetka do przewozu zwłok skręca z Sankt Göransgatan w lewo, w stronę Kronobergsparken.
- Cholera! - krzyknęła i wybiegła na jezdnię, aż jakaś taksówka
zahamowała z piskiem; przecięła Sankt Eriksgatan i ruszyła z powrotem do
parku. Miała wrażenie, że zemdleje, zanim dotrze na górę.
Samochód policyjny zatrzymał się w najwyższym miejscu na Sankt
Göransgatan, po czym wysiedli z niego mężczyzna i kobieta.
- Dlaczego jesteś taka zadyszana? - zdziwiła się Berit.
- Samochód, ciało - wyrzuciła z siebie Annika, oparła ręce na kolanach i dyszała pochylona do przodu.
Berit westchnęła.
- Furgonetka chwilę postoi. Ciało nigdzie nie zniknie. Nie musisz się
tak denerwować, nic nam nie umknie.
Annika upuściła torbę na chodnik i wyprostowała się.
- Przepraszam - powiedziała.
Berit się roześmiała.
- Idź i usiądź w cieniu. Pójdę kupić ci coś do picia.
Annika powlokła się do cienia. Czuła się jak idiotka.
- Nie wiedziałam - wymamrotała. - Skąd mogłam wiedzieć.
Usiadła na chodniku i znów oparła się plecami o ścianę domu. Ziemia
parzyła ją w tyłek przez cienką sukienkę.
Mężczyzna i kobieta, którzy przyjechali furgonetką, stali teraz wewnątrz
ogrodzonego terenu, tuż obok furtki, i czekali. Trzech funkcjonariuszy
znajdowało się wciąż jeszcze za ogrodzeniem; domyślała się, że dwóch z nich było technikami policyjnymi, a trzeci fotografem. Poruszali się
ostrożnie, schylali się, podnosili coś, prostowali się. Z tej odległości
nie mogła zobaczyć, co robią. Zawsze jest tak nudno na miejscu
morderstwa? - zastanawiała się.
Berit wróciła po kilku minutach. Niosła dużą, zmrożoną coca-colę.
- Masz. Zawiera cukier i różne sole. Tego ci trzeba.
Annika odkręciła nakrętkę i zaczęła pić tak szybko, że dwutlenek wyszedł
jej nosem. Kasłała, prychała i wylała trochę coli na sukienkę.
Berit usiadła obok niej i wyjęła swoją butelkę z torby.
- Co oni tam właściwie robią? - spytała Annika.
- Zabezpieczają ślady - wyjaśniła Berit. - Jest ich tylko tylu, ile
trzeba, i robią tylko tyle, ile muszą. Najczęściej jest tylko dwóch
techników i może jeszcze ktoś z wydziału zabójstw prowadzący śledztwo.
- Hawajska koszula?
- Możliwe - przyznała Berit. - Jeśli dobrze się przyjrzysz, zauważysz
może, że jeden z techników trzyma rękę blisko ust. Ma mały magnetofon i opisuje wszystko, co zauważył na miejscu. Dokładnie opisuje pozycję, w której leży ciało, układ fałd ubrania i tym podobne.
- Nie ma na sobie ubrania - przypomniała Annika.
- Być może części ubrania leżą gdzieś obok, to też trzeba zdokumentować.
Kiedy skończą, ciało zostanie zawiezione do zakładu medycyny sądowej w Solnie.
- Na sekcję?
Berit przytaknęła.
- Technicy zostaną tutaj i dokładnie przeczeszą cały park. Przeszukają
centymetr po centymetrze, zabezpieczą ślady krwi, śliny, spermy, włosy,
włókna, odciski stóp, ślady opon, odciski palców, wszystko, co tylko
można sobie wyobrazić.
Annika siedziała chwilę w milczeniu i obserwowała mężczyzn pracujących
wewnątrz ogrodzenia. Pochylali się nad ciałem, widziała ich głowy
podskakujące na tle szarej płachty.
- Dlaczego zasłonili ogrodzenie, zamiast przykryć ciało? - spytała.
- Zazwyczaj nie przykrywa się ciała w miejscu jego znalezienia, chyba że
zachodzi ryzyko opadów - wyjaśniła Berit. - Chodzi o ślady, chcą jak
najmniej zniszczyć. Płachtę powiesili tylko dlatego, żeby uniknąć
wścibskich spojrzeń. Sprytne, prawdę mówiąc...
Technicy i fotograf podnieśli się w tym samym momencie.
- Pora na nas - powiedziała Berit.
Wstały równocześnie z dziennikarzami, którzy siedzieli kawałek dalej.
Jak na umówiony znak wszyscy podeszli do taśmy. Fotografowie szykowali
aparaty, przygotowując obiektywy różnej długości. Kolejni dziennikarze
dołączali do grupy, Annika szybko doliczyła się pięciu fotografów i sześciu reporterów. Jeden z nich, młody mężczyzna, niósł laptopa
oznaczonego TT, jakaś kobieta miała bloczek z napisem "Sydsvenska".
Mężczyzna i kobieta otworzyli tylne drzwi furgonetki i wyciągnęli
składane nosze. Spokojnymi, metodycznymi ruchami rozłożyli je,
zabezpieczając uchwyty. Annika czuła, jak jeżą się jej włosy na rękach.
Bąbelki dwutlenku węgla zaczęły podchodzić jej do gardła i zrobiło jej
się niedobrze. Zaraz przywiozą zwłoki. Wstydziła się swojego
podniecenia.
- Możecie się nieco odsunąć? - poprosiła kobieta przy noszach.
Annika spojrzała w dół na nosze, które właśnie przejeżdżały obok niej.
Drżały, kiedy kółka pokonywały nierówności asfaltu. Na nich, w opakowaniu z folii, leżał porządnie złożony brezent z niebieską lamówką.
Do owinięcia ciała, pomyślała Annika i poczuła lodowaty dreszcz wzdłuż
kręgosłupa.
Mężczyzna i kobieta zaplątali się w taśmę policyjną. Pomarańczowo-żółta
tabliczka z napisem "Teren zamknięty" jeszcze długo kołysała się na
wietrze.
Ludzie z noszami dotarli do ciała. Mężczyzna i kobieta stali w grupie
ludzi i rozmawiali. Annika czuła, jak słońce pali ją z tyłu w ręce.
- Dlaczego to tyle trwa? - wyszeptała teatralnie do Berit.
Berit nie odpowiedziała. Annika wyciągnęła colę z torby i wypiła kilka
łyków.
- Prawda, że to straszne? - powiedziała kobieta z "Sydsvenska".
- Tak, pewnie - odparła Annika.
Wtedy niosący nosze rozpostarli brezent; niebieskoszary połyskujący
materiał migotał wśród liści. Położyli ciało młodej kobiety na noszach,
owinęli je w plastik. Nagle Annika poczuła, że łzy same cisną się jej do
oczu. Widziała niemy krzyk kobiety, jej zamglony wzrok, sine od uderzeń
piersi.
Nie wolno mi się rozkleić, pomyślała, wpatrując się w zrujnowane
nagrobki. Próbowała odczytać nazwiska, daty, ale napisy były po
hebrajsku. Litery zostały niemal zatarte przez czas i wiatr. Nagle
wszystko ucichło. Nawet ruch na Drottningholmsvägen zamarł na chwilę.
Słońce sączyło się przez ogromne korony lip i tańczyło na granicie.
Cmentarz istniał tutaj, zanim powstało miasto, pomyślała Annika. Drzewa
rosły tutaj, kiedy grzebano pierwszych zmarłych. Były wtedy mniejsze i drobniejsze, ale ich liście też wprawiały w ruch cienie na granicie, na
świeżo wykopanych grobach.
Furtki zostały otwarte, fotografowie ruszyli. Jeden z nich, przepychając
się obok Anniki, wbił jej łokieć w przeponę; na chwilę straciła oddech.
Zdziwiona zatoczyła się do tyłu i straciła nosze z oczu. Szybko się
wycofała.
Ciekawe, w którą stronę leży głowa, pomyślała. Chyba raczej nie wieźliby
jej nogami do przodu.
Fotografowie nie odstępowali noszy, idąc wzdłuż taśmy. Silniki kamer
terkotały w różnym rytmie, migały kolejne lampy błyskowe. Bertil Strand
podskakiwał z tyłu, za plecami swoich kolegów, trzymając aparat to nad
nimi, to wsuwając go między nich. Annika chwyciła się mocno tylnych
drzwi furgonetki, lakier parzył jej palce. Przez świetlne plamy
pozostawiane przez lampy błyskowe widziała, jak zbliża się worek z ciałem martwej kobiety. Kierowca furgonetki zatrzymał się dwadzieścia
centymetrów od niej. Hałasował, manipulując przy mechanizmie wózka.
Annika zauważyła, że jest spocony i zestresowany. Spojrzała w dół, na
folię.
Ciekawe, czy słońce ją ogrzało, pomyślała.
Ciekawe, kim była.
Ciekawe, czy wiedziała, że umiera.
Ciekawe, czy zdążyła poczuć strach.
Nagle zaczęły jej płynąć łzy. Puściła drzwi, odwróciła się i odeszła
kilka kroków. Ziemia się zakołysała; miała wrażenie, że zaraz
zwymiotuje.
- To ten zapach i upał - powiedziała Berit, która nagle znalazła się u jej boku. Położyła rękę na jej ramionach i odciągnęła od furgonetki.
Annika wytarła łzy.
- Teraz jedziemy do redakcji - zadecydowała Berit.
***
Patricia obudziła się z uczuciem duszności. W pokoju brakowało
powietrza, nie mogła oddychać. Powoli odzyskiwała świadomość swojego
ciała, lśniącego nagością na materacu. Kiedy podniosła lewą rękę, pot
spłynął jej na żebra i pępek.
Boże drogi, pomyślała. Potrzebuję powietrza! I wody!
Wahała się przez chwilę, czy zawołać Josefin, ale coś sprawiło, że
zmieniła zdanie. W mieszkaniu było zupełnie cicho: Jossie albo jeszcze
spała, albo już wyszła. Jęknęła i zrobiła pół obrotu, zastanawiając się,
która może być godzina. Czarne zasłonki Josefin nie wpuszczały światła
do pokoju, który tonął w zatęch łym mroku. Zalatywało potem i kurzem.
- To zły znak - powiedziała Patricia, kiedy któregoś dnia Josefin
wróciła do domu z grubym czarnym materiałem. - Nie można mieć czarnych
zasłon. Wokół okien powstaje czarna otoczka, pozytywna energia nie może
swobodnie wpływać.
Josefin się zirytowała.
- Nie zajmuj się tym - odparła. - U siebie nie musisz ich wieszać. Ale
ja przynajmniej w swoim pokoju chcę mieć ciemno. Jak, do licha, będziemy
w stanie pracować w nocy, jeśli nigdy nie będziemy mogły się wyspać,
pomyślałaś o tym?
Oczywiście Jossie postawiła na swoim, jak zwykle zresztą.
Z westchnieniem usiadła na materacu. Spodnie prześcieradło było skręcone
na środku łóżka niczym wilgotna pępowina. Zirytowana próbowała je
wygładzić.
Jossie miała zrobić zakupy, pomyślała, więc pewnie w domu nic nie ma.
Wstała, wyszła do łazienki, zrobiła siku. Potem pożyczyła sobie szlafrok
Josefin i wróciła do pokoju, żeby odsunąć zasłony. Światło kłuło ją w oczy niczym stalowe pręty. Szybko zaciągnęła je z powrotem. W zamian
otworzyła szeroko okno, stawiając doniczkę tak, żeby nie mogło się
zamknąć. Powiet rze na dworze było cieplejsze od tego wewnątrz, ale
przynajmniej nie cuchnęło.
Powoli poszła do kuchni, napełniła kufel do piwa wodą z kranu i wypiła
chciwie. Kuchenny zegar wskazywał za pięć druga, co sprawiło, że
Patricia poczuła się zadowolona. Nie przespała całego dnia, mimo że
pracowała do piątej rano.
Postawiła kufel na blacie, między pustym kartonem po pizzy i trzema
kubkami z przyschniętymi torebkami po herbacie. Jossie sprzątała
beznadziejnie. Patricia westchnęła i zaczęła zbierać naczynia, wyrzuciła
śmieci, umyła i wytarła blaty, nie myślała o niczym.
Szła właśnie pod prysznic, kiedy zadzwonił telefon.
- Jest tam Jossie?
To był Joachim. Podświadomie Patricia wyprostowała się i skupiła, chcąc
dobrze wypaść.
- Przed chwilą wstałam i prawdę mówiąc, nie wiem. Może śpi.
- Mogłabyś ją obudzić?
Odzywał się zdawkowo, ale grzecznie.
- En seguida, Joachim, zaczekaj chwilę...
Poszła na palcach korytarzem do pokoju Josefin i ostrożnie zapukała. Nie
usłyszawszy odpowiedzi, uchyliła lekko drzwi. Łóżko było tak samo
nieposłane jak wczoraj, kiedy Patricia wychodziła do pracy. Po cichu
podeszła znów do telefonu.
- Nie, niestety, chyba już wyszła.
- Dokąd? Z kimś się spotyka?
Patricia zaśmiała się nerwowo.
- Z nikim, a może z tobą? Nie wiem. Dzisiaj jej kolej robienia zakupów...
- Nocowała w domu?
Patricia starała się, żeby w jej głosie zabrzmiało oburzenie.
- Tak, oczywiście. A niby gdzie miałaby nocować?
- No właśnie, Pattan. Masz jakąś propozycję?
Odłożył słuchawkę w momencie, gdy Patricia uświadomiła sobie, że jest
wściekła. Nienawidziła, kiedy ją tak nazywał. Robił to, żeby ją
upokorzyć. Nie lubił jej. Uważał, że stoi między nim a Josefin.
Wróciła po cichu do sypialni Josefin i zajrzała do pokoju. Łóżko
rzeczywiście wyglądało tak jak wczoraj, narzuta leżała na podłodze po
lewej stronie, a na poduszce czerwony kostium kąpielowy Josefin.
Jossie nie wróciła wczoraj do domu.
Ta myśl napełniła ją niepokojem.
Powietrze przy wejściu do redakcji uderzyło ich niczym mokry, zimny
ręcznik. Wilgoć skrząca się na marmurowej posadzce sprawiała, że spiżowe
popiersie założyciela gazety lśniło. Annikę przeszył dreszcz, czuła, że
zgrzyta zębami.
W głębi, w oszklonej recepcji, siedział portier, Tore Brand, i narzekał.
- Wam to dobrze! - zawołał, kiedy mała grupka minęła go w drodze do
wind. - Możecie wyjść i odtajać od czasu do czasu. Tutaj jest tak zimno,
że musiałem wyciągnąć piecyk, żeby nie odmrozić sobie stóp.
Annika próbowała się uśmiechnąć, ale nie była w stanie. Tore Brand
dostał w tym roku urlop dopiero w sierpniu, co uznał za
niesprawiedliwość graniczącą z szykanami.
- Muszę do kibelka - powiedziała Annika. - Jedźcie na górę.
Wyminęła klatkę Torego Branda i poczuła, że znów ukradkiem palił na
swoim posterunku. Po chwili wahania wybrała toaletę dla
niepełnosprawnych zamiast damskiej, żeby nie musieć się tłoczyć z innymi
spoconymi kobietami przy umywalce. Chciała mieć spokój.
Zrzędliwy głos Torego Branda towarzyszył jej w toalecie. Zamknęła drzwi,
przekręciła do góry klamkę i spojrzała na swoje odbicie w lustrze.
Rzeczywiście wyglądała okropnie. Twarz jej płonęła, miała czerwone oczy.
Przesunęła wajchę kranu w lewo, schyliła się, odgarnęła włosy i pozwoliła chłodnej wodzie spływać po karku. Porcelana była lodowato
zimna w zetknięciu z czołem. Strumyk wody ściekał jej wzdłuż kręgosłupa.
Dlaczego się na to narażam? - pomyślała. Dlaczego nie leżę na trawie nad
Tallsjön i nie czytam "Świata Kobiet"?
Wcisnęła czerwony guzik suszarki do rąk i odciąg nąwszy dekolt bluzki,
próbowała wysuszyć pachy. Nie bardzo jej to szło.
Miejsce Anne Snapphane było puste, kiedy Annika weszła do redakcji. Dwa
kubki z zaschłymi śladami po kawie stały na biurku, ale cola zniknęła.
Annika wyciągnęła z tego wniosek, że Anne została oddelegowana do
jakiegoś zadania.
Berit stała i rozmawiała z Gwoździem w dziale wiadomości. Annika osunęła
się na krzesło, pozwalając, żeby torba upadła na podłogę. Kręciło się
jej w głowie, była wykończona.
- No i jak było?! - zawołał Gwóźdź, patrząc wyzywająco w jej kierunku.
Annika wygrzebała pospiesznie swój bloczek i podeszła do biurka.
- Młoda, naga, plastikowe cyce - powiedziała. - Dużo makijażu. Płakała.
Żadnego widocznego rozkładu, nie leżała tam zbyt długo. Żadnych ubrań w pobliżu, o ile mogłam się zorientować.
Spojrzała znad notesu. Gwóźdź kiwał głową zachęcająco.
- Proszę, proszę. Jacyś przerażeni mieszkańcy?
- Dwudziestodziewięcioletnia matka o imieniu Daniella. Już nigdy nie
będzie chodziła przez park wieczorem. "To mogłam być ja", powiedziała.
Gwóźdź zanotował i pokiwał głową z uznaniem.
- Wiadomo, kto to jest?
Annika zacisnęła usta i potrząsnęła przecząco głową.
- O ile wiem, to nie.
- Miejmy nadzieję, że wieczorem podadzą nazwisko. Nic więcej nie
widziałaś? Może ktoś wie, gdzie mieszkała czy cokolwiek?
- Czy miała adres wytatuowany na czole, o to pytasz? Przykro mi...
Annika uśmiechnęła się, Gwóźdź nie odwzajemnił uśmiechu.
- Okej. Berit, opisz pościg policji za mordercą, dowiedz się, kim była
dziewczyna, dotrzyj do rodziny. Annika, opisz przerażoną mamuśkę i sprawdź wycinki dotyczące poprzedniego morderstwa.
- Mam wrażenie, że przyjdzie nam ze sobą współpracować - powiedziała
Berit. - Annika ma informacje z miejsca morderstwa, których ja nie mam.
- Róbcie, jak chcecie. Muszę mieć przed naradą o szóstej sprawozdanie z tego, co wam się udało ustalić.
Obrócił się na krześle, podniósł słuchawkę i wybrał numer. Berit
zamknęła notes i ruszyła w kierunku swojego miejsca.
- Wyciągnęłam wycinki - rzuciła przez ramię. - Możemy przejrzeć je
razem.
Annika pożyczyła krzesło stojące przy sąsiednim biurku. Berit wyjęła
plik pożółkłych kartek z koperty opatrzonej napisem "Morderstwo Evy".
Najwyraźniej miało ono miejsce, zanim redakcja została skomputeryzowana.
- Wszystko, co działo się dawniej niż dziesięć lat temu, znajduje się w archiwum dokumentów pisanych - wyjaśniła.
Annika wzięła do ręki złożoną kartkę, papier wydawał się kruchy i sztywny. Powiodła wzrokiem po stronie. Czcionka użyta w nagłówku wydała
się jej bardzo szeroka i staroświecka, druk był dość kiepski.
Czarno-białe zdjęcie na cztery szpalty pokazywało park od północnej
strony.
- Dobrze pamiętałam - powiedziała Berit. - Szła po schodach na górę,
gdzieś w połowie drogi spotkała kogoś, kto był w drodze na dół. Dalej
już nie doszła. Sprawa tego morderstwa do dziś pozostała nierozwiązana.
Usiadły po obu stronach biurka Berit i zagłębiły się w starych
artykułach. Annika zauważyła, że wiele z nich napisała Berit. Morderstwo
młodej Evy rzeczywiście pod wieloma względami przypominało dzisiejsze.
W gorący letni wieczór, dobre dwanaście lat temu, Eva podchodziła pod
strome zbocze będące przedłużeniem Inedalsgatan. Znaleziono ją dokładnie
obok siedemnastego stopnia, półnagą i uduszoną.
Tuż po samym zdarzeniu ukazało się wiele artykułów, przeważnie długich,
zdjęcia też były duże i zamieszczone na górze strony. Były relacje z dochodzenia i protokół z obdukcji, wywiady z pobliskimi mieszkańcami i przyjaciółmi zamordowanej. Jeden artykuł nosił tytuł Zostawcie nas w spokoju. Rodzice Evy apelowali o coś do kogoś, pełni powagi obejmowali
się, patrząc prosto w obiektyw aparatu. Odbywały się demonstracje
przeciwko bezsensownej przemocy, przeciwko przemocy wobec kobiet i przeciwko przemocy młodzieży, było nabożeństwo dla uczczenia pamięci
dziewczyny w Kungsholmskyrkan i góra kwiatów na miejscu zbrodni.
Dziwne, że nic z tego nie pamiętam, pomyślała Annika. Miałam już wtedy
tyle lat, że powinnam była odnotować takie zdarzenie.
Im więcej czasu mijało od morderstwa, tym krótsze stawały się artykuły.
Mniej było zdjęć, które lądowały coraz niżej na stronie. Notatka w trzy
i pół roku po zabójstwie Evy informowała lakonicznie, że ktoś został
zatrzymany i przesłuchany, a następnie zwolniony. Potem wszystko
ucichło.
Teraz jednak Eva znów trafiła na pierwsze strony, w dwanaście lat po
swojej śmierci. Analogia była oczywista.
- Co robimy? - zastanawiała się Annika.
- Krótko zreferujemy sprawę - powiedziała Berit. - W tej chwili niewiele
więcej możemy zrobić. Opiszemy, co mamy: ty zajmiesz się tą mamuśką, ja
Evą. Potem pewnie włączą się już kryminalni, wtedy spróbujemy podzwonić.
- Musimy się spieszyć? - spytała Annika.
Berit uśmiechnęła się.
- Niespecjalnie. Artykuł powinnyśmy dostarczyć do jutra rana, do
czwartej czterdzieści pięć. Oczywiście dobrze będzie, jeśli uda nam się
skończyć nieco wcześniej, początek już mamy.
- Co zostanie z tych dwóch artykułów?
Berit wzruszyła ramionami.
- Może w ogóle się nie ukażą, nigdy nie wiadomo. To zależy od tego, co
się wydarzy na świecie i czy wystarczy papieru.
Annika skinęła głową. Liczba stron często decydowała o tym, czy
przyjmowano artykuł, czy nie, tak było też w jej poprzedniej redakcji, w "Katrineholms-Kuriren". W środku lata kierownictwo gazety często
oszczędzało papier, po części dlatego, że liczba zamieszczanych ogłoszeń
w lipcu gwałtownie spadała, ale też dlatego, iż rzadko coś się działo.
Liczba stron zwiększała się albo zmniejszała zawsze o cztery, ponieważ
właśnie cztery strony mieściły się na kliszy drukarskiej.
- Sądzę, że trafimy na pierwszą stronę - powiedziała Berit. - Najpierw
damy informację o samym zdarzeniu, o morderstwie, o śledztwie, parę słów
o dziewczynie, kim była, to znaczy jeśli poznamy jej nazwisko. Potem
przypomnienie morderstwa Evy, twoja scenka z przerażoną matką i na
koniec może jeszcze artykuł o Sztokholmie, mieście strachu. Pewnie tak
zrobimy.
Annika przerzucała wycinki.
- Jak długo tu pracujesz, Berit? - spytała.
Koleżanka westchnęła i zaśmiała się.
- Niedługo minie dwadzieścia pięć lat. Byłam niewiele starsza od ciebie,
kiedy tu przyszłam.
- Zawsze byłaś reporterką kryminalną?
- Nie, skądże. Najpierw pisałam o zwierzętach i gotowaniu. Potem przez
jakiś czas, na początku lat osiemdziesiątych, byłam reporterką
polityczną, wtedy kobiety na takich stanowiskach były dobrze widziane.
Potem jakiś czas pracowałam w dziale zagranicznym. No, a teraz jestem
tutaj.
- Gdzie czułaś się najlepiej? - dopytywała się Annika.
- Najbardziej lubię pisać, ustalać fakty, dociekać prawdy. Świetnie się
czuję tutaj, w dziale kryminalnym. W dużej mierze sama o sobie decyduję,
często podejmuję własne tematy. Możesz mi podać te wycinki? Dziękuję.
Annika wstała i poszła na swoje miejsce. Anne Snapphane jeszcze nie
wróciła. Miało się wrażenie, że jest pusto i cicho, kiedy jej tu nie
było.
Mac Anniki przeszedł w stan uśpienia, podskoczyła na ostry dźwięk, który
wydał, kiedy ponownie się włączył. Szybko zapisała, co powiedziała jej
Daniella Hermansson, wstęp, tekst zasadniczy, podpisy pod zdjęcia. Potem
wysłała artykuł do tak zwanej redakcyjnej puszki. Gotowe! Udało się!
Właśnie miała wstać i pójść po kawę, kiedy zabrzęczał telefon. Dzwoniła
Anne Snapphane.
- Jestem na lotnisku w Visby! - krzyczała. - Podobno było jakieś
morderstwo w parku?
- I to nie byle jakie - powiedziała Annika. - Naga i uduszona
dziewczyna. Co robisz na Gotlandii?
- Pożary lasów. Cała wyspa płonie jak wióry.
- Cała - powtórzyła niczym echo Annika, śmiejąc się. - Czy prawie cała?
- To szczegóły. Nie będzie mnie do jutra, co najmniej. Nakarmisz koty?
- Jeszcze ich nie wywiozłaś? - spytała Annika kwaśno.
- Ciągnąć dwa kociaki sto mil w taki upał? To znęcanie się nad
zwierzętami! Mogłabyś też zmienić im żwirek w kuwecie?
- Dobrze, dobrze...
Rozłączyły się.
Dlaczego nigdy nie potrafię odmówić? - pomyślała Annika i westchnęła.
Przyniosła kawę, kupiła też puszkę wody ramlösa w bufecie i z aluminiową
puszką w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej przechadzała się
niespokojnie po redakcji. Klimatyzacja nie dawała już rady i powietrze
było tylko trochę chłodniejsze niż na zewnątrz. Gwóźdź rozmawiał przez
telefon, jakżeby inaczej, dwie duże plamy potu wykwitły mu pod pachami.
Bertil Strand stał przy stole montażowym i rozmawiał z Pellem
Oscarssonem, odpowiedzialnym za materiał zdjęciowy. Podeszła do nich.
- To zdjęcia z Kronobergsparken?
Pelle Oscarsson kliknął dwa razy ikonę na swoim dużym monitorze. Głęboka
zieleń parku wypełniła całą powierzchnię. Ostre światło słoneczne
odcisnęło na niej plamy. Nagrobki z granitu zawieszone były między
kutymi prętami parkanu. Widać było nogę kobiety, od biodra do stopy,
pośrodku zdjęcia.
- Cholernie dobre, może nawet trochę zbyt mocne - powiedziała Annika
spontanicznie.
- W takim razie popatrz na to - zauważył Foto-Pelle i wszedł myszą na
inną ikonę.
Annika wzdrygnęła się, kiedy napotkała wzrokiem zamglone oczy kobiety.
- To te pierwsze zdjęcia - wtrącił Bertil Strand. - Dobrze, że zdążyłem
się odsunąć, prawda?
Annika przełknęła ślinę.
- A Daniella Hermansson? - spytała.
Foto-Pelle kliknął trzecią ikonę. Zdenerwowana Daniella z Pędraczkiem na
ręku patrzyła przestraszona w stronę parku.
- Super - oceniła Annika.
- "To mogłam być ja" - powiedział Foto-Pelle.
- Skąd wiesz, że właśnie tak powiedziała? - zdziwiła się.
- Zawsze tak mówią w naszych podpisach pod zdjęciami - wyjaśnił Pelle i westchnął.
Annika poszła dalej.
Wszystkie drzwi w dziale kierownictwa były zamknięte. Redaktora
naczelnego w ogóle dzisiaj nie widziała. Właściwie to przez cały tydzień
był ledwie widoczny, doszła do wniosku. Ludzie z zespołu redagującego
jeszcze się nie pojawili. Faceci odpowiadający za layout gazety zwykle
zaczynali napływać po siódmej wieczorem, opaleni i ospali po całym
popołudniu spędzonym w R?lambshovsparken. Zwykle zaczynali noc od wlania
w siebie litra czarnej kawy, potem chwilę kłócili się o błędy, które,
jak twierdzili, zostały popełnione w poprzednim numerze, a potem siadali
do pracy. Żonglowali tytułami, skracali teksty i tłukli w klawisze
swoich maców, do chwili gdy o szóstej rano gazeta szła do druku. Annika
trochę się ich bała. Byli głośni i dość obcesowi, nieco cyniczni z tendencją do szufladkowania wszystkiego, ale ich umiejętności i profesjonalizm wprawiały w zdumienie. Wielu z nich żyło dla gazety:
pracowali cztery noce, potem mieli cztery noce wolne, i tak rok za
rokiem. Ten sam grafik obowiązywał w Boże Narodzenie, Wielkanoc, w noc
świętojańską: cztery noce w pracy, cztery wolne. Annika nie mogła pojąć,
jak to wytrzymywali.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki