Annika Bengtzon (tom 5). Czerwona wilczyca - Liza Marklund

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

ZAWSZE Z TRU­DEM ZNO­SIŁ widok krwi. Miało to coś wspól­nego z jej kon­sy­sten­cją. Była gęsta, pul­so­wała. Zda­wał sobie sprawę, że to nie­ra­cjo­nalne, zwłasz­cza w jego sytu­acji. Ostat­nio krew zaczęła poja­wiać się w jego snach, zaska­ki­wała go obra­zami, które wymy­kały się spod kon­troli.

Spoj­rzał na swoje ręce i stwier­dził, że ma na nich ciem­no­czer­woną ludzką krew. Kapała mu na spodnie, jesz­cze cie­pła i lepka. Czuł jej zapach. Cof­nął się i w panice pró­bo­wał ją z sie­bie strzą­snąć.

- Jeste­śmy na miej­scu.

Głos dotarł do niego przez cienką błonkę snu, krew nagle zni­kła. Na­dal jed­nak było mu nie­do­brze. Przez otwarte drzwi auto­busu wtar­gnęło do środka zimne powie­trze. Kie­rowca uniósł ramiona w darem­nym geście obrony przed chło­dem.

- A może chce mi pan towa­rzy­szyć do garażu?

Pozo­stali pasa­że­ro­wie opu­ścili już jadący z lot­ni­ska auto­bus. Wstał z tru­dem, zgięty wpół z bólu. Się­gnął po leżący obok worek mary­nar­ski i wymam­ro­tał:

- Merci beau­coup.

Dotknął sto­pami ziemi, poczuł ude­rze­nie, jęk­nął. Oparł się na moment o oszro­nioną karo­se­rię pojazdu, prze­cią­gnął ręką po czole.

W stronę przy­stanku zmie­rzała kobieta. Na gło­wie miała robioną na dru­tach weł­nianą czapkę. Mija­jąc go, zatrzy­mała się, sta­nęła tuż obok jego mary­nar­skiego worka. Spoj­rzała na niego, auten­tycz­nie zanie­po­ko­jona. Pochy­liła się nad nim, jej plecy wygięły się w łuk.

- Coś się stało? Potrze­buje pan pomocy?

Zare­ago­wał gwał­tow­nie, mach­nął jej ręką przed nosem.

- Lais­sez moi! - powie­dział zde­cy­do­wa­nie za gło­śno. Dyszał z wysiłku.

Kobieta nie poru­szyła się. Zamru­gała oczami, usta wciąż miała na wpół otwarte.

- ?tes-vous sourde? J'ai déja dit lais­sez-moi!

Kobieta posłała mu pełne urazy spoj­rze­nie, jej twarz się skur­czyła. Patrzył na jej przy­sa­dzi­stą, sze­roką syl­wetkę, kiedy z wyła­do­wa­nymi pla­sti­ko­wymi tor­bami ruszyła cięż­kim kro­kiem w stronę przy­stanku trójki.

Cie­kawe, czy tak wła­śnie brzmię, prze­szło mu przez myśl. Kiedy mówię po szwedzku.

Nagle uświa­do­mił sobie, że for­mu­łuje myśli w ojczy­stym języku.

Indépendance, pomy­ślał, zmu­sza­jąc mózg do powrotu do fran­cu­skiego. Je suis mon pro­pre maître...

Kobieta burk­nęła coś gniew­nie i wsia­dła do auto­busu.

Kolejne auto­busy ruszały w drogę, opróż­nia­jąc Stor­ga­tan z ludzi, a on stał w opa­rach spa­lin i wsłu­chi­wał się w chłodną ciszę, chło­nął pozba­wione cieni świa­tło.

Ni­gdzie na ziemi kosmos nie wyda­wał mu się tak bli­ski jak tutaj, za krę­giem polar­nym. Gdy dora­stał, uwa­żał tę pustkę za coś oczy­wi­stego. Nie poj­mo­wał, co jest takiego nie­sa­mo­wi­tego w tym, że się mieszka na dachu świata. Teraz już wie­dział. Widział samot­ność i nie­koń­czące się prze­strze­nie tak wyraź­nie, jakby były wyryte w tych uli­cach, w bla­sza­nych domach i zamar­z­nię­tych świer­kach. Tak dobrze mu znane, a jed­no­cze­śnie tak obce.

Trudno tu żyć, pomy­ślał, znów po szwedzku. Zamar­z­nięte mia­sto, żyjące z pań­stwa i ze stali.

I zaraz potem: Tak jak ja.

Ostroż­nie prze­rzu­cił pasek worka przez ramię i pierś i ruszył w stronę Hotelu Miej­skiego. Fasada budynku z prze­łomu wie­ków wyglą­dała dokład­nie tak, jak ją pamię­tał. Czy coś się zmie­niło w środku, nie był w sta­nie oce­nić. Kiedy ostat­nio był w Lule?, nie miał oka­zji odwie­dzić tej ostoi miesz­czań­stwa.

Recep­cjo­ni­sta przy­wi­tał star­szego pana z roz­tar­gnioną grzecz­no­ścią. Dał mu pokój na dru­gim pię­trze, poin­for­mo­wał, o któ­rej podają śnia­da­nie, wrę­czył pla­sti­kową kartę z paskiem magne­tycz­nym otwie­ra­ją­cym drzwi i natych­miast o nim zapo­mniał.

W morzu ludzi czło­wiek staje się nie­mal nie­wi­doczny, pomy­ślał. Podzię­ko­wał łamaną angielsz­czy­zną i skie­ro­wał się w stronę wind.

Pokój miał jakiś ory­gi­nalny, nieco wsty­dliwy urok. Loka­li­za­cja i cena miały świad­czyć o luk­su­sie i tra­dy­cji, ale lodo­wato zimne kafle i kopie sty­lo­wych mebli sta­no­wiły jedy­nie deko­ra­cję, zza któ­rej widać było brudne okna i wybla­kłe tapety.

Usiadł na chwilę na łóżku, wpa­trzony w zapa­da­jący zmrok. Czy może to już świt?

Widok na morze, któ­rym hotel chwa­lił się na stro­nie inter­ne­to­wej, oka­zał się wido­kiem na szarą wodę, drew­nianą budę w por­cie, neon i duży dach z czar­nej papy.

Zaczął go morzyć sen; otrzą­snął się, żeby odzy­skać jasność umy­słu. I znów sobie uświa­do­mił, że z jego wnę­trza sączy się odór. Wstał i otwo­rzył worek. Pod­szedł do biurka i zaczął na nim usta­wiać lekar­stwa, zaczął od table­tek prze­ciw­bó­lo­wych. Potem poło­żył się na łóżku i mdło­ści zaczęły powoli ustę­po­wać.

Więc naresz­cie jest na miej­scu.

La mort est ici.

Śmierć jest tutaj.

Wto­rek, 10 listo­pada

ANNIKA BENGT­ZON zatrzy­mała się w progu redak­cji, zamru­gała oczami w ostrym bia­łym świe­tle jarze­nió­wek. Ude­rzyły ją znane dźwięki: szum fak­sów, ska­ne­rów, lek­kie ude­rze­nia krótko obcię­tych paznokci o kla­wia­turę. Ludzie kar­mili maszyny tek­stami, obra­zami, lite­rami, pole­ce­niami, napeł­niali ich cyfrowe brzu­chy bez nadziei, że kie­dy­kol­wiek się nasycą.

Zaczerp­nęła tchu i ruszyła przed sie­bie. Przy stole redak­cyj­nym w dziale wia­do­mo­ści pra­co­wano w mil­czą­cym sku­pie­niu. Gwóźdź, szef wyda­nia, sie­dział z nogami skrzy­żo­wa­nymi na stole i prze­glą­dał papiery. Jego zastępca prze­la­ty­wał wzro­kiem migo­czący tekst na moni­to­rze kom­pu­tera i miał coraz bar­dziej czer­wone oczy. Reu­ters, fran­cu­ska agen­cja AFP, Asso­cia­ted Press i TTA, i TTB, ser­wisy kra­jowe i zagra­niczne, sport, gospo­darka, nie­koń­czący się stru­mień infor­ma­cji i tele­gra­mów z całego świata. Jesz­cze nie było sły­chać pod­nie­co­nych okrzy­ków, gło­śno obwiesz­cza­nego entu­zja­zmu ani jęków prze­ra­że­nia, bo gdzieś na świe­cie stało się coś złego, ani prze­rzu­ca­nia się argu­men­tami za takim czy innym pomy­słem.

Minęła ich, nie zauwa­ża­jąc nikogo. Sama też pozo­stała nie­zau­wa­żona.

I nagle głos, pyta­nie prze­ci­na­jące naelek­try­zo­waną ciszę:

- Znów gdzieś jedziesz?

Wzdry­gnęła się i odru­chowo zro­biła krok w bok. Rzu­ciła Gwoź­dziowi nie­pewne spoj­rze­nie, ośle­piło ją świa­tło ener­go­osz­częd­nej żarówki.

- W gra­fiku jest napi­sane, że po połu­dniu lecisz do Lule?.

Róg redak­cyj­nego stołu wbił jej się w udo, gdy zbyt gwał­tow­nie skrę­ciła w stronę swo­jego szkla­nego boksu. Zatrzy­mała się i zamknęła na chwilę oczy. Poczuła, jak torba ześli­zguje się jej z ramie­nia, odwró­ciła się.

- Może, a co?

Ale Gwóźdź zdą­żył już znik­nąć, zosta­wia­jąc ją samą na środku redak­cyj­nego morza, wśród roz­bie­ga­nych spoj­rzeń i jęków elek­tro­niki. Obli­zała wargi, pod­cią­gnęła torbę, poczuła iro­niczne spoj­rze­nia przy­kle­jone do jej nylo­no­wej kurtki.

Roz­wi­nąć żagle i przeć do przodu. Szklane akwa­rium było coraz bli­żej. Otwo­rzyła roz­su­wane drzwi i z ulgą skryła się za zmię­tymi zasło­nami. Zasu­nęła drzwi i oparła głowę o chłodne szkło.

Pokój jej zosta­wili.

Trwałe ele­menty rze­czy­wi­sto­ści nabie­rały z cza­sem coraz więk­szego zna­cze­nia, czuła to wyraź­nie. Zresztą nie odno­siło się to tylko do niej, ale do więk­szo­ści ludzi. Gdy powsta­wał chaos, gdy wojna zmie­niała cha­rak­ter, trzeba było spoj­rzeć w prze­szłość i wycią­gnąć wnio­ski.

Poło­żyła torbę i kurtkę na kana­pie dla gości i włą­czyła kom­pu­ter. Dzien­ni­kar­stwo infor­ma­cyjne wydało jej się nagle odle­głe, mimo że prze­cież znaj­do­wała się w samym środku jego pul­su­ją­cego elek­tro­nicz­nego serca. Sprawy, które dzi­siaj były na ustach wszyst­kich, jutro zostaną zapo­mniane. Nie miała siły śle­dzić infor­ma­cji AP ENPS, infor­ma­cyjnego mon­strum epoki cyfro­wej.

Prze­cią­gnęła ręką po wło­sach.

Może po pro­stu jest zmę­czona?

Oparła brodę na dło­niach i cze­kała spo­koj­nie, aż pro­gramy się zała­dują. Potem wybrała potrzebne jej mate­riały. Uwa­żała, że są inte­re­su­jące; nie­stety redak­cyjna weł­niana ławica nie zawsze podzie­lała jej entu­zjazm.

Przy­po­mniała sobie Gwoź­dzia, jego głos uno­szący się nad redak­cyj­nym morzem.

Zebrała notatki i zaczęła szy­ko­wać pre­zen­ta­cję.

* * *

Klatka scho­dowa była pogrą­żona w mroku. Chło­piec zamknął za sobą drzwi i nasłu­chi­wał w napię­ciu. Na pię­trze, na któ­rym miesz­kali Anders­so­no­wie, wiatr jak zwy­kle zawo­dził w nie­szczel­nych oknach, gdzieś grało radio. Poza tym było cicho.

Jesteś cykor, pomy­ślał. Tu nic nie ma. Głu­pek.

Chwilę stał bez ruchu. W końcu zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ruszył do wyj­ścia.

