Antoni Kępiński Portret genialnego psychiatry. Portret genialnego psychiatry - Krystyna Rożnowska

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

(prof. Bog­dan de Bar­baro)

W ostat­nich la­tach zda­rzało mi się pi­sać po­sło­wie lub słowo wstępne do kilku pu­bli­ka­cji książ­ko­wych, lecz ni­gdy nie czu­łem tego ro­dzaju tremy i onie­śmie­le­nia, jak te­raz, gdy przy­stę­puję do dzie­le­nia się re­flek­sjami nad pracą o Pro­fe­so­rze An­to­nim Kę­piń­skim. My­ślę, że tak się dzieje dla­tego, że dla psy­chia­try Jego po­stać jest szcze­gól­nie ważna, a uży­wa­jąc dzi­siej­szego żar­gonu - kul­towa i przez to trudno o słowa, które bez po­pa­da­nia w pa­tos od­da­łyby to, co jest istotne i w tej Oso­bie i w jej dziele.

Kiedy czy­tamy prace An­to­niego Kę­piń­skiego, za­głę­biamy się w szcze­góły jego ży­cio­rysu, słu­chamy wspo­mnień jego uczniów, mamy świa­do­mość, że ob­cu­jemy z Kimś nie­zwy­kłym. Co tłu­ma­czy, co wy­ja­śnia ową nie­po­wta­rzal­ność Kę­piń­skiego dziś, sto lat od jego na­ro­dzin? W moim prze­ko­na­niu wiel­kość An­to­niego Kę­piń­skiego wy­raża się tym, że - od­wo­łam się tu do zwrotu ba­nal­nego, ale klu­czo­wego - wy­prze­dził on epokę. Po­zwolę so­bie zwró­cić uwagę na cztery ta­kie ob­szary, w któ­rych myśl Kę­piń­skiego jest wciąż nie tylko ak­tu­alna, ale wręcz jest dla nas drogo­wska­zem.

Plu­ra­lizm. W pra­cach Kę­piń­skiego szcze­gól­nie obecna i ważna jest prze­stroga przed do­gma­ty­zmem, przed po­kusą wy­ka­za­nia, że jest ja­kaś teo­ria, która jako je­dyna do­brze opi­suje rze­czy­wi­stość. Cie­kawe, że roz­ma­wia­jąc z pol­skimi psy­cho­te­ra­peu­tami, czę­sto można spo­tkać się z prze­ko­na­niem, że Kę­piń­ski był "w grun­cie rze­czy..." i tu pada na­zwa kie­runku czy mo­delu te­ra­peu­tycz­nego, wy­zna­wa­nego czy re­ali­zo­wa­nego wła­śnie przez roz­mówcę. Bo prze­cież są w pra­cach Kę­piń­skiego zda­nia, które można by okre­ślić jako za­ko­rze­nione w my­śle­niu psy­cho­dy­na­micz­nym, ale też sys­te­mo­wym, ale też eg­zy­sten­cjal­nym... Nie wąt­pię, że da się wy­mie­nić jesz­cze kilka teo­rii, któ­rych ślady w pi­smach Kę­piń­skiego - przy ca­łej ory­gi­nal­no­ści jego po­glą­dów - chęt­nie od­naj­dziemy. Ten fakt sta­nowi ilu­stra­cję owego an­ty­dog­ma­ty­zmu, dzięki któ­remu ja­sna staje się teza (by­naj­mniej nie­oczy­wi­sta we współ­cze­snej psy­chia­trii czy psy­cho­te­ra­pii), zgod­nie z którą tylko wie­lo­wy­mia­rowy opis przy­bliża (ale nie wię­cej niż przy­bliża) do rze­czy­wi­sto­ści. Wspo­mniany przez au­torkę książki po­przed­nik Kę­piń­skiego na sta­no­wi­sku kie­row­nika kra­kow­skiej Kli­niki Psy­chia­trycz­nej prof. Eu­ge­niusz Brze­zicki czy jego na­stępca prof. Adam Szy­mu­sik, a także jego na­uczy­ciel dr Wła­dy­sław Stry­jeń­ski hoł­do­wali prze­ko­na­niu, że do­gma­tyzm, dok­try­nal­ność, walka o wy­ka­za­nie wyż­szo­ści jed­nej szkoły nad drugą to szko­dliwe kie­runki my­śle­nia i na­uko­wego dzia­ła­nia. Dziś, w epoce, gdy bio­lo­giczny mo­del me­dy­cyny od­nosi tak wiele suk­ce­sów, a nie­które szkoły psy­cho­te­ra­peu­tyczne chęt­nie za­my­kają się w oko­wach wła­snych za­ło­żeń, prze­stroga przed re­duk­cjo­ni­zmem jest nie tylko ak­tu­alna, ale wręcz sta­nowi nie­zbędne ostrze­że­nie dla mi­ło­śni­ków peł­nego upo­rząd­ko­wa­nia tego, co nie­jed­no­znaczne, nie­pewne, a może na­wet nie­po­zna­walne. Ta idea plu­ra­li­stycz­nej otwar­to­ści - bez po­pa­da­nia w po­no­wo­cze­sny re­la­ty­wizm - ma swoje mocne za­ko­rze­nie­nie w dziele Pro­fe­sora.

Otwar­tość. Wspo­mniana idea plu­ra­li­zmu łą­czy się z otwar­to­ścią psy­chia­trii na inne na­uki, które mogą być źró­dłem in­spi­ra­cji. Jed­no­cze­śnie psy­chia­tria swoją re­flek­sją może wzbo­ga­cać per­spek­tywę "są­sied­nich" dzie­dzin. Jest więc w Kę­piń­skim an­ty­dog­ma­tyczna go­to­wość do "po­dróży bez gra­nic", a jego re­flek­sje do­ty­czą ta­kich klu­czo­wych za­gad­nień i wy­zwań in­te­lek­tu­al­nych, jak na przy­kład py­ta­nie o to, czym jest zło, ja­kie są pu­łapki wła­dzy, ja­kie są źró­dła kse­no­fo­bii, ku czemu zmie­rza świat. Zwłasz­cza wi­doczne są one w Ryt­mie ży­cia, książce, któ­rej lek­tura po­winna być obo­wiąz­kowa dla in­te­lek­tu­ali­stów w XXI wieku, za­równo post­mo­der­ni­stów, post­po­st­mo­der­ni­stów, jak i anty-post­mo­der­ni­stów. Nie waha się Kę­piń­ski się­gać do my­śli so­cjo­lo­gicz­nej, fi­lo­zo­ficz­nej, do po­ezji, ko­men­tuje zja­wi­ska i wy­da­rze­nia z po­zy­cji mę­drca, któ­rego prze­ni­kli­wość po­zwala czy­tel­ni­kowi le­piej zro­zu­mieć świat i sie­bie sa­mego. Także dziś, w pół wieku od po­wsta­nia jego prac, my­śli w nich za­warte są nie­zwy­kle prze­ni­kliwe i in­spi­ru­jące, po­ka­zu­jące, że psy­chia­tra może wła­śnie ze swo­jej per­spek­tywy wiele waż­nego o świe­cie po­wie­dzieć i przed wie­loma nie­bez­pie­czeń­stwami prze­strzec.

Osoba pa­cjenta. To, że dla psy­chia­try i psy­cho­te­ra­peuty osoba pa­cjenta (ale także sze­rzej: Osoba In­nego) po­zo­staje w cen­trum uwagi, jest czymś na­tu­ral­nym i nie bu­dzi zdzi­wie­nia. Szcze­gólne jest jed­nak to, że Kę­piń­ski nie po­prze­staje na opi­sie sa­mego pa­cjenta (w róż­nych jego od­sło­nach), ale też zaj­muje się drugą stroną me­dalu: psy­chia­trą i re­la­cją le­karz - pa­cjent. Przede wszyst­kim prze­strzega psy­chia­trę przed po­stawą do­mi­na­cji. (Nota bene pro­blem wła­dzy, do­mi­na­cji, od­po­wie­dzial­no­ści jest wąt­kiem wie­lo­krot­nie obec­nym w pra­cach Pro­fe­sora.) W Ryt­mie ży­cia, w eseju O psy­cho­te­ra­pii kry­tycz­nie pi­sze on: "Ob­ser­wuje się tu dziwny pa­ra­doks wła­dzy: im więk­szy wpływ psy­chia­tra chce na cho­rego wy­wrzeć, tym mniej­szy wpływ wy­wiera". Jest w tej re­flek­sji nie tylko wska­zówka etyczna, ale także pod­po­wiedź - prze­stroga o klu­czo­wym zna­cze­niu dla wszyst­kich tych, któ­rzy zaj­mują się po­ma­ga­niem po­przez słowo. Jest to fra­pu­jące, jak Kę­piń­ski po­tra­fił (na wiele lat przed po­pu­lar­no­ścią te­ra­peu­tycz­nej po­stawy okre­śla­nej jako not-kno­wing stance) opi­sać istotę fi­lo­zo­fii dia­logu apli­ko­wa­nej do prak­tyki te­ra­peu­tycz­nej. Osoba pa­cjenta (wła­śnie: ra­czej "osoba pa­cjenta" niż "pa­cjent") po­zo­staje w cen­trum re­flek­sji Kę­piń­skiego. Czy to bę­dzie mowa o nie­zwy­kłym świe­cie we­wnętrz­nym ko­goś, kto cierpi z po­wodu psy­chozy, czy o "ego­tycz­nym" neu­ro­tyku, czy o "psy­cho­pa­cie" (który sam cierpi i spra­wia cier­pie­nie in­nym) - za­wsze po­zna­nie cho­rego bę­dzie swego ro­dzaju po­dróżą w nie­znane, od­kry­wa­niem ta­jem­nicy, fa­scy­nu­ją­cym po­szu­ki­wa­niem opar­tym na nie­ba­nal­nej roz­mo­wie. Nie znam prac, które by sub­tel­niej, bar­dziej wie­lo­stron­nie i wni­kli­wie niż mo­no­gra­fie An­to­niego Kę­piń­skiego opi­sały to za­dzi­wia­jące swoją nie­po­wta­rzal­no­ścią zja­wi­sko, ja­kim jest kon­takt psy­cho­te­ra­peu­tyczny.

Kim jest czło­wiek? Lek­tura prac An­to­niego Kę­piń­skiego zmu­sza nas także do re­flek­sji nad na­turą czło­wieka. Cza­sem au­tor przed­sta­wia wprost swoje hi­po­tezy (na­kre­śla­jąc ory­gi­nalną teo­rię me­ta­bo­li­zmu in­for­ma­cyj­nego, nad któ­rej ro­zu­mie­niem do dziś pra­cują fi­lo­zo­fo­wie i le­ka­rze), nie­kiedy ana­li­zuje ja­kąś kon­kretną po­stać (snu­jąc re­flek­sje nad oso­bo­wo­ścią Ru­dolfa Hössa). Szcze­gól­nie po­bu­dza do na­my­słu jego bio­gra­fia przed­sta­wiona przez Kry­stynę Roż­now­ską w tej książce. Taką przej­mu­jącą sceną, w któ­rej au­torka opi­suje ostat­nie dni ży­cia Kę­piń­skiego, jest jego roz­mowa z młod­szym od niego o kil­ka­na­ście lat fi­lo­zo­fem, ks. Jó­ze­fem Ti­sch­ne­rem. Ti­sch­ner, szu­ka­jąc słów po­cie­chy, miał po­wie­dzieć do umie­ra­ją­cego Kę­piń­skiego: "Idziesz drogą wy­dep­taną", na co Kę­piń­ski po­noć od­po­wie­dział: "Ja­kie to wiel­kie, ja­kie to wspa­niałe, że czło­wiek nie wkra­cza na tę drogę pierw­szy". Wmy­śla­jąc się w tę scenę spo­tka­nia dwóch nie­po­spo­li­tych lu­dzi, czu­jemy się za­pro­szeni do na­my­słu nad po­nad­cza­sową ta­jem­nicą ist­nie­nia i ta­jem­nicą śmierci.

Za­pra­sza­jąc do czy­ta­nia książki o oso­bie i dziele Pro­fe­sora, nie spo­sób nie do­tknąć py­ta­nia waż­nego, nie­kiedy osło­nię­tego mgłą ta­jem­nicy: czy Kę­piń­ski prze­szedł w swoim ży­ciu epi­zod psy­cho­tyczny? Są prze­słanki po­twier­dza­jące tę hi­po­tezę i o tym au­torka książki pi­sze wprost. Nie roz­strzy­ga­jąc w tym miej­scu tej kwe­stii osta­tecz­nie, warto za­uwa­żyć, że im bar­dziej jest to praw­do­po­dobne, tym więk­sze uza­sad­nie­nie ma teza, że za­bu­rze­nie psy­chiczne nie tylko nie prze­kre­śla osoby, któ­rej się owo za­bu­rze­nie przy­da­rzyło, ale wręcz wska­zuje, że psy­choza może być - zgod­nie z kon­cep­cją prof. Eu­ge­niu­sza Brze­zic­kiego - pa­ra­do­xa­lis so­cia­li­ter fau­sta, a więc spo­łecz­nie ko­rzystna. Warto o tym pa­mię­tać w cza­sach, kiedy styg­ma­ty­zo­wa­nie osób cho­ru­ją­cych psy­chicz­nie jest zja­wi­skiem po­wszech­nym, a po­kusa, by (nad)uży­wać ety­kiet psy­chia­trycz­nych do de­pre­cjo­no­wa­nia prze­ciw­ni­ków, jest sil­nie obecna w ży­ciu spo­łecz­nym. Tym­cza­sem An­toni Kę­piń­ski swoją mo­no­gra­fią Schi­zo­fre­nia zro­bił wiele dla przy­bli­że­nia świata psy­chozy oso­bom "zdro­wym". Dzięki niemu i wska­za­niu, że gra­nica mię­dzy normą a pa­to­lo­gią jest nie­jed­no­znaczna, kul­tu­rowo uwa­run­ko­wana i zmienna w cza­sie, po­wstał most mię­dzy tym, co zdrowe, a tym, co chore, prze­ży­cia cho­ro­bowe stały się bar­dziej zro­zu­miałe, dla nie­któ­rych na­wet atrak­cyjne! (Sam pa­mię­tam, że jako le­karz pra­cu­jący w przy­chodni stu­denc­kiej mu­sia­łem roz­wie­wać wy­obra­że­nia nie­któ­rych stu­den­tek i stu­den­tów, któ­rzy po lek­tu­rze mo­no­gra­fii Kę­piń­skiego Schi­zo­fre­nia mieli na­dzieję, że to fa­scy­nu­jące za­bu­rze­nie wła­śnie u nich wy­stę­puje). Na­mysł nad tym, czym jest psy­choza i jaki jest jej spo­łeczny kon­tekst, jest w do­bie obec­nej nie­zwy­kle ak­tu­alny. An­toni Kę­piń­ski uczy, jak do­świad­czać świata, by Inne nie było Obce.

Na ko­niec tego krót­kiego za­pro­sze­nia do lek­tury od­niosę się jesz­cze do wątku "nie­gdyś a dziś". Głos Kę­piń­skiego prze­strzega nas przed wie­loma śle­pymi ulicz­kami, w ja­kie brniemy w XXI wieku. Wielu ko­men­ta­to­rów pod­kre­śla, że gdyby Kę­piń­ski żył dziś, w erze in­ter­netu i w cza­sie swo­bod­nego prze­pływu in­for­ma­cji, to jego roz­wa­ża­nia o świe­cie jemu współ­cze­snym, o me­ta­bo­li­zmie in­for­ma­cyj­nym czy fe­no­me­no­lo­gii schi­zo­fre­nii uczy­ni­łyby go zna­nym i po­pu­lar­nym na świe­cie, a me­dia za­dba­łyby o jego po­pu­lar­ność. Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Z jed­nym za­strze­że­niem: Pro­fe­sor, nie wąt­pię, miałby wo­bec swej sławy au­to­iro­niczny dy­stans i nie dałby się za­pro­sić na ry­nek rzą­dzony sławą, bla­skiem ce­le­bryty i kli­kal­no­ścią. A jed­no­cze­śnie nie wąt­pię, że światu i każ­demu z nas przy­da­łyby się my­śli Pro­fe­sora na te­mat libido do­mi­nandi, ta­jem­nicy zła czy schi­zo­fre­ni­za­cji spo­łe­czeń­stwa.

I dla­tego z głę­bo­kim prze­ko­na­niem ży­czę P.T. Czy­tel­ni­kom, by ta książka o Pro­fe­so­rze An­to­nim Kę­piń­skim była oka­zją do oso­bi­ście waż­nego i in­spi­ru­ją­cego spo­tka­nia z Nim i Jego dzie­łem.

prof. Bog­dan de Bar­baro

I

Cios

Swoje książki An­toni Kę­piń­ski pi­sał i przy­go­to­wy­wał do druku pod­czas dwu­ipół­let­niej nie­ule­czal­nej wów­czas cho­roby, po­dej­mu­jąc wy­ścig z cza­sem. Co spra­wiło, że mimo bólu i nie­uchron­no­ści bli­skiej śmierci po­dej­mo­wał co dzień trud two­rze­nia? Jak po­tra­fił kon­cen­tro­wać się go­dzi­nami na pi­sa­niu, cho­ciaż cier­piał z po­wodu licz­nych do­le­gli­wo­ści i wie­dział, że jego ży­cie wkrótce się skoń­czy? Skąd czer­pał na to siły? Jak ktoś twier­dził nieco pa­te­tycz­nie - do twór­czo­ści może czło­wieka zmu­sić mi­łość, gdy przyj­dzie na­gle, lub śmierć, gdy się nieco ociąga. Było to więc two­rze­nie prze­ciw śmierci.

***

Jest lato 1970 roku. Przez trzy mie­siące - od lipca do wrze­śnia - An­toni Kę­piń­ski leży w Kli­nice Ne­fro­lo­gicz­nej In­sty­tutu Cho­rób We­wnętrz­nych Aka­de­mii Me­dycz­nej przy ul. Ko­per­nika 15. Ma pięć­dzie­siąt dwa lata. Le­czy go ze szcze­gólną tro­ską jego ko­lega z gim­na­zjal­nych lat, szef tej kli­niki, prof. Zyg­munt Ha­nicki. Chory jest unie­ru­cho­miony w gor­se­cie gip­so­wym. Bar­dzo za­pra­co­wany i ak­tywny przed cho­robą, z tru­dem znosi bez­ruch, do­ku­czają mu też liczne do­le­gli­wo­ści. Jed­nak kiedy z po­wodu wy­kry­tego u niego nie­dawno no­wo­tworu pękł je­den z krę­gów, za­sto­so­wa­nie ta­kiej me­tody le­cze­nia prof. Ha­nicki uznał za ko­nieczne.

Mimo to pa­cjent się nie nu­dzi, a może na­wet cza­sem po­trze­buje wię­cej spo­koju na­leż­nego cho­remu w tak cięż­kim sta­nie. Prze­bywa tu z nim żona, pani Ja­dwiga, bywa też jego sio­stra Łu­cja Szu­mow­ska, wpa­dają czę­sto le­ka­rze z po­bli­skiej Kli­niki Psy­chia­trycz­nej, w któ­rej pra­cuje od lat, oraz liczni przy­ja­ciele. Przy­cho­dzą także jego pa­cjenci.

Gdy od­wie­dza­jący za­dają mu naj­częst­sze w tych oko­licz­no­ściach py­ta­nie o sa­mo­po­czu­cie, Kę­piń­ski ba­ga­te­li­zuje swoją cho­robę. Nie roz­ma­wia o niej także z le­ka­rzami i choć dia­gnoza jest już znana, utrzy­muje, że są to reu­ma­tyczne do­le­gli­wo­ści. Z jego ust nie pada słowo "rak". Dzi­siaj na ogół lu­dzie otwar­cie mó­wią, że mają no­wo­twór. Wtedy jed­nak było to tabu; zwy­kle nie wy­ma­wiano jej na­zwy, zwłasz­cza w obec­no­ści cho­rego - uwa­żano, że może to spo­wo­do­wać jego przy­gnę­bie­nie i za­bić w nim na­dzieję, bo prze­cież z ra­kiem wy­gry­wali tylko nie­liczni. A ten chory chciał pew­nie unik­nąć sy­tu­acji nie­zręcz­nych dla od­wie­dza­ją­cych, oszczę­dzić im za­kło­po­ta­nia, kie­ro­wał więc roz­mowę na inne sprawy, sta­ra­jąc się utrzy­mać jej lekki, to­wa­rzy­ski ton.

W końcu wrze­śnia 1970 roku, w ochra­nia­ją­cym jego kru­che ko­ści gor­se­cie, który mu­siał już no­sić do końca ży­cia, Kę­piń­ski zo­staje prze­wie­ziony do po­bli­skiej Kli­niki Psy­chia­trycz­nej przy ul. Ko­per­nika 21a. Nie­dawno zo­stał jej kie­row­ni­kiem, na pewno trudno mu się po­go­dzić z fak­tem, że nie może ak­tyw­nie peł­nić swo­jej funk­cji. Urzą­dzono tu dla niego na pię­trze ga­bi­net, tak by mógł w nim prze­by­wać dzień i noc - le­czyć się, a jed­no­cze­śnie kie­ro­wać kli­niką, kon­sul­to­wać pa­cjen­tów i pi­sać. Tu także prze­bywa z nim żona, jest też uko­chany kot An­toś, co stwa­rza do­mową at­mos­ferę.

Bu­dzi się zwy­kle o czwar­tej i gdy inni cho­rzy jesz­cze śpią, w ci­szy i spo­koju pi­sze swoje książki. Już o szó­stej roz­po­czyna się co­dzienne szpi­talne ży­cie i co chwilę ktoś puka do drzwi. Wcho­dzą le­ka­rze - ci, któ­rzy go le­czą, ale też inni, z tej i są­sied­nich kli­nik - a także pie­lę­gniarki, a po­tem go­ście: pa­cjenci i przy­ja­ciele. Z le­ka­rzami swo­jej kli­niki oma­wia sprawy or­ga­ni­za­cyjne i le­cze­nie cho­rych. Od­szu­kują go też tu­taj jego wie­lo­letni pa­cjenci, dla któ­rych ni­gdy nie bra­ko­wało mu czasu. Te­raz rów­nież ich przyj­muje, pyta o zdro­wie, roz­waża ich pro­blemy, daje rady i wska­zówki, pod­trzy­muje na du­chu, a więc na­dal le­czy. "Od­wie­dzi­łam go, kiedy już cho­ro­wał, prze­by­wał w po­ko­iku na pod­da­szu, chyba na trze­cim pię­trze. Sie­dział w łóżku, obok stała ma­szyna do pi­sa­nia, le­żały pa­pie­rosy. Tak, dużo pa­lił, do końca. Cho­ciaż sam był chory, po­mógł mi prze­trwać cho­robę mo­jej mamy" - wspo­mina Alek­san­dra Opal­ska, na­uczy­cielka pie­lę­gniar­stwa.

Gdy czuje się nieco le­piej, współ­pra­cu­jąca z nim od lat pie­lę­gniarka Ja­nina Ryszka-Za­ją­cowa przy­nosi mu wy­kroch­ma­lony biały far­tuch, po­maga go wło­żyć i mówi: "Pa­nie do­cen­cie, idziemy na wi­zytę". Wy­cho­dzi z nią na od­dział, idzie od łóżka do łóżka, nie zdra­dza­jąc się ze swoim cier­pie­niem, i z uwagą wy­słu­chuje każ­dego cho­rego.

***

Wtedy jesz­cze An­toni Kę­piń­ski nie był tak znany poza kra­kow­skim śro­do­wi­skiem psy­chia­trycz­nym jak kilka lat póź­niej. Co prawda opu­bli­ko­wał już bli­sko sto ar­ty­ku­łów na­uko­wych, a pierw­sza jego książka od dawna cze­kała na wy­da­nie, ale po­pu­lar­ność miała do­piero przyjść. I na­de­szła wkrótce po jego śmierci. Przy­nio­sły ją wy­da­wane wów­czas jego dzieła.

Nie spie­szono się wcze­śniej z pu­bli­ko­wa­niem jego ksią­żek, które skła­dał w wy­daw­nic­twach na­uko­wych. Jedni mó­wią, że z po­wo­dów po­li­tycz­nych - nie był ulu­bień­cem ów­cze­snej wła­dzy - inni twier­dzą, że re­cen­zen­tów tych wy­daw­nictw znie­chę­cał nie­nau­ko­wym, ra­czej po­pu­la­ry­za­tor­skim sty­lem. Nie szu­kał po­par­cia w krę­gach rzą­dzą­cych, cho­ciaż to mo­gło wów­czas uła­twić ka­rierę, nie by­wał też na sym­po­zjach i zjaz­dach na­uko­wych, więc i w ten spo­sób nie da­wał się po­znać jako uczony. Na­to­miast chęt­nie dys­ku­to­wał o pa­cjen­tach z pra­cow­ni­kami kli­niki i ze stu­den­tami.

Nie za­bie­gał o awans w struk­tu­rach uczelni, nie lu­bił za­jęć ad­mi­ni­stra­cyj­nych, uwa­żał je za stratę czasu. Po­świę­cał go głów­nie cho­rym, z pa­sją pro­wa­dził z nimi dłu­gie roz­mowy, utrzy­mu­jąc, że są one naj­lep­szym źró­dłem wie­dzy o czło­wieku, bez­kre­snej, wręcz nie do ogar­nię­cia. Cho­rzy ni­gdy go nie nu­żyli. Opo­wia­dano, jak pod­czas za­jęć dy­dak­tycz­nych, w cza­sie któ­rych długo i szcze­gó­łowo ana­li­zo­wał stan cho­rego, ja­kiś stu­dent po­pro­sił, by przed­sta­wił na­stęp­nego pa­cjenta, bo ten przy­pa­dek już im się znu­dził. Po­dobno pro­fe­sor dał się po­nieść emo­cjom i py­tał pod­nie­sio­nym gło­sem: "Czło­wiek wam się znu­dził? Czło­wiek? Czy wy wie­cie, kto to jest czło­wiek?".

Długo nie chciał za­ak­cep­to­wać swej cho­roby, ale wzięła nad nim górę, a wkrótce zmie­niła jego in­ten­sywne ­do­tąd ży­cie i po­krzy­żo­wała plany. Za­raz po pięć­dzie­sią­tych uro­dzi­nach za­sy­gna­li­zo­wała swoje na­dej­ście bó­lem ko­ści. Z po­czątku przy­pusz­czał, że są to do­le­gli­wo­ści reu­ma­tyczne, usi­ło­wał je igno­ro­wać, nie prze­ry­wać pracy. Nie uszło jed­nak uwa­dze jego żony przy­gnę­bie­nie Kę­piń­skiego; za­uwa­żyła, że chud­nie, mi­zer­nieje, ma lekko żół­tawy od­cień oczu, bywa roz­draż­niony.

Choć już czuł się słaby, a bóle ko­ści się na­si­lały, we wrze­śniu 1969 roku po­je­chał z żoną na za­pla­no­waną wcze­śniej wy­cieczkę do Ju­go­sła­wii. Prze­mie­rzał z nią piękne trasy wzdłuż ad­ria­tyc­kiego wy­brzeża. Do­tarli do Puli, byli w Ce­ty­nie. Z Ri­jeki po­pły­nęli na wy­spę Kor­czulę i za­trzy­mali się tam na kilka dni. Oka­zało się, że była to ostat­nia po­dróż w ich ży­ciu.

Wtedy Kę­piń­ski jesz­cze nie wie­dział, że ma przed sobą tak mało czasu. Chyba jed­nak prze­czu­wał, jak póź­niej wspo­mi­nała pani Ja­dwiga, że jego ży­cie może być za­gro­żone, bo po po­wro­cie z Ju­go­sła­wii zwięk­szył tempo pracy, jakby sta­ra­jąc się le­piej wy­ko­rzy­stać każdą chwilę, która mu zo­stała. Z po­śpie­chem wy­peł­niał pod­jęte zo­bo­wią­za­nia i koń­czył roz­po­częte wcze­śniej za­ję­cia, po­rząd­ko­wał za­pi­ski, ma­szy­no­pisy i za­gęsz­czał w swym ka­len­da­rzu ter­miny wi­zyt cho­rych. Czuł się jed­nak co­raz go­rzej, zmi­zer­niał, osłabł, po­bladł i po­smut­niał. Krótki wy­jazd do Za­ko­pa­nego tym ra­zem nie zre­ge­ne­ro­wał jego sił.

W lu­tym 1970 roku wy­niki jego ba­dań le­kar­skich oka­zały się prze­ra­ża­jące. Był to szpi­czak mnogi, groźny no­wo­twór układu krwio­twór­czego. Te­raz już było wia­domo, skąd te do­le­gli­wo­ści i cią­gle po­gar­sza­jące się sa­mo­po­czu­cie. Jesz­cze szu­kał spo­koju i wzmoc­nie­nia w przy­ro­dzie: wio­sną za­miesz­kali z żoną w Stry­szo­wie koło Kal­wa­rii, skąd do­jeż­dżał do Kra­kowa na ba­da­nia i prze­ta­cza­nie krwi oraz na spo­tka­nia z pa­cjen­tami. Jesz­cze wy­je­chali do Dro­gini i do Białki Ta­trzań­skiej, ale po­dróże sta­wały się dla niego co­raz trud­niej­sze. Pęk­nię­cie kręgu w cza­sie ko­lej­nej wy­prawy prze­rwało sza­mo­ta­ninę z cho­robą. Unie­ru­cho­mie­nie w gip­so­wym gor­se­cie stało się ko­nieczne.

***

A tu cze­kały na wy­da­nie jego prace, choćby te na­pi­sane już wcze­śniej: Wstęp do psy­chia­trii, Kie­runki hu­ma­ni­styczne w psy­chia­trii, Me­tody ba­da­nia psy­chia­trycz­nego, a także inne, ma­szy­no­pisy i rę­ko­pisy oraz ze­brane ma­te­riały, za­pi­ski na kar­te­lusz­kach, które tak lu­bił spo­rzą­dzać, przy­go­to­wane do druku ar­ty­kuły, liczne no­tatki. Pew­nie za­sta­na­wiał się, czy zdąży je opu­bli­ko­wać. My­ślał, jak ma do­trzeć ze zdo­bytą w za­wo­do­wym ży­ciu wie­dzą do śro­do­wi­ska na­uko­wego, stu­den­tów, cho­rych, spo­łe­czeń­stwa. Mu­siał mieć ta­kie wąt­pli­wo­ści i obawy, zwłasz­cza gdy już po­sta­wiono mu dia­gnozę. Jako le­karz wie­dział prze­cież, co ona ozna­cza.

Wie­dział też, jak wiele za­le­żało od sku­tecz­no­ści le­cze­nia: ono było te­raz naj­waż­niej­sze, wy­niki te­ra­pii miały de­cy­do­wać o dłu­go­ści jego ży­cia, a więc i o tym, ile jesz­cze zdąży na­pi­sać. Nie wni­kał jed­nak w me­tody le­cze­nia, ja­kiemu go pod­da­wano, nie po­dej­mo­wał dys­ku­sji o ro­ko­wa­niach ani o prze­pi­sa­nych le­kach, z za­ufa­niem po­zo­sta­wiał to spe­cja­li­stom i na­dal nie wy­mie­niał na­zwy swo­jej cho­roby. I jakby na prze­kór cier­pie­niu, mimo świa­do­mo­ści bli­skiej śmierci, po­rząd­ko­wał ma­szy­no­pisy i rę­ko­pisy i pra­co­wał nad książ­kami. Nie był to jed­nak wielki pod­ręcz­nik psy­chia­trii, jaki od lat za­mie­rzał wy­dać - z przy­go­to­wa­nego do niego ma­te­riału two­rzył te­raz ko­lejne mo­no­gra­fie do­ty­czące głów­nych za­gad­nień psy­chia­trii. Pod­jął taką de­cy­zję, bo naj­wi­docz­niej zo­rien­to­wał się, że ła­twiej mu bę­dzie ze­braną wie­dzę prze­ka­zać w po­staci kilku ksią­żek te­ma­tycz­nych.

Gdy po­znał dia­gnozę, jego pierw­sza mo­no­gra­fia Psy­cho­pa­to­lo­gia ner­wic była już wła­ści­wie go­towa. Przy­go­to­wał ją do druku praw­do­po­dob­nie jesz­cze przed pój­ściem do szpi­tala i prze­słał do Pań­stwo­wego Za­kładu Wy­daw­nictw Le­kar­skich (PZWL). Nie ma chyba czło­wieka, któ­remu przy­naj­mniej w krót­kim okre­sie nie do­ku­czała ner­wica. A nikt wcze­śniej tak jed­no­znacz­nie nie wska­zał przy­czyn po­wsta­wa­nia ner­wic, nie opi­sał róż­nych jej przy­pad­ków oraz ro­dza­jów i nie za­pro­po­no­wał ta­kich me­tod jej le­cze­nia. Je­śli się pa­mięta, w ja­kim sta­nie było zdro­wie au­tora, kiedy skła­dał tę książkę do druku, można przy­pusz­czać, że sam też miał na­pięte nerwy, a wtedy nie­które frag­menty tek­stu na­bie­rają szcze­gól­nego zna­cze­nia: "Ob­jawy ner­wi­cowe wy­stę­pują wów­czas, gdy ustro­jowi za­graża nie­bez­pie­czeń­stwo, a czło­wiek nie może so­bie po­ra­dzić z sy­tu­acją we­wnętrzną lub ze­wnętrzną, w któ­rej się zna­lazł" - na­pi­sał pro­fe­sor. I do­dał, jako przy­kład: "(...) gdy po­dej­rzewa, iż w jego or­ga­ni­zmie roz­wija się ciężka cho­roba lub kiedy ob­ser­wuje wo­kół sie­bie ja­kieś nie­ko­rzystne, groźne zja­wi­ska, rze­czy­wi­ste, czy tylko su­biek­tyw­nie spo­strze­gane"1.

We wrze­śniu 1970 roku po­pro­sił o przy­nie­sie­nie mu z domu ma­szy­no­pi­sów, no­ta­tek i ar­ty­ku­łów i za­brał się do pi­sa­nia na­stęp­nych ksią­żek. Był od­izo­lo­wany od bi­blio­teki, także do­mo­wej, co na pewno utrud­niało mu pracę, mu­siał więc ba­zo­wać głów­nie na wła­snej pa­mięci i do­świad­cze­niach wy­nie­sio­nych z ty­sięcy roz­mów z cho­rymi. Pi­sał też ar­ty­kuły, które wów­czas pu­bli­ko­wano w pra­sie. Sta­wał się co­raz bar­dziej znany, także poza śro­do­wi­skiem me­dycz­nym.

Praw­do­po­dob­nie to pi­sarz Je­rzy Brosz­kie­wicz za­pro­po­no­wał, by tek­sty Kę­piń­skiego za­miesz­czane od lat w "Ze­szy­tach Oświę­cim­skich", do­datku do "Prze­glądu Le­kar­skiego", ze­brać w jed­nej książce i opu­bli­ko­wać w Wy­daw­nic­twie Li­te­rac­kim. Pod­jął tę myśl re­dak­tor Jó­zef Po­cie­cha i do­łą­czył do nich ar­ty­kuły Kę­piń­skiego za­miesz­czone wcze­śniej w cza­so­pi­smach kul­tu­ralno-li­te­rac­kich. Tak po­wstała książka Rytm ży­cia, która zo­stała wy­dana jako druga, wkrótce po Psy­cho­pa­to­lo­gii ner­wic; tej jed­nak au­tor już nie zdą­żył zo­ba­czyć. Jest to zbiór ese­jów z po­gra­ni­cza fi­lo­zo­fii i me­dy­cyny. Rytm ży­cia, jak żadna z po­zo­sta­łych ksią­żek pro­fe­sora, do­wo­dzi, że był on nie tylko do­cie­kli­wym psy­chia­trą, ale i świet­nym pu­bli­cy­stą, czę­sto kry­tycz­nym wo­bec za­cho­dzą­cych zja­wisk spo­łecz­nych i kul­tu­ro­wych, prze­ję­tym ludz­kim lo­sem, za­tro­ska­nym o przy­szłość.

"Mimo cho­roby otwo­rzyły się przed Kę­piń­skim moż­li­wo­ści wy­daw­ni­cze i droga do po­pu­lar­no­ści. Pań­stwowy Za­kład Wy­daw­nictw Le­kar­skich za­in­te­re­so­wał się Jego opra­co­wa­niem ner­wic, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie - zbio­rem ar­ty­ku­łów pod wspól­nym ty­tu­łem Rytm ży­cia, reszta wy­szła już po Jego śmierci"2 - przy­po­mina tamte czasy prof. Ja­cek Bomba, który peł­nił wów­czas wo­bec swo­jego mi­strza funk­cję le­ka­rza pro­wa­dzą­cego.

A on pi­sał jedną książkę za drugą. W cza­sie naj­cięż­szych zma­gań z cho­robą i cier­pie­nia po­wstały te naj­bar­dziej war­to­ściowe, naj­pięk­niej­sze: Me­lan­cho­lia, Schi­zo­fre­nia, Lęk, Psy­cho­pa­tie, Po­zna­nie cho­rego. Wy­dawcy co­raz chęt­niej je pu­bli­ko­wali.

Pro­fe­sor Bomba przy­po­mina so­bie, że kiedy Kę­piń­ski le­żał od wrze­śnia 1970 do końca maja 1971 roku w Kli­nice Psy­chia­trycz­nej, ich kon­takty były czę­ste i bli­skie. Pi­sze do mnie:

By­wa­łem u Niego co­dzien­nie, nie­raz przez kilka go­dzin. Sie­dzia­łem przy Jego łóżku, pil­nu­jąc kro­plówki. Cza­sem roz­ma­wia­li­śmy. Raz na te­mat po­stę­pów mo­jej pracy, przy­go­to­wy­wa­nej pod Jego kie­run­kiem jako roz­prawy dok­tor­skiej, a to o Jego dro­dze do pol­skiej ar­mii przez Wę­gry, Fran­cję, Hisz­pa­nię i Por­tu­ga­lię. Naj­le­piej za­pa­mię­ta­łem, jak w cza­sie dru­giej wojny je­chał na ro­we­rze z jed­nego portu fran­cu­skiego do dru­giego, by do­trzeć do miej­sca, gdzie or­ga­ni­zo­wała się ar­mia pol­ska, ale nim do­je­chał, to żoł­nie­rze zo­stali już ewa­ku­owani. Wszę­dzie do­cie­rał za późno. Pa­mię­tam, że mia­łem dy­żur w syl­we­strową noc i wtedy roz­ma­wia­li­śmy wy­jąt­kowo długo.

Le­żąc jako pa­cjent w Kli­nice Psy­chia­trycz­nej, w któ­rej pra­co­wał pra­wie ćwierć wieku, Kę­piń­ski na­wią­zy­wał inne niż wcze­śniej, bar­dziej bez­po­śred­nie kon­takty z le­czą­cymi się w niej wów­czas cho­rymi, bo prze­cież wtedy był jed­nym z nich. "Był za­sko­czony nową ja­ko­ścią re­la­cji z pa­cjen­tami, kiedy po­ja­wiał się wśród nich w szla­froku i ko­rzy­stał z tych sa­mych urzą­dzeń sa­ni­tar­nych" - wspo­mina prof. Bomba. "Mó­wił, że do­piero wów­czas, a nie na ze­bra­niach spo­łecz­no­ści, do­wie­dział się, co my­ślą o nas, le­ka­rzach i pie­lę­gniar­kach. Ob­wi­niał nas za nie dość do­brą opiekę nad nimi i nie­do­sta­tek em­pa­tii".

I do­dał:

Od­wie­dzało Go mnó­stwo osób. Nie tylko Jego, ale i Pa­nią Kę­piń­ską. Gry­wała z upodo­ba­niem w bry­dża. Roz­grywki bry­dżowe pro­wa­dzono w se­kre­ta­ria­cie, by nie za­kłó­cać spo­koju Pro­fe­sora. By­wał u Niego co­dzien­nie Jego przy­ja­ciel, brat żony, dr Sta­ni­sław Kło­dziń­ski, przy­cho­dziła pra­cu­jąca w Kli­nice Psy­chia­trycz­nej so­cjo­log mgr Te­resa Re­guła, pro­fe­so­ro­wie: Jó­zef Bo­gusz, Ju­lian Alek­san­dro­wicz, Bo­gu­sław Ha­li­kow­ski, Adam Ku­nicki, Jan Oszacki, Sta­ni­sława Spet­towa, a także po­przedni kie­row­nik Kli­niki Psy­chia­trycz­nej prof. Eu­ge­niusz Brze­zicki. Nie wszyst­kich po­tra­fię już wy­mie­nić...

Spis tre­ści

Przed­mowa

CZĘŚĆ PIERW­SZA

I Cios

II Za­częło się gdzieś na Kre­sach

Pod wschod­nią gra­nicą

W No­wym Są­czu

Do Kra­kowa

W No­wo­dworku

Wy­brał me­dy­cynę

III Ody­seja (wrze­sień 1939 - li­piec 1947)

Wę­gry

Fran­cja

Hisz­pa­nia. Mi­randa de Ebro

Wielka Bry­ta­nia

IV W cie­niu wojny

W domu

Tu było jego miej­sce

We dwoje

W Kli­nice

I znów w Wiel­kiej Bry­ta­nii

Na­uka i eks­pe­ry­menty

V Ge­nius loci?

Jego co­dzien­ność

Zmie­niał psy­chia­trię

Czy za­lety po­nad normę to nie­nor­mal­ność?

Lu­bił ży­cie to­wa­rzy­skie

Nie do­ce­niano jego twór­czo­ści

VI Ostat­nie mie­siące ży­cia

VII Po­zo­stał we wspo­mnie­niach

CZĘŚĆ DRUGA

VIII Psy­cho­te­ra­pia z dru­giego świata

Nim tra­fiły do księ­garń

Na mar­gi­ne­sie jego ksią­żek

CZĘŚĆ TRZE­CIA

IX Zo­sta­wił ślad

Jaką wi­dział przy­szłość?

Co po­ka­zał czas?

X Świe­żym okiem

Prof. Je­rzy Alek­san­dro­wicz

Prof. Be­ata Szy­mań­ska

Dr Łu­kasz Ci­chocki

Prof. Krzysz­tof Rut­kow­ski

Ewa Owsiany

Bi­blio­gra­fia

Dzieła An­to­niego Kę­piń­skiego

Prace o An­to­nim Kę­piń­skim

Przy­pisy