Praw­dziwy wojow­nik nie przej­mo­wałby się takimi pier­do­łami. On był w tym mistrzem. Cruel Devil był bli­ski prze­obra­że­nia się w Tesla­tron God. Wie­dział, że pod­czas walki ni­gdy nie wolno się wahać.

Otwo­rzył bramę, żało­sny jęk zawia­sów. Nie­koń­czące się opady śniegu spra­wiły, że już po kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach drzwi napo­tkały opór; naj­wy­raź­niej nikt jesz­cze nie odśnie­żał. Sam prze­śli­zgnął się z łatwo­ścią, ale ple­cak utknął w drzwiach; nie­ocze­ki­wane szarp­nię­cie roz­zło­ściło go tak bar­dzo, że omal się nie roz­pła­kał. Cią­gnął, aż poczuł, że coś pękło. Do dia­bła z tym!

Ruszył i natych­miast się pośli­zgnął, zama­chał wście­kle rękami, żeby utrzy­mać rów­no­wagę. Wylą­do­wał na końcu schod­ków, spoj­rzał w górę przez pada­jące płatki śniegu i zamarł.

Niebo roz­ja­śniło nie­bie­skie świa­tło. Wiro­wało nad czarną otchła­nią, poja­wiało się nad nią i zni­kało, poja­wiało się i zni­kało.

Już tu są, pomy­ślał, i poczuł, jak coś go ści­ska za gar­dło. Są tu, naprawdę.

Wstał i pod­szedł do zepsu­tej kosiarki, nie­mal nie­wi­docz­nej pod śnie­giem. Czuł, jak mu wali serce, coraz szyb­ciej i szyb­ciej, łup, łup, łup. Zaci­snął powieki z całych sił.

Nie chciał widzieć. Nie odważy się podejść i spoj­rzeć z bli­ska.

Stał i nasłu­chi­wał. Czuł, jak żel w jego wło­sach sztyw­nieje na mro­zie. Płatki śniegu padały mu na nos. Dźwięki spo­wi­jała biała mięk­kość śniegu, huk sta­lowni nie­mal tu nie docie­rał.

I wtedy usły­szał głosy. Ktoś roz­ma­wiał. Odgłos sil­nika, samo­chód, jeden, może dwa.

Otwo­rzył oczy naj­sze­rzej, jak potra­fił, i zer­k­nął przez płot na boisko.

Poli­cjanci, pomy­ślał. Poli­cjanci nie są groźni.

Zanim odważy się wyjść na drogę, musi tro­chę ochło­nąć. Rozej­rzał się ostroż­nie.

Dwa radio­wozy i karetka. Męż­czyźni: pewni sie­bie, wypro­sto­wani, sze­rocy w ramio­nach. W mun­du­rach, z pasami.

Broń, pomy­ślał chło­piec. Pisto­lety. Pach, pach i zostaje tylko popiół.

Stali i roz­ma­wiali, cho­dzili, coś sobie poka­zy­wali. Jeden z nich miał taśmę, wła­śnie zaczął ją roz­wi­jać. Jakaś dziew­czyna zamknęła drzwi karetki i usia­dła na miej­scu pasa­żera.

Spo­dzie­wał się, że zaraz usły­szy syrenę, ale nic takiego nie nastą­piło.

Nie ma sensu się spie­szyć do szpi­tala.

Prze­cież on nie żyje, pomy­ślał chło­piec. Nie mogłem nic zro­bić.

Teraz przy­spie­sza­jący auto­bus było sły­chać wyraź­niej. Zoba­czył, jak jedynka prze­jeż­dża za pło­tem, i pomy­ślał, że, kur­czę, uciekł mu auto­bus, a facet od matmy zawsze się zło­ści, kiedy ktoś się spóź­nia.

Powi­nien się pospie­szyć. Powi­nien biec.

Ale wciąż stał. Nogi odma­wiały mu posłu­szeń­stwa, może wie­działy, że nie powi­nien wycho­dzić na drogę, bo mogą nad­je­chać samo­chody, te duże, w kolo­rze złota.

Padł na kolana, ręce mu drżały, zaczął pła­kać. Cykor, cykor. Ale nie mógł prze­stać.

- Mamo - wyszep­tał. - Nie chcia­łem na to patrzeć.

Redak­tor naczelny Anders Schy­man roz­wi­nął wydruk z danymi o nakła­dzie gazety i poło­żył go przed sobą na stole kon­fe­ren­cyj­nym. Był pod­nie­cony, dło­nie miał lekko wil­gotne. Wie­dział, co za chwilę zoba­czy. Znał wyniki ana­liz i był poru­szony. Aż się zaru­mie­nił.

To naprawdę działa. Pora­dzili sobie.

Powoli zaczerp­nął powie­trza. Poło­żył dło­nie na stole, wychy­lił się do przodu i jesz­cze raz spo­koj­nie wszystko prze­my­ślał.

Nowy kie­ru­nek dzia­łal­no­ści infor­ma­cyj­nej zna­lazł odzwier­cie­dle­nie zarówno we wzro­ście nakładu, jak i w sytu­acji finan­so­wej. Miał to przed sobą czarno na bia­łym. Redak­cja funk­cjo­no­wała, roz­cza­ro­wa­nie po wpro­wa­dze­niu oszczęd­no­ści minęło, ludzie byli zmo­ty­wo­wani, zespół zgrany.

Obszedł lśniący drew­niany stół z orze­cha, prze­cią­gnął pal­cami po bla­cie. Ładny mebel. Ale zasłu­żył na niego. Jego nowa poli­tyka per­so­nalna oka­zała się słuszna.

Cie­kawe, czy ktoś inny by sobie z tym pora­dził, zasta­na­wiał się. I wie­dział, że nie. Jego kom­pe­ten­cje w końcu na coś się przy­dały.

Umowa, którą wyne­go­cjo­wał z dru­kar­nią, obni­żyła koszty o osiem pro­cent. W skali roku ozna­czało to dla wła­ści­cieli kon­cernu milio­nowe oszczęd­no­ści. Koniunk­tura wpły­nęła na obniżkę cen papieru, co w żad­nej mie­rze nie było jego zasługą, ale przy­czy­niło się do roz­woju firmy. Zatrud­nie­nie nowego szefa sprze­daży przy­nio­sło wzrost liczby ogło­szeń. W ciągu ostat­nich trzech kwar­ta­łów udało im się ode­brać klien­tów zarówno pra­sie poran­nej, jak i mediom elek­tro­nicz­nym.

A kto prze­for­so­wał zwol­nie­nie sta­rego ramola, który się zacho­wy­wał tak, jakby na­dal sprze­da­wał ogło­sze­nia w lokal­nej gaze­cie w Bor?s?

Uśmiech­nął się do sie­bie.

Naj­waż­niej­szy jest jed­nak wzrost sprze­daży, mię­dzy innymi wydań spe­cjal­nych. Nie chciał się cie­szyć na wyrost, żeby nie zape­szyć, ale wyglą­dało na to, że za rok mogą prze­go­nić "Kon­kur­ren­ten". No, może jesz­cze nie za rok, ale za dwa na pewno.

Redak­tor naczelny prze­cią­gnął się, roz­ma­so­wał dół krę­go­słupa. Po raz pierw­szy od chwili, kiedy prze­szedł do "Kvällspressen", był naprawdę zado­wo­lony. Tak wła­śnie wyobra­żał sobie swoją pracę.

Zajęło mi to pra­wie dzie­sięć lat, pomy­ślał. Cho­lera.

- Mogę wejść? - spy­tała Annika Bengt­zon przez redak­cyjny tele­fon.

Schy­man poczuł, że nagle serce zamiera mu w piersi, magia pry­ska. Wziął kilka głę­bo­kich odde­chów, wró­cił do biurka, wci­snął czarny guzik i odpo­wie­dział:

- Jasne.

Patrząc w stronę rosyj­skiej amba­sady, cze­kał, aż usły­szy za drzwiami ner­wowe kroki repor­terki. Suk­ces gazety przy­niósł mu sza­cu­nek pra­cow­ni­ków. Prze­stali go bez prze­rwy nacho­dzić w gabi­ne­cie, po czę­ści wyni­kało to pew­nie z nowej orga­ni­za­cji pracy. Czte­rech wszech­mo­gą­cych kie­row­ni­ków wyda­nia pra­co­wało na zmiany, sze­fu­jąc wszyst­kim dzia­łom. Dokład­nie tak, jak to sobie wymy­ślił. Prze­ka­za­nie wła­dzy w dół nie osła­biło go, ale para­dok­sal­nie wzmoc­niło jego pozy­cję. Zamiast bez prze­rwy besz­tać ludzi, spra­wo­wał teraz wła­dzę przez swo­ich namiest­ni­ków.

Annika Bengt­zon, była sze­fowa działu kry­mi­nal­nego, dostała pro­po­zy­cję wej­ścia do czwórki. Odmó­wiła. Strasz­nie się wtedy pokłó­cili. Już wcze­śniej dał jej do zro­zu­mie­nia, że ma wobec niej poważne plany. Widział ją w trójce swo­ich zastęp­ców, chciał jak naj­szyb­ciej włą­czyć ją do spe­cjal­nego pro­jektu, który miał przy­nieść dal­szy roz­wój gazety. Sta­no­wi­sko szefa wyda­nia miało być jedy­nie pierw­szym kro­kiem, ale Annika się nie zgo­dziła.

- Nie zmu­szę cię - powie­dział jej wtedy, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony.

- Pró­bo­wać zawsze możesz - odpo­wie­działa, patrząc na niego swoim nie­prze­nik­nio­nym wzro­kiem.

Nale­żała do tych nie­wielu osób, które na­dal miały swo­bodny dostęp do jego gabi­netu. Jej szcze­gólna pozy­cja wią­zała się z medial­nym cyr­kiem, który roz­pę­tał się w Boże Naro­dze­nie zeszłego roku. Jakiś sza­le­niec wziął ją za zakład­niczkę i prze­trzy­my­wał w tunelu. I wtedy sprze­daż wresz­cie prze­stała spa­dać, wszyst­kie ana­lizy poka­zy­wały to wyraź­nie. Czy­tel­nicy wró­cili do "Kvällspressen", zwa­bieni histo­rią matki dwojga dzieci, która przez całą noc była zakład­niczką Zama­chowca. Nic dziw­nego, że po tej histo­rii długo obcho­dzono się z nią bar­dzo deli­kat­nie. To, jak sobie pora­dziła, i zain­te­re­so­wa­nie mediów jej uwol­nie­niem zro­biło wra­że­nie nawet na zarzą­dzie. Nie tylko sobie pora­dziła, ale także zażą­dała, żeby kon­fe­ren­cja pra­sowa odbyła się w redak­cji "Kvällspressen". Pre­ze­sowi zarządu Her­ma­nowi Wen­ner­gre­nowi opa­dła szczęka, kiedy zoba­czył logo gazety w nada­wa­nej na żywo audy­cji CNN. Schy­man dosko­nale pamię­tał tę scenę. Stał w świe­tle reflek­to­rów, tuż za Anniką. A potem nie­koń­czące się powtórki we wszyst­kich kana­łach.

Pamię­tał, jak wpa­try­wał się w jej nie­sforną czu­prynę, widział jej sztywne ramiona. W tele­wi­zo­rze wyglą­dała blado, jakby jej się krę­ciło w gło­wie; na pyta­nia odpo­wia­dała mono­sy­la­bami, poprawną szkolną angielsz­czy­zną. Na szczę­ście była opa­no­wana. Żad­nych gwał­tow­nych uczu­cio­wych reak­cji, powie­dział Wen­ner­gren przez komórkę, roz­ma­wia­jąc z przed­sta­wi­cie­lem wła­ści­cieli. Dzwo­nił z jego gabi­netu.

Pamię­tał też, jak się prze­ra­ził, gdy sto­jąc u ujścia tunelu, usły­szał strzały. Tylko nie to, nie chcę mar­twej repor­terki, pomy­ślał.

Odwró­cił wzrok od bun­kra amba­sady rosyj­skiej i usiadł na krze­śle.

- Któ­re­goś pięk­nego dnia zała­mie się pod tobą - powie­działa Annika Bengt­zon, zasu­wa­jąc za sobą drzwi.

Nie miał siły się roze­śmiać.

- Stać mnie na nowe. Gazeta cho­dzi jak w zegarku.

Annika rzu­ciła szyb­kie, nieco nie­śmiałe spoj­rze­nie na leżące na stole tabelki. Schy­man odchy­lił się do tyłu i przy­glą­dał się jej uważ­nie. Usia­dła w jed­nym z jego obszer­nych foteli dla gości.

- Mam pomysł na nową serię arty­ku­łów - ode­zwała się po chwili, wbi­ja­jąc wzrok w swoje notatki. - W przy­szłym tygo­dniu przy­pada rocz­nica zama­chu na bazę F21 w Lule?. Pora pod­su­mo­wać to, co się wtedy stało, przed­sta­wić znane wszyst­kim fakty. Prawdę mówiąc, nie ma ich wiele, ale zamie­rzam tro­chę poszpe­rać. Minęło już co prawda trzy­dzie­ści lat, ale część z tych ludzi na­dal pra­cuje w lot­nic­twie. Może ktoś się zde­cy­duje coś powie­dzieć. Kto nie pyta, nie dostaje odpo­wie­dzi...

Schy­man poki­wał głową i skrzy­żo­wał ręce na brzu­chu. Kiedy minęło naj­więk­sze zamie­sza­nie, Annika jesz­cze na trzy mie­siące została w domu. Śmiała się, że ma urlop od kom­pu­tera. Gdy w kwiet­niu wró­ciła do redak­cji, uparła się, że zosta­nie samo­dzielną repor­terką. Od tam­tego czasu dono­siła z róż­nych miejsc o aktach ter­roru. Jede­na­stego wrze­śnia nada­wała z Gro­und Zero. Pisała o bom­bie pod­ło­żo­nej w fiń­skim super­mar­ke­cie, roz­ma­wiała z ludźmi, któ­rzy prze­żyli zamach na Bali.

Wła­ści­wie nie było tego wiele. Teraz zamie­rzała wró­cić do ter­ro­ry­zmu. Pyta­nie brzmiało: czy temat jest dosta­tecz­nie nośny i czy należy go poru­szać wła­śnie teraz.

- Jasne - odpo­wie­dział powoli. - To może być cie­kawe. Odkurz nieco nasze naro­dowe traumy: porwa­nie samo­lotu na lot­ni­sku Bul­l­to­fta, wysa­dze­nie w powie­trze zachod­nio­nie­miec­kiej amba­sady, dra­mat na Nor­r­malm­storg...

- I zabój­stwo Pal­mego. Tak, wiem. Ale z tych pię­ciu zda­rzeń zamach na F21 jest naj­mniej znany.

Annika pozwo­liła, żeby kartka z notat­kami spa­dła jej na kolana, i pochy­liła się do przodu.

- Mini­ster­stwo Obrony poło­żyło na wszyst­kim łapę, powo­łują się na tajem­nicę pań­stwową i tajny cha­rak­ter sprawy. W tam­tych cza­sach sztab nie miał rzecz­nika pra­so­wego i biedny szef floty powietrz­nej musiał oso­bi­ście pofa­ty­go­wać się do dzien­ni­ka­rzy i wykrzy­czeć, że muszą mieć wzgląd na bez­pie­czeń­stwo kraju.

Schy­man uznał, że może jej pozwo­lić mówić dalej.

- Co wła­ści­wie wiemy? - spy­tał.

Annika zer­k­nęła w notatki naj­wy­raź­niej jedy­nie z poczu­cia obo­wiązku. Wszyst­kie argu­menty znała na pamięć.

- W nocy z sie­dem­na­stego na osiem­na­sty listo­pada 1969 roku na lądo­wi­sku bazy F21 w Kal­la­xhe­den nie­da­leko Lule? doszło do eks­plo­zji myśliwca typu Dra­ken. Jeden męż­czy­zna został popa­rzony. Obra­że­nia były na tyle poważne, że zmarł - recy­to­wała.

- Jeśli dobrze pamię­tam, był to żoł­nierz służby zasad­ni­czej.

- Zga­dza się. Prze­trans­por­to­wano go śmi­głow­cem do Uppsali, do szpi­tala aka­de­mii medycz­nej. Spę­dził tam tydzień, zawie­szony mię­dzy życiem a śmier­cią, aż w końcu umarł. Rodzi­nie zakne­blo­wano usta, ale kilka lat póź­niej pod­nio­sła larum, ponie­waż resort obrony nie wypła­cił odszko­do­wa­nia.

- I ni­gdy nikogo nie zła­pano?

- Poli­cja prze­słu­chała tysiące osób, Säpo zapewne jesz­cze wię­cej. Wzięto pod lupę wszyst­kie lewi­cowe orga­ni­za­cje z Nor­r­bot­ten. I nic. Sytu­acja nie była pro­sta. Lewica zwarła sze­regi. Nikt nic nie wie­dział, nie padły żadne nazwi­ska, zresztą wszy­scy mieli pseu­do­nimy.

Schy­man uśmiech­nął się z nostal­gią. Sam przez jakiś czas wystę­po­wał jako Per.

- Na dłuż­szą metę takich rze­czy nie da się ukryć.

- Nie do końca, to prawda, ale o ile wiem, nawet dzi­siaj są w Lule? ludzie, któ­rzy na­dal ukry­wają się pod pseu­do­ni­mami, jakich uży­wali, kiedy w latach sześć­dzie­sią­tych dzia­łali w ruchu lewi­co­wym.

Jej nie było wtedy na świe­cie, pomy­ślał redak­tor naczelny.

- Więc kto to zro­bił?

- Co?

- Kto wysa­dził w powie­trze samo­lot?

- Pew­nie Rosja­nie. Przy­naj­mniej resort obrony tak uważa. Pamię­taj, że wtedy wszystko wyglą­dało ina­czej. Wyścig zbro­jeń trwał w naj­lep­sze, zimna wojna też.

Zamknął na chwilę oczy, pró­bo­wał przy­wo­łać w myślach obrazy z tam­tych cza­sów.

- Roz­pę­tała się dys­ku­sja na temat nad­zoru nad obiek­tami woj­sko­wymi - przy­po­mniał sobie nagle.

- Wła­śnie. Nagle opi­nia publiczna, to zna­czy media, zaczęła żądać, żeby każdy obiekt woj­skowy w Szwe­cji był strze­żony lepiej niż sama żela­zna kur­tyna. Było to oczy­wi­ście cał­ko­wi­cie nie­re­ali­styczne, ale rze­czy­wi­ście zaostrzono prze­pisy. Po jakimś cza­sie na lot­ni­skach woj­skowych wpro­wa­dzono wewnętrzne strefy bez­pie­czeń­stwa, a han­gary oto­czono wysoką siatką i wypo­sa­żono w dodat­kowe sys­temy alar­mowe.

- I wła­śnie tam chcesz jechać? Z któ­rym z sze­fów o tym roz­ma­wia­łaś?

Annika zer­k­nęła na zega­rek.

- Z Jans­so­nem. Mam otwartą rezer­wa­cję na samo­lot, na dzi­siaj. Chcę się tam spo­tkać z dzien­ni­ka­rzem z "Nor­r­lands-Tid­nin­gen". Facet doko­pał się podobno do nowych infor­ma­cji, a w pią­tek wyjeż­dża do połu­dniowo-wschod­niej Azji i wróci dopiero po Bożym Naro­dze­niu. Stąd ten pośpiech. Muszę mieć twoją zgodę.

Schy­man był coraz bar­dziej ziry­to­wany. Może dla­tego, że tłu­ma­czyła się tak nie­zręcz­nie.

- Nie mogłaś popro­sić Jans­sona?

Annika zro­biła się czer­wona.

- W zasa­dzie mogłam - przy­znała, wytrzy­mu­jąc jego spoj­rze­nie. - Ale sam wiesz, jak jest. Jans­son woli mieć twój pod­pis, żeby w razie czego nie pono­sić kon­se­kwen­cji.

Schy­man poki­wał głową.

Annika wyszła, ostroż­nie zasu­wa­jąc za sobą drzwi. Patrzył za nią dłuż­szą chwilę. Jest nie­prze­wi­dy­walna. Wła­ści­wie zawsze to wie­dzia­łem, pomy­ślał. Nie uznaje żad­nych gra­nic, nie ma instynktu samo­za­cho­waw­czego. Naraża się w spo­sób dla więk­szo­ści ludzi nie­wy­obra­żalny. Jakby jej cze­goś bra­ko­wało. Jakby coś zni­kło gdzieś po dro­dze, zostało wyrwane z korze­niami. Otwarta rana z cza­sem się zabliź­niła, ale Annika pozo­stała wraż­liwa na ota­cza­jący ją świat, na sie­bie samą. Zawsze dokład­nie prze­strze­gała prawa, jej dro­go­wska­zem w ciem­no­ści była prawda. Nie potra­fiła dzia­łać ina­czej.

Nie­kiedy bywało to nie­wia­ry­god­nie uciąż­liwe.

Eufo­ria kie­row­nika redak­cji wywo­łana wzro­stem sprze­daży pod­czas pamięt­nego Bożego Naro­dze­nia szybko się skoń­czyła, kiedy się dowie­dział, że Annika w aresz­cie prze­pro­wa­dziła wywiad z mor­dercą. Spi­sała wszystko na kom­pu­te­rze ofiary. Schy­man prze­czy­tał tekst i uznał go za praw­dziwą sen­sa­cję. Ale Annika nie wyra­ziła zgody na publi­ka­cję.

- Temu łaj­da­kowi wła­śnie o to cho­dziło - stwier­dziła. - Ponie­waż to ja mam do niego prawa, mogę się nie zgo­dzić.

I wygrała. Gdyby puścili arty­kuł mimo jej sprze­ciwu, zaskar­ży­łaby ich. Powie­działa to wyraź­nie. Nawet jeśli w sądzie w końcu by wygrali, a zapewne tak by się stało, wolał nie rzu­cać jej wyzwa­nia. Zwłasz­cza że i tak dużo na tym wszyst­kim zyskali.

Nie jest głu­pia, pomy­ślał, ale moż­liwe, że stra­ciła instynkt.

Wstał i wró­cił do swo­ich tabe­lek.

Cóż, prę­dzej czy póź­niej przyj­dzie czas na kolejne cię­cia.

Zacho­dzące słońce zale­wało pokład samo­lotu ogni­stą czer­wie­nią, choć była dopiero druga po połu­dniu. Annika usi­ło­wała wypa­trzyć szparkę w kłę­bach bitej śmie­tany pod sobą, ale bez powo­dze­nia. Sie­dzący obok niej tęgi męż­czy­zna z wes­tchnie­niem roz­ło­żył "Nor­r­lands-Tid­nin­gen" i wbił jej łokieć mię­dzy żebra.

Annika zamknęła oczy, zapa­dła się w sobie. Jakby zacią­gnęła firanki. Miały stłu­mić szum wen­ty­la­cji, zła­go­dzić ból po ude­rze­niu, wyci­szyć głos kapi­tana infor­mu­ją­cego o tem­pe­ra­tu­rze na zewnątrz i pogo­dzie w Lule?. Prze­miesz­czała się w prze­strzeni z pręd­ko­ścią tysiąca kilo­me­trów na godzinę; sku­piła się na ubra­niu uci­ska­ją­cym jej ciało. Czuła się lekko oszo­ło­miona. Zasko­czyła ją wła­sna reak­cja na wyso­kie dźwięki, było to dla niej nowe doświad­cze­nie. Otwarte prze­strzenie prze­ra­żały ją, małe spra­wiały, że zaczy­nała się dusić. Zauwa­żyła, że jej postrze­ga­nie prze­strzeni jest zakłó­cone. Miała kło­poty z oceną odle­gło­ści; zawsze była poobi­jana, wpa­dała na meble, ściany, samo­chody na ulicy, poty­kała się o kra­węż­niki. Cza­sem miała wra­że­nie, że bra­kuje jej tlenu. Inni go zużyli, nie zosta­wia­jąc nic dla niej.

Ale to nie było nie­bez­pieczne. Wie­działa o tym; wie­działa, że musi po pro­stu odcze­kać chwilę, że to minie: dźwięki i kolory powrócą. To nie było nie­bez­pieczne.

Odsu­nęła od sie­bie ponure myśli, pozwo­liła się uko­ły­sać. Broda opa­dła jej na pierś i natych­miast zoba­czyła anioły.

"Desz­czowe włosy - śpie­wały. - Świa­tła pro­mień i let­niego wia­tru powiew...".

Wzdry­gnęła się i usia­dła prze­ra­żona, wypro­sto­wała się tak gwał­tow­nie, że ude­rzyła o tackę. Sok poma­rań­czowy opry­skał ścianę kabiny. Bicie serca wypeł­niło jej głowę, zamy­ka­jąc dostęp wszyst­kim innym dźwię­kom. Tęgi męż­czy­zna coś powie­dział, ale nie zro­zu­miała co.

Nic nie prze­ra­żało jej bar­dziej niż śpiew anio­łów.

Dopóki trzy­mały się snów, było jej wszystko jedno. Ich głosy koły­sały ją do snu, pocie­szały, zawo­dząc cicho. Słowa bez zna­cze­nia, ale w jakiś nie­okre­ślony spo­sób piękne. Ostat­nio jed­nak sły­szała je także na jawie i to nie było przy­jemne.

Otrzą­snęła się, odchrząk­nęła, prze­tarła oczy.

Spraw­dziła, czy sok nie zmo­czył torby z kom­pu­te­rem.

Meta­lowy kor­pus samo­lotu prze­dzie­rał się przez masy chmur. Tuż przed lądo­wa­niem oto­czyły go wiru­jące krysz­tałki lodu. Przez zamieć dostrze­gła w oddali lodową sza­rość Zatoki Bot­nic­kiej, poprze­ty­kaną gdzie­nie­gdzie wysep­kami i ska­łami w róż­nych odcie­niach brązu.

Lądo­wa­niu towa­rzy­szyły drga­nia i wstrząsy, podmu­chy wia­tru koły­sały maszyną.

Wyszła jako ostat­nia. Prze­stę­po­wała z nogi na nogę, cze­ka­jąc, aż tęgi męż­czy­zna zdej­mie z półki bagaż i zacznie się mozol­nie ubie­rać. Potem minęła go szyb­kim kro­kiem i z zado­wo­le­niem zauwa­żyła, że w kolejce do wypo­ży­czalni samo­cho­dów stoi za nią.

Z klu­czy­kami w ręku minęła pospiesz­nie sto­ją­cych przy wyj­ściu z lot­ni­ska tak­sów­ka­rzy: masa męż­czyzn w ciem­nych mun­du­rach, śmie­ją­cych się gło­śno i bez skrę­po­wa­nia tak­su­ją­cych ewen­tu­al­nych klien­tów.

Wyszła z ter­mi­nalu i zasko­czyło ją zimno. Wcią­gnęła ostroż­nie powie­trze, popra­wiła torbę na ramie­niu. Rząd gra­na­to­wych tak­só­wek przy­wo­łał wspo­mnie­nie poprzed­niego pobytu w tym mie­ście. Wtedy z Anne Snap­phane jechały do Pite?. To musiało być dobre dzie­sięć lat temu. Boże, jak ten czas leci, pomy­ślała.

Par­king znaj­do­wał się na dole, po pra­wej stro­nie za przy­stan­kiem auto­bu­so­wym. Jej goła dłoń, w któ­rej trzy­mała lap­top, szybko zro­biła się lodo­wata. Dźwięk dobie­ga­jący spod jej stóp przy­po­mi­nał chrzęst potłu­czo­nego szkła i budził jej czuj­ność.

Szła do przodu, zosta­wia­jąc za sobą wąt­pli­wo­ści i strach. Znów była w dro­dze, miała cel, robiła coś sen­sow­nego.

Samo­chód stał na samym końcu par­kingu. Musiała odgar­nąć śnieg z tablicy reje­stra­cyj­nej, żeby się upew­nić, że to ten.

Zmrok zapa­dał nie­skoń­cze­nie powoli, pochła­nia­jąc świa­tło, które wła­ści­wie nie zdą­żyło się na dobre prze­bić. Pada­jący śnieg zacie­rał kon­tury niskiego sosno­wego lasu oka­la­ją­cego par­king. Annika pochy­liła się do przodu i mru­żąc oczy, wyj­rzała przez szybę.

Lule?, Lule?. W którą stronę skrę­cić?

* * *

Gdy jechała dłu­gim mostem w stronę mia­sta, śnie­życa nagle ustała. Gdzieś w oddali zama­ja­czyło ujście rzeki, bia­łej, zamar­z­nię­tej. Przę­sła mostu zda­wały się lekko falo­wać. Powoli zza śniegu zaczęło się wyła­niać mia­sto. Po pra­wej stro­nie wzno­siły się czarne kon­tury fabryk.

Huta i port, w któ­rym ładują rudę, pomy­ślała.

Gdy po chwili oto­czyły ją zabu­do­wa­nia, zare­ago­wała natych­miast. Déja vu. Powró­ciły obrazy z dzie­ciń­stwa. Lule? to ark­tyczne Katri­ne­holm. Zim­niej­sze, bar­dziej szare i odludne. Niskie domy w roz­my­tych kolo­rach, bla­cha, eter­nit, kamień albo cegła. Ulice sze­ro­kie, ruch nie­wielki.

Bez trudu zna­la­zła Hotel Miej­ski. Stał przy Stor­ga­tan, głów­nej ulicy, tuż obok ratu­sza. Ze zdzi­wie­niem zauwa­żyła, że na par­kingu przed wej­ściem są wolne miej­sca.

Z pokoju roz­cią­gał się widok na teatr i zatokę, dziw­nie bez­barwną, jakby oło­wia­no­szara powierzch­nia wody wchło­nęła całe świa­tło. Annika odwró­ciła się ple­cami do okien. Torbę z lap­to­pem oparła o drzwi łazienki, wyjęła szczo­teczkę do zębów, poło­żyła ubra­nia na łóżku, żeby nie nosić wszyst­kiego ze sobą.

Usia­dła przy biurku i z hote­lo­wego tele­fonu zadzwo­niła do redak­cji "Nor­r­lands-Tid­nin­gen". Usły­szała sygnał, cze­kała. Już miała odło­żyć słu­chawkę, kiedy usły­szała znu­dzony kobiecy głos.

- Szu­kam Benny'ego Eklanda - powie­działa, wyglą­da­jąc przez okno. Zdą­żyło się już cał­kiem ściem­nić. Przez kilka sekund wsłu­chi­wała się w niemy szum w słu­chawce.

- Halo? Czy zasta­łam Benny'ego Eklanda? Halo?

- Halo - odpo­wie­działa kobieta cicho.

- Mie­li­śmy się spo­tkać w tym tygo­dniu. Jestem Annika Bengt­zon - przed­sta­wiła się. Wstała i zaczęła szu­kać w tor­bie cze­goś do pisa­nia.

- Nie sły­szała pani? - spy­tała kobieta.

- O czym?

Annika się­gnęła po notatki.

- Benny nie żyje. Dzi­siaj rano dosta­li­śmy wia­do­mość.

W pierw­szym odru­chu Annika chciała się roze­śmiać, rzu­cić coś w rodzaju: takie żarty są wysoce nie­sto­sowne, ale powstrzy­mała się.

- Co pani mówi? - powie­działa ze zło­ścią.

- Nie wiemy, co się wła­ści­wie stało. Podobno wypa­dek. Wszy­scy jeste­śmy w szoku - odpo­wie­działa kobieta zdu­szo­nym gło­sem.

Annika zasty­gła. Z notat­kami w jed­nej ręce, słu­chawką i ołów­kiem w dru­giej przy­glą­dała się swo­jemu odbi­ciu w szy­bie. Przez chwilę miała wra­że­nie, jakby na­dal uno­siła się w powie­trzu.

- Halo? - usły­szała głos kobiety. - Połą­czyć panią z kimś?

- Ja... - zaczęła Annika. - Bar­dzo mi przy­kro - dokoń­czyła po chwili. - Co się wła­ści­wie stało? - spy­tała, prze­ły­ka­jąc ślinę.

- Nie wiem - odpo­wie­działa kobieta przez łzy. - Prze­pra­szam, ale muszę ode­brać drugi tele­fon, a potem idę do domu. To był straszny dzień, straszny...

Znów sły­chać było tylko szum. Annika się roz­łą­czyła. Poło­żyła się na łóżku i usi­ło­wała powstrzy­mać nagłe mdło­ści. Na noc­nym sto­liku zauwa­żyła książkę tele­fo­niczną. Się­gnęła po nią, zna­la­zła numer komi­sa­riatu, wybrała go i połą­czyła się z Cen­trum Praw­nym.

- Cho­dzi o tego dzien­ni­ka­rza, tak? - upew­nił się dyżurny, gdy spy­tała o Benny'ego Eklanda. - Jakiś wypa­dek, w oko­li­cach Svartöstaden. Komi­sarz Suup z wydziału kry­mi­nal­nego będzie wie­dział wię­cej.

Annika zakryła dło­nią oczy. Cze­ka­jąc, aż dyżurny ją prze­łą­czy, wsłu­chi­wała się w odgłosy hotelu: pły­nącą w rurach wodę, hała­su­jący gdzieś na zaple­czu wen­ty­la­tor i docho­dzące z sąsied­niego pokoju odgłosy spół­ko­wa­nia na płat­nym kanale.

Komi­sarz Suup z wydziału kry­mi­nal­nego zda­wał się być w wieku, kiedy już nie­wiele może czło­wieka zadzi­wić.

- Przy­kra histo­ria - wes­tchnął ciężko. - Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat roz­ma­wia­li­śmy ze sobą nie­mal codzien­nie. Cią­gle wydzwa­niał, cią­gle chciał coś wie­dzieć. O wszystko nas wypy­ty­wał, wszystko spraw­dzał, wni­kał w rze­czy, które tak naprawdę nie powinny go obcho­dzić. Słu­chaj, Suup, mówił do mnie. Coś mi się tu nie zga­dza. Może byś to spraw­dził? Co wy tam robi­cie całymi dniami? Stołki wam się do tył­ków poprzy­kle­jały? - Komi­sarz roze­śmiał się smutno.

Annika prze­cią­gnęła dło­nią po czole; zza ściany usły­szała jęk gwiazdy porno uda­ją­cej orgazm.

- Będzie mi go bra­ko­wać - ode­zwał się Suup po dłuż­szej chwili.

- Byłam z nim umó­wiona. Mie­li­śmy poroz­ma­wiać i porów­nać to, czego się dowie­dzie­li­śmy. Co było przy­czyną śmierci?

- Nie ma jesz­cze raportu z sek­cji. Nie chcę zga­dy­wać, jaka była bez­po­śred­nia przy­czyna.

Ostroż­ność poli­cjanta zanie­po­ko­iła ją.

- Ale co się stało? Został zastrze­lony? Cios nożem?

Komi­sarz wes­tchnął ciężko.

- Cóż, wkrótce i tak wszy­scy się dowie­dzą. Podej­rze­wamy, że ktoś w niego wje­chał.

- Zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym? Wpadł pod samo­chód?

- Prze­je­chał go jadący z nad­mierną pręd­ko­ścią pojazd, naj­praw­do­po­dob­niej duży samo­chód oso­bowy. W por­cie zna­leź­li­śmy skra­dzione volvo z uszko­dzoną karo­se­rią. Moż­liwe, że pro­wa­dził je sprawca.

Annika zro­biła kilka kro­ków, się­gnęła po torbę i wyjęła z niej blo­czek.

- Kiedy będzie­cie wie­dzieć na pewno?

- Wczo­raj je tu przy­ho­lo­wa­li­śmy. Tech­nicy już się nim zajęli. Jutro albo w środę powi­nie­nem wie­dzieć coś wię­cej.

Annika usia­dła na łóżku z blocz­kiem na kola­nach. Pró­bo­wała coś zapi­sać, ale zsu­nął jej się z nóg.

- Wie­cie, kiedy to się stało?

- W nie­dzielę wie­czo­rem albo wcze­śnie rano w ponie­dzia­łek. W nie­dzielę widziano go w pubie, pew­nie wró­cił do domu auto­bu­sem...

- Miesz­kał w...

- W Svartöstaden. Tam się chyba uro­dził.

Dłu­go­pis zastraj­ko­wał. Annika zaczęła kre­ślić koła, żeby znów zaczął pisać.

- Kto go zna­lazł i gdzie?

- Ciało leżało przy par­ka­nie od strony nasypu, naprze­ciwko huty żelaza. Prze­le­ciał w powie­trzu jak ręka­wiczka. Zawia­do­mił nas facet, który rano skoń­czył zmianę.

- Sprawca zwiał i ślad po nim zagi­nął?

- Samo­chód został skra­dziony w Bergnäs, w sobotę...

Komi­sarz zamilkł. Annika znów sły­szała tylko jed­no­stajny szum. Sąsiad zmie­nił kanał na MTV.

- A co pan oso­bi­ście o tym sądzi? - spy­tała po chwili.

- Pew­nie jakiś nar­ko­man, ale pro­szę mnie nie cyto­wać. Naćpali się, było śli­sko, potrą­cili go i zwiali. Zabili czło­wieka. Zła­piemy ich. Może pani być tego pewna.

Annika usły­szała głosy w tle. Był nor­malny dzień pracy, współ­pra­cow­nicy doma­gali się uwagi komi­sa­rza.

- Mam jesz­cze jedno pyta­nie. Pra­co­wał pan w Lule? w listo­pa­dzie 1969 roku?

Roze­śmiał się.

- Jestem na tyle stary, że rze­czy­wi­ście mógł­bym, ale wybuch w F21 mnie omi­nął. Miesz­ka­łem wtedy w Sztok­hol­mie. Przy­je­cha­łem tu w maju 1970 roku.

Kiedy Annika wło­żyła kurtkę i ręka­wiczki, zadzwo­niła jej komórka. Numer zastrze­żony, wyświe­tliło się na ekra­nie. To zna­czy, że albo z redak­cji, albo Tho­mas, albo Anne Snap­phane.

Zawa­hała się, wci­snęła "odbierz" i zamknęła oczy.

- Sie­dzę wła­śnie na swoim dyrek­tor­skim krze­śle z Ikei i trzy­mam nogi na bla­cie biurka Prio­ry­tet. A ty gdzie jesteś? - powi­tała ją Anne.

Annika odprę­żyła się: żad­nego poczu­cia winy, żad­nych żądań.

- Tajem­nica - odpo­wie­działa, pozwa­la­jąc kurtce i ręka­wicz­kom opaść na pod­łogę. - Co powie­dział lekarz?

Przy­ja­ciółka wes­tchnęła ciężko.

- Spra­wiał wra­że­nie bar­dziej zmę­czo­nego ode mnie, ale nawet go rozu­miem. Cho­dzę do niego już dzie­sięć lat, każdy byłby wykoń­czony. Ale ja przy­naj­mniej wiem, że jestem hipo­chon­dryczką.

- Hipo­chon­drycy też mogą mieć raka mózgu - wtrą­ciła Annika.

Ciszę na linii zastą­piło prze­ra­że­nie.

- Do licha! Ni­gdy o tym nie pomy­śla­łam - ode­zwała się przy­ja­ciółka po dłuż­szej chwili.

Annika roze­śmiała się, prze­peł­niła ją fala rado­snego cie­pła.

- To co mam, do dia­bła, robić? Jak mam się nie stre­so­wać, skoro jutro jest kon­fe­ren­cja pra­sowa, na któ­rej mam pre­zen­ta­cję? Mam przed­sta­wić pro­fil wła­ści­ciela, zapew­nić obsługę tech­niczną, zała­twić pozwo­le­nie na emi­sję i inne takie bzdury.

- Dla­czego ty? - dopy­ty­wała się Annika. - Jesteś sze­fem pro­gra­mo­wym. Niech twój zastępca się tym zaj­mie.

- Jest w Nowym Jorku. Posłu­chaj i powiedz, co o tym sądzisz: TV Scan­di­na­via jest wła­sno­ścią kon­sor­cjum, w skład któ­rego wcho­dzą ame­ry­kań­scy inwe­sto­rzy z wie­lo­let­nim doświad­cze­niem w kie­ro­wa­niu sta­cjami tele­wi­zyj­nymi. Zamie­rzamy nada­wać w sys­te­mie cyfro­wym w Fin­lan­dii, Danii, Nor­we­gii i Szwe­cji. Sie­dziba firmy i stu­dia będą się mie­ścić w Sztok­hol­mie. Wła­ści­ciele oce­niają, że kraje skan­dy­naw­skie i Fin­lan­dia, z łączną liczbą widzów odpo­wia­da­jącą mniej wię­cej jed­nej dzie­sią­tej liczby widzów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, są poten­cjal­nie inte­re­su­jącą widow­nią. Mini­ster kul­tury Karina Björnlund w stycz­niu zapro­po­nuje, żeby sieć cyfrowa dzia­łała na takich samych zasa­dach jak pozo­stałe pod­mioty na tym rynku. Roz­dział kon­ce­sji znaj­dzie się więc w gestii Poczty Szwedz­kiej. I co ty na to?

- Stra­ci­łam wątek po kon­sor­cjum - przy­znała Annika szcze­rze. - Nie możesz tego skró­cić?

Anne Snap­phane wes­tchnęła ciężko.

- Nie masz poję­cia, jaki się zrobi szum. Rzu­camy wyzwa­nie wiel­kim kana­łom, to będzie rewo­lu­cja. Będziemy nada­wać w sieci, co pozwoli nam dotrzeć do wszyst­kich gospo­darstw w Skan­dy­na­wii. Wszy­scy nas znie­na­wi­dzą.

- Nie wspo­mi­naj o tym - prze­strze­gła ją Annika, zer­ka­jąc na zega­rek. - Opo­wiedz o pro­gra­mach dla dzieci, które przy­go­to­wa­li­ście, o tym, że sta­wia­cie na pro­gramy oświa­towe, na kul­turę, na pro­gramy infor­ma­cyjne i wła­sne filmy doku­men­talne o Trze­cim Świe­cie.

- Ha, ha, ha, bar­dzo zabawne - skwi­to­wała Anne kwa­śno.

- Muszę lecieć.

- A ja muszę się napić - odpa­ro­wała przy­ja­ciółka.

Redak­cja "Nor­r­lands-Tid­nin­gen" zaj­mo­wała trzy pię­tra kamie­nicy sto­ją­cej mię­dzy ratu­szem a rezy­den­cją woje­wody. Annika spoj­rzała w górę na żółtą ceglaną fasadę budynku, zapewne z lat pięć­dzie­sią­tych.

Rów­nie dobrze mogła to być redak­cja "Katri­ne­holms-Kuri­ren", budynki były nie­mal iden­tyczne. Wra­że­nie to pogłę­biło się, kiedy nachy­liła się w stronę szkla­nych drzwi, zasło­niła dłońmi oczy, chro­niąc je przed rażą­cym świa­tłem umiesz­czo­nej nad drzwiami lampy, i zaj­rzała do recep­cji. Wydała się jej pusta i ponura. Pod­świe­tlony napis "Wyj­ście awa­ryjne" rzu­cał zie­lony cień na sto­jak z gaze­tami i krze­sła dla gości.

W gło­śniku nad przy­ci­skiem "Recep­cja" coś zatrzesz­czało.

- Tak?

- Annika Bengt­zon z redak­cji "Kvällspressen". Byłam umó­wiona z Ben­nym Eklan­dem, ale wła­śnie się dowie­dzia­łam, że nie żyje.

Cisza wypeł­niła zimowy mrok. Annika spoj­rzała na niebo. Chmury się roz­pro­szyły, poka­zały się gwiazdy. Tem­pe­ra­tura szybko spa­dała, Annika potarła dło­nie w ręka­wicz­kach.

- Tak? - zatrzesz­czało znów w gło­śniku. Podejrz­li­wość zagłu­szyła kiep­ską tech­nikę.

- Mia­łam mu prze­ka­zać mate­riały, zamie­rza­li­śmy prze­dys­ku­to­wać kilka spraw.

Tym razem odpo­wiedź padła szybko.

- W zamian za co?

- Pro­szę mnie wpu­ścić, to poroz­ma­wiamy.

Trzy sekundy waha­nia, cichy szum i Annika otwo­rzyła drzwi. Ude­rzył ją powiew cie­płego powie­trza wymie­sza­nego z kurzem. Zacze­kała, aż drzwi się za nią zamkną, a oczy przy­zwy­czają do zie­lo­nego świa­tła.

Pro­wa­dzące do redak­cji schody znaj­do­wały się po lewej stro­nie; znisz­czone szare lino­leum z gumo­wymi listwami.

Przy kopiarce cze­kał na nią potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna w bia­łej koszuli. Roz­jeż­dżała mu się w pasie. Miał czer­woną twarz i oczy.

- Pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia - powie­działa Annika, wycią­ga­jąc do niego rękę. - Benny Ekland był legendą. Także u nas.

Męż­czy­zna ski­nął głową i przed­sta­wił się: Pek­kari, szef noc­nej zmiany.

- Mógł dostać pracę w każ­dej gaze­cie, w Sztok­hol­mie, gdzie­kol­wiek, ale zawsze odma­wiał, chciał pra­co­wać tutaj.

Annika usi­ło­wała się uśmiech­nąć, żeby zatu­szo­wać swoje nie­winne kłam­stwo sprzed chwili.

- Wiem - wymam­ro­tała.

- Napije się pani kawy?

Poszła za nim do nie­wiel­kiej kuchenki, małego pomiesz­cze­nia bez okna z kuchenną płytą wci­śniętą mię­dzy sobotni doda­tek a środ­kową stronę dzien­nika.

- To pani ugrzę­zła w tym tunelu - nie tyle spy­tał, ile stwier­dził.

Annika ski­nęła głową i zdjęła kurtkę, a męż­czy­zna zaczął lać gęsty jak smoła płyn do dwóch nie­zbyt czy­stych kub­ków.

- Jakimi mate­ria­łami mie­li­ście się wymie­nić? - spy­tał w końcu.

Podał jej miseczkę z cukrem, Annika podzię­ko­wała gestem.

- Ostat­nio sporo pisa­łam o ter­ro­ry­zmie. W zeszłym tygo­dniu roz­ma­wia­łam z nim o zama­chu w F21. Mówił, że wpadł na jakiś trop. Miało to być coś naprawdę waż­nego.

Szef noc­nej zmiany posta­wił miseczkę z cukrem na stole i popla­mio­nymi niko­tyną pal­cami zaczął wyj­mo­wać kostki.

- Dali­śmy to w pią­tek.

Annika była zdzi­wiona. Nie sły­szała, żeby gdzie­kol­wiek uka­zał się taki mate­riał. Pek­kari wrzu­cił do kubka trzy kostki cukru.

- Wiem, co pani myśli - powie­dział. - Ale pani pra­cuje w gaze­cie ogól­no­kra­jo­wej, nie ma pani poję­cia, jak funk­cjo­nuje prasa lokalna. Agen­cje inte­re­sują się tylko Sztok­hol­mem. Nasze arty­kuły są dla nich gówno warte.

Nie­prawda, ode­zwał się głos w jej gło­wie. To zależy od jako­ści tek­stu. Ale nie powie­działa tego gło­śno. Spu­ściła wzrok i wpa­try­wała się we wła­sne kolana.

- Pra­co­wa­łam kie­dyś w "Katri­ne­holms-Kuri­ren". Wiem, jak to jest - powie­działa.

Pek­kari otwo­rzył sze­roko oczy.

- To może pani zna Mac­kego?

- Z działu spor­to­wego? Jasne. To insty­tu­cja. - Nie­zno­śny alko­ho­lik. Już wtedy taki był, pomy­ślała, uśmie­cha­jąc się do roz­mówcy.

- Co miała mu pani dać? - spy­tał Pek­kari, sior­biąc kawę.

- Głów­nie mate­riały z lat sie­dem­dzie­sią­tych, tek­sty, tro­chę zdjęć.

- Wszystko jest w sieci - stwier­dził Pek­kari.

- Tego nie ma.

- A nie chciała pani przy­pad­kiem pode­brać mu tematu?

Jego oczy przy­glą­dały się jej bacz­nie znad kubka. Wytrzy­mała jego spoj­rze­nie.

- Mam wiele talen­tów, ale w myślach nie czy­tam. To Benny do mnie zadzwo­nił. Skąd mia­ła­bym wie­dzieć, nad czym pra­co­wał?

Szef noc­nej zmiany wziął kolejną kostkę cukru i zaczął ją ssać. Popi­jał kawą i zasta­na­wiał się.

- Ma pani rację - stwier­dził po dłuż­szej chwili, prze­ły­ka­jąc gło­śno. - Czego pani potrze­buje?

- Muszę zdo­być arty­kuły Benny'ego o ter­ro­ry­zmie i prze­czy­tać je.

- Pro­szę iść do archi­wum i poga­dać z Han­sem.

Redak­cyjne archiwa w całej Szwe­cji wyglą­dają tak samo, pomy­ślała. Hans Blom­berg też nie odbie­gał wyglą­dem od prze­cięt­nego archi­wi­sty. Mały, zaku­rzony męż­czy­zna w sza­rym swe­trze, w oku­la­rach i z resztką wło­sów zacze­sa­nych na pożyczkę. Nawet tablica infor­ma­cyjna na ścia­nie wyglą­dała tak, jak się spo­dzie­wała. Wisiał na niej dzie­cięcy rysu­nek przed­sta­wia­jący żół­tego dino­zaura i cytat: "Zamiast PIĘKNY wolał­bym być BOGATY". I jesz­cze kalen­darz, w któ­rym ktoś odli­czał dni do jakiejś bli­żej nie­okre­ślo­nej daty. Napi­sał: "WYTRZY­MAJ!".

- Benny był cho­ler­nie uparty - wes­tchnął star­szy pan, sia­da­jąc przed kom­pu­te­rem. - Ni­gdy się nie pod­da­wał. Pro­du­ko­wał nie­zli­czoną ilość mate­ria­łów, jakby miał bie­gunkę. Zna pani ten typ?

Spoj­rzał na nią znad oku­la­rów. Annika nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu.

- Benny nie żyje, a o zmar­łych mówi się albo dobrze, albo wcale. Cza­sem jed­nak można chyba pozwo­lić sobie na szcze­rość, prawda? - spy­tał, mru­żąc oczy, jakby z przy­zwy­cza­je­nia.

- Rozu­miem, że jego śmierć jest dla redak­cji dotkliwą stratą - powie­działa Annika.

Hans Blom­berg wes­tchnął.

- Był naszą gwiazdą, ulu­bień­cem sze­fów, obiek­tem nie­na­wi­ści kole­gów. To był facet, który wpa­dał do redak­cji i wołał: "Zrób­cie mi miej­sce na pierw­szej stro­nie, bo dzi­siaj stanę się nie­śmier­telny!".

Annika wybuch­nęła śmie­chem. Nie on jeden, pomy­ślała, a przed oczami sta­nął jej Carl Wen­ner­gren.

- A teraz pro­szę mi powie­dzieć, czego wła­ści­wie pani szuka.

- Serii arty­ku­łów o ter­ro­ry­zmie, przede wszyst­kim ostat­niego tek­stu o F21.

Archi­wi­sta pod­niósł głowę, w jego oczach poja­wił się błysk.

- No pro­szę, kto by pomy­ślał, że taka miła dziew­czyna inte­re­suje się takimi nie­bez­piecz­nymi spra­wami.

- Nie prze­sa­dzaj, wujku - odpo­wie­działa Annika. - Mam męża i dwójkę dzieci.

- Rozu­miem, femi­nistka. Wydruk czy wycinki?

- Naj­chęt­niej wycinki, jeśli to nie za duży kło­pot.

Męż­czy­zna wes­tchnął i znów wstał.

- Tyle się mówi o tych kom­pu­te­rach, że niby to takie uła­twie­nie, ale to nie­prawda. Podwójna praca. Tak to jest z tą kom­pu­te­ry­za­cją - powie­dział.

Znik­nął wśród meta­lo­wych sza­fek, mam­ro­cząc "t, t, ter­ro­ryzm". Wycią­gnął jakąś szu­fladkę, znów wes­tchnął.

- Ha - ode­zwał się kilka sekund póź­niej, wycią­ga­jąc trium­fal­nie brą­zową kopertę. Cien­kie włosy spa­dły mu z czubka głowy, obna­ża­jąc łysinę. - Ter­ro­ryzm a la Ekland. Może pani tu usiąść. Nie wycho­dzę przed szó­stą.

Annika wzięła kopertę, otwo­rzyła ją wil­got­nymi pal­cami i pode­szła do wska­za­nego biurka. Wycinki miały zde­cy­do­waną prze­wagę nad wydru­kami. Na moni­to­rze kom­pu­tera wszyst­kie tek­sty wyglą­dały mniej wię­cej tak samo: tek­sty były jed­na­ko­wej dłu­go­ści, zdję­cia małe. Na stro­nie gazety tek­sty i zdję­cia żyły, łapały oddech, tytuły krzy­czały albo wdzię­czyły się do czy­tel­ni­ków. Już sam wybór czcionki wiele mówił o tym, co redak­tor chciał zasy­gna­li­zo­wać czy­tel­ni­kowi. Wiel­kość zdję­cia, obróbka i jakość tech­niczna mówiły jesz­cze wię­cej: wska­zy­wały, czy infor­ma­cje zawarte w tek­ście oce­niono jako istotne, czy to, co się stało, uznano za wyjąt­kowe, czy po pro­stu za jedno z wielu zda­rzeń. Wszyst­kie te zabiegi, będące owo­cem zawo­do­wego kunsztu całej masy ludzi, na moni­to­rze kom­pu­tera prze­sta­wały się liczyć.

Tutaj miała do czy­nie­nia z praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwem.

Wycinki były posor­to­wane według dat, naj­star­sze na wierz­chu. Pierw­szy tekst został opu­bli­ko­wany pod koniec kwiet­nia i doty­czył pikant­nych szcze­gó­łów z histo­rii szwedz­kiego ter­ro­ry­zmu. Opo­wia­dał mię­dzy innymi o wyna­lazcy i dok­to­rze filo­zo­fii Mar­ti­nie Eken­bergu z Töreboda, który miał na kon­cie tylko jeden wyna­la­zek: list z bombą. Annika prze­tarła oczy ze zdu­mie­nia, kiedy stwier­dziła, że w kilku miej­scach Ekland użył dokład­nie takich samych sfor­mu­ło­wań jak ona kilka tygo­dni wcze­śniej w arty­ku­łach na ten sam temat. Naj­wy­raź­niej szu­kał inspi­ra­cji w tek­stach kole­gów, pomy­ślała.

Prze­rzu­ciła stos wycin­ków. Część była stara, ich treść była jej dobrze znana. Inne zawie­rały nowe infor­ma­cje. Z coraz więk­szym zain­te­re­so­wa­niem czy­tała o zamie­sza­niu na pół­nocy, w Nor­r­bot­ten, wio­sną 1987 roku, kiedy to woj­sko dzień i noc poszu­ki­wało wśród szkie­rów okrę­tów pod­wod­nych i żoł­nie­rzy obcych armii. Plotka gło­siła, że szwedzki ofi­cer postrze­lił w nogę rosyj­skiego nurka. Pies ofi­cera zaczął nagle szcze­kać, węszył w kie­runku krza­ków. Ofi­cer oddał strzał, a potem zna­le­ziono tam ślady krwi; pro­wa­dziły na brzeg i koń­czyły się w wodzie. Benny Ekland ogra­ni­czył się do opo­wie­dze­nia aneg­dotki, na­dal żywej wśród miej­sco­wej lud­no­ści. To, co naprawdę się wtedy wyda­rzyło, zda­wało się mniej go inte­re­so­wać. Zacy­to­wał krótką wypo­wiedź przed­sta­wi­ciela sztabu armii, który zwró­cił uwagę, że ogólna atmos­fera końca lat osiem­dzie­sią­tych była inna niż obecna, że wszyst­kim się zda­rza popeł­niać błędy, także szwedz­kiemu woj­sku, i że wła­ści­wie ni­gdy do końca nie stwier­dzono, czy na tym tere­nie kie­dy­kol­wiek doszło do naru­sze­nia wód tery­to­rial­nych.

Na samym spo­dzie zna­la­zła arty­kuł, któ­rego szu­kała. To, co w nim prze­czy­tała, było dla niej nowo­ścią.

Pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych stare maszyny floty powietrz­nej sta­cjo­nu­ją­cej w Nor­r­bot­ten, tak zwane lan­seny, zostały wymie­nione na nowo­cze­sne dra­keny, pisał Eklund. Wtedy wła­śnie baza lot­ni­cza kil­ka­krot­nie padła ofiarą sabo­tażu: ktoś wło­żył zapałki do rurek Pitota. Były to nie­wiel­kie rurki, przy­po­mi­na­jące nieco strzały, umiesz­czone z przodu maszyny, słu­żące przede wszyst­kim do pomiaru pręd­ko­ści.

Wszy­scy uznali za oczy­wi­ste, że stoi za tym lewica. Głów­nymi podej­rza­nymi były orga­ni­za­cje maoistow­skie. Uszko­dze­nia ni­gdy nie oka­zały się naprawdę poważne, ni­gdy też nie zła­pano nikogo na gorą­cym uczynku. Eklund cyto­wał jed­nak tajne źró­dła z F21, potwier­dza­jące, że te mało zna­czące akty sabo­tażu były wstę­pem do póź­niej­szego zama­chu. Maoiści odkryli coś, co oka­zało się tra­giczne w skut­kach.

Po każ­dym locie, gdy maszyny stały już na lądo­wi­sku, na płytę za samo­lo­tem wyle­wano środki absor­bu­jące lub sta­wiano wia­dro ze stali nie­rdzew­nej. Sil­niki nie spa­lały całego paliwa i po każ­dym locie trzeba było opróż­nić zbior­nik.

Wie­czo­rem w dniu, kiedy doszło do zama­chu, czyli osiem­na­stego listo­pada 1969 roku, cała flo­tylla uczest­ni­czyła w wie­czor­nym locie. Ter­ro­ry­ści ude­rzyli, kiedy maszyny wró­ciły na lot­ni­sko.

Zamiast jed­nak jak zwy­kle wło­żyć zapałki w rurki Pitota, wrzu­cono pło­nące zapałki do wia­der z reszt­kami paliwa. Natych­miast doszło do potęż­nego wybu­chu.

Mając na uwa­dze to, co się działo wcze­śniej, naj­pro­ściej było przy­jąć, że rów­nież za tą akcją stały ugru­po­wa­nia maoistyczne. Róż­nica pole­gała na tym, że tym razem były ofiary śmier­telne, pisał Ekland.

Pisze bez­na­dziej­nie, stwier­dziła Annika. Ale sprawa wydaje się cho­ler­nie inte­re­su­jąca.

- Mogę dostać kopię? - spy­tała.

Archi­wi­sta nie spusz­czał wzroku z moni­tora, jego palce nie prze­stały tań­czyć po kla­wia­tu­rze.

- Zacie­ka­wił panią?

- Ow­szem. To dla mnie coś nowego. Może warto pocią­gnąć ten temat.

- Kopiarka stoi przy scho­dach. Pro­szę ją ład­nie popro­sić i pogła­skać, to może zadziała.

Męż­czy­zna nie­mal uno­sił się bez­gło­śnie nad czar­nymi uli­cami. Ból został poskro­miony, ciało znów miał sprawne. Jego myśli odbi­jały się echem od zmar­z­nię­tych ścian.

Mia­sto Lule? z upły­wem czasu się skur­czyło.

Pamię­tał je sprzed lat. Duże, tęt­niące życiem i han­dlem, pewne sie­bie, dumne.

Teraz nie czuł tej pew­no­ści. Może ni­gdy jej nie było? To mia­sto nie miało poten­cjału. Główna ulica została zamknięta dla ruchu koło­wego i zmie­niła się w długi, nudny, sma­gany wia­trem, oko­lony kar­ło­wa­tymi brzóz­kami plac roz­rywki. Tutaj ludzie odbie­rali nagrodę za swój trud, tutaj mogli się zająć kon­sump­cją i zapo­mnieć o stra­chu.

Prze­kleń­stwo wol­no­ści, pomy­ślał. Prze­klęty czło­wiek rene­sansu obu­dził się pew­nego ranka w XIII wieku we Flo­ren­cji i wyna­lazł kapi­ta­lizm. Sia­da­jąc na łóżku, pojął moż­li­wo­ści swo­jego ego, zro­zu­miał, że pań­stwo jest orga­ni­zmem, który można nie tylko kon­tro­lo­wać, ale któ­rym można też mani­pu­lo­wać.

Męż­czy­zna usiadł na ławce przed biblio­teką, by nieco ochło­nąć z mor­fi­no­wego rau­szu. Wie­dział, że nie powi­nien długo sie­dzieć na takim mro­zie, ale aku­rat w tej chwili chłód mu nie prze­szka­dzał.

Chciał sie­dzieć i patrzeć na swoją świą­ty­nię, na budy­nek, w któ­rym zało­żył swoją dyna­stię. Na tę brzydką kamie­nicę na rogu ulicy bez nazwy, która tu, na ziemi, była jed­nym z jego domów. W środku paliło się świa­tło. Pew­nie odby­wało się jakieś zebra­nie, jak wtedy.

Ale takich spo­tkań jak nasze już ni­gdy nie będzie, pomy­ślał.

Z budynku wyszły dwie młode kobiety. Zatrzy­mały się na chwilę w holu przy tablicy i pil­nie stu­dio­wały ogło­sze­nia.

Może jesz­cze jest otwarte, pomy­ślał lekko zamro­czony. Może wejść?

Dziew­czyny rzu­ciły mu szyb­kie ukrad­kowe spoj­rze­nie, kiedy minęli się kilka metrów od drzwi. Jak zwy­kle na pro­win­cji, pomy­ślał. Nie znamy go, więc uda­jemy, że go nie ma. Pomy­ślał, że w więk­szych mia­stach ludzie się nie zauwa­żają. To mu odpo­wia­dało.

Biblio­teka rze­czy­wi­ście była otwarta. Sta­nął na środku holu i pozwo­lił wró­cić wspo­mnie­niom. Czas prze­stał ist­nieć. Znów miał dwa­dzie­ścia lat, było lato, upał, a obok niego stała jego dziew­czyna, jego uko­chana Czer­wona Wil­czyca, któ­rej wszystko miało się powieść bar­dziej, niż kto­kol­wiek przy­pusz­czał. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, objął i poczuł zapach henny w jej mie­dzia­no­czer­wo­nych wło­sach. Nie mógł powstrzy­mać szlo­chu.

Nagły prze­ciąg wokół nóg przy­wró­cił mu poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści.

- Coś się stało? Potrze­buje pan pomocy?

Jakiś star­szy męż­czy­zna przy­glą­dał mu się z nie­po­ko­jem.

Zdaw­kowa tro­ska, pomy­ślał. Pokrę­cił głową i prze­łknął swoją fran­cu­ską odpo­wiedź.

Hol uka­zał mu się w całej swej pre­ten­sjo­nal­nej kra­sie. Star­szy pan ruszył dalej, wszedł tam, gdzie było cie­pło, zosta­wia­jąc go sam na sam z tablicą ogło­szeń: Salon Lite­racki, jasełka, kon­cert H?kana Hageg?rda i festi­wal femi­ni­styczny.

Wyrów­nał oddech i przy­gła­dził włosy. Ostroż­nie zro­bił krok w stronę wewnętrz­nych drzwi, dys­kret­nie zaj­rzał przez szklaną taflę do środka. Po chwili szedł szyb­kim kro­kiem przez hol, a potem na dół, tyl­nymi scho­dami.

Boże, pomy­ślał, znów tu jestem. Naprawdę tu jestem.

Spoj­rzał na zamknięte drzwi, przy­wo­łał w pamięci obraz tego, co się za nimi kryło. Pamię­tał to dokład­nie: dębowe panele, kamienne stop­nie, skła­dane sto­liki, kiep­skie oświe­tle­nie. Uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie wła­snego cie­nia, obrazu mło­dego męż­czy­zny, który rezer­wo­wał lokal w imie­niu Towa­rzy­stwa Węd­kar­skiego, a potem orga­ni­zo­wał trwa­jące do póź­nej nocy spo­tka­nia maoistów.

Dobrze zro­bił, że tu przy­je­chał.

Środa, 11 listo­pada

ANDERS SCHY­MAN wło­żył mary­narkę i wypił ostatni łyk kawy. Ciem­ność zmie­niła szyby w lustra. Popra­wił koł­nierz widoczny na tle zarysu rosyj­skiej amba­sady. Potem stał jesz­cze chwilę, wpa­tru­jąc się w dziury w miej­scu, gdzie powinny być jego oczy.

Naresz­cie, pomy­ślał. Prze­stał być jedy­nie przy­dat­nym kre­ty­nem, mógł zacząć dzia­łać. Na roz­po­czy­na­ją­cym się za kwa­drans zebra­niu zarządu zosta­nie w końcu zaak­cep­to­wany, zyska sza­cu­nek.

Więc dla­czego nie był w eufo­rii? Nie był zado­wo­lony? Co się stało z ner­wo­wym szczę­ściem, które odczu­wał, gdy przed chwilą patrzył na leżące przed nim słupki i tabelki?

Przy­glą­dał się swoim oczom, ale nie zna­lazł w nich odpo­wie­dzi.

- Anders - zatrzesz­czał głos w tele­fo­nie. - Her­man Wen­ner­gren jest w dro­dze na górę - poin­for­mo­wała go sekre­tarka, wyraź­nie pod­nie­cona.

Cze­ka­jąc na pre­zesa zarządu, poczuł, że dzień zaczyna nabie­rać tempa.

- Jestem pod wra­że­niem - oświad­czył Wen­ner­gren z tym swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym chrząk­nię­ciem, chwy­ta­jąc jego dłoń w obie ręce. - Czyż­byś zna­lazł cza­ro­dziej­ską różdżkę?

Przez te wszyst­kie lata pre­zes zarządu rzadko komen­to­wał pracę redak­cji. Gdy wyniki oka­zały się o czter­na­ście pro­cent lep­sze, niż zakła­dano, nakład wzra­stał, a dystans do "Kon­kur­ren­ten" malał, zaczy­nał się roz­glą­dać za cza­ro­dziej­ską różdżką.

Anders się roze­śmiał i wska­zał mu miej­sce na kana­pie dla gości. Usie­dli naprze­ciwko sie­bie.

- Wpro­wa­dzi­li­śmy zmiany struk­tu­ralne, które naj­wy­raź­niej zdały egza­min - stwier­dził Schy­man, uwa­ża­jąc, żeby nie wymie­nić nazwi­ska Tor­stens­sona, swo­jego poprzed­nika i dobrego zna­jo­mego Wen­ner­grena.

- Kawa? Może lekki lunch?

Pre­zes uniósł dłoń w odmow­nym geście.

- Zebra­nie będzie krót­kie. Muszę nie­długo wyjść, mam jesz­cze kilka spraw do zała­twie­nia - powie­dział, zer­ka­jąc na zega­rek. - Ale jest coś, o czym chciał­bym z tobą poroz­ma­wiać. Sprawa jest dość pilna.

Schy­man usiadł wygod­niej, pod­parł krę­go­słup poduszką i przy­brał obo­jętny wyraz twa­rzy.

- Dzia­ła­łeś kie­dyś w TU? - spy­tał Wen­ner­gren, przy­glą­da­jąc się swoim paznok­ciom.

Schy­man drgnął. Nie miał wiele wspól­nego z TU, szwedz­kim Sto­wa­rzy­sze­niem Wydaw­ców Prasy.

- Byłem zastępcą członka zarządu, to wszystko.

- Ale wiesz, na czym to polega? Roz­mowy na kory­ta­rzach. Zaku­li­sowe gry.

Wen­ner­gren potarł paznok­ciem o lewą nogawkę spodni; przy­glą­dał mu się spod krza­cza­stych brwi.

- Nie mam wła­ści­wie żad­nych takich doświad­czeń - powie­dział Schy­man, czu­jąc, że stąpa po kru­chym lodzie. - Mam wra­że­nie, że to dość skom­pli­ko­wane sprawy. Ocze­kuje się, że wła­ści­ciele kon­cer­nów pra­so­wych, któ­rzy na co dzień ostro ze sobą kon­ku­rują, nagle usiądą obok sie­bie i wspól­nie zaczną roz­wią­zy­wać pro­blemy. To nie takie pro­ste.

Her­man Wen­ner­gren poki­wał powoli głową i zaczął czy­ścić paznok­cie.

- To prawda. Kon­cerny pra­sowe, wydaw­nic­twa Bon­niers i Schib­sted, prasa lokalna, mię­dzy innymi göteborski "Hjörnes", "Neri­kes Alle­handa" i filia w Jönköpingu, no i oczy­wi­ście my. Dużo róż­nych inte­re­sów do pogo­dze­nia.

- Cza­sem jed­nak coś się udaje, jak w przy­padku podatku od reklam - wtrą­cił Schy­man.

- To prawda - zgo­dził się Wen­ner­gren. - W Domu Prasy działa grupa, która trzyma rękę na pul­sie, ale decy­zje podej­muje prze­wod­ni­czący zarządu.

Schy­man sie­dział bez ruchu i czuł, że jeżą mu się włosy na karku.

- Jak zapewne wiesz, jestem prze­wod­ni­czą­cym komi­sji wybor­czej Sto­wa­rzy­sze­nia - cią­gnął dalej Wen­ner­gren. - W poło­wie grud­nia mamy przed­sta­wić kan­dy­da­tów do nowego zarządu. Pomy­śla­łem, że na sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego zapro­po­nuję cie­bie. Co ty na to?

W gło­wie Schy­mana huczało jak w ulu; myśli odbi­jały mu się od czaszki, wpa­dały na sie­bie.

- Zwy­kle to sta­no­wi­sko przy­pada któ­re­muś z dyrek­to­rów.

- Nie zawsze. Zda­rza się, że prze­wod­ni­czą­cym zostaje redak­tor naczelny. Tylko nie zro­zum mnie źle. Nie chcę, żebyś zapo­mniał o redak­cji i poświę­cił się wyłącz­nie Sto­wa­rzy­sze­niu, jak to się nie­stety zda­rza. Uwa­żam po pro­stu, że świet­nie się na to sta­no­wi­sko nada­jesz.

W kłę­bo­wi­sku myśli roz­legł się ostrze­gaw­czy dzwo­nek.

- Dla­czego? - spy­tał Schy­man. - Bo łatwo mną mani­pu­lo­wać? O to cho­dzi?

Her­man Wen­ner­gren wes­tchnął gło­śno. Pochy­lił się do przodu, poło­żył dło­nie na kola­nach, jakby zamie­rzał wstać.

- Schy­man, naprawdę myślisz, że gdy­bym chciał umie­ścić tam swo­jego czło­wieka, to przy­szedł­bym do cie­bie? - Wstał z tru­dem, wyraź­nie poiry­to­wany. - Nie rozu­miesz, że jest dokład­nie odwrot­nie? Jeśli mi się uda prze­for­so­wać twoją kan­dy­da­turę, co prze­cież wcale nie jest pewne, to po to, żeby w kie­row­nic­twie Sto­wa­rzy­sze­nia był ktoś, kto oprze się wszel­kim naci­skom. Wła­śnie tak cię widzę, Schy­man - powie­dział, kie­ru­jąc się do drzwi. - Nie opóź­niajmy zebra­nia - dodał, odwra­ca­jąc się do Schy­mana ple­cami.

Annika minęła zjazd na auto­stradę w stronę lot­ni­ska i jechała dalej, w stronę Kal­la­xby. Kra­jo­braz był cał­ko­wi­cie pozba­wiony barw. Sosny jak ciemne duchy, czarno-biała zie­mia, oło­wia­no­szare niebo. Białe welony śnież­nej zadymki tań­czyły nad ciem­no­sza­rym asfal­tem. Ter­mo­metr w wyna­ję­tym samo­cho­dzie wska­zy­wał jede­na­ście stopni w środku i cztery poni­żej zera na zewnątrz.

Minęła kawa­łek pola i trzy miliony kar­ło­wa­tych sosen i w końcu dotarła do drogi skrę­ca­ją­cej w stronę lądo­wi­ska w Nor­r­bot­ten.

Pas pro­wa­dzący do bazy lot­ni­czej wyda­wał się nie­skoń­cze­nie długi. Zie­mia po obu stro­nach była goła, bez roślin­no­ści, poza pokrzy­wio­nymi przy­sa­dzi­stymi sosnami. Lekki skręt w prawo i nagle wyro­sło przed nią ogro­dze­nie, a chwilę potem brama, budka war­tow­nika, domy i par­king po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia. Annika poczuła się nagle, jakby pod­glą­dała, jakby była szpie­giem, który dostał do wyko­na­nia wsty­dliwe zada­nie. Tuż za bramą stały dwa myśliwce, jeden wyglą­dał na dra­kena.

Za ogro­dze­niem droga wiła się dalej. Annika pochy­liła się, żeby lepiej widzieć. Minęła par­king dla żoł­nie­rzy służby zasad­ni­czej i doje­chała do ogrom­nej strzel­nicy. Kil­ku­na­stu męż­czyzn w mun­du­rach polo­wych bie­gało po placu, każdy z pisto­le­tem auto­ma­tycz­nym w ręku i kara­bi­nem prze­wie­szo­nym przez ramię. Dro­go­wskaz poka­zy­wał, że droga cią­gnie się aż do cypla Lulnäs, ale sto­jący jakieś sto metrów dalej znak zakazu zmu­sił ją do zawró­ce­nia. Ubra­nych na zie­lono żoł­nie­rzy nie było już widać.

Zatrzy­mała się przy budce war­tow­nika; zawa­hała się, w końcu jed­nak wyłą­czyła sil­nik i wysia­dła. Idąc wzdłuż ściany bla­sza­nego baraku z lustrza­nymi szy­bami w oknach, nie widziała nikogo, nie zauwa­żyła żad­nego dzwonka, niczego, była sama. Nagle, gdzieś po lewej, usły­szała głos z gło­śnika.

- Jakiś pro­blem?

Prze­ra­żona spoj­rzała w stronę, skąd docho­dził głos, ale widziała jedy­nie bla­chę i chrom.

- Szu­kam... Pet­ters­sona - powie­działa do swo­jego odbi­cia w szy­bie. - Ofi­cera pra­so­wego.

- Kapi­tana Pet­ters­sona, chwi­leczkę - odpo­wie­dział głos, nale­żący zapewne do mło­dego żoł­nie­rza.

Odwró­ciła się ple­cami do błysz­czą­cego budynku i spró­bo­wała coś dostrzec przez szta­chety par­kanu. Mię­dzy drze­wami spo­strze­gła sza­ro­zie­lone han­gary i rząd woj­sko­wych pojaz­dów. Z zewnątrz trudno jej było oce­nić wiel­kość bazy.

- Pro­szę przejść przez bramę, a potem pierw­sze drzwi na prawo - roz­legł się znów głos z zaświa­tów.

Annika zro­biła, co jej kazano. Dobry oby­wa­tel i szpieg.

Ofi­cer, który ją przy­jął, wyglą­dał na pro­to­typ zado­wo­lo­nego z sie­bie żoł­nie­rza: pro­ste plecy, szpa­ko­waty, wyspor­to­wany.

- Jestem Annika Bengt­zon - przed­sta­wiła się. - W zeszłym tygo­dniu roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. O rocz­nicy zama­chu...

Męż­czy­zna przy­trzy­mał jej dłoń w swo­jej o sekundę za długo. Dała się uwieść jego jasnemu spoj­rze­niu i miłemu uśmie­chowi.

- Tak jak mówi­łem przez tele­fon, mamy tylko to, co już zostało opu­bli­ko­wane. Możemy pani prze­ka­zać naszą ana­lizę sytu­acji i wnio­ski, do któ­rych wów­czas doszli­śmy. Chęt­nie poka­za­li­by­śmy pani nasze muzeum, ale nie­stety Gustaf, któ­remu pod­lega, jest dzi­siaj chory. Zapra­szam jutro, na pewno już będzie na nogach.

- Mogła­bym obej­rzeć miej­sce, gdzie doszło do zama­chu?

Męż­czy­zna uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

- Sądzi­łem, że ten szcze­gół wyja­śni­li­śmy sobie przez tele­fon. Infor­ma­cje o miej­scu, w któ­rym doszło do zama­chu, nie zostały podane do wia­do­mo­ści publicz­nej.

- Czy­tał pan arty­kuł Benny'ego Eklanda w piąt­ko­wym nume­rze "Nor­r­lands-Tid­nin­gen"?

Męż­czy­zna wska­zał na krze­sło przy sto­liku i zapro­po­no­wał, żeby usia­dła. Annika zdjęła kurtkę i wyło­wiła z torby notes.

- Mam tu kopię arty­kułu, więc jeśli pan ma ochotę...

- Wiem, o jaki arty­kuł cho­dzi - powie­dział, spo­glą­da­jąc na żoł­nie­rza, który wła­śnie wszedł do pokoju. - Może pani pod­pi­sać się na liście?

Annika potwier­dziła swoją obec­ność w bazie nie­czy­tel­nym gry­zmo­łem i podzię­ko­wała za kawę.

- Jest w tym coś z prawdy? - spy­tała, wra­ca­jąc do arty­kułu.

Ofi­cer pra­sowy nalał sobie hoj­nie do kubka z Bruce'em Spring­ste­enem.

- Nie­wiele - odpo­wie­dział.

Annika poczuła, że gaśnie ostat­nia iskierka nadziei.

- Dla mnie było tam kilka nowych infor­ma­cji. Możemy to razem przej­rzeć? Zda­nie po zda­niu. Chcia­ła­bym wie­dzieć, co jest zgodne z prawdą, a co nie.

Wycią­gnęła z cze­lu­ści torby kopię arty­kułu, papier zasze­le­ścił.

Kapi­tan Pet­ters­son podmu­chał i ostroż­nie wypił łyk kawy.

- Pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych zaczęto suk­ce­syw­nie wymie­niać lan­seny na myśliwce typu Dra­ken. To się zga­dza. Wer­sja zwia­dow­cza samo­lotu poja­wiła się w 1967 roku, a myśliwce latem 1969 roku.

Annika znała arty­kuł na pamięć.

- Czy to prawda, że docho­dziło do prób sabo­tażu przez wkła­da­nie zapa­łek w różne otwory i rury?

- W tam­tych cza­sach krę­ciło się tu wielu lewa­ków - przy­znał ofi­cer pra­sowy. - Ogro­dze­nie nie sta­no­wiło poważ­nej prze­szkody. Chłopcy z zapał­kami byli zapewne prze­ko­nani, że umiesz­cza­jąc coś w rurce Pitota, uszko­dzą maszynę, ale nie ma żad­nych dowo­dów, że to wła­śnie te grupy miały cokol­wiek wspól­nego z zama­chem z 1969 roku.

Annika noto­wała.

- A resztki paliwa? Czy infor­ma­cja o meta­lo­wych wia­drach, do któ­rych je zle­wano, jest praw­dziwa?

- Ow­szem - potwier­dził. - Ale to paliwo nisko­ok­ta­nowe, nie można go pod­pa­lić zapałką. Trzeba by je porząd­nie roz­grzać, żeby zaczęło pło­nąć. Tak więc i ta infor­ma­cja nie jest do końca praw­dziwa. W każ­dym razie w listo­pa­dzie w Lule? byłoby to nie­moż­liwe - powie­dział, uśmie­cha­jąc się bez­tro­sko.

- A czy tam­tego wie­czoru odby­wały się jakieś ćwi­cze­nia? Czy maszyny stały na zewnątrz?

- To była noc z wtorku na środę. Zawsze latamy we wtorki, wszyst­kie eska­dry w kraju, od dzie­się­cio­leci. Trzy zmiany, lądo­wa­nie o dwu­dzie­stej dru­giej. Potem zwy­kle maszyny stoją jesz­cze godzinę na pły­cie, zanim je wpro­wa­dzimy do han­ga­rów. Do zama­chu doszło o pierw­szej trzy­dzie­ści pięć. O tej porze wszyst­kie maszyny zawsze są już w han­ga­rach.

Annika prze­łknęła ślinę i pozwo­liła kopii arty­kułu opaść na kolana.

- Mia­łam nadzieję, że rzuci pan nieco wię­cej świa­tła na tę histo­rię - powie­działa, uśmie­cha­jąc się do niego.

Odpo­wie­dział jej uśmie­chem inten­syw­nie nie­bie­skich oczu. Annika pochy­liła się do przodu.

- Minęło trzy­dzie­ści lat. Może mi pan cho­ciaż powie­dzieć, co spo­wo­do­wało wybuch?

Zale­gła cisza. Annika nie pró­bo­wała jej prze­rwać. Teraz jego ruch. Nie­stety kapi­tan Pet­ters­son zda­wał się w ogóle nie przej­mo­wać tym, że poko­nała tysiąc kilo­me­trów. Musiała się pod­dać.

- Dla­czego doszli­ście do wnio­sku, że za zama­chem stali Rosja­nie? - zadała ostat­nie pyta­nie.

- Zasto­so­wa­li­śmy metodę wyklu­cza­nia - odpo­wie­dział.

Odchy­lił się do tyłu i zaczął stu­kać dłu­go­pi­sem w kubek.

- Nie byli to lewacy. Miej­scowe grupy można od razu skre­ślić. Säpo wie, że wtedy nie dzia­łali tu żadni inni akty­wi­ści, ani z lewej, ani z pra­wej strony.

- Skąd ta pew­ność?

Ofi­cer po raz pierw­szy spo­waż­niał, prze­stał stu­kać.

- Po zama­chu miej­scowe grupy zostały pod­dane wni­kli­wej obser­wa­cji. Docho­dziły do nas różne plotki. Wiemy na pewno, kto ganiał z zapał­kami, ale o zama­chu nikt nic nie wspo­mi­nał. Gdyby rze­czy­wi­ście za tym stali, wie­dzie­li­by­śmy o tym.

- Prze­słu­cha­nia pro­wa­dziła poli­cja czy wy?

Męż­czy­zna znów się roze­śmiał.

- Powiedzmy, że sobie poma­ga­li­śmy.

Annika ana­li­zo­wała różne argu­menty, wpa­try­wała się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w notatki.

- To, czy ludzie mil­czą, czy nie, zależy chyba od stop­nia ich fun­da­men­ta­li­zmu. Skąd pew­ność, że nie było żad­nego twar­dego jądra ter­ro­ry­stycz­nego, któ­rego nie dostrze­gli­ście, bo oni nie chcieli, żeby­ście je dostrze­gli?

Męż­czy­zna mil­czał o sekundę za długo, potem znów się roze­śmiał.

- Co? Tutaj, w Lule?? Baader-Mein­hof na Mlecz­nym Cyplu? To byli Rosja­nie. Na pewno.

- Dla­czego zado­wo­lili się jedną maszyną? - spy­tała Annika, zbie­ra­jąc swoje rze­czy. - Dla­czego nie wysa­dzili całej bazy?

Kapi­tan Pet­ters­son pokrę­cił głową, wes­tchnął ciężko.

- Pew­nie chcieli tylko poka­zać, że są w sta­nie to zro­bić. Chcieli zbu­rzyć nasze poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Na pewno chęt­nie zaj­rze­li­by­śmy do ich mózgów i poznali tok ich rozu­mo­wa­nia. Może wtedy dowie­dzie­li­by­śmy się też, dla­czego wysy­łali pol­skich sprze­daw­ców obra­zów do naszych ofi­ce­rów. Albo dla­czego ich okręt pod­wodny osiadł na ska­łach w pobliżu Karls­krony. To też chcie­li­by­śmy wie­dzieć. A teraz pro­szę wyba­czyć, ale za dzie­sięć minut mam apel.

Annika wzięła torbę, zasu­nęła zamek bły­ska­wiczny, wstała i wło­żyła kurtkę.

- Dzię­kuję - powie­działa. - Pro­szę pozdro­wić Gustafa i prze­ka­zać mu, że nie wiem, czy zdążę jutro wpaść do muzeum. Mam jesz­cze kilka rze­czy do zro­bie­nia, a po lun­chu wra­cam do domu.

- Pro­szę się nie spie­szyć. To bar­dzo cie­kawa eks­po­zy­cja.

Annika spu­ściła wzrok i wymam­ro­tała coś, co sama nie bar­dzo rozu­miała.

Guzik się dowie­dzia­łam, pomy­ślała, jadąc z powro­tem do mia­sta. Nie mogę wró­cić do redak­cji i oświad­czyć, że wyprawa oka­zała się nie­wy­pa­łem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki